Rozważania Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Cuda Opowiadania Perełki
Za ścianą

     Żyjemy w ciągłym pośpiechu. Zabiegani wokół spraw zawodowych i rodzinnych nie zauważamy często drugiego człowieka, który może potrzebuje od nas pomocy. Ludzie żyjący w przepastnych blokach wielkich miast pozostają przez cale swoje życie anonimowi, wyalienowani. Dokąd żyją w swoich rodzinach, są młodzi, sprawni fizycznie, nie odczuwają wyobcowania. Dramat zaczyna się dopiero wówczas, gdy przychodzi starość i samotność albo ciężka choroba. Człowiek ze swą tragedią, pozostaje sam, nieraz skazany na śmierć.

     Wyobcowanie

     Maria T. całe swoje dorosłe życie związała z warszawską Wolą. Po II wojnie światowej przyjechała do Warszawy i zaczęła pracować jako księgowa w jednym ze stołecznych przedsiębiorstw. Na początku lat 50-tych dostała przydzielone mieszkanie. Wprowadziła się do maleńkiej kawalerki w długim blokowcu. Od początku różniła się od innych lokatorów. Większość z nich to zasłużeni robotnicy z pobliskich zakładów przemysłowych. Rodziny szybko poznały się ze sobą i stworzyły swoistą enklawę. - Tu żyło się kiedyś jak w rodzinie -wspomina emerytowany robotnik. -Jeden o drugim wszystko wiedział. Bawiliśmy się wspólnie i wspólnie smucili. Nie to co dziś. Jeden na drugiego wilkiem patrzy. W tej zamkniętej społeczności Maria T. czuła się obco. Budziła zainteresowanie, ale nikt nie starał się do niej zbliżyć. - Pani Maria to była piękna kobieta - mówi jedna z dawnych mieszkanek bloku. - Mój mąż często podglądał ją przez okno. Ale ona była obca. Nie pasowała do nas. Taka układna, grzeczna. Mówiła po francusku i grała na fortepianie. Lata mijały i zainteresowanie panią Marią ustało. Wiodła nudne, monotonne życie i była samotna. Z biegiem lat stała się niewidzialna dla otoczenia. Najbliższymi jej sąsiadami była wielodzietna rodzina robotnicza. Wódka stała się częstym gościem w tym domu. Ojciec, matka, a wkrótce dorastające dzieci chodzili w ciągłym upojeniu alkoholowym. Pito i bito się w tym domu często. Maria T. miewała nieprzespane noce. Bała się prosić o interwencję policję, bo potem biesiadnicy mogliby zemścić się na niej. Toteż siedziała cichutko jak mysz w mieszkaniu, starając się nie wadzić nikomu swoją osobą.

     Gorzkie lata emerytki

     Lata biegły, a w blokowisku na Woli niewiele się zmieniało. Zasłużeni niegdyś przodownicy pracy doczekali się emerytury. Dzieci ich dorosły i poszły w świat. Tylko u Marii T. czas zatrzymał się w miejscu. Przez kilka lat pracowała wprawdzie w Czechosłowacji, ale codzienne życie szybko zatarło ten epizod zawodowy. W końcu doczekała się emerytury. Nadal pozostała samotna niemal niezauważana przez nikogo. W miarę jednak gdy Marii T. przybywało lat, zaczęła się nią interesować alkoholowa rodzina W. Samotna, mówiono, bogata pani z sąsiedztwa zaczęła ich żywo interesować. Początkowo wkradli się w jej łaski, okazywali życzliwość, chęć niesienia pomocy w razie potrzeby. Potem gdy rodzina W zdobyła zaufanie emerytki mogła pozwolić sobie na coś więcej. Zaczęto nagabywać ją o pieniądze, pożyczki. Maria T. była nieufna i wszystkie oszczędności trzymała w banku. Któregoś letniego wieczoru Maciej W. z kumplami i siostrami postanowili dać starszej pani nauczkę. Trzeba za wszelką cenę dowiedzieć się, gdzie trzyma biżuterię. W tym celu złożyli wizytę Marii T, a gdy kobieta nie chciała wyjawić, gdzie trzyma swój skarb, przystawiono jej brzytwę do karku. Nie skończyło się na pogróżkach. - Pamiętam, wyszedłem wtedy na wieczorny spacer z psem - wspomina starszy pan z sąsiedniej klatki. - Zobaczyłem na ławce skuloną postać kobiecą. Poznałem, że to pani Maria. Podszedłem do niej pytając, czy czegoś nie potrzebuje, i zobaczyłem, że ręce ma całe we krwi, a z karku przez zawiązaną chustkę sączyła się także krew. Płacząc opowiedziała mi o napadzie w jej domu i o wyczynach młodych ludzi. Proponowałem, aby poszła ze mną na policję, ale ona zaczęła się wykręcać. Wiedziałem, że się bała. Po kilku dniach spotkałem ją na ulicy. Na moje pytania nie chciała odpowiadać. Mówiła, że to jakaś pomyłka, że pomyliłem ją z kimś innym. Przestałem się tym interesować.

     Od tego czasu Maria T. stała się jakaś, dziwna. Unikała ludzi, skradając się wychodziła zza zakrętu ulicy, miała rozbiegane oczy. Mówiła, że boi się jakiegoś mężczyzny. Samotność jej jeszcze bardziej się pogłębiła. Dla sąsiadów stała się niezauważalna i szara, tak jak jej wiekowa jesionka noszona przez lata.

     Skazana na śmierć

     Z biegiem lat w bloku dokonały się pewne zmiany. Niektóre mieszkania zostały wykupione, część dawnych lokatorów wymarła, sprowadzili się nowi młodzi ludzie traktujący swe mieszkania jak sypialnie. Jedną z nowych lokatorek była młoda nauczycielka Daria. - Pochodzę z małego miasteczka - mówi - może dlatego mam we krwi inne kontakty z sąsiadami niż te, które panują w wielkich miastach. Nie lubię anonimowości i obojętności, tak właściwych dla nowych osiedli. Mam także sentyment do ludzi starych, zniedołężniałych. Może dlatego zainteresowała mnie smutna, wiecznie wystraszona staruszka z niższego piętra. Kilka razy pomogłam jej wejść po schodach. Dziękowała mi wylewnie i zaprosiła na herbatę. Dowiedziałam się, że nikogo z rodziny nie ma już wśród żywych, siły ją opuszczają, czuje się osaczona przez pijackich sąsiadów. Gdy to powiedziała, jakby sama przestraszyła się swoich słów. Chciała wszystko zatuszować. Potem, zajęta swoimi sprawami, nie interesowałam się losem staruszki. Dopiero na wiosnę spotkałam ją w sklepie. Stała oparta o framugę i bata się ruszyć. - Nogi odmawiają mi posłuszeństwa -powiedziała - przewracam się na ulicy. Już kilka razy obcy ludzie doprowadzali mnie do domu. - Zajęłam się starszą panią. Zrobiłam zakupy. Chciałam załatwić siostrę PCK, ale pani Maria twierdziła, że jeszcze sama da sobie radę. Wyjechałam na pewien czas z Warszawy. Po powrocie poszłam odwiedzić staruszkę. Zastałam ją w opłakanym stanie. Wystraszona, głodna z kilkoma groszami w portmonetce. Wiecznie czekała na listonoszkę, która miała przyjść z emeryturą. Nikt z poczty niestety nie zjawił się. Listonoszka wrzucała jedynie do skrzynki awizo. Starałam się z nią rozmawiać, tłumaczyłam, że starsza pani nie wychodzi już z domu i awizo do niczego nie służy. - Mowy nie ma, abym weszła do tego mieszkania - zareplikowała ostro listonoszka - pani T. posądzi mnie o kradzież tak jak wszystkich, którzy do niej wejdą. Mówiłam, że to jakieś nieporozumienie. Przychodzę do pani Marii bardzo często i nigdy mnie nie oskarżyła o żadną kradzież. Na wszystkie moje argumenty listonoszka pozostała głucha.

     I tak krąg zła wokół Marii T. zaciskał się coraz bardziej. Co miesiąc powinna otrzymywać dużą rentę, która do niej nie mogła dotrzeć. W rezultacie kobieta nie miała za co kupić sobie chleba. Gdyby nie pomoc Darii I. umarłaby z głodu. Młoda nauczycielka próbowała zorganizować pomoc sąsiedzką, zainteresować ludzi losem samotnej chorej kobiety. Wszystko nadaremnie.

     Każdy bał się wejść do Marii T. nie chcąc być oskarżony o kradzież jakiegoś przedmiotu. Ktoś uknuł idiotyczną plotkę o dziwactwie staruszki i fama poszła wśród sąsiadów. Ludzie bali się także pijackiej meliny sąsiadującej z mieszkaniem pani Marii. Rodzina W. w sobie tylko wiadomy sposób dręczyła starą kobietę. Powoli wyniesiono z jej mieszkania lodówkę, garnki, talerze, nie licząc innych drobiazgów. Gdy Daria I. przyniosła sąsiadce zupę, nie mogła znaleźć garnuszka, w którym można by od-grzać posiłek. Dom Marii T. powoli został ogołocony. W tym absurdalnym kręgu obojętności i wrogości jedynie młoda nauczycielka wzięła całą sprawę w swoje ręce. Zawiadomiła ośrodek pomocy społecznej o tragicznym położeniu starszej pani. Po długich perturbacjach przyznano w końcu opiekunkę PCK, która nadzorowana przez Darię I. świadczyła najpotrzebniejszą pomoc. Po dwóch miesiącach Maria T. zmarła. - O wszystkim dowiedziałam się zbyt późno - wspomina dawna koleżanka staruszki. - Mogłam zająć się jedynie pogrzebem. Nie wiem, co się stało z biżuterią, której Maria miała pełną szkatułkę. Ktoś musiał się nieźle obłowić. Z palca ściągnięto jej pamiątkowy pierścionek, który w tej rodzinie przechodził z pokolenia na pokolenie. Dzięki Bogu, że w tym całym nieszczęściu Maria spotkała na swojej drodze tak dobrego człowieka, jak ta młoda nauczycielka. Gdyby nie jej pomoc, Marysia umarłaby z głodu. A na jej piętrze mieszkają cztery sąsiedzkie rodziny. Strach pomyśleć, do czego może doprowadzić znieczulica. Stary, chory człowiek nikomu nie jest potrzebny i żaden sąsiad nie pomyśli nawet, aby zapukać do drzwi staruszki, która od długiego czasu nie wychodzi z domu i może potrzebować pomocy. Nie wiem, dlaczego ludziom tak serca stwardniały, że oprócz swego nosa nie widzą nikogo wokół siebie.

     * * *

     We własnych troskach i sukcesach istotnie zobojętnieliśmy na drugiego człowieka. Nie obchodzi nas tragedia, która rozgrywa się nieraz za ścianą. Nie chcemy nikomu narażać się, wtrącać w nieswoje sprawy. Pewien tygodnik zamieszczając porady na temat, jak się zachować w wypadku napadu, radzi, aby nie krzyczeć na klatce schodowej wzywając pomocy. Nikt nam wtedy drzwi nie otworzy. Pomoże jedynie okrzyk: pali się! Ludzie ruszą się, gdy ich dobytek zostanie zagrożony.

     Czy jest jakaś możliwość wyjścia z tego kamiennego, zobojętnianego kręgu? Czy można ludziom otworzyć serce na dolę innego człowieka?


Iwona Galińska


Jak długo, Panie? Wędrówka przez tajemnicę cierpienia i zła Jak długo, Panie? Wędrówka przez tajemnicę cierpienia i zła
Gianfranco Ravasi
Problem cierpienia nurtował ludzi od najdawniejszych czasów. Był zawsze obecny w filozofii, teologii, w literaturze i sztuce. Gianfranco Ravasi wnika w to ludzkie doświadczenie bardzo głęboko... » zobacz więcej


   


Wasze komentarze:
 Anuszka24: 27.01.2013, 17:52
 Naszym obowiązkiem moralnym kiedy wiemy o okradaniu kogoś donieś to na policję. W tej opisanej sytuacji również do pomocy społecznej. Zaniedbanie tego jest poważnym grzechem ciężkim... Biedna kobieta... Sama się czasem boję, że kiedyś będę w jej sytuacji. Ludzie robią się coraz bardziej egoistyczni... Moja nadzieja w Panu Bogu, że pośle do mnie jakichś dobrych ludzi.
 kasia: 17.02.2009, 10:50
 słów mi brakuje...
 asia: 16.02.2009, 16:43
 straszna prawda i to my ludzie ludziom czynimy
 
(1)


Autor

Treść




[ Powrót ]
 
Daj plusika:
[ Strona główna ]
 Partnerzy medialni:

O stronie... | Ogłoszenia | Konkurs | Wspomóż nas | Polityka Prywatności | Reklama | Kontakt

© 2001-2017 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej