Kartki Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Czat Opowiadania Perełki
Z chorymi do końca

     Wiem, że za kilka tygodni albo miesięcy odejdą na zawsze. Chcę, by mogli odejść godnie. W domu wśród bliskich - mówi o swoich pacjentach pani Bożena, lekarz domowego hospicjum.

     Nikt tu się nie spieszy. Nie ma nerwowych telefonów, szybkich poleceń. Wydaje się, jakby wszyscy mieli czas w nadmiarze. Każdy gest i słowo mają sens. Choć powinno być inaczej. Bo przecież ci, którym trzeba pomóc, mają zwykle przed sobą kilka, może kilkanaście tygodni życia. Archidiecezjalny Zespól Domowej Opieki Paliatywnej zajmuje kilka pomieszczeń przy parafii św. Zygmunta na Żoliborzu: duży hali urządzony "po domowemu", recepcja, maleńki pokoik do rozmów indywidualnych i pokój lekarsko-pielęgniarski. Tu na tablicy "Ruch chorych" jak w szpitalu: po kilka karteczek z nazwiskami pacjentów przy 15 nazwiskach lekarzy. Szafka z wysuwanymi szufladami na historie chorób. Brakuje tylko personelu w białych kitlach. Domowy szpital "rozrzucony" jest w kilku dzielnicach: w Śródmieściu, na Żoliborzu, Woli i Bemowie. - Mamy 120 pacjentów pod opieką - wyjaśnia ks. Władysław Duda, dyrektor Archidiecezjalnego Zespołu Domowej Opieki Paliatywnej.

     Najwięcej dzieje się w "recepcji". Panie Malina i Joanna przyjmują zgłoszenia. Pierwszy kontakt z rodziną chorego jest bardzo ważny, czasem wręcz decydujący. Bo niektórym wydaje się, że jak jest ateistą albo protestantem to już nie uzyska tu pomocy. Dzwonią zagubieni. - Dla nas liczy się po prostu potrzebujący człowiek. Często słyszę: nie spodziewaliśmy się takiej choroby - mówi pani Malina, pracująca w hospicjum od 10 lat. - Łatwiej jest mi ich zrozumieć, bo zajmowałam się w domu chorą na nowotwór mamą - opowiada. - Wtedy jeszcze nie było domowych hospicjów. Na własnej skórze doświadczyłam tego, z czym przychodzą do nas rodziny pacjentów. Kompletnego zostawienia samej sobie. Dramatycznej, rozpaczliwej bezradności w obliczu postępującej choroby. I medycyny, która nie była w stanie pomóc. Gdyby nie tamte lata, nie zdawałabym sobie sprawy z tego, jak cierpienie potrafi przycisnąć człowieka do ściany. Dzisiaj nie miałabym odwagi rozmawiać z tymi ludźmi, którzy tu przychodzą. Wydają się być bardzo dzielni. W trakcie rozmowy nie wytrzymują. Rozpłaczą się, a potem są zawstydzeni i zażenowani swoją reakcją. Tu mogą płakać. To miejsce, w którym można rozebrać maszty i rusztowania - mówi pani Malina. - Któregoś dnia trafiła do nas pacjentka i mówi do mnie "widziałam panią w Centrum Onkologii na Ursynowie". I było nam łatwiej rozmawiać. Bo znam tę chorobę także z autopsji - dodaje pani Malina. Najtrudniej jest wtedy, kiedy swoje dziecko jako pacjenta zgłaszają rodzice. - Miałam też sytuację, kiedy żona zgłosiła męża do opieki. Po pewnym czasie ona sama została naszą pacjentką - wspomina. - Największą siłę do pracy w takim miejscu daje mi Msza św., którą zaczynam dzień. W drodze do pracy odmawiam różaniec, proszę o cierpliwość i wyrozumiałość dla wszystkich, których spotkam - odkrywa swoje tajemnice pani Malina.

     ANIOŁ W ZIELONEJ SUKIENCE

     Stoi na biurku pani Bożeny, kierownika medycznego zespołu lekarskiego. Pani Bożena z opadającą na twarz falą loków, spokojem w ruchach, sama ma w sobie coś z niebiańskiego stworzenia. Przed ggdz. 12 rusza w teren do swoich pacjentów. - Najgorsze są bezsensowne przepisy, kiedy człowiek schodzi na drugi plan - zżyma się. Od nowego roku, po każdej wizycie trzeba dać do podpisania pacjentowi albo rodzinie "potwierdzenie wizyty", choć przecież prowadzą stale odrębną dokumentację choroby. Formalizm i sztywność zaczynają wkradać się w przyjazne relacje z pacjentem i rodziną.

     Pani Bożena do hospicjum przyszła przed 10 laty, na konsultację neurologiczną pacjenta chorego terminalnie. - Zobaczyłam wtedy całą bezradność człowieka, przed którym zamknęły się drzwi szpitala i przychodni. I zostałam - wspomina. Dla chorego najgorszy jest strach, że zostaje sam. Jednocześnie boi się hospicjum, które traktuje jako wyrok ostateczny. Na pewno w wielu wypadkach tak jest, ale nie musi być tak zawsze. - Mieliśmy pacjentów, których choroba ustabilizowała się na pewnym etapie tak, że nasza pomoc nie była im potrzebna. Zawsze staram się mówić pacjentowi prawdę, ale do takiego momentu, kiedy chce ją usłyszeć - mówi pani Bożena. Czasami rodzina potrzebuje większej opieki niż pacjent. On akceptuje postęp choroby, dla nich jest to nie do przejścia. Zaczynają walczyć o kolejne badanie. Nie dowierzają. Chcą sprawdzić jeszcze raz. - Tymczasem wiemy, że sam wyjazd pacjenta z domu pogorszy jego stan - ubolewa pani Bożena.

     Wizyta lekarska trwa tak długo, jak długo potrzebuje jej pacjent. - Zajmuję się nie tylko opieką medyczną i zleceniami dla pielęgniarek. Ważna jest rozmowa z pacjentem, z jego rodziną - mówi pani Bożena. Wszyscy pracownicy hospicjum, którzy przychodzą do pacjenta, starają się przede wszystkim mieć dla chorego czas. Nawiązują się bliskie relacje, pacjenci zwierzają się ze swoich kłopotów. Opieka hospicyjna jest często inna od tej, której wcześniej doświadczali, kiedy trzeba było spieszyć się z każdym pytaniem na szpitalnym korytarzu. - Cieszy mnie uśmiech moich pacjentów. Jednym z najpiękniejszych podziękowań były słowa żony zmarłego pacjenta. Ta kobieta powiedziała wtedy: "Te dwa miesiące to był najlepszy czas w chorobie męża" - wspomina pani Bożena.

     Pani Jolanta, pielęgniarka, trzynaścioro swoich pacjentów odwiedza na Woli, Bemowie i Jelonkach. U każdego stara się być przynajmniej 2 razy w tygodniu. Niektórzy wymagają codziennych wizyt. - U jednych trzeba zmienić opatrunek, u innych zrobić zastrzyk. Zawsze trzeba porozmawiać. Jestem do dyspozycji pod telefonem. Pacjenci dzwonią do północy - opowiada. Swojej pracy nie zamieniłaby na żadną inną.

     KROK PRZED CHOROBĄ I KROK ZA PACJENTEM

     To zasada żoliborskiego hospicjum. - Staramy się wyprzedzać chorobę, sprawiać, żeby pacjent cierpiał jak najmniej. Jednocześnie opieka hospicyjna idzie pół kroku za chorym i rodziną, służąc im, nie narzucając drogi - mówi ks. Władysław Duda. W hospicjum jest 15 wolontariuszy. Nie w każdym przypadku angażowani są do pomocy. Jeśli rodzina ma w domu osobę ciężko chorą, stara się ograniczyć kontakty osób z zewnątrz. Sama skupia się przy chorym. Na sugestie pielęgniarki, że wolontariusz przyniesie sprzęt medyczny do domu, często grzecznie dziękuje: "To my sami podjedziemy do hospicjum".

     - Nie narzucam też swojej posługi jako kapłan. Wśród pacjentów są osoby innych wyznań niż katolickie. Idę spowiadać, kiedy pacjent zwróci się z taką prośbą. To są najpiękniejsze chwile, kiedy uda się pomóc poukładać człowiekowi relacje z Panem Bogiem" - mówi ks. Duda. - Jeden przypadek zapamiętam na całe życie - kontynuuje. Żona jednego z dawnych aktywistów władzy ludowej bardzo chciała, by mąż się wyspowiadał. Choroba postępowała, a mąż był bardzo zatwardziały w decyzji: "Nie chcę widzieć księdza". Mogłem tylko ją pocieszyć: "Może to się zmieni". Przyszła któregoś dnia. Mąż co prawda nie prosił o księdza, ale też nie negował wizyty kapłana w domu. Chory przyjął mnie dość chłodno. Pozwolił siąść naprzeciwko siebie. I usłyszałem: "I co mi teraz ksiądz ma do powiedzenia? Przede mną przez lata księża tak siadali i mnie się spowiadali" - zaczął. Kilkugodzinna rozmowa była właściwie spowiedzią tego chorego człowieka. Wyszedłem spocony jak mysz. Wkrótce ten pacjent zmarł, ale pojednany z Bogiem - opowiada ks. Władysław.

     To jedne z piękniejszych chwil, z których składa się 13 lat istnienia Archidiecezjalnego Zespołu Domowej Opieki Paliatywnej. Dyrektorujący mu od początku ks. Duda ma jeszcze wiele innych powodów do radości. - Proszę sobie wyobrazić, że w naszym 50-osobowym zespole nikt nie przeżywał "wypalenia zawodowego" - opowiada. Zwłaszcza w pracy hospicyjnej uczucie psychicznego wyczerpania po kilku latach a nawet miesiącach nie należy do rzadkości. Może to także wpływ wzajemnych relacji w zespole. - My się po prostu lubimy - mówią pracownicy. Spotykają się poza pracą i na dorocznym wspólnym wyjeździe. To pozwala przetrwać czas zmartwień związanych z oczekiwaniem na podpisanie aneksu przez NFZ na tegoroczną działalność hospicjum.

     Na ścianie przed wejściem do siedziby hospicjum znajduje się pamiątkowa tablica. Zawisła niedawno, w 10. rocznicę śmierci Katarzyny Dembińskiej. Ta znana bielańska społeczniczka dała w stolicy początek społecznemu hospicjum. Z niego wyrósł Archidiecezjalny Zespół Domowej Opieki Paliatywnej. Ksiądz Władysław Duda podaje dokładną datę: 2 października 1996 r. Dokładnie w Święto Aniołów Stróżów.


Irena Świerdzewska


Tekst pochodzi z Tygodnika

8 lutego 2009


Jak długo, Panie? Wędrówka przez tajemnicę cierpienia i zła Jak długo, Panie? Wędrówka przez tajemnicę cierpienia i zła
Gianfranco Ravasi
Problem cierpienia nurtował ludzi od najdawniejszych czasów. Był zawsze obecny w filozofii, teologii, w literaturze i sztuce. Gianfranco Ravasi wnika w to ludzkie doświadczenie bardzo głęboko... » zobacz więcej


   


Wasze komentarze:
 Piotr Adamczyk: 18.12.2013, 09:14
 Pozdrawiam ciepło x.Władka
 alek: 04.09.2011, 15:56
 jak można pomóc?
 sara: 10.04.2010, 00:45
 Czy ks.Wladyslaw Duda jest bylym Marianinem?
 
(1)


Autor

Treść




[ Powrót ]
 
Daj plusika:
[ Strona główna ]
 Partnerzy medialni:

O stronie... | Ogłoszenia | Konkurs | Wspomóż nas | Polityka Prywatności | Reklama | Kontakt

© 2001-2017 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej