Kartki Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Czat Opowiadania Perełki
Państwowa fabryka bezrobocia

     Minister finansów stwierdził, że 1,8 min bezrobotnych to za mało, by się dla nich starać i obciął środki na ich aktywizację.

     Na płatne staże, roboty interwencyjne, szkolenia, dofinansowanie miejsca pracy czy pomoc w uruchomieniu biznesu w 2010 r. powiatowe urzędy pracy przeznaczyły 5,3 mld zł. Niektórym urzędom ledwie starczyło, inne musiały się zapożyczyć, a były i takie, które - gdy pieniądze się skończyły - zawiesiły działalność aktywizacyjną do następnego roku. W tym roku środków na te cele ma być o 72 proc. mniej, zaledwie 1,5 mld zł.

     - W zeszłym roku wydałem na aktywizację 18 mln zł - mówi Jerzy Bartnicki, dyrektor Powiatowego Urzędu Pracy w Kwidzynie i szef konwentu dyrektorów powiatowych urzędów pracy. - W tym roku dostanę 1,2 min zł, z których miesięcznie mogę wydać 1/12, czyli 100 tys. zł. To jest nic - kwituje.

     "W 2009 r. wydatki na aktywne formy przeciwdziałania bezrobociu były niemal dwukrotnie wyższe niż w 2008 r., gdyż był to okres kryzysu. Polska gospodarka już wychodzi z kryzysu i dlatego rok 2011 to dobry okres, żeby programy dotyczące aktywnego przeciwdziałania bezrobociu wygaszać" - brzmi odpowiedź z Ministerstwa Finansów.

     RZĄD SCHIZOFRENICZNY

     Mniej pieniędzy na aktywizację bezrobotnych oznacza, że będzie trzy razy mniej szkoleń dla nich, staże - dotychczas półroczne, a nawet dłuższe - skrócą się do trzymiesięcznych, może całkiem zabraknąć pieniędzy na szkolenia indywidualne, po których najłatwiej było o pracę. Maksymalna kwota dotacji na uruchomienie działalności gospodarczej spadnie z sześciokrotności do czterokrotności przeciętnej płacy.

     - Szkoda, bo pieniądze na własny biznes były najefektywniejszą formą pomocy, trafioną w stu procentach. Bezrobotny, który je dostał, nie musiał ich zwracać, jeśli pracował co najmniej rok. W Kwidzynie aż połowa beneficjentów prowadzi działalność gospodarczą trzy i więcej lat po jej dofinansowaniu, wielu z nich zatrudnia kolejnych bezrobotnych - komentuje Bartnicki.

     - Na krótszym czasie stażu i mniejszej liczbie stażystów oraz na mniejszym dofinansowaniu nowego miejsca pracy stracą małe przedsiębiorstwa. Stażystę opłacanego przez urząd pracy pracodawca mógł sprawdzić w praktyce, a nie podczas czasochłonnych i mało wiarygodnych rozmów kwalifikacyjnych - podkreśla Marek Rymsza, socjolog z Uniwersytetu Warszawskiego i ekspert Instytutu Spraw Publicznych. - Premierowi chcielibyśmy przedstawić prostą kalkulację: w zeszłym roku dzięki dotacjom 100 tys. bezrobotnych założyło firmy. W tym roku będzie ich już tylko 10 tys. Państwu nie przybędzie 90 tys. podatników - tłumaczy Bartnicki.

     Ministerstwo Finansów twierdzi: "Zdecydowana większość z tych utworzonych miejsc pracy nie zniknie po ustaniu dofinansowania". Czy nie zdaje sobie sprawy, że problemem jest to, że tych miejsc też nie przybędzie? Ale ministerstwo tłumaczy: "W 2011 r. - zgodnie z prognozą demograficzną GUS - oczekiwany jest spadek liczby osób w wieku produkcyjnym o ponad 100 tys. osób".

     W 2009 r. w stażach i szkoleniach, które cieszą się wśród bezrobotnych największym zainteresowaniem, uczestniczyło ich 63 proc. Teraz szkolenia państwo chce zepchnąć na Unię Europejską. Problem w tym, że Europejski Fundusz Społeczny będzie szkolił wyłącznie w zawodach najbardziej potrzebnych regionalnym rynkom pracy - ale samorządy województw nie znają tych potrzeb.

     - Poza tym projekty europejskie, zresztą kosztowne, można pisać dla kilkunastu, góra kilkudziesięciu osób, ale nie dla setek bezrobotnych - kwituje Jerzy Bartnicki. W działaniach rządu Marek Rymsza dostrzega zachowania schizofreniczne: - Z pieniędzy unijnych będziemy aktywizować, a z budżetu płacić zasiiki; to tak, jakby państwo prowadziło dwie polityki społeczne. Skoro raz przyjęliśmy taktykę usamodzielniania bezrobotnych, nie można teraz robić kroku wstecz i odbierać im tej możliwości, a w zamian dawać zapomogę. Ten brak konsekwencji się zemści - podsumowuje.

     URZĘDY DLA URZĘDNIKÓW

     W Polsce nie dość, że pracuje zalewie 60 proc. osób w wieku produkcyjnym (w UE - 70 proc), to jeszcze efektywność działań urzędów pracy jest zaledwie 50-procentowa (UE - 70 proc). Niska wydajność urzędów zatrudnienia wynika z tego, że rzadko stosują one indywidualne formy aktywizacji bezrobotnych. Wymaga to bowiem zwiększenia liczby pośredników pracy i doradców zawodowych. - W Kwidzynie na 20 urzędników przypadają 4 tys. bezrobotnych. Na obsłużenie jednego z nich nasz pracownik ma 60 sekund - ucina Bartnicki. Urzędnicy zajmują się nie tylko szukaniem dla bezrobotnych pracy, ale także wieloma sprawami formalnymi, m.in. ich rejestracją. Często okazuje się, że pracy dla danego delikwenta szukają na darmo, bo on już ją ma - za granicą - a od urzędu pracy oczekuje tylko składki zdrowotnej.

     Wobec braku czasu urzędy często posiłkują się prywatnymi agencjami zatrudnienia. - Obawiam się o jakość ich pracy - mówi Rymsza. - Przyjmują one najbardziej opłacalną taktykę: zamiast opracowywać indywidualne programy rozwoju bezrobotnego, masowo szkolą. Od nauki pisania CV jeszcze nie przybyło miejsc pracy. Od szkoleń się zaczyna i na nich kończy. Tymczasem co zaradniejsi, którzy skorzystali z kursów językowych, uciekają do pracy za granicą - tłumaczy.

     Mimo utyskiwań urzędników na ogrom pracy przygniatający ich niedostateczną liczbę, bezrobocie napędza zatrudnienie właśnie w urzędach.

     Najwięcej pracowników przybywa w urzędach marszałkowskich i w dużych miastach, gdzie nikt nie zauważy kilku dodatkowych posad. W urzędach marszałkowskich liczba pracowników wzrosła z 9,7 tys. osób w 2008 r. do 12,7 tys. w roku 2009. Eksperci podkreślają, że spowodowane jest to m.in. pogorszeniem na rynku pracy. Do urzędów trafiają wtedy osoby, które chcą w bezpiecznym i stabilnym miejscu pracy przeczekać gorsze czasy. Najczęściej niestety trafiają tam głównie krewni i znajomi królika.

     SZKOŁA KOMBINOWANIA

     Po jakimś czasie bez pracy bezrobotni wolą pobierać zasiłek, niż podjąć zatrudnienie. Choć zasiłek ma motywować do znalezienia pracy, bo z kwartału na kwartał jest coraz niższy, w "biedniejszych" kwartałach bezrobotni wcale nie intensyfikują poszukiwań.

     - Analizowaliśmy sytuację pewnej rodziny, która z różnych zapomóg osiągała przychód 2,5 tys. zł miesięcznie - mówi Jerzy Bartnicki. - Czy ojcu opłacało się podjąć pracę za tysiąc złotych, by utracić te 2,5 tys.? Rząd wciąż za mało wspomaga finansowo pracodawców, by zatrudniali bezrobotnych za pensje konkurencyjne wobec wysokości zasiłków - stwierdza. Do tak postawionego zarzutu Ministerstwo Finansów się nie ustosunkowało.

     - Na działania osłonowe był czas w latach 90., kiedy zmieniał się ustrój gospodarczy. Teraz ludziom należy pomóc wejść na rynek pracy, by jak najszybciej wyszli z bezrobocia. Tymczasem rząd robi wszystko, by w tym bezrobociu trzymać ich jak najdłużej - twierdzi Marek Rymsza. Uważa też, że aktywizowanie nie powinno sprowadzać się do jednorazowego szkolenia, ale do systematycznego towarzyszenia bezrobotnemu, aż "zaskoczy" na rynku pracy. - W 2004 r. wprowadzono kontrakty socjalne. To umowa cywilno-prawna zobowiązująca z jednej strony służby społeczne, a z drugiej - osobę niesamodzielną do usamodzielnienia się. Nie jest więc tak, że bezrobotny tylko przychodzi po zapomogę, a MOPS mu ją wypłaca. Sam bezrobotny ma udowodnić, że dąży do polepszenia swojego bytu. W praktyce jednak służby społeczne często czyhają na to, że bezrobotny odmówi podpisania kontraktu lub złamie jedno z jego postanowień, i z miejsca pozbywają się niewygodnego klienta. Także praca socjalna jest spychana na margines systemu wsparcia. Rolę ośrodków pomocy społecznej sprowadzono do kas wypłacających zasiłki. Rząd nie chce dopuścić myśli, że działania aktywizujące do podjęcia pracy muszą zakładać zainwestowanie w bezrobotnego. Wtedy - po podjęciu pracy - inwestycję tę zwróci on w postaci podatków. Tymczasem rząd woli długotrwale płacić zasiłki, bo myśli wyłącznie w kategorii roku budżetowego - podsumowuje Rymsza. Straty finansowe są większe, niż nam się wydaje. - Zanim składka zdrowotna za bezrobotnego trafi do NFZ, przechodzi drogę: Ministerstwo Finansów-wojewoda-starosta-PUP-ZUS-NFZ. Po opłaceniu prowizji składka warta 150 zł kosztuje podatników 300 zł! - wylicza Bartnicki. Jest i druga strona medalu: na koniec 2010 r. wolnych miejsc pracy było 68 tys. Tymczasem bezrobocie wzrosło z 11,5 do 11,7 proc. - Jako pośrednik pracy nieraz słyszałem od pracodawców, że pracownicy zatrudnieni na akord wykonywali pracę za określoną kwotę, a przez resztę czasu się obijali, żeby nie przekroczyć progu, który pozbawiłby ich zasiłku - mówi pośrednik, ale anonimowo.

     Jerzy Bartnicki tłumaczy, dlaczego bezrobocie rośnie mimo wolnych miejsc pracy: - Pracodawca może w nieskończoność dawać tymczasowe umowy o pracę. Zdarza się, że nagle z fabryki przychodzi do urzędu 500 osób, żeby się zarejestrować jako bezrobotni. Wielu robi to tylko dla składki zdrowotnej. Albo dla zaświadczenia z MOPS-u. Ostatnio uderzyło do nas po zaświadczenie o braku zatrudnienia 200 osób, bo Caritas rozdawała paczki bezrobotnym.

     I tak oto państwo pozwala, żeby jedni na swoją emeryturę pracowali ciężko latami, a inni leczyli się za ich pieniądze, pracując na czarno i jednocześnie pobierając zasiłek oraz składkę zdrowotną. To już chyba kiedyś przerabialiśmy.


Monika Odrobińska


Tekst pochodzi z Tygodnika

16 stycznia 2011


Biznesowy savoir - vivre. Wszystko, co szanujący się biznesmen o etykiecie wiedzieć powinien Biznesowy savoir - vivre. Wszystko, co szanujący się biznesmen o etykiecie wiedzieć powinien
Barbara Pachter
Jak Cię widzą, tak o Tobie plotkują w biurze. W zwariowanym tempie, w jakim dziś toczy się nasze życie, zaczynamy lekceważyć to, jak jesteśmy postrzegani przez innych. Przestajemy przywiązywać wagę do tak drobnych rzeczy jak sposób powitania, prowadzenia rozmowy towarzyskiej, umiejętność słuchania i nawiązywania nowych znajomości. A przecież drobiazgi mają ogromne znaczenie. Czyż całe życie nie składa się właśnie ze szczegółów?... » zobacz więcej


   


Wasze komentarze:
 Monika : 24.01.2011, 10:15
 Jak bym miała pracę to do dentysty, ginekologa i inne badania mogę chodzić prywatnie. Lekarzom też należy się szacunek za ich wiedzę i dobre leczenie. A zadarmo niech się leczą naprawdę biedni. Marzę o własnym dwupokojowym mieszkaniu. Mogę część dochodów dawać bankowi za spełnione marzenie ale za 1000 zł co mogę? Nie mam nic do zajmowania stanowisk przez krewnych i bliższych znajomych, to znaczy że dla mnie nie ma miejsca ?
 luk2255: 24.01.2011, 07:00
 Proszę spojrzeć na zegar Balcerowicza, a później zabierać zdanie w tej kwestii i zastanowić się kto ma schizofremię bo na pewno nie rząd! , co ma zrobić NFZ jemu też zostały obcięte środki szczególnie stomatologii - 6000 placówek nie ma przedłużonej umowy w tym roku...
 
(1)


Autor

Treść




[ Powrót ]
 
Daj plusika:
[ Strona główna ]
 Partnerzy medialni:

O stronie... | Ogłoszenia | Konkurs | Wspomóż nas | Polityka Prywatności | Reklama | Kontakt

© 2001-2017 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej