Rozważania Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Cuda Opowiadania Perełki
Karnawał dla "śpiących"

     Wspaniale, że przyjechaliście akurat dziś - przywitała nas elegancka młoda kobieta. - Przygotowujemy właśnie zabawę karnawałową! - Dla kogo? - pomyślałam - przecież tu są tylko osoby w śpiączce!

     Bardzo chciałam na początek porozmawiać z panią Janiną Mirończuk, założycielką Fundacji Światło i tego domu - domu dla osób w stanie apalicznym. Kiedy razem z ekipą TVP Bydgoszcz szukaliśmy podanego mi adresu, wyobrażałam sobie szpitalny barak, gdzie w ciszy i oparach leków przebywają czekający właściwie na śmierć pacjenci, ofiary tragicznych wypadków.

     - Proszę za mną - uśmiechnięta brunetka prowadziła nas przez korytarz przedwojennej willi, w której mieści się siedziba fundacji - do pawilonu "śpiących". Dużo światła i koloru to pierwsze wrażenie. Ale widok był dużo bardziej niezwykły - przy pierwszym z pokoi stał niewielki dźwig - podnośnik z ogromną chustą. Dwie głośno żartujące młode osoby sterowały urządzeniem przy pomocy pilota, tak aby chusta zatrzymała się przy leżącym na łóżku młodym człowieku. - To Adam - poinformowała nas przewodniczka - w śpiączce od półtora roku, po wypadku komunikacyjnym.

     Adam właśnie "wybiera" się na bal. - Staraj się chłopaku - wesoło przemawia do niego jedna z opiekunek. - Rusz ręką, jeszcze troszkę - zachęca, przekładając pod nim chustę. Młody człowiek miał otwarte oczy - czasem tylko powieki na dłuższą chwilę mu opadały. Nie widziałam, żeby reagował na "zaczepki" pielęgniarek. Jednak one cały czas mówiły do niego, tak jakby wszystko słyszał i rozumiał! Dziewczyny zawinęły Adama w chustę, po czym sterowały dźwigiem tak, aby przeniósł mężczyznę na wózek. Delikatnie, ale z ogromną precyzją, ułożyły jego bezwładne kończyny na podnóżku i oparciach wózka. - A teraz na bal! - powiedziały. Adam został przewieziony do udekorowanej sali, gdzie już wcześniej w podobny sposób trafiło kilku młodych mężczyzn. - Jeszcze Kasia i Ewa - usłyszałam. Po chwili do balowej sali trafiły dwie dziewczyny na wózkach, bezwładne, choć jedna miała otwarte oczy.

     Czekająca na komplet "balowiczów" rehabilitantka włączyła muzykę i zarządziła: no panowie, a teraz dmuchamy balony, bo ich tu trochę mało. Dziewczyny tymczasem... upieką faworki!

     Ani jednego, ani drugiego nie mogłam sobie wyobrazić - jak ci bezwładni mężczyźni, którzy nawet, jeśli patrzą, to kompletnie niewidzącym wzrokiem, nadmuchają balony? Jak dziewczyny, które nie wykazują ani cienia reakcji na dźwięk czy światło, zrobią ciasto na faworki?

     Sala zaroiła się od młodych, radosnych opiekunek, które absolutnie nie przejmując się brakiem reakcji pacjentów, cały czas do nich mówiły. Jedna podeszła do Adama: - A teraz chwytaj pompkę, zobacz, zakładam na nią czerwony balonik, a ty staraj się, bo za chwilę balon ma wisieć pod sufitem. Włożyła w ręce chłopaka małą pompkę, zacisnęła jego palce na uchwycie i delikatnymi ruchami wspólnie napełniali balon powietrzem. Na warzy młodego mężczyzny drgały kolejne mięśnie - albo tylko mi się tak wydawało...

     - Dziewczyny, mamy już wszystko do smażenia faworków, pora zabrać się za ciasto! - usłyszałam. Jedna z rehabilitantek podeszła do pierwszej z dziewczyn na wózku: - Włóż rękę do miski z mąką, tak, bardzo dobrze. Poruszaj palcami - teraz wbijamy jajko. Czujesz? Ciasto zaczyna się kleić. Jeszcze trochę mąki, a teraz mieszamy! Na oparciach wózka stała plastikowa tacka z wyrabianym ciastem, a ręka "śpiącej" dziewczyny, poruszana przez sprawne dłonie opiekunki, "wyrabiała" ciasto. Podobnie pracowała inna z opiekunek z drugą z pacjentek.

     - No, chłopaki, dziewczyny muszą teraz dodać spirytus do ciasta, powąchajcie, czy to na pewno ta butelka? - Pielęgniarka przechodziła od wózka do wózka, podstawiając pod nos mężczyznom odkręconą buteleczkę z odrobiną alkoholu.

     - Ale pomysły - rzucił kolega operator, który filmował, co mógł, choć tyle się działo, że trzy kamery powinny to rejestrować. Nawet zapachem próbują ich obudzić!

     Patelnia na gazowej butli z turystycznym palnikiem dymiła już gotującym się tłuszczem, kiedy trafiły na nią pierwsze faworki. Sala napełniła się zapachem smażącego się ciasta. - To niesamowite - dziwił się wciąż mój telewizyjny kolega. Wszystko takie prawdziwe, a przecież do tych osób, które co najmniej od kilku miesięcy są w śpiączce, i tak nic nie dociera.

     - Czy jest pan pewien? - usłyszeliśmy. Za naszymi plecami pojawiła się niewysoka, wsparta na kuli i radośnie uśmiechnięta założycielka tego niezwykłego domu, pani Janina Mirończuk.

     - A gdyby pan, żywy, został zamknięty w trumnie, zostawiono by panu tylko małe szklane okienko na wysokości oczu - jak by pan się wtedy czuł? Nie mogąc ruszyć ręką ani nogą, nie mogąc nikomu przekazać, że pan jeszcze żyje... Tak jest właśnie z nimi, są uwięzieni w swoim ciele, ale w środku żyją, czują - a my tutaj chcemy próbować ich uwolnić, wykorzystując wszystkie możliwe środki terapeutyczne. Pani Mirończuk, zatrudniając pracowników: pielęgniarki, terapeutów -najpierw przeprowadza test. W otoczeniu grupy pracujących już w ośrodku osób sadza kandydata na krześle, zakleja usta, unieruchamia ręce i każe innym bombardować go bodźcami. - Dlaczego aż tak? - zapytałam panią Janinę. - Chodzi o podejście do naszych pacjentów. Wszyscy pracownicy muszą z nimi pracować podobnie. Osoba skrępowana, niemogąca zareagować, kiedy coś się z nią albo wokół niej dzieje - to obraz naszego pacjenta. Zależy mi na tym, żeby pracownicy nie tylko to wiedzieli, ale też głęboko, w środku czuli!

     - Oni tu tak właśnie pracują - mówi pani Basia, której syn już piąty rok jest w śpiączce. - Cały czas mówią do pacjentów, stosują różne bodźce, pobudzające wszystkie zmysły. Ten bal to niezwykła terapia, jesienią były to na przykład "nadmorskie wieczory". Wywożono pacjentów do ogrodu przed ośrodkiem, włączano taśmy z dźwiękami morza, krzykiem mew, tace z piaskiem podkładano pod dłonie i stopy, do uszu przykładano im szumiące muszle... Pierwsze dwa lata Paweł był w domu, ale kiedy i ja się rozchorowałam, szukałam dla niego miejsca. Wcześniej był w innym ośrodku, ale dopiero kiedy dostaliśmy się tutaj, zobaczyłam jakąś nadzieję.

     - Paweł studiował w Bydgoszczy informatykę, dorabiał sobie projektując etykiety - jego pasją był rysunek, wielu przyjaciół obdarowanych zostało portretami wykonanymi przez niego. Nasz dom był pełen życia - wspomina pani Basia. - Drzwi się nie zamykały... Miał dziewczynę w Tczewie i jeździł do niej w każdy weekend. W trakcie kolejnej wizyty, po obiedzie nagle osunął się z krzesła. Wezwana karetka zabrała go do szpitala, tam nie potrafili go zdiagnozować, przewieźli go do Gdańska - lekarka dała mu jakieś środki uspokajające. Stracił przytomność po raz kolejny - i wtedy dopiero zadzwoniono do mnie. Kiedy przywieziono go z powrotem do Tczewa, był już w stanie śpiączki. Był na intensywnej terapii kilka tygodni. Lekarze zupełnie nie potrafili mu pomóc, wreszcie usłyszałam od jednej pani doktor: on się nadaje tylko na części...to roślinka. Byłam wtedy na środkach uspokajających, więc nie rzuciłam się na nią z pięściami, ale nawet dziś, kiedy sobie o tym przypomnę...

     Bal karnawałowy dobiega końca - finał: próbowanie faworków. Opiekunka Adama podeszła do niego z tacą, wzięła faworka i zacisnęła na nim palce mężczyzny... i wtedy, wiedziałam już, że to nie złudzenie. Dłoń Adama delikatnie podtrzymywana przez opiekunkę zaczęła się zbliżać do jego ust. I znowu na twarzy chorego można było dostrzec ogromny wysiłek, i poczułam się jak świadek cudu - bardzo powoli usta Adama się otworzyły i niewielki kawałeczek ciastka do nich trafił!

     - Brawo, staraj się dalej chłopaku - wesoło wolała jego opiekunka. Choć na jego twarzy nie był w stanie pojawić się uśmiech, dla wszystkich było oczywiste, że to był kolejny krok młodego człowieka do świata, z którego kiedyś wyrwał go samochodowy wypadek. - Tak właśnie to nazywamy - potwierdziła pani Janina - że pacjent "do nas idzie!". Bardzo czekamy na każdy taki krok, najczęściej zaczyna się od otwarcia oczu, drobnych ruchów palcami. Cudownie to było widać w przypadku małego Krystiana, chłopca pięcioletniego, który już trzy lata jest u nas. Jako dwulatek podtopił się w wannie, rodzice trafili do nas po próbach wybudzania w szpitalu - bez żadnego powodzenia. Jakiś rok temu mieliśmy terapię z psami, i Krystian dostał do rączki kawałek karmy dla szczeniaczka. Kiedy terapeutka przybliżyła psa do Krystiana - maleńka rączka drgnęła i chłopczyk podniósł ją wyżej, żeby szczeniak chwycił karmę! Czasem na kolejny krok czeka się miesiące - ale my nigdy nie tracimy nadziei.

     Paweł, syn pani Basi, po balu wrócił do swojego pokoju.

     - Witaj, Pawełku - przywitała go mama. - Jak było, dziewczyny szalały, a ty pewnie słyszałeś jakieś nowe dowcipy? -Tak! - śmiała się pielęgniarka, przekładając go na łóżko. - Opowiedz mamie, jak szaleliśmy przy lambadzie... Proszę zobaczyć - odwróciła się do mnie pani Basia. - Jak można powiedzieć, że on nadaje się tylko na części, kiedy ja widzę, że on mnie słyszy, uśmiecha się, kiedy wspominam, ściska mi dłoń, kiedy proszę, żeby potwierdził, że rozumie... Ja wierzę, że on kiedyś do mnie wróci, muszę tylko kupić mu nowy komputer, bo ten, na którym pracował, już się zestarzał... Słyszysz, synku? Dłoń chłopaka zacisnęła się na dłoni matki.

     W ciągu pięciu lat pracy Domu dla Osób w Stanie Śpiączki Fundacji Światło w Toruniu ze stanu śpiączki wybudziło się 14 osób. Wracając, odwiedziliśmy jednego z nich, pana Krzysztofa. Chodzi, mówi, ma plany na przyszłość, i choć ciągle jeszcze potrzebuje rehabilitacji, z całą pewnością żyje.


Elżbieta Ruman

Autorka jest dziennikarką TVP


Tekst pochodzi z Tygodnika

22 lutego 2008


Skazani na (nie)szczęście Skazani na (nie)szczęście
Rémi Parent
Któż nie doznał chwil wielkich i małych zranień – ran ciała lub serca? Być może cierpienia zostały częściowo oswojone, pamięć o nich przypomina jednak, że nieszczęście zawsze czyha gdzieś w pobliżu.... » zobacz więcej


   


Wasze komentarze:
 PixaVixa: 26.08.2009, 12:22
 Piękne... Podziwiam Was i pozdrawiam! Pani Janino jest Pani wspaniałą kobietą... Tak trzymać!
 lwicus: 01.03.2009, 08:15
 ludzka dobroc polaczona z ogromna nadzieja i wiara, ze dla Boga nie ma nic niemozliwego...
 Niemożliwe: 26.02.2009, 21:17
 stało się możliwym. Oto efekt jak wiele jest w stanie ludzka dobroć!
 
(1)


Autor

Treść




[ Powrót ]
 
Daj plusika:
[ Strona główna ]
 Partnerzy medialni:

O stronie... | Ogłoszenia | Konkurs | Wspomóż nas | Polityka Prywatności | Reklama | Kontakt

© 2001-2017 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej