Rozważania Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Cuda Opowiadania Perełki
Adwentowe drogi wiary

     Toczy się swoista wojna o to, czy chrześcijanie mają prawo do wyrażania w publicznej przestrzeni swego światopoglądu. Z drugiej strony często usypiamy samych siebie, przeciwstawiając swą skostniałą wiarę tym, którzy jej dopiero poszukują. Jak wyzwolić się z tej nowoczesnej matni?

     U progu tegorocznego adwentu spotykamy ewangelicznego setnika. Jego to słowa powtarzamy każdorazowo podczas Mszy Świętej: "Jezu, powiedz tylko słowo, a będzie uzdrowiona dusza moja" (Mt 8, 8). Sugerują one, że nigdy nie zrozumiemy samych siebie, własnych nadziei, duchowych pęknięć i powinności, jeżeli nie spotkamy się z Chrystusem. Dopiero kiedy zdecydujemy się na poszukiwanie dróg prowadzących do autentycznej z Nim unii, kiedy wejdziemy na którąś z nich, wówczas nasze życie nabierze sensu i wyjątkowego znaczenia.

     Niestety, wielu z nas zniechęca się czytając Pismo Święte. Sądzimy, że jest ono odległe od naszych problemów, często odstraszające symboliczną, mało zrozumiałą treścią, najeżone okrutnymi scenami, na pierwszym planie z Bogiem, który bez pardonu niszczy przeciwników Izraela. Nie potrafimy dotrzeć do podskórnych idei ukrytych pod literalną warstwą tekstu biblijnego. Trzymamy się uparcie własnych wyobrażeń i konwencji. Rzadko też wstępujemy do świątyni, miejsca świętego, zarezerwowanego dla Boga i tych, którzy przychodzą Go adorować i wielbić. Po prostu zapominamy o Nim pośród atrakcji niesionych przez świat globalnej i masowej kultury, jak i o tym, że każdy człowiek pozostaje swego rodzaju tajemnicą, jest niepowtarzalny, stworzony z miłości Stórcy, i że tę królewską odmienność każosoby należy uszanować.

     Jak zatem uczynić, aby w Jezusie dostrzec Mesjasza, prawdziwego Boga i cziowieka zarazem? By zawsze traktować drugiego człowieka jako brata, jako bliźniego? Przeżywać adwent tak, by mógł nieść duchowe oczyszczenie i umacniał nasze intymne relacje z Jezusem? Odpowiem prosto, choć będzie to tylko pozornie prosta odpowiedź. Należy z religijną czcią i w pokorze słuchać i widzieć, to znaczy kontemplować Chrystusa żywego, który zwraca się do świata przez swoje życie i słowa. Spotykamy Go codzienne, niemal na każdym kroku. Ale wyróżnionym miejscem pozostaje świątynia, gdzie modlimy się wspólnie. Ktoś jednak może teraz zakrzyknąć: osobiście wolę modlitwę prywatną, cichą, bez liturgicznego hałasu i niekiedy świątynnej, zwłaszcza w święta, ciasnoty; najżarliwiej modlę się w górach, nad morzem, w lesie, wobec niezmierzonych przestworzy i piękna natury, spoza której wychyla się Bóg.

      Rozumiem te intuicje, ale ich nie akceptuję. Właśnie dlatego, że modlitwa jest tak osobista i wyrasta z istoty życia, trzeba się nią dzielić z innymi. Jako najcenniejszy wyraz naszego człowieczeństwa potrzebuje ona staiego wsparcia i ochrony ze strony wspólnoty, aby mogła wzrastać i rozkwitać. Modlitwa wspólna i indywidualna - doskonale powiedział jeden z mistrzów duchowych - muszą występować razem jak dwie złożone dłonie. Ale samo myślenie o Bogu czy nawet rozważanie Jego obecności w świecie nie sprawi, że nagle staniemy się osobami głęboko religijnymi. Bóg chce raczej, byśmy się angażowali osobiście i całkowicie w Jego sprawy. Wybiera znaki powszechnie zrozumiałe - chleb, wino, wodę - i poprzez ich "silę" jednoczy nas ze sobą. Dzieje się to zazwyczaj w świątyni, gdzie hostia jest prawdziwym Chlebem Życia, wino - Krwią Pańską. Gdy tego nie ma, wszystko traci wartość, po prostu nie odsłania żadnego poważnego sensu. Nie strońmy więc od biblijnej medytacji, rozmyślajmy o własnej wierze, by uzdrawiała nas, naszych najbliższych i naszą Ojczyznę. Byśmy trwali i wytrwali w skupieniu i duchowym pokoju, aż do końca ziemskich dni.

     MESJAŃSKA ODROŚL

     Adwent może być duchowo pouczającym doświadczeniem. Naraz bowiem uświadamiamy sobie, że właściwie na nic już nie czekamy, że Bóg to ktoś niewywołujący w sercu żadnych ożywień. Trudno zdobyć się na ufność i prostotę zawierzenia komuś, kto jest nazbyt daleki, ustawiony za ledwie dostrzegalnym horyzontem. Zanika dawna żarliwość, gotowość do poświęceń, otwartość na to, co w codziennych chwilach niespodziane, zaskakujące.

     Jakbyśmy przeistoczyli się w wewnętrznie martwy pień drzewa, porzucony gdzieś na skraju lasu. Niektórzy z nas skarżą się na milczenie Boga, ale właśnie dlatego, że nie nasłuchują Ewangelii.

     Zauważmy: szczęściem dla zakochanych jest nadzieja powolnego, ba: nawet niespiesznego dawania się, aby można było wzajemnie się poznawać. Podobnie i Bóg, który miłuje człowieka, odsłania się różnorako przez Pismo Święte, liturgię, sakramenty, zobowiązujący głos sumienia. Inaczej być nie może. Gdybyśmy potrafili przeniknąć Bożą istotę, runąłby nasz świat. Musiałby stać się niebem. Istnieniem bez skazy. Tymczasem pozostaje i musi pozostawać światem na ludzką, stworzoną miarę. Dlatego powinniśmy uważnie słuchać Jezusowych zwierzeń. Nie zasypywać wołania sumienia. Mamy je przecież wszyscy, choć z różnych powodów może być ono w nas prawie martwe!

     Kiedy osoba, którą kochamy, prześle do nas list, czy pozostawimy go na stole lub biurku bez natychmiastowego przeczytania? Dlaczego zatem trzymamy na półce Pismo Święte i tak rzadko do niego zaglądamy? Dlaczego nie staramy się czynić ze swego ciała "świątyni Ducha Świętego"? Oczywiście, bywają chwile gorącej modlitwy i dziękczynienia. Nie zawsze jesteśmy oschli i duchowo skrępowani. Niemniej jednak baczmy na istotną zasadę: im jesteśmy szlachetniejsi, bardziej otwarci na łaskę z nieba, tym Bóg niejako więcej od nas wymaga. Chce, byśmy byli żarliwymi świadkami Ewangelii.

     Ale może właśnie ten moment jest, a przynajmniej może być, prawdziwie czasem nadziei. Zbawienie moje jest bliższe - napisał kiedyś ks. Janusz Pasierb -ponieważ jestem już słaby. Już zgadzam się na to, by być prowadzonym. Bóg może być silniejszy. Ale niech będzie błogosławione to, czego doznałem przedtem: szukanie, niepewna ufność, niepokój, nawet zdrada. Bo przecież Bóg jest blisko, choć ja mogę być od Niego daleko. Liczy się właściwie to pierwsze. Że On, mesjańska Odrośl, pozostaje wierny prostaczkowi, pozbawionemu mądrości i roztropności. Czyli mnie właśnie. Rozstrzygające pozostaje wychylenie ku Duchowi Świętemu. Więc: możliwe, dzięki Bożej łasce, korzystaniu z mocy rozumu, rady, męstwa, wiedzy i bojaźni Pańskiej, jak to określił prorok Izajasz. Wzorem jest sam Chrystus, który bezpośrednio nie widząc owoców swej działalności, rozpoznał jednak plan Ojca, mający na celu zbawienie świata. I wypełnił ten plan, abyśmy mogli żyć w odkupionych krajobrazach.

     Adwent traktujmy przeto jako czas głębszego niż zwykle porozumienia z Chrystusem. Zdobądźmy się na uczestnictwo w roratach, nie zaniedbujmy sakramentu pokuty, ograniczmy przyjemności i zabawę. Wiem, adwent mamy przeżywać radośnie. Lecz bądźmy bardziej uważni, skupieni. Oczekiwanie wymaga pewnego rodzaju wyciszenia, duchowej koncentracji i cierpliwości, uczciwego spojrzenia na samego siebie. Inaczej adwent rozpłynie się w naszych dłoniach, jak dym z ogniska. Zapowiedziany Mesjasz zjawi się, ale wśród witających Go pasterzy nas już nie będzie.

     BÓG ZBAWIA

     Co jest rdzeniem adwentowego oczekiwania? To nadzieja, wypływająniu, w sposób obrazowy, mówią prorok Izajasz i św. Mateusz. Słyszymy opowieść o uczcie, która opisana została jako mesjańska uczta przy końcu czasów, gdyż nie tylko Izrael, lecz wszystkie narody są na nią zaproszone. Zwycięstwo nad śmiercią jest tutaj całkowite i nieodwracalne. W czasach biblijnych zawołanie kogoś na ucztę było uważane za wielki zaszczyt, a odrzucenie zaproszenia oznaczało wzgardę. W Jerozolimie na przykład panował zwyczaj zapraszania na ucztę dwa razy. Przy pierwszym nie precyzowano dokładnie czasu - zaproszony zapewniał o swym udziale lub z niego rezygnował. W dzień uroczystości gospodarz domu wysyłał szczególnie zaufanego sługę, który ponawiał zaproszenie. Było to wyrazem grzeczności gospodarza; grzeczność również wymagała, aby zaproszony drugi raz zadośćuczynił prośbie.

     Jezus o tym wszystkim wiedział i wykorzystał przy okazji wypowiadania orędzia o Królestwie Bożym. Na co zatem chce uwrażliwić nasze współczesne serca? Że podczas Mszy Świętej spotykam) się z Bogiem, który jest jej szafarzem i nas na to eucharystyczne spotkanie zaprasza. Ś Otrzymaliśmy najbogatszy z możliwych darów - Chrystusa pod postacią chleba i wina. Natychmiastową naszą reakcją powinno być dziękczynne pochylenie głowy i stała próba zachowania czystego serca. Naturalnie, możemy odrzucić tę łaskę. Czy nie zdarzało się, że wchodziliśmy na świętowanie Eucharystii tak, jakbyśmy zaglądali do kawiarni bądź restauracji?

     Duch adwentowego wysiłku sprowadza się do tego, byśmy pojęli, że Bóg obdarowuje nas nieustannie. Uwalnia z grzechów, zachęca do twórczego naśladowania i dawania innym tego, co najlepsze, nie oczekując przy tym żadnej odpłaty.

     DARY ADWENTOWEGO DUCHA

     Ujawniam, chyba nie tylko osobistą, troskę: chęć pozostawania w promieniowaniu darów Ducha Świętego, zwłaszcza roztropności, dzięki której własne życie budujemy na mocnym fundamencie, choć to trudniejsze niż budowanie na piasku. "Duch" u proroka Izajasza jest określeniem ciągłego działania Boga. To dar. czyli coś, co otrzymujemy z Jego życzliwości. Dlatego nasza postawa ma być postawą aktywnego oczekiwania, abyśmy mogli podjąć pracę nad własnym uświęceniem. Jakże chcielibyśmy choćby tylko otrzeć się o życiową mądrość albo o dar rady, wiążący się z wolą, a więc ze zdolnością kochania, wybierania dobra i unikania zła. Roztropność w tradycji kultury zachodniej nazwano "woźnicą cnót", ponieważ na podobieństwo woźnicy kierowała zaprzęgiem życia tak, aby utrzymać równowagę między dobrymi a złymi skłonnościami człowieka.

     Ale jak stać się takim woźnicą? Jak nie ulegać znużeniu, nie przespać adwentowego czasu? Zwracam się po naukę do jednego z geniuszy filozofii - Arystotelesa i wielkiego proroka Izajasza, żyjącego nieco wcześniej, bo w VIII wieku przed Chrystusem. Ten pierwszy, choć nie był chrześcijaninem, mógł przeczuwać nadejście Boga miłującego ludzi i przynoszącego ostateczne ocalenie. Przekazał nam, że człowiek jest w stanie poznać otaczający go świat na tyle, by w sposób dojrzały działać, pomnażać dobro, kontemplować to, co boskie. Roztropność - w jego ujęciu - to trwała cecha charakteru albo dyspozycja. Umie ona wskazać w praktyce, co należy czynić, aby zostać uznanym za człowieka sprawiedliwego, nie zaś za kogoś, kto rozsiewa zło i fałsz. Nie chodzi tu o jakieś sprawy akcydentalne, ale głównie o namysł nad tym, co tworzy całe ludzkie życie i jego końcowy cel. Rozum pokierowany przez roztropność sprawia, że rozpoznajemy środki, które prowadzą do osiągnięcia obranego dobra.      Nie jest to jednak łatwe. Na szczęście dysponujemy pamięcią, potrafimy właściwie "odczytywać" rzeczywistość i ją oceniać, bywamy otwarci na sugestie innych ludzi, jak też domyślni; korzystamy z zasad logicznego myślenia, przewidujemy, czyli tworzymy plany podejmowanych przez siebie działań, gdyż wszystko jest prawdopodobne, więc trzeba to jakoś przewidzieć (choć, naturalnie, nie wszystko da się przewidzieć), wreszcie potrafimy być zapobiegliwi. Wszystkie te składniki, w różnym czasie wykorzystywane, powodują, że roztropność staje się cnotą dobrze ukształtowanego sumienia. Umożliwia bycie w nieustannej czujności, by nie zagubić osobowego szczęścia, które - jak dopowie prorok Izajasz - znajduje swe najdoskonalsze spełnienie w Bogu.

     Człowiek roztropny przeto nie zamyka się w murach miasta, to znaczy w samym sobie. Nie polega wyłącznie na osobistych zdolnościach i otrzymanych talentach. Nie otacza się pozłacanym blichtrem, ale rozumie, że utkany został z darów łaski, i że w każdej chwili może je utracić. Niczego nie może być pewien, poza tym, że zawsze ma szansę oprzeć się na Bogu. Dać się unieść na Jego ramionach.

     Umiemy to sobie łatwo wyobrazić. Dziecko, gdy pokłada całkowitą ufność w swoim ojcu, prosi go: weź mnie na ramiona, wówczas będę czuł się bezpiecznie. Izraelici przedstawiali Boga jako skałę: emet - gwarancję osiągnięcia pokoju i szczęścia. Przyjmijmy i my ten punkt widzenia. Nie zamykajmy przed innymi ludźmi własnych serc, skoro adwent ma rozjaśnić nasze z nimi więzy i umocnić wiarę.

     ULITUJ SIĘ NAD NAMI

     Prorok Izajasz w niemal apokaliptycznym natchnieniu przepowiada, że z Bożej woli nie ostoi się zło, brzydota, przepych świata, do pełni istnienia zaś zostanie wyniesione to, co ubogie, pokorne, słabowidzące, a sam Bóg będzie doznawał czci i uwielbienia. W skupieniu posłuchajmy: Czyż nie w krótkim już czasie Liban zamieni się w ogród, a ogrodzą bór zostanie uznany? W ów dzień głusi usłyszą słowa księgi, a oczy niewidomych, wolne od mroku i od ciemności, będą widziały. (Iz 29,1718)

     A Jezus? Wciąż słyszał, gdziekolwiek by się nie zjawił, błagalne krzyki: "Ulituj się nad nami, Synu Dawida" (Mt 9, 27). Przy użyciu niemal takich samych słów prosiła o uzdrowienie swojej córki Kananejka, a tłum, widząc Jezusa wjeżdżającego na osiołku do Jerozolimy, wołał: "Hosanna! Błogosławiony Ten, który przychodzi w imię Pańskie. Błogosławione królestwo ojca naszego, Dawida, które nadchodzi" (Mk 11, 9). Rozpoznawano zatem w Jezusie obiecanego Mesjasza. On na tę religijną przychylność oczywiście reagował, znaczną część swego życia poświęcając chorym, duchowo zabłąkanym, zrozpaczonym, uginającym się pod ciężarem biedy. Była to jednak reakcja, rzekłbym, wymagająca. Dopiero bowiem, kiedy dostrzegał oznaki wiary ze strony potrzebujących - wspierał ich, przynosił zdrowie bądź uwolnienie z mocy szatańskiej. Zdarzało się, że całe dnie spędzał na udzielaniu pomocy.

     Życie chrześcijańskie powinno być naśladowaniem tego Jezusowego stylu bycia. Należy op^kpwać się chorymi, którzy stawiają te same dramatyczne pytania, co biblijny Hiob. Nie wolno nam obojętnie przechodzić wobec czyjegoś cierpienia, jeżeli chcemy zachować chrześcijański wymiar własnej codzienności. Już apostołowie otaczali pieczą potrzebujących. Później czynił to Kościół i czyni nadal, czy to spontanicznie, czy w sposób bardziej zorganizowany. Zawsze, co prawda, znajdą się ludzie, którzy będą twierdzić, że podejmuje ten trud w stopniu nazbyt nikłym, ale tego rodzaju "krytyka" przynależy logice kościelnego duszpasterstwa. W każdym razie pozostając osobami wrażliwymi na słabą stronę ludzkiego życia ustawiamy siebie w samym centrum chrześcijaństwa.

     To wielkie świadectwo, które możemy dawać, i bywa ono na ogół społecznie doceniane. W tej sprawie znaczenie mają najprostsze gesty, po prostu ciepła, opiekuńcza życzliwość, akceptacja i obmycie ran. Świadomość, że nie jest się całkowicie opuszczonym - jest tutaj decydująca. W tym miejscu życia budzimy w sobie i w innych ludziach niekiedy zobojętnia-łe sumienia. Nie powtarzamy gotowych i właściwie "pozornych" rad przyjaciół Hioba. Stoimy przecież wobec tajemnicy nieprawości, bólu, zła i korzymy się wobec niej. Nie rozumiejąc w pełni, zdajemy się na zbawczą moc Chrystusa, która świta każdego adwentowego poranka.

     NADCHODZI PASTERZ

     Żyjemy teraz jak owoce pozbawione pasterza, narażeni na mocne pokusy zgłaszane przez współczesny świat. Porywają nas w swoje sidła najróżniejsze ideologie, perswazje partii politycznych, zgubne filozofie, zaprzeczające, jakoby niemożliwe było realne kontaktowanie się z rzeczywistością, poszukiwanie niezależnej od ludzkich możliwości poznawczych prawdy, mówiące, że dcSbro i piękno to jedynie wyraz naszej bezradności. Okazuje się też, że wielu zgłasza publiczny sprzeciw wobec znaków chrześcijańskiej tożsamości, które - ich zdaniem - nie powinny zaśmiecać społecznej wyobraźni. Toczy się swoista (na razie medialna!) wojna o to, czy chrześcijanie mają prawo do wyrażania w publicznej przestrzeni swego światopoglądu. Wobec tego nie dziwi, że często bywamy znękani i porzuceni. Ale też sami niekiedy ulegamy sporym złudzeniom, że z naszą wiarą jest wszystko w porządku. Niejako usypiamy samych siebie, przeciwstawiając swą, jakże skostniałą wiarę, tym osobom, które jej dopiero poszukują.

     Jak wyzwolić się z tej nowoczesnej matni? Prorok Izajasz zachęca do modlitwy. Przekonuje, że będzie ona skuteczna, jeżeli wzniesie się w atmosferze nadziei i zaufania Bogu. Trzeba tylko wciąż umacniać duchowe z Nim więzy, pamiętać, że jest się -jak apostołowie - uczniami Chrystusa, a nie "panami żniwa". Wszak nasza relacja z Bogiem nigdy nie jest pełna. Bywa krucha, narażona na pęknięcia i zranienia. Wypada ją porównać do kładki przerzuconej nad górską przepaścią. Ona łączy nas Bogiem, ale zarówno On pozostaje Stwórcą, jak i my pozostajemy jego stworzeniami. Więź nie tyle usuwa dystans pomiędzy nami, ile raczej jest stałym urzeczywistnieniem chęci zbliżenia się do siebie. Pozostajemy bowiem na swoich miejscach, ale wewnętrzna odległość kurczy się, kiedy staramy się kochać. Religijna więź porównana do mostu to zgrabna metafora zbliżenia, które - co spostrzegła francuska uczona i pisarka Chantal Delsol - nigdy nie jest czystą bliskością, lecz oczekiwaniem i nadzieją na bliskość. Przyjmuje ona barwy i atmosferę dystansu dzielącego dwa brzegi, dlatego żywi się tyleż oddaleniem, ile obecnością.

     I własne o tę czułą obecność wobec Boga chodzi najbardziej. Skoro tak cudownie się stało, że zostaliśmy katolikami, że mieliśmy szansę usłyszenia o zbawczej misji Chrystusa, starajmy się być jej świadkami. Najpierw dziękujmy za ten niewyobrażalny dar, módlmy się, by inni ludzie mogli Chrystusa coraz pełniej rozpoznawać i podążać ewangelicznymi ścieżkami. Sami zaś wypełniajmy pouczenia, które słyszymy od Mistrza z Nazaretu: nasze życie ma charakteryzować się wspaniałomyślnością i dobrodusznością. Nie mamy prawa postępować w sposób wyrachowany i kalkulacyjny. Nie bądźmy również propagandystami osobistych idei, marzeń, duchowych spekulacji bądź teraz modnych obyczajów. Znakiem naszego apostolskiego wizerunku niech pozostaje modlitwa i służba potrzebującym, ale też wyraźne opowiedzenie się po stronie chrześcijańskiej wizji życia. Trwajmy mocno na fundamencie Jezusowych nauk. Brońmy ich przed publicznymi zniewagami i ośmieszaniem. Nie poddawajmy się żadnym siłom ciemności. Jezus nadchodzi, by włączyć cały świat w obszar swego miłosiernego pokrewieństwa. Z utęsknieniem przeto czekajmy.


ks. Jan Sochoń


Tekst pochodzi z Tygodnika

27 listopada 2011


Pierwsze Boże Narodzenie Pierwsze Boże Narodzenie
Sophie Piper, Estelle Corke
Książka zawiera ulubione historie biblijne, opowiedziane w sposób prosty i przystępny. Pogodne i ciepłe ilustracje spodobają się każdemu, nawet najmłodszemu dziecku... » zobacz więcej


   


Wasze komentarze:

Brak komentarzy



Autor

Treść




[ Powrót ]
 
Daj plusika:
[ Strona główna ]
 Partnerzy medialni:

O stronie... | Ogłoszenia | Konkurs | Wspomóż nas | Polityka Prywatności | Reklama | Kontakt

© 2001-2017 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej