Rozważania Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Cuda Opowiadania Perełki
"Jasna Góra wita pielgrzymów"

     - Patryk, weź jeszcze drugą butelkę wody mineralnej! - krzyknął Sławek, podbiegając do mnie.

     - Nie dziękuję, nie mam gdzie wepchnąć tej butli. I tak jak na jednodniową pielgrzymkę, mój plecak jest za ciężki. - powiedziałem z powagą.

     Zawiązałem buty, założyłem plecak, zapiąłem cienką bluzkę i otworzyłem wejściowe drzwi do domu, aby wyjść na podwórze i pożegnać się z resztą rodziny. Ni stąd, ni zowąd, przede mną stanął Marek, naświetlony przez piorun, który pojawił się na piekielnie czarnym niebie. Zląkłem się, ale po chwili ta sytuacja zaczęła mnie śmieszyć. Nie musiałem czekać długo, aby ktoś znów podszedł do mojego plecaka i wepchnął mi kolejną - jak to mówili - niezbędną rzecz. Sławek (który o dziwo bardzo troszczył się o mnie tego wieczoru, ciekawe dlaczego...?) zarzucił mi na plecy kurtkę, mówiąc:

     - Tej nocy będzie burza. Wiele autokarów wpada w poślizgi przy takich warunkach.

     - Przestań! Nie mam zamiaru martwić się na zapas. Wystarczy mi zmartwienie dotyczące moich butów, które już wiele przeżyły - powiedziałem, chcąc zachować spokój.

     Tego wieczoru wszyscy byli skupieni na sprawach ochronnych naszego dorobku. Wiedząc, że zbliża się paskudna burza, której działalność przepowiadało czarne jak smoła niebo i co sekundowe błyskawice i grzmoty, wszyscy domownicy zanosili do domów to co najcenniejsze. Kwiaty na stojakach, które od silnego podmuchu wiatru mogłyby spaść na ziemię, zanoszono do garażu, krzesła ogrodowe i tak dalej, należało postawić w miejsce, gdzie burza nie narobiłaby większych katastrof. Jednym wyjściem była moja piwnica. Na pozór straszna, ale po zapaleniu światła, wyglądała całkiem przytulnie. Będąc małym chłopcem, śmiałem się, że to lochy...

     Widząc, że już 20:30 postanowiłam pożegnać się z resztą rodziny i wreszcie pójść na umówione miejsce wyjazdu. Po pożegnaniu pośpiesznym krokiem udałem się do Moniki, koleżanki z sąsiedztwa, którą ją, mnie i panią Ewę miał zawieźć do kościoła jej tato. Do kościoła dlatego, że właśnie stamtąd po modlitwie, sprawdzeniu obecności, wszyscy mieliby pójść do autokaru.

     (...) Bardzo padał deszcz. Nasze oczy przerażała ogromna ilość kałuż, które "ozdabiały" drogi. Wiele osób próbowało trzymać się z dala od chodników. Nic dziwnego. W końcu każdy samochód, przejeżdżający do nich równolegle powodował rozpryskiwanie się wody z kałuż. Kto chciałby być mokry? Mimo, że wszyscy już byli, bo podał deszcz, wielu nie chciało być przemoczonymi do suchej nitki.

     - To fragment opowiadania, jakie zacząłem pisać, chcąc zawrzeć w nim najważniejsze wydarzenia pielgrzymki, ale doszedłem do wniosku, że ta forma wypowiedzi w ogóle mi nie wychodzi, dlatego zacząłem pisać formą "pamiętnika", może bardziej zbliżoną do "streszczenia". Oto dalsza część:

***

     Kiedy dojechaliśmy do Otynia, od razu poszliśmy do kościoła gdzie z innymi ludźmi odmówiliśmy różaniec za pielgrzymkę i o szczęśliwą podróż która nas czeka. Ksiądz proboszcz pobłogosławił nas i właśnie wtedy po wyjściu z kościoła mogliśmy pożegnać się z rodzicami i wszystkimi, którzy chcieli nas pożegnać.

     Noc jaką spędziłem była koszmarna. Siedziałem sam na dwóch siedzeniach dlatego, że było dużo miejsca. Dużo dlatego, że w miejsca puste mieli zasiąść pielgrzymi którzy szli do samej Częstochowy. Bo jak wiecie, my tylko dołączaliśmy się do nich. Zaliczyłem w nocy wszystkie możliwe pozycje! Ale zawsze coś mi przeszkadzało. Albo noga zaczęła drętwieć, albo kurtka zwinięta pod głową zaczęła kuć.Pisałem do późna (tzn. Do 23:00) z Iwoną i dzięki niej nie nudziło mi się. "Dzięki Iwonuś bardzo!"

     Zawsze były korki, kiedy jechali pielgrzymi do Częstochowy. Tej nocy nie mieliśmy problemów z wyjazdem. Mieliśmy być na miejscu o 6:00 rano, a byliśmy grubo przed czasem. Bo już o 04:43 byliśmy na miejscu. Mieliśmy za to bardzo długie postoje. Nawet jednogodzinne.

     Kiedy doszliśmy do gruby pielgrzymów z Otynia, Czerwieńska i innych miejscowości mogliśmy przywitać tych, którzy pielgrzymowali od samego Otynia. Czyli Mateusza, Kasię i tak dalej. Było bardzo wesoło! Wspomnę jeszcze, ze w autobusie mama Mateusza i ich koleżanka dawały takiego czadu... Mają po 40 a są tak fajne, dowcipne i cudowne! Naprawdę! Jak koleżanki.

     No i po dołączeniu szliśmy ok. 25 kilometrów do Częstochowy. Ten czas tak wolno leciał... Wyszliśmy o 6:00, a kiedy popatrzyłem na zegarek i zobaczyłam, że dopiero 9:00, aż otwierałem usta ze zdziwienia. Wtedy pomyślałem sobie: "Ludzie tyle czasu tracą na sen"

     Kiedy szedłem do Klenicy 40 km nie czułem tego zmęczenia. Wiecie, może dlatego, ze Klenica to nie Częstochowa. Bo jak sami wiecie Częstochowa to najświętsze miejsce w Polsce. Może nie mogąc się doczekać tak ubolewałem "Kiedy będziemy na miejscu?"

     Kiedy doszliśmy na Jasną Górę z pieśniami Bożymi na ustach, mogliśmy spocząć na ogromnym placu. Tam wisiał na ogromnym murze napis "Jasna Góra wita pielgrzymów!". Upadliśmy na ziemię potem słuchaliśmy przemowy księdza. To było niesamowite. Te flagi, te powitania ludzi. Wspaniałe! Po przywitaniu padła komenda, ze idziemy do kościoła do Matki Bożej na Mszę. No i zacząłem iść w kierunku kościoła. Kiedy się zorientowałem, nikogo z mojej grupy nie było. Ale się nie załamywałem. Od czegoś są telefony. A na pewno oni także idą na Mszę. Tak się złożyło, że byłem przed kratami do głównego "pomieszczenia". Przede mną były fajne dziewczyny (gdzieś w moim wieku). Nawet jedna oparła się siedząc na podłodze o mnie. Ah te dziewczyny ;)

     Potem był czas dla nas. Znalazłem przypadkowo Tomka z naszej grupy z innymi, ale zbytnio się mną nie zainteresowali. Od koleżanki, Moniki, dowiedziałem się, że o 20:45 mamy spotkać się koło pomnika i razem pójdziemy na apel. Byłem przestraszony. Dopiero była 15:20! Zwiedziłem tyle miejsc. Tyle pomieszczeń i "kościołów". Było mi tylko trochę smutno, że chodziłem sam. Jakoś nikt się mną nie przejął. Kupiłem mamie książkę, a bratu medalik. Sobie nic. A to dlatego, że doszedłem do takiego wniosku: "Ja byłem w Częstochowie i mam wspomnienia a oni pamiątki - każdy coś otrzymał!". Reszcie rodziny nic nie kupiłem, z powodu braku funduszy. Byłem na placu gdzie był koncert jakiejś grupy muzycznej, potem była Msza Św. Byli na niej wszyscy pielgrzymi. Przyznam, że nie wiem o czym było kazanie. Zasypiałem. Nie spałam całą noc i prawie cały dzień. Czas zleciał do 20:45 i poszliśmy wszyscy na apel jasnogórski. Potem była akcja...

     Byłem z panią Ewą, Moniką i klerykiem w pomieszczeniu obok kościoła. Bowiem w samym kościele nie było miejsca, a na dworze padało. Kiedy się skończył apel wyszliśmy. Ja z Moniką nie mogliśmy znaleźć pani Ewy i kleryka. Padał jak scebra deszcz i szalała burza. Były grzmoty, błyskawice i pobłyski. Ja miałem kurtkę przeciw deszczową (dzięki Sławkowi) a Monika miała tylko koszulkę. (Nie chciała ode mnie bluzy, którą miałem w plcecaku.) Było tyle tam drzwi i wyjść, że nie wiedzieliśmy gdzie iść. Pełno ludzi, pełno twarzy. W końcu Monika zdecydowała, że pobiegniemy do bramy, która miałabyś za rogiem. Okazało się, że nie ma tam bramy. Była tam ślepa uliczka. Biegnąc pod prąd kilka razy się wywróciliśmy się. Wtedy deszcz padał mocniej. Kiedy znaleźliśmy bramę mogliśmy odetchnąć, ale nie na długo. Monika szybko przecisnęła się przez tłum starszych kobiet, jednak ja musiałem przeskoczyć ogrodzenie, abym mógł dorównać tempa Monice, która w tamtej chwili znikała już za rogiem. Biegliśmy prostą drogą dość długo, chcąc odnaleźć parking, który, według Moniki miał być "już niedaleko". Kiedy zobaczyłem tabliczkę, że na parking dostaniemy się idąc w prawo 1,4 km opadłem z sił. Monika powiedziała, że na pewno coś źle odczytałem i dla pewności zapytała przechodniów, gdzie jest parking. Pokazali na ciemną drogę bez świateł, która prowadziła "tam gdzie nic nie było wstanie z głównej drogi zobaczyć"... Kiedy biegliśmy szybciej nić na wuefach zobaczyliśmy 3 autobusy. Jednak po zbliżeniu, żaden z nich nie był nasz. Zobaczyłem inny parking, ale do niego wejścia nie mogliśmy znaleźć. Biegliśmy w deszczu cali mokrzy i zmęczeni. Grzmoty dawały się we znaki, a my zaciskaliśmy zęby i biegliśmy dalej. Biegliśmy wzdłuż krat (ogrodzenia) parkingu nr.2, na którym w 90% miał być nasz autobus. Biegliśmy pustym zaułkiem, który rozjaśniały błyski grzmotów. Kiedy ja znalazłem wejście na parking, szybko wbiegliśmy właśnie do niego zatrzymując przy tym jadące samochody, których klaksony pokazywały, że nie są zadowoleni z naszego wymuszonego "pierwszeńśtwa". Opadaliśmy z sił, kiedy weszliśmy do autobusu. Po nas weszli jeszcze dwoje ludzi, ale my - cali mokrzy, brudni, zmęczeni, zasapani - po wytarci ręcznikami, mogliśmy wreszcie odpocząć. Wyjechaliśmy z Częstochowy ok. Godz. 22:00. W naszym mieście byliśmy o 3:34. Stamtąd zabrał nas tato Moniki i zawiózł nas pod nasze domy...


Lunatique

   


Wasze komentarze:
 Gosia: 28.08.2008, 15:32
 zgadzam się burza w Częstochowie tego roku była nie samowita. pozdrawiam
 Monika: 28.08.2008, 15:22
 Patryku dziekuje . Juz teraz modle sie abym w przyszlym roku na urlop pojechala nie na Majorke czy innego cieplego kraju ale na pielgrzymke.
 
(1)


Autor

Treść




[ Powrót ]
 
Daj plusika:
[ Strona główna ]
 Partnerzy medialni:

O stronie... | Ogłoszenia | Konkurs | Wspomóż nas | Polityka Prywatności | Reklama | Kontakt

© 2001-2017 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej