Kartki Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Czat Opowiadania Perełki
Okrągła historia

     Czy dwudziesta rocznica Okrągłego Stołu przybliżyła nas do poznania pełnej prawdy na temat kulisów zmiany ustrojowej w Polsce?

     Konferencje, wspomnienia, analizy historyczne i polityczne - wielka jubileuszowa fala zalała media 6 lutego, dokładnie w 20. rocznicę inauguracji rozmów przy Okrągłym Stole. Główne obchody odbyły się w dwóch miejscach - Pałacu Prezydenckim i w Sejmie, ale najważniejsi goście tych imprez nie spotkali się razem. Podziały polityczne, których źródłem jest między innymi ocena rozmów Okrągłego Stołu, wciąż są silniejsze. Za to chłodniejszym, obiektywnym okiem patrzą na tamte wydarzenia historycy, układający z rozsypanych puzzli coraz wyraźniejszy obraz Polski między 6 lutego a 5 kwietnia 1989 r. - to jest od oficjalnej inauguracji obrad do ich uroczystego zakończenia w Pałacu Namiestnikowskim - dziś Pałacu Prezydenckim - przy Krakowskim Przedmieściu w Warszawie. Czy uda się zdjąć czerwono-różowy filtr, przez który od lat patrzymy na Okrągły Stół?

     KULISY OTWARTE

     - Dla człowieka takiego jak ja, który do tej pory miał do czynienia z przedstawicielami władzy wyłącznie jako człowiek zatrzymywany przez Służbę Bezpieczeństwa i przesłuchiwany, wejście i spotkanie oko w oko z tą drugą stroną było ciekawym i poruszającym doświadczeniem. Miałem poczucie, że dzieje się coś historycznego - tak zapamiętał 6 lutego 1989 r. Aleksander Hali, ówczesny opozycjonista, a potem minister. Podobne poczucie podzielała większość społeczeństwa, mimo że władza oficjalnie bagatelizowała obrady. Informacje na ten temat nie były na czołówkach mediów, ale pojawiały się wśród wydarzeń drugiej czy trzeciej rangi: ot, władza rozmawia z opozycją. Zwykła rzecz. Tymczasem walił się system, który przecież - wedle jego ideologów - miał opanować cały świat. Dlaczego więc Okrągłemu Stołowi wydawano przez wiele lat tak niepochlebne opinie i to nawet w środowiskach, które brały w nim udział? W kolejnych latach narastała czarna, a właściwie czerwono-różowa legenda rozmów. Stanowisko krytyków Okrągłego Stołu było jasne: oto "czerwoni", czyli rządzący komuniści dogadali się z "różowymi" - dawnymi komunistami, czyli tą częścią opozycji, której ideowe korzenie tkwiły w lewicowej, a w niektórych przypadkach wręcz pezetpeerowskiej przeszłości (publicyści nazwali tę część opozycji lewicą laicką). Chodziło o podział władzy i majątku narodowego. Dość łatwo było uwierzyć w taki spisek, ponieważ od początku obrad Okrągłego Stołu ani strona rządowa, ani opozycja nie informowały o poufnych negocjacjach toczonych przed toczonymi w świetle jupiterów obradami w Pałacu Namiestnikowskim lub równolegle nich. - Kłamstwem jest, gdy mówi się, że nie było żadnych ustaleń w Magdalence przed Okrągłym Stołem. Były. Mówił mi o tym sam Mazowiecki, mitygując mnie, gdy rozmowy w sprawie mediów szły za daleko - mówi Maciej Iłowiecki, który przewodniczył z ramienia opozycji negocjacjom przy tzw. podstoliku medialnym. I dodaje: - Nie wchodzę w ocenę, czy poufne rozmowy były słuszne, bo być może inaczej nie doszłoby do obrad Okrągłego Stołu, ale nie wolno teraz zaprzeczać, że takich ustaleń nie było.

     Dziś, przede wszystkim dzięki pracy historyków, Magdalenka została odmitologizowana. I nawet politycy nie ukrywają już tamtych negocjacji. Prezydent Lech Kaczyński w wywiadzie dla "Newsweeka" przyznaje, że w Magdalence rozmowy były, choć nie było potajemnego układu dotyczącego podziału władzy i majątku. Było natomiast spoufalanie się rządzących komunistów z częścią solidarnościowej opozycji - wieczorami przy suto zastawionym i zakrapianym stole. W Magdalence wytyczano kierunki i granice porozumienia, którego szczegóły techniczne ustalano potem w Warszawie przy Okrągłym Stole. Ciekawa jest sprawa realizacji porozumienia. Tylko niektóre zapisy zostały poważnie potraktowane. Słynna formuła "pacta sunt servanda" (umów należy dotrzymywać), przywołana przez Bronisława Geremka, gdy Solidarność zgodziła się na II turę wyborów do Sejmu tylko po to, żeby przegrani komuniści mogli w nim jednak zasiąść, w innych sprawach stosowana byta dość wybiórczo. - Protokół z naszych ustaleń nigdy nie został opublikowany, a żadne postanowienie nie doczekało się realizacji. "Gazeta Wyborcza" miała być pismem całej opozycji, skupionej przy Komitecie Lecha Wałęsy, tymczasem zawładnęła nią jedna z frakcji podziemnego "Tygodnika Mazowsze".

     Ustaliliśmy też, że osoby, które weryfikowały dziennikarzy w stanie wojennym, nie będą mogły pełnić określonych funkcji w mediach. Nic z tego nie wyszło - mówi Maciej Howiecki. Czy tylko dlatego, że po 5 kwietnia 1989 r. wydarzenia potoczyły się w zawrotnym tempie i niespodziewanym dla obydwu stron kierunku? W ciągu pól roku władzę przejęła solidarnościowa opozycja i upadł berliński mur. Runął też solidarnościowy monolit. Wraz z nadejściem demokracji rozpoczęła się walka o władzę, w której ważną rolę odgrywały media. Lech Kaczyński, odnosząc się do sprawy zawłaszczenia "Gazety Wyborczej" przez jedno środowisko, mówi we wspomnianym wywiadzie: "Michnik jako szef gazety i Mazowiecki jako naczelny Tygodnika (Solidarność - przyp. red.) zostali powołani na tych samych zasadach przez Wałęsę. A że Michnik założy! spółkę, która pozbawiła Solidarność kontroli nad gazetą, to już jest inna historia". Spółka Agora powstała bez wiedzy władz Solidarności, choć - nie wyklucza prezydent - być może za wiedzą Lecha Wałęsy.

     SPRAWA ZAMKNIĘTA?

     Okrągły Stół otworzył drogę do demokracji, w której z kolei ujawniły się odmienne poglądy i postawy polityczne, a do głosu doszły nie tylko szlachetne intencje. Dlatego stał się symbolem końca jedności opozycji. To, co działo się przez kolejne lata, położyło się na "najsłynniejszym polskim meblu" długim cieniem. Jeszcze pięć lat temu gorzkiego rozczarowania nie krył bp Alojzy Orszulik, aktywny obserwator obrad, który pytany przez KAI o swoje refleksje z okazji 15. rocznicy obrad, wyznał: "Z bólem muszę powiedzieć - jako jeden z uczestników spotkań, które prowadziły do Okrągłego Stołu - że wówczas myślałem, iż opozycja walczy o zmiany ustrojowe, gospodarcze i społeczne w oparciu o zasady, które są zawarte w katolickiej nauce społecznej Kościoła. Czas pokazał, że nie było to prawdą. Już na początku 1990 r. ludzie opozycji wraz ze starym aparatem partyjnym, nadal obecnym w ministerstwach, gwałtownie wystąpili przeciw powrotowi nauki religii do szkół, bezprawnie wyrzuconej przez komunistów w 1961 r., i obstawali za zachowaniem ustawy aborcyjnej z 1956 r. (...) Cała strona negocjacyjna opozycji, gdy udawała się na rozmowy z przedstawicielami władz partyjno-rządowych pod kierownictwem Tadeusza Mazowieckiego, udawała się do kaplicy na modlitwę. Wszyscy odmawialiśmy te same modlitwy. Czas jednak pokazał, że moje przekonanie było złudne".

     Na Okrągły Stół można więc patrzeć z różnych perspektyw. Nawet wśród tych, którzy do dziś mają poczucie dumy z politycznego sukcesu tamtych obrad, można usłyszeć także i gorzką refleksję. Zbigniew Bujak w wypowiedzi dla Polskiej Agencji Prasowej z okazji 20. rocznicy Okrągłego Stołu ocenił, że zarówno rok 1989, jak i wydarzenia z sierpnia 1980 r., były zwycięstwem nie tyle elit i pierwszoplanowych postaci takich jak Wałęsa, ale także zwykłych ludzi, którzy często "własną piersią" zasłaniali swych przywódców oraz organizowali strajki i manifestacje. "To byli ludzie najbardziej sceptyczni i nieufni jeżeli chodzi o Okrągły Stół. My, żeby odnieść sukces, musieliśmy ich przekonać. Gdyby ktoś użył sformułowania, że ich spacyfikowaliśmy, nie minąłby się bardzo z prawdą. Przełamaliśmy ich opór, a później nie mieliśmy dla nich żadnego zadania i w największym stopniu o tych ludziach zapomnieliśmy" - podkreślił. Przyznał też, że pomimo tylu lat to zaniedbanie ciągle wisi i ciąży nad tymi wydarzeniami. "Gdy się spotykam z ludźmi, z którymi razem walczyłem o demokrację, to do tej pory mówią mi: «zaakceptowaliśmy wszystko, a później zostaliśmy na lodzie». Jest to dla mnie niesłychanie przykre".

     Czy medale i ordery, które dziś słusznie nadaje się "zapomnianym" opozycjonistom, nadrabiając zaniedbania 20 lat, zaspokoją głód sprawiedliwości? Czy order i okolicznościowa akademia wystarczą, żeby zapomnieć o niekończącym się procesie autorów stanu wojennego albo o wysokich emeryturach byłych funkcjonariuszy aparatu bezpieczeństwa i sprawiedliwości PRL? W ubiegłym roku zmarł Mieczysław Widaj, stalinowski sędzia, który wydał 106 wyroków śmierci, przede wszystkim na żołnierzy AK. Trzecia Rzeczpospolita wypłacała mu 9300 zł emerytury.

Prof. Dariusz Stola, historyk,
Instytut Nauk Politycznych PAN

     W miarę upływu lat dzielących nas od Okrągłego Stotu milkną opinie o tajnym porozumieniu, jakie miała zawrzeć wtadza komunistyczna z częścią opozycji. Nawet prezydent Kaczyński przyznał, że Okrągły Stół nie był spiskiem. Czy to zwycięstwo historii nad polityką?

     Przez długi czas na Okrągły Stół I patrzono z punktu widzenia bieżącej walki politycznej. Ważne było nie tyle to, co się wówczas wydarzyło, tylko jak teraz można to wykorzystać. Podawano więc różne sensacyjne teorie, które nie znajdowały potwierdzenia w źródłach. To oczywiście nie przeszkadzało zwolennikom spiskowej interpretacji dziejów, wręcz przeciwnie - było jej dowodem: spisek jest tak tajny, że nie ma jego dowodów. Na szczęście zajmowanie się takimi przypadkami nie wchodzi w zakres badań naukowych, należy je traktować w kategoriach prasowej sensacji, ciekawostki psychologicznej albo dość cynicznej gry polityków.

     Są jeszcze niezbadane archiwa w Moskwie.

To prawda. W normalnych krajach archiwa otwiera się na ogół po 30 latach, ale w Rosji to zupełna ruletka. Znamy jednak trochę dokumentów, np. z rozmów pomiędzy najwyższymi władzami PRL i ZSRR. Nie ma tam nic, co wskazywałoby na prowadzenie wielkiej gry, która się udała. Większość dokumentów wskazuje na to, że sytuacja wymknęła się towarzyszom spod kontroli. Kierownictwo Gorbaczowa mile widziało proreformatorskie działania w Polsce, dlatego że traktowali nasz przypadek jako projekt pilotażowy. Oni mieli imperialny punkt widzenia. Wiedzieli, że podczas reform istnieje ryzyko nieprzewidzianego rozwoju wypadków, więc woleli je testować najpierw w kraju satelickim.

     Wiatr historii niespodziewanie zdmuchnął ich ze sceny (nie na zawsze), czy też zdążyli się jakoś zabezpieczyć, chociażby finansowo?

     PZPR była bankrutem finansowym w takim samym stopniu jak politycznym. Kryzys finansowy PZPR trwał przez większość lat 80., ujawnił się w ostrej postaci już pod koniec 1987 r. Zanim pojawiły się pomysły reform politycznych, Okrągłego Stołu, itp., władze PZPR próbowały wprowadzić reformę finansów partyjnych, która polegała na ucieczce od gospodarki socjalistycznej w formy i zasady działania właściwe gospodarce rynkowej. Kamieniem milowym na tej drodze było powołanie w 1988 r. spółki z o.o. Transakcja - dziecka Akademii Nauk Społecznych przy. KC i partyjnego koncernu RSW Prasa-Książka-Ruch. W 1989 r. powstawały kolejne spółki, tworzone najpierw w centrali, a potem przez komitety wojewódzkie. Transakcja wspierała je, działając jak fundusz inwestycyjny. Latem 1989 r, wobec hiperinflacji, partyjne finanse rozsypały się zupełnie. Zaczęły się desperackie poszukiwania jakichkolwiek dochodów. W zależności od zdolności i doświadczenia zarządzających jedne przedsięwzięcia udawały się, a inne nie. Pamiętamy te bardziej udane, jak Łódzki Bank Rozwoju, agencja "Muza", czy Fundacja "Wschód-Zachód". Fiasko poniosły natomiast spółki z partiami komunistycznymi, w tym z włoską partią komunistyczną. Dowodem przeciwko istnieniu spisku jest fakt, że dopiero jesienią 1989 r. komuniści zorientowali się, że z setek nieruchomości, które są w ich rękach, zaledwie kilkanaście jest w pełni ich własnością, to znaczy w księdze hipotecznej zapisano, że budynek i działka stanowią własność PZPR. Przez tyle lat tego nie dopilnowali...

     Wspólne interesy zbliżają chyba bardziej niż ideologia. Czy to stąd wzięło się przekonanie o istnieniu biznesowo-politycznego układu wywierającego wpływ na polskie życie publiczne?

     Nie sądzę, żeby był jeden "układ". W aparatach władzy było wiele środowisk, grup znajomych, itp. Działacze PZPR wykorzystywali sieci swoich kontaktów. Jako dawny establishment, mieli wielu znajomych na ważnych stanowiskach, a kultura "układów" i znajomości w PRL rozkwitła i niestety w III RP nie zniknęła. To im dało ważny atut do ręki. O ich działaniach wiemy niewiele, bo są zaskakująco lojalni wobec siebie, nie sypią się nawzajem, być może trzymają ich wzajemne "haki". Ja jednak nie widzę ich kooperacji jako wcześniej uknutego spisku, lecz jako zjawisko społeczne. Większość rzeczy w historii dzieje się nie dlatego, że ktoś je wcześniej zaplanował. Co sprytniejsi z nich wykorzystywali warunki, lecz nimi nie sterowali, mieli na nie wpływ, ale ograniczony. Np. Leszek Miller - przecież to był drugorzędny partyjny aparatczyk, ale w pewnym momencie jako "młody zdolny" pojawił się w grupie przebudowującej finanse partyjne, co na pewno mu potem pomogło.

     Porozmawiajmy jeszcze o sprawie, która nadal budzi emocje i spory, to znaczy sojuszu różowych z czerwonymi, czyli komunistów z częścią opozycji zwang lewicą laicką, sojuszu w celu niedopuszczenia do władzy opozycji o korzeniach narodowo-katolickich.

     W tej historii PRL ważny jest rok 1973, kiedy Jacek Kuroń spotyka się z Prymasem Wyszyńskim. Rozmawiają długo, kilka godzin. Potem mamy rok 1977 i słynną książkę Michnika "Kościół, lewica, dialog". Jest to publiczne wyrażenie strategii zmiany komunizmu w swego rodzaju sojuszu z katolikami. Prymas Wyszyński najwidoczniej także uznał, że tych ludzi można i warto wesprzeć. Przecież powstanie "Solidarności" w 1980 r. to skutek współpracy dawnych partyjnych rewizjonistów i katolików. Mieli wspólnego, potężnego przeciwnika, a to skłaniało do widzenia tego, co wspólne, a nie tego, co dzieliło.

     Kiedy te drogi się rozeszły?

     Nieufności, pewnie wzajemnej, było sporo od początku. SB systematycznie sączyła przez swoich agentów opinie o "żydowsko-trockistowskim" charakterze lewicy laickiej. Ale początkiem konfliktu było wspólne zwycięstwo - zniknięcie PZPR pozbawiło dawną opozycję ważnego spójnika. Zaczęła się za to normalna walka o władzę, konkurowanie o wyborców, także brzydkimi metodami. Ważne było też pytanie "co jest teraz największym zagrożeniem dla Polski?" Adam Michnik, obserwując republiki postradzieckie i Bałkany, widział je w fali nacjonalizmu. Czy jednak dobrze zdefiniował zagrożenia? Antysemitów u nas nie brakuje, nie ma co ukrywać, ale mamy raczej kłopot z tożsamością narodową, a nie z falą nacjonalizmu. Efektem była propaganda przestrzegająca przed nacjonalizmem i "czarnymi", a z drugiej strony myślenie, że oto lewica laicka odkryła swoją twarz i były ataki na nią, nierzadko krzywdzące. To momentami była komedia pomyłek, ale czasem z komedii rodzą się przykre skutki.


Alicja Wysocka


Tekst pochodzi z Tygodnika

8 marca 2009


Antynoble Antynoble
Marc Abrahams
Za co można otrzymać nagrodę AntyNobla? Na przykład za opatentowanie koła. Kto ją może otrzymać? Choćby francuscy skauci, którzy usunęli starożytne malowidła z jaskini, sądząc, że to graffiti... » zobacz więcej


   


Wasze komentarze:

Brak komentarzy



Autor

Treść




[ Powrót ]
 
Daj plusika:
[ Strona główna ]
 Partnerzy medialni:

O stronie... | Ogłoszenia | Konkurs | Wspomóż nas | Polityka Prywatności | Reklama | Kontakt

© 2001-2017 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej