Kartki Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Czat Opowiadania Perełki
Miłość czy MIŁOŚĆ? Czyli sztuka chodzenia ze sobą Miłość czy MIŁOŚĆ? Czyli sztuka chodzenia ze sobą
Katarzyna i Tomasz Jarosz
Przeczytaj tę książkę! Być może znajdziesz tu odpowiedzi na swoje pytania, a przedstawione rady pomogą Ci wybrnąć z sytuacji w jakieś się znalazłeś.... » zobacz więcej
miłość czy Miłość?

Odpowiedzi na pytania

Odp: [1-50], [51-100], [101-150], [151-200], [201-250], [251-300], [301-350], [351-400],
[401-450], [451-500], [501-550], [551-600], [601-650], [651-700], [701-750], [751-800], [801-850], [851-900]
[901-950], [951-1000], [1001-1050], [1051-1100], [1101-1150], [1151-1200], [1201-1250], [1251-1300],
[1301-1350], [1351-1400], [1401-1450], [1451-1500], [1501-1550], [1551-1600], [1601-1650], [1651-1700],
[1701-1750], [1751-1800], [1801-1850], [1851-1900], [1901-1950], [1951-2000], [2000-2050], [2051-2100],
[2100-2150], [2151-2200], [2201-2250], [2251-2300], [2301-2350], [2351-2400], [2401-2450], [2451-2500],
[2501-2550], [2551-2600], [2601-2650], [2651-2700], [2701-2750], [2751-2800], [2801-2850], [2851-2900], [2901-2950], [2951-3000],
[3001-3050], [3100-3100], [3101-3150], [3151-3200], [3201-3250], [3251-3300], [3301-3350], [3351-3400],

Tak niewiele trzeba, by wznieść się ponad przeciętność Tak niewiele trzeba, by wznieść się ponad przeciętność
Florence Littauer
Nikt nie chce być przeciętnym...Dlaczego więc tak wielu z nas tak mozolnie egzystuje na średniej życiowej? Dlaczego zmagamy się przez cały rok, wydzieramy grudniową kartkę z kalendarza i zastanawiamy się, po co to wszystko?... » zobacz więcej




  Natka, 19 lat
1550
23.02.2007  
Byliśmy razem pół roku... potem ze mną zerwał; po trzech miesiącach wrócił... od tego czasu minął ok miesiąc... byliśmy razem na rekolekcjach dla maturzystów... na których On zaczął się poważnie zastanawiać nad kapłaństwem... był ze mną szczery; rozmawiałam o tej sytuajci z księdzem. Powiedział mi żebyśmy dalej byli razem, ale abyśmy wrócili do etapy przyjaźni w związku... ok rozumiem... zaakceptowałam... powierzyłam to wszystko Bogu. Jeśli Go potrzebuje nie bedę protestować... nie mogę! ale chodz mi właśnie o ten etap przyjaźni. mieszkamy bardzo blisko od siebie... często się widzimy. Obecnie sytuacja wygląda tak: jesteśmy razem, spotykamy się, trzymamy za ręce, przytulamy... i zastanwiam się czy nie powinnam sięcałkowicie odsunąć z tymi \"czułościami\"... żeby mógł się spokojnie zastanawiać... czy nie powinniśmy zostać przyjaciółmi bez żadnego okazywania sobie uczuć??? mi jest często przykro bo nie okazuje mi że mu zależy, ale to rozumiem... przynajmniej się staram... z góery dziękuje za pomoc...

* * * * *

No, moja Droga! Twój chłopak wcale nie chce przyjaźni. Stosuje typową taktykę otwartych drzwi. To znaczy on się spokojnie zastanawia nad kapłaństwem, ale w rezerwie ma Ciebie - no bo jakby coś nie wyszło...
Nazywa to przyjaźnią, bo jakżeby inaczej. Gdyby nazwał rzecz po imieniu musiałby się bardziej wysilić i miałby jakieś zobowiązania w stosunku do Ciebie. Więc on sobie spokojnie za rączkę z Tobą chodzi, przytula ale naturalnie przyjaciółką jego jesteś - żebyś sobie przypadkiem nic innego nie myślała i nic od niego nie chciała.
Wiesz co to jest? Wygodnictwo! I brak odpowiedzialności! No niestety, jak się ktoś na coś decyduje albo przynajmniej zastanawia nad wyborem to wychodzi na pustynię, gdzie nie ma NIC by właśnie w wolności poszukać prawdy. A co robi Twój chłopak? Na żadną pustynię nie wyszedł, tylko w sposób nieodpowiedzialny traktuje Ciebie i Twoje uczucia. Po prostu ma Cię w rezerwie. Bo co, on nie musi z niczego rezygnować, a Ty musisz się temu podporządkować? No coś mu się chyba pomyliło! Gdyby on naprawdę poważnie się nad kapłaństwem zastanawiał to wiedziałby że taka relacja jak Wasza jest w tej chwili niemożliwa. Ja w ogóle uważam, że przyjaźń po związku nie bardzo jest możliwa, w takich zwykłych relacjach, a co dopiero w sytaucji gdzie ktoś zastanawia się nad seminarium. Jeśli tak to po co rozbudza w Tobie miłość, po co daje Ci nadzieję, po co te gesty? No czego one są wyrazem? Miłości? Tej Ci nie daje. A w przyjaźni takich gestów nie ma przecież. No bo przyjaźń może być między osobami tej samej płci, a chyba przyjaciele za rękę pograć w piłkę nie chodzą, prawda? Gesty muszą być prawdziwe. Jeśli on chce przyjaźni to niech się jak przyjaciel zachowuje. Choć jak napisałam - ja w tą przyjaźń nie wierzę.
Powinnaś poważnie z nim porozmawiać. Powiedzieć, że źle się czujesz z taką "przyjaźnią", że czujesz się zmuszona do rezygnacji z czegoś na czym Ci zależy, do trwania w niezdrowym układzie, w którym się męczysz. Że jeśli on chce się zastanowić nad powołaniem to Ty usuwasz się na dalszy plan, dajesz mu wolną rękę. Zobaczysz jak zareaguje. Jeśli naprawdę się zastanawia nad kapłaństwem - przyjmie propozycję z wdzięcznością, jeśli będzie się upierał przy dotychczasowej relacji - chce Cię mieć w rezerwie.
A czym to grozi poczytaj w odp. nr 381 o tym jak to jest jak chłopak chce "dwie sroki za ogon złapać" - być klerykiem i dziewczynę mieć. Życzę słusznych wyborów! Z Bogiem!

  Kasia, 22 lat
1549
23.02.2007  
zerwałam z chłopakiem. był to mój pierwszy chłopak, pierwsza miłość.bardzo go skrzywdziłam. miałam wyrzuty sumienia.niedługo potem- za wcześnie,przestraszyłam się uczucia, które rozbudził we mnie ktoś inny- był to mój przyjaciel. wróciłam do tego chłopaka. powrót był powodowany strachem, to była ucieczka do tego co znane, pewne, do takiej małej stabilizacji, która między nami była. nie czuje tego co powinnam do niego czuć, nie jestem w stanie go obdarzyć uczuciem takim na jakie zasługuje. ale on jest teraz szczęśliwy. chyba chcę z nim teraz być, ale nie chce z nim wiazać swojej przyszłości, nie chce żeby był ojcem moich dzieci. przyjaciel , o którym wspominałam,wydaje mi się, ze jego uczucia do mnie nie są wyłącznie tymi, jakie darzy się przyjaciela. to, co ja do niego czuję, jest czymś czego nie znam, jeszcze nigdy nie czułam czegoś podobnego- nie wiem co to jest, i to takie intensywne. On jest również zagubiony. myśli o tym by zostać kapłanem. nie wierze w jego powołanie, gdy zerwałam z chłopakiem, powiedział mi że tego nie chce. teraz, gdy wróciłam do chłopaka, znowu o tym myśli. jest taki jak ja. boje się, że on też ucieka.przeraża mnie to, przerasta mnie ta sytuacja bo wydaje mi się że jestem nie wporzadku wobec ich obydwu i siebie i że ciagnięcie tego dalej spowoduje jeszcze wieksze problemy. mam 22 lata, powinnam już dojrzeć do tego by podejmować odpowiedzialne decyzje i potrafić identyfikować swoje uczucia. nie potrafie. nie radze sobie. nie wiem jak rozwiązać tą sytuację. jeżeli po raz kolejny odejdę, skrzywdze go bardzo, nikt mi już nie bedzie ufał i traktował poważnie, z rodziną na czele.nie można igrać uczuciami innych, a robie to. nie wiem, jak wyjć z tej sytuacji.

* * * * *

Masz rację: nie jesteś w porządku w stosunku do nich obu. Powrót do chłopaka z litości, ze strachu przed samotnością nie jest właściwym motywem. Rozumiem, że nie chciałaś chłopaka skrzywdzić, ale tak naprawdę teraz wyrządziłaś mu krzywdę większą niż odejście. Bo jeśli jesteś z nim na siłę, jeśli nie wyobrażasz go sobie jako swego męża w przyszłości a jesteś z nim tylko z pwoodów, które opisałaś to go oszukujesz. On na razie jest szczęśliwy, bo ma to czego chciał - Ciebie. Jednak nie wie co w Tobie dzieje się naprawdę. Gdy prędzej czy później to wyjdzie na jaw będzie nieciekawie. Nie możesz zmuszać się do bycia z kimś kogo nie kochasz. Co do przyjaciela - prawdopodobnie on pociągnął Cię swoją "nowością", "świeżością", po prostu zobaczyłaś, że są jeszcze inni chłopcy niż Twój i że oni są inni. Prawdopodobnie spodobała Ci się właśnie ta inność, te cechy, których nie ma Twój chłopak. Być może on jest bardziej podobny do Ciebie np. w zainteresowaniach. Natomiast nie widzisz, że Twój chłopak ma cechy, których nie ma ten i że w bliższych z nim kontaktach z tym niekoniecznie Twój zachwyt trwałby nadal. Bo każdy jest inny. Ale nikt nie jest ideałem. Jeśli on dodatkowo mówi o powołaniu to znaczy, że się nad nim zastanawia. A zatem angażowanie się w związek z nim mogłoby skończyć się boleśnie. Mogłoby - niekoniecznie tak by było ale należy tą okoliczność brać pod uwagę.
Reasumując: Kasiu, zakochałaś się w tym przyjacielu, pociąga Cię. Towarzyszy temu duża dawka emocji, uczuć. Czujesz się zafascynowana tym w przeciwieństwie do "zmęczenia materiału" w związku ze swoim chłopakeim. Bo z nim przeszłaś już ten etap zakochania, który się skończył. A jak zakochanie się kończy to kierunki są dwa: koniec związku albo miłość na serio. I Ty właśnie na tym rozdrożu jesteś. Poczytaj proszę ten artykuł: [zobacz] i zadecyduj co dalej w prawdzie przed samą sobą.

  Mariola, 11 lat
1548
23.02.2007  
czy mizemy sie naprawde kochac gdy jestesmy z innych krajó On pochodzi z Irlandi a ja z Polski więc nie wiem czy to naprawde nam sie uda

* * * * *

Co do zasady możecie, jednak nie może to być miłość tylko na odległość. Aby można było kogoś pokochać trzeba go widzieć, rozmawiać z nim no i przede wszystkim dobrze go poznać. A do tego potrzebna jest obecność. Więcej pisałam o tym w odp. nr: 59, 118, 1072, 97, 120, 112, 132, 278, 620, 864. Na razie zatem próbujcie się bliżej poznać i zaprzyjaźnić. Zakładam oczywiście, że macie wspólny język - również dosłownie.

  basik60, 47 lat
1547
23.02.2007  
Witam ponownie, ostatnio pisałam do pani (1099), mając problemy, gdyż mąż zapoznał kobietę poprzez internet, chciał rozwodu. Wyznawał Jej miłość, za wszelką cenę chciał z Nię być nie licząc się z uczuciami moimi i naszego 14 letniego syna, chciał poprostu odejść. Teraz wszystko się zmieniło, Ona gdy Go poznała osobiście, zerwała znajomość, mąż długo nie mógł dojśc do siebie, praktycznie cierpiał, a teraz stwierdził, że popełnił błąd i chce się pogodzić. Twierdzi, że zgłupiał na Jej punkcie, że nadal kocha tylko mnie, tylko, że ja już Mu poprostu nie wierzę i co mam począć? Czy powinnam wybaczyć w imię tych naszych wspólnych 18 lat życia?, a co z moimi uczuciami ?, ja nie potrafię zapomnieć, przez prawie rok ciągneła się ta znajomość, a teraz gdy złożyłam pozew do sądu o rozwód, mąż błaga abym wycofała go, tylko, że ja poprostu już nic do Niego nie czuje, zniszczył wszystko. Pozwolił abym cierpiała. Nie liczył się z uczuciami moimi i naszego syna, bo wszystko rozgrywało się praktycznie na naszych oczach, a mąż nie ukrywał się wcale z tym co czuje do tamtej kobiety, nie potrafię żyć w kłamstwie, jesteśmy oboje osobami miepełnosprawnymi, a ja doskonale zdaję sobie sprawę z tedo, że mąż nie będzie mógł sobie sam poradzić i właśnie obawiam się tego, że to jest główny jak nie jedyny powód Jego chęci pogodzenia, bo zaznaczam, że Ona była zdrowa, a mąż chciał poprostu mieć kogoś takiego, kto będzie się troszczył i dbał, nie musiał by martwić się o nic, nie chcę i nie potrafię być kimś (z braku laku, dobry kit), bo tak się czuję. Zdaję sobie sprawę z tego, że gdyby, Ona tylko chciała być z Nim to już poprostu by Go tu nie było, załatwiał nawet sobie pracę w miejscowości której Ona mieszka. Zaznaczam również, że nasz syn, ma ogromny żal do ojca i nie chce Mu wybaczyć, stwierdził nawet, że zbyt długo czekałam ze złożeniem pozwu, czuję się jak w potrzasku, mąż naciska i przez to czuję się źle, ale czy dalsze życie bez miłości i we wiecznym żalu i pretensjach ma sens. Właściwie to już postanowiłam, że lepiej będzie jak się rozejdziemy, chcę odzyskać spokuj, bo poprostu cała ta sytuacja bardzo mnie przygnębia nie mogę jeść ani spać bardzo schudłam i boję się, że mój stan zdrowia sie pogorszy, a ja muszę żyć dla syna, On mnie bardzo kocha i potrzebuje. Proszę powiedzieć, czy powinnam teraz po tym wszystkim przejmować się uczuciami męża?, przecież jeszcze 4 miesiące temu On nie myślał ani o mnie, ani o Naszym synu??. Co robić proszę o radę. Gdy to ja błagałam o to aby z Nią zerwał nie chciał o tym słyszeć, a teraz ja mam litować się na Nim?, zadręczam się myślami i nie mogę z tym żyć. Czy mam prawo do spokoju?, aby dalej żyć, a może nie powinnam myśleć o sobie, bo może jestem egoistką? sama już nie wiem, ale co to będzie za życie czy można żyć razem na pokaz i jak długo dam rade?. Gdy mąż usiłuje zbliżyć się do mnie nawet tylko przytulić, sprawia mi to ogromny ból i właściwie nie wiem czy nie wstręt, przed oczami staje mi wizja tego jak przytulał Ją i jak mówił Jej czułe słówka. Jak z tym żyć??? Z Bogiem

* * * * *

Droga Barbaro!
Nie zazdroszczę Ci tej huśtawki. Jednak ja na Twoim miejscu bym wykorzystała właśnie teraz takie "pozytywne" nastawienie męża i poprosiła o wyjazd na rekolekcje małżeńskie. Pytasz co to da? Może dać bardzo wiele. To jest weekend, w czasie którego będziecie rozmawiać tylko ze sobą. Dlatego też macie możliwość uświadomienia sobie o co tak naprawdę macie do siebie pretensje. Jak się czujecie i czego oczekujecie, a także co mogłoby Wam pomóc. Tam na miejscu będziecie mieli wsparcie duchownego i psychologa. Owoce takiego weekendu małżeńskiego mogą być naprawdę błogosławione. Ja zdaję sobie sprawę, że Ty teraz tego nie chcesz, że odrzuca Cię od męża, wiem to. Natomiast powiem wprost: co Ci szkodzi? Nic tym nie zepsujesz, a będziesz wiedziała, że zrobiłaś naprawdę wszystko co możliwe. Rozumiem, że czujesz się okropnie, że czujesz się jak ktoś drugi w jego życiu. I masz prawo mu o tym powiedzieć. Masz prawo mówić o swoich uczuciach i o tym jak zostałaś zraniona. Musicie powiedzieć sobie dlaczego doszło do takiej sytuacji, czego w Waszym małżeństwie brakowało. On też musi powiedzieć co nim kierowało, czego mu brakowało. Skoro on chce z Tobą być to niech przedstawi Ci perspektywę na przyszłość, niech powie jak wyobraża sobie Wasze dalsze życie. Niech obieca, że już nie będzie bawił się w takie znajomości. Informacje o rekolekcjach znajdziesz tutaj:
www.malzenstwo.pl, www.spotkaniamalzenskie.pl Bardzo polecam Ci też tą stronę, zwłaszcza forum: http://www.sychar.alleluja.pl Zajrzyj tam proszę, to jest strona dla osób przeżywających trudności w małżeństwie i dla małżeństw w rozpadzie. Jeśli jesteś z Warszawy to księża Pallotyni prowadzą teraz cykl rekolekcji dla małżeństw w kryzysie.
Barbaro, jeśli pytasz czy warto zaryzykować jeszcze raz, czy warto dać mężowi szansę odpowiadam Ci: warto! To bardzo trudne, to fakt. Natomiast WARTO przebaczyć, warto dać szansę. Bo WARTO wygrać swoje małżeństwo.
No pomyśl co będziesz miała z rozwodu? Tylko tyle, że nie będziesz mogła dziedziczyć po mężu, on będzie miał wolną drogę by formalnie związać się z kimś cywilnie, a Twój syn będzie dorastał bez ojca (a propos syna to niedobrze rozmawiać z nim i konsultować się co do rozwodu - on oczywiście stanie po Twojej stronie, ale to spowoduje jego nienawiść do ojca, który w jego oczach spadł z piedestału i będzie miał do niego ogromny żal).
Dlatego próbuj. Jeśli możesz zrób jeszcze ten jeden krok. Nie chodzi o to, byś się litowała nad mężem albo przejmowała jego uczuciami. Absolutnie nie o to. Wprost przeciwnie - on musi się też wykazać jako mężczyzna i on musi zabiegać o Twoje i syna zaufanie. Nie chodzi o to, by mu zapomnieć to co zrobił - bo przebaczenie nie polega na zapomnieniu tylko na nieżyczeniu komuś źle, na nieodgrywaniu się na nim.
Pamiętaj, że masz prawo do tego co czujesz, masz prawo być rozżalona, musisz dać sobie też czas. Jeśli możesz Barbaro, zrób jeszcze jeden krok. Nie stracisz na tym. Jeśli Twój mąż będzie chciał naprawdę naprawić Wasze małżeństwo zgodzi się na to wszystko. Zgodzi się też na terapię, na wizyty w poradni małżeńskiej, u księdza (które nadal gorąco polecam). Długa droga przed Wami, ale jest szansa na wspólne szczęśliwe życie. Takie sobie przecież obiecaliście w dniu ślubu. Próbujcie. Dajcie sobie szansę. Pomyślcie o tym co was połączyło i nie dopuście by to wszystko wygasło. Módlcie się, by Bóg dał Wam siłę i mądrość. ON może wszystko, może też Was uzdrowić. M.in. poprzez ludzi i te możliwości, o których pisałam. Kościół nie zostawia takich ludzi samych sobie! Są różne możliwości wsparcia, macie do nich prawo i korzystajcie z nich. Z Bogiem!

  Weronika, 22 lat
1546
23.02.2007  
Od pół roku spotykam się ze starszym od siebie o 4 lata chłopakiem. Jestem nim bardzo zauroczona, wydaje mi się dobrym, mądrym, szlachetnym człowiekiem, co więcej – mam wewnętrzne przekonanie, że on jest wymodlony… Mamy co prawda sporo trudności do pokonywania, ale wspólnie łatwiej im się przeciwstawiać. To jeszcze za wcześnie by planować wspólną przyszłość, ale postrzegamy siebie w kontekście przyszłego małżeństwa (no bo jak inaczej…). Miejsca naszego zamieszkania są oddalone o 450km, jednak regularne spotykanie nie stanowi na razie większego problemu ponieważ udaje nam się jakoś to organizować (mam dość elastyczny plan na studiach), a poza tym on pracuje (przez 2 tyg. w miesiącu) niedaleko mnie. Jego rodzinne okolice usytuowane są w malowniczym krajobrazie pogórza – pięknie, spokojnie… wymarzone miejsce na drewniany domek z kominkiem i gromadkę dzieci :) On nie wyobraża sobie by mieszkać gdzie indziej (jest bardzo przywiązany do ziemi którą dziedziczy po dziadku) i ja go nawet rozumiem, tylko że… jeżeli oświadczyłabym kiedykolwiek moim rodzicom, że wyprowadzam się tak daleko, to by ich załamało. Jestem dzieckiem o które starali się przez 10 lat, a później ciężko pracowali i poświęcili całe swoje osobiste życie by zapewnić swoim dzieciom (mam jeszcze starszego o 10 lat brata) wszystko co wg nich potrzebne. Czytałam odpowiedzi 114, 251, 400, zdaje sobie sprawę, ze jestem bardzo uzależniona od rodziców i mają na mnie wielki wpływ, ale ja właściwie nigdy nie starałam się by było inaczej, a wręcz przeciwnie. Kiedy dokładnie 10 lat temu mój brat brał ślub, to była wielka tragedia dla rodziców. Po pierwsze dlatego że byli przeciwni związkowi ze starszą dziewczyną (moja bratowa jest 2 lata starsza od brata), ale też dlatego że bez zadanych pieniędzy, pracy, mieszkania, wyższego wykształcenia zdecydowali się na dziecko (przed ślubem) i postawili rodziców przed faktem dokonanym: „bierzemy ślub i prosimy o pomoc”. Rodzice bardzo to przeżywali (wiele awantur i stresu co później bardzo odbiło się na ich zdrowiu – zawał, wylew…), ale zrobili wszystko by im pomóc. Wykorzystali wszelkie oszczędności i zadłużyli się by ich wykształcić (oboje zaczęli studia zaoczne) i utrzymywać przez 5 lat (po 2 latach od ślubu przyszło na świat drugie dziecko), a także w między czasie wybudować im dom. ( rodzina bratowej jest wielodzietna, nie mogli wiec wspomagać finansowo). Teraz oboje mają dobrą prace, ładny nowy dom niedaleko nas no i spore już dzieci. Myślę że są szczęśliwi. A rodzice mają do nich ogromny żal, ale cieszą się ze mogli pomóc, choć zostali na starość (każde z nich ma już ponad 60 lat) z długami i kiepskim zdrowiem. Wszystko to odbywało się bowiem w okropnej atmosferze wzajemnych pretensji i ciągłych awantur, bo jak powszechnie wiadomo wspólne mieszkanie z teściami rzadko jest bezkonfliktowe. Niestety także stosunki między rodzicami są (były odkąd pamiętam) bardzo złe.. można to określić chyba separacją emocjonalną, jednak łączy ich niesamowita determinacja i poświęcenie dla dzieci (tak jak potrafią). Teraz ciągle powtarzają, że czekają na zięcia który dokończy to czego im się nie udało z wiadomych powodów (wyremontuje dom itp..), wierzą że czeka ich spokojna starość u boku ukochanej córki, która zawsze wg ich oceny była grzeczna, dobrze się uczyła i nie sprawiała kłopotów.. Dlatego nawet nie dopuszczają do siebie takiej myśli bym kiedykolwiek mogła się wyprowadzić, a już na pewno nie tak daleko… dlatego też są bardzo sceptyczni (czasem wprost okazują niechęć) do chłopaka na którym tak bardzo mi zależy, ponieważ boją się właśnie tego, o czym ja niestety marze… że kiedyś się wyprowadzę i zacznę wreszcie żyć pełnią życia, a nie w ukryciu, po cichu, by tylko nie złościć rodziców bo i tak mają wiele zmartwień. Kiedy to wszystko się działo (miałam 12 - 17 lat) obiecywałam sobie, że nigdy nie dopuszczę by rodzice cierpieli przeze mnie tak jak przez mojego brata. Szczerze mówiąc nie mam z rodzicami zbyt dobrego kontaktu, szczególnie z mamą nie potrafię nawet szczerze porozmawiać, ale nie wyobrażam sobie że mogłabym ich zostawić… czuje wewnętrzne rozdarcie i nachodzą mnie myśli że być może takie jest moje powołanie by trwać przy rodzicach…boję się ze będę musiała dokonać wyboru, którego dokonać nie potrafię. Czym mam się kierować? Jak tu rozpoznać wolę Pana Boga?

* * * * *

Dzieci nie są własnością rodziców. Rozumiem, naprawdę rozumiem, że jak dziecko długo się nie pojawia, jak jest wymodlone to rodzice bardziej o nie drżą i niejako bardziej chcą (czasem) go do siebie przywiązać. Natomiast dzieci są nam dane po to by je wychować i pozwolić im odejść. To naturalne. Oczywiście o rodziców trzeba dbać, trzeba im pomagać a może nawet wziąć do siebie na starość ale NIE WOLNO robić wszystkiego tak jak oni sobie tego życzą, choć czujemy że nasze serce jest gdzie indziej.
NIE WOLNO Ci robić założenia, że "może takie jest moje powołanie". Weronika, nie ma takiego powołania. Słyszałaś kiedyś o takim? Bo ja nie. Jest kapłaństwo, małżeństwo, zakon, życie w pojedynkę poświęcając się jakiejś idei. Bo nawet do samotności nie ma powołania. Pisałam o tym. A zatem NIE MASZ takiego powołania, by zostać przy rodzicach na zawsze. A jak umrą? To co? Będziesz sama? Czy tego pragniesz? Nie. Twoim obowiązkiem jest zrealizować swoje powołanie. Jeśli czujesz się powołana do małżeństwa to masz wyjść za mąż i mieć rodzinę. Opiekować się rodzicami, ale nie być ich wiecznym dzieckiem. Tego Ci robić nie wolno, bo zmarnujesz życie.
Co robić? Delikatnie tłumaczyć rodzicom, pokazywać jaka jesteś szczęsliwa. A jak nie akceptują - robić swoje. I nie bać się, że rodziców zasmucisz, zdenerwujesz. Może tak będzie, ale to nie będzie Twoja wina.
Widzisz Weroniko, to co opisujesz to problem Twoich rodziców. Nie Twój. To oni mają problem. Tak naprawdę ten problem jest złożony, piszesz o separacji emocjonalnej, o poświęceniu całego życia dzieciom. Widzisz, w małżeństwie to małżonek musi być najważniejszy. Nie dzieci, bo one odchodzą, tylko mąż czy żona. A Twoi rodzice (na podstawie tego co piszesz) to w dzieciach upatrywali sens życia i…takie są efekty. Nie pogodzenie się z odejściem, zepchnięcie współmałżonka na drugi plan. Nie popełnij tego błędu. Co do Twojego brata: uważam, że rodzice nie musieli im aż tak pomagać. Jeśli ktoś decyduje się na ślub to ze wszystkimi konsekwencjami. To znaczy, że uważa się za dorosłegoi i nie powinien wymagać pomocy od rodziców. Oni mogą pomóc, naturalnie, ale nie ponad siły.
Widzisz, Twoi rodzice skupili się tylko na Was. Ale Wy nie możecie za to płacić. Nie możecie płacić za to reyzgnacją ze swojego życia, tylko dlatego, by spełnić ich wymagania i plany. Musicie normalnie żyć. Możecie zaproponować rodzicom, by zamieszkali z Wami jeśli są już schorowani i potrzebują pomocy. Jeśli nie - odwiedzajcie ich i pomagajcie. Ale nie możesz rezygnować ze swojego życia. Bo rodzicom nie dogodzisz, a zmarnujesz swoje życie, swoje powołanie. A z tego też będziemy rozliczeni.
Weronika! Rozmawiaj na ten temat z rodzicami, z chłopakiem, módl się. Wierzę, że podejmiesz właściwą decyzję.

  wiki, 20 lat
1545
22.02.2007  
jestem z muzułamninem,i nie wiem czy taki zwiazek ma sens. teraz mi to nie przeszkadza,ale nie wiem jak dalej bedzie to wszystko wygladac. czy jest mozliwe zeby to przetrwało pomimo róznic kulturowych i religijnych?on pochodzi z turcji, ale całę zycie mieszka w niemczech, i jest starszy o 10 lat.

* * * * *

O kochana! Temat poważny. Co do tego czy ma sens i czy przetrwa to ja Ci nie powiem. Natomiast najlepsze co możesz zrobić to poczytać świadectwa osób, które w takim związku są. Może na jakimś forum, może książka? Polecam też forum na www.katolik.pl myślę, że tam znajdziesz też osoby z takim problemem. Przede wszystkim musisz mieć ogromną świadomość wszelkich możliwych różnic - i ich konsekwencji, ich wpływu na Wasze życie. Teraz Ci to nie przeszkadza, ale pomyśl jak by to było na co dzień, jak by było z wychowaniem dzieci. Jak by traktował Ciebie jako kobietę? A co z wiarą - bo Ty byś była biorąc ślub kościelny zobowiązana do katolickiego wychowania dzieci. Czy on by się na to zgodził? A jak by wyglądało Twoje praktykowanie? Jak kontakty z rodziną? No, generalnie jest do omówienia wszystko. Jeśli macie już gdzieś w perspektywie małżeństwo to zapraszam Was na "Wieczory dla zakochanych". Szczegóły znajdziesz na stronach: www.malzenstwo.pl, www.spotkaniamalzenskie.pl
To kurs, gdzie będziecie mieli możliwość obgdania wszystkich temetaów i podjęcia decyzji. Oczywiście taki związek jest możliwy, ale jest trudniejszy, bo wymaga dużo więcej kompromisu niż "zwykły" związek. p.s. Co do różnicy wieku to polecam odp. nr 8, 28, 87, 310, 916, 1253.

  Małgosia, 15 lat
1544
22.02.2007  
Mam dobre, choć może niedoskonałe życie i, pomimo iż czasem natrafiam na różne problemy i trudności, idę dalej ciesząc się każdym dniem. Kocham życie. I staram się tą miłością dzielić z innymi. Jednak nie do wszystkich to przemawia. Nie każdy zgadza się ze mną, nie każdy potrafi dostrzegać dobre strony swojej egzystencji. Najtrudniej to wytłumaczyć ludziom niewierzącym, którzy żyją w grzechu i mają z tego radość. Na przykład pewien mój starszy znajomy co tydzień robi sobie wypady na miasto, które polegają nie mniej nie więcej niż na całonocnych libacjach alkoholowych i spotykaniu ładnych kobiet. Według niego to jest prawdziwe życie. Wypala codziennie po kilka paczek papierosów i nie przemawiają do niego argumenty mówiące o szkodliwości palenia, ani jego wpływie na innych i samego siebie. Odpowiada na to, że woli umrzeć młodo, ale jako szczęśliwy człowiek. Ogólnie jest typem luzaka i ,jak zauważyłam, wiecznie pragnąłby pozostać młody. Chciałabym mu pomóc zrozumieć, że nie na tym to polega, ale czasami praktycznie załamuję nad nim ręce i wydaje mi się, że on chyba naprawdę chce tak żyć i jest z takiego życia zadowolony. Z drugiej strony on wyznaje inną religię, hinduizm i patrzy na to w trochę odmienny sposób. Czy myśli Pani, że jest sens w udowadnianiu mu, że gdyby żył inaczej byłby szczęśliwszy? I czy takie próby w ogóle odniosłyby skutek? A może to byłoby po prostu zwykłe zawracanie głowy i mieszanie się w cudze życie..?.
Podobnie ma się sprawa z 32 letnim Januszem, który jest sparaliżowany od 14 lat i nie chce już dłużej żyć. Jego sytuacja jest bardzo trudna i bardzo smutna. Sam nic nie jest w stanie zrobić, a jego rodzice nie dają sobie rady z opieką nad nim, tak jak dawniej. Mówi o Bogu, a nie potrafi, albo nie chce zrozumieć, że to cierpienie nie musi być dla niego karą, a szansą na zaofiarowanie go właśnie Bogu. Na pewno jest to dla niego bardzo trudne, bo jest skazany na ciągłe leżenie w jednym miejscu bez ruchu, a po tylu latach (został sparaliżowany w wieku 18 lat) musi być to dla niego wielką udręką. Mówi się o cierpieniu i o prawie do decydowania o własnym życiu, zapomina się za to o wartości życia, które dostajemy od Boga i o tym, że Bóg może dopuścić podobne sytuacje w konkretnym celu. Ja jestem gorącą przeciwniczką eutanazji, ale słyszy się ostatnio o tragicznych sytuacjach, w których śmierć wydaje się zbawieniem. Chciałabym poznać Pani zdanie na ten temat. Z góry serdecznie dziękuję i bardzo przepraszam za długość tego listu, ale niestety dręczy mnie bardzo dużo wątpliwości, a podzielenie się nimi z Panią wydaje mi się najlepszym rozwiązaniem. Pozdrawiam serdecznie.


* * * * *

Droga Małgosiu! Rozumiem, że chciałabyś ukazać piękno innego życia innym. I bardzo dobrze. Natomiast jest to zadanie bardzo trudne. Tak naprawdę my możemy tylko pokazywać na własnym przykładzie, że chrześcijaństwo jest piękne i na dłuższą metę po prostu się "opłaci". Tak naprawdę jest to bardziej skuteczne niż tłumaczenie i moralizowanie. Bo jest bardziej przekonujące: jeśli widzimy, że ktoś robi tak a tak i jest szczęśliwy to bardziej to do nas przemawia niż to, że nam tylko o tym mówi. Natomiast twierdzenie, że ktoś woli umrzeć młodo, ale korzystać w pełni z życia świadczy o tym, że w życiu tego kogoś jest jakiś problem, jakieś obszar, z którym nie daje on sobie rady, jakies poranienie. Więc się "znieczula" alkoholem, seksem, narkotykami. W ten sposób zagłusza w sobie wewnętrzny głos, wewnętrzną wrażliwość. Do takich ludzi nie trafią słowa. Tylko przykład i modlitwa.
Co do Janusza. Cierpienie jest Boską tajemnicą. Oczywiście, ma ono sens, natomiast dla nas ludzi jest czymś niejako nienaturalnym i niepojętnym i instynktownie się przed nim bronimy. Dlatego trzeba robić wszystko, by człowiekowi w cierpieniu ulżyć. Jeśli natomiast już nic nie da się zrobić to po prostu przy takiej osobie być. Dodawać mu otuchy. Kościół jest przeciwny eutanazji dlatego, że każde życie jest od Boga. I Bóg decyduje kiedy ono się zaczyna a kiedy kończy. Ale naturalnie nie zawsze cierpienie było pragnieniem Boga. Bo czasem jest po prostu naturalną konsekwencją pewnych zachowań. Jak młody chłopak skacze "na główkę" lub jeździ na jednym kole na motocyklu to Bóg na pewno tego nie chce. A jak przy tym kark skręci to nie Bóg go pokarał tylko było to następstwem jego niefrasobliwości. Naturalnie drogo okupionej, może za drogo - i tu już właśnie zaczyna się ta Boska tajemnica. Natomiast cierpienie nie jest nigdy na darmo. Może ten człowiek dlatego nie zginął, żeby mógł się nawrócić? Może Bóg właśnie w ten sposób go ratuje? Ratuje jego duszę? Może też w ten sposób przemienia np. jego rodzinę i jego otoczenie? Bo bez tego nikt z nich by się nie zatrzymał nad życiem, nie zastanowił. Ja myslę, że takiej osobie trzeba pokazać dobry przykład cierpienia: Martę Robin, Jana Pawła II i innych świętych. Podrzucić jakieś książki, artykuły. Pokazać jak te osoby przeżywały swoje cierpienie. Na pewno nic na siłę, nie przekonywać, nie umoralniać - jak już mówiłam. I modlić się. Również o zmniejszenie ich cierpienia, ale też o siłę duchową.

  agata, 19 lat
1543
22.02.2007  
Witam:) mam dosc duzy problem....chodzi oczywiscie o faceta, to dosc dlugo i skomplikowana historia, z gory dziekuje jesli przeczyta to Pani i sprobuje mi jakos pomoc. Otoz bylam na studniowce z Pawlem-super facet, starszy o 5 lat, ale tak naprawde nie ma to dla mnie znaczenia.Poznala nas jego siostra, z ktora chodze do jednej klasy. Na studniowce bawilam sie fantastycznie, dodam ze Pawel jest trenerem tanca towarzyskiego i tanczy zawodowo. Zabawa wspaniala...nie odstepowal mnie nawet na krok, cala noc spedzilismy na parkiecie tanczac razem. Po imprezie zaczelismy smsowac, rozmawiac na gg, miozna powiedziec ze troszke flirtowalismy, on mnie podrywal zasypywal komplementami.Jest jeszzce dosc pwoazna kwestia...na tej studniowce dowiedzialam sie przypadkiem ze on ma dziewczyne od wielu juz lat....planuja wspolne zycie.Mieszkamy w innych miastach, jego dziewczyna jeszcze w innym. Najgorsze w tym wszystkim jest to ze ja sie zakochalam...juz na studniowce poczulam z enie jest mi on obojetny...kolezanki z klasy oczywiscie zaczely plotkowac....ale to mi nie przeszkadzalo w niczym, bylo mi smutno i przykro ze on mi nie powiedzial o tej dziewczynie tylko tak jakby nei chcial zebym o niej wiedziala...Po 2 tygodniach od studniowki jego siotra powiedziala kolezankom ze ja wysylam do niego smsy z podtekstami...widocznie powiedzial jej cos takiego, przeciez nie wymyslilaby sobie takich rzeczy....ale tak naprawde ja tylko na jego smsy odpisywalam, ale nie bylo w nich nic co mogloby spowodowac taka sytuacje...ze ja go podrywam czy cos....fakt podoba mis ie...ale odkoad dowiedzialam sie ze ma dziewczyne czyli pod koniec studniowki, nie pozwalalam mu aby mnie obejmowal, całował, choc wiem ze chciał...nie dawalam mu zadnych sygnalow...wiec dreczy mnie bardzo cala ta sytuacja...w jakim celu powiedzial cos takiego siostrze?? przeciez to on mnie podrywal a nie aj jego....odkad wyszlo ze ja mu te smsy psize, przestal sie odzywac, wlasciwie nie mam z nim kontaktu...ale on nie wie że ja sie dowiedzialam o jego rozmowie z siostra, wiec nie wiem czemu teraz milczY.pRZYJACIOLKA mowi mi ze to taki typ i chcial sie tylko zabawic, tyle że ja sie zakochalam i nie moge przestac o nim myslec...nie umiem sie odkochac, to trwa juz miesiac a ja nadal o nim marze, mysle, tesknie...Bardzo prosze o pomoc, nie potrafie o nim zapomniec choc wiem ze napisze Pani ze musze sie odkochac i nie moge pozwolic aby ich zwiazek przeze mnie sie skonczyl.....bardzo cierpie, bo wyszlam na najgorsza....a ja sie po prostu zakochalam...:(

* * * * *

No przyjaciółka ma pewnie rację. A skoro tak to należy szczerze współczuć jego dziewczynie czy narzeczonej. Bo jakby mój narzeczony takie numery robił, jakby podrywał inne dziewczyny, jakby chciał je przytulać czy całować jednocześnie planując ze mną przyszłość to obawiam się, że już by moim narzeczonym nie był. A jeśli jego dziewczyna o tym nie wie to jeszcze gorzej. To znaczy, że on ją oszukuje i tak naprawdę dopuszcza się duchowej zdrady. Tak, bo zdrada jest nie tylko fizyczna. Jeśli on przed ślubem tak się zachowuje to bardzo niepokoję się o jego małżeństwo.
A Ciebie rozumiem. Zakochałaś się. No bo jak się nie zakochać jak chłopak się tak zachowuje? Miałaś prawo przypuszczac, że on jest Tobą zainteresowany, a ponadto nie wiedziałaś, że ma dziewczynę. To, że Ci o niej nie powiedział też nienajlepiej o nim świadczy. Nie możesz więc się winić. Natomiast nie możesz też liczyć na coś więcej. Wiem, że trudno Ci będzie o nim zapomnieć, no ale sama też wiesz, że to jest jedyna droga. Poza tym nie sądzę, by on tak naprawdę był Tobą zainteresowany…prawdopodobnie ma po prostu taki styl bycia.
Co do tego dlaczego powiedział, że Ty mu wysyłasz sms-y? Jeśli faktycznie powiedział to pewnie wyszło na jaw, że z kimś sms-uje i chciał się "wybielić" przed dziewczyną, żeby nie miała do niego pretensji - więc zrzucił winę na Ciebie.
Cóż mogę Ci poradzić. To co pisałam w odp. nr: 80, 526, 653, 825. Jesteś w sytuacji o tyle dobrej, że on mieszka w innym mieście, więc nie jesteś zmuszona do kontaktu z nim. Próbuj z tego wyjść. Oczywiście będzie to proces, więc musisz dać sobie czas. Po prostu: nie obwiniaj się, ale przerwij tą sytuację. Módl się, by Bóg Cię z tego uwolnił. Powodzenia!

  Kasia, 21 lat
1542
22.02.2007  
/1530/ Niepotrzebnie nawet zabierałam Pani czas bo wszystko się zmieniło...Chciałam być przyjaciółką, rozmawialiśmy o tym , aż tu nagle...On zerwał ze mną:`( Tak poprostu...Powiedział że chce się wyszalec, odpoczac itd. Bardzo boli bo ja Go kocham.Jest pirwszym facetem który tyle dla mnie znaczy:`( Bardzo chce zeby byl szczesliwy i jesli ja Mu nie daje tego szczescia to musze pozwolic odejsc:( Trudno mi tylko widywac Go codziennie, nie mogac wziac za reke czy pocalowac:`( Wiem ze to minie z czasem ale narazie nie daje sobie z tym rady:( A przeciez tego chcialam, co?Przyjazni...n mi ją oferuje...Tyle ż e zamyka droge na wspolna przyszlosc bo wiem ze chce sie zwiazac z kims innym:`(
Pozdrawiam


* * * * *

Kasiu! Nie mów o niepotrzebnym zabieraniu czasu, bo ja po to tu jestem i zawsze możecie do mnie napisać. Bardzo Ci współczuję i wyobrażam sobie co musisz przeżywać. Niestety, czasem tak jest i po prostu trzeba przez to przejść. Na pewno to doświadczenie Cię umocniło i otworzyło oczy na wiele spraw. Na razie jednak musisz ochłonąć, odpocząć, dojść do siebie. Daj sobie na to czas, bo to nie stanie się od razu. Jesteś zraniona a rana wymaga czasu by się zagoiła.
Wiesz, zaniepokoiło mnie tylko Twoje ostatnie zdanie. Jak to on się chce związać z kimś innym? Tak po prostu? Po tym jak dramatyzował jak Ty chciałaś odejśc, po tych zapewnieniach o miłości i chęci ożenienia się z Tobą? Ma na oku kogoś innego? No to by było bardzo niepoważne. Świadczyłoby o tym, że on naprawde jeszcze nie wie czym jest prawdziwa miłość...
Kasiu, trzymaj się mocno. A w tą przyjaźń do końca nie wierz. Możecie być znajomymi, ale nie dąż na siłę do przyjaźni, bo to Cię będzie jeszcze bardziej ranić.
Pozostaje mi życzyć Ci znalezeineia prawdziwej miłości, a na razie - ukojenia zbolałego serca. Z Bogiem!

  Kasia (odp. 1309), 25 lat
1541
19.02.2007  
Droga redakcjo. Jeszcze pare miesięcy temu byłam u kresu załamania, przyszło mi wtedy zmierzyć się ze sporym zakrętem życiowym...Dziś wracam tu, by podziękować Pani za sporą dawkę madrych słów, które utwierdziły mnie w słusznym wyborze. Patrząc na tamte wydarzenie z perspektywy czasu dochodze do wniosku, ze warto czasem zdobyć się na odrobinę odwagi i podjąć konkretną decyzję. Uwolniłam się od tego, co mnie dotąd przytłaczało, uwolniłam się od niepewnej przyszłości...... NIgdy nie zapomnę tego związku, nigdy nie zapomne tych wspanialych dwoch lat bycia razem.... i pomimo bolu jaki doswiadczylam jestem wdzieczna Bogu za to co bylo dane mi przezyc. Dziś zyje każda chwilą wierząc, ze może kiedyś jeszcze miłość zapuka do mojego serca..... Gorąco pozdrawiam i szczerze dziekuję za słowa, ktore pomogły mi odmienic moje życie!!!!

* * * * *

Droga Kasiu! Bardzo się cieszę, że tak piszesz. Przede wszystkim cieszę się z tego, że jesteś tak silna, by podjąć słuszną decyzję. To zaowocuje w Twoim życiu. A związku słusznie nie uważasz za porażkę - to Twoje doświadczenie. Życzę Ci znalezienia prawdziwej miłości. Z Bogiem!

  Carola, 22 lat
1540
19.02.2007  
Witaj! Już zadawałam kiedyś pytanie o to, w jaki sposób zapomnieć o pewnej osobie, która wydawała mi sie dość nieosiągalna. Teraz nasza relacja bardzo się odmieniła. Już przestaliśmy być dla siebie nauczycielem i uczennicą. Przestało to też być zabawą, zwykłym flirtem. Trudno mi opisać co obecnie czuję do tego mężczyzny. Moje uczucia zamiast zniknąć jak zwykłe zauroczenie, bardziej się pogłębiły. Ten człowiek ogromnie mnie fascynuje, intryguje, czuję sie niezwykle, gdy na niego patrzę, gdy go słucham, z nim przebywam. Tęsknię za nim, zastanawiam się co robi, jak sie miewa. Niedawno
okazało sie również, że i on jest mną zainteresowany. Gdy przyszłam zaliczać jego przedmiot- powiedział mi parę przykrych rzeczy, choć dziwnie się cały czas zachowywał. Gdy otworzył mi drzwi nie mógł ukryć radości, uśmiechał się, dużo mówił, oparł skroń na dłoni i patrzył na mnie w taki nietypowy sposób. Nie wiedziałam, co to znaczy, czemu sie tak zachowuje i byłam tak zmieszana, że on mnie źle zrozumiał, uznał, że tylko sie nim bawiłam, ze już mnie przestał interesować. Ale to nie tak, nie chciałam by tak wyszło. Widziałam go jak był nieprzyjemny dla innych, jak potrafił się zdenerwować. Czasem tez sie na niego obrażałam, gdy sprawił przykrość mojej koleżance, albo gdy robił coś nie w porządku. Wiedziałam tez czasem, gdy był smutny. Nie podnosząc głowy wiedziałam, że nadchodzi. Mamy też kilka podobnych zainteresowań:)Choć zawsze wydawało mi sie, że jestem orginałem;)

Nie wiem tak naprawdę, co robić. Powinnam porozmawiać, ale czy to ma jakis sens, ciągnięcie tej 'znajomości'? Nie chciałabym mu robić problemów, by miał jakieś może nieprzyjemności. Jest wspaniałym człowiekiem i zawsze tak będę uważać, mam taką głęboką nadzieję, że będzie szczęśliwy, mogę go obserwować najwyżej z daleka... Patrzeć jak wbiega po schodach, czuć ten 'ogień' w sobie i jednocześnie ból w sercu, wiem, że gdy patrzę na niego, lub o nim myślę świecą mi się oczy- kilka osób to zauważyło :).
Jeśli to tylko zauroczenie to mi minie, ale jeśli nie? Miłość podobno wygląda inaczej? Jest w niej więcej rozsądku? Trzeźwego myślenia? Nie wiem tego, ale jedno co wiem, to to, że jeszcze nigdy nie byłam w 'taki' sposób zakochana. :)
Dziękuję:)


* * * * *

No tak, ale nie piszesz jaka jest jego sytuacja osobista. Czy masz pewność, że on nikogo nie ma? A jeśli nie, no cóż…co do zasady to taki związek jest możliwy. Natomiast na pewno dopóki będzie między Wami zależność taka jak między wykładowcą a studentką (a piszesz, że ostatnio coś zaliczałaś u niego, więc wnioskuję, że nadal tak jest) nie będzie to zdrowe. A potem…hmm, ciężko mi coś doradzić. Nie znam go. Nie wiem nawet czy jego zainteresowanie Tobą jest autentyczne czy Ty patrzysz na to przez pewną przesłonę uczuć. Piszesz o miłości. Widzisz ów rozsądek w miłości to jest realność. Chodzi o to, że miłość wymaga obecności. Musi być wzajemna, musi opierać się na wspólnym przebywaniu, rozmowach, działaniu. Na pragnieniu dobra dla tego człowieka urzeczywistnionym w konkretnych czynach. To co Ciebie spotkało może być autentyczne, natomiast nie jest wzajemne. I dlatego jest w tym pewne wyobrażenie o tym człowieku. Ty sobie wyobrażasz różne sytuacje i jego cechy, wizualizujesz tą miłość i trochę na pewno go idealizujesz. W Twoich myślach jest taki jaki byś chciała aby był. Czy taki jest rzceczywiście - nie wiadomo i nie dowiesz się tego zanim nie zaczniesz z nim być.
Pytasz czy z nim rozmawiać. Trochę to niebezpieczne. Pomijając już nawet fakt, że nie można zbyt wcześnie mówić o uczuciach i nie może tego pierwsza robić kobieta (o tym w odp. nr: 18, 61, 74, 217, 514, 1168, 1287) to jeśli on Cię odrzuci to zostaniesz zraniona, a poza tym może to mieć też jakieś reperkusje w Twojej dalszej karierze na studiach. Może się to jakoś odbić na Tobie, czego lepiej uniknąć. Ponadto on zacznie Cię unikać, a może nawet stwierdzi, że on do Ciebie nic nie czuje i że to wszystko wytwór Twoich myśli. A wtedy strasznie się poczujesz. On spadnie z piedestału, a Twoje poczucie wartości znacznie się obniży. To jeden scenariusz. Ja nie mówię oczywiście, że tak będzie, ale takie prawdopodobieństwo też istnieje.
A jeśli nie? Jeśli on faktycznie coś do Ciebie czuje? Ano jeśli czuje tak naprawdę to prędzej czy później powinien zacząć sam działać.
Zalecam Ci ostrożność. Możesz naturalnie pojawiać się przed jego oczami, kłaniać się, może czasem zapytać o jakiś problem związany z przedmiotem, który wykłada. Może tędy droga? Jeśli on faktycznie byłby Tobą zainteresowany to wykorzysta tą okazję a nawet zyskasz w jego oczach :) Natomiast pojawienie się znienacka w jego gabinecie z taką sprawą za dobrze nie wróży. Nie może to być terapia szokowa, bo potem nie będziesz wiedziała którym korytarzem chodzić. Pomyśl nad tym, przemódl to wszystko. Ja Ci życzę trafnych decyzji. Z Bogiem!

  Ania, 28 lat
1539
19.02.2007  
Witaj!
Rok temu spotkałam Tomka.Po kilku spotkaniach zauroczył mnie.Zaczęliśmy się spotykać, choć pewnym utrudnieniem jest dzieląca nas odległość ( 150 km ).Ja poczułam coś, czego nigdy dotąd nie czułam, Tomek jest moją pierwszą miłością.Po jakimś czasie powiedziałam mu,że go kocham.On jednak nie umie odpowiedzieć mi na pytanie czy mnie kocha.Jest pewien tego,że lubi być w moim towarzystwie,że lubi ze mną rozmawiać,że chce,żebym była szczęśliwa.Przez cały rok nie przedstawił mnie swojej rodzinie, choć wie,że bardzo tego pragnę.Dał mi do zrozumienia,że zrobi to,jesli będzie wiedział,że ja jestem tą kobietą, z którą chce spędzić reszte życia.Tomek mając lat 18 stracił mamę, potem po 4 latach zostawiła go dziewczyna, nie umie równiez znaleźć oparcia w wierze.Powiedział mi kiedyś,że chciałby przy mnie nauczyc się cieszyć życiem.Mi brakuje pewności i poczucia bezpieczeństwa.Każdego dnia modlę się o dobrego męża i rozpoznanie co powinnam dalej robić.Zanim napisałam o sobie przeczytałam kilka znajdujących się tu listów i odpowiedzi na nie, być może Tomek nie przeżył w naszym związku tego etapu fascynacji, stąd jego wątpliwości.Prosze o radę, czy mój związek ma sens czy może powinnam zrezygnować, skoro on pomimo swoich 32 lat i rocznego bycia ze mną nie wie czy jestem kobietą, z którą chce spędzić życie?
Dziękuję za pomoc, pozdrawiam.


* * * * *

Aniu! Co do tego, że on jeszcze Cię nie przedstawił swojej rodzinie wytłumaczenie właśnie jest takie jak napisałaś: że zrobi to kiedy będzie miał pewność, że chce być z Tobą. Natomiast co do wyznania uczucia z jego strony. No widzisz, zrobiłaś błąd mówiąc mu to pierwsza. O tym dlaczego nie wolno mówić za wcześnie "kocham" pisałam w odp. nr: 18, 61, 74, 217, 514, 1168, 1287. A poza tym powiedziałaś mu to pierwsza jako kobieta. I wiesz co zrobiłaś? Nie dałaś mu szansy się wykazać, walczyć o Ciebie. On po prostu po pierwsze: czuje, że już jesteś zdobyta (sama mu się do tego przyznałaś) i "skrzydła mu opadły", a po drugie: czuje się przyciśnięty do muru. Czuje, że MUSI też Cię pokochać, że tego od niego oczekujesz, że nie ma wyjścia. I jego męska dusza się buntuje przeciwko temu. Przeciwko temu, że on jako mężczyzna nie musi walczyć o Twoje uczucie tylko Ty go do tego zmuszasz. I stąd jego niezdecydowanie. Bo jak on Ci to teraz powie to tylko spełni Twoje oczekiwania, zachowa się tak jak Ty to to sobie zaplanowałaś. On czuje, że nie ma w tym zakresie żadnej misji! I to go jako mężczyznę boli. Dziewczyny często robią błąd mówiąc chłopakowi o uczuciach, a potem się dziwią, że on tego nie odwzajemnia, że się waha. I co robią? Zrzucają to na karb jego rzekomej "nieumiejętności okazywania uczuć". I szukają przyczyn. Tak jak Ty to robisz pisząc o jego przeszłości. A to nie o okazywanie uczuć chodzi tylko o zdobywanie dziewczyny.
Piszesz, że nie masz oparcia, nie czujesz się bezpiecznie. Jasne, trafiłaś w sedno. On Ci tego nie daje bo Ty (może podświadomie, nie wiem) usiłujesz nadać kształt temu związkowi. Mylę się? Czujesz się za niego odpowiedzialna, czujesz, że musisz wziąć sprawy w swoje ręce. Tak bardzo Ci zależy na tym związku, że myślisz, że musisz zrobić wszystko, by on się udał. Więc on czuje, że Ci nie sprosta, bo sama sobie radzisz, więc nic od niego nie potrzebujesz. A skoro sobie radzisz to on nie musi nic robić. Czuje się niepotrzebny w tym zakresie i dlatego nic nie robi.
Wiesz co powinnaś zrobić? Robić mniej. Zwolnić. Nie wyznawać uczuć, nie naciskać. Pozwolić działać chłopakowi. Pozwolić mu wykazywać inicjatywę, proponować coś. Dać od zrozumienia, że go potrzebujesz, prosić o pomoc, chwalić go, budować jego poczucie wartości jako mężczyzny. Oddać mu ster tego związku! Pozwolić mu pełnić swoją rolę, być przewodnikiem! Pisałam o tym w odp. nr: 25, 50, 340, 1101, 1447.
Twój związek ma sens. Oczywiście odległość jest tu pewnym utrudnieniem, o tym pisałam w odp. nr: 97, 120, 112, 132, 278, 620, 864. Polecam Ci także te dwa artykuły: [zobacz], [zobacz] a z jakiejś okazji kup chłopakowi książkę Johna Eldredge "Dzikie serce. Tęsknoty męskiej duszy". No i oczywiście modlitwa. Z Bogiem!

  Słoneczko, 21 lat
1538
19.02.2007  
To się chyba nigdy nie spełni. Dwa lata temu podobałam się jednemu chłopakowi. Ale mi wtedy podobał się inny i nie chciałam się z nim spotykać. On po roku dał sobie spokój. Oczywiście nadal mamy ze sobą kontakt, jest u mnie we wspólnocie, ale rozmawiamy ze sobą tylko, jak się spotkamy. Ale w czym tkwki problem? Teraz to mi zaczęło na nim zależeć, ale nie wiem czy mam jakąś szansę, by znów się w sobie nawzajem zakochać. W sumie minęło dwa lata, nie wiem czy aż tak długo można trzymać w sobie uczucie. Jak mogę spawdzić, czy jest jakaś szansa? Nie wiem, czy da się coś jeszcze zrobić, on może myśleć, że traktuję go jak koleżankę.

* * * * *

Nie wiem czy jest coś takiego jak "trzymanie w sobie uczucia", ale zawsze jest szansa, że on się Tobą ponownie zainteresuje. Jeżeli Ci zależy to nic nie stoi na przeszkodzie, byś ponownie próbowała nawiązać z nim bliższy kontakt. Skorzystaj z podpowiedzi w odp. nr: 3, 30, 37, 134, 411, 912. Jeżeli będzie wykazywał zainteresowanie, będzie uprzejmy, będzie próbował sam z Tobą rozmawiać to naturalnie szansa na związek istnieje.

  Łukasz, 17 lat
1537
19.02.2007  
Witam pewnego razu na imprezie poznalem swietna dziewczyne mlodsza odemnie o rok !! myslalem ze moze byc z tego cos wiecej! ona powiedziala ze musimy sie lepiej poznac no to ja pojechalem do domu bo musialem ! a potem dowiedzialem sie od pewnej osoby ze ona caly czas czekala na pewnego goscia z którym byla przez ostantie 2 tygodnie !!( on jest z daleka i przyjezdza raz na jakis czas) ja niedawno znowu bylem na imprezie spotkalismy sie porozmawialismy o nas i o tym 3 gosciu ona mi powiedziala znowu ze musiala by mnie lepiej poznac ale ze jestem zajebisty ale nie wie co ma teraz robic poniewaz cos czuje do niego i do mnie;/ prosze nie wiem co mam robic angazowac sie dalej czy dac sobie z tym spokój!! dziewczyna jest swietna bardzo dobrze sie z nia dogaduje mamy wspólne zainteresowania ! poprostu chcialbym z nia byc !!

* * * * *

No tak, a co na to ten "gościu"? Chyba by nie był zachwycony gdyby wiedział o Twoim istnieniu. Moja odpowiedź jest taka: jak ona już będzie wiedziała co do kogo czuje to możesz działać dalej. Bo na razie to Cię wodzi za nos i trzyma "pod ręką" na wypadek gdyby z tamtym coś nie wyszło. Nie daj sobą manipulować a jednocześnie nie wpychaj się w czyjś związek bo to nie jest uczciwe. Chyba byś nie chciał, by ktoś tak "czychał" na Twoją dziewczynę?

  ktoś bardzo smutny, 20 lat
1536
19.02.2007  
do pyt 1489 w sumie to jest pani w malutkim bledzie co do tego ze on moze kogos spotkac... otoz zolnierze maja tzw stałki i moga wychodzi na miasto od 15 i wracac o 6 rano wiec moga tez chodzic na sobotnie dyskoteki itp. absolutnie nie boje sie ze moj chlopak ot tak wyjdzie i mnie zdradzi ale chodzi o to ze na tych stalkach to oni bardzo duzo pija... i tego obawiam sie najbarziej ze pojda na dyskoteke i pojawia sie jakies nachalne dziewczyny (pewnie rozneglizowane bo bedzie lato a ze moj bedzie nad morzem to tym bardziej) i cos moze sie stac... a jeszcze jak jego koledzy zaczna robic nie wiadomo co to tez bedzie niedobrze a dziewczyny lubia zolnierzy... nie bede juz pisac o tzw koszarowkach... tak to wyglada a nawet jeszcze gorzej juz sporo wiem co sie dzieje w wojsku i przeraza mnie to. nie chce z nim o tym rozmawiac i przy kazdej okazji mu powtarzam ze go kocham i ufam mu na co on odpowiada "wiem" nie chce go stracic drugi raz... mysli pani ze powinnam z nim porozmawiac o tym czy nie?

* * * * *

No, przyznaję się, tego nie wiedziałam, masz rację. Co do Twojego pytania: tak, powinnaś z nim porozmawiać. Myślę, że powinniście złożyć sobie pewne obietnice. Może nie takie, że on nigdzie i nigdy nie wyjdzie, ale np. na te dyskoteki to nie musi chodzić, prawda? No musi? Nie musi. Może pójść na miasto (jestem pewna, że znajdzie też innych chętnych na takie właśnie spędzenie soboty), pozwiedzać, może iść do kina, na wystawę czy jeszcze gdzieś indziej - jest przecież mnóstwo możliwości nie tylko dyskoteka. Widzisz, jak ktoś spędza czas normalnie np. w cywilu tego też będzie potrzebować w sytuacji nietypowej np. w wojsku. Tak samo z alkoholem. Wiesz, mi się nie chce wierzyć, że KAŻDEMU w wojsku odpowiada picie alkoholu i dyskoteki. No, dam sobie rękę uciąć, że są tacy, którzy tego nie cierpią, a zgadzają się na to, bo "inni tak robią", żeby nie zostać wyśmianym, uznanym za mięczaka itp. Dlatego tak ważne jest na początku określenie siebie. Jeśli Twój chłopak pierwszego dnia powiesi nad łóżkiem obrazek Jezusa to może i się pośmieją przez 2 dni, ale każdy odbierze ten sygnał jednoznacznie jako to, że jest wierzący. Jeśli 2, 3 razy nie pójdzie na dyskotekę to może i powiedzą że głupi i nie wie co dobre ale przywykną. Może uznają za dziwaka jak nie będzie pił ale potem dadzą spokój. A po jakimś czasie przyłączą do niego tacy, którzy myślą tak samo tylko się boją. Może warto "zaryzykować" i być takim małym świadectwem, że można inaczej, normalnie? Na pewno nie zostanie z tym sam, na pewno będzie miał poparcie.
Nie jest to łatwe, na pewno. Ja częściowo wiem jak to jest bo "przerabiałam" to w akademiku.
Wymaga odwagi i narażenia się. Ale po cięższym pierwszym okresie potem jest łatwiej i nie trzeba robić czegoś wbrew własnemu sumieniu.
Daj swojemu chłopakowi na odjezdne różaniec i swoje zdjęcie. I to niech mu wystarczy za reguły zachowania. I módlcie się dużo: razem i każde z Was, szczególnie Ty za niego jak już tam będzie. Wierzę, że możecie ten czas przetrwać bez uszczerbku. Bądźcie silni i odważni - jak mówił Jan Paweł II. Z Bogiem!

  Magda, 17 lat
1535
19.02.2007  
Pyt. 1522
Chyba jednak można stwierdzić czy mam szansę na normalną rodzinę. Nie, że będę mieć z nim normalną rodzinę, ale że jest na to szansa. Bo chyba jest?...
Jeśli chodzi o Pani pytania to on zareagował dobrze. Był zawiedziony,smutny, może nawet załamany, ale zaakceptował to. Z przyznaniem tego, że jest narkomanem nie ma już problemów. Leczy się od roku i wie kim jest. Nie zaprzeczał, nie namawiał, nie przekonywał. Powiedział, że w pierwszym momencie myślał, co zrobić żeby zmienić moją decyzję, ale po chwili zrozumiał, że nie może. Teraz już po dłuższym czasie jednak wiem, że nadal nie zapomniał, nadal coś do mnie czuje. Nie wiem, może ma jeszcze nadzieję.
A ja raz chcę do niego zadzwonić i to naprawić, odwołać to co mówiłam. A raz chcę zapomnieć, zerwać z nim całkowicie kontakt żeby pocierpieć jeszcze jakiś czas, ale żeby później to przycichło. A tak to się nigdy nie skończy. Chyba, że będzie tak jak marzę żeby było. Żebyśmy oboje znaleźli inną miłość, zostali przyjaciółmi. Bo nie chcę zrywać tej znajomości. On jest dla mnie bardzo ważny, zależy mi na nim i zawsze będę chciała wiedzieć jak sobie radzi, ewentualnie mu pomóc.
Dziękuje za odpowiedź.


* * * * *

Magda, przeceniasz mnie. Ja nie mogę brać odpowiedzialności za Twoje życie. Moim zadaniem było przedstawienie Ci sytuacji, ukazanie konsekwencji, pokazanie aspektów, których może nie brałaś pod uwagę. Natomiast ja nie jestem w stanie odpowiedzieć Ci na to pytanie, tak jak nikt nie jest w stanie. To nie jest rachunek prawdopodobieństwa. Dokonać ostatecznego rozrachunku i podjąć decyzję musisz Ty. Możesz radzić się innych (tak jak mnie), ale nie możesz od nich oczekiwać jednoznacznej odpowiedzi. Możesz a nawet powinnaś też radzić się rodziców i spowiednika. Powinnaś się modlić. Z tego co piszesz wynika, że on sam jest świadomy swojej sytuacji. Wie, że nie do końca jest w stanie zapewnić Ci bezpieczeństwo. Tak jak napisałam - pomagać mu możesz, natomiast małżeństwo to nie tylko "pomaganie komuś". Odpowiedz sobie zatem na pytanie czego Ty oczekujesz od mężczyzny i jak wyobrażasz sobie swoje życie a nie dąż na siłę do potwierdzenia, że "macie szansę". Z Bogiem!

  zdesperowana, 17 lat
1534
19.02.2007  
Pani Kasiu ja już trochę nie mam sił, zresztą sama nie wiem jak to jest. Chodzi o grzech- samogwałt. Wiem, że chyba dużo tu takich problemów, ale jednak napiszę. Niestety wpadłam w to:( Stało się to bardzo dawno, chyba gdy byłam jeszcze dzieckiem i nie byłam świadoma tego co robię(pamiętam, że słyszałam wtedy o masturbacji, ale nie wiedziałam, że to to czego ja się dopuszczam). Potem nadeszło uświadomienie sobie, że jest to grzechem, było wiele świętokradzkich spowiedzi i Komunii:( ała... Cały czas z tym walczę. Czasem jest naprawdę dobrze, mam dużo sił, jednak gdy przychodzi jakaś pokusa to prędzej czy później upadam. Boli mnie to, że jestem jakaś taka rozdarta. Ja nie wiem jaka jest ta moja wiara... Staram się być blisko przy Bogu: modlitwa, msze w niedziele i piątki, spotkania, chęć życia jak najlepiej umiem, ale czy tak naprawdę żyje Bogiem, czy wierze? Wszyscy uważają mnie właśnie za taką wierzącą, dojrzałą, dobrą i wspaniałą, ale nikt nie wie o tym, że się masturbuje. Boję się... Ja tak bardzo pragnę być czysta, chce w dniu ślubu stanąć przed ołtarzem i móc mieć głowę podniesioną do góry, ale zaraz potem zdaje sobie sprawę, że już za późno, że nie jestem czysta. Mogę wprawdzie odzyskać ją w jakiś sposób, ale to nie będzie to samo. Boję się potępienia, boję się, bo dopuszczałam się Komunii świętokradzkich, a za to czeka ponoć wielka kara... Boję się też tego, że nie będę mogła być w związku, że każdy dotyk będzie na mnie działał tak jak nie powinien (czasem nawet jak ksiądz mnie pogłaska lub przytuli to moje myśli nie są już całkiem czyste). Boję się tego, że w mojej głowie na zawsze zostaną już pewne obrazy, myśli...(co z nimi zrobić?) Wiem, że już nigdy nie będę niewinna.. Boję się też tego, że mojego męża będę traktować przedmiotowo, że seks mnie zdominuje. Czuje, że oszukuje wszystkich wokoło no, ale nie powiem wszystkim o tym... Z drugiej strony ponoć Bóg nie kusi nikogo ponad miarę i może to jest taki mój krzyżyk, który mnie przywalił i muszę się podnieść? najgorsze jest to, ze nie zmienię tego co było... I ogólnie gdy żyje w czystości (ostatnio zdarzają się dłuższe okresy) to jestem radosna, dobra, czuję, że Bóg jest przy mnie, a gdy pojawia się grzech to koniec z tym nawet gdy się modle, choć w tedy i na to nie ma ochoty... Ja już bym tak bardzo chciała, już nie mogę się doczekać momentu gdy się z tego uwolnię, jakie życie będzie wtedy piękne:)- domyślam się bo tak jest gdy nie dopuszczam się samogwałtu... Co mam robić?, nie chcę się więcej sama upodlać... Sama zaprzeczam swoimi czynami tym wartościom które cenie, które są dla mnie najważniejsze? Czy to w ogóle możliwe? Z Bogiem...

* * * * *

Droga Zdesperowana!
Po pierwsze: tak, jesteś człowiekiem wiary, żyjesz Bogiem. To wszystko co robisz jest autentyczną desperacją: by być czystą, by walczyć. Ja pochylam głowę zawsze przed ludźmi, którzy tak bardzo walczą, dla których Bóg jest tak ważny. I Ciebie także podziwiam. Bo sztuką jest umieć się podnieść. A Ty swoim życiem dowodzisz, że potrafisz. Owszem, to jest Twój krzyż, ale Ty go bardzo dzielnie niesiesz i robisz wszystko, by z grzechem zerwać. A myśli o tym, że jesteś zła podsyła Ci szatan. Bo jemu zależy byś tak myślała, byś miała niskie poczucie wartości i nie wierzyła, że warto walczyć. Dlatego nie możesz pozwolić sobie wmówić, że tak jest naprawdę. Robisz bardzo wiele i masz tego efekty, a zatem po prostu tak trzymaj. A w chwilach pokusy bardzo mocno się módl np. jakimś aktem strzelistym.
Po drugie: konkrety jak wlaczyć może jeszcze skuteczniej i jak korzystać z doświadczenia innych znajdziesz na tej stronie: www.onanizm.pl.
Po trzecie: jesteś czysta. Za każdym razem gdy się podnosisz jesteś czysta i niewinna. I taka też będziesz w dniu ślubu. Uwierz w to, bo to prawda. Masz całkowite prawo do białej sukni i welonu oraz wysoko podniesionej głowy. Bo czystość jest postawą, nie stanem. Czystość to ciągłe dążenie do świętości, to podnoszenie się, nawet jeśli się upadło. Gdyby tak nie było człowiek nie byłby już czysty po pierwszym grzechu jakiego w życiu się dopuścił i Bóg nie ofiarowałby nam w sakramencie spowiedzi Swojego miłosierdzia. Skoro zaś nam je dał to znaczy, że za każdym razem daje nam białą szatę, nową kartę. Wymazuje to co było i każe żyć od nowa. I dlatego za każdym razem gdy się spowiadasz odzyskujesz czystość. Tak moja Droga. I nie dręcz się tym, nie pozwól sobie znowu wmówić, że tak nie jest.
Gdy będziesz w związku Twoja płciowośc naturalnie da o sobie znać, nie ma się co czarować. Będziecie oboje z chłopakiem narażeni na pokusy - jak każdy. Ale to nie oznacza, że nie będziecie mogli i nie będziecie w stanie z tym walczyć. Jak najbardziej możecie przeżyć narzeczeństwo w czystości. I wierzę, że jeśli tylko będziecie chcieli nic nie stanie Wam na przeszkodzie. I po ślubie też będziecie mogli być czyści. Seks nie musi Cię zdominować. Zresztą na ten temat jest stosowna literatura, ale na razie na nią za wcześnie.
Moja Droga! Módl się cały czas, by Bóg Cię od tego grzechu uwolnił. Polecam Ci też książkę ks. Pawlukiewicza: "Bóg miłosierny aż tak?" oraz ten artykuł: [zobacz] oraz wszystkie odpowiedzi dotyczące czystości i artykuły na tej stronie. Uwierz, że można z tego wyjść. I Bóg widząc Twoją determinację na pewno chce Cię z tego wyciągnąć. P.s. Piszesz o świętokradzkich komuniach św.: jeśli nie miałaś świadomości grzechu to komunia nie była świętokradzka. Mam jednak nadzieję, że po prostu wyspowiadałaś się z tego okresu. W razie jakichkolwiek wątpliwości porozmawiaj o tym ze spowiednikiem.

  Marcin, 18 lat
1533
16.02.2007  
Zawsze myślałem, że miłość to przyjemne odczucie, ale w moim przypadku jest coś nie tek. Mam pewną koleżankę. Znam ją od dzieciństwa, bo aż od podstawówki do końca gimnazjum chodziliśmy do tych samych szkół. Zawsze była mi obojętna i nigdy nie zwracałem na nią uwagi, ale mimo tego zawsze pozostawaliśmy na dobrej stopie koleżeńskiej i nie czuliśmy do siebie niechęci. Niedawno miałem studniówkę i nie miałem za bardzo kogo zaprosić, więc zaprosiłem właśnie ją. Wyglądała przepięknie, świetnie się z nią bawiłem. Wtedy właśnie coś do niej poczułem. Od tamtej pory bez przerwy o niej myślę i marzę o niej. W ogóle przestałem zwracać uwagę na inne dziewczyny.
Niestety, ta sytuacja robi się dla mnie niezdrowa. Gdy przebywam wśród znajomych wszystko jest w porządku, lecz gdy wracam do domu i pozostaję sam na sam ze sobą, zaczynają się problemy. Napada mnie okropne uczucie silnej tęsknoty i żalu jakbym ją stracił na zawsze. Nie mogę jeść. Chodzę rozbity i mam problemy z koncentracją. Ten stan ciągłego napięcia psychicznego jest dla mnie bardzo męczący. Nie wiem, co się ze mną dzieje.
Bardzo chcę spotykać się z nią, być z nią, ale jest to bardzo utrudnione. Mamy tak ułożone plany dnia, że w ogóle się nie widzimy. Ona co sobotę idzie na dyskotekę. Ja niestety nie mogę sobie na to pozwolić. Piszę w tym roku maturę. Muszę wykorzystać każdą wolną chwilę na naukę i każdą godzinę snu, aby być przytomnym w dzień. Mój ojciec nie ma firmy ani wielkiego majątku. Ja nie mam wysoko postawionych znajomych. Całe moje życie zależy od tego jak się uczę, a stan, w jakim się obecnie znajduję, nie pozwala mi normalnie funkcjonować. W dodatku jestem bardzo nieśmiały. Nie jestem w stanie powiedzieć otwarcie, co czuję. Boję się jak ona na to zareaguje. Czuję, że jestem w potrzasku. Nie wiem czy walczyć z tym, co się ze mną dzieje, czy czekać aż samo przejdzie. Nie wiem, co w ogóle mam robić. Błagam o pomoc...


* * * * *

Marcin :) ! Chłopie, wszystko z Tobą ok. Po prostu się zakochałeś, tak klasycznie jak tylko można, a te wszystkie objawy, które opisujesz to właśnie tego symptomy, pisałam o tym w odp. nr: 15, 906 oraz tym artykule: [zobacz].
Co robić? A czego pragniesz? Chciałbyś z nią być, chciałbyś poznać ją bliżej? No to skorzystaj z rad w odp. nr: 3, 30, 37, 134, 411, 912 jak nawiązać kontakt. Oczywiście, rozumiem, że musisz się uczyć do matury. Naturalnie, to jest teraz najważniejsze i cieszę się, że tak do tego podchodzisz. Dlatego spotkania z nią, jeśli się na nie zdecydujesz powinny też być w sensownych granicach czasowych. Co zresztą nie będzie dziwne, bo dopiero będziecie się poznawać tak naprawdę. Niekoniecznie bowiem musisz o niej zapominać tylko dlatego, że masz maturę. Może właśnie perspektywa spotkania się z nią będzie dla Ciebie dopingiem do nauki? Może wiedząc, że jeśli chcesz się z nią spotkać bardziej się "sprężysz" i zrobisz więcej materiału? Proponuję też - by zwiększyć możliwości przyswajania wiedzy - troszkę ruchu na powietrzu codziennie, zdrowe odżywianie i preparaty z żeń- szeniem. Dają dobre efekty. Jesteś w dobrej sytuacji, bo dała Ci się zaprosić na studniówkę. Zaproś ją zatem na jakąś dyskotekę - nie co sobotę naturalnie, ale np. raz w miesiącu - albo choć umówcie się, że Ty też pójdziesz (no, może nie teraz bo Wielki Post, ale po świętach, teraz możesz np. zaproponować jej niedzielny spacer np. możecie umówić się na jakąś konkretną Mszę św. a potem razem się przejdziecie - będzie przyjemne z pożytecznym).
No i bardzo dobrze, że masz opory przed powiedzeniem jej co czujesz. Gdybyś to teraz zrobił przypuszczam, że wszystko byś zepsuł. Dlaczego? O tym w odp. nr: 18, 61, 74, 217, 514, 1168, 1287. Związek zaczyna się od poznania, przyjaźni a dopiero potem przychodzi czas na podejmowanie decyzji i wyznawanie uczuć. To ukoronowanie związku a nie jego fundament.
A zatem tak w skrócie: jak ona Ci się podoba, jak Ci na niej zależy to wykaż zainteresowanie zapraszając ją czasem gdzieś, próbuj ją bliżej poznać. Naturalnie nie działaj zbyt szybko ani nie rób zbyt dużo - pamiętaj, że to początki i musisz dać sobie i jej czas na decyzję.
Polecam Ci także tą modlitwę: [zobacz]
No i życzę powodzenia na maturze i w miłości. Odwagi i z Bogiem!

  Weronika, 16 lat
1532
16.02.2007  
Witam! Mam taki problem: pół roku temu bardzo zranił mnie chłopak, w którym byłam zakochana, przez to że chciał wykorzystać mnie do tego zeby załatwic sobie pewną sprawę a za moimi plecami mnie wysmiewał. Do mnie jednak zachowywał się jakby mu zalezało na mnie, nawet mi to powiedział. Po zakonczeniu roku szkolnego już sie nie odezwał a ja go nie widywałam. Potem były wakacje, poszedł do innej szkoły i dopiero później dowiedziałam się że on wiedział i moich uczuciach dlaczego tak naprawde sie mną zainteresował. Najgorsze w tym wszytskim jest to że dla mnie ta sprawa jest jakby \"niezakończona\" bo z nim nie porozmawaiłm nie wygarnełam co o nim mysle a on zapewne uważa że ta sprawe sobie tym sposobem załatwił co jest nieprawdą. Nie mogę sobie z tym poradzić jest we mnie cały czas ta złość na niego a dodatkowo przez to zamknełam sie w sobie, nie umiem teraz tak normalnie i otwarcie rozmawiać z ludźmi, coraz rzadziej wychodze z domu bo musze sie teraz dużo uczyć, musiałam zrezygnowac z oazy co rózniez jest grupą społeczną. Coraz trudniej jest mi nazwiązywac kontakty, rozmawaiać, boje się wyśmiania, nie jestm odporna na złosliwości ze strony innych, na konfrontacje które są w życiu nieuniknione. Podczas rozmowy brakuje mi tematów i zapada cisza. Nie umiem rozmawiać o byle czym tak jak obserwuje to u innych. Wiem też że nie umiałabym teraz sama zrobić pierwszego kroku w kierunku znajomości lub okazac komuś uczuć tak jak przed wczesniej i z tym tez mam problemy nawet jesli chodzi o rodzine czy przyjaciół. Jak mam sobie z tym poradzić? Jak wyrzucić tą całą złość? Jak przezwyciężyć strach do ludzi i otworzyć sie do nich? O czym rozmawiać? Przeciez nie mozna sie tak odizolowac i ja to wiem ale nie umiem przezwycieżyć samej siebie. Jak to zrobić?
P.S. Pytanie troche nie na temat, za to przepraszam i dziekuje za ta wspaniałą stonke:)


* * * * *

Zostałaś zraniona i dlatego nie masz zaufania do ludzi. Po prostu boisz się, że gdy znów się zaangażujesz w jakąś znajomość (nawet niekoniecznie z chłopakiem) znów będzie to interesowna relacja i zostaniesz wykorzystana.
Faktycznie, tą sprawę z chłopakiem należałoby jakoś zakończyć. On nie może mieć poczucia bezkarności tego co zrobił, a Ty masz prawo usłyszeć od niego kilka słów wytłumaczenia. Może umów się z nim na rozmowę? Nie musisz od razu pisać o co chodzi. Poproś o spotkanie. I powiedz mu, że jesteś zdziwiona, że tak nagle przestał się odzywać, nie wiesz co się stało, jest Ci przykro i chcesz wiedzieć co się dzieje. Czyli napjpierw poproś o jego wersję - by nie czuł się atakowany i mógł się wytłumaczyć. Powiedz też mu jak się czujesz i jakie słuchy Cię doszły o jego zachowaniu. Mów to w miarę spokojnie i mów o swoich odczuciach. A potem…staraj się zapomnieć, dojść od siebie i unikaj kontaktu. Pisałam o tym w odp. nr: 80, 526, 653, 825. Módl się, by Bóg pozwolił Ci uwolnić się od tego uczucia. I uwierz, że nie wszyscy są tacy, naprawdę. Oczywiście musisz odzyskać zaufanie i wiarę w ludzi, ale to się dzieje...poprzez ryzyko. Musisz normalnie rozmawiać z ludźmi, nie zakładając, że zawiodą Twoje zaufanie. Nie możesz od nich uciekać, bo to przyniesie odwrotny efekt. No i może powinnaś wrócić do oazy lub choć zaangażować się - w miarę możności - w jakąś inną działalność na rzecz innych. Polecam Ci też czytanie Biblii - codziennie po kawałeczku, a szczególnie psalmy. Bo musisz mieć poczucie, że Bóg nad Tobą czuwa, i że Cię nie zostawił samej sobie. Ufaj Bogu a poprzez to zaufasz ludziom. Odwagi!

  Gosia, 18 lat
1531
16.02.2007  
Niedawno usłyszałam od mojej koleżanki, że namiętne pocałunki są grzechem. Czy to prawda? Dlaczego?

* * * * *

No, koleżanka może mieć rację. Bo widzisz namiętne pocałunki budzą podniecenie, pożądanie. I to jest naturalne, bo to fizjologia: organizm jest wtedy w gotowości do odbycia stosunku. To chemia, po prostu. Dlatego jeśli nie może to się zakończyć współżyciem to nie trzeba tego pragnienia w sobie rozbudzać. Bo skoro musi się to skończyć wyciszeniem organizmu to może się przerodzić w budowanie mechanizmu: podniecenie- wyciszenie - podniecenie- wyciszenie i tak w kółko. Może się taki nawyk utrwalić w podświadomości: skoro jest podniecenie to trzeba to opanować. I potem w małżeństwie mogą na tym tle być problemy we współżyciem, prowadzące nawet do nerwicy.
Ogólnie gesty w związku muszą być dostosowane do etapu na jakim jesteśmy. Muszą być prawdą. Pisałam o tym w odp. nr 79. Polecam też ten artykuł: [zobacz]

  Kasia, 21 lat
1530
14.02.2007  
/1509/ Chodzi mi o to ze chcialabym byc Jego przyjaciołką. Narazie tylko tyle... Chcę żeeby sam dojrzał, sam wszedł w dorosłe życie, chcę być przy Nim we wszystkich ważnych dla Niego chwilach,ale chcę być jako P R Z Y J A C I Ó Ł K A! Tylko On nie chce się ze mną rozstawać bo mówi ze juz napewno sie nie zejdziemy. Że jeśli teraz zostaniemy przyjaciółmi to już nigdy nie bedziemy razem...I tu jest ten problem.
Dziękuje za cierpliwość do tych naszych nieraz bardzo zagmatwanych rozterek:) Pozdrawiam gorąco


* * * * *

Kasiu! Trochę to on racji ma... Rzadko jest bowiem tak, że drugi raz wraca się do tej samej osoby, a jeśli któreś już mówi o przyjaźni... to znaczy, że coś się wypaliło. Skończył się etap zakochania i teraz albo przekształci się w dojrzałą miłość albo rzeczywiście pozostaniecie znajomymi.
Widzisz, że można jednocześnie "mieć ciasteczko i zjeść ciasteczko". Nie możesz go mieć "pod ręką", ale nie być jego dziewczyną.
Naturalnie nie możesz zmuszać się, by nią być jeśli tego nie pragniesz. Ale niekoniecznie uda Ci się być jego przyjaciółką. Pisałam o tym więcej w odp. nr 7.
Po prostu musisz mu szczerze powiedzieć o tym wszystkim co tu piszesz i co czujesz. To, że on się przed rozstaniem broni to naturalne... Ale do związku trzeba dwojga. Ja widzę, że Ciebie to w tym momencie przerasta. Widzisz, nie jest to takie proste: być z kimś kto dopiero dojrzewa i czekać na niego...
Życzę Ci trafnych decyzji. Z Bogiem!

  Kasia, 29 lat
1529
14.02.2007  
Mam taki problem.Mniej więcej 2 lata temu poznałam chłopaka.Po 8 miesiącach on mnie rzucił z powodu braku pracy i pieniedzy.A teraz on ma inną z dzieckiem,ale od czasu do czasu spotykamy się bo mimo wszystko ciągnie nas do siebie.Dlatego wiem że on mnie również kocha bo ja go kocham,ale on broni się przed tą miłością.A ja robie wszystko by bardziej zwrócił na mnie uwagę i jak sie poświęcam dla niego by wrócił.Wciąż się o to modlę chociaż nie wiem czy ma to jakiś sens.I tylko zastanawiam sie co mogłabym jeszcze czynić żeby wrócił.

* * * * *

A czy on nadal jest z tamtą kobietą? Jeśli tak to czy nie jest to rozbijanie związku? Póki on jeszcze trwa to Ty jesteś tą "trzecią" i ta kobieta może mieć pretensje, że przez Ciebie coś się rozpada. I zupełnie nie fair wobec niej jest Wasze spotykanie się!
Widzisz, Kasiu tak naprawdę decyzję musi podjąć on. On musi się zdecydować czego tak naprawdę chce i którą z Was kocha (a może żadną...)? Tak do końca nie rozumiem bowiem czemu on rzucił Ciebie "z braku pracy i pieniędzy"? Przecież Ty byś od niego z tego powodu nie odeszła, prawda? Czy zatem myślał, że jak nie może Ci zaimponować finansowo to związek nie przetrwa? Wiesz, bo dziwi mnie to w kontekście tego, że chyba dość szybko związał się z inną. No bo skoro powodem rozstania z Tobą była kiepska sytuacja finansowa to jak ten problem przetał istnieć to co stało na przeszkodzie by do Ciebie wrócił? A nie wrócił tylko związał się z inną. I to jest dziwne.
Przemyśl to Kasiu, porozmawiaj z nim poważnie o tym czego on oczekuje od Ciebie, czego chce i dlaczego związał się z tamtą. Pomyśl czego Ty oczekujesz od niego i czy czujesz się przy nim bezpiecznie. Polecam Ci te teksty: [zobacz], [zobacz]
I pozwól jemu podjąć konkretne kroki, sama nie możesz na siłę spowodować by on z Tobą był. Bo nic na siłę nie ma sensu. Z Bogiem!

  ona, 17 lat
1528
12.02.2007  
Piszę do Pani po raz kolejny, ale w innej sprawie.
Po pierwsze znalazłam się w dziwnej sytuacji. Bardzo mnie to męczy. Otóż mam przyjaciółkę i parę znajomych w klasie, zawsze się wszyscy dobrze dogadywaliśmy, ale ostatnio się to zmieniło. Oni (3 koledzy i koleżanka) dokuczają mojej przyjaciółce, obmawiają i zachowują się dość nie dojrzale. Dla mnie jest to bardzo ciężka sytuacja, bo jestem między nimi i zauważam, że obie strony mają rację, dlatego nie mogę definitywnie stanąć po czyjejś stronie. Moja przyjaciółka faktycznie jest może czasem ciężka w kontaktach, ale w gruncie rzeczy jest naprawdę fajną dziewczyna, a poza tym jest moją przyjaciółką, a przyjaźń wymaga lojalności itp. Z drugiej strony są oni, również bardzo ich lubię szczególnie jednego chłopaka. Nie wiem jak się zachować, raz żali mi się moja przyjaciółka, a za chwilę ktoś z reszty moich znajomych. Przyjaciółce nie mogę mówić co oni mówią a im co ona, bo zawiodła bym ich zaufanie. I właśnie nie wiem co zrobić (czy mogę coś w ogóle zrobić?), żeby znów było dobrze?? Przy okazji tego trochę mi głupio, że oni ostatnio właśnie jakoś zaczynają mnie doceniać i w ogóle, a moją przyjaciółkę traktują wręcz przeciwnie, co raz gorzej.

Wśród tych znajomych jest jeden chłopak, który jest bardzo fajny, mam z nim dobry kontakt. Myślał on kiedyś o seminarium, ale raczej mało to prawdopodobne. Dowiedziałam się, że powiedział on kiedyś mojej przyjaciółce (jak mieli jeszcze dobre kontakty), że bardzo mnie lubi, że był by w stanie się we mnie zakochać, ale że nie powie mi że np. bardzo mnie lubi bo przecież to wiem.
Ten chłopak no widze, że jakoś traktuje mnie trochę inaczej. Wczoraj napisał mi na gg że wie, że może mi zaufać, że nie potrafi się na mnie gniewać bo za bardzo mnie lubi i w ogóle pytał czy stracił w moich oczach. Nie wiem czy mogło by mnie z nim coś połączyć? Bardzo go lubie, bardzo z niego wartościowy chłopak, choć czasem... Do mnie odnosi się zawsze z szacunkiem, ale do innych (np. mojej przyjaciółki) potrafi być delikatnie mówiąc nie miły, czasem puszcza też jakieś zboczone komentarze. Bałabym się trochę z nim związać... Choć przy mnie jest dojrzały i fajny, on wie jakie ja zasady itp. wyznaje, rozmawiamy o wierze czasem itp. Myślę, że on jeszcze wydorośleje.
Przy tym wszystkim jest jeszcze jedna koleżanka, która ma chłopaka, ale i tak lubi być taką gwiazdką w centrum zainteresowania, najładniejszą, najbardziej lubianą itp. Smutno mi czasem przez nią, bo dla niej najważniejsza jest kasa, modne ciuchy itp i nie wiem co sobie ona o mnie myśli. Ale nie przejmuje się tym tylko, że ona właśnie zachowuje się tak jakby miała wyłączność na wszystkich chłopaków w klasie i czasem ten mój kolega daje się jej "omotać" ;) Ahh w zasadzie to nie wiem dlaczego o takich głupotach Pani piszę, skoro ludzi mają większe problemy, a i tak jak zaufam Panu to wszystko się jakoś ułoży ale męczy mnie to czasem i tak pomyślałam, że może warto poradzić się kogoś doświadczonego. Dziękuje i z Bogiem:)


* * * * *

Co do przyjaciółki: przed wszystkim poinformować znajomych, że nie chcesz brać udziału w takich rozmowach, bo ona jest Twoją koleżanką i jest Ci głupio. Jeśli bowiem w tym uczestniczysz to działa to na nich jak "woda na młyn". Opowiadają Ci o niej bo ją znasz i można z Tobą o niej dyskutować - po prostu. Jeśli nie będą mieli z kim o niej rozmawiać to przestaną. Mów po prostu, że teraz zmiana tematu albo o tym nie gadasz. I konsekwentnie milcz.
Co do chłopaka: sam fakt, że mu się podobasz do niczego Cię nie zobowiązuje. Jeśli jednak uważasz go za wartościowego chłopaka to staraj się go bliżej poznać. On zna Twoje zasady a czy Ty znasz jego? Rozmawiajcie o tym, o Waszych zainteresowaniach - nie tylko w gronie przyjaciół ale i na osobności. Pozwól mu się czasem gdzieś zaprosić. Jeśli to Was zbliży to świetnie, jeśli nie - nic na siłę.
A jeśli ta koleżanka, która jest w centrum ma chłopaka, to ten któremu się podbasz o tym wie. A skoro tak to chyba na nic z jej strony nie liczy. Jeśli Ty podobasz mu się bardziej to Ty będziesz stroną wygraną i on z czasem przestanie zwracać na nią uwgę.

  E.A., 18 lat
1527
12.02.2007  
Ja również mam problem... moze zaczne od tego, ze 9 lat temu straciłam tate, -zmarł, juz w podstawówce, gimnazjum byłam osabą raczej nie pewną siebie-szukającą uznania w oczach kolezanek, przejmowałam sie, gdy ktos się na mnie obraził, nawet gdy ja nie zawiniłam. Od kilku lat mam również problemy z sumieniem, raz większe raz mniejsze, ale nie umiem rozeznac czy cos było cieżkim grzechem czy nie, mam tendencje do zbytniej skrupulatności. Od wielu lat miałam i mam teraz równiez problemy z czystością, wstydzę sie tego i wstydziłam, ze nawet jakas scena w filmie, nawet nie współzycie, ale chocby pocałunki działały i działają na mnie w taki a nie inny sposób, wywoływały i wywołuja jakies podniecenie, jakies erotyczne uczucia. Nie chcę tego i ciezko mi z tego powodu. Od jakiegoś czasu spotykam sie z fantastycznym chłopakiem-dobrym, poboznym, nasz zwiazek opieramy na Panu Bogu, oboje staramy si etrwac w łasce uświęcającej. Owszem, kilka razy "przegielismy" ale prawie natychmiast szlismy do spowiedzi, rozmawialimy o tym. Chcemy trwac w czystości, jednak to jest teraz mój zasadniczy problem. Znów czułość, nawet trzymanie za rekę, czy zwykłe buzi powoduje we mnie jakies podniecenie, które-jak gdzies wyczytałam-przeciez nie powinno mieć racji bytu w zwiazkach przedmałzeńskich. Ciagle mysle czy cos, nawet najmniejszy gest nie wywoła we mnie znów jakiegoś podniecenia, i bedzie grzechem, ... modle sie, razem sie modlimy, ale jest mi ciagle ciezko. Mysle o sobie, ze nie jestem normalna, ze kiedys tez w małzeństwie będę miała dziwne problemy zwiazane z czystością. Mój chłopak wie o wszystkim rozmawiamy o takich sprawach, jest wyrozumiały, nawet przez pewnien czas zupełnie sie ograniczalismy nawet w zwykłym pocałunku. Wiem ze grzechów zwiazanych z czystością nie da sie wymierzyć linijką, jednak mi jest o wiele trudniej. Prosze o pomoc. Kiedy zaczyna sie grzech? Co mam robic? pewien ksiadz powiedział mi, ze w jego odczuciu nawet gdy przy trzymaniu się za reke pojawia sie jakies podniecenie to nie ma w tym materii grzechu ciezkiego, nie musimy tego ograniczyc i wyrzucic z naszego zwiazku, bo przeciez taka jest fizjologia. Czy on ma racje? ja ciagle mam wątpliwości i sie boje. Bardzo prosze o odpowidź, pozdrawiam

* * * * *

"czułość, nawet trzymanie za rekę, czy zwykłe buzi powoduje we mnie jakies podniecenie, które-jak gdzies wyczytałam-przeciez nie powinno mieć racji bytu w zwiazkach przedmałzeńskich". Moja Droga! Gdzie tak przeczytałaś? To nieprawda. Wiesz dlaczego? Bo to fizjologia. I też dlatego tak działały na Ciebie (i nie tylko na Ciebie, bo na każdego) te sceny w filmach, o których pisałaś. Twój organizm reaguje zupełnie normalnie. Jest bodziec - jest reakcja. Dziękuj Bogu, że tak jest, gdyby tak nie było to dopiero byłby powód do niepokoju. Twoje ciało działa prawidłowo! Widzisz, ciało, mózg sterujący reakcjami przecież nie wie czy Ty jesteś już po ślubie czy nie. To chemia - po prostu. Gdybyś teraz nie reagowała w ten sposób to dopiero byś miała problemy po ślubie- ze współżyciem. I to naprawdę mogłyby być duże problemy. Dlatego ksiądz miał całkowitą rację. Nie można demonizować tej sfery, nie wolno o niej mysleć jak o grzesznej czy złej, trzeba uznać, że to normalna fizjologia. Oczywiście jeśli przekroczy się granicę trzeba się z tego wyspowiadać, ale to już inna historia. Jeśli masz wątpliwości zawsze możesz o nich na spowiedzi powiedzieć i ksiądz Cię stosownie pokieruje.
Oczywiście, nie chcę przez to powiedzieć, że skoro to fizjologia to mamy dać się jej ponieść i wszystko sobie tym tłumaczyć. Bo człowiek jako jedyne stworzenie na ziemi potrafi nad swoją płciowością panować. I jeśli czuje podniecienie to wie, że jest to gotowość organizmu do odbycia stosunku. Skoro nie jest w związku małżeńskim albo nawet jest ale nie jest na to czas ani miejsce to potrafi się opanować i wyciszyć reakcje. Naturalnie, nie należy też specjalnie dążyć do takiego stanu rzeczy a potem się wycofywać bo to grozi nerwicą i utrwaleniem w podświadomości takiego schematu: podniecenie- konieczność opanowania, znów podniecienie - opanowanie. Po jakimś czasie rodzi się frustracja z powodu niemożności spełnienia i potem gdy "już można" w małżeństwie może być blokada, bo takie wzorce nam się utrwaliły.
Po prostu gdy wiemy jak się reaguje na jakiś impuls to trzeba go unikać, a jeśli się zdarzy to nie panikować tylko podnosić się i dalej walczyć o czystość. Bo warto!
Moja Droga! O tym jak radzić sobie z płciowością w związku pisaliśmy w tym artykule: [zobacz], proszę przeczytaj. Bardzo dobrze, że się modlicie. Może też wstąpicie do Ruchu Czystych Serc? Jest na tej stronie.

  gosia, 27 lat
1526
08.02.2007  
Mam poważny problem.Pomimo swojego wieku dalej jestem sama.Nigdy własciwie nie miałam chłopaka.Kilka razy spotkałam się róznymi meżczyznami,ale uważali,ze jestem dziecinna.Nie bardzo wiem o co im chodziło(może nie za bardzo wiem jak się zachowywać spotykając się z kimś,gdyż nie miałam nikogo).Poważnie traktuję nauke koscioła,postanowiałm zyć w czystości do ślubu, mam ciekawą pracę, znajomych- więc na czym ta dziecinnośc, która odstrasza może polegać? Czym moge mezczyznie tak zaimponować,ze bedzie chciał się ze mną ożenić? Na co mezczyzni zwracają uwagę?

* * * * *

osiu, samotność to duży problem, doskonale Cię rozumiem, bo też późno wyszłam za mąż.
Pytanie z jakimi mężczyznami się spotykałaś, może byli dużo starsi albo mieli inne niż Ty poglady na życie? Może Wasze oczekiwania się rozminęły?
Co do oczekiwań: dobrze trafiłaś, bo właśnie tydzień temu opublikowaliśmy 2 artykuły na ten temat: [zobacz], [zobacz] Polecam Ci też nasze miejsce gdzie poznało się już kilkanaście szczęśliwych małżeństw, nie licząc narzeczonych i sympatii: [zobacz].
Powodzenia!

  Agnieszka, 15 lat
14
07.02.2007  
Moja historia jest troche inna od wszystkich. Otóż jakieś niecałe pięć lat temu pewien chłopak zakochał się we mnie. Był ode mnie dwa lata starszy (w sumie to nadal jest). Wiem jak bardzo mnie kochał, próbował zwrócić na mnie swoją uwagę choć był bardzo nieśmiały. Wspierany przez kolegów długo starał się o moje względy. Wiem jak przeze mnie cierpiał, jak bardzo mu na mnie zależało. Jednak ja, głupia, ignorowałam go. Udawałam, że go nie zauważam, że go nie lubie. Wtedy ja również byłam ślepo zakochana, ale nie w nim. W pewnym chłopaku, w ktorym kochały się wszystkie dziewczyny. Tamten się dla mnie nie liczył. Uważałam go za kogoś nieodpowiedniego dla mnie. Teraz ja nie mogę porównać się z nim. Dopiero teraz po tak długim czasie zrozumiałam, że to jest ten jedyny, że to tylko on jest dla mnie najważniejszy. Nie mogę zrozumieć dlaczego wtedy tak się zachowywałam, czemu uważałam go za kogoś innego. Każdy mi mówił że ja do niego pasuję, że ładnie razem wyglądamy. Ale ja za każdym razem patrzyłam na tego kogoś z ironią. Jak ta osoba może do mnie tak mówić? Że my niby do siebie pasujemy? Co za głupie porównanie? Tak kiedyś myślałam. Wiem, że ten chłopak długo nie mógł o mnie zapomnieć. Długo przeze mnie cierpiał. Po roku, dwóch nadal próbował do mnie zagadać czy coś innego. Ale ja, dumna oczywiście, odchodziłam. Później wszystko się uspokoiło. Trochę się zmieniłam. Traktowałam go jak zwykłego chłopaka, tańczyłam z nim na dyskotekach. I nic. Mam nadzieję, że wtedy już go nie raniłam. Był dla mnie taki jak inni chłopcy. Nie traktowałam go gorzej. Wiedziałam jaki jest fajny, że jest lubiany przez każdego. I nagle wielka zmiana. Dostrzegłam go w innym świetle. Gdy go widziałam zupełnie inaczej na niego patrzyłam. Dostrzegłam jak bardzo jest mi bliski i ... niestety wkońcu musiałam się zakochać. Nie wiem dlaczego i dlaczego akurat w nim. Gdy go widzę to nie mam odwagi powiedzieć mu "cześć". Poprostu głupio się czuję. Nie wiem czy nadal czuje do mnie urazę. Ja nie chcę mu się narzucać, nie chcę, żeby coś robił na siłe. Jednak nie udaję, że nie chciałabym, aby jego stara miłość do mnie wróciła. Bardzo mi na nim zależy. Przeze mnie, on nie miał szczęścia w miłości. Nie wiem czy po mnie się jeszcze raz zakochał, ale wiem, że zapoczątkowałam mu nieszczęście w miłości. To jest bardzo fajny, wyjątkowy chłopak. Nie wiem dlaczego wcześniej tego nie dostrzegałam. Z tego co widzę, on nie jest na mnie zły. Ponoć czas leczy rany. Ale czy jego serce jest gowowe zakochać się na nowo? Stara miłość nie rdzewieje? Czy w takim wypadku mam jeszcze szansę go odzyskac? Proszę powiedzieć co mam zrobić.

* * * * *

Co Ty dziewczyno opowiadasz? Stwierdzenie: "wiem, że zapoczątkowałam mu nieszczęście w miłości" jest chyba na pograniczu jakichś zabobonów. Na pewno niegodne chrześcijanina. A co to, Ty masz taką władzę, żeby rzucać uroki i zapoczątkować nieszczęście? Chrześcijaninowi nie wolno tak myśleć, bo chrześcijanin ma ufać Bogu. I tyle. Tak ja pisałam niedawno innej dziewczynie: Nie możesz mieć wyrzutów, że nie zrobiłaś czegoś do czego nie miałaś przekonania! Bóg widzi Twoje życie i doskonale wie na jakim byłaś wtedy etapie rozwoju i czy byłaś gotowa do związku. Nie mogłaś, wręcz nie wolno Ci było zmuszać się do tego związku, bo poraniłabyś siebie i jego. Nie traktuj tego jako porażki czy swojej niewdzięczności. To nie jest tak, że Bóg dał Ci wtedy szansę a Ty ją odrzuciłaś i z tego powodu masz być nieszczęśliwa. Nie ma przeznaczenia, pisałam o tym w odp. nr: 58, 86, 896. Ja też nieraz nie byłam gotowa na związek albo na związek z daną osobą i nie zmuszałam się do niego, mimo, iż ktoś się mną interesował. I co? Bóg mnie za to nie ukarał, nie jestem nieszczęśliwa, mam męża. I nie mam z tego tytułu żadnych wyrzutów. Bo ja wtedy nie byłam gotowa. I dlatego te doświadczenia należy potraktować jak doświadczenie życiowe.
Jeśli teraz uważasz, że dojrzałaś do związku i chcesz spróbował to próbuj nawiązać z nim kontakt. Jak to zrobić pisałam o odp. nr: 3, 30, 37, 134, 411, 912. Jeśli on będzie pozytywnie reagował na Twoją osobę to nie jest na Ciebie zły. Głowa do góry, próbuj! Powodzenia!

  ziuta, 24 lat
1524
07.02.2007  
Witam serdecznie. Jestem świeżo upieczoną mężatką (staż 4,5 miesiąca) ale pomimo iż nie mamy jeszcze żadnych poważnych problemów (mieszkamy sami, obaj pracujemy, dzieci jeszcze nie planujemy) sytuacje konfliktowe są codziennością.
Mamy z mężem bardzo różne charaktery (ja jestem introwertykiem, mąż cholerykiem), które stają się uciążliwością właśnie w tych sytuacjach. Mam tego świadomość a jednak nie umiem nic na to poradzić.
Najprostszy scenarusz wygląda tak: najczęściej ja sie o coś obrażam i wtedy zamykam się w sobie, nie odzywam itd. On wtedy się denerwuje, zaczyna krzyczeć, "rzuca mięsem" jak to się mówi, często nie ominą mnie też wyzwiska na mój temat co powoduje we mnie jeszcze większą blokadę i tak trwam bez słowa. Mąż jak szybko wybucha tak szybko przechodzi mu złość i chce się pogodzić. Bez względu na to czy miałam rację czy nie NIGDY nie wyciągam pierwsza ręki do zgody. Jak już się obrażę to koniec, beton. A najczęściej rzecz idzie o głupstwa. Zdaję sobie sprawę że to nie może tak wiecznie być ale nie wiem jak nad sobą pracować. Mąż oczywiście też nie jest bez winy ale on przynajmniej potrafi schować dumę do kieszeni, ja niestety nie potrafię, zawsze musi być \"moje na wierzchu\". Niech pani nie zwala tego na karb "docierania się" bo to nie o to chodzi. Chodzi o powtarzający się schemat zachowań który jest złym schematem. Tym bardziej jest mi z tym źle bo takie sytuacje mąż bardzo przeżywa, a ma kłopoty z nerwami. Cały się potem trzęsie przez dwa dni i bierze leki uspokajające. Proszę poradzić jak mam walczyć ... sama ze sobą?


* * * * *

Pewnie, że nie będę zwalać tego na docieranie się bo to nie jest kwestia docierania się tylko Wasze, a szczególnie Twojej zawziętości. Sama się do niej przyznajesz. I dopóki nie będziesz chciała troszeczkę się pochylić nad tym wszystkim bo nie wróżę Wam najlepiej. Dlaczego się obrażasz? Żeby on się upokorzył i zaczął Cię przepraszać nawet jak nie masz racji? O to Ci chodzi? I co z tego masz, że go pognębisz? I dlaczego NIGDY nie przepraszasz pierwsza? Myślisz, że on długo tak wytrzyma?
Rada na to jest jedna: jak coś jest nie tak to od razu o tym rozmawiajcie. Ale rozmawiajcie a nie róbcie awantur i nie wyzywajcie się. Tylko każde z Was ma obowiązek powiedzieć co mu nie pasuje i jak się z czymś czuje. Od razu, bez chowania urazy, bez obrażania się. Bez świadków oczywiście, na osobności. I powiedzieć to wszystko we własnym imieniu tzn. ja czuję się ..gdy mówisz..., ja nie lubię, gdy..., ja czuję się zła gdy… a nie: ty jesteś taki, ty zawsze...
Widzisz różnicę? Masz mówić o swoich odczuciach a nie oceniać jego. Bo Twoich uczuć nie może zakwestionować, nie może powiedzieć, że się tak nie czujesz gdy się czujesz. Natomiast gdy zaczniesz go oceniać to zaraz zacznie się bronić i tą broń skieruje przeciw Tobie - co prawdopodobnie teraz ma miejsce. I czasem naprawdę warto przeprosić.
Żeby było Wam łatwiej rozmawiać polecam Wam takie ćwiczenie, które jest w Domowym Kościele - dialog małżeński. Polega to na tym, że raz w miesiącu przy herbatce małżeństwo ma sobie porozmawiać. O czym? Ano nawet jak nic się nie zbierze to podziękować sobie za coś, tak bardzo konkretnie np.za wynoszenie śmieci chociażby. Wydaje Ci się to śmieszne? Na poczatku może, ale potem znajdziemy tyle powodów do wdzięczności, że nie masz pojęcia. A potem powiedzieć co nam się nie podoba, omówić jakiś ważny problem, co należy poprawić. I tak jak mówiłam wcześniej - w pierwszej osobie, bez oceny. Poprosić się nawzajem o coś, czasem nawet można to spisać. Raz w miesiacu obowiązkowo, a jak jest potrzeba to oczywiście częściej. Jeśli na bieżąco będziecie sobie wyjaśniać co Was boli to nie będzie powodów do obrażania się i chowania urazów, a potem wybuchów. Nic innego Ci nie polecę, bo nie ma innej drogi. Spróbujcie proszę, w każdym przypadku (łącznie z moim małżeństwem) to działa. Polecam gorąco! I jeszcze jedno: wiesz, facet ma coś takiego jak męska duma. Doceń to, że Twój mąż potrafi - jak piszesz "schować ją do kieszeni". Doceń dlatego, że trudniej mu to zrobić z racji tego, że jest mężczyzną. Po prostu musicie oboje zacząć ROZMAWIAĆ. Po to człowiek ma dar mowy żeby się porozumiewać. I rozum, żeby z tego korzystał.
Dlatego zaproś męża koniecznie już w tym tygodniu na herbartę czy kawę - tak na spokojnie po południu i pogadajcie sobie od serca, spokojnie. Możecie popatrzeć na swoje zdjęcie ślubne, na to co was połączyło. No w końcu z jakiegoś względu jesteście razem, prawda? Małżeństwo to najwspanialsza przygoda w życiu małżonków. Uczyńcie wszystko by była nią faktycznie. Bo to wspaniałe uczucie mieć z kim wędrować przez życie. A jeszcze lepiej gdy jest to ktoś z kim CHCE się to robić.
No i jeszcz jedno: módlcie się wspólnie wieczorem, choć porzez chwilę. Wtedy nie pójdziecie spać nie mogąc sobie spojrzeć w oczy. A to nie jest fajne uczucie.
A teraz dlaczego Ty masz to robić, dlaczego Ty masz wyjść z inicjatywą. Bo Ty to wszystko już teraz wiesz. I dlatego, że Ci zależy na Twoim małżeństwie.
Z Bogiem i powodzenia!

  Natalia, 19 lat
1523
06.02.2007  
Dwa lata temu zakochal sie we mnie kolega.Niestety nie potrafilam wtedy odwzajemnic jego uczucia.Wiedzialam,ze bardzo mnie kocha,mimo to,ze tak bardzo go ranilam.Piec razy sie schodzilismy i rozsatwalismy,zawsze z mojego powodu...Wiedzialam,ze bardzo cierpi,jednak nie potrafilam nadal go pokochac.Tak mi sie przynajmniej wydawalo.Wtedy nie dojrzalam jeszcze do tak powaznego uczucia.
Teraz wiem,ze tak naprawde to byla moja prawdziwa milosc, czulam sie przy nim bezpiecznie, spokojnie i beztrosko..Jak przy nikim.On zawsze byl przy mnie,na dobre i na zle..Niestety...teraz jest w seminarium...Nic juz sie nie da zrobic..Teraz ja cierpie i sama zastanawiam sie nad tym czy nie wstapic do zakonu.W jednej chwili zrozumialam,ze to byla milosc, ze tak naprawde przy nim bylam szczesliwa,bo jak to on powiedzial-kochal mnie ponad wszystko i wyzej jest tylko Jezus..
DOjrzewalo to we mnie dwa lata i musialo sie az tyle wydrzyc bym to zrozumiala.
Z mojej strony nie mogl wtedy na nic liczyc,wiec wybral cos co jest pewne i odwzajemnione..
Wiem,ze nie moge juz nic z robic.Jesli taka droge wybral to pozostaje mi jedynie uszanowac jego decyzje.
Jednak zastanawiam sie dlaczego Bóg tak sprawił...Dlaczego dopiero teraz to pojęłam.Wczesniej bylam slepa..
Moze nigdy nie uzyskam odpowiedzi,jednak probowac mozna.
Pozdrawiam,z Bogiem.
Natalia


* * * * *

Natalia! Nie możesz mieć wyrzutów, że nie zrobiłaś czegoś do czego nie miałaś przekonania! Bóg widzi Twoje życie i doskonale wie na jakim byłaś wtedy etapie rozwoju i czy byłaś gotowa do związku. Nie mogłaś, wręcz nie wolno Ci było zmuszać się do tego związku, bo poraniłabyś siebie i jego. Zresztą - jak piszesz - mieliście różne perypetie związane z odchodzeniem i wracaniem. No to właśnie jest dowód, że nie byłaś gotowa. Nie traktuj tego jako porażki czy swojej niewdzięczności. To nie jest tak, że Bóg dał Ci wtedy szansę a Ty ją odrzuciłaś i z tego powodu masz być nieszczęśliwa. Nie ma przeznaczenia, pisałam o tym w odp. nr: 58, 86, 896. Ja też nieraz nie byłam gotowa na związek albo na związek z daną osobą i nie zmuszałam się do niego, mimo, iż ktoś się mną interesował. I co? Bóg mnie za to nie ukarał, nie jestem nieszczęśliwa, mam męża. I nie mam z tego tytułu żadnych wyrzutów. Bo ja wtedy nie byłam gotowa. I dlatego te doświadczenia należy potraktować jak doświadczenie życiowe. Nie myśl, że skrzywdziłaś tego chłopaka. A może właśnie było inaczej? Może Bóg chciał go powołać i dlatego nie pozwolił Ci go wtedy pokochać - żebyś teraz nie cierpiała gdy on poszedł do seminariuum? Myślałaś o tym w ten sposób? Pomyśl, bo może właśnie to był ten palec Boży? Może Bóg tak się o Ciebie troszczy?
On na pewno jest szczęśliwy - bo odnalazł swoje powołanie i na pewno tamto uczucie do Ciebie traktuje teraz jako miły etap życia a nie cierpienie.
A Ty nie możesz myśleć o pójściu do zakonu z tego powodu! Zresztą z taką motywacją to by Cię nie przyjęli. Uważam, że tak myślisz, bo po prostu zaczęłaś się zastanawić nad tym czy to nie była Twoja szansa. Nie, skoro stało się inaczej - zachęcam Cię do poczytania tych odpowiedzi o przeznaczeniu.
Natalio! Głowa do góry. Powierz to wszystko Bogu i proś go o miłość. On wie co jest dla Ciebie najlepsze i kiedyś będziesz wdzięczna, że Twoje życie potoczyło się właśnie tym torem.

  Magda, 17 lat
1522
06.02.2007  
pyt. 1312, 1362
Powiedziałam mu, że nigdy nie będę mogła z nim być. Że nie potrafię. Zrobiłam to w listopadzie, a teraz nadal nie wiem czy zrobiłam dobrze. Nie było nawet jednej małej chwilki kiedy czułabym, że to dobra droga.
Pytała Pani czego nie rozumiem... Ale jak to wyjaśnić... Rozumiem każde Pani słowo kiedy czytam, ale kiedy zaczynam myśleć o tym, że miam odrzucić mężczyznę dlatego, że jest uzależniony, kiedy myślę o jego uczuciach, o jego życiu - pytam dlaczego? Dlaczego twierdzi Pani, że on nie jest zdolny do stworzenia rodziny, szczęśliwej rodziny. Czy on nie zasługuje na to? Nie zasługuje na kobietę, na miłość?
Nie jest zdolny bo (przepraszam za to uproszczenie, ale chyba zrozumie Pani przekaz) będzie ćpał, okradał mnie, poniżał i wymiotował na podłogę? A może nie będzie. Czy nie zasługuje na szansę? On od roku nie bierze. Od roku się leczy. Stara się. Mimo naprawdę wielu przeciwności cały czas dąży do tego, żeby naprawić swoje życie.
Już nie wiem co napisać. Mam wrażenie, że w tej kwestii ani Pani mnie nie zrozumie ani ja Pani.
Jestem w nim zakochana i nie potrafię zapomnieć. Proszę mnie nie kierować do pytań o zapominaniu. Jeszcze parę razy przeczytam i będę znać je na pamięć.
Pozdrawiam i dziękuję. Chcę Pani słowa zrozumieć, nie chcę już szarpać się ze sobą, chcę w końcu znaleźć pewność, że zrobiłam dobrze... Dziękuję za Pani starania o jasne wytłumaczenie mi problemu... Może to we mnie tkwi problem przez który nie potrafię tego zaakceptować.


* * * * *

Madziu, Madziu, usilnie dążysz do tego, by ktoś Ci powiedział, że macie szansę na normalną rodzinę. Ale kochana, nikt Ci tego nie może jednoznacznie powiedzieć, nikomu nie wolno tak powiedzieć, bo brałby na siebie ogromną odpowiedzialność za Twoje życie. A gdyby nie wyszło? Gdyby jednak ćpał i wymiotował na podłogę to co? Jakbyś sobie z tym poradziła?
Magda, widzisz Ty rozumiesz co ja Ci piszę, ale Ty nie chcesz tego przyjąć. Nie to, że nie rozumiesz. I ja Ci się poniekąd nie dziwię, bo jak ja byłam w sytuacji, że musiałam zostawić chłopaka to też mimo, że wiedziałam, że ten związek jest niemożliwy to pytałam wszystkich co by zrobili na moim miejscu i szukałam potwierdzenia, że się uda. Mimo, że miałam pełną świadomość (rozum) to chciałam (serce) inaczej. Taka jest natura człowieka. Ciężko nam przyjąć coś co jest niewygodne, niezgodne z naszymi uczuciami i emocjami. Bo to boli.
Ale na tym właśnie m.in. polega człowieczeństwo: na umiejętności przełamywania się i dokonywania wyborów. Bo tylko człowiek potarfi zachowaś się niezgodnie z własnymi pragnieniami uznając racje wyższe. Na tym polega dojrzewanie: na umięjetności podejmowania decyzji. Decyzji słusznych a nie wygodnych.
Ty już ją podjęłaś. Teraz potrzebujesz potwierdzenia i umocnienia.
Zapytam jeszcze o coś. Bo piszesz ze swojego punktu widzenia. A jak on zareagował gdy mu to powiedziałaś? Czy zrozumiał racje? Czy zaprzeczał gwałtownie, że nie jest narkomanem?
Magda - tak jak napisałam - nikt go nie może potępiać, uważać za gorszego czy odmawiać mu prawa do miłości. Ale kochać to nie zawsze oznacza związać się z kimś. Czasem właśnie oznacza odejść. Wiem, że teraz o tym nie myślisz, ale zapewniam Cię, że prędzejczy później będziesz musiała pomyśleć: o swoich przyszłych dzieciach. Bo nawet jeśli jemu by był dobrze, nawet jeśli Ty byś się poświęciła i zgadzała na takie życie to dzieci Ci nie wolno na to narażać. Bo decydując się na małżeństwo bierzesz za niego pełną odpowiedzialność. A one mają prawo do normalnej rodziny, do silnego, zaradnego, odpowiedzialnego ojca. I to niech Ci będzie potwierdzeniem dobregow yboru. Módl się o pokój serca, o to by Bóg je uleczył. Przyjacielowi możesz pomagać, ale nie możesz za niego żyć.
Potrzebujesz czasu. Daj go sobie, nie spodziewaj się, że od razu wszystko będzie jasne. Zrozumiesz to wszystko gdy emocje opadną i wszystko zacznie układać się w logiczną całość. Z Bogiem!

  Piotrek, 12 lat
1521
06.02.2007  
Witam! Mój problem polega na tym, że bardzo podoba mi się dziewczyna z równoległej klasy, ale zakochał się w niej też mój najlepszy przyjaciel. Nie chcę się pokłócić z moim kumplem (jesteśmy przyjaciółmi od 1 klasy) , ale to jest nie do wytrzymania. Co mam robić??

* * * * *

A co na to ta dziewczyna? Wie o tym uczuciu, odwzajemnia je czy to wszystko dzieje się poza jej wiedzą? Jeśli nie wie lub go nie odwzajemnia możesz próbować ją poznać, tzn. rozmawiać z nią na różne tematy i zobaczyć jaka jest i czy Ty podobasz się też jej. Ale jeśli ona odwzajemnia sympatię przyjaciela to trzyamj się od nich z daleka, bo nic nie zyskasz a stracisz przyjaźń. Przeczytaj też odp. nr: 210, 501, 542, 583,768.

  Dziewczynka, 15 lat
1520
06.02.2007  
Chciałam zadac pani pytanie, ktore juz pewnie sie tu gdzies pojawilo po czym poznać czy jest się zakochanym czy zauroczonym. Wydaje mi sie ze to co przezywam to raczej zauroczenie. W moim wieku to normalne. Podoba mi sie chlopak jest o rok mlodszy odemnie. Nigdy nie mialam chlopaka i nigdy nie czulam czegos takiego. To trwa juz niecaly miesiac wiem ze to bardzo malo. A milosc podobno poznaje sie po czasie jej trwania. Wiem ze ja mu sie tez podobam powiedzial mi to ale flirtuje z innymi dziewczynami i z moja przyjaciółką tez...niezazdroszcze jej poprostu chce zeby byl szczesliwy. Prubuje z nim rozmawiac o jego hobby chce wiedziec o nim jak najwiecej. Szczerze mowiac gdy go widze mam ochote bardziej z nim pogadac niz rzucic mu sie w ramiona:)Moja kupela oklamuje chlopakow i ich zmienia co chwile. Mozna powiedziec ze sie nimi bawi. Taka juz jest. Niechce by sie na mnie obrazila wiec nie bede B. mowila jaka jest a pozatym nie jestem wredna. Niechce by ze soba byli bo wiem ze on bedzie przez nia cierpial. Z drugiej strony on sam niewie czego chce... flirtuje z nami obiema. Niedlugo sa walentynki postanowilam ze mu wysle...powiem w niej co tak naprawde czuje... a narazie czuje sympatie. Jestem osobą ktora jest za tym by mowic kocham cie osobie ktorą sie dobrze zna i jest sie pewnym co do tego uczucia. Dlatego jeszcze mu tego jeszcze nie powiem. Pierwszy raz doswiadczylam takiego uczucia moze to minie ale nie wiem co przez ten czas mam robic. Prosze o rade.

* * * * *

Ja pisałam już gdzieś, że ja za bardzo bym nie rozróżniała między zauroczeniem a zakochaniem, no, może zauroczenie to taki bardzo wstępny okres zakochania, takie właśnie podobanie się. Natomiast różnice zasadnicze pojawiają się między zakochaniem a miłością i o tym pisałam w odp. nr 15 oraz w tym artykule: [zobacz]
Ten chłopak, o którym piszesz na razie też nie jest w nikim zakochany, po prostu - rozgląda się i spostrzega, że dziewczyny zaczynają mu się podobać. To normalne w tym wieku, kiedy zaczynamy się interesować płcią przeciwną. To, że masz ochotę z nim pogadać to bardzo dobrze, to znaczy, że chcesz go po prostu lepiej poznać. I tak być powinno, bo poznanie kogoś jest tym fundamentem, na którym możemy budować dalej. Masz rację, że nie można zaczynać od wyznawania uczuć, o tym dlaczego tak jest pisałam w odp.nr: 18, 61, 74, 217, 514, 1168, 1287. A przez ten czas zachowuj się tak jak dotychczas: rozmawiaj z nim na różne tematy i starajcie się poznawać.

  Kasia, 18 lat
1519
05.02.2007  
Dzień dobry.

Znam pewnego chłopaka od kilku miesięcy, jednak niezbyt dobrze. Zaprosiłam go na studniówkę i on zgodził się pójść. Bawiliśmy się razem wspaniale. Tylko...no właśnie, ja się w nim zakochałam. Ale on traktuje mnie jak koleżankę. Nic do mnie nie czuje. Gdy się spotkamy w szkole, jest tylko "cześć", nie pisze do mnie smsów, ani na gg. Kiedyś wysłałam mu smsa, na którego odpisał zaledwie "U mnie wszystko dobrze." Chciałabym się do niego jakoś zbliżyć, bo zależy mi na nim. Jest sympatyczny, kulturalny, grzeczny, inteligentny-to zauważyłam podczas studniówki. Jak moge się do niego zbliżyć? nie chcę mu się narzucać. Bo skoro on do mnie nie pisze, to nie chcę, aby pomyślał, że jestem natrętna.
Czy wypada, żeby to dziewczyna zrobiła ten pierwszy krok? Dodam, że nie jestem zbyt piękna, niepewna siebie i raczej nieśmiała. Kiedy poznaję kogoś nowego, nie wiem, o czym mam z nim rozmawiać. W sumie jego już troszkę znam, rozmawialiśmy podczas studniówki, ale mimo wszystko. Nie przychodzi mi to łatwo. Zawsze zastanawiam się czy to, co mówię nie jest głupstwem, czy kogoś to interesuje itp. O czym powinnam z nim rozmawiać? Jak zacząć? I czy w ogóle zaczynać? Warto zaryzykować? Naprawdę mi na nim zależy. Kiedy patrzę na zdjęcia z zabawy, smutno mi, że nie jesteśmy parą :(. ALe chyba nikogo nie można zmusić do miłości.
Pozdrawiam :)


* * * * *

Do miłości nikogo nie można zmusić, to prawda. Jeśli Ci na nim zależy to próbuj nawiązać z nim kontakt, o tym pisałam w odp. nr: 3, 30, 37, 134, 411, 912. Natomiast jeśli on nie będzie reagował to znaczy, że nie jest niestety Tobą zainteresowany. Wtedy trzeba dać mu spokój, próbować "odkochać się" (o tym w odp. nr: 80, 526, 653, 825) i modlić się nadal o dobrego chłopaka. Powodzenia!

  Gabrysia, 20 lat
1518
05.02.2007  
Witam ja mam taki problem nietypowy. Bo miałam chłopaka który mieszkał 2 bloki od demnie a teras mieszka i pracuje w Gdynii. Od Lutego do sierpnia byliśmy normalną para zanim tam wyjechał spotykaliśmy się dziennie po kilkanaście godzin. Było nam dobrze ze sobą. Wyjechał tam w Maju wtedy sie juz spotykaliśmy żadziej. Widać było po nim że jest bardzo za mną i zależy mu na naszym zwiąsku i że go chce ciągnąć dalej. Ale niestety w sierpniu do mnie zadzwonił i powiedział mi że chce zemną zerwać bo juz mu niepasuje odległość. I jak on zemną zerwał to zaczeliśmy sie kłucić można powiedzieć że o nic. Niechce teras się zemną spotkac unika mnie jak cień a mi bardzo zależy na nim bo wiem że go jeszcze kocham i zależy mi na tym zwiąsku. Więc co ja teras powinnam robicz tym wszystkim??

* * * * *

Zażądać "na żywo" wyjaśnień od niego. Rozumiem, że nie zawsze związek kończy się ślubem i czasem z jakichś względów się rozstajemy. Ale rozstanie też powinno odbyć się kulturalnie. Ty masz prawo wiedzieć dlaczego on nie chce z Tobą być. Stwierdzenie, że mu "nie pasuje odległość" jest śmieszne. Jeżeli ludzie chcą być ze sobą to potrafią pokonać tysiące kilometrów. Skoro chce się z Tobą rozstać to niech weźmie odpowiedzialność za tą decyzję. Skoro zawracał Ci głowę przez kilka miesięcy, skoro Cię zwodził to niech ma odwagę powiedzieć Ci w oczy co się stało. Wiesz, ja mam wrażenie, że on po pierwsze: jest niedojrzały i nie wie czego chce (bo nie zmienia się zdania tak nagle i tak "bez powodu"), po drugie: pomylił miłość z zakochaniem (o tym poczytaj w odp. nr: 15, 906) i wydaje mu się, że jak uczucia minęły to przeminęła miłość - a to nieprawda, po trzecie: być może poznał kogoś innego...
W każdym razie swoim zachowaniem wykazał, że nie potrafi jeszcze stworzyć związku. Dlatego teraz zażądaj spotkania z nim i wyjaśnienia Ci całej sytaucji i kulturalnego rozstania - masz do niego prawo. A potem staraj się jakoś leczyć zbolałe serce. O tym jak pisałam w odp. nr: 80, 526, 653, 825.

  aga, 23 lat
1517
02.02.2007  
Witam to jeszcze raz ja (z pytania 1034). Chciałam Pani podziekować za cenne wskazówki i uświadomienie mnie w kilku sprawach jakie mogłyby mnie spotkać. Swoimi słowami utwierdziła mnie Pani w tym, żeby nie postąpić inaczej jak tylko poprostu odejść...Tak tez zrobiłam, odeszłam, choć było bardzo ciężko, ciągle gdzies się szamotały we mnie mysli, że faktycznie ze mną może być lepiej...ale to oczywiście nie byłaby prawda. Nie zadowalałoby mnie życie na pozycji tej drugiej, bo nie ma co ukrywać, tak by było. Chwała Bogu, że wycofałam się w porę, dzieki temu ominęły mnie te wszystkie procesy sądowe i nie zostałam w to wszystko wciągnieta, poprostu zniknęłam z jego życia, żeby nie było potem tekstów, że z mojego powodu rozpadło sie jego małżenstwo, bo tak nie było przecież. Były potem odzewy z jego strony, ale ja milczałam, choć az mnie kusiło zeby cos odpisac, ale nie...mimo, ze nie było łatwo...Choć mineło sporo czasu od tamtego momentu i nie przeżywam juz tego tak jak wtedy to wciąż zadaje sobie pytanie jak mogłam być tak naiwna, głupia, dać sie tak omamić...ja dobra dziewczyna z zasadami, ktore poszły tymczasowo w odstawke, co nie skonczyło sie to dla mnie zbyt dobrze, bo przez to wszystko nie jestem juz dziewicą a przecież miało byc inaczej bardzo chciałam wytrwać do ślubu...przecież jak czytam listy od chłopców do Pani to okazuje sie to dla nich takie ważne...Miała Pani racje swoją winę w tym tez ponosiłam, mogłam powiedzieć NIE, ale byłam za słaba, chciałam być pokochana, nieporzucona. Wiem, ze nie wiele to tłumaczy i to nie tędy droga. Trzeba trwać przy swoim, wtedy najprościej mozna zobaczyć, kto chce jeszcze ze mną trwać przy Bożych wskazówkach. Wiem jednak, ze Opatrzność przez cały ten czas czuwała nade mną, bo przecież jakby sie pojawiła jeszcze ciąża to juz nawet nie chce sobie wyobrażać jak by to było dalej...przecież to okazał sie zupelnie niedojrzały człowiek, mający juz swoją rodzinę, za którą nie niepotrafił wziąć odpowiedzialności...wiec mam za co dziekować Bogu, że mnie uchronił...Dzieki wsparciu rodzicow, rodzeństwa doszłam jakos do siebie, choć z taką pustką w sercu, nadszarpnietym zaufaniem do chłopców i niedowierzaniem, ze jeszcze cos mnie dobrego spotka w zyciu, przecież zostałam tak potwornie oszukana, poczułam sie jak łatwa idiotka, ktorej wszystko mozna wcisnąć. Czasami sie zastanawiam, ile jeszcze takich nieudanych związków przede mną i związanego z tym cierpienia, zanim trafie na tego odpowiedniego...?A może Bóg chce mi powiedzieć, ze moje miejsce nie jest przy męzu w rodzinie??A ja tak bardzo marzę o swoim męzu i swoich dzieciach i nie chcę z tego rezygnować. Mimo to ciesze się, ze zakonczyłam tamten chory związek, lepiej byc samej niz w tak niszczącej relacji, ale tez nie chce, zeby to bycie samej trwało wiecznie...Nadal chce wierzyc i ufac ze gdzies za rogiem spotka mnie coś naprawdę Dobrego...Tylko jak podnieść i umocnić to swoje poczucie własnej wartości, uwierzyć w siebie, w to, ze zasługuję jeszcze na Miłość, bo jak narazie nie bardzo radzę sobie z tym poczuciem pustki i beznadziei, które często dają o sobie znać, a które staram sie ukrywac pod płaszyczykiem dobrego samopoczucia...

* * * * *

Droga Ago! Po pierwsze chcę Ci powiedzieć, że bardzo się cieszę, że ten koszmar masz już za sobą. A po drugie to chciałam Ci pogratulować, że jesteś tak silną i mądrą kobietą. Bo taką decyzję nie jest łatwo podjąć i jeszcze się jej trzymać. I dlatego właśnie nie powinnaś obawiać się o swoją przyszłość. Bo swoim wyborem już udowodniłaś, że wiesz co jest najważniejsze i potrafiłaś się podnieść i żyć dalej. Teraz Twoje rozterki spowodowane są tym, że szatan się wścieka, że coś mu się z rąk wymknęło, że zerwałaś z grzechem, że żyjesz normalnie. I to on podsuwa Ci te złe myśli o niskiej własnej wartości, lęki o przyszłość. Nie daj się temu zwieść.
Najważniejsze jest to, że Jezus Ci przebaczył. A skoro tak to Ty sama też musisz sobie przebaczyć i każdy kto Cię spotka. Bo nikt nie jest większy niż Bóg i nikt nie ma prawa osądzać Cię surowiej niż On. Jestem pewna, że jak spotkasz właściwego chłopaka, który pokocha Cię naprawdę to będzie patrzył przed wszystkim na Twoją duszę. Bo przecież najważniejsze jest to jaki ktoś jest w danym momencie, jak się zmienia, jakie ma poglądy i do czego dąży. Przeszłość - choć ważna - nie może być czymś dominującym. Nie można przez jej wyłączny pryzmat kogoś oceniać. Jeśli spotkasz właściwego człowieka i będziesz się czuła akceptowana nie będziesz myślała o tym co się zdarzyło, tylko będziesz budowała relację z tym człowiekiem. Nie wypieraj się swoich marzeń o rodzinie. Są dobre i normalne. Proszę poczytaj odp. nr: 616, 961, 1070. Zajrzyj też tutaj: [zobacz]
Tam możesz poznać wielu wartościowych ludzi. Módl się też o to, by Bóg zabrał Ci te myśli, by pozwolił uwierzyć w siebie i dał Ci prawdziwą miłość. Polecam Ci też rozmowę z jakimś mądrym kapłanem. Z Bogiem!

  Michał, 17 lat
1516
02.02.2007  
Czy to jest możliwe, aby czlowiek mógł kochać bezinteresowną miłością tak jak Bóg?

* * * * *

No Michał, to z grubej rury teraz wystrzeliłeś. Tak jak Bóg to żaden człowiek nie da rady kochać bo nikt Bogiem nie jest. I tylko On tak potrafi, bo sam jest cały miłością. Natomiast człowiek do takiej miłości powinien dążyć. I te wszystkie przymioty miłości, o których pisze św. Paweł to pewien ideał. Powinniśmy starać się tak postępować - na ile potrafimy. Człowiek zawsze ma w sobie miłość własną, pewien zasób egoizmu (czasem zdrowego, czasem nie) i zawsze choć trochę będzie myślał o sobie. Oczywiście nie jest to do końca złe, czasem nawet konieczne bo pozwala - w skrajnych sytuacjach - nie zatracić się do końca, uwolnić z toksycznego związku, ratować siebie. Bo w związku trzeba samemu też być szczęśliwym, a nie tylko być szczęściem dla kogoś.
Natomiast bezinteresowność w miłości jest czymś - w większym lub mniejszym stopniu - do osiągnięcia. Przykładem są na to wielcy święci, jak choćby o. Maksymilian Kolbe czy matka Teresa.

  Marysia, 19 lat
1515
01.02.2007  
Byłam z Pawłem osiem miesięcy po czym mnie zostawił... teraz po czterech miesiącach wrócił... przez cały ten czas często się widywaliśmy.
wydaje mi się że On zbyt szybko chce żeby znów było jak kiedyś... a mi z tym troche źle bo się boje że On się za badzo nie zmienił. Przeprosił, przyznał się że tamta Jego decyzja była niedojrzała ale czy ta o powrocie jest? Może tak mu sie tylko wydaje...? boje się troche tego wszystkiego bo te trzy miesiące były dla mnie bardzo trudne. Mamy teraz oboje mature... często On chce się widzieć, a ja nie wiem jak mam mu powiedzieć że to jest dla mnie chyba trochę za szybko... cały czas coś mi nie odpowiada... ale nie chce sie za bardzo od razu zaangażować. nie wiem jak mam mu to wszystko powiedzieć... boję się ze po prostu nie zrozumie...


* * * * *

Marysiu, szczerze. Dokładnie tak jak napisałaś: że owszem, chcesz dać Wam nową szansę, ale potrzebujesz trochę czasu. Że nie jesteś jeszcze gotowa na związek, że musisz ochłonąć, przemyśleć. Że na razie proponujesz luźniejszą formę kontaktu. Mów to wszystko w pierwszej osobie, mów o swoich odczuciach, tak by nie był to atak na niego czy osądzanie jego zachowania. Twoich odczuć nie może przecież zakwestionować. To normalne, że nie czujesz się pewnie i obawiasz się, by historia się nie powtórzyła. Bądź w stosunkach z nim spokojna, uprzejma, ale bądź też szczera. Bo nie możesz robić nic wbrew sobie, byle tylko jemu było dobrze. Skoro on mógł Cię zostawić, bo tak czuł to teraz Ty masz prawo zastanowić się czego chcesz i nie musisz zgadzać się na wszystko. Pamiętaj, że w związku samemu też trzeba być szczęśliwym a nie tylko być szczęściem dla kogoś. Jeśli on zrozumie Twoje obawy, jeśli będzie na Ciebie czekał to da dowód, że jesteś dla niego ważna i traktuje Cię poważnie. Powodzenia!

  Aldona, 25 lat
1514
31.01.2007  
Bardzo dziekuję za odpowiedź na pytanie 1487.Jesli chodzi o sytuacje mojego chłopaka to jest on po rozwodzie ( ale tylko brał slub cywilny )i ma jedno dziecko- któremu w miarę możliwości pomaga. jego małżeństwo rozpadło się własnie z tego powodu że przebywał w zakładzie- jego zona wszystko załatwiła z rozowdem i zostawiła go w tej sytuacji samego- czyli mogę rozumieć, że wobec Boga jest \"czysty\' i może wziąc slub koscielny?jesli chodzi o jego postawę to moge powiedziec ze jest rewelacyjna- on ma tyle energii że wręcz mi jej dodaje, ma tyle pomysłów, planów marzeń na przyszłość i konsekwentnie krok po kroku je realizuje,( oczywiście zdarzaja się błędy, ale jak u każdego) że zastanawiam się skąd można mieć tyle optymizmu i spojrzenia pozytywnego w przyszłośc.tzn z drugiej strony wiem że ja tez dodaje mu otuchy i radości zycia....ale to wszystko dzięki Bogu!wiem to :) jeszcze zastanwiam się nad tym jak to jest gdy ktos ma ślub cywilny i jest po rozwodzie czy bez problemu może brać slub przed Bogiem?

* * * * *

Jeśli jest tak jak piszesz to owszem możecie wziąć ślub kościelny. Jeśli miałabyś jakieś wątpliwości to możesz jeszcze zapytać na Forum Pomocy www.katolik.pl albo nawet w kancelarii parafilanej. Piszesz, że ma dziecko - widzisz, musisz to mieć na względzie. Musisz obserwować jak zachowuje się wobec niego, jaki ma kontakt. To, że "pomaga w mairę możliwości" może nie wystarczyć. Musisz się liczyć z tym, że on będzie miał zobowiązania wobnec niego, że może płacić alimenty no i przede wszystkim, że będzie, nawet MUSI się nim zajmować. Czy nie będzie Ci to przeszkadzało? Teraz może nie, a po ślubie, gdy będziecie mieli wspólne dzieci, jak myślisz?
Aldono, życzę Ci trafnej decyzji, dobrego wyboru i - jeśli podejmiecie taką decyzję - owocnego przygotowania do małżeństwa. I naprawdę zapraszam na ten kurs, o którym pisałam poprzednio.

  Asia, 19 lat
1513
31.01.2007  
Mam 19 lat, ale zycie mnie nie oszczedzalo wiec w rozwoju duchowym, emocjonalnym i uczuciowym jestem juz troche dalej niz moi rowiesnicy. I tu pojawia sie moj problem. Otoz jestem bardzo samotna. Tak, mam przyjaciol, znajomych, cudowna mame z ktora moge o wszystkim porozmawiac. Ale chodzi mi o co innego. Nie o zakochanie, chwilowa fascynacje i ekscytacje jakas osoba. To juz przezywalam nieraz i wyroslam juz z tego. Pragne stabilizacji, poczucia bezpieczenstwa, ciepla, pewnosci. i nie tylko chce to otrzymywac, chce rowniez kogos tym wszystkim obdarowywac. Pragne Milosci takiej o ktorej tu czesto jest wspomniane. Rozsadnej, madrej, myslacej, dojrzalej, odpowiedzialnej. ale zdaje sobie sprawe z tego ze raczej nie moge oczekiwac tego od moich rowiesnikow...Wiadomo jak to jest.Chlopcy w tym wieku chodza na dyskoteki i "wyrywaja laski". Niedawno byla moja studniowka. Pod koniec poprosilam do tanca profesora z mojej szkoly. Fajnie sie bawilismy, potem on zaproponowal kolejny taniec. Kiedy czekalismy na nastepna piosenke caly czas trzymal mnie za reke. Nastepna byla wolna. On bardzo dobrze tanczy (uczy w-fu). Przytulil mnie do sibie i przez pare minut czulam jakby czas sie zatrzymal. Nareszcie poczulam sie bezpiecznie, cieplo.Chcialabym zeby to trwalo wiecznie. Ale studniowka sie skonczyla a ja znowu jestem sama i zyje jako 19-latnia dorastajaca dziewczyna niemajaca pojecia o zyciu...a ja chce czegos wiecej! Czy istnieje jakas szansa ze ta znajomosc sie rozwinie? Podkreslam, ze nie zakochalam sie. Nie jestem uczennica zakochana w nauczycielu i wzdychajaca za nim dniami i nocami.Wyroslam z tego.Dlatego tak bardzo boje sie komukolwiek powiedziec o tym wszystkim bo moze to zostac tak odebrane.chcialabym poznac go blizej, dowiedziec sie jaki jest.Wiem, ze jest wolny wiec mam "droge wolna". Narazie wiem tyle ze jest wesoly, dobrze tanczy i taki na luzie a jednoczesnie przeciez dorosly i powazny mezczyzna.Nie jest to przystojny ulubieniec uczennic-wrecz przeciwnie.Jest lubiany w szkole ale nie jest obiektem westchnien tak jak niektorzy nauczyciele u nas w szkole. Prosze o rade w tej sprawie, czy i jak moge dac do zrozumienia czego chce i czy wogole istnieje jakas szansa na to ze ktos odnajdzie we mnie kobiete a nie dorastajacego podlotka? Z gory dziekuje za szczera odpowiedz i pozdrawiam:)

* * * * *

Asiu! A w jakim wieku jest ten nauczyciel i co to znaczy, że "jest wolny"? Czy jest kawalerem? Jeśli tak to ok., ale jeśli pod tym pojęciem kryje się rozwód to on nie jest wolny tylko normalnie ma żonę, z którą nie żyje ale która zawsze jego żoną będzie. To tak tytułem wstępu.
Sam fakt zwiazania się z kimś starszym nie jest niczym złym. Ale: tak jak pisałam wielokrotnie nie może to wynikać z chęci odnalezienia w tym człowieku tego czego nie doświadczyliśmy od swojego ojca. Rozumiesz mnie? Piszesz o swoich życiowych doświadczeniach. Domyślam się zatem, że w domu nie otrzymałaś tyle rodzicielskiej miłości ile potrzebowałaś. Może Twój ojciec nie był dla Ciebie wzorem a może nawet wychowywałaś się bez niego. Jeśli tak było to dopadł Cię typowy syndrom "głodu ojcowskiej miłości". Polega to na tym, że dziewczyna podświadomie chce związać się z kimś starszym, by on dał jej to czego nie otrzymała od ojca. Rówieśnicy ją nudzą, denerwują, według niej nic nie wiedzą o życiu. Dlatego ktoś starszy, ustabilizowany, oczekujący czegoś więcej niż równolatek, myślący bardziej poważnie wydaje jej się wreszcie tym kto ją zrozumie. I to czasem prowadzi do tragedii, bo tacy panowie niekoniecznie traktują dziewczynę jak równrzędną partnerkę. Owszem zapewniają byt, poczucie bezpieczeństwa, stabilizację. Ale to kosztuje. Czasem zbyt dużo. Oczywiście ja tu nie podejrzewam od razu tego nauczyciela o najgorsze, ale piszę o sytuacji, która zdarza się często i chcę byś była tego świadoma. Zresztą poczytaj odp. nr: 8, 28, 87, 310, 916, 1253 . Asiu, jeśli po przeczytaniu tych odpowiedzi stwierdzisz, że te sytuacje Cię nie dotyczą, jeśli uświadomisz sobie czym jest związek z kimś starszym, jeśli on ma jasną sytuację osobistą i nadal będziesz chciała z nim być, a przynajmniej go bliżej poznać to próbuj. Jeśli masz jakiś kontakt to wykorzystaj go. W odp. nr: 3, 30, 37, 134, 411, 912 pisałam jak jeszcze można nawiązać kontakt. Szansa na to, że on będzie traktował Cię normalnie, jak kobietę a nie podlotka oczywiście istnieje. Natomiast zależy to od tego jaki on jest. I dlatego musisz go poznać żeby podjąć wolną decyzję. Traktuj go tak jak gdybyś poznawała swojego rówieśnika, nie zakładaj, że na pewno będzie dobrze, że na pewno on będzie Ci odpowiadał. Musisz wymagać od niego tego samego co od "normalnego" chłopaka. Życzę Ci właściwego rozeznania. Módl się o dobrą decyzję. Z Bogiem!

  Edyta, 18 lat
1512
30.01.2007  
Szczęść Boże. Na samym początku chciałam bardzo podziękować za poradę (pytanie nr 1411). Rozmawiałam ze swoim chłopakiem, powiedziałam otwarcie co mnie boli w jego zachowaniu. Zmienił się na chwile, ale po jakimś czasie znów zaczął do tego wracać. Nie potrafiłam dłużej tego wytrzymać. Nie miałam siły już słuchać tego i patrzeć, jak on chwilami sie zamyśla i wraca do niej myślami. Rozstaliśmy sie. Bałam się z nim dłużej być, bałam się, że w przyszłości nie uda nam się zbudować rodziny, która będzie oparta na prawdziwym uczuciu, że on będzie ze mną, ale tak naprawde to ją będzie kochał i wspominał przez całe życie. Poza tym on w pewnym sensie izolował się od Kościoła. Ważniejsze dla niego było wyspanie się niż pójście na niedzielną mszę św. Nie chcę tutaj zwalać wszystkiego na niego, bo ja pewnie też popełniałam wiele błędów. Kochałam go, ale po pewnym czasie on zaczął mnie traktować coraz bardziej obojętnie. Mówił, że chce ze mną być, ale czułam, że coś jest nie tak. Rozmowy nic nie pomagały, a jesli już to na tydzień, dwa...a potem znów wszystko wracało. Wydaje mi się, że dobrze zrobiłam rozstając się z nim, ale ciągle czuję jakieś wewętrzne rozdarcie. Byliśmy razem ok 1.5 roku. Czy mielibyśmy szanse na szczęśliwy związek? Ale z drugiej strony jak możemy być szczęśliwi skoro on odizolował się ok Kościoła, od tych wartości, którymi powinniśmy się kierować w życiu. Nie wiem co mam o tym wszystkim już myśleć. Chciałam prosić, żeby napisała Pani co o tym sądzi. Dziękuję. Z Bogiem.

* * * * *

Droga Edyto!
Doszłaś do tak mądrych i oczywistych wniosków, że nawet ja nie muszę za bardzo Ci nic pisać. Masz prawdopodobnie bardzo słuszne przeczucia. Widzisz, związek musi mieć fundament, musi mieć wspólny system wartości. Musi być wyłączny, opierać się na zaufaniu i dawać oparcie. Tych elementów u Was zabrakło. Ty sama mimo najszczerszych chęci nie dałabyś rady pociągnąć tego wszytskiego. Może starczyłoby Ci siły jeszcze na 2, 3 miesiące. A potem byłoby coraz większe zmęczenie, sfrustrowanie, rozczarowanie i poczucie osamotnienia i braku oparcia z jego strony. To co piszesz o jego obojętności świadczy też jednoznacznie. On przecież po rozstaniu o Ciebie nie walczył, prawda? Nie protestował gdy chciałaś odejść? Nie ocknął się i nie obiecywał poprawy i budowy od nowa? A skoro nie to znaczy, że on faktycznie miał jeszcze serce zajęte tamtą dziewczyną. I w takim stanie nie powinien budować związku z Tobą. To, że czujesz się nieswojo to całkiem normalne. W końcu 1,5 roku uczestniczyliście w swoim życiu. To nie takie proste nagle przestać kochać, nawet jeśli zostaliśmy zranieni. Jeśli mogę Ci w czymś pomóc to polecę Ci odp. nr: 80, 526, 653, 825 - o tym jak radzić sobie po rozstaniu.
Daj sobie czas, pozwól sobie na żal, na emocje. Musisz dojść do siebie.
Widzę jednak, że idziesz w dobrym kierunku i jesteś silna. I dlatego masz szansę na to, że Twój kolejny związek będzie szczęśliwy. Bo wiesz co jest najważniejsze. Z Bogiem!

  Marysia, 23 lat
1511
30.01.2007  
Witam bardzo serdecznie,moje pyt brzmi: na czym polega poznawanie chłopaków i wybór tego właściwego?w praktyce wydaje mi sie to mało możliwe, bądź takie jakieś krzywdzące.A może to chodzi o poznanie kogoś przed pójściem na randkę?tak po prostu podczas spotkań towarzyskich ze znajomymi? z drugiej strony wiadomo, nie zawsze są takie możliwe...i jeśli jestem powiedzmy na etapie poznawania,to chyba nie powinnam umawiać się z kilkoma chłopakami? bo skoro to randka, to chyba z góry zakładamy, że z nikim więcej sie nie umawiam...nie wiem, czy jasno wyraziłam swoje wątpliwości ale z gory dziekuje za odpowiedz

* * * * *

Poznawanie chłopaków polega na tym samym co poznawanie każdego innego. Chodzi o zobaczenie jaki ktoś ma system wartości, poglądy, jak się zachowuje, jaki jest po prostu. Odbywa się to poprzez przebywanie z tą osobą, rozmowę z nią, obserwowanie jak zachowuje się na co dzień. Do tego potrzebny jest kontakt. Jeśli znamy kogoś ze szkoły, ze wspólnoty, przez znajomych to jest to trochę ułatwione bo możemy obserwować go niejako z zewnątrz i bardziej obiektywnie, bez emocji do niego podchodzimy. Jeśli zaś wcześniej tego kogoś nie znaliśmy to faktycznie jestesmy w troszkę bardziej stresującej sytuacji. Naturalnie należy się w takim wypadku umawiać. Tylko, że ja tych pierwszych spotkań nie nazwałabym jeszcze randką. Dlaczego? Dla mnie randka to spotkanie z kimś kogo już darzę jakąś sympatią, z kim mam nadzieję się spotykać lub już spotykam. Jeśli zaś kogoś widzimy po raz pierwszy to takie spotkanie nie ma charakteru randki. Inny jest bowiem "status" spotykających się, na razie są to po prostu znajomi. I wtedy jak najbardziej możliwe jest umawianie się z różnymi osobami. Wyłączność dotyczy relacji już bardziej "zaawansowanej", kiedy już z kimś konkretnym jesteśmy. Gdyby było inaczej to musielibyśmy poświęcać dużo czasu wyłącznie jednej osobie i dopiero po jej poznaniu i podjęciu decyzji o tym, że jednak nie chcemy z nią być moglibyśmy spotkać się z kimś innym i porozmawiać na kawie. Więc tutaj nie powinnaś mieć obiekcji.
Co do wyboru tego właściwego. Tu nie można dać jednoznacznej, krótkiej rady. Po prostu trzeba wiedzieć czego się chce, mieć taki swój wizerunek tego człowieka. I poprzez jego poznawanie weryfikować. Naturalnie te wymogi muszą być realne. Jako pomoc mogę polecić Ci ten artykuł: [zobacz] oraz artykuł, który już wkrótce ukaże się na stronie w dziale "Miłość" dotyczący oczekiwań wobec siebie w związku.

  KINGA, 11 lat
1510
30.01.2007  
Istnieje pwien chłopak którego kocham już od 4 lat.Niestety on mnie nie kocha, jesteśmy przyjaciółmi.Raz z nim chodziłam ,ale zdawało sie jak byśmy wcale ze sobą nie chodzili tylko nadal byli przyjaciółmi.Nie wiem co o tym myśleć , już się z nim całowałam,ale przecież ludzie zaprzyjaźnieni ze sobą sie nie całują.Już próbowałam o nim zapomnieć ,ale to na nic.Chodze z nim do tej samej klasy i nawet mieszkam niedaleko niego , więc tródno mi o nim zapomnieć.Prosze was o jakieś rady może jest jakiś sposób na to by mnie pokochał.Mam 11 lat i czuje że to jest prawdziwa miłość i nich mi nikt nie mówi że na miłość jestem za młoda.Prosze jeszcze raz o rade. Gorąco dziękuje tym którzy chcą mi pomóc. :) ****

* * * * *

Jeśli uważasz, że kochasz naprawdę to naturalnie dobrze wiesz, że podstawą miłości jest przyjaźń, prawda? Nie muszę Ci nawet tego pisać, bo na pewno wiesz o tym. A skoro tak to wspaniale, że potraficie się przyjaźnić i przez to budować taki solidny fundament miłości. Dlatego rozwijacie tą przyjaźń. Jeśli będziecie potrafili w niej wytrwać i jeśli jest ona prawdziwa to przetrwa i z czasem przekształci się w coś więcej.

  Kasia, 21 lat
1509
30.01.2007  
Witam po raz kolejny!/m.in.pyt.1206, 1220/ Mój chłopak na Świeta wyjechał znowu za granicę do Mamy.Właśnie dzisiaj wrócił.Wrócił z samego rana, a ja się z Nim jeszcze nie spotkałam:`( Jest mi tak strasznie źle:`( Ostatnio bardzo często dochodziło między nami do sprzeczek, nieporozumień, często mielismy różne zdanie na dany temat i żadne nie chciało pójść na kompromis:( Wiem, jak się rzucałam, kiedyKtokolwiek mi mówił że to nie jest czas na miłość /przynajmniej dla Niego/, pamiętam jak byłam pewna że to On, właśnie on jest tym, na którego czekałam całe życie...Wszystko doskonale pamiętam!a co się teraz z tym stało???Ja chce czasu, chcę żeby On dojrzał,żeby osiagnął chociażby wiek pełnoletności, ale On tego nie chce słuchać.A boje sie ze jesli postawie sprawe na ostrzu noza i poprostu odejde to On zrobi sobie krzywde/ taki sposob rozwiazywania problemow dał Mu przeciez tata, kiecdy popelnil samobojstwo:`(/
On Zgadza się na wszystko o co poproszę, żeby tylko być ze mną...Wiem, ze jest w stanie wiele dla mnie poświecic/ co nie koniecznie sprawia mi radosc.../ ale ja??? Nie chcę Mu nawet mówić "Kocham"...bo nie czuje takiej potrzeby:`( I ciagle Go tym ranię:( Jest dla mnie bardzo wazny, wie o mnie wszystko, dzięki Niemu juz 104 dni trwam w czystości, jest zawsze w poblizu kiedy potrzebuje pomocy/raz nawet o 22 wstal z lozka bo napisalam Mu ze ktos chcial wejsc do mojego domu, a bylam sama.../ Mnostwo dziewczyn pewnie marzy o takim facecie,a ja nie potrafie wykorzystac szansy ktora mam...Strasznie sie pogubilam...Podobno milosc to dazenie do szczescia kochanej osoby...Ja z calego serca chce zeby on byl szczesliwy!!!To moje wielkie marzenie!!!Nie chce widziec Go smutnego, zmartwionego...Wiec czy to jest milosc????Prosze o jakies obiektywne spojrzenie na ta sprawe!
Dziekuje ze jestescie:)


* * * * *

Kasiu, ale ja nie bardzo rozumiem z czym konkretnie masz problem. Czy chodzi o sprzeczki czy o to, że nie jesteś pewna uczucia? Bo piszesz, że chcesz czekać do jego pełnoletności, a on nie chce o tym słyszeć. Ale o czym nie chce słyszeć, na co nie chce czekać? Bo nie bardzo rozumiem. Przecież ożenić się z Toba jeszcze nie może. Czy chodzi o czystość? O tym Ci już pisałam.
Kasiu, on jest dużo młodszy, przez to bardziej gwałtowny. Dla niego wszystko jest prostsze, bo on nie patrzy tak szeroko w przyszłość jak Ty. Żyje bardziej chwilą i wydaje mu się, że zawsze będzie tak jak teraz. Ty jesteś ostrożniejsza. I słusznie. Kasiu, podjęłaś ryzyko i dałaś mu szansę. Pozwalasz mu dojrzewać będąc z Tobą. Nie możesz jednak zgadzać się na wszystko na co on ma ochotę. Stawiaj granice i wymagaj, nie bój się, że zrobisz mu przykrość, bo tu chodzi też o Twoje życie. Rozumiem, że masz opory przed mówieniem "kocham" - widzisz teraz zrozumiałaś, że to nie takie proste. Nie zmuszaj się do tego. Tłumacz mu to co czujesz, mów jak Ty widzisz przyszłość. Rozmawiaj z nim dużo, przedstawiaj swój punkt widzenia. Bądź sobą i - jeśli zależy Ci na nim - bądź cierpliwa. On po prostu nie jest jeszcze na takim etapie jak Ty. Jeśli chcesz na niego czekać musisz być cierpliwa i tłumaczyć mu wiele rzeczy. Ale naturalnie nie zmuszać się do niczego. Tak, miłość to dążenie do dobra drugiej osoby. Ale to dobro nie zawsze oznacza uśmiech na twarzy. Czasem w imię dobra trzeba wymagać, trzeba zostawić komuś czas do przemyślenia, czasem czegos odmówić. A czasem nawet odejść. Naturalnie ja Ciebie nie namawiam do rozstania. Natomiast jeśli - z jakichś względów- byś się na nie zdecydowała to nie miej z tego powodu wyrzutów sumienia, bo - tak jak Ci napisałam - tu chodzi też o Twoje życie. On nie może Ci ani grozić samobójstwem, ani Cię szantażować, a gdyby to robił to należy zawiadomić kogo trzeba a nie trwać w czymś tylko z tego względu.
Kasiu polecę Ci jeszcze nasz artykuł który niedługo ukaże się na stronie w dziale "Miłość" na temat oczekiwań wobec siebie w związku, może Ci to to pomoże. Z Bogiem!

  Małgosia, 17 lat
1508
30.01.2007  
Kiedy dwa lata temu poznałam Go byłam najszczęśliwszą osobą na świecie. Zaczęliśmy chodzić ze sobą dość szybko (niespełna miesiąc po tym jak się poznaliśmy). I jak to zwykle bywa na początku było po prostu bajecznie, nie wyobrażałam sobie wówczas, że mogłoby się coś między nami popsuć. (muszę tu wspomnieć, że mieszkaliśmy w oddzielnych miastach, oddalonych od siebie o ok 35 km). Tak więc nasze kontakty były dość sporadyczne. Przyjeżdżał co tydzień, jednak najwięcej rozmawialiśmy przez gg. I trwało to około miesiąc... później nastąpił taki dziwny okres gdzie przestaliśmy sie do siebie oddzywać... tzn on przestał się oddzywać... nie odpowiadał na moje @ ani na wiadomości na gg... nic, nie miałam pojęcia co się dzieje, kiedy juz powoli dochodziłam do siebie po tym, nagle się odezwał, było to po dwóch miesiącach. Zagadał do mnie na gg jakby nic się nie stało... kiedy pytałam dlaczego sie nie oddzywał podawał jakieś usprawiedliwienia... wg mnie śmieszne...No ale cóż... spotkaliśmy się po jakimś tygodniu na pewnym wyjeździe i tam wszystko się zmieniło... wiem, że mnie strasznie zranił ale nie potrafiłam przestać myśleć o Nim, postanowiłam, że zaryzykuję i zaczęlismy sie spotykać znowu... wtedy był to dla mnie najszczęśliwszy okres w życiu, byłam pewna że podjęłam właściwą decyzję, tym razem spotykaliśmy się 3 miesiące i później znowu to samo... zero kontaktu, tym razem już nie wytrzymałam i kiedy tylko spotkaliśmy się na wspólnym wyjeździe to zerwałam z nim. Powiedziałam mu wtedy jak bardzo mnie zranił... z jego ust usłyszałam tylko tyle że wie, ze zrobił źle... i tyle... rozstaliśmy sie kulturalnie... i choć czułam, ze zrobiłam dobrze, to na duszy źle sie czułam... było mi okropnie ciężko. Powoli udawało mi sie o nim zapominać. Po pewnym czasie spotkałam fantastycznego chłopaka, spotykałam się z nim 5 miesięcy, jednak mimo, iż wydawało mi sie wówczas że go kochałam, teraz wiem, że oprócz sympatii nic więcej do niego nie czułam... może na początku trochę zauroczenia... Łapałam sie też na takich sytuacjach, że dość często porównywałam go do byłego i to nawet wtedy gdy się całowaliśmy myślałam o Nim, nie potrafiłam wygnać go całkiem z myśli... bo choć mieszkamy od siebie dość daleko to spotykamy sie dość często na różnych biwakach. I tak minęło 1,5 roku. Szczerze przyznam, że tak naprawdę to nigdy nie sądziłam, że do niego wrócę... wydawało mi sie że nie jestem zdolna do tego, żeby wracać do kogoś, kto dwa razy zawiódł moje zaufanie... jednak stało się... potoczyło się to naprawdę błyskawicznie i od 3 tygodni znów jesteśmy parą... i naprawdę cieszę się z tego, że jesteśmy razem, jednak znowu boję się odrzucenia, boję się, że znów mnie opuści nie mówiąc słowa, nawet jego słowa, że to był jego największy błąd, że wtedy tak postąpił, że nigdy nie chce już tak zrobić, że jestem dla niego kimś naprawdę wyjątkowym nie potrafią zagłuszyć tych moich myśli ;( Wiem, że rozmowa jest najlepsza w takim wypadku i rozmawialiśmy już ze sobą o tym, jednak on nie wie tego, że dalej czuję się niepewnie... ja chyba nawet boję mu się to powiedzieć... Zdaję sobie z tego sprawę, że teraz jesteśmy już dojrzalsi, więcej rzeczy się rozumie, inaczej się patrzy, ale ta cholerna intuicja podpowiada mi, że może po raz kolejny moze być tak jak kiedyś... tyle, ze ja tego nie chcę, pragnę z nim nadal być, staram się jak mogę... ale nie wiem czy te moje starania wystarczą za nas obu, czy On znów nie zrezygnuje... Proszę poradźcie, powiedzcie czy dobrze zrobiłam, czy mam mu powiedzieć o swoich lękach... i jak mam z nim rozmawiać, żeby nie zranic nas obu... jak narazie między nami jest w porzadku... I wiem jedno anpewno... ja po prostu Go Kocham.

* * * * *

Małgosiu! Nikt Ci niestety nie może powiedzieć czy dobrze zrobiłaś, bo nikt tego nie wie. To pokaże życie. Rozumiem Twoje obawy, też bym się na Twoim miejscu bała, bo skoro dwa razy Cię tak potraktował to ryzyko, że zrobi to po raz trzeci oczywiście istnieje. Naturalnie, jest nadzieja, że przez ten czas dojrzał.
Wiesz, najistotniejsze jest to DLACZEGO on się tak zachował. Bo tego Ci nie wyjaśnił. Owszem, przyznanie się do błędu było ważne, ale nie znasz przyczyn. Gdybyś znała mogłabyś temu zapobiec albo podjąć inną decyzję.
Czy powinnaś z nim rozmawiać? Oczywiście! Ty przy nim musisz czuć się bezpiecznie. Nie możesz żyć w zawieszeniu i stresie. Jeśli coś budzi Twój niepokój to mów o tym. Może teraz z perspektywy czasu będzie potrafił wyjaśnić swoje zachowanie?
Małgosiu, podjęłaś ryzyko. Wiesz o tym. Teraz czas pokaże jak będzie dalej. Pamiętaj, że do budowania związku potrzebne jest zaufanie. Trzeba być pewnym drugiego człowieka, wiedzieć, że mozna na nim polegać. To zaufanie buduje się w codziennych sytuacjach i poprzez dialog. Tylko tak można się poznać i podjąć decyzję czy chcemy być z tym człowiekiem. Obserwuj chłopaka, rozmawiaj z nim, poznawajcie się, budujcie zaufanie. Módlcie się wspólnie o rozeznanie charakteru Waszej relacji - taka modlitwa jest zbawienna dla związku. Życzę Wam powodzenia!

  Marta, 15 lat
1507
30.01.2007  
[z nawiązaniem do 1440] Na propozycję spotkania reagował naturalnie, często to on proponował spotkania, a jak dochodziło co do czego... A zresztą do niczogo nie dochodziło. Chciałabym Pani bardzo podziękować, bo w końcu przestałam się oszukiwać i wmawiać sobie to, czego nigdy nie było...

* * * * *

No przykro mi, że tak się to skończyło, ale chyba lepsze to niż życie na takiej huśtawce. Życzę Ci spotkania tego, kto będzie traktował Cię poważnie. Z Bogiem!

  Ania, 20 lat
1506
29.01.2007  
Witam!stronke dostalam od kolezanki ktora powiedziala mi ze znajde tu pomoc!Otoz moj problem polega na tym ze osoba ktora bardzo kocham juz od ponad 2 lat powiedziala mi ostatnio ze ona juz mnie nie kocha!przezylam to bardzo!ciezko mi jest z dnia na dzien coraz bardziej!mam z nim kontakt bo razem wynajmujemy mieszkanie na studiach wiec jakby nie bylo jestesmy skazani na sibie w pewnym sensie!zaczelo sie od tego ze moje zachowanie zaczelo go draznic ale nie bylo to spowodowane tym ze moje przyzwyczajenia mu sie odpowiedaly moze raczej o to ze bylam zazdrosna bo wczesniej zdradzil!przedtem jak zamieszkalismy razem spedzailismy naprawde duzo czasu razem!bylismy razem nawet przez 3 miesiace w anglii!i w grudniu powiedzial mi ze nie chce byc ze mna bo juz nie czuje do mnie tego co wczesniej!a ja naprawde chcialabym zeby nam sie ulozylo!zalezy mi na nim i moge posciecic wiele ale napewno nie wszystko!nie wiem jak mam sie zachowywac zeby polepszyc nasze stosunki,nie wiem jak mam z nim rozmawiac!Nie wiem co mam robic!zalamuje sie powoli....

* * * * *

No widzisz, bo miłość to nie jest ani uczucie ani zakochanie. Jeśli ktoś tego nie wie, jeśli "jedzie na uczuciach" to gdy one słabną wydaje mu się, że już nie kocha. Pisałam na ten temat obszernie w odp. nr: 15, 905, 19 oraz tym artykule: [zobacz], proszę przeczytaj. Najwyraźniej Twój chłopak pomylił te dwa pojęcia. Ogromnie dużo złego spowodowało Wasze zamieszkanie razem - po co? On zobaczył, że ma Cię na wyciągnięcie ręki, że nie musi się starać. Jak sama piszesz - "zaczęło go drażnić Twoje zachowanie". Hmm, a co konkretnie go tak rozdrażniło? To, że widzi Cię zmęczoną, że coś od niego wymagasz, że musi coś zrobić? Tego, że masz czasem zły humor? To, co piszesz o zdradzie już całkiem dyskwalifikuje go jako osobę z którą można tworzyć związek i niestety potwierdza, że nie kochał naprawdę. Czy naprawdę oczekiwał, że przejdziesz nad zdradą do porządku dziennego? Gdy kochamy to pragniemy przede wszystkim dobra dla drugiego człowieka, szanujemy go i jesteśmy wierni. Natomiast czytając Twój list nabieram nieodpartego wrażenia, że dla niego związek z Tobą i zamieszkanie razem było tylko chęcią posiadania Ciebie i zaspakajania swoich egoistycznych zachcianek. Nie wytrzymał próby i wybrał łatwiejsze rozwiązanie. Widzisz, do miłości nikogo się nie zmusi. Rozumiem, że chcesz z nim być, ale zgadzam się z Twoim bardzo ważnym stwierdzeniem, że poświęcić można wiele ale nie wszystko. Tak, bo nie można dla nikogo poświęcać zasad i zgadzać się na każdą rolę. Trzeba też myśleć o sobie, mieć szacunek do siebie i wymagać go od innych. Bo w związku samemu też trzeba być szczęśliwym a nie tylko być szczęściem dla kogoś.
Współczuję Ci. Jeśli oczekujesz porady to po prostu po pierwsze wyprowadź się. Po drugie: przeczytaj odpowiedzi i artykuł, który Ci podałam i na przyszłość pamiętaj, że miłość to decyzja, nie uczucie. Gdy kogoś poznasz to wymagaj od niego. Szacunku i wierności. Nie ulegaj tak łatwo i nie oddawaj samej siebie. Po trzecie: nie zgadzaj się na współżycie przed ślubem (zgaduję, że ten element też u Was wystąpił). O tym dlaczego poczytaj w tym artykule: [zobacz]. I po czwarte: proszę przeczytaj odp. nr: 80, 526, 653, 825. Tam pisałam jak radzić sobie po rozstaniu, jak leczyć zbolałą duszę.
Módl się, by Bóg uleczył Twoje serce i dał Ci poznać kogoś kto pokocha Cię prawdziwie. Z Bogiem!

  Sawanka, 17 lat
1505
29.01.2007  
Witam :)
Mam kolege Maćka którego poznałam 3 miesiące temu na oazie. Zaprzyjaźniliśmy sie dośc szybko, czasem rzcały sobie nawet jakieś sympatyczne podteksty itd. Dodam że przez ten cały czas i nadal mam chłopaka Szymona który akceptuje moja przyjaźn z Maciejem :) Jednak po jakimś czasie z mojej strony ta przyjaźń zaczeła zmieniać się w coś więcej ... i jednoczesnie w tym samym czasie Maciek powiedział mi że na początku znajomości myślał że będzie z tego coś więcej niż przyjaźn. Na początku.. nie wiem co myśli teraz . Odsuwam sie od mojego chłopaka ale jednoczesnie nie zblżam sie do Macka bo nie chce ranić ani jednego ani drugiego. Wiem że pani nie wymyśli żadnego złotego środka bo ważne są moje uczucia. Jednak nie potrafie sobie z tym poradzić. Pisze bo potrzebuje zdania dorosłej osoby trzeciej . I dobrego słowa :) Modlę się za panią co dzień :) Pozdrawiam.


* * * * *

A czy Maciek wiedział, że masz chłopaka? Jeśli tak to na jakiej podstawie liczył, że będzie to coś więcej niż przyjaźń? Jeśli nie to faktycznie ma prawo czuć się oszukany. Nie bardzo też rozumiem dlaczego wchodziłaś w relację przyjaźni z Maćkiem mając chłopaka (znajomość tak, ale przyjaźń to już poważna relacja. A przyjaźń z osobą płci przeciwnej jak wielokrotnie pisałam rzadko pozostaje faktycznie przyjaźnią, zwykle jedna lub druga strona zaczyna właśnie "czuć coś więcej" - z tym powinnaś się liczyć)? Nie bardzo też wiem czemu na taki układ godził się Twój chłopak. Bo oczywiście, związek nie polega na tym, że jest się zamkniętym na innych, ale przyjaźń jednej ze stron powinna dopuszczać do niej drugą stronę, tzn. powinniście się (przynajmniej od czasu do czasu) spotykać w trójkę. Inaczej robi się właśnie taki nieciekawy układ. I właśnie Wasz błąd polegał na tym, że to TY się przyjaźniłaś z Maćkiem, a nie WY się z nim przyjaźniliście, czyli ten układ pozostawał zamknięty na Twojego chłopaka.
Generalnie znalazłaś się w nieciekawej sytuacji, niestety przez własną lekkomyślność. Teraz każdy ruch spowoduje czyjeś zranienie. Tak czy inaczej trzeba jakoś z tego wyjść. Musisz odpowiedzieć sobie na pytanie czego chcesz tak naprawdę i to nie tylko co czujesz tylko czego chcesz, do czego dążysz (bo to różnica). Przemyśl swoją relację z chłopakiem i uczciwie postaw sprawę. Nie każ mu się domyślać i nie zniechęcaj go do siebie poprzez odsuwanie się w nadziei, że się zniechęci. On też ma uczucia. Potrzebujesz teraz czasu dla siebie, by podjąć obiektywną decyzję, bez żadnych nacisków. Gdy już będziesz wiedziała porozmawiaj z chłopakami szczerze. Módl się też o rozeznanie. Życzę słusznych decyzji!

p.s. Za modlitwę bardzo dziękuję :)

  Marysia, 22 lat
1504
27.01.2007  
Witam,
moje pyt dotyczy tego, czy zawsze jesteśmy zobowiązani do powiedzenia swojemu partnerowi o wcześniejszych relacjach intymnych?
jesli moj partner uważa,że to sprawa mojego sumienia, do rozwiązania między mną a Bogiem ( jest to przecież sprawa grzechu) a Bóg mi moje grzechy wybaczył w sakramencie pokuty, to czy muszę o tym mówić partnerowi?
dziękuję i pozdrawiam


* * * * *

Ha! Podchwytliwe pytanie. A może chłopak chce coś ukryć? Może nie chce wiedzieć nic o Tobie bo sam nie jest dumny ze swojej przeszłości i chciałby ją ukryć? Generalnie sprawa grzechu to rzeczywiście sprawa między mną a Bogiem. Nie wyobrażam sobie jednak, by ludzie którzy traktują siebie poważnie, może nawet decydują się na małżeństwo nie powiedzieli sobie szczerze o przeszłości w tej sferze. Naturalnie, tu nie chodzi o niezdrową ciekawość, intymne szczegóły, ale o niezatajanie faktów, które mogą mieć wpływ na ich relacje. Mąż odkryje, że jego żona nie jest dziewiucą i noc poślubna zamieni się w koszmar. Kobieta wyczuje, że mężczyzna miał poprzednio partnerki bo będzie np. świadomie bądź podświadomie oczekiwał od niej pewnych zachowań czy sam do nich dążył. Może tu dochodzić (i to jest chyba najgroźniejsze) porównywanie. A to jest niszczące dla relacji, bo każdy jest niepowtarzalny, ani lepszy ani gorszy. Nie mówię już o samej kwestii jakichś chorób, już niekoniecznie wirusa HIV, ale choćby chlamydii czy grzybicy. No naprawdę to się może zdarzyć i konieczne jest by o tym wiedzieć! A więc pozostaje pytanie o co tak naprawdę chłopakowi chodzi. Jeśli wie np. że już z kimś byłaś ale nie chce znać szczegółów bo go to może rani to ok., ale jeśli nie chce wiedzieć CZY w ogóle z kimś byłaś to ja bym się zaniepokoiła bo to może oznaczać, że sam chce coś ukryć.

  M, 21 lat
1503
27.01.2007  
Na początku chciałabym powiedzieć, że Cię podziwiam Kasiu. Potrafisz wspaniale podejść człowieka.. Nie potępiając go, ale pokazując mu dobąrą drogę.
Długo się zastanwiałam się czy mam tu napisać, ale postanowiłam, że tak.. Może moim świadectwem pomogę też innym osobom.
Od pół roku jestem w związku z osobą, która uważa się za niewierzecą. Uważa to za wstyd. Tak naprwadę poznając go doszłam do wniosku, że tak naprwadę wierzy. Jak go poznałam ponad rok temu.. Nie chodził do Kościoła ( nie ma przykładu z domu), bluźnił itd. A jednak coś mnie do ciągneło.. Lubiałam jego towarzystwo.. był starszy, mądrzejszy, inteligentniejszy.. Przyszedł czas, ze postanowiłam być jego dziewczyną ( zaryzykowałam) Bałam się i boję się do tej pory.. Ale ryzyko się opłaciło. Akceptowałam to , że jest "niewierzący" i On czuł się wspaniale, że jest akceptowany.. i co za tym idzie.. zaczął się zmieniać.. Powoli, ale tak.. jak byliśmy razem na wakacjach poszedł ze mną do Kościoła - zrobił to dla mnie, ale go to zaciekawiło. Był też ze mną w kinie na filmie o Papieżu, to go ruszyło.. i wtedy pierwszy raz wyznał, że jest wierzący.. Poruszyły go też audycje ks Piotra.. do tego stopnia, że zrobił rachunek sumienia i postanowił iść do spowiedzi ( pierwszy raz w życiu !)
Nie mówię, że jest łatwo.. Ale jeśli mogę coś poradzić. Najważniejsza jest akceptacja. Nie mozna też oczekiwać, że taka osoba się zmieni.. Ale warto się modlić i mieć nadzieję. Przedemną i moim ukochanym jeszcze daleka droga.. Ale i tak uważam to już za cud.
Moi rodzice nie akcepetują tego związku, bo On jest niższy ode mnie.. Co uważam za bezsens.. Ludzie starsi ode mnie, a tak patrzą źle? nie wiedzą o Jego stosunku do Kościoła i Boga. A jednak go nie akceptują. Ostatnio w domu mam cięźko.. mama namawia mnie do powrotu do poprzedniego chłopaka, a tata wcale się nie odzywa..
czuje się też podobnie, jak dziewczyna z odpowiedzi nr 1477. też czuje się tą kolejną.. choć mój chłopak też nie współżył z żadną dziewczyną.. I jest dumny, że ma dziewczyne dziewice. jego poprzednie dziewczyny, już nie były..
Ale ja czuje się to kolejną.. na początku strasznie się bałam, że mnie zostawi, bo oN może mieć każdą dziewczynę.. A jednak wybrał mnie.
Dzięki Niemu czuję się kobietą, to On mówi mi często, że jestem piękna i inteligentna.. Dzięki niemu stałam się bardziej odważniejsza, pewniejsza.. i silniejsza psychicznie. A On zaczał być szczery, nie spotykać się z paroma dziewczyny jednocześnie i zaczyna zyć po chrzescijańsku, przestał pić alkohol ( czasami potrafił się upić ). Chyba oboje sobie pomogamy..
Wiem, że przed nami trudna droga.. Może ma Pani dla mnie jakieś rady?


* * * * *

Dziękuję za to świadectwo. Oczywiście zgadzam się z Tobą, że w takim związku najważniejsza jest akceptacja i nie oczekiwanie na to, że ktoś się zmieni. Jeśli się zmieni - wspaniale, ale nie można robić takiego założenia. Najważniejszy w tym przypadku jest własny przykład - Ty go dajesz, żyjesz według swoich zasad i to właśnie jest dla niego zapewnieniem, że warto tak żyć, że to jest wartościowe. Przybiera to formę zaciekawienia, ale z czasem może przerodzić się w potrzebę życia tak jak Ty. I tak trzymaj. Ważne byś była sobą i nie rezygnowała z wyznawanych wartości, bo dziewczyny, które tak robią tracą podwójnie: i swoje zasady i możliwość rozwoju wiary u chłopaka. Co do czucia się tą kolejną: moja Droga, jeśli Twój chłopak zachował czystość to tym bardziej nie masz podstaw by czuć dyskomfort. Po prostu gdy kogoś poznajemy to nie wiemy, że to nie jest ta osoba i po prostu próbujemy. To naturalne. Potraktuj doświadczenia chłopaka jako pewne bogactwo, bo dzięki niemu uniknął zapewne paru błędów w zwiazku z Tobą. Widzisz, gdyby wychodzić z takiego założenia, ze najpiękniejsze są związki gdzie oboje są dla siebie pierwszymi to mój mąż powinien całe życie być nieszczęsliwy, a ja powinnam mieć poczucie winy - bo wcześniej kogoś miałam. A tak nie jest, bo w chwili gdy jesteśmy szczęśliwi z tą osobą o poprzednich się po prostu nie myśli. To zamknięty rozdział.
Generalnie widzę, że dużo rad Wam nie potrzeba, staracie się bowiem zaspakajać swoje potrzeby i wspólnie dojrzewacie i zmieniacie się. A to jest w związku bardzo ważne: takie dojrzewanie, nabieranie pewności, rozwijanie pozytywnych cech. Mogę Ci tylko polecić nasz artykuł, który już na dniach ukaże się w dziale "Miłość" dotyczący wzajemnych oczekiwań wobec siebie w związku.
Bądź silna, żyj wiarą, módl się. Wasz związek może być trudniejszy, ale ten trud nada mu szczególne piękno jeśli będzie Was to umacniać i rozwijać w Was umiejętności kompromisu, dialogu, dostosowywania się do wzajemnych potrzeb. Powodzenia!

  Klara, 19 lat
1502
27.01.2007  
Szczęść Boże! Od zawsze Bóg "był" w moim życiu na 1 miejscu, zawsze najpiękniejszy i najlepszy. Byłam pewna swej czystej miłości do Niego oraz Jego do mnie. To się poprostu czuje w sercu. Po pewnych ciężkich przeżyciach Jego wartość w moim życiu wzrosła. Wiedziłam już, że chcę żyć dla Niego, choć niemyślałam wtedy o żadnej drodze. Całe "zamieszanie" zaczęło się kiedy mój brat poszedł do seminarium. Byłam wówczas pewna, że TA droga napewno nie jest dla mnie, upierałam sie co do tego wszem i wobec (oczywiście z wielkim szacunkiem do sióstr). Poprostu czułam, że tam napewno Bóg mi miejsca nie szykuje. No i od tego momentu zaczęły się dziać w moim życiu naprawdę dziwne rzeczy. Otóż niedługo po tym poznałam chłopaka, chodziłam z nim krótki czas bo niebyłam pewna swoich uczuć do niego. I niespodziewanie cała sprawa skończyła się bardzo niemiło, on zranił mnie, a ja jego chyba tym odejściem. Wówczas postanowiłam sobie, że potrzebuje czasu, by po tym ochłonąć i oddałam się swoim sprawom, żeby uspokoić się wewnętrznie. O kolejnym związku niebyło oczywiście mowy. Niedługo po tym spotkało mnie parę ciężkich sytuacji w szkole, które tak dogłębnie mnie dotknęły, że się załamałam całym przebiegiem spraw. Lęk zapanował w moi życiu niespotykany. Nawet sprawy duchowe zaczęły mi przychodzić z trudnością. To wszystko sprawiło, że zaczęłam przez pewien czas chodzić na taką jakby rehabilitacyjną grupę. Próbowałam za wszelką cenę znaleźć wytłumaczenie swego stanu ducha oraz tych trudnych wydażeń w moi życiu. W sumie od tego stałam się chyba jeszcze bardziej przwrażliwiona na otoczenie... "Tym sposobem" zaczęłam na poważnie zastanawiać się nad zakonem. Poprostu nagle w tym zgiełku narodziła się we mnie taka myśl. Tylko, że tak jak kiedyś cały świat ścielił mi drogę w tym kierunku, a ja się zarzekałam, tak teraz cały świat staje oporem a ja jakby niewidzę innej piękniejszej drogi. Problem w tym jednak, że po tych niepowodzeniach w sprawach sercowych, w życiu między ludźmi i w sprawach duchowych... nie jestem pewna czy i na tej drodze "nie dam plamy". Nawet niewiem czy jeszcze Go kocham i czy wogóle powinnam o tym myśleć, skoro mam trudności w swojej, kiedyś tak pięknej i pewnej, wierze. Niewiem czy powinnam wszystko zostawić swojemu biegowi, czy też szukać gdzieś pomocy.... Mam nadzieję, że wasza rada da mi jakieś światło w tej sprawie.

* * * * *

Droga Klaro! Być może Pan właśnie w ten sposób Cię woła... Nasz rada jest taka: pojedź na jakieś rekolekcje powołaniowe. Tam odkryjesz czy to właściwa droga, czy to jest to czego naprawdę pragniesz. Porozmawiaj z jakąś siostrą "na żywo". Niektóre zakony proponują np. kilkudniowy pobyt, żeby zapoznać się z ich życiem. To do niczego Cię nie zobowiązuje a na pewno pomoże Ci rozeznać. Poczytaj też świadectwa w dziale Powołanie na tej stronie. Są też książki zawierające takie zbiory świadectw. Poszukaj w wyszukiwarce. I módl się oczywiście. Jeśli Bóg chce Cię mieć dla siebie to bądź spokojna, na pewno wskaże Ci drogę. Życzę Ci dobrego rozeznania!

  Ulka, 18 lat
1501
27.01.2007  
Na wakacjach jak byłam u brata poznalam chlopaka ktory od poczatku mi sie spodobal choc byl mlodszy odemnie o rok.Bardzo czesto przyjezdzal do mojego brata dlatego tez czesto z nim rozmawialam.Wszyscy mowili ze on nie zainteresuje sie taka jak ja.Rano bylam szczesliwa bo z nim sie widywalam a wieczorami łapalam doła.Niedługo potem wszyscy pojechalismy do miasta,przez cały czas bylam z tym chlopakiem.Wieczorem tego dnia stalismy sie parą.Bylismy nierozłaczni ale on musial wyjechac z rodzicami do rodziny na 2 tyg.Czekalam przez ten czas na niego,on dzwonil czesto.Gdy wrocil poszlam wraz z bratem odniesc mu ksiazki ale jego nie bylo w domu.Zrobil se wycieczke.Wkurzylam sie wiec i wrocilam sie z bratem.Po drodze spotkalismy jego.Do mnie nawet słowem sie nie odezwal.Ale nie dawalam poznac po ssobie ze wkurzona jestem.Jak zwykle zaczelismy grac w siatke i potem powiedzial ze chce porozmawiac ze mną.Gadalismy dlugo,stwierzdil ze tesknil za mną itp.Na drugi dzien musialam wracac do domu.Ale on przyjezdzal czesto do mnie,spedzalismy czas wolny jak tylko byla okazja.Po pewnym czasie on mi napisal esa ze zrywa ze mną i ze ma lepsza odemnie.tydzien potem poprosil o spotkanie i tak jak sie spodziewalam chcil wrocic do mnie.Zaczelismy odf nowa.Zaraz potem byla moja 18stka na ktora nie przyjechal.Nie pokazywal sie 3 tyg u mnie,nawe nie wiem czemu.Przyjechal dzien przed pojsciem moim do szpitala.Bylo ok,obiecal ze odwiedzi mnie itop.Dowiedzialam sie bedac w szpitalu ze on rozpowiedzial wszystkim ze sie roztalismy,nie odzywal sie do mnie. Gdy do niego zadzwonilam odlozyl sluchawke,nie chcial gadac.A potem wyslal esa ze zrywa.To bylo w listopadzie.A 2 tyg temu odezwal sie ze chce ze mna zaczac od nowa bo mnie kocha itp.A mojej kupeli napisal ze mu sie nie podobam i ze ma inna.O co mu chodzi tak naprawde?Czy on sie tylko bawi?

* * * * *

Moja Droga! I tak Cię podziwiam, że dałaś mu ponowną szansę wytrzymując tą huśtawkę emocji. Powiem krótko: omijaj go szerokim łukiem. Szkoda Twoich nerwów na kogoś, kto nie wie czego chce, jest nieodpowiedzialny, bawi się Twoimi uczuciami i kłamie. Jesteś wartościową dziewczyną i zasługujesz na kogoś kto wie czym jest miłość i jest na tyle dojrzały, by stworzyć związek. Rozumiem, że żywisz do niego uczucia i trudno Ci wykreślić go z życia. Ale pomyśl: nawet jak mu dasz kolejną szansę to czy on to doceni? I jak długo to potrwa? Czym jeszcze Cię zrani? Chyba nie chcesz tego przeżywać ponownie? Przeczytaj proszę czego oczekiwać od chłopaka w związku w odp. nr: 25, 50, 340, 1101, 1447, 234 i pomyśl czy Twój chłopak posiada te cechy. Módl się o dobrego chłopaka, np. do św. Józefa i poczytaj jak poradzić sobie z uczuciem w odp. nr: 80, 526, 653, 825.


Ostatnia aktualizacja: 05.06.2008, 16:17


[ Powrót ]
Daj plusika:
[ Strona główna ] Drukuj Wyślij link
Trudna miłość. Jak pokonać kryzys? Trudna miłość. Jak pokonać kryzys?
Tonino Cantelmi, Rachele Barchiesi
Dlaczego zbudowanie stałych i silnych związków uczuciowych wydaje się dzisiaj bardzo trudne czy wręcz niemożliwe? Jakie są przyczyny kryzysu panującego w relacjach międzyludzkich? Autorzy niniejszej książki starają się ukazać te przyczyny. Chcą pomóc Czytelnikowi, zwłaszcza młodemu, w budowaniu trwałych relacji z innymi ludźmi.... » zobacz więcej
Zakochanie… i co dalej? Zakochanie… i co dalej?
Jacek Pulikowski
Książka ta jest pierwszym krokiem do szczęśliwego małżeństwa. Pomyśl o radosnym czasie zakochania, chodzenia ze sobą, narzeczeństwa i nie zmarnuj go! Wykorzystaj cenne wskazówki autora dla dobra twojego i przyszłego współmałżonka... » zobacz więcej
O stronie... | Ogłoszenia | Konkurs | Wspomóż nas | Polityka Prywatności | Kontakt

© 2001-2011 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej