Kartki Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Czat Opowiadania Perełki
Nie zmarnowałem życia na głupstwa

     Z Janem Pietrzakiem rozmawia Alicja Wysocka

     Dla wielbicieli Kabaretu Pod Egidą jest Pan uosobieniem dobrego humoru, optymizmu, a przede wszystkim dystansu do rzeczywistości. Czy ten wewnętrzny "luz" towarzyszy! Panu od najmłodszych lat?

     Urodziłem się dwa lata przed wojną, więc moje dzieciństwo było bardzo ciężkie. W 1942 r. na Pawiaku zginął mój ojciec. Gdy wojna się kończyła, byłem wystraszonym dzieciakiem z zachwianą hierarchią wartości. Wychowywałem się w gruzach Warszawy, a moimi towarzyszami były nędza, głód i strach. Kiedy na wiosnę 1945 r. mama wywiozła mnie na wieś, poczułem się jak w bajce: wokół kwitnące sady, cisza i spokój, mleko prosto od krowy i rosół z kury.

     Zapowiadało się tak pięknie, ale Pan wybrał... wojsko.

     To moja mama wybrała. W wojsku byłem od 11 do 20 roku życia. Muszę uczciwie przyznać, że ono mnie wyprostowało po wojennych "przygodach", tam nauczyłem się lojalności, odpowiedzialności, a także umiejętności oceniania sytuacji, troski o sprawność fizyczną... itp. To była szkoła życia. Ale z drugiej strony, żal mi tamtych lat. Bo zamiast uczyć się muzyki, języków obcych i różnych eleganckich rzeczy ćwiczyłem musztrę, marszobiegi z CKM na grzbiecie i strzelaniny z "kałacha". Okazało się jednak, że nie za bardzo mieszczę się w strukturze, która polega na bezwzględnym posłuszeństwie. Zbyt często żartowałem z przełożonych wydających rozkazy. Byłem zbyt krnąbrny, niesforny...

     Jak Pan odreagowywał wojskowy drył?

     No cóż, żyłem w grupie młodych mężczyzn, dość dzikich, energicznych, skłonnych do różnych wariactw i dowcipów. Umiałem pod różne sytuacje podłożyć jakiś żarcik, zwłaszcza w reakcji na "presję wyższych rangą". To mnie doprowadzało do wielu konfliktów z przełożonymi. Ostatecznie było powodem mojego odejścia z wojska w 1957 r.

     Potem był epizod fabryczny - praca w Zakładach Telewizyjnych, czyli wciąż daleko od sceny...

     Pogodny, otwarty charakter przysparzał mi pewnej popularności wśród kolegów i koleżanek. W pewnym momencie wybrano mnie nawet do Rady Robotniczej... Ale to nie miało żadnego związku z moją przyszłością kabareciarza. Nowa ścieżka zawodowa zaczęła się dopiero w Hybrydach. Spodobał mi się ten klub i przy jakiejś okazji zacząłem tam występować, recytując wiersze. Nie byłem jednak żadnym objawieniem i nie myślałem od początku, że muszę być artystą. Swoje występy zacząłem traktować zupełnie serio dopiero po pierwszych starciach z cenzurą i nieprzyjemnych rozmowach z ubekami. A jak mnie wyrzucili z dużym hukiem z Hybryd w 1967 r., uświadomiłem sobie, że robię coś ważnego. Bo skoro władza ludowa, taka silna, wielka i uzbrojona po zęby, boi się mnie i moich kilku kolegów, to nasze występy wcale nie są taką krotochwilą i bagatelą. Wtedy postanowiłem przetrwać, nie poddać się. Pojawił się duch bojowy. Do walki zagrzewały też owacje widowni. Publiczność z początku była młoda i entuzjastyczna. Ale w pewnym momencie staliśmy się modni, pojawili się zagraniczni korespondenci i zaczęła przychodzić cała Warszawa, z prof. Tadeuszem Kotarbińskim i Melchiorem Wańkowiczem włącznie.

     Czyli można powiedzieć, że dzięki komunie narodził się Jan Pietrzak - artysta kabaretowy?

     W jakimś sensie tak. Ale z drugiej strony nie można tak upraszczać, bo czy uprawnione jest stwierdzenie, że dzięki komunie Wajda jest wybitnym reżyserem? Trudno twierdzić, że wszyscy twórcy w czasie PRL tworzyli "dzięki komunie". Gdyby nie było komunizmu, być może byłbym dziś kim innym. Ale to niczego nie dowodzi... Może zawodowym wojskowym?

     Dowódcą NATO?

     Ha, ha! Z moim stażem - co najmniej generałem, albo jakimś profesjonalnym elektronikiem, bo przecież szlify zdobywałem w radiolokacji. I do tej pory pasjonuję się elektroniką. Los każdego z nas pokazuje, jak niezbadane są wyroki Opatrzności.

     A mogło nie udać się na scenie?

     Mogło. Wielokrotnie kabaret był zamykany, rozpędzany na cztery wiatry, a ja wciągany na wszystkie czarne listy. Przez wiele lat w ogóle nie istniałem publicznie. Ale we mnie był opór i pewna dezynwoltura - powiedziałbym - natury romantycznej. Chodzi o kontakt z publicznością, opowiadanie tego, co w duszy gra. Mało kto mógł sobie na to pozwolić w tamtym systemie. Był w tym jakiś element przygody, ryzyka, jazdy po bandzie. To wciągało.

     Do lat osiemdziesiątych kabarety, krytykując władzę, porozumiewały się z publicznością, stosując specjalny kod. Ale jest przynajmniej jeden utwór, który o najważniejszych sprawach mówił wprost. Myślę o piosence "Żeby Polska była Polską", napisanej po wydarzeniach w Radomiu i Ursusie w 1976 r.

     Od 1977 r. kończyliśmy nią każde przedstawienie, to był nasz protest przeciwko zawłaszczeniu narodowych symboli przez "komunę". Ale Kabaret pod Egidą miał wtedy zgodę władz na występy w salach do 100 osób i to jedynie w kilku dużych miastach.

     Już w 1974 r. została Panu założona sprawa obiektowa pod kryptonimem Tercet. Nazbierało się sporo tych papierów. Niedawno powiedział Pan, że z dzisiejszej perspektywy to najlepsza recenzja Pana twórczości.

     Tak, ale dopiero teraz można mieć taką refleksję. Raporty cenzury, ubeków i tajnych współpracowników pokazują, że nie zmarnowałem życia na głupstwa. Mówiłem o ważnych sprawach. Czasem z tego powodu miewałem napięcia z kolegami, bo mówiłem, że musimy mówić rzeczy nie tylko zabawne, ale i ważne. To bardzo odróżniało moją scenę od podobnych placówek. My po raz pierwszy wprowadziliśmy do kabaretowego dyskursu ekonomię socjalistyczną, marksistowską ideologię, polityczne złośliwości. To była moja specjalność. I tego naprawdę komuniści się bali, jak wynika z akt SB.

     Jakie były rozmowy z cenzurą? W tonie zupełnie serio?

     To była gra toczona na granicy powagi i śmieszności: przechytrzania, kiwania przeciwnika. Przyznam, że warszawskie cwaniactwo bardzo mi pomagało. Ja doskonale rozumiem Wałęsę, kiedy on opowiada, jak chytrze zagrywał z ubekami, jak ich zwodził. Tak właśnie było, w tamtych czasach trzeba było wykiwać władze. Rezultaty były różne. W zależności od partnerów: czy miało się do czynienia z tępym cepem, czy z cynicznym inteligentem.

     Jaki był najgłębszy sens kabaretu politycznego w latach 70? Przecież komunizm trzymał się mocno.

     Wie pani, ja w pewnym momencie naprawdę uwierzyłem, że komuna runie. I że to może się zdarzyć jeszcze za mojego życia. Dowodem na to jest właśnie piosenka "Żeby Polska była Polską", ale również wcześniejszy wiersz programowy "Święte słowa" o wolności, demokracji, prawach człowieka. W teczkach z donosami na mój temat jest taka notatka: "Pietrzak żegnał się z publicznością, mówiąc do zobaczenia w wolnej Polsce już wkrótce". To było marzenie tamtego czasu. Wiedziałem, że ono w narodzie rośnie. Pamiętamy końcówkę lat 70. Wybór Polaka na papieża - przecież to był cud. I potem rok 1979 z jego pielgrzymką do ojczyzny i 1980 z wybuchem Solidarności. Końcówka lat 70 - ja to intuicyjnie czułem - zapowiadała bliski koniec komunizmu. Przyznaję, miałem satysfakcję, że piosenka "Żeby Polska była Polską" stała się hymnem zrywu narodowego.

     Czy kabarety to niedoceniana sfera kultury narodowej?

     Z całą pewnością. W dekadzie Gierka Kabaret Pod Egidą, ale też Tey i Salon Niezależnych docierały przy pomocy kaset do szerokiej rzeszy ludzi, a zwłaszcza do młodych, którzy jak wiemy stanowili czołówkę Solidarności w roku 1980. Doskonale pamiętam dreszcz wzruszenia, gdy patrzyłem na tłumy podczas naszych występów w fabrykach. Ta szara barwa robotniczych drelichów kojarzyła mi się z szarymi mundurami Pierwszej Kadrowej Piłsudskiego. Młodzi ludzie jeszcze przed wybuchem buntu znali nagrania kabaretu Pod Egidą, Teya i Salonu. Od nas dowiadywali się, że można być odważnym, że można kpić z władzy ludowej, że można się nie zgadzać z absurdami durnego ustroju. Mieliśmy swój udział w obaleniu komunizmu.

     Czy wolna Polska spełniła marzenie o wolności i demokracji?

     Nie jest to Polska moich marzeń, bo jest za dużo krzywdy, kłamstwa i głupoty. Ale na pewno jest to Polska nasza, nie sowiecka. Są w niej warchoły, ale tych u nas nigdy nie brakowało. Mamy w polityce popisy obłąkańczych indywiduów, ale zawsze tak było. To są nasze wady, szaleństwa, ale to się dzieje w zupełnie innym wymiarze. PRL nie był nasz, był jarzmem bolszewickim. A teraz my sami się rządzimy, sami decydujemy o sobie. Marzenia jeszcze nie zostały zrealizowane, ale na pewno jesteśmy w dużo lepszej sytuacji. Nie ma wojny, możemy budować, a nie walczyć. To jest ważne, bo rzadko takie okresy w historii nam się zdarzały.

     Ale dlaczego dawni opozycjoniści tak zaciekle teraz się zwalczają? Wydaje się, że im dalej od roku 1989, tym bardziej jesteśmy podzieleni?

     Przypomnę pani, że na początku lat 90. w Sejmie było dwadzieścia kilka partii. Teraz są cztery... Powoli, bo powoli, ale się stabilizujemy.

     A nienawiść wzajemna między politykami?

     Ona jest robiona sztucznie. Nakręcanie nienawiści leży w interesie politycznym partii rządzącej. W ten sposób walczą z opozycją, czyli z PiS-em. Pewien wpływ mają tu na pewno obce agentury. Wszystko, co rozbija nasze życie polityczne, społeczne, nie pozwala się skupić na rozwiązywaniu problemów, jest na rękę naszym wrogom, których można łatwo zlokalizować.

     Nasi polityczni przeciwnicy skaczą sobie do oczu w mediach, a potem razem idą na wódkę. Po co ten teatr?

     Dotyczy tylko części polityków, którzy kiedyś trzaskali razem bibułę, a teraz realizują oddzielne interesy polityczne. Walczą o wyborców, choć znają się z dawnych lat i nierzadko prywatnie lubią. Czy to jest teatr? Oni uważają, że tak się robi politykę. Za mało kultury politycznej, za dużo tandety. To jeszcze chłopcy z piaskownicy. Brak mężów stanu, których czyny przechodzą do historii. Aktualny premier na przykład przemawia jakby występował w reklamie, używa słów i tematów dobranych przez PR-owców. Zależy mu na wizerunku, a nie na rzetelnej pracy dla wspólnego dobra. To nie jest właściwe i mam nadzieję, że społeczeństwo to zauważy.

     Jan Pietrzak (1937), satyryk, aktor, autor i wykonawca wielu piosenek. Twórca Kabaretu Hybrydy i Kabaretu Pod Egidą. W czasach PRL jego twórczość była utożsamiana z etosem "Solidarności" i uznawana za gtos antykomunistycznej opozycji. W 1995 startowat bez sukcesu w wyborach na prezydenta RP uzyskując ok. 200 tys. głosów.

Tekst pochodzi z Tygodnika

20 grudnia 2009


Naśladując Chrystusa-Sługę Naśladując Chrystusa-Sługę
Ks. Roman Pindel
Dzisiejsza kultura wydaje się spychać człowieka słabego na margines życia. Coraz bardziej widoczna staje się granica pomiędzy bogatymi i biednym, słabymi i silnymi, bardzo wierzącymi i ateistami... Współczesna kultura kusi materializmem i promuje siłę, przebojowość i niezależność. I oto mamy książkę, która pomaga zaradzić tym dylematom... » zobacz więcej


   


Wasze komentarze:

Brak komentarzy



Autor

Treść




[ Powrót ]
 
Daj plusika:
[ Strona główna ]
 Partnerzy medialni:

O stronie... | Ogłoszenia | Konkurs | Wspomóż nas | Polityka Prywatności | Reklama | Kontakt

© 2001-2017 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej