Kartki Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Czat Opowiadania Perełki
Miłość i wojna. Jak znaleźć małżeństwo o jakim marzymy? Miłość i wojna. Jak znaleźć małżeństwo o jakim marzymy?
John Eldredge, Stasi Eldredge
"Bóg stwarza Adama i Ewę - mężczyznę i kobietę. Zbliża ich do siebie tak blisko, jak to tylko możliwe. Morderczo blisko. Łączy ich w małżeństwo. A potem żyją już na zawsze szczęśliwie..." Ta historia potoczyła się zupełnie inaczej...... » zobacz więcej
Czy mężczyźni to dranie?

     Niedawno przeczytałem książkę Daniela Jonesa "Drań na kanapie, czyli co 27 mężczyzn myśli o miłości, rozstaniach, ojcostwie i wolności". Książka ta jest dalszym ciągiem, albo raczej parą, do książki Cathi Hanaure "Jędza w domu, czyli co 26 kobiet myśli o seksie, samotności, pracy, macierzyństwie i małżeństwie". Niestety nasz egzemplarz "Jędzy w domu" został pożyczony i na razie nie wrócił, więc nie mogę odwołać się tutaj do żeńskiego punktu widzenia, a szkoda.

     "Drań na kanapie" jest podzielony na cztery części "Myślistwo i zbieractwo", "Nie można mu powierzyć najprostszych zadań", "Rowery dla ryb" i "Nic więcej mi nie trzeba". Trzeba od razu zaznaczyć, że nie jest to książka przedstawiająca Boży plan dla małżeństwa czy też Boże spojrzenie na ojcostwo. Pisało ją 27 Amerykanów, głównie pisarzy lub ludzi w jakiś sposób związanych z piórem. A usiłowali w niej przekazać swoje doświadczenia i opinie na tematy dotyczące miłości (w tym współżycia seksualnego), wolności, ojcostwa i rozstania (rozwodu i życia po nim). Trzeba też wiedzieć, że Stany Zjednoczone Ameryki to kraj skrajności, gdzie można spotkać ludzi bardzo pobożnych i konserwatywnych, ale także ludzi pozbawionych wszelkich norm moralnych i całkowicie liberalnych. No i na ogół środowiska dziennikarskie są dość liberalne. W tej książce ci różni mężczyźni starają się podzielić tym jak się odnajdują (czasami pewnie słowo "są zagubieni" byłoby bardziej adekwatne) w dzisiejszym świecie doby feminizmu i postfeminizmu.

     Część pierwsza dotyczy miłości. Ale dla liberalnej części Amerykanów miłość to przede wszystkim współżycie seksualne. Jest wiec tam dużo wspomnień z czasów rewolucji seksualnej i związanego z tym upadku obyczajów. Część osób dzielących się wspomnieniami wstydzi się swojego dawnego postępowania, ale część uważa je za postępowanie poprawne, za prawo młodości. Jest tu też jedna wypowiedź mężczyzny żyjącego w tak zwanym małżeństwie otwartym, czyli w małżeństwie, w którym małżonkowie uzgodnili, że mogą łamać małżeńską przysięgę wierności. Ale tu ciekawostka, bo autor niby pochwala taki stan rzeczy, ale na początku pisze "... zgodziłem się napisać ten szkic, ale nie mogę wam podać swojego prawdziwego imienia i nazwiska..." i uzasadnia to "... publiczne przyznanie się do tej drobnej odmienności byłoby zagrożeniem dla wszystkiego, od kariery zawodowej począwszy na przyjaźniach i pozycji społecznej skończywszy". A więc tu "wspaniałe" rozwiązanie małżeństwa "otwartego" (czyli małżeństwa pełnego jawnych zdrad) nawet w tak liberalnej części Ameryki jest czymś budzącym niepokój. I jeszcze jedna ważna sprawa. Niby wszystko w swoim małżeństwie ustalili, zaakceptowali zdrady, ale jak sam autor przyznaje, są po takich wydarzeniach zazdrośni. Zachowują się względem siebie przez parę dni w inny sposób. Więc... jakby podświadomie czują, że to nie jest w porządku. Może również stąd nasze chrześcijańskie małżeństwa składają jednak przysięgę wierności!

     Druga część opisuje relację mężczyzn żyjących w małżeństwach (lub tylko dłuższych związkach), w których to żona lepiej zarabia. Niby jest to całkiem prawdopodobna sytuacja w społeczeństwie, gdzie kobiety mogą pracować na tych samych stanowiskach, co mężczyźni, a ci drudzy przynajmniej starają się włączyć do opieki nad dziećmi i domem. Ale jednak, jak wynika z wypowiedzi różnych mężczyzn, nie do końca czują się w niej komfortowo. Bo nawet, jeśli mają wsparcie i zrozumienie żony, która ich kocha i szanuje, to zastanawiają się, co myśli sobie jego teść, jego ojciec, jego koledzy. Albo, jak zauważa jeden z nich, któremu codziennie żona przed pójściem do pracy zostawia listę spraw do załatwienia kiedy przyglądam się matkom pod szkołą (gdzie odwozi synka), jakoś nie wydaje mi się, żeby któraś z nich nosiła przy sobie Listę Spraw do Załatwienia, sporządzoną przez męża, ze szczegółowymi zadaniami na dziś. Myślę, że każda z tych kobiet wyśmiałaby męża, gdyby próbował jej taką listę wcisnąć".

     W trzecie części zatytułowanej "Rower dla ryb" od słynnego powiedzenia feministek, że mężczyzna potrzebny jest kobiecie jak rybie rower (czyli niepotrzebny) jest poruszony problem opieki nad dziećmi. We wstępie w nawiązaniu do tytułu jedna z byłych feministek pisze, że w końcu doszła do konkluzji: "Tej rybie potrzebny jest rower. Jeśli nie dla wygody to przynajmniej dla rozrywki". Co do opieki nad dziećmi to jest refleksja męża będącego gospodynią domową, który dobrze czuje się w tej roli, żona jego też. Ale który obawia się reakcji swojej rodziny i przyjaciół z młodości. Jest refleksja ojca, który odkrył, że w dawnych latach czasem ojcowie w ogóle nie wychowywali dzieci (bo ciągle byli w pracy), ale obecnie czasami oczekuje się, że rzucą wszystko dla dzieci, aby być na każdym przedstawieniu przedszkolnym, każdym meczu itp. Akurat ten ojciec wychowywał tak swoje pierwsze dziecko, a potem odkrył, że jednak jest złoty środek, że czasami może zrobić coś dla siebie, albo z dzieckiem "przyklejonym do siebie" (np. zabrać go do teatru gdzie przygotowują premierę teatralną sztuki, do której pisał scenariusz i jednocześnie przypilnować, aby sztuka wypadała dobrze). Jeszcze inne małżeństwo doszło do bardzo ciekawego wniosku, że w ich przypadku model wspólnego podziału obowiązków, tak że obydwoje pracują i zajmują się domem i dziećmi, nie sprawdził się, bo obydwoje mieli uczucie, że ciągle pędzą i niczego nie mogą zrobić dobrze (ani w pracy ani w domu). I... (u nich to było akurat możliwe) ustalili, że będą się wymieniać, jedno pracuje a po pracy bawi się trochę z dziećmi, drugie zajmuje się domem i dziećmi, ale po tygodniu następuje zmiana tych ról (no tak mogą zrobić pisarze, ale nie widzę tego za bardzo dla większości zawodów gdzie musimy iść do pracy w każdym tygodniu).

     W ostatniej części dzielą się z czytelnikami swoimi odczuciami mężowie rozwiedzeni. Czy to z winy własnej (bo np. zdradzili żonę), czy też nie, bo np. żona chciała małżeństwa "otwartego" (czytaj: chciała zdradzać męża z innymi mężczyznami za jego aprobatą), a on powiedział musisz się zdecydować albo ja albo oni. Jakoś nie zdecydować albo ja albo oni. Jakoś nie widać tu szczęścia. Jest niepokój o własne dzieci wychowywane przez innych, czasami przypadkowych, nowych mężczyzn żony (z punktu widzenia prawa cywilnego byłej żony). Jest też "prawdziwe oblicze równouprawnienia" gdy w przypadku męża opuszczonego przez żonę i samotnie wychowującego dzieci sąd odmawia przyznania mu alimentów od żony. Z całej książki bije obraz zagubienia współczesnego mężczyzny i jego relacji z kobietą. Jeden z mężczyzn pisze: "Pokolenie moich rodziców nie znało -i daj Boże, by tak samo nie znało pokolenie moich synów i córek - tego, co stało się udziałem mężczyzn i kobiet mojej generacji, a mianowicie choroby polegającej na swoistym braku kontaktu, sprawiającym, że jedno nie ufa intencjom drugiego, nie zauważa, że drugie się zmienia, każde mówi językiem niezrozumiałym dla drugiego i zastanawia się, dlaczego to drugie po prostu nie rozumie".

     Cóż więc możemy wyciągnąć my, jako chrześcijanie, z tej książki? Myślę, że po pierwsze możemy zobaczyć, że niektóre pomysły dzisiejszego świata prowadzą do piekła. Nie myślę tutaj o piekle po śmierci, ale o piekle małżeństwa, które niby jest szczęśliwe, że pozwala współmałżonkowi na zdradę, ale też zazdrości. A list św. Pawła mówi między innymi "miłość nie zazdrości..."

     Pokazuje też jaki mamy zamęt związany ze zmianą ról w porównaniu do tradycyjnego modelu rodziny (gdzie ojciec pracował na utrzymanie domu a matka pracowała w domu). Nie twierdzę, że model z pracującym obojgiem rodziców jest zły. Ale widzę., że wymaga on wielu zmian. Co więcej wydaje się mi, że także model "tradycyjny" nie jest już taki sam, bo nawet żony pracujące tylko w domu, chcą mieć choć chwile wolnego i czasami zostawić ten dom na głowie męża (po pracy czy w weekend) a samej wyjść na zewnątrz. Wielu pracujących ojców też chce spędzać czas ze swoimi dziećmi. Tutaj rysuje się inne niebezpieczeństwo. Nie można zrobić tak, że nikt nie ma już ani odrobiny czasu wolnego. Rozmawiałem kiedyś ze znajomą psycholog, która podkreślała jak bardzo kobieta (zwłaszcza ta pracująca tylko w domu) potrzebuje chwili wolnego, aby wyjść z tego domu i oderwać się od jego spraw. Podkreśliła, że również mężczyzna potrzebuje tego wolnego. Bo on też ma prawo mieć dość po ciężkiej pracy w pracy (w biurze, fabryce itp.) wpadać od razu do ciężkiej pracy w domu. Pamiętam znajomych, gdzie kiedyś ona powiedziała, że jak tylko widzi męża w domu po pracy to ma mu ochotę natychmiast oddać na chwilę ich córeczkę i pójść na choćby 30 minut z domu, ale zauważyła, że aby było to możliwe i bez problemu, to mąż musi chwilkę odsapnąć po tym przyjściu do domu. Musi zjeść obiad i dopiero wtedy jest gotowy do przejęcia opieki nad ich pociechą.

     Dla mnie ta książka pokazała jeszcze jedna rzecz. Wydawało się mi, że jednym z lepszych rozwiązań jest sytuacja, gdy kobieta może pracować na niecały etat, bo ma znajomych i sprawy poza domem a ma też więcej czasu na bycie w domu (niż przy całym etacie). Tu grozi nadal poczucie, że niczego nie robię do końca dobrze. Pracy nie, bo robię to tylko na 50%, a w domu też nie, bo ciągle brak mi czasu. Sam miewam podobne uczucia, gdy czasami pracuję z domu i widzę że tak pracując mogę zrobić coś o najwygodniejszej porze dla mnie i pracodawcy, ale też czasami nie mogę się skupić gdy zbyt dużo domowników chce czegoś ode mnie na raz, albo nie mogę wyjść z pracy i zając się rodziną, bo ciągle mam mój komputer ze sobą i jeszcze czegoś bardzo pilnego nie skończyłem.

     Czy jest idealne rozwiązanie? Myślę, że warto rozmawiać o tym, czego potrzebujemy. Jak chcemy dzielić nasze obowiązki i układać nasze relacje w małżeństwie i rodzinie. Musimy też szukać dobrych kompromisów, tak abyśmy wszyscy (także i nasze dzieci) potrafili być szczęśliwi, a jednocześnie rozwijać się i przybliżać do Boga. Na koniec krótka próba odpowiedzi na tytułowe pytanie. Myślę, że wcale nie u wszystkich mężczyzn kanapa i pilot to ich królestwo. A czy są draniami? Myślę, że czasami zachowanie wielu osób możnaby nazwać jako draństwo. Ale to nie jest cecha tylko mężczyzn i wielu z nas stara się (raz lepiej, raz gorzej) pomagać swoim żonom i wspólnie troszczyć się o nasze rodziny.


Barbara i Krzysztof Janowski


Tekst pochodzi z pisma formacyjnego
Ruchu Światło-Życie "Wieczernik domowy"
kwiecień 2009
[ Strona główna ]
 Partnerzy medialni:

O stronie... | Ogłoszenia | Konkurs | Wspomóż nas | Polityka Prywatności | Reklama | Kontakt

© 2001-2017 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej