Kartki Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Czat Opowiadania Perełki
Miłość czy MIŁOŚĆ? Czyli sztuka chodzenia ze sobą Miłość czy MIŁOŚĆ? Czyli sztuka chodzenia ze sobą
Katarzyna i Tomasz Jarosz
Przeczytaj tę książkę! Być może znajdziesz tu odpowiedzi na swoje pytania, a przedstawione rady pomogą Ci wybrnąć z sytuacji w jakieś się znalazłeś.... » zobacz więcej
miłość czy Miłość?

Odpowiedzi na pytania

Odp: [1-50], [51-100], [101-150], [151-200], [201-250], [251-300], [301-350], [351-400],
[401-450], [451-500], [501-550], [551-600], [601-650], [651-700], [701-750], [751-800], [801-850], [851-900]
[901-950], [951-1000], [1001-1050], [1051-1100], [1101-1150], [1151-1200], [1201-1250], [1251-1300],
[1301-1350], [1351-1400], [1401-1450], [1451-1500], [1501-1500], [1551-1600], [1601-1650], [1651-1700],
[1701-1750], [1751-1800], [1801-1850], [1851-1900], [1901-1950], [1951-2000], [2000-2050], [2051-2100],
[2100-2150], [2151-2200], [2201-2250], [2251-2300], [2301-2350], [2351-2400], [2401-2450], [2451-2500],
[2501-2550], [2551-2600], [2601-2650], [2651-2700], [2701-2750], [2751-2800], [2801-2850], [2851-2900], [2901-2950], [2951-3000],
[3001-3050], [3100-3100], [3101-3150], [3151-3200], [3201-3250], [3251-3300], [3301-3350], [3351-3400],

Zakochanie… i co dalej? Zakochanie… i co dalej?
Jacek Pulikowski
Książka ta jest pierwszym krokiem do szczęśliwego małżeństwa. Pomyśl o radosnym czasie zakochania, chodzenia ze sobą, narzeczeństwa i nie zmarnuj go! Wykorzystaj cenne wskazówki autora dla dobra twojego i przyszłego współmałżonka... » zobacz więcej




  Mario, 22 lat
1400
09.12.2006  
Czy to musi być tak, że melancholik żeni się z sangwinikiem? Czy muszą dobierać się ludzie na zasadzie przeciwieństw? Źle bedzie jak spotkam dziewczynę (która mi się spodoba) i będzie ona tak jak ja melancholikiem? Proszę o odpowiedź.

* * * * *

Nigdy nie słyszałam o takiej teorii :) Ludzie raczej dobierają się na zasadzie podobieństw, nie przeciwieństw wbrew powiedzeniu, że "przeciwieństwa się przyciągają". Dzieje się tak, że po prostu najlepiej się czujemy w towarzystwie kogoś kto myśli, czuje, działa tak jak my. Kto ma podobne zainteresowania. Kwestie charakterologiczne naturalnie też mają tu swój udział bo łatwiej nam po prostu dogadać się z kimś kto ma podobne usposobienie. Ale to wcale nie wyklucza powodzenia związku dwóch osób różnych pod tym względem. Wszystko zależy od tego czego oczekujemy i czy odnajdujemy się w tej naszej inności.
A zatem jeśli spotkasz dziewczynę, która jest melancholikiem będzie zupełnie ok. Tak samo dobrze będzie jeśli spotkasz dziewczynę, która nim nie będzie. Jeśli się dobrze poznacie, będziecie sobą zafascynowani i będziecie chcieli być ze sobą to nie będzie miało naprawdę większego znaczenia. Bo to WY zdecydujecie czy jest Wam ze sobą dobrze. Podobne usposobienie ułatwi Wam kontakt ale nie będzie czynnikiem decydującym. Z Bogiem!

  Monika, 17 lat
1399
09.12.2006  
Mam problem, którego za nic nie umiem rozwiązać. Nigdy, przenigdy nikomu się nie podobałam, ani nikt nie okazał mi swojego zainteresowania. Właściwie przez cały okres dzieciństwa miałam tylko koleżanki, żadnych kolegów. Zmieniło się to oczywiście z czasem, ale nieznacznie. Kiedy się w kimś zakochiwałam, to nikt o tym nie wiedział. Tłumiłam wszystko w sobie, nie wyobrażałam sobie nawet, że obiekt moich westchnień mógłby się o tym dowiedzieć. Cisza. Nie mam zielonego pojęcia jak to jest z kimś być, chodzić z kimś, a już o czymś w stylu całowania nawet nie wspomnę... I tu zaczynają się schody. Bo znów zakochałam się beznadziejnie. Widzę go niemal codziennie i jesteśmy na stopie koleżeńskiej. Rozmawiamy, śmiejemy się, zazwyczaj w towarzystwie także innych ludzi. Nie pokazałam mu, że czuję dużo więcej, niż tylko koleżeńską sympatię, bo NIE WIEM, jak to zrobić. W mojej głowie panuje nieznośna pustka, jeśli chodzi o jakiekolwiek związki. A przecież tak bardzo chciałabym czasem złapać go za rękę, albo przytulić... Na razie musi mi wystarczyć tylko umyślne dotknięcie opuszkami palców, gdy coś mu podaję. I już ta odrobina jest dla mnie nie lada przeżyciem... Czytałam wiele odpowiedzi na zamieszczone tu pytania, ale gdy ktoś ma problem z zakochaniem, to zazwyczaj jest to zauroczenie kimś zupełnie obcym. A u mnie jest trochę inaczej... Cóż mam zrobić? Widzę w mojej szkole mnóstwo pięknych dziewczyn, modnie ubranych, umalowanych, w butach na obcasie... A ja jestem najzwyczajniejszą, skromną osóbką i nie zamierzam ubierać się nagle na różowo, żeby wzbudzić czyjeś zainteresowanie. A coraz częściej dochodzę do wniosku, że w dzisiejszym świecie jest to jedyna droga do bycia w związku. Sama już nie wiem... Chciałabym mieć kogoś tu na ziemi, dla kogo byłabym ważna, bardzo chciałabym w przyszłości założyć rodzinę, mieć kochającego męża i dzieci. Ale jak mam to zrobić, skoro nie mam pojęcia jak pokazać swoje uczucia? Proszę o radę. Pozdrawiam serdecznie:)

* * * * *

Moniko, do 25 roku życia też z nikim nie byłam. Widzisz, to Ty już jesteś 8 lat do przodu. To jeden plus. A teraz po kolei. Widzisz, miłość, taka prawdziwa to coś więcej niż zaspokojenie potrzeby czułości. Tą ostatnią częściowo zaspakaja zakochanie. Z Twojego listu wnioskuję, że chodzi Ci teraz o to, byś mogła się do kogoś przytulić, by ktoś Cię pocieszył, byś mogła z kimś porozmawiać, po prostu "być". I to nic złego, bo w Twoim wieku właśnie takie pragnienia się rodzą. Budzi się ciało, zmysły, uczucia. I niewykluczone, że będzie Ci to wszystko dane. Nie wiesz tylko kiedy. Żeby jednak ten dar właściwie wykorzystać to trzeba być na to przygotowanym. Bo związek z kimś nie może być tylko zaspokojeniem pragnień. A zatem przez ten czas kiedy jesteś sama przygotuj się do miłości. Pisałam o tym w odp. nr: 817, 138, 693. Nie daj się zaskoczyć.
Co do tego chłopaka. Odważ się. Po prostu zrób jakiś krok, który pozwoli Ci go poznać bliżej. Zaryzykuj. Nawet jeśli nie wyjdzie Ty nabędziesz doświadczenia i następnym razem będzie Ci łatwiej. Nie spiesz się z wyznawaniem i okazywaniem uczuć tylko dąż do poznania go. Przeczytaj jak nawiązać bliższy kontakt w odp. nr: 3, 30, 37, 134, 411, 912.
I nie daj się przekonać, że trzeba być wymalowaną lalą, by zasłużyć na miłość. To nie tędy droga! Bo te dziewczyny nie otrzymują tak naprawdę miłości. A dlaczego chłopcy się nimi interesują przeczytaj w odp. nr 1153. Powodzenia!

  Justyna, 22 lat
1398
09.12.2006  
Witam serdecznie!Pisze z holandi.iW wakacje poznalam w internecie na czacie bardzo fajnego chlopaka.To Karol i ma 28 lat.Zaczelismy potem rozmawiac na gg.Rozmwaialismy coraz czesciej i czesciej.Nie raz rozmowy trwaly do 3.00 godziny nad ranem.Swietnie mi sie z nim rozmawialo.Jemu ze mna tez.W wielu dziedzinach dobrze sie rozumielismy.Po jakims czasie zrozumialam ze go chyba kocham.Moze to dziwne pokochac kogos kogo sie nie widzialo ale tak naprawde bylo.Potem nastapily watpliwosci czy Go zeczywiscie kocham, ale z czasem watpliwosci te zniknely.Bylam pewna swego uczucia.On tez tak jak mi wtedy mowil.Spotkalismy sie gdy przyjechalam we wrzesniu na wakacje do polski.Wszystko wygladalo tak dobrze.Po powrocie do holandii napisalam Karolowi, ze jesli naprawde sie kochamy to wytrwamy do nastepnego spotkania w swieta.Nie moglam jednak czekac i chcialanm wiedziec co On o tym mysli.Napisal mi zebym sie nie smucila, ale On nie potrafi kochac kogos tak na odleglosc.Powiedzial mi, ze nic mu sie nie uklada byc moze dlatego iz nie podejmuje wlasciwych decyzji w zyciu.To wszytko co mi powiedzial bylo dla mnie ogromnym ciosem.Napisalam Mu jak bardzo mnie zranil.Wczesniej wyznania milosci a potem cos takiego.Ja chyba w dalszym ciagu cos do niego czuje.Wiem, ze to wszytko juz skonczone ale ja nie potrafie o Nim zapomniec.Karol jest teraz w Rumunii i nie mamy kontaktu.Jestem Mu bardzo wdzieczna bo pomogl mi finansowo jak potrzebowalam pieniedzy na lekarstwa.W sumie nie musial tego robic ale dopomogl mi.Modle sie caly czas o przyszlego meza, ale cigle nie moge zapomniec o Karolu.Prosze poradz mi cos bo ja dluzej nie moge juz tak zyc.Jak mam o Karolu zapomniec.Wiem ze nic z tego nie bedzie bo On mnie nie kochaByl z jakas dziewczyna 4 lata i odeszla od Niego bo kochala innego.Moze bal sie ze i tak bedzie tym razem?Sama nie wiem.: (Prosze o porade!!!Z gory serdecznie dziekuje za jakakolwiek porade.

* * * * *

Justyno! O związku przez internet i na odległość pisałam w odp. nr: 59, 118, 1072, 97, 120, 112, 132, 278, 620, 864. Proszę przeczytaj, a może zrozumiesz co "nie wypaliło". Miłość potrzebuje obecności, bez niej usycha. Rozumiem jednak Twój ból. Karol nie powinien wyznawać miłości jeśli nie był jej pewien. Zostałaś bardzo zraniona przez zbyt pochopne wyznanie, przez nieprzemyślane działanie. Współczuję Ci. Jeśli - jak piszesz - nie ma już szans na powrót i rozwój tego związku pozostaje Ci "pozbierać się" i zacząć żyć - najpierw dla siebie, a potem, gdy będziesz miała wolne serce otworzyć je na innych. Na pewno jest gdzieś ten, kogo będziesz mogła z wzajemnością kochać. Nie traktuj proszę tej historii jako porażki. Ona wiele Cię nauczyła. Mam nadzieję, że jego też. Nic w życiu nie dzieje się bez celu i bez sensu, choćbyśmy na razie tego nie rozumieli. Ale tak jest. Wiem jak to jest gdy trzeba przestać kochać, wtedy świat się wali a nam się wydaje, że już nigdy nikogo nie poznamy a jak poznamy to nigdy nie będziemy potrafili TAK kochać. Ale czas leczy rany. To banał, ale prawdziwy. Może będzie Ci łatwiej bo go nie widzisz. Nie rozumiem do końca jego zachowania, nie zachował się jak odpowiedzialny mężczyzna. Wiem, że to Cię nie pociesza, ale dzięki temu rozstaniu masz szansę poznać kogoś kto będzie bardziej dojrzały. Na razie myśl o sobie, lecz rany serca i mimo wszystko wierz w miłość i módl się. O rozstaniu i o tym jak sobie radzić poczytaj w odp. nr: 241, 248, 304, 1091, 1161, 80, 526, 653, 825. Trzymaj się!

  aneta, 24 lat
1397
09.12.2006  
dlaczego niemam chłopaka?

* * * * *

Droga Aneto! Samotność jest trudnym i bolesnym doświadczeniem. Gdy jest się samemu wszystkie rady typu: poczekaj, Bóg ma plan itp. tylko denerwują, bo pragnienie miłości domaga się spełnienia tu i teraz. Dlatego nie będę Ci tego pisała. Powiem tylko, że Bóg potrafi zaskoczyć. Mnie też zaskoczył. Polecam Ci także odp. nr: 56, 302, 346.

  Anonim, 18 lat
1396
09.12.2006  
czy w wypadku gdy w małżenstwie jedna z osób jest chora na AIDS mozna uzywać prezerwatywy?wiem że to jest niezgodne z nauką Kościoła ale w tym wypadku jest zagrozenie że druga osoba równiez zachoruje...

* * * * *

Proszę zadać to pytanie na forum Pomocy www.opoka.org.pl. Uzyskasz oficjalne stanowisko Kościoła w tej sprawie.

  Monia, 16 lat
1395
09.12.2006  
Mam taki mały problem, bo jest ksiadz, ktory jak z Nim rozmawiam potrafi, ze na mojej twarzy pojawia sie prawdziwy usmiech a nie jak przewaznie nie szczery;/ tylko ze ten ksiadz ostatnio zerwal ze mna takie leprze stosunki, a jest chyba jak narazie jedyna osoba, ktora mi pomaga nie wiedzac ze jest jakis problem.. to nie jest ani zauroczenie ani nic w tym rodzaju, ale badzio bym ciala miec z Nim kontakt jak kiedys..
Moj drugi problem to takie, ze moja przyjaciolka(byla?)jest z chlopakiem, w ktorym ja sie podkochiwalam (ona o tym dobrze wiedziala, bo nawet pomagala mi zeby z nim nawiazac leprzy kontakt) dopiero po jakims czasie mi powiedziala, ze on jej wyznal milosc.. i w tym jest problem, ze ona nie wie, ze mnie to rani, mimo iz jej to mowilam.. wymaga ode mnie zebym sie z nimi widywala itp.. chcialabym, zeby bylo miedzy nami tak jak kiedys, ale nie potrafie.. obie sie zmienilysmy.. ona jak twierdzi ma honor i nie bedzie sie plaszczyc do mnie.. nie wiem.. to chyba nie przyjazn?? pozdrawiam goraco.. i bardzo dziekuje z gory za odpowiedz.. aha.. bardzo dobry pomysl z tymi listami.. duzo juz przeczytalam i jak ktos ma podobny problem i mi o tym mowi to ja uzywam Pani odpowiedzi.. nie koniecznie takiej dokladnej, ale no.. dziekuje;) pozdrawiam..
Juz pisalam ale nie na ten temat co teraz, a wiec czy chlopcy patrza tylko na wyglad? dlaczego smieja sie ze mnie ze jestem szeroka w biodrach i tak ostatnio troche schudlam, a teraz jak tylko widze ze cos mi odstaje boje sie ze znowu niewiadomo jak przytyje.. nie chce miec chlopaka nie o to mi chodzi w wygladzie ale bardzo mnie to boli jak oni sie smieja ze mnie, albo z powodu wygladu okazuja mi pogarde;(


* * * * *

Ad 1) Jeżeli czujesz, że potrzebne Ci jest prowadzenie przez tego księdza, że rozmowa z nim Ci pomaga to poproś go o kierownictwo duchowe. Jednak jeśli zależy Ci tylko na kontakcie z nim to ostrożnie. Jeśli on się odsunął to znaczy, że musiał mieć ku temu ważny powód. Może więcej obowiązków, może jakieś problemy, na pewno nie jest to tylko jego "widzimisię". Natomiast Ty nie możesz zbliżać się do niego bardziej niż on do Ciebie - taka jest zasada. Mało bowiem potrzeba, by czysta sympatia przerodziła się w coś więcej. Przeczytaj proszę ten artykuł: [zobacz]
Ad 2) Musisz albo powiedzieć wyraźnie koleżance, że kiedyś on Ci się podobał (ale nic jej z Twojej strony teraz nie grozi) i bolą Cię takie kontakty albo - jeśli czujesz, że ona może tego nie zrozumieć - po prostu odmawiać jeśli nie czujesz się na siłach. Powiedz wprost, że Ty wolisz takie babskie plotki tylko z nią, bo np. krępuje Cię obecność mężczyzny albo że nie chcesz z nimi razem się widywać bo nie masz sama chłopaka i jest Ci przykro. To już na pewno zrozumie. Widzisz, ona nie czyta w Twoich myślach i nie wie dlaczego ich unikasz. Wykorzystaj jedną lub drugą metodę, ale koniecznie z nią porozmawiaj, bo tylko w ten sposób oczyścicie atmosferę.
Ad 3) Najpierw przeczytaj odp. nr 1153. Widzisz, w Waszym wieku chłopcy nie patrzą z reguły najpierw na wnętrze tylko na powierzchowność. Swoje kompleksy, swój brak odwagi pokrywają krytyką i wyśmiewaniem się z kogoś innego. Bo widzisz "czepiając się" kogoś odwraca się uwagę od siebie. Oni nie będąc w głębi duszy pewnymi siebie i bojąc się porażki w stosunku do dziewczyny bronią się w ten sposób: przez atak - mimo, że nikt ich nie atakuje. W ten sposób pokrywają swoją niepewność siebie. Tu nie chodzi absolutnie o Twój wygląd. Jak nie biodra to co innego by im "przeszkadzało". To jest sposób okazania zainteresowania, w taki właśnie głupi, szczeniacki jeszcze sposób. Wyrosną z tego, a Ty wiedząc, że to metoda leczenia ich kompleksów nie bierz sobie tego do serca.

  ANIA, 25 lat
1394
08.12.2006  
dzien dobry. Piszę odnosnie postu Moniki27, która odeszła od męża z powodu alkoholizmu i z przemocy. Napisałaś jej, że nie ma już możliwosci na życie z kimś. Napisanie to osobie, która ma 27 lat a przed nia conajmniej 50 lat życia jest okrutne tymbardziej , że jest wyjście dopuszczalne według KK. A jest to stwierdzenie nieważności małżeństwa przez sąd metropolitarny. Skoro powodem jest alkoholizm i przemoc fizyczna to mogą one być podstawą to uniewaznienia tego małżeństwa np. jesli mąż był alkoholikiem przed slubem a ona o tym nie wiedziała. Pozatym podejrzewam, że skoro ma 27 lat to staż małżeński ma niewielki i slub brała młodo...jest równiez kanon mówiący o niezdolnosci psychicznej do podjęcia obowiązków małżeńkich. To wszystko daje szansę i nadzieję dla niej!! Chciałabym jeszcze zauważyć, że w innym poscie odradzasz dziewczynie ślub cywilny, bo jest grzechem. Owszem jest grzechem, ale rozważmy sytuację hipotetyczną. Dwa przypadki: 1. dziewczyna mimo młodego wieku czuję sie juz gotowa do wzięcia slubu. Bierze sugerowany przez Ciebie kościelny, bo chce żyć zgodnie z przykazaniami.Ma powiedzmy 20 lat...za kilka lat z róznych względów rozstaje się z męzem. I co się dzieje??jesli nie uzyska unieważnienia to według prawa koscielnego jest skazana na samotnosć do końca życia albo wykluczenie z sakramentu komunii, jeśli zwiąże się z kimś innym 2. dziewczyna bierze ślub cywilny. Żyje z nim kilka lat po których biorą rozwód. Po spowiedzi może przyjąc komunię i wziąc ślub kościelny. Jednym słowem mimo grzesznego początku później w pełni się cieszy wszystkimi przywilejami.
A KK dziwi się, że tyle młodych osób żyje na kocią łapę. U mnie na studiach w grupie liczącej 30 osób tylko ja wzięłam ślub koscielny i jeszcze jedna koleżanka (wczesniej byli ze sobą 10 lat) Cała reszta woli tego nie robić miedzyinnymi z tego względu. Ja też się bałam. Podjęłam decyzję, ale co będzie za ileś lat tylko jeden Bóg wie. Nie łudzmy sie nierozerwalność małżeństwa pochodzi z czasów gdy ludzie żyli połowę mniej niż my. Jeszcze w XIX wieku 30letnia kobieta była brana za staruszkę. Nie mówiąc o tym, że większość umierała przy połogach. Wytrwać w tym jest coraz trudniej. Wszystkie konsekwencje wzięcia slubu kościelnego powodują, że lepiej go jak się jest młodym po prostu nie brać. Wiem, że to zimna kalkulacja, ale w perspektywie długiego życia jest to najlepsze. Pozdrawiam


* * * * *

Owszem, ma miejsce w Kościele w wyjątkowych przypadkach możliwość stwierdzenia nieważności małżeństwa (nie unieważnienia), o czym decyduje sąd biskupi. I to właśnie napisałam autorce pytania. Jednak nie jest to "automat" jak rozwód w prawie cywilnym, tzn. nie każdy kto chce stwierdzić, że jego małżeństwo było nieważnie zawarte ma na to szanse. Jakie to są przypadki i jak wygląda procedura opisuje Kodeks prawa kanonicznego. Nie sądzę, by fakt alkoholizmu można było ukryć przed ślubem. Sama jesteś mężatką i wiesz, że to niemożliwe, że zawsze są jakieś symptomy. Oceniając sytuację Moniki na podstawie jej listu mogłam napisać to co napisałam. Jeśli ona sama uzna, że są podstawy do stwierdzenia nieważności jej małżeństwa to sama się do sądu zwróci, a jeśli się do tej pory nie zwróciła to pewnie wie, że podstaw nie ma. Zresztą nawet nie o to pytała. Nie można robić komuś złudnej nadziei, zapewniać, że można stwierdzić nieważność i będzie ok. Dlatego trzeba najpierw dobrze postudiować Kodeks prawa kanonicznego, a dopiero potem się oburzać i protestować, a przy tym wprowadzać kogoś w błąd.
O sensie ślubu cywilnego nie będę się wypowiadać bo już napisałam co na ten temat myślę. Nie zgadzam jednak się z tym, że lepiej sobie pogrzeszyć przez kilka lat, rozwieść, wyspowiadać się i zacząć sobie żyć z kimś innym, ze spokojnym sumieniem. Bo to nie jest odpowiedzialność. A jeśli kogoś kochamy to związkiem sakramentalnym dajemy wyraz temu, że mu ufamy. Oczywiście nie możemy mieć 100 % gwranacji powodzenia. W pewnym sensie więc ryzykujemy. Ale możemy robić wszystko, by miłość przetrwała i rozwijała się. Jeśli ktoś uważa, że jest gotowy do ślubu cywilnego ale nie kościelnego to znaczy, że nie ufa na tyle by ofiarować samego siebie, że nie chce by w życiu małżeńskim pomagał mu Chrystus, by mu błogosławił. Daje wyraz tymczasowości związku, chęci wypróbowania kogoś i życia bez zobowiązań na całe życie. Z dala od Boga. Ja nie chciałabym być wyróbowywana przez kilka lat - na zasadzie "może się nadam na żonę". A jak się nie nadam to się mnie zmieni. Nie związałabym się z kimś tak niedojrzałym i myślę, że Ty też byś chyba nie chciała być poddawana takim testom. Bo to nie jest prawdziwa miłość.
Zastanowiłaś się co z dziećmi z takiego związku? One mają prawo do urodzenia się w sakramentalnym związku, do trwałości małżeństwa rodziców. Chyba nie chciałabyś by Twoja mama czekała aż dojrzeje do ślubu kościelnego i dopiero go zawarła rozwodząc się z Twoim tatą i wiążąc z kimś innym?
Nierozerwalność małżeństwa jest ponadczasowa. Ze względu na dobro dzieci i ze względu na dobro małżonków. Gdyby tak nie było to Kościół wydałby oficjalny dokument stwierdzający, że małżeństwo można zawrzeć np. od 30. roku życia. Żeby mieć większą pewność dojrzałości małżonków. Lepiej by było? Albo by pozwolił na cudzołóstwo w młodym wieku. No to absurd.
A zresztą, zapytam przewrotnie: po co brałaś ślub kościelny w młodym wieku skoro uważasz to za niezbyt dobre wyjście? Czyżbyś tego żałowała?

  Małgosia, 18 lat
1393
08.12.2006  
Chciałam zapytać na ile przeszłość chłopaka, z ktorym chcę się związać mam traktować poważnie tzn. wyciągać z niej konsekwencje dla tego co może mnie spotkac w przyszłości. Nie wiem na ile mogę mu zaufać, że np. mnie nie zostawi bo porzucił dla mnie swoją byłą dziewczynę. Źle mi z tym i stąd mój problem bo mimo, że bardzo go lubię nie bardzo mnie to cieszy, że zostawił dla mnie kogoś z kim był 5 lat... Może jestem dziwna ale mam obawy, że kiedyś mnie tak potraktuje jak spodoba mu się ktoś inny. Czy takie myślenie nie jest przesadzone z mojej strony? Czy można to jakoś sprawdzić, że mnie kocha naprawdę a tamta była pomyłką? Czy można się tak pomylić i być z kimś 5 lat nie kochając go? Wiem, że jest porządny i żyli w czystości. Dodam jeszcze tylko, że różnica wieku między nami wynosi 8 lat i czy nie jest może tak, że on woli młodsze a jak ja sie zestarzeję to też mnie porzuci? Może to są obawy na wyrost ale ja muszę mieć 100% pewności, że mnie tak nie potraktuje. Czy mogę ją mieć kiedy wcześniej tak się zachował w stosunku do innej dziewczyny? I jeszcze jedno mówił, że się zmienił i dużo przemyślał. Chciałabym w to wierzyc ale jak pomyślę o jego przeszłości to serce mnie boli i trudno mi zaufać tak na 100%. Czy moja reakcja jest normalna?

* * * * *

Jest normalna. Też bym się nad tym zastanawiała. Natomiast to wcale nie przekreśla Waszego związku. Natomiast na pewno nie jest tak, że oni się nie kochali. Trudno być z kimś 5 lat i go nie kochać. To byłby absurd. Naturalnie mówimy tu o miłości a nie zakochaniu (różnicę miedzy tymi pojęciami opisałam w tym artykule: [zobacz] oraz odp. nr 15). Natomiast bywa tak, że z jakichś względów będąc z kimś podejmujemy decyzję, że to jednak nie ten człowiek. I całe szczęście, że czasem tak nas "olśni" zanim będzie za późno, zanim wspólne życie po ślubie zamieni się w koszmar. Zawsze jest to bolesna i trudna decyzja, bo zostawiamy za sobą kawałek życia, w który wpleciona była ta osoba. Zostaną wspomnienia, miejsca itp. Z czasem naturalnie będą one coraz bledsze i mniej bolesne. Z czasem pozostaną te dobre wspomnienia a ze znajomości będziemy potrafili wyciągnąć dobre wnioski, nie będziemy już jej traktować jak porażkę tylko pewną naukę: czego nie robić, co ulepszyć. Być może tamta osoba pozostanie naszym znajomym (lub nie - i nie trzeba na siłę do tego dążyć).
Nie należy obawiać się tego, że coś z tej miłości pozostało w kimś z kim jesteśmy, bo jeśli serce miał wolne wiążąc się z nami to wszystko jest na dobrej drodze. Jeśli nie czujemy żalu do kogoś z kim się rozstajemy to jesteśmy gotowi na nowy związek.
Pytasz czy możesz mieć 100 % pewność, że z Tobą tak nie będzie. Kochana, 100 % to się nawet po ślubie nie ma, bo przecież nie możemy ręczyć, że coś komuś "do głowy nie strzeli". Naturalnie przysięga małżeńska jeśli jest składana przez ludzi dojrzałych, rozumiejących znaczenie sakramentu i gotowych pracować nad związkiem "prawie 100 %" gwarancję daje. Przed ślubem jednak żadne przysięgi nas nie wiążą i stopień tej gwarancji jest wprost proporcjonalny do iloczynu tego, na ile poważnie traktujemy drugą osobę, na ile poważnie traktujemy ten związek i czy dążymy do małżeństwa, do stopnia dojrzałości i wkładanej w związek pracy. No i przede wszystkim miłości (tej właściwie rozumianej).
Rozumiem Twoje obawy, to, że jak raz Twój chłopak się z kimś roztsał to być może znów tak będzie. Ale tu pozostaje jeszcze pytanie z czyjej inicjatywy nastąpiło rozstanie i z jakiego powodu. To bardzo ważne. Ja myślę, że znasz odpowiedzi na te pytania i że one powinny Cię uspokoić. Weź też pod uwagę to, że ludzie się zmieniają, dorastają, wyciągają wnioski. Twój chłopak też na pewno dojrzał przez te 5 lat i okres po rozstaniu. Na pewno wiele spraw przemyślał. Jeśli nie byłaś "klinem" to na pewno związał się z Tobą dlatego, że coś go w Tobie zafascynowało. Sam twierdzi, że się zmienił. Jeśli więc go kochasz, jeśli go cenisz to nie masz powodów, by mu nie ufać. Nie możesz zapewnić sobie nierozerwalności Waszego związku przed ślubem, ale możecie oboje zrobić wszystko, byście zostali razem. Jak? Pielęgnujcie swoją miłość (pisałam o tym w odp. nr: 255, 498, 566, 773), miejcie świadomość swoich różnic (odp. nr: 568, 674, 715, 966, 970, 1005, 1101, 1002), wymagajcie od siebie (odp. nr 25, 50, 340, 1101, 234), zachowujcie czystość (artykuł: czystość ) i bądźcie szczęśliwi. Nie łam sobie głowy tym co może nie nastąpić, rób to co w Twojej mocy i módl się. Prawdziwa milość wydaje błogosławione owoce. Powodzenia!

  Anita, 14 lat
1392
08.12.2006  
Zakochałam się w chłopaku już ponad dwa lata. Niewiem czy to prawdziwe uczucie czy to tylko takie se zauroczenie? On jeszcze o Tym niewiem, ale prubuje mu powiedzieć odpowiedzcie mi czy to odpowiednia chwila na wyznanie mu miłości???

* * * * *

Zdecydowanie nie. Najpierw należy kogoś poznać, a dopiero potem zdecydować się czy się chce kontynuować znajomość. Następnie przychodzi pragnienie dobra dla tej osoby. Wyznanie uczuć jest ukoronowaniem znajomości a nie fundamentem. Nie można budować domu od dachu. Poczytaj odp. nr: 18, 61, 74, 217, 514, 1168 oraz ten artykuł: [zobacz]

  Mała, 17 lat
1391
08.12.2006  
Małżenstwo powołane jest do tego, zeby wydawac na swiat potomstwo. A jesli jeden z małżonkow jest niepłodny? Czy mogą wtedy współżyc ze sobą???

* * * * *

Nawet muszą, choćby oboje byli niepłodni. Nie wolno rezygnować ze współżycia w małżeństwie, chyba, że są jakieś ważne powody np. problemy zdrowotne. Poczęcie dziecka jest tylko jednym z celów współżycia. Na równi z nim jest cel pogłębiania więzi małżeńskiej. Więcej na ten temat w encyklice "Humane vitae".

  Smutna, 18 lat
1390
08.12.2006  
(1123) We wrześniu znów się spotkałam z tym chłopakiem. Przyszedł do mojej szkoły na przerwie (ma w moim LO swoich znajomych, przyjaciół). Podeszłam do niego. Następnym razem też, i potem. Również, gdy go spotkałam w mieście. Przy powitaniu lub pożegnaniu przytulał mnie \"na niedzwiedzia\":) To cały on. Ale czasem robił to tak bardzo długo...... Jednak na GG nic nie pisał. To ja zaczynałam zawsze. A kiedys ledwo sie udostepniłam, on zagadywał. Wiem, nie łatwo będzie wszystko naprawic. Ale problem tkwi w tym, że ja to wciąż psuję swoim zachowaniem..... Gdy przychodzi do mojej szkoły, zachowuję sie tak, jakby poza mną nikogo nie było. Jestem przy nim jak najdłużej mogę. A przeciez on nie przychodzi do mnie tylko do swoich przyjaciół. Nawet nie moze z nimi swobodnie porozmawiać, bo ja przy nim tkwie, pomimo ze miedzy nami rozmowa sie nie klei. I wcale mu sie nie dziwie... Za bardzo mu sie narzucam. Oczekuje od niego zbyt wiele. Chciałabym zeby traktował mnie jak najblizszą przyjaciółkę. Efekt mojego natrectwa jest taki, ze juz nawet nie odpisuje na GG. Nawet po tym, jak mu wysłałam zyczenia z okazji 18-tki, nie napisał nawet słowa. Poprzez GG wyraznie daje mi znac, ze chce zebym mu dała spokoj. Ale gdy sie spotkamy w realu, jest całkiem inny (mysle ze to dlatego, ze ma zbyt dobre serce, zeby prosto w oczy pokazac mi, zebym spadała). Uśmiecha sie, przytula. Ostatnio nie podeszłam do niego, bo stwierdziłam, ze nie moge sie mu wiecej narzucac. Ale pomachał mi z uśmiechem. Nie rozumiem go. Nie rozumiem, dlaczego zachowuje sie tak rożnie. Jak mam postepowac? Juz do niego tez nie pisuje, nawet sie nie udostepniam, jak on jest dostepny (od jakichs 10 dni). Staram sie juz tak nie narzucać. Tak tęsknię za nim, za tym co było kiedys... Tak marze o przyjaźni z nim.... Chyba az za bardzo jej pragne, bo zbyt natarczywie do niej dążę. Nie tak, jak powinnam. Tu trzeba delikatności. Czy mam jeszcze szanse? Co mam robić? Jak sie zachowywac, gdy sie zobaczymy? Czy uda sie jeszcze wszystko naprawic, czy moze raczej zniszczyłam to doszczetnie...?
Co do tych osob z mojej szkoły, ktore chciałam poznać, to zrobiłam ten pierwszy krok. Nie dawno, ale zrobiłam. Zagaduje czasem na przerwach, uśmiecham się. Ale oni jeszcze do tej pory nie zagadali jako pierwsi... Chociaż mowią \"czesc\", i to z usmiechem, gdy sie spotkamy. Wiem, ja za duzo znow oczekuje. Chciałabym od razu przejsc w faze przyjaźni, pomijając wczesniejsze etapy. Jak mam postepowac? Czy dalej czasem zagadywać? Czy raczej czekac, az oni to zrobią. Nie chce narzucac za bardzo swojej osoby. Nie chce zniszczyc tego, co jest...


* * * * *

Droga Smutna! Widzę, że wzięłaś sobie do serca to, by odważnie realizować marzenia. Brawo. Tylko, że popadłaś ze skrajności w skrajność. Teraz po prostu za bardzo narzucasz się temu chłopakowi i on czuje się przyciśnięty do muru. Być może nawet mu się podobasz, ale swoim zachowaniem powodujesz, że jego to przerasta. On bowiem czuje się osaczony, czuje, że Ty oczekujesz od niego więcej niż może Ci na razie dać. On nie nadąża. On nie jest na takim etapie jak Ty. Jeśli będziesz tak nadal robić to go zniechęcisz, przestraszysz i ucieknie.
Co zatem robić? Zachować umiar. Zachowywać się tak jakby był Twoim kolegą. Dostosować gesty do etapu znajomości. Jeśli chcesz by było dobrze musisz przystopowac i zwyczajnie poczekać na niego. Poczekać aż zacznie odwzajemniać gesty w takim stopniu jak Ty. Wtedy dasz Wam szansę. Związek, tak jak i przyjaźń rozwija się etapami. Nie można od razu mieć wszystkiego. Rozumiem, że jesteś spragniona uczuć i zainteresowania. Ale nie tędy droga. Stosuj metodę małych kroków.
Oczywiście, nie izoluj się od niego, nie wyłączaj gg, bądź dostępna - będzie chciał to napisze. Uciesz się na jego widok, porozmawiaj z nim, ale daj mu wolność. Widzisz, miłości i przyjaźni nie buduje się w niewoli. Nie buduje się na siłę. Nie można na siłę kochać i nie można nikogo zmusić do miłości. Zawsze jest to suwerenna decyzja, rodząca się powoli. Proszę poczytaj odp. nr 15 oraz 18, 61, 74, 217, 514, 1168 i zacznij pomału budować przyjaźń. Zacznij go poznawać, traktując na razie jak kolegę. Miłość jest cierpliwa, a arcydzieła wymagają czasu.
Co do tej paczki: zagaduj czasami, zaoferuj jakąś pomoc. Oni mogą być na razie nieufni, bo Cię nie znają. Dlatego daj się poznać ale nie narzucaj się.
Powodzenia!

  Zagubiona, 18 lat
1389
08.12.2006  
Zaprosiłam o rok młodszego kolegę na studniówkę. Tzn. tak naprawde to jeszcze nie jest takim prawdziwym kolegą, bo dopiero zaczynamy sie poznawac. Na jego odpowiedz czekałam kilka dni. Nie powiedział wprost, że nie chce iść. Tylko że zbyt dobrze sie nie znamy, i moge byc rozczarowana. Moze nie spełnic moich oczekiwań. Moze byc nie tak, jakbym chciała zeby było. Wiec nie wie, czy to dobry pomysł i lepiej by było, gdybym zaprosiła kogos, kogo dobrze znam. Ale zaznaczył, że ostateczna decyzja nalezy do mnie. Na koniec dodał, ze jesli nie bede miała z kim isc, to pojdzie. Ja tą odpowiedz odebrałam w ten sposob, że po prostu nie chciał zrobic mi przykrości i dlatego nie powiedział definitywnie \"nie\" argumentując to tylko tym, że chetnie by poszedł ale nie moze czy cos takiego. Dla mnie to było \"nie\", tylko powiedziane w miły, uprzejmy sposob. Po prostu on jest taki kochany... Ale moja kolezanka twierdzi, że on chciałby sie przejsc, ale boi sie, ze moze byc jakos nie tak, że bede zawiedziona itd. Wiec chce mi to zasygnalizować. Ona twierdzi, że on czeka az sie go jeszcze raz spytam, tzn. powiem mu, ze mimo wszystko chciałabym z nim iść. Mowi mi ze zachowuje sie po chamsku, bo najpierw zapraszam chłopaka na studniowke, a potem sie wycofuje. Ale ja sama nie wiem czy ona ma racje. Czy to moze ja ją mam. I tak juz postawiłam go w trudnej sytuacji, zapraszając go. Ciezko przeciez jest powiedziec \"nie\". Boje sie go jeszcze raz spytac, czy moze by sie przeszedł (a kolezanka tak mnie do tego namawia. Mowi ze moge wszystko zepsuc, jesli tego nie zrobie). Nie chce go przypierac do muru, bo przeciez odmowił. Choc ona twierdzi, ze wcale nie odmowił. Naprawde nie wiem, co mam robic. Tak naprawde to bardzo, bardzo chciałabym z nim isc..... Powiedział, ze lepiej by było, gdybym zaprosiła kogos, kogo bardziej znam. Ale tak naprawde, to ja nie mam bliskich kolegow... I nigdy nie miałam. Jak ja mu miałam to wtedy powiedziec? Wprawdzie moge zaprosic kuzyna, ale to nie o to chodzi, zeby isc na tą studniowke tylko po to, zeby isc. To jedyny taki bal w życiu i powinien byc wyjątkowy. Chciałabym pojsc z nim. Albo w ogole... Co mam robić? Nie chce mu sie narzucac, i stawiac w ciezkiej sytuacji. Z drugiej strony kolezanka daje mi nadzieje, ze on chciałby iść. Wrecz krzyczy, zebym z nim porozmawiała. Jak ja mam odebrac jego odpowiedz? Prosze o rade....

* * * * *

A ja najpierw zapytam czy on jest w jakikolwiek sposób Tobą zainteresowany? Czy możesz podejrzewać, że mu się podobasz? Bo to zasadnicze pytanie i w zależności od tego należy interpretować jego odpowiedź. Jeśli nie to rację masz Ty interpretując to jako odmowę tylko w miłej formie. Jeśli zaś szybciej mu serce bije na Twój widok to pewnie chciałby z Tobą pójść ale boi się, żeby nie popsuć Waszych relacji i że faktycznie Cię do siebie zrazi. Może bardzo chce ale np. nie umie tańczyć i to go paraliżuje.
Czy normalnie rozmawiacie? Czy widzicie się często? Jaki ma do Ciebie stosunek? A do innych? Czy nie boi się dziewczyn, nie jest skrępowany w ich obecności?
Widzisz, ciężko doradzić jednoznacznie co powinnaś zrobić. Jeśli czujesz, że on Cię lubi, że dobrze byś się z nim bawiła, jeśli chcesz "zaryzykować" to za jakiś czas powiedz, że się namyśliłaś i chcesz iść z nim (de facto to on WYRAŹNIE nie odmówił i tego możesz się trzymać). Jeśli zaś po przemyśleniu sytuacji stwierdzisz, że być może on wcale nie jest Tobą zainteresowany, a on sam nie będzie się o studniówkę dopytywał to nie wracaj do rozmowy tylko idź z kuzynem. To absolutnie nie jest tak, że na studniówkę idziemy dla kogoś i albo on albo nikt. Jeśli miałabyś nie iść idź z kuzynem. Masz rację, to wyjątkowy bal i każdy powinien go przeżyć. Dla siebie. Ja na swojej studniówce byłam sama, bo nie miałam z kim iść. Byłam w zdecydowanej mniejszości (5 takich dziewczyn na całą szkołę) ale mimo to bawiłam się dobrze. Pewnie, że wolałabym iść z kimś. Ale cieszę się, że byłam i jakbym drugi raz miała pójść, choćby sama to też bym poszła. Warto!

  Dominik, 23 lat
1388
07.12.2006  
Witam serdecznie. Chciałem się podzielić, myślę, niecodziennym problemem. Otóz jesteśmy razem (ja i dziewczyna 2 lata starsza ode mnie) już prawie rok. Często się poraz wtóry zastanawiam, czy być z nią, czy nie. Zdarzają się sytuacje, w których jestem pewien, że to waśnie z tą osobą powinienem być. Zatem co wywołujemoje wątpliwości? Otóż nie zawsze Ona mi się podoba. Czy wynika to z mojego egozimu i braku akceptacji siebie, że nie potrafię przyjąć Jej takiej, jaką jest? Męczę się strasznie przełamując się i dokonując na nowo decyzji, że zostaję z Nią, bo uważam, że nas łączy głębsze \"uczucie\", pomimo że mi się nie podoba. Swoim wnętrzem Ona mnie urzeka. Czy ze sferą fizyczną tak być nie powinno? I dlatego się zastanawiam, czy popełniłem jakiś błąd, że próbuję być z osobą, która mi się nie podoba, tudzież nie zawsze mi się podoba. Wiem, że wygląd nie jest najważniejszy. Jednak teoria i praktyka nie zawsze idą w parze. Wiem, że sam muszę podjąć decyzję co dalej, czyli wymagać od siebie stawanie na wysokim poziomie i spełnianie wymogów miłości, albo \"stchórzenie\",a w konsekwencji rozstanie się. Proszę o pomoc i, o w miarę możliwości, obiektywną ocenę mojej sytuacji. Pozdrawiam.

* * * * *

Hmm, ciekawy problem. Widzisz, nie zawsze tak jest, że ktoś olśniewa nas swym wyglądem. Czasem tak nie jest, a jednak coś nas ku sobie przyciąga, coś nas zachwyca. Jeśli jak piszesz - ona urzeka Cię swym wnętrzem - to znaczy, że coś Cię w niej zachwyca. I to już jest dobrze. Jeśli do tego dobrze się rozumiecie, macie taką samą hierarchię wartości i pragniecie dla siebie dobra to znaczy, że jesteście na najlepszej drodze do miłości. Pisałam o tym w tym artykule: miłość. Miłość bowiem nie zawsze przechodzi etap zakochania, zachwytu urodą, a nawet jeśli przechodzi to należy pamiętać, że to jest tylko jeden z jej etapów i nie zawsze tak będzie (poczytaj odp. nr 15 i 13). Piszesz, że ona nie zawsze Ci się pdooba. Zastanów się może co konkretnie w danym dniu, w jej wyglądzie Ci się nie podoba. Może to np. kwestia tego, że nie lubisz jeśli ubiera się czy czesze w określony sposób. Pomyśl nad tym. Miłość to decyzja (por. odp. nr 273, 276, 311, 313, 356, 370), nie może być jednak tak, że się męczysz będąc z nią, bo miłość to nie cierpiętnictwo ani pokuta. Nie jest też tak, że jest jedna osoba nam przeznaczona i Ty czujesz, że to właśnie ta. Pisałam o przeznaczeniu w odp. nr: 58, 86. Jeśli się męczysz to nie ma sensu. Jeśli jednak błędnie uważasz zakochanie za miłość a urodę za element niezbędny to należy troszkę przewartościować swój punkt widzenia. Poza tym zwykle jest tak, że w miarę rozwoju miłości osoba, z którą jesteśmy podoba nam się (także fizycznie) coraz bardziej. Poczytaj, pomyśl. Może niepotrzebnie się martwisz? Życzę słusznych decyzji.

  Ania, 19 lat
1387
07.12.2006  
Przeczytalam w jednej ksiazce, ktorej autorem byl jakis ksiadz, o problemach jakie moga wynikac z roznic, mozna powiedziec kulturowych. To znaczy jesli chlopak i dziewczyna sa innej wiary, albo narodowosci itp. Z wiekszoscia sie zgadzam, ale bylo tez tam zdanie \'nie wyobrazam sobie zwiazku chlopaka po zawodowce, z dziewczyna z wyzszym wyksztalceniem\'. Potem takie zdanie uslyszalam na jednych z zajec pedagogiki. No i ja wiem, ze to jest pewien problem, ale ja wlasnie w takiej sytuacji jestem. Ale czy naprawde taki zwiazek nie ma szans? Jesli ten chlopak jest wierzacy, stara sie przestrzegac zasad (przykazan), szanuje mnie i jest dla mnie dobry, pracuje, wprawdzie nie na stale, ale raczej sam na siebie stara sie zarabiac. A czy to, ze nie ma matury az tak przeszkadza? Wiadomo ze z praca moze byc ciezko, ale przeciez ja po moich studiach bede zarabiala pewnie mniej niz on w jakiejs zwyklej, troche fizycznej pracy. Jak slucham i czytam rozne wypowiedzi na ten temat, to w sumie zdania sa sprzeczne. Ze niby nie ma szans taki zwiazek, ale lepiej zyc skromnie, zarabiac mniej, ale miec czas dla dzieci, a nie bawic sie w pogon za pieniedzmi. I czasami juz nie wiem co mam myslec, bo naprawde jest mi z moich chlopakiem dobrze, rozumiemy sie, dogadujemy, czasem sie posprzeczamy, ale to normalne. A potem znow jest dobrze. Tylko najgorsze jest to, ze jak juz 2 razy slyszalam, ze taki zwiazek nie ma szans, to jakos tak mam troche metlik w glowie. Bardzo bede wdzieczna, jesli pani wyrazi swoja opinie na ten temat:)

* * * * *

Aniu! Nie można jednoznacznie powiedzieć, że to jest niemożliwe lub złe. Bo wszystko zależy od ludzi, od ich charakteru, usposobienia, zainteresowań, hierarchii wartości itp. Natomiast w przypadku dużych różnic wiary, wykształcenia, kulturowych itp. będzie po prostu trudniej. Będzie trudniej dlatego, że osoba gorzej wykształcona (mówmy teraz o Twoim przypadku) będzie miała jakiś kompleks w stosunku do lepiej wykształconej. Oczywiście sam na sam to może nie być odczuwalne, ale np. na imprezie organizowanej przez Twoich znajomych na którą pójdziesz z chłopakiem lub w Twojej rodzinie, gdzie wszyscy są lepiej od niego wykształceni on może się czuć nieswojo. I nie dlatego, że ktoś go nie będzie akceptował czy patrzył na niego z góry, z wyższością bo wcale może tak nie być. Tylko on może nie bardzo będzie wiedział o czym rozmawiać i będzie się bał, by nie popełnić jakiejś gafy i nie skompromitować Ciebie. A Ciebie może to z czasem po prostu denerwować, że on nie włącza się w rozmowę tylko się nudzi. A potem zacznie unikać takich spotkań i będą nieporozumienia.
Poza tym problem polega na tym, że on jest mężczyzną, a mężczyzna jako przewodnik związku lepiej się czuje jeśli nie tylko lepiej zarabia od kobiety ( podkreślam: chodzi o to, że lepiej się czuje a nie że tak powinno być) ale i jeśli wie, że z powodu niższego wykszałcenia, niższego stanowiska nie będzie przez kobietę "dołowany", nie będzie mu to wypominane, nie będzie się czuł gorszy. A będzie tak jeśli albo będzie miał równe wykształcenie albo bardzo mądrą żonę i prawidłowe poczucie własnej wartości. Ta druga sytuacja będzie rzadsza z tego względu, że u mężczyzny jest silnie rozwinięte poczucie męskiej dumy. I dla niego upokarzające i godzące niejako w jego męskość są takie sytuacje, o których pisałam wyżej. Tak już skonstruowany jest mężczyzna. On wie, że w zamyśle Boga to Adam jest strażnikiem i opiekunem rodziny, a zatem to on ma się wykazać cechami niezbędnymi do pełnienia takiej roli. Kiedyś było to prostsze, bo role kobiety i mężczyzny były ściśle określone i nikt nie wchodził w niczyje kompetencje. Dzisiejsze czasy dają równy dostęp a wręcz wymuszają konieczność pracy i wykształcenia obojga płci. Dlatego mężczyzna, którego żona pełni wyższą funkcję, lepiej zarabia itp. może się czuć zagrożony w swojej roli opiekuna rodziny. Może, nie musi, ale może tak być i jak wiemy na przykładzie środowiska, w którym się obracamy - bywa. I dlatego pisałam o mądrości kobiety. Jeśli nie da ona odczuć mężowi, że jej praca jest bardziej wartościowa, jeśli nie będzie mu tego wypominać, jeśli będzie podkreślać jego mądrość, kompetencje (to bardzo ważne dla mężczyzny!), siłę to on będzie się czuł potrzebny, nie będzie czuł kompleksów. A skoro będzie dowartościowany jako mężczyna w zwiazku to będzie miał właściwe, nie zaniżone poczucie własnej wartości i nie będzie się źle czuł w towarzystwie osób lepiej wykształconych. Nie będzie się z nimi porównywał, bo będzie wiedział, że owszem, takiego wykształcenia czy stanowiska nie ma ale ma inne zdolności, talenty, umiejętności i cechy, którymi może się pochwalić, a których może inni nie mają. Bo być może o literaturze nie podyskutuje, ale piękne meble robi. I nie jest wcale z tego powodu gorszy. Ale do takiej postawy potrzeba dojrzeć. Potrzeba zachęty, wyrozumiałości i akceptacji żony i ...miłości siebie. Dostrzegania w sobie wartości, którymi obdarzył go Bóg. Jak ktoś kiedyś powiedział: "Ten kto uważa się za nic niewartego kwestionuje mądrość Boga w stworzeniu".
Jest jeszcze jedna kwestia. Bo owszem, można nie mieć zdolności, żeby się kształcić, można to akceptować i wyrobić w sobie taką postawę. Ale czasem to nie jest kwestia zdolności tylko zwykłego lenistwa czy wygodnictwa. I może warto byłoby - choć dla siebie - jednak choć maturę zrobić. Choćby po to, żeby później własne dzieci nie powiedziały, gdy będzie się ich zachęcać do kształcenia: "A tata się nie uczył i też żyje". I bardzo trudno będzie znaleźć właściwe argumenty, by to zakwestionować.
Dlatego Aniu, nikt nie może i nie ma prawa odradzać Ci tego związku.
Jeśli macie taki sam system wartości, określoną wizję przyszłości, dogadujecie się to pozostaje Wam życzyć szczęścia. Jednak mimo wszystko należy zastanowić się czy faktycznie Twój chłopak na zawodówce musi poprzestać. Jeśli jest młody, zdolny, ambitny to nie powinien zakopywać talentów. Musicie oboje rozeznać co będzie lepsze - i dla Was obojga i dla każdego z Was osobno, bo to musi być decyzja także suwerenna, podejmowana dla siebie a nie z przymusu. Powodzenia!

  jeszcze zakochana..., 15 lat
1386
07.12.2006  
Dziękuję bardzo za odpowiedź na pytanie 1176. W naszym związku ostatnio pojawiły się poważne problemy... i szczerze mówiąc, mam wrażenie, że to już koniec, ale przed podjęciem ostatecznej decyzji o zerwaniu, chciałabym poznać Pani zdanie na ten temat. Mniej więcej od połowy września bardzo rzadko mamy kontakt. On mówił, że nie ma pieniędzy na internet, później również na telefon komórkowy. Ja w to uwierzyłam, bo nie mam powodów, żeby podejrzewać go o kłamstwo. Tak się szczęśliwie złożyło, że na początku października pojechałam do jego miasta na wycieczkę szkolną (która właściwie była dla starszych klas, ale udało mi się przekonać nauczycieli, żeby mnie zabrali, ze względu na znajomość języka) ;), codziennie się spotykaliśmy i - tak samo jak latem - wszystko było dobrze. Wtedy obiecał mi, że prawdopodobnie już w listopadzie będziemy mogli rozmawiać tak, jak wcześniej. Ale jest już prawie połowa grudnia, a on odzywa się do mnie raz na 2-3 tygodnie, kiedy pójdzie do kolegi. W końcu doszłam do wniosku, że być może jego uczucia trochę osłabły, przecież to się zdarza w tym wieku, a on nie ma odwagi mi o tym powiedzieć. I nie miałabym o to do niego żalu, gdyby tylko szczerze mi o tym powiedział. Po prostu pomyślałam, że gdyby naprawdę chodziło tylko o problemy finansowe, on na pewno pisałby do mnie listy, bo wysłanie listu raz na 2 tygodnie (biorąc pod uwagę szybkość pracy poczty) w zasadzie nic nie kosztuje. W tym miejscu chciałabym zaznaczyć, że wcześniej, kiedy prawie codziennie mieliśmy kontakt przez internet, pisaliśmy do siebie również zwykłe listy bardzo często, chociaż nie było takiej konieczności. A teraz, kiedy jest to jedyna możliwość kontaktu - on nie wpadł na pomysł, żeby do mnie napisać. Kiedy w końcu przyszedł do kolegi, żeby ze mną porozmawiać, powiedziałam mu o swoich podejrzeniach i zaproponowałam, że możemy zostać przyjaciółmi, jeśli uczucia straciły już na swojej intensywności. On wtedy odpowiedział, że ma nadzieję, że ja jeszcze zmienię swoje zdanie i... że jestem zbyt bogata, żeby go zrozumieć. Nie jestem osobą bardzo bogatą i nie uważam, żeby to było bardzo ważne, bo to, że jestem w trochę lepszej sytuacji finansowej niż on, nie jest moją zasługą, tylko moich rodziców i tego, że mieszkam w Polsce. Nigdy nie oczekiwałam (i nawet nie chciałam), żeby on tracił na mnie dużo pieniędzy - zwykle to ja do niego dzwoniłam, ja robiłam wszystko, żeby do niego pojechać, ale nigdy nie rozmawialiśmy o pieniądzach, a ja starałam się, żeby ta różnica w ogóle nie była dla niego widoczna. Domyślam się, że może dla chłopaka jest to nie do końca komfortowa sytuacja, kiedy dziewczyna jest trochę bogatsza od niego. Ale to przecież nie jest ani moja, ani jego wina i ja nigdy nie chciałam, żeby to nas poróżniło, bo nie przywiązuję zbyt dużej wagi do tego, kto ile ma pieniędzy. Przecież byłam u niego w domu i wiem, że jego rodzina żyje skromniej od mojej, ale czułam się tam bardzo dobrze. Chociaż może faktycznie jestem zbyt bogata, żeby zrozumieć, że kogoś nie stać nawet na to, żeby raz na jakiś czas kupić znaczek pocztowy? Wydaje mi się, że mimo wszystko to nie są prawdziwe przyczyny jego milczenia... Ale skoro ja sama już zaproponowałam, że możemy się przyjaźnić (chociaż powiedzenie tego dużo mnie kosztowało, bo ja nadal czuję do niego to, co wcześniej), dlaczego on nie chce się na to zgodzić? Niestety nie jestem w stanie tego zrozumieć. Nie chcę z nim zrywać, bo wcześniej świetnie się rozumieliśmy, wyznajemy podobne wartości... i po prostu go kocham. Bardzo proszę mi doradzić... co powinnam zrobić?

* * * * *

Słusznie rozumujesz, że dla chłopaka to nie jest sytuacja komfortowa jeśli kobieta np. lepiej od niego zarabia, jest lepiej sytuowana "z domu". Tu nie chodzi o to, że chłopak jest materialistą. Tu chodzi o jego męską dumę. Jeśli chłopak wie jak powinien wyglądać związek i zna rolę mężczyzny w nim to automatycznie przejmuje za ten związek w każdym wymiarze, również tym finansowym odpowiedzialność. Dla prawdziwego mężczyzny myśl, że mógłby być utrzymywany przez kobietę jest nie do zniesienia, bo czuje się przez to upokorzony. Naturalnie, teraz są takie czasy, że nikt nie wymaga ani nie ma pretensji do mężczyzny, że mniej zarabia. Natomiast to, że nie ma pretensji nie zmienia faktu, że on się z tym dobrze nie czuje. Twój chłopak też tak rozumuje. Doskwiera mu fakt, że nie może Cię zaprosić tam gdzie by chciał czy choćby pojechać do Ciebie. I to, że Ty tego nie wymagasz nie zmienia jego nastawienia. Może być też tak, że w jego środowisku związek z Tobą jest mu odradzany właśnie dlatego, że "jesteś zbyt bogata" - jak na ich warunki i nie wierzą w to, że Wasze uczucie może przetrwać. No bo może myślą sobie, że pojawi się w Twoim życiu ktoś "z Twojej sfery" i wtedy on z nim przegra. A zatem lepiej nie sięgać po coś co nie jest dla nas. Niestety, takie myślenie w niektórych środowiskach pokutuje, to są pewne stereotypy i trudno je przełamać.
Wydaje mi się, że on wcale nie chce z Tobą zrywać ale jego wewnętrzne odczucia i presja środowiska każe mu zachowywać się właśnie tak. Gdzies podświadomie oczekuje bowiem ciągle, że to Ty z nim zerwiesz, a wtedy te wszystkie odczucia się potwierdzą. On po prostu nie wierzy, że Wasz związek może przetrwać, że to się może udać. Mógłby zaryzykować, ale wtedy musiałby przełamać własne myślenie, narazić się na krytykę i po prostu "pójść na całość" z niepewnym skutkiem. A przegrana bolałaby bardzo i byłaby potwierdzeniem słuszności dawnego myślenia. On po prostu boi się spaść z obłoków na twardą ziemię, bo upadek odczułby boleśnie jak ktoś kto porwał się "z motyką na słońce". Być może nie ma w sobie jeszcze tyle odwagi, być może uczucie do Ciebie (któremu taka odległość też za bardzo nie służy) nie jest zbyt silne, być może nie jest jeszcze na tyle dojrzały by położyć wszystko an jedną szalę.
Co Ty możesz zrobić? Powiedzieć mu o tym wszystkim. Zapewnić, że nie widzisz problemu w tym, że "jesteś bogatsza". Możesz a nawet powinnaś dostosować się do jego poziomu życia, czyli wystrzegać się kupowania mu czegoś, zapraszania gdzieś gdzie będziesz musiała za niego zapłacić. Bo go to krępuje. Oczywiście kontakt musicie utrzymywać, może to być kontakt listowny (a jak mu zależy to parę groszy na znaczek spod ziemi wydobędzie, bądź tego pewna). Powiedz, że mimo wszystko chcesz spróbować i że nie będziesz od niego wymagać tego czego nie może Ci dać i nie będziesz go stawiać w niezręcznej sytuacji.
Oczywiście tego wszystkiego nie rób za wszelką cenę. Jeśli mimo tego on nadal będzie się tak zachowywał to znaczy, że nie dojrzał jeszcze do tego, by wyjść poza własne ograniczenia a tego nie przeskoczysz. Mam wrażenie, że jesteś bardzo dojrzała jak na swój wiek i - być może - dojrzalsza od niego. Poza tym weź poprawkę na to, że żyjecie w innych krajach, w innych środowiskach, w innej mentalności. Przykro jeśli padniesz jej ofiarą, ale nie miej o to pretensji do siebie, a do niego tylko w ograniczonym zakresie. Wierzę, że jeszcze może być dobrze. Trzymaj się mocno. Powodzenia!

  Iza, 23 lat
1385
07.12.2006  
Spotykam się z moim obecnym narzeczonym od 5 lat.W przyszłym roku planujemy ślub.Moim problemem jest to, że jestem przewrazliwiona, że on się z kimś innym spotyka.Nigdy nie dostałam znaku, że tak może być i w gruncie rzeczy to zdrada jest ostatnią rzeczą jaką mogłabym się spodziewać po tym człowieku.Nie wiem co się ze mna dzieje, ta fobia jest silniejsza ode mnie. Próbuję z tym walczyć, ale nie zawsze wychodzi...czasem czytam jego sms\'y, maile...oczywiście nic tam nie znajduję niepokojącego,ale tak jakby muszę to robić dla zaspokojenia swojej...nawet nie wiem jak to nazwać.Proszę o pomoc, bo moje podejście bardzo utrudnia nasz związek. Mój narzeczony zawsze mnie zapewnia, że nie ma innej kobiety, ale moje przewrażliwienie zaczyna go irytować. Wiem, że to nie jest powód do zerwania związku, ale nie chcę, żeby w małżeństwie to nadal trwało.Jak można mi pomóc???? Z Panem Bogiem.

* * * * *

Nienajlepiej to świadczy o Twoim zaufaniu jeśli tak go sprawdzasz. Jeśli się kogoś naprawdę kocha i mu ufa to się go nie sprawdza, a jeśli się sprawdza to znaczy, że się coś podejrzewa. Więc teraz pytanie: co Ty podejrzewasz? Jeśli wiesz co to po prostu porozmawiaj z chłopakiem o tym szczerze. Nie można budować związku na podejrzeniach, sprawdzaniu i braku zaufania.
Czuję, że w Waszym związku nie chodzi chyba tylko o to, że on przypadkiem nie ma kogoś innego. Ty nie wierzysz czy on naprawdę Cię kocha. Sprawdzasz więc na ile jesteś dla niego ważna. Być może zostałaś kiedyś zdradzona (przez innego chłopaka), być może narzeczony nie zaspakaja Twoich potrzeb. A może Ty sama masz "coś na sumieniu", może Ty nie ufasz sobie i patrzysz przez ten pryzmat na narzeczonego? Czy tak jest? Może nawet nie uświadamiasz sobie, że czegoś w tym związku Ci brakuje: oparcia, bezpieczeństwa, docenienia? A może po prostu on za rzadko Ci mówi, że Cię kocha lub, że ładnie wyglądasz? Zamiast się stresować i snuć ponure wizje zastanów się czego Ci brakuje. A potem powiedz mu, że go kochasz, ale że Ci czegoś brakuje i wspólnie się zastanówcie co można poprawić. Być może chodzi nawet o jakiś drobiazg, ale narzeczony się tego nie domyśla bo nie czyta w Twoich myślach. Może niewiele potrzeba, byś nabrała zaufania. Najprostsze metody są najskuteczniejsze. Nieuzasadniona zazdrość jest zabójcza, pisałam o tym w odp. nr: 24, 377. Musicie ten problem rozwiązać przed ślubem, żeby wspólnego życia nie zamieniać w koszmar. Polecam Wam coś co Wam pomoże, nie tylko w tym względzie ale i w innych dziedzinach: "Wieczory dla zakochanych" - pewnien rodzaj kursu przedmałżeńskiego, ale prowadzonego metodą rozmowy tylko między Wami. Informacje znajdziesz tutaj: www.spotkaniamalzenskie.pl, www.malzenstwo.pl

  zagubiona!, 14 lat
1384
05.12.2006  
Witam! Mój probem polega na tym, że nie wiem jak zdobyć jednego chłopaka, który mi się bardzo podoba i wogóle...jest ode mnie 2 lata starszy i chodzimy do tej samej szkoły. Jest to bardzo dobry kolega mojego brata, ale z tego co mówił swojemu przyjacielowi to on mnie bardzo lubi i troche mu się podobam, ale nic więcej i mówił, że niech tak pozostanie( na pewno nie kłamal) wiem jeszcze, że podoba mu się inna, ale ona go nie chce... Problem w tym, że on ciągle się w szkole na mnie patrzy i zawsze się odezwie, bo nie znamy się tak za dobrze i oprócz \"czesc\" rzadko rozmawiamy... nie wiem czy mam walczyć o niego czy dać sobie spokój? wiem jedno bardzo mi się podoba i jak go widzę od razu jestem weselsza :) tylko... czy on będzie chciał? co ja mam robić? zachowywać się jak zwykła kolezanka czy robić sobie jakąś nadzieje? wielu chłopaków chce ze mną chodzić, ale ja odmawiam, bo liczy się dla mnie tylko on! tylko dlaczego on się na mnie patrzy?! sama nie wiem co o tym mylec... co to oznacza z jego strony? mam dac sobie spokój czy zrobić jakiś krok? boje sie ze on mnie wysmieje i rozpowie wszystkim chociaż on taki nie jest, ale mam pewne obawy... Prosze niech mi Pani pomoże i niech doradzi co mam robić i co z jego strony to oznacza. Bardzo proszę!!!

* * * * *

Proszę skorzystaj z rad w odp. nr: 3, 30, 37, 134, 411, 912. Powodzenia!

  Anka, x lat
1383
05.12.2006  
ile dni w cyklu trwa okres niepołodny? ile jest takich dni że można współzyć z mężem, a nie planuje sie jeszce dziecka?

* * * * *

Nie ma jednoznacznej odpowiedzi, bo to zależy od organizmu danej kobiety, a każdy jest inny. Z tych też względów tzw. kalendarzyk małżeński nie jest skuteczną metodą regulacji poczęć i Kościół go nie zaleca, propagując w jego miejsce naturalne metody planowania rodziny. Polecam bardzo dobrą stronę o organizmie kobiety i naturalnych metodach: www.npr.pl

  Zakochana, 19 lat
1382
05.12.2006  
Witam serdecznie. Głupio mi pisać o tym tak przy wszystkich, ale nie wiem do kogo się z tym zwrócić. Mój problem dotyczy pewnego księdza.Jest w naszej parafi od jakiś trzech lat, zajmuje się oazą.Ja jako uczestniczka, mam z nim kontakt cały czas....wielokrotnie było tak, że po soptakniach zostawaliśmy we dwójke i długo do puźnej nocy rozmaialiśmy. Bardzo lubiłam z przebywać, a on nie unikał kontaktów ze mną.Spotykaliśmy się na parafii nie tylko w piątki, na oazie, ale także w inne dni, bo często tam bywałam i \"coś\" robiłam,pomagałam....on zawsze wtedy był, chybaże miał msze, ale po niej wtedy też wracał....Byłam szczęsliwa z takiej przyjaźni i nigdy bym nie powiedziała, ze coś więcej bedzie z tego. Kilka razy owy ksiądz zaprosił mnie do restauracji na kolacje, przy świecach, przy winie, dobrej muzyce...byłam najszczęśliwsza.... Minęło sporo czasu.....a czas robi swoje....zakochałam się wbrew sobie...ale nie dawałam mu tego odczuć, nie prowokowałam żadnych sytuacji, zachowywałam się jak dawniej. Pewnego dnia zaproponował mi wyjazd w góry na trzy-cztery dni. Zgodziałam się bez wachania, ale nie ze względu na to co czułam, ale potrzebowałam odpoczynku...pojechałam. Tam w górach, było códownie....pierwszego dnia, po długiej wyprawie w góry,wieczorem zjedliśmy kolacje....puźniej długo rozmawialiśmy.Było mi ciężko, miałam tam swoje problemy...on był przy mnie, przytulił, a puźniej stało się coś nieoczekiwanego.Pocałował mnie, na początku odepchnęłam go, ale puźniej spojrzał już się nie opierałam... Zdaje sobie sprawe z tego, że źle postapiłam, że on też...od tamtego wyjadu minęły trzy miesiące. Kocham go i chcę z nim być...a on..powiedział, że też....W górach sędziliśmy ze sobą noc....wiem, że mamy grzech, ale jeżli się kocha...czy dla miłości nie poświęca się wszystkiego.Ksiądz chce coś zrobić, chce zżucić sutanne, ale wiem, że taki proces długo potrwa. Narazie żyjemy u ukryciu razem, nikt nic nie podejrzewa, ale ja już dłużej tak nie moge.Wiem, że jeżli bedziemy razem, to do tego czasu minie sporo...Boje się, wiem, że źle się stało...ale z drugiej strony nie żałuje...Czuje się winna, ale i ciesze się z tego... Chciałabym poznać pani zdanie, może pani mi powie jak proces \"zżucania\" sutanny wygląda, ile trwa.Czy to ma sens, jeżli się kocha? Wiem, że z Bogiem nie wygram, ale czy On by na to pozwolił gdyby nie chciał?Czy bedę za to potępiona? Boje się i czekam na odpowiedź

* * * * *

Dlaczego po raz trzeci zadajesz to samo pytanie a nigdy nie czytasz lub nie chcesz zastosować odpowiedzi? Powiedziałam Ci już, żebyś się porozmawiała w tej sprawie z rodzicami oraz skontaktowała się z proboszczem a nie brnęła w grzeszny związek. Ty najwyraźniej jednak szukasz potwierdzenia, że dobrze robisz. To po raz trzeci Ci mówię, że robicie (oboje) bardzo źle. Szkoda, że nie widzisz, że ten ksiądz się Tobą tylko bawi. Ksiądz nie może po prostu "zrzucić sutanny" tak jak żonaty nie może "zrzucić obrączki". To znaczy zrzucić to sobie może ale wtedy najwyżej w samych spodniach zostanie a nie przestanie być księdzem. Zwolnić ze ślubów kapłańskich może tylko papież, jest to długa i trudna procedura i tylko w wyjątkowych wypadkach. Na pewno nie takich jak Wasz, więc nie masz się co łudzić. Ów ksiądz o tym doskonale wie. Gdyby było to takie proste a on faktycznie by Cię kochał to już dawno by takie kroki przedsięwziął. A skoro tego nie zrobił to powód jest prosty: on tego nie chce zrobić i nie zrobi, a scenariusz będzie taki, że za jakiś czas albo on się opamięta albo mu się znudzisz albo go przeniosą na inną parafię a Ty zostaniesz ze złamanym sercem i zbrukaną opinią tej co księdza na złą drogę sprowadziła. Bo niestety taka właśnie będzie opinia społeczna, winą zostaniesz obarczona właśnie Ty a nie on. Pomyśl o tych konsekwencjach. Pomyśl o swoich rodzicach, którzy najedzą się wstydu za Ciebie, pomyśl o swoim przyszłym mężu - jak mu spojrzysz w twarz? Pomyśl o sobie. Pomyśl też o nim. To, że współżyłaś z księdzem to nie jest kwestia tego tylko, że "macie grzech". To jest kwestia złamania przez niego ślubu czystości, w czym mu pomogłaś. Bardzo szkoda, że jesteś taka naiwna, że pozwalasz psuć sobie opinię i bawić się sobą, że udajesz, że nie wiesz po co on Cię w góry zaprosił. Że myślisz, że on sobie "zrzuci sutannę" i będzie razem? Oj, dziewczyno, dziewczyno, opamiętaj się póki czas.
Co to za tłumaczenie, że Bóg na to pozwolił? Bóg pozwala na to bo dał Wam rozum i wolną wolę. Gdybyś teraz wyszła na ulicę i kogoś zabiła to też byś powiedziała, że jakby nie chciał to by na to nie pozwolił? Doskonale wiesz, że tak nie jest. Jesteście dorośli i odpowiadacie za swoje czyny i Bóg piorunem nie rzuci, żeby na to nie pozwolić. Inna rzecz, że wcale Mu się to nie podoba, o czym Ty też dobrze wiesz, bo inaczej byś tu nie pisała.
Nie, to nie jest tak, że dla miłości poświęca się wszystko. Jeśli poświęca się zasady, godność, jeśli owa "miłość" przybiera postać grzechu to się nie poświęca. Bo to już nie jest miłość. Miłość to pragnienie dobra dla drugiego człowieka. A jakiego to dobra pragnie dla Ciebie ten ksiądz grzesząc i pozbawiając Cię dziewictwa? Psując Ci opinię i zabawiając się Tobą? Widzisz tu jakieś dobro? On powinien za to odpowiedzieć i na pewno odpowie. Ale niestety Ty również odpowiesz. Przed sobą samą i przed tym, który kiedyś będzie Twoim mężem. Zło nigdy nie popłaca, wierność Bogu zawsze przynosi plon.
Jeśli nadal nie wierzysz to proszę wydrukuj poniższy tekst i daj temu księdzu z prośbą, by Ci go objaśnił. Po jego reakcji poznasz czy to jest miłość. Życzę Ci odwagi i słusznego wyboru.

Drodzy synowie, zanim przystąpicie do święceń prezbiteratu, musicie wobec ludu wyrazić wolę ich przyjęcia. Dlatego pytam każdego z was:
Czy chcesz wiernie pełnić urząd posługiwania kapłańskiego w stopniu prezbitera, jako gorliwy współpracownik biskupów w kierowaniu ludem Bożym pod przewodnictwem Ducha Świętego?
Czy chcesz pilnie i mądrze pełnić posługę słowa, głosząc Ewangelię i wykładając prawdy katolickiej wiary?
Czy na chwałę Boga i dla uświęcenia chrześcijańskiego ludu chcesz pobożnie i z wiarą sprawować misteria Chrystusa, a zwłaszcza Eucharystyczną Ofiarę i sakrament pokuty, zgodnie z tradycją Kościoła?
Czy chcesz razem z nami wypraszać Boże miłosierdzie dla powierzonego ci ludu, modląc się nieustannie według nakazu Chrystusa?
Czy chcesz coraz ściślej jednoczyć się z Chrystusem, Najwyższym Kapłanem, który z samego siebie złożył Ojcu za nas nieskalaną Ofiarę i razem z Nim poświęcać się Bogu za zbawienie ludzi?
Czy mnie i moim następcom przyrzekasz cześć i posłuszeństwo?
Czy swojemu ordynariuszowi przyrzekasz cześć i posłuszeństwo?
Czy biskupowi diecezjalnemu i swojemu prawnie ustanowionemu przełożonemu przyrzekasz cześć i posłuszeństwo?
Niech Bóg, którzy rozpoczął w tobie dobre dzieło, sam go dokona.

  doris, 15 lat
1381
04.12.2006  
Witam!
1.W zasadzie nie wiem od czego zacząć i jak to ująć. Czy to możliwe żebym była mężczyzną? Mam problem w onanizmem, co w większości przypadków zdarza się mężczyznom. Ostatnio doszło do snów erotycznych i onanizowania się przez sen. Trwam w czystości od około tygodnia i moim postanowieniem w adwencie będzie dochowanie właśnie tej czystości. Czy ja jestem zdrowa? Zachowania typowo męskie, zdarzają mi się. Szatan chyba bardzo chcę mojego upadku. Mimo iż już \"tego\" nie robię, to nieświadomie w snach i przez sen mi się \"to\" zdarza.
2.Czy można miłość przeizaczyc w przyjaźń, zwykłą znajomośc? Ja próbuje moją jednostronną miłość zamienić na normalny kontakt. Nie mogę być z tą osobą. On mnie nie kocha i ja jego w gruncie rzeczy też. Nie kocham jej, lecz jestem w nim zakochana. To trwa już około 5 lat. Stopniowo zauważam postępy, ale zdarzają się też dni, kiedy me serce mocniej do tej osoby zabije. Jak sobie z tym poradzić? Jak pani myśli, czy ta osoba domyśla się mojego uczucia. Dodam, że spotykamy się kilka razy w tygodniu, ale wśród innych znajomych. Nigdy sami. Co pani o tym sądzi? Dziękuję bardzo za odpowiedzi:)


* * * * *

Ad 1) Kochana, jesteś najzupełniej normalna! Nie daj sobie wmówić, że jest inaczej i że jest z Tobą coś nie tak. Onanizm nie jest tylko męskim problemem i nie nie jest to żaden dwoód Twojej męskiej natury. Natomiast masz rację, że jest to podszept szatana. Polecam Ci gorąco stronę: www.onanizm.pl oraz (koniecznie!!!) rozmowę z kapłanem.

Ad2) Nie mam pojęcia czy on się domyśla i nie wiem też dlaczego nie chcesz (lub nie możesz) z nim być. Jeśli tak jest to rzeczywiście nie pozostaje Ci nic innego jak "wyleczyć" się z tego uczucia. Jak to zrobić pisałam w odp. nr: 80, 526, 653, 825. Natomiast nie wiem czy uda się przyjaźń. Musisz bowiem myśleć też o swoich uczuciach i nie poświęcać się, nie zmuszać do przyjaźni jeśli miałoby Cię to boleć. Wystarczy zwykła znajmonośc i jest to możliwe, ale wymaga czasu. Znakiem, że jesteś na to gotowa będzie pokój w sercu i brak owego szybszego bicia serca na jego widok. Dopóki to nie nastąpi do niczego się nie zmuszaj.

  agnes, 27 lat
1380
04.12.2006  
mam pewien problem.poniewaz poznalam faceta na gg.rozmawiamy ze soba juz 3 miesiace.rozmawiamy o wszystkim i niczym.teraz doszlismy do wniosku ze mozemy urozmaicic nasze rozmowy i przed rostaniem sie idac spac chcielibysmy opowiedziec sobie doznania erotyczne.tzn:opowiedziec sobie co bysmy teraz robili jak bysmy byli teraz razem w lozku.i moj problem polega na tym ze nigdy tak nie rozmawialam przez neta i jestem troche zablokowana.choc bardzo bym tego nie chciala.bo moze to byc mila rozmowa a oboje moze tego potrzebujemy.jezeli mozesz mi pomoc to prosze o pomoc.dziekuje.

* * * * *

Przepraszam, czy jesteś pewna, że nie pomyliłaś stron? To jest portal katolicki, a nie porady sex-telefonu. Poza tym proponuję po pierwsze spotkanie w realu a po drugie poznanie duszy tego człowieka a nie jego wyobraźni seksualnej. To bardziej procentuje.

  gosia, 22 lat
1379
21.11.2006  
często pani pisze ze nalezy szukac faceta z zasadami i w ogole pobożnego i takiego \"dobrego\" no a co z tymi chłopcami ktorzy lubia imprezy i lubia pić alkohol a nawet narkotyki albo którzy sie kiedys pogubili a teraz nie maja zadnych perspektyw alboo z patologicznych rodzin? przeciez takich facetów jest mnóstwo czy tacy ludzie nie zasługują na miłość \"porządnych\" dziewczyn i są skazani albo na samotność albo na dziewczyny swego pokroju? albo jesli dziewczyna jest wykształcona to powinna szukac tez wyksztalconego faceta? bo to ogolnie wydaje mi sie chore bo to takie potępianie człowieka a przecież złe zachowanie też od czegoś zależy bo nikt nie rodzi sie zły. no więc co z takimi osobami i czy da się z nimi stworzyć związek???

chce zadać pytanie które mnie bardzo zastanawia a mianowicie co ma pani na myśli pisząc często do dziewczyn, że muszą wymagać od chłopców? Pomijając juz aspekt współżycia bo wiem, że chłopak ma byc odpowiedzialny i szanować ciało dziewczyny ale co jeszcze mam rozumiec przez to wymaganie???

chcę sobie kupić jakąś książke autorstwa johna eldredge\'a myślałam o \"dzikie serce. o tesknotach meskiej duszy\" (chcę cos o chłopakach) ale wiem ze jest tez \"pełnia serca\" czy może mi pani polecić która jest lepsza z góry dziękuję :)


* * * * *

Ad 1) Oczywiście, masz rację mówiąc, że nikogo nie można potępiać. Ale nie potępiać to nie znaczy wychodzić za mąż za kogoś, kto się na męża nie nadaje. Tak jak pisałam niedawno w odp. nr 1362 małżeństwo jest dla ludzi dojrzałych, odpowiedzialnych i takich, którzy są w stanie założyć rodzinę ze wszystkimi tego konsekwencjami. Już św. Paweł mówił, że są tacy, którzy się do małżeństwa nie nadają. Małżeństwo bowiem to nie instytucja charytatywna i nie może być tak, że jedno z małżonków dźwiga na sobie odpowiedzialność za dwojga. Jeśli zatem ktoś jest aktywnym narkomanem czy alkoholikiem to małżeństwo z nim byłoby szaleństwem i narzucaniem sobie krzyża, którego Bóg od nas nie wymaga. Bo związek dwojga ludzi ma się opierać na partnerstwie a nie na dźwiganiu drugiego na swych barkach. Proszę przeczytaj polecaną odpowiedź oraz odp. nr: 78, 89, 106,192, 271, 390, 728, 1021, 1050, 1059, tam napisałam o tym szczegółowo. Naturalnie sama przeszłość nikogo nie przekreśla ale po pierwsze musi zaistnieć poprawa (aktywna poprawa widoczna w życiu, nie w słowach), a po drugie musi ona nastąpić przed ślubem, a nawet przed poznaniem dziewczyny, bo nie dla niej ten ktoś ma się poprawić tylko dla siebie. W przeciwnym razie gdy poczuje, że już ją zdobył zabraknie mu motywacji i wróci do poprzedniego życia.
Nie ma obowiązku poślubienia kogoś o tym samym systemie wartości, wykształceniu itp. Ale należy sobie zdawać sprawę z tego, że różnice nie łączą a dzielą. Pewnie, że wszystko zależy od indywidualnego przypadku i od tego jak dwoje ludzi potrafi się "dogadać". Łatwiej porozumieć się z osobą o tym samym poziomie intelektualnym, moralnym itp. - po prostu łatwiej, a w małżeństwie chodzi o to, by tworzyć wspólnotę, pełnię, by być jednomyślnym co do pewnych rzeczy np. współżycia, wychowania dzieci, przyjęcia księdza po kolędzie, metod leczenia. Małżeństwo to nie teren walki, na którym ścierają się przeciwstawne opcje. Ja wcale nie wykluczam, że będzie zgodny i szczęśliwy związek osoby po zawodówce i po studiach. Flegmatyka z cholerykiem. Ateisty i katoliczki. Ale zgodzisz się chyba ze mną, że różnice będą im przeszkadzać. Że będzie potrzeba kompromisu, że będą częstsze spięcia i nieporozumienia. I dlatego najlepiej związać się z kimś o zbliżonych poglądach i oczekiwaniach. Ale naturalnie nie wykluczam wcale innych związków - pod warunkiem, że ludzi na tyle dojrzali, żeby sobie z tym poradzić.

Ad 2) Pisałam na ten temat w odp. nr: 25, 50, 340, 1101, 189.

Ad 3) Mąż twierdzi, że lepsza jest pierwsza książka. Ona mówi o naturze mężczyzny i jeśli tego oczekujesz to polecam. Jeśli jednak chodzi Ci bardziej o stronę psychiczną, o różnice to rewelacyjna moim zdaniem jest "Mężczyźni są z Marsa, kobiety są z Wenus" Johna Graya.

  kasia, 19 lat
1378
21.11.2006  
mam starszego chlopaka i do tej pory wszystko nam sie dobrze ukladalo ale teraz to ulega powoli zmianie bo on wyjechal za granice na jakis czas potem przyjechal do mnie na pare dni i znow wyjechal teraz niedlugo przyjedzie a potem juz planuje nastepny wyjazd i tak w kolko... jestesmy razem juz bardzo dlugo znamy sie bardzo dobrze ale zaczyna meczyc mnie ta sytuacja bo widujemy sie raz na miesiąc albo i rzadziej i póki co to się nie zmieni bo on mówi ze będąc tu niczego się nie dorobi a ja musze tu być bo studiuje. Jemu tez to przeszkadza czesto rozmawiamy przez telefon ale on zawsze mówi ze \"tak musi byc bo zycie jest okrutne\" czy taki związek ma sens??? ja i tak z nim nie zerwe bo Go kocham i rozumiem Go i wiem ze tak dla niego jest lepiej oprócz tego że jestesmy od siebie tak daleko bo to jest dla nas bardzo trudne i tylko czekamy na kolejne spotkanie ale nie wiem co z tym zrobic bo nie chce kiedys myslec ze jestesmy ze soba tyle czasu a wiekszosc on spedzil za granica...

* * * * *

O związku na odległość pisałam w odp. nr: 97, 120, 112, 132, 278, 620, 864. Można tak żyć przez jakiś czas, ale trzeba mieć realną perspektywę bycia razem. Miłość wymaga obecności i nie może zadowalać się spotkaniem od przypadku do przypadku. Naturalnie, względy fionansowe są ważne ale nie może się to odbywać kosztem związku, kosztem kochanej osoby. Czasem lepiej zarobić mniej a być szczęśliwym z drugą osobą. Zapytaj chłopaka jak długo planuje zarabiać w ten sposób. Jeśli planujecie małżeństwo zapewnij go, że bardziej potrzebujesz jego a nie pieniędzy i że wspólnie dacie radę się utrzymać. Jeśli jest to sytuacja przejściowa, ograniczona sensownymi ramami czasowymi to pozostaje Wam to przetrwać, wykorzystywać chwile wspólnych spotkań, kontaktować się często "wirtualnie". Tak organizować czas, by wtedy gdy on jest poświęcać go sobie a inne sprawy pozałatwiać wcześniej.
Musicie pamietać, że najważniejsi jesteście Wy i niepotrzebnie nie przedłużać tej sytaucji.

  Pati, 20 lat
1377
21.11.2006  
jak mam pomoc mojemu chlopakowi ktory ma po prostu okropna sytuacje w domu a w łaściwie to przez ojca
1 jak mial 12 lat ojciec mu powiedzial ze ma sie wyprowadzic po 18
2. powiedzial mu ze jak chce sie zenic to niech to zrobi i powie mu o tym nastepnego dnia...
3. ojciec pracuje za granica jak wraca to nie ma ze soba pieniedzy dla rodziny a nawet jak ma to matka MUSI OD NIEGO POZYCZAC!!!
4. ojciec nie interesuje sie rodzina oprocz swojego najmlodszego synka
5. moj chlopak mial przez cale zycie problemy materialne
6. ojciec wczesniej duzo pil no teraz niby przestal
7. chlopak nie ma zadnych perspektyw od dawna sobie nie radzil nie mial w domu milosci i tez zszedl na zla droge i chce z tego wyjsc ale nie moge mu pomoc bo nie wiem jak jestesmy ze soba dobrych pare lat a on jest zrezygnowany i jest strasznym pesymista. kocham Go i chce mu pomóc...


* * * * *

Polecam mu do przeczytania odp. nr 468, o tym jak radzić sobie gdy w domu nie jest tak jak być powinno. Ponadto polecam terapię dla Dorosłych Dzieci Alkoholików i rozmowę z psychologiem w realu. Nie da się uzdrowić sytuacji kilkoma radami przez internet. Informacje znajdziesz na stronie: www.spch.interia.pl.

  Tomasz, 25 lat
1376
21.11.2006  
Zdradziłem swoją przyszłą żone... 6 razy. Nie chcę tego robić już (seks) ale chcieć to nie znaczy móc. Czy jest dla mnie jakaś nadzieja i czy po tym jak wyjawię to dziewczynie - to czy mam wogóle jakiekolwiek szanse w przyszłym(małżeńskim ) życiu by nie zdradzać. Nie chcę nikogo krzywdzić. Proszę o odpowiedź. Jescze nie mam dziewczyny i jak dotąd nie miałem.

* * * * *

Tomaszu, oczywiście, że jest dla Ciebie nadzieja! Tylko musisz tego chcieć i nie możesz zataić tego faktu przed przyszłą żoną. Bóg jest miłosierny i On przebacza Ci zawsze. Twoja przyszła żona jeśli będzie o tym wiedziała od Ciebie i w miarę wcześnie, a nie odkryje tego sama ani nikt jej nie doniesie o tym fakcie to też ma szansę Ci przebaczyć. Jeśli nie przebaczy to znaczy, że będzie to ciężar ponad jej siły i odejdzie. Ale jeśli nie odejdzie to będzie oznaczało, że widzi w Tobie wartość, że chce być właśnie z Tobą i że "daruje" Ci Twoją przeszłość. Że jest w stanie ponieść ten ciężar z Tobą. Pisałam o tym więcej w odp. nr: 616, 961, 1070. Jeśli zatem poznasz dziewczynę i będziecie chcieli kontynuować znajomość to po prostu szczerze jej to wyznaj. Na razie zaś skup się na zerwaniu z grzechem, żeby w związek wejść już z czystą kartą, żeby dziewczyna się nie bała, że to się może powtórzyć. Ona musi mieć gwarancję Twojej wierności. Polecam Ci też artykuł o czystości: czystość oraz książkę ks. Piotra Pawlukiewicza "Bóg miłosierny aż tak?".

  Monika, 27 lat
1375
21.11.2006  
Szczęść Bożę.Jestem osobą rozwiedzioną mam dwoje dzieci, czy mam szanse na założenie pełnej rodziny? Czy mama szanse na to? Gorąco o to sie modlę. Jestem katoliczką i w takim duchu wychowuję moje dzieci. Powodem rozwodu był alkoholizm i przemoc jaką stosował mój były małżonek wobec mnie ...Monika - mama

* * * * *

Moniko, a znasz słowa przysięgi małżeńskiej i skutki jakie pociąga ślub kościelny? Nie możesz ani Ty ani Twój małżonek założyć teraz nowej rodziny, zawrzeć związku sakramentalnego. Bardzo współczuję sytaucji, w jakiej się znalazłaś i rozumiem, że ze względu na okoliczności nie mogliście razem wspólnie żyć. To zrozumiałe. Jednak rozwód wywiera skutki w dziedzinie prawa cywilnego (i w tym sensie masz prawo do zawarcia ponownego związku cywilnego - będzie to jednak związek tylko w sensie prawnym, uznawany za niesakramentalny, cudzołożny w Kościele), natomiast nie ma rozwodów w Kościele. Kościół dopuszcza ( w przypadkach takich jak Twój) separację, czyli pozwala na rozłączenie się małżonków. Jednak w tym przypadku nie dochodzi do całkowitego zerwania więzi i możliwości ponownego zawarcia związku. Istnieje też stwierdzenie nieważności małżeństwa - ustalenie, że małżeństwo nigdy nie istniało, bo nie było ważnie zawarte np. jedna strona zataiła coś przed drugą - w ważnej kwestii lub małżonkowie nie byli dojrzali do zawarcia małżeństwa. Decyduje o tym sąd biskupi.
Moniko, potrzebujesz teraz wsparcia i pomocy w wychowaniu dzieci. Ale nie powinno to się odbywać drogą związania się z kimś cywilnie i wykluczenia Cię przez to z życia sakramentalnego, bo przez to wiara Twoja ani Twoich dzieci nie wzrośnie. Masz natomiast prawo do wsparcia i powinnaś się o nie zwrócić do parafii, do poradni rodzinnej, jeśli potrzebujesz pomocy materialnej - do odpowiednich instytucji. Masz prawo do godziwych alimentów od męża. Proszę porozmawiaj ze spowiednikiem, on na pewno doradzi Ci jak dalej żyć, pokieruje do odpowiedniej wspólnoty. Na pewno jest Ci niezmiernie ciężko i dlatego powinnaś korzystać z takiej pomocy. Musisz wiedzieć, że nie jesteś sama, że takich ludzi jak Ty jest dużo, że Kościół Cię nie odrzuca i że jest gotowy Ci pomagać. Jeśli jesteś z Warszawy lub okolic skontakuj się z ks. Pałygą z parafii św. Wincentego Pallotti: www.skaryszewska.pl
Akurat teraz powinny być rekolekcje dla osób rozwiedzionych. Z Bogiem.

  Magda, 18 lat
1374
21.11.2006  
Witam, to jeszcze raz ja (pyt.1323). Piszę, bo nie wiem, co o tym myśleć. Byłam z Piotrkiem na 18nastce koleżanki (tzn. nie razem, tylko oboje zostaliśmy zaproszeni). Były tam również inne dziewczyny z klasy. On zachowywał się w stosunku do wszystkich tak samo, ze wszystkimi rozmawiał, śmiał się, wychodził się przejść. Wiem, że to dobrze o nim świadczy, ale ja nie byłam z tego zbyt zadowolona. Myślałąm i miałąm nadzieję, że coś się na tych urodzinach zmieni. Ale nic z tego. Owszem, zawsze kiedy miałochotę się przejść pytał najpierw mnie, czy pójdę z nim, a dopiero potem resztę, ale kiedy już szliśmy wszyscy razem, zachowywał się w stosunku do wszystkich jednakowo. Kilka razy udało nam się być sam na sam, poszliśmy razem na spacer, siedzieliśmy sami przy stoliku. Jednak było tak, jak zawsze, czyli tylko rozmawialiśmy o różnych sprawach. A ja wtedy tak bardzo chciałam go wziąćza rękę, przytulić. Wydaje mi się, że on sam chciał doprowadzićdo takiej sytuacji, abyśmy zostali tylko we dwoje. Kiedy inni do nas podchodzili wstawał i dawał mi dyskretnie znak, abym poszła z nim. Ale nic poza tym. Na pewno jestem przewrażliwiona, że tak samo, jak ze mną rozmawia z innymi dziewczynami, że jestem zazdrosna i chciałąbym, żeby Piotrek był ze mną. Wydaje mi się też, że on boi sięokazywać swoich uczuć i boi się zaufać ludziom. Wiem, żę mi ufa, bo rozmawiamy o takich sprawach, o jakich nie mówi siękomuś, do kogo nie ma się zaufania. Przybrał taką maską ironii i udaje, żę nic go nie obchodzi. Ale ja wiem, że taki nie jest. Bo jest dobry i wrażliwy. Więc może dlatego nie potrafi mówić o swoich uczuciach. Przez tą pozę, któą przybrał wszyscy znają go tylko jako dobrego kolegę, ale takiego, który nie chciałby być w żądnym związku. Może jemu naprawdę na mnie zależy, ale przez to, że udaje przed innymi nie umie tego okazać. Pisała Pani kiedyś, że nie powinnam okazywać zainteresowania innym chłopakom i nie robię tego. Pokazuję Piotrkowi że jest dlaa mnie ważny. Co mogę jeszcze robić? Może robię coś źle?

* * * * *

Magda wszystko robisz dobrze ..i on wszystko robi dobrze! Wszystko jest na jak najlepszej drodze. To co opisujesz świadczy właśnie o jego zainteresowaniu Tobą i wielkiej delikatności. Pamiętaj o tym, że on nie czyta w Twoich myślach i zachowuje się ostrożnie, by Cię nie przestraszyć. To bardzo dobra taktyka. Nie dąż na siłę do szybszego rozwoju akcji, on jest mężczyzną i on jest przewodnikiem. Na pewno wie co robi i chce wybrać najlepszy moment. Nie musisz naprawdę bać się, że on czegoś nie przewidzi i że Ty musisz nad tym panować. Daj się jemu wykazywać. Jeśli Ty zrobisz coś pierwsza on poczuje, ż etraci grunt pod nogami, poczuje się naciskany i mało męski. Zachowuj się tak jak dotychczas i czekaj na jego inicjatywę. A co do okazywania uczuć: chyba jeszcze nie przeczytałaś poleconej przeze mnie książki, prawda? Proszę, przeczytaj ją, a także odp. nr: 568, 674, 715, 966, 970, 1005, 1101, 1002, a zrozumiesz. Kobieta i mężczyzna się różnią. Nie oczekuj od niego, że będzie się zachowywał tak jak Ty, bo to nie leży w jego naturze. Powodzenia, będzie dobrze!

  Tess, 16 lat
1373
14.11.2006  
Może mój problem nie jest tak poważny jak większość tych, które czytałam, ale musze komus to wszystko opowiedzieć. Od roku przyjaźnie się z pewnym chłopakiem, od lipca jesteśmy parą. Bardzo szybko znalazłam z nim wspólny język i stał sie dla mnie naprawdę ważną osobą, dlatego gdy poprosił mnie o chodzenie zgodziłam się, chociaż uprzedziłam go, że nie mogę powiedzieć, ze jestem przynajmniej zauroczona. Ale on się upierał, ze jak dam nam szanse to wszystko może się ułoży, że możemy spróbować,że on też nie może powiedzieć, ze mnie kocha, bo to wielkie słowo...Jesteśmy ze sobą, ale ja unikam randek, czuje cos jakby wstyd, ze z nim jestem... Sama siebie za to nie potepiam,ale on mi sie nie podoba, nie ma tego czegos czym moglabym sie zachwycic...jest wspaniałym przyjacielem, nie przeszkadza mi jak mnie przytula,ale nie wiem jak zareaguję gdy spróbuje mnie pocałować. Na razie rozumie moje wahanie i nie zmusze mnie do randek ani zebysmy sie komus przyznali ze jestesmy razem i caly czas prosi o czas...ale ja glupio sie tak czuje i nie wiem co mam zrobic...zerwac z nim, poprosic zebysmy przestali \"byc ze soba\" i tylko sie przyajznili? Dać nam jeszcze czas? Co mam robić...

* * * * *

No na siłę z kimś nie można być ani godzić się na chodzenie, żeby komuś nie było przykro. Ale ja myślę, że w Twoim przypadku chodzi o dwie sprawy. Po pierwsze: nie byłaś jeszcze gotowa do bycia z kimś, jeszcze tego nie potrzebowałaś. A po drugie: ponieważ jesteś prawdopodobnie na innym etapie niż Twój chłopak boisz się, że nie nadążysz za nim, że on będzie Cię wyprzedzał a Ty nie odpowiesz mu tym samym. A nie odpowiesz mu, bo każdy gest ponad to, co czujesz byłby kłamstwem. I bardzo słusznie. Widzisz, związek przechodzi pewne etapy - pisałam o tym w odp. nr 15. Ale nie każdy i nie zawsze musi wszystkie etapy przejść i nic w tym złego - o tym w odp. nr 13. Poza tym bywa tak, że czasem jedna osoba jest bardziej zaangażowana i wyprzedza drugą. Tak jest zapewne w Waszym przypadku. Ale to uleczalne :) Najważniejsze, że jesteś szczera i że nie udajesz. Zawsze mów tylko to co czujesz i nie zmuszaj się do gestów, które uważasz za daleko idące. Jeśli natomiast Twój chłopak pójdzie dalej poproś go o czas. Powiedz, że Ty jesteś jeszcze na innym etapie i że nie nadążasz. W górach wszyscy muszą dostosować się do tempa najsłabszej osoby. Tak samo jest w miłości. Strona szybsza musi poczekać. Musi wykazać się cierpliwością i delikatnością. Musi dostosować swoje pragnienia do możliwości drugiego. I dopiero gdy oboje czują tak samo i są na tym samym etapie można pójść dalej. Inaczej osoba "wolniejsza" udaje, że wszystko jest ok i godzi się na coś wbrew sobie - a potem nie wytrzymuje napięcia i dopiero jest niewesoło. Bo ona czuje się naciskana a druga strona cały czas oszukiwana. Dlatego na początku znajomości trzeba informować się wzajemnie o naszych odczuciach i jeśli z czymś czujemy się nieswojo mówić śmiało. Oczywiście w przystępnej formie a nie na zasadzie "zabierz tą rękę" itp. Pamiętajmy, że nikt nie czyta w niczyich myślach i nie można liczyć na to, że ktoś się domyśli. Co do słowa "kocham": z tym też ostrożnie i dobrze, że to ustaliliście. Pisałam o tym w odp. nr: 18, 61, 74, 217, 514, 1168. Jedno co mnie zastanawia to Twoje słowa: "on mi sie nie podoba, nie ma tego czegos czym moglabym sie zachwycic". No bo owszem, można nie przechodzić etapu zauroczenia, ale nie może być tak, że NIC w tym kimś nie widzimy. Owszem, nie musisz zachwycać się jego urodą, być może jeszcze za wcześnie na to, by Cię pociągał fizycznie (bez podtekstów) ale nie uwierzę, że nie potrafisz wymienić cech, za które go cenisz, które w nim podziwiasz. Trzeba coś w sobie nawzajem podziwiać (choćby intelekt, duchowość, uczciwość itp.), bo inaczej to nie jest związek tylko przyjaźń. A wtedy faktycznie nie można się zmuszać do bycia ze sobą. Życzę Wam powodzenia!

  kasia, 20 lat
1372
14.11.2006  
witam mam pytanie teoretyczne chodzi mi o współżycie przedmałżeńskie a mianowicie nie biorąc pod uwagę względów moralnych to co on moze zepsuc w związku? bo często czytając artykuły na tej stronie można to wywnioskować. ja wiem żę to jest zle ale z moim chlopakiem jestem juz bardzo bardzo dlugo okolo 3 lat i myslimy powaznie o przyszlosci i juz współżyliśmy i trudno teraz to przerwac bo ciężko go przekonac ale wierze ze mi sie uda tylko teraz czy to naprawde tak zle wplywa na zwiazek i dlaczego?

* * * * *

O tym co może zepsuć (także poza względami moralnymi) i dlaczego warto zachować czystość pisałam obszernie w tym artykule: [zobacz]. Zapewniam Cię jednak, że względy moralne są także bardzo ważne i warto brać je pod uwagę planując małżeństwo.

  magda, 19 lat
1371
14.11.2006  
napisała pani kiedyś że jeśli para się rozstała a teraz znowu dwie osoby są razem to ważna jest kwestia prebaczenia szczególnie gdy w to wmieszana była osoba trzecia a więc co wedlug pani oznacza przebaczenie i zapomnienie bo ja mojemu chłopakowi przebaczyłam ale mimo wszystko dalej pamiętam o tym co się stało i czasem w różnych sytuacjach to wraca bardzo silnie ze az podejrzewam go o cos choc to bezpodstawne oczywiście mu o tym nie mowie i do tego nie wracam a jednak to we mnie siedzi i nie moge zapomniec oczywiscie modlilam sie o to ale nie moge i przez to uwazam ze ufam mu na 99% a tego 1% jakos brakuje... i taka druga sprawa wobec tej trzeciej osoby bo ja od niej doznalam wiele przykrości i też wydaje mi sie ze wybaczylam ale o tym pamietam i to wraca do mnie czasem mi sie nawet sni i nawet przeszkadza mi obecnosc jej siostry jak ja widze a jej nie widzialam pol roku ale i tak mi sie czesto przypomina a szczegolnie sie zle czuje jak ja widze w kosciele no i jak zapomniec? ;/

* * * * *

Droga Magdo, przebaczenie nie jest równoznaczne z zapomnieniem i nie można się obwiniać o to, że coś do nas wraca. Przebaczenie moim zdaniem to nieżyczenie komuś źle - po prostu. Naturalnie inaczej trzeba do tego podchodzić jeśli przebaczamy komuś kto nam jest bliski, inaczej - gdy jest nam obojętny. Tak więc co do tej "osoby trzeciej", o której piszesz: wystarczy, że nie życzysz jej źle, a wprost przeciewnie - życzysz, by była w życiu szczęśliwa. Nikt nie zmusza Cię do uśmiechu na jej widok, do rozmowy z nią, do utrzymywania kontaktów, wystarczy po prostu życzliwość. I nie myśl o niej szczególnie. A co do chłopaka: nie wiem co konkretnie musisz mu wybaczać, ale mniemam, że to coś poważnego. Jeśli to rzutuje na Wasze wspólne życie, na Wasz związek to musisz rozważyć czy możesz z tym żyć, czy nie zmuszasz się do pewnych zachowań i poglądów. Jeśli natomiast mimo tego uznajesz w nim wartości i chcesz z nim być to przebaczeniem jest (oprócz życzenia mu dobrze) także niewypominanie tego. Oraz niezadręczanie się wspomnieniami i nierozważanie w nieskończoność jak mogłoby być inaczej. To przejście nad tą sytuacją do porządku dziennego i życie dalej. Naturalnie to będzie w Twojej pamięci, ale miłość do niego musi być większa niż żal. Na to ma też wpływ czas. Jeśli od wydarzenia minęło więcej czasu łatwiej pogodzić się z tym co było i odnajdywać radość z dalszego rozwoju związku. Bo przebaczenie jest też pogodzeniem się. Że ktoś postąpił tak czy inaczej i że nie da się cofnąć czasu. Pewnie, że pewne rzeczy mogłyby mieć inny przebieg, że nie wymażesz tego z pamięci i że to może Cię jeszcze boleć. Ale jeśli wybaczasz to staraj się o tym nie myśleć i nie wypominać. No i jeszcze jedno: łatwiej nam wybaczyć jeśli ktoś żałuje. Bo jeśli nie żałuje to niestety nie można nieraz przejść nad czymś do porządku dziennego, po prostu wybaczyć i ...cierpieć nie mając pewności czy to się nie powtórzy. Jeśli jednak wyjaśniliście sobie wszystko i chcesz z nim być to nie wiń się za to, że pamiętasz o całej historii. Serce to jedno, a umysł to drugie.

  S., 22 lat
1370
14.11.2006  
Mam pytanie, ktore moze wydawac sie dziwne. Ja juz jestem 3 lata ze swoim chlopakiem i być może kiedyś bedziemy małżeństwem :) i wtedy jak to zwykle bywa w malzenstwach bedziemy miec wspolna sypialnie. W sumie glupio sie przyznac ale bedzie mi zal tego mojego pokoju. Bo jest taki MOJ. wiem moze to samolubne i dziecinne ale zal mi bedzie tego mojego miejsca. A pytanie: jak sobie w malzenstwie umeblowac pokoj zebym nadal miala jakies swoje miejsce, a moj przyszly maz swoje miejsce?:)...a jednoczsnie wspolne miejsce:)pozdrawiam

* * * * *

No szczerze mówiąc zaskoczona jestem, bo takiego problemu to jeszcze nie było. A zatem: jak się zakłada rodzinę to się wszystko staje wspólne. Już nie ma moich i twoich pokoików, tylko wspólny. Ale oczywiście w małżeństwie też człowiek potrzebuje czasem samotności, ciszy i czegoś "swojego". Jednak nie powinno to wyglądać w ten sposób, że każde z małżonków ma swoje miejsce, gdzie drugi nie ma dostępu. Natomiast warto w domu wygospodarować takie miejsce do wypoczynku po prostu: fotel z lampą, gdzie można poczytać, jakaś kanapa. I nic nie stoi na przeszkodzie, żeby tam było przytulnie.
Wydaje mi się, że Twoje przyzwyczajenie do swojego pokoju wynika z tego, że tak długo mieszkasz z rodzicami. Przyzwyczaiłaś się do swoich rzeczy, swoich kątów i nie wyobrażasz sobie jak miałabyś się tym z kimś dzielić. Zapewnie nigdy nie mieszkałaś w akademiku ;-). Ale widzisz mąż to nie jest taki zwykły ktoś, to osoba, z którą dzielimy wszystko, która zna nas jak nikt i której powierzamy siebie całą. W sakramencie małżeństwa dwoje ludzi tworzy nową, wspólną rzeczywistość i wspólnotę. Zapewniam Cię, że nie ma problemu z dzieleniem się z mężem wszystkim co mamy. Ja też wychodząc za mąż miałam "swój" stolik i lampkę, którą zabrałam do wspólnego mieszkania, a mąż biurko i komputer. Ale teraz to są NASZE rzeczy. Które z nas potrzebuje to z nich korzysta. Nie tworzymy swoich kącików. Myślę, że im bliżej będzie ślubu tym z mniejszym żalem opuścisz swój pokój, a po prostu będziesz się cieszyć ze wspólnego mieszkania. Będziesz miała radość z jego meblowania, z tego, że możesz wszystko poustawiać tak jak chcesz. Wspólna sypialnia, własna kuchnia, łazienka - dadzą Ci tyle radości, że nie będzie Ci tego pokoju brakować. Po prostu z niego "wyrośniesz". A jak umeblować mieszkanie funkcjonalnie radzą rozmaite czasopisma, których jest na rynku w bród. Możesz też pooglądać mieszkania znajomych. Na pewno wymyślicie coś co Wam będzie odpowiadało.

  neonka, 20 lat
1369
13.11.2006  
dzien dobry! jestesmy z moim chlopakiem juz ponad rok ze soba i stanelismy ostatnio w obliczu duzego problemu, ktory jakby nie patrzec rzutuje na przyszlosc.. Obydwoje jestesmy wierzacy...ja jestem od ok 5 lat na drodze neokatechumenalnej we wlasnej wspolnocie..a na drodze, ogolnie.. wlasciwie od urodzenia(rodzice weszli kiedy bylam mala).. z rodziny mojego chlopaka tylko jego mama jest na drodze..i tutaj wszystko zaczyna sie komplikowac..jego mama zachorowala na tle psych. kiedy weszla do neo... choroba byla utajniona..i ujawnila sie akurat wtedy..moj chlopak ma pewien uraz pradopodobnie..i ma bardzo duze opory zeby wejsc do neo.. mi bedzie bardzo trudno wyjsc.. i tutaj pojawia sie problem..co zrobic? przeciez jesli zostawimy ta sprawe..w przyszlosci moze to sie okazac brzemienne w skutki..maz i zona w moim mniemaniu musza stanowic jednosc.....a co bedzie, jesli kazde z nas bedzie chcialo wychowac dzieci inaczej...nie chce rozstawac sie z tego powodu..bo bardzo go kocham...i troche nawet irytuje mnie ten fakt...bo przeciez wszystko i tak rozchodzi sie o wiare..o Boga...a przeciez Bog na pewno nie chce rozdzielac...

* * * * *

Hmm, faktycznie macie problem. Najważniejsze, że Twój chłopak w ogóle wie co to jest neokatechumenat, a nie zapiera się nogami nie wiedząc o co w nim chodzi. Z drugiej strony rozumiem, że ma uraz. Ale: przecież choroba jego mamy uaktywniła się w tym momencie kiedy wstąpiła do wspólnoty, a nie z jej przyczyny. To nie wspólnota była przyczyną jej zachorowania tylko zbiegło się to czasowo, albo - po wpływem jakichś czynników, być może w jakiś sposób związanych z działalnością w tym ruchu - choroba, dotychczas ukryta nasiliła się. Z tego co się orientuję, przynależność do neokatechumenatu wiąże się z dość dużą aktywnością, z częstymi, długimi spotkaniami. Prawdopodobnie zatem właśnie pod wpływem wysiłku fizycznego i psychicznego, a także pewnie głębokich przeżyć duchowych organizm tak właśnie zareagował. Tak czy inaczej to, że jego mama zachorowała nie jest "winą" wspólnoty, ale kwestią pewnych jej predyspozycji psychicznych. No, ale oczywiście Twój chłopak ma prawo mieć uraz. Jeśli wiele razy już na ten temat rozmawialiście to może weźmiesz go na jedno spotkanie - by pokazać jak jest? Może się po nim przełamie. Jeśli nie no to niestety musicie wspólnie wypracować jakiś kompromis. Może inna wspólnota np. Domowy Kościół lub Ruch Rodzin Nazaretańskich? Masz naturalnie rację, że powinniście być w tej samej wspólnocie. Gdy tak nie będzie to szybko zaczną się jakieś problemy na tym tle, szczególnie, że neokatechumenat pochłania wiele czasu.
Musicie poważnie porozmawiać, ustalić wszystkie za i przeciw, rozejrzeć się jakie jeszcze są wspólnoty w Waszym otoczeniu, porozmawiać z ludźmi w nich działającymi, tak jak mówiłam - najlepiej pokazać jak to wygląda "od środka" - i podjąć decyzję. Wierzę, że dojdziecie do porozumienia, bo małżeństwo to sztuka kompromisu.

  Ola, 17 lat
1368
13.11.2006  
W odpowiedzi na pytanie 936 dala pani link do kazania ks. Piotra Pawlukiewicza bardzo mi sie ono podobalo i mam pytanie czy ma pani moze więcej takich kazan??

* * * * *

Ja nie mam, ale ksiądz Piotr na swojej stronie i owszem. Polecam: strona ks. Piotra www.rekol.prv.pl

  Ala, 18 lat
1367
08.11.2006  
Mam chlopaka z ktorym jestem od pól roku i czesto oboje zastanawiamy sie nad tym czy kobieta powinna pracowac czy zostac z dziecmi w domu? I czy jesli zostanie w domu to czy czuje sie tak naprawde spełniona? Bo przeciez jak kobieta zostanie w pracy to juz potem trudno jest powrocic na rynek pracy tak wiec cale zycie jest skazana na siedzenie w domu. No i jaki wiek jest najlepszy na posiadanie dzieci?

* * * * *

Co do wieku: taki w którym jesteście już małżeństwem. W przysiędze małżeńskiej jest zobowiązanie do przyjęcia dzieci, którymi Was Bóg obdarzy. A zatem jeśli nie ma przeszkód natury zdrowotnej czy innej ważnej przyczyny to małżonkowie nie powinni zbyt długo z tym zwlekać.
A co do pracy kobiety: nie ma jednej słusznej drogi. Są kobiety, które doskonale się realizują w domu, a są takie, które godzą i pracę i dom. To wszystko zależy od indywidualnego usposobienia, zdolności i wykształcenia kobiety. Czasem kobieta pracuje nawet nie dlatego, że chce ale po prostu sytuacja finansowa ją do tego zmusza. Masz rację, że po przerwie ciężko jest wrócić na rynek pracy. Z drugiej strony dobrze jest zachodzą w ciażę być zatrudnioną, bo to daje prawo do urlopu i zasiłku macierzyńskiego. Dobrze jest w ogóle choć trochę popracować, choćby po to, by potem lepiej rozumieć męża :) ale i dla własnego rozwoju i własnej satysfakcji. Ja osobiście pracuję i jestem zadowolona, ale mam również koleżanki, które spełniają się w roli żony i matki. Tu nie ma jednej recepty, najważniejsze, byście Wy się dogadali no i żeby mąż zarabiał tyle byście nie klepali biedy.

  Natalia, 17 lat
1366
08.11.2006  
Mam chłopaka ktory jest moim pierwszym takim prawdziwym chłopakiem prawdziwa miłość i jestesmy ze soba wlasciwie dopiero od 4 miesięcy ale planujemy być razem na zawsze. Często rozmawiamy o naszej wspólnej przyszłości. Widze ze zmieniam sie dla niego chce byc lepszym czlowiekiem. ale zastanawiam sie poprostu czasem czy to jest w ogole możliwe aby w wieku 17 lat moc juz tak ostatecznie stwierdzic że to jest ten jedyny do konca i nikt więcej? Ja bardzo chce w to wierzyc ale mimo wszystko strasznie się boje.

* * * * *

Wszystko jest możliwe, bo wszystko zależy od dojrzałości i dobrej woli ludzi. Ale nie musisz się bać. Ten strach spowoduje tylko, że będziesz robić wszystko, żeby ten chłopak z Tobą był i nie będziesz działała racjonalnie. Prawdziwa miłość nie jest lękiem. Spokojnie spotykajcie się, poznawajcie coraz lepiej, odkrywajcie wspólnotę poglądów, zainteresowań. Pracujcie razem, poznawajcie się w różnych sytuacjach. Dużo rozmawiajcie. Miłość jest czymś pięknym, najpiękniejszym w życiu człowieka. Tylko trzeba o nią dbać, trzeba pamiętać o tym, że przechodzi ona różne etapy i że nie jest cały czas taka sama. Trzeba pamiętać, że Wy jesteście różni i te różnice brać pod uwagę. Proponuję Tobie i chłopakowi lekturę odp. nr: 15, 906, 255, 498, 566, 25, 50, 340, 1101, 234, 568, 674, 715, 966, 970, 1005, 1101, 1002 oraz tych artykułów: [zobacz] i [zobacz]. Pamiętaj, że jeśli będziecie się starali, jeśli będziecie potrafili sobie wybaczać i będziecie razem wzrastać to Wasza miłość może przetrwać. Znam takie przypadki. Życzę Wam owocnego czasu poznawania się i powodzenia!

  asia, 23 lat
1365
07.11.2006  
wiem, że moje pytanie może trafić do działu jaki już istnieje \"On ma dziewczynę\" ale chciałabym indywidualną odpowiedź. Wina leży po mojej stronie bo źle zinterpretowałam zachowanie chłopaka wobec mnie. Jego \"czystą sympatię\" wzięłam za coś więcej... Dopiero po 4 miesiącach koleżeństwa w zasadzie dowiedziałam się, że ma dziewczynę. Rzadko o niej mowi i tylko w sformułowaniach \"moja dziewczyna\", które pojawia się w zasadzie przypadkowo... Nie mogę uciec bo widujemy się na uczelni. I dużo rozmawiamy przez internet. Mam wrażenie, że za dużo prowadzimy takich \"niekończących \" się rozmów. Chciałabym z jednej strony żeby to się skończyło i żebym go już nigdy więcej nie widzieć, ale z drugiej... jeszcze tli się we mnie malutka iskierka nadziei. Ale ja naprawdę wiem jak to jest niewłaściwe i bez sensu... Nie chcę być wypełniaczem wolnego czasu ale też nie mogę nagle mu powiedzieć, że już więcej nie chcę z nim rozmawiać... Dlaczego to takie skomplikowane?

* * * * *

No faktycznie, trudna sytuacja, bo zaczynając znajomość nie znałaś prawdy. Swoją drogą, dziwne, że wyszło to tak późno. Ale skoro jest jak jest (a zakładamy, że on mówi prawdę i faktycznie ma dziewczynę) to niestety dokładasz sobie cierpienia. Jasne, że głupio nagle zerwać kontakt, ale trzeba go ograniczyć. Rozmowy nie mogą być "niekończące się", a spotkania celowe. Nie namawiam Cię do gwałtownych ruchów, ale do stopniowego rozluźniania kontaktów. Rób tylko tyle ile jesteś w stanie znieść - dla dobra siebie samej. No bo jeśli on faktycznie ma dziewczynę to - robiąc sobie nadzieję - tak jakbyś pragnęła, by ich związek się rozpadł. Przykro mi, te sytuacje nie są pzryjemne, ale chroń siebie, bo im głębiej w to brniesz tym bardziej cierpisz. Polecam Ci też odp. nr: 80, 526, 653, 825.

  Ania, 25 lat
1364
07.11.2006  
Moja sytuacja jest bardzo podobna do sytuacji z listu nr 1323. Znam się z pewnym chłopakiem ponad 5 lat. Bardzo dobrze się rozumiemy i długo by pisać o znakach, które w normalnej sytuacji oznaczały by zainteresowanie z jego strony. W normalnej, ale ta sytuacja nie jest normalna, bo znamy się bardzo długo. Jest miły, szanuje mnie, czasami zaprasza do kawiarni, rozumiemy się, zawsze dobrze się o mnie wypowiada. Jest dobrym przyjacielem i staje się coraz mi bliższy. Zawsze jest od razu na miejscu, gdy go proszę o pomoc. Problem w tym, że on nie wychodzi z inicjatywą spotkań. No więc jednak wygląda na to, że nie jest zainteresowany. Ale z drugiej strony jeszcze pół rok temu ja sama nie byłabym dojrzała do decyzji o byciu z nim. Musiałam dojrzeć do takiej decyzji. Traktowałam go jak kumpla. Teraz jest mi coraz bliższy. Ale jak widać może się okazać, że nigdy nie będziemy razem, bo długa znajomość utrudnia wyznania i ten pierwszy krok. Każde pewnie się boi, że druga strona nie odwzajemni uczucia. No i chyba słuszne by było dać sobie spokój z tą znajomością, skoro on nie przejawia inicjatywy. Ale gdy przychodzi mi taka myśl, to od razu rodzi się taka, że miłość jest cierpliwa, że nie szuka swego, wszystko znosi i przetrzyma. No i znowu wtedy myślę, że warto na niego czekać. Że może za jakiś czas (a znamy się ponad 5 lat, a ja jestem nim bliżej zainteresowana od jakiegoś roku) będziemy razem, że znajdzie się ktoś kto pomoże nam się odnaleźć. Zrezygnowanie z tej miłości byłoby dla mnie czymś takim jak w przyszłości zrezygnowanie z miłości do męża tylko dlatego, że nie miałabym do niego cierpliwości. Co robić? Zrezygnować? A może się modlić i cierpliwie czekać, bo miłość jest cierpliwa. Czy ja źle myślę? Chciałabym usłyszeć, że warto czekać i że on w końcu zrobi pierwszy krok. Bardzo mi na nim osobie zależy. Czy jestem naiwna?

* * * * *

Modlić się na pewno. Natomiast faktycznie warto by było wiedzieć na czym stoisz. Jeśli pozwolisz polecę Ci odp. nr 1213, wydaje mi się, że jest to sytuacja bardzo podobna do Twojej. Nie jesteś naiwna, po prostu nie wiesz co w nim siedzi. Może Ty go czymś onieśmielasz, może on wychodzi z założenia, że nie ma u Ciebie szans? Może oboje boicie się zrobić jakiś krok, by nie zepsuć przyjaźni? Jeśli nie ma żadnej dziewczyny przez tak długi okres znajomości z Tobą to daje jakąś nadzieję, że jednak mu się podobasz Ty. Jednak to moje domniemania i nie chcę Ci tu robić nadziei. Tak jak napisałam w podanej odpowiedzi tu jest potrzebna metoda małych kroczków. Wyjdź kilka razy Ty z inicjatywą, spróbuj go ośmielić, może mimochodem uda Ci się wtrącić do rozmowy coś co go dowartościuje i zachęci. Jeśli jednak po dłuższym czasie takich zabiegów nic się nie zmieni to być może z jakichś sobie wiadomych powodów on nie widzi Cię w roli swojej żony i trzeba będzie otworzyć serce też na innych...?

  Kasia, 15 lat
1363
07.11.2006  
Chodze do klasy z chłopakiem, który ogromnie mi sie podoba. Niestety on nie zwraca ani na mnie ani na moja naj. przyjaciolke uwagi... a przeciez rok szkolny zaczal sie ponad 2miesiace temu. z innymi dziewczynami normalnie rozmawia, a moze nawet traktuje je jak przyjaciolki, choc zaledwie co sie z nimi poznal. Co zrobić zeby zwrocil na mnie uwage???

* * * * *

A próbowałaś z nim normalnie porozmawiać? Czy tylko czekasz by on zaczął? Proponuję rady zawarte w odp. nr: 3, 30, 37, 134, 411, 912.

  Magda, 17 lat
1362
07.11.2006  
To ja pisałam pytanie nr. 1312. Nie rozumiem jednak odpowiedzi i chyba nie zrozumiem bo niby co mam przez to rozumieć: \"Nie nadaje się na męża i ojca alkoholik, narkoman, chory psychicznie, ktoś całkiem niezaradny życiowo\". Zaradności można się nauczyć, większość chorób psychicznych da się wyleczyć, no i przede wszystkim-narkomanów i alkoholików również można leczyć. Wyleczyć się nie da, ale da się zaleczyć. Po to są przecież wszelkie poradnie uzależnień, ośrodki leczenia uzależnień żeby taką chorą osobę przystosować do NORMALNEGO życia. A z tego co Pani napisała wynika, że owszem, jak najbardziej mogą, powinni żyć normalnie ale w SAMOTNOŚCI. Czy źle zrozumiałam? Czy taki człowiek już do życia w rodzinie się nie nadaje zupełnie? Jest w tym wymiarze całkowicie skreślony? Nie jestem oczywiście pewna, że Pani jest w błędzie. Pani odpowiedź wprowadziła w moje serce i rozum ogromny zamęt. Więc pytam aby się upewnić. Brzmi to trochę brutalnie, że osoby uzależnione są skazane na samotność. No chyba, że ktoś mniej przezorny z nimi będzie, ale jak wynika z tego co Pani pisze taki ktoś zrujnuje sobie życie, a przynajmniej w zakresie małżeństwa. Czy ja powinnam siąść przed nim spojrzeć mu w oczy i powiedzieć, że mimo, że jestem w nim zakochana nie mogę z nim być bo jest narkomanem. Nie ma szans na szczęśliwy związek z narkomanem więc niech o mnie zapomnij i ja o nim zapomnę?! Nie mogę się pogodzić z myślą, że takie wyjście jest jedynym dobrym.

* * * * *

Magdo, ale czego nie rozumiesz?
A jak wyobrażasz sobie męża i ojca Twoich dzieci, który nie jest w stanie zapracować na dom, nie jest w stanie zająć się dziećmi, nie daje im przykładu, nie daje Tobie oparcia w Twoich problemach (to Twoje słowa), który akurat pije lub jest na głodzie i potrzebuje na to pieniędzy, którego Ty nie możesz zmusić do leczenia, który nie wraca wieczorem a Ty się martwisz, przez którego sama dźwigasz ciężar prowadzenia domu? No bo tak mniej więcej wygląda małżeństwo z takim człowiekiem. Jak nie wierzysz porozmawiaj z żoną alkoholika. Owszem, czasem udaje się wyleczyć alkoholika, narkomana; chorego psychicznie raczej nie. Chory psychicznie nigdy nie może zawrzeć małżeństwa, nie dopuszcza tego ani prawo cywilne ani kościelne. Fakt narkomanii lub alkoholizmu można zataić ale co to da? Czy to sprawi, że nałogu nie będzie? Będzie i jak się uaktywni to dopiero będzie szukanie furtek, badanie czy nie było przyczyn nieważności małżeństwa. Albo trwanie i posiadanie zamiast męża dziecka i to bardzo szczególnej troski. Magdo, o takiej sytaucji pisał św. Paweł, mając na myśli tych, którzy się do małżeństwa nie nadają. To naprawdę nie mój wymysł. I dlatego narzeczeni przed ślubem poddawani są badaniu kanonicznemu - by później sądy biskupie nie miały tyle roboty.
Oczywiście, ja wcale nie odmawiam takim osobom prawa do miłości i naprawdę współczuję im takiej sytuacji. Zresztą nikt nie mówi, że oni nie mogą kochać ani że nie można ich kochać. (Tak na marginesie, nikogo nie oskarżąjąc: alkoholizm czy narkomania to nie choroba wrodzona, a zatem inicjatorem nałogu jest sam "poszkodowany"- skoro zatem zaczyna wchodzić w nałóg to powinien liczyć się z jego konsekwencjami). Widzisz Magda, ja już jestem po ślubie, Ty jeszcze przed. Ja wiem jak wygląda małżeństwo i czego się oczekuje od mężczyzny. Jaką rolę ma do wypełnienia mąż i jakie są problemy. Ty jesteś jeszcze przed ta decyzją, dlatego musisz zadbać, by była ona słuszna. Widzisz, małżeństwo to nie instytucja charytatywna. To nie jest tak, że wystarczy być szczęściem dla kogoś, samemu też trzeba być szczęśliwym. Małżeństwo to wielkie wyzwanie i niestety nie każdy się do niego nadaje. Co do zaradności to widzisz, częściowo się da nauczyć, a częściowo nie. Sama znam osoby już po czterdziestce, które zachowują się tak jakby były kompletnie nieprzystosowane do życia. Same sobie nie dają sobie rady a gdzie tu mówić o wzięciu odpowiedzialności za rodzinę? Dlatego dopóki ktoś nie udowodni swoim życiem, że sam za siebie odpowiada, że samodzielnie sobie dobrze radzi nie powinien małżeństwa zawierać, bo albo on albo ktoś inny na tym ucierpi. Bo w małżeństwie tej odpowiedzialności nie będzie mniej tylko dużo więcej!
Co do Twojego przyjaciela. Magdo, ja Ci nie mogę, bo nie mam takiego prawa powiedzieć jednoznacznie: zostaw go. Ale prosiłaś o opinię, tak jakbym była Twoją matką. Więc uświadamiam Ci jakie zagrożenia mogą się wiązać z takim związkiem. Naturalnie Ty masz prawo i nie zgadzać się z tym i - nawet zgadzając - mimo wszystko godzić się na to co może Cię czekać. Masz do tego prawo. Ale wiedz, że to naprawdę wszystko nie jest takie proste i męża nie można później zmienić, trzeba do końca życia być jego żoną. I dlatego tak ważne jest Z KIM się wiążemy. Bo mamy obowiązek dbania także o nasze życie. I czasem dokonując rozrachunku, biorąc pod uwagę także życie naszych przyszłych dzieci (czego niektórzy sobie nie uświadamiają) podejmujemy decyzję, czy ten ktoś kogo kochamy nadaje się na małżonka. I czasem z bólem serca trzeba na to pytanie odpowiedzieć negatywnie. Czasem trzeba zrezygnować ze znajomości w imię wyższych wartości niż dobro chwilowe. Wiem co mówię, bo mam doświadczenie rezygnacji ze związku.
Jeśli chcesz wiedzieć czy to dobry wybór to zadaj sobie pytanie: czy ten człowiek mnie przybliża do Boga czy oddala? Czy czujesz się przy nim silna i bezpieczna i wiesz, że gdybyś nawet straciła pracę czy przeżywała depresję to on nie pozwoli Ci się załamać, że zajmie się Tobą i dziećmi? Czy Cię wspiera (już teraz) czy Ty się nim opiekujesz i mu pomagasz? Pomagać mu możesz zawsze, ale masz obowiązek kierowania się w wyborze małżonka i ojca dzieci "zdrowym egoizmem" - by nikt na tym wyborze nie cierpiał, a nie tylko by jedna osoba zyskała. I przeczytaj proszę odp. nr: 78, 89, 106,192, 271, 390, 728, 1021, 1050, 1059, 189. Pomyśl. Życzę Ci dobrych, słusznych wyborów. Z Bogiem!

  Justyna, 18 lat
1361
07.11.2006  
Dziekuje Pani bardzo, za kazda odpowiedz! W każdej odpowiedzi widac działalność Ducha Świętego. Otoz nasza znajomość internetowa przerodzila się w powazny związek. Spotykamy się jak często możemy, wychodzi mniej wiecej raz w miesiącu. Mi rodzice zabronili jeździć do niego, miałam im to za zle, gdyz chciałam jak najczęściej z nim przebywac. Ale teraz zaczynam rozumiec, ze jest to dobre, widze jak bardzo mu zalezy i stara się żeby przyjezdzac do mnie jak najczęściej. Pojawia się jednak problem, problem cielesności. Ciagla rozlaka poteguje w nas tęsknotę. Tęsknotę duchowa i cielesna. Tęskni się za cieplym przyuleniem, spojrzeniem oczy, rozmawa na każdy temat, wsparciem, ale takze za pocałunkami, dotykiem, bliskością. Moim postanowieniem jest, iż seks dopiero po slubie i chce tego dochowac. P. przystaje na to, szanuje moja decyzje, ale oczywiście jak to chłopak, gdybym chciala wczesniej zgodzilby się na to:) ale ja twardo przystaje na swoim:) jednak kiedy się spotykamy, dochodzi miedzy nami do pewnych zbliżeń. Sa takie delikatne i nie posuwamy się za daleko. Ostatnio calowal mnie po szyi i ogrzewal raczki na moich posladkach. Podobalo mi się to, czuje się przy nim bezpiecznie i wiem ze nie zrobilby nic czego bym nie chciala, jestem go pewna. Tylko boje się, ze jeśli pozwole mu na za wiele to starci szacunek do mnie, i związek utraci ta świeżość i delikatność. Nie wiem wlasnie jaka ustalic granice, na ile pozwolic. Powiedziałam mu, ze w poscie, jako postanowienie odmawiamy sobie buziakow i jakis innych pieszczot. Nie podobalo mu się to za bardzo, ale wiedział, ze skoro o tym mowie stanowczo to już lepiej się na to nastawiac Mi również brakuje jego bliskości, dotyku, jednak nie chce żeby nasze spotkania przybraly wymiar typowo cielesny. Często jak się spotyamy to większość czasu spedzimy na buziakowaniu i przytulaniu, a malo na rozmowe. Troszke mnie to martwi. Jednak rozmawiamy często przez telefon czy na gg. Jak postępować żeby byo dobrze:) żeby czul się kochany i pieszczony, a zarazem żebyśmy nie przekroczyli granic.

* * * * *

Justyno, pragnienie bliskości jest naturalne i wzrasta w miarę rozwoju związku. Ale nie wolno pozwolić by to ono nami rządziło. Człowiek nie jest zwierzątkiem i w każdej sytuacji potrafi nad sobą zapanować. Dowodem miłości przed ślubem jest powstrzymywanie się od właśnie takich dowodów miłości. To, co robicie wcale nie jest takie niewinne i nawet jeśli Tobie się podoba to nie znaczy, że jest dobre a przede wszystkim (o czym może nie wiesz) Twojego chłopaka niepotrzebnie to pobudza. A to już jest świadome narażanie się na grzech. Naprawdę, są inne sposoby ogrzania rąk niż pośladki dziewczyny. Nie ma katalogu zachowań dozwolonych, ale gesty powinny być przede wszystkim dostosowane do etapu związku i przykazań. Inne są na etapie chodzenia, inne po ślubie. O tym oraz o tym jak nie dopuszczać do niepotrzebnych zachowań pisałam w tym artykule: [zobacz]
Polecam go do czytania Tobie i chłopakowi oraz polecam ten tekst o. Kowalczyka: [zobacz]
Randki trzeba zaplanować. One służą przecież temu, by się poznać, a nie tylko powymieniać czułości. Trzeba wiedzieć z kim się wiążemy a nie tylko jak całuje. Można nawet przeprowadzić pewnien eksperyment. Przez jedną randkę w ogóle się nie dotykać. Jeśli przez ten czas będziecie mieli o czym ze sobą rozmawiać to znaczy, że związek jest na dobrej drodze. Jeśli nie to znaczy, że zbyt dużo poświęcacie fizyczności. Proszę przeczytajcie polecane teksty. Życzę Wam wielu ciekawych pomysłów na randki i owocnego czasu poznawania się.

  dominika, 29 lat
1360
04.11.2006  
poznałam mężczyzne,który najpierw mnie oswoił,zabiegał o mnie,a potem nagle odsunął sie ode mnie.Wszystko to - szczególnie ten pierwszy etap trwało bardzo długo.W sumie 4 lata.Teraz nagle okazało sie,że on jest homoseksualistą i prawdopodobnie - nie wiem tego od niego - chciał spróbowac z tym skończyć,ale zrezygnował.Jest katolikiem,ale ma partnera.nie umiem sobie z tym poradziś.Czuje żal,że potraktował mnie tak instrumentalnie - jako lekarstwo,które okazało sie nieskuteczne.nie rozumiem tez jak godzi w swoim sumieniu chodzenie do kościoła i to jak zyje.nie moge sie uwolnic od mysli o nim,choc modle sie o to.za kazdym razem jak jest już lepiej,to cos się wydarza np.przychodzi do mnie i chce mi w czyms pomóc(bezinteresownie),albo cos dla mnie robi.Jak się uwolnic od mysli o nim,od zalu,od myslenia o tym,jak on mógł tak postapić.Modlę sie o to,zle to tak długo trwa.przygnebia mnie to strasznie.

* * * * *

Droga Dominiko! Serdecznie współczuję tej sytuacji. Nie wiem jak Cię pocieszyć. Być może oklepane ale prawdziwe powiedzenie "lepiej teraz niż po slubie" pomoże Ci uwierzyć, że w istocie lepiej się stało, że to wyszło teraz. Co do niego: nie wiem jak godzi te dwie rzeczy, o których piszesz. Jeśli faktycznie uważa się za chrześcijanina to powinien zwrócić się do Grupy Odwaga, zajmującej się terapią i pomocą w wychodzeniu z homoseksualizmu. Informacje znajdziesz na stronie: www.odwaga.oaza.org.pl
Co do Ciebie: jeśli możesz zerwij z nim kontakt. Dla własnego dobra. Łatwiej zapomnieć jeśli kogoś nie widzimy, nie słyszymy. On powinien to zrozumieć. Jeśli faktycznie traktował Cię jako "terapię zastępczą" to nie wiem co powiedzieć. Bardzo Ci współczuję i polecam odp. nr: 80, 526, 653, 825 - tam pisałam jak poradzić sobie z uczuciami po rozstaniu. Rozumiem Cię doskonale. Daj sobie czas i myśl przede wszystkim o sobie. On przeżyje jak nie będzie Cię widział, a Ty musisz dojść do siebie. Jesteś młodą, wartościową dziewczyną i na pewno spotkasz kogoś kogo będziesz mogła z wzajemnością pokochać. Ale uwolnij swoje serce od tego uczucia. Pomału, z Bożą pomocą jest to możliwe. Módl się o to i spróbuj skorzystać z rad w podanych odpowiedziach. Wierzę, że będziesz szczęśliwa i że to doświadczenie będzie czymś co Cię wzmocni. Z Bogiem!

  Magda_, XX lat
1359
04.11.2006  
Witam! Na poczatku bardzo serdecznie Panią pozdrawiam, robi Pani wielka rzecz, odpowiadajac na te wszystkie pytania i doradzając :) Przeczytalam duza czesc z Pani rad i nie znalazłam odpowiedzi na moje pytania, dlatego zwracam się z prośbą o odpowiedź :)
Niedlugo wychodzę za mąż za wspanialego czlowieka, jestem niesamowicie szczesliwa, ale zastanawia mnie kilka rzeczy zwiazanych z NPR.
1) Przez najblizsze 10 lat nie chcemy miec dzieci, gdyż nie mamy zbyt dobrej sytuacji finansowej - dziecko w takich warunkach nie miałoby najlepiej, dlatego poczekamy aż nasza sytuacja się poprawi. Oczywiscie nie zamierzamy używac antykoncepcji, ale martwi mnie to, czy bede umiala dobrze okreslic dni płodne, bo mam długie cykle, okolo 32 dni i wahają się o kilka dni :( Bardzo mnie ta sprawa niepokoi.
2) Chcielibysmy wziac slub konkretnego dnia, ktory jest dla Nas wazny :) Tylko problem w tym, co bedzie, jesli akurat wtedy bede w dniu plodnym? (z moich wstepnych wyliczen wynika, ze to możliwe, jesli nie bedzie zadnych wahan) Czy wtedy poczekac z nocą poślubna?

Z gory dziekuje za odpowiedzi i życze Pani dużo szczescia i powodzenia! :)


* * * * *

Odp. nr 1. Twoje cykle nie są długie. Są całkowicie normalne. Długie to są 40-60 dniowe. Co do określenie dni płodnych polecam znakomitą stronę www.npr.pl poczytaj, wybierz jedną z metod, kup książkę. Ja osobiście polecam metodę Roetzera. Jestem pewna, że znakomicie dacie sobie radę, zresztą na pewno jeszcze na kursie przedmałżeńskim będziecie też mieli zajęcia z npr, ale ja polecam Ci już wcześniejsze zapoznanie się z metodą, obserwację własnego ciała - to bardzo pomaga. Natomiast zastanawia mnie czemu jesteście tak pesymistycznie nastrojeni? Naprawdę zakładacie, że przez 10 lat Wasza sytuacja nie ulegnie poprawie? No, nie żartuj! Jestem pewna, że wcześniej Wam się polepszy, no i że wcześniej zatęsknicie za dzieckiem.
Odp. nr 2: Jasne, że warto poczekać kilka dni. My też czekaliśmy i był to dla nas błogosławiony czas oswajania się ze sobą, z naszymi ciałami - odkrywaliśmy wszystko pomalutku. Noc poślubna to przecież nie tylko współżycie. Polecam to każdemu, nie tylko ze względu na npr. Zresztą przed ślubem czasem stres powoduje przesunięcie owulacji i może traficie w okres niepłodny.
A skoro wychodzisz za mąż to zapraszam na nietypowy, bardzo ciekawy kurs przedmałżeński "Wieczory dla zakochanych". To kurs, gdzie rozmawiacie ze sobą tylko we dwoje na różne tematy. Informacje znajdziesz tutaj: www.spotkaniamalzenskie.pl, www.malzenstwo.pl
Życzę owocnego przygotowania do małżeństwa i niezapomnianej nocy poślubnej :) Z Bogiem!

  Basia, 22 lat
1358
03.11.2006  
Czesc. Mam pewnien problem i nie wiem z kim mogłabym o tym porozmawiac, dlatego pisze tutaj.. Od kilku tygodni spotykam się z pewnym chlopakiem.. wiem ze przyjazn ta mogłaby się przerodzic w głebsze uczucie.. Już od pewnego czasu zastanawialam się czy on chdzi do kosciola, zapytalam wprost.. okazalo się ze „do kosciola chodzi czasami” by „porozmawiac z Bogiem” gdy poczuje ‘taka potrzebe’.. mowi ze nie jest ateista, ze nie ma nic przeciwko kosciolowi ani ludziom wierzacym tylko nie czuje „potrzeby religijnosci” pochodzi z niezbyt religijnej rodziny.. Nie wiem jak mam się teraz zachowac.. nie wyobrazam sobie zycia z osoba niewierzaca (choc jeśli casami się modli to chyba w Boga wierzy), kwestia przysiegi malzenskiej, wychowania dzieci itd.. nie wiem czy jest sens tworzyc zwiazek z kims kto nie moglby być moim mezem, albo być z kims w oparciu o zaleznosc... będziemy razem jeśli będziesz wierzyl i praktykowal... wiem ze on mysli o tym bysmy byli kiedys razem (nie jestesmy para) nie wiem czy mogę teraz dawac mu jekies nadzieje, czy to nie jest oszukiwanie go.. czy mogę liczyc na to ze on kiedys będzie chcial chodzic do kosciola, zblizy się do Boga, ale z wlasnej woli, nie dlatego ze ja tak będę chciala.. Z drugiej strony nie chce rezygnowac z bycia z nim.. z poznania go blizej.. wiem ze może okazac ze ze to rzeczywiscie nie Ten Jedyny.. może powinnam dac mu szanse.. nie wiem co lepsze.. to jest jedyna ‘kwestia’ która nas rozni ale jakze wazna.. Co ja mam robic?? Dziekuje za odowiedz i proszę o modlitwe.

* * * * *

Widzisz, Basiu, jest możliwy związek nawet z niewierzącym, pisałam o tym w odp. nr 69, 466, aczkolwiek nie ukrywajmy - jest to bardzo trudne. W Twoim liście jednakże widzę niepogodzenie się z faktem, że ten chłopak nie wierzy tak jak Ty. I masz prawo do takiej postawy, przecież nikt nie powiedział, że trzeba wiązać się z każdym, bo "może to być ten jedyny". Nie ma przeznaczenia w takim sensie - nie ma jednej osoby palcem pokazanej nam przez Boga. On daje nam propozycje, my z nich korzystamy lub nie - proszę przeczytaj o tym w odp. nr: 58, 86. Oczywiście nie jest powiedziane, że ten chłopak kiedyś nie zmieni zdania i że nie będzie gorliwym katolikiem. Mówisz, że on pochodzi z niezbyt religinej rodziny. Może nikt mu nigdy nie pokazał piękna wiary? Jeśli chcesz, jeśli czujesz się na siłach nie oczekując niczego w zamian możesz podjąć się tego zadania. Możesz swoim życiem mu to piękno pokazać. Oczywiście to by się wiązało z wejściem z nim w bliższą relację. I dlatego musisz podjąć decyzję: czy chcesz zaryzykować związek z nim nie mając pewności, że on się nawróci? Czy chcesz zaryzykować ukazanie mu wiary nie mając gwarancji, że będzicie razem? Musisz wybrać. To trudny wybór i dlatego masz alternatywę. Jeśli natomiast już teraz wiesz, że nie podołałabyś temu zadaniu i że po prostu chcesz chłopaka z takimi samymi wartościami jak Ty to nie musisz się z nim spotykać i nie musisz mieć z tego tytułu żadnych wyrzutów sumienia. Masz prawo do takiej decyzji. Bo tu również o Twoje życie Basiu chodzi, a nie tylko o jego dobro. Jesteście na takim etapie, że każde wyjście będzie dobre. Owszem, zdecydowanie się na związek pod warunkiem, że on się zmieni byłoby w pewnym sensie oszukiwaniem. Dlatego albo związek z takim jak jest teraz (co naturalnie nie wyklucza możliwości zachęcania go do głębszej wiary - ale nie wolno zakładać, że to na pewno nastąpi) albo poświęcenie uczucia dla prób nawrócenia licząc się z tym, że może to być tylko przyjaźń lub znajomość.
Masz rację, że kwestia wiary, hierarchii wartości jest niezwykle istotna we wspólnym życiu. Najlepiej jest jeśli małżonkowie mają takie same poglądy. To się daje odczuć w każdej sferze życia. Życzę Ci trafnych decyzji.

  magda, 20 lat
1357
03.11.2006  
Sprawa, z którą chcę się zrwócić jest skomplikowana. Może bardziej wyżalić, niz zapytać, czy raczej oczekiwać prostej porady, typu \"rob tak, tak nie rób\" Tak, łatwo sie domyślić, że chodzi o chłopaka, miłość, czy coś w tym stylu. Jego poznałam jakis rok temu, od tego samego czasu praktycznie ze sobą \'jesteśmy\'. Początki, jak łatwo się domyślić, bywały różne. On rozstał się (wtedy niedawno, bo bodajze rok) ze swoją poprzednią dziewczyną, ja jakoś się \"napatoczyłam\". Tak już zostało. Jesteśmy ze sobą blisko, zarówno duchowo, jak i fizycznie (co wzbudza kontrowersję, i własnie o to głównie mi chodzi). I jeszcze nie byłoby tu problemu, gdzyby nie to, że On, od roku, nieustannie mówi mi wprost, ze mimo wszystko, szanuje mnie, wręcz żyć by nie potrafił, ale nie kocha. I tu jest właśnie ta najśmieszniejsza rzecz, że na miłość, Jego zdaniem, jest tu za wcześnie, On słowo \"kocham\" moze powiedziec dopiero po ślubie, choć, (jestem z tego niebywale zadowolona) usłyszałam to od niego raz, w ciężkiej dla mnie sytuacji rodzinnej. I kolejny fakt, ze potem zbywał to milczeniem, jakby to słowo mu się wypsnęło tylko niechcacy, nie był dla mnie tak ważny. W tym związku dziwne jest takze to, że nie ma jakichkolek deklaracji, pompatyczności, tylko wszystko jest takie cudownie zwyczajne, jakby było oczywiste, że inaczej być nie moze. No ale ja nie o tym chciałam pisać. Dziwne, a jednocześnie śmieszne jest dla mnie to, że dla Niego słowo \"kocham\" jest odpowiednie tylko po slubie, a jakkolwiek daleko postępująca bliskość fizyczna i przed ślubem grzechem nie jest. I nie to, że on chce tylko tego, nie, to by było złe rozumienie sprawy, to wszystko jest jakby normalne, przy okazji, faktycznie więcej czasu spędzamy pracując wspólnie przy czymś, u znajomych, niż w łózku. Ale to i tak jest trochę dla mnie dziwnie śmieszne. I przepraszam, za takie rozpisanie się, za zawiłość pisma, ale ten nasz związek własnie taki jest, zawile-codzienno-zwykły. Przepraszam za zajęty czas i z góry dziękuję za odpowiedź.

* * * * *

Owszem, Magdo, dla mnie też to jest dziwne. Jasne, że słowo "kocham" nie jest tylko pustym dźwiękiem i nie można go powiedzieć za wcześnie. Ale - jak kiedyś pisałam - nie wyobrażam sobie, by wyjść za mąż za człowieka, który nie zapewniłby mnie wcześniej o swojej miłości. Pisałam o tym w tym artykule: [zobacz] oraz w tych odpowiedziach: 273, 276, 311, 313, 356, 370.
Miłość jako pragnienie dobra drugiego człowieka nie jest przecież czymś co następuje dopiero po ślubie. Przecież nie dopiero przed ołtarzem zaczynamy kochać, tylko żenimy się właśnie dlatego, że kochamy, prawda? Nie można proponować dziewczynie małżeństwa w ciemno. A jak po ślubie nie powie, że kocha to co? Inna rzecz i to bardzo niepokojąca w Twoim liście to ta, że on zapewnia, że Cię szanuje, ale współżyje z Tobą i nie uważa tego za grzech. A wyznanie miłości jest dla niego czymś większym niż najintymniejsze zjednoczenie do czego mają prawo tylko małżonkowie. Czy nie widzisz tu sprzeczności? Przecież jedno drugiemu wyraźnie przeczy! Ja nie uwierzę, że chłopak, który bez skrupułów współżyje z dziewczyną kocha naprawdę. Może on też o tym wie i dlatego to słowo nie chce mu przejść przez gardło. Bo kochać to pragnąć dobra dla drugiego. Nie dla siebie tylko dla niego. Niestety, Twój chłopak w tym momencie pragnie dobra dla siebie, egoistycznie zaspakajając swoje zachcianki. Droga Magdo, polecam wam obojgu lekturę tego tekstu: [zobacz] Po jego przeczytaniu powinniście oboje dojść od konstruktywnych wniosków.

  Ewcia, 19 lat
1356
03.11.2006  
(1230) witam! moja sytuacja sie troche skomplikowała więc proszę o obiektywną ocenę. Mój chłopak wpadł na pomysł ze szkola mu nic nie pomoze i zostanie za granica do świąt Bożego Narodzenia... załamałam się tym bo poczułam się jakoś niepewnie i powiedziałam mu o tym więc przyjechał po miesiącu przy okazji wesela mojego znajomego i był tydzień.Muszę przyznać że to był wspaniały czas teraz gdy kocham Go prawie od 6 lat czuję ze jest to coraz mocniejsze i dojrzalsze nauczyliśmy się rozmawiać o wszystkim i planować wspólną przyszlosc ale nie wszystko jest takie wspaniale bo znów nie daliśmy rady i uprawialiśmy seks ale ja sie zastanawiam teraz nad czymś innym bo możliwe ze On bedzie musial isc do wojska a wiadomo jak tam jest... poza tym to 9 miesiecy juz bym wolala zeby siedziel za granica dlatego pomyslalam czy nie warto byloby wziąć ślub cywilny a po jakims czasie koscielny a po uzyskania dyplomu licencjata moglabym wyjechać razem z nim zebyśmy wspolnie mogli sie czegos dorobic właśnie nie wiem czy to dobre rozwiązanie ale wiem że jestem Go pewna ostatnio duzo rozmawialiśmy o tym co było kiedys i stwierdzil ze nasze rozstanie moze i bylo potrzebne bo teraz jest lepiej i ze nawet bedąc z tamta myślal o mnie co by sie zgadzalo bo pisaliśmy do siebie itp zastanawia mnie tylko co to będzie za małżeństwo bo jak pisałam on jest zaradny i pracowity ale: skonczył tylko gimnazjum, niewiadomo jak z tym wojskiem, nie mozna liczyc na pomoc jego rodziców i właściwie musielibyśmy zaczynać od zera. moi rodzice bardzo go lubia a ja jego rodzicow jakos nie bardzo ale to przez jego opowiesci o ojcu szkoda wspominac ostatnio jak o nim mowil to mial łzy w oczach... a o matce mowi dobrze ale z jego opowiadan to wynika ze ona tez sie nim nie interesuje tylko liczy ze on jej bedzie pieniadze przysylal... mam taki dylemat i nie wiem co zrobić. On chce być ze mną mowil nawet ze moge studiować za granicą ale to nie wchodzi w grę według mnie. Co pani myśli o tej sprawie i o tym małżeństwie ale narazie tylko cywilnym? i jeszcze jedno male pytanko czy to normalne w moim wieku ze odczuwam wielk chęć zalozenia rodziny i urodzenia dziecka? bo czesto o tym myśle i chcialabym juz miec taka rodzinke oczywiscie tylko z moim chłopakiem. mam nadzieje ze mi pani pomoze bo mam na myslenie 2 miesiace a to by bylo bardzo pomocne z gory dziękuję. Szczęść Boże!

* * * * *

A jak myślisz co ja mogę myśleć o ślubie na razie tylko cywilnym? No zastanów się. Cudzołóstwo i tyle. Jeśli czujecie się dojrzali do takiego kroku to dlaczego nie zdecydować się od razu na ślub kościelny? Przecież to dopiero jest małżeństwo a nie zabawa w małżeństwo. A jeśli masz wątpliwości (i bardzo słusznie, moim zdaniem, bo to świadczy, że faktycznie traktujesz tą sprawę poważnie) to po co ślub cywilny? W czym on Wam pomoże? Tylko skomplikuje sytuację. To bardzo zły pomysł. Z Twojego listu wnioskuję, że Ty rzeczywiście poważnie o nim myślisz, ale - widzę też jak na dłoni - że on nie spełnia Twoich oczekiwań. I to bardzo ważnych, takich jak poczucie bezpieczeństwa, oparcie. Przeczytałaś odpowiedź, którą Ci poprzednio poleciłam? Przeczytaj uważnie. Małżeństwo to bardzo poważna sprawa i dlatego trzeba do niego wybrać osobę, która jest faktycznie dojrzała i gotowa ponosić wszystkie tego konsekwencje. Męża wybiera się na całe życie, nie można go zmienić - jak chłopaka. O dzieciach też trzeba pomyśleć. Trzeba je z czegoś utrzymać i przede wszystkim - wychować. To, że pragniesz małżeństwa i dzieci nie jest niczym dziwnym, ale założę się, że Ty pragniesz po prostu "różowego, kochanego bobasa", a niekoniecznie jesteś już gotowa go WYCHOWYWAĆ w trudzie i zmęczeniu. To bardzo odpowiedzialna funkcja i dopóki ludzie nie odpowiadają sami za siebie, nie udowodnią swoim życiem, że nad sobą panują i że są dojrzali i sami sobie w życiu radzą to nie powinni rodziny zakładać. W małżeństwie nie jest tak, że "samo się ułoży". Na wszystko trzeba ciężko zapracować. Dlatego też polecam Tobie i Twojemu chłopakowi najpierw lekturę odp. nr: 78, 89, 106,192, 271, 390, 728, 1021, 1050, 1059 i rekolekcje "Wieczory dla zakochanych", gdzie faktycznie będziecie mogli określić czy ślub w Waszym przypadku to dobry pomysł i czy to odpowiedni czas. Informacje znajdziesz tutaj: www.spotkaniamalzenskie.pl, www.malzenstwo.pl
A co do czystości to polecam lekturę tego tekstu: [zobacz] Naprawdę warto pomyśleć również o tej stronie związku...

  Gosia, 15 lat
1355
03.11.2006  
ześć na wakacjach byłam na kolonii z Siostra zakonną która kiedyś mnie uczyła był z mami chłopak w moim wieku, mogę powiedzieć ze Siostra na zesfatała i teraz jesteśmy razem. Naze mamy o nas wiedzą. Choć dzieli nas 95 km i bardzo za sobą tęsknimy, wierzymy ze to co nas łączy przetrwa. Wiem mam dopieo 15 lat i niektórzy pewnie myślą ze w tym wieku to zauroczenie ale to jest coś silniejszego. Wiemy przecierz ze miłość to nie tylko całwanie sie, przytulanie ale też tęsknota, cierpienie. Zanim go poznałam byłam nieśmiała osobą w nic się nie angażowałam teraz należe do oazy i to jest to czego szukałam w życiu. On też się otworzył. piszemy do siebie sms - y i... tęsknimy. Gdy jade do niego idziemy pogadać sobie z Siostrą jest wspaniała więcej takich osób a świat był by wspaniały. Teraz jest nam dobrze bo chodzimy do gimnazjum a gdy pojdziemy do liceum a Siostra zostanie przeniesiona na inna parafię( u niej nocuje) co będzię wtedy? Kiedy się będziemy spotykać? Wiem że nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło ale jednak mam pewne obawy.

* * * * *

95 km to jeszcze nie tak daleko i spokojnie można pojechać i wrócić w ciągu jednego dnia, więc nie musisz u nikogo nocować, tak jak on nie musi nocować gdy przyjedzie do Ciebie. Ale gdybyście chcieli pobyć razem dłużej to (gdy faktycznie siostra zostanie przeniesiona gdzie indziej) poproś ją by Cię komuś poleciła. Może da się przenocować w klasztorze a może u jakiejś znajomej starszej pani za niewielką opłatą lub w zamian za pomoc np. przyniesienie zakupów?

  Asia, 17 lat
1354
03.11.2006  
Witam Niedawno mój chłopak (jestesmy ze sobą ponad rok) sprzedawał z kuzynem znicze podczas święta Wszytskich Świętych. Po południu zrobiłam chłopakowi kanapki i poszłam mu zanieść. Jego kuzyn zagadał do mnie i po chwili rozmowy, gdy dowiedział się, że przyniosłam Grzeskowi( mojemu chłopakowi) kanapki odwrócił się do Grzeska i powiedział: Niezła dupa z niej. Zamurowało mnie. Ja jestem wierząca, staram się z Grzeskiem zachowywać czystość, oburza mnie takie zachowanie! Wszędzie teraz tyle wulgarności a knieta postrzegana jest jako rzecz i własnie: dupa. A jeszcze wiekszym szokiem dla mnie było to, że mój chłopak nie zareagował. To znaczy dał kuzynowi \"kuksańca\" w czoło. i tyle. A ja poczułam się... strasznie poniżona. Powiedziałam, że bardzo mi niemiło i poszłam do domu. Później pokłóciłam się z chłopakiem. Nie wyobrażam sobie bycia z kimś, kto nie reaguje jak ktoś mnie tak nazywa... Grzeseik mówi, że on tak przeciez nie mysli i tegop jestem pewna, ale dlaczego wtedy nie zareagował? Czy jakby jakis facet na ulicy zaczął tez tak na mnie mówi.ć to on wtedy tez nic by nie zrobił? Strasznie mnie to boli. Nie odzywam się do niego, a on przychodzi do skoły i przeprasza. Ale tylko mnie wkurza. Dlaczego on wtedy nie zareagował? czy to oznacza, że gdyby była jakas niebezpieczna sytuacja to on by mnie nie obronił?

* * * * *

Asiu, rozumiem Twoje oburzenie i rozgorycznie. Myślę jednak, że chłopak też zrozumiał skoro Cię przeprasza. Nie chcę go bronić, ale widzisz czasem jest tak, że jakaś sytaucja zaskakuje nas tak bardzo, że nie wiemy jak reagować. Wszystkie mądre odpowiedzi przychodzą nam do głowy po fakcie. Ja myślę, że Twój chłopak też był zaskoczony taką reakcją kuzyna, a ponadto nie chciał robić publicznie scen. Tak naprawdę to przeprosić powinien Cię tamten kuzyn. Naturalnie, nie należy lekceważyć takiej sytuacji, ale nie można też karać chłopaka za błąd innego. Masz rację, że chłopak powinien bronić dobrego imienia dziewczyny i być może Twój chłopak powinien zareagować ostrzej np. powiedzieć kuzynowi co o tym myśli i że nie życzy sobie by ten tak zwracał się do Ciebie (i na przyszłość będzie o tym wiedział), natomiast nie wiem jakiej obrony Ty oczekiwałaś. Na pewno nieuzasadniona byłaby tu agresja czy jakaś bójka. Myślę, że to, że powiedziałas chłopakowi o tym czego oczekujesz w zupełności wystarczy w tej sytuacji i nie powinnaś dłużej karać go za coś na co już nie ma wpływu. Związek to też umiejętność przebaczania.

  Mary, 22 lat
1353
03.11.2006  
Sytuacja jest lekko dziwna. Moj byly chlopak ma juz nowa dziewczyne. I dobrze zyczylam mu zeby ulozyl sobie zycie. dziewczyna zreszta to moja kolezanka ktora tez lubie. Nalezymy wszyscy do tej samej wspolnoty przy koscielnej wiec musze sie z nimi widywac. I choc nie jestem zazdrosna (nie chcialabym byc z nim) to jakos dziwnie sie czuje w ich towarzystwie jak sa razem. Jak sa osobno to moge z nimi rozmawiac ale zauwazylam ze staram sie nie przebywac z nimi jak sa razem. Unikam ich wtedy. Nie chce unikac spotkan wspolnotowych poniewaz nie chce zeby wspolnota tym ucierpiala. Tylko nie wiem co mam robic i nie rozumiem swojej reakcji. Po prostu czuje sie nieswoja bedac z nimi i czasami mnie to brzydzi jak widze ze on ja pocaluje albo trzymaja sie za rece. Prosze o jakas rade bo ta sytuacja jest bardzo meczaca. Bog zaplac! :)

* * * * *

Reagujesz normalnie. Po prostu ciężko Ci oswoić fakt, że ktoś kto był "Twój" dzieli intymne gesty z kimś innym. To zupełnie zrozumiałe i nie zmuszaj się absolutnie do przebywania w ich towarzystwie. Kontaty ogranicz do tego co konieczne i jeśli widzisz, że coś sprawia Ci ból czy przykrość to staraj się tego uniknąć. Czas leczy rany to prawda, ale trzeba sobie ten czas dać. Nie musisz a nawet nie powinnaś się katować widokiem ich szczęścia. Na wspólne kontakty możesz się zdecydować dopiero gdy taki widok nie będzie Cię "ruszał" lub sama będziesz kogoś miała.

  @, 21 lat
1352
02.11.2006  
Tak apropo tego chłopaka. Ostatnio poprosił mnie o małą pomoc, więc miałam okazję się z nim spotkać. Ale nie wiem jak mam wybadać, czy on kogoś ma. Tak wprost się go o to nie zapytam. Rozmawialiśmy o jednej imprezie, spytałam się, czy ma ochotę pójść. Niestety stwierdził, że ciężko będzie z czasem. Czy to już świadczy o tym, że nie jest mną zainteresoway? Co mam o tym myśleć?

* * * * *

Nie wiem o jakim chłopaku mówisz - dlatego zawsze proszę byście podawali numer poprzedniego pytania. Co do tego "wybadania": najlepiej jeśli macie wspólnych znajomych spróbować spytać o to któregoś z nich. Poza tym zobacz jak się zachowuje w stosunku nie tylko do Ciebie ale i innych dziewczyn. Ponów zaproszenie lub zapytaj o jakąś inną imprezę czy wyjście. Jeśli ma dziewczynę to powinien przyjść z nią. Jednorazowe stwierdzenie, że nie ma czasu jeszcze nie świadczy o braku zainteresowania, jednak jeśli dwa lub trzy razy zachowa się w ten sposób to oznacza, że nie ma ochoty na bliższą znajomość.

  :), 17 lat
1351
02.11.2006  
Chciałabym zadać pytanie, moze nie do końca związane z tym działem, ale licze na Pani życiową mądrość:) Co będzie z ludźmi, którzy nie wierzą w Boga lub też z jakiś względów Go odzucili lub wierzą w Niego na swój sposób? Są przy tym bardzo kulturalnymi, miłymi, uczciwymi, pracowitymi ludźmi jakimiś głębokimi, wewnętznymi zasadami? Czy mają oni szanse na zbawienie? Jak można im pomóc? I jeszcze jedno troche podobne pytanie, lae nie do końca. Co z człowiekiem, który wydaje się być nawet bardzo blisko Kościoła, a okazuje się, że spowiada się np. 2 razy w roku, a Komunie przyjmuje tylko tydzień po spowiedzi, bo potem uważa że nie jest tego godzien??? Mama takie osoby w otoczeniu i martwie się...

* * * * *

Oczywiście, że jeśli ktoś żyje uczciwie, choć nie wierzy w Boga ma szansę być zbawionym. Gdyby tak nie było to co by się stało z tymi wszystkimi, którzy do tej pory o Bogu po prostu nie słyszeli, nie z własnej winy, ale np. żyją w głębokiej Afryce. Co z cywilizacjami np. Majów, Inków? Co z Eskimosami? Nawet ci, którzy wprawdzie o Bogu słyszeli ale wiarę dobrowolnie odrzucili nie zostaną potępieni jeśli będą żyli w zgodzie z własnym sumieniem, naturalnie nie krzywdząc nikogo, bo przecież można w zgodzie z własnym sumeiniem kraść i cudzołożyć i nie widzieć w tym nic złego. Tak naprawdę to podaje się w wątpliwość taki całkowity ateizm. Bo każdy człowiek w coś lub komuś wierzy. Choćby człowiekowi, który jest dla niego autorytetem, którego szanuje i naśladuje. A zatem w każdym człowieku jest taki głód ideału, wzorca, dobra, piękna, jakiegoś absolutu. Człowiek strasznie nieswojo by się czuł na świecie gdyby wiedział, że nic poza nim nie istnieje. Po co wtedy byłoby być dobrym i uczciwym? Nie byłoby nic co by do takiego zachowania dopingowało. Poza tym pamiętajmy o miłosierdziu Bożym. Przy śmierci Bóg daje każdemu jeszcze jedną szansę opowiedzenia się za nim. Wystarczy powiedzieć "tak" by być zbawionym. O potępieniu decyduje wyłącznie człowiek, który w tym momencie dobrowolnie i świadomie odrzuca Boga i zbawienie.
Co do Twojego znajomego: no cóż, na siłę go nie nawrócisz. Najlepsze efekty uzyskasz dając przykład i rozmwiając z nim na tematy duchowe - ale nie nachalnie ale np. opowiadając coś ciekawego z życia Jezusa. Polecam lekturę objawień Marii Valtorty. Tak naprawdę to nikt nie jest godzien, by w ogóle przyjmować Ciało Pańskie. Ale Bogu nie o to chodzi, byśmy się wykazywali zasługami i w nagrodę mogli Je spożywać, tylko byśmy Je spożywali po to by wzrastać w wierze i czynieniu dobra. To powiedz koledze. Komunia jest po to by dodawać nam sił. Być może takie osoby mają problem z wizerunkiem Boga. Wydaje im się, że jest On przede wszystkim sędzią i muszą zasłużyć na Jego miłość. Jak więc czują się nie w porzadku to wolą się do Niego nie zbliżać. Stąd wiara w to, że są "godni" tylko po spowiedzi, a spowiadają się rzadko, by się Bogu nie "narzucać". W ich oczach Bóg nie jest ojcem, a jeśli jest to może porównują do ojca- tyrana, despoty. Bóg jest miłością, miłosierdziem, jest ojcem prawdziwym, który kocha nie za coś. Gdyby tak nie było to by nas nie stworzył. Nie zasmucajmy go zatem ucieczką od Niego. On daje nam się cały, dał nam nawet Syna. Czy może być większy dwoód miłości?


Ostatnia aktualizacja: 05.06.2008, 16:17


[ Powrót ]
Daj plusika:
[ Strona główna ] Drukuj Wyślij link
Trudna miłość. Jak pokonać kryzys? Trudna miłość. Jak pokonać kryzys?
Tonino Cantelmi, Rachele Barchiesi
Dlaczego zbudowanie stałych i silnych związków uczuciowych wydaje się dzisiaj bardzo trudne czy wręcz niemożliwe? Jakie są przyczyny kryzysu panującego w relacjach międzyludzkich? Autorzy niniejszej książki starają się ukazać te przyczyny. Chcą pomóc Czytelnikowi, zwłaszcza młodemu, w budowaniu trwałych relacji z innymi ludźmi.... » zobacz więcej
Zakochanie… i co dalej? Zakochanie… i co dalej?
Jacek Pulikowski
Książka ta jest pierwszym krokiem do szczęśliwego małżeństwa. Pomyśl o radosnym czasie zakochania, chodzenia ze sobą, narzeczeństwa i nie zmarnuj go! Wykorzystaj cenne wskazówki autora dla dobra twojego i przyszłego współmałżonka... » zobacz więcej
O stronie... | Ogłoszenia | Konkurs | Wspomóż nas | Polityka Prywatności | Kontakt

© 2001-2011 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej