Kartki Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Czat Opowiadania Perełki
Polaka zatrudnię

     Polacy to wzorowi pracownicy: aktywni, elastyczni i przedsiębiorczy. Pracują dużo i chętnie, ale z umiarem. - Praca to środek, nie cel sam w sobie - mówią.

     Pomyśleć można, że to żart. Zwykle przed oczami mamy obraz Polaka wcale niekwapiącego się do pracy, mistrza zawodów pod szyldem "co zrobić, by się nie narobić". Ten krzywdzący nas stereotyp powinniśmy jednak wyrzucić z pamięci. Na scenę wkracza pokolenie, które swoje zawodowe ścieżki wyznaczało już w warunkach wolnego rynku. Świadome jego wymagań i zasad nim kierujących, dynamiczne, ambitne i gotowe do działania. Polacy Anno Domini 2010 nie boją się dużej ilości obowiązków, psychicznego napięcia i nadgodzin, stawiają za to jeden warunek: to praca ma im służyć, nie odwrotnie.

     LONDYŃSKI WZÓR

     Potwierdzeniem tej zmiany byty m.in. masowe wyjazdy Polaków po otwarciu dla nas rynków pracy państw Europy Zachodniej. W latach 2005-2008 byliśmy na drugim miejscu za Chińczykami, jeśli chodzi o liczbę migracji ekonomicznych wśród 32 państw członkowskich Organizacji Wspólnoty Gospodarczej i Rozwoju (OECD). Co dwudziesty taki imigrant pochodził znad Wisły.

     Za chlebem ruszyło z Polski kilka milionów osób. Nie wszystkim się udało, jednak np. w Wielkiej Brytanii wielu przedsiębiorczych rodaków z powodzeniem prowadzi dziś swoje sklepy, restauracje czy firmy usługowe, konkurujące z ich lokalnymi odpowiednikami. Brytyjtzycy doceniają nas za zaangażowanie i fachowość, przy niewielkich jak na tamte warunki wymaganiach finansowych. Dwóch Polaków zatrudnił nawet sam książę Karol.

     O zaradności Polaków w Anglii przekonała się Katarzyna Obrębska, studentka polityki społecznej z Warszawy. W ubiegłym roku przez dwa tygodnie sprzątała w prywatnej polskiej przychodni lekarskiej w Londynie. Zbierała pieniądze na kolejny rok akademicki. - Żadna praca nie hańbi. W Polsce trudno byłoby mi zarobić 2 tys. zł w tak krótkim czasie. Tutaj student bez stałej posady w ciągu wakacji świata nie zwojuje - śmieje się, wspominają tamte dni. Jej polscy przełożeni jak nikt wcześniej zachęcili ją do ciężkiej pracy. To małżeństwo, ona ginekolog, on ortopeda. Wcześniej byli zatrudnieni w publicznym szpitalu w Polsce. Gdy przyjechali na Wyspy, trafili do podobnej przychodni. Szybko dostrzegli, że bardziej opłaca im się założyć własną. Wynajęli pomieszczenia, zatrudnili innych Polaków i wkrótce stanęli na nogi. Dziś mają pacjentów zapisanych na miesiąc do przodu, otworzyli kolejną placówkę w Manchesterze.

     Dziewczyna podkreśla, że kierownicza rola nie zmieniła jej szefów. - Pani doktor, mimo że jest już po pięćdziesiątce, nadal siedzi codziennie w gabinecie od 9 do 18 i przyjmuje pacjentki. Do wszystkiego doszli sami, wspólną pracą i poświęceniem. Teraz mają dom nad Tamizą, mogli kupić mieszkanie synowi. Są szczęśliwi, a przede wszystkim lubią to, co robią - ocenia.

     SZKOCKA SZKOŁA PRZETRWANIA

     Wielu innych młodych Polaków, podobnie jak Katarzyna Obrębska, chce się usamodzielnić już na studiach. Po pierwsze zawodowe doświadczenia często jadą za granicę. Tak zrobił Przemysław Ciura, student etnologii z Krakowa. Latem 2006 r., za namową rodziców i z ciekawości, poleciał do szkockiego Edynburga. Na miejscu przez trzy tygodnie nie mógł znaleźć pracy. Pieniądze na mieszkanie pożyczał mu kolega. - Słabo mówiłem wtedy po angielsku. Ale miało to też swoje dobre strony, nauczyłem się miastowego "survivalu" - stwierdza. Udało mu się trafić do sklepu rybnego w MuV selburgu. Pracował tam po osiem godzin dziennie, sześć dni w tygodniu, za pięć funtów za godzinę. - Nosiłem plastikowe pudła z łososiami, myłem pojemniki na ryby, zajmowałem się wędzeniem. To była dobra praca, choć nie zawsze się wyrabiałem. Byłem dokładny, a liczyła się szybkość. Do tego doszły trudności z rozmowami po angielsku. W małym rodzinnym biznesie nikt nie chce na ciebie patrzeć jak na obcego, ludzie lubią mieć z tobą kontakt - opowiada.

     Mimo nieprzyjemnych wspomnień, 24-letni dziś Przemysław Ciura nie żałuje wyjazdu. - Wiem, że potrafię sobie poradzić w bardzo ciężkich warunkach - przyznaje. Za pierwsze zarobione pieniądze kupił laptopa, oddał też rodzicom sumę, jaką otrzymał od nich, gdy zaczynał studia. - Jestem za stary na życie na garnuszku. Chcę dać odpocząć rodzicom, może w końcu kupią sobie wymarzone kombi - żartuje. Większość pracujących za granicą Polaków chce wrócić do kraju. Robią to, gdy zaoszczędzą wystarczająco dużą sumę: na budowę domu, samochód, założenie własnej firmy. - Mam przyjaciół, którzy w trzy lata wybili się uczciwą pracą i marzeniami. U nas musieliby pracować ciężej i dłużej - stwierdza Ciura.

     TRZY FIRMY W JEDNEJ OSOBIE

     Jak długo? OECD opublikowała w lipcu dane dotyczące przeciętnego rocznego czasu pracy w przeliczeniu na jednego pracownika w jej krajach członkowskich. Statystyczny Kowalski w 2009 r. przepracował aż 2015 godzin, co plasuje go w pierwszej trójce najdłużej pracujących. W rankingu Polskę wyprzedały jedynie Korea Południowa (2074 godziny) i Rosja (2016, dane z 2008 r.).

     Choć warunki pracy nad Wisłą nadal odbiegają od zachodnich, i tu jednak nie brakuje ludzi, którzy swoją postawą nadrabiają ten dystans. -Wczoraj wyszedłem z pracy o godz. 15, ale o 19 miałem jeszcze spotkanie, a na 21 musiałem zawieźć materiały dla klienta. Wróciłem do domu przed 22 - opisuje swój dzień Paweł Mazurek z Warszawy. Pracuje w trzech rodzinnych firmach zajmujących się wydawnictwem i poligrafią. Jedną zarządza bezpośrednio, w drugiej jest w kierownictwie, trzecią reprezentuje w kontaktach z klientami. - Niestety, we własnym przedsiębiorstwie trudno jest określić czas pracy. Trzeba organizować zajęcia tak, by zachować równowagę między nią a domem. - Tam czekają na niego żona i kilkumiesięczny synek. - Ona też pracuje w naszej firmie. Rozumie, że nie da się każdego zajęcia wykonać "od-do" i wyłączyć telefon. Mazurek musi być stale dyspozycyjny. Czasem wychodzi z biura już po kilku godzinach, czasem musi jechać tam nawet w nocy. Energii mu nie brakuje, choć nieraz bywa zmęczony. - Z jednej strony człowiek ma dosyć, biega z jednego spotkania na drugie, w międzyczasie odbiera telefony... Ale z drugiej, gdy następnego dnia siedzi i nie ma nic do zrobienia, to mu tego brakuje. Lubię, gdy się coś dzieje - mówi.

     Mimo napiętego terminarza, Mazurek stale się dokształca. Skończył studia podyplomowe, uczestniczy w licznych szkoleniach i konferencjach. - Gdy człowiek stoi w miejscu, to się cofa. Trzeba stale iść do przodu - zaznacza. Przed sobą postawił cel, którego nie chce na razie zdradzać. - Dlatego że nie wszystko jest zależne ode mnie. Ale będę dążył do jego realizacji. Potem może trochę zwolnię - obiecuje.

     NAJPIERW BÓG, POTEM PRACA

     Swój cel od razu wyjawia Marcin Dudziuk z Warszawy. - To wejście do Królestwa Bożego. Pieniądze to tylko środek do ewangelizacji, pomagania innym ludziom. - Na ich brak nie narzeka, ale nie jest nimi zafascynowany. - Całość swojego życia, nie tylko pracę, odnoszę do Boga.

     Z wykształcenia elektronik informatyk, prowadzi obecnie trzy działalności gospodarcze: firmę sprzedającą dostęp do internetu w okolicach Warszawy, sklep spożywczy i spółkę doradczą w zakresie oszczędzania energii cieplnej w budynkach. Zarządzanie dwiema pierwszymi zajmuje mu 8-10 dni w miesiącu. - Pracownicy wykonują tam codzienne czynności. Najwięcej pracy mam w tej ostatniej firmie, brak w niej na razie środków, by kogoś zatrudnić.

     Dudziuk przez 10 lat pracował tradycyjnie: od godz. 7 do 15, potem od 9 do 16. Dużo czasu spędzał też na delegacjach. Teraz jest na swoim i, jak wylicza, praca zajmuje mu 8-10 godzin dziennie. Pozostały czas spędza z rodziną i wspólnotą modlitewną, którą prowadzi. Czy uważa się za pracowitego człowieka? - Nie, są bardziej zaangażowani w pracę ode mnie - ocenia. Ale myśli już o kolejnym sklepie, tym razem internetowym.

     Obaj menadżerowie cenią sobie taki styl życia. - Samodzielne zarządzanie swoim' czasem daje poczucie wolności i niezależności - mówi Mazurek.

     NIE OBOWIĄZEK, LECZ SŁUŻBA

     Na drugim biegunie są prace ujęte w sztywne ramy czasowe, monotonne i niezbyt interesujące. Ale okazuje się, że np. w urzędzie też można być zadowolonym pracownikiem. - Tyle rzeczy się dzieje i tak intensywnie, że moja praca nie może być nużąca - mówi Anna Juszczuk, urzędniczka w jednej z placówek samorządowych w Warszawie. Od godz. 8 do 16 ona i jej zespół przygotowują dokumenty związane ze sprzedażą nieruchomości. - Pojmuję tę pracę jako służbę. Staram się rzetelnie wykonywać swoje obowiązki, wykorzystywać wszystkie swoje umiejętności i wiedzę, aby "produkt", który od nas wychodzi, był jak najlepszy.

     Dni Anny Juszczuk wydają się bardzo podobne do siebie, jednak nieustannie uczy się nowych rzeczy: rozwiązywania konfliktów między podwładnymi, funkcjonowania dużej instytucji w praktyce, oceniania z różnych punktów widzenia. Od współpracowników zbiera pochwały. - Uważam się za pracowitą osobę, ale to nie jest pracoholizm. Praca nie określa mojej wartości jako człowieka - przyznaje, podkreślając, że ważna w życiu jest równowaga, bo to ona wpływa na jego jakość. Skąd czerpie motywację? - Jest taka jedna maksyma św. Benedykta z Nursji: ora et labora, módl się i pracuj - uśmiecha się.


Michał Ziółkowski


Tekst pochodzi z Tygodnika

22 sierpnia 2010


Powiększanie bogactwa. Nowe reguły gry w gospodarce opartej na wiedzy Powiększanie bogactwa. Nowe reguły gry w gospodarce opartej na wiedzy
Lester C. Thurow
Wznosisz piramidę dobrobytu dla siebie, swojej firmy i całego społeczeństwa. Ta piramida to współczesna i przyszła gospodarka. Chcesz zdobyć ukryte w niej skarby? Poznaj jej konstrukcję: odszukaj tunele i sekretne wejścia... » zobacz więcej


   


Wasze komentarze:

Brak komentarzy



Autor

Treść




[ Powrót ]
 
Daj plusika:
[ Strona główna ]
 Partnerzy medialni:

O stronie... | Ogłoszenia | Konkurs | Wspomóż nas | Polityka Prywatności | Reklama | Kontakt

© 2001-2017 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej