Kartki Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Czat Opowiadania Perełki
Przewodnicy ze śmierci do życia

     Wśród dziesięciu duchownych - ofiar katastrofy pod Smoleńskiem - było siedmiu księży katolickich związanych z Warszawą. Ich życie i posługa wplatały się nasze losy.

     Byli moimi przyjaciółmi, kolegami i przełożonymi. Ciągle jeszcze nie dociera do mnie, że już się nie zobaczymy na ziemi - dopiero w niebie. Z każdym z nich wiąże się jakaś historia, wspólne przeżycia. Tyle było jeszcze zaplanowanych spotkań, rozmów przy kawie albo przynajmniej telefonów. Za dużo pewnie odłożonych na potem. A teraz? Pozostaje modlitwa i wiara w świętych obcowanie. Ale to zawsze co innego niż spotkanie twarzą w twarz.

     Już dzisiaj brakuje mi Tadzia Płoskiego, biskupa polowego i generała dywizji. A prywatnie bardzo serdecznego przyjaciela. Przy każdym spotkaniu umawialiśmy się, że musimy jak najszybciej znaleźć czas, aby dłużej pogadać. Ale spełnić to udawało się rzadko. On ciągle w rozjazdach po jednostkach w Polsce i po misjach zagranicznych. Ja zawsze w biegu, jak to w mediach. A kiedy już się udawało spotkać, nie było w tym nic z oficjalnej audiencji księdza u Ekscelencji.

     Zaczęliśmy do siebie mówić po imieniu dopiero w dniu jego sakry biskupiej. Chociaż zaprzyjaźniliśmy się kilka tygodni wcześniej, po nominacji abp. Sławoja Leszka Głódzia na biskupa warszawsko-praskiego - mojego ordynariusza. Tadzio miał bezcenne doświadczenie z pracy z moim przyszłym przełożonym. - Rok pracy z Księdzem Arcybiskupem to jak doktorat na rzymskiej Gregorianie - wypalił podczas swojej sakry biskupiej. O dawnym przełożonym mówił tylko dobrze, dodawał otuchy, życzliwie radził. Szczerze kibicował powstaniu i redagowaniu tygodnika "Idziemy" - i był jego wiernym czytelnikiem. Przyznawał, że wiele z niego korzysta. Do tego stopnia, że kiedyś w ramach kazania podczas Mszy św. radiowej u św. Krzyża z okazji Święta Niepodległości przeczytał cały mój wstępniak, podając nazwisko autora i źródło. Trudno o lepszą reklamę! A on jeszcze po tym zadzwonił z pytaniem, czy się nie obraziłem?! I zaprosił na niepodległościowy obiad!

     Wraz z nim odszedł jego sekretarz, ks. ppłk Jan Osiński. Człowiek wyjątkowo serdeczny i prostoduszny. Emanowała od niego dobroć. Zawsze gotowy do pomocy, uśmiechnięty, z młodzieńczym rumieńcem. Miał dopiero 35 lat., z czego 9 lat w kapłaństwie.

     Kapelana Prezydenta, ks. inf. Romana Indrzejczyka poznałem w pierwszych latach po moich święceniach kapłańskich. Ja, początkujący ksiądz udający duszpasterza akademickiego, on bardzo doświadczony duszpasterz udający młodzieniaszka. Spotkaliśmy się często na naradach w kościele św. Anny i na górskich szlakach. Charakterystycznym elementem jego stroju były wtedy ciężkie buciory i krótkie harcerskie spodenki. Zimą nie rozstawał się z białym szalikiem fantazyjnie przerzuconym przez ramię. Mam kilka tomików jego wierszy, które pisał i drukował, aby je rozdawać znajomym. Skrytykowałem go kiedyś na łamach "Idziemy", że jako kapelan Prezydenta zgadza się czasem występować w jego imieniu, podczas gdy ksiądz nie powinien reprezentować władzy politycznej, jakakolwiek by ona była. Przy najbliższym spotkaniu sam poszedł do mnie i stwierdził, że całkowicie się ze mną zgadza, tylko tak trudno mu nieraz odmówić, gdy go proszą. Potem zawsze się znacząco uśmiechał i pokazywał puste ręce, ilekroć udawało mu się uniknąć politycznego balastu. Za swoją służbę u boku Prezydenta nie pobierał żadnych wynagrodzeń.

     Rektor UKSW ks. prof. Ryszard Rumianek - kto wie, czy nie ostatni duchowny na tym stanowisku? - był przez połowę moich lat kleryckich wicerektorem seminarium duchownego i wykładowcą Biblii. Bardziej niż treść wykładów utkwiły mi w pamięci jego anegdoty, jak choćby ta o kubku wody na pustyni albo o egzaltacji Włochów, którzy ciągle powtarzają "Kochajmy się nawzajem", ale plecaki podczas wypraw na pustynię zawsze zostawiają do noszenia Polakom. Zasługą ks. Rumianka jako rektora UKSW jest niewątpliwie imponująca rozbudowa uczelni, otwarcie nowego kampusu i sal wykładowych na Młocinach. Znalazł się w oficjalnej delegacji udającej się do Katynia właśnie jako rektor uczelni, na której prof. Lech Kaczyński był wykładowcą prawa.

     Ksiądz inf. Zdzisław Król to dla duchowieństwa dawnej niepodzielonej jeszcze archidiecezji warszawskiej człowiek-legenda. Szczególnie dał się zapamiętać jako ówczesny kanclerz kurii. Był chyba wszędzie, gdzie działo się coś ważnego. Uczestniczył w szczególnie trudnych za komuny przygotowaniach do kolejnych wizyt Jana Pawła II w Ojczyźnie. Konsultował kazania z ramienia kurii biskupiej ks. Jerzego Popiełuszki przygotowane na Msze za Ojczyznę. Był wreszcie jednym z tych księży, którym przypadł smutny obowiązek identyfikacji w prosektorium w Białymstoku ciała ks. Jerzego Popiełuszki i przewiezienia go do Warszawy. Po zamordowaniu ks. Niedzielaka przejął opiekę duszpasterską nad Rodzinami Katyńskimi. Dlatego znalazł się w prezydenckim samolocie.

     Ksiądz Król miał wielkie poczucie humoru, które zachował przez całe życie i którego o mało nie przypłacił przerwaniem studiów doktoranckich na KUL. Gdy dzwonił dó znajomej dentystki ze stomatologicznym problemem komunikował: "Pani doktor, tu Król. Spadła mi korona. Może pani coś na to poradzić?" Zawsze miał czas dla księży i brał ich w obronę. Nie tylko przed atakami komunistycznych władz, ale nierzadko przed surowością biskupich decyzji. Powtarzał bowiem, że Prymas Tysiąclecia, kiedy go przyjmował do pracy w kurii, stwierdził, że jego obecność na urzędzie kanclerskim dotąd będzie mieć sens, dokąd pozostanie on adwokatem kapłanów. I był nim. Przekonałem się o tym w listopadzie 1985 r., kiedy "nieznani sprawcy" skradli moje dokumenty i usiłowali mnie wrobić w jakąś aferę. Wszystko się skończyło po spotkaniu z ks. Królem i po jego stanowczej interwencji w MSW.

     Moim zaledwie o rok starszym kolegą był ks. Andrzej Kwaśnik, ostatnio proboszcz parafii św. Tadeusza w Warszawie i ostatni kapelan Rodzin Katyńskich. Spędziliśmy razem pięć lat w seminarium, z czego przez kilka miesięcy mieszaliśmy w jednym pokoju. Andrzej był zawsze człowiekiem bardzo statecznym. Może nawet za bardzo. Zarządzenia władzy seminaryjnej wykonywał na 150%. Razem uczestniczyliśmy w obsłudze pielgrzymki Jana Pawła II w Warszawie w roku 1983. Do legendy przeszło jego dobitne odczytywanie tekstów biblijnych podczas papieskiej liturgii na ówczesnym Stadionie Dziesięciolecia. Andrzej w pierwszych latach kapłaństwa głęboko przeżył śmierć brata, który podobnie jak on chciał być kapłanem. Po podziale Warszawy na dwie diecezje nasze kontakty nieco osłabły. Okazją do ich odnowienia było ukazanie się tygodnika "Idziemy". Andrzej był wtedy proboszczem w Starej Iwicznej, a bez życzliwości proboszczów nasz tygodnik nie miałby przecież szans dotrzeć do czytelników. Wreszcie ks. Józef Joniec z warszawskiego klasztoru ojców pijarów na Siekierkach. Współpracowaliśmy na różne sposoby przez kilkanaście lat. Potrzebował pomocy mediów, bez których niemożliwy byłby tak wielki sukces "Parafiady", która była jego oczkiem w głowie. Zgodnie z charyzmatem swojego zakonu całe serce wkładał w wychowanie młodzieży z kraju i z dawnych polskich Kresów Wschodnich. Niezmordowanie co roku organizował zawody sportowe i wypoczynek dla tysięcy polskich dzieci, również tych z dzisiejszej Litwy, Rosji, Ukrainy i Białorusi. Ostatnią jego inicjatywą była akcja "Katyń... ocalić od zapomnienia", w ramach której na 70-lecie zbrodni zaplanowano między innymi posadzenie 21 857 dębów katyńskich. Był sam w sobie parafiadową instytucją.

     Wspomniani księża znaleźli się w samolocie Pana Prezydenta na jego osobiste zaproszenie. Byli tam także ks. prałat Bronisław Gostomski, kapelan Rodzin Katyńskich z Londynu i dwaj kapelani wojskowi, abp gen. Miron Chodakowski z Cerkwi Prawosławnej i ks. płk Adam Pilch, zastępca ewangelickiego biskupa wojskowego. Pewnie wtedy Prezydent nie wiedział jeszcze, że dokonuje wyboru ludzi, którzy mają mu towarzyszyć w jego ostatniej drodze. W tej, która prowadzi na spotkanie z Chrystusem Zmartwychwstałym. W ostatnich chwilach feralnego lotu pewnie okazali się niezwykle tam właśnie potrzebni, jako przewodnicy ze śmierci do życia.


ks. Henryk Zieliński


Tekst pochodzi z Tygodnika

18 kwietnia 2010


Rzeczpospolita Obojga Narodów. Dzieje agonii Rzeczpospolita Obojga Narodów. Dzieje agonii
Paweł Jasienica
Część III trylogii Rzeczpospolita Obojga Narodów, opisuje dramatyczne lata 1696–1795, proces upadku państwa prowadzący do tragicznego końca. Sprzyjało temu panowanie Wettinów: Augusta II, zwanego Mocnym i jego syna Augusta III, przeplecione krótkotrwałymi epizodami rządów Stanisława Leszczyńskiego... » zobacz więcej


   


Wasze komentarze:

Brak komentarzy



Autor

Treść




[ Powrót ]
 
Daj plusika:
[ Strona główna ]
 Partnerzy medialni:

O stronie... | Ogłoszenia | Konkurs | Wspomóż nas | Polityka Prywatności | Reklama | Kontakt

© 2001-2017 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej