Kartki Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Czat Opowiadania Perełki
Warszawski Teatr Współczesny

     Warszawski Teatr Współczesny świętuje w tym sezonie sześćdziesiątkę. Działa nieprzerwanie od 5 listopada 1949 r., gdy dał pierwszą premierę. "Niemców" reżyserował Erwin Axer, który kierował tą sceną przez następne 32 lata.

     Zaledwie przejęty od kościoła Najświętszego Zbawiciela dom parafialny został przystosowany do potrzeb teatru, gdy salę wynajęła od miasta aktorka Maria Gorczyńska. Prowizorkę przejął Axer, warunki niewiele zmieniły się do dziś.

     - To dziwne miejsce, wyraźnie obdarzone genius loci - mówi obecny dyrektor Maciej Englert. - Dekoracje wnosi się przez okna, scena nie ma żadnego zaplecza, trzy garderoby, bufet trzy na trzy, pokoik zawalony archiwum, gabinet dyrektora, - który bywa salą prób, a wieczorem garderobą. Wszystko to przypomina łódź podwodną, gdzie każdy skrawek miejsca jest wykorzystany. Zwiedzanie trwa pięć minut. To nie jest teatr dla malowanego dyrektora i jak żartował Erwin, to było prawdopodobnie powodem jego długowiecznych rządów.

     Erwin Axer był reprezentantem przedwojennej inteligencji, więc siłą rzeczy adresatem sceny przy Mokotowskiej stalą się inteligencja. Biorąc pod uwagę kwitnący wokół socrealizm, już to było ewenementem. Nie bez przyczyny po 1956 r. teatr był przygotowany do zbliżenia nas na powrót do kultury europejskiej. Reżyser stworzył enklawę myśli, subtelności, gustu i artyzmu. W tej enklawie zadomowili się najznakomitsi dramatopisarze doby powojennej. Z tej enklawy wyszły premiery, które w złotym okresie teatru "Współczesnego" czyniły zeń fenomen klasy światowej: "Kordian" Słowackiego z wielką kreacją Tadeusza Łomnickiego, "Czekając na Godota" Becketta, "Dożywocie" Fredry. "Kariera Artura Ui" Brechta, "Trzy siostry" Czechowa, "Maria Stuart" z genialną Ireną Eichlerowną...

     W 1965 r. odbyła się premiera "Tanga" Sławomira Mrożka uznana za największe wydarzenie teatralne w Polsce od czasu "Wesela". Genialne role Mieczysława Czechowicza i Tadeusza Fijewskiego przeszły do historii. Autor sztuki pisał wtedy: "Powinienem się trzymać tego teatru. Oczywiście, o ile on mnie zechce." Teraz wizyta Sławomira Mrożka, autora, którego nazwisko stało się emblematem sceny przy Mokotowskiej, uświetniła jubileusz 60-lecia teatru.

     Dramaturg znalazł tu idealną przestrzeń dla swoich tekstów i doskonałych reżyserów. "Czarowną noc" i "Zabawę" wystawił Konrad Swinarski, "Emigrantów" Jerzy Kreczmar. Do "Zabawy" i "Tanga" powrócił po latach Maciej Englert. Spod ręki samego Axera wyszły prapremiery "Szczęśliwego wydarzenia" i "Krawca" oraz "Ambasadora", "Wdów" i "Miłości na Krymie". Axer z Mrozkiem idealnie się dobrali. Rozumiejąc się w pół słowa, zawładnęli sercami, czy raczej umysłami inteligencji Warszawy, która póki stanowiła wyrazistą formację, uznawała scenę przy Mokotowskiej za swoją.

     - Bardzo silnie na dzieje Współczesnego wpłynął mój przyjaciel, scenograf Jan Kosiński - wspomina Erwin Axer. - Poddał nam koncepcję, a potem się usunął. Powiedział, że właściwie Leon Schiller zrobił przed wojną już wszystko i wobec tego nie mamy po co zastanawiać się nad nowymi formami teatralnymi. "W czasie wojny - mówił - powstało wiele nowych sztuk. Zróbmy po prostu teatr poświęcony współczesnej literaturze europejskiej". Zgodziliśmy się na to także dlatego, że Schiller pytany jeszcze przed wojną, co robić, mawiał: "utrzymać Polskę przy Europie". Uznaliśmy więc pomysł Kosińskiego za dobry. I to nam się sprawdziło.

     Jerzy Koenig, próbując kiedyś uchwycić istotę teatru Axera, napisał najprościej: "Jest to teatr robiony w sposób kulturalny przez fachowca o dobrym smalcu."

     Nazwiska aktorów, którzy sprawiali, że mała scena na Mokotowskiej rozrastała się do świata, należałoby po kolei spisywać z afisza: Mrozowska, Mikołajska, Szaflarska, Lipińska, Łomnicki, Fijewski, Michnikowski, Opaliński, Pawlik, Zapasiewicz. Panowała opinia, że tutaj aktorzy grają lepiej, że średni gdzie indziej tu stawali się dobrzy, a dobrzy - wybitni.

     - Spędziłam w tym teatrze 11 lat i wiedziałam, że pozostanę do końca dyrekcji Axera bez względu na to, co będę grać - wspomina Barbara Kraftówna. - Praca nad sztuką w jego reżyserii przypominała towarzyskie spotkania kulturalnych, wykształconych ludzi, spektakl powstawał na scenie jako niemal uboczny produkt, a nie przez wymuszony wysiłek.

     - Był to jedyny w moim życiu aktorskim teatr, w którym czułam się jego współgospodarzem, czułam się nie aktorką instytucji zwanej teatrem, ale jego właścicielem i czułam się osobiście zań odpowiedzialna - podkreśla aktorka.

     - W naszym zawodzie pełnym niepewności, napięć, stresów, świadomość posiadania bezpiecznego, spokojnego miejsca pracy jest szalenie potrzebna.

     - Axer dbał nie tylko o samopoczucie psychiczne aktora, ale o to, by w porę - acz dyskretnie - załatwione zostały wszystkie możliwe awanse, udogodnienia, nawet drobne. Dobitnym tego wyrazem byłą jego troska i opieka, jaką otaczał chorych i emerytowanych współpracowników. Podkreślam to tak mocno, gdyż od tego, jak się aktor czuje w zespole, na próbach, w czasie codziennych przedstawień, zależy bardzo wiele w sferze działań czysto artystycznych - wspomina aktorka.

     Lata 1968-1978 to chudy czas dla Współczesnego. Ale nie tylko z przyczyn artystycznych. - Rozmaici nas wtedy napadali: Filler, potem Adamski, ale to nieważne - mówi Axer. - Ważne, że pojawiło się pewne zmęczenie.

     Erwin Axer, który wprowadził na polską scenę współczesna dramaturgię niemiecką - Frischa, Diirrenmatta - zaczął odnosić wielkie sukcesy za granicą. Współczesny nie był już teatrem z czasów "Godota", "Dożywocia", "Tanga". Nie było już w zespole Fijewskiego, Łomnickiego, Łapickiego, nawet dobre przedstawienia bywały w najlepszym razie przemilczane przez prasę. Ale zespół ciągle był mocny. Przybyło też młode pokolenie aktorskie, zmieniła się widownia. Zdawało się, że ta stara ustępuje miejsca mniej wymagającej, a pod teatrem parkowało coraz więcej autokarów.

     - Myślę, że kończył się wtedy jakiś czas. Wszystko wskazywało na nadchodzący przełom. Był on zupełnie niespodziewany i znacznie większy, niż mogliśmy marzyć - mówi Maciej Englert, który w 1981 r. przejął dyrekcję Teatru Współczesnego.

     - Na pierwszą, już moją sztukę, wybrałem "Pastorałkę" Schillera. Premiera miała być 19 grudnia. Zamiast niej graliśmy po 13 grudnia o godzinie 16 zamknięte próby generalne z mnóstwem ludzi na widowni. To były poruszające przedstawienia. Czytano tę "Pastorałkę" w kontekście tamtych zdarzeń. Sam beczałem z wszystkimi jak bóbr, kiedy anioły i pasterze śpiewali na koniec w niewiarygodnym czwórgłosie "Oj, maluśki..." Po sześciu latach podobnie brzmiały słowa: "Jesteś wolny!" On na ciebie czeka!" kończące "Mistrza i Małgorzatę". Cały wątek moskiewski odbierano jako stricte polityczny, ale nie doraźnym kluczem, tylko poprzez zderzenie piekielnego świata nieludzkiej ideologii ze światem metafizyki. W Moskwie w Muzeum Bułhakowa na ścianie klatki schodowej widziałem napis: "Woland! Wróć!"

     Współczesność Teatru Współczesnego polegała zawsze na tym, że wybierano sztuki, które w czasie, w jakim były realizowane, nabierały współczesnego znaczenia. Pracujący tu reżyserzy - przypomnijmy zmarłego przed kilku laty Krzysztofa Zaleskiego, który debiutował tu "Ślubem" Gombrowicza - muszą wciąż odpowiadać sobie na pytanie, dlaczego chcą realizować określony tekst właśnie w tym czasie. W dzisiejszym zespole teatru są aktorzy angażowani jeszcze przez Axera: Lipińska, Komorowska, Kowalewski, Barycz, wróciła Celińska; ale są też zeszłoroczni absolwenci Akademii Teatralnej. Zespół jest wielopokoleniowy i to też stanowi o jego sile. Tym bardziej, że rzadko korzysta się tu z gościnnych wykonawców.

     - Początkowo nie chciałem tu przyjść, bo to był teatr markowy, numer jeden, przynajmniej w pojęciu mojego pokolenia - mówi Borys Szyć. Teatr o łatwo rozpoznawalnym profilu określany słowem "profesjonalny". Za moich studenckich czasów Współczesny miał najlepszy zespół aktorski w Warszawie. Dziś czuję się tu jak w rodzinie. Może dlatego, że teatr jest malutki i siłą rzeczy musimy ocierać się o siebie. Ale to także zasługa dyrektora, aktorów nieco starszego pokolenia, którzy nam po prostu matkują.

     - Z tym teatrem wiąże zarówno mnie, jak i zespół, szacunek dla tych wszystkich wielkich, którzy grali na tej scenie - mówi Maciej Englert. - Również wzajemny szacunek, poczucie bycia zespołem. I ciągle pełna widownia. A może też poczucie wiary, że jest się potrzebnym i że trzeba dbać o to miejsce, gdzie można jeszcze tyle powiedzieć i wyczarować. Poczucie, że to wszystko ma jakiś sens. Pod naszą chorągwią zbierają się ludzie o wspólnej kulturze, wrażliwości, z tą samą listą lektur. Mają do nas zaufanie, a my staramy się ich nie zawieść od 60 lat.

     - Redagując album, który niebawem wydamy, zdaliśmy sobie sprawę, jak wiele tytułów i kreacji aktorskich weszło na stałe do historii teatru, obrosło legendą - sumuje dyrektor - Na spotkaniach jubileuszowych z widownią zobaczyliśmy, jak wiele pozostało w ludzkiej pamięci - tym najcenniejszym i jedynie prawdziwym archiwum.


Kamila Szymańczyk


Tekst pochodzi z Tygodnika

16 maja 2010


Europa dla Chrystusa. Chrystus dla Europy. Reewangelizacja cywilizacji zachodniej Europa dla Chrystusa. Chrystus dla Europy. Reewangelizacja cywilizacji zachodniej
Bogdan Giemza SDS (oprac.)
Na książkę składają się artykuły dotyczące teraźniejszości i przyszłości Kościoła.... » zobacz więcej


   


Wasze komentarze:

Brak komentarzy



Autor

Treść




[ Powrót ]
 
Daj plusika:
[ Strona główna ]
 Partnerzy medialni:

O stronie... | Ogłoszenia | Konkurs | Wspomóż nas | Polityka Prywatności | Reklama | Kontakt

© 2001-2017 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej