Kartki Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Czat Opowiadania Perełki
Miłość czy MIŁOŚĆ? Czyli sztuka chodzenia ze sobą Miłość czy MIŁOŚĆ? Czyli sztuka chodzenia ze sobą
Katarzyna i Tomasz Jarosz
Przeczytaj tę książkę! Być może znajdziesz tu odpowiedzi na swoje pytania, a przedstawione rady pomogą Ci wybrnąć z sytuacji w jakieś się znalazłeś.... » zobacz więcej
miłość czy Miłość?

Odpowiedzi na pytania

Odp: [1-50], [51-100], [101-150], [151-200], [201-250], [251-300], [301-350], [351-400],
[401-450], [451-500], [501-550], [551-600], [601-650], [651-700], [701-750], [751-800], [801-850], [851-900]
[901-950], [951-1000], [1001-1050], [1051-1100], [1101-1150], [1151-1200], [1201-1250], [1251-1300],
[1301-1350], [1351-1400], [1401-1450], [1451-1500], [1501-1500], [1551-1600], [1601-1650], [1651-1700],
[1701-1750], [1751-1800], [1801-1850], [1851-1900], [1901-1950], [1951-2000], [2000-2050], [2051-2100],
[2100-2150], [2151-2200], [2201-2250], [2251-2300], [2301-2350], [2351-2400], [2401-2450], [2451-2500],
[2501-2550], [2551-2600], [2601-2650], [2651-2700], [2701-2750], [2751-2800], [2801-2850], [2851-2900], [2901-2950], [2951-3000],
[3001-3050], [3100-3100], [3101-3150], [3151-3200], [3201-3250], [3251-3300], [3301-3350], [3351-3400],

Młodzi w poszukiwaniu szczęścia. Szczęście - Miłość - Seksualność Młodzi w poszukiwaniu szczęścia. Szczęście - Miłość - Seksualność
Ks. Marek Dziewiecki
Książka ks. Dziewieckiego jest skierowana przede wszystkim do młodych ludzi. Nie jest ona wynikiem jakichś teorii czy ideologii, ale praktycznym wnioskiem z sukcesów i porażek, które przeżyli młodzi ludzie.... » zobacz więcej




  Monika, 25 lat
1500
26.01.2007  
Co mam odpowiadać rodzinie tz. babciom, ciociom itp. na pytania czemu jeszczenikogo nie mam i kiedy mam zamiar założyć rodzine?

* * * * *

Babciom i ciociom: "możecie się modlić w tej intencji :)". Innym nieżonatym na pytanie kiedy wychodzisz za mąż: "no, ja jeszcze nie, ale mam nadzieję, że Ty owszem". Innym żonatym: "Jak będę miała zamiar to Ciebie poinformuję w pierwszej kolejności". Jak ktoś jest wścibski to należy przemówic jego językiem: uprzejmie, dowcipnie, ale dosłownie.

  Zagubiona, 19 lat
1499
26.01.2007  
Witam, mam problem może nie do końca nadający się tutaj, ale nie wiem gdzie indziej zapytać... otóż mam problemy ze sobą, m.in. z czystością, choć nie tylko. Długo szukałam księdza, z którym mogłąbym o tym porozmawiać. Wreszcie znalazłam, co miesiąc w ramach spotkań naszej wspólnoty młodzieżowej mamy okazję spowiadać sie u tego księdza (bądź po prostu porozmawiać). Już na pierwszym takim spotkaniu bardzo mi ksiądz pomógł, z tym że powiedział, że te problemy trzeba rozwiązywać powoli, po kolei, nie spieszyć się.. zgadzam się z nim... tylko jest jeden problem: kiedy przychodzę znów po miesiącu ten ksiądz mnie nie pamięta -a raczej mojego problemu, i w sumie musiałabym od początku mówić mu o co chodzi,a mnie jest bardzo trudno o tym mówić i nie potrafię tak za każdym razem od nowa, poza tym ja nawet nie wiem jak taką rozmowę zacząć (bo przecież chyba nie tak jak 1szą?) Byłam bardzo szczęśliwa, że wreszcie udało mi się znaleźć ksiedza, z którym umeim o tych sprawach rozmawiać, i nadal jestem.. tylko trochę się pogubiłam chyba... nie wiem jak zacząć kolejną rozmowę, nie umiem kolejny raz mówić tego samego, ale bardzo chcę kontynuować pracę nad rozwiązywaniem moich problemów właśnie z pomocą tego księdza.. proszę o pomoc, bo naprawdę nie wiem... dziękuję

* * * * *

Hmm, no widzisz ksiądz ma bardzo dużo osób i nie pamięta wszystkich. Myślę jednak, że z czasem skojarzy Ciebie i będzie już wiedział o co chodzi. Dopóki to jednak nie nastąpi możesz mówić, że "tak jak poprzednim razem mówiłaś Twój problem polega na..., ksiądz zalecił Ci... i Ty od tego czasu..." . Tak, by podkreślić, że nie jesteś tu pierwszy raz i że zmagasz się z problemem, wypełniasz zalecenia i robisz postępy. A tak jak mówiłam - ksiądz na pewno będzie Cię coraz bardziej zapamiętywał. Trzymaj się i odwagi! Z Bogiem!

  Anna, 28 lat
1498
26.01.2007  
Poznałam chłopaka (w moim wieku), który zrobił na mnie duże wrażenie. Widzę, że mu na mnie zależy. Jednak jest pewien problem - ja mam wyższe wykształcenie - on tylko maturę. Nie ma takiego zawodu, który by mi imponował. Więcej od niego zarabiam. Ujął mnie jednak swoją opiekuńczością i cierpliwością. Czy mamy szansę na udany związek? Moi rodzice i znajomi są przeciwni, bo uważają, że wykształcenie to ważna sprawa. Nie wiem czy spotykać się z nim, czy może nie powinnam, aby nie robić mu nadziei.

* * * * *

Aniu, przeczytaj proszę odp. nr 1387, tam właśnie pisałam dokładnie o takim problemie.
I jeszcze kilka słów. Oczywiście rozumiem rodziców, którzy chcą dla Ciebie jak najlepiej. Oni po prostu boją się, że będziesz musiała utrzymywać dom, bo Twój mąż będzie niezaradny. I dlatego kluczowa sprawa: czy on uważa, że jego zarobki to szczyt jego możliwości? Czy też chce by było inaczej i jako mężczyzna ma ambicje? Jeśli jego praca daje mu satysfakcję to ok, ale jeśli chodzi do niej z musu ale nic nie zmienia bo uważa, że i tak nic lepszego nie znajdzie i nie warto się starać to nie jest dobrze. Jak on wyobraża sobie przyszłość? Jaką ma wizję rodziny? Czy uważa, że to on powinien odgrywać kluczową rolę w utrzymaniu rodziny? Czy też cieszy się, że Ty zarabiasz nieźle bo to rozwiąże Wasze problemy finansowe? Jak się czuje ze swoim wykształceniem? Czy naprawdę nie da rady zrobić studiów (czasem tak jest i wtedy nie jest to powód do wstydu. Lepiej być dobrym fachowcem niż kończyć jakiekolwiek studia na jakimkolwiek kierunku byle mieć jakikolwiek tytuł)? A może po prostu nie wierzy w swoje siły, mimo, że jest zdolny i naprawdę mógłby osiągnąć więcej? Mężczyzna powinien być ambitny. I znów: tu nie chodzi o pracoholizm czy robienie kariery. Mężczyzna powinen mieć wizję przyszłości, którą stale udoskonala. Nie wolno mu spocząć na laurach. On musi chcieć dążyć do czegoś więcej: rozwoju firmy, budowy domy, samorozwoju. Jeśli mężczyzna uważa że już nic w życiu nie osiągnie i należy się cieszyć z tego co się ma bo mogłoby być gorzej to powinno jego kobietę mocno zaniepokoić. Aniu, jak odbierasz tego chłopaka? Czy według Ciebie jest silny? Tzn. czy jest pewny siebie, samodzielny i zaradny? Czy czujesz się przy nim bezpiecznie, tzn. czy myślisz, że on potrafiłby utrzymać rodzinę, czy gdyby stracił pracę to starałby się znaleźć choć dorywcze zajęcie i szukać innej? Narzeka na sytuację w Polsce czy ma plany? Czy daje Ci oparcie? Mówisz, że ujął Cię opiekuńczością i cierpliwością. To dobry znak.
Aniu, Wasz związek może być udany. Mówię zupełnie serio (i poniekąd z własnego doświadczenia). Tylko musisz być przekonana, że to właściwy człowiek. Jeśli Ty sama poznając go lepiej dojdziesz do wniosku, że ma on cechy, które sprawiają, że czujesz się przy nim bezpiecznie, że czujesz się kobietą, że darzy Cię szacunkiem i możesz na niego liczyć to poczujesz się na tyle pewnie, że zdanie znajomych o jego wykształceniu po prostu nie będzie Cię obchodziło. Nikt nie może decydować za Ciebie. Ja rozumiem, że to mógłby być pierwszy odruch znajomuych. No bo wykształcenie generalnie jest ważne - z tym się trzeba zgodzić. Ale nie zawsze jest tak, że człowiek bez studiów to ciamajda i życiowo sobie nie radzi. Czasem taki ktoś może być bardziej męski i zaradny, może dawać większe oparcie kobiecie i być mądrzejszy niż ktoś z doktoratem, naprawdę.
Aniu, poznajcie się lepiej. Nie rezygnuj z tej znajomości tylko z powodu jego wyksztacenia. Ja rozumiem, że na część pytań które Ci zadałam jeszcze nie potrafisz odpowiedzieć bo to początki znajomości. Dlatego spotykajcie się, poznawajcie, prowadźcie długie rozmowy. Obserwuj go w różnych sytaucjach. Tylko znając kogoś będziesz mogła podjąć decyzję.
Jeśli będziesz pewna i silna dacie sobie radę, nawet jeśli część znajomych nie zaakceptuje Waszego związku. Próbować - moim zdaniem - warto. A może zdopingujesz chłopaka do tego, by dalej się uczył i po jakimś czasie on będzie zarabiał więcej od Ciebie? Nie wiadomo. W każdym razie módl się i działaj. Powodzenia!

  Samanta, 19 lat
1497
26.01.2007  
Witam!
Napewno otrzymuje pani wiele listów i mój jest kolejnym z tej serii ale nie rozumiem siebie i w tym cały problem boje się tego co się ze mna dzieje. Zawsze bardzo bałam sie samotności, a teraz robie wszystko żeby w końcu zostać sama chociaż bardzo bym chciała się związać. Przez ostatni czas bardzo się zmieniłam nigdy nie byłam nieśmiała zawsze miałam dużo znajomych ale nigdy nie spotykałam się z chłopakami a jeżeli nawet to robiłm wszystko żeby to bylo po koleżeńskiemu najpierw bo czekałam na pawdziwą miłość póxniej bałam się pierwszego pocałunku itp Zakochiwałam sie zazwyczaj w chłopakach których nie mogłam mieć. Cierpiałam później w końcu postanowiłam się przełamać odważyć na pierwszy pocałunek bo uznałam że to najwyższy czs (17 lat) itp nie było to niesamowite ani nic takiego dlatego urwałam znajomość spotykałam się z kimś innym i dobrze mi było z tą osobą ale raczej w formie pzyjaciela. Jest jedna osoba gdy o której myśle a gdy jej nie ma blisko to czuje tęsknote ale słabo go znam żeby powiedzieć ze to miłość raczej wdzieczność bo on zauważał mnie jak jeszcze nie miałam powodzenia, częściowo dzięki niemu uwierzyłam ze mogę sie podobać... kiedys nawet chciałam żeby cos z tego wyszło ale wtedy on nie był pewien .... Dlaczego odrzucam każdego napotkanego chłopaka gdy oferuje mi związek Co sie ze mna stało ? Czy ja juz nie potrafie kochać ?


* * * * *

Moim zdaniem nie jesteś jeszcze gotowa na związek. Ale nic w tym złego. Nie musisz odczuwać pewnych pragnień tylko dlatego, że "już na to czas". Pomysł z pocałunkiem w wieku 17 lat też nie był najszczęśliwszy. Pocałunek to bardzo intymna rzecz i powinien być wyrazem prawdziwej, dojrzałej miłości. Nie można się całować dla sportu. Dlatego nie odczułaś w nim nic szczególnego. Tak samo nie można, wręcz nie wolno chodzić z kimś "bo już wypada", "bo inne mają chłopaka", "bo jest fajnie", "bo mam z kim wyjść". Miłość to pragnienie dobra dla drugiego człowieka. Aby mogła się rozwinąć musi być poprzedzona poznaniem drugiego człowieka, naprawdę dobrym poznaniem i wolną decyzją, że właśnie tego człowieka wybieramy. Pisałam o tym szerzej w tym artykule: [zobacz]. To, że odrzucasz każdego chłopaka któremu się spodobasz świadczy o Twoim strachu. Ty podświadomie wcale nie chcesz się jeszcze związać, natomiast uważasz, że już powinnaś bo inaczej zostaniesz sama. Bardzo zdradliwe myślenie. Absolutnie nie powinnaś się do niczego zmuszać. Jeśli jakiś chłopak Cię nie pociąga to znaczy, że nie zrobił na Tobie wrażenia, nie zaimponował Ci, nie zafascynował. Gdy spotkasz chłopaka, którego będziesz za coś podziwiać zapragniesz z nim być i nie będzie mowy o ucieczce przed nim. Teraz zaś daj sobie czas. Nikt nie powiedział, że należy znaleźć sobie chłopaka do dwudziestki. Bóg wie co jest dla nas dobre i wie na jakim etapie rozwoju do miłości jesteśmy. Nie da nam za dużo, bo myśmy sobie nie poradzili. Moglibyśmy przez swoją nieumiejetność zniszczyć nieodwracalnie dobrze zapowiadającą się relację. Dlatego czasem każe nam czekać. Czasem jest też tak, że ta druga osoba, która spotkamy jeszcze w tej chwili nie jest na miłość gotowa i musimy na nią czekać. To Boża tajemnica, ale musimy ufać, że tak jest lepiej. Ja sama późno wyszłam za mąż. I też wydawało mi się, że nikogo już nie poznam i będę sama. A tymczasem otrzymałam wtedy kiedy byłam gotowa.
Wykorzystaj ten czas oczekiwania najlepiej jak umiesz. Rób rzeczy, zdobywaj umiejętności na które później możesz nie mieć czasu. Czytaj literaturę na ten temat np. książki polecane przez nas w tym dziale. Dojrzewaj do miłości, rozwijaj się i bądź na nią gotowa kiedy przyjdzie. Im bardziej się przygotujesz tym większa szansa na udany związek. Módl się od dobrego męża, chłopaka. Powodzenia!

  ula, 18 lat
1496
26.01.2007  
Witam.Mialam chlopaka ale on ze mna zerwal i niedawno sie odezwal ze chce do mnie wrocic.Kiedy mu postawialam warunki on stwierdzil ze mu sie juz odechcialo a 2 dni potem napisal mojej kumpeli ze ma dziewczyne.Co mam zrobic?Bo uczucie do niego na nowo sie u mnie narodzilo...

* * * * *

Współczuję.
Co zrobić? Uznać, że jest nieodpowiedzialny i niepoważny. Całe szczęście, że nie zdążyłaś do niego wrócić. Oczywiście poradzenie sobie z uczuciem bólu i żalu trochę czasu Ci zajmie. Proszę poczytaj jak sobie z tym poradzić w odp. nr: 80, 526, 653, 825 i módl się, by Bóg postawił na Twej drodze rozsądnego chłopaka.

  Kornelia, 20 lat
1495
24.01.2007  
A więc tak...przyjaźnie się z chłopakiem 2 lata młodszym ode mnie...tzn nie wiem czy to teraz można nazwać przyjaźnia....:( przyjaźnimy się od 7 lat na początku to było takie co ma zrobić dla dziewczyny czy na odwrót...pomagaliśmy sobie nawzajem w sprawach sercowych itp...przychodził codziennie...(wtedy jeszcze nie mielismy telefonów kom., internetu) 2,5 roku temu poczułam do Niego coś wiecej niż tylko przyjaźń i powiedziałam mu to prosto w oczy...myślalam, że odejdzie i nie bedzie chciał mnie znać...bo to było uczucie tylko jedno stronne...ale na drugi dzień normalnie przyszedł i gadaliśmy jakgdyby nigdy nic...lecz po pewnym czasie...kontakt się urwał...nie przychodził nie pisał...nic...!!! lecz od jakiegoś roku znowu zaczeliśmy się "przyjaźnić" ale już nie jest taka jak było....:( teraz mniej rozmawiamy na żywo wiecej przez gg i niekiedy kłócimy, ale zaraz się godzimy...(i to czasami się tak gada że coś)...:( nie wiem co do niego teraz czuję...nie sądzę żeby to była MIŁOŚĆ lecz o każdą dziewczynę z którą on sie spotyka jako "przyjaciel" jestem zazdrosna...a i tu trzeba jeszcze dodać że On chce iść do zakonu...wiec nie mam o co być zazdrosna a jednak jestem... mi na nim zależy wyłącznie jako na przyjacielu.bardzo bym chciała się z nim dalej przyjaźnić...ale nie wiem czy przez moją zazdrość nie zniszcze tego...nie mam pojęcia co dalej robić...a może zostawić go w spokoju...ogólnie żeby zapomniał o mnie itp...?? nie wiem... :/

* * * * *

No za dobrze to nie zrobiłaś. Nie można zaczynać budować domu od dachu, nie można zaczynać związku od wyznania miłości. O tym czym to skutkuje pisałam w odp. nr: 18, 61, 74, 217, 514, 1168, 1287. Po prostu postawiłaś go przed faktem dokonanym, poczuł się przyciśnięty do muru. Nie dziwię się, że się przestraszył i jeśli nie czuł w tamtym momencie tego samego co Ty to się wycofał. Trzeba było pomału rozwijać ten związek, tak, by dać drugiej stronie możliwość głębszego poznania się i podjęcia wolnej decyzji o dalszym byciu razem.
Z tego co piszesz on nie odwzajemnia miłości. Współczuję Ci, ale wygląda na to, że on traktuje Cię jak koleżankę, nie biorąc pod uwagę jako dziewczyny. Jeśli zależy Ci na przyjaźni to zachowuj się tak jak dotychczas. Ale mam wrażenie, że nie tylko o to Ci chodzi, że nadal Ci na nim zależy. Dlatego ciągle będziesz miała nadzieję. Dopóki zatem relacje z nim budzą w Tobie uczucia zazdrości, bólu, nadziei to raczej nie staraj się o zacieśnainie więzi przyjaźni. Raczej rozluźnij trochę kontakty i nie oczekuj od niego tego samego co Ty mu ofiarujesz. Do przyjaźni z nim będziesz gotowa gdy jego widok w towarzystwie innej dziewczyny lub w zakonie nie będzie Cię "ruszał" i sprawiał przykrości. Pozwól mu swobodnie rozeznać swoje powołanie ale także chroń siebie. Jeśli Cię to nadal boli polecam odp. nr: 80, 526, 653, 825.

  Nameless, 24 lat
1494
24.01.2007  
Wiele bym mógł napisać o moim uczuciu a jeszcze więcej bym chciał. Znamy się od dłuższego czasu, mamy codziennie okazję spędzenia ze sobą kilku dłuższych chwil. Stopniowo, każdego dnia widzę w niej coraz więcej, nie spotkalem wcześniej kogoś takiego jak ona. Wzbudza we mnie wiele poztywnych uczuć, staje mi się naprawdę bliska, chciałbym dla niej jak najlepiej, osłonić przed całym złem tego świata... dzielić z nią każdą chwilę, czy dobrą czy też złą. Pokazać piękny świat, nauczyć się nim cieszyć, czerpać radość ze wszystkiego. Jest moją pierwszą myślą po przebudzeniu się.

Jedyne, co mnie w tej chwili powstrzymuje to fakt, że nie jest sama. Niewiele wiem o jej związku, aczkolwiek nie wydaje mi się zbyt udany, ani do końca szczęśliwy. Jednakże tego pewny być nie mogę. Nie wiem, czy powinienem jej przekazać to, co myślę. Nie chciałbym, aby się wystraszyła, niechciałbym jej w żaden sposób stracić. Ale z drugiej strony... serce nie sługa.


* * * * *

Hmmm. Tobie wydaje się, że jej związek może nie jest zbyt udany. Natomiast tylko ona wie czy tak jest czy nie. Jeśli tak jest to tylko ona powinna coś z tym zrobić, Ty nie możesz jej w tym pomagać. To musi być jej wolna, niezależna decyzja, nie podjęta pod czyimś wpływem i naciskiem. Dlatego teraz nie powinieneś jej mówić co o tym myślisz, ani tym bardziej wyznawać uczuć, bo to się może skończyć katastrofą (o tym w odp. nr: 18, 61, 74, 217, 514, 1168, 1287). Musisz też wziąć pod uwagę fakt, że nawet gdyby ona zerwała z tamtym chłopakiem to potrzebny jej będzie czas na ochłonięcie, na pozbieranie myśli, na przeżycie po nim żałoby. Na pewno nie będzie tak, że ona od razu odwzajemni Twoje uczucia i będziecie razem szczęśliwi. A jeśliby nawet nie dawała po sobie poznać, że cierpi to tym gorzej, bo to oznacza, że udaje, żeby Ciebie nie ranić. Po każdym związku trzeba dojść do siebie. Ten czas jest różny, w zależności od tego jak długo to trwało, na jakim byli etapie, jaki był powód rozstania itp. Więc nie spodziewaj się od razu entuzjazmu.
Rozumiem Twoje uczucie. To co teraz możesz zrobić to obserwować tą sytuację i być w jej pobliżu. Okazać pomoc gdy poprosi lub zaproponować ją gdy będziesz widział, że tego potrzebuje. Natomiast nie narzucać się, nie namawiać do rozstania.
Wiem, że chcesz być z nią. Natomiast nie wiesz czy ona zechce być z Tobą. Jeśli chcesz dla niej dobrze to rób to bezinteresownie. I rób to dotąd dokąd będziesz w stanie znieść taki stan. Dopóki nie będzie Cię to bolało. Jeśli poczujesz, że ten stan zawieszenia jest ponad Twoje siły, że nic nie zamierza się zmienić to pomyśl też o sobie. Bo miłość prędzej czy później musi zostać odwzajemniona, inaczej jest cierpieniem. A nie o to w niej chodzi. Jeśli ona nadal będzie z tym chłopakiem to zacznij się wycofywać. Bo nie może być tak, że Ty będziesz zawsze w gotowości i będziesz cierpiał. Jeśli coś się u nich polepszy to odejdź. Postaraj się rozluźnić kontakty i zrozumieć, że to jeszcze nie ta dziewczyna. Módl się teraz o mądrość, o światło, o to, by Bóg pozwolił Ci rozeznać co masz robić. Módl się o dobrą żonę. Z Bogiem!

  Dziewczyna, 20 lat
1493
24.01.2007  
Witam:)Pisałam raz w pytaniu nr 1160. Nie piszę juz teraz po to, by prosić o radę, tylko, żeby dać swego rodzaju świadectwo. Powodem jest to, iż widzę, jak wiele dziewczyn zakochuje się lub przywiązuje do osób duchownych. Ja również przeżyłam podobną historię, z tym, że to nie była moja wina. To nie ja byłam inicjatorką całej relacji, lecz dorosły mężczyzna, ksiądz, okazał się być mniej dojrzały niż ja, młoda smarkata dziewczyna. Moje zaufanie zostało mocno nadużyte a serce zszargane. Byłam z tym sama, to ja musiałam być bardziej dorosła i zrywać kontakt, chociaż moje serce wyło z tęsknoty za ciepłem. Co jednak chcę powiedzieć... otóz to, że można to przetrwac. Że można znaleźć w sobei siłe, by się z takiej chorej relacji wyrwać. Pod jednym warunkiem.. gdy sie w tym wszytskim Boga zobaczy. Bo gdy dobrowolnie tkwimy w takiej relacji, to nie ja, nie ksiądz jest osobą najbardziej cierpiącą, lecz własnie Bóg. To On jest zdradzany, to Jemu się wpycha nóż w serce. Pomyślcie... my kochamy w sposób bardzo niedosakonały, a zdrada bardzo nas boli, więc skoro Bóg jest Miłością doskonałą, to jak wielki ból Jemu sprawia zdrada.
Nie pisze tego, by ktokolwiek zaczął czuć się winny. Chcę powiedzieć, ze nie wolno czuc sie winnym, jesli nie dochodzi do zadnych czynow miedzy osoba a ksiedzem, ale takze chcę przestrzec przed wchodzeniem w taka relację głebiej. Nawet wbrew sercu. Kazda kobieta ma serce zranione, męzczyzna takze, tylko w inny sposób. Dlatego z szacunku dla serca czlowieka nie wolno się bawic w substytuty miłosci. Chce pokazać, ze taki bol mozna przetrwac, ze mimo, iz mi samej bylo bardzo trudno, to sam Bog wyprowadzil z tego dobro. Nauczył mnie, by nie byc juz naiwna w kwestii emocji i relacji między ludźmi. Dlatego prosze, byscie uwazaly na relacje rodzace sie miedzy Wami a ksiezmi. Ja nie mowie, ze przyjazn jest niemozliwa. Chce tylko podkreslic, ze wymaga wielkiej emocjonalnej dojrzlosci,a mlode dziewczyny w wyniku zranien czesto takowej nie maja.
Byc moze to, co pisze, nie zostanie zamieszczone, bo to nie jest problem, ale jesli tak, to apeluje do tych wszytstkich zranionych serc o madrosc i zaufanie Bogu. O niebawienie sie w szczeniackie relacje. O zostawienie w spokoju tych, którzy sami nie czynią żadnych duznacznych gestów, są w porządku, a są czyimś obiektem westchnień. I o modliwte za tych ksiezy, zwlaszcza tych, ktorzy sami ranią, bo będziemy mieli takich księzy jakich sobie wymodlimy. Nie mówię tego bezpodstawnie. Bóg pomógł mi powiedzieć "nie" takiej chorej relacji. Do tej pory zmagam się z ranami po tamtym zdradzeniu mojego zaufania i wykorzystaniu mojej naiwności, ale widze tez błogoslawione owoce. Rodzaj szczepionki. Wierze w moc serca kazdej z Was, ktora ma podobne przezycie. Niech sam Bóg wyprostuje Wasze serca, zeby miały siłe nei wchodzic w relacje, ktore są tylko ułudą. I pozwoli prawdziwie szanować tych, którzy są powołani do służby kapłańskiej. Z Bogiem :)


* * * * *

Droga Dziewczyno! Oczywiście, że Twoje świadectwo będzie zamieszczone i to nie tylko tu, ale - jeśli pozwolisz - w dziale Miłość w Świadectwach. Dziękujemy bardzo!

  Emilka, 15 lat
1492
24.01.2007  
Witam serdecznie!
Zakochałam się w koledze, który jest w moim wieku i widuję go 2 razy w tygodniu. Jak zwrócić jego uwagę na mnie? W klasie siedzi z pewną dziewczyną, nie wiem, czy on cos do nie czuje, albo czy ona coś do niego. Widać, że są dobrymi kumplami. Ja mówię mu tylko: "cześć". Nie rozmawialiśmy nigdy w cztery oczy. On jest niesamowity - inteligenty, przystojny, ma poczucie humoru, jest dla mnie prawie ideałem. Nie mogę przestać o nim myśleć. Ale to, że się w nim zakochałam motywuje mnie do pracy nad sobą i motywuje do nauki. To chyba dobrze... Mam nadzieję, że on się nie domyśla moich uczuć. Jak poznać, czy on jest mną zainteresowany? Co mam robić? Jak się zachowywać? O czym z nim rozmawiać? Jak zacząć rozmowę? Jak być dowcipna, skoro na codzień jestem smutasem? Zauważyłam, że on lubi przebywać w wesołym towarzystwie. Muszę przy nim powstrzymywać się od narzekania. Za wszelkie rady dziękuję! Dobrze, że pani jest:)


* * * * *

Proszę przeczytaj odp. nr: 3, 30, 37, 134, 411, 912. Jeśli chętnie będzie z Tobą rozmawiał, uśmiechał się to znaczy, że jest do Ciebie życzliwie nastawiony. Sam fakt, że siedzi z jakąś dziewczyną nie musi o niczym świadczyć - może wychowawczyni ich tak "usadziła"? W każdym razie kluczem do sukecesu jest tutaj rozpoczęcie rozmowy, bo tylko w ten sposób można nawiązać z kimś kontakt. Potem będzie już łatwiej.

  Renia, 21 lat
1491
22.01.2007  
Do odp 1455

Tak,moze i sie zakochalam,ale to przerodzilo sie w otbrzymia zlosc, bo nienawisc to chyba za duzo powiedziane. I wiem ze to co powiedzial mi ksiadz to raczej nie bylo nic dobrego i pouczajacego w zadnej kwestji, czy kategorii (tymbardziej jako porada duszpasterska). wiem ze on jest winny bo nie mozna nikogo traktowac jak "śmiecia"...............


* * * * *

No i owszem. Dlatego staraj się przebaczyć (a przebaczenie nie polega na zapomnieniu czy braku "czucia" tylko na tym, że nie życzymy komuś źle) i unikaj kontaktu.

  blazej, 30 lat
1490
22.01.2007  
Mam dość trudną sprawę. Mam 30 lat. Jestem zwyczajnym facetem. Nie jestem gruby, niski, łysy. Choć kobiety, które pytałem, twierdziły że nie jestem przystojny. Mimo że jestem miły i śmiały nie mam powodzenia u płci przciwnej. Kontakty z kobietami ograniczyły się do kilku wizyt u prostytutek. Muszę przyznać że ta sytuacja jest dla mnie mocno niekonfortowa. Niesatysfakcjonują mnie tak płytkie kobiety z kobietami. Ostatnio spotkałem dawno niewidzianego kolegę ze szkoły. Muszę przyznac się że byłem w szoku gdy wyjawił mi pewien sekret ze swego życia. Okazało się że kobieta z którą od 2 lat jest jest jego utrzymanką. Płci jej "pensję" i wynajmuje mieszkanie. Muszę się przyznać że zastanawiam się nad podobnym krokiem. Muszę rozważyć to w swoim sumieniu. Chciałbym się jednak dowiedzieć jak można taki związek potraktować w ramach wiary. Czy można oprzeć poważny związek na podstawach ściśle materialnych? Jeśli błądzę jak powinienem wybrać? Odnosi się to pytanie do moich kontaktów z kobietami? Co robię "nie tak"? Gdzie popełniam błąd? Czym je odpycham

* * * * *

A jak można potraktować taki związek, jak Ci się wydaje?
Zwyczajne cudzołóstwo, na granicy z płatną, acz wyrafinowaną prostytucją.
Odpowiada Ci? Chyba nie. Jeśli szukasz miłości, rodziny, szczęścia to szukaj tam gdzie powinieneś. Domy publiczne i utrzymanki nie są tym miejscem i tymi osobami.
Pytanie dlaczego Ty, 30-letni facet tego nie wiesz? Dlaczego tam poszedłeś?
Bo co? Bo one Cię nie odepchną, bo u nich nie poniesiesz porażki, nie dostaniesz kosza? Bo ukryjesz swoje kompleksy i dostaniesz chwilę przyjemności? Nawet nie o seks Ci przecież chodziło. One po prostu Cię dowartościowały. Przez moment byłeś "naj", byłeś kimś, byłeś akceptowany, a może nawet podziwiany? Ale przecież wiesz, że to było fałszywe. Ty sobie tą chwilę po prostu opłaciłeś. Fajnie było? Chyba nie. Chyba wolałbyś, żeby tą akceptację ktoś okazywał Ci za darmo i szczerze, z głębi serca. Chyba wolisz by było to trwałe. Chyba wolałbyś, by ktoś kochał Cię "pomimo" (Twoich wad, braku urody itp.) a nie "za coś". Twój kolega jest tak samo niedowartościowy i niepewny swojej męskości. Obaj wolicie prostsze rozwiązania, oszukując się, że dostajecie "miłość" zamiast zmobilizować się, okazać swoją męskość i podjąć ryzyko. Co, duma nie pozwala na narażenie się na porażkę? Nie zniesie kosza? A może nie wierzycie, że potraficie stworzyć normalny dom i mieć żonę? Może nie wierzycie, że jesteście w stanie zaimponować kobiecie i dać jej poczucie bezpieczeństwa i oparcie? Boicie się kobiet? Boicie się głębszej relacji i dlatego wolicie traktować ją przedmiotowo ("płacę i wymagam...")? Czy wystarcza Wam płytkie połechtanie Waszej póżności i tłumicie w sobie świadomość, że to nie jest prawdziwe? Bo prawdziwa miłość jest za darmo.
Prawdziwa miłość nie jest od niczego uzależniona. Ona daje nie oczekując. Ona jest bezinteresowanym pragnieniem dobra dla drugiego człowieka, pisałam o tym w tym artykule: [zobacz]
Błażej! Podejmij ryzyko. Udowodnij samemu sobie swoją męskość. Ale nie tą mierzoną liczbą podbojów seksualnych tylko tym co potrafisz zaoferować kobiecie. Odważ się nawet ponieść porażkę odrzucenia. Jeśli tak się stanie to nie będziesz przegrany. To nauczy Cię co robisz nie tak i przybliży do celu. Odważ się! Prawdziwy mężczyzna jest odważny i dąży do zwycięstwa. Sięga po najlepsze a nie zadowala się plastikowym mieczem. Stara się pokochać kobietę a nie użyć jej. Szuka prawdziwego uczucia a nie pozwala się zbywać kilkoma nic nie znaczącymi frazesami. Prawdziwy mężczyzna nie musi płacić za miłość. On potrafi zdobyć ją za darmo. I Ty też to potrafisz. Tylko pomyśl w czym jesteś mocny, co jest Twoją siłą, co mógłbyś kobiecie dać. I szukaj tam gdzie te prawdziwe kobiety są. Zachwyć ją tym co sobą prezentujesz. Swoją odwagą, intelektem, zrozumieniem. Oczaruj ją. Nawet najbrzydszy mężczyzna może być czarujący. Nie wierzysz. A ja wiem. Bo piękno płynie z wnętrza, z duszy. Kobieta nie patrzy na urodę. Mężczyzna imponuje jej swoimi wartościami, swoją pracą, swoimi konkretnymi zainteresowaniami, swoją odwagą. Ty to wszystko masz w sobie. No to wykorzystaj to. I szukaj prawdziwej kobiety i prawdziwej miłości. Nie zadowalaj się namiastkami, szkoda na to życia. Polecam Ci bardzo książkę Johna Eldredge "Dzikie serce. Tęsknoty męskiej duszy". I polecam Ci odp. nr: 234, 25, 50, 340, 1101, 1447 o tym czego oczekuje kobieta i mężczyzna w związku. Twoje serce jest męskie i nie daj sobie wmówić, że jest inaczej. Ono chce walczyć i zwyciężać. Ono tęskni za najlepszym. Daj mu to, a będziesz całe życie szczęśliwy. Naprawdę warto! Powodzenia!
P.s. Pomódl się czasem o dobrą żonę. Bóg chce Ci ją dać, ale czeka aż Mu to powiesz, bo nie chce robić nic wbrew Tobie.

  ktoś bardzo smutny, 20 lat
1489
22.01.2007  
kompletnie nie wiem co mam zrobić... po wielu przejściach jestem szczęśliwa z moim chłopakiem jestesmy juz bardzo dlugo ze soba i planujemy wspolna przyszlosc. On spedzil ostatnie miesiace za granica a teraz od marca idzie do wojska i to na drugi koniec Polski... oznacza to ze bedzie bardzo rzadko przyjezdzal... nie wiem jak sobie z tym poradzic 2 miesiace to dla mnie męka a co powiedziec o 9... przeciez my sie zmienimy a na dodatek w pewien sposobprzestaniemy uczestniczyc w zyciu tej drugiej osoby i jest jeszcze to co dzieje sie w wojsku... nie wiadomo kogo on tam pozna i w ogóle ten okres czasu jest potwornie długi tynm bardziej że zbliżąją sie wakacje i będę miała mnóstwo czasu wolnego... bardzo sie boje sama nie wiem czego może tego że któreś z nas nie wytrzyma może samotności ale wiem jedno bardzo Go kocham i chcę z nim być tylko jak... :(((((((((((((((

* * * * *

Co do tego, że on tam kogoś pozna to bym się raczej nie obawiała, bo chyba za bardzo to nie będzie miał okazji.
Rozłąka jest zawsze bardzo trudna. Tęsknimy bardzo i to jest naturalne. Jest to pewne wyzwanie dla związku - jeśli próba wypadnie pomyślnie to bardzo go umocni. To da dowód, że jesteście na tyle silni i tak Wam na sobie zależy, że potraficie na siebie czekać. To pozwoli Wam uświadomić sobie jak bardzo ta druga osoba jest ważna, co w niej cenimy i jak bardzo nam jej brak.
Owszem, 9 miesięcy to długo, ale pociesz się, że nie tak dawno przecież zasadnicza słuzba wojskowa trwała 2 lata i kontakty z rodziną były jeszcze trudniejsze, rzadziej dostawało się przepustki, gorsza była komunikacja itp. I też ludzie jakoś musieli sobie radzić.
Ja myślę, że Wy tą próbę przejdziecie. Daliście temu dowód teraz, gdy nie widzieliście się dwa miesiące. To też kawał czasu, a jednak potrafiliście, prawda? Teraz też tak będzie. Piszesz, że ludzie przez ten czas się zmieniają. Na pewno. Jednak trudne doświadczenia kiedy jest nadzieja, że ta sytaucja jest przejściowa mobilizują, dają siłę. Na pewno nie będzie tak, że "któreś z Was nie wytrzyma samotności" - no bo co to znaczy? Przecież jak się nie znaliście to wytrzymywaliście, prawda? Tym bardziej teraz mając siebie i mając perspektywę, że za kilka miesięcy się zobaczycie wytrzymacie. W końcu to dowód wierności i poważnego traktowania związku.
Oczywiście, w wojsku jest ciężko. Dlatego wspieraj swojego chłopaka. Właśnie przez czekanie na niego, dodawanie mu otuchy, planowanie przyszłości po jego powrocie, opowiadanie sobie nawzajem co się u Was dzieje, interesowanie się swoim życiem nawzajem. Częste listy i telefony, spotykanie się podczas przepustek. No i modlitwę za niego. Ten czas szybko zleci. Przetrwajcie go a da Wam siłę i doping do rozwoju Waszej miłości.

  magda, 14 lat
1488
22.01.2007  
Dlaczego jeszcze nie mam chłopaka?

* * * * *

Proszę przeczytaj odp. nr: 461,1265.

  Aldona, 25 lat
1487
22.01.2007  
Mój chłopak jest starszy ode mnie 15 lat,znam go 10 lat, ale razem jestesmy od 2 lat.kiedyś miał przygody z prawem ( był w zakładzie)- wtedy pisalismy listy-niby jak znajomi, czy koleżeńsko.Potem gdy wyszedł zaczęliśmy chodzić razem.wszystko było w porządku, ale otoczenie najbliższe i dalsze bardzo się mi dziwi ,że taka ułożona dziewczyna zadaje się z kims tego typu.do tej pory ja człułam się dobrze - rozumiemy sie , mamy podona hierarchię wartości, nadajemy "na tych samych falach". ale boje się presji otoczenia i cały czs mam dylematy czy to milość, czy to jest rozsądne.mama to akceptuje za co ją podziwiam , ale nie wiem czy tez jej to nie męczy że taka mądra córka zadaje z tą osobą.czy otoczenie powinno nam wybierać drogę życiową? ja po prostu się już pogubiłam...nie wiem co z tym robić?

* * * * *

No dobrze, ale po pierwsze: czy ten chłopak ma jasną sytaucję osobistą? Pytam, bo skoro ma 40 lat to różnie bywa. Czy jest kawalerem, czy nie ma jakichś zobowiązań? A po drugie: owszem, przeszłość jest ważna ale najważniejsza jest teraźniejszość. Jeśli zatem teraz on nie ma problemów z prawem, jeśli naprawił w swoim życiu to co powinien, jeśli uczciwie pracuje i chce normalnie żyć to ok. Widzisz, nie jest najważniejsze to jaki ktoś jest ale jak się zmienia. Jak chce się zmieniać i czy w ogóle chce. Nie wiem za jakie przestępstwo on odbywał karę i jakiej wysokości, o tym nie piszesz. Ufam, że nie było to nic bardzo poważnego.
Dobrze, że się zastanawiasz. Widzisz, pobyt w zakładzie na pewno pozostawił ślady w jego psychice. To nie sanatorium tylko miejsce gdzie trafiają ludzie w różnym stopniu zdemoralizowani i gdzie czasem ta demoralizacja jest większa niż przed trafieniem do więzienia. Jeśli nie oglądałaś to bardzo polecam film "Symetria" - nie po to, żebyś się wystraszyła i zniechęciła ale by mieć świadomość. Na pewno zresztą Twój chłopak opowiadał Ci jak było. Dlatego trzeba mieć na względzie, że pewne ślady z przeszłości mogą zostać.
Na pewno nie otoczenie powinno wybierać Twoją drogę. Za to jesteś odpowiedzialna tylko Ty. Musisz odpowiedzieć sobie na pytanie jaki TERAZ jest Twój chłopak, jaki zrobił postęp od wyjścia z zakładu, jak sobie radzi w życiu. Co może zaoferować Tobie i przyszłej rodzinie, czy zapewnia Ci oparcie i poczucie bezpieczeństwa, czy pracuje i co robi. Gdzie mieszka i jakie ma plany na przyszłość? Czy chce normalnie żyć, opowiada z entuzjazmem o przyszłości, ma mnóstwo marzeń czy jest zniechęcony i obarcza winą za swoje życie środowisko, rodzinę, okoliczności? Czy widzi swoją winę czy uważa się za pokrzywdzonego przez los? Co robi by to zmienić? Jaki jest w stosunku do Ciebie? Jakie ma wartości, w co wierzy? To wiele pytań, zasadniczych. Musisz znać na nie odpowiedź. Rozumiem, że boisz się, że jego przeszłość może się za Wami ciągnąć, że może ktoś Ci to wytykać. Dlatego musisz Ty sama najpierw być bardzo pewna, że chcesz być z nim i musisz być na tyle silna, by odeprzeć te ataki, z którymi na pewno niestety nieraz się spotkasz. Musisz też uświadmić sobie co może wynikać z dużej różnicy wieku między Wami. O tym pisałam w odp. nr: 8, 28, 87, 310, 916, 1253. Polecam Ci też ten artykuł: [zobacz] odnośnie rozeznawania czy to miłość. Nie spiesz się. Daj Wam czas. Ty musisz nabrać zaufania i pewności, przemyśleć czego oczekujesz i co otrzymujesz. Skonfrontuj to z jego punktem widzenia. A gdy się zdecydujecie zapraszam na "Wieczory dla zakochanych" - spotkania, które pomagają podjąć ostateczną decyzję. Informacje znajdziesz tutaj: www.spotkaniamalzenskie.pl, www.malzenstwo.pl
Życzę powodzenia i trafnych, słusznych decyzji! Z Bogiem!

  Marshall, 17 lat
1486
21.01.2007  
Wiem,że to może śmieszne pytanie,ale zazwyczaj mało mówię,ponieważ sądzę,że lepiej nic nie mówić ,niż mówić za dużo i same niedorzeczności.Może to przez ten wiek :),ale jeśli zaczynam rozmawiać z jakąś dziewczyną(i podoba mi się) to po dosyć krótkim czasie nie wiem co mówić.Na jaki temat rozmawiać z dziewczyną?Jeśli nie będę nic mówił zapadnie cisza,jak mam coś na siłę powiedzieć to albo nie wiem jaki temat poruszyć albo wydaję mi się,że jest on beznadziejny.Pamiętam,że kiedyś(teraz czasem też to mi się zdaża) miałem taką cechę ,o ile to cechą można nazwać,że rozmowa "wciągała" mnie,czułem się nią "pochłonięty"! Teraz,może przez odkrycie w sobie natury raczej "ścisłej" wszystko analizuje:) i nie mogę się przełamać i pokazać w rozmowie całego siebie.Co zrobić? Dziękuję za odpowiedź!

* * * * *

A wcale nie śmieszne pytanie. Widzisz, po pierwsze to normalne, bo jak kogoś zbyt dobrze nie znasz to nie bardzo macie tematy wspólne. Po drugie: jesteś mężczyzną, a przeciętny mężczyzna wypowiada średnio 2 tysiące słów dziennie, a kobieta 7 tysięcy :)
No a o czym rozmawiać? Najlepiej wiedzieć coś o tej osobie, np. czym się interesuje, do jakiej szkoły chodzi i nawiązywać do tych tematów. Dobrze jest wcześniej też przygotować sobie kilka rezerwowych tematów, takich w jakich dobrze się czujesz ale które będą na tyle uniwesalne i zrozumiałe, że nie znudzą rozmówcy. Odradzam np. rozmowę o samochodach lub fizyce ;-). Możesz nawiązywać do czegoś co akurat widzicie lub słyszycie, możesz opowiedzieć jakąś anegdotę, ciekawostkę. Możesz delikatnie zahaczać o tematy, które pozwolą Ci ją poznać bliżej np. rodzeństwo, hobby, zwierzęta w domu, miejsce zamieszkania (w kontekście historii jej dzielnicy czy miejscowoości - jeśli nie będzie zbyt dużo wiedziała delikatnie zaproponuj, że kiedyś możecie się krajoznawczo wybrać tu i tu, że możesz jej coś ciekawego pokazać). Dobre wrażenie robi na kobietach fakt, że mężczyzna ma konkretne zainteresowania. To dowód, że jest inteligentny, że może coś zaoferować kobiecie, że nie marnuje czasu, że chce coś osiągnąć. To kobiecie imponuje. Wykorzystuj to. A jak już całkiem zabraknie tematu to powiedz dziewczynie delikatny komplement.
Co do tego że teraz wszystko analizujesz i nie możesz się przełamać: a może teraz po prostu bardziej Ci zależy, żeby dobrze wypaść w rozmowie i dlatego bardziej się kontrolujesz? Nie spinaj się tak bardzo, pomyśl, że to po prostu na razie Twoja koleżanka i że ona akceptuje Cię takiego jakim jesteś a rozmowa sama się potoczy. Powodzenia!

  Justyna, 18 lat
1485
21.01.2007  
Szczesc Boze!
Pisze z kolejnym problemem. Otoz problemem sa rodzice, a wszczegolnosci mamusia. Z P. poznalismy sie przez internet, od pol roku widujemy sie. Zawsze do mnie przyjezdza. Bylismy razem na sylwestrze i mojej studniowce. zatem nocowal juz u nas, bo nie byl wstanie wrocic tego samego dnia. wszystko bylo wspaniale. jest bardzo dobrym chlopakiem, darzy mnie wilka miloscia, a ja jego. ostatnio przeprowadzilismy powazna rozmowe, wspaniale sie dogadalismy, siedzielismy do 3 i razem rozmawialismy. jestem przy nim najszczesliwsza na swiecie i czuje sie tak bezpiecznie.mysllam, ze rodzice juz sie do niego przyzwyczaili, jednak mylilam sie. tatus, nawet sie przekonal do niego, ale mamusia ciagle robi mi jakies poddeksty. P. nie zdal matury, ale bedzie w tym roku podchodzil ponownie. i tego mamusia najbardziej sie czepia. mowi mi ze, obnizylam sie intelektualnie! kiedy ja tak bardzo sie staram, w szkole jestem przodujaca uczennica, mam same 5 i szanse na swiadectwo z paskiem, a jestem w klasie maturalnej.a ona robi aluzje, ze skoro P. nie ma matury to ja przy nim sie obnizam.boli mnie to strasznie, bo kocham go, i wiem ze ma piekny umysl i pomaga mi wielu sprawach. nie umiem z mamusia porozmawiac. do tego chce ograniczyc nasze spotkania do 1 w miesiacu. mowi ze co 2 tygodnie to za czesto. a mi go tak bardzo brakuje juz po 2 dniach. dodaje mi sily i energii do zycia, do nauki, daje radosc. jak to wszystko wyposrodkowac? prosze o rade


* * * * *

Justyno! Mama na pewno chce dobrze. Niepokoi ją, że Twój chłopak nie radzi sobie zbyt dobrze z nauką i boi się, że przez to Ty też możesz się opuścić. Ty tego tak nie widzisz i jeśli Twoja nauka na tym nie ucierpiała to ok. Ale być może mamie chodziło jeszcze o coś innego: może tu nie chodzi tylko o naukę tylko o to, że Twój chłopak jest np. mniej inteligentny od Ciebie i przez to Ty obniżasz swój poziom, by dobrze porozumieć się z nim.
Może mama boi się, że gdy zwiążesz się z nim to zrezygnujesz z chęci dalszego kszatłcenia się albo będziesz miała mniejsze ambicje? Że będziesz zadowalała się tym co masz a nie dążyła do czegoś więcej? Porozmawiaj z mamą, dowiedz się co konkretnie miała na myśli. A jak już się dowiesz przemyśl to i staraj się tak postępować, by nikt na tym nie stracił. Tzn. byś Ty nie rezygnowała z ambicji, by rodzice się nie niepokoili a chłopaka po prostu ciągnij w górę - do swojego poziomu. Jeśli naprawdę ma problemy w nauce to możesz mu pomóc lub pomóc znaleźć korepetycje, podsunąć jakąś lekturę. Jeśli będziecie zdawać oboje teraz maturę możecie się razem uczyć, a raczej przepytywać nawzajem. To i okazje do spotkań będą częstsze. Może zaproponuj chłopakowi, że będziecie osobno przerabiać jakąś partię materiału i potem zrobicie sobie wspólną powtórkę. Zaproponuj to mamie - to powinno jej się spodobać. Wtedy będziesz miał okazję też poznać chłopaka od tej strony: zobaczysz czy jest pracowity, ambitny czy dotrzymuje słowa. Przyjemne z pożytecznym. Spróbuj!

  Ewelina, 20 lat
1484
21.01.2007  
(1301,1335) Witam. Serdecznie dziękuje za Pani dotychczasowe rady. Chciałam się pochwalic moimi sukcesami.Otóż moja mama i tata tez zaakceptowali nareszcie mojego chlopaka...mama zmieniła sie nie do poznania...jest teraz zupełnie inna.Gdy moj chlopak do mnie przyjezdza chetnie z nami rozmawia zartuje,jest na prawde wporzadku. Sama nie wime jak to sie stało...na prawde myslalam ze juz nigdy nie doczekamy sie takich dni kiedy normalnie bedziemy mogli spotkac sie u mnie w domu...nie iwem czy to po prostu tak miało byc czy moze.. Bóg mi pomogl i wysłuchal mnie.Teraz dziękuje mu z całych sił za to ze zmienił moja mame. Ona zobaczyła teraz w moim chłopaku porzadnego czlowieka przekonała sie ze nie jest taki jakim go sobie wyobrazała.Piszę jednak z innym problemem.. Chodzi o zazdrosc.Jestem przesadnie zazdrosna o swojego chlopaka.Bardzo to utrudnia relacje miedzy nami.Czasem klocimy sie przez to..a własciwie ja krzycze bo nie moge zniesc tego ze np jakas dziewczyna,kolezanka albo jego wczesniejsza dziewczyna napisze mu sms albo cos odobnego. Wczoraj moj chlopak byl na studniowce z nasza wspolna kolezanka.Jest to rodzona siostra dziewczyny jego brata. Po prostu nie miala z kim isc na studniowke wiec zapytala mojego chlopaka czy on nie moglby sie wybrac z nia(o zgode zapytała rowniez mnie).Zgodziłam sie bo jest to moja kolezanka i gdybym odwodziła chlopaka od tego to by potem na pewno byla do m nie uprzedzona..Zreszta wiedziala ze jest w porzadku wiec zostało ustalone ze pojda razem.Jednak jakis tydzien po tej sytuacji, moja znajoma opowiedziała mi ze kiedys moj chlopak z ta dziewczyna spotykal sie.Nie wiedziałam o tym wczesniej zaczelam bardzo sie bac ze byc moze chce ona w jkais sposob go uwiesc. Jednakmilczałam bo nie chcialam zeby przeze mnie wynikła miedzy nami klutnia.Czy miałam prawo w ost chwili poprosic chlopaka zeby jednak zrezygnowal?Czy mogłaby mi tez Pani polecic jakąś modlitwe o to zeby nasz związek przetrwał te wszytskie drobne nieporozumienia.Jak ma się modlic o to zeby Bog pomgl mi mu zaufac i zebym byla bardzije wyrozumiala i mniej zazdrosna?

* * * * *

Ewelino! Dużo osiągnęłaś. Ciężko pracowałaś na normalne relacje, na to, byś mogła się z nim spotykać. Nie zepsuj tego czymś nieostrożnym. Zazdrość to bardzo złe uczucie, pisałam o tym w odp. nr: 24, 377, 1343, 1385. Rozumiem jednak, że poczułaś się nieswojo, gdy dowiedziałaś się (i to od osoby trzeciej), że on z tą dziewczyną wcześniej się spotykał. Dziwi mnie to, że on Ci tego wcześniej nie powiedział - powinien. Na Twoim miejscu porozmawiałabym o tym z chłopakiem, tak byś nie gromadziła w sobie żalu. Oczywiście prosić go by zrezygnował z tej studniówki nie ma sensu, skoro się już na to zgodziłaś.
Co do modlitw: polecam modlitwy z tego działu [zobacz]
Trzymaj się, życzę Wam powodzenia i mądrości. Wzrastajcie w swojej miłości.

  Aśka, 11 lat
1483
21.01.2007  
Dlaczego chłopacy zawsze wybieraja te niby ładniejsze ??

Aha i dlaczego jak ja i moja kumpela zapytałyśmy się jednego chłopaka o chodzenie to on tak długo myśli skoro ja byłam pierwsza czekam na odp
pzdr.


* * * * *

Przeczytaj proszę odp. nr: 1153. Co do drugiego pytania: bo to chłopak prosi dziewczynę o chodzenie, a nie odwrotnie. A on jest jeszcze na tyle delikatny, że udaje, że nic się nie stało, żeby Wam nie robić przykrości.

  Addien7589, 18 lat
1482
21.01.2007  
Mam dość poważny problem i nie mam pojęcia jak z niego wybrnąć... Półtora roku temu (wakacje 2005) chodziłam z chłopakiem młodszym ode mnie o rok. Jednak po niedługim czasie stwierdziłam, że tak naprawdę go nie kocham i nie chcąc go oszukiwać postanowiłam z nim zerwać. Jednak wydarzenia potoczyły się tak, że jeszcze jak z nim byłam i pewnego razu do niego pojechałam (mieszka 42 km ode mnie), poznałam podczas tamtej wizyty jego brata, Tomka, starszego ode mnie o 2 lata. Tamtego momentu nie zapomnę nigdy... W ciągu kilkunastu sekund, kiedy go zobaczyłam przeżyłam gwałtowną burzę uczuciową, serce biło mi jak oszalałe, przez głowę galopowało tysiąc myśli na sekundę. Do mnie samej nie docierało co się dzieje, było to coś, co niektórzy nazywają miłością od pierwszego wejrzenia, inni strzałą Amora, w każdym razie było to coś niesamowitego... Po pewnym czasie zrozumiałam, że pokochałam Tomka. Ot tak, gwałtownie, nagle, niespodziewanie, szalenie... Czułam, że coś daje mi siły, aby dalej żyć...

Zerwałam z Pawłem, ponieważ nie potrafiłam z nim być, myśląc jednocześnie o jego bracie. Przeżył to zerwanie dość gwałtownie, do tej pory sie do mnie nie oddzywa. Wyznałam Tomkowi co do niego czuję, ale on - mimo że mnie nie wyśmiał - nie odwzajemnił tego co do niego czuję. Jednak ja nie potrafie o nim zapomnieć. Jestem dla niego zwykłą koleżanką, znajomą, jakich ma wiele. To bardzo boli, bo mimo, że od tamtych wakacji minęło tyle czasu, ja coraz mocniej go kocham... Ta nieodwzajemniona miłość tak źle na mnie wpłynęła, że skończyło się dość ciężką depresją... Ale co można zrobić? Nie zmuszę go przecież do miłości! Nieliczne osoby, które wiedziały w jakiej jestem niewesołej sytuacji, poradziły mi, że na nieodwzajemnioną miłość, najlepsze będzie znalezienie sobie innego chłopaka. Tak też się stało. W grudniu (2006) zaczęłam chodzić z Marcinem. Jest nim z nim dobrze, ale... Ale mimo tego, że z nim jestem ja cały czas myślę o Tomku! W takich momentach czuję się bardzo nie w porządku wobec Marcina, bo on zapewnia mnie o swojej miłości, ale widać ja nie czuje tego samego co on do mnie. To rozwiązanie okazało sie nieskuteczne w moim przypadku, bo odkąd zaczęłam chodzić z Marcinem, moje uczucie do Tomka jeszcze się nasiliło!

Jednak Tomek (mimo odległości) utrzymuje ze mną kontakt i zanim zaczełam spotykać sie z Marcinem, poprosił mnie, abym poszła z nim na studniówkę. Zgodziłam sie na to, tym bardziej, że wtedy byłam sama. Poza tym od niedawna także zaobserwowałam zmianę w zachowaniu Tomka w stosunku do mnie. Coraz częściej do mnie dzwoni, pisze, czasami porusza dość osobiste tematy... Kilka razy spotkałam sie z nim w sprawie studniówki i momentami (może mi się wydawało?) miałam wrażenie że mnie podrywa... On wie o moim uczuciu do niego, jednak nie wie, że chodzę z Marcinem. Nie mam pojęcia co robić... Kocham Tomka z całego serca, z każdym dniem coraz mocniej, jednak nie mogę ukryć, że z Marcinem też mi jest dobrze i jakoś nie mogę sie zdecydować na zerwanie z nim. Czy ja kocham obu jednocześnie?! A może trochę żal mi Marcina, bo mimo wszystko fajny z niego chłopak i stąd to moje wahanie czy z nim zerwać? Proszę, poradźcie mi co mam robić w tej sytuacji... :(


* * * * *

I tak to jest jak się słucha koleżanek. "Metoda klina" polegająca na leczeniu się z miłości następną miłością nie zdaje egzaminu: jest nieskuteczna a przy tym rani niewinne osoby.
To, że zakochałaś się w Tomku a on nie odwzajemnił uczucia (nawiasem mówiąc nie dziwię mu się, że się wystraszył - zbyt szybko powiedziałaś o uczuciach; o tym dlaczego nie należy tego robić pisałam w odp. nr: 18, 61, 74, 217, 514, 1168, 1287) nie uprawniało Cię do związania się z Marcinem jeśli nic do niego nie czułaś. Robiąc tak myślałaś tylko o sobie i swoich odczuciach. On był tylko lekarstwem, środkiem do osiągnięcia celu. Tak nie można. O tym, że nie był to dobry pomysł przekonałaś się teraz kiedy Tomek się Tobą zainteresował i masz dylemat.
Trzeba teraz umiejętnie wybrnąć z sytuacji tak by nikogo zbytnio nie zranić.
Najpierw musisz się zastanowić czego chcesz tak naprawdę. Czy nadal jesteś zdecydowana związać się z Tomkiem? A jeśli jego działania to tylko przejaw sympatii a nie czegoś więcej? Zastanów się czy kochasz jego czy swoje wyobrażenia o nim. Bo to co opisujesz to nie miłość od pierwszego wejrzenia, bo taka nie istnieje tylko mocne zakochanie. Miłość to wolna decyzja oparta na pragnieniu dobra dla drugiego człowieka poprzedzona jego dobrym poznaniem. A Ty go przecież go za dobrze nie znasz. Ponadto nie jesteś wobec niego do końca uczciwa - nie poinformowałaś go, że chodzisz z kimś innym.
Z kolei Marcin jest oszukiwany, bo chodzisz z nim mimo braku miłości, a poza tym spotykasz się z Tomkiem w sprawie studniówki. On się na to zgadza?
Motywem bycia z kimś w związku nie może być ani przyzwyczajenie, ani to, że mi z kimś dobrze, że jest na wyciągnięcie ręki, że mam z kim wyjść tylko autentyczna miłość i pragnienie dobra dla niego.
Jeśli zatem uważasz, że związek z Marcinem to nie to, że on Cię od końca nie pociąga, że Ty nie możesz mu ofiarować tego co powinnaś to nie karm go złudzeniami, nie rób mu nadziei, on też czuje. A dwie osoby owszem, można kochać, pisałam o tym w odp. nr: 9, 705, 751, 885, 1095 - poczytaj.

  Natalia, 14 lat
1481
21.01.2007  
mój chłopak mnie unika zawsze po skole gdzies szliśmy a od 2tygo nie chce iść nigdzie.Co mam zrobić pomużcie!!!!!!!!!

* * * * *

A może porozmawiaj z nim dlaczego tak się dzieje? Tylko on wie dlaczego tak się zachowuje.

  Mateusz, 16 lat
1480
21.01.2007  
Witam. Mam pewien kłopot. Chodzi o to że, gdy moja dziewczyna mnie denerwuje swoim zachowaniem, robi mi przykrość (może nieświadomie), ja wtedy zawsze odpłacam się jej tym samym. I najczęsciej kłócimy się o mało znaczące sprawy. Nie umiem się wtedy opanować i zdarza się że powiem jej coś przykrego i ona wtedy się obraża... :( Nie wiem jak mógłbym temu zapobiec.

* * * * *

No bardzo prosto: powiedzieć jej, że jest Ci przykro, bo odebrałeś jej słowa tak i tak. Reagować od razu, nie tłumić w sobie urazów, nie gromadzić żalu. Mówić ze swojego punktu widzenia: ja odbieram to tak, ja odczuwam to tak, mi się wydaje, ja czuję się zraniony..., a nie: Ty jesteś niesprawiedliwa, złośliwa, Ty mnie ranisz. Widzisz różnicę? Mówisz o swoich odczuciach, których nie można zakwestionować. Natomiast w przypadku oceny kogoś ten ktoś będzie się bronił. Trzeba rozmawiać w miarę możności od razu, a gdy nie jesteśmy sami to tak szybko gdy tylko będzie to możliwe. Piszesz, że często dzieje się to nieświadomie. Tak jest bo nikt nie czyta w niczyich myślach. Ona nie wie co Ty czujesz gdy zachowuje się w określony sposób i dlatego musisz jej to powiedzieć. I vice versa. Czasem jest tak, że nieporozumienia wynikają z pewnych różnic między nami, pewnych przyzwyczajeń, o których druga osoba nie ma pojęcia albo ma inne zwyczaje, a nasze ją denerwują. O tym pisałam w odp. nr: 385, 508,798, 1387. Generalnie lekarstwem na wszystkie nieporozumienia jest ROZMOWA. Spokojna, rzeczowa, mówienie o swoich odczuciach, a nie ocenianie kogoś. I nieodkładanie tego na potem.

  Alice, 20 lat
1479
20.01.2007  
ja mam chyba dosc nietypowy problem. pisze, bo juz mi to po prostu zaczyna utrudniac zycie w pewnym sensie."zakochalam" sie w swoim instruktorze (facet 12 lat ode mnie starszy). pisze w cudzyslowie, bo nie wiem jak to uczucie nazwac. ok, swego czasu flirtowalismy ze soba, ale praktycznie wraz z zakonczeniem kursu wszystko sie urwalo. zaczelam studia w innym miescie, zreszta juz nawet ponad rok minal, od czasu kiedy zdalam egzamin, a ja ciagle o Nim mysle... po prostu mam jakas obsesje, nawet ogladam sie za kazda :L: w miescie, chociaz wiem, ze w zadnej Go nie zobacze.. ile moge tak trwac? nie moge do Niego zadzwonic i sie z Nim umowic, bo nie wiem czy nadal jest sam. po drugie to nie ma poniekad sensu, bo dzieli nas prawie 400km... a przeciez nie moge tak zyc wspomnieniami i jakimis wyimaginowanymi pragnieniami... od tamtej pory nie bylam z zadnym chlopakiem, bo przy kazdej okazji przed oczami stoi On. modle sie o to, zeby nasze drogi kiedys sie zeszly, zebysmy mogli sprobowac od poczatku, ale tym razem na powaznie..a z drugiej strony zaczyna mnie to juz meczyc... zupelnie sie pogubilam. nie wiem co robic? bede wdzieczna za skomentowanie sytuacji. pozdrawiam

* * * * *

No właśnie. Zakochałaś się nie tyle w nim co w swoich wyobrażeniach o nim. O takiej sytuacji pisałam w odp. nr: 441, 868. W tym momencie Twoje uczucia i emocje bazują na tym co Ty sobie o nim myślisz, na tym co sobie wyobrażasz. Nie wiesz nawet jaka jest jego sytuacja osobista, a skoro jest tyle starszy to jest wielkie prawdopodobieństwo, że kogoś ma. Przeczytaj proszę odpowiedzi, które Ci podałam i próbuj uwolnić się od tego uczucia. Szkoda czasu i energii na coś nierealnego. Otwórz swoje serce na to co Cię otacza, bo możesz przegapić kogoś wartościowego.

  Zakłopotana, 17 lat
1478
19.01.2007  
Witam! Moim problemem jest to, że zakochałam się w swoim kuzynie (nasi dziadkowie są rodzeństwem)... Nie spotkałam innego tak wyjątkowego chłopaka. Myślę, że mamy wiele wspólnych cech. Cieszy mnie każda chwila z nim spędzona i chociaż nie widujemy się zbyt często (mieszkamy około 300km od siebie) ja ciągle o nim myślę. Chciałam z tym walczyć, ale nie potrafię... Co mam robić? Czy w tym stopniu pokrewieństwa możliwe jest bycie razem? A jeśli nie to jak mam o nim zapomnieć?

* * * * *

Proszę sprawdź w Kodeksie prawa kanonicznego lub zadaj to pytanie na Forum Pomocy www.katolik.pl. Moim zdaniem Wasz związek jest możliwy, ponieważ jesteście ciotecznym rodzeństwem, ale upewnij się u źródła. Może nie trzeba z tym walczyć...?

  Lena:), 18 lat
1477
19.01.2007  
Witam :) pisałam wczesniej w liscie numer 674 i dziekuje bardzo za porady, bardzo podniosły mnie na duchu i od tego czasu sporo się zmieniło :) Jestesmy juz oboje duzo powazniejsi i jeszcze bardziej powaznie traktujemy nasz zwiazek, ktory rozwija sie, staje coraz czystszy, coraz bardziej sie rozumiemy i to doslownie w pol słowa :) takze mozemy mówić o sobie: Najlepsi Przyjaciele i jestem szczesliwa z tego powodu :) Zastosowałam się do Pani porad - nie zwracam uwagi na jego dziecinne zachowanie, kiedy jest bardzo krotkotrwale, pod wplywem np radosci (naprawdę cieszy się jak dziecko!), nie reaguje tez niecierpliwoscia lub zloscia na to zachowanie, kiedy jest mu smutno i czuje się zagubiony, bo wtedy wiem, ze bardzo potrzebuje wsparcia, przytulenia i zajecia się jak malym przestraszonym chlopcem. Natomiast w innych sytuacjach mój Ukochany jest duzo powazniejszy, zaczął pracować (juz kilka miesiecy), jego samoocena powoli wzrasta i wlasciwie zwracam mu uwage tylko w miejscach publicznych, (bo otoczenie daje mu zawsze z 4-5 lat mniej niz ma w istocie...) oczywiscie powiedzialam, ze to dla jego dobra, bo inni traktują go powazniej, a i dla nas, bo nasz zwiazek wyglada wtedy lepiej, w sumie od tych kilku rozmow nie ma z tym problemu :)

Dziś piszę w dwóch sprawach. Pierwsza dotyczy mojej przyjaciolki (jest w moim wieku) - mianowicie rowniez ma wspanialego chlopaka (w wieku mojego, czyli 22) i naprawde dobrze im ze sobą, od jakiegos czasu planują ślub, tyle ze... hmmm jak na moje myslenie dosc szybko - tak maxymalnie za dwa lata... czy to trochę nie wczesnie? rozmawiam o tym czesto z przyjaciolka, ale jej bardzo zalezy na wyprowadzeniu sie z domu, bo jej sytuacja rodzinna nie jest najlepsza, jednak są ze soba dopiero rok. Nie wiem, czy mi o tym decydowac, ale jakos nieswojo czuje sie z tą myślą. Z jednej strony to dobrze, ze chce sobie ulozyc zycie tak szybko, bo bedzie miec duze wsparcie w mezu, a nie ma go w rodzinie, ale z drugiej strony... wydaje mi sie to po prostu zbyt szybko. Ja rowniez planuje malzenstwo z moim Ukochanym, planujemy zareczyc sie jak skoncze liceum, ale ze slubem wolalabym poczekac, przeciez trzeba się do niego dobrze przygotowac, a wiec tak za jakies 4 lata. Nie wiem, co o tym myslec, czy warto spieszyc sie ze slubem, czy lepiej poczekac? co mysli Pani na ten temat?

Druga sprawa jest dla mnie bardzo bolesna. Mianowicie moj chlopak przede mna mial kilka dziewczyn (wszystkie z nim zrywaly po krotkim czasei, najdluzej byl pol roku z ostatnią), z zadną nie byl dosc blisko i zawsze bronil sie przed zblizeniem z ktorąkolwiek (glownie dlatego zrywaly z nim). Bardzo go za to szanuję i jestem dumna, ze to, co ma najwazniejszego chce oddac mnie (a ja jemu) po slubie, ale bardzo boli mnie mysl, o jego poprzednich dziewczynach. Dwie z nich poznalam i w sumie udalo mi sie z nimi nawet uprzejmie porozmawiać, nie są to jakies zle osoby, a jednak w moich myslach wszystkie są straszne, okropne i urastają do nie wiadomo kogo. Wiem, ze meidzy moim chlopakiem a innymi dziewczynami byly najwyzej pocalunki itp, ale mimo to, czuje sie z tym niewygodnie i zle... Nie czuje się "pierwsza i jedyna" , natomiast moj chlopak jest moim pierwszym, z zadnym wczesniej nie bylam. Moze to stąd się te moje chore myśli biorą, bo zawsze marzylam o chlopaku, ktory bedzie "tylko moj" a mimo, ze jestesmy ze soba poltorej roku czuje sie tak, jakbym byla tylko kolejna dziewczyna :( problem wlasciwie jest tylko w moich myslach, bo moj Ukochany jest osoba wierna, szczera i lojalna i wiem, ze o wszystkim mi mowi i nawet nie wpadlby na takie mysli, jakie mam. Mimo to, czuje sie dziwnie z tym, ze kogos mial przede mna i nie potrafie tego zaakceptowac, jemu jest bardzo przykro z tego powodu i zarzeka się, ze gdyby wiedzial, ze tamte dziewczyny nie beda z nim na zawsze to by z nimi nei byl i zaluje tego wszystkiego... Wiem, ze czepiam się bez sensu (bo skąd mógł wiedziec, ze tamte dziewczyny nie beda tymi jedynymi?? kazdy szuka szczescia i ma nadzieje, ze kiedy kogos poznaje, to wlasnie z tą osoba to szczescie go spotka), ale ciezko mi pozbyc sie tych mysli :( czy jest na to jakas rada? wiem, ze te moje durne wyobrazenia moga sprawic, ze zaczniemy sie klocic i ranic, a tego bym nie chciala, dlatego musze cos z tym zrobić... niestety moja wyobraznia pracuje na wysokich obrotach i w tym wypadku naprawde zaluje, ze ją mam :(

Pozdrawiam serdecznie i dziekuje za wszystkie porady!


* * * * *

Ad 1) Cieszę się bardzo i mam tylko małą uwagę: właśnie w miejscach publicznych nie zwracaj mu uwagi (albo bardzo dyskretnie by nikt tego nie widział i nie słyszał) tylko porozmawiaj z nim o tym gdy jesteście sami. Publiczna krytyka to po prostu upokorzenie.
Ad 2) Spieszyć się zbytnio ze ślubem nie można, bo - jak piszesz - trzeba się do tego dobrze przygotować. 18 lat to nie jest wiek na podejmowanie decyzji na całe życie, zwłaszcza jak się jest ze sobą dopiero rok. Na szczęście oni ten ślub planują nie zaraz tylko za 2 lata, a zatem przez ten czas może się wiele zmienić. Samo wyprowadzenie się z domu nie może być czynnikiem decydującym. Zresztą: czy mają gdzie się wyprowadzić? Moja rada dla koleżanki (oczywiście za jakiś czas, gdy już się np. zaręczą) jest taka, by pojechała lub poszła (zależy gdzie mieszkają) z narzeczonym na "Wieczory dla zakochanych" - tam w rozmowie sam na sam na wszystkie tematy będą mogli podjąć decyzję czy są już gotowi na małżeństwo. Informacje znajdziesz na tych stronach: www.spotkaniamalzenskie.pl, www.malzenstwo.pl
Zresztą Tobie i chłopakowi też ten kurs bardzo polecam, świetna sprawa!
Ad 3) Nie możesz tak myśleć! Widzisz, ja też miałam chłopaka zanim wyszłam za mojego męża. I co? Mam czuć wyrzuty sumienai do końca życia? To byłby absurd. Pomyśl sobie, że "dzięki temu" Twój chłopak uniknął paru błędów w związku z Tobą. Bo tamte związki na pewno czegoś go nauczyły. I tak naprawdę - wbrew pozorom - on na pewno też się czegoś od tamtych dziewczyn nauczył. Pomyśl też, że mimo tego, że było w jego życiu kilka dziewczyn to Ty okazałaś się tą NAJ, skoro jest z Tobą. I tak naprawdę tamta przeszłość to zamknięty rozdział, tamtego już nie ma. Teraz jesteś Ty i on. Bardzo słusznie mówisz, że poznając kogoś nie wiemy czy będzie tym jedynym czy nie. Gdybyśmy wiedzieli to byśmy mieli ułatwione zdanie. Ale niestety tak nie jest. Zamiast myśleć o przeszłości patrz w przyszłość. Bądź dumna z chłopaka, że zachował czytsość (to naprawdę ogromny powód do dumy!) i że jeśli się pobierzecie to Ty będziesz jego pierwszą. Myśl o Waszym związku, o tym jak go rozwijać, planujcie przyszłość. To zaprocentuje lepiej niż roztrząsanie tego co już się dawno skończyło. Módl się o zabranie tych myśli i za każdym razem gdy Cię nachodzą pomyśl o tym jak się poznaliście lub wyobraź sobie dzień Waszego ślubu. Pooglądaj Wasze zdjęcia i ciesz się tym co macie. Z Bogiem!

  Dziewczyna, 20 lat
1476
17.01.2007  
Witam:) Pisałam raz w pytaniu nr 1160. Nie piszę juz teraz po to, by prosić o radę, tylko, żeby dać swego rodzaju świadectwo. Powodem jest to, iż widzę, jak wiele dziewczyn zakochuje się lub przywiązuje do osób duchownych. Ja również przeżyłam podobną historię, z tym, że to nie była moja wina. To nie ja byłam inicjatorką całej relacji, lecz dorosły mężczyzna, ksiądz, okazał się być mniej dojrzały niż ja, młoda smarkata dziewczyna. Moje zaufanie zostało mocno nadużyte a serce zszargane. Byłam z tym sama, to ja musiałam być bardziej dorosła i zrywać kontakt, chociaż moje serce wyło z tęsknoty za ciepłem. Co jednak chcę powiedzieć... otóz to, że można to przetrwac. Że można znaleźć w sobei siłe, by się z takiej chorej relacji wyrwać. Pod jednym warunkiem.. gdy sie w tym wszytskim Boga zobaczy. Bo gdy dobrowolnie tkwimy w takiej relacji, to nie ja, nie ksiądz jest osobą najbardziej cierpiącą, lecz własnie Bóg. To On jest zdradzany, to Jemu się wpycha nóż w serce. Pomyślcie... my kochamy w sposób bardzo niedosakonały, a zdrada bardzo nas boli, więc skoro Bóg jest Miłością doskonałą, to jak wielki ból Jemu sprawia zdrada.
Nie pisze tego, by ktokolwiek zaczął czuć się winny. Chcę powiedzieć, ze nie wolno czuc sie winnym, jesli nie dochodzi do zadnych czynow miedzy osoba a ksiedzem, ale takze chcę przestrzec przed wchodzeniem w taka relację głebiej. Nawet wbrew sercu. Kazda kobieta ma serce zranione, męzczyzna takze, tylko w inny sposób. Dlatego z szacunku dla serca czlowieka nie wolno się bawic w substytuty miłosci. Chce pokazać, ze taki bol mozna przetrwac, ze mimo, iz mi samej bylo bardzo trudno, to sam Bog wyprowadzil z tego dobro. Nauczył mnie, by nie byc juz naiwna w kwestii emocji i relacji między ludźmi. Dlatego prosze, byscie uwazaly na relacje rodzace sie miedzy Wami a ksiezmi. Ja nie mowie, ze przyjazn jest niemozliwa. Chce tylko podkreslic, ze wymaga wielkiej emocjonalnej dojrzlosci,a mlode dziewczyny w wyniku zranien czesto takowej nie maja.
Byc moze to, co pisze, nie zostanie zamieszczone, bo to nie jest problem, ale jesli tak, to apeluje do tych wszytstkich zranionych serc o madrosc i zaufanie Bogu. O niebawienie sie w szczeniackie relacje. O zostawienie w spokoju tych, którzy sami nie czynią żadnych duznacznych gestów, są w porządku, a są czyimśobiektem westchnień. I o modliwte za tych ksiezy, zwlaszcza tych, ktorzy sami ranią, bo będziemy mieli takich księzy jakich sobie wymodlimy. Nie mówię tego bezpodstawnie. Bóg pomógł mi powiedzieć "nie" takiej chorej relacji. Do tej pory zmagam się z ranami po tamtym zdradzeniu mojego zaufania i wykorzystaniu mojej naiwności, ale widze tez błogoslawione owoce. Rodzaj szczepionki. Wierze w moc serca kazdej z Was, ktora ma podobne przezycie. Niech sam Bóg wyprostuje Wasze serca, zeby miały siłe nei wchodzic w relacje, ktore są tylko ułudą. I pozwoli prawdziwie szanować tych, którzy są powołani do służby kapłańskiej. Z Bogiem :)


* * * * *

Droga Dziewczyno! Oczywiście, że Twoje świadectwo będzie zamieszczone i to nie tylko tu, ale - jeśli pozwolisz - w dziale Miłość w Świadectwach. Dziękujemy bardzo!

  Aga, 26 lat
1475
17.01.2007  
Czy kobieta może jakoś wpłynąć na meżczyznę,aby się zakochał? Żeby ją wybrał?Mam poważny problem ,bo kolejny raz spotykam takiego mężczyznę,który szuka ideału.Sam dużo sobą reprezentuje i dobrze,że szuka odpowiedniej żony,ale znowu chyba zostanę odrzucona. On chce,aby kobieta była idealna(nawet przedstawił mi listę swoich wymagań. (tragikomiczne to jest). Nie jestem ideałem, ale w końcu znam swoją wartość. Czy swoim zachowaniem moge go jakoś zatrzymac przy sobie? Wiem,że jego zachowanie może się wydawac trochę sztywne (bo juz ma ponad 30 lat), ale mi naprawdę na nim zależy, ja go zaakceptowałam takim jakim jest.

* * * * *

No zmusić nikogo do miłości nie można. Zresztą - nie ma sensu. Co nam bowiem po czymś wymuszonym? Miłość to wolna decyzja naszej woli o pragnieniu dobra dla drugiego. Pisałam o tym w tym artykule: [zobacz]. To co piszesz o "liście wymagań" nie jest tragikomiczne, jest całkowicie tragiczne. Jeśli on ma ponad 30 lat i z listą w ręku szuka żony to życzę mu powodzenia przez następne dziesięciolecia. To tak jakby każdej napotkanej dziewczynie robił test czy się nadaje na żonę. Naturalnie, każdy powinien mieć jakieś oczekiwania i wizję swojego przyszłego małżonka, ale nie może to się odbywać w ten sposób. Nie ma ludzi idealnych. Jeśli on tak myśli to jest w wielkim błędzie i nigdy żony nie znajdzie. Zresztą - czy on jest idealny? Na pewno nie.
Rozumiem, że Ci na nim zależy, że widzisz jego dobre strony, a może trochę boisz się upływającego czasu i tego, że nikogo innego nie znajdziesz. Jednak może być tak, że oprócz tych pozytywnych nie widzisz negatywnych lub zgadzasz się nie, byle tylko z nim być, licząc, że jakoś się ułoży. Otóż niekoniecznie. Bo z tego co piszesz wynika, że on ma świetne zadatki na tyrana. Tacy, co szukają żony idealnej przeważnie szykują jej potem piekło w domu. To ten typ, który wszystko musi mieć dopracowane, punktualne. Który rolę żony sprowadza do roli osoby prowadzącej mu dom - i to w sposób, który sobie wymyślił. Tam nie ma miejsca na równouprawnienie i partnerstwo. Ona ma być dokładnie taka i tak się zachowywać jak on chce. To nie jest miłość.
Miłość to akceptacja drugiego. Ty go akceptujesz, a on Ciebie? Chyba nie, skoro dał Ci listę cech, którymi powinnaś się charakteryzować. Nie można być z kimś kto tylko szuka żony, a nie zastanawia się czy on sam będzie dobrym mężem, czy on będzie odpowiadał tej dziewczynie, czy ma wszystkie cechy potrzebne do stworzenia rodziny. To jest postawa egoizmu.
Widzisz, nie chcę by to wyglądało tak, że ja tu przeprowadzam jego druzgocącą krytykę i odradzam Ci ten związek. Chciałam Ci tylko zwrócic uwagę na pewne aspekty jego charakteru (np. poczucie pewnej "lepszości", zbyt przedmiotowe traktowanie kandydatek), z którymi on się wcale nie kryje, a które dla osoby z zewnątrz są bardzo niepokojące. Aga! Nie rób nic wbrew sobie, nic wbrew swojej godności. Nie idź na kompromisy, które poniżają Twoją kobiecość, nie zgadzaj się na tylko jego warunki, NIE ZMIENIAJ SIĘ TAK JAK ON TEGO OCZEKUJE! On nigdy do końca nie będzie zadowolony z "efektu" a Ty zatracisz swoją tożsamość. Jesteś wartościową dziewczyną i zasługujesz na akceptację i szacunek. Podejmij właściwą, przemodloną decyzję. I pamiętaj: nic na siłę! Z Bogiem!

  jojo , 24 lat
1474
17.01.2007  
Ja w sprawie tych pytań o przeznaczenie. Ciekaw jestem czy czytała Pani księgę Tobiasza? Po przeczytaniu tej księgi moje wątpliwości na nowo odżyły tzn. czy jest ta jedna przeznaczona osoba czy nie. Proszę przeczytać, jeśli Pani nie czytała i odpowiedzieć mi na to pytanie.

* * * * *

Owszem, czytałam. Moje rozważania na ten temat znajdują się w odp. nr: 863.

  paulina, 21 lat
1473
16.01.2007  
Witam! Mam takie pytanie: Jesetem z chlopakiem o 9 lat starszym juz dwa lata. Przez caly ten czas kochamy sie dosyc mocno. Ostatnio on wpadl na mysl, ze moze to dlatego, ze nie wspolzyjemy. Czy moze byc w tym jakas prawda? Co moze Pani powiedziec z doswiadczenia? Czy taki stan milosci zmienia sie po slubie i jak sie zmienia? Pozdrawiam.

* * * * *

A co to znaczy "dosyć mocno";-)? To znaczy prawdziwie? Jeśli tak to gratulacje! Oczywiście, że jeśli nie współżyjecie przed ślubem to szanse na udany związek bardzo rosną. Dzieje się tak dlatego, że widzicie się nie przez pryzmat fizycznego przywiązania. Widzicie się w pełni: wszystkie swoje zalety ale i wady, których jesteście świadomi. Akceptujecie się zatem takimi jakimi jesteście faktycznie. Pomaga to Wam podejmować świadomą decyzję o byciu ze sobą. To prawda zatem co mówi Twój chłopak, potwierdzam to z własnego doświadczenia, a mechanizm tego wyjaśniam w tym artykule: [zobacz]. Czy taki stan zmienia się po ślubie? Naturalnie, miłość zmienia się przez całe życie. Inaczej kochają się nastolatki, inaczej dziadkowie. Ale inaczej nie znaczy mniej czy gorzej. Tak naprawdę sakrament małżeństwa daje jeszcze większą siłę i chęć do pielęgnowania i rozwoju miłości. Nie może być inaczej, gdyż to sam Bóg nam błogosławi. Natomiast wszystko wymaga pracy. I po ślubie ta praca musi być zwielkorotniona, bo łatwo spocząć na laurach (już zdobyliśmy tą osobę, nie boimy się, że nas zostawi). Dlatego konieczne jest dbanie o miłość. O tym jak to zrobić po ślubie pisałam w odp. nr 845.

  Magdalena, 16 lat
1472
16.01.2007  
Witam! Od niedawna zaczął podobać mi się mój animator. Zupełnie nie wiem, co robić. Problemem może być wiek - on jest 7 lat starszy, jak również to, że oboje jesteśmy potwornie nieśmiali. Po mnie na pewno nie widać, że ja mogę coś do niego czuć, bo staram się w jakiś sposób niszczyć to w sobie, a już na pewno nie okazywać. Zresztą, gdyby mi ktoś powiedział mi - jeszcze pół roku temu, że on mi się podoba, tobym go wyśmiała. On zupełnie "nie jest w moim typie", dlatego sama też się sobię dziwię. Niechciałabym też rezygnować z mojej grupki formacyjnej, żeby np. go nie spotykać. Sama właściwie nie wiem, co robić... Poproszę o jakąś radę.

* * * * *

A dlaczego widzisz same problemy? Jeśli Twój animator nie ma dziewczyny to po prosrtu spróbuj go bliżej poznać. Dlaczego dusisz w zarodku to uczucie? Zupełnie niepotrzebnie, bo możecie tworzyć świetną parę. A skoro Ci się podoba to znaczy, że już jest w Twoim typie ;-). Wiek też nie musi być przeszkodą, pisałam o tym w odp. nr: 8, 28, 87, 310, 916, 1253. Daj sobie szansę, skorzystaj z porad w odp. nr: 3, 30, 37, 134, 411, 912 i do dzieła!

  ZDZISIU..., 38 lat
1471
16.01.2007  
JESTEM KAWALEREM. Mam straszny problem z moja miłoscia, zkochalem sie w mlodszej o pare lat ale zonatej po paru miesiacach wrocila do meza ze wzgledu na dzieci> Maz na Nia nie zwracal uwagi i mial romans z inna . Dopiero jak mu doniesli ze z kims sie spotyka to poprosił o ponowna szanse a sam mowił jej ze ma sobie ulozyc zycie na nowo...(trwało to ponad 2 lata)sam nie wiem co o tym sadzic ...My sie kochamy on podobno sie stara zeby bylo lepiej, a teraz ponownie wszystko wrociło do normy (czyli jak było gdy sie spotykalismy)...nie spotykamy sie poniewaz Ona chce byc wobec niego uczciwa...(czy on to doceni?) Mamy kontakt przez telefony , rozmowy i esemesy...co mam robic? czekac? dac sobie spokój? Ja naprawde j BARDZO JA kOCHAM i ona mnie tez...pozdrawiam Z...

* * * * *

Jak to co masz zrobić? Przestać się z nią kontaktować i nie rozbijać rodziny. Jej mąż i tak był łagodny, bo mogły Cię spotkać poważniejsze konsekwencje. Jesteś wierzący? Chyba tak, skoro piszesz na takiej stronie. No to chyba wiesz co o tym sądzić. Naturalnie, że za samo uczucie, którym obdarzyłeś tą kobietę nie jesteś odpowiedzialny. Zdarza się, że zakochamy się w kimś kto już jest w związku. Natomiast za to co zrobimy z tym uczuciem, za działania w związku z tym podejmowane już bierzemy pełną odpowiedzialność. A zatem za listy, telefony, sms-y, kontakt, spotkania już odpowiadasz, bo robisz to dobrowolnie. Oczywiście, taka miłość boli, bo nie może być spełniona. Ale to nie usprawiedliwia zła. A jest to ewidentne zło, bo ingeruje w więź małżeńską i rodzinną. Ta pani ślubowała komu innemu i zrobiła to w pełni władz umysłowych. A przysięga zobowiązuje, założenie rodziny też. Jeśli zatem ją kochasz - tak jak mówisz - to pragnij dla niej dobra, bo tym właśnie jest miłość. Największym dobrem zaś dla człowieka jest jego zbawienie, a zatem tego powinieneś dla niej pragnąć. A zatem nie przyczyniaj się do swojego i jej upadku, nie uniemożliwiaj jej tego zbawineia. Zostaw ją w imię miłości. Módl się, by Bóg zabrał Ci to uczucie, by ona potrafiła na nowo odbudować więź ze swoim mężem. A Ty rozejrzyj się za jakąś panną i sam załóż rodzinę. Polecam Ci też te odp: 1034, 1100, 281, 372, 22, 60, 424, 464, 1099, 1189, 1349. Módl się o rozwiązanie tej sytuacji. Z Bogiem!

  Jarek, 28 lat
1470
16.01.2007  
Witam i dziękuje za odpowiedź. Pisze po raz kolejny. Pisałem wcześniej (1304).Po tym wszystkim co było wtedy wróciłem do Żony.Sama o to poprosiła.Zaczęlo byc juz nawet coraz lepiej choc nie spalismy razem.Spalismy w osobnych pokojach.Trwało to 2 miesiące po których żona sama sie wyprowadziła do swoich rodziców po tym jak zaczęła rozmowe o rozwodzie. Którego ja nie chcę.Po kilku dniach poprosiła mnie o opuszczenie mieszkania gdyz to jej mieszkanie.Ja wróciłem do rodziców.Kazdy jej telefon to kłótnia o to kiedy w koncu dam jej rozwód.A powodem naszego rozwodu jest wg mojej Żony moja mama. Która zepsuła jej życie tym iż na weselu moja siostra była z chłopakiem którego ona nienawidzi.!??! Poszło o to że zawsze osiągnie cel a ja zawsze bede jej słuchał.Ale mojaŻona nie moze zrozumiec tego ze jesteśmy małżeństwem że jestesmy rodziną.Że wzięła ślub ze mną a nie z moja mamą.Żona jak i wczęsniej narzeczona czy dziewczyna zawsze była Najważniejsza. I nadal jest.Nadal ją Kocham najmocniej jak tylko potrafie. Cały świat jej oddam jak tylko bede mógł.Życie za Nią oddam.Jestem załamany.Nadal ją Kocham a Ona mnie nie. Po 7 latach bycia razem i niecałym roku po ślubie.Nie wiem kto jej w głowie namieszał,nie wiem czy kogoś ma, nie wiem co jej sie stało.Ale wydaje mi sie że Bóg to widzi bo w tym czasie miała wypadek samochodowy naszczęście nic jej sie nie stało i straciła pracę.Proszę bo nie wiem co robić i nie widzę już w niczym sensu.Dodam że żadna poradnie nie wchodzi w grę bo ona nigdzie nie pójdzie.Nawet do kościoła nie chodzi.Nikt jej nie może przetłumaczyć że robi źle.hoć kazdy to widzi.Dziękuje i pozdrawiam.

* * * * *

Drogi Jarku, wygląda to na poważne problemy emocjonalne. Zastanawiam się nawet czy nie jest to może jakaś utajona choroba, która teraz się ujawnia. Agrumenty, które podaje są co najmniej nielogiczne i całkowicie niedojrzałe i nieadekwatne do sytuacji. Sprawa jest naprawdę poważna i myślę, że należy poszukać dla niej fachowej pomocy psychologa. To już nie chodzi tylko o Wasz związek, ale o jej psychikę. Czy rozmawiałeś z kimś z rodziny na jej temat? Czy ktoś też może zauważył jej dziwne zachowanie? Normalnie człowiek nie reaguje aż tak i nie reaguje tak bez powodu!
Proszę skontaktuj się jak najszybciej (sam) z jakimś księdzem w Twojej parafii lub innym do którego masz zaufanie lub sam pójdź do poradni. Rozumiem, że ona się na to nie zgodzi, ale zrób to sam. Może spróbuj też umówić się na wizytę u psychologa i powiedzieć o tym co się dzieje. Jeśli jesteś z Warszawy lub okolic polecam ks. Pałygę i ojców Pallotynów. Polecam też tą stronę, szczególnie forum: http://www.sychar.alleluja.pl/. Napisz tam. Co do psychologa zajrzyj na stronę Stowarzyszenia Psychologów Chrześcijańskich, są tam specjaliści od problemów rodzinnych www.spch.pl. Przyszedł czas konkretnego działania. W stosunku do żony zaś bądź łagodny, tak, by nie zaogniać sytaucji, by się nie "nakręcała". Módl się i działaj! Z Bogiem!

  justyna, 17 lat
1469
16.01.2007  
nie wiem czy to jest miłość... mam podobne przezycia do natali (49) tylko że mój chłopak chce sie zmienić na lepsze ale tylko ze mna... neiwiem czy jestem w stanie mu pomóc... nie wiem jak... to jest dla mnie duzy ciężar mieć na swoich barkach oprócz swojego jeszcze czyjeś życie... od roku kłócimy sie o byle co... miałam tego dość... i chciałam go zostawić ( 3 razy próbowałam) ale nie mogłam... za każdym razem było strasznie... mówił żę bardzo mnei kocha że nie chce beze mnei zyć.... groził żę sie zabije...już lekko sie nacinał przy mnie... krzyczał że nikogo oprócz mnie nie ma że nie moge go zostawić.. i tez nie zostawiłam. narazie czyli od tygodnia jest dobrze. na początku wiem że to było cos wspaniałego, byłabym gotowa powiedzieć ż tobyla miłosć ale miłość chyba sie nie kończy a ja niewiem teraz co mam czuć..

* * * * *

Ale pod nr 49 jest zupełnie inne pytanie…no nic, postaram się odpowiedzieć w oparciu o to co napisałaś. Justyno! Oczywiście, że nie możesz dźwigać na barkach prócz swojego jeszcze czyjegoś życia. Ty jako kobieta masz prawo wymagać od swojego chłopaka oparcia i poczucia bezpieczeństwa. Pisałam o tym kim powinien być chłopak w związku w odp. nr: 25, 50, 340, 1101, 1447. Jeśli czujesz się tym przytłoczona, jeśli on stosuje szantaż to nie jest dobry kandydat na chłopaka i nie jest to dojrzała miłość. On po prostu przerzuca na Ciebie odpowiedzialność za to kim będzie, wymaga dostosowania się do niego i myśli tylko o sobie. Tak nie może być. To, że "groził żę sie zabije...już lekko sie nacinał przy mnie... krzyczał że nikogo oprócz mnie nie ma że nie moge go zostawić" świadczy o problemach z osobowością, z psychiką. To już wymaga interwencji medycznej, a przynajmniej pomocy psychologa. Ty choćbyś chciała - nie poradzisz sobie sama i sama Twoja obecność przy nim nie sprawi, że nagle znikną wszystkie problemy, a on stanie się dojrzałym człowiekiem. Nie możesz ulegać jego groźbom, nie możesz ulegać dla niego. Twoje życie nie jest tylko dla niego. Nie wolno Ci się poświęcać kosztem siebie - w tej sytuacji. Jeśli chcesz mu pomóc zaproponuj, że pójdziesz z nim do psychologa. Jeśli odmówi, zacznie się wściekać i grozić - ratuj siebie. Czasem trzeba odejść by pozwolić komuś dorosnąć, czasem trzeba odejść, by samego siebie ratować. Ta sytuacja nie jest normalna. Nie możesz Ty - 17-letnia dziewczyna brać na siebie takiego ciężaru. Przecież to wszystko szłoby jeszcze dalej, on żyłby tym co Ty mu ofiarujesz, a Ty…czułabyś coraz większy żal, frustrację i zmęczenie. Nie można w miłości tylko dawać, nie można być tylko szczęściem dla kogoś, samemu też trzeba być szczęśliwym. Jeśli chłopak grozi samobójstwem nie jest wiarygodny. Nie chce dobra dla dziewczyny tylko dla siebie. Nie jest gotowy tworzyć związku, nie jest gotowy kochać. Bo miłość polega zupełnie na czymś innym. Justyno! Jeśli go zostawisz on nic sobie nie zrobi. Naprawdę. A jeśliby rzeczywiście podejmował takie próby to tym lepiej, że odeszłaś. Pomyśl: skoro on teraz się tak zachowuje to co będzie później? Czy wszystko będzie okupione szantażem? Na ile starczy Ci sił?
Jeśli czujesz, że nie podołasz wolno Ci odejść. On to przeżyje. Czasem właśnie na tym polega miłość. Módl się za niego, ale nie poświęcaj mu wszystkiego, bo to nic nie da. On musi nauczyć się żyć samodzielnie i odpowiedzialnie. Rób jak Ci serce podpowiada. Z Bogiem!

  Karolina, 18 lat
1468
16.01.2007  
Witam. Mój problem dotyczy pewnego chłopaka. Znamy się ponad rok, a ja kompletnie nie rozumiem jego zachowania. Poznaliśmy się przez Internet. Początkowo często rozmawialiśmy na gadu- gadu, z czasem doszły smsy. Aż w końcu spotkaliśmy się... Od kiedy go zobaczyłam, czułam tak zwane motylki w brzuchu... A kiedy wszystko układało się pięknie, byłam taka szczęśliwa J Jednak po jakimś czasie On zaczął zachowywać się dziwnie. Coraz rzadziej odzywał się, rzadziej też spotykaliśmy się. W końcu odważyłam się porozmawiać z nim. Powiedział mi wtedy, choć zapewne nieświadomie, wiele bolesnych słów. Powiedział, że nie ma czasu na dziewczynę, że nie chce wiązać się z nikim. Było mi ciężko, ale przetrwałam. Wylałam wiele łez, ale w końcu zapomniałam o wszystkim. Żyłam normalnym, spokojnym życiem, dopóki nie odezwał się ponownie. Najpierw zaczął zagadywać na gadu, później pisał smsy... I znów się spotkaliśmy. Było sympatycznie. Wybaczyłam mu wcześniejsze błędy. Myślałam, że zrozumiał wszystko, chciał to naprawić. Jednak okazało się, że w dalszym ciągu jest egoistą. Dowiedziałam się, że pisze również smsy do mojej przyjaciółki. Nie były to zwykłe smsy, ale takie pełne czułości... Serce znów bolało, ale szybciej pogodziłam się z porażką. Wczoraj jednak byliśmy z cała naszą paczką w pizzerii. Bawiliśmy się świetnie, tym bardziej, że poznałam się lepiej z Jego kolegą. Świetnie dogadywaliśmy się. On zaczął mnie przytulać. Było mi miło. Kamil, (czyli ten pierwszy chłopak) wyszedł z lokalu. Później dowiedziałam się, ze był zazdrosny. Było mu przykro, bo coś do mnie czuje. Jego koledzy zaczęli mnie potępiać... Powiedzieli temu drugiemu koledze, że Kamil coś do mnie czuje. Ten zaczął go przepraszać... Obawiam się, że przez to wszystko mój kontakt z nim zaniknie. Zapewne on nie będzie chciał wchodzić w drogę Kamilowi. Dlaczego w tej sytuacji nikt nie pomyśli o mnie? Ja nic nie czuje już do Kamila~! Chcę ułożyć życie od nowa. A on znów zaczął mieszać mi w życiu. Chciałabym spróbować z kolega Kamila, ale wiem, że teraz nie mam szans... Choć wiem, że on był zainteresowany. Czemu to tak wszystko się ułożyło? Jak powinnam się zachować? Może mam porozmawiać z Kamilem?

* * * * *

No właśnie, dlaczego nikt nie zapytał co Ty masz w tej sytuacji do powiedzenia?! Karolino, to co powinnaś zrobić to porozmawiać z kolegą Kamila, tym, który Ci się podoba i wyjaśnić sytaucję. Bo chłopak pewnie jest zdezorientowany, myśli, że wchodzi tamtemu w drogę. Uświadom mu, że tak nie jest. Na pewno nie jest tak, że nie ma już szans na znajomość z nim, bo niby czemu? Jak jest rozsądnym chłoapkiem to zrozumie. A Kamil niech dojrzewa dalej. Może kiedyś będzie wiedział czego chce. Teraz nie ma prawa - po tym jak się zachowywał-zawracać Ci głowy i mieć do Ciebie czy kogoś innego jakiekolwiek pretensje. On już miał swoje pięć minut. Nie wykorzystał ich - i to była jego decyzja. Być może dzięki tej sytuacji zrozumie, że nie można zachowywać się jak "pies ogrodnika". A jeśli będzie miał do Ciebie pretensje powiedz, że nie chesz już utrzymywać z nim kontaktu i chcesz ułożyć sobie życie od nowa. I nie życzysz sobie, by on Ci w tym przeszkadzał. Powodzenia!

  Marta, 20 lat
1467
14.01.2007  
Witam! Znamy się z Mateuszem około 2 lat, początkowo było to koleżeństwo, później przyjaźń, a ostatnio Mateusz przyznał mi się, że czuje do mnie coś więcej. Właściwie to spodziewałam się tego, bo uczucie od niego promieniowało, nie musiał czasami nic mówić. Nie ukrywałam, że ja także patrzę na niego, jak na kogoś bardzo mi bliskiego i nie wykluczałam nigdy ewentualnego związku z nim, ale zdaję sobie sprawę, ze to Mateuszowi na razie bardziej zalezy na mnie, niż mnie na nim. Ja potrzebowałabym jeszcze dużo czasu. Ale nagle narodziło się we mnie mnóstwo wątpliwości. Odkąd pamiętam należałam do młodzieżowych wspólnot, wyjeżdżałam na rekolekcje, na dni skupienia - tam rodziła się moja wiara. W domu nie miałam pod tym względem dobrego przykładu ze strony rodziców, a rodzeństwa nie miałam, więc w zasadzie "wychowywałam się" sama, jeśli chodzi o wiarę. Marzyłam o tym, żeby mój dom, który kiedyś stworzę, był dobry, ciepły, żebyśmy wspólnie z mężem wieczorami klękali do modlitwy, żebysmy potrafili jeszcze jako para narzeczonych modlić się za siebie nawzajem, do naszego związku zaprosić Chrystusa. Żeby mój mąż pomagał mi wzrastać w wierze, a ja jemu. Problem w tym, że Mateusz, mimo że jest naprawdę bardzo dobrym, uczciwym i odpowiedzialnym człowiekiem, do kościoła chodzi raczej okazjonalnie. Zastanawiam się czasami, skąd bierze siłę, żeby być tak \'dobrym\', jakim jest. Skąd tak mocny kręgosłup moralny u niego. Jego rodzina jest daleka od kościoła, nigdy nie trafił do żadnej wspólnoty, nie wiem, czy w ogóle kiedykolwiek modlił się z kimś w domu. I kiedy wyobrażam sobie naszą wspólną przyszłość, jest mi smutno. Bo życie duchowe, wartości płynące z wiary chrześcijańskiej przenikają przecież życie osoby wierzącej na każdym poziomie, zaczynając od czystości przedmałżeńskiej, naturalnych metod planowania rodziny, wychowywania dzieci w wierze katolickiej, rozmów, wspólnego wspierania się w każdej trudnej sytuacji itd. Mateusz jest wspaniały, dobry, opiekuńczy... Wiem, czytałam nawet na tej stronie, że związek z osobą niewierzącą nie jest niemożliwy. Ale ja się ciągle mocno obawiam, że tęsknota za moimi wyobrażeniami na temat przyszłej rodziny nie pozwoli mi cieszyć się tą przyszłością, jaką ewentualnie mogłabym zbudować z Mateuszem. Mam też sama problemy z czystością. Obawiam się, że jesli oboje nie będziemy chcieli w czystości wytrwać do ślubu, sama sobie z tym nie poradzę. Chciałabym porozmawiać o tym z Mateuszem, ale w jego świecie pewne pojęcia poprostu nie istnieją i trudno byłoby mi wszystko mu \'wykładać\'. Ale zależy mi na nim, nie chciałabym tracić tego, co mam. I trwam w jakimś takim smutku i marazmie, w ciągłej niepewności. Wiem, że mam na niego ogromny wpływ i że zrobiłby dla mnie bardzo wiele. Ale nie chcę przecież zmuszać go do chodzenia do kościoła razem ze mną. Chciałabym żeby uwierzył w Boga prawdziwie, dla siebie samego, nie dla mnie. Żebym mogła z nim rozmawiać także na temat wiary. Chciałabym kiedyś być razem z nim w jakieś wspólnocie, chciałabym spotkac go w Niebie. Wiem, że nikt nie podejmie za mnie decyzji o tym, czy spróbowac z nim być, ale bardzo proszę o jakieś wskazówki. Czuję się zagubiona.

* * * * *

Marto! Ogromnie cieszę się, że tak myślisz i z doświadczenia zapewniam, że należy przy swoich poglądach trwać, bo to naprawdę procentuje. Jeśli jest tak jak mówisz tzn. jemu bardziej zależy na Tobie niż Tobie na nim i jeśli czujesz smutek na myśl o przyszłości to znaczy, że nie jest to dobry czas na głębszy związek z nim. Jeżeli z rozmów z nim wynika, że on nie czuje potrzeby głębszej wiary i ogólnie się różnicie to nie możecie się zmuszać do niczego. Owszem, związek wymaga kompromisu, ale nie może polegać on na tym, by jedna osoba rezygnowała z siebie, ze swoich poglądów i wartości. Nie możesz Ty odejść od Boga, od tego wszystkiego co w sobie budowałaś z takim trudem (wiem jakie to trudne, bo sama miałam identyczną sytuację w domu jak Ty, też sama "wychowywałam się w wierze" - dlatego jesteś mi bliska). Z drugiej strony jego nawrócenie i zbliżenie do Boga jeśli miałoby nastąpić musi być dobrowolną decyzją wynikającą z tęsknoty i potrzeby Boga. Nie może on dostosowywać się do Ciebie nie mając przekonania do tego co robi. Oczywiście jest jeszcze droga pośrednia i powinnaś nią pójść bez względu na to czy będziecie razem czy nie: własny przykład. Ty żyj jak żyjesz, jak uważasz za słuszne. Jeśli on będzie tym zdziwiony, będzie z Tobą rozmawiał na ten temat tłumacz mu, wyjaśniaj, mów dlaczego robisz tak a nie inaczej. Sama też możesz inicjować rozmowy na ten temat czy podrzucić mu dobrą książkę natomiast nie możesz nawracać go na siłę. Rozumiem Twoje rozterki. Po prostu szkoda Ci rezygnować z bliższej znajomości z tym chłopakiem, bo on Ci imponuje swoimi cechami.
Jednak - tak jak powiedziałam - w bliższy związek można wejść będąc do tego przekonanym, wtedy gdy niesie on radość i nie każe rezygnować z zasad.
Słusznie piszesz, że decyzję musisz podjąć sama. Jeśli już czytałaś co pisałam o związku z niewierzącym nie będę Ci nic polecać - prócz modlitwy naturalnie. Módl się by Bóg jakoś rozwiązał ten problem, by pozwolił Ci podjąć właściwą decyzję. Nie rób nic wbrew sobie i do niczego się nie zmuszaj. Nie myśl też, że jeśli teraz z niego zrezygnujesz to już może Ci się nikt taki nie trafić, bo nie ma przeznaczenia (pisałam o tym w odp. nr: 58, 86).
Bóg jednak nieprzypadkowo postawił go na Twojej drodze. Ty musisz rozeznać dlaczego tak się stało. Być może po to, by on zobaczył czym jest wiara, byś Ty mu pomogła a on Tobie przez pokazanie jaki powinien być mężczyzna - byś mogła określić swoje oczekiwania w tym względzie. Jeśli mogę Ci coś doradzić: traktuj go na razie jak kolegę, bez tej perspektywy, że musisz/powinnaś/chcesz z nim być. Daj sobie i jemu czas. Jeśli to jest miłość to przetrwa i pokona trudności. Ale nie nastawiaj się na to, że to jest ewentualny kandydat na męża. Pamiętaj, Bóg sam wybiera miejsce i czas i chce Twojego szczęścia. Z Bogiem!

  Niewiedząca, 12 lat
1466
13.01.2007  
Potwornie zakochałam się w chłopaku starszym ode mnie o 4 lata. Czerwienię się strasznie na jego widok, tak samo z uśmiechaniem. Kiedyś słyszałam, jak ten chłopak pytał się swojego kolegi czemu się ciągle uśmiecham. A to z jego powodu. już nawet samo wspomnienie o tym sprawia, że robi mi się gorąco. Nie mogę mu powiedzieć co czuję, znajomni mnie wyśmieją, on chyba też. Nie znam jego uczuć, nie wiem co o mnie myśli. ale wiem, ze przynjmniej się w nim zauroczyłam. Niedawno nauczyłam się normalnie z nim gadac, bo wcześniej bałam się, że się przed nim zbłaźnię. Muszę już kończyć, bo się spalę, bo tak mi ciepło jak o nim myślę. Co mam zrobić... Z góry dziękuję za odpowiedź.

* * * * *

Na pewno nie możesz mu powiedzieć co czujesz, to naturalne. Ale możesz próbować go poznać i nawiązać z nim kontakt. O tym jak to zrobić pisałam w odp. nr: 3, 30, 37, 134, 411, 912. Czerwienienie jest naturalne, gdyż Ci na nim zależy. Nie można tak po prostu się tego pozbyć. Musisz to na razie zaakceptować i zachowywać się naturalnie. Z czasem jak będziesz z nim w normalnym kontakcie przejdzie - gdyż bardziej oswoisz się z sytuacją. Nie zrażaj się tym.

  Ania, 17 lat
1465
13.01.2007  
Alleluja ...!Mam 17 lat moje sytuacja jest dośc skomplikowana gdy przyszłam do mojej nowej szkoły poznałam moja klase jest swietna i ciesze sie ze taką mam i poznałam bardzo bliska mi osobę moja przyjaciółkę której mogę wszytko powiedzieć . NA poczatku roku powiedziaąłm jej również że podobha mi się jej kolega z jej miejscowości również chodzi do nas do szkoły .Ona mu to powiedziała dopiero niedawno może chciałą mi pomóc coś koło grudnia on mnie zobaczył i on wie że on mi sie podoba niestety nawet nie chciała mnie poznać nie odzywa sie do mnie jak wysłaąłm mu życznia świąteczne to uznał ze jestem zakonnicą powieniaż zyczyłąm mu pogody ducha ...jest bardzo fajny i sympatyczny ale również wstydliwy do tego cały czas jego klasa ma koło nas lekcje do tego jego klasa ma z nami szatnie ...cały czas jest moja przyjaciółka tłumaczy go tym ze nie odzywa sie do mnie bo jest wstydliwy ...nie odzywa sie ale jego wzrok jest ponaizający cały czas isę na mnie patrzy i mnie obserwuje ...ja już mam tego dośc ja mu sie nie podobam jakko dziewczyna rouzmiem ale dlaczego nawet nie chce ze mna pogadać nawet nie chce mnie poznać ...moja przyjaciółka tłumaczy go jeszce tym (ona ma chłopaka ) zę ja szukam prawdziwej miłosc a każdy facet myśli tylko o seksie. ZAwsze wierzyłam Panu Bogu ze pomoze mi w życiu i moja modlitwa zostanie wysuchana .... Niedawno dowiedziałąm sie że ma dziewczyne ....a na mnie patrzy sie sie dalej chciałam o nim zapomnieć ale nie potrafie cały czas widze go w szkole ...nie kocham go bo nie moge kochac człowieka którego nie znam podoba mi sie i to bardzo ...do tego zauwazyłam ze dziewczyny które mają swoje zasady i nie dadzą sie chłopkom nie wypija nie zapalną sa nie zauważane ....ja nei chce być sama chce kochać i być kochana :((((

* * * * *

Droga Aniu! To nieprawda co twierdzi koleżanka, że "facet myśli tylko o seksie". Gdyby tak było nie było małżeństw i trwałych związków, nie mógłby mężczyzna ślubować miłości, bo nie byłby do tego zdolny. A przecież wiemy, że tak nie jest. Owszem, u chłopaka w tym wieku pociąg seksualny jest dość silny, ale normalny, rozsądny chłopak nie poddaje mu się jak zwierzątko. Jeśli ta koleżanka ma chłopaka i mówi tak na podstawie własnych doświadczeń to coś jest nie tak do końca z ich związkiem i polecam jej ten artykuł: [zobacz]. A co do Twojej sytuacji: dobrze rozumujesz, że nie możesz kochac kogoś kogo nie znasz, to prawda. Natomiast jest jeszcze jeden powód, dla którego nie powinnaś chcieć z nim kontaktu: jego dziewczyna. Przecież jeśli on jest z kimś w związku to nie chcesz chyba by ten związek się rozpadł i to przez Ciebie? Powtarzam po raz kolejny: jak ktoś ma dziewczynę lub chłopaka to trzeba dać sobie z nim spokój. Pisałam o tym w odp. nr: 210, 501, 542, 583,768. Współczuję Ci naturalnie, że Twoje uczucie pozostaje nieodwzajemnione. Nie traktuj tego jako porażki tylko naukę. Tak naprawdę dla Ciebie to przecież teraz lepiej, że on nie wykazuje inicjatywy - łatwiej będzie Ci zapomnieć o tej sytuacji, szybciej dojdziesz do siebie. Powinnaś teraz sama unikać spotkań z nim. Przeczytaj też proszę odp. nr: 80, 526, 653, 825 o tym jak osiągnąć spokój. A dlaczego on się patrzy? Być może jest zdziwiony, że się nim zainteresowałaś, jest ciekawy Twoich reakcji albo po prostu dowartościowuje się w ten sposób. I dlatego koleżanka absolutnie nie powinna mu mówić o Twoim uczuciu. Bo generalna zasada jest taka, że w miłości swoje sprawy załatwiamy SAMI i nie wtracamy się w niczyje inne, bo może wyniknąć z tego więcej złego niż dobrego.
A co do tego dlaczego chłopakom podobno bardziej podobają się wyzywające dziewczyny przeczytaj w odp. nr 1153. Módl się Aniu nadal o dobrego chłopaka. Bóg wszystko widzi i wie więcej od nas. Wie co będzie dla nas dobre i troszczy się o nas. Da Ci kogoś, kto będzie Cię kochał z wzajemnością. Z Bogiem!

  Ania, 18 lat
1464
10.01.2007  
Witam, pisalam kiedys pani o mojej milosci do idola, ktory jest po prostu nieosiagalny, ostatni list 1401... Zyczyla mi pani namacalnej milosci i bardzo dziekuje. Tylko ostatnio wydaje mi sie ze tej namacalnej nie znajde :( Poznalam dwoch fajnych chlopcow, a raczej mezczyzn, tylko, ze jeden stwierdzil ze jestem dla niego za madra, ze nie rozumie tego co mowie; drugi nie powiedzial wprost, ale wiem ze nie podobam mu sie z wygladu... Probowalam kogos poznac, ale jak widac nie wyszlo, poza tym jak tylko z nimi zaczynalam pisac bardziej powaznie to potem mialam wyrzuty sumienia bo kocham kogos innego, wiem ze miloscia niespelniona, niemozliwa i ze nie mam zadnych zobowiazan wobec tego idola, ale po prostu czulam sie fatalnie, bo jak moge kochac jednego a z innym flirtowac? :(( Czulam jakbym go zdradzala :( To raz, po drugie juz z innego tematu, caly czas czuje sie jak powietrze, wszyscy mnie ignoruja, w szkole i poza nia. Kazdy niby zamieni zdanie, ale zeby porozmawiac o czyms wiecej to nie. Duzo ludzi ma do mnie obojetny stosunek i wiem ze jest tylko jedna osoba ktora mnie tak na prawde lubi... Moja klasa jest bardzo fajna, zgrana i w ogole, ale sa tacy ludzie ktorzy widze ze mnie nie akceptuja... Z chlopakami wlasciwie rzadko rozmawiam, tylko z takimi dwoma rozmawiam normalnie, z reszta jakos tam zdanie sie zamieni czy cos. Dziewczyny? No coz sa bardzo mile i pomocne, ale mieszkaja (wiekszosc) w jednym miescie, ja mieszkam poza miastem i to dosc daleko, wiec nie ma sposobu by np. sie spotkac gdzies poza szkola, pojsc sobie obejrzec razem film, a nawet zostac u siebie na noc, a one moga bo maja do siebie niedaleko. To je zbliza do siebie, a jednoczesnie oddala ode mnie. Czesto przykro mi gdy opowiadają, sobie jak to było na dyskotece, albo, na wspólnych zakupach :( Tak naprawde nie mam nikogo komu mogłabym sie wygadać. Czuje się ignorowana i samotna, czesto np. slysze jak sobie cos nawzajem proponują, a o mnie nawet nie pomyślą. Trudno mi jest żyć tak jak żyję, teraz w dodatku w zimę, nic mi się nie chce, ciągle płaczę i choruję... Wstaję rano, jadę autobusem do szkoły, wracam późno, wiec od razu siadam do lekcji, a w weekendy tez tylko się ucze i uczę lub spię lub też siedzę przed TV albo w internecie... Tak wygląda moja codzienność i jest mi bardzo przykro, na duszy i w myśli... Tak strasznie cierpię psychicznie, ze od miesiaca choruję i fizycznie. Czy coś jest ze mną nie tak?

* * * * *

Polecam Ci to: [zobacz]
To jest nasz dział dla tych, którzy chcą kogoś poznać. Szukają miłości lub przyjaźni. Wpisz się lub napisz do kogoś. Poznasz ludzi myślących jak Ty, o podobnych wartościach. Szukaj też ludzi z Twoich okolic i próbujcie umawiać się "na żywo". Rozwijaj znajomość z tą osobą, która Cię lubi, a wobec pozostałych po prostu bądź życzliwa i uśmiechaj się, oferuj pomoc. Być może jest tak, bo jesteś na trochę wyżsyzm pzoiomie intelektualnym niż ludzie z klasy i faktycznie "nie mogą Cię zrozumieć"? To wszystko odnosi się zarówno do przyjaźni jak i miłości. Której nadal Ci życzę i wierzę, że przyjdzie. Z Bogiem!
p.s. Łykaj magnez z witaminą B6 (np. preparat Slowmag z vit B6) oraz witaminę C. Pamiętaj o dobrym oświetleniu pomieszczeń - pomaga na takie stany.

  Misia, 15 lat
1463
10.01.2007  
wiem, że kiedy napiszę to może mi pomóc. Mam chłopaka, który uczy się gorzej ode mnie, ale w tym roku się poprawił. zrobił to dla mnie. Ale moja mama jest przeciwna temu żebym z nim była. ja już kiedyś z powodu żeby się nie kłócić z mamą zerwałam z nim On wiedzia dlaczego. i nie chodziiśmy ze sobą przez tydzień. był 8 grudnia i wtedy mi napisał smsa. napisał że zrobiłby da mnie wszystko, wskoczyłby za mną w ogień. i kiedy uświadomiłam sobię , że jest to dzień Niepokalanego poczęcia NMP to nie mogłam zrobić nic inneg jak dac nam szansę. moja mama nie rozumie że go kocham chociaż jej tego nigdy nie powiedziałam. wiem że mam dopiero 15 lat. jesteśmy teraz razem ale moja mama ciągle się czepia. to w nim mam oparcie kiedy mam kłopoty bo nie mam takiego zaufania do mamy żeby jej o wszystkim powiedzieć, a do niego mam, moge mu powiedzieć co tylko chcę. rozmawiam z nim o Bogu robię to w taki sposób by poznał Go tak jak ja i aby prawdziwie uwierzył. Gdybym wiedziała że będzie to dla niego lepsze byabym gotowa z nim Zerwać. Bo chcę dla niego jak najlepiej. mojej mamie też chyba chodzi o to że mam 15 lat i że powinnam przede wszystkim się uczyc. robie to co moge ale miłość mi nie przeszkadza w nauce. nawet czasami mi to pomaga. ja staram się byc jak najbardziej religijna i On wie jak wierzę w Boga wie że nie lubie przeklinania więc przy mnie tego nie robi i walczy z tym aby całkiem ten nałóg zlikwidować. nie wiem co mam robić? czy mam byc z Nim choć moja mama to zaakceptuje?

* * * * *

Widzisz, nic w naszym życiu nie jest dziełem przypadku. To, że znaleźliście się na swojej drodze życia też nie jest całkowicie bez sensu. Nie wiecie tylko jeszcze po co tak się stało. Może będzie z tego kiedyś związek a może jest to potrzebne po to, byś Ty dała sobą świadectwo wiary jemu, a przez niego zrozumiała jak to jest gdy nam na sobie zależy. Może też być tak, że ta sytuacja ma zbliżyć Cię do mamy. O tym kiedy rodzice są przeciwni związkowi i jak postępować pisałam w odp. nr: 67, 114, 251, 207, 400. Pamiętaj, że Twoja mama chce dobrze. Gdybyś Ty miała córkę czy nie chciałabyś ochronić jej przed wszystkim złem? Czy - mając za sobą już pewne doświadczenia - nie chciałabyś tych negatywnych jej oszczędzić? Dzieciom się często wydaje, że rodzice to nic nie wiedzą. Ale Twoja mama też kiedyś była w Twoim wieku i może też jej się ktoś podobał. I być może buntowała się babci. Twoja mama też czuje tak jak Ty a różni się od Ciebie nie tyle wiekiem co po prostu doświadczeniem. Ona widzi więcej, szerzej, bo przeszła przez to co Ty i wie co jest dalej, a Ty jeszcze tego nie wiesz. Więc ona chce dobrze. Jeśli zaś Twoja nauka nie cierpi na znajomości z tym chłopakiem nie unikaj mamy. Rozmawiaj z nią, przekonuj, że "nic głupiego nie przyjdzie Ci do głowy" (bo może ona po prostu ma opory przed rozmową z Tobą na trudne tematy - została tak wychowana i nie jest to dla niej łatwe). Może ona po prostu mówiąc wprost boi się, że zaniedbasz naukę, że on Cię wykozrysta itp. Zapewnij ją, że tak nie będzie. I udowadniaj swoim życiem, że jest inaczej.
I na koniec: nie możesz odczytywać pewnych symboli, pewnych dat jak objawienie z nieba. To, że było to 8 grudnia to wcale nie znaczyło, że MUSIAŁAŚ się zgodzić. Ponadto nie wierz chłopakowi, gdy mówi, że zrobiłby dla Ciebie wszystko. A nawet gdyby tak myślał to bardzo niedobrze, bo nie może chłopak czy dziewczyna być całym światem, nie wolno zrobić dla niej czy dla niego wszystkiego. Nie wolno np. poświęcić zasad, wartości, wiary. A więc nie wszystko należy robić dla kogoś.
Wierzę, że jesteś rozsądna i odróżniasz dobro od zła i że dasz sobie radę z tą sytuacją. Módl się też o to.
Powodzenia!

  Magda, 22 lat
1462
10.01.2007  
Witam. Niepotrafie sobie poradzic ze swoim problem, nie mam do kogo sie zwrocic o rade i pomoc :( dlatego postanowilam napisac tutaj ... Zaczne od poczatku: Od mlodzienczych lat jestem zakochana w jednym chlopaku. To uczucie bylo niespelnione (do pewnego czasu)...poniewaz on darzyl mnie uczuciem kolezenstwa, a ja jego miloscia. Mimo tego, ze w glebiu duszy chcialam sie starac o jego milosc - z rozsadku dalam sobie spokuj. W 2004 roku poznalam mezczyzne w Niemczech (obecnego mojego meza) i poczulam wtedy, ze to jest ten "jedyny". Mimo dzielocej nas roznicy wieku (17 lat) postanowilam z nim zostac. I tak wyjechalam do Niemiec i zamieszkalam z nim. Z czasem zauwazylam, ze jednak on jest inny niz przypuszczalam :( bardzo szybko sie zloscil, wtedy wybucha krzykiem... czasami niemozna bylo z nim porozmawiac bo odrazu sie denerwowal... dla niego maly problem stwala sie ogromnym... Ja staralam sie aby wszystko bylo dobrze, staralam sie go uspokajac. Gdy spogladalam w lustro zaczelam widziec odbicie sowjego wybranka a nie swoje... poprostu czulam sie wykozystywana. Do tego doszla ogromna tesknota za rodzina ktora zostala 1000km ode mnie. Powoli zaczelam sobie nieradzic z tym wszystkim i wyjechalam do Polski na kilka dni aby odpopczac. Tam podczas festynu przypadkowo spotkalam sie z moja "mlodziencza miloscia", rozmowa, taniec - moje uczucie, ktore tak naprawde nigdy do niego niezgaslo, na nowo sie ozywilo. On rowniez do mnie poczul cos wiecej, i tak od tego czasu milosc nasza zaczela rozkwitac. Ja zakonczylam zwiazek z moim przyjacielem niemieckim. Milosc miedzy mna a moim nowym uczuciem zaczela rozkwitac. Czulam sie ogromnie szczesliwa! On bardzo wierzyl w Boga tak jak i ja. Czytalismy wspolnie Pismo Sw. ogladalismy razem film, chodzilismy na spacery ... poprostu bylo cudownie... az do czasu gdy moj "byly" niedal za wygrana i zaczal dzwonic i pisac abym wrocila do niego, obiecywal ze pojdzie do psychologa na terapie... przez to ja zaczelam sie gubic w swoim uczuciu. Poczulam tak jak bym kochala dwie osoby na raz :( Do tego dostalam prace w Niemczech - opieke nad starszym malzenstwem. Wyjechalam mimo tego ze bylam z moja nowa miloscia 2 tygodnie. Pisalismy do siebie, dzwonilismy ... a "byly przyjaciel" rowmiez staral sie o wzgledy i prosil o spotkanie i rozmowe - zgodzilam sie w koncu - Gdy sie spotkalismy ja poczulam znowu, ze to chyba go bardziej kocham ... i postanowilam dac mu szanse i wrocic do niego, w ten sposob raniac kolejna osobe ... Wiedzialam ze obaj "panowie" mnie bardzo kochaja... tylko ze ja pogubilam sie w tych uczuciach i tak naprawde niewiedzialam z kim mam zostac. Po roku bycia w Niemczech, moj "przyjaciel" poprosil mnie o reke, i tak za 3 miesiace wzielismy slub cywilny. Po tym czasie on zaczal znowu wracac do poprzednich problemow z zapanowaniem nad sowja pobudliwoscia. Do tego doszly klamstwa i problemy z jego praca. Ja zaczelam sie zastanawiac czy podjelam dobra decyzje wracajac do niego... Mam ogromne pretensje do samej siebie... Przez te cale problemy, moje uczucie do meza zaczelo gasnac natomiast zaczely wracac coraz bardziej wspomnienia czasu jakiego spedzilam z moja "mlodziencza miloscia"... uczucie zaczlo znowu wzrastac... Postanowilam do niego napisac: okazalo sie ze ma dziewczyne i ze ona jest w ciazy, planuja slub na kwietnia br. On napisalm jeszcze, ze mimo tego co sie wydazylo nadal mnie kocha i nadal mu na mnie zalezy. Ja niewiem co mam teraz zrobic... po 1 - chcialabym wrocic do Polski do rodzicow (bo tesknota mnie bardzo przytlacza i coraz bardziej zamykam sie w sobie i poplakuje po "kontach", mam juz dosc zycia w Niemczech po 2 - chcialabym bardzo byc z moja mlodziencza miloscia, ale niechce teraz ingerowac w jego zycie gdy jego przyszla zona spodziewa sie ich dziecka, juz dosc nakrzywdzilam osob, niechce aby kolejna cierpiala... po 3 - czuje ze moja milosc do meza juz calkowicie gasnie i nie wiem co tak naprawde do niego juz czuje, po 4 - mysle ze juz nigdy niebede nikogo tak kochala jak moja "mlodziencza milosc" ktora smam zatracilam, sama z wlasnej glupoty i niedojrzalosci. Niepotrafie sobie poradzic, niepotrafie wybrac swojej drogi zyciowej ... boje sie ze moge targnac sie na swoje zycie z rozpaczy ... jestem zagubiona grzesznica ... nieportafie dokonac wyboru ... Kiedys bylam inna - kiedys ... jakies 3 lata temu :( Teraz czuje jak bym byla inna osoba ... popadam w rozpacz. Wiem, ze moja wiadomosc jest dluga... ale musialam opisac swoja historie i problem. Prosze o udzielenie mi jakis rad, wskazowek ... Z gory za wszystko SERDECZNE BOG ZAPLAC! Pozdrawiam

* * * * *

Nie jesteś "zagubioną grzesznicą" natomiast strasznie namieszałaś sobie w życiu…i odważę się na stwierdzenie, że tak naprawdę podjęłaś pochopną decyzję bazując na emocjach. Uważam, że w takim stanie w jakim byłaś (nie wiedziałaś kogo naprawdę kochasz, czego chcesz, gdzie chcesz być) nie powinnaś podejmować ŻADNYCH decyzji!!!!
I nie powinnaś wchodzić w kontakty intymne z nikim zanim go bardzo dobrze nie poznasz i zanim nie zostanie Twoim mężem. Twój cywilny mąż pociągał Cię, bo był starszy, bardziej ustabilizowany, zapewnił Ci poczucie bezpieczeństwa i pewnie jakieś środki utrzymania. Ale czy nie miał za sobą innych związków i dlaczego one się zakończyły (o tym nie piszesz, a warto nad takim rzeczmai się głęboko zastanowić)?
Twoja "młodzieńcza miłość" zaś pociągała Cię świeżością, spontanicznością, wspólnotą poglądów i zainteresowań, może trochę niedostępnością. Z tych względów idealizowałaś go i wmówiłaś sobie, że to jest takie "dobre, święte i niewinne", takie inne od tamtego mężczyzny. Zmyliła Cię jego głęboka (ponoć) wiara w Boga - szkoda, że bez pokrycia w czynach. Z tych też względów pociągało Cię w nich obu co innego i miotałaś się pomiędzy nimi nie potrafiąc określić którego "bardziej kochasz".
Tymczasem czy to była prawdziwa miłość? Czy sądzisz teraz, że z tym chłopakiem byłabyś szczęśliwsza? Ja mam wątpliwości zważywszy na fakt, że w tak szybkim czasie (ponoć kochając Ciebie) związał się - także fizycznie - z inną dziewczyną. Przecież gdyby Cię kochał i walczył o Ciebie to by się tak szybko nie pocieszył, prawda? Niepoważne jest też to, że planując ślub z tamtą dziewczyną wyznaje nadal uczucia Tobie, czym po prostu dopuszcza się duchowej zdrady wobec narzeczonej. Świadczy to niestety o niestabilności uczuciowej i niezrozumieniu instytucji małżeństwa.
A teraz co do Twoich pytań.
Po pierwsze: no niestety, wiążąc się z tym mężczyzną powinnaś pomyśleć o konsekwencjach. Zostałaś żoną (wprawdzie tylko cywilną, ale jednak) i nie możesz teraz tak po prostu spakować plecak i wrócić do rodziców jak mała dziewczynka. Musisz myśleć o swoim mężu, o jego uczuciach, Waszej realcji i względach prawnych. To już nie jest wszystko takie proste.
Po drugie: tu się z Tobą zgodzę. Teraz nie powinnaś ingerować w ich życie. Skoro postanowili się pobrać to (abstrahując od słuszności tej decyzji) oni będą ponosić konsekwencje. Przecież to nie jest tak, że ten chłopak został zmuszony do związku z tą dziewczyną i nikt mu dziecka nie podrzucił. To on sam zdecydował o takim a nie innym zachowaniu i musiał liczyć się z takim konsekwencjami. Naturalnie sam fakt poczęcia dziecka nie powinien być powodem ślubu, ale nie można też teraz tak po prostu udawać, że nic się nie stało. Bo nawet jakby się nie pobrali to on do końca życia będzie ojcem tego dziecka i zobowiązany jest do dbania o jego rozwój i jego utrzymanie. Jest też odpowiedzialny za tą dziewczynę - matkę swojego dziecka. Winien jest jej oparcie, pomoc i uwzględnianie jej uczuć, emocji i potrzeb, szczególnie w tym trudnym okresie.
Po trzecie i najtrudniejsze: pisałam już kiedyś, że fatalne w prawodawstwie jest to, że przed ślubem cywilnym nie ma żadnych kursów, pozwalających kandydatom rozeznać i podjąć właściwą decyzję. Bo ślub cywilny to nie tylko uroczystość, formalność ale poważne konsekwencje prawne wiążące się m.in. z obowiązkiem utrzymania, dziedziczeniem, wspólnotą majątkową oraz obowiązkami. Zawierając małżeńswto cywilne wypowiada się formułę: "świadomy praw i obowiązków wynikających z założenia rodziny...". Nie wiem dokładnie jak to brzmi w prawie niemieckim, ale pewnie podobnie. Teraz pytanie: byłaś świadoma? Wiedziałaś, że zakładacie rodzinę? I jak to się ma do obecnej sytuacji i gotowości pracy nad tą rodziną? Rozwiązanie małżeństwa cywilnego, choć możliwe nie jest takie proste. Jest nawet dużo trudniejsze niż jego zawarcie. Aby można było orzec rozwód muszą zaistnieć pewne okoliczności i te okoliczności trzeba przedstawić i udowodnić przed sądem. Ponadto, gdy już to nastąpi pozostaje kwestia pewnej rany, pewnej przeszłości. To nie jest tak, że rozstajesz się z chłopakiem. Rozstajesz się z mężem - cywilnym, ale mężem i przybiera to postać wyroku sądowego. Przyjemne nie jest. On zawsze już zostanie w Twojej pamięci, Twoim życiu. To od strony formalnej. A duchowej? No cóż, teraz faktycznie żyjecie w związku niesakramentalnym. To nie jest dla katolika normalna ani dobra sytuacja. Musicie zdecydować co z tym zrobić bo coś zrobić musicie. Czy pracujecie nad związkiem, idziecie na terapię, do poradni i bierzecie ślub kościelny? Czy - jeśli on np. jest związany sakramentem małżeństwa z kimś innym - rozstajecie się, bierzecie rozwód i regulujecie swoje relacje, tak, by nikt nie cierpiał? I robicie to we dwoje, bo to dotyczy Was dwojga. Tu potrzeba wiele mądrości, cierpliwości, dużo rozmowy i odpowiedzenia sobie na pytania: co/kto jest w moim życiu najważniejszy? Jakimi zasadami i wartościami chcę się kierować? Jak wyobrażam sobie dalsze wspólne życie? Jakie są możliwości poprawy tego stanu, regulacji prawnych, kościelnych, psychologicznych, duchowych? Jakie są konsekwencje każdej z dróg?
Ja wiem, że te pytania sa trudne i wymagają pomocy specjalisty. Dlatego radzę Wam udanie się do poradni rodzinnej, do katolickiego psychologa, rozmowy z księdzem. No i przede wszystkim ze sobą. Widzisz, nikt nie podejmie decyzji za Ciebie. Jednak powinniście szukać pomocy, bo nie jest dobrze. Jeśli zdecydujecie się na terapię, na ślub kościelny polecę Wam najpierw tą stronę: http://www.sychar.alleluja.pl/ oraz rekolekcje i regularne spotkania w poradni. I po czwarte: to, jak kogo jeszcze pokochasz to tylko Pan Bóg wie, a Ty się nie zarzekaj. Owszem, uczucia mogą już nie być takie same, ale przecież miłość nie jest uczuciem. Wydaje Ci się tak, bo mylisz miłość z zakochaniem i w stosunku do nikogo innego nie poczułaś takich porywów, emocji i spontaniczności. Jednak prawdziwa, dojrzała miłość nie bazuje na uczuciach tylko jest świadomą decyzją. Proszę poczytaj o tym szerzej w tym artykule: [zobacz] oraz odp. nr: 273, 276, 311, 313, 356, 370.
Droga Magdo! Jesteś młodą dziewczyną. Nie możesz zmarnować sobie życia, nie możesz stać się kimś zgorzkniałym. Bóg jest miłosierny i wybacza wszystko. Ty też musisz sobie wybaczyć. Polecam Ci książkę ks. P. Pawlukiewicza "Bóg miłosierny aż tak?".
Módl się o właściwe decyzje, o światło Ducha św., o rozeznanie co powinnaś zrobić. Próbuj układać swoje życie na nowo. Nie jest za późno. Nigdy nie jest na to za późno. Tylko musisz trochę przewartościować swoje poglądy. Musisz uwierzyć, że tylko Bóg może Cię z tego wyciągnąć i tylko Ty musisz tego chcieć, bo On na siłę nic nie zrobi. Zacznij od zaraz. Zacznij od zaraz się modlić, od zaraz zajrzyj na stronę, którą Ci podałam, od zaraz idź do księdza lub poradni, od zaraz zacznij rozmawiać z mężem. Wierzę, że wszystko w Twoim życiu się wyprostuje, tylko zacznij tego bardzo chcieć. Życzę Ci decyzji słusznych, a nie wygodnych, bo tylko takie mają wartość w życiu. Z Bogiem!

  Kasia, 20 lat
1461
10.01.2007  
Co zrobic w przypadku, gdy podoba mi sie byly chlopak mojej siostry? warto zaznaczyc, ze siostra jest moja przyjaciolka....

* * * * *

Jak były to chyba nie problemu...?
Oczywiście porozmawiaj o nim z siostrą bo chyba był jakiś powód dla którego się rozstali - może ważny? No i pytanie zasadnicze: czy Ty podobasz się jemu?

  Jacek , 28 lat
1460
10.01.2007  
Jak należy interpretować słowa psalmu "Bóg spełni pragnienia twego serca". Czy chodzi tu o spełnienia pragnienia założenia np. rodziny w sytuacji kiedy nie ma się jeszcze nawet dziewczyny. Znam osobę, która chciała wstąpić w związek małżeński, ale jej się to nie udało, nie spotkała "tej osoby". Jak wtedy należy patrzeć na słowa wyżej opisanego psalmu. Czy pragnienie serca człowieka może być sprzeczne z pragnieniem Boga odnośnie np.założenia rodziny. A jeżeli tak. To widzę w tej sytuacji niesamowity dramat tego człowieka.

* * * * *

Oj, Jacek strasznie trudne pytanie mi zadałeś. Oczywiście, że my potocznie rozumując chcielibyśmy odczytywać te słowa dokładnie tak jak Ty piszesz. To normalne, bo to są właśnie pragnienia naszego serca. Myślę jednak, że należy je rozumieć szerzej. To znaczy pragnienia serca w ogóle nie tylko w tej chwili. Bo na każdym etapie życia mamy jakieś pragnienia i wyrywkowe przeczytanie jakiegoś fragmentu Pisma św. daje nam natychmiastową obietnicę ich spełnienia. Myślę (nie jestem upoważniona do oficjalnej wykładni Biblii - patrz: To przede wszystkim miejcie na uwadze, że żadne proroctwo Pisma nie jest dla prywatnego wyjaśnienia (2 P 1,20), więc to tylko moje zdanie), że chodzi tutaj o największe pragnienie serca człowieka, czyli pragnienie Boga. Bóg dając nam zbawienie daje nam obietnicę zaspokojenia właśnie tego największego głodu człowieka - znalezienia się w obecności Boga na wieczność, zbawienia i "przygarnięcia" przez Boga. Bo to jedno, jedyne pragnienie ludzkiego serca jest najbardziej ponadczasowe i niezmienne pośród wszystkich etapów życia i okoliczności, bo do tego przecież sprowadza się cel naszego życia. Natomiast w takim rozumieniu już bardziej przyziemnym: pytasz "Czy pragnienie serca człowieka może być sprzeczne z pragnieniem Boga?". Chodzi Ci zapewne o wolę Bożą. Otóż, może być tak, że Bóg, chcąc dla nas zawsze dobra inaczej postrzega to dobro niż my w danej chwili. Jednakże obdarzając nas rozumem i wolną wolą pozwala nam wybrać to co według nas jest lepsze, nawet gdyby to było sprzeczne z Jego zamierzeniami i nawet gdyby było sprzeczne z przykazaniami itp. Oczywiście nie jest też tak, że jest tylko jedna jedyna słuszna droga i trzeba ją odgadnąć. To było niedorzeczne i powodowałoby nieustanny strach człowieka czy każda czynność, którą wykonuje jest właściwa. Gdyby tak było naszym życiem rządziłoby przeznaczenie, a ono przecież nie istnieje (pisałam o tym w odp. nr: 58, 86, 896). Bóg chcąc dla nas dobrze, chcąc naszego zbawienia i dając nam jednocześnie swobodę w działaniu (rozum i wolna wolę) widzi nasze wysiłki i dlatego pokazuje nam wiele dróg. Daje nam wiele propozycji. Wiele zatem z możliwych rozwiązań jest zgodnych z wolą Bożą, nie jedno. Dlatego człowiek mając do wyboru różne rozwiązania nie musi szukać jedynego słusznego, tylko, kierując się właśnie rozumiem rozeznaje, które z nich byłoby najwłaściwsze (najbardziej zgodne z pragnieniem jego serca) w danej sytuacji.
O tym jak to jest w sytaucji pragnienia założenia rodziny pisałam niedawno w wielu odpowiedziach, więc teraz tak w skrócie: człowiek nie żyje sam dla siebie. Odkrywając powołanie może przyjąć to do czego go Bóg powołuje lub je odrzucić (nie jest to grzech) i wybrać inne. Jeśli chce założyć rodzinę to albo znajduje małżonka albo czasami - nie znajduje. Samotność nie jest sama w sobie powołaniem. Może być wyborem (ktoś decyduje się poświęcić pracy charytatywnej, nauce itp.) lub stanem, w którym znaleźliśmy się wbrew woli. Jeśli czujemy powołanie do małżeństwa powinniśmy szukać nadal. No, ale - tak jak mówisz- są ludzi którzy chcą i nie znajdują, sama takie znam. Teraz należy się zastanowić czy mają one realne wymagania co do drugiej osoby, bo czasem różnie z tym bywa. Jeśli tak to czy nie boją się pokochać, czy nieświadomie nie odrzucają innych poprzez swoje zachowanie np. głębokie poranienia, z którymi sobie nie poradzili czy jakieś cechy, które utrudniają wspólne życie (np. jakąś niezaradność życiowa, niezdecydowanie itp.). Jeśli wyeliminujemy wszystkie czynniki i nie znajdujemy odpowiedzi to pozostaje tylko się modlić by Bóg to zmienił. Tzn. aby dał nam wreszcie poznać tą osobę albo żeby wziął tą naszą samotność i z przekleństwa jakim jest dla nas uczynił błogosławieństwo. Żeby zaspokoił to konkretne pragnienie naszego serca i przemienił tą tęsknotę za drugiem człowiekiem w tęsknotę za Bogiem i działanie dla innych. Ale takie, by nie był to środek zastępczy, wypełniacz czasu, coś na zapomnienie czy metoda klina tylko autentycznie zaspokojenie serca przynoszące ukojenie i szczęście.
Dopiero wtedy nie będzie dramatu gdy Bóg to uczyni, gdy będziemy tego zaspokojenia pragnąć i godzić się na to.
Wiem to trudne, ale nie znajduję innego wytłumaczenia.
Drogi Jacku, mam nadzieję, że choć trochę Ci pomogłam. A jeśli sam jesteś w takiej sytuacji to może pomogę Ci jeszcze konkretniej polecając ten dział: [zobacz] gdzie znalazło swoją połówkę już sporo osób. Powodzenia i z Bogiem!

  Renia, 21 lat
1459
07.01.2007  
Witam... wiem ze od milosci do nienawisci jest jeden krok.. i ja go chyba zrobiłam... ale czy jesli ktos mnie bardzo mocno zranil i oprocz tego proszac go o pomoc spotkalam sie z odmowa to czy powinnam sie spotkac z Tą osoba i porozmawiac...? powinnam powiedziec jej ze tak bardzo mnie urazila,a zrobila to bardzo mocno zarowno podczas rozmowy w gronie znajomych jak i "prywatnej".... chociaz chce o tym nie myslec, to samo przychodzi gdy spotykam sie z Ta osoba... jest nia ksiadz... tym bardziej to uczucie zlosci wraca jak widze obojetnie jakiego ksiedza

* * * * *

No zupełnie nie wiem na czym polegało to zdarzenie więc nie wiem czy potrzeba tu rozmowy czy własnie braku kontaktu. Czasem jest tak, że ktoś coś "palnie" lub powie w dobrej wierze a uzyska odwrotny efekt. Może zatem nic złego nie miał na myśli a tylko "tak wyszło"?
Generalnie nie powinnaś odpłacać "pięknym za nadobne", czyli na pewno nie powinnaś mówić nic w obecności innych. Jeśli natomiast czujesz się rzeczywiście bardzo zraniona i niesłusznie oskarżona czy osądzona to przy jakiejś okazji na osobności możesz (tylko bardzo spokojnie, bez złośliwości) powiedzieć, że jest Ci bardzo przykro, że zostałaś źle odebrana i że chciałabyś powiedzieć, że nie jest tak jak on myśli. I tylko tyle. Bez osądów i oskarżeń w drugą stronę.
Zastanawia mnie tylko jedno: mówisz o księdzu i wspominasz o miłości i nienawiści. Po pierwsze: należy mieć wzgląd na to, że to jest osoba duchowna, a zatem nie można go potraktować jak zwykłego kolegi, bo być może mówiąc to co mówił miał też pewne cele duszpasterskie - pouczenie Cię w imieniu Kościoła a po drugie... czy Ty się przypadkiem w tym księdzu nie zakochałaś? Jeśli tak jest polecam do przeczytania ten artykuł: [zobacz]. No i pamiętaj, że Twój żal nie powinien przekładać się na wszystkich księży, bo przecież oni nie odpowiadają za zachowanie tamtego, prawda?

  Kamila, 17 lat
1458
07.01.2007  
Byłam ostatnio na weselu.Poznałam przystojnego ale dosyć nieśmiałego chłopaka (Rafała).Bał się do mnie podejść i poprosić mnie do tańca.Jego kumpel powiedział mi że się podobam Rafałowi.Czas mijał a on nie podchodził.Wreszcie byl tak wypity że chodzil wężykiem.Dopiero wtedy ostał odwagi i to aż za dużo.Nie dość żę poprosił mnie do tańca,to zaczął mnie obmacywać,patrzył sie na mnie ewidętnie napalonym wzrokiem.Dla mnie było jednoznacznym czego ode mnie chciał.Oczywiście wyrwałam mu sie z jego rąk.Wiedziałam że w chwilach nadużycia alkoholu wzrasta popęd płciowy ale nie wiedziałam że to jest aż tak widoczne.Nie umiem sobie teraz z tym poradzić.On by nic nie pamiętał a ja do końca życia byłabym zraniona.Co mam robić???

* * * * *

"Odpuścić" sobie tego chłopaka. Już pokazał co potrafi. Jeśli potrzebował alkoholu, by "zrobić wrażenie" na dziewczynie, a potem zachowywał się tak jak zachowywał to nie potrzeba tutaj komentarza. Najwyraźniej nie wie na czym polega męskość i czego oczekuje dziewczyna, a także co jest ważne w pierwszym kontakcie. Ty postąpiłaś słusznie, a o całym zdarzeniu staraj się nie myśleć. Na pewno spotkasz wartościowego chłopaka, który zaimponuje Ci odpowiedzialnością, męskością (dobrze rozumianą), opiekuńczością i szacunkiem dla Twojej osoby. Możesz wpisać się tutaj: [zobacz]

  Marysia, 21 lat
1457
07.01.2007  
Jestem z moim chłopakiem od 3 lat.Na początku było niesamowicie, czułam że to jest to. Ale od dłuższego czasu nie możemy się w niczym dogadać, ma do mnie o wszystko pretensje. Np. o to, że jestem wesoła i uśmiecham się i rozmowa z moimi znajomymi ze studiów w przerwie między zajęciami sprawia mi przyjemność(bo w tym czasie można robić "mądrzejsze rzeczy"), nigdzie też razem nie wychodzimy z innymi, do innych. On od pewnego czasu nikogo nie lubi, nikt mu nie jest potrzebny, z nikim bez potrzeby(jak mówi)nie rozmawia. Chce rozmawiać ze mną ale o poważnych rzeczach tylko. W ciągu dnia co chwile musze pisać mu o wszystkim:co robię, czy nie spędzam czasu na głupotach(czyli czy nie słucham radia, czy pracuje cały czas, czy nie potrzebnie nie rozmawiam z kimś, albo o zgrozo(!), czy czasami nie siedzę przed telewizją, internetem), gdyż jest on wielkim przeciwnikiem mediów, sam nie chce w swoim domu mieć ani radia ani tv, gdyż to uzależnia(dodam od siebie że 2 lata temu on przychodząc do mnie skakał z kanału na kanał i nie zwracał na mnie zbytniej uwagi, teraz mu się odmieniło ale popadł ze skrajności w skrajność. Ja osobiście oglądam tv do 4-5 godzin t y g o d n i o w o). Głęboko zapadły mi w pamięc nasze wspólne studia. podczas których nie mógł zrozumieć, że poświecam więcej czasu nauce,on nie potrzebował i miał pretensje o to i o to, co się z tym wiąże, że spotykałam się z innymi ludzmi i robiłam jakieś prace na zajęcia . Jestem również animatorką w oazie(on widzi sens w oazie ale nie w naszej grupie w parafi)i kiedy spotkanie się kończy, chce juz natychmiast wychodzić a gdy go nie ma pisze do mnie smsy, że zamiast siedzieć i gadać albo śpiewać bez sensu mogę zając się pożyteczniejszymi rzeczami(?). Jego teroretyczne wyobrażenie świata mnie PRZERAŻA!(np. gdy zabronił mi usiąść w autobusie z ciężkim bagażem, gdyż "życie jest ciężkie, jak teraz się do tego przyzwyczaję, to bedzie mi później lżej". Wmawia sobie, że go nie kocham, że nie daję z siebie wszystkiego. Przez te pretensję chce wydobyć ze mnie jeszcze lepszego człowieka. To jedynie nieliczne rzeczy, które skłaniają mnie do przemyśleń.........ale z drugiej strony on jest naprawde wspaniałym mężczyzną:dba o moje bezpieczeństwo(ten autobus to sporadyczny przypadek, kiedy go bieze na te jego ideologie), dba o mnie, zmęczony po pracy wyjeżdza po mnie na peron kiedy wracam ze studiów, razem jesteśmy w KWC co dla mnie jest niezwykle ważne, robi niebanalne niespodzianki i czuje sie kochana. Kilkaktotnie gdy próbowałam zakońsczyć naszą znajomość, on za 2 dni przychodził ze łzami, przeprasał i mówił, że beze mnie mu ciężko i nie wyobraża sobie siebie beze mnie. I tak w kółko rozstajemy się, wracamy do siebie, kłócimy, rozstajemy......czuję,że powinniśmy podjąć jakąś sensowną decyzję w którąś strone ale ja nie potrafię, a on nie wyobraża sobie, że nie będziemy razem, a ja też boje sie być sama........przepraszam, ze tak bardzo się rozpisałam, liczę na krótkie chociaż wskazówki i dziękuję za nie z góry. Z modlitwą - Marysia

* * * * *

Pierwsza reakcja na Twój list: Twój chłopak ma doskonałe zadatki na tyrana, uciekaj! Jeśli naprawdę on tak się zachowuje, jeśli Cię tak tyranizuje swoim zachowaniem, jeśli próbuje Cię przerobić na swoje podobieństwo to dobrze nie wróży. Miłość to pragnienie dobra dla drugiego człowieka. Natomiast w jego mniemaniu dobro to postępowanie tak jak on. On nie daje Ci swobody, nie akceptuje odmienności. A jeśli tak to nie ma możliwości byście przetrwali w małżeństwie. Bo małżeństwo to m.in. sztuka kompromisu. W małżeństwie są tak trudne sytuacje, że "bezproblemowe", kochające się pary mogą przeżywać kryzysy, a co dopiero ludzie w sytaucji takiej jak Wasza. Gdy czytałam Twój list oczami wyobraźni widziałam związki gdzie mężczyzna to pan i władca a kobieta czuje się stłamszona i nie ma nic do powiedzenia. On wraca z pracy i WYMAGA, a ona jest sfrustrowana, zaniedbana i zgorzkniała. Sam fakt zapewniania środków utrzymania itp. nie upoważnia do wymagania wszystkiego. Do żądania, by było tak jak chce jedna strona. Związek musi być oparty na szacunku, akceptacji odmienności, pragnieniu dobra, dopingu wzajemnym (ale dobrze rozumianym) i wolności. Nie może tak być, że związek jest zamknięty na innych, że nie czuje potrzeby wchodzenia w relacje czy pomocy innym. Związki międzyludzkie to też wczuwanie się w sytaucję i uczucia innych, zwykła empatia, której chyba Twojemu chłopakowi brakuje. Jeśli on teraz Cię tak traktuje to w przyszłości może uważać Ciebie i dzieci za swoją własność.
Droga Marysiu! Rozumiem, że go kochasz. Jeśli tak jest to w imię tej miłości nie pozwalaj mu na wszystko tylko wymagaj dla siebie poszanowania. Uświadom mu czym jest miłość - pisałam to w odp. nr: 15, 906, 13, 273, 276, 311, 313, 356, 370 oraz tym artykule: [zobacz]. Daj mu do poczytania teksty o różnicach w psychice kobiety i mężczyzny - odp. nr: 568, 674, 715, 966, 970, 1005, 1101, 1002 oraz o różnicach wynikających z wychowania, usposobienia, zainteresowań - odp. nr: 385, 508,798. Przestań się tłumaczyć z każdej czynności i zgadzać na wszystko. To: " Wmawia sobie, że go nie kocham, że nie daję z siebie wszystkiego. Przez te pretensję chce wydobyć ze mnie jeszcze lepszego człowieka" jest mocną przesadą. To nie tresura psa, tylko relacja z ukochaną osobą, a on niestety zachowuje się tak jakby miał do czynienia z krnąbrym dzieckiem z poprawczaka a nie z własną dziewczyną!
Ja nie namawiam Cię do rozstania, ale nie może Tobą kierować strach przed samotnością, masz dopiero 21 lat! Bycie z kimś wymaga dojrzałości. Jeśli Twój chłopak nie jest na to gotowy to nie wolno Wam teraz podejmować wiążących decyzji. Jeśli w jakimkolwiek wymiarze w związku jest Ci źle (po prostu źle, czujesz się przytłoczona, tu chodzi o poczucie krzywdy, a nie o konieczność pójścia na kompromis - żebyśmy się dobrze zrozumieli) to nie wolno Ci się decydować na małżeństwo. Musicie dać sobie czas, musicie sobie wszystko wyjaśnić. Musicie dużo rozmawiać, przedstawiać swój punkt widzenia i oczekiwania. Wiesz co, mam dla Was propozycję. Wejdź na strony: www.spotkaniamalzenskie.pl, www.malzenstwo.pl i znajdź cykl "Wieczory dla zakochanych". To wspaniały kurs, na który powinniście się wybrać. To kilka spotkań, gdzie rozmawiając tylko ze sobą poznacie się z każdej strony i będziecie mogli podjąć wolną decyzję. To Was oczyści i pozwoli stanąć w prawdzie. Módlcie się o dobry wybór i rozmawiajcie ze sobą szczerze. Życzę trafnych decyzji!

  Słonecznik, 22 lat
1456
07.01.2007  
Zadałam pytanie nr 1414.wciąż nie wiem co czuję do obecnego chłopaka.Nie wiem jak odróżnić przyjaźń od miłości oraz to,czy jestem z nim \'dla Niego\' czy tylko z obawy przed samotnością i tym,że nie znajdę nikogo kto zaakcpetuje mnie razem z córeczką? Trudno jest nazwac jakiekolwiek uczucia gdy kiedyś mocno się kochało,a teraz ma się wrażenie,że to uczucie jest \'słabsze\' od tamtego.Proszę Boga o rozeznanie,ale moje odczucia są niejednoznaczne,1 dnia myślę,że to TEN,innego mam pewne wątpliwości..Pani zawsze pisze mądre rzeczy,może i na moje pytania znajdzie się odpowiedź?

* * * * *

O tym co to jest miłość pisałam w tym artykule: [zobacz] oraz odp. nr: 15, 906, 13, 273, 276, 311, 313, 356, 370, proszę przeczytaj. Od przyjaźni różni się choćby pociągiem fizycznym i tym, że chce się być z tą osobą na wyłączność, a w przyjaźni dopuszcza się by ta osoba miała takie same relacje jak z nami również z kimś innym. Sam fakt, że masz wrażenie, że to uczucie jest "słabsze" wcale nie oznacza, że tak jest i że kochasz mniej. Bo widzisz, same odczucia i emocje mogą być słabsze, bo poprzedni związek mógł być oparty na zakochaniu, fascynacji, takim szaleństwie uczuć, związanym też z tym, że byliście w tym samym wieku. Natomiast teraz mężczyzna jest starszy, bardziej stateczny, ustabilizowany życiowo. Nie ma już tego szaleństwa. I dlatego Ci się wydaje, że mniej kochasz. Nie musi tak być. Gdy ja poznałam mojego męża też mi się wydawało, że uczucie jest słabsze niż w poprzednim związku. I samo UCZUCIE pewnie było. Natomiast miłość nie jest przecież uczuciem tylko wolną decyzją (o tym pisałam w polecanej Ci lekturze). Gdy to zrozumiałam przestałam się bać. Ponadto krótko jesteście razem. Dlatego te i inne pytania będą się w Twojej głowie kłębić. To normalne, przyjmij, że nie musisz jeszcze teraz tego wiedzieć i daj sobie czas. Dojrzewaj do decyzji powoli. Bo dobra decyzja to decyzja przemyślana. Przyjaźnij się z nim, poznawajcie się. Ale nie patrz przez pryzmat tego, że nikt inny Cię z dzieckiem nie zechce, bo jesteś wartościową, normalną kobietą. I masz jak każdy prawo do miłości. Nie napisałaś jaki jest do tej sytuacji stosunek Maćka. Czy on naciska na Twoją decyzję, czy Ci się oświadczył? Jeśli nie to dajcie sobie czas oboje i naprawdę powoli przekonujcie się czy jesteście dla siebie. A jeśli naciska powiedz, że potrzebujesz więcej czasu. Jeśli Cię kocha zrozumie i pozwoli Ci dojrzeć.
Powtórzę jeszcze raz: Twoje obawy i rozterki są normalne i możesz je mieć jeszcze jakiś czas. Nawet przed ślubem nie ma się przecież 100 % pewności. Pytaj siebie, obserwuj Wasze relacje, poczytaj czym jest miłość, porównaj to do Waszej sytuacji. Módl się o rozeznanie. Skutkiem dobrego wyboru będzie pokój w sercu. Powodzenia!

  Milena, 21 lat
1455
05.01.2007  
Witam, moim problem jest chlopakktoryma bardzo duze problemyemocjonalne. bylam z nim przez rok i nigdynie mowil osowich uczuciach jedyne jego wyznanie to ;"bardzo Cie lubie". ja jestem osoba bardzo emocjonalna i obdazylam go uczuciem.po roku wyznalam mu ze go kocham, odwrocil sie w druga strone zaczal plakac i powiedzial ze jego kochac nie wolno. mowil ze ktos kiedys zabral mutouczucie ize on juz nie potrafi kochac.zostal dwa razy zraniony przez inne dziewczyny.odszedl od niego ojciec inie wiem czytowlasnie nie ma najwiekszego wplywu na jegouczucia. odeszlamod niego bo ciezko mi bylo byc z kms zobojetnialym. przez pol roku nie mialam z nim zadnegokontaktu.staral sie bardzo chcial do mnie wrocic ale ja na to nie reagowalam, przestalam muwierzyc,bo ile mozna byc z kims kto nic nie czuje. po pol roku zaczelismy sie kontaktowac, tak poprzyjacielsku. okazalo sie ze ma inna dziewczyne, ja tez sie z kims spotykalam. nie chcialam mu juz mieszac w zyciu wiec zyczylam muszczescia w nowym zwiazku.dalej mielismy kontakt czysto przyjacielski. nagle on zerwal z ta dziewczyna, oczywiscie spytalam czemutak sie stalo, stwierdzil ze w niczym mi nie dorownywala i bedac z nia ciagle myslal o mnie,wiec nie chcac jej ranic odszedl. nasze rozmowy nabraly juz troche inny kierunek.okazalo sie ze bardzo cierpial po naszym rostaniu,a ja myslalam ze onnic nie czul i dlatego odeszlam.balam sie troche zaczync na nowo to wszystko iwec dale trzymalam go na dystans, poniewaz bylismy w innech miastach mielismy tylko kontakt telefoniczny, sms,maile.nie wiedzialam jaka bedzie moja rakcja jak go zobacze wiec nie deklarowalam sie. kontakt mielismy bardzo intensywny, to on ciagle o niego zabiegal, czulam ze chce do mnie wrocic i sama tez zaczelam sie do tego przekonywac. spotkalismy sie w koncu ijuz wiedzilam ze go kochamze zawsze go kochalam i ze chce byc tylko z nim. cudownie nam sie ukladalo. az pewnego dnia powiedzial mi zebym sie nie zakochiwala bo onnie umie kochac. i znowu wrocil ten sam problem.kiedy zaczyna nadchodzic zaangazowanie, kiedy rozumiemy sie bez slow on zawsze wtedy ucieka. nie wiem co robic bo bardzo mina nim zalezy, nie chce juz od niego odchodzic ,chce nauczyc go tej milosci ale nie wiem czy to jest mozliwe.on twierdzi ze wszystko mujuz zobojetnialo.w tego sylwestra wyznal mize bardzo mnie kochal a to ja go zostawilam i on potfornie cierpial.doznalam szoku bo zostawilam godlategoze myslalam ze on nic nie czuje a tu nagle takie wyznanie. teraz chce zebysmy byli tylko pryjaciolmi bo jemu wszystko zobojetnialo, ale ja nie moge byc jego przyjaciolka tylko bo bardzo go kocham. nie wiemco mam robic. czy sa szanse ze taka osoba kiedys pokocha. czy moge cos zmienic? blagam pomozcie

* * * * *

Wiesz co? On jest niedojrzały skoro twierdzi, że:
  1. "jego kochac nie wolno. mowil ze ktos kiedys zabral mutouczucie ize on juz nie potrafi kochac" - co to znaczy? Dwudziestolatek tak twierdzi? Zachowuje się jak dziecko, któremu ktoś zabrał zabawkę i on już innej nie chce. Naturalnie, fakt poranienia poprzez wcześniejsze rozstania czy sytuację z ojcem ma wpływ na zaufanie innym, na strach. Osoba poraniona ma większe opory przed ponownym zaangażowaniem, przed ujawnieniem uczuć. To normalne. Natomiast stwierdzenie, że "krtoś muz barał ucziucie" jest ogromnie niepoważne. Przecież nie kocha się tylko raz, a tym bardziej nikt nie może nam miłości (która jest decyzją a nie uczuciem i to skierowanym ku konkretnej osobie, a nie danej jednorazowo) zabrać. Poczytaj o tym czym jest miłość w tym artykule: [zobacz] i sama pomyśl czy on nie mylił miłości z zakochaniem i czy na pewno wiedział co znaczy kochać.

  2. "nagle on zerwal z ta dziewczyna, stwierdzil ze w niczym mi nie dorownywala" - szukał Ciebie w niej? Związał się nią, bo chciał by dawała mu to co Ty? Zakładał, że będzie taka jak Ty? To znaczy nie kochał jej tylko szukał pewnych cech, a zatem niepoważnie podszedł do związku i poranił dziewczynę. Metoda klina nie jest sposobem na uwolnienie się od uczucia.

  3. "w tego sylwestra wyznal mize bardzo mnie kochal a to ja go zostawilam i on potfornie cierpial" - nieprawda. Sam powiedział, że nie jest zdolny do miłości, a potem wzbudzał w Tobie poczucie winy.

  4. "teraz chce zebysmy byli tylko pryjaciolmi bo jemu wszystko zobojetnialo" - kochał Cię i NAGLE mu zobojętniało? Gdzie tu logika?
Droga Mileno! On naprawdę nie wie co to znaczy miłość. Jeśli chcesz mu pomóc daj mu proszę do przeczytania artykuł który poleciłam Ci na początku oraz odp. nr: 15, 906, 13, 273, 276, 311, 313, 356, 370 i powiedz mu, że kochamy wtedy kiedy tego pragniemy bo miłość to nie uczucie. Bo kochać to pragnąć dobra. Bo to znaczy podjąć decyzję, że chcemy z tym kimś być i budować z nim przyszłość. Miłość nie jest czymś przelotnym, nie jest danym raz na zawsze i że nie "czuje" się jej tylko ją realizuje.

  helga, 16 lat
1454
05.01.2007  
mam duzy problem, wiem ze to niby nie po chrzescijansku, ale jednak ten problem mnie dlawi.... chodzi o to ze jestem homoseksualistka.... mimo wszystko wierze w boga chodze regularnie do kosciola, modle sie.... nie wiem jak mam polaczyc te dwie strony... ksiadz z mojego kosciola zgorszyl mnie za to i powiedzial ze to nie moralne.. ale nie pomogl mi rozwiazac problemu... prosze pomozcie....

* * * * *

Bycie chrześcijanką nie wyklucza skłonności homoseksualnych. To nie jest (przeważnie) nasz wolny wybór tylko ciężkie doświadczenie. Za sam ten fakt nie możesz się winić. Natomiast odróżnić trzeba skłonności od czynów homoseksualnych. Jeśli nie robisz nic w tym kierunku to nie ma za co Cię ganić. Jeśli wierzysz w Boga i chcesz z tego wyjść - wyjdziesz! Natomiast na pewno nie wolno Ci nawiązywać żadnych intymnych relacji ze swoją płcią. Twój problem jest do rozwiązania. Wejdź proszę na tą stronę: www.odwaga.oaza.org.pl i zobacz jak z tego wyjść, poczytaj świadectwa, napisz, poproś o konkretne rady. Nie ustawaj w modlitwie, a Bóg Cię wyleczy - przynajmniej na tyle, żebyś czuła pokój i mogła normalnie żyć. Z Bogiem! Odwagi!

  Marzena, 35 lat
1453
05.01.2007  
Mam poważny problem i chciałabym poznać opinię kogoś bezstronnego w tej sprawie (bo sama chyba sobie nie poradzę). Postaram się przedstawić wszystko od początku (niestety to będzie dosyć długie, ale i tak będzie to skrót). Jestem mężatką od 12 lat. Mamy dwie córeczki (11 i 8 lat). Kiedy pobieraliśmy się z mężem, kochaliśmy się naprawdę. Każdemu życzę takiej miłości, to było coś niesamowitego. Jednak z czasem coś zaczęło się psuć, mój mąż był bardzo zazdrosny. Na początku nie przeszkadzało mi to (uważałam to za przejaw wielkiej miłości), ale potem było to coraz bardziej męczące, wręcz chore, dochodziło do awantur (słownych: mąż mnie wyzywał). Zaznaczam, że naprawdę nie dawałam mu żadnych powodów do zazdrości (a nawet gdyś ktoś się mną interesował, ja z dumą odpowiadałam, że mam męża którego kocham i nie w głowie mi romanse). Kiedy więc mąż mi ubliżał, było mi bardzo przykro. Mówiłam mu o tym, ale On nie przyjmował żadnych argumentów. Dlatego coraz trudniej było mi okazywać swoje uczucia i tak oddallaliśmy się od siebie. (Błędne koło). Nasze życie seksualne też stawało się coraz chłodniejsze. Przestaliśmy rozmawiać ze sobą szczerze, dużo było wzajemnych oskarżeń, ale mimo to, było też dużo wspólnych cudownych chwil. W końcu po 7-iu latach małżeństwa poznałam kogoś (to był przypadek, nie szukałam nikogo). Zakochaliśmy się w sobie, doszło do zdrady. Oczywiście nie powiedziałam mężowi, ale po 4-ech latach wszystko się wydało. Ja wtedy zrozumiałam, co jest dla mnie najważniejsze. Mimo, że kochałam tamtego mężczyznę wybrałam rodzinę, prosiłam męża o przebaczenie, ale to były bardzo trudne i złe chwile dla Niego, ja również czułam się podle (jak szmata), kiedy widziałam jak On cierpi przeze mnie. Mąż powiedział, że zawalił mu się świat, że wszystko o czym marzył, nagle runęło. Starałam się, żebyśmy zapomnieli, ale to było strasznie trudne. Mój mąż też próbował, nadal się starał, ale nasze życie nie wyglądało dobrze (od wewnątrz). Ale wydawało mi się, że w końcu wychodzimy na prostą, że będzie tak jak kiedyś. A teraz przed świętami mój mąż powiedział, że się zakochał. Nie szukał tego i nie wie kiedy to się stało, ale naprawdę się zakochał. Szczerze o wszystkim mi opowiedział (zresztą zawsze bardzo ceniłam w Nim niesamowitą uczciwość w każdej sytuacji, czego mi brakowało z tchórzostwa). Mąż myślał, że ja już nic do Niego nie czuję i że przyjmę to ze spokojem. Moja pierwsza reakcja była dosyć spokojna, ale później nie mogłam sobie dać z tym rady, że mogę Go stracić. Po części to moja wina, bo rzeczywiście nie okazywałam mężowi za bardzo moich uczuć, no i ta moja wcześniejsza przygoda nie przemawiają na moją korzyść. Ale ja Go BARDZO KOCHAM (jak nikogo na świecie). Nie potrafię się z tym pogodzić, że mąż chce rozwodu. Bardzo dużo teraz ze sobą rozmawiamy tak jak kiedyś. Ale niesety boję się, że jest już za późno. Jeśli mój mąż się zakochał - to tak jest. Powiedział to tamtej kobiecie i Ona chyba równiez go kocha. Nie wiem co mam robić czy walczyć o to co było kiedyś i budować na nowo, od początku nasz związek? Dlaczego tak jest, że musi wydarzyś się coś złego, żeby przejrzeć na oczy. Naprawdę mąż jest dla mnie najważniejszy. Ja wiem jak to teraz wygląda, że nagle sobie przypomniałam jak pojawiło się zagrożenie, że zraniona została moja duma. Wiem, że to tak może wygladać. Ale ja dużo teraz o tym myslę i naprawdę KOCHAM mojego męża. Czy mam walcyć o Jego miłość, (kiedyś przecież tak bardzo mnie kochał), czy jest szansa na to żeby to odbuwdować? Mąż mówi, że chyba jest za późno. Ale mamy jeszcze dzieci, one tego nie zrozumieją. Mąż obiecał, ze nie będzie się kontaktował z tamtą kobietą aż wszystko między nami nie będzie uregulowane. Tamta kobieta również ma to zrobić. Jest tylko pewna trudność - mianowicie Oni pracują w tej samej firmie (w różnych miastach wprawdzie), ale niestety kontakty na polu służbowym są nieuniknione. Proszę bardzo o radę, bo ja chyba niedługo zwariuję, nic mnie nie cieszy, nie mogę skupić się na pracy, nie mogę jeść. Ciagle o tym myślę, co ja mam zrobić? Chciałam pójść do Poradni, ale mąż nie chce na to się zgodzić. Proszę o pomoc. Pozdrawiam.

* * * * *

Droga Marzeno!
Twój mąż jest (był?) osobą chorobliwie zazdrosną. O tym jakie to niszczące uczucie pisałam w odp. nr: 24, 377. Jego podejrzenia, wyzwiska, traktowanie Ciebie jakbyś dawała mu ku temu jakieś powody przerodziło się w samospełniającą przepowiednię. Ty - czując się poniżana przez męża, spragniona szacunku - podświadomie odnajdywałaś w poznanym mężczyźnie to czego potrzebowałaś, a on Ci to dawał. Nie usprawiedliwia to zdrady, naturalnie, ale zadziałał tu ten mechanizm.
Teraz on się zakochał. To się zdarza, bo to uczucie. Ale przeraża mnie, że on o tym tak na chłodno mówi. To może dowodzić tego, że on Ci nie przebaczył tylko przez te lata budował w sobie Twój negatywny obraz jako osoby, która go skrzywdziła, budował żal i gniew. Nie znam Twojego męża, ale wydaje mi się, że jego zachowanie jest bardzo egoistyczne, że jest osobą skierowaną "ku sobie", której problemy i uczucia są najważniejsze. Dowodzi tego jego wcześniejsze zachowanie wobec Ciebie (on czuł się poraniony, on był pokrzywdzony, on teraz chce się wyprowadzić, jemu ma być dobrze). Nie wiem na ile ma w sobie pragnienie i umiejętności poświęcenia się dla innych, ale ja tu widzę wiele emocji i niedojrzałości z jego strony. Jeśli on, po latach od tego co zaszło na chłodno kalkuluje rozstanie i opuszczenie żony z dziećmi to nie jest osobą odpowiedzialną. Nieodparcie mam wrażenie, że najważniejszą dla niego osobą ciągle jest on sam.
Pytasz czy walczyć. Tak, walczyć, bo go kochasz. Jednak nie może odbywać się to za zasadzie błagania, poniżania siebie i pozwalania na wszystko. On nie jest Twoim kolejnym dzieckiem, tylko dorosłą osobą, ostoją rodziny, która ma być filarem i dawać oparcie. Oczywiście, że nie możesz dobrowolnie się zgodzić, by on ten filar pod Tobą i dziećmi załamał. Na żaden rozwód się nie zgadzaj, bo zostaniesz pozbawiona (już nawet w sensie czysto materialnym) możliwości dziedziczenia po nim, czyli tego co Ci się jako żonie należy choćby za tyloletnie zajmowanie się nim i urodzenie jego dzieci. Pokaż się jako silna osoba, jako osoba mądra. Pokaż mu, że go kochasz, ale wymagaj od niego.
Uświadom mu, że Ty kiedyś próbę przeszłaś zwycięsko i wybrałaś wtedy jego, teraz jego kolej.
Jeśli on nie chce iść do poradni, nie chce rekolekcji idź tam sama. Naprawdę możesz. Idź koniecznie jak najszybciej do jakiegoś mądrego księdza, do chrześciajńskiego psychologa: www.spch.pl. Poszukaj w internecie informacji o kościołach gdzie działają wspólnoty dla małżeństw w kryzysie w Twojej miejscowości i pójdź na rozmowę z opiekunem takiej grupy. Jeśli jesteś z Warszawy lub okolic to polecam: http://www.sychar.alleluja.pl/. Jeśli nie wejdź chociaż tam na forum i pytaj o radę.
A tej pani powiedz, że nie życzysz sobie, by rozbijała Twoją rodzinę i zabierała ojca dzieciom. Jeśli ma sumienie to powinna się odsunąć. Rozumiem, że służbowo muszą się kontaktować, to komplikuje sprawę, ale zapewniam Cię - możliwe jest zerwanie pomimo codziennego kontaktu.
Trzeba ratować małżeństwo i rodzinę. Nie po to się pobieraliście, żeby teraz wszystko zniszczyć. Oboje nie jesteście bez winy, ale właśnie dlatego możecie sobie nawzajem wybaczyć. Oboje powinniście dokonać rozrachunku z przeszłością, pomyśleć o tym co Was łączy, co Was połączyło w dniu ślubu, spojrzeć na owoce Waszej miłości i spojrzeć sobie w oczy. Jeśli on nie chce się modlić to rób to Ty. Módl się gorąco o światło Ducha św. dla Was, może koronką? Jeśli go kochasz miłość podpowie Ci jak działać. Z Bogiem!

  Jojo, 24 lat
1452
04.01.2007  
Witam. Jestem trochę podobny do tego chłopaka z pytania nr 1422, ale nie chcę taki być. Jak mam pracować nad sobą, proszę o odpowiedż. Mam też inne pytanie jak świadczyć miłość osobie, którą się kocha, albo, którą chce się "zdobyć".

* * * * *

A dlaczego taki jesteś? Bo nad tym się trzeba zastanowić. Czy nie jesteś gotowy na stały związek, czy boisz się zobowiązań, czy boisz się odrzucenia gdy ktoś pozna Cię naprawdę? Dlaczego? Masz już 24 lata i o ile nie musisz być jeszcze gotowy na małżeństwo, to przynajmniej powinieneś zdawać sobie sprawę z tego kim powinieneś być w związku (proszę zobacz odp. nr: 25, 50, 340, 1101) oraz czego oczekuje od Ciebie kobieta (odp. nr: 234). Musisz wiedzieć, że powinieneś przede wszystkim zapewniać jej oparcie i poczucie bezpieczeństwa i że miłość nie jest zakochaniem tylko świadomą decyzją (patrz odp. nr: 19, 906, 15, 273, 276, 311, 313, 356, 370 oraz artykuł: [zobacz]). Jeśli o tym wszystkim będziesz wiedział i gdy spodoba Ci się konkretna osoba a nie będziesz dążył do kontaktu z kobietami tak "po prostu", tylko ona spodoba Ci się tak bardzo i na poważnie to zaczniesz przy niej i dla niej się zmieniać. Czasem problem takich chłopaków, którzy sami nie wiedzą czego chcą polega na tym, że szukają zakochania, odczuć, bliskości lub potwierdzenia swojej wartości/męskości. Wiążą się wtedy na krótkie okresy z różnymi dziewczynami lub z żadną z nich pozostając w relacjach przyjacielsko - dwuznacznych z wieloma. Zachowują się jakby byli dziewczyną zainteresowani, ona to tak (prawidłowo) odbiera a oni w głębi duszy nic większego do niej nie czują. Ona jest zraniona, a oni nie czują się winni. Jednocześnie nie maja odwagi ani przyznać się do błędu (że poszli za daleko, że przesadzili) ani zerwać czy rozluźnić kontaktu, bo potrzebują owego dowartościowania lub bliskości, owej obecności. Spotkałam się nawet z określeniem: "ona nie jest ze mną, ona jest przy mnie". Właśnie o taką obecność - przy nim - kiedy będą tego potrzebować im chodzi. I dlatego "lekarstwem" dla nich jest prawdziwa miłość. Jest kobieta, która tak poruszy ich serce, tak olśni (i nie mówię o urodzie), że będą chcieli zrobić wszystko, by z nią być. Ale - uwaga! - to ma być kobieta, która im się spodoba i o którą oni będą zabiegać, nie taka, która będzie zabiegać o nich. Kobieta, przy której oni będą się mogli wykazać.
Nie wiem czy taka kobieta pojawiła się już w Twoim życiu - może tak skoro pytasz jak świadczyć miłość. Zanim odpowiem Ci na to pytanie pomyśl proszę co Ty w niej naprawdę widzisz. Wypisz sobie cechy, które w niej podziwiasz, które Ci imponują. Znajdź też cechy, które Ci nie odpowiadają. I teraz pomyśl co chciałbyś jej ofiarować. Jeśli czujesz, że chciałbyś dać jej oparcie, pomagać jej i służyć swoją siłą i kompetencjami jesteś na dobrej drodze. Jeśli natomiast ona Cię z nieokreślonego blizej powodu pociąga to być może jeszcze nie miłość, może to kolejna dziewczyna, którą później potraktujesz jak "koleżankę". Ile się już znacie? Kiedy i w jakich okolicznościach zwróciłeś na nią uwagę? Co chcesz robić na randkach? Czy masz nieodpartą ochotę poznać ją bliżej, poznać jej poglądy i coś z nią wspólnie tworzyć? Bo widzisz, to bardzo ważne. W miłości nieodzowna jest przyjaźń - naprawdę nie może jej zabraknąć. Przyjaźń to porozmienie dusz, które powoduje, że ma się chęć razem działać, razem pracować, razem tworzyć. Jeśli czujesz to w stosunku do tej dziewczyny - ok, próbuj z nią być.
A teraz pytasz jak świadczyć miłość. Jeśli poczytałeś już polecane odpowiedzi i mój artykuł o tym czym jest miłość to wiesz, że nie chodzi o uczucia i mówienie "kocham" (nawet nie można tego za wczesnie powiedzieć - odp. nr: 18, 61, 74, 217, 514, 1168). Świadczyć miłość to pragnąć dobra. To dużo rozmawiać i wysłuchiwać co ta osoba ma do powiedzenia (kobieta musi się wygadać ;-)). To pomagać jej, szczególnie w takich cięższych zajęciach, troszczyć się o nią i pytać co możesz dla niej zrobić. To ciekawie planować randki. To mówić jej, że jest piękna, dobra, że np. dobre ciasta piecze lub coś jej wychodzi. Stosować rady z odp. nr: 255, 498, 566 (przemyślenia Pawła),773 - o tym jak pielęgnować miłość.
Uff, chyba na razie dosyć tych treści, co? Życzę Ci powodzenia! W pracy nad sobą i w miłości. Jeśli będziesz jeszcze chciał coś omówić - pisz.

  Kinga, 20 lat
1451
04.01.2007  
Wiem, że o tych problemach Pani już pisała ale ja bym chciała otrzymać indywidualne wsparcie duchowe. Otóż z moim chłopakiem chodziliśmy razem do podstawówki, a potem do tego samego gimnazjum. Od 14-tego roku życia stanowimy dość dobrą i dobraną parę. Jednakże dość szybko zaczęliśmy siebie pragnąć i współżyć. Wzajemnego pożądania nie ugasiło również narodzenie naszego synka dwa lata temu. Dopiero wysłuchanie audytorium ks.Piotra Pawlukiewicza pt:\'\'Sex - rzemiosło czy poezja" uświadomiło nam że coś jest nie tak. Ze idąc na spotkanie nie można myśleć wyłącznie czy chata będzie pusta. Czy jest jeszcze dla nas jakaś szansa?Czy po tylu latach współżycia możemy zacząć bitwę o czystość? I ma to w ogóle sens ? Czy mamy szansę zbudować nasz związek w czystości i prawdzie?

* * * * *

Oczywiście, że ma sens! Napisałam o tym artykuł: [zobacz], proszę przeczytaj, tam jest wszystko co powinniście na ten temat wiedzieć (oboje) i jak zacząć na nowo. To, że macie dziecko i nie wiem - mieszkacie razem (?) zapewne bardzo utrudnia sprawę, dlatego należy rozważyć czy nie da się po prostu pobrać? Wydaje mi się to w Waszej sytuacji najrozsądniejszym wyjściem - jeśli się kochacie. A mniemam, że tak jest skoro piszesz o tym, że stanowicie dobraną parę. Chyba nic nie stoi na przeszkodzie? Jesteście przecież dorośli, a tak trudne doświadczenie jak poczęcie i urodzenie dziecka w młodym wieku nie oddaliło Was od siebie i zapewne pozwoliło Wam się sprawdzić w nowej roli i umocnić w decyzji, że nadal chcecie być razem. Tak czy inaczej przecież musicie utrzymywać siebie i dziecko i pełnić dorosłe role. Czy nie lepiej, łatwiej byłoby pełnić je jako pełna rodzina? Czy jest sens wracać do zwykłego "chodzenia ze sobą"? I ile taki stan miałby jeszcze trwać? Chyba i tak planowaliście wspólną przyszłość skoro się dogadujcie i pociągacie? Przemyślcie to. Życzę słusznych decyzji!


Ostatnia aktualizacja: 26.08.2017, 13:52


[ Powrót ]
Daj plusika:
[ Strona główna ] Drukuj Wyślij link
Trudna miłość. Jak pokonać kryzys? Trudna miłość. Jak pokonać kryzys?
Tonino Cantelmi, Rachele Barchiesi
Dlaczego zbudowanie stałych i silnych związków uczuciowych wydaje się dzisiaj bardzo trudne czy wręcz niemożliwe? Jakie są przyczyny kryzysu panującego w relacjach międzyludzkich? Autorzy niniejszej książki starają się ukazać te przyczyny. Chcą pomóc Czytelnikowi, zwłaszcza młodemu, w budowaniu trwałych relacji z innymi ludźmi.... » zobacz więcej
Zakochanie… i co dalej? Zakochanie… i co dalej?
Jacek Pulikowski
Książka ta jest pierwszym krokiem do szczęśliwego małżeństwa. Pomyśl o radosnym czasie zakochania, chodzenia ze sobą, narzeczeństwa i nie zmarnuj go! Wykorzystaj cenne wskazówki autora dla dobra twojego i przyszłego współmałżonka... » zobacz więcej
O stronie... | Ogłoszenia | Konkurs | Wspomóż nas | Polityka Prywatności | Kontakt

© 2001-2011 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej