Rozważania Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Cuda Opowiadania Perełki
Polacy na Wschód od Bugu

     Jak żyją Polacy na terenach byłego Związku Radzieckiego? Odpowiedź nie jest prosta. Od rozpadu ZSRR minęło już sporo czasu, dawne republiki związkowe są już niepodległymi państwami, a każde ma swoją specyfikę.

     W codziennym życiu nasi rodacy nie różnią się niczym od Rosjan, Ukraińców, Białorusinów czy Kazachów. Zarabiają tyle, ile oni - a więc zwykle mniej niż w Polsce, mieszkają tak, jak oni - a więc zazwyczaj wciąż w gorszych warunkach, niż u nas. Bez przeszkód mogą chodzić do kościoła (tyle że czasem - zwłaszcza w Rosji - jest do niego bardzo daleko). Mają jednak różne możliwości kultywowania swej kultury i języka, różne możliwości organizowania się i działania.

     POLITYKA PRZESZKADZA

     Ilu jest Polaków na Białorusi - 400 tys., jak chce urzędowa statystyka, czy może milion, jak mówią niektórzy polscy działacze? Są tu rejony (powiaty), ze zdecydowaną polską większością, od okolic Grodna po granicę litewską. Rejon werenowski ma ponad 80 proc. Polaków.

     Niestety, dla naszych rodaków zabójcza okazała się polityka. Z jednej strony Polaków zaczęto podejrzewać, że mogą zostać wykorzystani jako "piąta kolumna" - przez "wrogie Białorusi siły". Takie sugestie pojawiły się w państwowej, białoruskiej telewizji oraz w rządowych gazetach. Z drugiej zaś władze doszły do wniosku, że niebezpieczne jest dla nich istnienie niezależnej, polskiej organizacji, jaką był Związek Polaków na Białorusi (ZPB).

     Władze uderzyły więc w związek. I oto szokujący efekt: z jednej mamy "nielegalne" władze z Andżeliką Borys na czele. Władze te uznaje Polska i znaczna część oddziałów i szeregowych członków ZPB. Ten "nielegalny" związek naprawdę działa, organizuje imprezy kulturalne i nauczanie polskiego, pomimo rozlicznych przeszkód, wzywania na milicję i prokuraturę. Z drugiej zaś istnieją władze "legalne" z Józefem Łucznikiem jako prezesem. Są wspierane przez administrację państwową, ale nie mają poparcia zwykłych ludzi, a opanowana przez nich siedziba związku w Grodnie świeci pustkami. Ostatnio nie pojawia się w niej nawet prezes Łucznik.

     Nikt na razie nie ma pomysłu, co w tej sytuacji zrobić. Dla Mińska to sprawa prestiżowa i trudno mu wycofać poparcie dla stworzonych przez niego struktur. Pomysły polskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych są jak na razie mało zachęcające - idea połączenia obu związków jest nie do przyjęcia przez tych, którzy latami walczyli o polskość i niezależną, polską organizację. Ale może znajdzie się jakieś kompromisowe rozwiązanie.

     A to jest konieczne, bo działanie na wpół legalne jest niesłychanie uciążliwe. Istnieje groźba zaprzepaszczenia tego, co udało się zbudować przez minione lata. Zawsze można powiedzieć: Polacy przetrwali tyle czasu w ZSRR w znacznie gorszych warunkach, bez żadnej organizacji, bez nauki polskiego, z nielicznymi czynnymi kościołami. Tylko czemu w XXI wieku nasi rodacy mają cierpieć?

     NA WSCHÓD I ZACHÓD OD ZBRUCZA

     Przedwojenna granica polsko-radziecka została wymazana z map i starannie usunięta z pól i lasów, ale dla Polaków na Ukrainie wciąż istnieje. O ile na wschód od Zbrucza Polacy czują się nieodłączną częścią ukraińskiego społeczeństwa, to na zachód od tej niegdyś granicznej rzeki funkcjonują w zamkniętych społecznościach, niechętnie angażujących się w lokalne życie społeczne i polityczne.

     Dlaczego tak się dzieje? Polacy we Lwowie wciąż mają poczucie, że to "ich miasto", w którym jeszcze kilkadziesiąt lat temu stanowili większość i mieli w nim władzę. Miasto, które im odebrano. Nie do pomyślenia jest na przykład wybranie Polaka do rady miejskiej. Naszych rodaków nie ma w miejscowej polityce. A Ukraińcy niewiele (jeśli cokolwiek) czynią, by ich do siebie przyciągnąć.

     A w takim na przykład Berdyczowie sytuacja jest zupełnie inna. Obecność kilku Polaków w radzie miejskiej i kandydatura naszego rodaka na mera (niestety, nie został wybrany) nikogo nie dziwi. Podobnie jak organizacja angażujących dosłownie cale miasto dorocznych dni kultury polskiej. Podobnie jest w sąsiednim Żytomierzu. To z tego i sąsiednich obwodów Ukrainy centralnej wybierani są Polacy - deputowani do Rady Najwyższej.

     Czy ta sytuacja może się zmienić? W dającym się przewidzieć czasie - raczej nie. Bardzo wiele zależy od Ukraińców. Jeśli na zachodzie kraju wyciągną rękę do miejscowych polskich działaczy, to być może, powoli, polskie społeczności zdołają się otworzyć. Na razie jednak niczego takiego nie widać. Ale optymistycznie można powiedzieć, że na wschód od Zbrucza nie trzeba się obawiać polsko-ukraińskich sporów i pozycja miejscowych Polaków zależy niemal wyłącznie od ich osobistego zaangażowania.

     ROZPROSZENI W WIELKIEJ ROSJI

     Polaków w Rosji można właściwie spotkać wszędzie. Albo ich przodkowie pojawili się dawno, jeszcze za czasów carskich, albo też w nieco bliższych czasach, już w Związku Radzieckim. Ci pierwsi to zarówno żyjący na Syberii potomkowie zesłańców z XIX wieku, jak i tych, którzy szukali pracy - w Moskwie, Petersburgu czy też innych miastach. Ci drudzy przeważnie wędrowali "za pracą". Bo w dużych rosyjskich miastach było o nią łatwiej, niż gdzie indziej.

     W Rosji działa kilkadziesiąt polskich organizacji. W 2007 r. ich działalność docenił sam ówczesny prezydent Władimir Putin, kierując do obradującego w Moskwie IV zjazdu Kongresu Polaków w Rosji takie m.in. słowa: "Poświęcenie na polu walki i dokonania w pracy, wybitne osiągnięcia w sferze nauki i kultury wielu pokoleń rosyjskich Polaków - to nieodłączna część historii naszej wieloetnicznej Ojczyzny". Oczywiście, lokalnie miejscowe władze mogą mieć do naszych rodaków jakieś uprzedzenia. Bywały też kłopoty z odzyskiwaniem kościołów katolickich, tradycyjnie (choć niekoniecznie słusznie) określanych jako "polskie". Ale generalnie .rzecz biorąc - nie ma większych problemów. Poza wielkimi odległościami i rozproszeniem polskich środowisk. I czasami też - podziałami wewnętrznymi. W niektórych miastach istnieją po dwie lub więcej, konkurujące ze sobą polskie stowarzyszenia. Ale to wcale nie jest specyfika Polaków w Rosji - podobnie jest na Ukrainie, zwłaszcza w centrum kraju. Rosyjscy Polacy mają z pewnością do odegrania znacznie większą rolę, niż ma to miejsce obecnie. Ale to wymagałoby większego zaangażowania Polski - a na to brak środków i ludzi...

     WŚRÓD AZJATÓW

     Paradoksalnie, wbrew powszechnemu przekonaniu, Polacy w Kazachstanie - przesiedleni tam głównie w latach 1935-37 z dzisiejszej Ukrainy centralnej, po likwidacji autonomicznego polskiego rejonu - mają się całkiem nieźle. Oczywiście na tyle, na ile można mieć się nieźle na kazachskich stepach.

     Jechali w bydlęcych wagonach, wysadzano ich na stepie, gdzie musieli niemal z niczego budować swoje nowe domostwa. Ale dziś polskie wioski, podobnie jak wioski niemieckie, wyróżniają się czystością i porządkiem.

     O ile Rosjan traktują Kazachowie z nieufnością, to Polaków - raczej nie. Nasi rodacy często zajmują tam stanowiska średniego szczebla. Szef brygady remontowej w kołchozie, inżynier, lekarz - to funkcje odpowiednie właśnie dla nich. Na wyższe, w związku z "kazachizacją", nie mają szans. Muszą się też uczyć języka kazachskiego.

     Ale jak na warunki kazachskie Polacy mieszkają dość zamożnie. Przez minione siedemdziesiąt lat okrzepli, przystosowali się do tutejszych realiów. Pobudowali domy, pobudowali kościoły. Ich ewentualny wyjazd do Polski byłby dla Kazachstanu ciosem - opuściliby ten kraj cenieni specjaliści.

     Tyle że nasi rodacy chętnie by do Polski wyjechali (bo nie wrócili - zdecydowana większość z Polski nie wyjeżdżała). Co więcej: Polska jawi się im jak jakiś raj. Tymczasem nieliczne rodziny, które do nas przyjechały, mają poważne kłopoty z zaaklimatyzowaniem się. Kazachskie wykształcenie okazuje się mało przydatne w warunkach gospodarki rynkowej.

     Zasadniczy problem polega na tym, że Polska nie wie, co zrobić z Polakami z Kazachstanu. Sprowadzić do Polski? Wspierać, by lepiej rozwijali się w Kazachstanie? Pomoc w nauczaniu języka polskiego to zdecydowanie za mało... DOKĄD ZMIERZAJĄ?

     W jakim kierunku rozwijać się będą polskie środowiska na Wschodzie? To zależy od sytuacji w danym kraju. Na Ukrainie i Białorusi Polacy czują się "u siebie". W Kazachstanie - niekoniecznie, podobnie zresztą w Rosji.

     Polska powinna wypracować strategię postępowania wobec naszych rodaków: kogo do kraju przyciągać i jak wesprzeć tych, którzy chcą zostać w swych krajach. Bo tego na razie nie ma.


Piotr Kościński


Tekst pochodzi z Tygodnika

7 grudnia 2009


Największe tajemnice Kodu Da Vinci Największe tajemnice Kodu Da Vinci
Amy Welborn
Amerykański historyk Kościoła wyjaśnia tajemnice głośnego filmu Rona Howarda KOD DA VINCI z Tomem Hanksem i Jeanem Reno w rolach głównych... » zobacz więcej


   


Wasze komentarze:
 Anka z Wilna: 13.03.2009, 16:50
 Pochodzę z Wilna i do dzisiaj tu mieszkam. Jestem wdzięczna Bogu, że jestem Polką O wiele trudniej być Polakiem poza krajem aniżeli w Ojczyznie. Ale warto ,pomimo wszelkich przeszkód.
 
(1)


Autor

Treść




[ Powrót ]
 
Daj plusika:
[ Strona główna ]
 Partnerzy medialni:

O stronie... | Ogłoszenia | Konkurs | Wspomóż nas | Polityka Prywatności | Reklama | Kontakt

© 2001-2017 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej