Rozważania Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Cuda Opowiadania Perełki
Strategia na czas kryzysu

     Z dr. Marianem Moszoro, wykładowcą w IESE Business School w Barcelonie oraz Wyższej Szkole Biznesu w Nowym Sączu, rozmawia Alicja Wysocka

     Polacy czują się oszukani w sprawie kryzysu, który według zapewnień polityków i ekonomistów jeszcze pod koniec ubiegłego roku prawie nam nie groził.

     Nie traktowałbym tej sprawy w kategoriach oszustwa, ponieważ nikomu przecież nie zależy na kryzysie finansowym i osłabieniu gospodarczym. Przez ostatnie lata wszystko szło dobrze i nikt nie brat pod uwagę najgorszego scenariusza wydarzeń. Po prostu wydawał się on nieprawdopodobny, wręcz tylko teoretyczny. W USA, gdzie wszystko się zaczęło od kryzysu na rynku nieruchomości, ceny od 30 lat szły w górę. Wydawało się, że tak już będzie zawsze, dlatego hojnie udzielano kredytów nawet tym, którzy byli niewypłacalni, ponieważ same nieruchomości stanowiły wystarczające zabezpieczenie. Ponadto panowało przekonanie, że wszyscy nie mogą splajtować naraz. Dlatego te kredyty wysokiego ryzyka "upakowano" po kilka tysięcy i handlowano instrumentami pochodnymi w zależności od kategorii ryzyka. Niestety nastąpiło to, co było tak mało prawdopodobne: ceny nieruchomości zmalały i nastąpiła lawina bankructw. Wysublimowane instrumenty finansowe, budowane z takim mozołem i finezją przez fundusze wysokiego ryzyka, okazały się bezużyteczne.

     Czy można wszystko zwalać na koniunkturę? Przecież decyzje podejmowali konkretni ludzie w konkretnym czasie. To prawda: to nie bezosobowa "koniunktura" zawiodła. Kryzys finansowy ma namacalny wymiar etyczny, w którym niemałą rolę odegrała chciwość bankierów. Sprzedawano hipoteki na ilość wiedząc, że część klientów jest niewypłacalna. Zarządzający ryzykiem nie zawsze wiedzieli, czym naprawdę handlowali. Potem, kiedy już rynek nieruchomości zaczynał się załamywać, zaczęto w sposób niekonsekwentny bronić jednych instytucji, a inne skazywać na upadek. Za tymi decyzjami stoją konkretni ludzie. Część z nich poniosła konsekwencje, inni - nie.

     Co sprawia, że kryzys ma wymiar światowy?

     Przed kryzysem gospodarka światowa była w tzw. globalnym niezbilansowaniu. Chiny i kraje arabskie finansowały ogromny deficyt handlowy USA. Stany Zjednoczone konsumowały więcej niż były w stanie wyprodukować - deficyt handlowy, czyli różnica pomiędzy importem a eksportem, sięgnął w 2008 r. ponad 650 mld dolarów rocznie. To dwukrotnie więcej niż cały PKB Polski! Podobnie było z całą zachodnią gospodarką, nastawioną na pożyczanie i konsumowanie, zamiast na oszczędzanie i produkowanie. Pożyczać można jednak do momentu, aż nie utraci się zaufania. I właśnie teraz nastąpił ten moment.

     Na razie najbardziej widoczna jest hipokryzja międzynarodowych organizacji i państw. Jeszcze do niedawna odmawiano pomocy tym krajom, które dotowały jakieś gałęzie gospodarki, a teraz cały Zachód lekką, bo publiczną ręką, ratuje prywatne banki i przedsiębiorstwu.

     Dwulicowośćjest porażająca. Wystarczy podać przykład Polski, która dostała z Generalnej Dyrekcji ds. Konkurencji Komisji Europejskiej czerwoną kartkę za pomoc publiczną dla stoczni w wysokości kilkudziesięciu milionów złotych. Kiedy natomiast rządy państw zachodnich zaczęły na gwałt, w ciągu tylko jednego tygodnia, ratować kolejne banki miliardowymi zastrzykami, to ta sama Komisja Europejska zwyczajnie przymknęła na to oko. Kruszą się największe warownie wolnego rynku: rząd amerykański wpompowuje 45 mld dolarów w Citi-bank; rząd Wielkiej Brytanii - po Northwestern i Royal Bank of Ścotland - przejmuje kolejne pakiety akcji banku Lloyds, zwiększając swój udział do 77% akcji.

     Czy obecny kryzys jest większy od tego z lat 30.?

     Nie wiem, czy jest większy, ale jest na pewno największy od 80 lat. Objawia się, tak jak w latach 30., bardzo dużym kryzysem zaufania do instytucji finansowych. Moim zdaniem jeszcze nie sięgnęliśmy dna. Najgorsze przed nami.

     To znaczy?

     Jeszcze nie ma pełnego przełożenia kryzysu finansowego na gospodarkę realną. Zmaleje produkcja, wzrośnie bezrobocie. Jeszcze zobaczymy kolejne bankructwa i "plany nadzwyczajne", które mają temu zapobiec. Wiele firm z powodu słabszej koniunktury, np. z sektora motoryzacyjnego, posiada duży stan zapasów. To są zamrożone pieniądze, które także kosztują. Niedługo trzeba będzie zawiązać rezerwy na pokrycie strat związanych z mniejszą wartością tych towarów, np. niesprzedanych samochodów. Ponadto terminy ściągania należności wydłużają się, co oznacza większe zapotrzebowanie na kapitał obrotowy, a z drugiej strony trudniej o kredyty na finansowanie działalności bieżącej. Jest to gotowy przepis na utratę płynności finansowej.

     Co ma zrobić przeciętny Polak, który dysponuje jeszcze jakimiś zapasami finansowymi? Czy wycofywać się z funduszy i w co inwestować?

     "Bezpieczną przystanią" na czas burzy może być złoto, a także tzw. commodities - surowce, żywność. Ale to nie jest skala inwestycji przeciętnego Polaka, który swoje oszczędności lokuje raczej w banku albo na giełdzie. Giełda w Polsce zeszła już bardzo nisko, w związku z tym wycofanie środków - jeśli ktoś nie zrobił tego wcześniej - byłoby głupotą. Ważny jest wyznaczony czas trwania inwestycji. Jeśli mamy w perspektywie 20 lat, czekajmy spokojnie. To sytuacja porównywalna z tą, gdy zaczynamy studia i pierwsza ocena jest niedostateczna. Czy to znaczy, że trzeba rzucić naukę? Nie. Zakładaliśmy przecież wzloty i upadki na drodze do ostatecznego celu, czyli ukończenia studiów. Tak samo, gdy dokonujemy wyborów inwestycyjnych na dłuższy okres: nie można dać się ponieść chwilowym emocjom.

     Jak oceniać sprzeczne komunikaty, które głosi rząd? Najpierw premier mówi, że jeśli Polska nie będzie mogła emitować euroobligacji, to czeka nas bankructwo, a potem jedzie do Brukseli i zapewnia, że nie potrzebujemy pomocy, bo nasza sytuacja nie jest wcale taka zła.

     Rozumiem premiera, bo stara się pokazać najlepsze strony sytuacji. Polska gospodarka ma bardzo silne fundamenty, nie jest nadmiernie zadłużona, mamy pod kontrolą deficyt budżetowy, choć teraz może on ulec lekkiemu rozchwianiu z powodu niższych wpływów podatkowych. Niestety, polska gospodarka jest postrzegana jako wschodnioeuropejska en błock, a to oznacza, że gdy wycofuje się pieniądze z Węgier i Ukrainy, to z Polski automatycznie też. Moim zdaniem w regionie sensowny jest podział na dwie ligi: w pierwszej grają Polska, Czechy i Słowacja. Ostatnio agencje ratingowe zaczęły to dostrzegać.

     Obecnie proponuje się dwie drogi wyjścia z kryzysu: przez oszczędności i dyscyplinę finansową do strefy euro albo rozkręcanie gospodarki poprzez inwestycje i zwiększenie deficytu budżetowego.

     Obecnie wśród światowych ekonomistów dominuje pogląd oparty na trzech "dogmatach": obcinać stopy procentowe, zwiększać deficyt budżetowy i pompować pieniądze w gospodarkę. Próbujemy gasić ogień benzyną. Mój pogląd jest zasadniczo inny. Po pierwsze, pompowanie pieniędzy dla ratowania różnych instytucji gospodarczo-finansowych stwarza ramy do uznaniowości i na pewno odbije się na inflacji, a więc stracimy wszyscy poprzez wyższe ceny i wyższe stopy procentowe w przyszłości. Po drugie, zwiększanie deficytu oznacza, że w przyszłości trzeba będzie go zmniejszać, a więc zwracać do budżetu więcej pieniędzy. Tym samym skazujemy przyszłe pokolenia na płacenie za nasze błędy. Trzeba raczej wrócić do podstaw, to znaczy do oszczędności i do produkcji. Dlatego należy trzymać dyscyplinę budżetową i stwarzać dobre warunki dla przedsiębiorców.

     Czy to dobry krok, żeby odroczyć spłatę kredytów mieszkaniowych?

     To jest błędne koło, bo dlaczego pomoc ma być tylko dla osób, które nie mogą spłacać kredytu hipotecznego, a nie dla tych z kredytami gospodarczymi, komercyjnymi? Dlaczego nie odroczyć albo nie umorzyć kredytów przedsiębiorcy, który chciał na przykład rozkręcić biznes w Ustrzykach Dolnych?

     Polacy w ciągu 20 lat wolności przechodzą przyspieszony kurs ekonomii. Byliśmy na dnie, potem się z niego wydostaliśmy, a teraz znów spadamy. Czego te przypadki mogą nas nauczyć?

     Myślę, że kryzys da nam do myślenia o wartości pracy, o roli oszczędności. Może nauczy oddzielania rzeczy naprawdę potrzebnych od kaprysów. Dopasowania wydatków do zarobków. Hossa upajała nas prawie do nieprzytomności. W Warszawie ludzie nie mogli pohamować swoich apetytów zarobkowych. Świeżo upieczony absolwent uczelni żądał 5, 8 czy nawet 10 tysięcy zł pensji. Może teraz ludzie dojdą do wniosku, że dobra jest ta praca, która zapewnia utrzymanie?

     A co kryzys zmieni w światowej gospodarce?

     Już teraz zmieniają się pewne paradygmaty ekonomiczne. Do łask wraca interwencjonizm, z tym że dziś ma on wymiar już nie narodowy, ale globalny. Wzrasta przyzwolenie, wręcz wymaga się pomocy publicznej i to nie tylko w imię ratowania gospodarki. Samo inwestowanie w obligacje jako jedyne pewne aktywa oznacza przyznanie się do tego, że nie umiemy inwestować sami i państwo jest w tej dziedzinie lepsze. Myślę, że ta zmiana paradygmatu potrwa około 10-15 lat. Kryzys jednak będzie miał i ten dobry aspekt, że prawdopodobnie wymusi kolejny skok innowacyjności w zarządzaniu.

     Marian Moszoro (ur. 14 września 1974 r. w Rosario w Argentynie). Pochodzi z rodziny ormiańskiej, osiedlonej w Polsce od XV wieku. Absolwent Uniwersytetu Szczecińskiego (1998), uzyskał stopień doktora w Szkole Głównej Handlowej (2004). Wykładowca w IESE Business Scnool w Barcelonie oraz Wyższej Szkole Biznesu w Nowym Sączu, były wiceminister finansów. Prowadzi zajęcia na Wyższej Szkole Biznesu w Nowym Sączu. Jest ekspertem Instytutu Sobieskiego w obszarze finansów publicznych.

Tekst pochodzi z Tygodnika

23 marca 2008


Biznesowy savoir - vivre. Wszystko, co szanujący się biznesmen o etykiecie wiedzieć powinien Biznesowy savoir - vivre. Wszystko, co szanujący się biznesmen o etykiecie wiedzieć powinien
Barbara Pachter
Jak Cię widzą, tak o Tobie plotkują w biurze. W zwariowanym tempie, w jakim dziś toczy się nasze życie, zaczynamy lekceważyć to, jak jesteśmy postrzegani przez innych. Przestajemy przywiązywać wagę do tak drobnych rzeczy jak sposób powitania, prowadzenia rozmowy towarzyskiej, umiejętność słuchania i nawiązywania nowych znajomości. A przecież drobiazgi mają ogromne znaczenie. Czyż całe życie nie składa się właśnie ze szczegółów?... » zobacz więcej


   


Wasze komentarze:
 S.: 11.06.2009, 12:09
 Dodałbym jeszcze czwartą drogę. Zmniejszyć wydatki, obniżając jednocześnie podatki. Państwo na samą biurokrację często traci więcej niż połowę środków przeznaczonych na jakiś cel... Dlatego nawet biedne osoby rzadko kiedy "dostają" od państwa więcej niż wpłaciły w podatkach.
 
(1)


Autor

Treść




[ Powrót ]
 
Daj plusika:
[ Strona główna ]
 Partnerzy medialni:

O stronie... | Ogłoszenia | Konkurs | Wspomóż nas | Polityka Prywatności | Reklama | Kontakt

© 2001-2017 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej