Kartki Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Czat Opowiadania Perełki

Gdyby Bóg radził się aniołów

     Z Ernestem Bryllem, poetą, rozmawia Alicja Wysocka

     Bóg się rodzi, Moc truchleje - znów gruchnie z naszych gardeł podczas pasterki. Kolęda Franciszka Karpińskiego to wciąż najpopularniejszy polski utwór o Bożym Narodzeniu. Dlaczego tak go cenimy?

     Jan Lechoń powiedział o nim, że jest jak narodowy hymn. Zgadzam się i co więcej uważam, że to jeden z największych mistycznych wierszy w europejskiej poezji. Bo Karpiński buduje wykładnię wiary. Najpierw "Bóg się rodzi!" Co to znaczy? Jest to sprzeczność sama w sobie, klasyczny oksymoron. I tak jest już do końca w tej kolędzie. Bo jak może Nieśmiertelny stać się śmiertelnym? Inne religie mówią, że przecież to jest niemożliwe. Bóg jest dla nich jakąś nieodgadnioną emanacją, z którą nie można zetknąć się twarzą w twarz, który objawia się przez krzew gorejący albo przez proroków. Jezusa mogą więc co najwyżej uznać za proroka, ale nie za Boga-Człowieka. Ale dla nas chrześcijan to jest najważniejsza sprawa. W żyłach Boga popłynęła ludzka krew, czyli On stał się naszym Bratem i to nieodwołalnie. Właśnie to jest wydarzeniem Betlejem. Niemożliwe stało się możliwe.

     Czy jednak nie wzruszamy się bardziej, śpiewając: "podnieś rękę Boże dziecię, błogosław Ojczyznę, dom i majętność całą"?

     Ale to świadczy o bliskości między Bogiem i człowiekiem, która także narodziła się w Betlejem. Bóg stał się niemowlęciem, żeby jeszcze silniej być z ludźmi. W pierwszych wiekach chrześcijaństwa powstało mnóstwo herezji, które chciały ominąć tę sprawę. Nawet znaleźli się tacy, którzy mówili, że nienawidzą tego zapachu pieluszek, który unosi się wokół Boga, no bo przecież robił on - jak to dziecko - w pieluchy. Bardzo ciekawe, że Kościół twardo bronił ludzkiej natury Boga. Bo Jego narodzenie i życie w czasie warunkowało, trzydzieści lat później, ból śmierci na krzyżu. To nie był zgon jakiejś idei Boga, tylko śmierć całkowicie, do głębi boska i człowiecza.

     To też jest w kolędzie Karpińskiego, ale w wielu innych Bóg jest taki bezbronny, słodki...

     Polacy strasznie lubią sytuację, kiedy mogą przyjść do Wiekuistego i Nieogarnionego w momencie, gdy jest on dzieckiem. Nawet z lekka poklepać "tę dziecinę" po pupce, złożyć jakieś dary, uśmiechnąć się nad kołyską. To jest głęboko ludzkie, ten moment porozumienia bez strachu, gdy Bóg jest jakby oddany w naszą opiekę. W tym czujemy się dobrze, bo możemy być lepsi niż jesteśmy. Czujemy, że to nam się objawia anioł, nam takim trochę biednym, bo przecież bogaci i mądrzy by go nie zrozumieli. Gdyby dziś pojawił się anioł w Warszawie, wybitni filozofowie i intelektualiści uważaliby ten fakt za niewarty uwagi. A biedni uwierzyliby i to jest ta nasza duma.

     Czy jednak nie nazbyt powierzchowna?

     No owszem, jest też w nas wiele prymitywnego, niezbyt głębokiego rozumienia Bożego Narodzenia. Jest też, zwłaszcza w mediach, próba zepchnięcia tych Świąt w stronę mitu, opowiastki, pastorałki, za którą nie kryje się nic poza obyczajem. W jednym z filmów doskonale to zostało pokazane, bohaterowie mówią: jak nie mamy opłatka, to podzielmy się jajeczkiem.

      Jak daleko odeszliśmy od Boga w świętowaniu Jego narodzenia?

      Już Adwent zupełnie się zaciera. Kojarzy się z sezonem świątecznych podarków, jak to się mówi na Zachodzie - season greetings, który zaczyna się tuż po tzw. Święcie Zmarłych. Być może nagrobne lampki przerabia się na świeczki choinkowe? I to wcale nie jest tylko z chęci zysku. To jest bardzo głęboka walka z Bożym Narodzeniem, które próbuje się zamienić w święto sklepowe bez religijnej idei. Ja oczywiście nie jestem przeciwko uczuciowości, zakupom, prezentom, sklepom, tylko przeciwko zapominaniu o tym, w jakiej sprawie dajemy te prezenty, w jakiej sprawie zasiadamy do pierogów i karpia. I w jakiej sprawie łamiemy się opłatkiem. Ja pytam chrześcijan, katolików, a nie ludzi, odbywających obyczaj polski. Bez zrozumienia Bożego Narodzenia nie zrozumiemy naszej wiary, jej paradoksów, jej poezji. Można być tzw. katolikiem dekoracyjnym, ale czy na tym polega wiara? Ludzie, to nie jest tak, że coś się kiedyś zdarzyło i my dziś obchodzimy akademię ku czci czy wesoły festyn. W Betlejem Wieczność stalą się człowiecza. Napisałem w wierszu Rorate Caeli "niech się zapali każdy przystanek, bo idzie Oczekiwany".

     Myśli Pan, że uda się ocalić religijny wymiar Bożego Narodzenia?

     Nie wiem, to zależy od naszej mądrości. W Irlandii był zwyczaj, że w okresie Adwentu do szpitali przychodziły chóry z pieśniami adwentowymi. Teraz to zostało zabronione, rzekomo z troski o chorych, bo śpiewacy mogliby roznosić zarazki. Więc nie ma już tego, co lubił każdy Irlandczyk, a przynajmniej większość z nich. W zeszłym roku w szkołach pojawiły się też przedstawienia jasełkowe, w których zamiast opowieści o tym, że na świat przyszedł Bóg, jest historyjka o pingwinie. Naprawdę. Tak się objawia polityczna poprawność, w imię której dzieci innych religii nie mogą być obrażane przez świętowanie Bożego Narodzenia. A ja uważam, że jeżeli godzę się na taki political correctness, to godzę się na kompletne wymóżdżenie.

     Bóg na szczęście nie przejmuje się naszą polityczną poprawnością. Żeby nam coś ogłosić wybiera sobie ludzi i miejsca zupełnie dziwne, czasem mędrców tego świata wprawia wręcz w zakłopotanie.

     Gdyby Bóg radził się swoich aniołów od public relations, to Boży Syn w ogóle nie w tym miejscu przyszedłby na ziemię. Jeśli chciał rozmawiać z całym światem, to przecież nie w tym języku, w którym prawie nikt nie gadał w imperium rzymskim, nie w tym kraju, który był pogardzany przez resztę imperium, bo był oczywiście kłótliwy, buntowniczy, śmierdział cebulą i czosnkiem. Ale co było ważne dla Boga, co On widział w Izraelu? Może to, że ten naród trwał zacięcie przy swoim Bogu. I nawet Rzym załamywał się przed tą twardą determinacją. A dlaczego Jezus urodził się w krainie, która była prowincją prowincji? Przecież narodzone dziecko i jego rodzina mówili specyficznym dialektem galilejskim, który był pogardzany przez elegancką Judeę.

     To tak jakby mówił do nas zaciągawszy albo po "ślonsku". Tu tkwi ta zadra mistyki. To Boże Narodzenie w Betlejem nie było political correctness wobec współczesnego świata. I te wszystkie nauki, żeby nadstawiać drugi policzek, przebaczać nieprzyjaciołom, było przeciwko wysokiemu nurtowi filozofii greckiej, nie mówiąc o rzymskiej. Dlatego później elegancki świat wyśmiał św. Pawła, mówiąc "posłuchamy cię innym razem". Świat może tak mówić, ale przecież my żyjemy "tym" razem.

     I żyjemy tu w Polsce, w Roku Pańskim 2008.

     Wiara powinna pomagać nam stawiać pytania także o to, dlaczego zostaliśmy postawieni w takim kraju. Po co powiedziano, niech zstąpi Duch Święty i odnowi oblicze tej ziemi? Mam wrażenie, jakby polski katolicyzm nie buchał już wielkim płomieniem. Gdzieś są dyskusje wielce uczonych i możnych; gdzieś tli się wiara ludzi, ale raczej objawiająca się uczuciem; gdzieś są wspólnoty, które zamykają się w sobie, co widać po tym, że tworzą swoje metajęzyki. Nie dajemy sobie rady z otaczającym nas światem, który przytłoczył nas nie tyle bogactwem co błyskotkami. Ufam jednak, że się przebudzimy. Bo ludzie w Polsce są mądrzy. I to przede wszystkim ci spoza wielkich ośrodków. Oni mają swoje pytania. Oni chcą dowiedzieć się, po co jest ten kraj, który jest w ciągłych tarapatach, w ciągłej głupocie, wodzący się od momentów niezwykłej chwały do momentów zupełnego upadku. Po co jest potrzebny Europie i niepotrzebny?

     Co nam dał Jezus przez swoje narodzenie, skoro nie zbudował dobrobytu, szczęścia, powszechnego pokoju?

     On nie przyszedł, żeby zmieniać świat. Wielokrotnie mówi - nie jest z tego świata. On mówi do nas w paradoksach. W Jego prawie jest nasza wolność. Musimy zmagać się z tymi sprzecznościami. To jest to ciągłe poczucie w nas, że niby fajnie jest, ale coś się zeświniliśmy, chociaż nawet wszyscy nas chwalą i mówią o naszych czynach, że słuszne, i tak dalej. A my wiemy, że coś jest nie tak. Coś czy ktoś podpowiada, że jest inaczej. To jest ta drzazga, to jest to "Bóg się rodzi".


Red.


     Ernest Bryll (1935), warszawiak, poeta, pisarz, autor sztuk scenicznych, oratoriów, musicali, popularnych piosenek i programów telewizyjnych. Kierownik literacki teatrów i zespołów filmowych. Tłumacz z języka irlandzkiego, czeskiego, jidisz. Jest członkiem m.in. PEN Club Poland, Irish PEN Club, SEC (Society of European Culture) SPP W latach 1991-1995 ambasador RP w Republice Irlandii. Zadebiutował w 1958 r. tomikiem wierszy "Wigilie wariata". Od tej pory wydał 40 tomików, ostatnie to "W ciepłym wnętrzu kolędy" (2007) i "Trzecia nad ranem" (2008). Sławę przyniosły mu oratoria i musicale, w tym najbardziej znane: "Rzecz listopadowa (1968), Kurdesz (1968), Na szkle malowane (1970), Zagrajcie nam dzisiaj (1973), Kolęda-nocka (1980), Wieczernik (1984). Laureat Nagrody Miasta Warszawy (1973), The Order of the Companion of the Royal House of O'Conor (Irlandia 1995), Nagrody im. Franciszka Karpińskiego (1998), w 2004 r. otrzymał Medal Daniela Gabriela Richarda za krzewienie rozwoju ludowej kultury Słowacji.

Tekst pochodzi z Tygodnika
Warszawsko-Praskiego "Idziemy"

21 grudnia 2008


Inscenizacje na Boże Narodzenie, Wielkanoc i inne święta Inscenizacje na Boże Narodzenie, Wielkanoc i inne święta
Praca zbiorowa
Nauczyciele i katecheci, którzy przygotowują przedstawienia szkolne, jasełka, wieczory wigilijne, akademie okolicznościowe z okazji Bożego Narodzenia i Wielkanocy, znajdą w książce kopalnię pomysłów, gotowych scenariuszy dla przedszkolaków, dzieci starszych i młodzieży... » zobacz więcej


   


Wasze komentarze:

Brak komentarzy



Autor

Treść




[ Powrót ]
 
Daj plusika:
[ Strona główna ]
 Partnerzy medialni:

O stronie... | Ogłoszenia | Konkurs | Wspomóż nas | Polityka Prywatności | Reklama | Kontakt

© 2001-2017 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej