Rozważania Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Cuda Opowiadania Perełki

Przy Bożym stole

     Kolejki ustawiają się tuż po dziesiątej. Cierpliwie stoją mtodzi, dojrzali i najstarsi. Tłoczą się, chociaż przechodnie odwracają od nich wzrok.

     Jadłodajnia ojców kapucynów na ulicy Miodowej to jeden z najbardziej znanych "Bożych stołów" stolicy. Gdy drzwi się otworzą, wszystko przyspiesza, ale nikt nikogo nie ponagla. Na stołach lądują talerze z gorącą zupą, ale zanim ktokolwiek jej skosztuje, odmawiana jest modlitwa. Dopiero potem zaczyna się wspólny posiłek, który często musi wystarczyć na cały dzień.

     TUTAJ JEST ZAWSZE DOBRZE

     Marcin, niewysoki dwudziestokilkulatek, o niewyraźnym spojrzeniu i szczerbatym uśmiechu, nie zawsze byi bezdomny. Pięć lat temu miał dom i rodzinę na drugim krańcu Polski, studia.

     - Oblałem dwa egzaminy i rzuciłem wszystko. Przez wakacje próbowałem ułożyć sobie życie, ale nie wychodziło - opowiada, patrząc w pełny talerz zupy.

     - W końcu, siedząc przy piwie, poznałem ludzi takich jak ja. Przez rok włóczyłem się z nimi. Jeździliśmy na stopa, z miasta do miasta, przyjeżdżaliśmy, siadaliśmy gdzieś na rynku i graliśmy na gitarze albo po prostu żebraliśmy. To wtedy nauczyłem się wyciągać rękę - przyznaje. - Były pieniądze, była wódka. Nie było pieniędzy, nie było jedzenia, ale też była wódka. Spirytus.

     Wszystko skończyło się w rok później, latem.

     - Pewnego dnia się obudziłem i nikogo nie było. Myślałem, że to żart, więc wróciłem na starówkę, ale nikogo tam nie spotkałem, a samemu było ciężko żebrać, bo wokół konkurencja - tłumaczy. - Potem przeniosłem się na dworzec, bo tam w miarę cieplej, nie wieje tak, są ludzie, do jedzenia też się coś znajdzie... Spotkałem innego żebraka, mówili na niego Janek, powiedział mi o noclegowni, więc poszedłem. Ale tam nie można było pić, a ja kochałem pić. Wódka to była moja miłość - zaciska grube palce na łyżce. - Uciekłem. Po miesiącu wróciłem. Dzisiaj myślę, że nie wiem, jak przeżyłem ten czas. Byłem w miejscach, o których nigdy nie wiedziałem i do których nigdy nie chciałbym wrócić - przyznaje.

     - Tutaj zawsze jest dobrze. Jest ciepło, czysto, jest zupa, ludzie na poziomie - rozgląda się po zatłoczonej sali. - Mogę usiąść, nikt mnie nie bije, nie kopie, nie wyzywa. Inny świat, nie to, co na dworcu. Tutaj jest zawsze dobrze.

     - Tutaj jest tak jak w domu - wtóruje mu Wiesiek, czterdziestolatek z kilkudniowym zarostem, który wpada od czasu do czasu. O swoim życiu nie chce mówić. - Było, minęło, stare dzieje, a teraz jest jak jest, każdy widzi - wzdycha.

     NIGDY NIE WYCHODZĘ GŁODNY

     - Nigdy nie wychodzę stąd głodny, a nawet czasem chleba wezmę ze sobą. Kochani bracia - uśmiecha się, kończąc jeść.

     Przez chwilę siedzi zapatrzony w pusty talerz, snuje wzrokiem po innych mężczyznach, o zmęczonych, półprzytomnych, lecz ogorzałych twarzach, siedzących nad jeszcze parującymi talerzami. Wzrok wędruje po koszyku, z którego w mgnieniu oka znika chleb - z jednej potężnej ręki, do drugiej bladej i chorowitej, by zaraz zniknąć za którymś talerzem.

     Dopiero, gdy ktoś przynosi pełny koszyk, Wiesiek wraca do swojej opowieści:

     - Dostałem kopniaka od życia i wylądowałem tam, gdzie inni. Na bruku - wyrzuca nagle z siebie. - A teraz? Pani, no, wiadomo: altanki, firanki, dworce i przepychanki - rymuje, śmiejąc się w głos, ale jest to smutny śmiech. - Nigdy nie wiem, czy przeżyję następny dzień - przyznaje. - Wiosną i latem człowiek jakoś żyje. Tu coś się zmaluje, tam podszpachluje, gdzie indziej przybije i jest za co żyć. A jesienią? Oj, ciężko. A zimą? No, jeszcze gorzej. Zimą ratuje mnie tylko ta zupa. I wódka.

     MIEĆ W DOMU TAKI STÓŁ

     O wódce myśli większość mężczyzn, którzy odwiedzają zakonne jadłodajnie. Nadal największym problemem bezdomnych jest alkohol, który ciągnie w dół tak mężczyzn, jak i kobiety. One też tutaj przychodzą, młodsze i starsze, zagubione, próbujące za wszelką cenę odbić się od dna, wyjść z matni - tak jak Maria.

     Wśród stłoczonych, zaniedbanych, starych mężczyzn Maria przyciąga wzrok czerwonymi ustami. Stoi sama, w niebieskiej, ortalionowej kurtce, z pogniecioną reklamówką w ręce.

     Maria przychodzi rzadko, tylko wtedy, gdy głód przyciśnie ją, a raczej jej trójkę dzieci.

     - Bo wstyd tak, pani, przyjść tutaj w dzień - mówi, odwracając twarz. - Jak człowiek kiedyś pracował, miał swój własny dom i pieniądze, a teraz stoi po talerz zupy przy, no, tych tutaj - pokazuje palcem na stojących pod ścianą trzech potężnych mężczyzn. - A czasem i weźmie kankę i poprosi o zupę dla dzieci, to też dadzą.

     Na co dzień mieszka na Pradze, kątem u starszej pani, którą się zajmuje w zamian za pokój, ale i tak się nie przelewa. Wszystko to, co zarobi dorywczo sprzątając mieszkania, wystarcza ledwie na życie.

     - Na śniadanie, pani, to chleb: z białym serem, z dżemem, z masłem albo posypany cukrem i polany wodą, jak już niczego nie ma. Na obiad zwykle ziemniaczana albo pomidorowa, a jak jest źle to mleko i makaron, albo mleko i kluski z mąki... - ucina.

     O kolacji nie mówi. Na nią najczęściej jest głód.

     - No, bieda, bieda... - szepce, biorąc półmisek i stawiając na stole. - Teraz to wszyscy chcą referencje. A gdzie, ja, prosta, stara baba, z nieskończoną zawodówką, jakie referencje dostanę? Kto mi da jaką stałą pracę? - pyta, bezradnie rozkładając ręce. - Ta zupa, to wielki dar dla mnie - szepce, podnosząc łyżkę do ust. - Bo wie pani, ja zawsze chciałam mieć taki dom. I teraz też chciałabym mieć w domu choć raz taki stót i takie Święta jak były tutaj rok temu. Z opłatkiem i śpiewaniem kolęd. Tak, to pięknie było... - rozmarza się.

     Co będzie teraz? Tegoroczne Święta Maria spędziła w domu z dziećmi. Przygotowała się solidnie. Pracowała, ile się dało. Po pracy szukała dodatkowego jedzenia:

     - Raz na tydzień, w piątek w nocy, idę na duże zakupy - pochyla się nade mną, jakby zdradzała największy sekret na świecie. - Tam, daleko, na śmietnik za market. Wie pani, ile ludzie wyrzucają na śmietnik? - pyta, ściskając w dłoniach starą reklamówkę. - Tydzień temu znalazłam paczkę ptasiego mleczka. Całą, w folii jeszcze była. Przeterminowana o dwa dni. Rozumie pani? Dwa dni. Za tydzień znów tam pójdę, to i może coś znajdę. Jak pani myśli?

     Imiona bohaterów zostały zmienione

Wybrane jadłodajnie dla ubogich w Warszawie:

- Jadłodajnia Ojców Bonifratrów przy ul. Sapieżyńskiej 3,
- Jadłodajnia Księży Rogacjonistów przy ul. Poznańskiej 21,
- Jadłodajnia Sióstr Felicjanek przy ul. Azaliowej 17,
- Stołówka Sióstr Albertynek przy ul. Kawęczyńskiej 4a,
- Bar "św. Marta" Kamiliańskiej Misji Pomocy Społecznej przy Dworcu Centralnym w Warszawie.



Kaja Cudak


Tekst pochodzi z Tygodnika

24 stycznia 2010


List pocieszenia List pocieszenia
Henri J. M. Nouwen
Sześć miesięcy po śmierci matki Henri J. M. Nouwen, pragnąc ukoić ból ojca po stracie najbliższej mu osoby, zaczął pisać do niego długi list. Snując rozważania nad znaczeniem śmierci, umieścił je w kontekście śmierci i zmartwychwstania Chrystusa... » zobacz więcej


   


Wasze komentarze:

Brak komentarzy



Autor

Treść




[ Powrót ]
 
Daj plusika:
[ Strona główna ]
 Partnerzy medialni:

O stronie... | Ogłoszenia | Konkurs | Wspomóż nas | Polityka Prywatności | Reklama | Kontakt

© 2001-2017 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej