Kartki Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Czat Opowiadania Perełki
Miłość czy MIŁOŚĆ? Czyli sztuka chodzenia ze sobą Miłość czy MIŁOŚĆ? Czyli sztuka chodzenia ze sobą
Katarzyna i Tomasz Jarosz
Przeczytaj tę książkę! Być może znajdziesz tu odpowiedzi na swoje pytania, a przedstawione rady pomogą Ci wybrnąć z sytuacji w jakieś się znalazłeś.... » zobacz więcej
miłość czy Miłość?

Odpowiedzi na pytania

Odp: [1-50], [51-100], [101-150], [151-200], [201-250], [251-300], [301-350], [351-400],
[401-450], [451-500], [501-550], [551-600], [601-650], [651-700], [701-750], [751-800], [801-850], [851-900]
[901-950], [951-1000], [1001-1050], [1051-1100], [1101-1150], [1151-1200], [1201-1250], [1251-1300],
[1301-1350], [1351-1400], [1401-1450], [1451-1500], [1501-1500], [1551-1600], [1601-1650], [1651-1700],
[1701-1750], [1751-1800], [1801-1850], [1851-1900], [1901-1950], [1951-2000], [2000-2050], [2051-2100],
[2100-2150], [2151-2200], [2201-2250], [2251-2300], [2301-2350], [2351-2400], [2401-2450], [2451-2500],
[2501-2550], [2551-2600], [2601-2650], [2651-2700], [2701-2750], [2751-2800], [2801-2850], [2851-2900], [2901-2950], [2951-3000],
[3001-3050], [3100-3100], [3101-3150], [3151-3200], [3201-3250], [3251-3300], [3301-3350], [3351-3400],

Jak wygrać małżeństwo? Instrukcja obsługi Jak wygrać małżeństwo? Instrukcja obsługi
Mariola i Piotr Wołochowiczowie
Przed każdym zakupem, sprzedażą, zastanawiamy się więcej niż przed ślubem. A przecież małżeństwo jest "aż do śmierci"! Zakochanie przychodzi samo, ale aby stworzyć szczęśliwe małżeństwo, trzeba się napracować. Trzeba też dużo wiedzieć i trzeba jeszcze mieć chęć i siłę wprowadzić to w życie... » zobacz więcej




  Baśka, 18 lat
1450
04.01.2007  
Poznałam niedawno miłego chlopaka, nieco rozmawialiśmy i doszlam do wniosku że warto kontynuować te znajomość. Jak to robic, zeby nie przegiąć i nie zrazic do siebie chłopaka?

* * * * *

Na początek zastosuj metody nawiązania kontaktu, o których pisałam w odp. nr: 3, 30, 37, 134, 411, 912. Jeśli będzie Wam się układać pamiętaj o zasadach z odp. nr: 18, 61, 74, 217, 514, 1168 - tam, pisałam o tym, żeby zbyt szybko nie ujawniać uczuć. Powodzenia!

  milka, 17 lat
1449
04.01.2007  
Zalezy mi już od półtora roku na chłopaku który raczej nie odwzajemnia moich uczuć. On jest starszy ode mnie o 4 lata. Kiedyś było dobrze między nami rozmawialiśmy dość często, jakieś 2 tygodnie temu było bardzo dobrze ciągle rozmawialiśmy i mi ciągle pomagał. A teraz się do mnie nie odzywa i nie wiem dlaczego unika mnie

* * * * *

Albo ma jakiś problem, który musi rozwiązać, albo dużo pracy albo kogoś poznał. Bardzo to przykre gdy kochamy bez wzajemności, ale nikogo do miłości się nie zmusi. Jeśli on naprawdę nie jest Tobą zainteresowany rozluźnij kontakty, żeby nie cierpieć. A jeśli jest jakaś szansa i wiesz, że jednak on nikogo nie ma to może spróbujesz nawiązać jakiś kontakt? Rady znajdziesz w odp. nr: 3, 30, 37, 134, 411, 912.

  kasia, 19 lat
1448
03.01.2007  
(1385) to znowu ja bo tak jak pani mówiła porozmawiałam z chłopakiem no i powiedzial że narazie będzie musial wyjechac i właśnie zdenerwował mnie tym że mnie spytał "co ja tu będę robił?" bo wiadomo że ja nie odpowiem. Teraz jestesmy razem do 12 stycznia i jest wspaniale spędzamy ze sobą dużo czasu ale wiem że niedlugo znow On bedzie daleko a potem chce zmienic prace i ... wyjechac jeszcze dalej. Ja wiem ze on mnie kocha i czesto rozmawiamy o przyszlosci i wlasnie on chce zarobic bardzo duzo kasy i sie ustatkowac ale z drugiej strony to oboje sie meczymy. A on nie potrafi mi powiedziec ile to potrwa nawet nie wie na ile teraz wyjezdza i ja nie wiem co ja mam zrobic :(

* * * * *

Chyba pytanie nr 1378? Co on tu będzie robił? Pracował tam gdzie się da. Tak jak pisałam poprzednio: rozumiem, że chce się ustabilizować finansowo, by zapewnic Wam jakąś przyszłość, ale musi sobie postawić granice czasowe lub finansowe (a w zasadzie jedne i drugie) takiego życia. Ty musisz mieć poczucie bezpieczeństwa także pod względem emocjonalnym, nie możesz być na ciągłej huśtawce. Nie możesz nie wiedzieć kiedy to się skończy i zaczniecie się normalnie spotykać. Spotkania rzadkie nie pozwalają się dobrze poznać, nie pozwalają się widzieć w noramlnych, codziennych sytaucjach i zwyczajnie cieszyć się sobą. Przy takich sporadycznych spotkaniach zwykle jest wspaniale, bo czekaliśmy na tą osobę i każdy dzień jest świętem. Chcemy jak najlepiej wyglądać, wszystko pzrygotowujemy na wizytę a nie pracujemy wspólnie, nie widzimy się zmęczeni i nie rozwiązujemy na bieżąco problemów. A potem przychodzi zderzenie z reczywistością i rozczarowanie, że nie jest tak jak przedtem. I dlatego to nie może zbyt długo trwać. Jeśli on wyjedzie dalej to kontakt będzie jeszcze rzadszy. Co to za związek? Ważniejsza jest obecność niż pieniądze. On musi się określić wobec siebie i Ciebie. Oparcie i poczucie bezpieczeństwa polega też na tym, że on będzie przy Tobie kiedy będziesz tego potrzebowała, a nie za miesiąc. Że Ci pomoże teraz a nie kiedy przyjedzie bo dany probelm już się zdezuaktualizuje a Ty będziesz musiała sama stawić mu czoła. Poczucie bezpieczeństwa to nie tylko względy finansowe!
W tej sytuacji tylko Wy możecie sobie pomóc, bo tylko od Was zależy decyzja. Rozmawiajcie, zapewnaij go, że go potrzebujesz i że dacie sobie radę. On musi to zrozumieć, bo inaczej nie da się budować związku.

  Paula, 24 lat
1447
03.01.2007  
Od czterech lat jestem związana z chłopakiem. Nigdy nie myślałam że spotkam w swoim życiu kogoś tak wspaniałego, jest czuły, potrafi okazywac uczucia i mówić o nich, szanuje mnie jako osobe i kobietę. Jeszcze do niedawna byłam całkowicie pewna że to z nim chcę spędzic zycie, wtedy jednak było za wczesnie na tekie decyzje, bo on dopiero w tym roku kończy studia, ja swoje skończyłam rok wcześniej i od kilku miesięcy pracuję. Od jakiegos czasu zaczęło się między nami psuć, on jest wciąz taki jak był, ale ja...Niby mam wszystko czego mozna od związku oczekiwać, naprawde wszystko, czemu więc nie jestem szcześliwa? Bardzo duzo o tym myslę, wydaje mi sie ze nie pozwala mi na to ciągłe poczucie winy, mam wrażenie że nie kocham go tak jak on mnie i nie jest mi z tym dobrze. On, uosobienie dobroci nigdy nie podniósł na mnie głosu, nigdy sie nie obraził, ja raczej wybuchowa i humorzasta wciaz mam o cos pretensje. Moze celowo, bo czekam na jakis odzew z jego strony jakis dialog. Widać nadmiar szczescia tez nie jest za dobry. Boję się rozstania, bo my juz jesteśmy jak małżeństwo, wiemy o sobie wszystko, nie ma dla nas tematu tabu, wiem że we wszystkim moge na nim polegać. Brakuje mi tylko radości z tego co mam. W dodatku w pracy poznałam chłopaka...Wiem ze to raczej niemozliwa milosc, on jest 3 lata mlodszy, dzieli nas wszystko, ale przy nim czuje sie naprawde szczesliwa, jego smsy ciesza mnie bardziej niz te od mojego chlopaka. Nie wiem na czym sie oprzec czy na tym co lavzy mnie i mojego chlopaka (wspolne plany, takie samo wyksztalcenie, wiek, podobne spojrzenie na zycie), czy tylko na tym szczesciu jakie czuje przebywajac w towarzystwie kolegi z pracy. Wiem ze ten kolega tez bardzo nie lubi i gdyby wiedzial ze jestem wolna to byc moze juz dawno zrobilby pierwszy krok.Czuje sie winna, moj chlopak karmi mnie swoim uczuciem nieustannie zapewnia o uczuciach, a ja...czekam tylko na chwile gdy moge od tego uciec (mam przesyt) i poczuc sie wolna (tak sie czuje w pracy). Byc moze to tylko uczucie rutyny ktore sie pojawilo po tych 4 latach jest przyczyna tych rozsterek, ale zupelnie nie wiem co robic. Poprosilam mojego chclopaka o troche czasu na przemyslenie wszystkiego, w tym czasie mamy sie nie spotykac, ale nie wiem czy to dobre rozwiazanie bo popycha mnie jeszczez bardzij w stronę kolegi z pracy, czuje do niego nie wyjasniony pociag i nie wiem co z tym zrobic. Oszukiwac sie ze go nie ma? zlecewazyć? Ale jak? Nie potrafie byc z moim chlopakiem czujac cos do innego.

* * * * *

Dwie sprawy tu widzę. Pierwsza: miłość to nie zakochanie. Minęły u Was porywy uczuciowe, minął zachwyt, przyszły szare dni, emocje wygasły. Wydaje Ci się, że już TAK nie kochasz. No TAK jak na początku nie kochasz, Ty po prostu kochasz, a nie jesteś zakochana. To normalny etap związku i nie możesz mieć do siebie pretensji, że nie CZUJESZ tego co dawniej. Proszę poczytaj odp. nr: 15, 19, 906, 13 oraz ten artykuł: [zobacz] Tam pisałam czym jest miłość, jak różni się od zakochania i jakie są fazy związku.
Druga kwestia: Twój chłopak jest "za dobry" - w pewnym sensie. Ja nie wiem jakie on ma usposobienie, może jest flegmatykiem, a Ty choleryczką i jego zachowanie wynika też stąd, ale być może chodzi o coś innego. Mianowicie, Twój chłopak bardzo Cię kocha. Tak bardzo, że chce dla Ciebie jak najlepiej i że chce dać Ci wszystko. Dlatego też zawsze ustępuje, zawsze przychyla się do Twoich propozycji, zawsze stara się Tobie przypodobać i myśli, że tak trzeba byś Ty była szczęśliwa. A jak Ty będziesz to on też będzie bo będziesz z nim. A Ty - i to jest normalne - jesteś tym sfrustrowana, bo wolałabyś kogoś kto Cię poprowadzi, czasem sam zdecyduje, czasem się poróżnicie, ale którego siłę i oparcie poczujesz. Chcesz poczuć się kobietą, której facet jest silnym mężczyzną, prawda? A tymczasem widzisz jak Twój chłopak ma zadatki na pantoflarza i to Cię przeraża. Zgadza się? W tym problem? No właśnie. Przeczytaj teraz proszę odp. nr: 25, 50, 340, 1101. Pisałam tam kim powinien być mężczyna w związku: przewodnikiem. Powinien sterować związkiem, być kapitanem i dawać kobiecie poczucie bezpieczeństwa. Wtedy ona poczuje się kobietą, poczuje, że oboje pełnią swoją rolę i będzie szczęśliwa. I zapewne te cechy widzisz u kolegi z pracy a do tego powiew "świeżości" powoduje, że on Cię bardziej pociąga.
A teraz co zrobić. Przede wszystkim uświadomić sobie jaki jest Wasz związek: czego Ci w nim brakuje, ale i co w nim cenisz. Jak byś chciała żeby było. Jaki charakter ma Twój chłopak, czego od niego jako mężczyzny oczekujesz, co chciałabyś, żeby się zmieniło. I jak już przemyślisz powiedz o tym swojemu chłopakowi. Oczywiście zrób to delikatnie, nie w stylu "jesteś do kitu, nie jesteś facetem", tylko powiedz, że nie MUSI Ci zawsze ustępować, że NIE CHCESZ by zawsze było tak jak Ty sobie wymyśliłaś i nie chcesz o wszystkim decydować. Że dla Ciebie ważne jest to czego on chce. Poporoś go by on podejmował więcej decyzji, żeby był sobą. Powiedz, że CENISZ jego męskie cechy i chwal go za nie. Pozwól mu się wykazywać! Niech sam wybierze film na jaki pójdziecie, niech o czymś pomyśli. Powiedz, że chcesz by był szczęśliwy i by był sobą, a nie zgadzał się na wszystko. Powiedz mu o swoich potrzebach. Kup mu książkę Johna Eldredge "Dzikie serce". I licz się z tym, że zmiany, które będą następowały nie będą natychmiastowe. Ale doceniaj je, choćby były malutkie - jeśli będą to będzie sygnał, że idzie ku dobremu.
Nie wiem czy ten czas rozstania był potrzebny. Jeśli będziesz w tym czasie tylko "odpoczywać" od chłopaka i kontaktować się z kolegą może okazać się zabójczy. Jeśli zaś przeczytasz to co Ci napisałam (przede wszystkim wskazane odpowiedzi), przemyślisz, określisz swoje potrzeby i POROZMAWIASZ o tym z chłopakiem i będzie to konstruktywna rozmowa to macie ogromną szansę na odkrycie czegoś wspaniałego w swoim związku. Ogromnych pokładów miłości i innego wymiaru Waszej kobiecości i męskości. Pamiętaj, że najlepszą i najskuteczniejszą drogą rozwiązania każdego problemu jest ROZMOWA. Szczera i spokojna. Nie wolno Wam nigdy ukrywać swoich pragnień czy żalu. Macie natychmiast o tym rozmawiać. Zawsze. Zawsze, od razu i ZE SOBĄ. To jest recepta na udany związek. No i modlitwa. Czego Wam życzę. Z Bogiem!

  Daisy, 20 lat
1446
03.01.2007  
Co robić, jeśli wiemy o zdradzie w związku (nie małżeństwie), która ma już miejsce od dłuższego czasu? Porozmawiać ze zdradzającym? Ze zdradzanym? Czy nic nie robić?

* * * * *

No widzisz to zależy od wielu okoliczności. Jeśli zdradzany wie o zdradzie to najpierw powinna się rozmowa odbyć z nim i on powinien powiedzieć w czym mu możesz pomóc. Jeśli nie wie to ze zdradzającym. Natomiast nie powinnaś być osobą uświadamiającą zdradę osobie pokrzwydzonej, bo może się to niekorzystnie odbić na Tobie, jako tej, która "miesza". No chyba, że sprawa jest bardzo poważna, ślub za tydzień, a tu ktoś sobie grzeszy na boku i oszukuje niewinną i ufającą mu osobę - wtedy trzeba działać. Wszystko też zależy w jakiej relacji jesteś z tą parą, co Cię z nią łączy, na ile się znacie. Jeśli bardzo dobrze - powinnaś porozmawiać, nawet bardzo szczerze. Jeśli prawie wcale - powinna z nimi porozmawiać osoba, która ich zna. Jeśli już dojdzie do rozmowy to powinna się ona odbyć w spokoju, dyskretnie i nic z niej nie powinno się wydostać na zewnątrz. Dobrze podeprzeć swoje słowa przykładami, odwołaniem się do wiary, uczciwości, przyzwoitości, miłości, może podrzucić jakiś artykuł? No jest to bardzo trudna i delikatna sprawa i trzeba działać bardzo ostrożnie. Ale miłość żąda wyłączności - bo inaczej nie jest miłością.

  zakochana, 19 lat
1445
30.12.2006  
(1382)Witam.Przemyślałam co Pani mi poradziła i zrobiła to, tzn.porozmawiałam z rodzicami, powiedziałam wyszytko, reakcja wiadomo jaka była.Oni oszli ztym do ks.proboszcza.Ów ksiądz został zawieszony, co dalej z nim bedzie nie wiem. Powiedziałam mu, że nic z tego, że chce dla niego dobrze i dlatego nie moge w to brnąć bo jego życie należy do Boga. Mój problem jednak się tak łatwo nie skończy...jestem w ciąży...właśnie z nim..jestem załamana. Nie wiem co robić...powiedzieć mu? Miała pani rację i załuję, że nie połuchałam pani wcześniej....

* * * * *

No cóż...wprawdzie nie bardzo chce mi się w to wierzyć, ale...jeśli faktycznie jest tak jak mówisz to niestety trzeba ponieść konsekwencje swojego działania. Czyli: powiedzieć o ciąży rodzicom i temu księdzu oraz zdecydować co dalej. Czy czujesz się na siłach z pomocą rodziców wychować to dziecko (masz wtedy prawo domagać się ustalenia ojcostwa i przyznania alimentów) czy po porodzie zrzekniesz się praw rodzicielskich i umożliwisz mu rozwój w pełnej, normalnej rodzinie poprzez jego adopcję przez małżeństwo spragnione własnego potomstwa a nie mogące go mieć. Z Bogiem!

  Kasia, 19 lat
1444
30.12.2006  
Jest jeden ksiądz, z którym świetnie się dogaduję... można to nawet nazwać przyjaźnią, jednak moja przyjaciółka się w nim zakochała, wie , że jest to uczucie do niewłaściwej osoby, ale trudno się jej go wyzbyć a na dodatek wypomina mi każde spotkanie z tym księdzem, jest zazdrosna o każde jego słowo, gest w stosunku do mnie... jak jej pomóc? co zrobić, by zazdrość minęła?

* * * * *

Koniecznie pokaż koleżance ten artykuł: [zobacz] Im szybciej zacznie uwalniać się z tego uczucia tym lepiej. Nie ma sensu się męczyć. Ty też go poczytaj - i ostrożnie z tą przyjaźnią z księdzem.

  Anka, 19 lat
1443
30.12.2006  
witam Wiem moze to co opisze wyda sie banalne i proste ale w gruncie rzeczy tak nie jest-wiem ze powinnam dać sobie siana ale ja ciagle kocham... Zaczne od początku jestem a raczej bylam z chlopakiem 31 miesiecy do wtorku bylo okej po wielu klotniach obiecywal ze bedzie okej i bylo ale w srode ciocia dala mi do wykorzystania 40 min ze sowjej komy a ja na zarty zaczelam do niego pisac co tam u Ciebie kochanie a ten mi odp "To Ty Iwonko Kochanie?" ( mam na imie Anka)pow ze nie i pislam z nim dalej esy powiedzial mi ze nie ma laski(znaczy sie nie powiedzial jak sie pytalam czy ma powiedzial ze z laskami roznie bywa) i sie umwil z tym numerem w sklepie a ja bylam juz tam z bratem, (pisalam do niego ze to wazne czy nie ma laski bo jakbym chciala z nik krecic to...) w tym samym czasie dzwonilam ze swojego numeru do niego i mowil ze idzie spac bo jest zmeczony i ze niebedzie odp mi na esy i pytal sie mnie czy caly dzien siedzie w domu-ja mu powiedzialam ze tak, w sklepie widze ze jest i sie pytam co tu robisz kochanie a ten hem hym karte przyszedlem sobie kupic do telefonu a ja mu mowie nie klam i powiedzialam ze wiecej nie dam sie oszukac..poszlam z bartem siadlsimy do auta a ja wryk wiem... pozniej pisal ze to nie bylo fer z mojej on myslal ze nareszcie bedzie okej miedzy nami i ja tez na to liczylam... a pow ze duzo wywalczylismy razem..z cierpialam to ze jego rodzice ocenili mnie na poczatku nie znajac mnie uwazali ze jestm za gupia za brzydka itd. kilka razy juz mnie oklamal i zostal przylapany n aklamtsiwe...w maju oklamywal mnie dla innej laski twierdzi ze to tylko przyjazn to czemu mi nie mogl pow? powiedzial ze sie bal... Wczoraj swietowalam swoje urodziny z przyjaciolmi..tumaczyli mi ze on nie jest tego wart...ze nie moze mnie tak tarktowac i to juz nie pierwszy raz.... a ja ciagle wierzylam w jego milosc i w to ze kocha sie mimo wszyttkoa nie za cos ze razem zwalczymy wszytsko... a najgorsze jest to ze mieszkamy na 1 osiedlu 200m od siebie...Ci sami znajomi..te same spotkania on jest lektorem nalezymy do grupy apostolskiej, wpsolne wyjazdy akcjie...i boje sie ze nie dam sobie rady..ze to wsyztsko bedzie mi jego przypominalo...ze bede jeszcze bardziej cierpiec...nie umiem tak z dnia na dzien zapomiec... warto wybaczyc? przyjaciele mowia ze nie ze on jest jak narkotyk zatruwa mi zycie, cierpie przez niego, (wczorajsze urodziny przeryczalam ponad 20 osob bylo swiadkiem mojej porazki dobrze ze brat zajal sie goscmi i jakos przelecialo...) ze to nie ma sensu, ze uzaleznilam sie od niego, ze tam samo bedzie jakbym byla na odwyku najpier bedzie ciezko a potem lepiej... ale czy narkotyki sie kocha? dla narkotykow sie zyje... co zrobić?

* * * * *

Droga Aniu! Oboje popełniacie błędy. Oboje wykazaliście się brakiem zaufania do siebie: Ty - poprzez manipulację, on - przez kłamstwo. Cóż...nie widzę tu prawdziwej miłości.
To, co bym radziła to - jeśli nie doszło jeszcze do ostatecznego rozstania (tak zrozumiałam z Twojego listu) - poważną rozmowę wyjaśniającą co dalej. Albo jakieś uczciwe rozstanie, zakończenie tego związku bez nienawiści i podchodów albo uczciwe ustalenie zasad i rozpoczęcie od nowa. Czy chcecie tego? Ty może chcesz, on - chyba nie (jak wnioskuję z listu). Do miłości trzeba dobrej woli dwojga, zaangażowania i pracy. Miłość nie jest i nie może być jak narkotyk, bo wtedy nie jest miłością tylko uzależnieniem. A nie na uzależnieniu powinien opierać się związek. Jeżeli on nie chce być z Tobą to nie błagaj go o powrót. Bo to nic nie da. Będziesz tylko bardziej cierpieć. Widocznie nie był to dobry czas, widocznie powinniście jeszcze dojrzeć i stworzyć związki z kimś innym. Nie z każdym można być i nie można być na siłę. Nie ma sensu zadręczać się, zamęczać i tracić sens życia przez chłopaka. Nigdy chłopak czy dziewczyna nie może stać się całym światem, bo jak odejdzie to nic nie zostanie. Pomyśl teraz o sobie, masz przecież także inne dziedziny życia, przyjaciół. Ogranicz z nim kontakty. Polecam Ci odp. nr: 80, 526, 653, 825 i życzę dużo siły i mądrości.

  uśmiechnięta:), 17 lat
1442
30.12.2006  
Mam parę pytań jeśli mogę:)
1. Wielokrotnie podkreśla pani, że np. po nie udanym związku, zranionej miłości można pokochać ponownie kogoś innego. W sumie to logiczne i potrzebne, ale nie rozumiem w kontekście tego słów pochodzących z Biblii: "Miłość(...) wszystko przetrzyma, MIŁOŚĆ NIGDY NIE USTAJE..." i tak dalej. To, by znaczyło, że do prawdziwej miłości może dojść tylko między człowiekiem, a Bogiem i to z dużą "przewagą" Boga w tej relacji. Z drugiej strony może związek się kończy, a jakiś rodzaj miłości pozostaje, tylko to znów gryzłoby się ze stwierdzeniem, że trzeba mieć czyste konto (i serce), by znów się z kimś związać.

2. Czy sms- owanie z znajomym kapłanem to coś złego??

3. Moja koleżanka uważa się za osobę wierzącą. Nie neguje tego tylko czasem jakoś się dziwie, a wręcz boje o nią... Tzn. ona wierzy, modli się i w ogóle tylko odnoszę wrażenie, że trochę podciąga tą wiarę pod siebie: nie chodzi co niedziele do kościoła, w ogóle ma różne takie poglądy, bo uważa, że kościół za dużo narzuca i relacja z Bogiem staje się obowiązkiem. Ona w ogóle mówi, że nie ważne jak ktoś wierzy, czy jest ewangelikiem, katolikiem czy nie praktykującym bo najważniejszy jest i tak kontakt z Bogiem. Może jakaś racja w tym jest tylko, że w Boga to wierzy nawet szatan, a jeżeli się coś wyznaje to chyba trzeba przyjąć jakieś zasady, a nie że wybierać, że np. kraść mogę, ale już zabijać to nie.
Można powiedzieć, że ona wyniosła to z domu i w ogóle jest po przejściach czy coś takiego, ale teraz powoli wychodzi na prostą. Ma chłopaka, dobrego, wierzącego tyle, że ewangelika i wszystko było by dobrze tylko, że ona mówi, że jeżeli miałaby wyjść za ewangelika to ona przestąpi, bo przecież to w sumie nie istotne, że wiara to wiara, a jej nawet podoba się ich wyznanie. W sumie niech robi co chce i niech jest szczęśliwa tylko to chyba nie tak powinno wyglądać do końca... Przecież Bóg powinien być na pierwszym miejscu i dla człowieka nie powinno się zmieniać wyznania (jak już to z wielkiego przekonania). Poza tym życie z kimś to akceptowanie go z wszystkim i choć życie ludzi o dwóch wyznaniach było by trudniejsze, ale nie nie możliwe!!!

To chyba tyle, z góry dziękuje za odpowiedź:)


* * * * *

Prawdziwa miłość nigdy nie ustaje. Jednak miłość rozumiana nie (lub nie tylko) jako miłość oblubieńcza tylko miłość w ogóle: czyli także miłość bliźniego i miłość do Boga. Generalnie miłość taka najpełniejsza, miłość absolutna, miłość, o której pisze św. Paweł to miłość Boga do nas, tylko On potrafi bowiem aż TAK kochać. My zaś mamy się do tej miłości zbliżać, doskonalić w niej i przenosić jej wzorce też na nasze ziemskie relacje. Cechy miłości zatem opisywane w Hymnie... są też zaleceniami dla nas - mówią o tym jak mamy kochać, jak mamy się doskonalić, jak mamy postępować. Miłość powinna być doskonała i niezmienna, tak by nigdy nie ustać. Taką miłością darzy nas Bóg. Bóg bowiem nigdy nie przestanie nas kochać, choć nie wiem co byśmy zrobili.
Miłość oblubieńcza (o takiej piszesz) jako jeden z rodzajów miłości też powinna dążyć do tego, by nigdy nie ustawać. W zamysle Bożym bowiem małżonkowie powinni darzyć się do końca życia tą miłością, którą ślubowali sobie w sakramencie małżeństwa. Naturalnie zdarza się tak, że ludzie przed ślubem się rozstają. To fakt. Tylko teraz trzeba odpowiedzieć sobie na pytanie dlaczego tak się dzieje. W dużym stopniu jest tak, gdyż ludzie za miłość biorą zakochanie - tą pierwszą fazę związku, fazę uczuciową, która w naturalny sposób mija. Gdy mija myślą, że to miłość wygasła i znów szukają uczucia. Pisałam o tym w odp. nr: 15 i 906 oraz w tym artykule: [zobacz]. Nieraz jest tak, że ludzi łączy prawdziwa miłość (już nie zakochanie), ale odkrywają pewne cechy lub okoliczności, które nie pozwalają im - pomimo miłości - być razem. Nie będę się w to wgłębiać, bo to szeroki temat. Może chodzić np. o różnice kulturowe, religijne itp. I też się rozstają. Czasem zaś miłość ma dobre podstawy, ale nie jest rozwijana, nie jest pielęgnowana, ludzie nie rozwiązują problemów tylko gromadzą urazy i żale i potem one wybuchają. Rodzą się kłótnie, nieporozumienia i też ludzie się rozstają myśląc, że już się nie kochają, podczas gdy miłość jest nadal, ale przysłaniają ją problemy. Bez wględu na okoliczności rozstania miłość nie podlewana, nie pielęgnowana po jakimś czasie umiera. I pokochujemy kogoś innego. Czy to możliwe? Tak.
Oczywiście, może być tak, że "coś" w sercu nam zostaje - bo związek był długi, bo byliśmy bardzo związani, bo decyzja o rozstaniu nie była wspólna, tylko było to jednostronne zerwanie itp. I dlatego piszę, że aby związać się na nowo trzeba mieć wolne serce, bo inaczej będziemy rozdarci i zawsze ktoś na tym ucierpi.
I teraz jak to się ma do miłości, która nigdy nie ustaje?
W wymiarze oblubieńczym - miłość się skończyła: bo nie była pielęgnowana, nie było obecności drugiej osoby- to naturalny proces. W wymiarze ogólnym: trwa (i trwać powinna) jako miłość bliźniego. Czyli: powinniśmy tej osobie dobrze życzyć. I to wszystko. Bo miłość to też życzliwość. Nie możemy kochać wszystkich ludzi na świecie ale możemy im dobrze życzyć prawda? Więc to jest miłość bliźniego. I ta ma nigdy nie ustać :) Nie wiem czy rozumiesz do końca to co napisałam, to są trudne tematy i sama się nad tym głowię. W każdym razie ja to tak rozumiem.

Ad 2) No generalnie to nic złego, ale wszystko zależy od tego jakiej treści są te sms-y. Bo mogą być bardzo różnej treści, prawda? Polecam lekturę tego artykułu: [zobacz] i refleksję końcową, że ksiądz ma być dla wielu i nie można "zagarniać" go dla siebie.

Ad 3) Masz "świętą" rację. Na pewno poglądy koleżanki zostały ukształtowane przez wychowanie w rodzinie. Prezentuje ona tzw. relatywizm - wybiera z religii to co dobre dla niej, co jest wygodne. Rozumiem Twoją troskę o nią. Jeśli chesz coś dla niej zrobić to pożyczaj jej książki katolickie, rozmawiaj z nią, ale nie narzucaj swoich poglądów. Pokazuj jej swoim życiem, że fajnie być katolikiem. Oczywiście, jeśli Twoja koleżanka zmieni wiarę to nie spotka ją za to potępienie, ale - tak jak mówisz - należy się głęboko zastnowić nad motywami tej zmiany. Czy dlatego, że chciałaby po ślubie z mężem stanowić jedność, by nie było problemów z wychowaniem dzieci, praktykowaniem itp. czy tamto wyznanie w czymś jej bardziej odpowiada, bo jest "łatwiejsze"? Ja myślę, że tu właśnie wychodzi u niej brak głębokich podstaw i stąd taka powierzchowność.
Módl się za nią, bądź z nią, dawaj świadectwo, ale pozwól jej dojrzeć. Jeśli faktycznie pragnie Boga, szuka Go to odnajdzie.
I na koniec: rzadko to piszę, ale tu akurat napiszę :) Gratuluję Ci dojrzałości poglądów i przemyśleń. Życzę dalszego wzrastania w wierze i miłości (nie tylko bliźniego ;-)). Z Bogiem!

  anna, 27 lat
1441
29.12.2006  
Zawsze trafiam na nieodpowiednich mężczyzn. podobają mi się ci, którym się ja nie podobam, a z kolei ja się podobam tym, którzy np. nie chcą się żenić. Czuję się nieszczęśliwa w tym wszystkim, bo zaczynam tracić nadzieję, że kiedyś będę szczęśliwa w małżeństwie. Na dodatek mieszkam z rodzicami, bo z mojej pensji nie jestem w stanie kupić mieszkania. Rodzice nie są w stanie pomóc mi finansowo w kupnie mieszkania. Żeby się całkowicie usamodzielnić musiałabym żyć z kimś. Pojawia się więc pytanie, może warto porzucić katolickie zasady i rozpocząć mieszkanie z kimś, kto nie chce się żenić? To że jestem sama w wieku 27 lat jest trudne, ale jeszcze gorsze jest bycie samemu i mieszkanie z rodzicami. Co robić? Z góry dziękuję z odpowiedź i za Pani pracę włożoną w tę stronę.

* * * * *

Ale najgorsze to było jakbyś z kimś zamieszkała a ten ktoś po kilku latach by stwierdził, że nadal nie chce się żenić i że się wyprowadza (no bo przecież żadne zobowiązania Was nie wiążą). Straciłabyś czas, godność i nadal byłabyś z niczym. I może przegapiłabyś wartościowego człowieka, poważnie traktującego życie, bo byłabyś zajęta tym tymczasowym. Lepsze wyjście?
Moja Droga, ja też długo byłam sama. Rozumiem Cię. Ale widzisz, nigdy zło nie może usprawiedliwiać, nigdy nie można łamać zasad dla chwil pozornego szczęścia. Jeśli ktoś nie chce się z Tobą ożenić to powinno Cię to zastanowić: dlaczego? Jeśli kocha to jaki ma problem? A jak nie chce to nie kocha tylko jest mu wygodnie. Po prostu. Zero zobowiązań i zawsze można spakować manatki. Nie daj się traktować przedmiotowo. Jak się nie chce żenić, trudno, będzie taki, który zechce. Skąd wiem? Mam nadzieję. Zajrzyj proszę tutaj: [zobacz] mamy już kilkanaście małżeństw. Tu są tacy, którzy chcą się ożenić. Życzę Ci dobrego męża (módl się o niego!) i rychłego ślubu. Powodzenia!

  Marta, 15 lat
1440
29.12.2006  
[Z nawiązaniem do 1418] Tak, chłopak ten powiedział mi wprost za kogo mnie uważa. Może dlatego nie utzrymujemy ze sobą bliskiego kontaktu ze względu na odległość jaka nas dzieli... On mieszka ok 200 km id Warszawy i jakos nie mamy sposobnosci sie spotykac...

* * * * *

Ale jak reaguje na propozycję spotkania? 200 km to jeszcze nie tak tragicznie, można "obrócić" w jeden dzień. Musicie się widywać, żeby coś z tego było. Powodzenia!

  Magda, 16 lat
1439
28.12.2006  
ciag dalszy 1415

Trudno powiedzieć jak reaguje.. On w stosunku do wszystkich dzieczyn jest miły i z wszyystkimi rozmawia, ze mną tez - ale kiedy ja jestem z tą koleżanką jak podchodzi i coś mowi "do nas" patrzy się na nią... tak dziwnie się czuje.. Ona twierdzi że On nie jest w jej stylu.. ale kiedy coś to on to Ona tamto ide do Niego bo On coś.. :( Sama nie wiem czy probowac.. nie jestem jakaś piękna i wiem ze wygląd się nie liczy.. ale czy mam jakieś szanse?


* * * * *

Szanse masz. To Twoja opinia, że nie jesteś piękna - on może sądzić inaczej :) To naprawdę kwestia gustu (mój mąż twierdzi, że jestem najpiękniejsza, a nigdy w konkursie Miss Polonia nie startowałam ;-). Nie załamuj się, próbuj. Nawet jeśli nic z tego nie wyjdzie będziesz bogatsza o to doświadczenie.

  AGA, 18 lat
1438
28.12.2006  
Dzien dobry. Mam poważny problem. W małżenstwie moich rodzicow nie dzieje się za dobrze juz od jakis 3/4 lat. Wlasciwie nie wiem czym to jest do konca spowodowane. ZAczelo sie jak tata znalazl kiedys jakis list ktory mama dostala od innego mężczyzny potem zaczela sie seria poważnych rozmow pytan podejrzen kłotni. W liscie tym ponoc bylo cos napisane ze mama niby zdradzila tate z tym mezczyzna. No i tata niby mowil ze zapominaja o wszystkim i ze jej wybacza ale tak naprawde tego nie zrobil bo caly czas byly jakies podejrzenia kontrolowanie itd. Troche rozumiem moja mame dlaczego zaczela szukac sobie innego męzczyzny. W tacie nie miala zadnego oparcia. Nie sprawdza sie w ogole jako mężczyzna. Nie potrafi nic w domu zrobić. Jak cos sie zepsuje odrazu wolany jest jeden albo drugi dziadek, nie ma prawa jazdy, jest cholerykiem, odrazu do wszystkiego podchodzi zbyt nerwowo,nie da sie z nim spokojnie porozmawiac wszystko odbiera jako atak w swoja strone, nie potrafi byc czuly i delikatny(a w miłości jest to przeciez niezbedne) najważniejsze jest dla niego wychodenie na papierosa, ogolnie to jest strasznie zacofany i wszystkie obowiazki spadly na mame. Ale ja wiem ze to jej do tego nie usprawiedliwia bo przeciez chyba nie odkryla tych wszystkich wad taty po 18 latach małżenstwa tylko musiala je pewnie widziec znacznie wczesniej a mimo to wyszla za niego za mąż(dodam żę babcia od strony mamy byla przeciwna temu malzenstwu- widocznie widziala jaki jej sie zieciu szykuje) Czy milosc moze byc az tak ślepa aby wyjsc za takiego czlowieka i potem cale zycie sie meczyc? Calkiem niedawno obudzila mnie w nocy klotnia rodzicow. Mama krzyczala do taty ze go nienawidzi, że zmarnowal jej zycie , że przez niego nie moze byc szczesliwa ale jest z nim i go toleruje tylko ze wzgledu na dzieci.( mam jeszcze młodszego brata 10lat ma) Czy taki zwiazek ma jeszcze szanse? I niech mi pani nie mowi że mam im powiedziec o rekolekcjach dla małżeństw bo raczej nie wierze żeby mogło to cos zmienic i przywrocic miłość. Oni oboje sie nienawidza. Teraz coraz czesciej sie kloca. aha a jeszcze myśle że taka separacja o ktorej tez mi pani pewnie wspomni sprawila by ze tata mogl by popasc w jakis alkoholizm czy wrecz odebrac sobie zycie, gdyz jest raczej czlowiekiem slabym psychicznie. Co robić?

* * * * *

Droga Ago!
No bardzo trudna sytuacja. Piszesz, by nie radzić rekolekcji - rozumiem. Są na takim etapie, że NIE CHCĄ poprawy swojej sytuacji. I co tu zrobić? Zapytam tylko czy oboje rodzice mają taką postawę, tzn. czy tata też nie chce poprawy relacji czy tylko znosi wybuchy mamy a jednak kocha ją i jest z nią nie tylko ze względu na dzieci? Bo jeśli choć jedna strona ma wolę ratowania związku to jeszcze nie jest tak źle. To jeszcze może ona pójść do poradni rodzinnej, porozmawiać z księdzem, psychologiem itp. I takie rozwiązanie radzę dla taty jak i mamy - powiedz o tym każdemu z osobna. Powiedz w rozmowie na osobności z tatą i z mamą (np. na spacerze), że bardzo ich kochacie z bratem, że widzisz, że się nie dogadują, że chcecie być szczęśliwą rodziną, że chciałabyś im jakoś pomóc. Może podrzuć książkę J. Pulikowskiego (np. "Warto być ojcem" - dla taty) z prośbą o przeczytanie. Tylko tyle. Nic nie wskórasz jakąś zaciętością, umoralnianiem, krzykiem itp. Tylko spokojem, modlitwą. Oczywiście jak rodzice się uprą to nic nie zrobisz, ale warto im pomóc, warto ratować rodzinę i ich małżeństwo. Piszesz, że ojciec nie sprawdza się w swojej roli. Być może tak jest. Masz rację, że tego mama nie odkryła po 18 latach tylko wcześniej też taki był. Albo miał takie zalążki, a sytuacja, okoliczności lub postawa Twojej mamy przyczyniła się do rozwoju tych cech. Dlaczego piszę, że postawa Twojej mamy? Bo widzisz, są mężczyźni, którzy są takimi "pantoflarzami" z natury. Czyli właśnie: podporządkowują się kobiecie, nie mają własnego zdania, nic w domu nie zrobią, bo albo nie potrafią albo nie chcą itp. Jednak na dnie ich duszy tkwią stłamszone męskie cechy, tylko z wygody lub ze strachu ich nie ujawniają. I teraz może się to rozwinąć w dwóch kierunkach: albo kobieta westchnie z rezygnacją i weźmie na siebie ciężar całego domu. Będzie o wszystkim decydowała, będzie sama wszystko robić, nie wymagając nic od mężczyzny, bo "on taki jest" i "lepszy taki niż żaden". Z czasem narasta w niej frustracja, bo wszystko musi robić sama, bo nie ma oparcia w mężczyźnie, bo jak ona nie pomyśli to nie będzie zrobione. Tych obowiązków robi się coraz więcej, bo rodzą się dzieci. A ona nie ma w mężu oparcia. I w końcu albo wybucha (jak Twoja mama), odkrywa, że jest wartościową kobietą, może się podobać, czasem nawiązuje znajomość z kimś innym i zaczyna mieć pretensje do męża o zmarnowane życie albo poddaje się i jest rozgoryczona i zgaszona do końca życia. Druga droga życia z takim mężczyzną to dopingowanie go do odkrywania swojej męskości, do wzrostu. To wyznaczanie mu zadań i pól, za które będzie odpowiedzialny. To chwalenie go za to co zrobił i nierobienie za niego tego co do niego należy. Nawet jak kilka razy nie zrobi, jak mu nie wyjdzie, jak coś zepsuje - wykazywanie się cierpliwością i wiarą w jego siły. To go dowartościuje, pokaże, że warto być mężczyzną. I taki człowiek powoli nabiera męskich cech i staje się oparciem dla kobiety. Ale to nie dzieje się szybko i łatwo, trzeba wiele trudu i cierpliwości. Ale nagroda jest wielka.
Aga, widzisz trudno teraz zmieniać rodziców. Trudno powiedzieć komuś, że całe życie postępował źle, że się pomylił. Ja to napisałam dla Ciebie - żebyś zrozumiała choć trochę dlaczego Twoja mama jest rozgoryczona. Co Ty możesz zrobić? Prócz tego co Ci napisałam wyżej możesz, nawet powinnaś dawać do zrozumienia Twojemu ojcu, że go szanujesz, że widzisz w nim mężczyznę (mimo wszystko). Proś go o pomoc, daj mu szansę wykazywania się, chwal go. Wiem, że teraz myślisz, że nie ma za co. Ale próbuj. Każdego człowieka, a zwłaszcza mężczyznę pochwała mocno motywuje do działania. Swoją postawą pokazuj także swojemu bratu, że do rodziców trzeba się odnosić z szacunkiem. Mów swojej mamie, że ją rozumiesz, pomagaj jej i często z nią rozmawiaj. Sama rozmowa pomaga kobiece. A czasem próbuj przemycić jakąś myśl z tego co Ci napisałam, oczywiście w jakiejś zakamuflowanej formie, np. gdy tata coś zrobi powiedz o tym z podziwem. Porozmawiaj też z jakimś księdzem np. przy spowiedzi. Jeśli chcesz i masz możliwości Ty się umów na rozmowę z psychologiem (zajrzyj tutaj: www.spch.pl) lub w poradni rodzinnej i porozmawiaj o problemie rodziców jeśli oni nie są gotowi na taki krok. Możesz też próbować porozmawiać o tym z babcią, ciocią lub kimś dorosłym kogo oni szanują, by on próbował załagodzić sytaucję.
Zrób co możesz. Naturalnie, oni mają wolną wolę i nic na siłę nie osiągniesz, ale to Twoi rodzice i dlatego próbuj.
Módl się za nich. Z Bogiem!

  Kasia, 21 lat
1437
28.12.2006  
Witam!Ostatnio napotykałam wiele artykułów i wypowiedzi dotyczących narzeczeństwa i czasu jego trwania.Wiele osób stwierdza że nie powinno się odkładać decyzji na ślub zbyt dlugo...Może i racja bo często takie niezalegalizowane związki kończą się rozstaniem.Ale co my mamy zrobić? Mój chłopak ma 17 lat,a wszycy wiedzą że nie możemy wziąć ślubu dopóki nie będzie pełnoletni.Jesteśmy razem rok. Nie chcę zeby podejmowal decyzje na cale zycie w wieku 18-19 lat...Pragne zeby spokojnie dojrzal, wydoroslal i wtedy sie pomysli co dalej...No ale to potrwa jeszcze kilka lat...A na kazdym kroku tyle przeciwnosci...Nie wiem czy damy rade...Czy to wogole byl dobry pomysl zeby wiazac sie juz teraz???

* * * * *

No i masz rację. Żaden pośpiech w Waszym przypadku nie jest wskazany. Dojrzewajcie, poznawajcie się, utwierdzajcie w swojej decyzji. To nieprzedłużanie narzeczeństwa odnosi się do ludzi starszych, którzy mają po dwadzieścia kilka lat, są od dawna narzeczeństwem i nie mogą podjąć decyzji. Na pewno nie jest to Wasz przypadek. Czy jest sens się wiązać? To zależy co przez to rozumiesz. Zaręczać się jeszcze nie ma sensu, poznawaś się tak. To natutalne, że 17-letni chłopak nie jest gotowy i nie ochoty na małżeństwo. Dziwne, gdyby było inaczej. I dziwne jeśli ktoś wywiera na Was jakikolwiek nacisk w tym zakresie. Zachowujcie się norrmalnie, pielęgnujcie swoją miłość, a czas i okoliczności pokażą czy Wasz wybór był dobry i trwały.

  Beata, 24 lat
1436
28.12.2006  
Od 2 lat jestem zaręczona. Wiem,że pomiędzy dwojgiem ludzi planujących zawarcie sakramentu małżeństwa nie powinno i nie może być żadnych tajemnic,ale nie potrafie mu powiedzieć o tym,że zostałam zgwałcona.Nie umiem i nie moge. Nikt nie wie o tym.To stało się w maju,w tym roku.Gdyby to się wydało,nikt by mnie już nie szanował. On mnie kocha, ale nikt nie chciałby być z kimś zgwałconym.Zbyt go kocham,by go stracić. A to wszystko moja wina.Gdybym nie spóźniła się na egzamin,nic by się nie stało. Wtedy straciłam dziewictwo. Kto chciałby, kto mógłby mnie jeszcze pokochać. Strasznie mi z tym wszystkim ciężko. To wszystko przeze mnie.Czy mogę go poślugić zachowując to dla siebie?Czy muszę odejść?Co zrobić, by go nie skrzywdzić?

* * * * *

Nie jest prawdą to zdanie: "nikt nie chciałby być z kimś zgwałconym". Rozumiem, że było to traumatyczne przeżycie, ale ukrywanie tego przed narzeczonym jest dowodem braku zaufania do niego. Jeśli nie jesteś w stanie powiedziec najukochańszej osobie, tej, z którą masz być do końca życia o tym to znaczy, że bardziej zależy Ci na tym, by KTOŚ Cię kochał, byś KOGOŚ miała a nie na tym, by poślubić właśnie TEGO człowieka. To znaczy, że Twoje niskie poczucie własnej wartości z powodu tego co się stało (a może nie tylko z tego powodu?) przesłania Ci logiczne myślenie i tak naprawdę nie pozwala otworzyć się i kochać w pełni. Przed osobą, którą poślubiamy nie ma tajemnic w tak ważnej kwestii. Poza tym: czy myślisz, że to nie wyjdzie? Czy myślisz, że Twój mąż nie zorientuje się, że nie jesteś dziewicą?
Chcesz noc poślubną zamienić w koszmar i wzajemne oskarżenia? Nie wiem czemu myślisz, że on nie kochałby Cię gdyby wiedział o tym zdarzeniu. Jeśli się kogoś autentycznie kocha to można wybaczyć nawet fakt dobrowolnego współżycia z inną osobą (patrz odp. nr: 616, 961, 1070) , a co dopiero sytuację, w której nie byłaś niczemu winna! Co to za pomysł, ze nikt by Cię nie szanował? Gdybyś to zrobiła dobrowolnie to inna sytuacja. Nie wiem jak można winić kogoś za to, ze stała mu się krzywda. Takiej osobie należy się współczucie i pomoc i nie mów, że jest inaczej. Jeśli uważasz, że człowiek, z którym planujesz przyszłość nie wsparłby Cię, nie otoczył opieką i nie pomógł z tego wyjść to znaczy, że uważasz, że on nie kocha Cię naprawdę. A jeśli tak to nie wychodź za niego. Nie można całe życie żyć w kłamstwie. Nie da się tego ukryć. To wyjdzie - nie tylko fizycznie ale i Twoja psychika Cię zdradzi. A wtedy poczucie krzywdy będzie bardzo poważne. Swoją drogą zastanawiam się jak to możliwe, że zostałaś zgwałcona w maju będąc już w narzeczeństwie i Twój narzeczony się nie zorientował, a Ty zachowywałaś się tak, że nikt się nie domyślił. Ciekawe i ...nie bardzo wiarygodne. No, ale nie mnie to oceniać. Zwykle jednak jeśli ludzie się kochają to się sobą interesują i nic takiego nie przeszłoby bez echa. Każde przeżycie od razu odbija się na psychice, a co za tym idzie - na związku. Nie chce mi się wierzyć, że po tym wydarzeniu zachowywałaś się normalnie i nic się między Wami nie zmieniło. Czy sprawa w ogóle została zgłoszona na policję?
Pytasz co robić, czy odejść. Nie odchodzić, powiedzieć. Porozmawiać szczerze. Jeśli podejrzewasz, że po tym wyznaniu narzeczony Cię zostawi to podziękuj Bogu jeśli zrobi to teraz niż miałby to zrobić po ślubie.
Powtarzam jeszcze raz: nie będziesz w stanie tego ukrywać przez całe życie, nie ma sensu tego ukrywać, masz prawo oczekiwać pomocy od narzeczonego i wsparcia. Ono będzie miarą jego miłości do Ciebie. Jeśli zaś mu nie ufasz i jeśli on nie ufa Tobie to Wasze małżeństwo nie ma przyszłości - ale to już nie wina tego, że zostałaś zgwałcona, tylko braku miłości między Wami. Odwagi!

  Daria, 24 lat
1435
28.12.2006  
Jestem z moim maleństwem już prawie cztery lata. Planujemy na czerwiec ślub. No i im bliżej ślubu, tym się więcej kłócimy o różne drobiazgi. Pytałam znajomych, czy u nich było podobnie i bardzo często dostawałam odpowiedzi twierdzące, ale nie chcę tego. Oczywiście, odczuwam pewien lęk, ale to chyba normalne. Zresztą kto by się nie bał. Co chwilę słyszy się o jakiś rozwodach, czy jeszcze gorszych scenariuszach. Nigdy nie można być przekonanym na 100%, ale zdecydowani jesteśmy na bycie razem na złe i dobre. Wierzymy, że Bóg nam pomoże i że z Nim wszystko będzie możliwe, a jednak najdrobnejsze rzeczy sprawiają nam najwięcej problemów. Z ważnymi sprawami dobrze sobie radzimy, ale potrafimy się pokłócić o to, czy na obiad mają być ziemniaki czy ryż (gotuję czasami mojeju narzeczonemu), lub o to, czy pójdziemy do kina, czy na łyżwy. Jak sobie poradzić z tymi drobiazgami, z którymi kiedyś nie było żadnego problemu. No i jeszcze jedno. Powoli organizujemy nasze przyjęcie weselne. Dopuki sami byliśmy z naszymi planami, wszystko było w porządku. No ale teraz rodzice też chcą mieć coś do powiedzenia. Oni finansują imprezę i mówią nam, że to przyjęcie ma być dla gości, więc musimy się liczyć z ich zdaniem. No i niestety, mi przestaje zależeć na tym wszystkim. Nie jesteśmy w stanie sami tego zorganizować, niestety, mimo iż pracujemy, to sami się utrzymujemy, mieszkamy poza domem, więc wszystko, co zarobimy wydajemy na czynsz i jedzenie... No a rodzice chcieliby mieć ślub i wesele takie, o jakim oni marzyli i jakiego mieć nie mogli. Jak zaczynamy dyskutować, to zawsze słyszymy, że oni nam wszystko finansują. Chcieliśmy po ślubie wziąć tylko rodziców na obiad, ale od razu usłyszeliśmy, że taki pomysł jest nie do pomyślenia, bo się cała rodzina obrazi, że musi być wesele. No i jak tutaj dogodzić wszystkim i sobie? Czy inni też mają takie problemy? Mam już taki mętlik w głowie, że postanowiłam się spytać o to wszystko kogoś obiektywnego, a o kim wiem, że często służy dobrą radą. Dziękuję za wysłuchanie, Pozdrawiam

* * * * *

To normalne, że przed ślubem kołują się w głowie tysiące myśli, a stres powoduje wzmożoną drażliwość na drobiazgi. Ja myślę, że te Wasze kłótnie wynikają właśnie z tego oraz z różnic między Wami, może innych przywyczajeń. Musicie się dotrzeć i ten proces będzie trwał jeszcze jakiś czas po ślubie. Trzeba to wziąć pod uwage i się tym nie przerażać. W końcu łączą się dwa różne światy i zanim dopasujecie do współnej układanki wszystkie elementy musi minąć trochę czasu. Oczywiście, że 100 % pewności nie mamy, ale sakrament małżeństwa daje autentyczną łaskę, naprawdę działa i pomaga. Daje siłę do przezwyciężania trudnosci i umacnia. Jeśli ludzie będą dbać o siebie nawzajem i nie będą uciekać od problemów ale rozwiązywać je jak tylko się pojawia to małżeństwo stanie się najwspanialszą przygodą życia. Żeby się utwierdzić, że to dobry wybór i że to, co najważniejsze Was łączy a nie dzieli polecam uczestnictwo w "Wieczorach dla zakochanych", które od razu "zaliczą" Wam kurs przedmałżeński. Informacje znajdziesz tutaj: www.spotkaniamalzenskie.pl, www.malzenstwo.pl, www.sulejowek.marianie.pl
Polecam też odp. nr: 228, 385, 508,798. Co do organizacji wesela przez rodziców: nie jest dobrze gdy tak się dzieje. Ślub to uroczystość przede wszystkim dla młodych i mają prawo decydować o takim kształcie tego dnia, jaki sobie wymarzyli. Nie sądzę by ktokolwiek później przez lata wypominał małżeństwu, że wesele było takie czy inne. Jeśli ktoś przyjmuje zaproszenie to znaczy, że zgadza się na warunki. Oczywiście, w sytuacji kiedy wesele finansują rodzice trudno postawić całkowicie na swoim. Dlatego musicie rozmawiać z rodzicami, jak najbardziej przekonywać ich, że to Wy powinniście mieć z tego dnia najlepsze wspomnienia a nie wujek czy ciocia, bo to Wy bierzecie ślub. Dlatego co tylko możliwe załatwiajcie sami a już szczególnie zaproszenia (formę i treść), decydujcie o dekoracji sali itp. Mama może ustalić menu, ale wiązankę wybierasz Ty. Zespół też radzę załatwić samemu. To trudne sprawy i na tym tle często występują starcia, dlatego trzeba choć podzielić "strefy wpływu" - ustalić co robicie Wy, co rodzice i tego się trzymać. Macie do tego prawo. Życzę powodzenia i dobrego przygotowania do małżeństwa!

  Dawid, 22 lat
1434
22.12.2006  
Witam. Jestem kolejną osobą, która napisze banalne pytanie, „czemu jestem sam?”. Lat mam ile mam (już niedługo 23) i zawsze byłem sam (zaraz będzie „nigdy nie jesteś sam”). Kilka razy okazywało się, że mój kuzyn jest ode mnie lepszy (ładniejszy?). Oczywiście też nie podobałem się wszystkim dziewczynom. W końcu spotkałem pewną dziewczynę. Wszystko było dobrze między nami. Byliśmy sobie coraz bliżsi i można było nawet powiedzieć, że byliśmy razem. Po jakimś czasie powiedziała mi, że została zgwałcona przez swojego wcześniejszego chłopaka. Wrzucił jej narkotyk do napoju. Rano obudziła się i zobaczyła efekty. Wybaczyła mu to, a znajomość ich zakończyła się jakiś tydzień później, kiedy dowiedziała się, że w dniu jej urodzin współżył z jej koleżanką. Rok później spotkała mnie a o tym, że nie będziemy razem mówiła, „bo pójdzie do zakonu” itp. Miała znajomego księdza, który jej pomagał po tamtych doświadczeniach i sądziłem, że nie będzie kłamać. No cóż po mnie był następny (jakiś miesiąc później) a rozeszła się z nim, bo spotkała go przypadkiem jak całował się z inną dziewczyną na ulicy. I dalej... Po tym było jeszcze lepiej na pielgrzymce poznała Włocha z odwyku narkotykowego z Warszawy i z nim była. To ja nie robiąc nic złego jestem gorszy od nich trzech? To było na początku 2004 roku. Później ja miałem ciekawe sytuacje z dziewczynami, które nie chciały miłości, (chociaż o tym mówiły) tylko zaciągały mnie do łóżka. Na szczęście taki głupi nie jestem i nie skorzystałem z okazji. Chociaż za drugim razem było naprawdę ciężko się opanować. Ale jednak do współżycia nie doszło, były natomiast pieszczoty. Tak, więc jestem cały czas sam. I jak ja mam się czuć? Młodzieńcza miłość? Mnie ominęła. Teraz też mnie omija. Nigdy nie mogłem nawet iść na spacer trzymając ukochaną osobę za rękę (poza tą jedna dziewczyną, kiedy wszystko skończyło się bardzo szybko). Ponad rok temu wyjechałem za granicę. Od tego czasu jestem teraz drugi raz w kraju. W tym czasie moja siostra wyszła za mąż, ostatnio urodziła dziecko (jestem jedynym bratem a ojcem chrzestnym nie będę). W lipcu tego roku zginął także mój najlepszy przyjaciel i w ogóle już wszystko stało się inne. I jak tu się podnieść i wierzyć, że coś dobrego gdzieś jeszcze tam na nas czeka?

* * * * *

Wiesz, mnie też ominęła młodzieńcza miłość. Męża poznalałam w wieku 27 lat. I co? Z perspektwy lat nie szkoda mi tego czasu. Moja miłość nie była szczenięca, szalona, ale była dojrzała, spokojna i głęboka. Owszem, nie czułam "motylków w brzuchu" i nie miałam z kim iść w wieku dwudziestu kilku lat na imprezę czy na spacer, ale uniknęłam też wielu złych sytuacji, nie zrobiłam pewnych młodzieńczych błędów.
Widzisz Dawid, Bóg każdego traktuje indywidualnie. Niektórym daje miłość wcześnie, niektórym bardzo późno. Ale wszystko ma swój sens. Bo może nie stworzylibyście teraz dobrego związku? A może dziewczyna, która zostanie Twoją żoną jeszcze nie jest na miłość gotowa lub jest jeszcze bardzo młoda i po prostu Ty musisz na nią poczekać (tak było z moim kolegą, który szukał i szukał i zastanawiał się czemu dziewczyny go nie chcą, a tymczasem w jego parafii dorastała jego żona)? Może ten czas samotności jest po to, by pozałatwiać pewne sprawy w swoim życiu, coś przemyśleć lub po prostu lepiej rozumieć innych. Widzisz, ja dzięki temu, że tyle byłam sama mogę teraz pisać dla Was. Gdybym szybko wyszła za mąż nie przeżyłabym wielu sytuacji, nie zrozumiałabym wielu rzeczy, o które mnie teraz pytacie. Wtedy gdy byłam sama nie rozumiałam tego i wydawało mi się to niesprawiedliwe. Teraz też mam takie sfery, których nie rozumiem i które wydają mi się niesprawiedliwe. I pewnie też za kilka lat zrozumiem po co są te doświadczenia. Wiem tylko, że nic nie dzieje się bez sesnu. To co mogę Ci polecić to nasze Źródełko, gdzie poznało się kilkanaście małżeństw: [zobacz] i odp. nr: 56, 302, 346. Życzę Ci też siły i mądrości, byś ten czas dobrze wykorzystał. Byś dojrzewał tak, by od razu dobrze wybrać. By to co Cię spotkało ubogaciło Cię, a nie przygniotło. I módl się o dobrą żonę, polecam: [zobacz]
Z Bogiem!

  Karolina, 21 lat
1433
22.12.2006  
Witaj! Moim problemem jest to, że zakochałam się w moim nauczycielu. Od pierwszej chwili, gdy go zobaczyłam wpadłam w zachwyt, choć naprawdę rzadko który mężczyzna budzi we mnie cieplejsze uczucia. Potem obserwowałam go na zajęciach, słuchałam co mówi, mijałam go na korytarzu i mój zachwyt zmienił się w rodzaj wzruszenia, głębokiej sympatii. Kiedyś zobaczyłam go jak był chory, wzbudził we mnie czułość i współczucie. A teraz za nim tęsknię, nie cieszę się w pełni Świętami. Jak składał nam życzenia świąteczne spojrzałam mu w oczy i od tamtej pory nie mogę przestać o nim myśleć jeszcze bardziej niż poprzednio. On wie albo podejrzewa, że coś do niego czuję. Nie wiem teraz jak to 'odkręcić' - nie chcę by wiedział. Co zrobić? Może powinnam poczekać aż mi 'przejdzie' i go unikać? Starać się nie zwracać na siebie uwagi. Nie wiem. Proszę o radę. Z góry dziekuję.:-)

* * * * *

Co zrobić? No właśnie unikać takiego patrzenia w oczy. Nie dopuść do sytuacji, w której wszystkiego się dowie lub domyśli i będzie miał wyrzuty sumienia, że się do tego przyczynił. Zachowuj się w jego obecności w miarę normalnie - na ile to możliwe. Na ile też to możliwe unikaj go: nie chodź na przerwach tam gdzie on przebywa, nie staraj się "przypadkiem" go spotkać itp. A poza tym stosuj taktykę taką samą jak w przypadku gdy "normalnie" trzeba się odkochać - odp. nr: 80, 526, 653, 825.

  Lukasz, 22 lat
1432
22.12.2006  
Mam problem z samym soba.Trudno mi zaakceptowac takiego jakim jestem.Uroda ma duze znaczenie niestety.Nigdy nie bede mial dziewczyny bo wiem ze zadnej sie nie spodobam.Pisala pani o tym ze zeby pokochac kogos trzeba najpierw pokochac samego siebie.Ale jak to zrobic gdy ma sie tyle wad??Wcale nie wyolbyrzmiam.Czesto slysze dosc neiprzyjemne teksty pod moim adresem.Nie chce juz wiecej sie zakochac bo wiem jak to sie skonczy.

* * * * *

Uroda NIE MA dużego znaczenia. Przynajmniej dla mnie i wielu osób w moim otoczeniu. Naturalnie należy dbać o siebie, golić się, chodzić do fryzjera i nosić czyste ubrania, ale to nie uroda. Jesteś jeszcze młody i dziewczyny, w których do tej pory się zakochiwałeś pewnie też. Bardzo możliwe, że po prostu w środowisku, w którym obecnie żyjesz spotykałeś takie dziewczyny, które na urodę zwracały szczególną uwagę. Wierz mi jednak - nie tylko takie są na świecie. O tym jak wygląda to z drugiej strony poczytaj proszę w odp. nr 1153. Jak widzisz są dziewczyny, takie "szare myszki", które chętnie poznałyby NORMALNEGO chłopaka. Ty jesteś normalny, tylko masz trochę kompleksów. Masz rację, że powinieneś zacząć od siebie. Ja nie mówię, byś pokochał to co Ci przeszkadza w wyglądzie, ale byś uwierzył, że mimo tego jesteś wartościowym człowiekiem. Że masz masę zalet i zdolności. Kochać siebie to chcieć dla siebie dobrze. Jeśli mówisz, że nie chcesz się zakochać to nie życzysz sobie dobrze. Pewnie jednak robisz tak z przekory, bo naprawdę w głębi duszy marzysz o miłości. I dobrze. Ryzykuj. Nawet jak odnosisz same porażki. Próbuj. Każda próba Cię czegoś uczy, choćby odwagi. Zajrzyj tutaj: [zobacz]
Gwarantuję Ci, że jest tu wiele dziewczyn, które chciałby się z Tobą spotkać i dla których będziesz "w sam raz". I jeszcze jedno: człowiek kochany pięknieje. Naprawdę. To nie frazes. Zmienia się mimika, wyraz twarzy, zmniejsza napięcie mięśni. Nie podobasz się tym, które spotkałeś do tej pory? Trudno, widocznie nie stworzyłbyś z nimi dobrego związku. Jeśli zwracały uwagę bardziej na wygląd to nie patrzyły w głąb. Ty patrz w duszę i tego samego oczekuj od dziewczyny. Jeśli spotkasz taką - spotkasz miłość. Odwagi!

  Aneta, 27 lat
1431
22.12.2006  
Szczęść Boże!
Mam pytanie w związku z wieczorami dla zakochanych. Od dawna pragnę pojechać na rekolekcje, najlepjej podczas weekendu. Najchętniej wzięłabym udział z moim chłopakiem właśnie w takich spotkaniach dla zakochanych. Proszę o informację gdzie odbywają się one w diecezji rzeszowskiej lub tarnowskiej ewentualnie w ościennych diecezjach, gdyż nasze możkiwości dojazdu są ograniczone. Z góry dziękuję. Życzę zdrowych, błogosławionych Świąt Bożego Narodzenia.
Aneta
Ps. Pani porady naprawdę są nieocenioną pomocą i to nie tylko dla nastolatków


* * * * *

Harmonogramy rekolekcji znajdują się na tych stronach: www.spotkaniamalzenskie.pl, www.malzenstwo.pl
Wiem, że rekolekcje zbliżone w formie do "Wieczorów dla zakochanych" organizują także ks.ks. Marianie. Szczegóły na stronie: www.sulejowek.marianie.pl/rekol-narzecz.html

  Ewa, 19 lat
1430
21.12.2006  
Witam:) mam pytanie dotyczące czystości. Jest to cnota, którą bardzo cenię i o którą chcę walczyć. Od 3 lat należę do RCS, jestem \'\'przesycona\'\'(w pozytywnym tego slowa znaczeniu) treściami, dotyczącymi czystości w miłości narzeczeńskiej a póżniej być może małżeńskiej. To nie znaczy jednak, że nie mam z tym problemów. Mam chłopaka, z którym chodze ponad 2 lata. Czasem dochodziło niestety między nami do zbyt odważnych gestów. W ogóle ta sfera jest najczęstrzą przyczyna naszych nieporozumień. Ale walczymy z pokusami, wypracowaliśmy pewne zasady, których się trzymamy. Chłopak powiedział mi jednak ostatnio, że ma problem z masturbacją. Robi to co jakiś czas od kilku lat, lecz dopiero kilka m-cy temu postanowił z tym walczyć. Chodził do spowiedzi zaraz po upadku, albo kolejnego dnia. Niestety pokusy były jeszcze większe niż zwykle. Mówiłam mu, że to normalne, żeby sie nie poddawał, ze wkrótce zwycięży. (W ogóle często przekazuje mu treści, które czytam w Miłujcie sie lub książkach o tej tematyce. Rozmawiamy sporo o czystości i w ogóle o wierze.) Ostatnio powiedział, że przez tę walke oszaleje, ciągle myśli by tego nie robić, a skutek jest odwrotny. Bardzo bym chciała,żeby nie przestawał walczyć o czystość. Boje sie, że to może źle wpłynąć na nasze(jeśli taka jest wola Bożą) współżycie małżeńskie. Ostatnio zapytałam go, jak tam jego walka o czystość, lecz on sie zdenerwował. Powiedział, bym nie pytała go o to, bym nie rozdrapywała gojących sie ran. On wie, że to jest złe, ale bym mu dała spokój, jeśli chodzi o tę sprawę. Czy w tej sytuacji moim zadaniem jest tylko(lub aż) modlić się o niego? Chciałabym mu pomóc. Proszę o radę.

* * * * *

Oczywiście modlitwa tak, ale polecam mu tę stronę: www.onanizm.pl. Tam może poczytać jak inni walczyli i jak się udało. Ty naturalnie powinnaś go w tym wspierać, tak jak dotychczas, a także pilnować, by Wasze gesty i rozmowy były jak najmniej pobudzające, by nie były dla niego pokusą. Masz rację, że najważniejsza jest walka, to, by się nie poddawał. Jeśli tylko będzie się podnosił z upadków (tak jak dotychczas) to będzie dobrze. Polecam Wam obojgu też ten artykuł, tam pisałam co jeszcze można zrobić dla zachowania czystości: [zobacz]. Widzę, że idziecie w dobrym kierunku, że się staracie, zatem życzę Wam powodzenia i rozwoju Waszej miłości.

  Agnieszka, 23 lat
1429
21.12.2006  
hmm... mam taki problem jeśli mogę to tak nazwać;) chodzi o to ze mam PECHA do facetów! Jak do tej pory trafiałam na niewłaściwych co sie okazywało dopiero po jakimś czasie, po lepszym poznaniu. Ale niestety przez to zdązyłam się wepchać w dwa chore związki i parę innych śmiesznych znajomości kończących się na kilku randkach, a potem "żegnaj gienia świat się zmienia" ehh. A na czym polega ten pech? Na tym, że jak ktos mi się spodobał, to ja jemu nie, albo ja komuś ale ten ktoś mi nie, a jeśli chodzi o te związki, to trwały niewiele ponad pół roku i je zakańczałam ja, bo dłuzej nie mogłam być przecież wykorzystywana, traktowana jak zabawka do spełniania zachcianek i udawać kogoś innego niż jestem. A nagorsze jest to, że nie wyszłam na tym dobrze, bo nie jestem juz dziewicą... po ostatnim związku, w który jak się okazało chłopakowi chodziło tylko o jedno...nie wiem byłam przy nim i zgadzałam się wbrew sobie chyba w imię tego by nie byc porzuconą...i z obawy przed samotnością...odzyskałam duchowe dziewictwo, ale i tak nosze ciężar niemożności ofiarowania daru dziewictwa w dniu ślubu...dlatego nie potrzebuje zeby ktoś z tego powodu mnie zdołował, a niestety taki ktos tez sie zjawił. Była piękna i obiecująca nowa znajomość z kimś naprawdę wartościowym dopoki nie ujawniłam tego, gdy zeszło na ten temat...i po tym zaczeło się sypać, padło zdanie: "no coż możemy juz tylko być przyjaciółmi..." wiedziałam doskonale o co chodzi...nie chciał niedziewicy...a jego zagorzała wiara w Boga chyba nie miala nic do tego co mówił przez to mnie raniąc...gdzie tu postawa prawdziwego chrześcijanina??? po tym poczułam się jak jakas wielka grzesznica niegodna nawet ludzkiego spojrzenia a co dopiero prawdziwej miłości. A tak bardzo chcę z kimś być (oczywiście nie z byle kim, żeby nikt tu sobie nie myślał, że łapie pierwszego lepszego z brzegu!), chcę żeby mnie ktos wreszcie pokochał taką jaką jestem, z wadami i zaletami, ze słabościami, żebym nie musiała udawać kogos innego niż jestem, jak do tej pory to bywało. Po każdej z tych znajomości moja samoocena spadała poniżej zera, traciłam wiarę w siebie, czułam się nikomu nieporzebna, beznadziejna...ale przynajmniej powyciagałam odpowiednie wnioski na przyszlość i traktuje to jak doświadczenie...Ale czasami to juz tracę siły i wiarę w to, że jest ktoś w ogóle dla mnie... A moze faceci boja się kobiet inteligentnych, ładnych, pewnych siebie, wartościowych i dają nogę?? Nie wiem sama...poki co modlę się o dobrego męża, może jednak Pan ma dla mnie kogos wyjątkowego...;)może to wygląda jak desperacja ale ja poprostu nie chcę byc samotna, bardzo boje się samotności, moje serdeczne koleżanki juz myslą o zamążpojsciu, sa w stałych związkach a ja?? nie moge trafić na tego odpowiedniego, nie chcę wyobrażać sobie dalszego zycia w pojedynkę...przepraszam za ten zawiły list, ale moze bedzie Pani w stanie pomóc mojej duszy;) Z Bogiem!:)

* * * * *

Nie jesteś gorsza. Najwyraźniej ci chłopcy nie byli na tyle dojrzali, by pogodzić się z sytuacją. Lepiej zatem, że to się skończyło niż miałabyś być dołowana sytematycznie. Proszę przeczytaj odp. nr: 616, 961, 1070 i nie trać nadziei. Polecam poszukiwania właściwego kandydata przez nasze Źródełko: [zobacz]

  Agnieszka , 24 lat
1428
21.12.2006  
Wacając do pytania 1409. Ten chłopak nadal się ze mną spotyka. Normalnie ze sobą rozmawiamy, dobrze się ze sobą czujemy, znajomi też to potwierdzają. Jednak on uważa, że jestem jego koleżanką, że kiedyś się zawiódł i nie chce tego przeżyć drugi raz. A mi coraz bardziej na nim zależy.

* * * * *

Ale on powiedział wprost, że jesteś koleżanką. Rozumiem, że Ci zależy, przykro mi, że to nieodwzajemniona miłość. Ale jeśli nie chcesz cierpieć nie pogłębiaj tego, nie angażuj się coraz bardziej, bo zranienie będzie bardziej boleć. Przecież potrafisz żyć bez niego.

  pustynia, 19 lat
1427
21.12.2006  
Półtorej roku temu wraz z moim chłopakiem poznaliśmy się na jednym z portali internetowych. Po dłuższym okresie czasu postanowiliśmy się ze sobą spotkać. Polubiliśmy się bardzo już od pierwszej chwili. Zaczęsliśmy być ze sobą. Z racji tego, iż jestem nieśmiała i on również wszystko przybrało uroczą aurę. Czułam, że jest to związek, na który czeka się całe życie. Marek ma 27 lat, ja 19. Wiem, że to spora różnica wieku. Na początku tego nie dostrzegałam. Myślałam, że wszystko "da się przeskoczyć". A co najważniejsze on jest protestantem, a ja katoliczką. Marek pracuje, a ja w dalszym ciągu uczę się. Dzieli nas odległość. Spotykamy się w każdy weekend, ale i tak to za mało. Trwamy razem do dzisiaj. Coraz częściej zadaję sobie pytanie, czy ten związek ma szansę przetrwać? Badzo zależy mi na Marku. Stał się osobą bliską mojemu sercu. Muszę przyznać się szczerze, że od czasu tej znajomości osłabłam w wierze. To moja wina... Chciałabym, aby on był szczęśliwy. Ale sama przy tym boję się bólu i samotności... To dobry chłopak, mężczyzna...ambitny, pracowity i o prawym sercu... Nigdy nie przeżyłam tak wspaniałych chwil jak z nim. Lecz wiem, że to w życiu nie jest najważniejsze. Proszę o pomoc...jak powinnam postąpić? Wiem, że to trudne pytanie...

* * * * *

Co powinnaś zrobić - tego nikt nie powie Ci jednoznacznie. Ja ze swej strony polecę Ci odpowiedzi o różnicy wieku: 8, 28, 87, 310, 916, 1253 i o związku na odległość: 97, 120, 112, 132, 278, 620, 864. Oczywiście religia też jest dużą różnicą i trzeba tu mieć świadomość ewentualnych problemów, nie jest jednak czynnikiem "dyskwalifikującym" - tylko potrzeba tu dużej dojrzałości i kompromisu.
Piszesz, że chcesz jego szczęścia. To dobrze, ale pamietaj, że w związku samemu też trzeba być szczęśliwym a nie tylko być szczęściem dla kogoś, bo szybko zrodzi to frustrację i żal. Nie wolno nigdy rezygnować ze swoich zasad i wartości, tu nie ma kompromisów.
Z Twojego listu wnioskuję, że ta sytuacja trochę Cię przerasta. Być może on oczekuje trochę czego innego niż Ty, on już jest dorosłym mężczyzną, Ty być może jeszcze nie "nadążasz" za jego oczekiwaniami, jesteś po prostu na innym etapie dojrzałości.
Musicie ze sobą dużo rozmawiać, musicie szczerze mówić o swoich potrzebach i oczekiwaniach. Nie możesz ukrywać, że czegoś w związku jest dla Ciebie za dużo lub za mało, że na coś nie jesteś gotowa lub chciałabyś poczekać. On musi liczyć się z tym skoro jesteś tyle młodsza. Taki związek ma szansę tylko wszystko trzeba na bieżąco omawiać i ustalać. Jeśli czujesz się przy nim bezpiecznie, jeśli czujesz się przy nim kobietą, jeśli jest dla Ciebie bardziej chłopakiem niż "starszym bratem", jeśli wspólnie o wszystkim decydujecie to życzę Wam powodzenia. Pracujcie nad Waszą miłością. A o studiach pomyśl może w jego mieście (jeśli to możliwe), wtedy bylibyście ze sobą częściej.

  Zagubiona, 24 lat
1426
21.12.2006  
... nie wiem, czy to jest miłość czy to jest porządanie ?? Będąc za granicą poznałam chłopaka ... jest on obcokrajowcem, a na dodatek ... muzułmaninem.Nasz związek był ... dziwny. Na początku było cudnie ... on mną się interesował - dzwonił, pisał sms, spotykaliśmy się tak często jak to tylko możliwe. Zauroczył mnie ... ale także zaciągnął do łóźka - wydaje mi się że tylko o to mu chodziło. Trzeba powiedzieć, że był moim pierwszym mężczyzną ... dla mnie to było za szybko, bałam się ... a jednak uległam ... później bardzo długo miałam kaca moralnego, ciężko mi było się z tym pogodzić ... tym bardziej że nie byłam pewna jego uczuć. On mnie zapewniał że życie, że seks w związku jest normalny i bardzo ważny ... a gdzie uczucie ?? Mówiłam mu o swoich wątpliwościach ... i pytałam o to jaki on ma stosunek do mnie - twierdził że nie jestem mu obojętna, ale ze względu na różnice kulturalne i religię bedzie lepiej jak się rozstaniemy.Jedno co wiem ... tak mi sie wydaje, to to że on chciał mnie uchronić przed uczuciem do niego ... żebym się tak nie angażowała, bo ciężko będzie jak się rozstaniemy ( trzeba dodać że na początku, nie zrozumieliśmy się i on myślał że ja tam zostanę na dużo dłużej - a ja miałam być tam jeszcze 3 miesiące - to był dla niego szok i od tamtej pory jego zachowanie bardzo się zmieniło. Był oschły ... nie okazywał mi tyle uczucia, ale współżyliśmy ze sobą. ) Dalej się spotykaliśmy ... ja się łudziłam że uda nam się być razem mimo przeszkód ... ale on się starał wybić mi ten pomysł z głowy bo wiedział, że to niemożliwe. Późniejsze nasze relacje były bardziej przyjacielskie - korzystaliśmy z naszych ostatnich chwil ... czułam się przy nim dobrze ... choć wiedziałam ze to zakazany owoc. Rozstanie było ciężkie zarówno dla mnie jak i dla niego ... choć zgrywał twardziela, to jednak przyznał się że dla niego ta sytuacja też nie jest łatwa. Wcześniej ... usiłował mnie przekonac że on nie jest dla mnie ... że zasługuję na kogoś leprzego - przede wszystkim Polaka i chrześcijanina. Minęło 3 miesiące od naszego rozstania ... a ja nie przestaję o nim myśleć ... tęsknię za nim ... nie będę ukrywać brakuje mi także tej bliskości fizycznej, ale także jego uśmiechu ... optymizmu ... JEGO. On też się czasami odezwie. Nie wiem czy my powinniśmy dać upust naszym uczuciom ... czy tłamsić je w sobie, bo przeciez nasz związek nie ma przyszłości czy może warto walczyć ... spróbować, szczerze porozmawiać ??!! Czy to możliwe, ze Bóg nie przypadkowo postawił go na mojej drodze - jak odczytać ten znak od Boga ?? Boję się tego ... że tak bardzo pragnę być kochan i być z kimś że ciągnie mnie do niego choć wcale między nami nie było tak różowo. Chciałabym także się dowiedzieć ... czy możliwy jest ślub z muzułmaninem - przypuszczam że pewnie nie byłaby to taka pełna ceremonia, ale czy moglibyśmy uzyskać błogosławieństwo. Rozmawialismy dużo o tym ... ani ja ani on nie chcemy zmienić swojej wiary ... a chyba w takim związku największy problem byłby z dziećmi. Bardzo prosze o szczerą odpowiedź i poradę

* * * * *

Taki ślub jest możliwy ale...trzeba go chcieć. A on przecież wyraźnie deklaruje, że nie masz co liczyć na poważny związek. Przykro mi, naprawdę, ale widzisz, liczyłaś na to, że jakoś będzie, że będzie dobrze, nie biorąc pod uwagę różnic kulturowych. Dla niego ten związek jest czymś innym niż dla Ciebie. Ty liczysz na małżeństwo, na to, że on z Tobą będzie, że skoro współżyliście to należycie do siebie. Jako kobieta pragniesz ponadto jego oparcia, czujesz się "jego", chcesz poczuć się przy nim bezpiecznie. Twoje pragnienia są naturalne. Ale on to inaczej widzi. Dla niego to miła przygoda. Dla niego seks nie jest równoznaczny z miłością. On nie rozumie Twoich dylematów i pragnień. Jako mężczyzna i to muzułmanin nie uważa za konieczne wzięcie odpowiedzialności za współżycie. Robi to bo Ty się na to godzisz i nie uważa że Cię krzywdzi. Musisz liczyć się z tym, że on nawet nie będzie do końca wiedział o co Ci chodzi jeśli zaczniesz mu to wypominać.
Wiem, że szukasz teraz cienia nadziei, że to możliwe, że będzie dobrze, szukasz potwierdzenia, choć pewnie wszyscy Ci to odradzają.
Cóż mogę Ci powiedzieć? Każdy ma prawo do miłości wzajemnej, do otrzymywania nie tylko dawania. Każdy ma prawo być kochanym i otoczonym opieką ukochanego. Każdy ma prawo żyć w zgodzie ze swoimi przekonaniami. Nikogo nie można do niczego zmuszać. W tym momencie jego życie, jego kraj, jego przekonania biorą górę nad uczuciem do Ciebie. On nie zrezygnuje z niczego. On nawet nie obiecuje Ci niczego - może lepiej.
Pytasz po co Bóg postawił go na Twej drodze? Bóg daje nam różne propozycje, my wybieramy. Być może postawił go po to, byś miała znajomego, byś poznała tamtą kulturę. Decyzję o współżyciu podjęłaś Ty sama. Przez współżycie związałaś się z nim tak mocno. Gdyby nie seks bylibyście nadal dobrymi znajomymi i nikt by nie cierpiał. A teraz musisz z tego wyjść. Musisz naleźć w sobie siłę, by stanąć na nogi i na nowo odnaleźć w sobie sens i godność. Polecam Ci ten artykuł: [zobacz]. Tam więcej pisałam o prawie pierwszych połączeń, o współżyciu, o tym dlaczego to tak łączy.
Przemyśl to wszystko, stań w prawdzie przed sobą i Bogiem. Poczytaj o związkach kobiet z muzułamanami, poczytaj wypowiedzi na różnych forach. Popatrz jak to mogłoby wyglądać - wcale nie byłoby bezproblemowo i to musisz przyjąć do wiadomości. Wyjdziesz z tego, bo nie widzisz go, więc będzie łatwiej. O tym jak z tego wyjść pisałam w odp. nr: 80, 526, 653, 825. Życzę Ci dużo siły, polecam modlitwę. Pamiętaj, w życiu trzeba dokonywać wyborów słusznych a nie wygodnych.

  magda, 22 lat
1425
20.12.2006  
Szczęsc Boże. Już kiedys do pani pisałam(pyt.469, 607,1173). Piszę do pani poniważ zupełnie nie wiem już co mam zrobić żeby przestać kochać tego kleryka, o którym pani pisałam. On teraz przylecial z Rzymu do domu na święta. dopóki był w Rzymie wszystko było ok.Gdy tylko przyleciał(17 grudnia przyjmował posługę akolitatu), znowu wróciły dawne uczucia i to z taką siłą, jakiej jeszcze nie znałam. Nie ma minuty żebym o nim nie myślała. Ale nie to jest w tym wszystkim najgorsze. Chc ę z nim porozmawiać żeby raz na zawsze z tym skończyć ale obawiam sie że nie uda mi się spotkać bo sytuacja nieco się skomplikowała. Otóz moją, animatorkę(pisałam o niej w pytaniu 607) spotkała wielka tragedia-zmarła jej mama. Jest mi z tego powodu bardzo przykro. Problem polega na tym że on zajmuje sie tylko nią(ja to rozumiem, tez chcę jej jakoś pomóc), tylko że przez to ja nie mam jak się z nim spotkać i powiedzieć mu tego co mam mu do powiedzenia. Nie widuje go, nie pojawia się w kościele, choc zawsze to robił. Zaczynam sie martwić czy coś mu się nie stało. Jednym słowem-wariuję! Najgorsze w tym wszystkim jest to że drażni mnie ta ich przyjaźń, ale nie zniszczę tego, bo popełnilabym bardzo ciężki grzech. Po prostu strasznie mnie to boli, ten ból rozrywa mnie od środka. Ja już dłużej tego nie wytrzymam, to za dużo dla mnie. Co ja bym dała żeby to wszystko wyglądało inaczej........ Po prostu nie wyobrażam sobie że mogłoby go nie być w moim życiu. Po prostu nie przeżyłabym tego. z trudem pogodziłam sie z jego wyjazdem do Rzymu. Ja nie chcę tak życ! Dlaczego ten świat musi być taki okrutny? Czemu to musiało spotkać właśnie mnie? nie widze sensu takiego życia.........błagam o pomoc..................:((((((((((

* * * * *

Magda, ja zdecydowanie odradzam spotykanie się z nim w celu takiej poważnej rozmowy. To nie jest dobry pomysł! Widocznie Pan Bóg też chce Cię przed tym uchronić, skoro tak się okoliczności układają. Co zmieni taka rozmowa? Nic. Jedynie spowoduje jego wyrzuty sumienia i zerwanie kontaktów już całkowicie. Jeśli on sam nie wykazuje inicjatywy w Twoim kierunku to oszczędź mu tego: bo będzie miał kaca moralnego, że to wszystko jego wina. Wiem, że początkowo on też zachowywał się nie do końca w porządku wobec Ciebie, ale teraz chyba już nic takiego nie ma miejsca. Skoro on już przyjął te pierwsze święcenia to znaczy, że wyraźnie dąży do kapłaństwa. Tu wszystko jest jasne. Na pewno boli Cię to, że on kontaktuje się z animatorką, ale potraktuj to jako wyłącznie miłość bliźniego - bo tak jest. Unikaj kontaktu, masz nawet ułatwione zadanie, bo nie ma za bardzo na to czasu, a poza tym on niedługo wraca do Rzymu.
Polecam Ci ten artykuł: [zobacz] i życzę dużo siły i mądrości.

  Ewelina, 18 lat
1424
20.12.2006  
Czy po 3 latach związku może pojawić się przyzwyczajenie? Poznałam swojego chłopaka na Oazie i nie wiem co teraz się dzieje, od pewnego czasu się sypie... Po rekolekcjach pojawił się znajomy który też jest mną zainteresowany, szczerze to mnie też bardzo się podoba jego charakter i podejście do świata. Nigdy nie czułam czegoś takiego jak teraz, zastanawiam się czy to przyzwyczajenie, a może jakiś kryzys (trwajacy około 5 miesięcy), jak by to wyglądało po ślubie. Czym się kierować? Czy może poprosić kogoś o pomoc?

* * * * *

Przede wszystkim poczytaj odp. nr: 15, 906 oraz ten artykuł: [zobacz] o tym jakie fazy przechodzi związek i że miłość nie wygląda cały czas tak samo. Ja myślę, że to co Ty nazywasz przyzwyczajeniem jest po prostu końcem zakochania a początkiem miłości. Teraz od Was zależy czy przekształcicie Waszą relację w miłość, wymagającą pracy ale będącą tą prawdziwą czy się rozstaniecie i znów w poszukiwaniu zachwytu zwiążecie z kimś innym, by po kilku latach stwierdzić, że to chyba nie to, bo coś wygasło. To normalne, że wygasły emocje w Twoim związku. Natomiast to nie kryzys nastąpił tylko nowy etap. Pojawiły się natomiast pewne odczucia w odniesieniu do nowego chłopaka, bo taka jest naturalna kolej rzeczy. Po jakimś czasie one też opadną i znów będzie tak jak z Twoim chłopakiem. Musisz mieć świadomość co się dzieje i wybrać. Życzę słusznych decyzji.

  Artur, 28 lat
1423
19.12.2006  
dawno temu, będąc jeszcze w liceum poznałem dziewczynę i przez trzy i pół roku chodziliśmy ze sobą... potem po studniówce dziewczyna nagle zapragnęła łatwiejszego zycia i jej rozdzice, a także moi wtrącili się do naszego związku... Przez długi czas nie mogłem sie otrząsnąć z tego szoku ale jakoś dałem sobie radę... teraz jej mąż zmarł, a dziewczyna jest wdową od czterech tygodni... myślę więc o tym co zrobić? zaopiekować się nią i po roku wziąć z nią ślub, czy też darować sobie ten związek? ja ją kocham i to bardzo, ale mam mieszane uczucia... co robić??

* * * * *

No ale pytanie zasadnicze: skąd wiesz, że po roku weźmiesz z nią ślub? Skąd wiesz czy ona Cię pokocha? Czy będzie chciała w ogóle wyjść za mąż i to za Ciebie?
Oczywiście, jeśli chcesz jej pomóc to bardzo chwalebne, ale nie rób tego w założeniu, że ona odwzajemni Twoje uczucie. Przez ten czas w jej życiu wiele się zmieniło. Osobą, którą pokochała był jej mąż. Być może Twoja miłość do niej przez te lata tylko osłabła, a może teraz odżyła na nowo, ale weź pod uwagę, że u niej jest inaczej. Że ona była BARDZO mocno związana emocjonalnie, uczuciowo i pod każdym innym względem ze swoim mężem. To nie jest tak, że ona teraz po prostu będzie z Tobą chodzić. Naturalnie, ja wcale nie mówię, że ona Cię nie pokocha i że się z nią nie ożenisz, żebyś mnie źle nie zrozumiał. Natomiast musisz wziąć pod uwagę tą skomplikowaną sytuację. To, że nawet jeśli ona odwzajemni Twoją miłość to może trwać długo, że ona może potrzebować wiele czasu (może nie rok tylko 2, 3 lata?), że będzie przez jakiś czas wszystko porównywać do niego, że nie jest możliwe takie szybkie zapomnienie o nim. I to nie tylko o nim jako osobie, ale o tym jak RAZEM im było. Że będą miejsca, sytuacje, znajomi, które będą jej się kojarzyły jednoznacznie. Że będzie na wierzchu zdjęcie ślubne i że w najmniej spodziewanym momencie wybuchnie płaczem, bo coś jej się przypomni. I to wszystko już w ewentualnym związku z Tobą. I Ty nie będziesz miał prawa jej tego zakazać ani wypomnieć.
Nie piszesz czy ona ma dzieci. Jeśli tak sytuacja komplikuje się jeszcze bardziej.
Jeśli weźmiesz pod uwagę to wszystko i stwierdzisz, że jesteś tego świadom i jesteś na tyle silny, by dać jej oparcie i przyjąć ją z tym całym bagażem doświadczeń to pozostaje mi życzyć Wam z całego serca powodzenia. Ja tam chyba na Twoim miejscu bym zaryzykowała. Tylko pamiętaj, nie rób od razu takiego prostego założenia i prostego planu, bo możesz się rozczarować.

  Gosia, 21 lat
1422
18.12.2006  
Droga Redakcjo w sumie to nie wiem jak zacząć ale ponieważ ten problem trapi mnie juz od kilku miesiecy a w sumie to lat to chce sie tym podzielic! a wiec jestem studentka 3 roku na studiach poznalam fajnego chlopaka! na poczatku wiadomo zwykle zauroczenie rozmowy itp, ale pozniej zaczelo sie to przeradzac w cos wiecej! zaczal mnie zapraszac w rozne miejsca, oferowal jakies wyjscia spotkanie itp! nawet sie nie spostrzeglam kiedy wpadlam w to na dobre! z poczatku bylo milo tzn wspolne pogadanki wyjscia itp! zaczelismy sie coraz lepeij poznawac i spedzac ze soba mnostwo czasu!! ale jednoczesnie caly czas na stopie kolezenskiej! z czasem zaczal zachowywac sie wobec mnie bardziej otwarcie tzn przytulanie, dotykanie itp. ale nic wielkiego (do niczego nie doszlo nawet pocałunkow)ciagle tlumaczyl i wiecznie podkreslal ze tylko sie "kumplujemy" problem tylko w tym ze dla mnie dawno przestal to byc uklad kolezenski bo nie trkatuje tak kazdego z moich kolegow! tym bardziej ze wiecznie mnie pytal czy z kims sie spotykem czy kogos mam jak moi koledzy znajomi itp! i tak jest do chwili obecnej! poznalam go juz jednak lepiej i widze ze nie jest to chlopak dla mnie! my zyjemy w dwoch roznych swiatach! dla mnie wazne sa awrtosci takie jak wiara rodzina kosciol! a on? mowi ze wierzy ale do kosciola chodzi jak ma humor! rodziny zakladac nie chce bo po co? lepsze zycie na kocia lape bez zobowiazan! tak wiec zupelnie inne priorytety!! probowalam z nim gadac tlumaczyc mu ze tak nie warto ze fajny z niego chłopak a tak głupio mysli ale wtedy jedyne co słysze to fakt ze ja jstem dziwna to ja zyje w jakims innym swiecie i to ze mna jest cos nie tak!! bardzo to dla mnie przykre! tym bardziej ze sie zżylam z nim chyba juz za bardzo i kazde jego upokorzenie potrafie mu zapomniec!! on mowi ze nie wierzy w milosc zadne uczucia zwiazki itp! ale dlaczego tak mnie traktuje?!! to mnie boli bo czuje sie jak zabawka ktora on sie bawi!! jak ma humor to jest mily a jak nie to traktuje mnie okropnie! nie odzywa sie obraża itp! tak sie zachowuje człowiek dojrzały?? no ale zawsze mi wtedy mowi o co ci chodzi nic nas nie laczy!! nic do ciebie nie czuje! i tak wkolko a swoje robi nadal! w wakacje napisal mi ze sie chyba we mnie zakochal! ale jak probowalam znim pogadac to odpowiedzial ze to taki zart on nic nie czuje! potem zapytal czy go kocham!? na co ja zapytalam czym dla niego jest wogole milosc? ale on znowu na drugi dzien powiedzial ze to zart! tak tylko to napisał! ale mnie to nie bawi bo uczucia to chyba nie jest kwestia do zartów? ostatnio napisal tak tez jakiejs dziewczynie ona zapytala czy na serio i wogole? a on ze tak! po czym mowi mi ze on przeciez zartuje ona jest jakas niepowazna ze w to wierzy jest smieszna!! wtedy to sie załamałam! jak tak mozna!! jak mozna bawic sie tak ludzmi?jak mozna nimi tak manipulowac? ja juz go poznalam dobrze wiem ze nie ma latwego zycia w koncu wszystko wynosimy z domu!! a tam wieczny brak rodzicow! brak oparcia itd ale chyba takie traktowania nie mozna tolerowac? jest mi bardzo ciezko bo sie zżylam liczylam ze moze sie zmieni moze cos zrozumie? ale widze ze nie ma szans!! za kadym razem po kazdym spotkaniu z nim czuje sie okropnie! bo on mnie poprostu nie szanuje! prosze go zeby sie zachowywal kulturalnie i wogole a on?? moze i sie stara ale po chwili powie cos co mnie b.zaboli! i najgorsze ze nigdy nie powie przepraszam!!! on tego slowa poprostu nie zna!! a mnie to rani! nie wiem czy cos dla niego znacze?! nie wiem juz teraz nic! ale szkoda mi go bo mowi ze nie ma znajomych nie ma zkim pogadac i wogole ale jak moze kogos miec skoro tak wszystkich traktuje?! szczerze powiem ze jestem wykończona codziennie wracam i zastanawiam sie co znowu ja zrobilam zle bo zawsze kiedy jest ewidentnie jego wina ja biore to na siebie! nie umiem do niego nie zagadc nie zapytac jak minal dzien itp natomiast dla niego to norma nie przywitac sie, spoznic, nie odezwac ani slowem, obrazic, czy zrownac człowieka poprostu z ziemią!!! wiem ze musze sie od tego oderwac staram sie to dystansowac ale nie jest latwo kiedy jestem zimna on jest mily i mowi ze go olewam ze nim pomiatam itp ale za chwile znowu sie obraza a ja znowu cierpie!! wiem ze to toksyczny człowiek - moze specjalnie Bog postawil mi go na drodze zeby cos mu pokazac? zeby cos sie nauczyl? tylko czemu ja przy tym tak cierpie? nie raz juz plakalam przez niego bo tak mnie upokoryzl ze nie moglam znalezc sobie miejsca! ale on zawsze wtedy mowi nie wyolbrzymiaj sprawy miedzy nami nic nie ma o co ci chodzi itd! teraz to juz nawet nie ma mozliwosci zeby cos miedzy nami bylo! wiem to ale dojscie do tego kosztowalo mnie mnostwo lez wysilku i zalamania! problem tylko jest ze go widze! i musze z nim jakos funkcjonowac! chce sie oderwac nie cche juz zyc jego zyciem przezywac tego wszystkiego itd ale nie mam na to sily!! kompletnie sobie z tym nie radze!! jestem za wrazliwa na ten typ!!! za delikatna na jego krzywdzace slowa! a on?? czy on naprawde nie ma zadnych uczuc? jestem dla niego nikim? to p oco to wszystko?? po co??? ciagle jest zazdrosny, zly i pyta co u mnie(prywatnie) ale zaraz potem mowi ze nic nas przeciez nie laczy wiec po co te gadki?!! pomozcie mi prosze odnalezc sie w tej sytuacji!! jakos sie zdystansowac! bo sama nie daje juz rady!!! z gory dziekuje za odpowiedz! pozdrawiam

* * * * *

Gosiu! Fakty są takie, że Ty cierpisz a on nic sobie z tego nie robi. Ty się do niego przywiązałaś, zależy Ci na nim, natomiast on nie dorósł jeszcze do wzajemności, do miłości. Sam wprost mówi Ci, że Cię nie kocha, że nic go z Tobą nie łączy. Wiem, że Ciebie to rani, ale uwierz mi, wbrew pozorom to nie najgorsza sytuacja. Dużo gorzej by było gdyby on się zachowywał tak jak się zachowuje, a zapewniał, że Cię kocha, dawał Ci złudną nadzieję. Wtedy faktycznie tkwiłabyś w bardzo toksycznym związku. Teraz natomiast mimo, że Cię to bardzo boli powinnaś zdystansować się od tego co on robi. Powinnaś po części zastosować jego metody. Jeśli się nie odzywa to Ty też się nie odzywaj. Nie uśmiechaj się na jego widok, nie inicjuj rozmowy, nie pytaj co słychać. Niech zobaczy, że nie jest pępkiem świata, że nie tylko on może mieć humory czy zły nastrój, że nie tylko jego uczucia i zachcianki się liczą. Jeśli on Cię nie szanuje, jeśli tak okrutnie potrafił z Ciebie zażartować to bądź ponad tym. Pokaż, że jest Ci obojętny. Że nie przejmujesz się nim. Że jesteś warta tego, by ktoś pokochał Cię naprawdę. Nie stroń od spotkań z ludźmi, bądź otwarta na propozycje także innych chłopaków. Daj się zapraszać na kawę.
Gosiu, prawda jest taka (i Ty o tym dobrze wiesz)., że nie da się zbudować z nim żadnego związku. A zatem to wszystko co Ty z siebie dajesz nie spotyka się z wzajemnością. Mało tego: nie jest doceniane. Nie można jedynie dawać, bo szybko popada się we frustrację i rozgoryczenie. Jakikolwiek związek, nie tylko miłość, ale i zwykła znajomość musi opierać się na wzajemności: na dawaniu ale i na otrzymywaniu, bez tego nie można mówić o relacji.
Widzisz, masz rację, że część rzeczy wynosi się z domu i wiele zależy od wychowania. Ale nie wszystko. Każady człowiek ma swój rozum. Pewne wpływy rodziny pochodzenia wyciskają piętno na charakterze, ale człowiek potrafi sterować swoim zachowaniem, potrafi nad sobą pracować. Nie można wszystkiego "zwalać" na rodziców. Gdyby tak było dzieci alkoholików zawsze byłyby degenaratami, a dzieci naukowców geniuszami. Życie pokazuje, że tak nie jest. Wiele osób wychowywanych w domach dziecka, w rodzinach patologicznych potrafi tworzyć piękne rodziny, piękne związki. Oczywiście jest im dużo trudniej, to prawda. Ale jest to możliwe.
Ty jako człowiek i jako kobieta masz swoją godność. Nie możesz pozwalać, by ktoś Cię poniżał, by traktował Cię jak rzecz, by się Tobą bawił. Godząc się na taką rolę nie wzbudzasz u niego szacunku, a jedynie utwierdzasz go w przekonaniu, że może postępować jak mu się podoba. Jeśli się przełamiesz, jeśli będziesz twarda, jeśli zaczniesz szanować siebie i wymagać tego szacunku od niego zobaczysz w jego oczach najpierw zdziwienie a potem podziw. Spróbuj a przekonasz się.
Wiesz dlaczego pyta Cię czy kogoś masz? Bo chce Cię mieć na wyłączność, chce Cię mieć. Chce byś była "pod ręką", jak on będzie tego potrzebował. To brutalne, ale chce byś była takim "śmietnikiem emocjonalnym" - kimś przed kim można wyrzucić z siebie wszystkie złości i żale i kto wszystko przyjmie. Ale kogo się nie szanuje.
Jeśli musisz z jakichś względów się z nim widywać to ogranicz kontakty do tych oficjalnych, nie szukaj ich specjalnie, nie dzwoń, nie wysyłaj sms-ów. Odsuń się od niego tak by to odczuł. Nie martw się, on przeżyje. Da sobie radę doskonale bez Ciebie. Nie skrzywdzisz go tym, wręcz przeciwnie - wyświadczysz mu przysługę - pozwolisz mu dostrzec coś więcej prócz samego siebie, pozwolisz mu dojrzeć, pokażesz mu, że nie można nikim pomiatać i traktować instrumentalnie. To będzie Cię na początku bolało, ale zobaczysz jak szybko odżyjesz. Jak rozkwitniesz myśląc także o sobie, a nie zastanawiając się co on sobie pomyśli i czego on pragnie. Przestań wpędzać się w poczucie winy. Jesteś wartościową kobieta zasługującą na miłość. Prawdziwą i wzajemną. I takiej wymagaj. Nie marnuj energii na kogoś kto Cię nie kocha, nie spalaj się w tym niezdrowym układzie, bo to Ci grozi nerwicą. Zacznij oddychać pełną piersią, zacznij żyć. Będzie dobrze. Jesteś w stanie sobie z tym poradzić, tylko rób pomału małe kroczki. Powodzenia!

  Martyna, 25 lat
1421
18.12.2006  
Witam Jestem ze swoim chłopakiem już 4 lata a znamy się od szkoły podstawowej. Bardzo lubię stronę adonai i często ją czytam zastanawiałam się czy napisać o swoim problemie czy też nie, gdyż może o takich problemach piszą nastolatki, ale cóż. Między nami układa sie super, ja nie chcę nalegać na ślub bo to chyba nie w gestii kobiet, ale on unika tego tematu jak tylko może. Nie wiem o co chodzi iczego może się bać rzecież kochamy się i słowo miłość nie jest nam obce. Proszę o radę co mam robić i czy to jest normalne takie zachowanie z jego strony?

* * * * *

Nie tylko nastolatki tu piszą :) Owszem, jest ich większość, bo chyba w tym wieku najtrudniej samemu znaleźć odpowiedź na trudne pytania, ale zapraszamy wszystkich!
Co do twojego problemu: na początek polecam lekturę odp. nr 630. Tak jak tam pisałam - być może on nie czuje się po prostu jeszcze gotowy zapewnić np. odpowiednie środki finansowe, być może jeszcze nie skończyliście studiów, nie macie gdzie mieszkać itp. Może boi się, że gdyby zaraz urodziło się dziecko nie mielibyście się z czego utrzymać? Może ma uraz do instytucji małżeństwa jako takiego? Widzisz, tak naprawdę musisz - zważywszy na to, że już długo ze sobą jesteście - zapytać go wprost czego on się boi? Czy chodzi o jakiś wymiar relacji między Wami czy o czynniki finansowe? No bo na pewno coś powoduje jego strach. Chyba, że jest tak, że on planuje zrobić Ci niespodziankę i oświadczyć się np. w jakąś rocznicę znajomości lub na jakimś wyjeździe? Wtedy faktycznie może nie chcieć na ten temat rozmawiać, żeby nie psuć efektu. Zapytaj go czy w ogóle myśli o Was jako o małżeństwie, w jakiej perspektywie i co mu przeszkadza w podjęciu decyzji. Musicie szczerze ze sobą pogadać, bo nasze domysły mogą być nietrafione. Generalnie faktycznie z inicjatywą powinien wyjść mężczyzna, ale w takiej sytuacji jak ta Ty możesz być stroną inicjującą rozmowę. Naturalnie rozmowę a nie oświadczyny. No i polecam te rekolekcje o których pisałam w polecanym wcześniej pytaniu. Powodzenia!

  Urszula, 23 lat
1420
18.12.2006  
Witam! Często zaglądam na tą stronę i uważnie czytam pojawiające się tu pytania i odpowiedzi. Zwracam przy tym szczególną uwagę na listy osób samotnych, ponieważ ja również do nich należę. Nigdy nie byłam w żadnym związku i powoli tracę nadzieję, że kiedyś się to zmieni. (Absolutnie nie czuję powołania do życia w samotności; chciałabym wyjść za mąż i założyć rodzinę). Pani odpowiedzi są w takich przypadkach zawsze krzepiące i to podnosi mnie na duchu. Chciałabym jednak dowiedzieć się, skąd czerpie Pani przekonanie, że każdego w swoim czasie czeka szansa na odwzajemnioną miłość? Proszę mnie nie zrozumieć źle- nie próbuję tu krytykować Pani punktu widzenia, przeciwnie- chciałabym go podzielać i uwierzyć, że mi również przeznaczone jest w przyszłości odwzajemnione uczucie. Do tego potrzebne mi jednak poznanie podstaw tego przekonania. Dziękuję za odpowiedź.

* * * * *

To przekonanie czerpię z tego, że Bóg ma dla nas różne, zmierzające ku naszemu zbawieniu i szczęściu (również tu na ziemi) propozycje. Nie plan - taki sztywny, nie przeznaczenie (o tym pisałam w odp. nr 58, 86) tylko różne propozycje. I my się na nie godzimy lub nie. Nasz wybór może być na "tak" lub na "nie". Jeśli jest na "nie", bo rozeznaliśmy, że to nie ta droga, nie ten człowiek i szukamy dalej to Bóg nie zostawia nas samych tylko proponuje co innego. To nie jest tak, że jest jedyna słuszna droga i jeśli jej nie wybierzemy to będziemy do końca życia nieszczęśliwi, bo nie wypełniliśmy woli Bożej. Bóg nie jest złośliwy. Ma wzgląd na nasz rozwój, na naszą świadomość, dpojrzałość i potrafi tak pokierować okolicznościami, że ze złego wyboru wyprowadzi dobro a niewykorzystaną okazję pokaże w innym świetle.
Oczywiście, że bywa tak, że niektórzy zostają sami. Tak jak pisałam - nikt nie jest jednak powołany do życia dla siebie. Albo zatem zakłada rodzinę, albo realizuje się w kapłaństwie lub zakonie albo jest sam i jest szczęśliwy, bo: był to jego wybór (naukowcy, społecznicy realizujący się w działaniu dla dobra innych w dziedzinie nauki lub innej działalności) lub z innych względów został sam. I teraz trzeba się przyjrzeć ta ostaniej grupie. Czy dany człowiek jest sam bo za bardzo wybiera w tych Bożych propozycjach (np. na ogromne wymagania co do drugiej osoby i nikt ich nie spełnia, mimo, że już wiele osób w życiu spotkał) czy z żadnej propozycji nie skorzystał, bo nie wierzy we własne siły, bo ma poczucie niskiej wartości, bo jest tak nieśmiały, bo nie wierzy, że mu się uda, bo ma negatywny obraz małżeństwa dookoła i się zraził). Czy po prostu jeszcze nie spotkał właściwej osoby lub nie zgadza się na inne dane mu powołanie. Oczywiście jest jeszcze taka grupa osób, która i za bardzo nie wybiera i szuka czynnie i jakoś nie wychodzi. Takie osoby mają już trzydzieści, czterdzieści lat i nadal nic. Co robić w takiej sytuacji? Naturalnie szukać nadal, być otwartym na różne propozycje, szukać przez internet (polecam: [zobacz]). No i modlić się. Nie tylko o żonę czy męża ale też o pokój, o odnalezienie tej drogi, o to, by - jeśli to nie w małżeństwie bylibyśmy szczęśliwi, nie w tym moglibyśmy się najbardziej zrealizować - Bóg dał nam inne propozycje i pozwolił odnaleźć cel, coś czemu moglibyśmy się poświęcić i czuć się w tym spełnieni i szczęśliwi. Bo owocem dobrego wyboru jest pokój w sercu. O to, by pragnienie miłości, które jest w nas znalazło ujście i spełnienie w rozmiłowaniu się w Bogu i ludziach i to takim - byśmy nie tęsknili do miłości tylko oblubieńczej. O tym, że jest to możliwe świadczy miłość osób konsekrowanych i tych, którzy dokonali wyboru takiego życia lub zgodzili się na nie przyjmując Boże propozycje bycia miłością dla wielu. Zakładając zatem, że Bóg nas kocha, chce naszego dobra i daje nam określone powołanie musimy mieć pewność, że nie zostawi nas samych sobie i że da nam to co nam najbardziej do zbawienia i działania dla siebie i innych tu na ziemi będzie najlepsze.
Mówię to wszystko opierając się na własnym doświadczeniu, bo też długo byłam sama a męża dopiero poznałam w wieku 27 lat. Niejednokrotnie wydawało mi się, że nikogo już nie poznam. Dobrze widać dopiero z perspektywy. I dlatego z perpektywy lat widzę dlaczego tak się stało, po co był mi potrzebny ten czas samotności i wiem, że Bóg wybiera czas najlepszy - nawet jeśli nam się on taki nie wydaje.
Droga Urszulo! Módl się, mów Bogu o swoich pragnieniach. On to wszystko widzi, zna Twoje tęsknoty i chce Twojego dobra. Otwieraj swoje serce i oczy na to co Ci daje. I nie zakładaj, że musisz pokochać od razu - ja wiem, to trudne, ale uwierz, że będzie to czas najlepszy. A to czekanie wykorzystaj na coś na co brakłoby Ci czasu jakbyś już była w związku. Powodzenia!

  Wiolcia, 16 lat
1419
17.12.2006  
Czy miłość naprawdę istnieje?? I czemu ludzie nie potrafią kochać??

* * * * *

Miłość istnieje. Ludzie potrafią kochać. Może nie wszyscy, bo do miłości - jak do wszystkiego w życiu - trzeba dojrzeć. Miłość to nie zakochanie, to nie ulotne uczucie, to postawa. Więcej na ten temat w tym artykule: [zobacz]

  Marta, 15 lat
1418
17.12.2006  
Witam Zrozumiem jeśli moje pytanie nie zostanie opublikowane jednakże chciałabym spróbować. Może to, o co chce zapytać wyda się błahe dla mnie stanowi jakąś nieopisaną wartość. Około półtora roku temu poznałam chłopaka. Jest 5 lat starszy ode mnie. Kontaktujemy się jedynie sms-ami. Podczas tegorocznych wakacji widziałam go kilka razy, ale jakoś nie miałam odwagi do niego podejśc. To chyba ze wzgledu na to, że był z grupą znajomych. Świetnie się z nim dogaduję, jest jedynym człowiekiem, któremu naprawdę ufam. Mimo tego, że rozmawiałam z nim tylko raz. I on i ja uważamy się za przyjaciół, naprawdę dobrych. Jak sie nie odzywa mam wrażenie, że o mnie zapomniał, że nie jestem dla niego ważna. Jednak w głębi duszy wiem, jak bardzo jesteśmy ze sobą związani. Tylko czy taka znajomość oparta tylko na smsach ma jakiś sens...? wiem, że przyjaźń to więź, która łączy ludzi. Nie potrzebuje nazwy, bo nie nazewnictwo jest ważne. Nie wiem jak sformułować to pytanie... Miałabym nadzieję, że ktoś zrozumiał tę sytuację "bez tłumaczeń" tak jak to jest w przyjaźni...

* * * * *

Na pewno każda znajomość, a już szczególnie przyjaźń nie może opierać się tylko na sms-ach. Każda relacja potrzebuje kontaktu, potrzebuje bliskości, realnej obecności. Żeby kogoś poznać trzeba z nim rozmawiać. Około 65 % przekazu informacji to mowa niewerbalna: gesty, mimika, nastrój, ton głosu. Tego wszystkiego nie widać podczas wirtualnej rozmowy. Oczywiście może być tak, że poczułaś, że to jest bratnia dusza: wnioskujesz to po treści sms-ów i tematach na jakie rozmawiacie. Jednak to nie jest jeszcze przyjaźń. Zastanawia mnie też skąd wiesz, że on też uważa Cię za przyjaciółkę i jest z Tobą związany? Czy powiedział Ci to wprost? Jeśli tak to czemu nie utrzymuje z Tobą głębszego kontaktu? Obawiam się, że może być tak, że on uważa Cię za znajomą - po prostu, natomiast Ty czujesz się z nim bardziej związana niż on z Tobą. To trochę niebezpieczne, bo stąd tylko krok do nieodwzajemnionej miłości. Dlatego by przekonać się jaki ta relacja ma charakter lub ją pogłębić proponuję większy kontakt: może najpierw mailowy, a potem osobisty. Jak go nawiązać poczytaj w odp. nr: 3, 30, 37, 134, 411, 912. Powodzenia!

  Kasieka, 11 lat
1417
15.12.2006  
Wiem, że takie pytanie już było, ale to się trochę różni. Dlaczego nie mam chłopaka, jak w mojej klasie Jestem jedyną, która nie ma chłopaka. Jestem na to gotowa, chociarz by na przyjaźń z płcią przeciwną. Niby jest taki chłopak, co wszyscy mówią, że mnie lubi, i nawet on sam to mi powiedział, ale zachowuje się wobec mnie dziwnie, mimo to. Cały czas mnie krytykuje, czepia się wszystiego itp. Mam już tego wszystkiego dość. Jestem tylko ciekawa, dlaczego ja zostałam? Dobrze się uczę, nie jestem taka brzydka... Chciałam się jeszcze zapytać o to, czy długie nogi, kręcenie tyłkiem i duży biust dają jakiesz szanse u chłpaków w tym wieku. Z tego co eidzę, to chyba tak, bo nja tego nie robię a nie mam chłopaka. Według mnie to poniżanie się, ale jesli działa... Nie chcę mieć chłopaka tylko dla "szpanu" ale po to, alby mieć przyjaciela. Co mam robić? Może przstac się przjmować? To będzie trudne.

* * * * *

Coś mi się nie chce wierzyć, że w Twojej klasie WSZYSCY mają chłopaka - to po pierwsze. A po drugie: że w tym wieku ma się już duży biust.
Ale do rzeczy. O tym dlaczego nie masz jeszcze chłopaka poczytaj w odp. nr 461. Związek z drugą osobą, miłość nie ma być własnie - jak piszesz "dla szpanu" - tylko ma być pragnieniem dobra dla drugiego, dopingowaniem go do działania. Jeśli zatem większość Twoich koleżanek ma chłopaka spytaj ich o motywy, o to jak rozumieją miłość. Jak ja ją rozumiem podpowiem Ci w tym artykule: [zobacz]. Co do wyglądu zewnętrznego. Rzeczywiście, w pewnym wieku (ale chyba trochę starszym niż Twój) chłopcy zwracają przede wszystkim uwagę na wygląd. Tylko widzisz, zwracanie uwagi nie jest miłością. O tym pisałam w odp. nr 1153.
Na koniec: módl się o dobrego chłopaka. Bóg wie na ile kto jest dojrzały, na ile będzie potrafił odnaleźć się w związku tak, by nie poranić siebie i drugiej osoby. I wygląd nie ma tu nic do rzeczy. Bardzo prawdopodobne, że Twój przyszły chłopak jeszcze do związku dojrzewa i dlatego nie spotakaliście się jeszcze. Jeśli chcesz by to nastąpiło módl się o jego rozwój.
Widzisz, wiele zależy od tego czego się pragnie. Jeśli pragniesz miłoścoi - to na nią czekasz, jeśli Twoje koleżanki chcą mieć chłopaka dla samego "chodzenia" to nie zwracają uwagę na więź, na uczucia - te prawdziwe. Wystarcza im namiastka. O tym, że tak jest świadczy choć czas takiego chodzenia ze sobą. Chyba długi on nie jest, prawda?

  Alicja, 20 lat
1416
14.12.2006  
Co zrobić, gdy nie mozna być z tą osobą ,którą się lubi. Tyle ciepła od Niego czuje,jest dla mnie jak brat. Powierzyłam mu największe sekrety.Czuje się bardzo od Niego uzaleniona. Nie moge sobie z tym poradzić. On jest księdzem. Za bardzo ostatnio zblizyliśmy się do siebie ,tak że popełniliśmy błąd.Od tej pory się omijamy.Czuję się strasznie.Straciłam najlepszego przyjaciela i jestem zagubiona. Proszę pomóżcie mi!!!!

* * * * *

Polecam ten artykuł: [zobacz]. To trudne gdy nie możemy być z kimś z kim chcemy być - ale możliwe. Przede wszystkim nie wiń się za uczucia, ale nie rób nic co byłoby dążeniem do ucieleśnienia tej relacji. Pamiętaj: "Nie jesteśmy odpowiedzialni za nasze uczucia ale za to, co z nimi zrobimy". Życzę Ci słusznych wyborów, dużo siły i mądrości. A o tym jak zapomnieć, jak sobie radzić z tym uczuciem przeczytaj w odp. nr: 80, 526, 653, 825.

  Magda, 16 lat
1415
14.12.2006  
Ja mam kilka pytan, oczywiscie jesli moge?
Po przezyciach w gimnazjum bardzo sie zmienilam. Nie potrafie ufać ludziom.. boje sie poznawać nowe osoby, powiedziec im cokolwiek na swoj temat. Teraz jestem w 1 klasie liceum. Poznalam bardzo fajnego chlopaka.. gra na gitarze w kosciele, zreszta tak jak ja.. ma szacunek dla ludzi. Dla mnie sa wazne wlasnie takie cechy jakie posiada.. wiem ze to nie jest jeszcze milosc bo znamy sie zbyt krotko.. ale coś bliskie temu slowu. niestety zawsze jak z nim rozmawiam mam wrazenie ze nie jestem soba.. cos wewnatrz sie dzieje ze nie potrafie wydobyc zadnego slowa.. naogol jestem osoba nieśmiala ale w tym momencie tak jakos szczegolnie. Pozatym jest też inna kolezanka wydaje mi sie rownież madra osba, no i wlasnie .. chyba sie spoznilam... ona jest odwazna.. a ja? co zrobić czy moge jeszzce coś zmienić?
Pozatym czasem sie zastanawiam czy ja wogole kiedyś spotkam osobe ktora zwroci na mnie uwagE? cy moze moim przeznaczeniem jest zostac samemu do konca zycia? chcialabym pomogać ludziom i poswiecic sie Bogu ale niechce isc do zakonu... w jaki inny sposb moge to zrobic?
Przeraza mnie fakt jak zachowuja sie gimnazjalisci przeciez to jest nie do opisania. przewraca sie staruszka w kosciele a oni zamiast jej pomoc beszczelnie sie smieja!!! jak na nich wplynac? ja nie moge sie na to patrzec!:(

dziekuje za odpowiedz...


* * * * *

To, że Twoja nieśmiałość zwiększa się w obecności tego chłopaka jest czymś normalnym. Jeśli na czym nam zależy to reagujemy stresem. Przypomnij sobie jak czujesz się np. na egzaminie, podczas publicznych wystąpień itp. Zawsze towarzyszą nam wtedy nerwy, prawda? Tak samo jest w przypadku osoby, która nam się podoba. Nieraz stres jest tak silny, że zamiast pokazać się z dobrej strony dzieje się wręcz odwrotnie. "Zatyka" nas, nie wiemy co powiedzieć, jąkamy się, czerwienimy i ogólnie jesteśmy mocno zmieszani. Nie ma prostej metody, by się tego pozbyć, bo nie możemy nagle wyrzucić z serca i umysłu uczuć i emocji. Musimy pogodzić się z tym, że jesteśmy zdenerwowani - i mimo wszystko próbować. Te wszystkie nieprzyjemne reakcje będą mijać z czasem, w miarę "oswajania się" z sytuacją czy osobą. W Twoim przypadku też tak będzie. Im bardziej będziesz się przełamywać, im częściej będziesz z nim rozmawiać tym bardziej stres będzie "odpuszczał" a Ty będziesz się bardziej swobodnie czuła. Co do tej koleżanki: a jak reaguje na nią ten chłopak? Jeśli ona mu się podoba to przykra sprawa ale chyba trzeba będzie dać spokój. Jeśli nie to fakt, że ona jest odważniejsza nie przesądza sprawy, bo chłopak przecież kieruje się swoimi upodobaniami i sympatią i to jest niezależne od tego kto jest szybszy. Tu nie działa zasada "kto pierwszy ten lepszy".
Co do osoby która się Tobą zainteresuje: tak, spotkasz taką soobę, ale tylko Bóg wie kiedy będziesz na tyle gotowa by postawić ją na Twojej drodze. Absolutnie nie ma czegoś takiego jak przeznaczenie (a tym bardziej przeznaczenie do samotności) - pisałam o tym w odp. nr: 58, 86. Myślę, że wiele nieszczęśliwych samotnych kobiet mogłoby dziś cieszyć się bliskością drugiego człowieka gdyby nie uwierzyły (lub nie wmówiono im), że może mają takie powołanie. Nie ma takiego powołania, w którym człowiek byłby skazany na bycie samemu. I nawet jeśli niektóre osoby nie znajdują drugiej połówki to albo powinien to być wolny wybór albo powinny poprzez modlitwę odnaleźć jakiś cel, któremu mogłyby się poświęcić. Człowiek nie jest stworzony sam dla siebie. Ja wiem, że zaraz odezwą się głosy, że ktoś chce znaleźć drugą osobę i nie znajduje i pewnie Bóg tak chce. Jeśli Bóg nawet tak chce (a Bóg nie jest złośliwy i nie chce niczyjego cierpienia) to zawsze daje komuś szanse i możliwości spełnienia się w czymś innym niż małżeństwo: zakon, instytut świecki lub inna działalność. Ale nigdy Bóg nie chce, by ktoś żył tylko dla siebie w swoich czterech kątach i do końca życia rozpamiętywał swoje nieszczęście. Czasem trzeba zrobić jakiś krok do ludzi, poszukać nawet w internecie (polecam: [zobacz]), czasem podziałać przy parafii, pojechać gdzieś. I modlić się oczywiście. Ale nie wolno dać sobie wmówić, że jest się do tego przeznaczonym. Natomiast zakon nie może być antidotum na samotność czy złamane serce. Jeśli nie chcesz iść do zakonu to nie idź. Kategorycznie. Jakby Cię Bóg powołał to byś chciała iść. A jak masz wątpliwości to pojedź na rekolekcje powołaniowe lub na weekend do sióstr, przypatrz się ich życiu. Zresztą nowicjat szybko weryfikuje motywy dla których ktoś się tam znalazł.
Co do trzeciego pytania. No, odradzałabym bezpośrednie umoralnianie, bo pewnie potraktują Cię gorzej niż tą staruszkę. Można samemu pomóc kobiecie wstać i ewentualnie powiedzieć, że oni też będą kiedyś starzy. A w zasadzie powinna to powiedzieć ta kobieta, bo w Twoich ustach będzie to niezbyt wiarygodne.

  Słonecznik, 21 lat
1414
14.12.2006  
Czy związek z dużo starszym mężczyzną ma szansę na przetrwanie?Czy wiek jest aż tak ważny?Maciek ma 34 lata,jest kawalerem,ja mam 21 i 15 miesięczną córeczkę.Natalka traktowana jest przez Maćka jak własne dziecko co jest wspaniałe i bardzo ułatwia moją i jego relację.Jesteśmy razem ponad 4 miesiące,znamy się prawie 1,5 roku.Oboje jesteśmy osobami wierzącymi.Coraz częsciej zastanawiam się nad naszą przyszloscia i nad tym,czy partner starszy o wiecej niz rok,dwa,piec moze byc tym jednym jedynym?Czy to nie runie wlasnie przez to,ze urodzilismy sie w takim odstepie czasu? Tate Natalki bardzo kochalam,choc nie wiem czy to słowo jest własciwe.Zostawil mnie dwukrotnie,probowalismy stworzyc malenstwu dom,ale nam nie wyszlo.Czuje ze juz nigdy nikogo az tak nie pokocham,czy w zwiazku z tym powinnam jeszcze z kims byc,wiedzac ze moje serce po czesci nalezy do ojca mojego dziecka?Maciek jest cudowny,wspanialy,ale troche brakuje mi mlodosci drugiej osoby,wiekszej spontanicznosci..Czy czlowiek tak mlody jak ja ma szanse stworzyc cos silnego i niepowtarzalnego z mezczyzna starszym o te 13 lat?

* * * * *

O różnicy wieku pisałam w odp. nr: 8, 28, 87, 310, 916, 1253. Taki związek może być jak najbardziej udany, tyle tylko, że należy mieć świadomość pewnych różnic, choćby takich o jakich piszesz - np. brak tej spontaniczności itp.
Co do drugiego pytania. Nie wiem jaki charakter miała Twoja relacja z ojcem dziecka? Byłaś/jesteś jego żoną, dziewczyną? Jeśli mieliście ślub nie będę Ci nic doradzać w kwestii ponownego związku, bo to jest strona katolicka. Wiążąc się z kimś kto nie jest Twoim mężem narażasz zatem na grzech i siebie i tego człowieka.
Jeśli ta sytuacja Cię nie dotyczy sytuacja jest złożona. Przede wszystkim musisz być uczciwa i to zarówno w stosunku do Maćka jak i do siebie no i ojca dziecka. Jeśli czujesz się (jeszcze) na tyle z nim związana, że - jak sama piszesz - "czuje ze juz nigdy nikogo az tak nie pokocham" to nie wiąż się z Maćkiem. Relacja dwojga ludzi musi być wyłączna, nie może to być trójkąt. Nie może być tak, że Maciek stanie się opiekunem Twoim i dziecka a Ty myślami będziesz z kimś innym, bo to będzie po prostu duchowa zdrada w stosunku do Maćka. Jeśli zaś rany po rozstaniu są na tyle świeże, że Tobie wydaje się, że nikogo tak nie pokochasz daj sobie czas. Musisz mieć wolne serce wiążąc się z kimś innym. Musisz czuć, że właśnie ta osoba jest Twoją drugą połówką. Że z nim chcesz przeżyć resztę życia. Z tego co piszesz Maciek akceptuje dziecko i Ciebie z dzieckiem. To bardzo dobrze, ale nie może to być czynnik decydujący. Nie możesz ulec pokusie związania się z nim właśnie ze względu na to. Nie może w Twojej podświadomości tkwić myśl, że to Twoja "szansa", bo może nikt już Was nie zaakceptuje. Musisz chcieć być jego żoną, a nie przyjaciółką, siostrą itp. Tylko i wyłącznie żoną. Rozumiem, że z ojcem dziecka zawsze będziesz miała kontakt, ale nie może to być kontakt oparty na miłości. Możecie być przyjaciółmi (choć zawsze mam w takich wypadkach wątpliwości czy to możliwe), znajomymi. Musicie nie czuć do siebie urazy, ale nie możecie się kochać. Inaczej związek z Maćkiem będzie kłamstwem i nieuczciwością w stosunku do niego.
Przemyśl to wszystko na spokojnie. Przede wszystkim ustalcie czy Maciek chce się z Tobą ożenić i jaki będzie rodzaj jego więzi z dzieckiem. Czyje ono ma teraz nazwisko? Czy ojciec dziecka go uznał czy Maciek chce/może podjąć jakieś kroki zmierzające do uznania go jako własne dziecko? W jakiej perspektywie byłby możliwy ślub? Czy - gdybyście mieli wspólne dzieci - wszystkie będą przez niego tak samo traktowane? Czy Maciek pociąga Cię także fizycznie, duchowo czy jest tylko bardzo dobrym przyjacielem? Czy czujesz się gotowa na nowy związek? Jaki ma stosunek Maciek do ojca dziecka?
Jesteście razem dopiero 4 miesiace, to króciutko. Nie spieszcie się. Poznajcie się jak najlepiej, by decyzja była wolna i słuszna. Zastanów się czy naprawdę masz wolne serce. A może z ojcem Natalki nie zrobiliście jeszcze wszystkiego co można? Oczywiście ja nie namawiam Cię do małżeństwa z nim jeśli miałoby to być małżeństwo nieudane. Dziecko nie jest powodem do brania ślubu. Pomyśl, porozmawiaj z jakimś księdzem, porozmawiaj z Maćkiem, przemódl to wszystko. To poważna decyzja - na całe życie. Postaraj się by była jak najsłuszniejsza. Z Bogiem!

  Karolina, 16 lat
1413
13.12.2006  
Od pewnego czasu podoba mi się pewien chłopak.Ta sytuacja jest dziwna bo właściwie nie rozmawiamy ze sobą. Wiele razy słyszałam, że powinnam coś zrobić ale boję się ponownie zaryzykować.Podkreślam ponownie bo już raz zdarzyło mi się zrobić pierwszy krok ale nic z tego nie wyszło i bardzo mnie to bolało. Tym razem chciałam zachować więcej ostrożności i poczekać na to co przyniesie los ale z drugiej strony to czekanie jest bardzo męczące i po części wyniszczające.Za każdym razem gdy go widzę czuję się jak w siódmym niebie. Tęsknię po dłuższych nieobecnościach i jestem zazdrosna.Nie nazwę tego miłością, nie powiem, że go kocham ale jestem pewna, że odgrywa on ważną rolę w moim życiu. Nie wiem czy dać sobie spokój i zapomnieć czy brnąć w to dalej? Kiedy się modle to proszę Boga o to żeby zesłał mi jakikolwiek znak ale albo ja ich nie widze albo ich nie ma...Czy mam prawo prosić o to by ta osoba mnie pokochała?...

* * * * *

Masz prawo prosić (pisałam o tym w odp. nr 88, 156, 1108). Ale musisz liczyć się z tym, że niekoniecznie będzie to dla Ciebie dobre. Bóg, który zna nas najlepiej wie co dla nas dobre, bo widzi w szerszej perpektywie. Rozumiem, że już raz sparzyłaś się w stosunku do tego chłopaka, a nie w ogóle? Być może podziałałaś zbyt szybko, zbyt śmiało, nie wiem. Jeśli on naprawdę Ci się podoba to spróbuj jeszcze raz (o tym jak pisałam w odp. nr: 3, 30, 37, 134, 411, 912). Jeśli on nie wykaże zainteresowania to trudno, ale może tym razem się uda? Powodzenia!

  Agata, 17 lat
1412
13.12.2006  
Mojego chłopaka poznałam 2 lata temu, jesteśmy razem od pół roku.Jego była dziewczyna zerwała z nim dla innego,jednak postanowiła do niego wrócić ale on już związał się ze mną. Wiem że z jej powodu bardzo cierpiał,miał wewnętrzny dylemat ale trzymał się tego że zostanie ze mną.Postanowiłam się przyjrzeć tej sytuacji z bliska, akurat była taka okazja... pojechałam na rekolekcje dla ksmu, musiałam poznać tą dziewczynę.Chciałam zobaczyć jak wyglądają ich relacje.Oni nadal się kochali.Widziałam ich przytulonych do siebie mimo to On ciągle mi powtarzał "kocham cię,chce być tylko z tobą". Wiedziałam że muszę walczyć,powiedziałam żeby wybierał ,zaufałam mu, mieliśmy robić wszystko żeby nie zepsuć tego co jest między nami.Mijały miesiące,oni utrzymywali ze sobą przyjacielski kontakt nie miałam nic przeciwko jeżeli ich relacje miały się opierać na przyjaźni.Całkiem niedawno wysłał do mnie smsa jak się później okazało przez pomyłkę "kocham cię madziu śpij dobrze"... zrobiłam mu awanturę,przyznał się do błędu ale czy ja mogę mu jeszcze ufać?

* * * * *

Agato...moim zdaniem - nie. Podkreślam - moim zdaniem. Skoro to było całkiem niedawno, a jesteście od pół roku razem, były na ten tematy rozmowy i deklaracje i nic one - jak widać - nie dały to znaczy, że ona mu - mówiąc wprost - nie wywietrzała z głowy. Wydaje mi się, że on wiążąc się z Tobą miał nadzieję, że to powoli mu się uwolnić od tamtego uczucia - taka metoda "klina". To nie jest uczciwe. Nie można wiązać się z kimś nie mając wolnego serca. On nie miał. Była w nim tamta dziewczyna. Być może on nawet szczerze miał nadzieję, że to minie. Ale nie minęło i co najgorsze - on nawet się o to nie stara. Gra na dwa fronty będąc z Tobą a myśląc o tamtej. To rodzaj zdrady - w wymiarze psychicznym. Jeśli chcesz mu jeszcze dać szansę - daj, ale nie wiem na ile starczy Ci sił, by zaryzykować zranienie po raz kolejny. Pisałam o podobnym problemie wczoraj (odp. nr 1411). Agato, nie chcę jednoznacznie mówić Ci co masz robić, ale bądź ostrożna i nie pozwól się ranić. Ty też masz prawo do szczerej, uczciwej i wyłącznej relacji. Trzymaj się!

  Edyta, 18 lat
1411
13.12.2006  
Szczęść Boże. Mam pewien problem, z którym nie potrafię sobie poradzić. Mój chłopak wyznał mi jakiś czas temu, że współżył ze swoją byłą dziewczyną. Zabolało mnie to bardzo, bo zawsze chciałam być tą pierwszą i ostatnią. Ja obiecałam sobie, że wytrwam w czystości do ślubu. Najgorsze jednak jest to, że mimo iż mój chłopak rozstał się z tamtą dziewczyną ponad dwa lata temu, to ciągle o niej myśli i opowiada o tym, jaka to ona jest fajna. Chwilami wydaje mi się, że on za nią tęski i chciałby, żeby wróciły tamte czasy kiedy był z nią. Jednak ona już wyszła za mąż. Czasmi czuję się jakbym była kimś w zastępstwie tamtej...czymś w rodzaju zabawki po nieudanym związku. Jesteśmy ze sobą już ponad rok. Rozmawiałam z nim na ten temat, ale to nic nie pomogło. Proszę o radę.

* * * * *

Edyto! Widzisz, to trudny temat. Sam fakt współżycia przed śluebm, choć naturalnie nie powinien się zdarzyć to jeszcze nie dyskwalifikuje nikogo jako ewentualnego dobrego współmałżonka. Ale: trzeba się z problemem uporać. O tym jak - pisałam w odp. nr: 616, 961, 1070. Współżycie wytwarza silną więź psychiczną i stąd wracanie wspomnieniami do niej. Szeroko na ten temat pisałam w tym artykule: [zobacz] - poczytaj, zrozumiesz mechanizm. Natomiast samo zrozumienie mechanizmu nie spowoduje, że od razu usprawiedliwisz swojego chłopaka. Bo owszem, Ty mu możesz wybaczyć i pogodzić się z tym, ale on nie ma prawa wracać do niej choć myślami, wspominać i ranić Cię w ten sposób. Jeśli oni się rozstali to mieli ku temu jakiś powód, tak? Skoro ona wyszła za mąż to znaczy, że nie chciała z nim być, tak? Skoro on związał się z Tobą to coś o tym wyborze zadecydowało, tak? A zatem porozmawiaj szczerze z chłopakiem o tym co mu się w TOBIE podoba i dlaczego zdecydował się na związek z Tobą. Powiedz, że wiesz o prawie pierwszych połączeń, ale nie chcesz czuć w związku jej oddechu. Nie chcesz być kimś "w zastępstwie", nie chcesz być "tą drugą", nie chcesz być klinem. Ten związek to TY i ON, a tamta dziewczyna to przeszłość. On musi uważać ją za zamknięty rozdział. Musi mieć wolne serce. Nie możesz być w nim i Ty i ona. Może i była fajna, ale co z tego? Czy jego nie raniłaby rozmowa o tym jaki to Twój kolega jest fajny? To nie zazdrość to prawo do wyłączności. Tak nie może być - po prostu. Jeśli to nie poskutkuje, jeśli on nie zrozumie to znaczy, że ona mu do końca z głowy nie wywietrzała. A nie można być z dwoma dziewczynami jednocześnie - choćby w wymiarze duchowym. Domagaj się wyłączności, bo kochać prawdziwie można tylko wolnym sercem.

  Noelka, 16 lat
1410
13.12.2006  
Witam bardzo serdecznie :* to znowu ja (z pytania 1296:)) tym razem piszę, żeby Pani z całego serca podziękować. Dzięki Pani w końcu się przełamałam i zaczęłam rozmawiać z tym chłopakiem. Dzisiaj jesteśmy już parą :) rzeczywiście, niedługi czas po tym, jak zaczęliśmy ze sobą rozmawiać, mieliśmy wrażenie, że znamy się od lat!! Teraz jest pięknie ... nasi rodzice śmieją się, że Michał i ja żyjemy sobie jak stare, dobre małżeństwo ;) życie nabrało w końcu rumieńców:) a moje szczęście w wieelkim stopniu zawdzięczam właśnie Pani. Dziękuję!!! PS. No i korzystając z okazji, chciałbym powiedzieć wszystkim, żeby nie bali się zrobić pierwszego kroku. Naprawdę warto! Z Bogiem :))

* * * * *

:) Powodzenia i rozwijacie swoją miłość, poznawajcie się coraz lepiej i dbajcie o siebie. No i zaglądajcie czasem na tą strone do działu "Miłość" i "Czystość" - systematycznie piszemy nowe artykuły.

  Agnieszka, 24 lat
1409
13.12.2006  
Co ja mam myśleć o chłopaku, który spotykał się ze mną, dawał prezenty zupełnie bez okazji, robił niepotrzebne nadzieje. A teraz nagle oświadcza, że jestem tylko jego koleżanką i że zgadzał się na pewne gesty, żeby mi było miło.

* * * * *

Że nie jest poważny i nie wie czego chce. Pisałam już na ten temat i zawsze mi ręce opadają jak czytam takie listy. Moim zdaniem (i nawet doświadczyłam tego na własnej skórze) tacy mężczyźni wykazują zainteresowanie, bo dziewczyna im się podoba. Zaczynają więc związek, swoim zachowaniem pokazują, że im zależy. Dziewczyna odbiera to jednoznacznie, bo wszystko wskazuje na szczerość relacji. Po jakimś czasie, po przemyśleniach lub poznaniu kogoś innego "przechodzi im". Zaczynają się wtedy ze wszystkiego wycofywać. Dziewczyna jest zdezorientowana, zaczyna się zastanawiać na swoją winą, nad tym co robi nie tak. Wydaje jej się niemożliwe, by to wszystko było wytworem jej własnej wyobraźni i że mogła tak się pomylić. Natomiast chłopak uważa, że związek był na tyle wczesnym etapie, że może bez żadnych konsekwencji się wycofać i udawać, że nic się nie stało. Wtedy zdumionej dziewczynie tłumaczy, że "traktował ją jak koleżankę" - stary, typowy, tekst (wredny zresztą!). Naturalnie to wszystko jest nieprawdą, bo koleżanki tak się nie traktuje i on o tym dobrze wie. Jednak jego męska duma nie pozwala mu zachować się inaczej. Nie pozwala mu przyznać się do błędu, upokorzyć się i tłumaczyć dlaczego chce się wycofać. Dlatego woli zrobić z dziewczyny "idiotkę", która coś sobie wyobrażała, która "normalne" gesty wzięła za coś więcej. Ona natomiast wolałaby powiedzenie wprost, bo to - choć bolesne - byłoby jasnym postawieniem sprawy i nie powodowałoby jej obaw o własne zdrowie psychiczne ;-) (a może ja za szybko się angażuję, może mam zbyt wybujałą wyobraźnię, widocznie na przyszłość trzeba być bardziej chłodną, nikomu nie powinnam wierzyć, wszyscy faceci są tacy sami). Dziewczyna nie może zrozumieć, że własny egoizm, każący chłopakowi "wyjść z twarzą" jest dla niego ważniejszy niż uczucia i poranienie osoby, która mu się podobała. Droga Agnieszko! Współczuję Ci. Niestety, raczej nie da się zapobiec takim sytuacjom, bo trudno nie ufać nikomu. Po prostu padłaś ofiarą "męskiej dumy", ech.... Wiedz, że to nie Twoja wina. Na pewno kiedyś pokochasz kogoś kto potraktuje Cię poważnie. Czego Ci szczerze życzę.

  Mariusz, 32 lat
1408
13.12.2006  
Mam wspaniałą dziewczynę. Mieszkamy razem, choć wiem, że to nie po katolicku. W kwietniu 2007 zamierzamy się pobrać. Czy jest normalne, że człowiek ma tyle wątpliwości, czy wybrał tę właściwą osobę. Czasami mam wyrzuty sumienia, bo przychodzi mi do głowy inna – koleżanka, znajoma itp. Jakieś myśli, że może moja wybranka jest gorsza, mniej atrakcyjna. Zaczynam unikać tych dziewczyn, żeby nie przywoływać tych głupich myśli. Czy ja kocham swoja dziewczynę, skoro dopada mnie coś takiego ? Przecież powinienem być zapatrzony w nią jak w obrazek, a ja wciąż myślę, analizuję... Wiem jednak, że myśl o rozstaniu z moją ukochaną jest dla mnie bolesna, więc to chyba miłość… Dodam, że mam 32 lata i pewnie tak już tego nie czuję jak nastolatek.

* * * * *

Mariusz, watpliwości są naturalne. Pisałam ostatnio o tym sporo. Po prostu jest to decyzja na całe życie i świadomość tego faktu czasem aż paraliżuje. 100 % gwarancji dobrego wyboru przecież nie mamy nawet przed ołtarzem. Natomiast powiem Ci z doświadczenia, że łaska sakramentu jest ogromna. Może się wydawać, że niby nic się nie zmienia, a jednak. Wtedy gdy decyzja zostaje przypieczętowana przysięgą wątpliwości znikają. Po prostu coś się stało i od tego momentu wiemy, że to mój mąż, moja żona i trzeba robić wszystko, by było nam ze sobą dobrze. Przechodzi chęć porównywania współmałżonka z innymi - no bo po co?
To, że nie patrzysz w narzeczoną jak w obrazek to wbrew pozorom dobrze. Trzeba mieć świadomość nie tylko zalet ale i wad drugiego, bo można się potem rozczarować. Trzeba myśleć i analizować. To świadczy o dojrzałej decyzji - o przyjęciu drugiego ze wszystkimi jego ograniczeniami i niedoskonałościami. Tylko bowiem prawdziwe poznanie kogoś pozwala podjąć wolną i świadomą decyzję. A to właśnie miłość. Bo miłość to przecież nie zakochanie i bardzo dobrze Mariuszu, że nie czujesz tego jak nastolatek - bo nastolatek do małżeństwa nie jest gotowy. Miłość przechodzi różne etapy. Wy jesteście na jednym z późniejszych etapów i nie dziw się, że nie patrzysz na nią przez różowe okulary. Pisałam o tym szerzej w odp. nr 15 oraz tym artykule: [zobacz].
Skoro zaś jesteście przed ślubem i pewnie czekają Was jeszcze nauki przedślubne to chciałam Wam gorąco polecić "Wieczory dla zakochanych", gdzie w rozmowie tylko ze sobą wyjaśnicie sobie wszystkie kwestie. Naprawdę zupełnie inne wrażenie niż pogadanki proboszcza (z całym szacunkiem dla wszystkich proboszczów). Informacje znajdziesz tutaj: www.spotkaniamalzenskie.pl, www.malzenstwo.pl
A już tak na koniec ku refleksji - bo sam wiesz, że coś tu zgrzyta - polecam artykuł o czystości: [zobacz]

  Adam, 23 lat
1407
13.12.2006  
Droga redakcjo.Jestem 23 letnim studentem, pochodzę ze wsi z ubogiej rodziny. Od 9 miesięcy chodzę z 18 letnią dziewczyną.Kocham ja i planujemy wspólną przyszłość. Problem polega na tym, że ona chciałaby jak najszybciej za mnie wyjść i byśmy razem zamieszkali. Bardzo tego bym chciał, ale tak jak juz napisałem pochodzę z ubogiej, wiejskiej rodziny i najpierw chciałbym skończyć studia, znaleźć pracę i dopiero wtedy, gdy już trochę sie ustatkujemy pobrać się i zamieszkać razem. Chciałbym również by moja dziewczyna przez ten czas zdała maturę i dostała się na wymażone studia. Niby się razem zgadzamy na ten temat ale są jeszcze inne problemy między nami. W październiku tego roku umarł mój tata. Miał raka płuc. Chorował ponad rok tak, że od dłuższego czasu moim obowiązkiem było zajmowanie się gospodarstwem i studia. Było i jest ciężko pod tym wzglendem zwłaszcza że nie za bardzo mam na kim polegać bo moja mama jest osobą zchorowaną i nie potrafiłaby sobie dać z tym wszystkim rady, zwłaszcza że moja młodsza siostra też nie cieszy się zdrowiem i czoruje na depresję. Smutny jest los mojej rodziny, ciężko mi jest ze wszystkim. Targają mną dylematy typu : Studia i lepsza przyszłość czy bycie przy rodzinie. Chcę skończyć studia, znaleźć pracę, zamieszkać w mieście i założyć rodzinę z dziewczyną którą kocham. Staram się wszystko ze sobą godzić, poświęcać odpowiednią ilość czasu dla dziewczyny ale też pamiętać o obowiązkach. Moja dziewczyna też nie pochodzi z bogatej rodziny, ale wychowała się w mieście, w dobrej rodzinie i wielu rzeczy nie potrafi zrozumieć. Rozmawiamy ze soba na ten temat, prubuje jej wszystko tłumaczyć ale często bywa bez rezultatu. Ona nie lubi mojej mamy, nie lubi mojej siostry bo twierdzi , że jest "Idiotką", i że mi bardziej na niej zależy....Nie lubi to mało powiedziane- nienawidzi jej chociaż konkretnego powodu do tego nie ma. Bardzo przykre i bolesne jest dla mnie gdy czasem powie, że życzy mojej siostrze wszystkiego najgorszego, powie coś przykrego na temat mojego nieżyjącego juz tatę, że jestem wieśniakiem i napewno wrócę na wieś bo nie będę miał wyboru i nie będzie miał sie tym wszyskim kto zająć....To są bardzo przykre, bolesne słowa. Często dochodzi z tego powodu między nami do kłótni. Najbardziej przykre dla mnie jest to ,że niespełna tydzieź po śmierci mego taty, gdy trudno mi było się z jego śmiercią mi pogodzić potrafiła powiedziec " Twój ojciec był nikim, zniszczył ci życie, był pijakiem".To bardzo bolesne....To prawda, że mój tata nie dorobił się super majątku, miał kłopoty i lubiał wypić ale przestał jak zachorował...Ja to mu wybaczyłem, gdy umierał w szpitalu -wybaczyłem mu wszystko.Nie potrzebnie jej kiedyś powiedziałem (jak tata żył), że mam do niego żal. Teraz przy nadarzającej okazji wykorzystuje to mówiąc, że nie mam prawa tak rozpaczać za tatą bo tak kiedyś powiedziałem i że ona mówi prawdę bo wszyscy wiedzą jaki był mój tata..... Co ja mam właściwie robić???Pozwolic na oczernianie mojej rodziny, pozwolić na wypominanie błędów mego ojca, którego mi brakuje...????Ona ma kochająca się rodzinę a ja czuję się kimś gorszym....Ona twierdzi, że skoro mam już 23 lat powinienem wszystko zostawić, studiować i zarazem pracować, myśleć o wspólnym mieszkaniu....itp.Ja to wszystko wiem! Jestem mężczyzną, to jest mój obowiązek, bym mógł zapewnić przyszłość rodzinie....Ja to wszystko wiem! Ale nie tak szybko! Po studiach chciałbym pojechać za granicę na parę miesięcy by zarobić...Możliwe jest to, że czeka mnie służba wojskowa....ja się boję, że przez ten czas ona zostawi mnie dla kogoś innego, kogoś "Na poziomie", zwłaszcza że już teraz potrafi oglądać się za innymi facetami.... Ja już naprawde nie wiem co mam robić....Rozmawiam z nia, tłumaczę ale mi zaczyna brakować juz cierpliwości.....Bardzo ją kocham, chcę z nia być. Ona też mnie kocha. Tylko ja już nie wiem jak mam się znia dogadać, dlaczego tak potrafi pewnymi słowami mnie ranić??? Czy powodem jest różnica wieku? Ona 18 ja 23 lat? Jestem z natury małomówny ona zaś nie....Jest wygadana, chce zostać dziennikarką.....Kochamy się ale to wszysko co napisałem niszczy naszą miłość bo ciągle sie kłócimy...Nie wiem co mam robić...Nie wiem sam co robię źle a co dobrze...Czy po prostu ona jest jeszcze nidojżała...?Bardzo prosze o pomoc....

* * * * *

Dokładnie tak: ona jest niedojrzała do związku, nie tylko do małżeństwa. Wiesz tu nawet nie chodzi o wiek, bo bywają pary, w których jest różnica wieku ale nie to stanowi problemu (pisałam o tym w odp. nr: 8, 28, 87, 310, 916, 1253). Natomiast jestem zbulwersowana jej zachowaniem w stosunku do Twojej rodziny. Rozumiem naturalnie, że różnice w pochodzeniu, sposobie życia itp. nie jest łatwo przezwyciężyć. Jednak nawet jeśli nie jesteśmy w stanie porozumieć się z kimś na zasadzie braterstwa dusz to absolutnie nie upoważnia do gorszego traktowania, do raniących słów, czy wręcz - jak piszesz - nienawiści. Nienawiść jest dowodem głębokiej niedojrzałości. Drogi Adamie, przykro mi to mówić, ale dziewczyna, która nie szanuje Twojej matki, która niepochlebnie wyraża się o siostrze i ojcu nie rokuje dobrze na przyszłość. Tu już nawet nie o małżeństwo chodzi. Ktoś, kto tak traktuje innych chce postawić siebie w lepszym świetle, chce podkreślić, że jest lepszy. Jak ona wyobraża sobie kontakty z teściową po ślubie? Wspólne święta, wigilie, uroczystości, zwykłą pomoc? Piszesz, że masz dużo obowiązków. Czy ona Ci w nich pomaga? Czy zakasuje rękawy i razem z Tobą pracuje? Czy potrafi upiec ciasto i przywieźć Twojej spracowanej matce? Czy potrafi z nią serdecznie porozmawiać? Jeśli nie to bardzo dobrze się zastanów. Bo po ślubie nie będziecie odizolowani, będziecie utrzymywać kontakty z rodzinami. A jeśli ona tego nie chce to bardzo źle, bo to znaczy, że odciąga Cię od rodziny. Tak nie wolno. Z tego co piszesz wnioskuję, że ma despotyczną naturę i oczekuje tylko spełniania jej zachcianek, nie licząc się z Tobą. Ja nawet zastanawiam się czy ona Cię w ogóle szanuje? Czy potrafi pójść na kompromis, zrobić coś dla Ciebie? Czy tylko wymaga i obraża się jak coś jest nie po jej myśli? Dziwi mnie, że ona tak dąży do małżeństwa. Powinna pomyśleć o rozwoju swoim i Twoim, o tym jak można pogodzić dążenie do własnego mieszkania i utrzymania (naturalne jak najbardziej) z potrzebami rodziców. Nie wyobrażam sobie, by mając możliwości nie pomóc rodzicom gdy tego potrzebują. Pochodzisz ze wsi, naturalne jest, że jest tam wiele pracy. Czy ona wyobraża sobie pomoc np. w lato? Powinna sobie wyobrazić. Czy wie, że będzie wymagało to Twojego i jej zaangażowania? Nikt nie może żyć tylko dla siebie i nawet po ślubie nie przestajemy być dziećmi swoich rodziców. Oni nas wychowali, my mamy obowiązek zaopiekować się nimi na starość. Czy dociera to do Twojej dziewczyny?
A jak Ty jesteś odbierany w jej rodzinie? Czy jesteś akceptowany, czy w ogóle tam bywasz?
To, że ona teraz ogląda się za innymi chłopakami świadczy - według mnie - o tym, że ona nie w pełni Cię akceptuje. Nie akceptuje Twojego pochodzenia, rodziny, tego, że pomagasz i czego jeszcze? Bo jestem pewna, że to nie wszystko. Mam wrażenie, że ona po prostu chce osiągnąć swój cel: wyjść za mąż. Nie licząc się zbytnio z potrzebami innych. Widzisz, Adam, ja nie chcę jednoznacznie skreślać Twojej dziewczyny, bo to Twoja decyzja, poza tym ja opieram się tylko na tym co przeczytałam. Ale ja w Twoim liście widzę rozpacz. Miłość i cierpienie. Rozumiem, że ją kochasz. Ale widzisz, podejmując decyzję o małżeństwie Ty też musisz być szczęśliwy. Musicie mieć omówione wszystkie kwestie, musicie się porozumieć we wszystkim. I to już przed ślubem, żeby wspólne życie nie zamieniło się w piekło. Adam, polecam Wam pewien kurs. On "zalicza" kurs przedmałżeński", ale jest dla wszystkich, nie tylko narzeczonych. Jeśli macie wątpliwości, jeśli nie wszystko jest jasne pojedźcie na "Wieczory dla zakochanych" (weekend lub spotkania w tygodniu - jeśli na miejscu), tam podczas rozmów tylko ze sobą wyjaśnicie sobie wszystko. To pozwoli Wam podjąć wolną i słuszną decyzję. Informacje znajdziesz na tych stronach: www.spotkaniamalzenskie.pl, www.malzenstwo.pl
Nie możesz brać ślubu dla niej. Nie możesz brać ślubu - pomimo miłości - jeśli będziesz cierpiał - w jakimkolwiek wymiarze. Samemu w małżeństwie też trzeba być szczęśliwym. Małżeństwo jest trudne samo w sobie, wymaga stałego rozwoju i pielęgnowania. Dlatego w małżeństwo trzeba wejść jako osoba dojrzała i odpowiedzialna. Przeczytaj co na ten temat pisałam w odp. nr: 78, 89, 106,192, 271, 390, 728, 1021, 1050, 1059 oraz o kobiecie i mężczyźnie w związku: 234, 25, 50, 340, 1101. Oraz o miłości: [zobacz]. I módl się gorąco o rozeznanie.
Życzę owocnych przemyśleń i słusznych decyzji. Z Bogiem!

  monika, 19 lat
1406
12.12.2006  
Mam chłopaka już prawie 2 lata jestem z nim szcześliwa i mam ogromne oparcie w nim. Jestem pewna, że Bóg postawił mi go na mojej drodze. Bardzo długo modliłam się o dobrego chłopaka ( przez okolo 5 lat - starałam sie codziennie). Czasami w tym okresie mialam ogromne wątpliwosc lecz dalej sie modliłam i czekałam na cud. Teraz rozumiem dlaczego tak długo to trwało. Bóg dawał mi czas na polepszenie swojego życia, na dojrzałośc w miłości.Wiara czyni cuda należy tylko prosic i czekac na spełnienie się woli Bożej. ON wie co i kiedy jest człowiekowi potrzebne należy tylko zaufac. Teraz modle sie kazdego dnia o nas i oddaję TACIE nasze wspólne zycie, choc jestesmy slabymi zagubionymi owieczkami.

* * * * *

Dziękuję za świadectwo :)

  Agata, 15 lat
1405
12.12.2006  
Chciałabym prosic o rade. Moze moj problem nie jest taki duzy jednak chcialabym wiedziec co zrobic. Poznałam niedawno chlopaka on chce ze mna byc. Ja jednak nic do niego nie czuje ale nie umiem mu tego powiedziec. Lubie go i sama nie wiem czego chce...jestem jaka niezdecydowana...Czy jesli on mi sie nie podoba ale czuje do niego przyjazn to powinnam z nim dalej byc. Czy poprostu powiedziec mu co mysle.:/

* * * * *

Do niczego się nie zmuszaj. Jeśli nie wiesz co mu powiedzieć skorzystaj z porad w odp. nr: 33, 77, 90, 119, 185, 224, 680.

  ola, 19 lat
1404
09.12.2006  
witam panią! zauważyłam, że często poleca pani książkę "Dzikie serce" więc w koncu zdobyłam się na jej przeczytanie i jestem pod wielkim wrazeniem , tym bardziej że problemy w niej zawarte dostrzegam u mojego narzeczonego. Martwi mnie jedna rzecz a mianowicie tzw uleczenie rany bo w tej książce jest napisane że to Bog powoduje inicjacjie mężczyzny jesli biologiczny ojciec zawiódł ale mój chłopak choć jest wierzący to nie ma takiego obrazu Boga- dobrego Ojca i do niego nigdy nie dojdzie że to dla niego szansa i sądze że nawet jak mu dam tę książkę to niewiele Mu to pomoże. A więc jak Bóg może dokonac takiej inicjacji na mężczyżnie, który sam nie za bardzo w to wierzy i czy to możliwe?

* * * * *

Możliwe jest na pewno. Widzisz, Twój chłopak ma zapewne obraz Boga takiego jaki jest jego ojciec. Albo despota (wtedy na miłość trzeba zasłużyć, jest poczucie, że jest się "niegodnym" Komunii św., za często się nie modli, by się Bogu nie narzucać, jest brak zaufania i poczucie, że można liczyć tylko na siebie) albo ojciec, który nie ma w domu zbyt wiele do powiedzenia (wtedy Bóg jawi się jako ktoś słaby, kogo można oszukać np. nagrzeszyć i wyspowiadać się bez większych wyrzutów, ktoś z kim nie trzeba się zbytnio liczyć). Bóg miłosierny, a jednocześnie Bóg jako mądrość i w jednym i w drugim przypadku jest jakąś abstrakcją.
John Eldredge w takich sytuacjach stoi na stanowisku, że Bóg może sam zadziałać i dopełnić tej inicjacji, którą zaniedbał ojciec. Słusznie. Daj swojemu chłopakowi tą ksiażkę. Niekoniecznie "nic to nie da". Może akurat da. Widzisz, odrzucamy zwykle to czego nie znamy, czego się boimy - bo wydaje nam się nieatrakcyjne, nie dla nas. Ale poznanie zbliża, oswaja. Poznanie mechanizmu może wyzwolić. Może olśnić, bo pomaga zrozumieć. Nie trzeba szarpać się w pojedynkę, czasem trzeba skorzystać z drogi, którą ktoś przeszedł. Jak Bóg to robi to już Jego tajemnica i w każdym przypadku jest to indywidualne działanie. Zależy od tego jaki jest ten człowiek i jaki jest jego ojciec, jakie są poranienia i czego w relacji z Bogiem brakuje. Wydaje mi się, że chodzi o zbudowanie pozytywnego obrazu Boga jako autorytetu. Nie jako władcy, ale jako mądrości. Jako kogoś kto nie odrzuca, ale dopinuje, pozwala uwierzyć we własne siły i rozwinąć w sobie swoją męskość. Sprawić, by chłopak poczuł się wartościowy, silny i kompetentny, a jednoczesnie był wrażliwy i opiekuńczy wobec kobiety. By w pełni i w najlepszym tego słowa znaczeniu poczuł się mężczyzną.
Mojemu mężowi ta książka bardzo pomogła. Mam nadzieję, że Twojemu chłopakowi też pomoże. Świetny prezent pod choinkę :)

  Weronika, 22 lat
1403
09.12.2006  
Witam :) Na początku chciałam podziękować za tę rubrykę w imieniu własnym i tak wielu osób, które się tu wpisują :) BÓG ZAPŁAĆ Moja historia zaczyna się tak: Po 3 latach związku (który był bardzo trudny dla mnie) "zaczęłam życie od nowa" ;),mianowicie byłam sama-baardzo szczęśliwa. Dziękowałam Bogu za to, że mam czas dla siebie, Boga, rodziny.... Zorientowałam się, że do końca nie rozeznałam powołania, z tą myślą pojechałam na pielgrzymkę Benedykta XVI, byłam przekonana, że Bóg przez papieża da mi światło co do mego życia. Będąc na tym wyjeździe, zwróciłam uwagę na znajomego z duszpasterstwa, miałam dziwne przekonanie w sercu, że jeśli mam budować rodzinę to tylko z nim.Z czasem się bliżej poznaliśmy, można powiedzieć, że zaprzyjaźniliśmy się.Bardzo często rozmawialiśmy o tym co teraz się dzieje u nas w życiu, co było kiedyś (związki, rodzina, przyjaźnie, relacja z Bogiem).Wiedziałam, że mi się podoba.W końcu nie wytrzymałam napięcia i poprosiłam o rozmowę.Powiedziałam, że do końca nie rozeznałam powołania, że zwróciłam uwagę na niego, ale nie wiem czy to jest zakochanie, bo nie jest ideałem i widzę dokładnie jego wady (wiem, to było brutalne...).Powiedziałam, że nie wiem o co Bogu chodzi, co chce i, że ja sama do końca jeszcze nie jestem gotowa na związek(poranienia z poprzedniego).Powiedział mi, że nie rozeznał powołania,że mu się podobam fizycznie, psychicznie i duchowo, że się zakochał. Rozstaliśmy się stwierdzając, że na razie przyjaźń pozostaje między nami.Teraz często rozmawiamy, kontaktujemy się ze sobą, spędzamy wolny czas(z inicjatywy jego i mojej), planujemy wspólne wyjścia na wesela. Gdy widujemy się razem,jesteśmy wobec siebie szczerzy, uprzejmi, potrafimy poważnie rozmawiać i wygłupiać się doprowadzając się do łez. Natomiast, gdy jesteśmy w duszpasterstwie, nie chcemy, by widziano naszą relację (gł zewzględu na osoby, którym się podobamy-nie chcemy ich krzywdzić i być na językach).Nie jestem pewna, czy ukrywanie naszej relacji jest zdrowe...Pani pisała, że lepiej, by chłopak podejmował inicjatywę-ja podjęłam ją jako pierwsza (dotyczy rozmowy). Z jednej strony wydaje mi się, że to było dobre-jest teraz czysta sytuacja, ale z drugiej strony, nie wiem co będzie dalej...Wiem, że chcę byśmy byli razem-choć równocześnie mam obawy-ale nie wiem czy on tego chce,czy kiedyś wykaże się inicjatywą...Czy to jest tylko przyjaźń? Wiem, że nawet jakby wybrał drogę zakonną, to uszanuję to, gdyż darzę go dużym szacunkiem (i wzajemnie). Postanowiłam, że nie będę go naciskać, inicjować rozmowy dotyczącej związku, nie mam zamiaru go do niczego zmuszać.Zastanawiam się czy ta relacja prowadzi do związku, czy nie...Dziękuję za odpowiedź Z Bogiem :)

* * * * *

Ta relacja może prowadzić do związku, choć przyznaję, zaskoczyłaś mnie śmiałością i zdecydowaniem swojego działania. Ja z reguły przestrzegam przed takim zachowaniem, dlatego, że ta druga strona po pierwsze: nie czyta w naszych myślach i może nie wiedzieć co się nas dzieje, a po drugie: nawet jeśli się tego domyśli to nie zawsze odbiera to tak samo, a nawet jeśli jej się podobamy to może być na innym etapie zaangażowania. I wtedy taka "kawa na ławę" może ją spłoszyć, przestraszyć, bo sytaucja może ją przerastać. Jeśli jedna osoba śmiało i konkretnie określi swoje uczucia i oczekiwania na samym początku znajomości to może to być na tyle stresujące, że poczuje się ona "przyciśnięta do muru" i albo będzie udawać że wszystko jest ok (a prędzej czy później wybuchnie) albo od razu się wycofa.
No, ale widać, że chłopak, o którym mówisz jest odważny i się nie wystraszył. Nie bardzo rozumiem tylko tego, że - jak mówisz - on powiedział, że się zakochał...i zdecydowaliście się na przyjaźń. Wydaje mi się, że zakochanie to już pewnien etap zwiazku, a nie przyjaźni. Chyba, że tylko tak powiedział... Jeżeli czujecie się dobrze w swoim towarzystwie, jeżeli macie ochotę poznawać się coraz lepiej to jesteście na dobrej drodze. Masz rację, że nie chcesz teraz poruszać tego tematu, że teraz on powinien podejmować bardziej zdecydowane kroki. Pozwól mu się wykazać, bo jest mężczyzną, nie może czuć, że to Ty chcesz przewodzić i kształtować go na swój pomysł. Jeśli jest Tobą zainteresowany to bądź pewna, że "przejmie dowodzenie". A zatem cierpliwości.
Co do ukrywania relacji we wspólnocie: macie do tego prawo. To Wasza decyzja i jeśli nie czujecie jeszcze takiej przynależności do siebie nawzajem to nie musicie nikomu pokazywać co Was łączy i prowokować domysłów. Ale - tak jak mówię - to Wasza sprawa i nic tu nie jest dobre ani złe, każde wyjście jest w porządku.

  Anka, 15 lat
1402
09.12.2006  
w wakaje poznałam pewnego chłopaka. Na początku był dla mnie tylko kolegą, ale potem to co do niego czuję zaczeło przeradzać sie w coś więcej. Rozmawialiśmy, żartowaliśmy, śmialiśmy się razem nawet jeśli obok niego bylo kilka "fajnych" dziewczyn. Lecz ostatnio coś się stało i nie zwraca na mnie uwagi...jak sprawdzić czy mu na mnie zależy? czy nie?

* * * * *

Jeśli chłopak nagle się przestaje interesować dziewczyną to albo poznał kogoś innego albo stwierdził, że nie chce być z tą dziewczyną, a jest to na tyle wczesny etap, iż uznaje, że nie musi się tłumaczyć, bo "o nic mu przecież nie chodziło". Jeśli on nie izoluje się od otoczenia w ogóle, jeśli nie jest chory lub nie ma problemów, które musi przemyśleć sam to być może ma tu miejsce taka sytuacja.
Probelm w tym, że dziewczyna dużo wcześniej jednak się angażuje i jednoznacznie odbiera przejawy sympatii chłopaka, więc dla niej to on się powinien wytłumaczyć. Zaczyna mieć więc do niego pretensje lub obraża się i cierpi, a on "nie wie o co jej chodzi", przecież "traktował ją jak koleżankę". To ją jeszcze bardziej rozwściecza, bo nagle czuje się oszukana i uznaje, że "wyszła na idiotkę". Po czym solennie obiecuje sobie nie ufać więcej żadnemu chłopakowi...i nigdy nie dotrzymuje słowa. Takie już jesteśmy, a to wszystko wynika z różnic w psychice kobiety i mężczyzny a co za tym idzie - naszego odbierania świata. A facet tymczasem próbuje po prostu wyjść z twarzą z sytuacji stosując taktykę "wyparcia" - wypiera się jakoby kiedykolwiek cokolwiek do niej czuł.
Skomplikowane to wszystko... A może poczytasz Johna Graya "Mężczyźni są z Marsa, kobiety są z Wenus?".
Jeśli chcesz "sprawdzić" czy on jest nadal Tobą zainteresowany to spróbuj nawiązać z nim jakiś kontakt. Teraz idą święta, będzie okazja. Widujesz się z nim? Złóż mu życzenia, spróbuj pożyczyć od niego jakąś książkę czy płytę, spytaj o coś. Jeśli zrobi to chętnie to pewnie nadal chce się z Tobą spotykać.

  Ania, 17 lat
1401
09.12.2006  
(odn. 1337) No mogę spróbować do niego napisać, ale to nic nie zmieni. Poza tym wiem, że odpisze, wiem bo moja koleżanka do niego, a raczej zespołu pisała, ale to on odpisał w ich imieniu. Co prawda odpisał po miesiącu, ale odpisał i to się liczy, przecież wiadomo, że mając tyle pracy nie odpisze na drugi dzień:) On zawsze powtarza, że założył zespół dla ludzi, bo pracując w swoim zawodzie był zadowolony ale potem pewne wydarzenie uświadomiło mu, ze nie robi nic dla drugiego człowieka i założył zespół aby dawać muzykę, pocieszenie. Dla mnie on jest dowodem sprawiedliwości na świecie, ponieważ w młodości był wyrzutkiem, nie miał przyjaciół, dziewczyny, miał sporą nadwagę, nikt go nie kochał, on sam był typem samotnika, a teraz??? Kochają go miliony ludzi na całym świecie, ma pełno przyjaciół, fanów, praktycznie może mieć każdą dziewczynę jaka mu się spodoba(bo która nie poleci na jego sławę i pieniądze? oczywiście są tez normalne nie patrzące na nic). Był samotny-teraz otacza go mnóstwo ludzi. A dziewczyny, które go skrzywdziły, teraz mogą żałować i nawet powinny wstydzić się chwalić, że on kiedyś w młodości „ją kochał”. Mysle, ze to wszystko jest dla niego nagroda od Boga, ale także doświadczeniem, które nie pozwoli by woda sodowa uderzyła mu do głowy z powodu sławy. On wie jak wygląda życie, wie jak wygląda prawdziwe złe życie, bo naprawdę dużo więcej przeszedł. Niektórzy zapominają ale on nie zapomina, widać to nawet po tekstach piosenek, o śmierci, o nieszczęśliwej miłości, dziewczynach itp. Może naprawdę jestem jedyną osobą, która tak bardzo troszczy się o niego modlitwą:) Zawsze jak się modle to o nim wspominam, dużo rozmawiam o nim z Bogiem. Trochę nie rozumiem słow „ale prawda jest taka, że Ty bardzo dużo dla niego robisz” czyli, ze pomagam mu modlitwą? Bardzo pani dziękuje za rady, lubię do pani pisać, zawsze to jakies pocieszenie, czuję że z kims mogę o tym porozmawiac:)) Teraz nie jestem juz smutna, ta milosc daje mi wielka sile, chociaz pewnie to tylko fascynacja jego osoba, ale nie chce zeby minela bo naprawde to daje mi duzo szczescia. Zasypiajac rozmawiam z Bogiem, myslac o nim usmiecham sie do siebie i czesto przechodza mnie dreszcze, czasami nawet zdarza mi sie ze mam tzw. motylki w brzuchu na mysl o nim. Nawet pani nie wie ile to mi daje szczescia, bo nie placze za nim, za tym ze nigdy z nim nie bede, ze takie rzeczy sie nie zdarzaja, usmiecham sie do jego zdjec. Kiedys zazdroscilam innym parom obsciskujacym sie teraz gdy takie widze, usmiecham sie do siebie i mysle "alez oni sa szczesliwi, jakie to piekne", fajnie ze istnieje milosc i daje ludziom tak wielkie szczescie. Teraz jak kolezanki zwierzaja mi sie, mowia ze np. maja pecha w milosci, ze juz nie chca zadnego faceta, ze faceci sa glupi- lekko sie usmiecham i mowie "zobaczysz jeszcze bedziesz szczesliwa" a w myslach smieje sie i mowie do siebie: "kurcze chce ja zobaczyc za te kilka lat w pelni szczescia z facetem, o ktorym mowila ze jest glupi, przeciez nie miala byc z zadnym facetem i co teraz?" Tak naprawde mysle o tych kolezankach "jejku sa takie same jak ja jeszcze niedawno, ciekawe kiedy zrozumia to co ja zrozumialam" Nie zgadzam sie z tym co mowia, ale nie przekonuje ich do swoich przemyslen bo wiem ze one tego nie zrozumia i beda czuly sie niezrozumiane tak jak to bylo kiedys ze mna. Chyba nabrałam jakiegos doswiadczenia i bardzo sie z tego ciesze:)) Wydaje mi sie ze jestem bardzo dojrzala uczuciowo jak na swoj wiek, tylko osoba ktora kocham swiadczy o tym jak bardzo dziecinna jestem skoro kocham gwiazde...

* * * * *

Aniu, mówiąc, że wiele dla niego robisz miałam na myśli właśnie to: że się za niego modlisz. Modlitwa nigdy nie trafia w próżnię, zawsze Bóg bierze ją pod uwagę i wydaje ona owoce. To piękne, że potrafisz robić cos dla niego bezinteresownie.
Na pewno ta historia nie jest bez sensu - nauczyła Cię choćby tego o czym piszesz, otworzyła Ci oczy. Wykorzystaj to. Życzę Ci prawdziwej, "namacalnej" miłości. Z Bogiem!


Ostatnia aktualizacja: 26.08.2017, 13:52


[ Powrót ]
Daj plusika:
[ Strona główna ] Drukuj Wyślij link
Trudna miłość. Jak pokonać kryzys? Trudna miłość. Jak pokonać kryzys?
Tonino Cantelmi, Rachele Barchiesi
Dlaczego zbudowanie stałych i silnych związków uczuciowych wydaje się dzisiaj bardzo trudne czy wręcz niemożliwe? Jakie są przyczyny kryzysu panującego w relacjach międzyludzkich? Autorzy niniejszej książki starają się ukazać te przyczyny. Chcą pomóc Czytelnikowi, zwłaszcza młodemu, w budowaniu trwałych relacji z innymi ludźmi.... » zobacz więcej
Zakochanie… i co dalej? Zakochanie… i co dalej?
Jacek Pulikowski
Książka ta jest pierwszym krokiem do szczęśliwego małżeństwa. Pomyśl o radosnym czasie zakochania, chodzenia ze sobą, narzeczeństwa i nie zmarnuj go! Wykorzystaj cenne wskazówki autora dla dobra twojego i przyszłego współmałżonka... » zobacz więcej
O stronie... | Ogłoszenia | Konkurs | Wspomóż nas | Polityka Prywatności | Kontakt

© 2001-2011 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej