Rozważania Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Cuda Opowiadania Perełki
Prawda w obiektywie

     To byli młodzi wrocławianie zbuntowani przeciw reżimowi. Ich film, na którym milicyjna ciężarówka rozjeżdża jednego z demonstrantów, obalił na Zachodzie mit "pokojowego stanu wojennego".

     Dziś Niezależna Agencja Fotograficzna Dementi - założona jako znak sprzeciwu - wobec komunistycznej rzeczywistości - ma jedno z najważniejszych w Polsce archiwów zdjęć dokumentujących wydarzenia stanu wojennego i upadku pojaltańskiego porządku.

     CZARNA DZIURA

     - W niedzielę 13 grudnia 1981 r. poczułam; kolosalny zawód - opowiada Anna Łoś, w Dementi fotograf i archiwistka. - Jakbym znalazła się w czarnej dziurze. W czasie trwającego od sierpnia karnawału Solidarności, mimo braków rynkowych, ludzie byli swobodniejsi, bardziej życzliwi. Aż do tej nocy, kiedy znów zostaliśmy stłamszeni.

     Fotografów z Dementi bardziej niż czołgi na ulicach i kolejki w sklepach przerażały - niemal fizycznie chwytające za gardło - brak wolności i zakłamanie, przejawiające się w komunistycznych zbrodniach okresu stalinowskiego, w fałszowaniu historii i współczesności. Czuli bunt wobec niemożności swobodnego wypowiadania się, panegiryków na cześć systemu prezentowanych w telewizji, teatrze, prasie, wobec cenzurowania prywatnych listów, niemożności wyjeżdżania poza państwa bloku wschodniego.

     SPRZECIW

     - Nasza działalność fotoreporterska wynikała z niezgody na komunistyczne kłamstwa - wyjaśnia Andrzej Łuc. - Zależało nam, by omijając cenzurę przekazywać społeczeństwu prawdę.

     Stąd przyjęta później nazwa: Dementi, czyli 'oficjalne zaprzeczenie', 'sprostowanie wiadomości'.

     Tomasz Kizny, Anna Łoś, Dariusz Nowak, Wojciech Wójcik i Stanisław Gulbinowicz współpracowali przy dokumentowaniu demonstracji, strajków, głodówek protestacyjnych i innych przejawów oporu w Polsce. Na zdjęciach odmalowali ówczesną rzeczywistość: starcia ZOMO-wców z demonstrantami, tyraliery milicjantów uzbrojonych w pałki, tarcze i przyłbice, atakujące ludzi działka wodne, studentów okupujących budynek uniwersytetu, strajki robotników. Jako datę powstania grupa podaje sierpień 1982 r.

     Wtedy w sposób świadomy zaczęli fotografować "wojenną" rzeczywistość. Działalność związaną z podziemiem prowadzili już wcześniej: przepisując i rozrzucając solidarnościowe ulotki, malując wolnościowe hasła na murach, przewożąc bibułę do innych miejscowości.

     - Działaliśmy w konspiracji, przestrzegając zasad znanych jeszcze z konspiracji wojennej - wspomina Anna Łoś. - Pomocą służyli AK-owcy i wychodzące w podziemiu poradniki. W domu, w specjalnej skrytce, trzymaliśmy zdjęcia do bieżącej obróbki. Pozostałe przechowywaliśmy w mieszkaniach znajomych. Z Regionalnym Komitetem Solidarności i Solidarnością Walczącą nasz przedstawiciel kontaktował się tylko przez jednego łącznika. Pozostałych osób pośredniczących w przekazywaniu materiału nie znał.

     Na przełomie roku 1983 i 1984 ustalił się nowy skład agencji, który pracował do 1991 r.: Danuta Błahut-Biegańska, Jacek Biegański, Tomasz Kizny, Anna Łoś, Andrzej Łuc, Henryk Prykiel. Zdjęcia przekazywali podziemnym organizacjom i działającym w Warszawie zachodnim agencjom. Publikowali je w dziesiątkach tytutów: w polskich czasopismach niezależnych, czasopismach emigracyjnych i zachodniej prasie. Drukowali je w albumach, pokazywali na wystawach.

     POD KOŁAMI

     Przełomowy okazał się dla Dementi dzień 31 sierpnia 1982 r. Podczas zaplanowanej wówczas pokojowej demonstracji doszło do starcia z milicją. Od kul zginęła jedna osoba, kilka zostało rannych.

     Wojciech Wójcik obserwował manifestację zza firanek prywatnego mieszkania. W dłoniach trzymał kamerę.

     "Widziałem, jak facet przebiegał przed starem, obejrzał się, zagapił, obie ręce miał podniesione,'rzucił coś do środka samochodu, zrobił krok do tyłu i potknął się na wystającej brukowce kilkadziesiąt centymetrów od zderzaka. Przewrócił się na plecy i zadarł nogi do góry - wspominał Wojciech Wójcik na łamach »Rzeczpospolitej«. - Ciężarówka nie zatrzymała się. Kierowca lekko wychylił się, aby zobaczyć, co dzieje się, ale jechał dalej. Samochód zaczął »rolować« demonstranta. Gdy odsłonił przejechanego człowieka, leżał on nieruchomo na wznak. Po chwili dobiegli ludzie i go zabrali. Byłem pewien, że ten chłc pak zginął, umarł z powodu złamani kręgosłupa. Może na taśmie filmowej jest inaczej, ale tak to zapamiętałem."

     Przejechany przez milicyjną ciężarówkę Jarosław Hyk - student Akademii Rolniczej we Wrocławiu - ocalał. A ośmiominutowy film, który Dementi od razu, bez wywoływania, wysłało na Zachód, zrobi! karierę w wolnych mediach. "Zderzenie uzbrojonego w kamień demonstranta Solidarności z rozpędzoną militarną machiną generała Jaruzelskiego" - w takich słowach opisuje wydarzenia Rafał Bubnicki, przyjaciel Dementi - wywarło na odbiorcach kolosalne wrażenie. A chłopcom z Niezależnej Agencji już po pierwszej akcji udało się spełnić marzenia i zrealizować plany: przełamać cenzurę i powiedzieć światu, co naprawdę dzieje się w Polsce.

     SKALKULUJ RYZYKO

     Kiedy fotografowie wracali z akcji, Anna Łoś czekała już z odpowiednimi odczynnikami w ciemni. Liczył się czas. Chodziło o to, by jak najszybciej zrobić odbitki i najbliższym pociągiem zawieźć je do Warszawy, m.in. do Associated Press czy Reutersa. - Czy wiedzieliśmy, czym ryzykujemy? - pani Anna nie zastanawia się nad odpowiedzią. - Oczywiście. Byłam świadoma od dawna, do czego zdolni są komuniści - pochodziłam przecież z rodziny repatriantów. Pamiętałam atmosferę lipca 1968 r., czas tłumienia praskiej wiosny. Miałam wtedy dziesięć lat i spędzałam wakacje w pobliżu granicy, w Jeleniej Górze, doświadczając poczucia zagrożenia wśród dorosłych, słuchając dźwięku lecących nocą samolotów.

     - Wiedzieliśmy o śmiertelnych strzałach oddanych do strajkujących w kopalni "Wujek" - dodaje. - Miałam więc świadomość, że ryzykuję, ale takie życie - w opozycji do reżimu - miało dla mnie sens. W przeciwieństwie do postawy konformistów: zapisujących się do partii po to, by dostać talony na buty, fiata czy pół litra.

     - Bardziej niż podczas fotografowania bałem się, gdy drukowałem ulotki lub malowałem hasła wolnościowe nocą na murach. Żeby nas nie dorwali. Oszem, za to nie stawiali pod ścianą i nie rozstrzeliwali, ale można było zostać kaleką do końca życia - mówi Andrzej Łuc. - Kiedy w maju 1982 r. zostałem internowany, chyba za wpięty w ubranie tranzystorowy opornik (symbol oporu wobec komunistycznej władzy - przyp. MŁ) rodzice byli przesraszeni bardziej ode mnie. Dopiero niedawno dowiedziałem się, że nachodziło ich SB.

     Andrzej Łuc co najmniej dwa razy uniknął wpadki. Pierwszy raz, gdy w 1987 r., wmieszany w tłum, dokumentował w centrum Wrocławia demonstrację na rzecz uwolnienia czeskiego publicysty Petra Pospichala. Podszedł za blisko. Na szczęście milicjanci aresztujący protestujących nie zauważyli go.

     - Zagrożenie uświadomił mi dopiero fotoreporter agencji Associated Press, do której zawieźliśmy materiał - wyjaśnia Łuc. - "Nie warto podchodzić blisko, narażając się na pobicie lub aresztowanie, jeśli nie masz pewności, że zrobisz naprawdę dobre zdjęcie" - brzmiała jego lekcja. Praca fotoreportera polegała przecież nie tylko na tym, by chojracko podejść do fotografowanego obiektu, a później stracić materiał, ale by go wynieść z akcji, naświetlić i opublikować. Trzeba było więc dobrze skalkulować ryzyko.

     Drugi raz Andrzej Łuc uniknął wpadki, gdy dzięki pomocy kolegi wyrwał się tajniakom prowadzącym go do samochodu. - Podczas demonstracji zagrożeniem byli nie tylko milicjanci - podkreślą Anna Łoś. - Demonstranci, widząc kogoś, kto odważył się robić zdjęcia mimo oficjalnych zakazów, reagowali co najmniej podejrzliwie.

     DOBRA REPORTERSKA PRACA

     Euforia towarzysząca upadkowi muru berlińskiego, trauma na twarzach mieszkańców Bukaresztu tuż po krwawych zajściach w pałacu, poczucie zagrożenia wśród szykujących się do walki o Wilno - Dementi dokumentowało wydarzenia przełomu politycznego 1989-1991 w Czechosłowacji, Niemczech Wschodnich, Rumunii, na Litwie, Łotwie i w Związku Radzieckim.

     W 1991 r. zawiesili oficjalną działalność. Jednak ich zdjęcia wciąż były wykorzystywane w różnego rodzaju publikacjach. W 2007 r. wznowili działalność, zakładając Fundację NAF Dementi.

     - Jestem świadoma wartości naszego archiwum - mówi Anna Łoś. - To dobra reporterska praca, dokumentująca wydarzenia społeczne z dziesięciu lat najnowszej historii Wrocławia, Polski, Europy centralnej. To zgromadzony w jednym miejscu i uporządkowany obszerny zbiór ikonograficzny, z którego z łatwością korzystają media i organizacje.


Małgorzata Łukaszewicz

Tekst pochodzi z Tygodnika

12 grudnia 2010


Rzezie, masakry i zbrodnie wojenne od starożytności do współczesności Rzezie, masakry i zbrodnie wojenne od starożytności do współczesności
Janice Anderson, Anne Williams, Vivian Head
Autorki przedstawiają największe zbrodnie wojenne i zbrodnie przeciw ludzkości - od starożytności do czasów współczesnych. Książka podzielona jest na siedem części, poświęconych poszczególnym faktom lub ich sekwencjom.... » zobacz więcej


   


Wasze komentarze:

Brak komentarzy



Autor

Treść




[ Powrót ]
 
Daj plusika:
[ Strona główna ]
 Partnerzy medialni:

O stronie... | Ogłoszenia | Konkurs | Wspomóż nas | Polityka Prywatności | Reklama | Kontakt

© 2001-2017 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej