Kartki Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Czat Opowiadania Perełki
Wolontariusze z Hospicjum

"Twarz odchodzącego człowieka najpiękniejsza jest przed śmiercią..."

"...Samotność to gorsze niż kres życia.
Cóż mam uczynić, by czuć się bezpiecznie?
Pamiętaj, nie smuć się, gdy umrę, wtedy nie będę się już bała.
Lecz teraz bądź ze mną choć jedną myślą, wspomnieniem.
Zrozum moje obawy i zachowaj mnie w sercu..."

     Od 1998 r. na terenie prawobrzeżnej Warszawy istnieje Ośrodek Hospicjum Domowe - Niepubliczny Zakład Opieki Zdrowotnej Zgromadzenia Księży Marianów, którego dyrektorem i duchowym opiekunem jest ks. Andrzej Dziedziul. Ośrodek zajmuje się nieodpłatnie chorymi w ostatniej fazie choroby nowotworowej oraz ich
Wolontariusze w Ośrodku
rodzinami. Oferuje pomoc medyczną, sanitarną i duchową, pomagając chorym oraz wspierając ich najbliższych w czasie odchodzenia i żałoby. Organizuje grupy wsparcia oraz opiekę nad osieroconymi dziećmi.

     Początki działalności Hospicjum nie były łatwe: dwóch wolontariuszy, brak własnego lokalu i środków finansowych, magazynowanie sprzętu w prywatnych mieszkaniach. Stopniowo jednak idea opieki paliatywnej spotykała się z coraz większym zainteresowaniem zarówno pacjentów jak i ośrodków zdrowia, co doprowadziło do powstania najpierw Stowarzyszenia, a potem Ośrodka Hospicjum Domowe. Jego podopieczni to ludzie w każdym wieku, wierzący i niewierzący.

     W Hospicjum oprócz lekarza, pielęgniarek, rehabilitantów, psychologów i księdza pracują także wolontariusze niemedyczni, których w chwili obecnej jest około czterdziestu. Są wśród nich osoby w każdym wieku, studenci, emeryci oraz osoby aktywne zawodowo. Niektóre same doświadczyły choroby i straty kogoś bliskiego, inni przychodzą po prostu z potrzeby serca. Łączy ich jedno - pragnienie pomocy innym w godnym przejściu na tamten brzeg.

     Dlaczego to robią?

     Oddajmy głos im samym.

     Na czym polega Wasza praca w Hospicjum?

     Tomek:
     - Swoją pracę jako wolontariusz rozpocząłem od pierwszego dnia ferii zimowych w lutym 2000 r. W Ośrodku zostałem powitany radośnie i od pierwszych chwil czułem się tu bardzo dobrze. Moja pomoc polegała na dowożeniu lekarzy i pielęgniarek swoim samochodem do potrzebujących pacjentów, który znajdowali się pod opieką Hospicjum. W ten sposób pracowałem jako wolontariusz przez okres 2 tygodni. Choć był to dla mnie bardzo trudny okres zobaczyłem, że można być radosnym nawet jeśli zostało się obarczonym tak ciężkim cierpieniem jakim jest choroba nowotworowa. W przerwach miedzy wyjazdami przygotowałem się do matury którą zdawałem już za 3 miesiące... I mimo, iż moja codzienna posługa skończyła się w momencie zakończenia ferii nie zakończyłem "przygody" z Hospicjum i do dnia dzisiejszego jestem z nim związany. Wykonałem m. in. internetową stronę Ośrodka Hospicjum Domowe.

Poświęcenie nowego samochodu
     Marylka, 6 lat w Hospicjum:
     - Ja pomagam w potrzebach sanitarnych, w przygotowaniu posiłków. Teraz jestem już rok u pani, która fizycznie dość dobrze funkcjonuje, tylko ma czasami załamania psychiczne i wtedy mówi, że to wszystko nie ma sensu, że łatwo jest powiedzieć, że cierpienie uszlachetnia, że tam kiedyś będzie lepiej, a ja teraz chcę, żeby mi było dobrze. Moim zadaniem jest jej uspakajanie, wyciszanie, żeby mogła normalnie funkcjonować.

     Bo to jest pomoc nie tylko medyczna, ale także od strony duchowej...

     Marylka:
     - Jest i pomoc medyczna, czym się zajmują przede wszystkim pielęgniarki, są też lekarze i my, wolontariusze. Zespół hospicyjny tworzy lekarz, pielęgniarka i wolontariusz - oni tworzą jedno - dzięki tej jedności wszystkie potrzebne posługi się synchronizują. Każdy jest potrzeby, każdy pełni swoją funkcję.

     Danusia, przełożona pielęgniarek:
     - Zadaniem wolontariuszy jest przede wszystkim to, żeby być z rodziną, pomóc im przejść przez ten trudny moment odchodzenia osoby bliskiej, nauczyć rodzinę dać zgodę na odejście. Wiele razy zdarzało się, że w momencie agonii rodzina, która nie była na nią przygotowana przerywała ją jakimś gwałtownym zachowaniem, szlochem, wołaniem tego chorego. Wtedy bardzo trudno się odchodzi takiemu choremu, czasem to odejście trwa dwa tygodnie. Tak, że naszym zadaniem oprócz spraw pielęgnacyjnych jest przygotowanie rodziny do pożegnania. Bo ludzie nie wiedzą jak mają zachowywać się w momencie agonii.

     Co było dla was inspiracją do pracy właśnie w Hospicjum, tutaj? Są przecież różne inne formy pomocy ludziom.

     Małgosia:
     - Przyjście tutaj potraktowałam jako psychoterapię po śmierci mojego męża. W grudniu ubiegłego roku czytając gazetę zobaczyłam ogłoszenie: "Hospicjum domowe poszukuje wolontariuszy". W zasadzie zadzwoniłam od razu, ale trwało półtora miesiąca zanim zdecydowałam się tu przyjść, tak, że jestem dopiero od początku lutego. Mój stan psychiczny był wtedy straszny.
Spotkanie z Opieką Społeczną
Jadzia powiedziała wtedy takie piękne zdanie na pierwszym spotkaniu - żeby oddać Panu Bogu to wszystko co jest na naszych plecach. To mnie bardzo poruszyło. I wtedy po rozmowie z ks. Andrzejem i po tym co inni tutaj tak spontanicznie mówili uświadomiłam sobie, że dopiero jak zdejmę z siebie ten mój prywatny bagaż będę w stanie pomóc drugiemu, który jest przecież dla mnie człowiekiem obcym. Na razie wszystkiego się uczę. Może przyjdzie taki czas, że będę z chorymi, na razie spotykam się z taką panią, która jest wdową i próbuję coś zrobić dla osieroconych dzieci. Ponieważ ja też mam dzieci, wiem co takie dzieci czują. Oczywiście w każdym przypadku nawiązanie kontaktu jest sprawą bardzo indywidualną, tym bardziej, że środowisko z którego się wywodzą jest trudne. Ale można dać z siebie to co się ma.

     Ala, drugi rok w hospicjum:
     - Mój mąż był pod opieką hospicjum i jeszcze w trakcie jego choroby postanowiłam, że będę pomagała. Dlatego, że jeszcze nigdzie nie spotkałam tak wspaniałych ludzi jak tu. Bardzo dużo zaznałam miłości od tych ludzi, mój mąż godnie umierał, więc sama postanowiłam, że zostanę wolontariuszką, aby dać miłość ludziom potrzebującym.

     Na pewno nie wszyscy mają podobne doświadczenia...

     Danusia:
     - Jest ich sporo. Mamy kilka osób z rodzin, którymi się opiekowaliśmy, ale jest też kilka osób z grona studenckiego, młodych osób, które chcą pełnić taką służbę, są też osoby na emeryturach, mające po prostu wolny czas. .

     Tomek:
     - O istnieniu Ośrodka Hospicjum Domowe dowiedziałem się pod koniec 1999 r. kiedy podczas ogłoszeń parafialnych zostało skierowane zaproszenie do przyszłych wolontariuszy z prośbą o włączenie się w to piękne dzieło. Jednak jeszcze wtedy nie zdecydowałem się... Kilka miesięcy później zobaczyłem przejeżdżający ulicą samochód hospicyjny i wtedy już na serio postanowiłem, że wkrótce się zgłoszę.

     Jadwiga, 3 lata w Hospicjum:
     - Mnie się zawsze wydawało, że ja się do takiej posługi nie nadaję. A potem przyszły bardzo, bardzo trudne dni, kiedy towarzyszyłam Łucji w jej chorobie, w jej odchodzeniu. Był to dla mnie czas wielkiemu przełomu. Zdecydowałam się przyjść do Hospicjum. Teraz jestem tu już trzy lata i każdy pacjent jest dla mnie kawałkiem rodziny. Kiedy jestem jakiś czas u kogoś w domu, a potem ten pacjent przekracza próg wieczności, wydaje mi się, że odchodzi ktoś z mojej rodziny, z kim byłam bardzo mocno związana emocjonalnie i brak mi tego człowieka, chodzenia do jego domu. Czasem jest tak, że rodzina chce utrzymywać kontakty, ale czasem jest tak, że rodzina po tych trudnych doświadczeniach nie chce się z nami spotykać. Staramy się uszanować i jedną i drugą sytuację, wyjść naprzeciw ich potrzebom, bo rodzinie w trakcie choroby pacjenta jest bardzo trudno. W każdym przypadku, w każdej rodzinie, w której jestem zastanawiam się, komu jest trudniej: samemu pacjentowi czy rodzinie? I nie jest tak, żeby było jednakowo, żeby były dwa domy jednakowe, wszędzie jest inaczej. Może to jest trudne, ale dla mnie te trzy lata, ten czas posługi to jest czas wypłynięcia na głębię mojego życia.

     A jak jest możliwe pogodzenie tego czasu tutaj z waszymi obowiązkami, bo przecież każdy ma jakieś zajęcia, pracę, czasem naukę. Jak jest możliwe pogodzenie tego czasu nawet, który się ma dla rodziny, dzieci, czasem dla wnuków?

     Małgosia:
     - Pracuję, ale powiem szczerze, że czas zawsze można znaleźć jeśli się tego naprawdę chce. Mam swoją firmę, więc robię to kosztem firmy, po prostu urywam trochę tego czasu na inne rzeczy, ale ten czas nie przekłada się na żaden pieniądz.

     Krystyna:
     - Ja też pracuję zawodowo i mało udzielam się tutaj. Biorę tylko dyżury, po prostu ze względu na pracę nie mogę więcej.

     Marylka:
     - Jest nam potrzebna pomoc rodziny. Nasze rodziny też są w pewnym sensie wolontariuszami, bo przecież każdy z nas ma przede wszystkim obowiązek stanowy - jak to się mówi - trzeba przecież i ugotować i posprzątać i komuś w czymś pomóc w domu - a my mamy tego czasu mniej, musi być zatem akceptacja rodziny.

     No właśnie, a jak środowisko zareagowało na to, że jesteście w Hospicjum? Nie chodzi tylko o Wasze rodziny, ale to środowisko w szerszym znaczeniu. Czy nie było zdziwienia: skąd taki pomysł?

śp. Leszek
     Marylka:
     - W moim środowisku nikt się nie dziwi, dokoła mnie są sąsiedzi, którym też się pomaga. Nikt się nie dziwi czy pomagam bliżej czy dalej.

     Ale ludzie nie zawsze reagują tak samo. Czy nie spotkaliście się z nieakceptacją czy zdziwieniem, że robi się coś jeszcze?

     Marylka:
     - Zdarza się, że ktoś mówi: "Ja bym nie potrafił". Niektórzy się dziwią.

     Ale czy to wynika z tego, że ludzie boją się pracy z chorymi, umierającymi?

     Jadwiga:
     - Tak, ludzie głównie tego się boją ze względu na to, że nie bardzo wiedzą jak się w takich sytuacjach zachować. Pamiętam jak na początku znajomi i sąsiedzi pytali czy się nie boję. Czy się boję? Na pewno jest w moim sercu niepokój, ale to nie znaczy, że nie muszę z nim walczyć i próbować go opanować. Ale dopóki nie traktujemy lęku jak bomby zegarowej, dopóki traktujemy go jak normalny stan psychiczny - bo jest normalnym stanem psychicznym - jest do opanowania. Wielkim zapleczem duchowym i pomocą jest dla mnie modlitwa i wspólnota, w której jestem.

     Ale pierwsze spotkania z ludźmi będącymi u progu tego ziemskiego życia na pewno nie były łatwe, bo przecież nie wszyscy mieli kontakt z medycyną, z ludźmi cierpiącymi, czy to nie był więc szok? Czy było wiadomo co mówić tym ludziom, jak ich podtrzymywać na duchu?

     Jadwiga:
     - Po to właśnie są nasze spotkania, comiesięczne Msze św., nasze szkolenia wolontariuszy. W każdym przypadku decyzja jest podejmowana indywidualnie i każdy musi przejść specjalne przygotowanie merytoryczne, żeby umieć nieść pomoc choremu.

     Mówimy tutaj o momentach pięknych, budujących ale na pewno w doświadczeniu każdego wolontariusza był taki czas trudny, kiedy wydawało się, że może nie końca się do tego nadaje, może ten ból innych przytłaczał do tego stopnia, że wydawało się, że już więcej się nie podoła...

     Marylka:
     - Każdy z nas posługując potrzebuje akceptacji. Nie wdzięczności ale akceptacji. Jeżeli tego zabraknie to na początku człowiek się załamuje. Ja w drugim roku mojego posługiwania miałam taką sytuację. Może źle to odczytałam, ale wydawało mi się, że jestem podejrzewana, że źle są rozumiane moje intencje przez rodzinę chorego. To było dla mnie bardzo przykre i nawet nosiłam się z zamiarem rezygnacji. Ale później był inny pacjent i zostałam. Teraz to już nieważne - czy ktoś odnosi się z nieufnością, w ogóle nie zwracam na to uwagi, robię swoje.

Dzieci osierocone
podczas wycieczki
     Ale do tego chyba trzeba trochę praktyki...

     Marylka:
     - Tak, do tego trzeba dojrzeć. Jest taka chora, która mnie nie akceptuje i nie chce. Ma prawo do tego.

     No właśnie, co w takiej sytuacji?

     Marylka:
     - Ona mnie nie akceptuje, bo oczekuje czego innego niż ja jej daję. Na przykład oczekuje, że przyjdę do niej trzy razy dziennie, że będę codziennie, a ja przecież nie bardzo mogę, przychodzę w czasie, który jest możliwy dla mnie. Oprócz niej chodzę przecież także do innych.

     A jak to jest: to rodzina zgłasza takie zapotrzebowanie, żeby do nich przyjść, ewentualnie sam chory? Skąd dowiadujecie się o chorych?

     Małgosia:
     - Przeważnie rodzina, w porozumieniu z chorym. Czasem też pielęgniarka albo lekarz uznaje, że jest potrzebna pomoc wolontaryjna. Wtedy mówimy rodzinie, że jest taka możliwość i jeśli ona i chory wyrażają zgodę wtedy szukamy osoby, która stosunkowo najbliżej mieszka. Czasami lekarz już w szpitalu jako dalszy etap leczenia, wypisując pacjenta ze szpitala zaleca opiekę paliatywną i informuje nas o tym. Oczywiście nie wszyscy lekarze się na to decydują. Ważne jest, żeby kontakt z chorym nastąpił wtedy, kiedy jest on jeszcze przytomny. Jest jeszcze za mała informacja o takiej możliwości. Mój mąż leżał w szpitalu, gdzie były siostry zakonne i nawet tam nie było informacji.

     Danusia:
     - Mieliśmy też śmieszne przypadki. Dowiadywali się o nas np. u fryzjera czy u kosmetyczki, siedziały panie w kolejce i dzieliły się swoimi doświadczeniami.

     Jadwiga:
     - Forma pomocy hospicyjnej jest jeszcze mało znana i dlatego tak mało się o tym mówi. Nie jest tak nagłośniona jak inne akcje. Pamiętam zdziwienie rodziny chorego, kiedy dowiedzieli się, że ja za swoje przychodzenie nie biorę żadnych pieniędzy, że przychodzę z potrzeby serca a nie dla pieniędzy. Pytali: no to po co pani tam pracuje? No właśnie z potrzeby serca.

     Danusia:
     - Jest u nas w Hospicjum Ajka, która jest tu już od ośmiu lat. Jest to osoba, która "przygarnia" młodzież osieroconą. Ona ich znała jeszcze jako małe dzieci, teraz ta młodzież spotyka się raz w tygodniu u niej na obiedzie. Jest tam już dziewięć osób i właśnie opowiadała, że wszystkie te dzieci przyszły do niej z kwiatami na Dzień Matki. Stanowi ona dla nich ostoję, takie ciepło, substytut matki.
śp. Henryk
Jeżdżą do niej z problemami na studiach, egzaminami, zakochaniami, traktują ją jak osobę bardzo bliską. I o jest chyba największa radość, że jest się wśród tych rodzin w dalszym ciągu, że dzwonią z życzeniami świątecznymi, pamiętają o imieninach.

     Jadwiga:
     - Bo tak naprawdę pomoc Hospicjum nie kończy się w momencie odejścia pacjenta. Rodziny mogą przyjść do Hospicjum, do grupy wsparcia, rodziny osierocone spotykają się, a poza tym ksiądz Andrzej organizuje również opiekę dzieciom osieroconym, wszelkiego typu wyjazdy, zimowiska, wakacje, ogniska - to pozwala rodzinie, a szczególnie dzieciom przetrwać ten najtrudniejszy czas. Opieka Hospicjum ma więc swój dalszy ciąg i wydaje owoce nie tylko wtedy gdy jesteśmy potrzebni, gdy jest ten czas przejścia, ale i później - pomaga przetrwać, pomaga być tak jakby jeszcze dalej.
     Ośrodek jest czynny całą dobę, cały tydzień, soboty i niedziele również, ale w soboty i niedziele jest tylko lekarz i pielęgniarka. Kiedy wyjeżdżają do chorych, ośrodek byłby zamknięty. Dlatego zrobiliśmy dyżury, dzięki temu przy telefonie zawsze jest żywy człowiek, który porozmawia z osobą zgłaszającą się. Wolimy to niż automatyczną sekretarkę, gdyż wiele osób jeszcze nie umie rozmawiać z maszynami, po prostu odkłada słuchawkę. Tak więc częścią pracy wolontariuszy są także dyżury pod telefonem. Kontakt z osobą dzwoniącą jest bardzo ważny, nawet jeśli kierujemy osobę do innego ośrodka, bo nie mieszka w naszym rejonie, to dalsza współpraca zależy od tego pierwszego telefonu. Jeżeli rodzinę, która jest i tak przez wiele ośrodków zdrowia odsyłana, bo już nic więcej nie można zrobić, z naszej strony spotkałoby jakieś oschłe przyjęcie to oni drugi raz nie zadzwonią. Do osoby, która ciepło ich wysłucha nabiorą zaufania.

     Pani Jadzia powiedziała tutaj o potrzebie serca. To chyba dla wszystkich was było powodem rozpoczęcia pracy jako wolontariusze. Są na pewno momenty trudne, pełne bólu odchodzenia, może nawet nie kogoś bliskiego, ale kogoś do kogo się przywiązaliście. Ale są na pewno też momenty radosne, bo przecież w pomocy ludziom umierającym też może być radość - z tego, że można komuś pomóc. Powiedzcie, co dla was jest tym, co pozwala wam nadal robić to co robicie?

     Jadwiga:
     - Siłą, z której czerpiemy nasze możliwości są nie tylko nasze poniedziałkowe spotkania i Msza Św. ale i dni skupienia, które nam organizuje ksiądz - integracja ale i wyciszenie, próba znalezienia nowych dróg, nowych sposobów współpracy nie tylko z chorym ale również z rodziną.

     Małgosia:
     - Człowiek kiedy umiera daje sobą świadectwo. Jeżeli jest to człowiek wierzący daje świadectwo wiary. Kiedy umierał mój mąż wszystkich to nas zmieniło. Mimo, iż te wszystkie sprawy związane z żałobą były bardzo dotkliwie przeżywane przez całą moją rodzinę, mimo to jednak to światło, które z niego biło, kiedy był już prawie po tamtej stronie - dawało nadzieję.

     Marylka:
     - Dla mnie ważne jest gdy widzę, że sprawia się ulgę choremu, dla którego ważny jest dotyk ręki, rozmowa, nawet spojrzenie. Chory to odwzajemnia, nawet gdy nie może już mówić to pogłaszcze mnie po ręce czy spojrzy i ja wiem, że jemu jest lepiej ze mną niż gdyby mnie nie było.

     Danusia:
     - A pamiętasz Marylko tę pacjentkę, którą opiekowała się córka? Córka zaprzeczała, że mama odchodzi i Ty właściwie byłaś jedyną osobą, z którą ona mogła porozmawiać o tym, że umiera.

     Marylka:
Dzień skupienia
     - Kiedyś zostałam z nią sama, córka wyszła coś załatwić, było to na dzień przed śmiercią i wtedy powiedziała mi, że dla niej najbardziej bolesne jest to, że nie ma o tym z kim rozmawiać. Córka w ogóle nie akceptowała tego faktu. A umierającemu jest to bardzo potrzebne. Chodzi o to, żeby w tym momencie po prostu być właśnie z tą kochaną osobą. Musi więc być odpowiednia atmosfera. My, wolontariusze mamy za zadanie pomóc, żeby ona się wytworzyła - wtedy spełniamy swoje zadanie i to nam daje ogromną radość.

     Jadwiga:
     - Czasem jest tak, że rozmowa z wolontariuszem zastępuje rozmowę z rodziną w tym pierwszym okresie, dopiero potem przychodzi okres przełamania się rodziny, pod wpływem rozmów z nami, pod wpływem obserwacji tego chorego, rodzina zaczyna robić malutkie kroczki do przodu, rozmawiać na ten najtrudniejszy z tematów i to jest ten błogosławiony czas, następuje czas - jak ja to mówię - pojednania z rodziną. Tu chodzi o to, że ta rodzina spotyka się z odchodzącym w tym najtrudniejszym okresie w miłości i wolności - ten czas chcą przeżyć razem, chcą być razem. Dla mnie jest to najwspanialszy moment posługiwania, kiedy rodzina wraz z chorym ze spokojem przepełnionym miłością oczekuje tego ostatecznego momentu.

"...Ty mnie nie rozumiesz...
Moich uczuć i moich łez,
Gdy stoję nad przepaścią przerażenia,
Szarpana przez wiatry rozpaczy..."

     Z tego co mówicie wynika, że to chorzy mają większą świadomość, że odchodzą, natomiast rodzina albo nie ma tej świadomości albo nie chce jej mieć.

     Marylka:
     - Rodzina najczęściej nie pozwala powiedzieć choremu o jego chorobie, o jego ciężkim stanie, oszukuje go do końca.

     Ze względu na jego dobro czy własne obawy?

     Marylka:
     - Własne. Chory już wie, on miał czas, żeby się o tym dowiedzieć, żeby przemyśleć. Niemożliwe, żeby nie wiedział. Przecież był na oddziale onkologicznym, słyszał tyle od lekarzy, więc on wie. Jemu trzeba pomóc przejść.

     A zatem najważniejsze jest to, żeby rodzina przyznając się przed sobą, że chory odchodzi pomogła choremu właśnie odejść?

     Marylka:
     - Czasami jest rodzina wierząca, chory chce się pogodzić z Bogiem, a rodzina nie chce mu w tym pomóc uważając, że to jeszcze odległy czas. Czasami ten czas jest bardzo krótki i to trzeba załatwić już, szybko.

śp. Joanna
     A co z ludźmi niewierzącymi? Przecież Hospicjum jest dla wszystkich... Kontakt z takim człowiekiem jest na pewno bardzo trudny, bo chce się mu pomóc, a on nie za bardzo dopuszcza taką możliwość. Czy to są najcięższe dla kapłana momenty?

     ks. Andrzej:
     - W takich momentach najważniejsze jest, żeby pamiętać, że nawet jeśli nie możemy udzielać sakramentów, to możemy Pana Boga przekazywać, w tym chorym dotykać Jezusa i - jeśli mamy np. pół godziny, to w tym czasie dajemy wszystko na co nas stać, włącznie z tym brakiem akceptacji, z tym, że możemy nie zostać przyjęci, z tym poczuciem, że te nasze wartości nie są aż tak bardzo ważne. Nasza rola to jest pomóc na ile potrafimy, na ile jest nam dane, żeby te pewne znaki Boże zostały lepiej przyjęte, żeby to co się dzieje we wnętrzu człowieka, a co jest odbiciem Boga - łatwiej zostało przez chorego przyjęte. Chorych niewierzących traktujemy z największą miłością i to co jest w nich Bożego to jest odzew, jest jakieś działanie. Miałem taką chorą, która odeszła od chrześcijaństwa, myślała czy nie wrócić, jednak nie wróciła, ale widać w niej było to uspokojenie, wyciszenie. Ostatnie spotkania to było siedzenie, trzymanie za rękę, już nie miała siły odpowiadać. Ale widziałem takie pogłębienie się jej serca - myślę, że nie było to złudzenie. Brała mnie za rękę - to był znak, że między ludźmi jest porozumienie, jest ta cicha łączność, tam się coś ważnego dzieje, jest miłość, która się pogłębia, która dojrzewa.

"...Zauważyć błąd w swoim istnieniu.
Nauczyć się żyć, gdy wszystko beznadziejne się staje..." "

     Skoro zeszliśmy już na tematy pogodzenia się chorego z Bogiem chciałabym zapytać o refleksje księdza jako osoby towarzyszącej odchodzącemu - często młodemu człowiekowi, którego odejście jest takie nagłe, dramatyczne

     ks. Andrzej:
     - Twarz odchodzącego człowieka najpiękniejsza jest przed śmiercią, kiedy jest on już pogodzony z tym co ma nastąpić, kiedy się w nim stanie to, co się powinno stać, czyli oderwanie od rzeczy drugo i trzeciorzędnych. Kiedy rzeczywiście odkryje, że jego wartość jest większa niż to wszystko co robił, kiedy dopuści do siebie Boga ze swoim światłem, Boga, który kocha nas nie za coś. W obliczu śmierci człowiek staje w obliczu najważniejszych decyzji - dopuszczenia Boga z całym jego bogactwem, który chce nam dawać dużo więcej niż prosimy. Wtedy jest szansa dojrzałości, która się ujawnia w tym pięknie zewnętrznym. Uśmiech odchodzącego jest piękny, bo on nie uśmiecha się z zadowolenia, że inni go cenią, że jest mu dobrze. Przez to oderwanie się taki człowiek patrzy na innych także inaczej, zaczyna autentycznie kochać, interesować się innymi, jest wdzięczny. Jest to to tajemnicze działanie Boga, który wśród tego co zewnętrzne, trudne wydobywa z nas to co jest naprawdę piękne.

Rozmawiała Kasia




Pomóż

Niestety koszty działalności ośrodka wciąż są wyższe od
posiadanych środków. Nadal potrzebujemy pomocy finansowej,
by móc ulżyć najbardziej potrzebującym.

Wszystkich, którym nie jest obojętny
ich los, prosimy o wsparcie!


Ośrodek Hospicjum Domowe
ul. Tykocińska 27/35, 03-545 Warszawa
tel. (0-22) 679-67-00, 679-68-85, 679-68-48

PKO BP IV O/Warszawa
Nr konta: 73 1020 1042 0000 8502 0115 9532
Serdeczne Bóg zapłać!

E-mail: hospicjum@marianie.pol.pl
WWW: hospicjum-domowe.waw.pl


Serdeczne Bóg zapłać!




Zmień moją żałobę w taniec Zmień moją żałobę w taniec
Henri J. M. Nouwen
Ta pocieszająca, na wskroś realistyczna książka opracowana na podstawie niepublikowanych pism znakomitego pisarza i wykładowcy Henriego Nouwena, skupia się nie na tym, jak przetrwać w ciężkich chwilach, ale jak nauczyć się żyć w pełni pośród otaczających nas trudności... » zobacz więcej


   


Wasze komentarze:
 robert 28: 13.10.2013, 18:46
 również klaniam się nisko z podziwu
 Jarek: 13.02.2012, 00:26
 piękna misja, piękni ludzie. Chylę czoła przed Wami.
 
(1)


Autor

Treść




[ Powrót ]
 
Daj plusika:
[ Strona główna ]
 Partnerzy medialni:

O stronie... | Ogłoszenia | Konkurs | Wspomóż nas | Polityka Prywatności | Reklama | Kontakt

© 2001-2017 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej