Kartki Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Czat Opowiadania Perełki
Miłość czy MIŁOŚĆ? Czyli sztuka chodzenia ze sobą Miłość czy MIŁOŚĆ? Czyli sztuka chodzenia ze sobą
Katarzyna i Tomasz Jarosz
Przeczytaj tę książkę! Być może znajdziesz tu odpowiedzi na swoje pytania, a przedstawione rady pomogą Ci wybrnąć z sytuacji w jakieś się znalazłeś.... » zobacz więcej
miłość czy Miłość?

Odpowiedzi na pytania

Odp: [1-50], [51-100], [101-150], [151-200], [201-250], [251-300], [301-350], [351-400],
[401-450], [451-500], [501-550], [551-600], [601-650], [651-700], [701-750], [751-800], [801-850], [851-900]
[901-950], [951-1000], [1001-1050], [1051-1100], [1101-1150], [1151-1200], [1201-1250], [1251-1300],
[1301-1350], [1351-1400], [1401-1450], [1451-1500], [1501-1500], [1551-1600], [1601-1650], [1651-1700],
[1701-1750], [1751-1800], [1801-1850], [1851-1900], [1901-1950], [1951-2000], [2000-2050], [2051-2100],
[2100-2150], [2151-2200], [2201-2250], [2251-2300], [2301-2350], [2351-2400], [2401-2450], [2451-2500],
[2501-2550], [2551-2600], [2601-2650], [2651-2700], [2701-2750], [2751-2800], [2801-2850], [2851-2900], [2901-2950], [2951-3000],
[3001-3050], [3100-3100], [3101-3150], [3151-3200], [3201-3250], [3251-3300], [3301-3350], [3351-3400],

Zakochanie… i co dalej? Zakochanie… i co dalej?
Jacek Pulikowski
Książka ta jest pierwszym krokiem do szczęśliwego małżeństwa. Pomyśl o radosnym czasie zakochania, chodzenia ze sobą, narzeczeństwa i nie zmarnuj go! Wykorzystaj cenne wskazówki autora dla dobra twojego i przyszłego współmałżonka... » zobacz więcej




  niecierpliwa, 17 lat
1650
18.04.2007  
Witam:) i z góry dziękuję za odpowiedź..
chciałam napisać, że wiele się w moim życiu zmieniło, gdy zdałam sobie sprawę, że Bóg mnie kocha ze względu na wszystko.. jestem inną osobą, choć czasem mam powtórki ze starych nawyków.. bardzo się cieszę, że tak się stało, a to za sprawą rekolekcji wielkopostnych..
tylko boję się, że moja miłość do Niego nie jest na tyle wystarczająca i pragnę pogłębić swoją wiarę, ale nie wiem jak..
Moje drugie pytanie jest bardziej związane z wieloma listami nadchodzącymi do Pani, czyli zauroczenia i te sprawy;] ponieważ poznałam osobę, której jestem w stanie bardzo wiele powiedzieć.. to jest taka druga osoba, przy której jestem w stanie się otworzyć i powiedzieć wszystko co mnie dręczy.. on jest osobą jak najbardziej wierzącą i nie kryje tego, udziela się w Kościele i mnie to bardzo cieszy, bo wiem, że może mi pomóc w mojej wierze, aby się zgłębiła i nie płyciała.. ale nie wiem czy on tego chce.. ogólnie to jest też taki chłopak hm.. jak dla mnie np wymarzony.. nie jest jakiś idealny w sensie, że wszystkie panienki się za nim oglądają, ale ma w sobie coś co mi się strasznie podoba.. nie wiem czy on o tym wie, dlatego nie wiem co robić.. powiedzieć mu czy poczekać aż poznamy się bliżej, bo znamy się dopiero miesiąc i to też nie tak za dobrze..
pozdrawiam i dziękuję:)


* * * * *

Naturalnie, że poczekać! A w zasadzie w ogóle nie mówić tylko czekać na rozwój wydarzeń. Przeczytaj proszę odp. nr: 18, 61, 74, 217, 514, 1168, 1287. Jeśli on Ci się podoba to poznawajcie się, rozwijajcie zainteresowania, przypatruj się jego zachowaniu. Ale nie składaj żadnych deklaracji ani niczego nie wyznawaj! Jeśli uda Wam się zbudować związek to wyznanie uczuć powinno się pojawić w momencie kiedy oboje będziecie na to gotowi i powinno nastąpić z jego inicjatywy. A powiedzenie o tym teraz byłoby postawieniem wszystkiego na głowie. Życzę Wam powodzenia! Z Bogiem!

  Karolcia, 20 lat
1649
18.04.2007  
tak więc nie wiem co ja mam robić:( Zacznę od poczatku: ja mam lat 20 a mój chłopak 23 jesteśmy ze sobą 1,5 roku. Zmieniłam zadanie jeśli chodzi o współżycie przed małżeńskie dzieki temu poratalowi ale... jest pewiem problem, wpółżyłam z moim chłopakiem zanim on wyjechał za granicę - jest on za granicą od 9 miesięcy i za 3 miesiące sie zobaczymy bo do niego wyjeżdzam... Chciałam i postanowiłam o nie współzyciu z nim (wtórne dziewictwo) ale jest pewiem fakt co tą sytuacje zmienia ... bedziemy spać razem to znaczy w jednym pokoju ponieważ warunki nie pozwalają na to abym mogła spac gdzieś indziej... nie wiem co ja w takim wypadku mam robić:( jak sie zachowywać... jak mu o tym powiedzieć że chce zachwać czystość do ślubu, bardzo prosze o radę albo podpowiedź. Pozdrawiam

* * * * *

Na początku gratuluję podjęcia decyzji o czystości!
A teraz: przez jaki okres będziecie razem spać w pokoju?
Jeśli przez kilka dni to chyba nie ma problemu? Macie osobne łóżka? Jeśli nie to on dostaje karimatę, śpiworek lub koc i śpicie osobno. Jeśli przez dłuższy czas to warto pomyśleć o innym rozwiązaniu tzn. Ty powinnaś zamieszkać z jakąś dziewczyną, on z kolegą.
Sam fakt spania w jednym pokoju nie jest jednoznaczny ze współżyciem, natomiast na pewno powinno się - na ile można - takich sytuacji unikać (zobacz odp. nr: 739, 530).
A jak mu powiedzieć? Dać do przeczytania np. ten artykuł czytsość i powiedzieć wprost, że chcesz abyście do ślubu nie współżyli. Że bardzo Ci na tym zależy, że nie chesz żyć w grzechu. Jeśli Cię kocha to uszanuje, nawet jeśli będzie miał inne zdanie na ten temat. Ale dobrze by było (skoro planujecie małżeństwo), by Wasza postawa była wspólna, żeby on był do tego autentycznie przekonany. Wykorzystaj te wszystkie argumenty, które znalazłaś na tej stronie i pomału przekonuj chłopaka do tego. Może zapiszecie się do Ruchu Czystych Serc? Powodzenia!

  _girl, 18 lat
1648
18.04.2007  
Postaram się nie przedłużać- związek na odległość, 7 lat starszy chłopak, wysłał na dzień kobie mojej przyjaciółce smsa, że jest najbardziej kobiecą i uśmiechniętą kobietą jaką poznał i że przeprasza ją, że z nią nie porozmawiał zanim się związał ze mną. Oczywiście stwierdziłam, że żałuje, że jest ze mną, a nie z nią. Poprosiłam ją,żeby zapytała go o co mu chodzi, nie odpisał nic konkretnego. Następnego dnia powiedziałam co myślę, nie odzywałam się tydzień, starał się, chciał porozmawiać. Spotkaliśmy się tydzień później, zerwał, powiedział, że strasznie sie wkurzył,że nie porozmawiałam z nim i nie zapytałam tylko przez przyjaciółkę chciałam się dowiedzieć o co chodzi i że boi się, że w przyszłości może mnie zranić w takiej sytuacji, mówiąc co myśli. W smsie chodziło o to, że chciał z nią porozmawiać na temat tego dlaczego ona nie jest za tym, żebyśmy byli razem ( mówił mi zresztą, że ma zamiar to zrobić, nie skojarzyłam faktów), Nie powiedziałam nic, później napisałam jak zinterpretowałam jego smsa ( był przekonany, że wściekłam się o życzenia, które w rzeczywistości niebardzo mnie ruszyły bo ufam mu, a ma czasem takie misje dowartościowywania, zresztą znają się długo). Uważa, że można naprawić ten związek, tylko ma ogółem problemy z rodzicami,pracą i wali mu się wszystko na główkę chwilowo, w czerwcu się wyprowadza, a teraz uważa,że nie poradziłby sobie z tym gdyby nam się nie udało tego odbudować.Tłumaczyłam, że jeśli obydwoje chcemy tego samego to nie ma żadnego ryzyka i że napewno się uda, tylko ma mi uzafac jeszcze raz. Wiadomo, każdy ma jakieś problemy, ale właściwie wszystkie nasze problemy sprowadzały się do jego rodziców, mieszkania, pracy, rodzi sie pytanie jakby było gdyby rzeczywiście ułożył sobie życie, poza tym nie jest za odporny psychicznie. Czy warto poczekać , zależy mi, czy gdyby mu naprawdę zależało nie poddawałby się tak łatwo a ja się po prostu narzucam i łudzę, że te to naprawdę przez te wszystkie czynniki nie jest tak jak powinno?

* * * * *

Dokładnie tak. Jakby mu bardzo zależało nie poddawałby się tak łatwo. Jak się ma problemy to się dąży do ich rozwiązania a nie leczy się ich rozstaniem z dziewczyną.
Fakt, nie zrozumieliście się z tym sms-em, ale ja w pierwszej chwili odebrałam tą sytuację tak jak Ty. Też bym się mocno zdenerwowała. Sama jednak sytuacja absolutnie nie jest powodem rozstania!
Ja myślę, że on po prostu nie radzi sobie z tym wszystkim. Że nie jest wystarczająco silny, by dać sobie radę. Nie wiem jak długo jesteście ze sobą, ale mam wrażenie, że on pochopnie związał się z Tobą a potem zobaczył, że to wymaga wysiłku, mądrości, siły i przestraszył się.
Przykro mi, że tak się to wszystko dzieje. Jeśli jednak on będzie dążył do rozstania nie zatrzymuj go na siłę - być może wie, że nie podoła. Z Bogiem!

  Ania, 19 lat
1647
18.04.2007  
Mam taką wątpliwość. Otóż dotyczy ona księdza. Nie chodzi o to, że się w nim zakochałam. Po prostu go lubie, a on mnie. Mówi też ze traktuje mnie jak swoje dziecko, równoczesnie wyróznia mnie na tle grupy. Pisze do mnie sms-y itp. Czy jest w tym coś złego? Czy mam jakoś reagować?

* * * * *

No na podstawie tych kilku słów trudno coś jednoznacznie stwierdzić. Nie wiem jakiej treści są te sms-y, na czym polega wyróżnianie? W jakim on jest wieku? Generalnie jeśli coś będzie wykraczało poza zwykłą znajomość to wtedy należy reagować.

  Kasia, 21 lat
1646
18.04.2007  
/1624/ A nie ma innego wyjścia?Przecież Bóg może wszystko...Mówi Pani że On mnie wysłuchuje?Przecież ja nie modlę się o to żeby mi Go całkiem zabrał...I Jego wyjazd wcale nie napawa mnie optymizmem.Bo to wcale nie znaczy że szybciej o Nim zapomnę.Przecież teraz też praktycznie w ogóle nie mam z Nim kontaktu.Widuje Go maksymalnie raz na tydzień przez minutę/jak wraca z niedzielnej Mszy/ i to nawet nie zawsze.Nie piszę, nie dzwonię, w ogóle się z Nim nie kontaktuje.A kiedy On wyjedzie to przecież i tak nadal będę o Nim myśleć, tęsknić, czekać na telefon;( Nie rozumiem jakie plany wobec mnie ma Bóg, w ogóle Go nie rozumiem...On przecież wiedział że tak się wszystko potoczy więc dlaczego pozwolił mi spotkać Mateusza?Skoro tak bardzo mnie kocha, skoro umarł za mnie i chce mojego szczęścia to mógł przecież postawić na mojej drodze Kogoś kto byłby przy mnie już na zawsze

* * * * *

Każdy kto przeżył rozstanie zadaje sobie te pytania. Ja wiem tylko, że nic nie jest bez sensu. A Bóg na pewno kiedyś nam to wyjaśni. A może wcześniej już tu na ziemi sami się o tym przekonamy.

  paola., 17 lat
1645
18.04.2007  
Czy to normalne ,że boję się miłości? wiem, że kocham. jestem z Nim już długo, ale strasznie boję się tego, że przez miłość jestem od kogoś zależna. Jestem naprawdę szczęśliwa w tym związku. na Niego nie mogę powiedzieć złego słowa.. potrafi uklęknąć, po niedomówieniu chociaż oboje wiemy ,że wina leży po mojej stronie. jest odpowiedzialny za mnie i za siebie. ale strasznie się boję całkowicie oddać.. bo wiem,że gdyby to uczucie miało się skończyć-strasznie bym się załamała. dlatego często jestem wobec Niego obojętna. nastawiona na to ,aby przestac kochac tylko po to ,żeby może kiedyś nie cierpieć...
naprawde nie wiem dlaczego. On robi w s z y s t k o dla mojego dobra, moje problemy są ważniejsze od Jego problemów,jestem wyróżniana i kochana. więc dlaczego się boję? wiem, że kocham.
jestem tego pewna, i dlatego piszę, bo wiem ,że całą tą sytuacją mogę Go bardzo ranić.


* * * * *

Co masz na myśli mówiąc "całkowicie oddać"? W jakim sensie?
Nie bój się zaufać. Jeśli jest tak jak piszesz to znaczy, że chłopak Cię kocha. Jeśli pragnie Twojego dobra to czego konkretnie się boisz? Jakiej zależności? Miłość nie jest niewolą. Prawdziwa miłość uskrzydla, daje wolność i samemu pragnie się dobrem obdarowywać drugą osobę. Jeśli czujesz jakiś lęk to musisz sobie uświadomić przed czym. Czego w nim się boisz? A może masz negatywne przykłady związków wokół siebie? Może w domu?
Nie napisałaś nic konkretnego, być może nawet sama sobie nie uświadamiasz źródła strachu. Polecam Ci artykuły o miłości i oczekiwaniach. [zobacz], [zobacz], [zobacz] Pomyśl nad Waszym zwiazkiem, nad tym czego byś w nim chciała. Może to Ci trochę rozjaśni. Z Bogiem!

  Emilia, 19 lat
1644
18.04.2007  
Boję sie wszystkiego...każdej zmiany a każda porazka jest dla mnie końcem świata. Prześladuja mnie bardzo złe myśli czasem samobójcze. Boje się o siebie. Ale najbardzej przeraża mnie miłość innego człowiekiego. Kiedy już ktos okazuje mi uczucie staram się jej odsunąć jak najdalej od siebie i nie wierze, że jest szczere. Wiem, że ranię tym ludzi, ale najbardziej siebie. Czuję w sobie pustkę wielka pustkę i nawet gdy chce to zmienić nic sie nie zmienia. Prosze o pomoc.

* * * * *

No ale co jest przyczyną? Bo takie rzeczy nie biorą się same z siebie. Czy ktoś Cię zranił, czy nadużył zaufania czy coś Cię przerasta, czy masz jakiś problem lub wyrzuty sumienia? Nic nie napisałaś o sobie. Polecam rozmowę w realu z jakimś duchownym. Z Bogiem!

  Natalia, 16 lat
1643
17.04.2007  
Witam bardzo serdecznie i pozdrawiam. Chciałabym się z panią i z innymi podzielić bardzo bolesną sprawą z mojego dzieciństwa. Proszę o nie ujawnianie mojego maila. Chciałabym być anonima. Byłam molestowana. Molestowała mnie bliska osoba z rodziny. Wybaczyłam jej, ale potem popadłam w grzech masturbacji, z ktorym walczę. Nie mam już szacunku do swojego ciała. Ktoś potraktował mnie jak rzecz. To się działo 10 lat temu, więc trochę czasu minęlo. Pamiętam to jak dziś. Chyba nie ma sensu opowiadać na czy polegało to molestowanie. Chyba każdy się domyśla. Proszę o radę. Co mam robić? Rodzice nic nie wiedzą. To moja wina... Czy mam się spowiadać z tego? Ja też robiłam nieczyste rzeczy, bo ta osoba powiedziała mi co mam robić, a ja to robiłam, bo miałam do niej zaufanie.

* * * * *

Musisz zwrócić się do osoby, która Ci pomoże poprzez odpowiednią terapię. Takie rzeczy muszą być rozpracowane i "wyleczone", bo rzutują na całe życie. Polecam chrześcijańskich psychologów: www.spch.pl ,ewentualnie Niebieską Linię - oni mogą doradzić konkretnie gdzie i do kogo się zwrócić (chodzi oczywiście już o terapię). Co do spowiedzi - naturalnie Ty nie robiłaś tego dobrowolnie, więc nie ponosisz za to winy, natomiast polecam mimo wszystko rozmowę z mądrym kapłanem, choćby po to, żeby rozwiać wątpliwości i zdjąć z siebie ten ciężar, który Cię przygniata. Poza tym w takim kontekście też inaczej pewnie będzie oceniona masturbacja.
Polecam Ci też stronę www.onanizm.pl, tam znajdziesz rady i świadectwa mówiące o tym jak wyjść z nałogu. No i rozważ naprawdę powiedzenie o tym rodzicom, gdybym ja była matką chciałabym wiedzieć o takiej sytuacji. Oni na pewno w jakiś sposób Ci pomogą, choćby się otworzyć. Poza tym być może to uchroni inne osoby z Waszej rodziny… Z Bogiem!

  Gosia, 17 lat
1642
17.04.2007  
Witam Cie droga redakcjo mój problem jest bardzo skomplikowany i szczerze powiedziawszy dość można by powiedzieć dziwny..NA pocżatku mi to nie przeszkadzało a teraz mam 17 lat a jeszce żąden chłopak sie mną nie zainteresował ..z nikim jeszcze nie byłam związana ..każdy mówi że jestem łądna ...sympatyczna życzliwa ...przyjazna ludziom ...czasem sie zastanawiam czy to prawda bo skoro nikt nawet się mną nie zainteresował to moze ze mną jest coś nie tak ..tylko dlaczego kazdy mówi że jestem piękną śliczna oddaną Bogu dziewczynom ..Czy ja nie będe mogła kochac ..kiedyś pani mówiła zę Arcydzieła wymagaja czasu ..to prawda tylko ile i jak długo dlaczego ja musze patrzeć na zakochanych przyjaciół znajomych kolegów ..ot jest mi po prostu przykro ..jak mam sobie radzic z tym problemem ...czy mnie nikt nigdy już nie pokocha .. ?

* * * * *

Pokocha. Przeczytaj odp. nr: 817,461,1265.

  Pawel, 25 lat
1641
17.04.2007  
Zawsze bylo dla mnie krepujace zadawnie pytan szczegolnie kiedy wiekszosc pochodzi od osob dosc zdecydowanie mlodszych ode mnie. Wlasciwie nie chodzi o pytanie a raczej o wyzalenie sie troche. Od dluzszego czasu jestem sam, nie z wlasnego wyboru jak niektorzy maja dzis zwyczaj mowic. Poprostu skonczyly sie 2 znajomosci w moim zyciu i od tamtej pory zwyczajnie watpie w to czy jest dla mnie szansa. Byl czas kiedy zaczalem sie nawet zastanawiac na wstapieniem do zakonu czy byciem ksiedzem ale to bylaby zwyczajna ucieczka albo inaczej skazanie siebie na cos czego wcale nie chce. Wynika to z tego ze w pewnym momencie zaczalem sadzic ze jestem skazany na bycie samotnym. Moje wyobrazenie o zwiazku bylo tak oderwane wg otoczenia od rzeczywistosci ze nawet katowalem sie mysla ze tacy jak ja nie maja szans na malzenstwo bo oczekuja za wiele. A czego tak niemozliwego oczekiwalem?? Otoz chcialem zeby moja dziewczyna byla dziewica choc zdarzylo mi sie zadluzyc w kims kto z pewnoscia nie byl. Nie jestem pewien czy wymieniam te najwazniejsze rzeczy na poczatku. Innym oczekiwaniem bylo to ze bede dla niej wazny.... bzdura... najwazniejszym mezczyzna w zyciu. Nie tata, z czym sie spotkalem, ze poprostu w pewnym wieku ludzie zdaja sobie sprawe ze odchodzi sie od rodzicow zebym laczyc z kims obcym na zasadzie zaufania i wspolnej wiary. Dlaczego jestem taki zalamany jesli chodzi o brak nadziei na milosc bez ktorej wszystkie moje sukcesy nie maja dla mnie zadnej...ABSOLUTNIE ZADNEJ WARTOSCI KIEDY NIKT INNY ZE MNA SIE NIE CIESZY, KIEDY NIE MAM KOMU O TYM NA CODZIEN OPOWIADAC. Otoz spotkalem sie z czyms co bylo dla mnie szokiem. Wsrod starych znajomych kiedy mowa byla o partnerce bywalem zwyczajnie wysmiewany z warunku zeby moja dziewczyna byla dziewica. Dla mnie emocjonalna wiez wydaje sie tak istotna ze nie umiem sobie wyobrazic ze nie panuje na popedem i ide spac z kims a potem tego zaluje ale coz stalo sie i zyje dalej. Wciaz w moim wyobrazeniu tkwi ze ta druga strona na mnie czeka i oboje cieszymy sie ze mozemy byc dla siebie pierwsi. Czy to az taki oderwany od rzeczywistosci warunek ??Od kiedy ktos kto przy mnie potrafil \"zaglebiac\" sie w Biblie a potem jak sie okazalo przejezdzal 500 km co tydzien zeby uprawiac seks bo byla zakochana, nie wiem na czym opierac swoje wyobrazenie o nowopoznanej osobie. Juz zatarly mi sie wszelkie mozliwe punkty odniesienia. Najbardziej przykre bylo jednak to co od niej uslyszalem, ze jestem conajmniej dziwny skoro spodziewam sie ze 24 letnia dziewczyna moze byc dziewica i powinienem trzezwo liczyc sie z tym ze miala juz 2 kochankow. To naprawde nie jest przyjemne zostac nazwanym bezgranicznie naiwnym ze az glupim. Gdzies w utkwily mi te slowa ze nawet zaczalem zwarac uwage jedynie na mlodsze osoby zeby chocby czesciowo wyeliminowac ewentualne rozczarowanie gdybym zakochal sie naprawde mocno w kims. Znam siebie i wiem ze swiadomosc tego sprawialaby mi przykrosc a moze nawet mogla wszystko zepsuc. Moze wyjdzie z tego wszystkiego ze bardziej przywiazuje wage do zasad, ze nie rozumiem milosci. O idealizowaniu zakochanej osoby slyszalem juz nieraz. Tak, kiedy sie zakochuje idealizuje ta osobe a potem przychodza rozczarowania. Jestem zupelnie oglupialy bo staram sie juz tego nie robic ale to glownie na poczatkowym wyobrazeniu o kims opiera sie chec poswiecania sie dla tej drugiej osoby calego swojego czasu. Nie wystarczy ladna buzia, potem chce sie wiecej wiedziec, poznawac czyjes myslenie itd. Wiele osob odebralo mi juz nadzieje na poznanie kogos kto moglbym kogos poznac, kto mi bedzie odpowiadal. Ten czas w samotnosi naprawde zmienia moje podejscie ale im jestem starszy im trudniejsze wydaje mi sie poznania kogokolwiek

* * * * *

Paweł, dla mnie to Ty jesteś najnormalniejszym facetem na świecie. Twoje oczekiwania są po prostu normalne i bardzo w porządku a jeśli ktoś myśli inaczej to znaczy, że się poddał i zrezygnował ze swoich marzeń i zasad. Owszem, normalnym jest oczekiwanie, że 24-letnia dziewczyna będzie dziewicą, bo dlaczego miałaby nią nie być? Ja byłam nią kiedy w wieku 30 lat wychodziłam za mąż (a to było wcale nie tak dawno) i nie uważam się za dinozaura.
Paweł, nie daj się wpędzić w schemat takiego myślenia jak Twoi znajomi, trwaj przy swoich zasadach i czekaj na tą właściwą dziewczynę, bo widocznie do tej pory na nią nie trafiłeś. Żeby ugruntować Cię w Twoich oczekiwaniach polecam ten tekst: [zobacz]

  Ania, 15 lat
1640
17.04.2007  
Chodze do klasy z pewnych chlopakiem. Od pierwszego dnia gdy go zobaczylam zaczal ze mna gadac, byl bardzo mily i wogole. Do tego jest calkiem przystojny, za kazdym razem jak mnie zobaczyl przytulilby mnie na powitanie, zawsze sluchal cokolwiek do neigo nie powiedzialam, po prostu byl takim perfekcyjnym chlopakiem. Co bylo naturalne w wypadku takiego idealu, zakochalam sie w nim. Jednak kilka dni temu dowiedzialam sie ze jest gejem. Nie wiem kompletnie co mam zrobic... Czy powinnam sprobowac jakos sobie zdac sprawe ze on jedynie moze byc moim przyjacielem? Jesli tak, to jak moge przestac go kochac, jesli za kazdym razem gdy mnie przytula ja coraz bardziej go kocham?

* * * * *

A skąd wiesz, że jest homoseksualistą? On Ci powiedział, ktoś inny? Nie myślałaś, że to może być tylko wymówka, "żebyś nic sobie nie wyobrażała"? A może ktoś komu on też się podoba powiedział tak o nim z zazdrości? Nie sadzę, by w takim wieku można było określić taką orientację.
Najprościej zapytać go o to, a jeśli potwierdzi to pokaż mu ta stronę: www.odwaga.oaza.org.pl. Tam znajdzie rady jak z tym walczyć. Polecam też książkę "Podróż ku pełni męskości" traktująca o tym problemie i wychodzeniu z niego. Jeśli zas chcesz się odkochać przeczytaj odp. nr: 80, 526, 653, 825.

  magda, 23 lat
1639
16.04.2007  
witam. już kiedys do pani pisałam(pyt.607 i inne ale nie pamiętam numerów). mam problem.nie dotyczy on tego kleryka o którym pani pisałam(to mam juz za sobą-również dzieki pani poradom-za co bardzo pani dziękuję:)). chodzi o tę dziewczynę z którą on sie przyjaźni-o niej tez kiedys pani pisałam. ona jest teraz moja animatorką w oazie. i tu pojawia się problem. otóż ona nakazdym spotkaniu w grupie opowiada o nim. ja wprawdzie nic już do tego kleryka nie czuję, ale coś tam mnie kłuje w sercu gdy muszę słuchac jak cudowna relacja jest między nimi. to boli choc już go nie kocham. rozmawiałam o tym z przyjaciólka.poradziła mi zebym porozmawiała z tą dziewczyna i poprosiła ją aby nie poruszała przy mnie tego tematu. ja chcę to zrobić tylko nie wiem jak.chodzi mi o to że nie wiem jak to zrobic żeby jej nie urazić. ja szanuję ich przyjaźń i nie zamierzam w nią ingerować ale każde spotkanie zaczyna się opowiadaniem co tam u niego słychać w Rzymie.ja nie chcę o nim słuchać.mam dosyć. nie mam na to siły........ jak powinnam porozmawiać z moja animatorką żeby jej sie nie obraziła? to naprawdę fajna dziewczyna tylko męczy mnie jej opowiadanie o tym kleryku. pozdrawiam

* * * * *

Hmm, jak jesteś z nią w dobrej relacji to możesz na osobności porozmawiać. Tylko wtedy będziesz musiała się przyznać dlaczego nie chcesz o tym słuchać - czy ona nie wykorzysta tego przeciwko Tobie?
To, że ona tak ciągle o nim mówi świadczy, że sama sobie z problemem nie poradziła i nie radzi. Sam sobie rozdrapuje rany. Szczerze mówiąc nie bardzo wiem jak można z tego wybrnąć tak żeby nikt nie poczuł się urażony. Może faktycznie delikatna rozmowa tylko czy poskutkuje? Mam wrazenie, że ona się tą opowieścią o nim przy wszystkich dowartościowuje - chce podkreślić, że jest taka ważna w jego zyciu skoro tyle o nim wie i skoro on z nią utrzymuje kontakt. Nawet chyba powiedzenie jej, że to nie wypada, bo inni sobie pomyślą, że ona jest z nim emocjonalnie związana może nie podskutkować - bo może ją to wbrew pozorom dowartościować. No jeśli czujesz się na siłach to zaryzykuj rozmowę, ale może tak przed samymi wakacjami, żebyscie obie po niej ochłonęły? Z Bogiem.

  zdezorientowana, 18 lat
1638
16.04.2007  
Witam. Zasadniczo szukam odpowiedzi na jedno pytanie: czy to możliwe, by 45-letni mężczyzna zakochał się w 18-latce (określenie może trochę infantylne, może lepsze by było określenie, że związał się emocjonalnie)?? Sprawa dotyczy pewnego zakonnika z którym wydawało mi się, że się przyjaźnie - z mojej strony jest to TYLKO I WYŁĄCZNIE UCZUCIE PRZYJAŹNI lecz mam pewne obawy co do osoby mojego "przyjaciela". Jest to osoba, którą bardzo szanuję i darzę szczerą sympatią - osoba, która bardzo mi kiedyś pomogła, z którą zawsze mogę porozmawiać i liczyć na jej pomoc, gdy jest źle... Sama oczytałam się mnóstwa listów od osób, które opisywały podobny problem, czytałam artykuł zamieszczony na stronie, lecz nigdy nie przypuszczałam, że mnie samą dotknie ten problem. Zawsze uważałam, że mogę czuć się bezpiecznie, bo chroni nas różnica wieku... Czyżbym się tak bardzo pomyliła??... Sama nie mam całkowitej pewności i trudno mi będzie tak naprawdę stwierdzić całkowicie kiedykolwiek, czy mam rację, bo jeżeli nie osłabię kontaktu a faktycznie mam rację, to wiem, że ani tak do niczego więcej nie dojdzie, bo jest on zbyt, powiedziałabym, honorowym, dobrym i odpowiedzialnym człowiekiem by się posunąc do czegoś więcej. Jest dojrzałym człowiekiem, myślę, że zdaje sobie sprawę z tego, że to nic nie da, że conajwyżej przyniesie wiele złego, jednak nie wiem, czy jeżeli coś jest to on sobie zdaje sprawę z tego, że ja coś mogę podejrzewać... Wiem, że, jeżeli okaże się to prawdą, to będzie po prostu w cichości i skrytości cierpiał... A w takim wypadku ja bym nie chciała tego pogłębiać i dążyłabym do tego by załagodzić całą sytuację; będę musiała się odsunąć... Ale tak jak piszę, mam pewne podejrzenia, jednak wiem, że z własnych obserwacji nic więcej nie wywnioskuję. Czy jest jakiś sposób, by nabrać więcej pewności?? Aha, podejrzenia mam już od dość dawna. Istotną informacją pewnie będzie też to, że często mnie przytula - ale wiem, że dalej by się nie posunął, a wszystko ma charakter przyjacielski - przynajmniej do tej pory tak sądziłam... Co Pani o tym wszystkim sądzi?? Co ja teraz powinnam zrobić? Jak zadziałać? Najłatwiej jest się odsunąc i osłabić kontakt, ale ja potrzebuję tego kontaktu, tzn. rozmowy i jego pomocy - odsunięcie się traktuję jako ostateczność. Napisałam, bo chciałam zadać jedno pytanie, wyszedł z tego dość długi i pewnie skomplikowany list - mam nadzieję, że jednak nie na tyle by był niezrozumiały... Z góry dziękuję za pomoc i pozdrawiam.

* * * * *

Hmm, a może mały trik? Jak Cię przytuli następnym razem to ze śmiechem powiedz, że może nie tak mocno, bo chłopak będzie zazdrosny. I zobacz jak zareaguje. A gdy zapyta jaki chłopak, bo nie wie żebyś jakiegoś miała to odpowiedz: ten przyszły, którego Bóg dla mnie przygotował. Chyba nie ma innego wyjścia, by się o tym przekonać.
Trudno powiedzieć co on naprawdę czuje. Powiem Ci tylko, że różnica wieku nie jest barierą ochronną.
Nie namawiam Cię do zerwania kontaktów, bo domyślam się, że jest jakimś Twoim kierownikiem duchowym. Natomiast Ty nie masz obowiązku pozwalać wobec sobie na więcej niż masz ochotę w kontaktach z nim. Z Bogiem!

  Ania, 19 lat
1637
16.04.2007  
jestem osobą niepełnosprawną - mam obustronny niedosłuch. Niby nic takiego - mam aparaty słuchowe, ale gdy poznaję ludzi, jest wszystko ok, ale gdy się dowiadują o mojej wadzie słuchu, to reakcje są różne - częśto osoby te zmieniają stosunek do mnie, odsuwają się, niekiedy zaczynają obrażać, wyzywać. Ogólnie jestem uważana za mądrą, miłą, zabawną, taką też widzą mnie początkowo wszyscy, gdy poznaję jakiegoś chłopaka i zaczyna mi się podobać z wzajemnością, to wszystko burzą moje lęki przed odtrąceniem...
chcę to zwalczyć, ale jakoś mi się to nie udaje...


* * * * *

Co do reakcji, o których piszesz - pozostawię to bez komentarza, naprawdę. Przecież nie kocha się za coś, nie kocha się ze względu na urodę, sprawmność itp. Moja Droga, wiem, że to dla Ciebie bardzo ciężkie, ale uwierz, takie osoby po prostu nie dorosły do miłości. Pewnie Cię to nie pociesza, bo Ty przez tą ich niedojrzałość cierpisz, ale tak jest.
Lekarstwem na to i na to, by przełamać w sobie lęk przed odrzuceniem jest poczucie własnej wartości. Ty wiesz, że jesteś wartościową osobą bez względu na swoją wadę. Wiesz, że Jezus Ciebie tak samo kocha. Wiesz też, że prawdziwa miłość przyjmuje i akceptuje. Prawdziwa miłość pragnie dobra i to dobro ofiaruje. I tylko taka czyni człowieka szczęśliwym. Widzisz, nikt nie zagwrantuje Ci, że ten kto Ci się podoba będzie akurat tym. Ale chyba warto zaryzykować. Wiem, że odrzucenie boli, że trudno się pozbierać i zaufać na nowo, jeśli kilka razy zostało się zranionym. Ale czy jest inne wyjście? Chyba nie ma. Na pewno jest tak, że wśród tych wszystkich osób jakie poznajesz są osoby bardzo wartościowe, które potraktują Cię z szacunkiem. Czy ta znajomość przerodzi się w coś większego tego nie mogę Ci zagwarantować. Ale szansa zapewnie istnieje. Myśle, że powinnaś modlić się o dobrego chłopaka i o odwagę. A może będziesz też próbować zawierać znajomości z osobami w podobnej sytuacji jak Twoja - jeśli masz taką możliwość? Może jest jakieś forum zrzeszające osoby niedosłyszące? Może jest jakieś stowarzyszenie, które organizuje np. spotkania? Powodzenia! Z Bogiem!

  Ona, 18 lat
1636
16.04.2007  
Witam:) Kiedys poprosiłam kolege o spotkanie. We ferie, tak po prostu. Żadko sie widujemy i w ogole zawsze z przypadku. Znamy sie z gg. Chciałam sie z nim spotkac. Wtedy napisał, ze w najblizszych dniach nie da rady, ale sie odezwie. Jednak sie nie odezwał. Do spotkania nie doszło... Przynajmniej sie nie tłumaczył szukając głupich wymówek. Tylko, gdy w ostatni dzień ferii zagadałam do niego na gg, przeprosił, ze wyszło tak, jak wyszło. Czy moge mu jeszcze raz zaproponowac spotkanie? Np. po maturach. Bardzo chce sie z nim zobaczyc, pobyc z nim dłuzej niz 10 minut raz na 2 miesiące :( Ale nie wiem, czy to pasuje. Jestem dziewczyną, na dodatek juz raz nie wyszło z tym spotkaniem. Dziekuje za radę :)

* * * * *

Możesz. Oczywiście, szanse masz 50:50. Albo się zgodzi albo znów się wykręci. Jeśli to drugie - raczej nie jest Tobą bliżej zainteresowany. Ale próbować możesz.

  Wiki, 20 lat
1635
16.04.2007  
Szczęść Boże. Jeśli jestem z chłopakiem niewiele trochę ponad rok, a znamy się może z 3 lata i przeszliśmy juz trochę razem, bo były kiedyś nieprzyjemności z jego strony, które jednak minęły, były też jakieś nieporozumienia i też kiedyś pojawiło się jakieś przekroczenie pewnej części czystości, ale teraz poznajemy się (chodzi mi o wnętrze, charakter itp.), rozmawiamy, ale ja raczej nie tęsknie, gdy go nie ma, nawet nie odczuwam jego braku, a nawet czasem wolę być sama i nawet nie wydaje mi się, że gdyby ten związek się skończył to jakoś bardzo, bardzo bym nie czuła się źle z tego powodu (chyba, że może trochę było by mi tylko szkoda tego, bo jak się jest jakiś czas ze sobą to chyba normalne to dla każdej ze stron, że jakiś żal pozostaje? czy to prawda?), byłoby mi może to bez różnicy, więc czy w takim razie mogę tu mówić o miłości, czy to może tylko przyzwyczajenie albo może pomyliłam przyjaźń z miłością, uczuciem? Czy może nie kocham go, tylko lubię bardzo, a może nie kocham wystarczająco, i czy w takim razie ma to sens ten związek? Gdy jedna osoba kocha bardziej to czy wtedy jest miłości czy wtedy związek ma szanse, ma sens? Czy może w takim razie to jednak nie jest to i warto, gdy się nic nie zmieni za jakiś czas, skończyć ten związek, a szukać nowego? Pozdrawiam.

* * * * *

No na Twoje pytanie to ja nie odpowiem jednoznacznie. Nie wiem czy kochasz czy nie. Czym jest miłość pisałam w tym artykule: miłość - przeczytaj i oceń. Być może w Waszym wypadku jest tak, że skończył się okres zakochania i nagle spostrzegliście, że nie ma już tego zachwytów, tych emocji i wydaje Ci się, że nie kochasz. To nie musi być prawda. A może też być tak, że jesteście na trochę innych etapach związku. O tym pisałam tutaj: 15, 906, 13. Żeby się o tym przekonać trzeba by pobyć kilka dni z daleka od siebie, zobaczyć czy się tęskni, czy nam tej osoby brakuje. Trzeba odpowiedzieć też sobie na pytanie dlaczego związaliśmy się z tą osobą, co nam w niej imponuje, czym nas zachwyciła, co mamy wspólnego. Czy wyobrażamy sobie (i jak) dalszy związek. Czy dbamy o ten związke (por. odp. nr: 255, 498, 566, 773 ). Śmiercią dla związku jest nie tyle "przyzwyczajenie" co zwyczajny brak pomysłów na randki i brak dbałości o rozwój miłości. Na randkach nie wolno się nudzić!!!
No i trzeba odpowiedzieć sobie na pytanie czego oczekujemy i co jesteśmy w stanie ofiarować drugiej osobie. O oczekiwaniach pisałam tutaj: [zobacz], [zobacz]
P.s. potrzeba pobycia czasem samemu jest naturalna. Jeśli widzicie się często to normalne, że czujesz, że czasem chcesz być sama. Nawet w małżeństwie tak jest i nie jest to żaden powód do niepokoju - każdy z nas jest przecież odrębną istotą i czasem musimy pobyć sami ze sobą a nie tylko z ukochanym. Z Bogiem!

  lolka, 21 lat
1634
16.04.2007  
dzien dobry. ja mam dosc nietypowe pytanie...
znalazlam w odpowiedziach wiele informacji na temat tego co robic, gdy zle ulokuje sie uczucia, jak sobie radzic z niemozliwa do spelnienia miloscia itp. moja sytuacja jest natomiast taka:
w grupie znajomych-przyjaciol jest pewien mezczyzna z ktorym znamy sie juz dosc dlugi czas.jego dziewczyna a moja tez przyjaciolka juz jakis czas temu wyjechala z rodzina do irlandii.poczatkowo miala tylko tam skonczyc nauke,poznac lepiej jezyk i takie tam a potem wrocic pracowac do Polski, bo juz jako dorosla osoba nie jest zmuszona byc tam, gdzie jej rodzina. Jednak na te chwile ona prawdopodobnie juz nie wroci...
chlopakowi bardzo zalezalo na tym zwiazku, cierpliwie na nia czekal, jednak on nie chce wyjezdzac, zrozumial ze jej prawdopodobnie nie zalezy na nim tak jak jemu na niej skoro nie chce wracac.tu zaczyna sie moja rola. przez ostatni czas zblizylismy sie do siebie (tzn. tak duchowo tylko;)) ja jeszcze nigdy nie mialam tak naprawde chlopaka, zawsze chcialam czekac na takiego..' juz na zawsze'. Andrzej (bo tak ma na imie) jest osoba ktorej idealy i poglady mi bardzo imponuja, jest miedzy nami jakas duchowa wieź, na i co tu klamac-podoba mi sie tez fizycznie. gdy jego dziewczyna byla tu blisko to dla mnie byli oczywiscie tylko znajomymi. razem z innymi chodzilismy na spotkania do duszpasterstwa i na prywatki.Nie myslalam wtedy nawet ze bede myslec o tym, ze Andrzej moglby kiedys byc ze mna. i pytanie ktore chcialabym postawic jest takie, czy to jest fair w stounku do tamtej dziewczyny... ja rozumiem ze gdy ktos z kims zrywa, to automatycznie daje tej osobie wolna reke, jednak my wszyscy razem sie znamy i przyjaznimy (choc ona juz w zasadzie urywa kontakt), i na pewno dowiedzialaby sie o tym od swojego kuzyna. Nie rozmawialam na ten temat z Andrzejem, wogole tak w zasadzie to nie wiem dokladnie czy on jest mna zainteresowany bo narazie jeszcze nie jest zalatwiona sprawa miedzy nim a tamta dziewczyna, ale takie rzeczy sie czuje. on jest w porzadku, i gdy na nia czeka nie pozwolilby sobie na jakis 'skok w bok'. ja nie chce dzialac pochopnie, na pewno nie zniszcze naszej przyjazni rozmowa z nim na temat tego, ze mnie interesuje, nic od niego nie chce. pojawia sie drugi problem, ze nawet jesliby sie okazalo ze ta dziewczyna zostanie z rodzina w irlandii, to dla Andrzeja ona bedzie zawsze tym 'numerem 1' i obawialabym sie, ze gdy pewnego dnia ja znow spotka, to wroci mu ta milosc... a ja przeciez tyle lat juz czekam, na tego dla ktorego bede wylacznoscia. nie chce byc tez kims w rodzaju 'pocieszyciela'. ale jednak nie moge przestac myslec o tym, ze jest mi tak dobrze gdy jest gdzies w poblizu,chcialabym mu we wszystkim pomagac i by byl szczesliwy..
najwazniejsze wiec dla mnie w odpowiedzi Państwa jest to, czy to jest w porzadku, ze czuje do nie go to co czuje, podczas gdy on mysli o kims innym, to ze mysle o nim jako o kims wiecej niz znajomym gdy razem spotykamy sie na zajeciach wspolnotowych albo organizujemy jakies akcje w naszym miescie. no i czy to jest w porzadku do tej jakby nie bylo -jego wciaz dziewczyny a mojej wciaz bliskiej znajomej. wiem, ze niedlugo dowiem sie cos wiecej o planach tej dziewczyny. i jesliby sie okazalo ze wraca do szczecina to oczywiscie usuwam sie do roli znajomej. nie wiem jednak, czy jesliby nie wrocila, albo wrocila ale itak zerwala z Andrzejem, czy jest mi woloa, i czy warto zaczac dawac jakies sygnaly swiadczace o moim zainteresowaniu. jestem pewna, ze Andrzej mnie na pewno lubi i szanuje, i cos pieknego mogloby sie z tego rozwinac. wiem,ze nie jestem tylko zakochana, bo nie placze po nocach, i rozumiem to, ze on moze bedzie jednak wciaz szczesliwy z tamta dziewczyna. podchodze do tego spokojnie, gdy jestem w jego towarzystwie tylko sie usmiecham i rozmawiam mile by nic nie niszczyc. jednak zalezy mi.. i nawet sie lapie na tym, ze mysle, ze lepiej byloby gdyby ona dalej siedziala w irlandii.I to juz wlasnie moze byc nie w porzadku.. czy jest??


* * * * *

To co opisujesz faktycznie może wskazyywać na to, że ich znajomość mocno się rozluźniła i bardzo możliwe, że się rozstaną. Jednak to przypuszczenie, nie pewnik. Myślę, że ona powinna podjąć jakieś kroki, żeby chłopakowi nie robić nadzieji, a jeśli ma zamiar z nim zerwać - dać mu wolną rękę. Przecież taki stan nie może trwać w nieskończoność. Zupełnie natomiast nie powinnaś się obawiać, że nawet jeśli ze sobą zerwą to ona nadal będzie numerem 1 w jego życiu. Czy chodzi Ci o to, że skoro to jego pierwsza miłość to zawsze będzie ją pamiętał? Pamiętał tak, owszem, ale na pewno jeśli będzie kochał Ciebie nie będzie Cię do niej porównywał i nie ona będzie najważniejsza! To nie jest tak, że pierwsza osoba, z którą byliśmy jest dla nas najważniejsza. Ja też miałam wcześniej innego chłopaka a najważniejszą osobą jest i będzie mój mąż. Nawet więc jak ją kiedyś spotka to będą tylko miłe wspomnienia, a nie będzie chciał do niej wrócić! Zapewniam Cię, że jeśli jesteśmy z kimś szczęśliwi to nie przychodzi nam nawet do głowy ani wracać do poprzedniej miłości ani szukać nowej. Sekretem jest zaufanie i miłość.
Rozumiem Cię. To co czujesz nie jest ani grzeszne ani nieuczciwe. Nieuczciwe byłoby gdybyś dążyła do rozbicia związku albo odciągała go od jego dziewczyny. Samo przyjaźnienie się czy nawet kochanie go przez Ciebie nie jest nie w porządku. Natomiast do czasu uregulowania przez nich tej sytaucji nie powinnaś podejmować żadnych kroków i działań w tym kieunku. Pytanie ile tak wytrzymasz… i czy jesteś gotowa czekać. No i jaki on ma stosunek do Ciebie? Bo żeby się nie okazało, że czekasz na próżno, bo nawet jeśli się rozstaną to on nie będzie Cię traktował inaczej jak tylko koleżankę...
Ja myślę, że Ty to wszystko masz poukładane i na wiele pytań sama sobie odpowiedziałaś.
Życzę Ci powodzenia i cierpliwości. Módl się o rozeznanie i rozwiaznei tej sytuacji. Z Bogiem!

  Łukasz, 18 lat
1633
16.04.2007  
Zakochałem sie w dziewczynie z waszego portalu napisała do mnie ale ani razu jeszcze ze soba nie rozmawialismy bezposrednio tylko przez internet co z tym zrobic?

* * * * *

No bracie, wykaż się! Jak myślisz czego ona oczekuje?
Zaproś ją na kawę, na spacer, do kina, na lody, cokolwiek! Nie wierzę, że nie masz pomysłów!
Owocnych randek i z Bogiem!

  marzycielka..., 17 lat
1632
16.04.2007  
od jakiegoś roku kocham mojego przyjaciela... znamy się parwie cztery lata. na początku znajomości nie byliśmy sobie jakoś bliscy, ale jakies dwa lata temu się zaprzyjaźniliśmy... potem często gdzieś wychodziliśmy z większą grupą ludzi, ale zawsze razem wracaliśmy do domu sami i tak jakoś żeśmy się zbliżyli, swoimi myślami i słowami. zaczęłam słuchać muzyki której on lubi, nawet sama ją polubiłam, jak rozmawiamy często nie musze kończyć zdania bo wiem, że on to za mnie zrobi. dogadujemy się właściwie bez słów, mamy wiele wspólnych zainteresowań i poglądów... od jakiegoś roku myśle o nim jako przyjacielu i kimś więcej zarazem... każdego spotkania wyczekuje, każda rozmowa, każdy sms poprawia mi nastrój, daje siłe do dalszego działania... uwielbiam być w jego towarzystwie, a zarazem strasznie mi z tym głupio... często zadaje sobie pytanie czy to jest Przyjaźń czy to jest Kochanie... nie potrafie się przyznać do swoich uczuć, a moze boje się do nich przyznać bo boje się, że on nie będzie tego odwzajemniał i to nas rozdzieli, a nie chciała bym zniszczyć naszej przyjaźń... może powinnam poprzestać na przyjaźni i nie starać się o więcej...?... nie wiem co powinnam zrobić...

* * * * *

Ja myślę, że powinnaś zachowywać się tak jak do tej pory i trochę jeszcze poczekać na efekty. Bo to wszystko wygląda na to, że on odczuwa podobnie i jesteś dla niego ważna. Tylko pewnie też nie chce wszystkiego zepsuć, też się boi, też próbuje wyczuć co Ty myślisz i czujesz. Dlatego potrzeba delikatności i czasu. Oczywiście możesz mu dawać delikatnie do zrozumienia, że go lubisz, że dobrze Ci w jego towarzystwie, że się rozumiecie, możesz coś zaproponować np. wstąpienie na herbatę jeśli odprowadzi Cię pod dom. Niech czuje Twoją sympatię. Tylko naturalnie żadnego wyznawania uczuć (o tym pisałam w odp. nr: 18, 61, 74, 217, 514, 1168, 1287). Z Bogiem i powodzenia!

  Jolka, 18 lat
1631
15.04.2007  
Czytam te wszystkie pytania i się zastanawiam: czemu kobieta nie może podjąć działań w stosunku do mężczyzny? Było takie porównanie z rycerzem, któremu dama niemal wyrywa miecz z ręki. Ale czy naprawdę płeć aż tak ogranicza kobietę w działaniu? Ma całe życie czekać w swojej wieży na mężnego wojownika, który uwolni ją z ukrycia? Czemu mężczyzna musi się poczuć dowartościowany, jeśli tak naprawdę obie płcie pragną takiego poczucia, że druga strona się nimi interesuje, wspiera, kocha... Czasem kobieta podejmuje \"ostrzejsze\" działania, nie wiem czy na swoją szkodę, ale przecież i ona ma swoją dumę, chce wiedzieć czy warto czekać na zaloty rycerza, czy ten rycerz po prostu nie wyrósł jeszcze z oglądania smoków tylko w kreskówkach. Dużo tutaj zadałam pytań, ale właściwie jedno główne brzmi właśnie, dlaczego nie kobieta? Nie chodzi o to, że ma latać z bukietem kwiatów i zapraszać na kawę, ale jednak... bez swojej inicjatywy, może wpaść w złudne i nieszczęśliwe uczucie, lub czekać bezowocnie na zaloty jakiegoś rycerza...

* * * * *

A ja gdzieś powiedziałam, że ma czekać bezczynnie w wieży? Nie, absolutnie nie, i w wielu odpowiedziach mówię, że można nawiązywać kontakt z chłopakiem i jak to robić. Nie jestem zwolenniczką jednak tego, by to kobieta była wyłączną inicjatorką i przewodniczką związku. Dlaczego? Pisałam o tym wielokrotnie: bo wyręcza się chłopaka z jego roli, bo jemu przestaje zależeć, bo robi mu się wygodnie, bo on uważa, że nie musi się wysilać a ona po jakimś czasie czuje się przybita i sfrustrowana, tym, że musi wszystko robić sama i o wszystkim decydować. I o to mi chodzi jak piszę o wyrywaniu miecza. Jasne, że w związku kobieta też musi się starać i okazywać zainteresowanie i mieć różne pomysły i propozycje, przecież kobieta nie jest bierna! Natomiast to nie kobieta ma latać za mężczyzną, nie ona ma go prosić o rękę, nie ona ma pierwsza mówić "kocham". Mężczyzna musi (a przede wszystkim CHCE) się wykazać, CHCE się postarać o kobietę, CHCE ją w pewnym stopniu zdobyć. Bo on musi się sprawdzić - właśnie jako mężczyna - również w tej dziedzinie. I każdy chłopak Ci to powie. Nie znam żadnego chłopaka, którego marzeniem byłoby to, by był podrywany przez dziewczynę, który nie chciałby się o nią starać, który nie ceniłby tego, że musiał się trochę powysilać, żeby chciała z nim być.
To, że kobieta też może szukać mężczyzny życia jest oczywiste. Dlatego właśnie w naszym "Źródełku" przeważają wpisy dziewczyn. One aktywnie szukają i to jest zupełnie ok. A zatem - reasumując- szukanie mężczyny tak, inicjatywa tak, ale robienie tego ZA NIEGO nie. Z Bogiem!

  Kamila, 18 lat
1630
15.04.2007  
Szczęść Boże!
Jestem z chłopakiem od półtora roku, kochamy się. Wiem, że to ten Jednyny- mój przyszły mąż. Tym bardziej nie chcę niszczyć miłości, która jest w nas. Jednak już od dłuższego czasu nużamy się w nieczystości. Uprawiamy petting. Chcę walczyć o naszą czystość, ale nie daję sobie rady. Staram się planować nasze spotkania, ale często mimo to dajemy się ponieść namiętnościom. Po każdym upadku jest nam z tym bardzo źle. Wiem, że tylko modlitwa i komunia święta mogą być nam oparciem, ale oboje jesteśmy zaangażowani w parafii. Po prostu- każdy ksiądz mnie- nas- zna. Boję się chodzić do spowiedzi. Wiem, tajemnica itd. Ale nawet jeśli ksiądz spowiednik zachowa tajemnicę, już sobie coś o nas "pomyśli". Chodzenie do spowiedzi do drugiej parafii też jest kłopotliwe. Jak spowiadać się z tego grzechu? Czy wystarczy "Byłam nieczysta z chłopakiem"? Jak jeszcze bardziej dbać o naszą miłość, aby nie dochodziło do takich sytuacji?

Bóg zapłać za Pani posługę i wszystkie odpowiedzi. Jest Pani niezmiernym oparciem dla tylu serc. Bóg zapłać.


* * * * *

Polecam ten artykuł: [zobacz] Po pierwsze to ksiądz nic sobie nie pomyśli, bo musiałby nieustannie coś sobie myśleć o wszystkich, których spowiada i doby by mu na myślenie zabrakło. To dla niego nic nowego ani nic najgorszego co mu się zdarzyło słyszeć. Ksiądz już się uodpornił na to co ludzie mówią i nie przeżywa tego emocjonalnie, bo by zwariował, zatem spokojnie. Po drugie: jeśli Wam tu ciężko to jednak inna parafia jeśli chodzi o spowiedź. Nie powiem Ci jak konkretnie powinnaś mówić, rozumiem wstyd, ale nie mogę decydować za Ciebie. Mów tak jak było a jak nie wiesz jak to powiedz, że nie wiesz jak to powiedzieć, ale chodzi o to i o to, że... Wtedy ksiądz Cię naprowadzi, pomoże. Ustalcie też pewne zasady z chłopakiem, może Ruch Czystych Serc Wam pomoże? Na pewno wspólna krótka modlitwa na początku randki i ewentualnie na koniec - dziękczynna będzie zbawienna. Nam to ogromnie pomagało gdy ze sobą chodziliśmy. A przy okazji nauczyliśmy się wspólnie modlić i dostrzegać rzeczy, za które mogliśmy podziękować. Z Bogiem!

  s, 24 lat
1629
15.04.2007  
Witam serdecznie. Chciałam poradzić się w kwestii związanej z moim narzeczonym. Postanowiliśmy poczekać ze współżyciem do ślubu, jednak im bliżej (jeszcze 3 miesiące), tym on częściej mówi o seksie, że ma straszną ochotę już, nie chce czekać. Staram się nie robić nic, co go podnieca, ale to się nieda... On się zaczyna denerwować, że ja nic nie chcę i co chwilę mi mówi, że na pewno po ślubie też nic nie będę chciała... Mówi też, że skoro mi wystarczy, że on jest po srostu przy mnie, to ja czuję się "zaspokojona", ale on potrzebuje czegoś innego. Czy może Pani coś mi poradzić? Serdecznie dziękuję.

* * * * *

A co ja mogę Ci poradzić? Przecież nie to, żebyś mu ulegała. Ja też byłam narzeczoną i wiem jak naturalne jest pragnienie bliskości. Natomiast 3 miesiące do ślubu to już tak niewiele czasu, że byłoby głupotą nie wytrwać. Polecam ten artykuł: [zobacz] oraz książkę Piotra Pwalukiewicza "Porozmawiajmy spokojnie o... tych sprawach". Jesli narzeczony naprawdę Cię kocha i szanuje, jeśli wie, że to dla Ciebie ważne (a dla niego też ważne? jest wierzący?) to wytrwa. Mów mu o tym, podkreślaj, że tego chcesz, że cieszysz się, że już tyle wytrzymaliście, że jesteś z niego dumna. Niech widzi, że to daje Ci radość. A argument o tym, że po ślubie to też Ci tylko "bycie przy nim" wystarczy jest po prostu nietrafiony i on o tym doskonale wie. To element manipulacji.
p.s. 3 miesiące przed ślubem to już jest tyle roboty, że się pada ze zmęczenia, więc niedługo nawet nie będziecie pewnie mieli siły o tym myśleć... Pomyślcie też o pięknie nocy poślubnej ze świadomością kiedy się wytrwało - to jest to!

  Julka, 18 lat
1628
15.04.2007  
Dzień Dobry:) Przypadkowo trafiłam na tą stronę, ale może to właśnie nie było przez przypadek? Może właśnie to było zaplanowane z góry. Nie wiem. W każdym bądź razie jestem na zakręcie życiowym i nie wiem jak z niego wyjść. Kompletnie się załamałam. Zupełnie sobie nie radze z moim życiem. Nie wiem nawet czemu to pisze ale stwierdziłam ze skoro tyle ludzi tu pisze i dostaje mądre i przemyślane rady może i znajdę u Pani jakieś wyjście z całej tej sytuacji. Wiec przejdę może do sedna sprawy. Jestem z moim chłopakiem już 16 miesięcy. A znamy się od ponad dwóch lat. Jest to związek na odległość. Oboje pochodzimy z tego samego miasta (w Małopolsce) ale on studiuje nad morzem. Widzimy się średnio parę dni co miesiąc. Ale ostatnio cos w związku się nie układa. I sama nie wiem co jest tego przyczyną. Wcześniej widziałam jak mu zależało, bardzo się starał poświęcał mi dużo czasu, pisał mile sms-y i w ogóle tęsknił. Teraz już tego nie widzę. Z powodów finansowych (braku przyznania mu stypendium) musiał podjąć się pracy. Jest to praca nie taka ciężka jednak wiąże się z wczesnym wstawaniem rannym a raczej nocnym (3 rano) ale dość dobrze płatna. Jest to praca ,,na czarno” wiec nie tak strasznie go ograniczająca. Jednak teraz przez to ze poświecił się pracy nie ma za bardzo czasu. Rzadziej przyjeżdża mniej rozmawiamy bo oprócz pracy ma studia i jeszcze robi stronę internetowa i trenuje judo i prawie wcale nie gadamy przez gg a jak gadamy to tylko takie bezsensowne gadanie. Ale to jeszcze jestem w stanie zrozumieć. Natomiast nie mogę sobie poradzić i wytłumaczyć tego ze oprócz tego ze ma teraz mój chłopak prace chce na cale wakacje jechać do pracy?! Tzn. na 3 tygodnie i potem na tydzień przyjeżdża i znów 3 tygodnie itp. Nie mogę go zrozumieć szczególnie ze wakacje to jest jedyny czas w którym mieli byśmy więcej czasu dla siebie. Próbowałam go przekonać, namówić jednak nie skutecznie. Ja rozumiem gdyby nie miał naprawdę tych pieniędzy ale teraz świetnie zarabia i jest uniezależniony finansowo. Stać go nawet na kupno samochodu co zresztą chce zrobić. Gdy powiedziałam mu żeby uważał ze mogę dać mu wybór albo ja albo praca powiedział żebym nie dawała takiego wyboru bo może to się źle skończyć. Niby powiedział to Pol żartem Pol serio ale już nie wiem co mam o tym myśleć. Druga sprawa z jaka sobie nie radze jest to ze podoba się takiej jednej dziewczynie która na nieszczęście mieszka w pokoju obok w akademiku. I jest ona gotowa nawet isc z nim do łóżka byle go tylko zdobyć. Martwię się o to bo częściej wysyła mu sms-y niektóre bardzo prowokujące, często u niego bywa. Kiedyś chodzili nawet ze sobą. Ale z jego strony do niej to była zabawa nie traktował tego związku poważnie. W sumie ona ma chłopaka ale kiedyś przez przypadek przeczytałam w sms-ie ze gdyby mój chłopak cos to by mu na pewno nie odmówiła. Zresztą wiadomo jak tez jest w akademikach. Ufam mu i jak spytałam go o nia to powiedział mi ze z nią nic. Ale ja wiem jakie SA kobiety i wiem do czego SA zdolne jak sa zakochane. A wiem ze jak ona zacznie go uwodzić to on może jej ulec. Tak bardzo się boje. Jestem zazdrosna. I to zazdrość z która nie umiem sobie poradzić. Ufam mu ale kiedy widzę ze jego zachowanie się zmieniło zaczynam się niepokoić. Nie wiem może jestem przewrażliwiona ale sama nie wiem co o tym myśleć. Mówi mi ze mnie kocha, niby jest tak jak było ale jednak inaczej. Co mam dalej robić? A nie chce z nim zrywać bo go kocham. Co by Pani na to powiedziała? Co mogłaby mi Pani doradzić w tej sytuacji? Gorąca pozdrawiam. I liczę na odpowiedz.
PS. Zauważyłam że lubi Pani powoływać się na książkę ,,Mężczyźni są z marsa kobiety z Wenus” wiec od razu zaznaczam ze od razu go przeczytałam.


* * * * *

Rozumiem, że potrzebujesz jego obecności i to normalne. Rozumiem, że oczekiwałaś, że na wakacjach będziecie mieli więcej czasu dla siebie. Nie wiem co kieruje Twoim chłopakiem w podjęciu tej pracy, ale jeśli nie względy finansowe to domyślam się, że on jako mężczyzna nie tylko potrzebuje się wykazać i poczuć kompetentnym ale też po prostu uważa się za dorosłego i nie wyobraża sobie nic nie robić 3 wakacyjne miesiące. Po prostu. Głupio się z tym czuje i uważa, że to dobre jak był w szkole ale nie teraz. Chce coś więcej osiągnąć. Może chce troche odłożyć, żeby nie musiał tyle pracowac w ciągu roku kiedy się uczy? Może też chce zaimponować Tobie albo czuje się odpowiedzialny za Waszą przyszłość i chce udowodnić Tobie i sobie, że o tym myśli. Genralnie sama myśl o pracy jest dobra i świadczy o jego zaradności. Ja tak myślę, a czy tak jest to musi Ci on powiedzieć, musicie o tym spokojnie porozmawiać i to najlepiej na żywo. Musicie też ustalić jakieś zasady. Jeśli on podejmie się tej pracy to ustalcie, że wtedy kiedy będzie miał wolne będziecie się więcej widzieć, spędzać ze sobą więcej czasu. Powiedz, że Ty tego bardzo potrzebujesz i że tylko w ten sposób możecie się poznawać i budować więź. Wydaje mi się też, że dobrze by było ustalić jakieś zasady spotkań i kontaktów w ciągu roku nie tylko na wakacjach. Natomiast faktycznie nie stawiałabym warunku: praca albo ja, bo nie jest to nic konstruktywnego i stawia go w sytuacji bez możliwości ruchu.
Co do koleżanki w akademiku - no faktycznie, są dziewczyny, które tak się zachowują i to nie jest chwalebne, jednak nie wolno generalizować. Są też dziewczyny, które nigdy nie przekroczą pewnych garnic, choćby nie wiem jak były zakochane. Ale naturalnie, być może ta koleżanka należy do tych pierwszych. Natomiast Ty nic nie możesz zrobić. A jeśli ufasz swojemu chłopakowi to nie powinnaś się obawiać. Myślę, że do niego stanowczy ruch należy i powinien jej jednoznacznie powiedzieć, żeby mu takich sms-ów nie przysyłała i się nie narzucała. Powinien to ukrócić. Jeśli Cię kocha to na pewno tak będzie.
Generalnie starajcie się faktycznie przebywać ze sobą kiedy to możliwe, natomiast nie może się to odbywać na zasadzie wyboru: tylko to albo tylko to.
A jeśli czujesz, że jednak coś jest nie tak albo coś się psuje to na żywo spokojnie o tym porozmawiajcie. Dialog to podstawa. Z Bogiem!

  Meridol, 19 lat
1627
15.04.2007  
Witam serdecznie.
Mój problem dotyczy mnie i mojego przyjaciela, który w maju będzie miał święcenia kapłańskie.

Z X znamy się dobre 4 lata. Gdy przyjechał do swojego domu na urlop z zakonu, gdzie był przygotowywany do kapłaństwa zakonnego.
Poznałam go na parafii, gdzie uczęszczłam juz na oazę (on kiedyś też tam chodził). Zaczeliśmy rozmawiać i świetnie sie dogadywalismy. Był wtedy na dwumiesięcznej przerwie, więc prawie codziennie się spotykaliśmy. Bardzo go polubiłam, ale traktowłam go jak barata, zresztą on mnie jak siostre.
Gdy wyjechał, nasz kontakt się urwał.
Po jakimś dłuższym czasie (nie wiem dokłądnie ile to trwało) przysłał mi e-maila, zapytaniem, co u mnie i jak się czuje. Oczywiście droga mialowa, zaczeliśmy znó rozmawiać.
Czas mijał.
Gdy przyjął święcenia do diakonatu, przyjechał znów na urlop do domu. Bylo to przed świętami Bożego narodzenia 2006r.
Spotkalismy się ponieważ X bardzo potrzebował rozmowy.
Wtedy powiedział mi, ze nie jest pewien swojego powołania i że gdybym ja mu powiedziała, ze kocham go tak bardzo jak Y (jego młodszego barata) to on by zrezygnował i odszedł z tej posługi.
To był dla mnie szok.
Teraz w maju ma święcenia kapłańskie, ale wciąż pisze do mnie, jak do swojej dziewczyny.
Mój problem polega na tym, że ja nie weiem, czy tak naprawde kocham Y czy zawsze kochałam X i tylko próbwałam to ukryć, mówiac ilokując swoje uczucia w Y.
Nigdy nie wróciałam z X do tej rozmowy, ale czuje, ze trace kogoś bardzo waznego.
Stąd mój problem. Mysli, ze mogłabym byc z nim szczęśliwa nie dają mi spokoju, a jednocześnie są przeplatane, tym, że nie pozwole mu odejść z kapłaństwa gdyż, jest on naprawde do tego powołany.
Czy X moze być kapłanem, służyć Bogu, a w głębi serca, do końca życia kochać kobiete? Nigdy by o tym nie powiedział, ale czy tak moze być?
Gdzie mam szukac swojego szczęścia. Od razu mówie, że z Y nic nigdy nie wyjdzie, bo ja chyba tak naprawde zawsze kochałam X.
Prosze o jakąs dobrą, rozsądną radę.
z góry dziękuję
Z Bogiem


* * * * *

To nie jest Twój problem. To jest jego problem. Najrozsądniejsza zatem rada dla niego: jego poważna rozmowa z kierownikiem duchowym. I tyle. Ani ja ani Ty nie rozstrzygniemy problemu prawdziwości jego powołania. Powiem Ci tylko tyle, że jego rozterki co do tego czy zostać kapłanem są naturalne: nie wierzę, że ktokolwiek ich nie miał tak jak ma się je przed małżeństwem. Po prostu człowiek boi się nieznanego, boi się czy podoła, boi się bo to na całe życie. Nie zapominaj też o szatanie, w którego interesie przecież nie jest by on został księdzem i dlatego kusi.
Co do Ciebie: zanim on Ci o tym powiedział nie miałaś tego problemu, prawda? On Ci zatem zamącił spokój, namieszał w głowie a Ty zaczęłaś w to wierzyć. To też działanie szatana.
Być może on Ci się podoba, ja nie przeczę. Pociąga Cię urodą, szlachetnością, uczciwością, czystością i ową tajemnicą - kleryka, kogoś kto ma zostać księdzem, a zatem wydaje się taki niesamowity, prawie święty. To normalne odczucia. Ale czy w takim razie okłamywałaś cały ten czas jego brata będąc z nim? Pomyśl o tym. A co on na tą sytuację w ogóle? NIE MOŻE być tak, że będzie kapłanem a będzie kochał kobietę, NIE MOŻE. Bo i Boga i kobietę będzie okłamywał. To niedpuszczalne.
JEDYNE co możesz zrobić to napisać mu, że Ty się teraz usuwasz w cień (zero kontaktu), by mógł podjąć wolną, prawdziwą decyzję. Jeśli tego nie zrobisz będziesz miała kaca moralnego, że może przez Ciebie…Nie jest fajnie żyć z takim poczuciem. A on niech natychmiast zwróci się z tym do kierownika duchowego - powiedz mu to! To nie są żarty! Maj już niedługo. Módl się o światło Ducha św. dla niego! Z Bogiem.

  Wiki, 20 lat
1626
15.04.2007  
Czy warto czasem zaryzykować stały związek, w którym się jest np. rok czy 2 lata, albo nieraz więcej (a czasem może taki związek to juz tylko przyzwyczajenie i grzanie w ciepełku) dla kogoś nowo poznanego, z którym znajomość się rozwija i zarówno obie osoby dobrze się czują we własnym towarzystwie i może chcieliby nawet kontynuować tą znajomość, albo nawet gdy tylko 1 osoba czuje jakąś chemię (nie mówię tu o jednorazowym spotkaniu)? W życiu musimy podejmować rózne decyzje, nieraz mogą okazac się one niesłuszne. A co jeśli okaże się, że jednak zaczyna się tęsknić za tamtą osobą pierwszą, z którą się było już dość długi czas i gdy się zrozumie to z czasem? Czy warto wtedy w takim razie ranić tą osobę, a przy tym tez siebie, gdy się zrozumie coś zbyt pózno? A co jesli jednak pozostanie się przy tym stałym związku, a okaże sie za jakis czas, że jednak za tamtą osoba się teksni czuje się jej brak, a z tym jednak człowiekiem mniej nas w rzeczywistosci łaczy i zrozumie się, że jednak nie tego się szukało? z tego wniosek, że nie przekonamy się gdy nie zdecydujemy się na ktorys z kroków. Ale czy w takim razie warto ryzykowac? Znam ludzi, którzy po długoletnim związku rozstali się ze soba. Albo tacy, którzy po roku związali się ze sobą. Więc na czym to polega, że jedni szybciej się odnajdują, a inni potrzebuja wiecej na to czasu? Albo czy może być tak, ze sami siebie pozbawiamy/pozbawimy milosci?
Prosze odpowiedziec mi tez, czy to prawda, że jesli osoba ma jakis problem ze sobą, problemy wewnetrzne to oznacza,ze raczej nie jest gotowa do związku i lepiej, żeby nie wchodziła w żaden związek, poki nie poardzi sobie sama ze sobą? A jesli juz wejdzie, to moze byc tak, ze zerwie z dobrym czlowiekiem, bo stwierdza, ze wpierw musi uporac sie ze soba, a potem sie wiazac? A jesli tak, to przeciez jesli tak postanowi to pozbędzie się być może jakiegos dobrego stałego związku i już nie będzie szansy powortu, tylko będzie musiec szukac dalej?
Proszę powiedziec mi, czy jesli jedna osoba, choc stara się nie potrafi zaufać drugiej osobie to lepiej, zeby ten zwiazek się skonczyl, jesli nic się nie zmieni przez dluzszy czas? Bo chyba zaufanie to postawa, a być może innej będzie w stanie zaufac, jesli nie tej i zbuduje być może równie dobry związek, jak ten, który był (choć było w nim trochę mało zaufania)? Pozdrawiam. Szczęśc Boże.


* * * * *

Po pierwsze: ja nie mam monopolu na prawdę. Nie mogę zatem jednoznacznie odpowiedzieć Ci an te wszystkie pyatnia, bo nie ma jednej słusznej odpowiedzi. Wszystko zależy od okoliczności, charakteru, oczekiwań.
Zasadniczym założeniem jakie trzeba zrobić to takie, że drugi człowiek jest osobą - podmiotem i nie można jej traktować jak przedmiot eksperymentu. Oznacza to, że cokolowiek robimy musimy myśleć o uczuciach drugiej strony. Jeśli tak do tego podejdziemy znajdziemy odpowiedzi na wiele pytań.
Oczywiście, zdarza się, że ludzie po kilku latach stwierdzają, że "to nie to" i wiążą się z kimś innym. Czasem zaś znają się krótko a związek przetrwa. Dlaczego tak jest? Tu odeślę Cię do artykułów o oczekiwaniach [zobacz], [zobacz]. Bo to zależy czego my oczekujemy i co możemy zaoferować drugiej osobie. I od tego czy mamy wspólny światopogląd, zainteresowania. Jeśli uznajemy, że pod tak wieloma względami się zgadzamy, że CHCEMY nadal ze sobą być to chęć na spróbowanie z kimś innym po prostu jest nam obca. No bo po co ryzykować, po co zaczynać na nowo z nieznanym skoro teraz nam jest dobrze? Po prostu tego się nie pragnie, bo czujemy, że właśnie z tym człowiekim chcemy być. Natomiast jeśli takie pragnienie się pojawia to pewnie czujemy jakiś brak: zrozumienia, porozumienia, sprzeczność oczekiwań. I wtedy nie należy trwać na siłę. Tak więc po części jest to prawda: że jak nie spróbujemy to się nie przekonamy, natomiast właśnie z założeniem, że myślimy o odczuciach drugiej osoby i traktujemy ją podmiotowo.
Co do osoby z problemami: i tak i nie. To zależy jakie problemy. Jak problem z bałaganiarstwem czy spóźnialstwem to po prostu trzeba nad tym pracować i nie wyklucza to związku, ale jeśli zaburzenia osobowości czy potrzeba terapii to owszem, nie powinniśmy się wiązać zanim nie uporamy się z problemem. Dlatego trzeba myśleć przed: czy podołamy, czy nie obarczymy swoimi problemami drugiej osoby, czy jesteśmy gotowi i dojrzali?
Oczywiście, zaufanie to podstawa. Nie wyobrażam sobie być z kimś komu nie ufam. Wtedy rządzi nami stres i podejrzliwość a nie miłość. Tylko co jest przyczyną braku zaufania? Oszukiwanie nas, okłamywanie czy też od początku nie czuliśmy się dobrze z tą osobą? Ludzie popełniają błędy, to nieuniknione. Czasem trzeba po prostu coś wybaczyć lub zaakceptować - naturalnie mówię tu o mniej ważnych sprawach, nie zasadniczych. Ale generalnie jeśli w związku nie ma zaufania to jest on skazany na niepowodzenie. Z Bogiem!

  Adam, 30 lat
1625
15.04.2007  
Przez 9 miesięcy byłem razem z dziewczyną. Miała na imię Natalia. Na początku wszystko się dobrze układało. Sama mnie na początku uprzedziła, że ma cierpii na chorobę psychiczną. Mówiła, że codziennie musi brać leki. Ta choroba objawia się co kilka miesięcy albo co kilka lat. Jeżeli nie występują objawy tej choroby, wówczas organizm normalnie funkcjonuje. Rozstaliśmy się na początku stycznia tego roku. Po rozmowie z nią przez telefon w celu wyjaśnienia powodu zerwania ze mną stwierdziłem, że to już nic z tego nie wyjdzie i zaraz po tym zamieściłem ogłoszenie w źródełku. Odpisała mi dizewczyna o imieniu Ola, z którą po kilku korespondencjach pocztą mailową i rozmowie na gadu gadu postanowiliśmy się razem spotkać. Po dwóch spotkaniach "zaiskrzyło" się między nami. W lutym tego roku Natalia chciała spowrotem do mnie wrócić. Ja po rozważeniu zdecydowałem się na związek z nią porzucając raptownie Olę. Rozmawiałem z Olą o tym przez gadu gadu. Wiedziałem, że Ola przez to będzie cierpiała. Wyspowiadałem się oczywiście z tego. Natalia mi powiedziała, że się chce zmienić i ja chciałem jej pomóc. Wiedziałem jeżeli chce się zmienić to jestem w stanie jej pomóc. Po miesiącu spotykania się z Natalią wystąpił objaw tej choroby, o której mi mówiła na samym początku naszej miłości i kiedy zobaczyłem jakie są jej efekty zacząłem rozważać tę sprawę czy nasze małżeństwo byłoby możliwe. Po rozważeniu przeze mnie tej sprawy Natalia do mnie zadzwoniła i sama powiedziała, że chce się ze mną rostać. Próbowałem nawiązać kontakt z moją byłą dziewczyną Olą, ale bezskutecznie. W niedzielę Zmartwychwstania Pańskiego ku ogromnemu zaskoczeniu dostałem od Oli esemesa z życzeniami świątecznymi. Poczułem nadzieję, że mógłbym do niej wrócić. Nawiasem mówiąc ciągle obraz Oli mi chodzi po mysli. Wiem, że to co Oli wyrzadziłem ciężko byłoby naprawić. Z wiadomości sms napisała mi, że dalej czuje uraz do mnie mimo, że minęło dwa miesiące. Bardzo bym prosił o jakąś poradę. Co mogę zrobić, żeby do niej wrócić? Naprawde mi na Oli zależy. Tylko teraz muszę się zapytać czy jej też na mnie zależy? Chcem zrobić wszystko, żebyśmy o tym wszystkim zapomnieli i zaczęli normalnie funkcjonować. Bardzo bym był wdzięczny za jakąkolwiek poradę. Pozdrawiam serdecznie

* * * * *

A czy w ogóle sam jesteś pewien czego chcesz? Czy chcesz być z Olą dlatego, że z Natalią nie wyszło? Czy dlatego, że przestraszyłeś się tej choroby (co do ważności takiego małżeństwa to musiałby się wypowiedzieć prawnik-kanonista)? To, że Ola ma uraz jest całkiem normalne, też bym miała. Ona po prostu nie wie na czym stoi i czy taka sytuacja się nie powtórzy. Nie ma poczucia bezpieczeństwa.
Jeśli zdecydujesz się na związek z nią (ale dlatego, że właśnie z nią chcesz być, a nie dlatego, że poprzednio nie wyszło a chciałbyś z kimś być) musisz na nowo odzyskać jej zaufanie. Musisz jej udowodnić, że naprawdę może na Tobie polegać i naprawdę Ci na niej zależy. I nie oczekuj natychmiastowych rezultatów. Daj jej czas (a w zasadzie Wam obojgu - może nawet Ty bardziej tego czasu potrzebujesz teraz będąc jakiś czas sam, a nie od razu wiązać się z kimś?), staraj się najpierw zbudować przyjaźń, imponować jej, proponować wspólne spacery, wycieczki, rozmowy - więź musi się powoli nawiązywać. Udowodnij na co dzień, że poważnie ją traktujesz. Polecam Ci też artykuły o oczekiwaniach w związku i ksiażkę Johna Eldredge "Dzikie serce". Związek między Wami jest możliwy, ale trzeba będzie zacząć od początku i zbudować to wszystko co uległo zburzeniu. Nie możesz też wymagać, żeby ona zapomniała o tym wydarzeniu. Przebaczyć może, ale zapomnieć niekoniecznie. No i oczywiście oboje musicie tego chcieć. Polecam modlitwę i metodę małych kroków.

p.s. Nie pytaj od razu czy jej na Tobie zależy - odpowiedź na to pytanie może być na razie niemożliwa, próbuj zachowywać się jak zwykły znajomy. Na wszystko trzeba czasu. Powodzenia!

  Kasia, 21 lat
1624
15.04.2007  
/1584/ I znowu ja... Długo czekałam aż będzie możliwość żeby zadać tu pytanie, a teraz kiedy mi się udało nie wiem od czego zacząć.Pani Kasiu, tyle się ostatnio wydarzyło, że już nie chce mi się żyć.Zrobiłam już chyba wszystko żeby zapomnieć o tym co się stało.Zrobiłam wiele nie tylko dla ciała ale i dla duszy.Wychodzę gdzie się da i z kim się da, próbuje się rozerwać, poznać nowych ludzi itd. Byłam do spowiedzi generalnej, nie opuszczam codziennej Mszy Świętej, przyjmuję Komunię, odmawiam kilka modlitw w ciągu dnia...Co jeszcze zrobić żeby Bóg mnie wysłuchał?Żeby pozwolił znowu się uśmiechnąć?Żeby otarł łzy?Zaczęłam się już z Nim kłócić, obwiniać że w ogóle mnie nie słucha, że Go nie obchodzę...Ale teraz wiem, że On wszystko słyszy tylko mówi NIE;( A dlaczego?Tego już niestety nie pojmuję.Starałam się być zawsze tak blisko Niego, żyć tak jak On tego chce.Myślałam...Miałam NADZIEJĘ że nie opuści mnie w takiej chwili...Że nie ześle takiego cierpienia.Trudno to wszystko udźwignąć.Gdyby nie znajomi, gdyby nie ta stronka i ludzie których tu poznałam...nie poradziłabym sobie sama;(

Widuję się z tym chłopakiem.Mieszkamy bardzo blisko siebie.W Święta powiedział mi że wyjeżdża w czerwcu do Anglii...tym razem na stałe:( Wiedziałam że kiedyś to nastąpi, ale sądziłam że wcześniej skończy szkołę...A On rzuca szkołę i jedzie do Mamy...Mam dwa miesiące żeby się Nim \"nacieszyć\", napatrzeć, bo On już tu nie wróci;( Znam Go doskonale i wiele razy mówił że nie chce tu mieszkać.Jak wtedy sobie poradzę?Pani Kasiu, ja nie przestaje o nim myśleć nawet na chwilę.To był On, to z nim chciałabym spędzić resztę życia.Mimo wszystko:(

Żeby już nie przedłużać to tylko jedno pytanie- czy mogę się jeszcze modlić żeby On do mnie wrócił?:( Wiem, że ma dziewczynę, wiem że ja nie chciałabym żeby ktoś próbował zabrać mojego chłopaka, ale... Czy taka modlitwa ma w ogóle sens?I czy może zostać wysłuchana?Może właśnie dziś...Takie Święto...Proszę Cię Boże!Nie zostawiaj mnie!Nie teraz!Wiesz że tak bardzo cię potrzebuje!Wysłuchaj mnie!PROSZĘ!Błagam Boże...;(


* * * * *

Jak to Cię nie wysłuchuje? A jego wyjazd w czerwcu to co? To odpowiedź na Twoją prośbę. Bóg daje Ci możliwość ukojenia zbolałego serca poprzez to, że go tu nie będzie, że nie będziesz go widzieć i rozdrapywać ran. Ja rozumiem, że Cię to boli, a boli dlatego, że Ty mimo modlitwy nadal nie zgadzasz się na tę sytaucję. Na to, że z nim nie jesteś. Ale to też zrozumiałe. Swój ból trzeba przeżyć i trzeba czekać. Dać sobie czas. On naprawdę leczy rany. Trwaj Kasiu przy Bogu, On naprawdę o Ciebie dba. Tylko widzi więcej niż Ty. Czy się modlić o jego powrót? Nie, bo byś przeczyła samej sobie. On już wybrał. Ty mimo wszystko się z tym nie zgadzasz, więc Bóg widząc Twoje cierpienie zbiera Ci go bardziej radykalnie - bo nie radzisz sobie z jego obecnością. Ja myślę, że to jest właśnie odpowiedź na tę sytuację. Z Bogiem!

  Magda, 24 lat
1623
15.04.2007  
Witam, może to zabrzmi dziwnie, jeżeli powiem, że w wieku 24 lat mam duży bagaż doświadczeń. ale tak jest faktycznie. rodzice alkoholicy, po rozwodzie juz 17 lat. jak tylko skończyłam 18 lat wyjechałam za granicę na wakacje do pracy. skonczyłam szkołe średnią i sama finansuje studia z wyjazdów. 2 lata toksycznego, silnego związku - byłam młoda i głupia. moje wyjazdy za granicę były związane z dużym ryzykiem, gdyż prawie jechałam w ciemno. nie do rodziny czy przyjaciół. od ponad 4 lat jestem zakochana w chłopaku-jednostronnie.on o tym wie, rozmawiałam z nim, ale na pytanie czy Ty czujesz cos do mie- powiedziła ze nie wie, ze sie boi...nic konkretnego. kiedy snił mi się czułam ze wszystko będzie ok.nie potrafie stłumić tego uczucia, przetłumaczyc sobie, ze on nie jest dla mnie.ze raczej mnie nie chce. nie widze go, nie kontaktujemy sie.od roku spotykam się z innym chłopakiem.jest spokojny, ułożony, bardzo zamkniety w sobie, z pełną rodziną- idealnym dziecinstwem.nie rozumie mnie. ciagle kłoce sie z nim, mało mówi, a ja jestem gadułą. może i mnie kocha ale przy nim czuj e ze zamieram..usycham. a jest dobry dla mnie.moze mam zbyt duże oczekiwanie wobec niego.za duze. gubie sie w tym wszystkim, a cos mi sie wydaje ze Bóg chce abym z nim była. co mam zrobić?? perspektywa wyjscia za niego wywołuje u mnie smutek. jest czysty jezeli chodzi o sprawy fizyczności. wiem ze go ranię. gubie się w tym wszystkim. prosze o radę.

* * * * *

Przede wszystkim wyjaśnijmy sobie na początku, że Bóg nie chce byś cierpiała całe życie i nie chcę Cię zmusić do żadnego związku na siłę. A to dlatego, że nie ma przeznaczenia (por. odp. nr: 58, 86, 896) i Bóg nie wskazuje nam palcem na osobę, za którą mamy wyjść. Jeśli czujesz smutek na myśl o małżeństwie tzn. że nie powinnaś (przynajmniej na razie) za niego wychodzić. Nie mówię, że on jest nieodpowiednim kandydatem, ale że TERAZ nie możesz za niego wyjść, bo to byłoby oszustwo. Jeśli nie mogłabyś z radością w sercu uczciwie ślubować mu miłości to małżeństwo nie może dojść do skutku. Tylko - uwaga! - nie wolno mylić zakochania z miłością, o tym pisałam w tym artykule: [zobacz]. Miłość to nie czucie ani uczucie, to postawa.
To, że tamten chłopak wydaje Ci się lepszy wynika też stąd, że po części kochasz wyobrażenia o nim (por odp. nr:441, 868). Wydaje Ci się idealny, bo z nim nie jesteś. Nie widzisz jego wad, nie kłócisz się z nim, bo nie rozwiązujecie żadnych problemów, nic Cię w nim nie denerwuje. Więc tworzysz fantastyczne wizje, wyobrażasz sobie sceny i słowa. I tak pielęgnujesz tą miłość. On stawia sprawę w miarę jasno: nie chce Cię urazić i mówi, że nie wie. Gdyby chciał to by wiedział, to by się nie bał. Oczywiście powinien to zrobić bardziej jednoznacznie, by nie robić Ci złudnych nadzieji.
Zapytam też przewrotnie: skoro go kochasz dlaczego jesteś z tym chłopakiem? Przecież to nieuczciwe. W powody konfliktów nie będę wnikać, natomiat wydaje mi się, że nie tylko on Cię nie rozumie (choć pewnie po części tak jest), ale też dlatego, że Ty go nie akceptujesz. Nie akceptujesz go takiego jakim jest, bo ciągle chcesz, by był taki jak tamten. To do niczego nie prowadzi. Poza frustracją oczywiście.
Moja Droga! Po pierwsze: potrzebujesz terapii dla Dorosłych Dzieci Alkoholików. Poszukaj w internecie, popytaj na parafii. Na pewno znajdziesz informacje. Polecam też odp. nr 484.
Po drugie: zdecyduj się. Nie możesz tak trwać w nieskończoność. Jeśli nie chcesz być z tym chłopakiem to rozstańcie się, bo Ty jemu dajesz nadzieję a Twoje oczekiwania nie są zaspokojone. To błędne koło. Czy tu działa strach przed samotnością czy jednak coś jeszcze, bo chyba coś musiało zdecydować o tym, że z nim jesteś mimo, iż jesteś zakochana w tamtym?
Polecam też co do oczekiwań te artykuły: [zobacz], [zobacz]
Pomyśl nad tym wszystkim. Życzę Ci trafnych wyborów. Z Bogiem!

  Marta, 18 lat
1622
03.04.2007  
Witam serdecznie. Zawsze marzyłam o założeniu rodziny i nawet znalazłam piekna modlitwe w tej intencji i odmawiam ja tylko juz nie wiem czy aby to napewno ma sens. Bo poprostu uciekam od kazdego chłopaka, ktory widze ze cos do mnie ma. Np. poznalam ostanio(2 miesiace temu) chłopka na studnowce(był z moja dobra kolezanka) i napoczatku ja nic nie chcialm i \"spławiałam\" go. Starał sie o spotkanie ze mna ponad miesiac a ja mu caly czas odmawialm a gdy postawilam sprawe jasno ze ewidentnie nie ma szans na spotkanie to przestal sie do mnie odzywac,a ja nie chcialam zeby sie obrazil i troche na gg zagadywal(rozmawial ze mna jak by sie nic nie stalo tylko juz nie nagabywal o spotkanie) i wkoncu nie wiedziec czemu teraz ja chcialm sie spotkac no i on sie zgodzil. Jednak teraz po spotkaniu czuje to samo co po studniowce i czuje sie okropnie jak manipulantka, jak osoba ktora bawi sie czyimis uczuciami. Nie wiem co robic najchetniej uciekla bym z tad(dodam ze mieszkamy niedaleko siebie i kilka razy sie spotkalismy przypadkiem). Serdecznie dziekuje za jakia kolwiek odpowiedz. Pozdrawiam.

* * * * *

Chłopak zachowuje się normalnie: jeśli nie chcesz to przecież nie będzie się narzucał. Poza tym dostanie "kosza" boli.
A Ty jeśli czujesz, że nie chcesz z nim teraz być, nie jesteś gotowa lub on Ci z jakiegokolwiek względu nie odpowiada to nie zmuszaj się do spotykania na siłę.
Jeśli spotkałaś się, wiesz jak jest i wiesz, że nie chcesz. Więcej zatem tego nie rób, bo rzeczywiście może to wygladać na zabawę uczuciami.
I nie oczekuj, że on będzie się odzywał, że będziecie przyjaciółmi, że będzie tak jakby nic się nie stało.
Natomiast może warto się zastanowić dlaczego nie chcesz i czego się boisz: czy to jest kwestia chłopaka, czy tego, że nie jesteś gotowa czy jeszcze czegoś innego. Owocnych przemyśleń! Z Bogiem.

  Madzia, 26 lat
1621
03.04.2007  
Mam pewien problem, króry nie daje mi spokoju. Otóż poznałam wspaniałego chłopaka. Wszystko między nami układa się jak na razie dobrze, mmy podobny system wartości. Ale problem tkwi w czym innym. Bardzo boję się, że wszystko to co jest między nami się zepsuje.
Ostatnio dochodzi do pocałunków. Mam wrażenie, że nie są one czyste, że to co robimy jest grzechem. Bardzo mi zależy na tym, by dochować czystość, widzę, że nie potrafię wytrzymać chociaż jednego dnia, by go nie pocałować.
Czy pocałunek jest grzechem? Strasznie nie chciałam bym przekroczyć granicy, boję się, że nie sprostam pokusom. Ostatnio poprosiłam chłopaka, żebyśmy co tydzień chodzili na Mszę Św. we własnej intencji. Chciałąbym oprzeć móh związek na Bogu. Nie wiem co mam robić.


* * * * *

No i na bardzo dobrej drodze jesteście. Widzę, że macie dużą szansę wytrwać w czystości i zbudować piękny związek. Pomysł z tą Mszą św. Jest super! Możecie jeszcze ewentualnie każdą randkę kończyć (lub zaczynać) wspólną krótką modlitwą dziękczynną i z prośbą o Boże błogosławieństwo i rozeznanie Waszej drogi.
Pocałunek sam w sobie oczywiście grzechem nie jest. Nic dziwnego, że rodzi się w Was pragnienie bliskości i z czasem będzie ono coraz silniejsze. Ważne jest tylko co ten pocałunek wyraża no i czy chłopak go odwzajemnia. O czystości i granicach pisałam tutaj: [zobacz].
Życzę Wam powodzenia i dobrych decyzji. Z Bogiem!

  Justyna, 18 lat
1620
03.04.2007  
Moj chlopak ma do podjecia trudna decyzje, chce mu pomoc aby jego wybor byl odpowiedni. chcialam rade od osoby ktora rozpatrzy to sprawe z zewnatrz. otoz w kwietniu ma wyjechac do norwegii na 3 miesiace do pracy. pomijajac nasza dluga rozloke i straszna tesknote( bo to mozemy przezwyciezyc) pojawia sie problem ze w maju jest matura. a on nie zdal 2 lata temu swojej z poloka. bal sie podejsc rok temu ze wzgledu na swoja polonistke, a teraz zapalilo sie zielone swiatelko gdyz tej nauczycielki w komisji nie bedzie. widze ze wierzy w siebie i wie ze moze ja zdac. i teraz nie wiemy co robic. z jednej strony norwegia- mozliwosc zarobienia, przezycia przygody i zdobycie pewnych doswiadczen a z drugiej matura, ktora wreszcie zakonczyla by pewnien rozdzial w jego zyciu. nie chcialabym zeby znow to odwlekal na nastepny rok bo wiadomo z epozniej coraz trudniej. prosze o rade.

* * * * *

No wiesz Justyno, zasadniczo to ja w kwestiach miłości odpowiadam na pytania i nie chciałabym barć na siebie odpowiedzialności za takie decyzje, ale jeśli już pytasz mnie o radę to moja jest taka: zdawać maturę. Do Norwegii można zawsze pojechać. Z Bogiem!

  Monika, 22 lat
1619
31.03.2007  
od dwóch lat jestem w związku, którego w żaden sposób nie mogę skończyć. zakochałam się w chłopcu ale to uczucie we mnie chyba wygasło. on nie zgadza się na rozstanie, zmusza mnie wręcz do bycia z sobą. jestem z nim jednak z litości i z tęsknoty za takim chłopcem jakiego poznałam:). nie umiem go obdarzyć zaufaniem i uczuciem po tym wszystkim co nas złego spotkało: pornografia, alkohol, współżycie ze mną(do tego też mnie namówił), inna dziewczyna o której nie wiedziałam... same kłamstwa z jego strony! stale tłumaczy mi, że mnie kocha i dzięki mnie zrozumiał, że robił źle. \"teraz jest już inaczej, zapomnij o tym bo to nie wróci...\"-stale to powtarza. ja to jednak STALE rozpamiętuje. mam depresje (mój tato jest alkoholikiem i stale wpadałam w depresję)... nie wiem kto może mi pomóc :( proszę o radę. w mojej przychodni wizyta u psychologa jest tylko płatna.. nie stać mnie:( nikt mnie nie rozumie, nie kocha i nie chce............ jak to zakończyć a może mu zaufać i leczyć swoją chorą i lękliwą psychikę???????? PROSZĘ O MODLITWĘ

* * * * *

Droga Moniko! Nie wolno być z kimś z litości, nie wolno być z kimś wbrew sobie. Nie wolno się "poświęcać". Jeśli naprawdę czujesz, że nie chcesz/nie możesz/nie dasz rady dalej być w tym związku to odejdź. Tak będzie nie tylko lepiej ale i po prostu uczciwie. Rozumiem, że chłopak Cię kocha i chce, byś z nim była, ale w związku trzeba samemu też być szczęśliwym a nie tylko być szczęściem dla kogoś. Skoro piszesz o alkoholizmie ojca to znaczy, że potrzebujesz terapii dla Dorosłych Dzieci Alkoholików. Takie terapie organizują niektóre parafie. Spytaj o nie u siebie lub poszukaj w internecie. Walcz o siebie i nie zmuszaj się do czegoś czego nie jesteś w stanie znieść. Z Bogiem!

  Sylwiana, 22 lat
1618
31.03.2007  
Witam!Waszą strone poleciła mi przyjaciółka po tym jak poznałam pewnego chłopaka i zaczeły się "schody"...dla mnie.Poznalam Ł. przez GG.Świetnie nam sie rozmawiało,czułam,że trafiłam na osobę,z którą mogę rozmawiać o tym o czym zawsze chciałam i jak chciałam.To On nalegał na spotkanie,ja miałam obawy-nigdy nie spotykałam się z ludzi poznanymi przez Internet.A poza tym bałam się,że może się mną rozczarować za żywo.Ale spotkaliśmy się i chyba zaiskrzyło,oboje chcileiśmy spotykać sie dalej.Na drugim spotkaniu wyznał mi całą prawdę o sobie- jest po rozwodzie i ma dwoje dzieci.To był dla mnie szok,nigdy bym nie przypuszczała,że tak młody chłopak (27 lat) ma za sobą juz takie doświadczenia.Gdy trochę ochłonęlam postanowiłam spróbować,gotowa byłam walczyć z całym światem o tę znajomość, niezależnie co powiedzialaby rodzina.Po prostu się zakochałam...Spotykaliśmy się przez dwa miesiące,co tydzien, co dwa- tylko weekendy były nasze.Gdy pojawiły się kłopoty z pracą,wyjechał na rok za granice.Obiecałam,że wytrzymam i będę czekać.Ale przerosło mnie to...Gdy wyjechał nie było już spotkań,weekendów, za to mnóstwo czasu na rozmyślanie.Przypomniały mi się te wszystkie trudne dla mnie chwile,w których nie czułam się dobrze,nie mogłam byc do końca sobą.Czuje,że złamalam wiele swoich zasad- zostawałam u niego na noc,nie kochalismy się,ale doszlo do pewnych zbliżeń(nieustannie naciskał,mówił,że to przecież ludzkie,że wszyscy "to" robią). Bardzo szybko pojawił się pierwszy pocałunek. Ja za szybko powiedziałam: "kocham"...Poprosiłam Go o przyjaźń.I czuję się winna,bo skrzywdziłam Go ta prośbą.Ale nie stać mnie na więcej,chcę odzyskać siebie i nie czuć nigdy więcej do siebie nienawiści,że złamałam swoje zasady.On i jego rodzina juz widzieli we mnie jego przyszłą żonę.Nie obyło się bez porównań do jego byłej żony. I mimo,że wypadlam w nich bardzo korzystnie nie czuję sie z tym dobrze.Pogubiłam się w tym związku,za mało było tam przyjażni,za mało rozmawialiśmy-co jest troche moją wina,bo nie należę do otwartych osób.Dlatego ta prośba o przyjażń,chcę nauczyć się z nim rozmawiać.Chcę przyjażni.Czy to wogóle mozliwe?Wątpię,bo on chce czegos wiecej.Zreszta chce zostac za granicą na stałe.Jestem jeszcze młoda i myśle,że jeszcze niedojrzałam do poważnych zobowiązań,jak ślub czy dzieci.On juz miał takie plany.Myślałam,że po roku wróci i sprobujemy się przyjażnić.Postanowił zostać...Ma przyjechać latem.Oboje chcemy się spotkac i porozmawiać.Ale dla mnie oznacza to tylko wyjaśnienie sobie wszystkiego i pożegnanie- przyjażń na odległość...jak można w taki sposób kogokolwiek poznać.Piszę to wszystko,bo chcę,żeby ktoś powiedział mi co o tym wszystkim myśli.Zdaję sobie sprawę,że i ja popełniłam wiele błędów,ale chcę je naprawić...Łudziłam sie,że może pomoże w tym przyjaźń.Ale nie będe nalegać,jeśli on tego nie chce.Nie będe zmuszać go do czegoś co sprawi mu ból.On twierdzi,że mnie kocha.A mi sie wydaje,że jest jedynie zakochany.Ja boję sie tak poważnych zobowiązń- nie myślę jeszcze o własnych dzieckach, a dostaje dwoje od razu.I ta presja,że dla wszystkich jestem juz jego przyszłą żoną.A ja chciałam tylko kogoś poznać,zbliżyć się,zaprzyjażnić i obdarować kogoś przyjażnią.Wszystko powoli,na miłośc też przyjdzie pora.Na początku heroicznie myślałam,że nie zależy mi na białej sukni...Ale nie jestem pewna tego do końca.Ale chcę,żeby zrozumiano mnie dobrze-nie skreślam go, bo jest po rozwodzie i ma dzieci,wierze,że z taka osobą można być,można ją kochać i być szczęśliwą.Zapragnęlam tylko przyjażni ze wzgledu na te trudne sytuacje i te emocje,które mi wtedy towarzyszyły.Czuję,że mijamy sie w potrzebach-jemu do wszystkiego sie spieszy,jakby bał sie coś stracić.Nie chce byc w związku,w którym naginam swoje zasady(sama niewiedząc dlaczego) i nie potrafie byc do końca sobą.Może nie jestem gotowa na miłość?A może dla mnie i dla Ł. znaczy ona coś innego?Co w takiej sytuacji robić?Nie potrafie zaakceptować wielu zachowań,ale nie chce nikogo zmuszać,żeby zmieniał sie dla mnie?...Co wogóle myslisz o związku z rozwodnikiem,który ma dzieci?Czy to ma szanse?Mysle,że tak,ale może dla mnie to za trudne.Czuje sie strasznie winna,bo go skrzywdziłam,nieświadomie,obiecując mu cos,nie wiem może swoim zachowaniem.Ale nie to było moim celem.Jak mu to wszystko wyjaśnić,nie raniąc bardziej?Pozdrawiam

* * * * *

Co ja myślę napisałam w odp. nr: 1034, 1100. I nic więcej nie dodam. Powiem Ci tylko tyle: przeszłam przez to, wiem jak to jest. Wyszłam z tego i wiem, że da się wyjść.
I wiem, że wierność Bogu zawsze "popłaca" a niewierność zawsze powoduje ból i rozczarowanie. Bo w życiu trzeba dokonywać wyborów słusznych a nie wygodnych.
I jeszcze coś co mną wstrząsnęło na ostatnich rekolekcjach: "Ludzie dzielą się na tych, którzy całe życie mówią Bogu "Bądź wola Twoja" i na tych, do których Bóg na końcu ich życia powie: "Bądź wola twoja"". Przemyśl to. Z Bogiem!

  K, 22 lat
1617
31.03.2007  
Witam. Mam pytanie i proszę o porade bo nie wiem jak mam słusznie ucznić.
Jestem ze swoją dziewczyną od trzech lat.
Jestem w rodzinie której wartości chrześcijańskie są na pierwszym miejscu - choć moja przeszłość nie była zgodna z Dekalogiem (kontakty z satanistami, magia, narkotyki, próby samobujcze). Po pewnym czasie w IVkl liceum dzięki pomocy przyjaciela - księdza, wyszedłem z tego...
Na studiach poznałem moją obecną dziewczynę. Od pierwszego wejrzenia się w niej zakochałem (choć wcześniej byłem nastawiony \"anty\" do kobiet). Jednak ona miała to \"coś\" w swoim spojrzeniu. Dla niej postanowiłem się zmienić- definitywnie skończyłem z przeszłością, na jej prośbę pozbyłem się książek, czasopism, płyt itp. o treści chwalących szatana. Dla niej nabrałem chęci życia, obiecałem jej, że nigdy już do tego nie wrocę, że nigdy nie sięgnę po żyletkę...

Rok temu moja dziewczyna wyprowadziła się z domu (powodem był ojciec, który nadużywał alkoholu). nikt jej się nie kazał wynosić z domu, ale stwierdziła że nie zniesie dłużej zachowania ojca.
na wakacje wyjechała za granicę aby zarobić na życie (ja niestety ze względów zdrowotnych nie mogłem tego ucznić).
Po powrocie wynajeła pokoik w którym mieszka.
I tu zaczęły się właśnie schody...

Aby jej pomóc i pokazać jej żę ją kocham i może liczyć na mnie nawet w trudnych sytuacjach wziąłem się za siebie. Jak kiedyś byłem leniwy i nic nie potrafiłem zrobić w domu - tak teraz dla niej niej nauczyłem się gotować, prać, prasować itd. Wszystko dla niej i z myślą o niej robiłem. Układało nam się wspaniale, dla niej potrafiłem dosłownie wszystko zrobić i wszysto załatwić. Zaczeliśmy planować wspólną przyszłość i...

...i tu zaczął się problem.

Moja matka zawsze jej chciała pomóc (m.in załatwiła jej pracę za granicą), jednak ona bardzo nie lubi mojej mamy, wręcz jej nie nawidzi... :( Starałem się to zrozumieć, ale nie potrafie, bo skoro ktoś nam chce pomóc to dlaczego nie? (zwłaszcza że jak najbardziej potrzebowaliśmy wsparcia i duchowego i finansowego otrzymaliśmy je tylko od mojej mamy). Moja dziewczyna jasno mi powiedziała, że jej nie znosi i że nie przychodzi do mojego domu tylko dlatego że z moją matką się nie chce widzieć. Nie rozumiem jej podejścia do mojej mamy - nigdy nie była przeciwko nam, zawsze dobrze i po bożemu nam doradzała i zawsze możemy na nią liczyć, ale moja dziewczyna tego nie docenia. nie wiem dlaczego, może dlatego, że ona tak w domu nie ma??
Kolejny zachowanie jej które boli mnie, że jak jej coś się nie uda to zawsze na mnie się wyżywa i obraża, np - jak ja dostałem z egzaminu 5, a ona 4 to się na mnie obrażała... takich przykładów mógłbym jeszcze mnożyć...

Kolejna sprawa to taka, że nie potrafi zrozumieć tego że mam chorych rodziców i muszę im pomóc (tyle lat oni mi pomagali, czas na zapłatę z mojej strony). Obraża się o to, że muszę wyjść od niej o 21 (a jestem z nią od 8 rano), i pomóc coś w domu. często się przez to kłucimy - mówi że bardziej mi zależy na matce niż na niej. Usprawiedliwia się tym, że jak mnie nie ma to czuje się samotna...

Dla niej zrezygnowałem z każdej przyjemności (sport, dobra książka, papierosy - choć wiem że to złe, to uważałem to za przyjemność, ze spotkań z kolegami). I cały czas czuje zazdrość i ironię od niej płynącą: \"- że mamusia da ci na prawo jazdy, a po co jeździ za granicę do roboty skoro mają renty, itp\".
I chce, abym zostawał u niej do 23-24, a nawet i na całą noc... A gdzie czas na odpoczynek dla mnie? - jak jestem u niej to cały czas ja wszystko robie, aby ona mogła być wypoczęta. Praktycznie nie mam czasu na sen (pomijając naukę i pisanie pracy licencjackiej - przy niej nie potrafie się uczyć)...

Chciałem (chce) się z nią ożenić, mieć dzieci... gotowy jestem już to uczynić, jednak ona jeszcze nie jest gotowa - rozumiem to. Jednak ona chce po skończeniu studiów (już w maju) zamieszkać razem bez ślubu! Żyć jak \"mąż i żona\", ale o ślubie narazie nie ma mowy.
Nawet nie chce słyszeć abyśmy mogli wziąć śłub i po nim zamieszkać u mnie w domu.
Jaki byłem w przeszłości taki byłem, ale teraz uważam się za chrześcijanina i chce żyć wg. Jego przykazań. Myślę że Panu Bogu nie podoba się życie dwojga ludzi na tzw. \"kocią łapę\".

Rozmawiałem, tłumaczyłem, ale mam wrażenie że nic do niej nie dociera. Stwierdziła że nie chce żyć tak dłużej - że wracam do domu o 21, że po studiach nie chce z nią zamieszkać (bez ślubu), że chce mieszkać z rodzicami... Powiedziała, że nie zmieni też stosunku do mojej matki, mimo iż dużo jej zawdzięcza.

Co ja mam robić? Kochm ją - dla niej poświęciłem się cały, jednak boli mnie najbardziej to że nienawidzi mojej matki... co mam uczynić? A nie chce się wyżekać ani matki, ani Boga, ani jej.
Czy musi ktoś cierpieć, aby ją uszczęśliwić?
Prosze o poradę.
***
Przepraszam za haos w tekście i niechciane błedy.


* * * * *

Prawdopodobnie Twoja dziewczyna potrzebuje terapii dla Dorosłych Dzieci Alkoholików. Jeśli w jej domu był alkohol, jeśli nie zaznała miłości to koniecznie potrzebuje jakiegoś fachowego wsparcia. Nie jest tłumaczeniem nienawiści do Twojej matki to, że "ona w domu tak nie miała" (wiele osób nie miało, ja też, a mimo tak się nie zachowuje). Wykazuje się niedojrzałością emocjonalną obrażając się na Ciebie. Musi sobie pewne rzeczy uświadomić i z nimi walczyć. Kolejna sprawa: NIE WOLNO Ci rezygnować dla niej ze wszystkiego. Rozumiesz? Nie wolno Ci! Dlaczego? Bo ona NIE MOŻE być Twoim całym światem. Nie ma prawa tego wymagać i a Ty nie masz prawa rezygnować ze wszystkiego. Musisz dbać też o siebie, swoje potrzeby, także intelektualne czy towarzyskie. Chwalebne, że potrafiłeś się dla niej zmienić, naprawdę jestem pod ogromnym wrażeniem Twojej silnej woli. Dobrze, że zrezygnowałeś np. z używek czy nieodpowiedniego towrzystwa ale sport czy książki?
Kochany, w zdrowym związku nikt nikogo nie ogranicza. Nie w tym sensie, że można robić co się komu podoba ale nie podcina się skrzydeł. Chłopak i dziewczyna muszą się nawzajem dopingować: do nauki, pracy, rozwoju(!). Jeśli ona Cię zgarnia tylko dla siebie, jeśli podcina Ci skrzydła to nie jest ok. To sygnał jej problemów. A Tobie NIE WOLNO jako mężczyźnie się na to godzić. Ty jako przewodnik związku (patrz odp. nr: 25, 50, 340, 1101, 1447) masz mieć tego świadomość i przed takimi zachowaniemi bronić siebie i tłumaczyć to jej. Przecież Ty nie zabraniałbyś jej np. chodzić na angielski, prawda? Zatem ona nie może wymagać takich rzeczy od Ciebie.
Co do ślubu - masz absolutną rację! NIE WOLNO Ci się na to godzić. Nie wolno "uszczęśliwać" Ci jej kosztem siebie i relacji z Bogiem. Bóg tego nie chce. Związek nie może polegać na uszczęśliwianiu jednej strony kosztem drugiej, bo w miłości trzeba samemu też być szczęśliwym, a nie tylko być szczęściem dla kogoś!
Mój Drogi, Twoja dziewczyna ma naprawdę poważne emocjonalne problemy. Nie możesz się z nią wiązać dopóki to się nie rozwiąże, bo bardzo szybko życie zamieni się w piekło. Nie można budować szczęścia na grzechu. Wierność Bożym przykazaniom zawsze popłaca, niewierność zawsze powoduje ból i rozczarowanie.
Mój Drogi. Przeczytaj proszę te artykuły: [zobacz], [zobacz], [zobacz] i tą odpowiedź: 468, daj je do przeczytania dziewczynie. Porozmawiaj z nią o terapii. Jeśli ona nadal będzie myślała tylko o sobie, o tym, żeby wyrwać się z domu to dotąd nie możesz mieć pewności, że kocha Cię naprawdę. I dopóty nie wolno Ci podejmować ostatecznej decyzji o przyszłości z nią.
Módl się w tej sprawie,a jeśli chcecie to polecam Wam jeszcze "Wieczory dla zakochanych". Informacje znajdziesz tutaj: www.spotkaniamalzenskie.pl, www.malzenstwo.pl, www.sulejowek.marianie.pl/rekol-narzecz.html Po nich możecie podjąć wolną, świadomą decyzję.
Bądź silny, bądź przewodnikiem w tym związku. Nie idź na ustępstwa w kwestii wiary i zasad. Tak dużo już osiągnąłeś. Z Bogiem!

  Weronika, 15 lat
1616
30.03.2007  
Szczęść Boże..za pewne moje pytanie będzie glupie i bardzo blache ale nie wiem już co robić;/ Hm.no więc podoba mi sie chlopak pisalam z nim i co jakiś czas byly przerwy on pisal pisal rozmawial i nagle byla przerwa dzialo się tak chyba z 3 razy ostatnim razem powiedzial, że kocha a teraz znowu się nie odzywa? Nie mam pojęcia o co mu chodzi;/ Już nie wiem..

* * * * *

Chyba nie wie co to znaczy kochać. Jak można powiedzieć, że się kocha po tym jak się parę razy list napisze a potem nagle przestać się odzywać? Możliwości są dwie: albo mu się "odwidziało" albo udawał, no ewentualnie coś się stało (miejmy nadzieję, że nie). Najprościej będzie napisać do niego i spytać dlaczego się nie odzywa.

  Joasia, 21 lat
1615
30.03.2007  
Witam! mam chyba małego dołka a to dlatego,że rozstałam sie nie dawno z moim byłym chłopakiem nasz związek nie trwała długo ponieważ aż miesiąc ale przywiązałam sie do niego przez ten miesiąc to był mój pierwszy chłopak tak na poważnie z którym spędzałam każda chwile przez miesiąc codziennie 1 dni on dzwonił zależało mu a później niby ja pałeczkę przejęłam i przychodziłam do niego dzwoniłam martwiłam sie a on z lekka tak jakby mnie olewał nawet nie przeszkadzało mi to ponieważ tel mieslimy w innej sieci także zawsze sobie tłumaczyłam nie zadzwonił bo pewnie ma mało kasy na koncie. Później jeździł do pracy i zaczął mniej do mnie przyjeżdżać tez go rozumiałam, ale pewnego dnia powiedział mi ,że pracuje od 14-22 w nocy i ze po pracy przyjedzie do mnie jak sie później okazało spotkałam go na mieście okolo 20:00 w aucie a jego mama akurat weszała do sklepu podeszłam i zapytałam go a ty nie w pracy on na to rzekł \" a wcześniej skończyłem i odebrałem mamie od cioci na początku ciężko mi było w to uwierzyć ponieważ pomyślałam ze jakbym nie podeszła i udała ze nie widzę a później jakby przyjechał i spytałabym sie go o której skończył ciekawe co by mi powiedział? Ale i tak czułam w sercu że mnie okłamał nie wiem czemu ale stwierdziłam ze jak raz okłamie będzie i 2.3.4 i tez tak potem było ale wpadał do nie i nigdy mu nie powiedziałam z e mnie kłamie pomyślałam sobie ze może za krotko sie znamy żeby mi może mówił o pewnych rzeczach. Chodziłam na angielski na przeciwko jego bloku nio i kiedyś wyszłam i stało jego auto wiedziałam ze jest w domu na 100% weszłam na gore pod jego drzwi zapukałam i wiedziałam ze jest w domu a kazał mamie powiedzieć z ego nie ma wtedy bardzo okropnie sie czułam ze namawia do kłamstwa swoja mamę i pomyślałam ze jeśli nie che z e mna być niech mi to powie w oczy nio i z wieloma rzeczami taki mi ciężko na sercu było a jeszcze bardziej jak pewnego dnia napisał mi emalia ze nie możemy być już razem ponieważ myśli o swojej byłej dziewczynie ale nie chce z nią być ze chce być sam nie zrozumiałam go wtedy nie chce być ze swoja ale che być sam???? naprawdę to do tej pory nie wiem czemu tak wyszło ale wtedy pamiętam,że napisała mu wszytko o tych jego kłamstwach że wiedziałam tych jego obiecankach,że mnie nie zostawi już że będziemy już razem nie wiem jak mogłam w to uwierzyć czasem ciężko mi do tej pory,że tak wspaniały chłopak który wlała tyle dobroci w moje serce,który tego nie da się napisać pomimo,że tak było z tymi kłamstwami co mnie najbardziej zraniło, że mnie kłamał wybaczyłam mu a teraz mogę sie tylko cieszyć, że mam najlepszego przyjaciela jako chłopaka na świecie. Wiem o tym, że kiedy będę potrzebowała pomocy zawsze poda mi rękę tylko nie wiem czy ma sens to że czasami mnie odwiedzi nobo wtedy mi sie bardziej tęskni za nim i znów wszystko na nowo sie przypomina mi wiem że mnie odwiedza tylko jako przyjaciel i cieszę sie z tego bardzo ze nie udaje że mnie nie zna. a Drugą rzeczą jest to skoro już nim nie jestem chce mieć nowego chłopaka tylko mam problem nie potrafię dlatego że z kim sie nie spotkałam po to żeby właśnie zacząć tworzyć nowy związek siedzi mi w głowie on mój były i co ja mam robić chce szybko znaleźć niby nowego żeby zapomnieć o nim ale nie mogę może powinnam sobie przerwę zrobić i na razie z żadnych chłopakiem sie nie spotykać ale dziękuje Bogu że dal mi takich przyjaciół dziękuje że mogłam napisać prawie wszystko tak jak sie wydarzyło.

* * * * *

Joasiu, ten chłopak w pewnym momencie stwierdził, że nie chce być w związku z Tobą, że to nie to, ale nie miał odwagi by Ci to powiedzieć. Stąd uniki, kłamstwa itp. Oczywiście nie powinien tak się zachowywać, intuicja Cię nie myliła. Lepiej zatem, że nie trwało to jeszcze dłużej, bo byś bardziej cierpiała. Widzisz, on zapewne zrobił to co i Ty próbowałaś teraz robić: żeby zapomnieć o tamtej miłości próbował związać się z kimś innym. I nie wyszło, tak jak nie wychodzi Tobie. Na szczęście, chciałoby się powiedzieć. Bo nie tędy droga. Bo nie można stosować metody klina. Pokochać można wtedy gdy ma się wolne serce, wtedy, gdy już pogodziliśmy się ze stratą tamtej osoby, gdy jesteśmy już gotowi na nowy związek. A nie wtedy gdy jeszcze cierpimy i to cierpienie chcemy sobie w ten sposób skrócić. Bo wtedy ta nowa osoba staje się środkiem do celu. I nie wychodzi. Bo porównujemy nową osobę do tamtej, bo czegoś nam w niej brakuje, bo coś przeszkadza i denerwuje, a przed wszystkim - nie wygasły jeszcze tamte uczucia.
Dlatego tak, powiunnaś dać sobie teraz trochę czasu na dojście do siebie, na razie z nikim się nie spotykać. Co do przyjaźni z tym chłopakiem, czy to ma sens. Ja raczej negatywnie się wypowiadam co do możliwości takich przyjaźni. Znajomość tak, ale przyjaźń - dopiero po jakimś czasie. Pisałam więcej na ten temat w odp. nr 7. A na razie módl się o uleczenie serca i z chłopakiem spotykaj się tylko o tyle o ile Cię potem po tej wizycie serce nie boli. Jeśli jeszcze boli - do niczego się nie zmuszaj. Z Bogiem!

  Aneta, 18 lat
1614
27.03.2007  
Witam!! Poznałam wspaniałego chłopaka. Ma świetny charakter. Znamy się już od 2 lat. Od razu cos do niego poczułam, jednak uczucie to potęgowało się z biegiem czasu. Zauważyłam, że on inaczej się przy mnie zachowuje. Zerka na mnie z ukrycia i wogóle jest inny w mojej obecności. Zauważyła to również moja przyjaciółka - gdyby nie to nie odważyłabym się na to co zrobiłam, a mianowicie nie odważyłabym się, aby powiedzieć mu, że coś do niego czuje. Myślałam, że odpowie, iż odwzajemnia moje uczucia. On jednak powiedział, że jest mu przykro i głupio, ale nie może odwzajemnić moich uczuć. Czy mogłam się aż tak strasznie pomylić?? Czytałam pani odpowiedzi na pytania o podobne przypadki. Wiem, że mogłam go wystraszyć. Jednak czy mogłabym to teraz jakoś naprawić?? Jak się powinnam teraz zachowywać w jego towarzystwie?? Nadal wydaje mi się, że się dziwnie zachowuje, jednak to może być już skutek mojego wyznania. Czy są jeszcze dla nas jakieś szanse?? Proszę o radę. Pozdrawiam.

* * * * *

No szkoda, że nie przeczytałaś tych odpowiedzi przed faktem. Co teraz robić? Zachowywać się normalnie, tak jakby był Twoim kolegą i jakbyś mu nigdy nie powiedziała tego co powiedziałaś. Daj mu teraz dużo swobody i nie narzucaj się. Widzisz, świadomość, że się komuś podobamy na samym wstępie znajomości robi więcej szkody niż pożytku, bo nie daje swobody. Po prostu ktoś czuje się naciskany i czuje, że "musi" pokochać a tymczasem jeszcze nie zdążył kogoś dobrze poznać. Widzisz, zawsze trzeba brać pod uwagę nie tylko swoje odczucia ale i jeszcze czyjeś. Bo ktoś może nie mieć pojęcia co my czujemy albo być na innym etapie. I tak było w tym przypadku.
Teraz albo on faktycznie dojdzie do tego etapu co Ty, pomału kiedy będzie miał "luz" i będzie wiedział, że może podjąć każdą decyzję albo…nie. To się okaże, potrzeba teraz czasu, cierpliwości i nie narzucania się. Po prostu zachowuj się naturalnie i czekaj. Z Bogiem!

  malwina, 21 lat
1613
27.03.2007  
witam mam taki glupi problem. Jrestem szczesliwa z moim chlopakiem z ktorym jestem 14miesiecy ale wczesniej chodzilismy tez ze soba 2 lata. walczylismy zeby byc razem i w koncu sie udalo choc jak narazie nie mamy mozliwosci wziecia slubu chocby z powodow finansowych a poza tym on od 2 miesiecy jest w wojsku. Jakos nawet sobie radzimy bo gadamy godzinami przez telefon i piszemy smsy. no ale mna ostatnio zainteresowal sie mocno jeden chlopak ktory wpadl mi w oko jak tylko poszalm na studia. chodzi o to ze mi sie spodobal ale juz bylam z moim misiem. tamtego nawet nie znalam bo jest starszy a teraz sam podszedl zapoznal sie chodzil ze mna po miescie i nawet proponowal spotkanie ale jakos sie wykrecila. wlasnie mam takie mieszane uczucia bo on jest bardzo fajny i przynajmniej wyksztalcony a poza tym to chyba przez ta wiosne albo przez to ze moze kazdy czlowiek lubi czuc ten moment zakochania bo to bardzo mile ale boje sie ze przez to zmieni sie moj stosunek do mojego chlopaka i np bede z nim inaczej rozmawiac... czemu tak jest ze pomimo tego ze sie kogos kocha to przychodzi jakies zauroczenie? jeszcze dodam ze ten drugi chlopak nie wie ze ja mam kogos

* * * * *

To, że - jak piszesz - przychodzi zauroczenie mimo, że kogoś się ma to jest kwestia właśnie emocji, chęci spróbowania czegoś innego, powiewu świeżości, może wiosny też? A najbardziej tego, że Twój chłopak jest teraz w wojsku i nie widzicie się na co dzień. Natomiast jeśli jesteś z nim szczęśliwa to wiesz, że to co teraz czujesz to po prostu zauroczenie. Jeśli z chłopakiem jesteś na takim etapie, że myślicie o ślubie to ten chłopak nie powinien Cię na dłużej zainteresować. Bo pewnie zaraz przypominasz sobie co łączy Cię z tamtym i dlaczego jesteście razem. Natomiast uważam też, że nie powinnaś umawiać się z tym bo to jest bardzo nie fair. Bycie z kimś zobowiązuje do wierności i nie powinno się za plecami ukochanej osoby robić czegoś o czym nie chcemy jej powiedzieć. To podstawowa zasada. Powiedziałabyś chłopakowi o tym spotkaniu? Jeśli nie to nie powinnaś tego robić, bo to też jest rodzaj duchowej zdrady. Myślę, że twój chłoapk bardzo by się zdenerwował i na Ciebie i na niego. To też jest nie w porządku wobec tego chłopaka - jeśli on nie wie, że z kimś jesteś to robisz mu niepotrzebne nadzieje - tak nie można. On nie ma przecież świadomości sytuacji. Gdyby miał pewnie by się z Tobą nie umówił, bo nie chciałby pakować się w czyjś związek. Poza tym bardzo głupio by się czuł w stosunku do Twojego chłopaka. Powinnaś poinformować go jak jest naprawdę i - jeśli o Twoim chłopaku naprawdę poważnie myślisz - nie spotykać się z tym.

  Fibra, 20 lat
1612
26.03.2007  
Szczęść Boże! Długo zmagałam się ze sobą, by tu napisac. Ale tak wielu ludziom Pani pomogła więc i ja proszę o tę cenną pomoc:) Otóż mój problem polega na tym, że będąc zakochana w pewnym chłopaku, niestety w tej chwili jest to uczucie nieodwzajemnione. Już byliśmy razem i byliśmy razem szczęśliwi, ale do czasu... Pewnego pięknego dnia \"on\" zakończył nasz związek nie podając żadnego konkretnego powodu. Jak sama do niego doszłam było już za poźno:( poprostu nie radziliśmy sobie z naszą seksualnością-to był powód. Mimo moich szczerych chęci, w trakcie jak jeszcze bylismy razem nie potrafiłam mu powiedzieć, że to jest przegięcie i nie możemy już dłużej traktować się jak maszynki do spełniania "zachcianek"(nie współżyliśmy, ae pieszczoty to już niedaleko;() Jako, że oboje jesteśmy osobami głęboko wierzącymi, mamy świadomość popełnionych błędów i żałujemy tego. Bardzo bym chciała odbudować nasz związek, tym bardziej że budowaliśmy go przez 2 lata...ale teraz on raczej unika jakichkolwiek kontaktów ze mna, jedynie w większej grupie, nawet jak juz sie zdarzy, ze jesteśmy sam na sam omija "nasz" temat szerokim łukiem. Czasem łatwiej mu ze mną pisać niż rozmawiac. Pamięta wszystkie ważne dla "nas" rocznice, ale najgorsze jest to, ze on siebie obwinia ciągle za to, że przez niego cierpię, płaczę, a wina przecież leży pośrodku. Wiem, że on boi się czegokolwiek związanego z moja osobą, no i właśnie tu się zastanawiam dlaczego?? Dlaczego ta druga szansa wzbudza w nim taki strach i niezdecydowanie? Wiem też, ze zanim jeszcze byliśmy razem rozważał nad seminarium, ale rozmyślił się. Czy mam jeszcze jakąś szansę, by na nowo rozpalic w nas tę miłość, która przecież nie całkiem jeszcze zgasła... Serdecznie pozdrawiam! Z Bogiem!

* * * * *

Nie wiem czy jest szansa po raz drugi zbudować ten związek.
On się tego boi, bo już raz dał dowód tego, że nie dał sobie rady. Obwinia bardziej siebie, bo jest mężczyzną i ma świadomość, że mężczyzna powinien być przewodnikiem. On nawalił i jest mu z tym bardzo źle - ucierpiała jego męskość, bo nie potrafił obronić swojej dziewczyny. Ma poczucie mniejszej wartości w tej dziedzinie. Unika Ciebie bo jesteś największym świadkiem tej porażki. Ty wiesz wszystko co się działo i to go dołuje. Na pewno chciałby zacząć na nowo, ale z czystym kontem. Wobec Ciebie zaś ma świadomość, że jego konto nie jest czyste. Być może tego do końca nie rozumiesz, bo Twoja kobieca psychika jest inna. Mężczyźni natomiast bardzo dużą wagę przykładają do tego, by być kompetentnymi w każdej dziedzinie. Mocno przeżywają porażki i bardzo cierpi ich urażona męska duma. Stąd tak wielu z nich woli zranić bliską osobę niż przynać się do błędu. Żeby to zrozumieć trzeba trochę wgłębić się w różnice w psychice kobiety i mężczyzny - polecam książkę "Mężczyźni są z Marsa, kobiety są z Wenus".
Moja Droga, nie potrafię Ci dać gotowej recepty. Próbowałam jedynie pokazać dlaczego on się tak zachowuje. Jeśli będziesz miała i Ty tego świadomość może łatwiej będzie Ci go zrozumieć, a może dzięki temu wpadniesz na jakiś pomysł. Może tu trzeba czasu?
Na pewno trzeba modlitwy - o to, by Bóg pozwolił Ci rozeznać co jest dla Was dobre i tak pokierował Waszym życiem, żebyście byli szczęśliwi.
Jeśli łatwiej Wam pisać to jedyne co jeszcze możesz zrobić to napisać mu, że nie masz żalu, że rozumiesz i że ma szansę zacząć od nowa. Tylko nie naciskaj go. Z Bogiem!

  Kasia, 21 lat
1611
26.03.2007  
/1584/
Też o tym myślałam Pani Kasiu - że minęlo zauroczenie, że On już nie czuje tego co na początku więc zrezygnował... ale... czy można tak z dnia na dzień??? I jeśli faktycznie o to chodzi - że on nie wie jeszcze co to miłość to dlaczego nie dowiedział się tego przy mnie?Dużo rozmawialiśmy, na każdy temat!Nie było tematu tabu... Dużo mówiliśmy o miłości... Dlaczego może być tak, że ja tracąc Go teraz przygotowałam Go na związek z inną dziewczyną?? Boli sam fakt, że On kogoś ma, a co dopiero świadomość, że to czego razem się nauczyliśmy, nad czym pracowaliśmy może teraz zaowocować w Jego nowym związku?? Wiem - jeśli kocham, to powinnam cieszyć się Jego szczęściem, ale to takie trudne:(
Czy sądzi Pani, że powinnam już całkiem sobie odpuścić?Nie walczyć o zwykłą znajomość? Bo na nic więcej nie ma już szans;(


* * * * *

Tak, Kasiu, myślę, że powinnaś "odpuścić". Nie walczyć. Bo dopóki on nie dorośnie to nie będzie to normalna znajomość tylko pokazówka siły z jego strony, żeby Cię zranić a siebie "dowartościować".
Rozumiem Twój ból, bo wiem jak to jest gdy wkładamy wiele wysiłku w coś, co przyda się komuś innemu. Ale tak bywa. Zrobiłaś dla niego dużo - i to jest to co zaowocuje w jego życiu. Nie musisz się cieszyć jego szczęściem - nie jesteś z kamienia, dziwne zatem, żeby Cię to nie bolało. Po prostu nie życz mu źle i to wystarczy. Trzymaj się mocno i przejdź przez to doświadczenie. Życzę Ci siły. Z Bogiem!

  Wiktoria, 20 lat
1610
26.03.2007  
Szczęść Boże. Mam kilka pytań.

Czym przede wszystkim ludzie kierują się przy wyborze swojej drogi życiowej albo przy wyborze tego/tej jedynego/jedynej? Czy największym znakiem nie są właśnie nasze uczucia, pragnienia, marzenia i czy właśnie nie tym głównie należy się kierować? Co to właściwie znaczy, że ta osoba byłaby akurat idealna w zakonie, a inna spełniłaby się bardziej w roli żony i matki, a znowuż ktoś inny jeszcze bardziej jako osoba samotna, tzn. nie wchodząca w związek małżeński ani też do zakonu?
I zastanawiam się, czy ktoś, kto jest nawet bardzo wierzący, religijny i z drugiej strony ma powodzenie u płci przeciwnej, a może nawet jest w związku może poczuć, że jednak powołana jest do życia w samotności, czyli ani we wpólnocie w zakonie, ani też z drugą osobą? Na czym to polega i od czego to zależy?
Dlaczego tak bywa, że dwoje ludzi chodzi ze sobą może nawet parę lat albo tylko miesięcy, ale po jakimś czasie jedna z nich odczuwa, że jednak nie czuje tego, co druga, albo mniej, że stwierdza, że jednak to nie jest miłość na całe życie i nie może zmusić się do tej miłości nawet gdy bardzo próbuje i stąd też liczy się z tym, że musi zranić tą drugą osobę, jeśli nie chce robić nic na siłę? Dlaczego bywa, że tylko jednak osoba kocha, a druga nie, albo już nie...? Nawet wtedy, gdy ta druga osoba ją kocha bardzo, najbardziej na świecie...? Dlaczego czasami po prostu w takiej sytuacji ktoś musi być bardziej zraniony? Czy to oznacza, że nie są sobie pisani, że jednak ona nie jest dla niego, a on dla niej, albo jednemu z nich jest przeznaczone coś innego, inne miejsce w życiu? Jak to wszystko odczytać?
Proszę napisać mi, czy sny mogą mieć jakieś znaczenie w naszym życiu? Czy mogą być jakimś dla nas znakiem, bądź czy Bóg może nam mówić coś przez sny, dawać jakieś znaki? Czy sny miewaja jakieś symbole?
Czy może być tak, że nawet gdy my sami się przed czymś bronimy, uciekamy, nie chcemy widzieć dana osobę (a może tak naprawdę w obawie przed czymś tak czynimy...?) to Bóg i tak nam stawia na naszej drodze, bo chcę do nas w ten sposób przemówić? Czy może zdarzyć się tak, że Bóg nie poda nam takiego znaku, jakiego byśmy chcieli, bo chce, żeby to od nas wypłynęła samych decyzja i może za to w inny sposób je pokazywać?
Co dokładniej można powiedzieć o ludziach tzw. \"skrupulantach\" (podobno jakaś święta nawet nią była i męczyły ją skrupuły)? Czy są to ludzie wybrani przez Boga, wystawiani na próbę czy może to od samych ludzi to wynika, wypływa? Jak sobie z tym radzić? Jak takim ludziom można pomóc? i czy takim osobom jest zalecana częsta spowiedź? Czy można to uznać za wadę, słabość? Dlaczego niektórzy tak mają i z czego to wynika, że jedni są bardziej a drudzy mniej skrupulantni albo aż za bardzo?
Czy Bóg może nam wskazać dokładnie osobę, która byłaby dla nas najlepszym kierownikiem duchowym? Czy nawet jeśli wolimy unikać pewną osobę to czy może okazać się, że właśnie ta byłaby dla nas dobra, przydatna?
Dziękuję za uwagę. Pozdrawiam.


* * * * *

Ho, ho, ile pytań! Nie na wszystkie Ci odpowiem, bo albo nie dotyczą tematycznie tego działu albo są zbyt ogólne. Poza tym odpowiedzi na niektóre pytania nie poznamy przez całe życie albo dojdziemy do nich poprzez lata doświadczeń. Ale tak w skrócie: Uczucia nie są wyznacznikiem. Oczywiście, uczucia świadczą o naszych upodobaniach, które też są ważne, jednak przy wyborze tej jedynej osoby kierujemy się miłością a nie uczuciami. Bo uczucia gasną, zmieniają się, a miłość może trwać - jeśli o nią dbamy. O tym zaś czym jest miłość pisałam w tym artykule: [zobacz]. Znakami, które nam w tym wyborze pomagają są nasze oczekiwania, o tym z kolei tutaj: [zobacz], [zobacz]. Natomiast pamiętać trzeba, że nie ma przeznaczenia, czyli jednej jedynej osoby we wszechświecie, której mamy szukać i o tym pisałam w odp. nr: 58, 86, 896. Przy rozeznawaniu powołania bierzemy pod uwagę przed wszystkim wolę Bożą, która dobrze rozeznana daje nam pokój w sercu i poczucie dobrej, właściwej decyzji. Jak ją rozeznać? Modlitwą, poszukiwaniem, odczytywaniem sytuacji, które Bóg nam daje, naszymi pragnieniemi, zdolnościami, predyspozycjami. Każdy ma indywidualną drogę, tu nie am jednego wzrorca. Powołania do samotrności jako takiego nie ma, pisałam o tym kilka odpowiedzi wcześniej. Jeśli ktoś jest w zakonie lub szczęśliwym związku to już się nad innym rozwiązaniem nie zastanawia bo jest mu dobrze. Sekretem owego "dobrze" jest miłość oparta na rozeznaniu właśnie tej drogi. Jeśli dwoje ludzi się rozstaje to znaczy, że właśnie po wzajemnym poznaniu się dochodzą do wniosku, że to nie to, że nie są w stanie wspólnie tworzyć, że jest coś co przeszkadza, mają inne oczekiwania i nie są w stanie iść z tą osobą przez życie. Owszem, jedna osoba może cierpieć bardziej - bo czuje co innego lub jest na innym etapie związku. Zawsze jednak trzeba być szczerym - bo nie wolno ani się do niczego zmuszać ani oszukiwać drugiej osoby. Rozstaniu zawsze towarzyszy ból i cierpienie, to niestety nieuniknione. Wyczuwam w Twoim liście lęk przed przegapieniem właściwej osoby lub powołania: bez obaw Wiktorio, zapewniam Cię, że jeśli kogoś pokochasz naprawdę lub rozeznasz inne powołanie to w momencie podjęcia decyzji, że to to poczujesz po prostu radość - i już nie będziesz się zastanawiać czy coś innego nie było Ci "pisane". W sny wierzyć nie wolno, wypowiada się na ten temat p. Robert Tekieli. Owszem, czasem zdarzały się w historii sny, w które Bóg sam ingerował, ale takie osoby zawsze wiedziały skąd to pochodzi. Zwykle jednak tak się nie dzieje, a wszelkie symbole typu: małe dziecko - kłopoty, grzyby - choroba są przejawem wiary w magię, co Kościół jednoznacznie potępia. Na pytanie o skrupuły i kirerownika duchowego nie odpowiem, nie mam takiej wiedzy. Spróbuj poczytać na stronie www.spowiedz.pl lub zadaj pytanie na Forum Pomocy Katolika lub Opoki. Z Bogiem!

  Ania, 22 lat
1609
26.03.2007  
Witam serdecznie. Niedawno tzn jakis rok temu rozstałam sie z chłopakiem ale nadal od czasu do czsu sie spotykamy. On w między czasie zainteresował sie inna dziewczyną a mnie to bardzo bolało i boli do tej pory. Mówi mi że nadal mu na mnie zależy że liczy sie z moim zdaniem że bardzo dużo myśli o mnie... Z tą inną już sie do siebie nie odzywają- nie wiem o co poszło. Gdy go spytałam jakie ma plany na przyszłość odpowiedział mi ze nie wie czego chce. Sama zauważyłam ze w pewnym momencie nie mógł sie zdecydowac na żadną z nas.... było mi bardzo przykro z tego powodu bo na początku zapewniał że mnie kocha myślałam że jestem dla niego tą jedna jedyną i tak będzie zawsze. To on zerwał ze mną nie twierdze że jestem w tym wszystkim bez winy. Bardzo długo był cierpliwy wobec mnie a łaściwie tego że bałam sie swoich rodziców tzn o wszystko się ich pytałam czy moge z nim gdziewyjsć o której mam wrucić itd... On miał juz chyba tego dosyć bo sam jest osobą bardzo niezależną i zaradną w życiu. Moi rodzice nie chcieli zebysmy sie spotykali a ja bałam się ze zaiode ich oczekiwania że będzie im przykro że sie im sprzeciwiam. Nigdy właściwie nie mieli ze mna problemów wychowawczych byłam grzecznym dzieckiem bardzo cierpliwym i spokojnym moze nawet za bardzo. Wierzyłam w przeznaczenie ale po przeczytaniu paru odpowidzi na niektóre pytania publikowane na tej stronie widzę że nawet Pan Bóg nie będzie mógł wiele zdziałać jeśli nie zaczne sama o sobie decydować. Powoli sie to zmienia ale moi rodzice nadal nie wiedzą że sie spotykamy a ja nie chce sie ukrywać. On chce sie ze mną widywać od czasu do czasu pogadać wyjsć gdzieś itd.....ale narazie jak twierdzi nie chce stałego zwiazku bo nie jest niczego pewien i nie chce mnie juz więcej ranić. Próbowała sie do niego nie odzywać ale nie wytrzymałam długo- kilka dni aby. Co mam zrobić czekać aż sie zdecyduje czy starać sie zapomnieć i żyć dalej? to nie takie proste..... boje sie że jeśli będziemy w przyszłosci małżeństwem on mnie może zdradzić nie ufam mu tak na 100% w końcu spotykał sie z kims innym.... na początku zreszta za moimi plecami tak zebym o niczym nie wiedziała. Czy to miałoby być takie niby wyjście awaryjne? ....że gdyby mu z nią nie wyszło to zawsze będzie mógł do mnie wrucić. Będę wdzięczna za jakąkolwiek wskazówkę. Pozdrawiam

* * * * *

Na początek małe sprostowanie: jeśli spotykał się z tamtą dziewczyną już po rozstaniu z Tobą to nie można mówić o zdradzie. To, że robił to "za Twoimi plecami" jest psychologicznie zrozumiałe: nie chciał Cię ranić albo jemu było głupio, że tak szybko się zaangażował. Dlatego jeśli na tym opierasz swój brak zaufania do niego to moim zdaniem niesłusznie. Chyba, że masz jeszcze inne powody.
A co robić teraz?
Jednoznacznie Ci nie mogę doradzić. Chłopak stawia sprawę w miarę jasno: nie jest gotowy na związek. Jeśli chcesz kontynuować znajomość bez nadzieji na pozytywny finał to możesz próbować. Tylko nie wolno Ci zakładać, że uda się na pewno.
Jesli nie chcesz ryzykować kolejnego zranienia to poczekaj na dalszy rozwój wypadków.
I odpowiedz sobie na pytanie czy nie jest tak, że przez ten czas kiedy nie byliście ze sobą złe wspomniania i wady przybladły a wyraziście widzisz tylko dobre rzeczy. Pomyśl na ile Ty się zmieniłaś, na ile on. Czy pewne rzeczy by się nie powtórzyły i czego moglibyście uniknąć. Bo jeśli scenariusz miałby być taki sam to rana będzie podwójna. Niekoniecznie musisz o nim zapominać, ale nie zamykaj się też na innych. Poznawaj nowych ludzi. Właśnie na poznaniu musi opierać się decyzja o byciu z kimś. I módl się o dobrego chłopaka. Z Bogiem!

  Natalia, 20 lat
1608
25.03.2007  
Nie wiem,co mam zrobić z następującą sytuacją: jakiś czas temu (około 3 miesiące) zwrócił na mnie uwagę pewien chłopak,student z roku wyżej.Chyba naprawdę mu się spodobałam,wyglądał,jakby nie mógł oderwać ode mnie wzroku.Od tamtej pory obserwowałam go,z auważyłam,że szuka kontaktu wzrokowego, delikatnie się uśmiecha...A ja?Cóż-straszna panikara ze mnie, znerwicowana,która boi się ludzi,nie potrafi zaakceptować i pokochać siebie.Nie powiem,żebym nie odpowiadała na jego spojrzenia tym samym,ale "uciekałam od niego", bałam się go. Tak,tak-mój nieracjonalny lęk bierze górę w takich sytuacjach. Pamiętam sytuację,gdy on się uśmiechał a ja odwróciłam się do niego plecami(tylko i wyłącznie z lęku). Moment później spojrzałam na niego-nie patrzył już w moją stronę i wyglądał,jakby było mu przykro.Pewnego dnia,śmiałam się też z czegoś z koleżanką,nie wiem,może pomyślał,że to z niego.Chyba około miesiąca ,czy dwóch temu zaczęłam podejrzewać,że wyśmiewa mnie z kumplami(może już wcześniej to robił?),z ludźmi z grupy, rozmawia z nimi o mnie. Mniej spoglądał w moją stronę,po prostu "olewka ".A jeżeli już to robił,to bez uśmiechu,tak smutno na mnie patrzył-pewnie zobaczył, jaka naprawdę jestem,może mi "odpłaca"? Nie jestem pewna na 100%, może sobie to uroiłam. W każdym razie, byłam w bardzo kiepskim stanie psychicznym, zastanawiałam się, dlaczego tak się dzieje-nagle przestałam mu się podobać? Obwiniałam się-może gdybym była inna...Boję się,że z mojej winy "rozminęliśmy się", może to on jest tym jedynym? Co do obecnej sytuacji-chyba coraz częściej na mnie patrzy,ale nadal bez uśmiechu.Narobiłam sobie nadziei, że może jeszcze nic straconego,że to zaczyna wracać. Odwzajemniam jego spojrzenia,jednak nie wszystkie. Myślałam też o tym,żeby wyrzucić mu to jak mnie upokorzył(o ile oczywiście te upokorzenia były...), zagadać na przystanku... Nie wiem,co mam robić,nie chcę wyjść na naiwną idiotkę,wolałabym,żeby to on zrobił pierwszy krok.Nie wiem ,na czym stoję. Nie zamieniliśmy ani słowa. Ten chłopak podoba mi się,może nawet jestem nim zauroczona,obserwuję jego zachowanie na uczelni i widzę,że to sympatyczny,koleżeński i chętny do pomocy chłopak,uśmiechnięty,pewny siebie,bardzo lubiany... Moje przeciwieństwo... Jednak są rzeczy które mi się w nim nie podobają.Nie będę teraz o tym pisać,jeżeli to konieczne,napiszę o tym następnym razem.W każdym razie,chciałabym ,by coś z tego wyszło.Ale jeżeli wtedy naprawdę ze mnie śmiał,to czy warto zawracać sobie głowę chłopakiem,który tak mnie potraktował?

* * * * *

Natalio, Natalio, nie opieraj na domysłach opinii o nim. Nie zamartwiaj się i nie snuj takich spiskowych teorii. Tak jak Ty się nie z niego śmiałaś tak pewnie on z Ciebie też nie. Na pewno nie rozmawiaj z nim o tym! Dlaczego? Bo nawet jakby tak było (a zaznaczam, że pewnie tak nie było!) to on się wyprze. No, chyba nie wyobrażasz sobie, że nagle chłopak powie Ci w oczy: tak, śmiałem się z Ciebie. Na co Ty mu odpowiesz, że Cię to zraniło. I to podczas pierwszego kontaktu. A zatem on się wyprze, a Ty właśnie na tą przysłowiową "idiotkę" wyjdziesz. Po czym żadne z Was nie będzie miało już ochoty na dalszy kontakt. A chyba nie o to chodzi.
Co Ci doradzę? No, kontakt, oczywiście. Przeczytaj proszę odp. nr: 3, 30, 37, 134, 411, 912 i wybierz coś. Macie wspólne tematy. I to im szybciej tym lepiej. Bo im dłużej będzie trwała taka gra spojrzeń i półuśmiechów tym bardziej będziecie się siebie bali. Wykorzystaj jakiś moment kiedy będzie w pobliżu i zachowaj się tak naturalnie na ile tylko potrafisz.
Jeśli spróbujesz to nawet jak nic nie wyjdzie - będziesz wiedziała na czym stoisz. Nic nie tracisz, zyskać możesz. Powodzenia!

  Agnieszka, 15 lat
1607
25.03.2007  
hej! nieweim jak zacząć.. Kocham Dawida( to chyba miłość..?) od roku on na początku nie zwracał na mnie uwagi nawet wtedy gdy kolezanki mu o mnie powiedzialy... to sie wzielam za jego brata, ale dawid mu powiedzial ze jestem zakochana w nim(dawidzie) , i z bratem nie wyszlo. Ale dawid od zawsze byl do mnie uprzedzony i ze mna nie gadal pisalam do niego esmsy to mnie potem wysmial w szkole z kolegami, i oni nawet teraz sie ze mnie smieją Ale ja dalej kocham Dawida, ale on ma dziewczyne, i nie moge go sobie wybic z glowy- prubuje od roku... i nic On sie tylko namnie patrzy i ja na niego niewiem czy jeszcze cos z tego wyjdzie.Jak myslicie? Nie wyobrazam sibie zycia bez nie go Budze sie z myslą ze go zobacze. CoMAM robic...?

* * * * *

Jeśli się wyśmiewa, jeśli ma dziewczynę to nie szkoda Ci energii na to uczucie? Patrzy się, bo chce wybadać Twoją reakcję. Mile łechce jego męską dumę fakt, że jesteś nim zainteresowana, stąd takie jego zachowanie. Jeśli chcesz się odkochać to poczytaj odp. nr: 80, 526, 653, 825 i poczekaj na tego dla kogo będziesz ważna. Odwagi!

  Elzbieta, 20 lat
1606
25.03.2007  
Czytalam juz odpowiedzi na pytania o roznicy w wyksztalceniu, i ja mam wlasnie taki problem. To znaczy dla mnie nie jest to jakis duzy problem, ze moj chlopak, mimo ze juz ma 24 lata, skonczyl tylko zawodowke. Ciagle go namawiam zeby jeszcze poszedl do 2-letniego liceum wieczorowego i mam nadzieje ze w nastepnym roku pojdzie. Ale problemem sa moi rodzice, i w ogole ludzie, ktorzy pytaja, czemu z nim jestem. Ja studiuje, 2 kierunki, jestem ambitna. I moi rodzice nie umieja tego zrozumiec, czemu z nim jestem. Co chwile sie mama pyta co on robi, jak mowie ze pracuje (a juz jej kilka razy wspominalam gdzie, i to normalna praca, fizyczna wprawdzie, ale na stale i platna nienajgorzej) to ona zlosliwie sie pyta "gdzie? na budowie łopatą macha?" denerwuje mnie to bardzo. I czasem az sie boje ze ktos mnie sie zapyta co ja w nim widze, bo przeciez z takim to nie ma przyszlosci itp. No a ja go poznalam juz dobrze, wiem jaki ma charakter, jak sie zachowuje w roznych sytuacjach, czasem mnie cos u niego w zachowaniu zdenerwuje, ale to normalne przeciez, ja tez nie jestem idealna. Myslimy o wspolnej przyszlosci, duzo rozmawiamy, oboje jestesmy wierzacy i chcemy zachowac czystosc az do slubu. Ale ciezko mi jest, jak sie ktos z rodziny zapyta co on robi, i jak sie dowiedza ze to nie zaden student to juz krzywo patrza:( A przeciez go nie znaja, nie wiedza jaki ma charakter:( w sumie czesto to juz nawet nie o wyksztalcenie chodzi, tylko o to, ze mi rodzice mowia, ze ile on zarobi. I to o pieniadze wlasciwie chodzi. Ale duzo ludzi nawet po studiach nie zarabia duzo i nawet po awansach itp tez nie zarabiaja duzo (np. nauczyciele), wiec ja juz nie wiem czasem co o tym myslec, tym bardziej, ze moj chlopak wie jaka opinie maja o nim osoby z mojej rodziny, i glupio mu ze jak to on okresla "mam przez niego problemy w domu". A odkad sie poznalismy, on i tak sie bardziej stara, znalazl prace na stale, no i moze nawet z ta szkola cos wyjdzie. I dla mnie jest dobry, szanuje mnie, ma duzo pozytywnych cech, ktorych nie widze prawie u zadnego z moich kolegow ze studiow. Prosze o jakas wskazowke co mowic w takich sytuacjach i moze o pani opinie o tej calej sytuacji.

* * * * *

Ile ze sobą jesteście? Jeśli tyle, że zdążyliście się dobrze poznać i podjęliście świadomą decyzję, że chcecie być razem to ja mogę Wam życzyć tylko powodzenia! To co myślę o takich sytaucjach już napisałam w poprzednich odpowiedziach. Po prostu: trzeba mieć świadomość pewnych rzeczy. Widzę, że raczej ją macie. Oczywiście, ważne jest też to jak ktoś się zmienia i czy chce się zmieniać. Jeśli czujecie się na siłach nie robić sobie nawzajem wyrzutów z powodu różnic, jeśli oboje naprawdę siebie akceptujecie i cenicie to nie rozumiem zupełnie dlaczego mielibyście rezygnować z tej znajomości.
Rodzice na pewno się matwią o Ciebie. Ja to rozumiem, bo oni boją się np. takiej sytuacji, że Ty idziesz na bezpłatny urlop wychowawczy a mąż nie jest w stanie Was utrzymać. Porozmawiaj o tej sytaucji z chłopakiem i zapytaj jaki ma na to pomysł. Jeśli ma, jeśli przejawia inicjatywę, jeśli chce np. rozwinąć firmę, jeśli ciągle coś udoskonala to możesz być spokojna.
A co mówić rodzicom? Że masz świadomość i że on jest gotowy wziąć odpowiedzialność za rodzinę. Że chce (…skończyć jakąś szkołę, założyć firmę itp…), że idzie mu coraz lepiej. Że jesteś z nim szczęśliwa, że cenisz w nim pewne wartości, że on Cię szanuje, że cały czas się poznajecie. Przede wszystkim Ty musisz być pewna. I silna. Jeśli będziesz ludziom z dumą mówić, że Twój chłopak jest świetnym fachowcem a nie że nie skonczył studiów to jego odbiór będzie zupełnie inny. Bo na to co ludzie pomyślą ma wpływ nasz przekaz informacji. To JAK o czymś mówimy. Jeśli z radością i dumą - to jest jasne, że to jest dla nas ważne, jesteśmy tego pewni i to cenimy. Jeśli z lękiem i niepewnością to sygnał, że się tego boimy. A wtedy to jest "woda na młyn" i tysiące argumentów, żeby nas od tego odwieść.
Czy rodzice w ogóle znają Twojego chłopaka? Bo często boimy się nieznanego. Może kontakt z nim przełamie lody? Może zobaczą jakie ma dobre cechy?
Polecam także modlitwę i spokojne rozmowy z rodzicami i wiele, wiele rozmów o przyszłości z chłopakiem. Z Bogiem!

  Alicja, 30 lat
1605
25.03.2007  
pytanie z seriiTarapaty małżeńskie
jestem bardzo szcześliwa w małzeństwie, od 6 lat jestem mężatką...zawsze byliśmy blisko Pana....cały czas stosowaliśmy metody naturalne....aż do zeszłego roku.....nadal jesteśmy przekonani że nie ma nic lepszego....ale mamy dwojkę dzieci i nasze współzycie ograniczało sie do 1-2 razy na miesiąc...bo kiedy były niepłodne dzieci chorowały o noce zarwane, albo mąż mial na noc, a jak były płodne nie wspólżyliśmy gdyż na razie nie możemy sobie pozwolić na wiecej dzieci, i w końcu złamaliśmy się ,biorę pigułki....nie ma dla mnie nic gorszego niż grzeszyć świadomie....każdego dnia żałuję i nie wiem jak spojrzeć Bogu w oczy....on wie jak bardzo mi z tym żle ...ale na razie chyba nie jestem w stanie prtzerwać....prosze ...teraz jest wielki post...chciałabym iśc do spowiedzi...ale czy dostane rozgrzeszenie skoro nie mogę obiecac poprawy....jak ma sie do tego spowiedz....?błagam....


* * * * *

No generalnie warunkiem rozgrzeszenia jest postanowienie poprawy, ale nie mnie o tym decydować, trzeba porozmawiać ze spowiednikiem. Każda sytuacja jest indywidualna.
Natomiast z innej beczki: czy naprawdę trzeba grzeszyć ze strachu przed dzieckiem? Bóg WIDZI Waszą sytuację, wie jakie macie problemy i na pewno WIE co robi. Nie ma takiej sytuacji, że człowiek musiałby grzeszyć. A npr jest naprawdę bardzo skuteczne. Jeśli potrzebujesz więcej informacji zajrzyj na stronę : www.npr.pl.
Dobrze, że czujesz wyrzuty sumienia - to znak, że Bóg o Ciebie walczy. A jeśli żałujesz - przestańcie grzeszyć - po prostu. Może warto wreszcie zaufać w życiu Bogu naprawdę?

p.s. Wiecie ile jest niepłodnych małżeństw marzących o dziecku? Doceńcie Waszą płodność zamiast się na nią złościć. A jak rodzi się w Tobie bunt po przeczytaniu tych słów to zapraszam na forum na stronie: www.nasz-bocian.pl. Od razu poprawi Ci się samopoczucie.
Przepraszam, że tak ostro, ale sama sobie zaprzeczasz. Zdejmijcie z siebie ten ciężar, który dobrowolnie sobie nałożyliście - całkiem niepotrzebnie. Z Bogiem!

  Agnieszka, 17 lat
1604
25.03.2007  
Ponad pół roku temu zerwaliśmy po okolo 2 letnim zwiazku.. A w zasadzie to on zerwał bo zostawił mnie dla innej.. Nie będę już pisać ile błędów popełniliśmy(chociażby za duże zaangażowanie, czasami za daleka granica w fizycznosci). Na początku było mi bardzo ciężko, ale dzięki moim przyjaciolom jakoś udało mi się to po pewnym czasie wszystko przełknąć ... Problem w tym że ostatno wszystko do mnie wraca znów sni mi sie codziennie po nocach znów zaczyna bardzo boleć.. Bardzo chcialabym zeby wrocil choc wiem ze to nie możliwe.. Wiem że to głupie w tym wieku narzekać na samotnosc ale moze gdyby kots byl przy mnie potrafilabym zapomniec... Chwilami już na prawdę nie chce mi się żyć.:( co mam robic?

* * * * *

No niestety, rany muszą się zagoić. To normalne, że po pogodzeniu się z sytuacją czasem jeszcze mamy "napady" bólu, żalu, samotności. Dlatego musisz pogodzić się z tym, że jeszcze jakiś czas tak będzie. Jak długo nie wiem. Proś Boga, by Cię uleczył, by trwało to jak najkrócej. Obecność nowej osoby przy boku pozornie ukoiłaby ból. Bo fakt, może byś tak nie myślała, nie czułabyś samotności, ale zbyt szybkie zaangażowanie się w nowy związek póki nie ma się jeszcze wolnego serca grozi porównywaniem tej osoby do tamtej, żalem, że nie jest taka, że nie daje nam tego co tamta, że inaczej się zachowuje, inaczej rozmawia. W ten sposób zamiast cieszyć się bliskością czujemy niedosyt i ranimy tą osobę. Dlatego trzeba najpierw uleczyć swoje serce, by było ono wolne i otwarte w pełni na kogoś innego. Z Bogiem!

  Paulina
1603
25.03.2007  
Dlaczego moja koleżanka ma chłopaka a ja nie?? Jest grubsza ode mnie!!

* * * * *

A to powodzenie zależy od wagi? Przeczytaj proszę odp. nr: 461,1265.

  szukająca..., 18 lat
1602
25.03.2007  
1. Czy jeżeli ktoś grzeszy to czy należy go upominać? To jego życie przecież i może nie chce by ktoś się wtrącał... Chodzi mi o to, że moja koleżanka mówi, że odkryła Boga, że wierzy, czyta Pismo Święte, chodzi ze mną w piątki na mszę dla młodzieży i spotkania. Jest jedno ale... Ona nie chodzi w niedziele do kościoła, a w piątki normalnie przyjmuje Komunię... Nie chce jej potępiać bo mi też kiedyś to się zdarzyło, ale ona nie wiem czy widzi w tym problem, czy chce to zmienić... Po za tym ona od wpływem chłopaka i znajomych zaczyna trochę negować nie które prawdy wiary, czy coś w tym stylu... Ona chyba będzie chciała zmienić wyznanie. No i
właśnie z jednej strony mówi jaki Bóg jest dla niej ważny, a z drugiej... Przecież nie można wiary dostosowywać do swojego "widzi- mi się"... Martwię się o nią, mam reagować? Czy ja mam grzech dlatego, ze nic jej nie mówię itp?

2. Jak rozpoznać to swoje powołanie? Ja zawsze chciałam być matką i jakoś nie dopuszczałam drogi... Aż do czasu... Byłam w Sanktuarium Bożego Miłosierdzia (moją patronką z bierzmowania jest Faustyna) i poprosiłam Boga, aby wskazał mi drogę... No i następnego dnia ksiądz powiedział mi, ze bym była dobrą zakonnicą choć nic mu nie mówiłam o takiej myśli i w ogóle wokół pojawiło się wiele zakonnic... Czy to mogą być jakieś znaki? Boję się tego... To chyba nie jest dla mnie... Jak rozpoznać czy to naprawdę jest powołanie? Stwierdziłam, że jak pójdę do Krakowa na studia to będę mieszkać u sióstr jakiś i w sumie tak myślę, że wtedy to już chyba bym tam została... Boję się też, że będzie to moja ucieczka od samotności... A może Bóg specjalnie nie postawi na mojej drodze żadnego mężczyzny...? Boję się też, że nie będę umiała rozpoznać głosu powołania, a tym bardziej za nim pójść...

3. Grzech jest grzechem prawda? Każdy jakoś rani Boga prawda? Ale w ocenie moralnej można grzechy podzielić na jakieś mniejsze i większe? Nie chodzi mi tu o podział na grzechy lekkie i ciężkie, ale czy wśród grzechów ciężkich można też zrobić taki podział? np. ściąganie na sprawdzianie, a morderstwo? Bo ostatnio kolega (ewangelik) powiedział, że nie ma większych i mniejszych grzechów..

4. Co zrobić gdy się z kimś pokłóciłam? Ja wiem rozmowa, wytłumaczenie... Tylko, że ja nie do końca wiem czy ta osoba jest serio zła i za co? A jest to kapłan... Nie wiem, nie chce się narzucać, a z drugiej strony męczy mnie to i boli...

Z góry dziękuje za odpowiedź... Z panem Bogiem:)


* * * * *

W tym dziale odpowiadamy na pytania dotyczące miłości. Twoje pytania - choć ważne - nie są tematycznie z tym związane. Dlatego proszę je zadać na Forum Pomocy www.katolik.pl albo nadesłać do ks. Piotra Pawlukiewicza do "Katechizmu poręcznego" w Radio Józef.

  Ania, 25 lat
1601
23.03.2007  
To w zasadzie nie jest pytanie, ale wątpliwość. Poznałam chłopaka i myślałam, że to jest ten jedyny. Po jakimś czasie zaczęło mi czegoś brakować. Wiem, że on mnie bardzo kacha. Ale ja zaczęłam mieć wątpliwości. Przestałam być z nim szczera. Miałam nadzieję, że uczucie, które było na początku powróci, że są to tylko chwilowe wahania. Tymczasem on zaczynał mieć do mnie pretensje o to, że unikam z nim kontaktu. Pokłóciliśmy się o to, iż ja potrzebuję więcej przestrzeni. On chciał bardziej konkretnych ustaleń. Nie mogłam go okłamywać. Zerwałam z nim i czuję się z tym fatalnie, bo mi na nim nadal zależy, ale nie tak, jakby on tego chciał. Szkoda mi tych wspólnie spędzanych chwil... W dalszej perspektywie tak będzie lepiej dla niego, bo to wspaniały człowiek. A ja chyba nie jestem zdolna do miłości. A tak się modliłam, żeby nam wyszło, żeby mnie Bóg wspomógł w tym uczuciu... Wiem, że ból minie i mam nadzieję, że on ułoży sobie życie. Jednak zdaję sobie sprawę, że go bardzo skrzywdziłam. Piszę to, bo jest mi źle z samą sobą i chcę powiedzieć wszystkim, że jestem potworem. Może tacy ludzie, jak ja też muszą istnieć, bo tak to świat stałby się nazbyt cudowny...

* * * * *

Jesteś zdolna do miłości, a twierdzenie, że jesteś potworem jest ogromnym sukcesem szatana, który pozwolił Ci w to uwierzyć. To jego sukces bo jak ktoś mu uwierzy to przestaje pracować nad soba, uznając, że jest zły i koniec. Dlatego nie wolno Ci w to wierzyć. Bóg KAŻDEGO stworzył na SWÓJ obraz i podobieństwo, a zatem każdemu dał zdolność kochania. Tak naprawdę nie wiem co Cię skłoniło do rozstania z chłopakiem. Jeśli czujesz, że on Cię ograniczał, że brakowało Ci przestrzeni to może problem był w zazdrości? Wtedy polecam odp. nr: 24, 377, 1343, 1385. A może "po prostu" przeszliście przez etap zakochania, gdzie opadły emocje i nagle zaczęło Ci się wydawać, że już nie kochasz? To najbardziej typowa i najgorsza przyczyna rozstania. Poczytaj ten artykuł: [zobacz] i odpowiedz sobie na pytanie czy tak nie było. Jeśli nie było to prawdopodobnie po głębszym poznaniu go uznałaś, że to nie ten człowiek. Jeśli zatem potrafisz wymienić przyczyny, dla których nie chciałaś z nim być (konkretnie), cechy, które Ci nie odpowiadały to nie możesz się winić. Nie mamy obowiązku być z każdym, a po to jest czas poznawania się, by podjąć słuszną decyzję. Natomiast na przyszłość polecam te artykuły: [zobacz], [zobacz] - być może pomogą Ci specyzować swoje oczekiwania i zweryfikować swoją postawę.
Bardzo mało napisałaś, nie mogę nic konkretniej doradzić. Z Bogiem!


Ostatnia aktualizacja: 05.06.2008, 16:17


[ Powrót ]
Daj plusika:
[ Strona główna ] Drukuj Wyślij link
Trudna miłość. Jak pokonać kryzys? Trudna miłość. Jak pokonać kryzys?
Tonino Cantelmi, Rachele Barchiesi
Dlaczego zbudowanie stałych i silnych związków uczuciowych wydaje się dzisiaj bardzo trudne czy wręcz niemożliwe? Jakie są przyczyny kryzysu panującego w relacjach międzyludzkich? Autorzy niniejszej książki starają się ukazać te przyczyny. Chcą pomóc Czytelnikowi, zwłaszcza młodemu, w budowaniu trwałych relacji z innymi ludźmi.... » zobacz więcej
Zakochanie… i co dalej? Zakochanie… i co dalej?
Jacek Pulikowski
Książka ta jest pierwszym krokiem do szczęśliwego małżeństwa. Pomyśl o radosnym czasie zakochania, chodzenia ze sobą, narzeczeństwa i nie zmarnuj go! Wykorzystaj cenne wskazówki autora dla dobra twojego i przyszłego współmałżonka... » zobacz więcej
O stronie... | Ogłoszenia | Konkurs | Wspomóż nas | Polityka Prywatności | Kontakt

© 2001-2011 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej