Kartki Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Czat Opowiadania Perełki
Najbardziej łowicka na świecie

     Mówi się, że Kocierzew jest bardziej łowicki niż sam Łowicz. Stare chałupy to muzeum rodzinnych zwyczajów, a gospodynie to skarbiec opowieści ludowych. Każdy jest tu specjalistą we własnej dziedzinie. Bo kultura łowicka niejednemu może zapewnić chleb. Szczególnie teraz, kiedy folklor jest w cenie.

     W tej małej miejscowości między Sochaczewem a Łowiczem nie ma anonimowości. Każdy zna każdego. Wiadomo więc, że "jak chodzi o pająki, to do Siekierowej".

     - Ale ja nie jestem zarejestrowana - zastrzega od progu Zofia Siekiera. - A pani nie jest z Urzędu Skarbowego - śmieje się syn Piotr. Babcia Siekierowa uspokaja się, siada przy stole, gdzie leży mnóstwo kolorowych kwiatków i powoli zaczyna swoją opowieść: -Wszystkiego nauczyła mnie mamusia. Do nauki niezdatna byłam, bo choroba przerwała -opowiada, nawlekając na nitkę kolejny kwiatek. Było nas dwie w domu, siostra wyszła za mąż, to co miałam robić? Najsamprzód robiłam serwetki na szydełku, potem obrusy, firanki i kwiatki, a potem to się nauczyłam te pająki robić i tak już do dzisiaj.

     Ale było to zajęcie tylko na długie zimowe wieczory. Na co dzień młodej Zofii pozostawała praca w polu. Z czasem przyszedł mąż, urodziły się dzieci i gospodarstwo się powiększyło. - Zresztą, jakby które z małych do tego podeszło, jakby dmuchnęło to cała robota na nic się zda. Teraz siedemdziesiątka na karku, męża już 10 lat jak nie ma, dzieci dorosłe, to co mi zostaje? A i tak co zrobię, to zaraz rozdam - śmieje się Siekierowa.

     - Bo jak milicjant wyprowadzi, to się jeszcze człowiek wróci, ale jak ksiądz wyprowadzi to już nie, więc trzeba z życia korzystać - pogaduje i niza bibułkę.

     - A takoj sobie myślę, że latoś znów trza pająka dla proboszcza zrobić, bo się tamten wypalił - zagaduje gwarą Siekierowa. - Ino zawsze mu mówię, żeby nie ogłaszał, kto robił. - I tak nikt inny we wsi tego nie potrafi - śmieje się w odpowiedzi jej synowa Lilka.

     Więc kiedy w kościele żyrandol z bibuły wypali słońce, prośba i tak trafia właśnie do Siekierowej. A praca nie jest łatwa, trzy miesiące zwijania 120 kolorowych kwiatków, z których każdy składa się jeszcze z szesnastu części, misternie wyciętych z arkusza bibuły. - Ostatnio na odpust zrobiłam więcej jak 20 sztuk, wszyscy podziwiali, bo ozdobiłam brokatem - puszcza oczko Siekierowa.

     Obie wnuczki też się nauczyły robić pająki, synowa zaś haftuje. W szafach pełno jeszcze wełniaków w różnych rozmiarach, z których dzieci stopniowo wyrastały. Nie wiszą jednak na wieszakach, są specjalnie pozawijane w grube płótna, a każda falbana ma przyszyty od wewnątrz gruby wałek ze słomy, żeby kiecka się nie odkształciła. Synowej Lilce z trudem przychodzi wniesienie do izby takiego pakunku, który waży około dziesięciu kilogramów. - Jak córka ma występy w zespole ludowym, to następnego dnia jeszcze ramiona ją bolą. Zresztą, pranie takiego wełniaka to też nie taka prosta sprawa - dodaje pani Lilka.

     - Kwiaty trzeba pokropić octem, z pół litra wylać, żeby kolor nie puścił. Ale zdradzę tajemnicę, że nitka i tak zafarbuje, ale mulina, z której jest uszyty - nigdy - tłumaczy Siekierowa. Potem proszek naszykować, dwa razy płukać, zagotować krochmal i wywiesić na słoneczku. Pamiętać tylko, żeby przykryć firanką, bo jak mucha opstrzy, to już nie dopierze. O, w ten czas to się jeszcze prasowało takim żelazkiem z wyjmowaną duszą i zwilżać trzeba było ciągle. Ale kiedyś to się na każdą okazję zakładało, a teraz tylko od święta.

     LALKA NIEDUŻA

     Bawełniana haftowana bielunka z szerokim rękawem, kiecka z grubego płótna włącznie z wyszywanym gorsetem, fartuch albo inaczej zapaska w podobnej tonacji, kolorowa chusta i nieodłączne pantelony, a na nogach trzewiki sznurowane kolorową tasiemką. Oto główne części ludowego stroju łowickiego. A do dekoracji tradycyjne korale lub bursztyny. - Takie stroje to pamiątki z młodości. Niejedna kobieta brała ślub w takim stroju! A teraz proboszcz zachęcać musi, aby zakładać je na wszystkie święta kościelne, nawet na Komunię. Na procesję Bożego Ciała całe ulice w Łowiczu mienią się od kolorowych cekinów, dżetów i aksamitek.

     Ale wełniak można też uszyć lalce. Kiedyś były najpopularniejszą pamiątką przywożoną z łowickich stron i hitem na wiejskich weselach, kiedy na udekorowanym samochodzie młodych sadzano łowickie laleczki. Taki strój to była wartość miesięcznej pensji.

     - Wymyśliła to moja teściowa i nauczyła mnie. Kiedyś nie było takich lalek. Moda była na duże, rumiane i pyzate, sprowadzane "od ruskich". Teraz mogę uszyć na każdą lalkę, których kupuję sporo w różnych wielkościach. A w przyszłości - myślałam - żeby zacząć szyć różne polskie stroje ludowe, chociaż to nie jest robota na jedne ręce. Pomagają mi jeszcze teściowa, dzieci, a nawet teść. Przyszyją cekiny, wytną buty albo kapelusze, ubierają lalki. Jak jest sezon to się szyje, aby prędzej. Dziennie to zrobiłoby się nawet 20 i więcej, jakby tylko tego pilnował, ale zostaje jeszcze gospodarstwo - opowiada Teresa Jabłońska. Kiedyś zrobiłam nagonkę, żeby dzieci zobaczyły, jak to się robi, bo w przyszłości nie wiadomo, jak z pracą będzie, to może przejmą ten rodzinny interes.

     Pani Teresa zawsze chciała nauczyć się haftować. Jako młoda dziewczyna zapisała się na kurs do "Ligi Kobiet", gdzie uczyła się haftu richelieu. Teraz jednak całą jej rzeczywistość zajęły lalki. Poza pracą na gospodarce, godzinami przesiaduje w swojej sypialni, która w dzień zamienia się w pracownię. Dwie maszyny do szycia, kartony plastikowych korpusów od lalek, obok główki, na półkach piętrzą się sterty płótna. W szafach natomiast piękne hafty. Może kiedyś uda jej się do tego wrócić, na razie czekają zamówienia. Dziś wstała o 3.30, żeby skończyć kolejną partię, którą mąż zawiózł właśnie do Warszawy. Kiedy wróci, trzeba będzie zacząć od nowa.

     KRÓLOWA HAFTU

     Mówią w Kocierzewie, że kiedy zabraknie pani Geni, to już nigdy nie będzie takiej hafciarki. - Bo do tego trzeba mieć przede wszystkim serce i dużo cierpliwości, a teraz to ludzie nawet czasu nie mają, tylko ganiają ciągle za czymś - mówi i Genowefa Miazek. Kiedy miała dwa lata, rodzice kupili jej prawdziwą maszynę do szycia marki Singer. - Państwa córka będzie na niej długie lata haftować - miał powiedzieć handlarz, który chciał przekonać do zakupu. I tak się stało. Kiedy wielki metalowy przedmiot wniesiono po raz pierwszy do domu, mała Genia mogła przejść pod nim na baczność.

     Ponad pół wieku później - maszyna służy dalej w nienaruszonym stanie, a spod stopki wychodzą istne dzieła sztuki: sztandary, chorągwie, obrusy, suknie ślubne, komunijne, nawet chrzcielne, ale przede wszystkim stroje ludowe.

     Pomysłów i zamówień nigdy nie brakuje. Przed panią Genią stoi teraz duże wyzwanie: łowicki ornat dla księdza proboszcza. Pani Miazek doskonale zdaje sobie sprawę, jak wielki dar posiada. Utwierdzają ją w tym wszystkie dyplomy, wyróżnienia, nagrody, w tym grand prix za wyroby hafciarskie i zdobycie pierwszego miejsca w województwie, order Matki Wsi i przede wszystkim srebrny krzyż zasługi. Wspomnień dopełnia wielki, kolorowy album fotografii ze wszystkich konkursów, w których brała udział. Jej twórczość poznał niemal cały świat, bo zamówienia przychodzą zarówno z Ameryki, jak i Holandii, Litwy czy Anglii. Sława przyszła jednak trochę później, kiedy dostała pewne szczególne zlecenie: uszyć oryginalny strój łowicki dla samego Ojca Świętego Jana Pawła II, który 10 lat temu odwiedził Łowicz. Teraz strój wisi w Muzeum Watykańskim. - Wiadomo, że papież nie będzie w tym chodzić, to miała być pamiątka, ale co ja się wtedy miałam z tymi wszystkimi mediami. Moja wnuczka, która gra w zespole ludowym, śmiała się tylko: babciu, znowu ktoś chciał wywiad przeprowadzić.

     Teraz Genowefa Miazek często jeździ na różne pokazy sztuki ludowej, festiwale haftu czy konkursy sztuki ludowej, prezentując swoje rękodzieła. - Innych obowiązków już nie mam, w tym wieku zostało mi tylko haftowanie. Tylko teraz nie ma już takich materiałów jak były kiedyś. Zdarza się, że ktoś przyniesie sukno z babcinej skrzyni. Bo to były dopiero tkaniny, z prawdziwej wełny, no i oczywiście własnoręcznie utkane na krosnach, które były w każdej chałupie - mówi pani Genowefa,


Marta Troszczyńska


Tekst pochodzi z Tygodnika
Warszawsko-Praskiego "Idziemy"

1 luty 2009



Okresy roku liturgicznego w wystroju kościoła Okresy roku liturgicznego w wystroju kościoła
Alicja Augustyn-Zielińska
Autorka zajmuje się tworzeniem kompozycji kwiatowych od wielu lat. Doświadczeniem dzieli się na prowadzonych przez siebie kursach florystów. Na stałe odpowiada za wystrój pijarskiego kościoła pw. Przemienienia Pańskiego w Krakowie.... » zobacz więcej


   


Wasze komentarze:
 darek: 28.03.2008, 21:06
 Duzo mi pomogło,tak krótko.
 
(1)


Autor

Treść




[ Powrót ]
 
Daj plusika:
[ Strona główna ]
 Partnerzy medialni:

O stronie... | Ogłoszenia | Konkurs | Wspomóż nas | Polityka Prywatności | Reklama | Kontakt

© 2001-2017 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej