Kartki Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Czat Opowiadania Perełki
Miłość czy MIŁOŚĆ? Czyli sztuka chodzenia ze sobą Miłość czy MIŁOŚĆ? Czyli sztuka chodzenia ze sobą
Katarzyna i Tomasz Jarosz
Przeczytaj tę książkę! Być może znajdziesz tu odpowiedzi na swoje pytania, a przedstawione rady pomogą Ci wybrnąć z sytuacji w jakieś się znalazłeś.... » zobacz więcej
miłość czy Miłość?

Odpowiedzi na pytania

Odp: [1-50], [51-100], [101-150], [151-200], [201-250], [251-300], [301-350], [351-400],
[401-450], [451-500], [501-550], [551-600], [601-650], [651-700], [701-750], [751-800], [801-850], [851-900]
[901-950], [951-1000], [1001-1050], [1051-1100], [1101-1150], [1151-1200], [1201-1250], [1251-1300],
[1301-1350], [1351-1400], [1401-1450], [1451-1500], [1501-1500], [1551-1600], [1601-1650], [1651-1700],
[1701-1750], [1751-1800], [1801-1850], [1851-1900], [1901-1950], [1951-2000], [2000-2050], [2051-2100],
[2100-2150], [2151-2200], [2201-2250], [2251-2300], [2301-2350], [2351-2400], [2401-2450], [2451-2500],
[2501-2550], [2551-2600], [2601-2650], [2651-2700], [2701-2750], [2751-2800], [2801-2850], [2851-2900], [2901-2950], [2951-3000],
[3001-3050], [3100-3100], [3101-3150], [3151-3200], [3201-3250], [3251-3300], [3301-3350], [3351-3400],

Młodzi w poszukiwaniu szczęścia. Szczęście - Miłość - Seksualność Młodzi w poszukiwaniu szczęścia. Szczęście - Miłość - Seksualność
Ks. Marek Dziewiecki
Książka ks. Dziewieckiego jest skierowana przede wszystkim do młodych ludzi. Nie jest ona wynikiem jakichś teorii czy ideologii, ale praktycznym wnioskiem z sukcesów i porażek, które przeżyli młodzi ludzie.... » zobacz więcej




  Monika, 15 lat
100
22.08.2005  
Witam droga redakcjo!! Otóz miałam przyjaciółke bardzo bliską mojemu sercu...Wszystko było okej przez długi czas ..rozumiałysmy sie bez słów bardzo chetnie spedzałysmy czas mogłysmy godzinami i normalnie i na gg ...aż do pewnego momentu ...Przed moim wyjazdem na obóz Ruth (tak ma na imie ) zakumplowała sie bardzo z pewna dziewczyna ...ja nie miałam nic przeciwko bo to było równiez moja bardzo dobra kolezanka..niby wszystko było w normie ..ale jak wróciłam z obozu (a raczej kilka dni po tym ) zauwazyłam że moja osoba zeszła na drugi plan ..starałam sie dociec co jest grane...pogodziłysmy sie i wszystko do normy...ale ostatnio pokłóciłysmy sie rozmawiajac na gg rozeszło sie o to jej nowe towarzystwo..to była jej wina...nie odzywamy sie ...jest mi strasznie cięzko bez niej ...nie wiem czy powinnam zrobic ten pierwszy krok ...mimo ze to była jej wina..nie wiem jak długo mam poczekac...by dac jej czas na przemyslenie wszystkiego...rozum mi podpowiada ze powinnam poczekac na jej pierwszy krok że to ona powinna mnie przeprosic..ze nie powinnam sie przed nia płaszczyc....ale moje serce płacze, bo strasznie za nia tesknie...Prosze poradzcie mi co powinnam zrobic...to dla mnie wazne.. MoNiKA :( :(

* * * * *

Nie musisz się płaszczyć. Po prostu zapytaj ją (nawet na gg) czy chce, żeby Wasze kontakty wyglądały jak dawniej. Tylko tyle. Jeśli nie masz ją za co przepraszać to nie przepraszaj. Do niej będzie należał decydujący krok. Ty wyciągniesz rękę, jeśli ją podejmie to jest szansa na sukces :)

  Majka, 24 lat
99
22.08.2005  
Jestem zakochana. Kocham go od dawna, chociaz wtedy sama tego nie wiedziałam. Nie zauważylam tej miłości w pore. Była blisko a ja jej nie pielęgnowałam. Poznałam go przez mojego kuzyna, są przyjaciólmi od lat. Pierwszy raz spotkaliśmy sie e dniu kiedy zostawiła go dziewczyna.Był miły, sympatyczny tylko ja wierzyłam naiwnie w inna miłość. Kiedy się obudzilam on był na drodze powrotu do tamtej dziewczyny, do tamtej miłości. Ustąpiłam, zeszłam jej z drogi chociaz w duchu i sercu wiedziałam że ona nie zasługuje na jego uczucia.Mineły trzy lata, niby nadal sa razem on wyszedł z wojska ona wyjechała na pól roku do Włoch do pracy. Przecież mogła tu prcować. Nie wierze jej i jej uczuciom!!!!!Spotykam się z Nim ale wiem że gdy ona się wyszaleje i wróci z Włoch on będzie z NIĄ. Kocham go ale nie wiem czy walczyć o te uczucia czy pozwolić byc mu szczęśliwym u jej boku chociaż nie wyobrażam sobie życia bez Niego.Każdy dzień bez Niego jest stracony. Doradźcie co zrobić. PROSZĘ!!!

* * * * *

Przepraszam a co to znaczy, że spotykasz się z nim? Na jakiej zasadzie? Koleżeńsko czy on po prostu spotyka się z Wami obiema na raz? Bo jeśli on gra na dwa fronty a Ty masz świadomość, że on wróci do tamtej dziewczyny to pozostaje mi polecić Ci lekturę odp. nr 66 - o takim podwójnym związku.
A jeśli spotykasz się koleżeńsko to potęgujesz w sobie uczucie, którym on Cię nie darzy(?). Z Twojej wypowiedzi wypływa bardzo negatywny stosunek do tamtej dziewczyny. To Twoje zdanie, że ona nie zasługuje na jego uczucia, no być może obiektywnie rzeczywiście tak jest, ale wiesz - to jego dziewczyna i jego decyzja. Widocznie mu odpowiada skoro z nią jest.
Pamiętaj tylko, żeby nie zniechęcać go do niej, żeby nikt nie miał do Ciebie potem pretensji, że przez Ciebie coś się rozpadło. Nawet jak się rozpadnie to Ty miej czyste sumienie. Pytasz czy walczyć - odpowiedz sobie na pytanie czy to była by uczciwa (czysta) walka?
Módl się o dobrego męża: [zobacz] a tę sytuację polecaj Bogu modląc się za tego chłopaka, aby podjął właściwą decyzję. No bo tak naprawdę to chyba do niego (a nie do Ciebie) ruch należy.

  Paola, 17 lat
98
22.08.2005  
Znalazłam się w bardzo nietypowej sytuacji i nie wiem co mam robić :( Zakochałam się w chłopaku, który jest w śpiączce od dwóch lat i jest nadal. Zorientowałam się, że mi na nim zależy już po tym jak trafił do szpitala (poczułam dużą pustkę, a teraz wiem, że to miłość). Na początku jak go zabrakło w klasie (bo to był kolega z klasy) myślałam, że po prostu za nim tęsknię, bo to normalne jak widuje się kogoś codziennie, choć nawet się dobrze nie kolegowaliśmy. Ale po paru tygodniach wiedziałam, że to coś więcej, bo nie mogę przestać myśleć o nim. Najgorsze jest to, że lekarze nie dają mu rzadnych szans, a ja nie mam mu jak powiedzieć, że mi na nim zależy. Jego rodzice bardzo to przeżywają, więc nie chcę iść do nich i rozdrapywać ran. Oni nawet bardzo niechętnie o tym mówią i wcale im się nie dziwię! Martwię się, bo kilka razy próbowałam o nim zapomnieć, ale bez skutecznie!!! Ja naprawdę go kocham i nie wyobrażam sobie, że mogłabym poczuć jeszcze coś takiego do innego chłopaka. Nie wiem co mam robić :[ z tym uczuciem. Nie wiem czy jest sens go dalej ciągnąć i nie wiem czy miłość może uzdrowić!!!

* * * * *

Szczerze współczuję, że kolega znalazł się w takim stanie. Trzeba Bogu powierzać tę sytuację i mieć nadzieję, że go uzdrowi. Cuda się przecież zdarzają. Jeśli jednak będzie inaczej to znaczy, że tak dla niego jest lepiej. Bóg zabiera człowieka w najlepszym momencie, nam może się zupełnie inaczej wydawać, ale Bóg wie lepiej - i na pewno robi to dla naszego dobra.
A co do twojego uczucia. Dałaś się ponieść fali współczucia i miłości bliźniego, do tego stopnia, że zaczęłaś wyobrażać sobie różne rzeczy, sytuacje i rozmowy między Wami. Pokochałaś swoje wyobrażenia o tym chłopaku, zakochałaś się. Czy jednak go kochasz? Na temat miłości i zakochania już pisałam, więc nie będę się powtarzać. Wyobraź sobie tylko jedno: jak by było gdyby ten chłopak nagle wyzdrowiał i stanął obok Ciebie - czy nadal czułabyś to co czujesz? Pomyśl jaki był, jaki miał stosunek do Ciebie przed chorobą. Byłoby tak samo jak przedtem. Bardzo często tak jest, że kochamy nasze wyobrażenia, szczególnie gdy ktoś jest daleko. Kochamy ten swój ideał, dorabiamy sobie całe historie, marzymy, śnimy, wręcz piszemy scenariusz (to jest właśnie m.in. fenomen powodzenia naszych idoli: aktorów, piosenkarzy itp. - wszyscy się w nich kochają!). Możemy to robić bo w naszych marzeniach ten ktoś jest dokładnie taki jak chcemy. A jak ten ktoś staje obok nas, taki rzeczywisty, z krwi i kości i jest taki jaki jest to ten cały czar nagle pryska i dziwimy się jak mogliśmy myśleć o kimś takim?
Pokochać kogoś można jak się go pozna. Piszesz: "nawet się dobrze nie kolegowaliśmy". Czy znasz go naprawdę?

  Kinga, 15 lat
97
22.08.2005  
Czy miłość na odległość ma sens?? (Ewentualne widywanie co najwyzej co dwa miesiace, albo krocej)

* * * * *

To zależy. Są ludzie, którzy wytrzymają rozłąkę i odległość kilkuset kilometrów, są tacy, którzy nie wytrzymają. To wszystko zależy na jakim etapie jest związek, jak dojrzali są ludzie, czy jest to rozłąka przejściowa czy tak było od zawsze. Domyślam się, że chodzi Ci o początki znajomości. W zasadzie te początki bardziej chyba potrzebują częstych kontaktów, bo na odległość poznać się nie można. Sms-y, listy to nie to samo. Już gdzieś pisałam, że człowieka poznaje się we wspólnej pracy, podczas wycieczek, widząc jak ma w pokoju, jak odnosi się do bliskich. Tego na odległość nie zobaczysz. Gdy ludzie się dobrze znają to oczywiście będzie im siebie bardzo brakowało ale łatwiej zniosą czasową rozłąkę, zwłaszcza jeśli w perspektywie będzie inna wizja.
Nie wiem czy taka miłość ma sens, sama w swoim konkretnym przypadku musisz sobie na to odpowiedzieć. Musisz tylko wiedzieć, że nie poznasz dobrze drugiej osoby w ten sposób, a poznanie jest przecież konieczne, by kogoś pokochać, no bo jak można kochać kogoś kogo nie znamy? Zakochać się - i owszem, można, ale to przecież nie miłość.

  p...., 25 lat
96
22.08.2005  
...już byl podobny wpis...kocham i jestem kochana, po ludzku tej miłości poprostu nie ma, a jednak wirzę, wiem, że Pan Bóg pozwolił by się zrodziła, tylko czasem zastanawiam się po co? skoro nie możemy mieć nadziei, że będziemy na zawsze razem, no przede wszystkim nie chodzi, że nie możemy, ale \"lepiej mieć miłą niespodziankę niż straconą nadzieję\" i ranę do końca życia tak głęboką, że boli i będzie boleć do końca.
Moja miłość jest szalona i wierzę, każdy trud, poświęcenie, cierpliwość kiedyś mogą mieć ukojenie, bo przecież Bóg nie czyni niczego \"przypadkiem\", a człowiek nie może żyć w brew sobie, swojemu sercu, ale i w brew sumieniu...to jest ciągła \"walka\" miedzy jedną miłością a drugą Miłością...ciągle się modlę, zawierzam nasze sprawy i wszysko, wszystkich Maryi i korzystam jak tylko mogę z trwania przed Bogiem na ADORACJI to dodae sił, tak jak Msza Święta choć \"niepełna\".....


* * * * *

Hmm, trochę to tajemnicze, nie wiem dlaczego nie możecie być razem. Być może to duchowny, być może żonaty...? Bez względu na to jaka jest Twoja sytuacja pamiętaj zawsze, że nie jesteśmy odpowiedzialni za nasze uczucia, ale za to co z nimi zrobimy to już tak. Bóg nie czyni niczego przypadkiem, Bóg daje okoliczności i szanse, daje też trudności jako okazje do większego wzrostu. Może warto się zastanowić co tak naprawdę Bóg chce Ci przez tę miłość powiedzieć. Bo może to po prostu wyzwanie dla Ciebie? Próba? Tam gdzie Bóg jest na pierwszym miejscu wszystko inne jest na swoim miejscu. Zastanów się, czy w Twojej miłości Bóg rzeczywiście jest na pierwszym miejscu? Czy to Cię od Boga nie odciąga? Dość enigmatycznie piszesz o adoracji jako "niepełnej" Mszy św. - czy coś nie pozwala Ci w niej w pełni uczestniczyć? Jeśli nie możesz w pełni uczestniczyć w sakramentach to nie jest miłość budująca. Oczywiście można tak kochać, ale czy wtedy rzeczywiście Bóg jest na pierwszym miejscu? Może porozmawiaj o tym z jakimś księdzem?

  Victoria, 23 lat
95
22.08.2005  
Poznalam go ponad 4 lata temu, mielismy okazje porozmawiac, ale na drugi dzien wyjechal. On pochodzi z polnocy Polski, ja z poludnia. Przez pol roku nie mielismy ze soba w ogole kontaktu, on nie mial tel.kom. dopiero po pol roku napisal sms-a (zaraz jak kupil komorke). I tak sie zaczela nasza “korespondencja”… Pisywalismy do siebie tak przecietnie co dwa tygodnie, piszac o tym co u kogo slychac… Spotkalismy sie na kolejnych wakacjach, w gronie naszych wspolnych znajomych. Wtedy poznalam tez jego rodzicow, ktorym bardzo przypadlam do gustu… Po trzech dniach znowu musielismy sie rozstac, tym razem ja musialam wyjechac. Przez ten czas zaczelam sobie uswiadamiac, ze on nie jest mi obojetny, ze cos zaczynam wiecej czuc niz do pozostalych moich kolegow. Znowu zostaly nam smsy… ale przeciez Poczta Polska nadal istnieje wiec stwierdzilam ze nie bedzie nic zlego jak wysle widokowke z miejscowosci, w ktorej studiowalam, z pozdrowieniami dla niego I jego rodzicow. Do widokowki dolaczylam krotki liscik z wiadomosciami co u mnie slychac… jak zwykle… Dlugo nie bylo odpowiedzi w mojej skrzynce na listy. Ale pewnego dnia … odpisal! Ach, jak bardzo moje serce sie radowalo wtedy z tego listu (dlugosci czterech smsow gora)! Wtedy zaczelam zadawac sobie pytanie “czy to jest przyjazn czy to jest kochanie?” Oczywiscie z mojej strony, bo z jego wiedzialam, ze nie mam co liczyc na cos wiecej. Znowu minal rok… nadeszly wakacje, tym razem on odwiedzil rodzine, ktora mieszka w moich stronach, spotykalismy sie kazdego dnia,ale glownie w gronie wspolnych znajomych. Te mile chwile trwaly ponad tydzien I znowu trzeba bylo sie rozstac. Ja juz bylam pewna ze to co czuje to nie przelotne uczucie tylkoze naprawde zaanazowalam sie bardzo w ta znajomosc. Ale nie chcialam sie mu narzucac, wiec w ogole nie zaczynalam rozmowy na ten temat… modlilam sie I czekalam. Miesiac pozniej wyjechalam na praktyke w jego tereny. Miala trwac dwa tygodnie,ale udalo mi sie zrealizowac ja w ciagu tygodnia… jak jego rodzice dowiedzieli sie, ze juz skonczylam praktyke zaprosili mnie do siebie, on rowniez mnie zapraszal, bym zamieszkala u nich kolejny tydzien. Nie wiedzialam czy zgodzic sie czy nie… bo z jednej strony chcialam poznac go lepiej, a mieszkajac z nim I jego rodzicami pod jednym dachem przez tydziden mialam szanse na to, ale z drugiej strony nie chcialam sie narzucac. Jednak zgodzilam sie… mielismy wspanialy czas, wszyscy razem, duzo zwiedzalismy, glownie z jego rodzicami, ale I sami zrobilismy sobie kilka wycieczek, tylko we dwoje. Przez ten czas jego tata wiele razy dal mi zrozumiec ze chce bym zostala jego synowa, mama rowniez, ale ona pokazywala tylko swoim zachowaniem a tata mowil otwarcie. Natomiast najwazniejsza osoba nic nie powiedziala… niestety… Jego rodzice opowiadali mi tez o nim, mowiac ze w ogole sie nie spotyka z innymi dziewczynami, ze bardzo stroni od dziewczyn, ze ja jestem jedyna z ktora ma kontakt.
Za rok nie mogl przyjechac na wakacje, byli tylko jego rodzice odwiedzic rodzine. Zaprosili mnie do jego babci I calej rodzinie przedstawiali mnie jako przyszla synowa… Powiedzialam im, ze nie wiem czy to sie stanie, bo to wszystkozalezy od ich syna, a niestety nie widze by on byl zdecydowany … Zrozumieli mnie … przyznali mi racje, ale caly czas mieli nadzieje, ze jednak… Wtedy tez zadzwonilam do “ukochanego” I powiedzialam jak sprawa wyglada, co mowia jego rodzice I co on na to? Poiwedzial ze sie modli I bedzie modlil o Boze kierownictwo w Jego zyciu. Na tym rozmowa sie skonczyla, aha, oczywiscie ja znowu nic nie powiedzialam co czuje… bo uwazalam ze to by bylo narzucanie sie. Miesiac pozniej zaczelam prace w centralnej Polsce I dwa tygodnie po moim zamieszkaniu tam On przyjechal w odwiedziny, ale pod pretekstem poznania nowego miejsca… znow nie bylo zadnej rozmowy… pozniej tylko w smsie spytalam sie czy ma juz odpowiedz na modlitwy swoje? Odpisal mi, ze nadal sie modli… znowu byly tylko smsy I e-maile, przez caly rok. W miedzyczasie dostalam propozycje wyjazdu za granice, z ktorej postanowilam skorzystac, na caly rok… Wyjechalam, jestem tu juz dwa miesiace I mimo iz wiem ze jestem daleko od niego moje uczucie jakby sie poteguje I mam pokoj w sercu, ze to jest wlasnie ten. P:rzez ten caly czas spotykalam wielu milych, oddanych Bogu chlopcow, ktorzy byli mna zainteresowani, ale nawet gdy probowalam sie zaangazowac nie potrafilam, bo caly czas mam nadzieje, ze jednak on zostanie moim mezem w przyszlosci, I tylko na niego chce czekac… I choc ne jest latwe takie czekanie, modle sie bym potrafila, jezeli to rzeczywiscie bedzie maz odpowiedni dla mnie. Zadaje sobie tylko pytanie, czy ja na pewno nie chce wymusic na Bogu by on mi dal tego chlopaka za meza, czy On naprawde chce bysmy byli razem, skoro caly czas to uczucie jest jednostronne? Moi znajomi z jednej strony podziwiaja mnie za wytrwalosc, a z drugiej mowia mi, ze najwyzszy czas zmienic obiekt zainteresowan, bo tak moge czekac jeszcze do 60-tki.
Zapomnialam udzielic takich podstawopwych danych: ja mam 23 lata, on 27, w tym roku skonczyl studia, mi jeszcze zostal jeden rok (dwa, biorac pod uwage urlop dziekanski, na ktorym teraz jestem).
Nie wiem czy jestes w stanie udzielic mi jakiejs rady, co powinnam robic, chyba tylko Bog moze mi pomoc, dlatego prosze o modlitwe, by w koncu sie sytuacja rozwiazala… Ale chetnie przeczytam co o tej sytuacji mysli osoba, ktora w ogole nie zna mnie ani jego… bo wtedy podchodzi sie do wielu spraw inaczej.. Pozdrawiam serdecznie I czekam na odpowiedz…


* * * * *

Ja też Cię podziwiam za wytrwałość. Zdaje się, że przyjaciele mają trochę racji - z tym czekaniem. Jesteś młoda, masz 23 lata dopiero, ale ta sytuacja trwa już bardzo długo. Zapewne zachwyciłaś się tą swoją pierwszą (?) miłością na tyle, że nie chcesz już innej. Być może faktycznie będzie Ci dane być z tym chłopakiem, ale musisz zdawać sobie sprawę, że on w tym momencie nie chce tego tak jak Ty i nie wiadomo jaki będzie dalszy rozwój wydarzeń. A Ty zamknęłaś się na innych, myślisz tylko o nim i nie dostrzegasz innych w swoim otoczeniu. Chyba faktycznie jest tak, że chcesz "wymusić" go na Panu Bogu. Nie dziwię Ci się, bo kochasz, ale czy warto poświęcać całą uwagę, całą energię, wszystkie uczucia człowiekowi który w tym momencie tego nie podziela? Wiesz, niedobrze się stało, że uświadomiłaś mu co do niego czujesz (bo de facto to zrobiłaś pytając o decyzję i mówiąc o reakcji jego rodziców). On i tak się pewnie domyślał, ale to on jest mężczyzną, on jest "zdobywcą", a został przez Ciebie niejako przyciśnięty do muru. Na pewno poczuł się "przymuszony do uczucia" i to nie tylko przez Ciebie ale i przez swoich rodziców. Nie dano mu szansy podjąć własnej, samodzielnej decyzji, właściwie podjęto ją za niego. On ma świadomość, że wszyscy oczekują, że będzie z Tobą. I może właśnie dlatego nie robi nic w tym kierunku. Może też być tak, że on faktycznie zastanawia się nad swoim powołaniem, a może chce z Tobą tylko przyjaźni ale nie chce Cię urazić. Faktem jest, że jeśli wchodzą w grę te dwa ostatnie rozwiązania to on powinien powiedzieć Ci to wyraźnie. Może też jest tak, że faktycznie nie za bardzo wie czego chce w życiu, może szuka tej "jedynej", a z Tobą nie załatwia sprawy jednoznacznie, bo jest mu wygodnie, że jesteś "w rezerwie".
Nie będę Cię wcale namawiać do zerwania kontaktów z nim, na pewno jednak dobrze by było coś zrobić z ta sytuacją, no chyba, że rozwiąże się sama np. zakochasz się nagle w kimś innym. Aby to jednak mogło być możliwe Ty musisz otworzyć się na innych. Tak, kochaj go jeśli nie możesz inaczej, ale nie stroń od kontaktów z innymi. Pozwól się zapraszać, odwiedzaj znajomych, po prostu żyj pełnią życia. Bo może się okazać, że stracisz szansę poznania kogoś bardzo wartościowego?

  Aniołek, 19 lat
94
22.08.2005  
Witam! znaliśmy się chyba od zawsze:) w końcu nadszedł czas kiedy między nami zaczęło tworzyć się coś cudownego.Byliśmy ze sobą prawi pół roku kiedy on postanowił zerwać.Twierdzi, że nic do mnie nie czuje. Poczułam się ogromnie skrzywdzona, gdyż za bardzo się zaangażowałam.Codzinnie modliłam się żebym to właśnie z nim spędziła resztę życia...Wierzę że tak się stanie jeśli Bóg tak chce.Być może musimy dorosnąć, poczekać, by spotkać się za parę lat i pokochać na nowo.Postanowiłam czekać na niego...Pozdrawiam wszystkim i życzę spotkania prawdziwej Miłości... :)

* * * * *

Dziękujemy za pozdrowienia. A co do tego "czucia" to przeczytaj odp. nr 15, polecam ją też Twojemu chłopakowi. No i nieodłączne modlitwy: [zobacz]

  Mateusz, 18 lat
93
21.08.2005  
Mój problem polega na tym, że już od kilku lat czuje, że moje miejsce jest w kościole i to nie tylko jako lektor, ale cos więcej - jako kapłan... dlatego też, chce wstąpić do Wyższego Seminarium Duchownego. Nie byłoby w tym nic złego, gbyby nie moja przyjaźń z pewną dziewczyną, która się niedawno skończyła. Skończyła się ponieważ, ona nie chce mi krzyżować planów, zakochując się we mnie. Nie ukrywam, że źle się z tym czuje. Przedtem często romawialiśmy, lubiliśmy wzajemne towarzystwo. Planów nie chciałem zmieniać i nadal nie chce, lecz brakuje mi Jej obecności w moim życiu... i nie wiem czy to nie jest początek miłości... pierwszej miłości. Co mam dlaej robić... nic? Czy walczyć o Nią... Proszę o rade i z góry dziękuje..., Mateusz.

* * * * *

Nic na siłę. Nie zmuszaj się do związku tylko dlatego, że dziewczyna coś do Ciebie czuje ale i nie uciekaj od miłości, jeśli ona Ci się podoba. Po prostu sam musisz się przekonać gdzie jest Twoje miejsce. Jeśli Pan rzeczywiście Cię powołuje to możesz być pewny, że zrobi wszystko, żebyś mu służył jako kapłan. Może tą dziewczynę pokazuje Ci abyś zrozumiał, że nie w małżeństwie Twoje miejsce i jeszcze mocniej utwierdził się w powołaniu? A może właśnie ma to Ci wskazać inną drogę?
Żadna droga, żadne powołanie nie jest lepsze ani gorsze. Można Bogu doskonale służyć w małżeństwie. Daj sobie czas, spędź trochę czasu z tą dziewczyną, poznaj ją. Nie bój się, że ją zranisz jeśli pójdziesz do seminarium - zraniłbyś gdybyś już tam był, był pewien swojej drogi a nadal z nią spotykał. Ona nie musi być od razu Twoją dziewczyną, przyjaźnijcie się, a jeśli poczujecie, że łączy Was coś więcej to oboje nie miejcie wyrzutów sumienia. Lepiej żebyś później poszedł do seminarium ale dobrze rozeznał swoją drogę niż zastanawiał się czy czegoś w życiu nie straciłeś. Trafnych wyborów.
Aha, no i polecam to: [zobacz]

  Paula, 16 lat
92
21.08.2005  
Jestem ze swoim chłopakiem 8 miesięcy.Jest ode mnie starszy o 4 lata. Po okolo 5 miesiącach rozpoczęliśmy petting. Po paru razach postanowliliśmy z tym skończyć, ponieważ zrozumieliśmy jak wiele przez to tracimy, i jak obrażamy tym Boga. Na jakis czas nam się udało, a potem znów sie złamaliśmy. Znów bardzo żałowaliśmy tego co się stało, że nie wytryzmaliśmy. Zrozumieliśmy że bardzo trudno jest się z tego grzechu wyplątać. Pare dni temu podczas biwaku leżeliśmy obok siebie i nie doszło do tej formy pieszczot, ale on zaczął stymulować stosunek przez ubranie, po chwili odunełam sie poniewaz tego nie chciałam, no ale można by powiedzieć że mimowolnie swoimi ruchami go trochę sprowokowałam. Parę godzin późbniej przeprowadziłam z nim ważną rozmowę, chciałam się rozstać mimo iż go bardzo kocham. Chcę dla niego jak najlepiej, a więc nie chce zeby przezemnie schodził na zła drogę. Jednak on zareagował tak że zaczął mnie przekonywac żebym tego nie robiła, ze chce być ze mną do końca życia. Nie ustepowałam i on zaczął szlocahc i mówić że sie utopi( byliśmy nad rzeką) bardzo mi sie go szkoda zrobiło i dalej z nim jestem. Jednak dla nas obojga Bóg jest ważny. Co mam zrobić? DOdam że dziś dopisałam się do listy czystych serc:)

* * * * *

Już zrobiłaś - zapisałaś się do RCS. Koniecznie namów do tego chłopaka - będzie Wam łatwiej. Czytajcie "Miłujcie się" - artykuły są na tej stronie. Zawsze w razie wątpliwości mówcie o tym na spowiedzi. Jesteście w wieku, gdzie sfera seksualności jest bardzo rozbudzona - szczególnie u chłopców. Ale czystość da się zachować i nawet jeśli się upadło w tej dziedzinie to trzeba powstać i walczyć dalej, a nie płakać (nawiasem mówiąc to straszenie utopieniem nie było mądrą ani dojrzałą postawą). Ty też nie musisz stawiać sprawy na ostrzu noża: po prostu nie prowokować się nawzajem ale i nie demonizować tej sfery, nie żyć w ciągłej panice, że coś się może przytrafić. Może się Wam przytrafić upadek, najważniejsze by po prostu walczyć o czystość, podnosić się i iść dalej. A randki zapełniać pasjonującymi zajęciami: ciekawa wycieczka, rozmowa o filmie czy książce, wspólna praca - będziecie mieli i więcej satysfakcji i mniej okazji do grzechu. Powodzenia.

  Paulina, 18 lat
91
21.08.2005  
CZY SZEROSC JEST WAZNA W ZWIAZKU??

* * * * *

Tak, jest bardzo ważna, ale - można wpaść w pułapkę. Nie rozwijasz tematu więc ja też mogę odpowiedzieć tylko ogólnie. Jest ważna, ponieważ nie można oszukiwać drugiej osoby, robić czegoś poza jej plecami co miałoby wpływ na związek, a o czym mogłaby się dowiedzieć od osób trzecich. Nie wolno kłamać w uczuciach np. mówiąc coś innego niż się czuje. Szczerość gwarantuje uczciwość a jak wiadomo uczciwość to się nawet ślubuje (podczas przysięgi małżeńskiej) - nie mówię tu, że każdy związek prowadzi do ślubu ale podkreślam jak to jest ważne, skoro wchodzi w skład przysięgi.
Tylko z tą szczerością to nie można przesadzić. Jak nam ukochana coś ugotuje i naszym zdaniem to jest do kitu to nie mówić, że jest do kitu choćby to była prawda (ewentualnie można dyplomatycznie powiedzieć, że woli się np. bardziej ostre potrawy). Nie mamy obowiązku opowiadać drugiej osobie co mówimy na spowiedzi - to sprawa między nami a Bogiem. Nie mamy obowiązku ze szczegółami opowiadać o naszej przeszłości - no chyba, że chodzi o kwestie, które rzutują na przyszłość i na związek - wtedy nie można istotnych rzeczy ukrywać. Czasem lepiej nie mówić o plotkach, które do nas dotarły - albo są nieprawdziwe albo mogłyby wyrządzić dużą przykrość.
Generalnie - szczerość jest ważna, ale zależy od sytuacji co, kiedy i komu możemy lub powinniśmy powiedzieć.

  Michał, 18 lat
90
20.08.2005  
Czesc.Mam na imie michal i mam problem.Mam dziewczyne z ktora jestem jush ponad rok a mimo to 3 dziewczyny caly czas placza przeze mnie bo nie chce byc z nimi.Nie wiem jak im wytlumaczyc ze ja jush mam swoja jedyna i ze niestety ale nie moge byc z nimi.Prosze o pomoc

* * * * *

A dokładnie tak im powiedz jak napisałeś: że masz już dziewczynę i nie możesz z nimi być - i to wcale nie niestety. Zresztą dziewczyna mająca swoją godność osobistą nie poniża się i żebrze o uczucie w taki sposób. To facet przecież powinien zabiegać o względy dziewczyny - ten świat chyba stanął na głowie! Przeczytaj Michale odp. nr 25, żebyś potrafił to Ty być przewodnikiem w związku, a z tymi dziewczynami to radziłabym w ogóle nie wchodzić w dyskusje. Nie i koniec.

  Rudzielec, 27 lat
89
20.08.2005  
Chyba już jestem tak zdesperowana,że wszędzie próbuję znaleźć rozwiązanie. Nawet nie wiem od czego zacząć. wszystko jest tak bardzo skomplikowane. Mam chłopaka (teraz raczej kolegę) od 7 lat kiedy sie poznaliśmy bylismy bardzo w sobie zakochani,byliśmy bardzo szcześliwi z czasem nasze zakochanie przeradzało się w miłość prawdziwą, czystą. Budwoaliśmy ją na fundamęcie Miłości doskonałej. Uczyłam się w ostatniej klasie szkoły średniej on studiował na pierwszym roku politechniki. Nie chodził do kościoła. Ja zawsze byłam związana z kościołem należałam do kółka różańcowego, należałam do oazy, korespondowałam z siostrami zakonnymi. Moja wiara była moją skałą, trzymała nas.Małymi krokami zbliżałam go do powrotu do kościoła. Pokazywałam mu miłośc Chrystusa i kościół moimi oczami. Kiedy pierwszy raz będąc w kościele odmówił ojcze nasz byłam tak bardzo szczęśliwa jak nigdy dotąd z radością dziękowałam Bogu za tą łaskę. Zbliżał sie do kościola coraz bardziej poszedł do spowiedzi. Zaczeliśmy planować swoją przyszłość razem wiedziałam że to jest ten mężczyzna z którym chcę spędzić reszę swojego życia. Chcieliśmy wziąść ślub byliśmy zdecydowani, tacy szcześliwi, kiedy ktoś na nas patrzył widział w nas wielką milość, ludzie uważali nas za idealną parę, zrobiliśmy kurs przedmałżeński Jednak w pewnym momęcie zaczeło sie wszystko sypać, oboje nie mieliśmy pracy co było przeszkodą wielką jak nam się wydawało, nie mieliśmy własnego mieszkania a sytuacje rodzinne nasze nie pozwalały abyśmy mogli zamieszkać z rodzicami, wszyscy nam odradzali mowiąć że jesteśmy zamłodzi i tak zaczeliśmy to wszystko odkładać, ja zaczelam mieć coraz poważniejsze wątpliwości. Bo wcześniej nie wyobrażałam sobie innego życia jak tylko życie konsekrowane. Jednak nie potrafiłam się zdecydować. Zawsze myślałam, że spotykam ludzi na swojej drodze aby im pokazać drogę do Chrystusa i na tym się moja rola miała konczyć. Zaczeły się spiętrzać nasze problemy. Podstawą naszego związku było zaufanie, staraliśmy się rozmawiać uczyć się siebie. Bo przecież to ogromna praca. Jednak zaczeliśmy się od siebie oddalać. W naszym życiu dwa lata temu nasąpiła zdrada z obu stron, z tym że przez rok on mnie okłamywał. Z miłościa wybaczyłam mu to.Na pytanie kim jestem dla Ciebie odpowiada że nie wie, że on sam nie wie czego chce. Nasza sytuacja materialna się bardzo zmieniła oboje mamy bardzo dobrą pracę, ale nie mamy już siebie pozostała mi modlitwa i ufność bo cóż mogę jeszcze zrobić jeśli moge coś zrobić. Wydaje mi się że wsztsko już co było możliwe zrobiłam. Po 7 latach dotarło domnie, że moje miejsce jest przynim ale to juz zapóźno. Teraz nie ma już nic starciłam swoje powolanie, straciłam siebie, straciłam przedewszystkim jego. Przestał chodzić do kościoła, jakieś trzy lata temu. Czy można to jakoś uratować? czy są jakieś szanse? co mam robić? oboje się bardzo poraniliśmy. Jakże smutne są teraz nasze dusze, ide do źrodła miłości ale ono nie odpowiada? oddaję wszystko w ręce Najwyższego z ufnością i czekam ale jak długo? Czy warto jeszcze walczyć kiedy nie ma już najmiejszych sił? przecież nikogo nie zmuszę do tego aby mnie pokochał. W ostatnim czasie przestaliśmy się zesobą kontaktować, czy to już koniec? czy tak poprostu mam sobie dać z tym spokój? przecież napewno jest w tym jakiś sens i cel. Czy Bóg tak porostu nas postawił na naszych drogach żebyśmy sie teraz rozstali? Kiedy oboje nie pracowaliśmy studjowaliśmy zaocznie, co czwartek chodzilismy razem na adoracje o 15 godzinie ucielakismy się do ran Chrystusowych w koronce do Miłosierdzia. Jestem juz tak bardzo zdesperowana, a zarazem, chce dalej walczyć. Ufam jednak ciągle chyba zamało, a może poprostu pora odejść i zapomnieć? może ktoś ma pomysł co dalej z tym zrobić. Jak żuraw i czapla, a ja bym chciała się poprostu obudzić obok niego nad ranem i spojrzeć w jego oczy i zacząć dzień Bardzo go kocham i dlatego piszę........

* * * * *

No właśnie dlatego niedobrze jak narzeczeństwo trwa tyle czasu...Na pewno potrzeba Wam wzmocnienia i rozeznania co dalej. Proponowałabym Wam pojechać jeszcze raz na kurs przedmałżeński, ale nie taki przy parafii ale albo wyjazdowy albo raz w tygodniu (zależy w jakim mieście mieszkacie) metodą dialogu między narzeczonymi, tzw. "Wieczory dla zakochanych". Nie będę się rozpisywać na ten temat, zajrzyj tu i zapiszcie się: www.spotkaniamalzenskie.pl, www.malzenstwo.pl
Myślę, że po tym wszystkim co razem przeszliście i co Was połączyło warto jeszcze zawalczyć o ten związek albo przynajmniej dać sobie szansę. Ten kurs pomoże Wam podjąć właściwą decyzję. To seria spotkań, na których będziecie wobec siebie szczerzy i jeśli macie być razem to Was połączy a jak nie to też utwierdzi w tej decyzji. Bo to nie jest tylko zwykły kurs przedmałżeński, ale spotkania dla wszystkich, którzy chcą zdecydować czy być razem. Spróbuj przekonać chłopaka, żebyście się tam jednak wybrali, to w sumie tylko weekend, a może zdecydować o całym życiu. Pomoże też rozmowa z jakimś księdzem no i może pielgrzymka a może litania w tej intencji?
Jeśli chcesz namiary np. na jednonocną pielgrzymkę do Niepokalanowa to napisz: admin@adonai.pl, wyślę Ci konkretne namiary.
Rozumiem Twój ból z powodu odejścia chłopaka od Kościoła, myślę, że to jeden ze skutków pobłądzenia w ogóle. Na razie do niczego go nie zmuszaj, po prostu dawaj dobry przykład. Zobacz też co napisałam w odp. nr 69. Życzę Ci naprawdę trafnego wyboru i prawdziwej miłości w życiu.

  Agnieszka, 20 lat
88
20.08.2005  
Czy mozna modlic sie o to , zeby ktos, kogo kochasz, zostal w przyszłosci twoim męzem? A jesli w tej osobie kocha sie wiecej osob ...czy taka modlitwa ma sens???? Czy w ogole mozna o takie sprawy sie modlic?

* * * * *

Na pewno warto się modlić o dobrego męża. Możesz zajrzeć tu: [zobacz]
Można też się modlić konkretniej, tak jak mówisz tylko, z tym, że dodać "jeśli taka jest wola Boża". No bo tak naprawdę w naszym życiu chodzi o rozeznanie i realizację woli Bożej. Bo Bóg chce dla nas najlepiej. Jeśli Jego wola jest zgodna z naszymi planami to ta modlitwa i tak nie idzie na marne, bo Bóg chce aby Go prosić, aby mógł nam dać. Zresztą modlitwa to rozmowa z Bogiem więc dobrze jest się modlić, mimo, iż Bóg wie czego nam potrzeba. To tak jak z dzieckiem i rodzicami. Oni też wiedzą czego dziecku potrzeba, a mimo wszystko cieszą się jak dziecko z nimi rozmawia, prawda?
To, że w danej osobie kocha się więcej osób nie ma znaczenia - dlatego mówimy "jeśli taka jest wola Boża". Trzeba też pamiętać, że niekoniecznie Bóg da nam to dokładnie o co Go prosimy - czasem całe szczęście, że tak jest! Na pewno jednak zatroszczy się o nas i dostaniemy dokładnie to co jest nam potrzebne.

  Kasia, 16 lat
87
20.08.2005  
w odpowiedzi na 8. pytanie napisała Pani: \"gorzej gdy kiepskie relacje z własnym ojcem i brak poczucia bezpieczeństwa z jego strony popychają taką dziewczynę w ramiona starszego mężczyzny, gdy podświadomie szuka ona relacji ojcowskiej w takim związku\". Więc czy to źle, gdy dziewczyna, która nie ma najlepszych kontaktów z ojcem wiąże się ze starszym mężczyzną?

* * * * *

Źle jest dokładnie tak jak napisałam, tzn. jeśli motywem związania się ze starszym mężczyzną (tzn. mówiąc "starszym" ja mam na myśli różnicę wieku ok.7-15 lat, nie 2-5 :) jest chęć zaspokojenia potrzeby relacji ojcowskiej w takim związku. Jeśli dziewczyna będzie się zachowywać nie jak partnerka ale jak mała dziewczynka, jeśli będzie oczekiwała od mężczyzny nie oparcia i poczucia bezpieczeństwa jak od męża tylko jak od tatusia. Sama przyznasz, że czego innego oczekujesz i inne masz relacje z ojcem niż z chłopakiem, prawda? I teraz, jeśli dziewczyna w domu nie zaznała ciepła i miłości od ojca, jeśli nie pokazywał jej świata, nie był filarem domu, nie łączyły go dobre stosunki z jego żoną, to taka dziewczyna czuje pewną pustkę i próbuje ją zapełnić we własnym związku. Wydaje jej się zatem, że to czego nie dał jej ojciec da jej partner. Chłopcy w jej wieku wydają jej się dziecinni i nie dają jej tego czego ona potrzebuje. Podświadomie więc może szukać starszego mężczyzny. Znajdując go wreszcie czuje że otrzymuje to czego pragnęła. Ale uwaga! - ona zaspakaja swoje potrzeby jak córka a nie jak partnerka. Oczekuje, że ten mężczyzna pokaże jej świat, będzie ją rozpieszczał, spełni jej oczekiwania. Często tak właśnie się dzieje, bo ten starszy mężczyzna jest już ustabilizowany finansowo, do tego cieszy go uroda młodszej partnerki. Mówi się, że niektórzy panowie przeżywają wtedy drugą młodość. Oczywiście nie jest tak w każdym przypadku i nie każdy związek oparty na różnicy wieku tak wygląda, ale w części związków tak bywa.
Reasumując:
Nie ma nic złego w zdrowych związkach z kimś starszym (pisałam o tym w tamtej odpowiedzi), źle tylko jest jak ktoś w związku oczekuje innej relacji niż powinna być. I dotyczy to wszystkich: i tych, którzy mają w domu dobre relacji i tych, którzy ich nie mają.

  Wiktoria, 26 lat
86
19.08.2005  
Czy w życiu kocha się prawdziwie tylko raz czy kocha się drugi i trzeci i znów? Ja w życiu byłam zakochana co najmniej 3 razy i boję się,że gdy np. wybiorę jedną z tych miłości na męża, będę cierpiała z powodu innej miłości - że ona też istnieje. Gdyby się kochało prawdziwie tylko raz sprawa by była rozwiązana i nie cierpiałabym z powodu istnienia jeszcze innej miłości i nie byłabym o nikogo zazdrosna. Dziękuję za odp.

* * * * *

Przeczytaj odp. nr 58. Tak, można kochać prawdziwie wiele razy, tak jak zakochać się można też wiele razy. Tylko, że miłość od zakochania różni się tym, że jest to pragnienie dobra dla drugiej osoby. Tak, jak napisałam w odp. nr 58 wybieramy tę jedyną osobę spośród osób, które mamy wokół siebie w tych okolicznościach, w jakich dane nam się było w danym czasie znaleźć. A zatem nie ma czegoś takiego jak przeznaczenie. I teraz: jeśli spośród tych osób decydujemy się na tę jedną i kochamy ją tak, że pragniemy jej dobra, to dzięki rozeznaniu (rozum) i decyzji (wolna wola) wybieramy ją na małżonka. A jak już wybierzemy to ślubujemy jej miłość, wierność i uczciwość... i nie zastanawiamy się czy gdzieś ktoś byłby lepszy, bo my już mamy męża.
Poza tym droga Wiktorio - gdybyśmy kochali prawdziwie tylko raz to chyba nikt by rodziny nie założył, bo to dopiero byłoby utrudnione zadanie: rozeznać czy ta miłość jest prawdziwa? Ciągle byśmy się obawiali czy wystarczająco pragniemy tego dobra i czy nie będzie w życiu sytuacji, że byśmy dla kogoś tego dobra zapragnęli jeszcze bardziej. No i świadomość, że jak się pomylisz to ta druga połówka od "prawdziwej miłości" będzie gdzieś istnieć bez nas. Bogu dziękujmy, że nie ma "jedynej słusznej" miłości.
Jak już wybierzesz to gwarantuję Ci, że będziesz tak związana ze swoim mężem, że nawet nie przyjdzie Ci do głowy, żeby się zastanawiać czy gdzieś indziej jest jeszcze jakaś miłość. Po prostu nie będzie Cię to obchodzić, bo będziesz rozwijać to co masz. Powodzenia w życiowych wyborach!

  Asia, 22 lata
85
19.08.2005  
Czesc mam pytanie czy jak para ze sobą współżyje przed ślubem ma szanse się nawrócić to znaczy przestać to robić i zachować czystość czy to ma sens skoro już zaczęli czy to może jeszcze ich podnieść i sporwadzić na dobrą drogę?

* * * * *

Oczywiście, że jest szansa i jest sens zachowywać czystość. Ten czas wstrzemięźliwości przed ślubem na pewno przyniesie błogosławione owoce. Z czysto praktycznych chociażby:
     - nauczą się czekać na siebie (bo przecież nawet w małżeństwie nie zawsze można współżyć, jest przecież miesiączka, czas płodny - gdy nie planuje się dziecka, czas po porodzie, choroba itp.)
     - nie będą się bali niespodziewanej ciąży,
     - nie będą bali się spowiedzi przedślubnej.
     A poza tym czystość duchową zawsze można odzyskać, choćby nie wiem jaką miało się przeszłość (por. Maria Magdalena). Fizycznego dziewictwa już nie, ale z relacji par, które po współżyciu zdecydowały się zachować czystość do ślubu wynika, że ten czas był dla nich czasem, kiedy nauczyli się czułości nie tylko seksualnej, nauczyli się dostrzegać wiele rzeczy, których przedtem nie widzieli, a później noc poślubna była prawdziwym świętem.
Współżycie przed ślubem trochę "zaślepia", tzn. wytwarza tak mocną nić przywiązania (psychiczną), że nie widzi się wielu wad drugiej osoby, ciężko jest obiektywnie ocenić czy ten człowiek nadaje się na współmałżonka. Często dochodzi tu też mieszkanie razem a zatem po prostu proza życia codziennego i "prawie małżeńskie" problemy powodują, że myśli się innymi kategoriami, a czasu narzeczeństwa praktycznie nie ma! No bo nie ma randek, spotkań wyczekiwanych i tej całej romantycznej i trochę tajemniczej otoczki, tego czekania na siebie, na moment, kiedy będziemy już razem Tego po prostu nie ma. A najbardziej żałosny musi być moment kiedy budzą się razem w dniu ślubu, biorą ślub i po weselu wracają do tego samego domu, tego samego łóżka. I co tu się zmieniło? Gdzie ta radość? To odkrywanie siebie, swoich ciał?
Postanowienie zachowania czystości przywraca - oczywiście w okrojonym kształcie, ale przywraca - radość czekania i cieszenia się perspektywą bycia razem. Uwalnia od wyrzutów sumienia, uczy dostrzegania innych wartości niż fizyczność drugiej osoby, pozwala spojrzeć obiektywnie. Poczytaj też o tym tu: [zobacz]

  Maria, 27 lat
84
18.08.2005  
Czy współżyjąc z osobą z którą się ma tylko ślub cywilny to grzech? Czy grzeszy mężczyzna poślubie kościelnym współżyjąc z kobietą tak,że nie dopuszcza do wytrysku w kobiecie, tylko na zewnątrz? Dzięki za odp.

* * * * *

Na oba te pytania odpowiedź brzmi: tak. Jeśli masz jakieś wątpliwości powiedz o tym na spowiedzi.

  Jaroslab, 16 lat
83
18.08.2005  
To co terash napishe może być strasznie głupie i jest ale mam nadzieję, iż mnie nie wyśmiejecie =/ Nie wiem czy ją kocham, czy to zauroczenie lub moja własna głupota, ale wiem, że za nią świruje =) Ten ktoś to moja KUZYNKA =/ mam nadzieję, że jush się naśmialiście Najgorsze jest to, że mieszka w innym mieście... może nawet to dobrze...sam nie wiem, błądze myślami i uczuciami =( Najgorsze jush za nami.... śmieszne jest to, że ona jest o 4 lata młodsza (ja mam 16 - ona 12) I nie jestem pewien, ale chyba odwzajemnia moje uczucie lub tylko się z tego zbija (nabija, śmieje)
Mówiłem o tym moim rodzicą, tata mnie z lekka wyśmiał, ale potem pogadali ze mną na powarznie, nikomu raczej nie było do śmiechu.. Odradzali mi, gadali, że narazie mam się uczyć itp, itp Nie wiem co robić błądze, jak wcześniej o tym wspomniałem. Cały czash o niej myśle i myśle, i myśle.... Najgorsze dla mnie jest to, że ona tak w wieku 9-10 lat zaczeła pić i palić (jej siostra jest w pełni NIEmoralną osobą)...Gdy wspomniałem, że z palaczami i alkoholikami się nie zadaje, to \"niby\" się zmieniła...
Jeżeli mnie nie wyśmiejecie to zapewne będziecie mi odradzać.... Zamiast mi odradzać to napiszcie lepiej w jaki sposób o niej zapomnieć lub jakie mogą być skutni z \"zadawania\" się znią mam nadzięję, iż podejdziecie do tego poważnie =( Widuję się z nią tylko w wakacje i ferie W te wakacje jej powiedziałem, o tym, że ja do niej cosh czuje, unikała tego tematu, ale ja cały czash swoje gadałem... =/ zapyałem się jej czy zostanie moją dzieffcyną Odpowiedzi udzieliła po kilku dniach: Zgodziła się =) to jest moją radością i przekleństwem jednocześnie =( nie wiem czy jej odpowiedź była szczera, czy bała się że jeżeli odpowie NIE to straci przestane ją lubić itp itp.
Błądze... jestem katolikiem, wiem, że to wbrew penym zasadą religii chrześcijańskiej, ale to uczucie jest silniejsze ode mnie =( Tak mi jej brakuje, tęsknie za nią, świruje... =( Czekam na washą odpowiedź.......


* * * * *

Po pierwsze - nie napisałeś jaki stopień pokrewieństwa Was łączy, bo może się okazać, że w ogóle ten związek nie mógłby zaistnieć w świetle prawa i państwowego i kościelnego.
Po drugie - jak chcesz zapomnieć - zobacz np. odp. nr 80.
Po trzecie - "skutkami" życia jakie ona prowadzi to powinni się zająć jej rodzice. A co do Ciebie to skoro masz 16 lat to potrafisz odróżnić dobro od zła i jeśli nie jesteś osobą ulegającą złym wpływom (mam na myśli owo picie i palenie) to nie rozumiem czemu miałoby to mieć na Ciebie negatywny wpływ. Wprost przeciwnie: to Ty swoim dobrym przykładem (ale przykład rozumiem jako działania, czyny, własną postawę a nie nakazy i mówienie) powinieneś pokazać jej, że można żyć inaczej.
No i po czwarte: skoro ona ma 12 lat...to czy nie lepiej po prostu budować przyjaźń między Wami? Bo i tak przyjaźń jest podstawą miłości, więc od tego trzeba zacząć. Jeśli Ci na niej zależy to nie naciskaj, by Cię pokochała ale pokaż jej inny świat, zabieraj ją na wycieczki, do kina, do muzeum, rozmawiajcie dużo na wszystkie tematy. Jeśli nawet nie będzie między Wami miłości to nie stracisz czasu: wprost przeciwnie - zrobisz coś bardzo dobrego, co na pewno zaprocentuje w jej życiu. Życzę Ci powodzenia! I spokojnie - wszystko się ułoży. Polecaj też Bogu tę sprawę w modlitwie.

  Maria, 27 lat
82
18.08.2005  
Kocham i jestem kochana, a mimo to nie mogę się zdecydować,żeby za niego wyjść, z tego powodu,że uwazam ,ze on kocha jeszcze inną kobiete inną miłością niż mnie, pierwszą może najsilniejszą i boję się,że będę z tego powodu w małżeństwie cierpiała, z tego powodu co on będzie przeżywał, gdy ją np. spotka. On mówi,że jej nie kocha tylko mnie,że to przeszłość, ale ja i tak boję się,że będę cierpiała z powodu tej drugiej miłośći,że jak ją zobaczy to serce jego nie sługa będzie bić mocniej. Jesteśmy wspaniałą parą, oddaną sobie razem ok.5 lat,a ja naprawdę nie wiem co zrobić. Kochamy się a jednak nie wiem co zrobić z tą drugą miłością jego do innej kobiety, bo mam dowody ,ze on jeszcze nadal coś do niej czuje, coś? - myślę,że miłość.Bardzo proszę o radę,
Maria


* * * * *

No to trzeba wyjaśnić sytuację - albo Ty albo ona. Ale szczerze. Jeśli rzeczywiście jest tak jak mówisz - zobacz odp. nr 66, nie można z taką świadomością wchodzić w małżeństwo. Miłość jest wyłączna. Ale jeśli tylko Tobie tak się wydaje a Twój narzeczony już uporał się z problemem (5 lat to szmat czasu, aż dziwne by nadal czuł coś do tamtej dziewczyny i to planując małżeństwo z Tobą) to potrzeba szczerych rozmów z narzeczonym albo...zaufania. Zaufanie jest jednym z filarów w związku, bez niego ani rusz. Jak brakuje zaufania to prosta droga do zazdrości, podejrzeń, wyrzutów, kłótni, sprawdzania tego drugiego - aż do obłędu. A to już nie jest miłość.
Miłość ufa. Oczywiście miłość nie jest bezkrytyczna, nie jest naiwna. Tę sytuację trzeba koniecznie przed ślubem wyjaśnić. Porozmawiajcie. Może tak jest, że narzeczony po prostu czuje tylko jakiś sentyment do tamtej dziewczyny, ale nic już go "nie rusza". Nie można też żądać, żeby zupełnie wyrzucił ją ze swojej pamięci. Z serca - tak, ale nie z pamięci!
Nie wolno żądać od drugiej osoby aby zapomniała o byłej sympatii. W końcu to jakiś rozdział jego życia i jeśli jest już uporządkowany to nie ma powodu do obaw. Powodzenia!

  Kasia, 15 lat
81
18.08.2005  
Czy jak ktoś zakocha się w osobie,która niechce być z tym kimś, a ten ktoś niemoże zapomnieć o tej osobie co wtedy musi zrobić?

* * * * *

Zobacz następną odpowiedź.

  Asia, 15 lat
80
17.08.2005  
poznałam chłopaka starszego o 7 lat.mialam nawet wrażenie, że on coś do mnie...później jednak uświadomiłam sobie, że on tak do wielu dziewczyn, że on ma chyba taki stosunek do naszej płci.ale boję się, że mi troche odwaliło na jego punkcie....co mam zrobić żweby zapomnieć?????

* * * * *

No widocznie "ten typ tak ma". Nawiasem mówiąc są chłopcy, którzy swoim sposobem bycia sprawiają wrażenie, że są zainteresowani konkretną dziewczyną, ona biedna wszelkie przejawy ich sympatii bierze za dobra monetę a jak przychodzi co do czego to się okazuje, że oni traktują ją "jak koleżankę". Oczywiście nieraz jest tak, że ktoś się w kimś zakocha wcale nie według tego scenariusza, tak po prostu, ale takie sytuacje też się zdarzają. Nie wiem z czego to wynika. Z chęci dowartościowania się przez takiego chłopaka, może z charakteru, może ze sposobu bycia? Różnie bywa. W każdym razie apeluję do chłopaków (no dziewczyn też, choć mam wrażenie, tzn. moje doświadczenie na to wskazuje, że są to raczej chłopcy) aby czasem się najpierw zastanowili nad jakimś gestem czy słowem, nad zbyt daleko idącym komplementem, bo później są takie właśnie historie!
Co zrobić, żeby zapomnieć? No chyba najprostsze ale najskuteczniejsze: unikać kontaktów (na ile się da, czasem jest trudność gdy jest się np. w jednej klasie), ale nie bywać w miejscach gdzie on, nie dzwonić, nie pisać. Zapominać - to proces, dlatego nie piszę "zapomnieć" tylko "zapominać". Znaleźć sobie absorbujące zajęcia pomagające zająć umysł czymś innym: aerobik, język itp. Pomagać więcej w domu, może też starszym sąsiadom? A może to dobry czas, żeby znaleźć swoje miejsce w jakiejś grupie formacyjnej (oaza itp.). Czas leczy rany, także serca.

  Monika, 33 lat
79
17.08.2005  
na jakie pieszczoty mozna sobie pozwolic w narzeczenstwiie???

* * * * *

Jakie pieszczoty? A dokładnie takie jak przed narzeczeństwem. Zaręczyny nie są jakąś magiczną granicą, poza którą wolno więcej w seksualności, w cielesności. Jeśli zaś pytasz o gesty, to już troszkę inaczej, wiadomo, że im jest się ze sobą bliżej duchowo tym bardziej pociąga bliskość fizyczna. O ile na początku wystarcza trzymanie za rękę, to potem pragniemy być obejmowani, przytulani, głaskani, pragniemy pocałunku. I to jest normalne i nie ma w tym nic złego jeśli w tym wszystkim jest czystość. Spojrzenia, myśli, czynów. Przede wszystkim należy zadać sobie pytanie: po co to robimy? Co to ma wrażać? Czy mnie to ubogaca czy zubaża, poniża? Czy jest to wyrazem pożądania czy miłości?
Obowiązuje czystość. I wcale nie przestanie ona obowiązywać po ślubie bo równie dobrze można grzeszyć nieczystością w małżeństwie co wspaniale zachowywać czystość przed ślubem. To wcale nie jest tak, że narzeczeni są obłożeni wszelkimi możliwymi zakazami, a po ślubie to już hulaj dusza. Ani to ani to.
Po prostu czystość. Może być czyste chodzenie ze sobą, czyste narzeczeństwo i czyste małżeństwo i współżycie (po ślubie oczywiście) też może, a nawet powinno być czyste.
Jeśli masz jakiekolwiek wątpliwości co do tego czy Wasze zachowanie było czyste czy nie powiedz o tym na spowiedzi, na pewno zostaniesz właściwie ukierunkowana. Polecam też tę wypowiedź: [zobacz]

P.S. Gratulacje z powodu podjęcia decyzji o małżeństwie. :)

  Ewa, 32 lata
78
16.08.2005  
Witam serdecznie! Mam problem z podjęciem decyzji czy mam zostać przy boku ukochanego człowieka czy odejść? On jest starszy ode mnie o dwa lata. Jest wdowcem z dwojgiem dzieci w wieku 7 lat. Żona zmarła krótko po urodzeniu bliżniąt. Poznaliśmy się dwa lata temu, ale od teo czasu tylko dwa razy widziałam się z dziećmi. Rodzina jego zmarłej żony całkowicie przejęła kontrolę nad wychowaniem dzieci. Zajmują sie nimi ciotki, które maja blisko czterdziestki i same jeszcze nie ułozyły sobie życia. Pozwalają dzieciom mówic do siebie mama-ciocia. zabraniają ojcu wychodzić z dziećmi, zabierać je na wakacyjne wyjazdy. Tak zaczęło się dziać odkąd ja się pojawiłam w jego zyciu. Kupiliśmy mieszkanie by on mógł sie wyprowadzić od tamtej rodziny, ale chyba nie planuje przeprowadzki razem z dziećmi. Ja od dwóch lat prosze o spotkanie z nimi, ale jakoś nigdy do tego nie doszło. On tłumaczy się tym, że chce załatwić sprawę ze spokojem, ponieważ zawsze ilekroć pojawia się problem dzieci w tamtym domu wybuchaja awantury. Teraz niby sie uspokoiło, ale myślę, że tylko dlatego, ponieważ on nie zaczyna z nimi tematu dzieci i przeprowadzki. Przez cały czas mi powtarza, że chce by dzieci same poprosiły io spotkanie ze mna, ale jak mogą o to poprosić skoro mnie nie znają, a ciotki przedstawiły mnie jako Złą Panią? Wiem, że on mnie bardzo kocha i kocha bardzo swoje dzieci, ale jakoś nie moge zrozumieć, jak może tak długo zwlekać z decyzją spotkania mojego z dziećmi. Niby planuje przyszłość ze mna, ale ja ilekroć o tym mówi zmieniam temat, ponieważ uważam, że nie tędy droga. Najpierw powinny poznać mnie dzieci, a dopiero później powinniśmy coś planować. Chcę z nim być, i wiem, że jest to bardzo dobry człowiek, który da mi szczęście. Nie mogę jednak zamieszkać tylko z nim, a jego dzieci gdzieś w innym domu. Mam też w sercu głębokie przekonanie, że gdyby dzieci mnie poznały to zapewne chciały by zamieszkać z nami. Wiem, że chyba każde dziecko pragnie normalnej rodziny, a nie czterech ciotek, które nie moga byc jednocześnie ojcem i matką.
Nie wiem, co mam dalej robić, nie wiem jak żyć. Nie mogę być z nim bez dzieci. Nie wiem tylko, jak mam tę sprawę zalatwić, jak nakłonić go do tego by w tamtym domu powiedział głośno, że to on jest ojcem dzieci i ma do nich całkowite prawo. Może gdyby był bardziej stanowczy to tamta rodzina nie wykorzystała by tego. Jeśli możecie to pomóżcie mo podjąć jakąś decyzję. Może powinnam zakończyc ten związek?
Pozdrawiam serdecznie!


* * * * *

Ewo! Może najpierw przeczytaj odp. nr 25 - wprawdzie dotyczy to innego tematu, ale pisałam tam o mężczyźnie, jego pozycji w związku. Mam wrażenie, że następuje teraz kryzys męskości. To, że jest kryzys małżeństwa, rodziny, ojcostwa - to jest wiadome od dawna. Ale pomału zaczyna się nawet kryzys męskości. Mężczyzna zatraca swoją tożsamość i mimo, iż wydaje mu się, że osiąga coraz większe sukcesy tak naprawdę traci swoje męskie cechy. Ja tu nie mówię o mężczyźnie typu "macho" ale o pierwotnych, prawdziwie męskich cechach, takich jak: odpowiedzialność za rodzinę, opiekuńczość, mądrość, odpowiednie wartościowanie świata, ukazywanie drogi osobom będącym pod jego opieką, PRZEWODNICZENIE. Mężczyzna musi być przewodnikiem. Tak jak pisałam - nie władcą tylko przewodnikiem. To jego natura wyposażyła tak, że potrafi nie kierując się emocjami podjąć właściwą przemyślaną decyzję. To on powinien kobiecie, kierującej się sercem wskazać czasem właściwy kierunek i konsekwencje działania pod wpływem emocji. To on ma chronić kobietę, czasem nawet chronić przed nią samą. Tak! Kobieta czasem sama dla siebie jest zagrożeniem, kobieta, która chce za wiele wziąć na ramiona, która zrezygnuje z siebie, żeby oddać innym wszystko aż do wypalenia, do pustki wewnętrznej. Mężczyzna ma w sobie instynkt, który nie pozwoli mu na samozagładę, a kobieta poświęci się do końca.
Do czego zmierzam? Do ukazania, że mężczyzna jest przewodnikiem i siłą w związku i rodzinie. Dlatego droga Ewo, masz całkowitą rację, że kwestie, o których piszesz musicie uregulować przed ślubem. Nie rozumiem, w głowie mi się nie mieści, żeby zakładać możliwość niemieszkania z własnymi dziećmi a pozostawienia ich pod opieką choćby najlepszych ciotek. I dobrze, że Tobie tez się nie mieści. Twój narzeczony musi, jeśli chce zbudować normalną, kochającą się rodzinę znaleźć w sobie siłę, aby uniezależnić się od rodziny i wziąć odpowiedzialność za nową rodzinę, którą stworzy. Zadanie ma ułatwione, bo Ty przecież chcesz być matką dla tych dzieci. A on jako ojciec musi być dla nich wzorem, musi być przewodnikiem na ścieżkach ich życia. Kto, jeśli nie on, ma ukazywać im wartości i uczyć życia? Kto ma im dawać przykład? Ja nie pojmuję rozumowania "dzieci muszą poprosić o spotkanie. Są to dzieci kilkuletnie, to jak mają poprosić o spotkanie z kobietą, której nie znają? A po co??? Dzieci nie czują takiej potrzeby, to on powinien jak najwcześniej - jeśli planuje z Tobą małżeństwo - przyzwyczajać ich do Twojej obecności i Tobie ułatwić oswojenie z nimi. Przecież to może być tak, że one Ciebie od razu nie zaakceptują i to będzie normalne, to może być cały proces, nad tym trzeba pracować.
Kolejną kwestią jest duże zło wyrządzane dzieciom (no i Tobie pośrednio) przez ciotki. Nasuwa mi się tu wniosek, może pochopny, ale na to wygląda - że rodzina narzeczonego po prostu Cię nie zaakceptowała. Może ma tu miejsce ciągłe porównywanie do jego zmarłej żony? Może coś im się w Tobie nie podoba? Być może. Ale to nie ciotkom masz się podobać tylko narzeczonemu i one nie mają najmniejszego prawa wtrącać się do Waszego związku, a po ślubie także do wychowania dzieci. Twój narzeczony pozwolił w pewnym momencie (z wygodnictwa? z bezradności? -nie wiem) na przejęcie przez ciotki wychowania dzieci i one teraz tak łatwo nie popuszczą. A zatem próbują dzieciom obrzydzić Ciebie.
To Wy (Ty, Twój narzeczony i dzieci) stworzycie rodzinę, nie ciotki. Stworzycie nową rodzinę. Wspaniale, że będziecie mogli mieszkać osobno. Nikt nie ma prawa Wam mówić jak macie to zrobić. Twój narzeczony jest odpowiedzialny za to jak ta Wasza rodzina będzie wyglądała (no Ty oczywiście też ale ja tu mam teraz na myśli kwestię zabrania do siebie dzieci i podjęcia odpowiedzialnej, męskiej decyzji). Porozmawiaj z nim szczerze, bardzo szczerze, może aż do bólu. Przedstaw jednoznacznie (bez uciekania od tematu) swoją wizję Waszej rodziny, swoje oczekiwania. Skonfrontujcie je. Musicie dojść do kompromisu, do wspólnych ustaleń, bo małżeństwo będzie jednym wielkim kompromisem. Musicie nauczyć się rozmawiać szczerze na wszystkie tematy.
Ruch należy do Twojego narzeczonego. To on musi wystąpić w roli mężczyzny. Głośno i wyraźnie poinformować ciotki kto tu jest ojcem a kto będzie matką. Zabrać dzieci i zacząć je wychowywać, a ciocie owszem - mogą pomóc, mogą zostać z dziećmi, ale nie wolno im zastępować rodziców.
Obojgu Wam polecam książki: Walter Trobisch "Sztuka zrozumienia mężczyzny" i John Eldredge "Dzikie serce. Tęsknoty męskiej duszy" - ta ostatnia książka zwłaszcza dla twojego narzeczonego (może prezent z jakiejś okazji?).

  Asia, 17 lat
77
16.08.2005  
Rok temu poznałam chłopaka. To ja zaczęłam tą znajomość, jednak nie wyszło nam i po kilku miesiącach przestaliśmy sie widywać. Dręczą mnie troche wyrzuty sumnienia bo to ja chciałam go poznać a potem mimo, że on poczuł coś do mnie zerwałam znajomość z nim (miedzy nami miała pozostać przyjaźń). Jednak on bardzo się narzucał i wciąż to robi a ja nie wiem jak nie sprawic mu przykrości. tzn. wiem ze juz jest jemu przykro, moze nawet nie zdaje sobie sprawy jak bardzo przykro, ale uważam, że to trwa juz zbyt długo. Powiedziałam mu wprost, ze nie chcę z nim być a on wciąż prosi mnie o następną szansę. Powodów dla których z nim \'zerwałam\' jest kilka. Przede wszystkim nie szanował mnie, mojego zdania, nigdy tak na prawde nie prowadziliśmy rozmów ale za to ja wysłuchiwałm jego. było mi z tym źle, powiedziałam mu o tym. Poza tym ciągłe wyznania miłości w smsach, które przez jego gardło nigdy nie przeszły. I chyba jeszcze to, co przeczytałam ostanio w jednej z odpowiedzi na tej stronie, o męskim przewodnictwie w zwiazku (ale nie władzy) a tu była właśnie władza, przewodnictwo jednak do mnie należało. Właściwie jestem juz do tego stopnia poirytowana jego uporem, że te powody nie mają juz żadnego znaczenia, po prostu nie chcę z nim być i kropka. On tez często wspominał o małżeństwie ze mną(nigdy nie wprost), to powodowało mój bunt.(ja chyba myślę o innej drodze życia, ale nie chcę się tym z nim dzielić). Czułam i czuję się nim osaczona ale bardzo nie chcę, żeby on cierpiał z mojego powodu. Zyskał sympatię mojej rodziny ale nie moją, kiedy więc prosze o radę odpowiedź jest jedna- daj mu drugą szansę. Ale czy jest sens skoro ja nie tak chcę żyć, chciałam by była między nami przyjźń (nie toleruję z resztą innej drogi do miłości) ale jemu to nie wystarcza. Nie wiem co mam zrobić. Czasami jeszcze się widujemy, ale nie są to miłe dla mnie spotkania, wciąż na okragło muszę powtarzać mu jaką podjęłąm decyzję. Co powinnam zrobić. Bardzo proszę o odpowiedź.

* * * * *

Nikogo się do miłości nie zmusi. Twój były chłopak najwyraźniej chce wzbudzić w Tobie poczucie winy i nawet mu się to udaje skoro odczuwasz wyrzuty sumienia. Z tego co piszesz byłaś wobec niego uczciwa, a to, że Ty zainicjowałaś tę znajomość przecież nie zobowiązuje Cię do bycia w związku, w którym się męczysz! Jeśli więc doszłaś do wniosku, że to nie ten człowiek to miałaś prawo odejść. Wprawdzie nic nie piszesz w jaki sposób przebiegało rozstanie i jakimi słowami mu o tym powiedziałaś (bo to też trzeba zrobić umiejętnie, żeby kogoś nie poranić, nie upokorzyć, nie "zdołować" dając do zrozumienia, że jest do niczego) no ale załóżmy, że odbyło się to kulturalnie. Dziwi mnie, że Twoja rodzina naciska na spotykanie się z nim, tym bardziej, że masz 17 lat, a zatem nie wchodzi w grę element "strachu przed staropanieństwem" córki (bez sensu, ale jest to jeszcze częste). Przecież to nie rodzina ma się z nim spotykać tylko Ty! Chłopak zrobił tu klasyczny błąd: próbując wymusić na Tobie spotkania powoduje, że Ty masz go coraz bardziej dość i wycofujesz się coraz dalej. Gdyby tego nie robił, gdybyś czuła, że on Ci nie "zagraża uczuciowo" być może nawet udałoby Wam się pozostać w stosunkach koleżeńskich. Tymczasem on coraz bardziej zraża Cię do siebie niszcząc więź między Wami i powodując, że coraz bardziej będą się w Twojej świadomości zacierać te dobre momenty a pozostanie uczucie złości i niesmak. Co zrobić? Nie zmuszać się do spotkań w imię wyrzutów sumienia. Czasem nawet lepiej jest urwać kontakty - w sumie on znając Twoje jednoznaczne stanowisko powinien do tego właśnie dążyć, aby szybciej "dojść do siebie" - niż zbrzydnąć sobie do reszty. Powiedziałaś "nie", jesteś tego pewna i on musi to uszanować, a żadne próby manipulacji (włączając w to Twoją rodzinę) nie powinny mieć miejsca. Pewnie czeka Cię niestety jeszcze poćwiczenie cierpliwości, ale nie rób nic wbrew sobie. No i nie bądź dla niego przykra: stanowczo ale grzecznie.

  Ana, 17 lat
76
15.08.2005  
mam problem. a może nawać to wyrzutami sumienia.? otóż w ostatniej kalsie gimnazjum zakochał sie we mnie pewien chłopak. nic nie wskazywało na to uczucie ale pewnego nia pwoeidział mi to prosto w twarz. z mojej strony nie mógł liczyc na nic więcej jak na dobrą znjomość. i na to sie zapowiadało. ale on tereaz uważa że zniszczyłam mu zycie i wogóle sie nie odzywa. nie chce słuchac wyjaśnien chociaz nie wiem nawet czy mu sie należą bo powiedziałm wszystko co chciałam powiedzieć. wydaje mi sie ze byl troche przewrażliwiony chyba jak każdy zakochany bo kazde spojrzenie rozczytywał jak cos wyjątkowego i teraz mysle że on może naprawde mnie kochał... a ja go zraniłam.... a teraz koniec szkoły i kontakt sie urwał. a mnie meczy jakis taki niepokój....ze nie dłaam mu szansy na przyjaźń.... a teraz juz za późno by cos zmienić... chociaz może lepiej nie ponawiac w nim tego uczucia skoro z mojej strony dalej nic nie ma może lepiej gdyby myslął że jestem idiotką, w której nie warto było sie zakochiwać.....

* * * * *

No to mamy piękny przykład tego jak to nie wolno mówić za wcześnie "kocham". Cóż, nie miej żadnych wyrzutów sumienia. Byłaś szczera wobec chłopaka, byłaś uczciwa. A czego on się spodziewał? Że wyzna Ci miłość a Ty w ułamku sekundy to uczucie odwzajemnisz? Chłopak w ogóle nie wie czym jest miłość, on zakochał się w Tobie, a nie pokochał Ciebie. Skoro zabrakło mu obiektu westchnień stwierdził, że zniszczyłaś mu życie. To wszystko świadczy o tym, że on nie pokochał Ciebie, nie chciał Twojego dobra, tylko po prostu zakochał się w Tobie, pokochał swoje uczucia do Ciebie. Nie myśl o tym, nic mu nie musisz tłumaczyć, to on ryzykując takie wyznanie powinien się liczyć z tym, że Ty możesz nie być nim zainteresowana. A skoro postawił wszystko na jedną kartę i jego męska duma została urażona, to czuje się upokorzony i musi odreagować. Jak nie daj Boże jeszcze ktoś o tym wie to czuje, że "wyszedł na idiotę" i próbuje zachować twarz wzbudzając w Tobie poczucie winy.
Głowa do góry! To może lepiej, że szkoła się skończyła? Oboje odetchniecie od siebie.

  Dorota, 24 lata
75
15.08.2005  
witaj! przeczytałam wszystkie listy z nadzieją że znajdę odpowiedź na moje pytanie.ale niestety... postaram się napisać jak najkrócej o tym co mnie boli ale nie będzie to proste.dlatego już na początku przepraszam za \"metrowy\" list.
jestem od pół roku narzeczoną. z moim narzeczonym (ma 27 lat) jesteśmy parą 4,5 roku. i żeby opisać sprawy miedzy nami muszę cofnąć się w czasie.
chciałam zawsze wytrwać w czystosci przedmałżeńskiej. ale nie udało się. to stało się z chłopakiem z którym szybko zakończyłam znajomość, a cała znajomośc trwała też bardzo krótko (miesiąc). co prawda nie doszło do współżycia (prawie) ale dla mnie to było i tak przekroczenie mojej granicy. nie wiem czemu to się stało czemu pozwoliłam aby ta sytuacja się zdarzyła, nie potrafiłam powiedziec nie. a najgorsze jest to ze to miało miejsce kilka razy. nie rozumiem czemu tak się zachowałam, nie kochałam go i nie czułam pożadania wiec nie potrafię się z tym pogodzić.bardzo tego załuję i czułam wstręt do samej siebie. wyspowiadałam się i jakos uporałam ze swoimi uczuciami. i zostawiłam to za sobą. potem poznałam mojego przyszłego narzeczonego. na początku okres zakochania więc było cudownie. niestety i tu kolejny ból miedzy nami też w sprawach cielesnych doszło do pieszczot. to jest dla mnie jeszcze bardziej nie zrozumiałe bo po tym co spotkało mnie powinnam zareagować inaczej, a wiem ze mojemu narzeczonemu też zależało na tym, żeby wtrwac. w końcu przyrzekłam sobie ze koniec i strarałam się trzymać tej zasady, i odnowiłam duchowo moje dziewictwo (z waszej strony). czasami nie wychodziło. ale teraz jest mi łatwo wytrwac. ale ciąglę sie o to kłócimy. ja jestem wytrwała a on chce. mówi ze nie czuje sercem żeby było coś w tym złego bo bardzo mnie kocha i chce być blisko. a na moje odmowy twierdzi ze nie czuję pociagu seksualnego a do tego poprzedniego chłopaka czułam. wie o nim wypomina mi to i jest bardzo niemiły. mówi wiele przykrych rzeczy. wiele razy o tym rozmawialiśmy ale on ciągle nie umie zapomniec. czasami zastanawiam się czy faktycznie akceptuję swoją seksualność (bo to jest podstawa o której też piszecie na stronie). do tej sprawy z seksualnością dochodzi jeszcze jedna rzecz. gdy byłam mała kilkanaście razy słyszałam jak kochają się moi rodzice. oni o tym nie wiedza ale ja nienawidziłam ich za to.i płakałam zawsze całą noc.

a wracając do mojego narzyczonego jest zazdrosny, uważa ze go zdradzam gdy witam się z kimś płci męskiej przez uscisk czy pocałunek w policzek (już tak nie robię bo się bardzo złościł).mówi mi jak mam się nie ubierac (np. koszulki na ramiączkach w których nie widzę nic złego). i kilka innych rzeczy. po prostu nie ma do mnie zaufania. uważa ze przez to co było i to co robiłam jak byliśmy razem (nie ma sensu opisywać wszystkich sytuacji wszystkie zwiazane sa moim zdaniem z kontaktami moimi z płcia przeciwną które zapewniam są całkowicie niewinne!!!) sprawiło ze mi nie ufa, bo jego zdaniem moje czyny nie mówią o tym że go kocham.
a ja też bardzo go kocham.i wiem ze decyzja jest na całe życie. chce być z nim ale nie chcę zeby moje życie było pełne podejrzeń nieufności scen zazdrosci złości i krzyków. moja opinia jest taka ze jego miłośc jest wielka ale trochę \"chora\". czy nie mamy już szansy? i czy w ogóle skoro tak jest jeszcze przed ślubem to czy ma sens być razem. wydawało mi się ze problemy sa dopiero po jakimś czasie po ślubie. kilka razy dochodziło już do kłotni w których zrywaliśmy ze sobą ale potem zawsze wracalismy. jak go nie ma i nie odzywasię jest mi smutno i źle. czy może to być tylko przywiazanie i tesknota za szczęściem. może ja też go nie kocham? sama już nie wiem.
pozdrawiam i proszę o modlitwę.


* * * * *

Wiesz co Dorotko? Na mój gust to on ma wyrzuty sumienia z powodu tej niezachowanej (przez siebie!) czystości tylko wstyd mu się do tego przyznać. Te wyrzuty nie dają mu spokoju, ale on, w swej męskiej dumie temu zaprzecza, twierdzi, że wszystko ok., nie chce się "ugiąć". Jest wściekły na siebie, że nie potrafi dochować czystości i dlatego agresje wyładowuje na Tobie: stąd to wypominanie Ci byłego chłopaka, stąd zarzucanie, że nie czujesz pociągu seksualnego - jako samousprawiedliwienie dla jego zachowań. Ty ewidentnie chcesz tą czystość zachować - i chwała Ci za to. Natomiast widać, ze Twój narzeczony ma z tym problemy, na tym też podłożu rozwinęła się jego zazdrość. Bardzo niedobrze jest w takim stanie wchodzić w małżeństwo. Ja broń Boże nie odradzam Ci tego chłopaka, ale zwracam uwagę na konieczność uregulowania tej sfery przed ślubem. Jeśli tego nie zrobicie, po ślubie to się dopiero zacznie. Seksualność to bardzo piękna dziedzina i w małżeństwie gdzie ma właściwe pole rozwoju jest doskonałym dopełnieniem miłości małżonków. Ale musi być uporządkowana. Musi być czysta. Nie może tu być niedomówień i pretensji, zazdrości i wypominania sobie przeszłości. To będzie udręka. Radziłabym Ci abyście jak najszybciej pojechali na jakieś rekolekcje, a jeśli jesteście jeszcze przed naukami przedślubnymi to wybierzcie się na "Wieczory dla zakochanych": www.spotkaniamalzenskie.pl, www.malzenstwo.pl Polecam też ORDŻ - rekolekcje organizowane przez Domowy Kościół o tej tematyce ale to dopiero na przełomie lipca i sierpnia. Słuchajcie tych audycji (razem!) www.sielskiefale.pl, czytajcie książki o tej tematyce i dużo rozmawiajcie. O wszystkim. Niech nie będzie między Wami czegoś niedopowiedzianego. Zaufanie to jedna z podstawowych rzeczy w związku. Musicie sobie ufać. Oboje sobie nawzajem. Małżeństwo to nie kara, nie ma być męczarnią, ale to taki stan, gdy ludzie kochają się tak bardzo, że chcą ze sobą być całe życie. A jak być z kimś kto tak rani? Kto powoduje poczucie winy?
Tych wszystkich rzeczy trzeba nauczyć się przed ślubem, żeby po ślubie nie było rozczarowania i żalu, że się zrobiło błąd. Jeśli będziecie czyści i szczerzy przed ślubem to małżeństwo Was rozwinie, pozwoli dojrzewać Waszej miłości i będzie Wam coraz lepiej (nawiasem mówiąc nie wiem skąd teoria, że "problemy są po jakimś czasie po ślubie" - są, jeśli ludzie do małżeństwa nie dojrzeli albo nie rozwiązali ich przed ślubem, no chyba, że są to ewidentne problemy ściśle związane z sytuacjami tylko w małżeństwie, ale na pewno nie może się coś zepsuć tylko dlatego, że zostało zawarte małżeństwo).
Walczcie już teraz o swoje małżeństwo, to decyzja na całe życie , a któż chciałby żeby przez całe życie mu było źle?

  Asia, 15 lat
74
15.08.2005  
Zakochałam się w chłopaku 2 lata starszym odemnie.... wydaje mi sie ze on tez cos do mnie czuje ale on jak narazie nic nie robi aby byc ze mna... ja bardzo chce z nim byc i postanowilam ze zrobie pierwszy krok.... niedlugo bede miec do tego okazje ale niewiem jak zaczac rozmowe i jak powiedziem mu ze go kocham zeby nie wyjsc na idiotke jezeli okaze sie ze on nic do mnie nie czuje....

* * * * *

No jakimi słowami moja droga byś nie powiedziała na pierwszym spotkaniu, że go kochasz to masz stuprocentową gwarancję, że na tą idiotkę jednak wyjdziesz.
W żadnym razie nie wolno od razu mówić, że się kocha, bo druga strona się wystraszy i ucieknie. Nie wolno zaczynać związku od końca. "Kocham" to zbyt wielkie słowo by je wypowiadać za wcześnie. Można je powiedzieć dopiero wtedy gdy jest to już miłość a nie zauroczenie, jeśli się jest świadomym odpowiedzialności za to słowo. A najpierw to się trzeba poznać, zobaczyć jaki ma się system wartości, zainteresowania i czy nam to odpowiada. Potem się zaprzyjaźnić, spędzać ze sobą czas wolny, pomagać sobie w obowiązkach, omawiać wszystkie sprawy. Przeistaczać to zauroczenie w miłość: czyli w pragnienie dobra dla tej drugiej osoby.
Co do zaczynania rozmowy - poszukaj w tym dziale, pisałam o tym wielokrotnie. W każdym razie delikatnie i nic o uczuciach. Bo jeśli ta druga strona faktycznie nic nie czuje to i my zachowamy twarz i ona nie będzie się czuła skrępowana.

  Gosia, 21 lat
73
15.08.2005  
Witam! W zasadzie to nie ja mam problem tyl;ko moja przyjaciolka... Zakochala sie w kleryku , to nie jest \"szczeniackie zauroczenie\"- ona przeprowadzila z nim mnostwo rozmow, poznala bardzo dobrze i stwierdzila ze go kocha, ze pociaga ja jego spojrzenie na swiat ,jego sposob zycia :dobrego i w zgodzie z dekalogiem z wola Boza... On tez przejawia nia zainteresowanie ,w bardzo dyskretny sposob daje jej do zrozumienia ze jest wyjatkowa, traktuje ja w sposob szczegolny, inaczej niz pozostale kolezanki ale nigdy wprost nie uslyszala od niego ze sie w niej zakochal.... ona bardzo cierpi bo wie ze to uczucie nie ma szans... ona nie moze zdobyc sie na szczera rozmowe podczas ktorej powiedzialaby mu co czuje bo uwaza ze moglaby zrobic z siebie idiotke jesli on np powiedzialby ze robi to wszystko ze zwyklej sympatii do niej.... ale z drugiej strony poki jeszcze jest klerykiem moglby zrezygnowac z drogi jaka obral gdyby faktycznie kochal moja przyjaciolke a jesli bedzie juz ksiedzem to bedzie to niemozliwe.... nie wiem zupelnie co jej poeradzic w tej sprawie...

* * * * *

Przeczytaj odp. nr 10 i 29.
A tak na marginesie: chłopak się powinien zdecydować. Jeśli ma świadomość, ze dziewczyna darzy go uczuciem a on trwa w swoim powołaniu to powinien rozluźnić z nią kontakty. A jeśli nie jest pewien powołania to powinien najpierw z tym dojść do ładu.

  Monika, 15 lat
72
15.08.2005  
Byliśmy przyjaciólmi sądze że extra przyjaciółmi spędzaliśmy dużo czasu zawsze mogliśmy na siebie liczyć ale oczywiście musiało się coś stać poczułam do niego cos wiecej niż przyjaźń po pewnym czasie domyślił się i zaczęliśmy spędzać ze sobą coraz mniej czasu nieodzywał się do mnie pięć dni ale nie wytrzymał dłużej sam podszedł i zaproponował rozmowe wyjaśniliśmy sobie wszytsko ale i tak mimo to nasz przyjaźń nikła a teraz mimo że nadal walcze o to abyśmy utrzymywali że sobą kontakt (nie oczekuje zbyt wiele) on mnie olewa z góry na dół w tym momencie nie mamy ze sobą zadnego kontaktu ja już po prostu nie mam siły walczyć proszę pomóż co robić =( Ja po prostu nie mogę o nim zapomniec :-(

* * * * *

No tak czasem bywa, że w przyjaźni jedna ze stron zaczyna "czuć więcej", ta druga strona tego nie chce i przyjaźń się rozpada. Takie właśnie są wady przyjaźni między ludźmi różnej płci. Tak jak mówiłam - nikogo do miłości zmusić nie można. W tym wypadku było najwyraźniej tak, że ten chłopak traktował Cię jak koleżankę, przyjaciółkę, ale nic więcej do Ciebie nie czuł i nie czuje. W momencie kiedy spostrzegł, że Ty traktujesz go inaczej po prostu przestraszył się i uciekł. Dobrze, że miał w sobie jeszcze tyle odwagi i kultury, żeby jasno postawić sprawę. To, że teraz nie utrzymuje z Tobą kontaktu wynika ze strachu - on po prostu boi się, że sytuacja może się powtórzyć. Nawet jeśli by tak nie było to on podświadomie będzie się tego bał i - by tego uniknąć - woli być daleko. Zakochanie się w przyjacielu zawsze niesie ze sobą takie ryzyko. Czasem jednak warto je podjąć, by być uczciwym w stosunku do siebie i tej drugiej osoby. Co możesz zrobić? Jeśli zależy Ci na kontaktach z nim (ale koleżeńskich, nic więcej, bo to zostało już określone), po prostu daj mu czas, by ochłonął. Nie narzucaj swojej obecności, nie pisz, nie dzwoń, pozwól mu poczuć, że nie jest przez Ciebie atakowany. Ten czas przyda się też Tobie, aby nabrać dystansu i "dojść do siebie". Kiedy zobaczy, że Ty naprawdę nic od niego nie chcesz i do niczego nie zmuszasz poczuje się na tyle bezpiecznie, by się przybliżyć. A wtedy jest szansa, że znów będziecie przyjaciółmi.

  monisia, 20 lat
71
15.08.2005  
znamy sie od dawna jednak zadko sie widujemy ze wzgledu na odleglosc jaka nas dzieli. zawsze uwarzalam, ze jestesmy dobrymi znajomymi traktowalam go nawet jak starszego brata. ale od pewnego czasu mam wrazenie ze cos sie zmienilo. nie ma dnia zebym o nim nie myslala caly czas do siebie piszemy, dzwonimy. wiem, ze ja tez w jakis sposob nie jestem mu obojetna. zeby tego bylo malo on jes ode mnie starszy o 6 lat.nie wiem co robic?czy ma to w ogole jakis sens i przyszlosc ale wiem ze jest on wazna osoba w moim zyciu.

* * * * *

O różnicy wieku poczytaj sobie w odp. nr 8, choć między Wami nie jest znów taka duża (jak na Wasze lata). A co do przyszłości związku - myślę, że czas pokaże. Jeśli uważasz, ze jest wartościowym chłopakiem i dobrze się rozumiecie, jeśli on czuje to samo w stosunku do Ciebie - to czemu by nie zaryzykować? Na pewno warto modlić się o rozeznanie woli Bożej w Twoim życiu i o dobrego męża. Modlitwy znajdziesz tu: [zobacz]

  Kasia, 17 lat
70
15.08.2005  
Mam chłopaka... Bardzo go kocham i nie wyobrażam sobie bez niego życia. Jedyne czego pragnę, to jego szczęścia. Nasz związek powierzam Bogu, ponieważ wiem, że to dzięki niemu jesteśmy razem.
Najpiękniejsze jest to, że od dawna prosiłam Boga o poznanie chłopaka, który będzie mnie rozumiał jak nikt inny z otoczenia... z którym będę mogła porozmawiać o dosłownie wszystkim-bez wyjątku!
Pojawił się... Mam kogoś, komu ufam... z kim rozmawiam jak z najlepszym przyjacielem na ziemi.
To wspaniałe, że Pan Bóg mnie wysłuchał... Opłacało się czekać... Nie chcę zniszczyć tego uczucia...
Chcę trwać przy nim i dawać mu wszystko co najlepsze... wspierać, pomagać w trudnych chwilach... cieszyć się jego radością i uśmiechem... po prostu: Być obok!
Warto było czekać-zaufać Panu!

Chcę zapytać o jedno: Jak żyć, by nie zniszczyć tegp co dostałam??? Jak go nie skrzywdzić? Kocham go... On kocha mnie... Nie chcę go stracić.


* * * * *

Dziękuję za piękne świadectwo. Jak żyć? Być sobą, robić to co do Ciebie należy w miejscu i czasie jakim jesteś. Powierzać Bogu Wasz związek i ufać, że On Was poprowadzi. Jeśli mielibyście czas w wakacje to co roku na przełomie lipca i sierpnia są organizowane rekolekcje przez Ruch Światło - Życie (Oaza Rekolekcyjna Diakonii Życia). Trwają osiem dni. Myślę, że znaleźlibyście tam wiele odpowiedzi na Wasze pytania. Jeśli chcesz napisz maila na adres admin@adonai.pl z pytaniem o te rekolekcje a wyślę Ci dodatkowe informacje. No i poczytaj trochę książek katolickich na temat miłości (np. polecanych na tej stronie), polecam też audycje w Radio Józef o 22.00 w niedziele z ks. Piotrem Pawlukiewiczem (odbierane w Warszawie - 96,5 FM, ewentualnie jakieś prowadzone przez niego rekolekcje. Mozesz też zajrzeć tu: www.sielskiefale.pl Świetna sprawa!

  OLA, 19 lat
69
15.08.2005  
Mojego chłopaka poznałam przez gg.Ponad miesiąc codziennych rozmów.Po jakiś czasie zaczeliśmy sie spotykać. Przeżyliśmy dwie studniówki razem. Przerodziło się to w coś głębszego.Jesteśmy ze sobą już pół roku i jest nam naprawde dobrze ze sobą. Problem zaczoł się gdy zauważyłam,że on nie chodzi wogóle do kościła.Niedzielnne poranki spędzał przy komputerze a popołudnia razem ze mną.Pierwsza co zrobiłam to porozmawiałam z nim.Obiecał ,że zacznie chodzić do kościła. No i tak sie stało zaczoł, raz nawet poszedł ze mną na niedzielną mszę.Pewnego dnia powiedział mi że idzie do kościła, niestety nie poszedł. Pytałam go czy był on mi odpowiedział ,że tak był . Ja popewnym czasie się dowiedziałam od jego kolegi, że on w tą niedziele nie był w kościele. Jednym słowem okłamał mnie.Kolejna rozmowa z nim nie mogłam zostawic tak tego powiedziałam mu ,że jeżeli chce być ze mną to musi zacząć chodzić do kościła, bo ja sobie nie wyobrażam być z człowiekiem który nie chodzi do kościła.Na pytanie czemu mnie okłamał powiedział że nie chciał zeby między nami nawiazał sie konflikt.Jestem osobą bardzo wierzącą on niestety nie jest.Tak naprawde nie wiem co mam robić zeby bo on zaczoł chodzić do kościła nie dla mnie tylko dla samego Boga .Wiem że mam na niego wielki wpływ,bo mu bardzo zalezy na mnie. Nie raz to już usłyszałam od niego.Mi równie zależy na nim, ale jest ktoś od niego ważniejszy -Jezus. Nie wyobrażam sobie być z osobą dla ktorej Jezus jest obcy.Tak naprawde nie wiem co mam robic ;( Czy poddać sie i zerwać z chłopakiem?? Czy walczyć o to żeby on zrozumiał jaką wartościa jest chodzenie do kosciła i kochanie Jezusa.Jestem świadoma tego, że jak narazie chodzi do kościła dlatego zeby mnie nie stracić, sam mi to powiedział .Boje się, że jeżeli będe dalej z nim a nic sie nie zmieni odbije sie to w dalszej przyszłości.Co robić??

* * * * *

Olu, trudno masz, niestety :( Związek z osobą niewierzącą jest trudny choć oczywiście możliwy. Tylko wymaga dużo cierpliwości, poświęcenia, wyrozumiałości, czasem znoszenia przykrości i braku zrozumienia... To wspaniale, że chcesz swojemu chłopakowi ukazać piękno miłości Chrystusa, ale wiesz... nie tędy droga. Nic nie wskórasz zmuszaniem, wyrzutami itd. On na razie robi to co chcesz bo boi się Ciebie stracić ale miłość nie może być oparta na strachu. Jedyną rzeczą, którą możesz robić to pokazywanie życia chrześcijańskiego przez własny przykład.
Nie mówienie ale działanie.
Nie chce chodzić do kościoła? Ok, przykro Ci, ale idziesz sama. Mówisz mu, że Ci przykro bo bardzo chciałabyś pójść z nim ale nie będziesz go zmuszać do robienia czegoś wbrew sobie. No i realizujesz zasady Kościoła katolickiego. Nie kłamiesz, jesteś uczciwa, zależy Ci na czystości. Jesteś uśmiechnięta i chętnie pomagasz innym. Pokaż mu to. Pokaż czym jest bycie chrześcijaninem ale nie mów mu o tym. Oczywiście, możesz czasem podyskutować (jeśli zechce), możesz opowiedzieć jakąś przypowieść, możesz powiedzieć, że w takiej a takiej książce wyczytałaś, że... i opowiedzieć mu coś jako ciekawostkę. Ale nie wymagaj, żeby robił coś wbrew sobie.
Z tym, że rób to jeśli możesz. Bo jeśli czujesz, że sytuacja Cię przerasta, że nie dasz rady być z takim chłopakiem, że to Cię męczy i ogranicza to uczciwsze będzie rzeczywiście rozstanie. Bo z kolei Ty też nie możesz robić czegoś wbrew sobie i zmuszać się do takiego stylu życia. Nie masz gwarancji, że Twój chłopak się zmieni. I nie oczekuj tego. Jeśli akceptujesz go takim jak jest teraz i myślisz, że udźwignęłabyś ciężar związku z niewierzącym to możesz zaryzykować. Ale jeśli nie to nie wolno Ci go zmieniać, aby z nim być. Miłość nie stawia takich warunków. Nie można być z kimś jeśli... Oczywiście, że taki związek będzie trudniejszy. Pomyśl: czy byłabyś z nim gdyby się nie zmienił? Odpowiedź ukierunkuje Twoje działanie. Życzę Ci trafnych wyborów.

  luka, 37 lat
68
14.08.2005  
zakochać się w miłości -czy jest to powołanie do czegoś innego?

* * * * *

Każde powołanie to powołanie do miłości (jakąkolwiek miałaby postać) i w niej powinniśmy się rozmiłować.

  Misia, 17 lat
67
14.08.2005  
jestem zrozpaczona!!!!miałam wspaniałego,cudownego,romantycznego i przystojnego chłopaka.Było nam ze sobą idealnie.chodziliśmy na długie spacery do lasu,na łąkę itp.kochał mnie a ja kochałam jego i pewnie byłoby tak do dzisiaj,gdyby nie przeszkodziła nam w tym jego MAMUŚKA.Musieliśmy przerwać ten wspaniały związek ponieważ kazala mu ze mną zerwać.Stwierdziła że On nie może się zbyt bardzo angażować.moja mama nie miała nic przeciwko temu,żebyśmy byli ze sobą ,więc nie rozumiem reakcji Jego mamy.Więc musieliśmy się rozstać.A do tego jeszcze prawdopodobnie zakochał sie we mnie kolega[PRZYJACIEL]mojej kuzynki.Ale ja nadal myślę o moim eks.A tak naprawdę to ON skłamał bo kryjąc swoją matkę powidzał że zrywa ze mną bo nie pojechałam z nim na lody.Wiem,że kłamał.widziałam to w jego [pięknych] oczach.Teraz nie wiem co mam z tym wszystkim zrobić.Błagam odpiszcie jak najszybciej bo boję się,że mogę tego nie wytrzymać i że coś sobie zrobię.Ja potrzebuję waszej pomocy inaczej chyba zgłupieję.Jeśli Wy mi nie pomożecie to już nikt mi nie pomoże.moja ostatnia nadzieja jest w Was.Liczę na Was!!!

* * * * *

Droga Misiu! Gdybyście byli starsi to powiedziałabym: toksyczna teściowa i zrobiłabym wykład o uniezależnianiu się od rodziców przed ślubem. No, ale Ty masz 17 lat, Twój chłopak pewnie mniej więcej tyle samo i jeszcze od rodziców nie jesteście niezależni.
Nie wiem jakie powody miała mama Twojego chłopaka, że kazała mu z Tobą zerwać, być może jakieś racjonalne, ale jeśli tak to powinna je swojemu synowi jasno przedstawić a nie po prostu kazać zerwać. Może się nie uczył, nie pomagał w domu, może spędzał z Tobą całe dnie?
Jeśli nie, to obawiam się, że może to być typ kobiety nadopiekuńczej, która swojego syneczka do śmierci będzie pielęgnować, żeby mu się przypadkiem krzywda od jakiejś wrednej baby nie stała. Jeśli tak to ma chłopak naprawdę problem bo czeka go długa i trudna droga przecinania pępowiny. Niestety, to smutny i częsty problem, a ile takich sytuacji mają młodzi małżonkowie i jak to wpływa na ich związki to się po prostu w głowie nie mieści.
Źle świadczy o Twoim chłopaku, że skłamał kryjąc swoją mamę, powinien powiedzieć otwarcie o co chodzi (to śmieszne, żeby zrywać z powodu lodów, prawda?). Jeśli rzeczywiście jakaś dziedzina jego życia z powodu tego związku kulała to może warto byłoby ją naprawić, popracować na tym, po prostu.
Na Twoim miejscu chyba próbowałabym się dowiedzieć czemu się nie podobasz jego mamie poprzez rozmowę z nim, w zasadzie to on przede wszystkim powinien chcieć się tego dowiedzieć, a nie ślepo wykonywać wszystkie polecenia. Jeśli tego nie zrobi to powinien mieć świadomość, że sytuacja może się powtarzać, a jeśli kiedyś będzie chciał się ożenić to dopiero czeka go przeprawa.

  Joasia, 16 lat
66
14.08.2005  
Powracam do swojego problemu. Otóż mężczyzna ten, jest pewien, ze zostaje z tamtą dziewczyną, twierdzi, ze nie zostawi jej dla nikogo. Ponoć już pobraliby się, ale ona dostaje jakieś pieniądze na naukę-studia, studium. Mimo, to on pragnie mnie, chce żebym sie dla niego ładnie ubierała itd. Mówi,że tamta dziewczyna zawsze będzie na 1 miejscu, a ja na 2. Jak mam tp rozumieć? kogo on kocha naprawde?

* * * * *

Rozumiem, że to c.d. pytania nr 26?
Asiu!!! Kochana, zmykaj gdzie pieprz rośnie od takiego faceta!!!!! Jakim egoistą trzeba być, żeby mieć czelność powiedzieć dziewczynie, że będzie dla niego na drugim miejscu!! Ja rozumiem, że Ty jesteś zaślepiona uczuciem do niego, ale posłuchaj kogoś kto patrzy na to obiektywnie, kogoś, kto przeszedł przez coś podobnego, ja Cię naprawdę rozumiem.
Ten chłopak (nie wiem ile ma lat ale zachowuje się bardzo niedojrzale) jest bardzo nieuczciwy przede wszystkim wobec swojej narzeczonej.
To nie islam. Nie można mieć kilku kobiet. A skoro on przed ślubem ma taką odskocznię na boku to co będzie po ślubie??? Jaka jest gwarancja, że nie będzie zdradzał (choćby duchowo) skoro już dziś to robi? Ja rozumiem, że oni nie są jeszcze po ślubie ale narzeczeństwo to też zobowiązanie - duchowe zobowiązanie do uczciwości. Ja już dziś współczuję tej dziewczynie.
Asiu, żeby on Cię błagał na kolanach i opowiadał niestworzone rzeczy jak bardzo jesteś mu potrzebna i jak bardzo go rozumiesz to uciekaj od niego!!
Sama zerwij, nie czekaj aż on Cię zostawi z rozdartym sercem i ewentualna nadzieją…na co??? Na bycie odskocznią? To w ogóle żenujące jaki on Ci układ proponuje. Zresztą pomyśl czy Tobie takie bycie w rezerwie odpowiada? Odpowiada Ci dzielenie się z kimś miłością? Otóż prawdziwa miłość domaga się wyłączności.
Albo jest w Tobie prawdziwie zakochany i zrywa z narzeczoną albo jest z narzeczoną a Tobie daje święty spokój. A tłumaczenie, że nie mogą się pobrać, bo ona dostaje stypendium jak nie jest mężatką (wiem o co chodzi, to akurat może być prawdą, ale nie ma potrzeby tu teraz tego wyjaśniać) jest co najmniej poniżające dla niego jako faceta. To jaką on chce kobiecie zapewnić przyszłość, poczucie bezpieczeństwa, oparcie skoro liczy na jakieś stypendium zamiast wziąć się do uczciwej pracy i zarabiać na rodzinę? Gdyby ją naprawdę kochał to nie byłoby argumentu, którego by nie zbił w dążeniu do ślubu. A przede wszystkim nie oglądałby się za innymi.
Pytasz kogo on kocha? Nikogo, no, może siebie, egoistycznie dogadzając swoim zachciankom. Narzeczona - tak, no bo to pewna perspektywa na przyszłość, a tu na boku zakochana w nim dziewczyna. To bardzo podbudowuje jego ego, prawda?
Proszę, nie pozwól sobą manipulować, nie bądź dla niego zabawką, nie pozwól deptać swoich uczuć. On Ci robi ogromną krzywdę i poniża jako kobietę. Nie dopuść do sytuacji, że będąc związana uczuciowo z nim nie będziesz otwarta na innych i stracisz po prostu czas a może i okazję poznania kogoś wartościowego. Nie pozwól by ta dziewczyna kiedykolwiek miała jakiekolwiek pretensje (lub choć skrywany żal) do Ciebie.
Nie pozwól się krzywdzić i nie bądź powodem niczyjego cierpienia.
Gwarantuję Ci, że znajdziesz kogoś dla kogo będziesz "numerem 1".

  ania, 15 lat
65
14.08.2005  
Darze uczuciem pewnego chlopaka, ktorego znam ok. 2 lat. Jednak on nie odwzajemnia tego... Nasze relacje niby sa dobre, zawsze pogadamy itp. ale nic wiecej, a nasz kontakt poza spotkaiami na które oboje uczeszczamy urwał sie, ale tylko dlatego ze on unika tego. On wie (chyba) o wszystkim, o tym, co do niego czuje, ale udaje jakby nigdy nic... W tamtym miesiacu zaczal kręcić z inna dziewczyna, starsza od niego i z innego miasta. Ale to im nie przeszkadza. Nie wiem co dalej robic, czy z nim porozmawiac moze na ten temat, ze przez akie olewanie mnie rani, czy ... nie wiem, po prostu nie wiem...
Drugim problemem jest to ze ... ja nie odzwajemniam tego, czym mnie obdarowuje drugi chlopak. Moim zdaniem ta sytuacja niema sensu i tylko bysmy oboje pozniej tego zalowali, gdyz on mieszka 110 km ode mnie a ponadto jest chyba ie w mym typie. Jest bardzo iesmiały, a i ja do ajsmielszych nie naleze, nie wiem czy bysmy mieli o czym rozmawiac, bo kiedy z nim przebywam to ja musze zarzucac ciagle tematem. Ale on wytrwale puszcza do mnie strzalki przez komórke... wiem ze pamieta. Przyjaciele chcieli nas sfatac, ja nie wzielam tego a powaznie ale on widoczie tak! No i nie chciałabym go zranic, ale tez ie chcialabym stracic kolegi...
Nie wiem co mam dalej robic, sama juznie wiem co do konca czuje...


* * * * *

Nikogo do miłości nie można zmusić. Sama znasz smak nieodwzajemnianego uczucia, zatem wiesz co czuje ten chłopak, który nie chce się z Tobą spotykać. No trudno, trzeba to uszanować, bo każdy ma wolną wolę. Nie ma sensu żadna rozmowa na temat jego związku z tamtą dziewczyną - to jego wybór i ma do tego prawo, nawet jeśli ona jest starsza i z innego miasta. Swoją drogą co to ma do rzeczy? A mówienie, że Ciebie tym rani to wzbudzanie poczucia winy i narażanie się na całkowite zerwanie kontaktów. A to, że Cię unika to normalne, próbuje Ci dać do zrozumienia, że nie jest Tobą zainteresowany. Lepiej wszystko zostawić tak jak jest i zostać na etapie koleżeństwa niż popsuć relacje całkowicie.
Ty też sama się nie zmuszaj do spotykania z kimś na siłę. Powiedz mu szczerze co do niego czujesz, że wolisz go jako kolegę a nie jako chłopaka. Lepsze to (nawet jeśli miałby Wam się urwać kontakt) niż okłamywanie siebie i jego i męczenie się w takim związku.

  paula, 14 lat
64
14.08.2005  
Czy calowanie jest grzechem???a picie alkocholu przed ukończeniem 18 lat???

* * * * *

To zależy po co pijesz i całujesz.
Co do picia - zdaje się, że podczas Bierzmowania składa się deklarację, że właśnie do 18. roku życia nie będzie się piło alkoholu. A zatem jest to złamanie obietnicy danej Bogu. Jeśli natomiast lekarz przepisze leki na bazie alkoholu albo picie kieliszka czerwonego wina w anemii to zupełnie inna historia.
A co do całowania: i tak i nie. No bo co ma wyrażać pocałunek? Miłość prawda? Czułość. Ale miłość prawdziwą, a nie całowanie się tylko dlatego, że ma się chłopaka i czasem robi się to z nudów albo dlatego, że wydaje się, że tak trzeba. Pocałunek nie może wyrażać pożądania, nie wolno się całować po to, żeby przeżyć przyjemność, podniecenie (ja tu nie mówię o relacjach małżeńskich - to zupełnie inny temat), żeby było "fajnie", "bo tak się robi". Generalnie: trzeba siebie zapytać po co to robię? Co to ma wyrażać? Czy mnie i tę drugą osobę to ubogaci czy zuboży? Czy może poniży?
Wszystko musi mieć sens, musi mieć jakiś cel. Całowanie dla samego całowania, samo w sobie żadnym celem nie jest, więc jako takie w ogóle nie powinno mieć miejsca.
A jeśli masz jakieś wątpliwości to po prostu powiedz o tym księdzu podczas spowiedzi, on na pewno będzie potrafił właściwie to ocenić.

  Justa, 14 lat
63
14.08.2005  
Siemank!Mam nadziej że mi pomożecie...nieiwme czy kocham chlopaka czy poprostu go lubie....razem chodze z nim do szkoly i jedej klsy, pewnego dnai poczas zastepstwa usiadłam obok niego i razem długo rozmawialiśmy, odrazu wscipskie dziewczyny zaczęły mowić że jesteśmy razem , że j ago kocham i takie tam..jeszczse do tego , mialam nadzieje że to szybko sie skończy chociaż na początku mnie to nawet cieszylo, ale nie skończyło sie gdzieś po pół roku, gadały bardzo dużo.Mnie to denerwowało już i jego też, on twierdząc że ja im tak kazalam pokłócił sie ze mną i nie chciał gadać. teraz po kilku miesiącach już wszystko jest miedzy nami dobrze...ciogle myśle o nim, co robi, gdzie jest....ale nie mam satysfakcij że ja go naprawde kocham , kto mnie sie o to nie pyta to mówie że nie....prosze pomożcie mi ....bo nidługo zwariuje...dajcie mi jakąś rade...jeszcse troszeczke powiem że kiedyś dowiedzialam sie że ja mu sie też podobam , ale to nie wiem czy znikło przez te głupoty na które na nas gadaliczy może dlatego że on mnie przez to jż nielubi...pomóżcie mi...

* * * * *

Przykre to bardzo jak niewyparzony język i głupia zazdrość potrafią zepsuć relacje międzyludzkie. Myślę, że koleżanki po prostu zazdrościły Ci znajomości z tym chłopakiem i przez głupie plotki doprowadziły do sytuacji kiedy oboje mieliście dość.
Zazdrość to bezsensowne uczucie, bo człowiek odmawia komuś prawa do posiadania czegoś czego sam też nie posiądzie. A grzechy języka robią naprawdę wiele szkody. Życzę Ci cierpliwości i wyrozumiałości wobec koleżanek, to one są w gorszej sytuacji, bo nawet nie wiedzą jak są niemądre w tym co robią.
A co do uczucia? No cóż, pewnie to takie zakochanie, zauroczenie bardziej, tylko nie rozumiem: piszesz, że między Wami dobrze a po chwili, że Cię nie lubi? Jakby Cię nie lubił to chyba by się z Tobą nie spotykał? Nie szukaj się na siłę odpowiedzi na pytanie jakie masz do niego uczucia, po prostu przyjaźnijcie się. Jeśli to będzie miłość po jakimś czasie będziecie to wiedzieli. Nie myśl, że Cię zbywam, po prostu za wcześnie, żeby coś powiedzieć, na razie trzeba dbać o dobre relacje koleżeńskie między Wami.

  Kasia, 21 lat
62
14.08.2005  
Moje pytanie wydaje mi się banalne, ale naprawde nie wiem co mam zrobić i czy to prawdziwa miłość czy też nie. Mianowicie zakochałam się w przyszłym księdzu, ktory jest rok starszy ode mnie. Prosze doradźcie mi co mam robić. Czekam na szybką odpowiedź.

* * * * *

Zajrzyj do odp. nr 10 i 11.

  Wojtek, 21 lat
61
13.08.2005  
Być może to co napiszę wcale tu nie pasuje, bo nie jest to pytanie na które chcę uzyskać odpowiedź, lecz opis moich uczuć na temat których chciałbym poznać Waszą opinię oraz być może poczytać jakieś rady lub słowa pocieszenia, bo... Zresztą po kolei. Moja obecna miłość nie jest pierwszą miłością - pierwsza skończyła się około rok temu i nauczyła wiele o tym czym jest miłość, skłoniła do szukania osoby która podobnie patrzyłaby na przyszłość, wyznawała podobne zasady moralne, nie była skupiona na sobie. Dopiero gdy uwolniłem się od tamtego uczucia zauważyłem A. - dziewczynę którą kocham dziś. Zanim to się stało przez rok studiowaliśmy razem, ale kochałem wtedy G. i nie zwracałem uwagi na inne dziewczyny. Z A. lepiej zapoznałem się właściwie przez przypadek, zaczęliśmy rozmawiać i poznawać się lepiej, a ja z każdą naszą rozmową przekonywałem się, że to właśnie taka osoba której szukałem. Moje uczucie przeistoczyło się z zauroczenia w zakochanie, a następnie w szczerą, głęboką miłość. Tak jak uczucie do G. sprawiało, że zaniedbywałem naukę i odcinałem się od świata, tak miłość do A. dawała mi siły i motywację do starania się - właściwie motywuje mnie do wszystkiego, począwszy od zapału w nauce, poprzez doskonalenie samego siebie, na szukaniu pracy i planowaniu przyszłości aby zapewnić dobrobyt rodzinie skończywszy. Poznałem rodzinę A. i bardzo ich polubiłem, oni mnie zresztą, co jest dla mnie kolejnym z sygnałem, że odnalazłem swoje miejsce. Kilka miesięcy temu wyznałem A. swoją miłość - zdecydowałem tak, bo życie jest krótkie, nie wiadomo kiedy przyjdzie na kogo czas, a w razie czego chciałem żeby wiedziała jak była mi bliska. A. była zaskoczona, pozwoliłem jej ochłonąć, ale po pewnym czasie powiedziała mi, że ona nie czuje tego samego do mnie. Od tego czasu właściwie niewiele się zmieniło między nami, choć trochę zmieniło się we mnie. To co powiedziała mi A. nie zniechęciło mnie, postanowiłem być cierpliwy i kochać ją pomimo wszystko. Bo jak mógłbym zdecydować się przestać ją kochać? To wspaniała dziewczyna - ciepła, delikatna, piękna, wrażliwa. Każdej myśli o niej towarzyszy pragnienie zapewnienia jej szczęścia, bezpieczeństwa i miłości. Chciałbym zawsze być przy niej aby ją wspierać, aby mogła część swoich problemów złożyć na moje ramiona. Chciałbym móc odejmować jej trosk i zapełniać to miejsce radością. Z każdym razem gdy natykam się w swoim życiu na coś pięknego chcę się tym podzielić z A., za każdym razem gdy ona napotyka w swoim życiu na jakąś trudność ja pragnę pomóc jej usunąć ten kamień z drogi. Na wiele spraw patrzymy podobnie, oboje lubimy w podobny sposób spędzać czas, jesteśmy praktykującymi i głęboko wierzącymi katolikami, nawet dzieci chcemy mieć tyle samo. Wiele osób mówi mi, że pasujemy do siebie i ja też tak myślę - wierzę, że mógłbym zapewnić A. przyszłość o jakiej marzy. Całe moje życie wydaje mi się przygotowaniem do tego bym mógł się całkowicie oddać jej w swojej miłości - wszystkie ważne wydarzenia w moim życiu, filmy i utwory które na mnie wpłynęły wydają się mieć miejsce po to aby stworzyć mnie jako jak najlepszy dar dla A. Nawet to, że pochodzę z w miarę zamożnej rodziny, a mój ojciec jest przedsiębiorczy i mogę się od niego uczyć zaradności w życiu oraz mieć zapewniony dobry start i wsparcie, zdaje się być odpowiedzią na potrzeby A., która ma trochę kłopotów finansowych. Wszystko czym jestem i co posiadam mówi mi, że jestem darem dla A., darem który może uczynić ją szczęśliwą i zawsze być dla niej podporą. Kilka osób mówiło mi żebym dał sobie spokój, że nieodwzajemniona miłość nie ma sensu, żebym się nie zamęczał - ale ja po prostu nie mogę. Gdybym zrezygnował przyznałbym że nigdy jej nie kochałem, bo \"miłość nigdy nie ustaje\", zresztą jak mógłbym stwierdzić, że nie obchodzi mnie już co się w przyszłości stanie z moją ukochaną, że jej bezpieczeństwo i dobro będzie mi równie obojętne co innych ludzi? Brak uczuć od strony A. oraz Hymn o miłości św. Pawła nauczyły mnie wiele o miłość, nauczyły mnie cierpliwości, nie pamiętania przykrości które sprawiła kochana osoba (tych dwóch rzeczy nauczył mnie też poprzedni związek, ale teraz udoskonaliłem to jeszcze bardziej), pokładania nadziei w przyszłości, nie szukania swego... Sami wiecie zresztą jaka jest miłość o której pisze św. Paweł - właśnie tak kocham A. i nie mogę się tego wyrzec tak długo jak wiem, że mogę jej dać coś dobrego. Moja ukochana kiedyś wyznała mi, że nigdy nikogo nie kochała, była tylko kilka razy zauroczona, zauważyłem też (i rozmawiałem na ten temat z jej siostrą, z którą jestem w przyjacielskich stosunkach - ona potwierdziła moje spotrzeżenia), że A. w ogóle odcieła się od strefy uczuć łączących mężczyznę i kobietę, tak jakby ona w ogóle nie istniała. Niedawno napisała mi w liście, że nie czuje się gotowa do związku (choć ma już 20 lat, więc jest już młodą kobietą), ale przecież miłości uczy się w praktyce - dlatego tak bardzo chciałbym jej nauczyć tego uczucia. Chciałbym nauczyć ją kochać tak jak kocham ja, otworzyć przed nią wrota tej strefy międzyludzkiej wspaniałości, nauczyć uczucia, które sprawia że oddajemy się całkowicie drugiej osobie i stajemy podobni do Boga. Gdyby ona rozumiała tą sferę uczuć, wtedy mógłbym się oddać jej w pełni, a ona umiałaby to przyjąć. Mógłbym wspierać ją, dbać o nią i pomagać w każdym zmartwieniu, a w przyszłości stworzyć wraz z nią bezpieczny dom pełen dzieci i szczęścia. Całe moje życie przygotowywałem się do tego by uszczęśliwić kobietę którą pokocham, uczyłem się wrażliwości, wyrażania swoich uczuć i myśli, otwartości i odpowiedzialności - wszystko po to by móc tej jednej osobie zbudować niebo na ziemi. I chciałbym żeby tą osobą była A. Pokładałem nadzieję w tych wakacjach, myślałem że to będzie czas który będziemy mogli spędzić razem i lepiej się zrozumieć, zbliżyć do siebie - tymczasem okazało się, że A. musiała zająć się przygotowaniami do pracy którą niedługo podejmie i to zajmuje jej właściwie cały czas - codziennie od rana do wieczora. Nie będę się tu wdawał w szczegóły bo są mało istotne (wiem, że naprawdę musi poświęcać tyle czasu na przygotowania, bo ta praca to ważna sprawa dla niej i dla jej siostry), w każdym razie minęły w zasadzie dwa miesiące a ja nasze spotkania mógłbym policzyć na palcach. Kilka dni temu widzieliśmy się po dwóch tygodniach, ona powiedziała mi że nie sądziła, że to tak długo, że wydawało się jej iż minęły trzy dni... Jej dni mijają na zajęciu które lubi - mi na pustce i rozmyślaniu. Budzę się w nastroju nijakim i do wieczora stopniowo się pogarsza... Kocham A. całym sercem i nie zamierzam przestać, ale tęsknota za nią i brak jakichkolwiek znaków od niej sprawia, że czuję jakbym się wypalał, umierał. W smsach i listach piszę do niej, ale zazwyczaj pozostają one bez odpowiedzi. Wyrażam w nich swoje myśli i uczucia, ale ulatują one w jakąś zimną, szarą pustkę. Przypomina mi się mój związek z G. - wtedy też kochałem bez wzajemności (jej uczucia nie były szczere) i dobija mnie to jak historia się powtarza, jak znów pragnę nauczyć miłości dziewczynę którą kocham, a która mówi mi, że \"chyba nie jest dojrzała do związku\". Staram się jakoś przetrzymać ten czas, do chwili gdy znów będziemy mogli się częściej widywać, nie chcę zrezygnować z tego wszystkiego co mogę dać A., nie chcę żeby stała mi się obojętna... Ale każdego dnia czuję się tak jakbym się wypałał się i gasnął. Nie moje uczucie, ale ja sam. Miłość z 1Kor13 jest piękna i prawdziwa, ale czuję że ona mnie powoli prowadzi ku zgubie... Od czasu do czasu coś podniesie mnie na duchu, podsyci nadzieję, ale przez większość chwil czuję się jakbym miał zły sen. Gdybym zrezygnował teraz z miłości do A. zrobiłbym to ze względu na własne dobro, a to byłoby jak przyznanie, że nic nie wiem o miłości, bo sam jestem dla siebie ważniejszy niż kobieta, o której mówiłem, że ją kocham. Nie mogę też powiedzieć, że A. nie jest warta tego by ją kochać, bo jak najbardziej jest. Liczę się z tym, że ona może mnie nigdy nie pokochać i że ta miłość w końcu mnie zniszczy, ale nie mogę żyć inaczej, zwłaszcza że wszystko wokół daje mi znaki, że powinienem iść w kierunku jaki obrałem, pomimo bólu. Przepraszam, jeśli to co napisałem nie pasuje do tego działu, ale potrzebowałem wyrzucić to z siebie, chciałem aby przeczytała to osoba, która wie czym jest miłość (a po odpowiedziach redakcji na pytania innych uznałem, że dobrze trafiłem). W te wieczory pełne pustki muszę chwytać się wszelkich środków, aby zachować w oczach choć trochę życia. Nie wiem jakiej odpowiedzi oczekuję, nie wiem czy w ogóle jej oczekuję - wiem, że oczekuję wysłuchania. Zadając sobie pytanie \"czy jest sens kochać w moje sytuacji?\" mogę odpowiedzieć tylko twierdząco, by gdybym odpowiedziałbym \"nie\", byłoby to przyznanie, że miłość wypływa tak naprawdę z ludzkiego egoizmu, a Hymn o miłości przedstawia utopię. Tylko taka miłość jaką opisuje św. Paweł jest prawdziwą wartością w życiu, bez niej wszystko jest nic nie warte, całe życie przestaje mieć sens. Dlatego nie mogę zrezygnować i przestać jej kochać, nawet gdyby miało mnie to w końcu zabić, bo o ile w mojej sytuacji mogę jeszcze żyć nadzieją, o tyle zejście z tej drogi oznaczałoby śmierć duchową. \"Gdybym też miał dar prorokowania i znał wszystkie tajemnice, i posiadał wszelką wiedzę, i wszelką możliwą wiarę, tak iżbym góry przenosił, a miłości bym nie miał, byłbym niczym. \"

* * * * *

Bogu dziękuj choć za jedno - szczerość tej dziewczyny. Stokroć lepiej, że mówi to co naprawdę czuje niż gdyby miała udawać. Zresztą masz co do tego porównanie z poprzednim związkiem. Może faktycznie tak jest, że ona jeszcze nie jest gotowa do bycia w związku? Może nie jest gotowa do bycia w związku z Tobą? Może nie chce być z Tobą w innych relacjach niż przyjacielskie ale boi się o tym powiedzieć Ci jednoznacznie, zważywszy na to co dla niej robisz? Może boi się miłości? Może została zraniona? Wiem, że nigdy nikogo nie miała ale mam na myśli całe jej wychowanie: to w jakich relacjach ze sobą są jej rodzice, jaka jest atmosfera w domu, jak była wychowywana? Czy ktoś nie zniechęcił jej do małżeństwa? Pytam nie bez powodu, mam koleżankę, której ciocia (nota bene siostra zakonna!) tak nakładła do głowy, że mężczyźni to w zasadzie do niczego nie są jej w życiu potrzebni, że dziewczyna naprawdę ma jakieś opory psychiczne i nie może się przełamać - ciągle zastanawia się nad tymi słowami.
A może drogi Wojtku po prostu za bardzo manifestujesz wobec niej swoją miłość? Bo i tak może być. Nie wolno za wcześnie powiedzieć słowa "kocham", nie wolno narzucać nikomu swoich uczuć, nie wolno na każdym kroku podkreślać, że robi się coś z miłości dla tej osoby. Nie każde spojrzenie musi być spojrzeniem w głąb duszy i "wymuszać" odwzajemnianie tego spojrzenia. Wiem co mówię. Też kiedyś byłam w takiej sytuacji ale z tej drugiej strony - po prostu nie wytrzymałam napięcia, ciężaru świadomości i oczekiwania na wzajemność i ...uciekłam. A wystarczyło dochodzić do wszystkiego stopniowo, małymi kroczkami nie wymagając zbyt wiele od razu.
Może spróbuj - nie przestając kochać - być (przynajmniej na zewnątrz) w kontaktach z nią bardziej przyjacielem, po prostu kumplem niczego od niej nie oczekując? Nie dając jej tego do zrozumienia spojrzeniem, gestami, słowami? Tak po prostu jakbyś nie czuł do niej nic poza serdecznością? Jeśli czuje się przytłoczona Twoim uczuciem - powinno pomóc.
No i polecam Ci książkę ks. Malińskiego "Zanim powiesz kocham".

  Aneta, 23 lata
60
13.08.2005  
Droga Kasiu chciałabym żebyś doradziła mi co mam robić czy czekać cierpliwie na męża, który tak naprawde wróci albo nie i mogę tak czekać do końca życia, czy układać sobie życie na nowo np z Czarkiem tylko nie jestem pewna uczuć Czarka nie wiem czy mu na mnie zależy. Chciałabym Kasiu opowiedzieć Ci historie mojego życia: Mając 16 lat wyszłam za mąż i urodziłam syna. Małżeństwo trwało do dnia 8 lipca 2005 w tym właśnie pamiętnym dniu mój mąż Mariusz oświadczył że wyprowadza się z domu nie miałam zielonego pojęcia co się stało tak po prostu ni stąd ni stamtąd się wyprowadził dopiero po dygodniu dowiedziałam się czemu zostawił mnie bo twierdzi że kocha moją cioteczną siostrę i to z nią właśnie teraz mieszka. Zostawił i mnie i naszego syna. Moja siostra jest starsza od niego o 8 lat i ma dwie dorastające córki a mój mąż twierdzi że ją kocha nie wiem czy jest to prawdziwa miłość czy tylko chwilowe zauroczenie. Niedługo po tym zdarzeniu poznałam właśnie Czarka który bardzo pomógł mi w tych ciężkich chwilach ale tak jak mówiłam nie wiem czy ewentualnie angażować się w ten \"związek\" ponieważ po pierwsze może mój mąż jeszcze oprzytomnieje i wróci a po drugie to nie wiem co Czarek tak naprawdę o mnie o nas myśli chciałabym Kasiu żebyś może to ty doradziła mi co mam robić lub chociaż dała małą wskazówkę proszę cię o to. Nie ukrywam że bardzo bym chciała żeby mój mąż wrócił chociażby dlatego żeby nasz syn mógł dalej wychowywac się w pełnej rodzinie może powinnam spróbować w jakiś sposób sprawić aby mąż znów się we mnie zakochał tylko jak? wcale się nie widujemy bo do dziecka nawet nie przyjeżdża. Proszę Cię Kasiu pomóż mi. Pozdrawiam Aneta

* * * * *

Aneto, odpowiedziałam Ci już (odp. nr 22). Co do tego jak to zrobić, żeby mąż się znów w Tobie zakochał?
Hmm, poleciłabym rekolekcje www.spotkaniamalzenskie.pl ale nie wiem, czy w tej sytuacji w ogóle byście się na nie zdecydowali. Rozmawiać, dużo rozmawiać. Bez pretensji, kłótni, awantur. Doceniać to co robi dla domu i chwalić go za to. Mówić, że się kocha, dziękować za każdy ciepły gest. Nie chować urazów, bo narastają i wybucha się w najmniej spodziewanej sytuacji, tylko wyjaśniać na bieżąco. Pamiętać o rocznicach i świętach. Nie witać go w progu pretensjami i narzekaniem tylko pozwolić najpierw się najeść i chwilę odpocząć (tak, tak to dla faceta bardzo ważne) a dopiero później mówić o tym co Cię boli. Powierzać mu konkretne działki w domu a nie robić wszystko za niego (mądra kobieta to tak wykombinuje, że te cięższe prace domowe mąż potraktuje jako dowód odpowiedzialności i z dumą będzie je wykonywał).
Może ja trochę upraszczam ale masz bardzo trudną sytuację a ja dzielę się z Tobą tym co wiem. Tak jak napisałam jednak - myślę, że Tobie potrzebna bardziej fachowa pomoc. Może spróbuj tu:

Stowarzyszenie Chrześcijańskich Psychologów przy Caritasie
ul. Bednarska 28/30 Warszawa
tel. (022) 542-89-90, 542-87-07, 542-87-01

  Kasieńkaaa, 16 lat
59
13.08.2005  
no tak, mam problem z pewnym chlopakiem, ponieważ niby jestesmy razem, niby jest wszystko super, ale widzielismy się... RAZ w zyciu. tzn. bylismy raz w zyciu na randce. Prawie codziennie ze sobą rozmawiamy na gg (smsujemy czesto), juz nawet niedługo rok minie jak sie znamy. On mnie baaardzo lubi, chyba kocha. ja jego też. Tylko mielismy sie spotkac tyle razy, i on pisał godzine przed spotkaniem lub dzień, ze cos mu wypadło. Najsmieszniejsze, że mieszka 15 km ode mnie. To nie jest tak daleko. Czy mam naciskac na nastepne spotkanie ? odpuscic ? często rozmaiwamy o \"nas\" i mnie poniesie i napisze mu wszystko co mnie w nim denerwuje i sie kłocimy. a pozniej \"tamtej rozmowy nie było\" i nic tak naprawde nie zostaje wyjasnione. On idzie do szkoły ktora jest ponad 40 km ode mnie. Co z nami będzie ?

* * * * *

No, trochę dziwna to znajomość, która nie pragnie obecności. Jak już w którymś pytaniu pisałam - jak chłopakowi zależy to na uszach stanie a z dziewczyną się spotka. Tak wykombinuje, żeby się dowiedzieć gdzie mieszka, którędy chodzi, o której kończy zajęcia, że "przypadkiem" na nią w warzywniaku wpadnie i o godzinę zapyta. I to na dużo wcześniejszym etapie (mój znajomy na studiach w akcie desperacji nauczył się na pamięć rozkładu zajęć dziewczyny i nawet na stołówkę chodził w tym samym czasie co ona - byle tylko ją zobaczyć). Nie rozumiem dlaczego się ponownie nie spotkaliście. Dlaczego tylko wirtualna znajomość? Mimo tak małej odległości??? Kolega męża miał dziewczynę pod Wrocławiem. Co tydzień po pracy wsiadał w samochód i pędził sześćset kilometrów byle tylko kawałek weekendu z nią spędzić. To normalny odruch: kocham - więc pragnę obecności.
No niestety, tylko w realu można naprawdę poznać i pokochać drugą osobę. Ja nie mówię, że nie można wirtualnie się zapoznać (ten kolega zresztą też ją zapoznał przez internet), ale poznać naprawdę to można tylko na żywo. W określonych sytuacjach. Nie przez opowiadanie na gg jaki to ja dżentelmen jestem ale przez ustąpienie babci miejsca w tramwaju jak jadę z dziewczyną - o, wtedy ona naprawdę poznała go jako dżentelmena. Nie wirtualne zachwycanie się górami, ale pochodzenie po tych górach razem, nie mówienie co ja potrafię ale pomoc w skoszeniu trawnika. W realu widzę, słyszę i "czuję"- chciałoby się powiedzieć ale tak jakoś się to potocznie ostatnio śmiesznie kojarzy, więc powiem - i zachwycam się. Albo się nie zachwycam i stwierdzam, że całkowicie się nie rozumiemy i nie pasujemy do siebie. W realu można dotknąć, zobaczyć jaki sweter nosi, zjeść razem pierogi z wiśniami, zwiedzić bunkry itp. Jak by mi chłopak proponował spotkania przez internet to na pewno wydałoby mi się to podejrzane. No bo co? Nie chce mnie widzieć? Czy nie chce, żebym ja go widziała? Czy ma coś do ukrycia? Ja nie mówię, że od razu musi ukrywać inną dziewczynę ale wystarczy ukrywać swoje prawdziwe oblicze. Albo prawdziwe uczucia.
Nie chcę tu wyciągać pochopnych wniosków ale zachowanie, które opisujesz może wskazywać na to, że chłopak po prostu nie chce się dalej spotykać ale po prostu głupio mu o tym powiedzieć i tak bez sensu kontynuuje tę znajomość. Przez internet - bo bezpieczniej, bo nie musi patrzeć twarzą w twarz. A twarz może wiele zdradzić.
I tak podziwiam Cię za cierpliwość, bo ja chyba bym po prostu pod jakimś pretekstem pojechała do niego niespodziewanie. Ciekawe jaką by miał minę? Może by wziąć ze sobą koleżankę i pod pretekstem bycia w pobliżu po prostu wpaść do niego na chwilę?
A jak nie to chyba pozostaje poproszenie o szczerą rozmowę - tym bardziej, że - jak mówisz - zmienia szkołę i tym bardziej będzie miał pretekst do niespotykania się.

  Kaska, 18 lat
58
12.08.2005  
witam serdecznie
oboje poznalismy sie w pierwszej klasie liceum - bylismy dla siebie odpowiedzia na nasze pytania.. potrafilismy rozpoznac przyczyne zmartwien i klopotow - praktycznie bez slow. wiele zdazylo sie wydarzen w przedsionku minionego czasu ale pojawil sie problem osoby trzeciej jak rowniez wyjazd za granice.. czy mozna zaufac przeznaczeniu? ze pomimo tych prob, bledow i wyjazdu mozna wierzyc w przeznaczenie?
polecam ksiazke ks. M. Malinskiego - milutko sie ja czyta i wiele praktycznych rad mozna w niej znalezc;)
pozdrawiam z wyrazami szacunku


* * * * *

A cóż to jest przeznaczenie????
Człowiek ma rozum i wolną wolę, by rozeznawać i podejmować decyzje.
Człowiek nie jest zdeterminowany przez okoliczności zewnętrzne, siłę wyższą czy wewnętrzny imperatyw pchający go do określonego działania, określonych wyborów.
To nie jest też tak, że Bóg określa szczegółowo naszą ścieżkę życia, określając co będziemy robić i jakich wyborów dokonamy. Gdyby tak było to nie byłoby przestępców - Bóg przecież dla żadnego człowieka nie zaprogramował drogi zbrodni.
To nawet nie jest tak, że Bóg wybiera jedną, jedyną, konkretną osobę na naszego partnera życiowego (i tu już słyszę głosy sprzeciwu - zaraz to wyjaśnię). Owszem, mówi się potocznie, że to "ten", "druga połówka", "jedyny" itp.
I owszem - to ten, jedyny, wybrany przez nas w takich okolicznościach, w jakich dane nam było się znaleźć.
Wyobraźmy sobie, że z jakichś względów emigrujemy do Australii. Powiedzmy, że świetnie nauczyliśmy się języka, dostaliśmy tam pracę, no jednym słowem - zasymilowaliśmy się z miejscowymi. I nagle ktoś się nami interesuje. Z wzajemnością. Czy mamy mu odmówić tylko dlatego, że (jak nam się wydaje) w kraju ojczystym jest zapewne ten, którego mi Bóg przeznaczył? Czy może ten jedyny to właśnie ów Australijczyk a gdybyśmy zostali w kraju to nie mielibyśmy szansy go spotkać?
A gdybyśmy jednak do tej Australii nie wyjechali, tylko rozważając taką możliwość, dokonując rozrachunku plusów i minusów wyjazdu ostatecznie zostali w kraju. I też nam się ktoś podoba. Czy to ten? No - niektórzy powiedzą - zapewne ten. To samo środowisko, kultura itp.
A gdyby trzeba było mieszkając w kraju przenieść się powiedzmy do Szczecina? To co, mamy nie wyjść za mąż, bo mój "jedyny" zapewne jest gdzieś w miejscowości lub okolicach, z których pochodzę?
To nie jest tak, że jest jedna, jedyna droga w życiu każdego człowieka. Jest ich bardzo wiele i (uwaga!) wiele z nich jest zgodnych z wolą Bożą. Bóg nie określa jedynej właściwej, tak jak nie określa, że z tym a tym o tej i o tej tego roku w tym kościele mamy się związać sakramentem małżeństwa. Po co by nam wtedy była ta wolna wola? A jak trudno byłoby w nią "trafić"! Toż to by była udręka przez całe życie tak się zastanawiać czy ja robię to co Bóg dla mnie zaplanował czy nie?
Bóg widzi naprzód, widzi nasze życie i widzi konsekwencje wyboru każdej drogi, każdej podjętej przez nas decyzji. Tych możliwości przed nami kładzie wiele, bardzo wiele, może nawet nieskończenie wiele???(to już materia dla teologów). I nawet jeśli nam daje powołanie, jakieś określone powołanie to wcale nie znaczy, że jesteśmy tym tak zdeterminowani, że nie wolno nam wybrać nic innego (przeważnie jednak wtedy tak jest, że sami chcemy je wybrać, ale z przymusem to nie ma nic wspólnego). To tylko jedna z wielu dróg, którą Bóg przed nami kładzie - to jego zaproszenie i od nas zależy czy z niego skorzystamy czy nie. Mało tego, nawet wtedy gdybyśmy i rozeznali i najpierw chcieli ale z jakichś względów je odrzucili to też nic się nie dzieje. Może będziemy niespełnieni - tylko tyle. Ale nie mamy grzechu ani nie powinniśmy żyć w przeświadczeniu, że Bóg nas ukarze za nieposłuszeństwo. Co niestety nieraz ma miejsce. Bywa, że kobieta w małżeństwie, z kilkorgiem dzieci cierpi niepotrzebnie, bo kiedyś tam po maturze odczuła pociąg do Karmelitanek, no ale później poznała Franka i tak jakoś wyszło, a teraz jest nieszczęśliwa. I dręczy się tą myślą i dręczy a to całe jej nieszczęście z tego dręczenia wynika, nie z tego, że z Frankiem jej źle, tylko, że ona już zgorzkniała i sztuczne wyrzuty sumienia ją zjadają. Albo dziewczyna wyszła za mąż ale cały czas się zastanawia czy z poprzednim chłopakiem nie byłoby jej lepiej? Czy tamten nie był jej "przeznaczeniem"? Ano byłoby dobrze albo i nie było, a teraz ma męża i nie czas na takie dywagacje.
Jeszcze raz powtórzę: nie ma czegoś takiego jak "przeznaczenie", nie ma ludzi sobie "przeznaczonych".
Człowiek ma prawo wyboru i decydując się być z konkretną osobą czyni tak, ponieważ tego chce. I dlatego Bóg dał mu rozum i wolną wolę.
Dlatego Kasiu - po tym przydługim wstępie - odpowiadając na Twoje pytanie: żadnemu "przeznaczeniu" nie ufać. Ufać Bogu. Ufać, że On przygotował dla nas wiele wspaniałych możliwości. Modlić się o rozeznanie, o światło Ducha św. która z nich byłaby dla nas najlepsza. Módl się o dobrego męża. I ufaj, że Bóg w decydującej chwili da Ci takie światło, że będziesz wiedziała. Powodzenia!

P.S. My też polecamy książkę ks. Malińskiego.

  Kinga, 16 lat
57
12.08.2005  
kocham chłopaka który chciał ze mną być a ja go olałam.teraz wiem że to był błąd.Co mam teraz zrobić?jestem zrozpaczona!!!!!!!!!

* * * * *

A on nadal chce z Tobą być? No to już by była połowa sukcesu. Zobacz odp. nr 2.

  Mariola, 24 lat
56
12.08.2005  
Moje pytanie dotyczy nie tyle MIŁOŚCI co raczej jej braku. Nigdy dotąd nie byłam w żadnym związku. Nawet nie miałam chłopaka...a wydaje się, iż jestem normalną, miłą, i nawet nie taką brzydką dziewczyną. Długo wierzyłam, że po prostu to jeszcze nie ten czas, że nie spotkałam \"tego właściwego\" itd. Ale szczerze mówiąc, teraz to już zaczynam się martwić. Może jednak coś jest \"nie tak\"...(we mnie)?

* * * * *

Droga Mariolu! Samotność to też jeden z trudniejszych tematów w tym dziale. Na pewno wszystko z Tobą w porządku. Ja zaczęłam się martwić swoją samotnością gdy skończyłam 25 lat. Też wydawało mi się, że to we mnie jest jakiś problem, skoro wszyscy wokół z kimś są. A ja nie. Byłam i towarzyska i wesoła, no po prostu "normalna". A czas mijał i nic. W końcu spotkałam tego jedynego (teraz jestem mężatką) ale nie było to w chwili kiedy tak bardzo tego potrzebowałam i przez ten czas kiedy byłam sama miałam trochę żalu do Pana Boga, że tak właśnie jest. Nie wiem dlaczego Pan Bóg tyle "zwlekał", czasem mam poczucie straconego czasu. Po prostu nie wiem.
Nie wiem dlaczego tak się dzieje, że niektórzy w wieku kilkunastu lat trafiają na właściwą osobę (rzadkie to przypadki ale sama znam takie) a inni koło trzydziestki, nawet po a nadal nikogo nie mają.
Bóg ma swoje plany wobec każdego, nawet jeśli nam się wydają one bezsensowne (a często się wydają - no bo co ma powiedzieć moja koleżanka, która ma 34 lata i ani widu ani słychu tego przyszłego męża, a czas leci, a u kobiety to leci dwa razy szybciej bo i zegar biologiczny daje znać o sobie). Kiedyś dowiemy się dlaczego tak się dzieje, teraz możemy jedynie domniemywać.
Nie wiem dlaczego jeszcze jesteś sama. Być może Pan Bóg chciał Cię uchronić przed związaniem się z niewłaściwym człowiekiem, być może ten Twój jedyny jeszcze nie jest gotowy na związek z kimś? W każdym razie na pewno to Twoje czekanie ma sens, choćbyś go nie potrafiła na razie zrozumieć.
Przede wszystkim módl się o dobrego męża. Albo swoimi słowami albo inną modlitwą, np. stąd: [zobacz]
No i dobrze wykorzystaj ten czas kiedy jeszcze nikogo nie masz. Chodź na jakieś kursy, może studia podyplomowe, aerobik, język itp. Wyjeżdżaj z przyjaciółmi w ciekawe miejsca (ja organizowałam dla znajomych wycieczki weekendowe i zapisałam się na kurs tańca - było mi strasznie "łyso", że idę tam sama, ale potem było jak znalazł).
Idź na pielgrzymkę w tej intencji albo odpraw jakąś litanię np. do Matki Bożej Nieustającej Pomocy - w wielu kościołach jest ona co tydzień w środy.
Miej kontakt z ludźmi w takiej sytuacji jak Ty, nie unikaj też wypadów z ludźmi "w parach". No i - jeśli masz ochotę - wpisz się tu: [zobacz]
Nieskromnie to zabrzmi, ale mamy już kilka "źródełkowych" małżeństw, nie liczących związków na wcześniejszym etapie. Z całego serca życzę Ci powodzenia i wierzę, że gdzieś (może całkiem niedaleko) czeka na Ciebie wspaniały chłopak.

  Majka, 17 lat
55
12.08.2005  
Przyjaźnię się z Filipem od szóstej klasy podstawówki. Prawie nigdy się nie kłóciliśmy, byliśmy prawie nierozłączni. Niecały rok temu zakochałam się w nim. Nie wiedziałam, co robić. Postanowiłam na początku o niczym mu nie mówić, ponieważ nie chciałam niszczyć naszej przyjaźni. Jakieś dwa tygodnie później Filip oznajmił mi, że ma dziewczynę. Była to nasza wspólna koleżanka. Widząc ich razem bardzo cierpiałam, ale udawałam, że wszystko gra. Pół roku później zerwali ze sobą. Byłam dla Filipa oparciem, pocieszałam go. I właśnie wtedy przestałam go kochać. Zrozumiałam, że to było zauroczenie. Natomiast Filip dwa dni tygodnie później wyznał mi miłość... Nie wiedziałam, co powiedzieć. Było mi strasznie głupio. Zapytał, czy będę jego dziewczyną. Poprosiłam go o kilka dni do namysłu i proszę was o pomoc. Nie wiem co mam zrobić. Przede wszystkim nie chcę zranić jego uczuć. Pomóżcie. Proszę.

* * * * *

Bądź wobec niego szczera. Powiedz mu co tak naprawdę teraz czujesz i jak widzisz Waszą znajomość. A czy przypadkiem nie jest tak, że Filip szuka teraz pocieszenia po stracie dziewczyny i próbuje ją zastąpić Tobą? No bo dwa tygodnie po zerwaniu wyznać miłość innej osobie to chyba trochę ciężko, prawda? A może on teraz jest zauroczony Tobą - bo tak dobrze go rozumiesz i wydaje mu się, że Cię kocha?
W każdym razie nie bój się, że zranisz jego uczucia i do niczego się nie zmuszaj. Możesz po prostu powiedzieć, że cenisz go jako przyjaciela a czas pokaże czy będzie między Wami coś więcej.

  Diamencik, 17 lat
54
11.08.2005  
Kiedys wiele razy ktos mi sie podobal, zakochiwalam \"sie\". Mialam juz dosc tego, ze jestem tak zmienna w uczuciach. Uczucia spadaly na mnie, po czym po jakims czasie ulatywaly rownie szybko. Jednak... pewnego dnia zwrocilam uwage na chlopaka, ktory sluzyl do Mszy. Nie, tym razem nie zakochalam sie. Wlasciwie zainteresowal mnie jego usmiech, jego wesole oczy. Nic poza tym. Potem wiele razy spotykalam go w kosciele - gdy modlilam sie po porannej Mszy, on przychodzil zamknac kraty. Wtedy zwykle pospiesznie wychodzilam z kosciola, - nie wiem dlaczego. (...)
Potem coraz bardziej lubilam go spotykac, chociaz jeszcze raczej nie bylam nim zainteresowana. (...)
Pewnego razu po Mszy zeszlam do zakrystii, a on usmiechnal sie na moj widok. I nikt tego nie zauwazyl... oczywiscie oprocz mnie. (...) Zaczelam brac go na sposob, sprawdzalam, czy jest zainteresowany. Katem oka widzialam, ze obserwuje... pewnego razu nawet chcial chyba podejsc do mnie, ale oczywiscie zwialam. Bylismy wtedy oboje w kosciele, a on jak zwykle zamykal kosciol. W koncu spodobalo mu sie spogladac mi w oczy od czasu do czasu i \"tak trwala nasza bez slow rozmowa\"... ;-)
(...)W koncu jakos doszlam do faktu jego imienia, a on - mojego. I tyle o sobie wiemy, do dzis.
(...) Po ostatnim zdarzeniu (ktorego juz nie zdaze opisac), uswiadomilam sobie, ze kocham \"go\", a nie ma w tym \"sie\". W sytuacji, kiedy myslalam, ze jest chory, cierpi (a chodzilo o kogo innego), polecalam go goraco Bogu, pragnelam oddac swoje zdrowie, wiare, nadzieje, byleby on zyl, byl zdrowy, szczesliwy. Zreszta, modle sie o to, aby byl szczesliwy.
(...) A tak na powaznie, mam dwa pytania:
- czy aby na pewno go kocham ? (Zaznaczam, ze z danych personalnych znam jedynie jego imie...)
- i czy sadzi Pani, ze mam prawo oczekiwac czegos, czy jednak pozostac przy niezwykle radosnym fakcie mej milosci ? (Kochanie go sprawia mi radosc niezaleznie od tego, czy on cos czuje...) Za odpowiedz z gory serdecznie dziekuje i pozdrawiam cala redakcje cudownej stronki Adonai.pl :-)


* * * * *

Dziękujemy za pozdrowienia :)
A dlaczego by po prostu nie spróbować zagaić jakiejś rozmowy? Np. spytać czy tego i tego dnia (jeśli jest to jakaś uroczystość) Msza św. będzie normalnie? Albo o której godzinie wychodzi pielgrzymka? Masz bardzo ułatwioną sprawę, bo:
1) wiesz gdzie możesz go zastać,
2) wiesz, że to religijny chłopak,
3) jest wiele neutralnych tematów na które możecie porozmawiać.
Jeśli to miłość z Twojej strony (na temat zakochania i miłości pisałam już, ale Ty to tak pięknie rozróżniasz, że nawet nie będę Cię nigdzie odsyłać) to wydaje mi się, że po jakimś czasie przestanie Ci wystarczać obecna sytuacja. Tylko, że Ty...chyba się boisz, że gdy zrobisz jakiś bardziej zdecydowany ruch to wszystko nagle pryśnie, okaże się, że on nic do Ciebie prócz sympatii nie czuje itd... a teraz jest taka słodka nieświadomość, słodkie złudzenia...
No cóż, ja bym chyba zaryzykowała, choćby tym pytaniem o nabożeństwo. Jeśli zostaniecie sami w kościele to nie będzie podejrzane, że pytasz właśnie jego, prawda? Być może jest tak, że Ty też mu się podobasz, ale jest nieśmiały albo też boi się utraty złudzeń...
Jeśli na Twoje pytanie odpowie chętnie i z zainteresowaniem - to jest jakaś nadzieja i chyba dalej pójdzie już łatwiej. A jeśli nawet nic z tego nie wyjdzie - to chyba też nic nie stracisz, skoro jak mówisz: (...)"Kochanie go sprawia mi radość niezależnie od tego, czy on coś czuje"(...).
W każdym razie: powodzenia!

  Ania, 22 lat
53
11.08.2005  
Mam wątpliwości dotyczące mojego zwiazku,nie jestem pewna,czy mój narzeczony zapewni mi bezpieczeństwo.jest dobrym człowiekiem,ale obawiam się,że nie jest w stanie być tak zdecydowanym,jak bym chciała.Zależy mi na nim,jednak nie wykluczam,że nie będę z nim do końca życia.Na dodatek zdarzyło mi się zakochać-raczej z wzajemnością.Z tym \"drugim\"nie utrzymuję prawie kontaktu,jednak to uczucie sprawiło,że zaczęłam zastanawiać się nad swoim życiem,przyszłością...Proszę o jakąś radę, pocieszenie...

* * * * *

Nie bardzo rozumiem jak można zakochać się z wzajemnością i nie utrzymywać z kimś kontaktu???? Jesteś pewna tej wzajemności? Bo wydaje mi się, że gdyby tak było to chłopak na głowie by stanął, żeby kontakty z Tobą utrzymywać. Poza tym - jeśli zakochałaś się w kimś innym z wzajemnością to czy jest sens rozważanie o poczuciu bezpieczeństwa ze strony narzeczonego? Chcesz z nim być czy nie? A jeśli chcesz - to dlaczego dopuszczasz możliwość, że nie będziesz z nim do końca życia? A jeśli nie chcesz z nim być do końca życia to dlaczego za niego wychodzisz?
A jeśli już o poczuciu bezpieczeństwa i zdecydowaniu faceta mówimy to poczytaj odp. nr 25 - to co napisałam o mężczyźnie jako przewodniku. Być może ten problem dotyczy Twojego narzeczonego (oczywiście nie w kontekście czystości, o której tam pisałam)? Być może on myśli, że powinien - w imię miłości - ulegać Ci we wszystkim? Być może Ty jesteś osobą decydującą w związku i nie dopuszczasz go do głosu?
Myślę, że powinnaś poważnie porozmawiać z narzeczonym: powiedzieć mu o swoich oczekiwaniach i spytać jak on się czuje w swojej roli. Czy byliście już na naukach przedślubnych? Jeśli nie to gorąco polecam Wam nauki - "Wieczory dla zakochanych" - 9 spotkań o niekonwencjonalnym charakterze. Tutaj znajdziesz na ten temat informacje: www.spotkaniamalzenskie.pl
A jeśli jesteś z Warszawy i masz ochotę na "Wieczory..." metodą stacjonarną (1 spotkanie w tygodniu, nie rekolekcje wyjazdowe) to napisz maila na adres: admin@adonai.pl, podam Ci konkretne namiary w Warszawie.

  Michał, 16 lat
52
11.08.2005  
Witam!
Mam ogromny problem... Mianowicie jest dziewczyna, którą poznałem już 10 lat temu (w zerówce) i nawet mimo tego, że miałem dopiero 6 lat - zakochałem się w Niej. Nigdy nie powiedziałem Jej wprost, tego, co czuję. Przez te wszystkie lata szkolne starałem się jak mogłem, aby zwróciła na mnie uwagę (zawsze Jej pomagałem, gdy miałem na to okazję). Przy wyborze szkół starałem się nawet dowiedzieć, do jakiej szkoły się udaje, ale niestety nic z tego nie wyszło, bo zabrakło mi kilku punktów, aby się do niej dostać... Teraz, gdy są wakacje, strasznie za Nią tęsknię i żałuje, że nie powiedziałem wprost, że Ją kocham. - Nie sądzę, aby mogło być to zauroczenie, bo trwa to zbyt długo, przy czym nie interesują mnie inne dziewczyny - jestem bardzo stały w uczuciach. :) Rozmawiałem na ten temat z koleżanką - doradziła mi abym do Niej zadzwonił i spytał czy pójdzie ze mną na spacer - tak abym miał okazję wyznać to i owe. Jednak takie rozwiązanie jest dla mnie niemal niewykonalne. Nie mogę sobie wyobrazić siebie dzwoniącego prosto do najwspanialszej dziewczyny na świecie i proszącego o spacer... Mimo iż koleżanka powiedziała mi, że mam spaczony sposób myślenia, nadal wydaje mi się to dość nietypowe. Być może to dlatego, że jestem małomówny, zamknięty w sobie i wszystkim zanadto się przejmuję - jest to dodatkowe utrudnienie (w sumie, to jest to największy problem). Ale z drugiej strony patrząc, to jak miałbym to zrobić bez uprzedniego umówienia miejsca? Koleżanka wyśmiała mnie, gdy powiedziałem, że chcę wyznać miłość dopiero, gdy spotkam Ją zupełnie przypadkiem (podała taki przykład: moja ukochana wychodzi ze sklepu mięsnego, a ja podchodzę i mówię, że Ją kocham :D). W sumie, to miała rację, ale cóż może zrobić taki spokojny koleś jak ja? Myślę, że w sumie moje szanse są bliskie zeru - ale zawsze robiłem sobie nadzieję, kiedy się do mnie tak pięknie uśmiechała... - To tak jakby dawała mi znak, że jednak mogę spróbować, chyba że były to czysto koleżeńskie wyrazy sympatii - tego niestety nie wiem. Ona jest niezwykle sympatyczną osobą, więc nie muszę obawiać się, że mnie wyśmieje, albo coś w tym stylu. Ale ja nie wiem nawet, czy nie jest teraz przez kogoś zajęta... Uff, ale się rozpisałem, będę bardzo wdzięczny za wszelkie rady. Pozdrawiam.


* * * * *

Chyba w tym przypadku powinieneś dziękować Bogu za dar, jakim jest Twoja nieśmiałość. Michale, gdybyś podszedł do dziewczyny i powiedział jej tak po prostu, że ją kochasz uciekłaby tak daleko jak się da. Bo wystraszyłbyś ją nie na żarty. Teraz możesz odetchnąć, że nie popełniłeś tego błędu ;). Koniecznie przeczytaj odp. nr 18! A poza tym: koleżanka dobrze radzi, żebyś gdzieś dziewczynę zaprosił. Widzisz, kobiety instynktownie wiedzą czego pragną inne kobiety, zatem warto czasem słuchać koleżanek. Tylko broń Boże żadnych wyznań na pierwszej randce! Poza tym to co napisałeś o sygnałach z jej strony dobrze rokuje. Może ona też jest nieśmiała? Powodzenia!

  Maleńka, 20 lat
51
11.08.2005  
Pokój i Dobro :) Mam jedno - ale bardzo ważne dla mnie - pytanie: chodzę z moim chłpakiem już od 17 miesięcy i zaczynam mieć wątpliwości czy jesteśmy dla siebie?! Nie wiem jak rozpoznać, czy Go kocham - mi się wydaje, że TAK :) Ale chciałabym wiedzieć jak można sprawdzić czy mi zależy na nim i czy jemu zależy na mnie. Szczerze mówiąc to bez niego nie mogę wytrzymać jednego dnia ;)
Pozdrawiam :)


* * * * *

No jeśli nie możesz wytrzymać ani jednego dnia to chyba Ci na nim zależy :) Przeczytaj co napisałam Kasi (odp. nr 19)


Ostatnia aktualizacja: 05.06.2008, 16:16


[ Powrót ]
Daj plusika:
[ Strona główna ] Drukuj Wyślij link
Trudna miłość. Jak pokonać kryzys? Trudna miłość. Jak pokonać kryzys?
Tonino Cantelmi, Rachele Barchiesi
Dlaczego zbudowanie stałych i silnych związków uczuciowych wydaje się dzisiaj bardzo trudne czy wręcz niemożliwe? Jakie są przyczyny kryzysu panującego w relacjach międzyludzkich? Autorzy niniejszej książki starają się ukazać te przyczyny. Chcą pomóc Czytelnikowi, zwłaszcza młodemu, w budowaniu trwałych relacji z innymi ludźmi.... » zobacz więcej
Zakochanie… i co dalej? Zakochanie… i co dalej?
Jacek Pulikowski
Książka ta jest pierwszym krokiem do szczęśliwego małżeństwa. Pomyśl o radosnym czasie zakochania, chodzenia ze sobą, narzeczeństwa i nie zmarnuj go! Wykorzystaj cenne wskazówki autora dla dobra twojego i przyszłego współmałżonka... » zobacz więcej
O stronie... | Ogłoszenia | Konkurs | Wspomóż nas | Polityka Prywatności | Kontakt

© 2001-2011 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej