Kartki Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Czat Opowiadania Perełki
Miłość czy MIŁOŚĆ? Czyli sztuka chodzenia ze sobą Miłość czy MIŁOŚĆ? Czyli sztuka chodzenia ze sobą
Katarzyna i Tomasz Jarosz
Przeczytaj tę książkę! Być może znajdziesz tu odpowiedzi na swoje pytania, a przedstawione rady pomogą Ci wybrnąć z sytuacji w jakieś się znalazłeś.... » zobacz więcej
miłość czy Miłość?

Odpowiedzi na pytania

Odp: [1-50], [51-100], [101-150], [151-200], [201-250], [251-300], [301-350], [351-400],
[401-450], [451-500], [501-550], [551-600], [601-650], [651-700], [701-750], [751-800], [801-850], [851-900]
[901-950], [951-1000], [1001-1050], [1051-1100], [1101-1150], [1151-1200], [1201-1250], [1251-1300],
[1301-1350], [1351-1400], [1401-1450], [1451-1500], [1501-1500], [1551-1600], [1601-1650], [1651-1700],
[1701-1750], [1751-1800], [1801-1850], [1851-1900], [1901-1950], [1951-2000], [2000-2050], [2051-2100],
[2100-2150], [2151-2200], [2201-2250], [2251-2300], [2301-2350], [2351-2400], [2401-2450], [2451-2500],
[2501-2550], [2551-2600], [2601-2650], [2651-2700], [2701-2750], [2751-2800], [2801-2850], [2851-2900], [2901-2950], [2951-3000],
[3001-3050], [3100-3100], [3101-3150], [3151-3200], [3201-3250], [3251-3300], [3301-3350], [3351-3400],

Jak wygrać małżeństwo? Instrukcja obsługi Jak wygrać małżeństwo? Instrukcja obsługi
Mariola i Piotr Wołochowiczowie
Przed każdym zakupem, sprzedażą, zastanawiamy się więcej niż przed ślubem. A przecież małżeństwo jest "aż do śmierci"! Zakochanie przychodzi samo, ale aby stworzyć szczęśliwe małżeństwo, trzeba się napracować. Trzeba też dużo wiedzieć i trzeba jeszcze mieć chęć i siłę wprowadzić to w życie... » zobacz więcej




  Sylwia, 25 lat
1600
23.03.2007  
Obwiniam się cały czas i nie mogę sobie już z tym poradzić, co doprowadziło mnie do depresjiL. Otóż tym powodem jest przegapianie swoich drugich połówek. Skazałam się na samotność z własnej winy. Mam już 26 lat i nigdy nie miałam chłopaka, chociaż na mojej drodze Bóg stawiał chłopaków którzy mogliby być tymi właściwymi. Najwięcej takich osób spotykałam w wieku 18 lat, przypadkiem :na ulicy, na dworcu ,na przystanku autobusowym. Za każdym razem marnowałam szanse zawarcia znajomości przez swoją nieśmiałość chociaz Ci chłopcy bardzo mi się podobali. Minęło 7 długich lat podczas których nie spotkałam na swojej drodze „tego właściwego” .Przez cały ten czas modliłam się do Boga o spotkanie jeszcze raz swojej drugiej połówki.
Około 8 miesięcy temu wybrałam się z siostra i jej chłopakiem na dyskotekę, na której bywam średnio raz, dwa razyna rok i podszedł do mnie chłopak, miły, sympatyczny o pięknym uśmiechu, próbował nawiązać rozmowę rozmawialiśmy chwilkę, ale z mojej strony to było jakby od niechcenia, dawałam mu do zrozumienia że nie mam ochoty rozmawiać, wreszcie spytał się czy jest dla mnie złym towarzystwem? A ja nic nie odpowiedziałam,po prostu go zignorowałam, nawet nie chciałam na niego patrzeć, prawdopodobnie wstydziłam się rozmawiać z nim przy siostrze i chłopaku czego teraz bardzo żałuje. Z całego serca pragnę spotkać go jeszcze raz , cały czas pamiętam jego cudowny głos i uśmiech ,ale nie mam pojęcia gdzie go mogę spotkac, bo na ta dyskotekę jeżdżę 2 razy na rok ,a dowiedzialam się od niego ze tez dawno na tej dyskotece nie był, przyjechał do rodzicow,a studiuje daleko,w Krakowie,jakies 250km.
Katuje się myślami że mogę go już nigdy nie spotkać, i będę już sama. Tym bardziej ,że teraz przeważnie siedzę w domu, nigdzie nie wychodzę, bo nie mam teraz znajomych, koleżanki się porozjeżdżały ,poznały chłopaków, wiec nie mam możliwości żeby kogoś poznać. Zreszta mam już 26 lat i jest coraz trudniej kogoś poznać. Ta samotność i myśli o niespełnionym uczuciu z mojej winy nie dają mi spokoju. Kończę studia ekonomiczne,na ktore poszlam ze względu na rodziców,mimo,ze chciałam isc na technika farmacji. Studiuje w małym mieście,na wydziale zamiejscowym, gdzie od samego początku mi się nie podobało ,wręcz nie cierpiałam tamtego miejsca ,nie chciałam tam być, ciągnęło mnie do troszkę większego miasta, ale nie miałam odwagi się przenieść, chociaż bardzo mi się tam podobało, czułam tam jakis wewnetrzny spokój w sercu,fajna atmosfera ,dużo sympatycznych ludzi.I w sumie przemeczylam tak 5 lat.
Ta samotność z własnej winy bez znajomych i chłopaka strasznie utrudnia mi zycie.Wiem,ze gdybym sluchala swojej intuicji to byloby inaczej.
Teraz się modle żeby spotkać tego chłopca jeszcze raz ,ale czy to ma sens?


* * * * *

Droga Sylwio! Na początek polecam lekturę odp. nr: 58, 86, 896 o tym, że nie ma przeznaczenia. Jeśli do tej pory nie czułaś czegoś konkretnego do żadnego ze spotkanych chłopaków to znaczy, że nie byłaś jeszcze do związku dojrzała. I nie wolno Ci się obwiniać, że coś przegapiłaś.
Naturalnie musisz sobie sama odpowiedzieć na pytanie dlaczego nie chciałaś wtedy porozmawiać z tym chłopakiem, czego się bałaś, co Ci się nie podobało. Jeśli to są konkrety to nie możesz się winić, że nie chciałaś być np. z chłopakiem, który pije czy jest wulgarny. Bo nie możemy zgadzać się na wszystko. Natomiast jeśli nie wiesz dlaczego tak się działo lub miałaś jakieś błahe powody to warto zrewidować swoje myślenie (i tu polecam lekturę odpowiedzi wcześniejszej). Nie stroń od ludzi, zaangażuj się w jakąś wspólnotę, działalność dla innych. Nieskupianie się na sobie pozwoli Ci się otworzyć i ułatwi kontakty z innymi.
Co zrobić teraz? Jeśli masz jakiś kontakt do tego chłopaka lub możesz go zdobyć to wyślij kartkę na święta zaznaczając kim jesteś. Jeśli nie: wpisz się tutaj: [zobacz]
I módl się o dobrego chłopaka.

  poszukująca, 18 lat
1599
23.03.2007  
Co do nr 1587 - w tych słowa, które napisałam \"...ktoś inny już dawno, by wtragnął na swe życie...\" nie miałam na myśli ogółu, a pewną konkretną osobę, od której coś podobnego usłyszałam. Znam może nawet niejedną osobę, która chciała popełnić samobójstwo. Bogu dzięki póki co nic na ten czas na to nie wskazuje...I wiem, że poprzez takie próby, czy nawet upadki możemy stać się silniejsi, bo ponoć \"cierpienie uszlachetnia\";) A co do swoich problemów to czasem tłumaczę sobie to w ten sposób, że dzięki nim będę mogła bardziej zrozumieć innych, którzy mogą znaleźć się w podobnej sytuacji. A właśnie taki jest mój główny cel, zamiar, by nieść pomoc innym. I zgadzam się z tym, że nie ma ludzi bez problemów, każdy je ma - mniej bądź więcej, ale ma. Ale najważniejsze jest, by umieć sobie z nimi radzić, wyjść naprzeciw nim i po każdym upadku wstać i iść naprzód, a przez to stawać się silniejszymi. Przepraszam za nieprecyzjne wyrażenie tych słów, bo w istocie źle je ujęłam w słowach i zapewne sama bym je tak zrozumiała - mój błąd. Na pewno nie chciałam tutaj wyolbrzymić swoje problemy,a innych zminimalizować. Bo mogłabym przywołać tutaj chocby pana Janusza, który tak niedawno prosił o eutanazje i bez chwili namysłu stwierdzam, że jest to Wielki człowiek i wzbudza we mnie podziw za swą siłę (oczywiście miał chwilę słabości ,ale w takim przypadku któż z nas by je nie miał?! jeśli ja sama w swoich nawet małych problemikach nawet na krótką chwilę przeżywam zdołowanie, które i tak zaraz odstawiam na drugi plan, to co bym powiedziała, będąc na miejscu pana Janusza...?!) i właśnie za to udźwignięcie tego ciężaru tak bardzo Go cenię i podziwiam. Dlatego chcę z pokorą przyjmować wszystko, co niesie ze sobą życie i z ufnością dla Boga nieść swój własny krzyż, bo każdemu z nas jest on dany, tylko że każdemu inny, bo przecież nie ma dwóch takich samych żyć i dwóch takich samych ludzi. Dlatego nie będę się poddawać tak łatwo i z uśmiechem przez życie będę szła! Muszę przyznać, że może i nieświadomie, ale dzięki Pani przypomniałam sobie coś, o czym wiedziałam, tylko może trochę zostało to przyciemnione i musiałam na nowo rozjaśnić te zakątki. Dziękuję bardzo za każde słowo, a przede wszystkim za szczerość, którą sobie cenię w życiu. Coś sobie właśnie teraz uzmysłowiłam i w pewnej kwestii chyba już wiem, co mam robić, a wiadomo, że czasem potrzeba tylko czasu.


Rozumię, że nie ma drogi samotności, ale podobno są 3 powołania: do zakonu, do samotności i do małżeństwa z tego, co czytałam i słyszałam. Kiedyś nawet pewna Siostra zakonna wyraziła się w taki sposób, że są właśnie te 3 powołania i że lepiej będzie, jeśli ktoś ma poświęcić się działalności naukowej lub społecznej, by został sam, tzn. nie zakładał rodziny. Więc jak mam to rozumieć? Bo właśnie na tej płaszczyźnie chodziło mi o to, by być samym (tzn. nie wychodzić za mąż) i realizować się społecznie jakimś pracom i np. może też być w jakiś grupach wspólnotowych itp. Więc jakby nie patrząc to i tu do końca nie jest się samemu, tylko, że może samemu się mieszka. Znam parę osób, którzy właśnie nie związali się z tą drugą osobą i żyją sami, ale mają pracę i przyjaciół. Czy to w takim razie nie jest żadne powołanie? Czy w ten sposób oni nie spełniają się? Przepraszam, ale chyba nie bardzo zrozumiałam te słowa Pani odnoszące się do tego, do samotności. Proszę mi coś więcej na ten temat napisać. Może ja błędnie trochę to rozumię, sama nie wiem, ale liczę na pomoc. Dziękuję za wszystko. Szczęść Boże.


* * * * *

Co do pierwszej części - no to sobie wyjasniłyśmy :) Zgadzam się z Twoim podejściem.
Co do pytania o powołanie do samotności.
Co do zasady nie ma takiego powołania, by człowiek był sam. Oczywiście, nie oznacza to, że każdy musi się żenić czy iść do zakonu. Rzeczywiście, są ludzie, którzy nie widzą się w żadnej z tych sytuacji. Całkiem dobrowolnie postanawiają pozostać bezżennymi. I to jest ok - pod jednym warunkiem. Że - tak jak mówisz - poświęcą się czemuś konkretnemu, jakiejś wielkiej sprawie, idei, której wykonywanie nie dałoby się pogodzić z pełnieniem roli męża czy żony. Tylko ja to rozumiem tak: najpierw następuje zaangażowanie w jakąś działalność, najpierw zaczynamy coś robić dla innych. Widzimy, że to nas pochłania całkowicie, że staje się to naszym zadaniem życiowym, nie wyobrażamy sobie siebie w innej roli i dochodzimy do wniosku, że ta działalnośc jest dla nas ważniejsza niż realizacja siebie w rodzinie czy zakonie. I wtedy dobrowolnie z tej rodziny rezygnujemy, bez żalu, z poczuciem, że to jest właśnie najwłaściwsza droga. Oczywiście jest to wymodlone, rozpoznane, skonsultowane z kierownikiem duchowym, spowiednikiem itp. I daje nam to taką radość i poczucie spełnienia, że chcemy to robić całe życie. To jest właściwa kolejność. A nie taka: chłopak czy dziewczyna zastanawia się na powołaniem i dochodzi od wniosku, że jest powołany/a do samotności. I dopiero potem zaczyna się zastanawiać co by tu w życiu robić. No bo skoro nie rodzina czy zakon to coś "na usprawiedliwienie" bycia samemu wypada mieć. Zaczyna trochę działać w Caritasie, trochę w jakiejś wspólnocie, troszkę tego skubnie, trochę tego. W niczym dłużej miejsca nie zagrzewa. I co się dzieje? Nie jest spełniony/a, nie jest do końca szczęśliwy/a. Bo brak jest tej głębi, tego ducha ożywczego, kierującego ich zapałem. Lata lecą, czasem ktoś się koło nich zakręci, ale - według nich - "to nie to", bo oni mają przecież inne powołanie. Każdy dzień wygląda tak samo: praca, dom, jakiś obiad, zakupy dla jednej osoby, weekendy u rodziców. Natarczywe pytanie ze strony rodziny co dalej, na które nie bardzo wiadomo co odpowiedzieć. Przyjaciół coraz mniej, bo każdy zajęty swoimi sprawami. Nic za bardzo nie daje satysfakcji, bo dla kogo ubierać choinkę, dla kogo piec ciasto? W końcu naprawdę zostają sami i zastanawiają się co tu dalej robić, czym się zająć. Pojawia się myśl: a może trzeba było wyjść za mąż? A może trzeba było pójść do zakonu? Przystają do jakiejś grupy przy kościele, coś robią, ale nadal brak tego "ducha". I tak rodzą się stare panny i starzy kawalerowie. Ja nie chcę broń Boże nikogo urazić. Ja nie kpię ze starych panien (sama nią byłam, bo wyszłam za mąż jak miałam 30 lat, a według prawa kanonicznego jest się nią od 24 roku życia). Ja tylko chcę powiedzieć, że jest ZASADNICZA RÓŻNICA między byciem samemu z wyboru (dla idei) a domniemamym powołaniem do samotności (z braku pomysłu na życie). I znów: ja wiem, że nie wszyscy założą rodzinę. I nie z ich winy tak będzie. Po prostu - nie znajdą kandydata na męża czy żonę. I ja tego absolutnie nie krytykuję, ja staram się rozumieć ich ból, bo jak już wspomniałam w pewnym momencie życia wydawało mi się, że będzie to też moim udziałem. Ja takim osobom bardzo współczuję bólu niespełnionego powołania i dlatego z mężem założyliśmy "Źródełko", by jak najwięcej osób miało taką szansę poznania się jak my. Natomiast zmierzam do tego, co zawsze podkreśla ks. Piotr Pawlukiewicz: że nie ma POWOŁANIA DO SAMOTNOŚCI. Bo nikt nie może żyć dla siebie. A zatem albo wybiera poświęcenie życia czemuś i z tego powodu rodziny nie zakłada, bo nie pogodziłby obowiązków albo nie z własnego wyboru pozostaje sam, choć chciałby mieć rodzinę. I wtedy realizuje się inaczej. Natomiast nie może to być wybór z wygody, lenistwa, nierealnych oczekiwań co do kandydata na małżonka, lęku przez zobowiązaniem się. Wiesz kto to jest tak bardzo ostatnio lansowany singiel? Ktoś komu się wydaje, że "ma powołanie do samotności". Ktoś kto boi się wejść w formalny związek. Ktoś kto zostawia sobie furtki. Ktoś kto podejmuje wybory wygodne a nie słuszne. Nie mogę sobie wyobrazić, by dobrowolnie zrezygnować z miłości: do małżonka lub w służbie bliźnich. Bo "powołanie do samotności" jest rezygnacją z miłości do innych na rzecz miłości tylko do siebie. I przeciwko takiemu powołaniu protestuję.

  kasia, 25 lat
1598
23.03.2007  
Witam. Tak właściwie to nie wiem od czego zacząć... Kilka lat temu zostałam mocno zraniona - zdarza się. Kto chce kochać musi ponosić ryzyko, ale tamto wydarzenie spowodowało, że bardzo zamknęłam sie w sobie i postanowiłam zostać sama. To nie znaczy, że nie zakochuję się czy z krzykiem uciekam za widok każdego mężczyzny który mógłby mi się spodobać pod jakimkolwiek względem. Mam inny sposób - strasznie egiostyczny i dziecinny. Jestem najlepszym przykładem, że jeżeli powie się komuś co sie dzieje, że zaczynasz się zakochiwać, ucieknie. Działa w 100%. Niestety... Poznałam kogoś, to znaczy znamy się już trochę, razem studiujemy. Wiem, że mógłby on się stać kimś naprawde ważnym dla mnie i widziałam to też z jego strony. Spanikowałam, powiedzialam mu że się chyba zakochałam. Ale nie uciekł, a przynajmniej na razie. Co zrobić żeby uzdrowić siebie, żeby nie zniszczyć tej relacji, jeżeli jeszcze jest co ratować. Modlę się, jestem katoliczka, ale z tym nie potrafię sobie poradzić. To, że ON się pojawił, spowodowało że zaczęłam mysleć, obudzły sie we mnie tęsknoty, pragnienia o których istnieniu dawno juz zapomniałam. Ja już nie chcę być sama.
Mam nadzieję, że nie zaplątałam tego wszystkiego za bardzo.

Dziękuje za pomoć i serdecznie pozdrawiam.


* * * * *

Idź na Adorację i powiedz Bogu w cichości, że się boisz. Że się potwornie boisz i niech On z tym coś zrobi. Że chłopak Ci się podoba i chcesz spróbować, ale się boisz. A potem codziennie, pomalutku rób jeden malutki kroczek w kierunku oswojenia się z nim. Rozmowa, uśmiech, wspólne przejście się gdzieś, pożyczenie książki. Oswajaj się z nim. Jeśli widzisz z jego strony szczerość to próbuj. Może Wam nie wyjdzie, ale nawet wtedy zrobisz krok do przodu - wyjdziesz z własnego lęku. Pozwalaj sobie kochać.
Rozumiem, że zostałaś zraniona. Czasem rana jest faktycznie duża i nie bardzo chce się goić. Ale czasem nie goi się dlatego, że się ją rozdrapuje. Rozdrapujesz tamte wspomnienia? Często o tym myślisz, wracasz do tego? Myślisz jak by było gdyby się nie wydarzyło albo potoczyło inaczej? Jeśli tak to rana jest niezagojona. I trzeba ją leczyć. Temu służą rekolekcje "Uzdrawianie wspomnień". Organizują je zdaje się Jezuici. Mojej koleżance bardzo pomogły a męczyła się kilka lat z podobnym problemem.
Kasiu, odwagi! Nie znam Ciebie, nie znam Twojej przeszłości, nie wiem czy na taką postawę złożyła się "tylko" ta nieszczęśliwa miłość czy jeszcze coś innego. Ale wiedz, że Jezus NAPRAWDĘ ma moc uzdrawiania. Tylko nie dzieje się to od razu. Nie jest to łatwe. Ja też po zranieniu bardzo się bałam związku z moim mężem. Ale się udało i bardzo się cieszę, że zdecydowałam się mimo strachu przełamywać i próbować. Pomału. On dał mi czas, bo wiedział, że się boję. Widzisz, bo w życiu trzeba się przełamywać. Jest to nieodzowne, żeby wyjść spoza własnych ograniczeń i lęków. Przełamywać to robić coś wbrew sobie, mimo, że się nie chce albo boi nieznanego. Ale tylko w ten sposób można żyć w pełni.
Zaryzykuj. Pojedź na te rekolekcje (znajdziesz je przez wyszukiwarkę), pójdź do mądrego kapłana, módl się wytrwale i... przełamuj. Będzie dobrze, choć czeka Cię sporo pracy. Ale warto. Bo prawdziwa miłość czeka. Powodzenia!

  Ania, 23 lat
1597
20.03.2007  
Moje pytanie dotyczy czystości. Bliska mi osoba, mój chłopak jest uwikłany w grzech samogwałtu. Chciałabym mu pomóc. Wiem, że taką moc ma tylko Bóg dlatego modlę się by go uwolnij, ale czy ja mogłabym jeszcze w inny sposób go wesprzeć. Sprawa jest dosyć delikatna i nie wiem na ile ja powinnam się angażować, ale z drugiej strony miłość to troska o drugiego człowieka i wspóle zabieganie o uświęcenie. Dziękuje za możliwość zadania pytania i z góry za każdą pomoc.

* * * * *

Proszę pokaż mu tą stronę www.onanizm.pl. Tam znajdziecie świadectwa osób, które przez to przeszły i konkretne rady jak sobie radzić. Może pomyślelibyście wspólnie o wstąpieniu do Ruchu Czystych Serc? Wtedy miałby większą motywację. Polecam też nasz artykuł o tym dlaczego warto zachowywać czystość: [zobacz]. Oczywiście polecam też modlitwę i konkretne umartwienia w tej intencji, o których podjęciu mu powiedz. Sama świadomość, że to dla niego robisz będzie dla niego siłą. Trzymajcie się mocno!

  MOtylek :), 19 lat
1596
20.03.2007  
w mojej parafii jest pewien ksiądz, z którym mogę porozmawiać na każdy temat...nie chodzi mi tutaj o to że czuję do niego "miętę przez rumianek" , nie...uważam go za mądrego człowieka i sympatycznego, tylko jest jedno "ale"...czasami jak się widzimy...to on mnie przytula i całuje w czółko, raz nawet do jednego lektora, który zobaczył "nas" powiedział że my się tylko kochamy.. żartował, ..uważałam że to tak po przyjacielsku, ale po przeczytaniu ostatnich pani odpowiedzi chyba coś jest nie tak....?
staram sie ograniczyć tego typu zachowania, ale to przecież od niego wychodzi, ja niczego w tym stylu nie robię.....
ten ksiądz przez to że zdobył jakie takie moje zaufanie jest szkalowany przez moich rodziców..którzy są o mnie zazdrośni...mama mi powtarza że ksiądz może mieć przeze mnie kłopoty, że na pewno będę potem płakać...ja proszę Boga o siłę i dobre postępowanie wobec tego księdza, a na dodatek za każdym razem go bronię przed rodzicami, czym zdobyłam sobie taką niefajną opinię: moja rodzinka uważa że ja go kocham!...i że z jego powodu chodzę codziennie do kościółka...nie mam siły im tłumaczyć że jest zupełnie inaczej...bo oni i tak wiedza swoje....
dziękuje za tą stronkę:))


* * * * *

No rzeczywiście, jesteś w trudnej sytuacji. Jeśli faktycznie takie zachowanie jest tylko z jego inicjatywy to nie masz powodu, by czuć się winna. Natomiast to co on robi to nadużycie i to nawet nie dlatego, że te gesty coś oznaczają (to teraz jest takie społeczne przewrażliwienie, kiedyś byłoby to zupełnie "normalnie" odebrane) tylko dlatego, że on nie myśli o tym, że TY możesz coś w stosunku do niego poczuć i TY możesz to odebrać dwuznacznie. Dlatego nie powinien tak się zachowywać. Co możesz zrobić?
Nie broń go tak intensywnie przed rodzicami, oni się faktycznie boją o Ciebie. Natomiast otwarcie mów, że to nie Twoja wina i Ty nie wiesz co zrobić. Niech Ci doradzą jak powinnaś się zachowywać.
Ja radzę - na ile to możliwe - unikać takich sytuacji, tzn. stanąć dalej, niech między Wami jeszcze ktoś będzie, jak mówi, że "Wy się tylko kochacie" dodać, że miłością ojcowsko - duszpasterską albo zażartować. Ale jeśli to nic nie da to powiedz mu na osobności, że bardzo go szanujesz ale czujesz się dziwnie, bo ludzie oceniają Wasze relacje jednoznacznie. Może faktycznie on nie wpadł na to, że tak może być i powinien to usłyszeć wprost? W każdym razie zwiększ dystans.
No i jeszcze jedno: w jakim wieku jest ten ksiądz i czy w stosunku do kogoś jeszcze też się tak zachowuje? Jeśli taki ma sposób bycia to możesz odetchnąć ale jeśli w stosunku do nikogo innego nie zaobserwowałaś takich gestów to bądź ostrożna. Dla własnego dobra oczywiście ale i dla jego też - bo opinię rzeczywiście może Wam obojgu nawet niechcący taką postawą zepsuć. Z Bogiem!

  Zdezorientowana..., 19 lat
1595
19.03.2007  
To znowu ja z pytania 1579 :)
Dziękuję bardzo za odpowiedź, miała chyba pani rację odnośnie "nieprzyjacielskich" zachowań mojego przyjaciela. Po ostatnim spotkaniu z Nim stwierdziłam, że rzeczywiście coś jest nie tak, a Pani opinia potwierdza moje przypuszczenia. Zdecydowałam, że przy najbliższej okazji powiem Mu, co o tym myślę, ale boję się, że nie przyniesie to rezultatów, ponieważ On jest bardzo otwarty na ludzi i pewno uzna, że takie przytulenie jest przyjacielskim gestem.
Napisała Pani: "A może to Ty określiłaś Wasze kontakty jako przyjacielskie i chłopak - mając nadzieję, że przerodzi się to w coś większego ale - żeby Cię nie stracić i nie wystraszyć - zgadza się (pozornie oczywiście) na każdą nazwę tej relacji." Nie, tak nie było. To On pierwszy określił w ten sposób nasze stosunki.
Tak jak już pisałam ten drugi chłopak wiedział, co mnie łączy z tym pierwszym, więc za bardzo nie miał się czegoś nowego dowiadywać. Ostatnio na nowo odżyły nasze relacje, okazało się, że chciał kontaktu ze mną poprzez rozmowę, ale się nie udało. Teraz znowu jest normalnie.
Dziękuję za odpowiedź, z Panem Bogiem


* * * * *

No i ok, zobaczymy co będzie dalej. Tylko uwaga! Nie rozmawiaj się tak ostatecznie z tym chłopakiem jeśli Ci się podoba. Jeśli tak jest to pewno nie mów mu niczego w stylu "Ha, wiem, że to coś więcej!", bo się chłopak wystarszy i odizoluje a nawet wyprze wszystkiego. Jeśli jednak nie jesteś nim w takim wymiarze zainteresowana, jeśli nie chcesz takich relacji to owszem, możesz powiedzieć co o tym myślisz (i nastawić się oczywiście na zanegowanie wszystkiego co powiesz) właśnie po to, żeby Ci dał spokój.
Zdecyduj czego pragniesz i tak postępuj.

  Mariusz, 16 lat
1594
19.03.2007  
Witam wszystkich:)
Mam problem, który mi ciężko nawet opisać...
Chociaż próbowałem, to nie umie juz sobie sam pomóc... Napisałem ten list z nadzieją, że otrzymam tu pomoc. Cieszę się, że są takie strony.
Zacznę od początku:
Chodzę z Dominiką do klasy już 3 lata. W 1 klasie chyba wogóle ze sobą nie rozmawialiśmy, byliśmy tylko na \'cześć\' w drugiej klasie podobnie, dopiero w trzeciej coś się zmieniło... Usiadła z nami w ławce i wtedy zaczęliśmy się bliżej kolegować: zaczęliśmy pisać do siebie sms-y, rozmawiać na gg no i przychodzi do nas na przerwach i rozmawiamy ze sobą... Zawsze wiedziałem, że jest ładna dziewczyną, ale dopiero przez ten lepszy kontakt poczułem coś do niej...chyba...(i to jest moje pierwsze pytanie: skąd mogę wiedzieć, że czuję cos do dziewczyny? Czy są jakieś tego \'objawy\'?) lecz po jakimś czasie zrezygnowałem... Już sam nie wiem czemu... I wpadła mi w oko inna dziewczyna z klasy - Ania, z która miałem jednak dobry kontakt juz od początku, nadal jest super koleżanką. Ale nasze kontakty nasiliły się... Pomyślałem, że spróbuje, że może coś z tego będzie…
Nadszedł sylwester...Dostaliśmy zaproszenie od naszej moderatorki oazowej na zabawę wspólnotową. Tak wyszło, że Ania nie mogła iść ze mną, bo nie jest z oazy a poza tym rodzice by jej nie puścili. Od nas z oazy było tylko kilka osób, moich przyjaciół, jednak oni tworzyli pary… byłem z nimi, ale czułem się sam, więc postanowiłem poprosić do tańca jedna dziewczynę, której w ogóle nie znałem. Zatańczyłem, a później jak ja siedziałem sam to ona podeszła i wzięła mnie do tańca… potem wymieniliśmy się numerami dużo pisaliśmy spotkaliśmy się a ja znów zmieniłem centrum zainteresowania z koleżanki z klasy na Wiole z sylwestra… (wtedy sam zacząłem o sobie źle myśleć:, że jestem typowym facetem, któremu zależy tylko na tym żeby mieć dziewczynę po to żeby się móc z nią całować, chodzić na imprezy i chwalić kolegom ze mam swoja ‘laskę’, ale teraz wiem ze tak nie jest, chociaż są na pewno osoby, które tak o mnie myślą… Pomogło mi trochę to, że się dowiedziałem, że Ania ma chłopaka i myśl, że i tak by nie wyszło, bo jest z nim…) Modliłem się cały czas, żeby wyszło mi z Wiolą, żeby mi się w końcu udało, żebym już nie był sam…:( potem, na walentynki dowiedziała się o tym, co ja czuje… pisałem, że podoba mi się i że cos czuje… nie mogłem powiedzieć, co bo sam tego nie wiedziałem, ale ona wtedy przestała się odzywać… zero kontaktu…(czy jeśli z tego nic nie wyszło pomimo tego, że się tyle o to modliłem to znaczy, że Bóg nie stworzył nas dla siebie? Czy to już może być pewne?) Dowiedziałem się od jej przyjaciółki, że ona nie chce ze mną pisać, bo nie chce żebym sobie coś pomyślał…to było zauroczenie, tak myślę…dlatego chyba dobrze, że się dowiedziałem tego teraz a nie później kiedy moje uczucie mogło się bardziej rozwinąć…(czy dobrze myślę?) Teraz próbuje o niej zapomnieć… a od pewnego czasu znów wróciła mi myśl, że może uda mi się z Dominiką, że wtedy zbytnio posłuchałem się kolegów i że może coś z tego być… Już sam nie wiem, co ma myśleć, szczególnie o sobie… czy ja rzeczywiście pragnę dziewczyny tylko po to żeby ja ‘mieć’? Nie… Ja nie chcę po prostu być sam… tak często mam chwile, w których chciałbym poczuć pomocna dłoń, przytulić się do kogoś i wypłakać na ramieniu… poczuć czyjąś miłość do mnie, ale także chciałbym obdarować kogoś moja miłością… Czy to, że znowu próbuje skierować moje uczucie do Dominiki coś oznacza? Czy to znacz, że to jest jakieś prawdziwe uczucie? Teraz wiem Np., że Ania już nie ma chłopaka, ale nic nie czuje żeby próbować z nią… Natomiast tak jak napisałem chcę spróbować z Dominiką i to tak na serio… nie chce rezygnować, bo z mojej strony czuję, że tego chcę naprawdę… tylko najgorsze jest to, że nie wiem, co ona czuje… Proszę doradźcie mi jak mogę delikatnie poznawać, co ona o mnie myśli, czy mogłoby coś z tego być… No i powoli i delikatnie dawać jej d zrozumienia, co czuje…

To wszystko, co chciałem napisać…
Wiem, że niektóre moje posunięcia były nieprawidłowe i niestosowne… Ale ja tak bardzo chciałbym mieć w końcu bliską osobę… Osobę, której będę mógł powiedzieć wszystko…
Bardzo proszę Was o radę, o pomoc…
Bóg zapłać!


* * * * *

Drogi Mariuszu! Twoje pragnienia nie są nienaturalne. Przychodzi przecież taki moment w życiu człowieka, że pragnie mieć kogoś bliskiego. I wtedy zaczyna dostrzegać płeć przeciwną, zaczynają mu się niektóre osoby podobać i zaczyna się zastanawiać czy z którąś z nich mógłby być. To co się dzieje w Twoim życiu to po prostu rozeznawanie. Rozeznawanie właśnie na tym polega: na poznawaniu kogoś i podejmowaniu decyzji czy ten ktoś mi odpowiada i czy ja mogę mu dać to czego on oczekuje. Po czym poznać, że dwie osoby "są dla siebie"? Po wspólnocie zainteresowań, poglądów, pragnień. Nie jest tak, że jest jedna, jedyna osoba, którą Bóg nam wskaże. Bóg tylko stwarza okoliczności, ale decyzję podejmujemy my. Bo nie ma przeznaczenia, o czym pisałam w odp. nr: 58, 86, 896. O tym zaś jak wyglądają początki miłości i zakochanie w odp. nr 15 i tym artykule: [zobacz]
Polecam Ci też te artykuły: [zobacz], [zobacz] abyś zobaczył czego potrzebuje kobieta i co Ty jako mężczyzna powinienieś jej dać. Widzisz, motywem związku z kimś ma być pragnienie dobra dla drugiej osoby. Oczywiście miłość powinna być wzajemna, bo inaczej będzie nieszczęśliwa. Natomiast nie może być wyłącznym motywem chęć "posiadania kogoś, przytulanie się itp." Ponadto uwaga! - Ty jesteś mężczyzną. Jeśli potrzebujesz kobiety by "przytulić się do kogoś i wypłakać na ramieniu" to możesz się rozczarować! Bo to kobieta ma czuć Twoją siłę i oparcie, a nie Ty masz po niej przychodzić po siłę i pocieszenie. Kobieta nie jest w stanie dać mężczyźnie jego siły! Być może tego jeszcze nie rozumiesz, dlatego gorąco polecam Ci książkę Johna Eldregde "Dzikie serce. Tęsknoty męskiej duszy". Przeczytaj jeśli nie chcesz popełnić błędu i mocno rozczarować się związkiem.
Co do wyboru dziewczyny to nie pomogę. Powiem najprościej: jak Ci się któraś podoba to ją poznawaj nie dając od razu do zrozumienia, że coś do niej czujesz (przeczytaj odp. nr: 18, 61, 74, 217, 514, 1168, 1287 a zobaczysz gdzie kiedyś popełniłeś błąd). Staraj się jak najbardziej poznać jej duszę nie myśląc co ona Ci daje (w sensie ciepło, zrozumienie, czułość) tylko jaka ona jest.
Do miłości się dojrzewa. Niech te wszystkie polecane odpowiedzi, kaisążka i artykuły pomogą Ci w tym jak najlepiej. Z Bogiem!

  Marlena, 17 lat
1593
19.03.2007  
Witam.Mam 17 lat i pewien problem, z którym nie potrafię sobie poradzić. Otóż, od pewnego czasu miewam myśli samobójcze. Nie mam pojęcia, skąd biorą się u mnie, skoro od jakiegoś roku moje życie w miarę się ustatkowało. Mieszkam z mamą i siostrą. W życiu spotkało mnie wiele złego. Mój tata odszedł, założył nową rodzinę, wychowuje obce dzieci. Zawsze mieszkaliśmy z dziadkami (rodzicami taty), ale po jego /wyprowadzce/ zaczęli koszmarnie traktować moją mamę. Moja mama została doprowadzona do takiego stanu, że również chciała popełnić samobójstwo. Ale nie poddała się, bo miała przecież nas. Uciekła od nich. W przeciągu 17 lat mojego życia, pięciokrotnie zmieniałam miejsce zamieszkania. Mój tata widuje się z nami co tydzień, dzwoni. Zależy mu na nas, ale w ogóle nie rozmawia z mamą. Jednak do dziś ukrywa przed nami swoją nową rodzinę... Mimo że zdaje sobie sprawę, że my o niej wiemy. Udaje, że mieszka w mieszkaniu służbowym,a spotykamy się tylko i wyłacznie u rodziców taty (którzy dziś żyją dobrze z moją mamą, mogę nawet powiedzieć że bardzo dobrze). Trzymają jej stronę. To tak po krótce moja historia. Ominęłam wiele wątków, ale chciałam Pani tylko to trochę naświetlić. Nie wiem, co może być przyczyną mojego zachowania. Nie mam problemów w szkole, dobrze się uczę, mam wielu znajomych i przyjaciół, codziennie się modlę... Właściwie, to wszystko jest w porządku. Ja po prostu boje się, że kiedyś to zrobię...
Mam jeszcze drugą, w sumie to niezbyt skomplikowaną sprawę. Mam w klasie koleżankę, z którą byłam jeszcze w gim. Ona uważa się za moją PRZYJACIÓŁKĘ, natomiast ja traktuję ją jak zwykłą znajomą. Ona zwierza mi się /na siłę/, bez przerwy za mną chodzi, wszystko chce wiedzieć- a ja? Powiem więcej- po prostu jej nie lubię. Ona nie potrafi dogadać się z resztą klasy. Co zrobić żeby dała mi spokój? Czy to, że byłyśmy kiedyś w jednej klasie w ogóle mnie do czegoś zobowiązuje? Przecież wcześniej nawet nie rozmawiałyśmy!
Z góry dziękuję, gratuluję wspaniałej strony i gorąco pozdrawiam.
Cieszę się, że są tacy ludzie jak Pani. Z Bogiem!


* * * * *

Co do Twojego problemu: tu nie wystarczy rada przez interent, potrzeba pomocy psychologicznej i to w realu. Proszę, zwróć się do jednego z ośrodków wymienionych na tej stronie: ww.spch.pl lub choć do poradni rodzinnej, gdzie pokierują Cię dalej. Naturalnie, to co przeszłaś ma wpływ na Twoje myśli ale to wymaga umiejętnej terapii. A mamie polecam stronę www.sychar.alleluja.pl bo ona też potrzebuje pomocy.
Co do koleżanki: no cóż, rozumiem, że na siłę nie można się zmusić do przyjaźni. Może jednak ta koleżanka nie ma nikogo kto by jej wysłuchał, może nikogo jej problemy nie obchodzą? A jeśli to po prostu "taki typ" to może poradź jej, żeby założyła bloga? Bądź dla niej uprzejma, ale oczywiście nie musisz jej się zwierzać ani wszystkiego jej opowiadać. Masz prawo też do tego by mówić "nie" i nie dawać się wykorzystywać. Jeśli się obrazi - trudno.

  poszukująca, 18 lat
1592
18.03.2007  
Tak, to znów ja. Dziękuję za pomoc. Zaczynam ost. znów zastanawiać się nad tym wszystkim, nad życiem i sobą. Dokąd mnie nogi poniosą? - czas pokaże. To dziwne, że raz wyobrażało się siebie, jako żonę i matkę (podkreślę, że bardzo lubię dzieci). Innym zaś razem, jako typowy społecznik (bowiem jestem duszą społecznika), który idzie w ślady choćby takiego, jakim był M.Kotański (ale naiwne, młodzieńcze marzenia, prawda? może rzeczywiście się łudzę, że osiągnę stopniowo taki cel, ale podobno "gdy się czegoś mocno pragnie wtedy cały wszechświat działa ku nam"). Stąd szybko wymazywałam 1-wszą wizję siebie, a zamieniałam ją w samotną osobę, która wciąż działa, realizuje swoje pomysły, plany, robi coś na rzecz innych. (bo przecież mając męża i dzieci nie jest się w stanie w taki sposób realizować, czyż nie mam racji?) Nagle też zakiełkowała we mnie myśl pójścia do zakonu (niektórzy mówili mi, że jestem głeboką osobą itp. stąt też wiem, że niektórzy zapewne w zakonie by mnie też widzieli...), ale potem trochę wygasła, jakby ucichła - a może po prostu ona pojawiła się, bo był czas kiedy przygniatała mnie ta miłość, ten związek z moim chłopakiem? Kiedyś słyszałam, że podobno, gdy ktoś poważnie o tej drodze myślała chocby raz to ponoć coś w tym jest i że możliwe, iż dana osoba jest do tego powołana, czy jest w tym jakiś sens? Ze strony rodziców pewnie bym spotkała się sprzeciwem. Jednak teraz myślę, że jednak to nie dla mnie... Ale z drugiej strony skąd mogę to wiedzieć?! Nie ja 1-wsza tak mówiłam, a okazywało się inaczej. Chociaż wydaje mi się, że nie dla mnie taka rutyna, bo np. będąc samą to już bardziej sama sobie mogę wyznaczyć godzinę, czas kiedy chcę np. iść do Kościoła, a w zakonie to raczej jest narzucone z góry? Chociaż jak kiedyś byłam na rekolekcjach było mi tam dobrze, ale to nie to samo, jak się jest tam jako zakonnica bądź postulantka, a jako dziewczyna, która przyjechała na jakiś czas na rekolekcje. Ale pamiętam jak raz położyłam się krzyżem i jak bardzo mi dobrze było nawet. Zdaję sobie sprawę z tego, że jakąbym drogę nie wybrała, będzie trudno. Ale pewne szczęście można uzyskać, gdy idzie się za tym głosem, który mówi "idź tam, tam cię potrzebuję". Proszę mi powiedzieć, czy to nie swoimi celami, marzeniami, pragnieniami chowanymi w sercu mamy się właśnie kierować nawet w doborze tej drogi? Czy to nie nasze najskrytsze pragnienia są jej najbardziej wyznacznikiem? Czy w ogóle ma to jakiś sens to wszystko co tu napisałam i piszę? Teraz nawet myślę, czuję, że na każdej z tych dróg bym coś mogła znaleźć dla siebie i w jakiś sposób bym się mogła spełnić. Tylko pytanie, w której bym czuła w pełni swoje "ja", gdzie najbardziej mogłabym siebie dać innym i w końcu, gdzie chce mnie Bóg? A co jeśli się pomylę? Tyle ost. pytań się we mnie rodzi i nie na wszystkie mogę znaleźć odpowiedzi.
Odnośnie chłopaka niedawno trochę uzbierał sobie minusów. Był czas kiedy bardzo chciałam, żebyś my razem chodzili do Kościoła, czy nawet rekolekcje itp. i chciałabym widzieć w Jego oczach radość z tego powodu. To boli, gdy np jest jakieś np. nabożeństwo, spiewy itp dla młodzieży, a On nie chce iść nawet ze mną... Tak jest wierzący i chodzi w niedziele do Kościoła, ale na tym poprzestaje. Jeśli chodzi o mnie staram się, jak mogę, ale też jestem zasady, że nic na siłę. Ale nawet nie tego odnoszą się Jego minusy. Pisze Pani, że mój stan zakochania minął, a u Niego nie...Tylko, że czy to możliwe, że u mnie by to już wystąpiło po 2-3 miesiącach? Bo wtedy chyba to zaczynałam już czuć. I np. czy to możliwe, że 2 raz to mnie spotkało (bo już kiedyś byliśmy ze sobą)? Nie powiem, że nie zależy mi w jakiś sposób na Nim, ale czy to jest to, czy to jest miłość, prawdziwa miłość, czy tylko przywiązanie i przyjaźń? Ost. znów trochę za daleko poszły nasze namiętności (więc pytam w takim przypadku jaka by była ze mnie zakonnica?). Przez więkoszość spotkania było praktycznie całowanie, a mało rozmowy. Coś jest nie tak. Wiele razy udawało mi się panować nad sytuacją, ale teraz znów i to 3 raz kiedy były bardziej namiętne całowanie. Nie chcę, żeby tak było. Zaczynam się też zastanawiać, czy gdy już kilka razy przekroczyło się np. jakąś granicę to czy już za każdym nast. razem nasze sumienie staje się mniej głośne i dające o sobie znać, czy w taki sposób dochodzi do przyzwyczajania i usypia się to nasze sumienie? Proszę mi coś odpowiedzieć na ten temat. I dlaczego tak bywa, że nawet jak się powie "nie" to faceci i tak próbują dalej może z czasem, ale nie dają za wygraną? Czy wszyscy mężczyźni są tacy sami? Albo czy miłość nie jest wtedy gdy odczuwa się brak tej drugiej osoby itp.? Bo ja w sumie nic nie czuję, jeśli nie ma obok mnie Jego, czasem nawet dobrze mi. Zaczynam się zastanawiać, co bym nawet poczuła, gdybyśmy się rozstali, gdyby każdy w inną stronę poszedł? Chociaż może tylko tak teraz piszę... Jedyne co mi pozostaje to chyba czekać i rozmawiać o tym z Bogiem. Czy Pani kiedyś miała może podobnie? Czy też rozważała każdą z tych dróg? Czy możliwe jest, że gdy nawet jak się ma chłopaka/dziewczynę, można być powołanym do samotności? Czy można wybrać dobrowolnie taką drogę, pomimo?

Teraz znów nic nie czuję, jakaś pustka, to takie dziwne uczucie. :/ Pozdrawiam. Szczęść Boże.


* * * * *

No tak, a ja tyle razy proszę, żeby podawać numer pytania. Zaczęcie listu od "to znowu ja", "witam ponownie", "tak zrobiłam jak radziłaś a teraz sytuacja wygląda tak..." naprawdę, Moi Drodzy, mimo najszczerszych moich chęci i wysilania pamięci nie powodują, że kojarzę o kogo chodzi.

I jeszcze jedna uwaga techniczna: proszę bardzo nie pisać bardzo długich listów, nie opisywać wszystkich szczegółów sytuacji ani nie zdawać setki pytań naraz. Nie jestem w stanie na takie listy w satysfakcjonujący dla Was sposób odpowiadać. Jest Was bardzo dużo i takie odpowiedzi musiałabym pisać długo lub powierzchownie, co albo odbiłoby się na okresie oczekiwania albo niezadowoleniu pytającego. Dlatego proszę: konkretnie, nie za długo i w sposób umożliwiający identyfikację osoby.

No to tak tytułem wstępu.

Droga Poszukująca! Normalne są Twoje rozterki i bardzo się cieszę, że je masz. To świadczy o poważnym podejściu do życia i poszukiwaniu powołania.
Jednak nie potrafię Ci jednoznacznie odpowiedzieć co do Twojego powołania. Co do życia zakonnego dużo pomogą Ci specjalne powołaniowe rekolekcje. Powołania do samotności jako takiego nie ma. Owszem, można pozostać bezżennym i zająć się pracą dla innych - jeśli taka praca wyklucza życie rodzinne. A nie zawsze wyklucza, bo w małżeństwie też mamy obowiązek pracy dla innych nie tylko dla siebie - naturalnie w ograniczonym zakresie i nie kosztem rodziny. Ale każdy z nas bez wyjątku ma za zadanie ewangelizować.
Pragnieniami trzeba się kierować, ale przede wszystkim trzeba pytać Boga. Bo on chce nam dać powołanie. W tym celu daje nam właśnie pewne pragnienia. Ale same pragnienia i odczucia nie są najistotniejsze, najważniejsza jest chęć realizacji Jego woli. I o to rozeznanie woli trzeba się modlić. A Bóg jak kogoś powoła to na pewno da to odczuć tak, że to rozpoznamy. Ponadto - jak już pisałm w odp. nr: 58, 86, 896 nie ma przeznaczenia. Wiele dróg jest właściwych i nawet "pomyłka" nas nie przekreśla.
Co do chłopaka: jest możliwe, żeby stan zakochania minął po 2-3 miesiącach, czasem nawet nie ma go wcale, o tym w odp. nr 13. Spotkania nie mogą się opierać na całowaniu i to nie dlatego, że "jaka by była z Ciebie zakonnica", bo to nie o to chodzi. Jakbyś miała być zakonnicą to byś była niezależnie od ilości pocałunków. Tylko, że to żadna podstawa poznawania się. W małżeństwie nie będziecie się non stop całować natomiast rozmawiać będziecie musieli. Dlatego na dialog warto przed ślubem postawić.
Jest tak, że im bardziej się jakąś granicę przekracza tym bardziej nasze sumienie się znieczula. A co do powiedzenia "nie" polecam artykuł o czystości: [zobacz].
Miłość nie jest uczuciem, jest pragnieniem dobra dla drugiego, o tym pisałam tutaj: [zobacz]
Nie zawsze miłość się "czuje", czasem nawet nie jest się zakochanym mimo miłości, o tym pisałam w polecanej odp. nr 13.

p.s. Marek Kotański miał rodzinę.

  maleńka, 19 lat
1591
18.03.2007  
mój problem nie jest nawet problemem ale mnei bardzo męczy... bardzo chciałabym się zakochać... bardzo tęsknię za osobą,którą mogłąby pokochać i która by to uczucie odwzajemniła, ale wciąż jestem sama... byłam do tej pory zakochana w 3 facetach (z dwoma z nich chodziłam, a rozstania byly bardzo raniące) i mam takie dziwne przeczucie,ze do trzech razy sztuka.. ze juz zawsze bede sama, jest i tak bardzo źle...

* * * * *

To zabobon, taki jak czarny kot na ulicy czy kominiarz. Jakie do 3 razy sztuka? Gdzieś w Biblii tak pisze? Moja Droga, miłości nie przeżywa się raz czy trzy razy. Przeżywa się ją tylko prawdziwie lub nie, a w zasadzie to co się przeżywa jest prawdziwą miłością lub nie, jest w stanie przetrwać lub nie, możemy być z tą osobą lub nie. Można kochać kilka razy. Miłość bowiem to nie uczucie! To wolna decyzja, pisałam o tym w tym artykule: miłość. I nawet nie jest tak, że jest "jedyna słuszna miłość" - o tym w odp. nr: 58, 86, 896.
Twoje pragnienia są jak najbardziej zrozumiałe i normalne, dziwne gdybyś ich nie miała. I dlatego powinnaś dążyć do ich zrealizowania. Nie za wszelką cenę, ale roztropnie: modlić się o to, poznawać nowych ludzi, dawać się zapraszać, może podziałać w jakiejś organizacji - będzie przyjemne z pożytecznym. Możesz też wpisać się tutaj: [zobacz]
Tylko uwaga! Jeśli chcesz być tylko zakochana to bez sensu, bo zakochanie to co innego niż miłość. To pierwsze jest uczuciem zwróconym ku sobie: ja się chcę zakochać, bo chcę odczuwać pewne emocje. Miłość zaś jest wolną decyzją pragnienia dobra dla drugiego.
Dobra, trochę naukowo to zabrzmiało ale naprawdę rozumiem o co Ci chodzi. Szukaj. Pragnij, módl się i szukaj. I w żadne "sztuki" nie wierz, wierz w dobroć Bożą i Jego mądrość. Powodzenia!

  zakochana?, 16 lat
1590
18.03.2007  
Dziękuję bardzo za odpowiedzi na pytania 1176 i 1386. Dawno do Pani nie pisałam, ponieważ myślałam, że sytucja sama wyjaśni się z czasem, ale niestety nadal mam duże wątpliwości... Jeszcze niedawno praktycznie nie mieliśmy kontaktu (on sam nigdy nie pisał, czasem odpowiadał na moje sms-y, których nie pisałam zbyt często, bo po prostu nie chcę się komukolwiek narzucać). Oczywiście, było mi przykro, ale starałam się uspokoić - i wydawało mi się, że nie czuję do niego już prawie nic - ani pozytywnego ani negatywnego. Życzyłam mu jak najlepiej, byłam wdzięczna za ten czas, który spędziliśmy razem, za to, że pomógł mi znaleźć drogę do Boga i to wszystko. Ale pod koniec stycznia on postanowił \"powrócić\" i zaczęliśmy znowu rozmawiać dosyć często. Nie miałam nic przeciwko temu, bo nie mam do niego żadnego żalu i wyglądało na to, że nasze relacje będą koleżeńskie - może przyjacielskie. Jednak po pewnym czasie zaczęły się częstsze aluzje do tego, co było wcześniej, a po pewnym czasie powiedział wprost, że chce, żebyśmy znowu byli razem. A ja? Nie wiem. Z jednej strony - również wspaniale wspominam to, co było wcześniej. Z drugiej - sporo czasu i wysiłku kosztowało mnie to, żeby \"dojść do siebie\" po tym, jak poczułam się zraniona naszym długim brakiem kontaktu. Wydaje mi się, że gdybym nadal go kochała, wiedziałabym o tym, a nie zastanawiałabym się nad tym, czy ja cokolwiek czuję do niego? Nie jestem osobą pamiętliwą - więc chętnie dałabym jemu (a właściwie nam) jeszcze jedną szansę, ale uczucia są przecież niezależne od naszej woli?... Boję się, że jeśli to jeszcze trochę potrwa, w końcu będziemy mieli siebie nawzajem dość i nie będziemy mogli porozmawiać nawet o pogodzie. A on jest dobrym człowiekiem i chciałabym, żeby nasze stosunki pozostały przynajmniej neutralnymi. Czasem myślę, że trudno będzie mi znaleźć drugą osobę, przed którą nie będę musiała tłumaczyć się ze swojego \"przestarzałego\" światopoglądu, a w szczególności z tego, że ważna jest dla mnie czystość i zachowanie jej do ślubu. Przecież mało jest teraz takich osób.
Za 1,5 miesiąca prawdopodobnie będę w jego mieście (jadę na pielgrzymkę do jego kraju). Nie wiem, czy w ogóle powinnam mu o tym mówić, bo boję się, że nasze spotkanie mogłoby go rozczarować - nasze uczucia są chyba zbyt różne. A jeśli mu nie powiem - będę miała poczucie winy, bo okropnie bym się czuła, gdyby on przyjechał do mojego miasta nic mi o tym nie mówiąc. Przecież tak czy inaczej kiedyś to by się wydało.
Mam nadzieję, że Pani mnie rozumie. Ja chcę jak najlepiej, a boję się, że moim postępowaniem (to znaczy \"czekaniem na lepsze czasy\" i nie wyjaśnianiem do końca tego, co jest między nami) mogę go bardziej zranić. Czy liczenie na to, że czas pomoże mi zrozumieć swoje własne uczucia ma jakikolwiek sens?
Pozdrawiam serdecznie!


* * * * *

Hmm, o swoim przyjeździe tam mu powiedz. I chyba nawet powinnaś się z nim spotkać. To będzie dobra okazja, żeby porozmawiać i powiedzieć szczerze o tym wszystkim co Cię dręczy. Rozumiem, że chciałabyś tą sprawę dokończyć, jakoś ją zamknąć. To spotkanie potraktuj może jako okazję do zobaczenia co tak naprawdę jeszcze Was łączy. Możesz się zdziwić w każdą stronę. Nawet jeśli któreś z Was się rozczaruje to zawsze będzie to jakiś drogowskaz na tej drodze. Na pewno nie możesz robić czegoś wbrew sobie: ani zmuszać się do związku ani też odżegnywać od niego na siłę. A już na pewno nie możesz myśleć, że może "powinnaś" z nim być, bo on ma taki sam światopogląd i możesz nikogo takiego już nie spotkać. Zapewniam Cię, że są jeszcze tacy chłopcy, choćby w naszym "Źródełku".
Widzisz, chyba nie do końca tak jest, że gdybyś go nadal kochała to byłabyś tego pewna. W miłości też jest niepewność, a poza tym Ty na własny użytek (co jest naturalnie zrozumiałe) postanowiłaś, że nie będziesz kochać, że chcesz to zakończyć. Oczywiście jakieś uczucia do niego jeszcze żywisz. Gdy ludzie, którzy byli kiedyś razem postanawiają zostać przyjaciółmi to często jest to skazane na niepowodzenie. Pisałam o tym w odp. nr 7. Bo przeważnie w którymś z nich odżyją dawne wspomnienia, więzi i będę chcieli jeszcze raz spróbować. Samo normalne, pozbawione emocji koleżeństwo między takimi osobami jest trudne, a co dopiero przyjaźń - przynajmniej według mnie.
Ja proponuję rozmowę z nim, wybadanie swoich reakcji i spytanie jak on to wszystko widzi. Jak widzi Wasze kontakty i co sądzi o poprzednich problemach. Czy już się z nimi uporał? A co Ty o tym sądzisz? Czy zauważasz w nim jakies zmiany?
Masz rację, że należy jakiś ruch wykonać, bo samo czekanie do niczego nie doprowadzi, chyba że do "śmierci naturalnej" Waszej relacji wskutek jej oczywistego zaniedbania. Ale po tym jak on zaproponował Ci znowu związek trzeba jakoś zareagować. Żeby jednak zareagować trzeba wiedzieć czego się chce. I tym pomoże Ci spotkanie z nim. Niczego mu nie musisz obiecywać. Możesz go poprosić o czas. Masz prawo się zastanowić. Módl się też o rozeznanie. Z Bogiem!

  Kinga, 20 lat
1589
18.03.2007  
Jakie cechy poinien posiadać chłopak by móc z pewną pewnością powiedzieć że to ten jedyny? W filmach i gazetach trąbią o tym ukrytym "czymś", w co niekoniecznie wierzę, ale to pierwsze zauroczenie z biegiem czasu mia, człowiek się zmienia i zastanawia, czy ten idealny na początku nie jest tylko szarym tłumem i czy niewarto "zmienić go na nowszy modal", poniewasz z czasem pojawia się tęsknota za czymś czego twój partner niemoże cię obdarować, zaczyna się widzieć jego ciemne strony i pojawiają się wątpliwości, czy powiedzenie mu sakramentalnego "tak" nie będzie nieodwracalną pomyłką (DZIĘKUJĘ)

* * * * *

Ho, ho, to z grubej rury wystartowałaś. Powiem tak: ja też w nic ukrytego nie wierzę, bo wszystko co w związku się dzieje jest "na wierzchu". Nie jest tak, że ludzie mają jakieś magnesy, które w tajemniczy sposób przyciągają ich do siebie. Tym co przyciąga jest pewnien urok osobisty, zbieżne poglady, zainteresowania, cechy, uroda. Tu nie ma tajemnych mocy. Po prostu ktoś nam się podoba, jest pewne zauroczenie, zaczynamy się spotykać, poznajemy się dobrze i podejmujemy decyzję: chcemy czy nie chcemy być z tą osobą. Międzyczasie naturalnie emocje mijają, mija zakochanie i zaczyna się miłość. Zawsze jest to wolna i świadoma decyzja. Pisałam o tym w tym artykule: [zobacz] oraz w tych odp. nr: 58, 86, 896.
Co do chłopaka idealnego: nie ma takiego. I nigdy nie ma takiego momentu, że można na 100 % powiedzieć, że to ten. Nawet przed ołtarzem nie mamy takiej pewności. Rozczarowana jesteś? A może przerażona? Spokojnie. Widzisz, to jest tak, że jest dwoje obcych sobie ludzi. Ich zadaniem - jeśli zdecydują się zostać małżeństwem - jest zbudowanie takiej więzi, żeby chcieli żyć razem. I to jest właśnie to. Takie przekonanie, że razem będzie Wam lepiej niż osobno. I dlatego chcecie się pobrać. A jak już się pobierzecie to zapewniam Cię, że nie ma już takich momentów, że zastanawiamy się czy gdzieś jest ktoś jeszcze lepszy, idealniejszy, kogo bardziej byśmy kochali. Nas to po prostu nie obchodzi, bo my znaleźliśmy już swoją miłość. I wtedy chce się tą miłość rozwijać a nie zastanawiać i szukać. Dlatego możliwa jest monogamia :) Ponadto sakrament małżeństwa daje łaskę. Niesamowitą. Ja przed ślubem obawiałam się - jak każdy - czy to przetrwa, czy nam się nie odmieni, czy trudności nas nie pokonają. Sakrament dał nam siłę. I choć trudności nas nie ominęły swojego męża kocham coraz bardziej i na myśl, że mogłabym pomyśleć o kimś innym śmiech mnie ogarnia - takie to dla mnie nierealne.
Masz rację naturalnie, że z czasem widzimy wady i ciemne strony. I Bogu dzięki, że tak jest. Bo to warunkuje ową świadomą decyzję. Dlatego według mnie czas przed ślubem jest ważny i nie może być za krótki. Musi przed ślubem minąć zakochanie, bo jak nie minie to po ślubie się dopiero te ciemne strony odkryje i będzie szok. Ale teraz rzadko się zdarza, żeby narzeczeństwo trwało krócej niż np. pół roku czy rok, a w tym czasie wszystko wyjdzie. Jeśli będziemy wobec siebie szczerzy oczywiście, no ale nie wyobrażam sobie, żeby nie być szczerym wobec ukochanej osoby. No i na koniec. Nie ma testów sprawdzającyh czy ktoś się nadaje na małżonka. Mówią nam o tym nasze oczekiwania. O nich pisałam w tych artykułach: [zobacz], [zobacz]

  Marcin, 18 lat
1588
18.03.2007  
Dziękuje za odpowiedź nr 1533. Niestety, z tego już nic nie będzie. Nie będę tu pisał co zaszło i dlaczego tak uważam. To już nie ma znaczenia. Mogę tylko zapewnić, że nie popełniłem żadnego z błędów, przed którymi byłem przestrzegany w 1533. Szczerze mówiąc od początku czułem w głębi duszy, że kolejny raz czeka mnie bolesne zejście na ziemię (tak jak wszystkie poprzednie razy, kiedy byłem zakochany). Z pierwszego mojego zdania w 1533 wynika, że nigdy wcześniej nie kochałem. Napisałem tak, bo po prostu to było całkiem inne uczucie niż te poprzednie. Nigdy wcześniej nie odczuwałem tak silnych emocji, no i tutaj miałem jeszcze jakieś szanse. Przynajmniej nie cierpię zbyt mocno. Przyzwyczaiłem się. Zapewne dostanę tu odpowiedź, że po prostu jeszcze nie natrafiłem na odpowiednią osobę i że jak będę dobrym chrześcijaninem, to Bóg ześle mi idealną i kochającą żonę. Wszystko dobrze. Ale ile czasu jeszcze mam się męczyć? 2 lata? 5 lat? A może 30? Jeśli masz coś robić, to rób to dobrze, a mnie z płcią przeciwną idzie beznadziejnie. To żałosne. Najwyższy czas żebym skończył z życiem w fikcji i pogodził się z faktem, że bycie z kimś u boku to nie moje powołanie. Miłość to drzazga, którą muszę wyciągnąć, żeby przestało boleć. Oto więc moje pytania: Jak mam wyciągnąć tą drzazgę? Jak się już nigdy nie zakochać i uczynić samotność jako najlepszą z możliwych dróg życia? Jak być szczęśliwym w samotności? Na pewno jest jakiś sposób. Gdyby go nie było, to nie mielibyśmy dziś na świecie aseksualików. Próbuję poświęcić się całkowicie pracy, ale np. gdy kładę się do łóżka i próbuję zasnąć, to znów odzywają się te męczące myśli. I takich sytuacji jest dużo więcej. Nikt na świecie nie chciałby wiedzieć, co ja czuję, gdy widzę na ulicy szczęśliwą, zakochaną parę. Moje słowa to nie efekt jakiejś ciężkiej depresji, a moja ostatnia porażka nie ma źródła w pesymistycznym podejściu do sprawy ani nieprzyjemnych doświadczeniach z przeszłości. Jestem realistą. Potrafię określić swoje predyspozycje i ocenić otaczającą mnie rzeczywistość. To oznacza, że umiem stwierdzić czy się do czegoś nadaję czy nie. Ja naprawdę nie mam nic, czym mógłbym przyciągnąć do siebie drugą osobę. Zachęty w stylu „nie poddawaj się” nie robią już na mnie wrażenia i niewiele wskórają. Z góry dziękuję za udzielenie odpowiedzi na moje pytania.

* * * * *

Powiem krótko: męża poznałam w wieku 27 lat. Wyszłam za mąż mając prawie 30. Czy nie cierpiałam wcześniej? Owszem. Wcale nie rozumiałam czemu muszę czekać i - przede wszystkim - CZY się doczekam. Wściekałam się, płakałam, pytałam tak jak Ty - jak się pozbyć uczuć i zaakceptować samotność. Nie udało mi się to. I teraz wiem dlaczego tak było: żebym spotkała TEGO człowieka. Bo innego bym nie chciała. A jego mogłam spotkać dopiero tak późno. Nie będę Ci słodzić, nie będę mówić, że już niedługo. Powiem Ci tylko, że skoro Bóg dał Ci takie tęsknoty to nie kpi z Ciebie i nie śmieje się syderczo zza chmur. Nie wiem jakie ma wobec Ciebie plany. Ale traktuje Cię poważnie.
Współczuję Ci sytuacji, która Cię spotkała. Jeśli chcesz z tego wyjść poczytaj proszę odp. nr: 80, 526, 653, 825. A przede wszystkim: wpisz się tutaj: [zobacz]
Mamy bardzo wiele szczęśliwych par. Szczerze życzę Ci miłości. Z Bogiem!

  poszukująca, 18 lat
1587
14.03.2007  
To znowu ja. Dziękuję za odpowiedź. Cóż, co do chłopaka to pewnie czas pokaże. Podobno na wszystko jest czas, na wszystko przyjdzie czas, miejmy nadzieję... Ostatnio trochę się zawiodłam. Był dzień kobiet - On chyba z poczatku nie bardzo o tym pamiętał tak mi się wydaje, dopiero potem, gdy zobaczył wokół "tą całą atmosferę", przypomniał sobie o tym i gdy to ode mnie wyszło spacer na koniec usłyszałam typową regułkę "wszystkiego najlepszego z okazji dnia kobiet". Potem czas rekolekcji i były czuwania, ale On nie chciał iść ze mną. A nawet jakieś pary przyszły razem na to i nawet niektórzy chłopcy sami przyszli. On tego raczej nie czuje...:( Dla mnie związek mocny jest gdy oparty jest na silnych fundamentach jakim jest np wiara, gdy robimy coś razem, razem i też poświęcamy czas Bogu, a przynajmniej staramy się. To już nie 1-wszy raz. Mówił, żebyś mi się wieczorem spotkali, a ja to zaproponowałam, że przecież razem będziemy i potem będzie trochę czasu na np rozmowę po drodze do domu, ale On na to, że to nie to samo, że nie chce Mu się itp. To boli. Inni - i to niektórzy ku mojemy zdziwieniu co bym nie powiedziała - przyjęli nawet Komunię Św. na Mszy. Nie widzieliśmy się i wcale mi z tym nie jest źle, może też dlatego, że coś mnie też w środku ost. boli? Ale czy zakon? - teraz myślę, że nie, jednak nie. Może będę sama, wybiorę drogę samotności i poświęcę się jakimś działalnością...
Niedawno poprosiłam księdza (którego uważałam za swego spowiednika, a nawet i moze kierownika duchownego) o spowiedź, bo poczułam,że w tym momencie wiele bym mogła Mu powiedzieć. Ale powiedział, że nast. dnia. Wiem, że mogłam prosić na czuwaniu, ale wtedy cała byłam zapłakana, choć tak kryje swe łzy, wtedy nie potrafiłam już. Potem nie widziałam Go, a potem już trzeba było Kościół zamknąć. Odeszłam więc, ale dość , że i tak moja wartość jest zaniżona, to wtedy już kompletnie poczułam się jak nikt, niepotrzebna i w ogóle. Poszłam późno spać, a rano kręciło mi się w głowie, wymiotowałam i znów zmagałam się z samą sobą. Poszłam w takim razie - trochę później niż chciałam - do Kościoła, już nic nie czułam, miałam nawet nie iść do spowiedzi, stanęłam w kolejce akurat tam gdzie moja przyjaciółka do tego właśnie księdza. Brałam pod uwagę nawet, by iść do takiego innego, ale On zaraz wyszedł z konfensjonału - może to był znak, ze właśnie mam iść do tego księdza mojego spowiednika do tej pory? Czekałam, bo kolejka była długa, bałam się i gdy byłam coraz bliżej nagle pękało coś we mnie, tak strasznie bolało, boli wciąż w środku i łzy mi ciekły po policzkach. Gdy przyszła moja kolej On musiał wyjść i taki ból...czyżby diabeł robił mi takie przeszkody, ost. strasznie mnie wypróbowuje, kusi i dzieją się przeróżne dziwne rzeczy, co robić mam? Boję się. Ksiądz podszedł i powiedział, że będzie potem jeszcze. I w istocie,, tylko, że ja już nie mogłam się otworzyć i stąd nic praktycznie nie powiedziałam, wyszłam z płakana z Kościoła i ktoś inny już dawno, by wtragnął na swe życie. Ale nie ja! Żyję dla innych, choćby dla moich przyjaciół. I tak życie jest piękne, choć trudne... Mam przed sobą ważne egzaminy, a nie jestem w stanie się skupić już od jakiegoś czasu i mogę to wszystko zawalić, a od tego zależy dużo. Cóż więc mam robić? Prosze mi pomóc. Tak mi źle i ciężko. Ale nie poddam się, nie moge. Wtedy poczułam jak się zamknęłam znów, a wiem też, co to jest depresja i nie chcę już przechodzić przez niektóre rzeczy jeszcze raz. Ale wezmę życie w swoje ręce. Proszę też o modlitwe. Bóg zapłać. Szczęść Boże.


P.S. Może lepiej zmienić spowiednika, nawet gdy się czuło, że to właśnie ten człowiek i otrzymało się znaki? I jeszcze jedno - czy to źle, że w doborze chłopaka chcę się kierować głównie jego wiarą, przynajmniej staraniami, by być bliżej Boga?


* * * * *

"...wybiorę drogę samotności..." - tylko pamiętaj, że nie ma takiego powołania jak samotność. Nie zrobisz Panu Bogu tym na złość, bo ten chłopak, którego na Twojej drodze postawił nie jest taki jaki byś chciała. Nie musisz z nim być, nie musisz się zmuszać do związku z nim jeśli czujesz, że nie podołasz. Bóg nie daje Ci ciężaru ponad siły, masz wolną wolę, możesz wybrać. Przeczytaj odp. nr 58, 86, 896 o tym, że nie ma w życiu przeznaczenia i wyborów dokonujemy my. Módl się o dobrego chłopaka - po prostu. Bóg wie czego Ci potrzeba. Nie musisz dokonywać wyboru już teraz. Poznawajcie się i decydujcie - tak właśnie wygląda związek. Czas pokaże czy zostaniecie ze sobą czy będziecie szukać kogoś innego.
"...ktoś inny już dawno, by wtragnął na swe życie..." Ojojoj, skąd taka pewność? Chyba trochę to pychą za bardzo pachnie.
Moja Droga! Nikt nie ma idealnego, łatwego życia, a nawet jeśli Ci się wydaje, że niektórzy mają to prawdopodobnie nie masz pojęcia o ich problemach, których nie widać na zewnątrz. Twoje życie też niektórym wydaje się sielankowe. To normalne, że są trudności i pokusy. Przez nie kształtuje się nasz charakter i w tym się doskonalimy. Życie na ziemie nie jest rajem, a chrześcijanin nie ma być "grzecznym aniołkiem" ani duchowym mięczakiem. Każdy w życiu musi walczyć: ze sobą, z szatanem, z pokusami, okolicznościami, z Bogiem nawet się kłócić. Gdyby życie było pasmem szczęścia to raz, żeby było trochę nudne, a dwa: bylibyśmy marionetkami w ręku Boga. Po co nam by była wolna wola i rozum? Chrześcijaństwo to kształtowanie Bożych wojowników. Bo walką zdobywa się królestwa. Niebieskie też - walką duchową. Co do spowiednika to Ci jednoznacznie nie doradzę. W moim odczuciu powinnaś jednak bardziej skupiać się na jego zaleceniach a mniej na swoich odczuciach. Nie neguję Twoich uczuć, nie zrozum mnie źle. Ale nie jest najistotniejsze co czujemy po spowiedzi tylko co po niej robimy. Z Bogiem!

p.s. Polecam książkę ks. Piotra Pawlukiewicza "Bóg miłosierny aż tak?"

  Natalia, 21 lat
1586
14.03.2007  
Szczęść Boże!
Zaczęłam w tym roku drugi kierunek studiów, na którym zetknęłam się z pewnym chłopakiem. Krzysztof jest wg mnie bardzo interesującym człowiekiem, w związku z tym chciałabym go bliżej poznać. Mam zatem pytanie: jak go \"zaczepić\", żeby nie pomyślał, że oczekuję jakiejś relacji romantycznej?


* * * * *

Proszę skorzystaj z porad w odp. nr: 3, 30, 37, 134, 411, 912. Sprawę masz ułatwioną, bo tematów do rozmowy jest wiele. Skoro jesteś nowa na roku będzie to oczywiste, że potrzebujesz różnych informacji. A zatem nie będzie dziwne, że pytasz go o wiele rzeczy. Powodzenia!

  Edyta, 19 lat
1585
14.03.2007  
Szczęść Boże! Piszę do Pani kolejny raz i dziękuję za wcześniejsze porady (1411 i 1512). Bardzo mi pomogły podjąć decyzję. Zrozumiałam czym powinnam się kierować w życiu. Teraz mam pewien problem, który wydaje mi sie dość poważny i nie wiem co mam robić. Mój były chłopak, z którym rozstałam się ok. 2 miesiecy temu ciągle obwinia mnie za tą sytuację, zarzuca że nigdy go nie kochałam, co oczywiście jest nieprawdą. Kochałam go i chyba w pewnym sensie nadal coś do niego czuję, ale nasz związek nie miałby przyszłości. On teraz chce we mnie za wszelką cenę wzbudzić poczucie winy. Pisał mi, że przeze mnie pociął się żyletką. Śledzi mnie, wysyła kolegów aby się dowiedzieć z jakimi ludźmi się spotykam. Na studniówke poszłam z kolegą i on też robił mi z tego powodu jakieś przykre uwagi. Ostatnio zaczął mi grozić, mówi, że zemści sie za to, że rozstałam się z nim, że zobaczę do czego jest zdolny i popamiętam go. Że zrobi to w momencie, kiedy najbardziej mnie to zaboli. Nie wiem co mam o tym myśleć. Wydawało mi się, że przez 1,5 roku zdążyłam go poznać...teraz już nie wiem czy tak dobrze maskował swoją drugą twarz, czy tak bardzo się zmienił. Nie udało nam się stworzyć związku, który oparty byłby na wartościach, którymi powinniśmy sie kierować w życiu. A poza tym on nie miał wolnego serca, nigdy chyba nie przestał kochać swojej byłej dziewczyny, ciągle ją wspominał, a za moimi plecami spotykał się z innymi. Okłamywał mnie na każdym kroku. Nie mogłam dłużej udawać, że nic się nie dzieje. Przecież taki związek nie ma sensu. Boje sie nawet myśleć, co byłoby za kilka czy kilkanaście lat... Dlatego nie wiem czemu on teraz tak się zachowuje, dlaczego obwinia mnie za wszystko i grozi mi. Nie wiem jak mam się zachowywac wobec niego, co robić. Bardzo proszę o radę. Dziękuję. Z Bogiem.

* * * * *

Obwinia Ciebie, bo nie może poradzić sobie ze swoimi emocjami. Rozstanie z Tobą uraziło jego męską dumę. To, że on się pociął (nie wiadomo czy to prawda) to jego problem. Tobie przez to na złość nie zrobił. Natomiast to, że Ci grozi, że opowiada takie rzeczy, zapowiada zemstę itp. to już jest przestępstwo, znane w kodeksie karnym pod nazwą "groźby karalne". To mu trzeba uświadomić jeśli nadal będzie się tak zachowywał. Powinnaś też koniecznie poinformować o tym rodziców, ewentualnie wychowawczynię. Nie możesz ukrywać tego faktu, bo jakby mu coś głupiego rzeczywiście wpadło do głowy to trzeba chronić siebie. Rodzice powinni ocenić na ile to jest groźne i podjąć stosowne kroki. W każdym razie muszą o tym wiedzieć. Ja jestem pewna, że niedługo mu się to znudzi, że przestanie. Ty ze swej strony powinnaś dawać mu do zrozumienia, że Cię to wszystko co on robi i mówi nie obchodzi, powinnaś rozmowy z nim bagatelizować, tym szybciej on zrozumie, że nie robi to na Tobie wrażenia. Jeśli będziesz odpowiadać na jego zaczepki będzie to woda na młyn. Powinnaś unikać kontaktu, a jeśli czujesz się zagrożona nie wychodzić sama, przynajmniej wieczorem. I tak jak powiedziałam - nie ukrywać tych faktów. Jeśli dotrze do niego, że inni wiedzą co on robi i nikt tego nie pochwala może się opamięta. Z Bogiem!

  Kasia, 21 lat
1584
14.03.2007  
/1558/ pani kasiu, dlaczego to wszystko tak się potoczyło?Dlaczego to zycie jest takie okrutne?:( dlaczego jak się już coś sypie to na całego?:( Już nie mam na nic siły:( Jak zobaczyłam wczoraj opis mojego bylego chlopaka na gg, to myślalam ze mi serducho pęknie:( \"Kocham Wiole i juz nie przestane\".Jak to możliwe ze po roku wspolnego zycia, po tylu przezytych chwilach, On mowi takie rzeczy innej dziewczynie...Minely dopiero 3 tygodnie od naszego rozstania!Czy kazdy facet jest taki??? Czy oni lubia nas ranic?:( A moze to byla zwykla gra? Zabawa??? Moze juz sie znudzilam wiec sprobowal czegos innego...;( Dlaczego to wszystko jest takie trudne? Przeszlismy wspolnie tak wiele... Nie poddalismy sie kiedy rodzice byli przeciwko nam, kiedy byly naprawde duze problemy...walczylismy o siebie i nasza milosc...Teraz, kiedy wszystko sie zaczelo ukladac, kiedy zaczelismy tworzyc taki prawdziwy zwiazek- dlaczego teraz nie ma tej milosci?:( Jest tyle pytań, na ktore nie znam odpowiedzi...Co teraz zrobic?Jak postapic zeby tak nie bolalo?Jak przyjac wiadomosc ze on tuli, caluje, trzyma za reke Wiolke?:( Jak wogole utrzymac z nim kontakt???Nie chce juz z nim byc.Juz nigdy, ale zrobil dla mnie tak wiele.Tylko jemu zaufalam, tylko On zna moje sekrety...Z kim mam teraz rozmawiac kiedy jest mi zle?Mam powazne klopoty zwiazane z przeszloscia - nikt o tym nie wiem...On jest jedyna osoba ktora mi pomagala...jak mam sobie teraz radzic sama?Co zrobic zeby ze mna normalnie rozmawial?Zeby potrafil wziac odpowiedzialnosc za to co nas laczylo...Dlaczego zostalam z tym sama?Bez slowa wyjasnienia?:( Traktuje mnie teraz okropnie...ignoruje, odpycha, udaje ze nie istnieje... A to tak boli:( Twierdzi ze nic nas nie laczylo...bo przeciez nie bylismy narzeczonymi...Jak tak mozna?:( Dlaczego tak sie zmienil? Dlaczego nie potrafi sie teraz zachowac tak jak powinien? A moze ja nigdy nic dla Niego nie znaczylam;( Jest tak cieżko że już nie daje sobie rady;(

* * * * *

Kasiu! To jest to co Ci pisałam - minęło zakochanie i on uznał, że miłość się skończyła, więc poszukał sobie nowego obiektu westchnień. Dopóki nie zrozumie, że miłość nie na tym polega to ciągle będzie szukał czegoś ulotnego i zrywał z każdą dziewczyną kiedy emocje miną. Nie chcę, żeby to zabrzmiało jak pocieszenie, ale prawdopodobnie z tą nową dziewczyną będzie taki sam scenariusz. Fakt, że on tak szybko się z kimś związał i że tak to demonstruje jest spowodowane jego niedojrzałością i jakąś chęcią dowartościowania siebie - chce pokazać światu, że on potrafi znaleźć sobie dziewczynę. Myśli, że to jest miara jego męskości. Ten opis na gg jest w jego wydaniu po prostu śmieszny. Za jakieś 3 miesiące miejsce Wiolki zajmie jakaś Iza czy Ania. I każdej z nich złoży deklarację, że jej nie przestanie kochać nie mając tak naprawdę o miłości pojęcia. I będzie tak dopóki on nie dorośnie. Szkoda dziewczyn - tylko tyle. Współczuję Ci bardzo, tym bardziej, że Ty jesteś już dojrzalsza, masz większą świadomość, jesteś starsza i byłaś bardzo zaangażowana. Teraz musisz po prostu przez to przejść.
A kontaktu nie utrzymywać, nie ma po co rozdrapywać ran. Wprost przeciwnie - jeśli jemu chodzi o to, byś zobaczyła jego triumf i żeby Cię to zabolało to udawaj, że Cię to w ogóle nie obchodzi. Im bardziej będziesz obojętna tym szybciej on przestanie się zgrywać.

  Katia, 17 lat
1583
14.03.2007  
Bardzo podoba mi się pewien chłopak, którego widuję czasami jadąc do szkoły. Naprawde zależy mi by nawiazac z nim jakis kontakt, ale nie wiem jak to zrobic. Nie odwaze sie podejsc do niego lub jakos go zaczepic, jestem zbyt niesmiała. Co mam zrobic??? Prosze o rade.

* * * * *

Proszę skorzystaj z rad w odp. nr: 3, 30, 37, 134, 411, 912.

  Eliza, 20 lat
1582
14.03.2007  
To co napisze będzie nie tyle pytaniem na które bede chciala uzyskać konkretną odpowiedz, ale raczej tematem do zastanowienia, oczywiście na pewno przyda mi się Pani opinia na ten temat. Otóż zastanawiam się juz od jakiegoś czasu, konkretnie od czasu kiedy zaczęłam chodzić z pewnym chlopakiem. Mieszkamy dość daleko i planujemy oczywiscie wspolną przyszlość, ale to są dość odległę plany. I w tym problem. Bo ja jestem dość ambitną osobą. Chce skonczyc studia, a po ich skończeniu bedę miala 25 lat. Dopiero wtedy bede mogla zamieszkac razem z chlopakiem (chodzi mi ze w tym samym mieście). Wiadomo ze roznie sie sprawy mogą potoczyć, ale zakładam, że gdzieś wlaśnie w tym wieku zaczniemy się zastanawiać nad datą ślubu. Wiem ze teraz duzo młodych ludzi chce zawierać ten sakrament dopiero po studiach, albo jak się już trochę ustabilizują w życiu (praca, mieszkanie). No ale jak tak myśle, że po studiach jak znajdzie się jakąś dobrą prace, to będzie się chcialo w tej pracy utrzymać. No i tu się pojawia problem - dzieci. Ja zawsze chcialam być młodą matką (oczywiście nie za młodą:p) ale jak tak patrze na moją przyszlość, to zanim skończę studia, zanim wezme ślub, zanim znajde prace i sie w nią jakoś wdroże, to będę miala z 27 lat, a może i więcej. A tak z drugiej strony nie chce urodzić pierwszego dziecka mając 30 lat, tylko przez to ze wazniejsza była dla mnie praca (troche się błędne koło zaczyna robić z tego..). Wiem że to jest dość złożony problem. Ale ja bym chciala zapenić dzieciom wszystko co im będzie potrzebne, włącznie z opieką i czasem który będę z nimi spędzać. Ale wiem, ze sprawa pieniędzy też jest w tym niestety bardzo ważna i wiem, że też bede musiala chociaz troche pracować, żeby rodzina funkcjonowała normalnie (bo wiem, ze moj chlopak wprawdzie zarobilby pewnie na utrzymanie, ale gdyby jeszcze pare zlotych wpadlo, bylo by dla nas latwiej). A poza tym, jak juz dzieci troche podrosną to nie bede chciala siedziec w domu, a im jest sie starszym i bez doświadczenia, to z pracą ciężko. Mam nadzieje ze rozumie Pani o co mi mniej więcej chodzi. Pozdrawiam serdecznie:)

* * * * *

Wiem o co chodzi. Dobrze, że się nad ta kwestią zastanawiasz. Po prostu - omów tą sprawę z chłopakiem. Im więcej przed ślubem omówicie tym mniej będzie po ślubie niespodzianek i rozczarowań, choć naturalnie życie z pewnością zweryfikuje pewne plany i pomysły. Tak już jest, że są rzeczy, których przed ślubem nie da się przewidzieć (choćby to czy w ogóle może się mieć dzieci -nie można tego sprawdzić) albo nagle zmieniają się okoliczności: choroba, strata pracy itp. Ja nie będę Ci niczego sugerować, bo zawsze jest to indywidualna decyzja konkretnego małżeństwa. Ale mogę Ci polecić bardzo dobry kurs przedmałżeński prowadzony metodą diolaogu między narzeczonymi, na którym omówicie i tą sprawę. Informacje znajdziesz tutaj: www.spotkaniamalzenskie.pl, www.malzenstwo.pl

  Mateusz, 16 lat
1581
14.03.2007  
Na parafialnych spotkaniach oazowych poznałem 2 lata starszą dziewczynę, lecz \"niestety\" ma chłopaka. Po miesięcznej znajomości zacząłem odczuwać uczucie miłości do tej dziewczyny. Ona ze swoim chłopakiem chodzili na spotkania oazowe, lecz po świętach Bożego Narodzenia wszystko się odwróciło. Jej chłopak przestał chodzić na spotkania, znudziło mu się to. Ale ona chodzi dalej. Od kilku osób słyszałem ze on z nią zerwał, ale okazało się to nie prawdą. A ja ją ciągle kocham. Kilka razy sie spotkaliśmy, pogadaliśmy itp.

* * * * *

No, jeśli ona nadal jest z tym chłopakiem to bez względu na to czy on chodzi na spotkania czy nie Ty powinieneś się odsunąć. Nie można wchodzić w czyjś związek, pisałam o tym wielokrotnie np. w tych odpowiedziach: 210, 501, 542, 583,768. Pomyśl zawsze jak Ty byś się czuł gdyby ktoś zakochał się w Twojej dziewczynie. Naturalnie, za samo uczucie, którym ją obdarzyłeś nie możesz się winić. Ale to nie usprawiedliwia czynów - za które już odpowiadasz.

  Marzena, 26 lat
1580
13.03.2007  
Witam! Chciałabym się Was poradzić, ponieważ nie wiem co mam robić.
Jestem od paru lat związana z księdzem.Kochamy się, ale ukrywamy to uczucie, bo co by to było,gdyby ktoś nas zobaczył razem.
On chce zrezygnować z kapłaństwa...Na początku cieszyłam się, że w końcu nie będziemy musieli się ukrywać, że będzie nam razem wspaniale, ale teraz mam duże wątpliwości, czy dobrze robi. Nie chcę żeby za parę lat powiedział mi, że żałuje tego co zrobił, bo kapłaństwo było dla niego wszystkim. Nie chcę żeby później mnie o to obwiniał. Rozmawiałam z nim o tym, mówi, że tak nie zrobi, bo mnie kocha i nigdy nie przestanie, że to ja jestem najważniejsza, ale jak za te parę lat coś mu się odmieni? Proszę poradźcie mi, co mam robić.. Z góry dziękuję.


* * * * *

Żartujesz czy pytasz poważnie? W tym drugim przypadku przeczytaj proszę ten tekst: [zobacz]

  Zdezorientowana..., 19 lat
1579
13.03.2007  
Aż nie wierzę, że się udało mi "dopchać"..:)
Poznałam dokładnie rok temu chłopaka, którego mogę z czystym sercem nazwać cudownym kolegą bądź też przyjacielem. Od samego początku zwrócił moją uwagę swoim podejściem do życia, otwartością itp. co było podobne do mnie samej. Często wygłupialiśmy się, żartowaliśmy, trzymaliśmy za ręce przytulał mnie. Obydwoje wiedzieliśmy, że to są przyjacielskie gesty, choć nie ukrywam, chciałam, żeby było z tego coś więcej. Zaprosiłam Go na studniówkę. W między czasie zauważyłam, że jeden chłopak z mojej szkoły jest troszkę inny w stosunku do mnie, mówił mi cześć, choć się nie znaliśmy, uśmiechał się, rozpoczynał rozmowy. Poprosiłam Go o poloneza i tak zaczęła się nasza znajomość. Z każdym dniem polubiłam go bardziej i bardziej. Na studniówce przetańczyłam z Nim więcej kawałków niż tego poloneza i czułam, że jestem z właściwą osobą we właściwym miejscu. Problem był w tamtym chłopaku, z którym przyszłam, który zaczął sie zachowywac jakby byl zazdrosny i ogolnie tak jakos dziwnie, cały czas łapał mnie za ręce, przytulał itp. Widział to Ten Drugi, ale starałam się wyjaśnić sytuację, tłumacząc, że to tylko kolega i ze on taki już jest. ten Drugi Chłopak po studniówce zaczął ze mną na przerwach rozmawiać, odprowadził mnie do domu kiedyś chociaż nie miał po drodze, zaprosił na spotkanie, pisał SMS na gg. I byłam z tym naprawdę szczęśliwa. Problem w tym, że nagle to wszystko się skończyło. Z dnia na dzień nasza znajomość przerodziła się na zwykłe cześć lub rozmowę na gg, którą ja zaczynałam (a do tej pory zawsze On). Nie wiem jak mam to rozumieć. Zapytałam się, czy coś sie stało, ale ponoć nie... Niby nie ma czasu. Ale jakoś nie umiem w to uwierzyć. Dziwnie się z tym czuję, bo nie wiem, czy Go w jakiś sposób do siebie nie zraziłam. Czy powinnam coś w tej sytuacji robić?


* * * * *

Po pierwsze: stosunki z Twoim przyjacielem nie są tylko przyjacielskie. Nie trzyma się przyjaciółki za rękę i nie przytula. Widziałaś kiedyś, żeby dwóch chłopaków - przyjaciół tak robiło? Nie! Bo przyjaźń tego nie potrzebuje. A skoro tak to bądźmy konsekwentni - jeśli nazywamy dziewczynę przyjaciółką a nie dziewczyną to zachowujmy się w stosunku do niej tak (w gestach) jak w stosunku do przyjaciela. Ja myślę, że ten przyjaciel wcale Cię nie traktuje po koleżeńsku (gdyby tak było skąd owa zazdrośc na studniówce?). Prawdopobnie podobasz mu się, ale nieokreśleniem w sposób jednoznaczny Waszej relacji zostawia sobie furtkę na wypadek gdyby coś było nie tak, gdyby coś nie wyszło. A może to Ty określiłaś Wasze kontakty jako przyjacielskie i chłopak - mając nadzieję, że przerodzi się to w coś większego ale - żeby Cię nie stracić i nie wystraszyć -zgadza się (pozornie oczywiście) na każdą nazwę tej relacji.
Po drugie: temu chłopakowi ze studniówki spodobałaś się. Ale pewnie się zorientował (albo dowiedział od kogoś, a może nawet od Twojego przyjaciela), że Ty pozostajesz z kimś w bliskiej relacji i dał spokój. A może zwyczajnie mu się odmieniło i po prostu zachwyt minął?
Co robić? Zachowywać się normalnie i czekać na rozwój wypadków. Z Bogiem!

  Paweł, 23 lat
1578
13.03.2007  
Sprawa chyba nieco złozona. Ponad 5 lat temu poznałem wspaniałą dziewczynę, gdzie po niespełana 3-4 tygodniach nasza znajomość zameniła się w uczucie co sprawiło że zakochaliśmy się w sobie. Rozumielismy się, mielismy podobne poglądy. Po około półrocznej znajomości i "niewinny" zabawach ze sobą bardzo sie zblizylismy, co jeszcze bardziej (jak mi sie wydawało) wzmocniło naszą miłość. Niestety jak każde związki tak i nasz przeżywał wzloty i upadki, gdzie z biegiem czasu zacząłem wątpić czy to jest ten związek w którym chciałbym spedzić resztę swojego zycia. Po ponad 3,5 letnim związku postanowiłem to zakończyć, gdyz wiele rzeczy mnie drażniło (wyobrażam sobie teraz co Ona przeżywała). Po naszym rozstaniu zmieniłem nieco spojrzenie na kilka spraw, w końcu byłem "wolnym strzelcem" mogłem robić co mi sie podobało, skótkiem czego było wiele nieprzemyslanych spraw, decyzji których obecnie żałuje. Oczywiście w międzyczasie utrzymywałem kontakt z Ją będąc dalej nieświadom czego chcem tak naprawde od zycia. Przewąznie nasze spotkania kończyły się zbliżeniem, gdzie zawsze starała mi powiedziec a niekiedy mówiła że mnie nadal kocha zaś ja traktowałem to tylko i wyłącznie jako zaspokojenie własnych rządzy. Ostatnimi czasy miałem okazje poznać bardzo sympatyczną dziewczynę dzięki której to na nowo zrozumiałem sens życia. Zapytała mnie któregos razu: "Co jest Tobie najważniejsze w życiu?". Od tamtej pory zacząłem bardzo dużo mysleć o tym jak wyglądało moje życie do tej pory. Dzięki Jej moje osobiste spojrzenie na wiele sporaw zmieniło się o 180 stopni, zacząłem nieco inaczej i z rozwagą postepować. Zrozumiałem jaki popełniłem błąd rozstając się z obecnie już byłą dziewczyną, wiem teraz czego chcę od życia. W tym momencie ktoś powiedziałby: w czym problem - spróbujcie na nowo. Niestety musze przytoczyc pewne przysłowie że: "Obudziłem się z ręka w nocniku". Chciałem wszystko naprawić, lecz okazało się że jest juz z kimś ale sama jeszcze tego nie wie jak to jest. W chwili obecnej powiedzmy ze jestesmy dobrymi znajomymi bo nie ma co tu mówic o przyjaźni skoro tyle nas łączyło. Ostatnio dużo ze sobą rozmawialismy, i jak wcześniej pisałem nie jest jeszcze pewna swojej przyszłości. A tak bardzą ją kocham i Ona to wie bo dałem jej to do zrozumienia. Nie daje mi to spokoju. Co mam dalej robić? Dać sobie spokój? Wiem że poradzicie w tym momencie abym modlił się wytrwale. (Nawiązując do tesktu 58) Wiem że tego nie mogę nazwac przeznaczeniem bo chyba nie ma czegoś takiego ale ufac Bogu, ufac że On przygotował dla mnie wiele wspaniałych możliwości. Ale cięzko jest mi sie teraz z tym pogodzić, że tak wiele rzeczy nas łączyło i nie moge już tego naprawić. A skoro tak się stało to jak mam postepowac żeby zapomniec o tym?

Przez ten czas gdy byłem z Ją to niezuważałem tego co najważniejsze a miałem to pod nosem kochała mnie bardzo, szukałem dalej tak naprawde nie wiedząc czego? Dopiero teraz zauważyłem. Eh...


* * * * *

Po pierwsze: popełniamy w życiu błędy, ale nie jest tragedią największą to, że je popełniamy tylko to, ze ich nie widzimy. W Twoim przypadku na szczęście jest odwrotnie. Wiele przemyślałeś i zrozumiałeś. Wydaje Ci się,że gdybyś mógł tylko cofnąć czas to wszystko wyglądałoby inaczej i być może traktujesz te lata jako czas stracony. Widzisz Paweł, nie można tak podchodzić do tematu. To prawda, że błądziłeś. Ale najważniejsze jest teraz to, by wyciągnąć z tamtych sytaucji pewne wnioski i ich nie powtarzać. Dlatego radzę nie rozpamiętywać tamtych doświadczeń i myśleć co by było tylko podnieść się i śmiało zacząć na nowo.
Po drugie: do dziewczyny ruch należy. Jeśli ona z kimś jest (tak rozumiem) to mimo, że nie wie jeszcze czy chce być z tym chłopakiem powinieneś teraz trochę się trzymać na dystans. Bo nawet jeśli ona z tego związku zrezygnuje to musi to zrobić świadomie i musi to być jej decyzja a nie podjęta pod Twoim wpływem czy naciskiem. Tak więc uszanuj to, że ona na razie jest z kimś związana. Daj jej czas i przestrzeń. Jeśli będziecie razem - będziecie mieli okazję żyć inaczej, jeśli nie będziecie - też nie rozpaczaj. Widocznie tak miało być. Widocznie to wszystko jest po to, by otworzyły Wam się oczy i będziecie tworzyć na nowo - ale z kimś innym. Widzisz, Bóg nie jest złośliwy i daje nam to czego w danym momencie potrzebujemy i potrafimy unieść. Nigdy nie rozpatruje niczego w kategoriach "straconych szans".
Po trzecie: co z tą dziewczyną, która zadała Ci tak fundamentalne pytanie? Masz z nią kontakt? Jeśli tak to jaki? Bo wiesz... żeby nie było, że ona się Twobie zakocha, a Ty będziesz nieświadomie robił jej nadzieję.
Paweł! Nie żałuj minionego czasu. Żyj normalnie. Módl się - oczywiście. Ale bądź cierpliwy. Widzisz jak wiele czasu musiało minąć, żebyś zrozumiał co jest złe? Nie oczekuj zatem, że nagle wszystko wróci do normy i już będzie dobrze. Musi minać czas, bo dojrzewanie to proces. Jeszcze wiele rzeczy odkryjesz, które teraz nawet nie przychodzą Ci do głowy.
Ufaj, że to co da Ci Bóg będzie dobre - i dla Ciebie i dla niej. Nie rób gwałtownych ruchów. Arcydzieła wymagają czasu. Pwodzenia!

  Ania, 25 lat
1577
12.03.2007  
Szczęść Boże!
Mam problem otóż mojego chłopaka poznałam przez moją koleżankę, on jest jej kuzynem. Jest ode mnie starszy 11 lat!. Na początku byłam nim zauroczona, ale potem wszystko opadło i zaczęło się normalne życie, on wyjechał do innego kraju gdzie mieszka na stałe, a ja zostałam tutaj. Widujemy się bardzo rzadko, jak przyjechał do Polski to cały czas spędzał ze swoją mamą, a ja byłam na szarym końcu wszystkich jego znajomych. Kiedy wyjechał to dzwoni tak jak by nigdy nic, teraz przyjedzie w maju, ale już mi zapowiedział że tydzień to za krótko na spotkania, aż dopiero we wrześniu będzie mieć dla mnie więcej czasu. Nie wiem co mam robić, bo takie czekanie do niczego nie doprowadzi. Ja chciałabym z nim być, ale nie wiem czy powinnam mu sama zaproponować aby mnie wziął do siebie. Bardzo proszę o jakąkolwiek radę.


* * * * *

Hmm, jeśli on tak mówi to znaczy, że nie jest Tobą poważnie zainteresowany, przykro mi. Jeśli komuś na kimś zależy to wykorzystuje każdą okazję, by się spotkać. Oczywiście, nie dziwię się, że dużo czasu spędza z mamą jeśli widzi się z nią rzadko ale jeśliby mu na Tobie zależało znalazłby czas. Sam powinien to proponować, prosić Cię o spotkanie. W tej sytuacji absolutnie nie powinnaś mu proponować, by Cię wziął do siebie. To byłoby bardzo źle odebrane! A ponadto gdybyś spotkała się z odmową (a myślę, że tak by było) no to bardzo byś się poczuła zraniona i upokorzona, prawda?
Widzisz, nie chcę Cię martwić, ale być może jest też tak, że on poznał kogoś innego…albo zwyczajnie opadło uczucie zakochania i nie chce być z Tobą a nie ma odwagi wprost Ci o tym powiedzieć. Tak to niestety wygląda. Radziłabym poważną i jednoznaczną rozmowę (w realu), bo tak związek nie wygląda. Ty musisz wiedzieć na czym stoisz. Z Bogiem!

  Zmartwiona, 18 lat
1576
12.03.2007  
Ponad dwa lata temu zaczęłam się onanizować (z \"Miłujcie sie!\" wiedziałam ze to złe ale ciekawosc zwyciężyła) i nie do końca potrafię z tym zerwać. Walczę, pragnę być czysta. Jednak mimo dłuższych lub krótszych przerw znów upadam. Jest we mnie wykształtowane gorące pragnienie czystości. Tak że więc, co tu dużo pisać, ten grzech i reakcja organizmu wywołuje we mnie wstret. Nie potrafię tego bliżej opisać. Boję się, że w przyszłości tak samo będzie przy współżyciu, że będą mu towarzyszyły te same, łagodnie mówiąc, negatywne, nieprzyjemne odczucia utkwione w psychice i budzone reakcją organizmu. Czy jest szansa na to, że tak nie będzie, że współżycie będzie piękne?

* * * * *

Bardzo proszę, wejdź na stronę: www.onanizm.pl. Tam znajdziesz świadectwa i rady osób, które uporały się z problemem. Myślę, że współżycie ma szanse być normalne, piękne, będzie bowiem dotyczyło relacji jaką będziesz miała z mężem, a nie tylko reakcji organizmu.

  Kasia, 21 lat
1575
12.03.2007  
/1558/ Nie jest lżej Pani Kasiu;( Z każdym dniem kocham Go tak samo mocno jak kiedyś a może nawet bardziej;( Wcale nie jestem silna i wcale sobie z tym nie radzę:( Tak naprawdę nie widzę narazie sensu życia:( Nie mam zamiaru się zabijać, ale......ja już chyba nie chcę życ:(
Nie chcę żeby tak teraz wyglądało moje życie, żeby człowiek którego kocham wogóle mnie nie zauważal... Chcę żeby był tylko i wyłącznie moim kolegą, może przyjacuielem...Nikim więcej!Mimo ze czuje to co czuje... Wiem że nie związałabym się z Nim po raz kolejny!Wybaczyć, może zapomnieć, ale nie związać się...Zależy mi jednak na znajomości z Nim...Nie umiem przejść obok Niego i udawać że Go nie znam...Spędziliśmy przecież razem ROK.Wspanaiały rok którego nigdy nie zapomnę... Bardzo mi trudno z tym wszystkim i nie mam pojęcia co zrobić zeby choc troche sobie ulzyc:(


* * * * *

Kasiu! Czas, czas, czas..! I modlitwa. Nic więcej na razie. Oczywiście "cześć" sobie mówcie, ale nie nastawiaj się na nic więcej. Wiem, że boli.
Ale przejdzie, a Ty musisz na razie TRWAĆ. Modlić się i trwać. Trzymaj się mocno. Z Bogiem!

  kasia, 20 lat
1574
06.03.2007  
witam! jestem z moim chlopakiem juz bardzo dlugo ale ostatnio on musial wyjechac na jakis czas no i przed wyjazdem dowiedzialam sie ze on mnie oszukal 8 miesiecy temy w sumie chodzilo o jednego smsa ale glownie chodzi mi o fakt klamstwa ale jakos mu to wybaczylam. ostatnio jak gadalismy przez telefon to znow sie pokolocilismy bo uzgodnilismy juz dawno ze on nie bedzie palil wiecej niz pol paczki papierosow dziennie a pali cala paczke teraz i dodatkowo palil tyle tez wczesniej vhoc zapewnial ze pali pol! powiedzial ze klamal zebym sie nie martwila... rozmawialam z nim bardzo otwarcie i powiedzialam ze mnie to boli ze mnie oklamywal no a potem dodalam ze jesli jeszcze raz taka sytuacja sie powtorzy to go zostawiw bo nie bede w stanie mu zaufac... czy dobrze zrobilam ze to powiedzialam? tzn tak ostro? jak powinno sie ustalac zasady w zwiazku?

* * * * *

Kasiu, generalnie to w dobrym kierunku działasz: przede wszystkim rozmawiasz z nim otwarcie, ustalacie jasno zasady, wyjaśniasz wszystko na bieżąco, nie ma gromadzenia żalu. I to jest ok. Natomiast może niekoniecznie straszyć rozstaniem, no chyba, że tak naprawdę papierosy są tylko jednym z problemów, że kłamstwo zatacza też szersze kręgi i że na nim się nie kończy. Chyba, że on Cię oszukuje też w innych sferach, że również co innego Cię denerwuje i uważasz, że też pod innymi względami nie macie wspólnej hierarchii wartości.
Ustalanie zasad w związku musi być. Musi być jednak dwustronne, tzn., że nie tylko jedna osoba to robi a druga dostosowuje się, ale robicie to wspólnie. Ustalacie czego nie chcecie i tego się trzymacie. Naturalnie upadki będą - z obu stron. I czasem trzeba po prostu wybaczyć - pod warunkiem, że ta druga osoba się stara, a nie lekceważy zasady. Na pewno nie można pozwalać sobie na oszustwa, brak szacunku itp. Jeśli dwojgu ludziom na sobie zależy to będą przestrzegać zasad nie dlatego, że coś im za to grozi tylko dlatego, że jest to dowód miłości i szacunku do drugiego. Po prostu. Okłamywanie,"żeby nie martwić" nie jest rozwiązaniem. Kasiu, widzę, że jesteś silną kobietą i że nie dasz się skrzywdzić. To dobrze. Daj teraz chłopakowi szansę, wybacz, ale - tak jak to do tej pory robisz - podkreślaj, że to dla Ciebie ważne, że tak się umawialiście i że tego potrzebujesz. Jeśli on będzie się autentycznie starał to ok. Powodzenia!

  ja...wstydliwa, 20 lat
1573
06.03.2007  
witam pwenego dnia gdy nadszedł czas kolędy a dokłądnie rok temu odwiedził nas pewien ksiadzz którym chciałam nawiazac kontakt gdyz miałam problemy ze swoim życiem nie umiałam znalesc w nim swojego miejsca. wymienilismy sie numerami kom i zaczelismy sie spotykac by rozmawiac o moich problemach musze przyznac ze nie spodziewałam sie po sobie ze potrafie sie tak otworzyc bo nigdy nikomu nie opowiadał o swioch problemach poprostu siet tego wstydziłam. ale On mi pomagał zaczelismy sie spotykac coraz czesciej dzwonilismy do siebie i tak dochodziło do coraz czestrzych spotkan. chciałam abysmy byli juz na zawsze przyjaciółmi ale nasze stosunki pogłebiały sie zaczeły sie pieszczoty i tak dalej.....:( teraz nie mozemy bez siebie życ gdy sie budze to dzwonie do niego nie moge zasypiac gdy go nie słysze moje zycie obraca sie ciągle wokół jego osoby i tak kazdy dzien. bardzo bym chciała aby on było moim spowiednikiem ale nie umiem mu odmówic przyjemnosci . bardzo sie o mnie troszczy a ja o niego. bardzo sie boje ze go kiedys strace. co mam robic co mam mu powiedziec kto mi teraz moze pomóc :(((( pomocy prosze

* * * * *

W tej sytuacji on ABSOLUTNIE nie może być Twoim spowiednikiem! Ja jestem zszokowana, że on tak się wobec Ciebie zachowuje - to nie jest pomoc wobec dziewczyny, która ma problemy. Ta sprawa nadaje się do zgłoszenia do kurii. Przykro mi, bo zakochałaś się w bardzo niewłaściwej osobie, a jeszcze bardziej mi przykro, że on pod pozorem pomocy po prostu Cię wykorzystuje. Moja Droga! Bardzo proszę ratuj siebie, przerwij to, może porozmawiaj z rodzicami lub jego proboszczem. Tego nie można tak zostawić! A jako pocieszenie dla Ciebie polecam mój ostatni artykuł: [zobacz]

  Paweł, 25 lat
1572
06.03.2007  
Kochana redakcjo! Z niepokojem przysłuchuje się tematyce ANTYKONCEPCJI i jej kategorycznego zabraniania przez kościół katolicki. Mam do was pytanie co jest lepsze? Spłodzić kilkanaścioro dzieci i wiązać ledwo koniec z końcem nie zapewniając swoim pociechom (z resztą najkochańszym osobom w naszym życiu) dostatniego spokojnego dzieciństwa ale żyjąc zgodnie z naturą czy zabezpieczać się i wychować w szczęściu i dostatku dwójkę lub trójkę ślicznych dzieci? Jestem żonaty od 3 miesięcy i myślę jak moja nowo założona rodzina będzie wyglądać w przyszłości. Moim zdaniem kościół w tym względzie nie myśli perspektywicznie. Wielodzietne rodziny prowadzą do powstania patologii a to jest związane z narastającymi problemami w walce o codzienny byt i lepsze życie dla swoich dzieci. A czy można walczyć równie skutecznie posiadając 10 dzieci jak z 3 pociechami? Szczerze nie sądzę. Taka postawa kościoła to paradoks ponieważ miłość do swej małżonki-oblubienicy jest wychwalana. Wręcz zachęca się do poczęcia dziecka w związku małżeńskim a jednocześnie zabrania się myślenia o przyszłości już poczętych dzieci. A przecież sex w małżeństwie jest czymś nieodzownym potrzebnym do umacniania więzi między dwojgiem kochających się ludzi więc dlaczego mamy decydować: Czy kochać się i martwić się o przyszłość czy odmówić sobie miłości?

* * * * *

Pytanie proszę zadać na forum tematycznym www.npr.pl

Odpisujemy wyjątkowo tutaj ponieważ podany e-mail w formularzu był fałszywy.

  Kate, 18 lat
1571
06.03.2007  
na początku bardzo dziękuje za wszystkie pani odpowiedzi... pomagają sobie wiele spraw poukładać.
a mój problem... heh... czy to naprawdę musi tak być że po rozstaniu nie pozostaje nic z naszej przyjaźni? otworzyliśmy przed sobą swoje światy... dawaliśmy sobie tak wiele... pomagaliśmy... i teraz co? wspomnę tylko chodzimy do jednej klasy... nie potrafie tego zaakceptować, tej obojętności? czy nie jesteśmy dalej trochę za siebie odpowiedzialni? wiem, że nic na siłę... delikatnie próbowałam ale chyba nic z tego... lepiej szczerze porozmawiać czy dusić to w sobie? bo martwie się o niego... akceptuje jego decyzję, nawet ją rozumiem... tylko czy teraz nie mogłoby być inaczej? czy nie mógłby spytać co słychać? czy nie moglibyśmy iść na spacer i pogadać? bo inaczej... boje się że umierają we mnie te piękne chwile, wspomnienia... że to co jest teraz przysłania tamto... że jeśli teraz jestem mu obojętna to czy to co było kiedyś było dla niego ważne... czy ja byłam ważna...
dziękuje Bogu za to co nas połączyło. dużo się nauczyłam. to piękne być dla kogoś radością... był moim pierwszym chłopakiem... i zawsze będzie... zalęży mi żeby to pozostało piękne we mnie...
dziękuje że ma pani odwagę wchodzić w nasze problemy...


* * * * *

No poniekąd masz rację. Zerwanie nie uzasadnia braku kultury. Powiedzenie "cześć", uśmiech czy zamienienie kilku słów jest po prostu wyrazem dobrego wychowania i jak najbardziej powinno mieć miejsce.
Co do przyjaźni jednak byłabym sceptyczna. Wypowiadałam się nieraz, że nie bardzo jest to możliwe, szczególnie niedługo po rozstaniu. A to dlatego, że albo któraś ze stron będzie to traktowała jako kolejną szansę na bycie razem (czasem chłopcy zgadzają się na każdy rodzaj relacji, myśląc że i tak dziewczynę rozmiękczą) albo będzie to przyjaźń niejako wymuszona: jedna ze stron jeszcze kocha i cierpi. Dlatego nie powinno się od razu po rozstaniu udawać, że nagle jesteśmy dobrymi przyjaciółmi. Bo nie jesteśmy. Bo zawsze ktoś ma żal, ktoś był zraniony, ktoś ma nadzieję, ktoś cierpi.
Przyjaźń jest możliwa gdy "nic nas nie rusza" na widok drugiej osoby, gdy nie czujemy zazdrości gdy jest z kimś innym, gdy sami jesteśmy gotowi na nowy związek. A i tak nie musi to być zaraz przyjaźń, wystarczy dobra znajomość. Rozumiem o co Ci chodzi. O zachowanie piękna minionych chwil, o to, by on teraz swoim zachowaniem nie zepsuł w Tobie swojego dawnego obrazu. Jest to możliwe, ale widzisz - nie wiem co było przyczyną rozstania, z czyjej odbyło się inicjatywy. Być może jest tak, że on teraz potrzebuje tego odizolowania się, braku kontaktu, może bardzo cierpi i chce dojść do siebie. To, że chodzicie do jednej klasy nie ułatwia przecież sprawy. Ja bym poczekała. Dała mu czas. Za jakiś czas faktycznie trzeba pomału zacząć rozmawiać, pośmiać się wspólnie, zachowywać się normalnie. Jednak to wszystko jest procesem, nie nastąpi od razu i samo z siebie. Na normalne relacje po związku też trzeba pracować. Bardzo dobrze, że masz dobre wspomnienia. Zachowaj je. Czas uleczy rany i wtedy będzie można tworzyć na nowo - już w innej relacji. A na razie poczekaj.

  szukająca, 18 lat
1570
06.03.2007  
Dlaczego tak trudno jest odnaleźć swoje powołanie i na jakiej zasadzie je rozszyfrować, czym się kierować przy wyborze swej drogi życiowej?
Czy możliwe jest, iż mimo, że ta druga osoba kocha Ciebie bardzo, przy tym jest i nawet przystojna, i intelignetna, i dobra (wiadomo też, że jakieś wady ma, bo nikt z nas nie jest idealny - w sumie co można bardziej by jej zarzucić to może to, że jako pełnoletni chłopak brak mu zdecydowania, stanowczości, nie jest raczej konkretny, raczej zależny od rodziców, mało samodzielny i nie ma raczej pewności siebie, bywa nieśmiały i może nawet), pomimo że się jest z drugą osobą już jakiś czas to można stwierdzić, że jednak to nie to, że choć taka ta osoba jest to się nie kocha Ją tak jakby chciało?
Chodzę z chłopakiem jakieś 10 miesięcy, znaliśmy się wcześniej i też już kiedyś byliśmy ze sobą, lecz o wiele krócej (zerwałam ja), potem po tym były różne nieprzyjemności, aż w końcu zaczęliśmy się przyjaźnić (z początku nie chcą go ranić zgodziłam się na to, bo wtedy źle mi z tym było). Teraz znów jesteśmy ze sobą Były chwile dobre i złe. Na początku było dobrze. Zaznaczam ,że w ogóle nie kłocimy się, żadne choćby małe spięcia (dla mnie to trochę nienormlane, bo jestem zdania, że każdy zdrowy kochający się związek powinien raczej mieć jakieś drobne spięcia i iść na kompromis, poza tym kiedyś przeczytałam, że właśnie taki związek bezkłotliwy może być nieszczęśliwy niż ten, co przeżywa kryzysiki - czy jest w tym jakiś sens?). Potem stopniowo po paru miesiącach czułam się strasznie nieszczęśliwa z Nim (mimo, iż On mnie kochał i dalej kocha i nic takiego złego nie robił), czułam, jak mnie\" trzyma w garści\", dzwonił często, oczekiwał też częstego widzenia - ale już Go od tego odzwyczaiłam - , czułam coraz bardziej, jak duszę się w tym związku, nie mogłam znieść Jego dotyku, nie chciałam się z Nim całować (a ze względu na Niego z początku się zmusiłam do tego i strasznie cierpiałam), a On mógłby mnie na każdym kroku -co minuta - całować. Poza tym pojawiła się u mnie myśli, czy aby na pewno w ogóle chcę iść tą drogą? Teraz nie wiem już, gdzie jest moje miejsce i które dla mnie Jezus przygotował powołanie. Nie zerwałam z Nim, chociąz tak wtedy się męczyłam - z pewnych względów - nie egoistycznych, wciąż myślałam o tym, by było tak, żeby nie ranić drugiego człowieka. Jakiś czas temu trochę się poprawiło, tzn. nie czuję się już tak źle z Nim, ale czuję, że mi chyba nawet lepiej gdy Jego nie ma przy moim boku, gdy nie dzwoni itp To prawda, że teraz znów normalnie całujemy się, ale pogłubiłam się trochę w tym już tak naprawdę. Nie mogę powiedzieć, ze Go kocham, bo nie wiem...Wiem, że Go b. lubię. Moi rodzice co prawda są za tym, bym była z Nim. A czego ja chcę? Czy możliwe, że mimo tego, że mam kogoś itp to możliwe jest wybranie innej drogi? Na jakiej zasadzie to wszystko działa? Co mam robić? Nie chcę wybrać źle, by potem być nieszczęśliwą. Bo ost znów czuję, że nie czuję potrzeby by był przy mnie, nie mam nawet ochoty z Nim gadać...dlaczego? Może jestem dziwna, inna, głupia...Tak mam niskie poczucie wartości, ale to nic nie oznacza. Już jakiś dobry czas nie mogę skupić się na wielu rzeczach, czasem czuję dziwni niepokój w sobie, albo też obojętność i może nawet nic, tak jakbym nie miała uczuć -znaczy teraz tak czuję. Proszę o jakąś radę, o cokolwiek, co mam z tym fantem robić?
Pozdrawiam ciepło


* * * * *

Co do rozeznawania powołania: dobrze, że się nad tym zastanawiasz. Jeśli czujesz, że chcesz poznać życie zakonne, na spokojnie zastanowić się czy to nie ta droga proponuję po prostu rekolekcje powołaniowe. Informacji w internecie jest mnóstwo. Pojedź na kilka dni i się zastanów.
Co do tego chłopaka: niekoniecznie problemy, o których piszesz muszą świadczyć o innym powołaniu. Może po prostu akurat ten człowiek nie jest dla Ciebie? Z tego co piszesz to jesteście na różnych etapach: on jest ciągle zakochany, Ty przeszłaś już przez ten etap (pisałam o etapach w odp. nr 15 i 906). Minął czas zauroczenia, emocji, minęło zakochanie (to normalny proces, nie ma się co bać) i przestraszyłaś się, że nie kochasz. Widzisz, gdy spadają z nosa różowe okulary zaczynamy widzieć wady drugiej strony, wszelkie niedociągnięcia, zaczyna nas wiele rzeczy denerwować. To jest czas właśnie na dobre poznanie się i podjęcie decyzji czy chcemy być z tym kimś. To całkiem normalne! Każdy związek przez to przechodzi.
Natomiast co do Twoich watpliwości co do charakteru tego chłopaka, Twoich oczekiwań i rozeznania co do tego czy chcesz z nim być polecam te artykuły oczekiwania. Mam nadzieję, że pomogą Ci w rozwianiu wątpliwości. No i modlitwa. Polecam tą: [zobacz]

  Basia, 27 lat
1569
06.03.2007  
Witam
Pisze do Ciebie bo już sobie sama nie potrafie sobie poradzić. Otóż zakochałam się w człowieku starszym odemnie o 10 lat. Problem polega na tym, że czuję że on mnie trakutuje przedmiotowo, a na dodatek mieszka za granicą i do domu przyjeżdza raz na 3 miesiące. Kiedyś mnie nawet zaprosił do siebie, wróciłam szczęśliwa, ale moje szczęście trwało ktrótko, bo przez przypadek dowiedziałam się że przeszłam na miejscu liczne testy sprawdzające mój charakter. W Polsce do mnie przyjechał ze swoją mamą,(tak się też zastanawiam czy to nie był jakiś test). Mówi że zadzwoni i nie odzywa się tydzień (nie wiem czy przypadkiem nie ćwiczy mojej cierpliwości). Widywaliśmy się bardzo rzadko, bo przecież ma liczną rodzinę i wszystkich trzeba odwiedzić. Często go też przyłapuję że najzwyczajniej w świecie kłamie. Z tego co wiem to miał przede mną liczne dziewczyny i z kilkoma utrzymuje kontakt do dziś, a nawet przy jednej mną pogardził. Ponoć te dziewczyny też zapraszał do siebie, też testował i dawał prezenty. Napisałam to trochę chaotycznie,ale nie potrafie obecnie napisać inaczej. Bardzo proszę o jakąkolwiek radę. Nie wiem czy powinnam dalej ciągnąć tę znajomość.


* * * * *

Basiu... wiesz, że nie powinnaś. To upokarzające co on z Tobą robi. Mam wrażenie, że to typ człowieka, który szuka ideału... szuka i szuka i ma 37 lat i nadal szuka... bo nie szuka miłości tylko kogoś kto zostanie jego żoną. Z tym, że żona w jego pojęciu to nie najukochańsza osoba, ale ktoś wielofunkcyjny, kto w najwyższym stopniu spełnia wymogi w poszczególnych kryteriach. Czy na tym polega małżeństwo? Zdecydowanie nie! Ja już z góry współczuje tej dziewczynie, która niechcący spełni te kryteria albo zostanie w końcu wybrana "z braku laku". Ten człowiek ma idealne zadatki na domowego tyrana, który będzie wymagał obsługi i karał za coś co jest niezgodne z planem. On nie kocha. Nie kocha Ciebie ani nie kochał żadnej z wcześniejszych dziewczyn. Ja nie widzę szans na normalny związek z kimś takim. Ponadto bardzo niebezpieczna będzie tu rola jego mamy, bedącej wraz z nim w komisji kwalifikacyjnej. Może to nawet z jej inicjatywy on wziął się za szukanie żony. W każdym razie uknuli jakiś plan i zarzucają sieci - sorry za dosłowność, ale tak to wygląda.
Droga Basiu! Ogromnie Ci współczuje ulokowania uczuć w nieodpowiednim człowieku. To bardzo boli. Jednak dobrze, że nie jest jeszcze za późno. Uciekaj jak najdalej. Miłość prawdziwa nie robi testów, nie ignoruje, nie traktuje przedmiotowo, nie lekceważy. Miłość daje całą siebie i patrzy z zachwytem, akceptując drugą osobę za to, że JEST. Musisz ratować siebie. W imię swojej godności i szczęścia. W imię prawa do godnego życia i partnerskiego związku. Masz prawo do miłości prawdziwej i małżeństwa, które jest szczęściem i wspólnym dążeniem do zbawienia a nie kieratem i upokorzeniem.Masz prawo, by ktoś Cię szanował i kochał naprawdę.
To co mogę Ci poradzić to zerwanie z nim kontaktu i uspokojenie swojego serca, pisałam o tym w odp. nr: 80, 526, 653, 825. A jeśli chcesz poznać kogoś wartościowego zajrzyj tutaj: [zobacz]

  Smutna, 18 lat
1568
05.03.2007  
(1390) Niedawno czytałam swój Pamiętnik. A raczej jego fragment, począwszy od dnia, w którym się zapoznaliśmy na gg. Praktycznie nic o nim w nim nie pisałam. Zaczęłam dopiero wtedy, gdy zauważyłam, że coś jest nie tak, coś się psuje między nami, jego stosunek do mnie się zmienia na negatywny. Może to dlatego, że dopiero w chwili, gdy zaczęłam go tracić zrozumiałam, jak jest dla mnie ważny...
Po tej lekturze wiele zrozumiałam. Dotarło do mnie, że właściwie to przestał pisać, unikał na gg itd (wcześniej ledwo się udostępniłam, on zagadywał. I tak dobrze się nam pisało...) od dnia, w którym się pierwszy raz spotkaliśmy (było to przypadkowe spotkanie). Od tamtej pory wszystko zaczęło się zmieniać. Wtedy nie skojarzyłam ze sobą tych dwóch faktów.

Po przeczytaniu Pamiętanika zrozumiałam, co się ze mną działo. Byłam po prostu tak bardzo zdezorientowana. Nie wiedziałam, co się dzieje. To dlatego zaczęłam "prześladować go na gg" częstym pisaniem, gdy przychodził do mojej szkoły narzucałam mu się, często okazywałam mu żal, nie dawałam mu po prostu spokoju. To wszystko dlatego, że czułam się jak dziecko, które nagle zostaje zostawione przez rodziców na pustkowiu. Ono nie wie, czym zawiniło, obwinia siebie za to co się stało, rozpaczliwie dąży do znalezienia odpowiedzi na pytanie: \"Dlaczego...?\". Jest bezradne i zdezorientowane, w szoku. To właśnie się ze mną działo.

Już nie piszę do niego (on nadal też tego nie robi), jak się spotkamy staram się panować nad emocjami. Ale to dopiero od miesiąca (może trochę więcej). Wciąż nie rozumiem tak wielu rzeczy: dlaczego zaczęło się psuć (i to akurat od naszego spotkania)? Dlaczego mimo tego, jaka byłam wobec niego i mimo tego że przecież wyraźnie daje mi poznać iż nie ineresuje go nasza znajomość, nie skreślił mnie całkowicie (tzn. jak się spotkamy czasem (baaardzo czasem, średnio raz na miesiąc, dwa) to uśmiecha się, przytula na "niedźwiedzia", wymienia ze mną parę zdań, słów, nie ignoruje całkowicie, nieraz odpisywał gdy zagadywałam na gg)? Dlaczego właśnie przytula tak, jak swoich przyjaciół? Tych objęć najbardziej nie mogę zrozumieć. One są takie szczere, jakbym była dla niego ważna. Dlaczego niby nie chce kontynuować tej znajomości, a jak się spotkamy to nie jest obojętny (choć oczywiście te spotkania są spięte, skrępowane, trochę sztywne itd.)? Czy to dlatego, że będąc ze mną twarzą w twarz nie potrafi mnie zranić? Nic nie rozumiem.... A Pani?


* * * * *

Trafne spostrzeżenie: spotykając się z Tobą twarzą w twarz nie chce Cię zranić. Jest mu trochę głupio, może się boi, ze będziesz miała do niego pretensje. Nie powinien tak Cię przytulać, bo robi Ci nadzieje. Natomiast Tobie głupio to teraz przerwać, bo pomyśli, że się izloujesz. Faktycznie, kiepska sprawa. Chyba trzeba czekać jak dalej sytuacja się rozwinie. Trzymam kciuki. Módl się też o rozwiązanie tej sytuacji. Z Bogiem!

  germi, 17 lat
1567
05.03.2007  
Kochałam kiedyś człowieka 6 lat starszego odemnie (kolege mojego brata). Jednak to była miłość nieodwzajemniona (miał dziewczyne). Nie potrafiłam o nim zapomnieć przez dobre 5 lat z przerwami, gdy albo nikogo nie kochałam, albo znów był on, zawsze gdzies był on, ale ostatnio stwierdziłam ,że przeciez pan Bóg mnie kocha i że poczekam na kogoś, dzięki któremu zapomne o tamtym. Poprosiłam Go by gdyby mógł to żeby mi pomógł odnaleść kogoś takiego. I niecałe 3 tygodnie później weszłam na skype i spotkałam człowieka, z którym spędziłam 3 godziny rozmawiając. Następnego dnia ciągle wchodziłam na komputer sprawdzić czy go nie ma. Zakochałam się... Teraz jesteśmy razem, i wiem, że to chłopak na którego czekałam całe swe życie. Teraz nie potrafie i nie chce myślec o innych. Wiem, że go kocham i wiem, że on mnie też. Ale to nie wszystko. On jest rok młodszy odemnie ( nie przeszkada mi to) ale mieszka na drugim końcu Polski, czy to możliwe, ze kocham kogoś, kogo nie widziałam w realu?? Czy myślisz, że ten związek przetrwa?? wiem, ze rodzice mnie do niego nie puszczą, ale wiem też że go kocham.... co robić???

* * * * *

Moja Droga! Ten związek będzie możliwy jeśli się postaracie go "zmaterializować". Jeśli zaczniecie się spotykać w realu. Teraz zachwyciliście się zbieżnością poglądów, zasad, dobrze Wam się rozmawia. Ale jak na razie nie znacie się naprawdę i bardzo łatwo tutaj o pokochanie całkiem innej osoby niż jesteście naprawdę - swoich wyobrażeń. Poczytaj o miłości przez internet w odp. nr: 59, 118, 1072. Jeśli zaś rodzice nie chcą Was teraz puścić to może będzie to możliwe na wakacjach? Może zaś Ty lub on wyjedziecie z rodzicami w pobliże tej miejscowości i tam się spotkacie. A może po prostu "umówicie się" na wspólną pielgrzymkę lub rekolekcje? To byłby bardzo dobry czas na poznanie się.

  agata , 19 lat
1566
05.03.2007  
o znow ja zpytania 1543. Nie posluchalam Pani rady i niestety nie przerwalam tego...po kilku dniach milczenia pawel sie odezwal i chcial sie spotkac...akurat byl w moim miescie i bardzo chcial sie ze mna zobaczyc...ja powiedzialam z enie mam czasu w ten weekend i neid am rady, on nie nalegal....ale w koncu nastepnego dnia zdecydowalam sie napisac mu smsa ze jednak mam czas, bardzo dlugo nad ttym myslalam i tak naprawde chcialam sie przekonac w co on tak naprawde gra...myslalam ze po tym spotkaniu dowiem sie czegos wiecej. przyjechal po mnie i pojechalismy do lokalu....w sumie bylo to kolezenskie spotkanie, dluuugo rozmawialismy doslownie o wszystkim, kiedy on zaczynal troche flirtowac ja zmienialam temat bo krepowala mnie cala ta sytuacja...wpatrywal sie we mnie, az przechodzily mnie dreszcze. Nie wspomnial nic o swojej dziewczynie nadal, ale wspomnial n atomiast, że wysylal smsy do moich kolezanek z klasy ktore poznal na studniowce..smsy z zyczeniami na walentynki(do mnei rowniez) gdyz twierdzi ze to wszystkich kobiet trzeba wyslac w taki dzien zyczenia.Jedyne zcego sie dowiedzialam to to ze on naprawde lubi kobiety:/i to pewnie wszystkie....pozniej smsowalismy i ja znow na nowo sie zakochalam:(a on to traktuje tak zwyczajnie, wiem ze nie znacze dla niego nic pozaa dobra znajoma...tylko on psize mi smsy z podtekstami, ale na pewno nie ejstem jedyna dziewczyna ktorej wysyla takie wiadomosci...mowil o kolejnym spotkaniu, ja nie wiem co teraz z tym fantem zrobic:( wiem ze zle zrobilam nie pzrerywajac tego i godzac sie na spotkanie..ale nie potrafie z niego tak latwo zrezygnowac:(, a moze on tyak naprawde nie ma dziewczyny? w zasadzie mogli np zerwac albo...nie wiem juz sama.Prosze o pomoc i rade:(

* * * * *

Agata! Ma czy nie ma dziewczyny, sam Ci otwarcie powiedział, że wszystkie dziewczyny tak traktuje jak Ty. Sorry, ale trafiłaś na typ klasycznego podrywacza. To facet, który dowartościowuje się poprzez kobiety tzn. myśli, że im więcej kobiet się nim zachwyci tym jego męskość proporcjonalnie wzrośnie. To błędne myślenie, ale niestety niektórzy (z różnych względów, nie będę teraz wnikać w szczegóły) tak się zachowują. Sama znam takich "na żywo". Niektórzy posuwają się znacznie dalej: nawet współżyją z dziewczyną nazywając ją koleżanką i głosząc że wcale z nią nie są. Widzisz zatem, że nawet spotkania w pubie czy sms-y mogą nic nie znaczyć. Na pewno nie świadczyć o miłości. On ma taki styl życia. Niestety, rani przy tym niewinne dziewczyny (takie jak Ty).
Rozumiem, że spotkałaś się z nim wtedy. Zrobiłaś to z ciekawości i ja to rozumiem. W zasadzie nawet wyszło na plus, bo ostatecznie się przekonałaś, że nie jesteś jedyna w jego życiu.
Agata, wiesz co Ci poradzę: jeśli nie chcesz cierpieć, jeśli nie chcesz być jedną z wielu jego adoratorek, które są "przy nim, nie z nim" (to też słownictwo takich chłopaków) to przerwij to. Bo inaczej będzie to trwało nawet latami i Ty NIC z tego nie będziesz miała. Poza bólem, rozczarowaniem, zaniżonym poczuciem wartości (coś jest ze mna nie tak, ze on mnie nie chce) i ciągłą płonną nadzieją. No i zamknięciem się ma innych, których być może Bóg niedługo na Twej drodze postawi. Nie zauważysz kogoś wartościowego, kto odwzajemniłby Twoje uczucia. Chcesz tego?
Ja wiem, że zerwanie kontaktu boli, no ale wielkie rzeczy wymagają wysiłku.
Nic więcej nie będę Ci pisać bo decyzję podejmujesz Ty. Wiedz jednak, że to nie jest dobra droga - w tej sytuacji jaką przedstawiasz. Z Bogiem!

  Anonim, 14 lat
1565
05.03.2007  
Witam ! Moje pytanie nie będzie skomplikowane i pewnie zadaje je tysiące dziewcząt, a jednak jest ono takie ważne :) Ale przejdźmy do rzeczy... Byłam zakochana 1,5 roku w pewnym chłopaku. Byliśmy razem ale po pewnym czasie między nami zaczęło się bardzo psuć... a ja nie chciałam dłużej cierpieć więc zakończyłam nasz \\związek\\ mimo, że cały czas go kochałam... Na początku myślałam, że to bardzo błędna decyzja, bo bardzo za nim tęskniłam... jednak po pewnym czasie byłam bardzo z siebie zadowolona, że jednak zaryzykowałam ;] Bo dzięki temu, że zerwałam z tym chłopcem paru innych zaczęło się o mnie starać... nie chcieli tego robić wcześniej kiedy byłam zajęta, bo to by było troszeczkę nie fair ... ;] No więc poznałam bliżej jednego chłopaka... i szczerze mówiąc zakochałam się w nim, a o tamtym nie myślę już mimo, że od zerwania do ponownego zakochania minęło mało czasu ... Dzięki temu nowemu uczuciu zapomniałam o moich cierpieniach :) I moje pierwsze pytanie brzmi: Czy to ma jakieś znaczenie jeśli o jednej miłości (trwającej dosyć długo...) zapomniałam wdając się w nową ?? Czy to tylko chwilowe zauroczenie ?? Bo ja po prostu nie mogę przestać myśleć o tym \\nowym\\ chłopaku... zupełnie tak jak było z tamtym :)
Ale to jeszcze nie koniec... :) Ten chłopak (ten drugi już) napisał do mnie pare razy na gadu gadu, a ja właśnie poczułam, że się w nim zakochałam. Znaliśmy się już duuużo wcześniej ale wtedy byliśmy tylko zwykłymi znajomymi. Widujemy się w szkole. Jego kuzynka chodzi ze mną do klasy więc powiedziała mi, że ja się mu podobam :) Po jakimś czasie on sam mi to powiedział. Ale jednak go troszeczkę nie rozumiem... Może on nie chce mieć dziewczyny, bo da się zauważyć, że nie zbyt okazuje zainteresowanie moją osobą... tzn. inni widzą, że się mu podobam ale ja jakoś nie potrafię tego dostrzec. W szkole zawsze się odezwie, powie \\cześć\\ i się uśmiechnie ale na gadu ze sobą nie piszemy. Nie chcę się mu narzucać, więc sama nie zaczynam rozmowy, bo o tego poprzedniego chłopaka postarałam się ja... wszystko robiłam ja ... a nie chcę drugi raz przeżywać drugi raz... no więc moje drugie a zarazem ostatnie pytanie brzmi: Po czym można poznać, że chłopak się mną interesuje ? Jakie mogą być przyczyny jego \\skomplikowanego\\ dla mnie zachowania ?? Z góry już dziękuję ! Szczęść Boże !


* * * * *

Drogi Anonimie!
I Twoje zachowanie i tego chłopaka jest całkiem normalne. W tamtym się zakochałaś i po tym jak minął etap zauroczenia, emocji, coś się skończyło - rozstaliście się. Po jakimś czasie poznałaś tego i znów pojawiło się zakochanie. Znów pojawiły się emocje. To naturalny proces, pisałam o tym w odp. nr: 15, 906. Ten chłopak albo jest nieśmiały albo faktycznie nie jest jeszcze gotowy na związek. Podobasz mu się owszem - ale nie czuje się na siłach być z Tobą. Albo próbuje jeszcze wybadać co Ty o nim myślisz. Jak poznać, że chłopak jest zainteresowany? No właśnie po tym czy jest zadowolony gdy jesteś w pobliżu, czy rozmawia z Tobą, czy pierwszy nawiązuje rozmowę, czy przebywa blisko Ciebie, czy się do Ciebie uśmiecha. Masz rację, że nie powinnaś pierwsza wszystkiego robić, starać się o niego, bo to nie należy do dziewczyny. Oczywiście, od czasu do czasu możesz z nim zagadać, ale nie możesz pełnić jego roli. Jeśli chcesz z nim nawiązać bliższy kontakt możesz skorzystać z rad w odp. nr: 3, 30, 37, 134, 411, 912.

  K6, 16 lat
1564
02.03.2007  
Mój problem polega na tym, iż zakochałam się w mężczyźnie, który jest starszy ode mnie aż o 34 lata...W dodatku to dyrektor miejscowego Gimnazjum, nauczyciel matematykii co gorsza tat mojej koleżanki, którą bardzo lubię...Wiem, że to co czuję do tego mężczyzny to coś poważniejszego...polega to na tym, iż wciąż o Nim myślę, uwielbiam kiedy jest blisko, to jak zwróci na mnie uwagę...dodam że bardzo mi zależy aby Go nie zawieżć...mam 6 z amtematyki...dzięki Niemu pokochałam ten przedmiot...Bardzo chciałabym aby mnie przytulił (ale nic więcej)...głupio mi, że tak często o Nim myśle, nawet w najmniej spodziewanym momencie...żle się czuję również jesli chodzi o moją koleżankę a Jego córkę..co prawda nie robie nic złego, moje mysli nawet w najmniejszym stopniu nie są wulgarne, jednak mam wyrzuty sumienia..czy miłość do nieodpowiedniego mężczyzny jest grzechem?

* * * * *

Uczucie nie jest grzechem. To, że się zakochałaś nie jest Twoją winą i za to odpowiedzialna nie jesteś. Natomiast jesteś już w pełni odpowiedzialna za to co z tym uczuciem zrobisz. Rozumiesz różnicę? Dlatego nie możesz się obwiniać, że ten pan wzbudza w Tobie takie odczucia, ale nie wolno Ci przedsiębrać żadnych kroków w tym kierunku, by on się o tym dowiedział, nie możesz chcieć by Cię przytulał itp. Ten pan - jak sama piszesz - ma córkę, z pewnością ma też żonę. Gdybyś Ty miała męża to byś nie chciała, żeby on przytulał koleżankę Twojej córki, prawda? No właśnie. To co przeżywasz jest częste w Twoim wieku. Nastolatki zakochują się w osobach znanych, aktorach, nauczycielach. Często - o czym nieraz nie wiedzą - kochają jednak nie ich samych ale …swoje wyobrażenia o nich. Przypuszczam, że w Twoim uczuciu też jest coś z marzeń. Wyobrażasz sobie różne sceny, sytuacje, myślisz o nim. Tak więc po części kochasz nie jego - jako realną osobę, ale jego w swoich wyobrażeniach, jego - jakiego byś chciała żeby był. Poczytaj o tym szerzej w odp. nr 441, 868.
Moja Droga! To co mogę Ci poradzić to uświadomienie sobie to co pisałam wcześniej: że nie jesteśmy odpowiedzialni za nasze uczcuia, ale za to co z nimi zrobimy.
Może ta sytuacja jest właśnie po to żebyś dobrze nauczyła się matematyki (piszesz, że pokochałaś ten przedmiot). Na pewno powinnaś unikać mówienia o tym komukolwiek, żeby nie rozeszły się po szkole bardzo szkodliwe dla Was obojga plotki (on mógłby mieć poważne nieprzyjemności) i modlić się. A jeśli jeszcze będzie Cię to męczyć po prostu powiedz o tym podczas spowiedzi, ksiądz na pewno coś mądrego Ci poradzi. Z Bogiem!

  Sylwia, 17 lat
1563
02.03.2007  
Szczęść Boże! Wiem, że takie rozterki przeżywa mnóstwo nastolatek w moim wieku, ale ja naprawdę nie mogę sobie z nim poradzić. Rok temu rozstałam się z chłopakiem. Strasznie z tego powodu cierpiałam. Na początku byłam o krok od depresji. Co dzień budziłam się z lękiem: „co teraz będzie?”, płakałam, byłam załamana, a czasami wręcz rozdrażniona, przez co cierpieli najbliżsi. Straciłam sens życia. Owszem, modliłam się dużo, lecz po pewnym czasie zauważyłam, że byłam bardziej przeciwko Bogu, niż z Nim. Moje modlitwy nieraz były pełne żalu i pretensji, że On nie wysłuchuje moich próśb. Dopiero później zaufałam Bogu na nowo. Powierzyłam Mu całe swoje życie i życie tego chłopca. Powoli jakoś pozbierałam się i to na pewno dzięki Panu Bogu. Ale minęło już tyle miesięcy, a ja nadal cierpię. Przyjaciółka powtarza mi: „powinnaś zaufać Bogu tak naprawdę, tak do końca. Bóg wie, co dla ciebie dobre. Pamiętaj, że dla Niego nie ma rzeczy niemożliwych, może nawet sprawić, że kiedyś znów będziesz z Michałem, tylko w to uwierz...” Wiem, że Bóg na pewno ma dla mnie jakiś wspaniały plan. Ale nie potrafię wzbudzić w sobie takiej nadziei, żeby niczym się nie przejmować. Codziennie myślę o tym, co było. W kościele zdarza mi się uronić kilka łez. Michał jest nadal moim kolegą. Rozmawiamy często, ale oboje zachowujemy się tak, jakby nigdy niczego między nami nie było. Rani mnie to, gdy widzę go z jakąś dziewczyną. Moje uczucie od tamtego czasu nie osłabło, choć są chwilę, gdy o tym marzę. Zdarzyło mi się już nawet prosić Boga, by postawił na mojej drodze kogoś innego, bym się wreszcie „odkochała”. Ale niestety... Najgorsze jest to, że nie potrafię cieszyć się życiem. Przecież mam wiele powodów do radości... to, że żyję, mam rodzinę, przyjaciół... Przecież mam tyle powodów, by dziękowac Bogu! Ale ta jedna sytuacja sprawia, że nie potrafię myśleć o niczym innym. Wciąż się smucę, płaczę, gdy tylko wrócą wspomnienia... Wiem, że na to nie ma konkretnego lekarstwa... ale jak odnaleźć radość życia...?? Z góry dziękuję :)

* * * * *

Moja Droga! To co przeżywasz nie jest dziwne. Intensywność przeżyć po rozstaniu uzależniona jest od tego jak silna więź była przedtem, jak bardzo się zaangażowałaś i czy rozstanie nastąpiło z Twojej inicjatywy czy nie. Ponadto jeśli to była pierwsza miłość, pierwszy związek to pozbieranie się po nim jest jeszcze trudniejsze. Ja doskonale Cię rozumiem, też tak przeżywałam. Tym, co Ci jeszcze przeszkadza w dojściu do siebie to wspomnienia, to ciągłe wracanie do tych chwil i wyobrażanie sobie co było gdybyście się nie rozstali. Jest tak, prawda? To wszystko powoduje, że ciągle o nim myślisz i że nie chcesz na razie (podświadomie) zwrócić uwagi na nikogo innego, bo chcesz właśnie jego! I choć - jak piszesz - tak na zewnątrz byłabyś gotowa być z kimś innym to jednak w środku serce masz zajęte. Jest w nim Michał. Co robić?
No, oprócz tego co polecałam w odp. nr: 80, 526, 653, 825 pozostaje modlitwa i unikanie go. Naprawdę. Bóg , który nas zna wie co dla nas jest dobre. On nam chce to dać tylko musimy Go prosić. Módl się zatem o to, żeby zabrał Ci to uczucie, żeby Cię od niego uwolnił. Daj sobie czas, załóż, że to jeszcze może potrwać. Z całych sił wołaj do Boga. On NAPRAWDĘ Cię uleczy. Ja tego doświadczyłam. I wiem, że da się z tego wyjść. Ale na spokojnie, bo nie możesz nagle rozkazać swojemu sercu przestać czuć. Natomiast trzeba sobie narzucić małą dyscyplinę i nie rozdrapywać ran. Zająć się czymś innym, nawet na siłę. Ot, choćby sprzątać w domu - ja mówię serio. Teraz święta, jak tak porządnie się nasprzątasz zrobi Ci się lepiej. Będzie tak dlatego, że oderwiesz myśli od niego i że się zmęczysz, a potem będziesz marzyła o odpoczynku. Ja nie kpię, ja mówię to wszystko z doświadczenia. Może warto też zaangażować się w coś większego, jakąś akcję pomocy przedświąteczną np. w parafii. Zwrócenie uwagi na problemy innych pomaga w oderwaniu się od naszych i leczy serce. Wtedy owa radość życia przyjdzie. Z Bogiem!

  Anka, 25 lat
1562
02.03.2007  
Witam! Może mój problem wyda się niecodzienny, ale dla mnie to problem i proszę o radę. Jestem, jak to twierdzi wiele osób, atrakcyjną dziewczyną, natura obdarzyła mnie dość „miłą dla oka aparycją”. I chyba muszę tu dodać niestety, bo niestety większość moich relacji z płcią przeciwną odbywała się i odbywa według scenariusza: poznaję chłopaka no i on rozpoczyna zaloty. Zamiast budowania najpierw relacji koleżeńskiej, czy przyjacielskiej następuje adoracja. W takiej sytuacji staram się zachować dystans (bo jest to dla mnie trochę niezręczne i za wcześnie, zwłaszcza jeśli dopiero co poznałam daną osobę), no i chłopak odsuwa się ode mnie nawet jako kolega. A ja, w tej sytuacji, obawiam się starać o budowanie koleżeńskich relacji, bo nie chcę aby to było odebrane jako dawanie złudnych nadziei, a nie chciałabym nikogo ranić. I tu pojawia się moje pytanie: jak atrakcyjna dziewczyna ma budować koleżeńskie, czy przyjacielskie relacje z płcią przeciwna, nie raniąc nikogo, nie odrzucając, nie dając niepotrzebnych nadziei?? Jak ma „ostudzić męskie zapały do zalotów”, a bardziej zainteresować sobą jako koleżanką?? Jak stać się właśnie tą koleżanką, przyjacielem i na tej podstawie budować miłość, żeby na tym gruncie wyrosła miłość oparta na prawdzie poznania??

* * * * *

Hmm, pytanie nie jest śmieszne. Tylko ja nigdy nie miałam takiego problemu ;-). Oczywiście masz rację, że zbyt wczesne zaloty przeszkadzają. Natomiast studząc zapały adoratorów być może robisz to zbyt skutecznie. Być może w taki sposób, że oni odbierają to jako jakąś wyniosłość lub niechęć do kontaktów w ogóle. Być może - bo ja Ciebie nie znam. Jeśli natomiast zachowujesz się normalnie to albo chłopakowi chodziło właśnie tylko o "klasyczny podryw" (i jak usłyszał o stopniowym poznawaniu się to zrezygnował) albo - jeśli chłopak Ci się podoba -…możesz zaryzykować.
Naturalnie, nie możesz pozwalać wobec siebie na zbyt dużo, nie możesz zgadzać się na coś co Ci nie odpowiada. Ale może pozwolić mu się "wykazać" i po tym wstępie budować relację. Bo on na pewno długo nie jest w stanie tak się zachowywać. Na pewno emocje opadną i zacznie się normalna znajomość. Być może - właśnie dlatego, że jesteś atrakcyjna - chłopcy myślą, że muszą właśnie od takiej adoracji zacząć, byś w ogóle zwróciła na nich uwagę? Być może myślą, że muszą zrobić więcej niż w relacjach z innymi dziewczynami? Że skoro jesteś ładna to właśnie tego oczekujesz? Poza tym jeszcze jedna kwestia: na czym ta adoracja polega? Bo jeśli od razu na wyznaniu uczuć i przysyłaniu pęków róż to faktycznie za dużo. Ale może też być tak, że to co Ty bierzesz za adorację jest tylko chęcią pokazania się z dobrej strony? Albo jest nieumiejętnym nawiązaniem kontaktu - bo chłopak myśli, że tak trzeba, że tak to się odbywa zawsze i tak powinno być. Może też Ty - mając w głowie poszczególne etapy związku - podświadomie oczekujesz, że właśnie według takiego schematu wszyscy inni będą działać. Ale widzisz, nie każdy o tym wie. Jeśli chłopak jest zbyt szybki to naturalnie należy go trochę przyhamować, ale nie należy go zrażać do siebie. I nie należy się do niego zrażać. Ale to w wypadku gdy chłopak Ci się podoba.
Jeśli Ci się nie podoba - bądź szczera. Bądź sobą. Jeśli on się odsunie - trudno, widocznie dla niego bycie Twoim kolegą po prostu będzie zbyt trudne lub raniące. Bo za bardzo mu się podobasz, by mógł sobie na to pozwolić. I musisz to zrozumieć. On po prostu by cierpiał widząc Cię na co dzień a nie mając żadnej nadziei. No, skręcałoby go w środku. I dlatego znika. Bo zerwanie kontaktów jest skuteczną formą zapomnienia o obiekcie uczuć.
Nie zawsze natomiast miłość rodzi się w sposób klasyczny. Właściwie rzadko jest tak, że najpierw jest koleżeństwo, przyjaźń i potem miłość. Że takie są etapy związku - to fakt. Ale często bywa tak, że najpierw jest wielkie zainteresowanie dziewczyną, zakochanie, takie płomienne, a potem opad emocji i dopiero prawdziwe poznawanie się. Pisałam o tym w tym artykule: [zobacz]. I jeśli chłopak tak działa to nie jest to nic dziwnego. Dlatego - jeśli Ci się podoba - daj mu szansę. Jeśli będzie działał zbyt szybko - będziesz mogła trochę go stopować. Jeśli zaś kompletnie nic do niego nie czujesz - bądź sobą i do niczego się nie zmuszaj. Po prostu wtedy musisz przeboleć fakt, że nie będzie Twoim kolegą.

  Magda, 17 lat
1561
02.03.2007  
Pyt. 1535
Ja już podjęłam decyzję. Ale wątpliwości nie dają mi spokoju. Nie jest tak, że chcę zmienić decyzję i szukam sobie argumentów za tym żeby tak zrobić i czyjegoś poparcia. Przynajmniej nie robię tak świadomie… Może podświadomie walczę o to żeby z nim być, ale świadomie wcale tego nie chcę. Ale nie mogę się pozbyć tego uczucia. Chociaż wiem, że radzę sobie z tym i tak dużo lepiej niż On. Oboje stwierdziliśmy, że nie chcemy zrywać ze sobą kontaktu, że chcemy się przyjaźnić. Tylko ja się teraz zastanawiam czy to ma sens. Nie widujemy się co prawda, ale rozmawiamy przez tel. Od czasu do czasu. Czy kontynuując takie zachowanie mamy szansę oboje przestać coś do siebie czuć i związać się z kimś innym? Bardzo bym tego chciała bo On jest mi bardzo bliski i jest dla mnie ważny. Nie jako chłopak, a jako człowiek. I mówię to z całym przekonaniem, a nie jak zaślepiona zakochaniem dziewczyna.


* * * * *

Szansa na przyjaźń istnieje, ale nie jest to proste. Ja wielokrotnie wypowiadałam się negatywnie co do takich przyjaźni po związku (zobacz np. odp. nr 7). Tak naprawdę kolejność powinna być odwrotna: najpierw uporasz się z tym uczuciem, ewentualnie wejdziesz w związek z kimś innym, a potem możesz kontynuować znajomość z nim. Postępując zaś tak jak teraz znacznie utrudniasz sobie zadanie, bo ciągle masz go w sercu, bo ciągle o nim myślisz. Oczywiście wiesz już jak postąpić, ale przecież ciągle czujesz - a to jest od Ciebie niezależne. Rozumiem naturalnie, że chesz mu pomóc i że chcesz utrzymywać z nim jakąś formę kontaktu. Dlatego teraz musisz pomyśleć też o sobie: robić tyle, by nie kosztowało Cię to zbyt dużo. Jeśli czujesz, że przekraczasz jakąś granicę, którą sobie postawiłaś, że zaczyna Ci być żal, że zaczynasz tęsknić i po prostu Cię to boli to rób mniej. Bo to nie może być tak, że robisz to dla niego, ale sama przy tym cierpisz. No i jeszcze jedno: musisz uważać, żeby on sobie nie pomyślał, że mimo wszystko ma jeszcze jakąś szansę na związek z Tobą. Bo wiesz, to, że Ty się określiłaś wobec niego to jedno. Ale mężczyźni często godzą się na jakąkolwiek formę kontaktu z dziewczyną, ale w duchu ciągle mają nadzieję, że mając z nią stały kontakt i tak dopną swego. Bo dziewczyna albo "zmięknie" albo po prostu ja przekonają, że powinni spróbować jeszcze raz. I ona bardzo często się na to łapie. W każdym razie stały kontakt to zawsze pole manewru i ja bym tak łatwo i nie wierzyła chłopakowi, który godzi się na rozstanie i przyjaźń - bo być może wcale nie odpuścił, tylko chce ją podejść z innej strony (mówię z doświadczenia). A zatem bardzo ostrożnie.
A żeby wejść w związek z kimś innym trzeba mieć wolne serce. I teraz od Ciebie zależy jak się to dokona. Musisz przejść przez proces uwalniania się od uczucia. Będziesz gotowa na nowy związek gdy ta znajomość nie będzie Cię już boleć, jeśli będziesz mogła spokojnie się z nim spotkać i np. wyobrazić go sobie z kimś innym. Jeśli na takie wyobrażenie nie poczujesz już ukłucia w sercu będzie to znak, że już jest nieźle. Jeśli będziesz mogła spokojnie go poinformować, że kogoś masz. Powodzenia!

  Julek, 17 lat
1560
01.03.2007  
Rok temu poznałem fajną dziewczynę przez internet (mieszka 100km od demnie). Bardzo religijna, miła, uśmiechięta. Czasem ją odwiedzałem i coraz bardziej zaczeła mnie się podobać, ale bez odwzajemnienia, uważała mnie za bardzo dobrego kumpla. Rozmawiało mnie się z nią bardzo dobrze, oboje mieliśmy takie same zainteresowania, takie same problemy (tylko ona była bardziej religijna). Ale z czasem coraz gorzej się z nią działo, coraz rzadziej chodziła do Kościoła, tneła się!!, cały czas była smutna. Ponieważ, ze mną w tamtym czasie też nie było zbyt dobrze, to coraz mniej ze sobą rozmawialiśmy (czasem nawet bardzo rzadko). Przez pół roku prawie nie rozmawialiśmy ze sobą. U mnie przez ten czas wiele się zmieniło. Stałem się bardzo religijny, zacząłem jeździć na rekolekcje i zamierzam wstąpić do zakonu. Zaś ona jest cały czas smutna, ma problemy rodzinne, z koleżankami. Troche smutno jest mi jej. Zacząłem znów z nią rozmawiać i namiawać do tego aby zaczeła znów chodzic do Kościoła bo to jej pomorze, ale ona uważa, że Kościół jej nic już nie pomorze. Otóż mój problem polega na tym, że chcę jej pomóc wyjść z tego bagna. Tylko nie wiem w jaki sposób mam jej pomóc. Boję się jej troche doradzą, żeby nie pogorszać stanu. Dlatego chciałbym się spytać, w jaki sposób mogę jej pomóc? Czy wogule mam szanse pomóc? Może już jest za późno?

* * * * *

Pomóc jej możesz - choć w ograniczonym zakresie. Na pewno coś się z nią dzieje, coś jest przyczyną takiego zachowania. Być może są to problemy w domu, problemy z nauką itp. Jeśli masz z nią kontakt to możesz z nią naturalnie czasami porozmawiać, może ona potrzebuje choć wygadania się, może jakiegoś doradzenia się. Pokazuj jej też własnym przykładem, że można żyć inaczej i być szczęśliwym. Możesz podrzucać ciekawe artykuły. Możesz mówić jej o miłości Bożej ale nie możesz jej prawić kazań, nie możesz jej nawracać na siłę, bo da to odwrotny efekt. No i przede wszystkim możesz się za nią modlić. Bóg wie czego jej potrzeba, a Twoje orędownictwo za nią na pewno chętnie przyjmie. Możesz jeszcze zaprosić ją na pielgrzymkę lub jakieś rekolekcje albo choć koncert chrześcijański. Albo na spotkanie nad Lednicą! To by było bardziej "atrakcyjne" w formie, bo faktycznie suche stwierdzenie, że Kościół jej pomoże może odbierać negatywnie. Może jej się to kojarzyć z "chodzeniem do Kościoła i klepaniem pacierzy" - a dla nastolatki w okresie buntu to faktycznie niezbyt pociagająca perspektywa. Tu trzeba czegoś innego, żywego. Powinna zobaczyć ludzi w swoim wieku, wśród śpiewu i radości. Jeśli by Ci się to udało byłoby wspaniale, bo sama na własne oczy by się przekonała, że można żyć inaczej. Tylko jedna rada: jeśli faktycznie myślisz o zakonie to uważaj, by nie dać jej nieopatrznie do zrozumienia, że jesteś nią zainteresowany, żeby się w Tobie nie zakochała. Z Bogiem!

  Sylwia, 15 lat
1559
01.03.2007  
Czy dwójka przyjaciół mogą się zakochać w jednej dziewczynie znając ją tylko z internetu i komórki??? Co ona ma zrobić jeżeli ich nie kocha, a ich kontakty sie zacierają???

* * * * *

No ja za bardzo nie wiem jak można znać kogoś z komórki, ale widocznie technika teraz tak idzie naprzód, że można ;-). Ale na poważnie: nie da się kogoś pokochać nie znając go na żywo. Nie ma takiej możliwości, bo nawet zakochanie wymaga obecności. Musimy kogoś zobaczyć, porozmawiać z nim, żeby nas czymś zachwycił. I dopiero ten zachwyt powoduje jakieś uczucia. No pomyśl, czy Ty mogłabyś zakochać się w kimś z kim tylko "klikasz"? No chyba nie. Więcej pisałam o tym w odp. nr: 59, 118, 1072.
A zatem sytuacja, o której piszesz jest po prostu nierealna. A jeśli ktoś tak twierdzi to znaczy, że zakochał się w nie w osobie tylko w wyobrażeniach o niej. Wyobrażał sobie jaka jest ta dziewczyna, wyobrażał sobie różne sytuacje i myślał, że tak by było gdyby byli razem. Ale jak to jest bardzo dalekie od rzeczywistości pisałam w odp. nr: 441, 868.
A co ma zrobić ta dziewczyna? Przeczytać te odpowiedzi, które polecam i zgodnie z tym coś mądrego im odpisać.

  Kasia, 21 lat
1558
01.03.2007  
/1542/
Pani Kasiu, ja bardzo dziękuje za wszystkie Pani rady.Są naprawde bardzo cenne.
Jeśli chodzi o przyjaźń to On mi ją zaproponował i zgodziłam się.Na początku było ok i nawet nie raniło mnie to zbyt gdyż normalnie rozmawialiśmy, śmialiśmy się mimo że mieliśmy świadomość że nie jesteśmy już parą. Po kilku dniach on zerwał ze mną wszelki kontakt.Czuje że nie chce mnie już znac, ze chce sie jak najszybciej pozbyc, unika mnie itd. Ja juz nawet nie staram sie z nim kontaktowac bo to nie ma najmniejszego sensu.Martwi mnie jednak to co on teraz wyprawia;( Od rana do wieczora przesiaduje w klubach, barach/robi oczywiscie sobie przerwe i idzie na lekcje/, upija sie, bawi, no szaleje na calego!Jest taki zafascynowany tym ze ojciec kumpla czestuje ich alkoholem, to mu sprawia taka radosc...Wszystkim sie tym chwali:( Ja juz dla Niego nie istnieje i pogodzilam sie z tym.Wogole ze mna nie ro0zmawia, jak gdzies sie widzimy/choc to sie zdarza jkuz bbbbaaarrrdddzzzooo rzadko/ to udaje ze mnie nie widzi.Radze sobie z tym, tylko nie wiem czy powinnam cos zrobic zeby wyrwac Go z tego towarzystwa.Oczywiscie nie porozmawiam z Nim bo On sobie tego nie zyczy, ale moze ksiadz?Babcia?Mama???Wkoncu jest lektorem, ceremoniarzem...Kiedys bylismy codziennie na Mszy a teraz chodzi tylko w niedziele i obawiam sie ze z przymusu:( Nie umiem stac z boku i patrzec jak upada na samo dno;( Tylko co mam zrobic???Ja nadal Go kocham ale nie chce zeby do mnie wracal, chce tylko zeby byl dobrym, uczciwym i naprawde szczesliwym facetem.Tylko na tym mi teraz zalezy


* * * * *

Kasiu, ja nie wiem co Ty możesz zrobić. Bo może możesz, a może nie. Na pewno do niczego go nie zmusisz. Jeśli jednak miałaś dobry kontakt np. z jego mamą to owszem porozmawiaj z nią o tym, ona na pewno też widzi co się dzieje. Jeśli on działa w Kościele i masz kontakt z księdzem, który go zna to też oczywiście o tym powiedz i niech on z nim pogada. To i tak będzie bardzo dużo z Twojej strony. No niestety, nic więcej nie zrobisz. Na siłę go przecież z baru nie wyciągniesz. Mam wrażenie, że on zachłysnął się wolnością i "dorosłością", wydaje mu się, że to co robi jest dowodem na to, że jest taki swobodny, wyluzowany i dojrzały. Myli się naturalnie, ale trochę potrwa zanim to zrozumie. Ale masz rację, że jeśli można coś zrobić dla niego to trzeba próbować. Tylko przez osoby trzecie, bo Ciebie teraz na pewno nie będzie słuchał. Kasiu, przykro mi bardzo, że tak Cię traktuje. Widzę jednak, że jesteś silna i się trzymasz. Módl się, a z każdym dniem będzie lżej. Z Bogiem!

  Weronika, 16 lat
1557
28.02.2007  
Witam! Ja jeszcze do pytania 1532. otóż z tych chłopakiem od komersu czyli właściwie od zakończenia roku nie miałam żadnego kontaktu i nie widujemy się. Bardzo sie z tego ciesze i nie chce sie z nim spotykać bo nie moge nawet patrzeć na niego i nic do niego nie czuje. Nie byłoby to na pewno naturalne bo mineło już dużo czasu a ja nic od niego nie chce nawet jakichś głupich tłumaczeń i wiem zę to nie ma sensu zę by mnie wyśmiał itp. Problem w tym że nie wiem jak poradzić sobie z tym sama. Jak wytłumaczyć sobie że trudno, stało sie i ide dalej? Po prostu wiem że ten człowiek tak skutecznie sprowadził mnie na ziemie jeśli chodzi o ludzi jak nikt inny... I to przez niego sie zmieniłam. I jak tu radzić sobie teraz z samą sobą?

* * * * *

A, no to skoro tak sytuacja wygląda to faktycznie nie ma sensu do tego wracać. Masz prawo do tego, by nie mieć z nim kontaktu. To naturalne odczucia i nawet lepiej dla Ciebie bo szybciej zapomnisz. Jak radzić sobie w takiej sytuacji pisałam w odp. nr: 80, 526, 653, 825. Musisz dać sobie czas i musisz uwierzyć, że nie wszyscy są tacy. Naprawdę. Jeden człowiek nie może przesłonić Ci piękna i uczciwości innych, bo zgorzkniejesz i nigdy już nie uwierzysz w miłość. A na świecie jest wiele osób, które są spragnione miłości i przyjaźni - tej prawdziwej. Ja wierzę, że je spotkasz. Teraz natomiast staraj się nie rozpamiętywać tego co się stało, patrz w przyszłość, zajmuj się tym co robisz w życiu, rozwijaj swoje zdolności, uśmiechaj się do ludzi (nawet jak Ci się nie chce), interesuj się ich problemami. To jedyne metody, by wyjść z takiego dołka. I módl się. Bóg wie jak Cię uleczyć i na pewno to zrobi, tylko Go o to proś. Rozumiem Twoje odczucia, ja też spotkałam się z takimi sytuacjami w życiu. Wiem, że to boli. Jednak sposobem na wyjście z tego jest właśnie NIEUNIKANIE ludzi, tylko wierzeniew nich na przekór wszystkiemu. To prawda, że można się sparzyć, zostać zranionym. Ale tylko w ten sposób nabieramy doświadczeń i…po prostu żyjemy dążąc do szczęścia. Nie można zamknąć się w skorupce w obawie przed zranieniem. Bo widzisz, aby z larwy wyrósł piękny motyl musi ona pozbyć się swego bezpiecznego, ciepłego kokona i wyfrunąć w świat. Jeśli w nim pozostanie na zawsze - nigdy nie stanie się motylem...
A Tobie życzę właśnie tego, byś mogła żyć pełnią. A jeśli chcesz poznać kogoś wartościowego - nawet w sensie przyjaźni - zajrzyj tutaj: [zobacz]
Powodzenia!

  wiktoria, 14,5 lat
1556
28.02.2007  
Podoba mi się chłopak z innej klasy, który mnie nie zna. Jak nawiązać kontakt?

* * * * *

Proszę przeczytaj odp. nr: 3, 30, 37, 134, 411, 912.

  ola, 25 lat
1555
28.02.2007  
Jakie powinny byc relacje miedzy innymi dziewczynami a chłopakiem z którym się spotykam?On twierdzi,że ma dużo kolezanek i może się spotykac z kim chce.Ale on nie tylko ma stare kolezanki, ale również szuka okazji, by poznawać nowe.Ja sie czuje głupio.Czy to normalne czy może to byc później przyczyną niewierności w małzeństwie?Chciałabym,zeby spotykał się tylko ze mną,ale tez nie mozna chyba komus zakazac kontaktów miedzyludzkich?

* * * * *

Międzyludzkich kontaktów zakazać nie wolno, to na pewno. Natomiast jeśli z kimś nas łączy bliższa relacja (np. właśnie chodzenie ze sobą) to naturalnie siłą rzeczy skupiamy się na tej relacji najbardziej. Oczywiście jeśli Twój chłopak ma koleżanki właśnie "stare", sprzed poznania Ciebie to nic dziwnego nie ma w utrzymywaniu z nimi kontaktów - naturalnie "normalnych" kontaktów a nie przesadnie częstym zapraszaniu ich na kawę. Natomiast jeśli chodzi o nowe znajomości to - moim zdaniem - w takie relacje powinnaś już być włączona Ty. To znaczy powinniście raczej spotykać się w trójkę, przynajmniej od czasu do czasu. Nie może być tak, że on się po prostu z jakąś dziewczyną spotyka, a Ty nic o niej nie wiesz. Gdyby chodziło o relację odwrotną, gdybyś Ty spotykała się z jakimiś chłopakami to on chyba też nie byłby najszczęśliwszy, prawda?
Miarą "normalności" kontaktu kogoś z osobami płci przeciwnej - kogoś kto już jest w związku - jest gotowość do "wpuszczenia" do tej realcji swojej połówki. Tak więc Olu zaproponuj swojemu chłopakowi, że Ty też chętnie poznasz te koleżanki. Po prostu. Nie chodzi o to, byś go sprawdzała, kontrolowała co on tam robi tylko o zwykłą normalność. To nie jest tak, że za każdym razem on musi wszędzie z Tobą chodzić, ale Ty masz prawo do poznania tych dziewczyn. Inaczej nie można mówić o wzajemnym zaufaniu. Dziwne jest jeśli chłopak twierdzi, że może robić co chce i spotykać się z kim chce. Takie postępowanie świadczy o nie do końca poważnym traktowaniu dziewczyny. Bo jeśli jesteśmy z kimś na poważnie to nie czujemy potrzeby poznawania coraz to nowych osób płci przeciwnej. No bo po co? Skupiamy się na rozwoju tej relacji. Pozostając otwartym na innych ale nie rezerwując sobie takich stref niedostępnych dla dziewczyny.

  Michał, 18 lat
1554
27.02.2007  
Od pewnego czasu mam wrażenie ze moja dziewczyna przestaje sie mną interesować nie jestem pewny czy jeszcze mnie kocha :( Co zrobić by na nowo rozbudzić w niej uczucia do mnie by sie mną znowu interesowała ??????? Bardzo kocham moją dziewczyne i mi na niej bardzo zależy... Jeżeli dojdzie do rozstania jak się powinienem zachować ?????? Prosze o szybką odpowiedz...

* * * * *

A ile jesteście ze sobą? Może ten "brak zainteresowania" to po prostu czas kiedy przestają działać emocje związane z zakochaniem? Poczytaj o tym: [zobacz]. Być może ona ten etap już przeszła, a Ty jeszcze na nim jesteś. Teraz przed Wami zadanie przekształcenia uczuć w miłość. Bo samych uczuć nie można rozbudzić w kimś, one są niezależne od naszej woli. Ale nie o uczucia w miłości chodzi. Teraz macie przed sobą piękny czas głębszego poznania się, rozwoju Waszych zainteresowań, wymiany poglądów, długich rozmów o sobie. To też piękny etap związku. Pozwala poznać się naprawdę i w wolności podjąć decyzję co dalej.
Co powinieneś robić? Zapraszaj dziewczynę w ciekawe miejsca, na wycieczki, do kina, na ciekawe wykłady, dużo rozmawiajcie na wszystkie tematy.
Nie myśl od razu o rozstaniu. Widzisz, ludzie popełniają pewien błąd na tym etapie: jak uczucia gasną to myślą, że miłość się skończyła, rozstają się, znów zakochują w kimś innym i sytuacja się powtarza. To do niczego nie prowadzi. Każde emocje kiedyś opadają. I sztuką teraz jest trwać w związku kiedy już nie ma tych zachwytów, za to jest cały drugi człowiek w prawdzie - taki jaki jest.
I właśnie na tym polega prawdziwa miłość - na przyjęciu tej prawdy i całości. Warto :)

  Porzucona, 24 lat
1553
26.02.2007  
Dlaczego ludzie mogą tak barzo ranić ludzi? Dlaczego tak trudno wziąść odpowiedzialość za swoje czyny? ak ktoś może tak oszukiwać i zwalać winę na drugą osobę?
Nie umiem się pozbierać. Ktoś się zabawił moimi uczuciam, zaprzeczył wszystkiemu i odszedł niezainteresowawszy się ,tym co ja czuję. Mimo świadomości, jak bardzo mnie zranił...


* * * * *

Domyślam się, że zostałaś zraniona przez kogoś komu uwierzyłaś, że naprawdę jest Tobą zainteresowany a potem po prostu się wycofał. Bardzo mi przykro. Widzisz czasem tak jest, że chłopak interesuje się dziewczyną ale w pewnym momencie stwierdza, że to nie to. I co robi? W tchórzostwie swoim zaprzecza wszystkiemu co ich łączyło, wmawiając biednej dziewczynie, że "traktuje ją jak koleżankę" i że tak naprawdę to o nic mu nie chodziło, a ona to wszystko sobie wymyśliła. To najgorszy z możliwych wariantów rozstań, bo podważa wiarę w siebie tej drugiej strony, bardzo rani i powoduje, że bardzo trudno ponownie komuś zaufać. Chłopak po prostu wolał "zrobić z Ciebie idiotkę" niż zebrać się na odwagę i przyznać, że się pomylił. Wolał zranić Ciebie niż ponieść porażkę. Wolał to niż urażenie swojej męskiej dumy. Bardzo nieodpowiedzialne i bardzo…klasyczne.
Moja Droga! Nie mogłaś tego przewidzieć, nie mogłaś temu zapobiec, nie możesz mieć do siebie jakichkolwiek pretensji. To on ma problem. Wie o tym nawet jeśli się nie przyzna. Prawdopodbnie będzie Cię teraz unikał, bo jest mu głupio, bo ma świadomość swojego tchórzostwa. Ty zaś musisz uwierzyć, ze nie jesteś gorsza, że nie wymyśliłaś sobie tego wszystkiego. Musisz dać sobie czas i pozwolić, by ten żal spłynął wraz ze łzami. Nie traktuj tej sytuacji w kategorii porażki a doświadczenia. Fakt - bolesnego, ale doświadczenia: dla Ciebie i dla niego. I wiesz co? Módl się. Również za niego: o mądrość i za siebie - o to, by Bóg zabrał Ci ten ból i to uczucie.
Przeczytaj także odp nr: 80, 526, 653, 825 o tym jak sobie poradzić. Z Bogiem!

  madzia, 16 lat
1552
26.02.2007  
Wiec tak, mam chlopaka z ktorym jestem bardzo szczesliwa, nie klocimy sie, potrafimy rozmawiac o wszystkim... Ja mam 16 lat a on jest starszy ode mnie o 20 lat... Moi rodzice tez nie mieli nic przeciwko temu, bo widzieli sami ze pasujemy do siebie... Ale pewnego razu moj chlopak stanal po mojej stronie gdy moj ojciec chcial mnie znowu underzyc i od tamtej pory moi rodzice mowia tylko zle rzczy o nim wszyscy sa przeciwko nam. Moja matka i ojciec obrazaja mnie wulgernymi slowami i bija...(od kiedy tylko pamietam)... Nie wiem co mam robic moj ojciec jest alkoholikiem a matka psychicznie chora... A moj chlopak jest taki dobry do mnie... Nie wiem co mam zrobic... Chcialam sobie odebrac zycie ale moj chlopak mnie pocieszal ze jak bede miala 18 to zamieszkamy razem ... Ale ja juz nie umie juz czekac... Nie wytrzymam tak dlugo. Poradzcie mi cos prosze...

Madzia


* * * * *

Masz 20 lat starszego c h ł o p a k a? A on jest kawalerem? Czy może rozwodnikiem, może ma jakieś zobowiązania, dzieci? I nic dziwnego nie widzicie oboje w tym, że 36-letni mężczyzna jest w związku z nastolatką?
Zapytam wprost: jakie stosunki Cię z nim łączą? Tak po prostu chodzicie ze sobą? Czy on jest dla Ciebie kimś więcej niż "chłopakiem"?
Zanim coś więcej Ci napiszę przeczytaj proszę odp. nr 468 i zastanów się czy to nie Twój problem. Czy braku ojca (w sensie nie fizycznym tylko braku zainteresowania i miłości) nie kompensujesz związkiem ze starszym mężczyzną? Czy on Cię w jakiś sposób nie wykorzystuje? I co to znaczy, że jak będziesz miała 18 lat to razem zamieszkacie? A to jest w porządku? Czy ktoś ko naprawdę kocha i komu zależy na dobru drugiej osoby proponuje coś takiego 16-latce?
Madzia, to poważny problem i żebyś sobie kłopotów nie narobiła. Widzisz, moim zdaniem u Ciebie problem leży w czym innym: Ty nie czujesz się dobrze w domu i próbujesz się z niego wyrwać. Ten mężczyzna jest dla Ciebie "furtką" do innego życia. Brakuje Ci miłości, a w nim odnajdujesz namiastki ciepła i normalności. Ale Madziu, to nie tak. Nie można braków z domu zastępować rzucaniem się w ramiona starszego mężczyzany. Ty na razie potrzebujesz po prostu rodzicielskiej miłości i zajęcia się Tobą. Chciałabym Ci jakoś pomóc, ale przez interent te możliwości są mocno ograniczone. Wiem, że w domu nie masz wsparcia. Ale może masz kogoś z rodziny kto mógłby z Tobą porozmawiać? Może ciocia, babcia? Jeśli nie to może wychowawczyni? Po co? Bo tego potrzebujesz. Musisz czuć oparcie. Takie zwyczajne, a nie od razu ze strony mężczyzny.
Przeczytaj wskazaną odpowiedź i pomyśl nad tym wszystkim. Z Bogiem!

  Hania, 20 lat
1551
23.02.2007  
Moj problem może nie jest bezposrednio związany z miłością, ale myślę, że pośrednio tak. A mianowicie jestem bardzo niesmiała i niesty zakompleksiona :/ Tak bardzo, ze nie potrafie rozpocząć rozmowy ani jej utrzymac dłużej niz minute z kimś kogo nie znam na prawde bardzo długo. Właśnie zaczęłam drugi semestr studiów i nadal nie czuję się swobodnie w mojej grupie...Z nikim nie rozmawiam swobodnie... Jedynie z moją jdyną przyjaciółką czuję się bardzo dobrze, no i z rodziną. Zaczęłam chodzić na spotkania Duszpasterstwa Akademickiego i miałam nadzieję, że tam będę się czuła dobrze, jednak i tu ciągle mam zahamowania, nie wiem o czym rozmawiać, jak się pokazać z dobrej strony.
I myślę, ze także z tego powodu nigdy nie miałam chłopaka. Boję się, że nadal nie będę miała, bo nie jestem wystarczająco towarzyska. Jestem wesoła, podejmuję rozmowy, śmieję się, ale nie jestem otwarta i rozrywkowa na tyle by kogoś sobą bardziej zainteresować. Bardzo chcę kiedyś mieć swoją rodzinę, brakuje mi bliskiej osoby, ale nie wiem jak mogę się zmienić, jak być bardziej otwartą osobą...Jak dać innym szansę na bliższe poznanie mnie. Dziękuję z góry za pomoc i pozdrawiam:)


* * * * *

Nie zmieniaj się na siłę. Nie możesz nagle stać się kimś kim nie jesteś.
Próbuj pomalutku wychodzić do ludzi: uśmiechaj się, pytaj co słychać, zgłaszaj się do jakichś akcji - konieczność zrobienia czegoś wymusi pewne zachowania. I to Cię ośmieli. Nie jesteś gorsza przez to, że jesteś nieśmiała - po prostu masz taką cechę. To się będzie stopniowo zmieniało. A chłopaka nie masz dlatego, że Bóg widzi na jakim jesteś etapie i na jakim on jest i na razie nie pozwala Wam się spotkać. On wie, kiedy to będzie możliwe. Czeka na moment kiedy będziecie w stanie to przyjąć żeby się nie poranić. Pamiętaj: metoda małych kroków. Z Bogiem!


Ostatnia aktualizacja: 05.06.2008, 16:17


[ Powrót ]
Daj plusika:
[ Strona główna ] Drukuj Wyślij link
Trudna miłość. Jak pokonać kryzys? Trudna miłość. Jak pokonać kryzys?
Tonino Cantelmi, Rachele Barchiesi
Dlaczego zbudowanie stałych i silnych związków uczuciowych wydaje się dzisiaj bardzo trudne czy wręcz niemożliwe? Jakie są przyczyny kryzysu panującego w relacjach międzyludzkich? Autorzy niniejszej książki starają się ukazać te przyczyny. Chcą pomóc Czytelnikowi, zwłaszcza młodemu, w budowaniu trwałych relacji z innymi ludźmi.... » zobacz więcej
Zakochanie… i co dalej? Zakochanie… i co dalej?
Jacek Pulikowski
Książka ta jest pierwszym krokiem do szczęśliwego małżeństwa. Pomyśl o radosnym czasie zakochania, chodzenia ze sobą, narzeczeństwa i nie zmarnuj go! Wykorzystaj cenne wskazówki autora dla dobra twojego i przyszłego współmałżonka... » zobacz więcej
O stronie... | Ogłoszenia | Konkurs | Wspomóż nas | Polityka Prywatności | Kontakt

© 2001-2011 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej