Kartki Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Czat Opowiadania Perełki
Miłość czy MIŁOŚĆ? Czyli sztuka chodzenia ze sobą Miłość czy MIŁOŚĆ? Czyli sztuka chodzenia ze sobą
Katarzyna i Tomasz Jarosz
Przeczytaj tę książkę! Być może znajdziesz tu odpowiedzi na swoje pytania, a przedstawione rady pomogą Ci wybrnąć z sytuacji w jakieś się znalazłeś.... » zobacz więcej
miłość czy Miłość?

Odpowiedzi na pytania

Odp: [1-50], [51-100], [101-150], [151-200], [201-250], [251-300], [301-350], [351-400],
[401-450], [451-500], [501-550], [551-600], [601-650], [651-700], [701-750], [751-800], [801-850], [851-900]
[901-950], [951-1000], [1001-1050], [1051-1100], [1101-1150], [1151-1200], [1201-1250], [1251-1300],
[1301-1350], [1351-1400], [1401-1450], [1451-1500], [1501-1500], [1551-1600], [1601-1650], [1651-1700],
[1701-1750], [1751-1800], [1801-1850], [1851-1900], [1901-1950], [1951-2000], [2000-2050], [2051-2100],
[2100-2150], [2151-2200], [2201-2250], [2251-2300], [2301-2350], [2351-2400], [2401-2450], [2451-2500],
[2501-2550], [2551-2600], [2601-2650], [2651-2700], [2701-2750], [2751-2800], [2801-2850], [2851-2900], [2901-2950], [2951-3000],
[3001-3050], [3100-3100], [3101-3150], [3151-3200], [3201-3250], [3251-3300], [3301-3350], [3351-3400],

Tak niewiele trzeba, by wznieść się ponad przeciętność Tak niewiele trzeba, by wznieść się ponad przeciętność
Florence Littauer
Nikt nie chce być przeciętnym...Dlaczego więc tak wielu z nas tak mozolnie egzystuje na średniej życiowej? Dlaczego zmagamy się przez cały rok, wydzieramy grudniową kartkę z kalendarza i zastanawiamy się, po co to wszystko?... » zobacz więcej




  Kari, 21 lat
1700
12.05.2007  
No więc na wstępie można zacznę od pozdrowienia. Mój problem jest hm.. trochę niejasny... Otóż... ponad dwa lata temu poznałam fajnego chłopaka. Byliśmy razem niewiele czasu, ale wystarczająco dużo, abym mogła się w nim zakochać do szaleństwa. I wszystko byłoby ok. gdyby on nie zerwał ze mną. Powiedział, że nic do mnie nie czuje i że nie chce być już ze mną. To naprawdę bardzo mnie zabolało. I ni umiałam sobie z tym poradzić. A zrobił to w dość ważnym momencie mojego życia- czekały mnie ważne egzaminy studyjne i jego wsparcie by mi bardzo pomogło, a on tak brutalnie ze mną zerwał. Rozstaliśmy się w gniewie- znaczy ja byłam zła, moja duma była no nie wiem chyba urażona. Ale on w dość spokojny sposób zareagował na moja awanturę i zaproponował przyjaźń. Z początku nie wiedziałam, czy to jest dobre rozwiązanie bo zawsze wydawało mi się, że przyjaźń po związku nie istnieje, że zawsze chłopak albo dziewczyna mają do siebie pretensje o coś. No ale tak czy owak zgodziłam się i zostaliśmy tak jakby \'przyjaciółmi\'. Często rozmawialiśmy przez telefon, ale to była taka dziwna rozmowa, nie kleiła się. Tylko raz potem się spotkaliśmy- ja nie chciałam go widzieć. Zaznaczam, ze to on pierwszy zawsze się do mnie odzywał, czasem robił aluzje na tematy męsko-kobiece- chyba flirtował? no nie wiem... Ja się dziwnie czułam. Czasem za nim tęsknię. Bardzo brakuje mi go, a może w ogóle kogoś bliskiego mi brakuje? Bo nie byłam z nikim po tym jak zerwałam z nim. Czasem te jego słowa są dwuznaczne. Nie wiem jak mam rozumieć jego zachowanie. Nie wiem czy chcę nadal tej przyjaźni, bo nadal coś do niego mam i za każdym razem gdy rozmawiam z nim on rozpala we mnie małą iskierkę nadziei... A potem się nie odzywa kilka dni i znowu dzwoni.. Nie wiem co mam zrobić... :( Jestem załamana...

* * * * *

Droga Kari! Ja też nie bardzo wierzę w przyjaźń po związku, nawet o tym pisałam w odp. nr: 7, 1561, 1571. Ja uważam, że niepotrzebnie mu uległaś. On czuje się dobrze, bo ma Cię na wyciągnięcie ręki, rozmawia sobie kiedy chce a potem problem dla niego nie istnieje. I w ogóle nie bierze pod uwagę Twoich uczuć. Przecież Ty się z tym męczysz i odchorowujesz każdą rozmowę. Przecież to widać. Dzieje się tak, bo Ty nadal żywisz do niego uczucia, a poprzez spotkania czy rozmowy rana się odnawia. Moim zdaniem przyjaźń czy nawet znajomość z kimś z kim się było można podtrzymywać tylko wtedy gdy nas już to nie boli, gdy czyjś widok "nie rusza", nie złości, nie czuje się żalu. Inaczej nie ma sensu. Jak Ty masz o nim zapomnieć, jak się odkochać jeśli on ciągle robi Ci nadzieję i na dodatek dwuznacznie się zachowuje? To egoistyczne z jego strony! Jeśli nie chce z Tobą być to niech Ci da spokój i Cię nie męczy!
Moja Droga! To Ty wyznaczasz granice. Rób tylko tyle ile chcesz i możesz. Jak nie czujesz się na siłach to w ogóle nie musisz utrzymywać z nim kontaktu - do czasu gdy całkiem nie dojdziesz do siebie. Do niczego nie jesteś zobowiązana.
Wnioskuję z Twojego listu, że to Ty byłaś stroną bardzo zaangażowaną a on przeżył chwilowe zauroczenie a jak mu przeszło to tak lekko zadecydował o przyjaźni.
Nie męcz się. Wykorzystaj rady z odp. nr: 80, 526, 653, 825 i pomyśl o sobie.
Z Bogiem!

  Milunia, 15 lat
1699
12.05.2007  
Wiem, że w tym wieku nie można się zakochać. Mogę być tylko zauroczona chłopakiem, ale tak dziwnie się czuję kiedy z nim rozmawiam. On jest ode mnie starszy o 6 lat. Kiedyś jego młodszy brat poprosił mnie o chodzenie ja jednak się nie zgodziłam stwierdziłam że mamy jeszcze czas, ale tak naprawde już wtedy podobał mi się Dawid bo ta ma na imię. Jest ministrantem i lektorem ,a ja kantorką i czasem wypada tak że razem bierzemy udział we mszy. Proszę o jakąś podpowiedź co mam zrobić. Czy mam mu powiedzieć co czuje czy jeszcze z Tym zaczekać ( boję sie by mnie nie wyśmiał i nie uważał za małolatę)???

* * * * *

Zakochać się w tym wieku można. Zapewne masz na myśli miłość - to faktycznie powinno jeszcze poczekać. Pisałam o tym w tym artykule: miłośc. Co do wyznawania uczuć: nie mówić! Zdecydowanie nie mówić. Związku nie zaczyna się od końca: wyznanie uczuć jest jednym z elementów decyzji o budowaniu wspólnej przyszłości. Za wczesne powiedzenie "kocham" powoduje zdziwienie, presję i często jest końcem związku. O tym pisałam w odp. nr: 18, 61, 74, 217, 514, 1168, 1287. A zatem jeśli on Ci się podoba to zacznijcie się poznawać i przyjaźnić, a potem zdecydujecie czy chcecie ze sobą być. Poczytaj o tym jak nawiązać kontakt w odp. nr: 3, 30, 37, 134, 411, 912, 1486. Z Bogiem!

  Alicja, 17 lat
1698
12.05.2007  
Witam serdecznie. Od kilku już dni obserwuję ten dział, poświęcony naszym problemom i jestem bardzo wdzięczna, że coś takiego powstało i pomaga bezinteresownie ludziom w potrzebie. Serce roście oglądąjąc tę wspaniałą stronę. Pozwolę sobie rozpisać się na wiele tematów, bowiem dosyć trudno jest trafić na czas, w którym limit pytań nie jest wyczerpany. Trafiłam tu wpisując w google pomoc. Dużo się dowiedziałam o wielu ważnych sprawach, postanowiłam odmawiać Tajemnicę szczęścia i 20.05 rozpocząć Duchową Adopcję. Wszystko w intencji mojej własnej. Mojej przemiany, uzdrowienia fizycznego i duchowego. Mam ciągle problemy z sobą samą, z relacjami z rodziną i rówieśnikami, z własną tożsamością. W Internecie znalazłam też objawy bulimii, które to wszytskie z przykrością stwierdzam u siebie. Nie mam do kogo się z tym zwrócić. Poza tym przeżyłam w osotanich miesiącach coś co mogłoby pretendować do miana namiastki miłości. Jednak...

Wszystko aczęło się na ostatnich wakacjach, które najczęściej spędzam u dziadków na wsi. Mieszka razem z nimi mój wujek(Paweł), ma dwadzieścia cztery lata i jest dla mnie jak starszy brat, nie wujek. Od dzieciństwa dobrez razem sie dogadujemy i mówię mu o wszystkim, totalnie o wszytskim, a ona mi też o swoich ważnych sprawach. Jest bardzo dobry i kochany. Uwielbiam go. jka to na wsiach bywa, w sobotę młodziez zjeżdża sie na różne zabawy. Tak więc i ja razem nim i jego kolegami, moimi siostrami jeździlismy, żeby potańczyć. Paweł ma przyjaciela, ktorego zna od dzieciństwa. Doskonale się dogadują i praktycznie są braćmi. Tym bardziej, że Paweł ma 4 starsze siostry (w tym moja mama) i żadnego brata. Jego rodzice, moi dzadkowie to są dla niego jak dziadkowie też, nie jak rodzice. Dzieli ich różnica dwóch pokoleń, nie jednego. Ów przyjaciel, Krzyś jest też w jego wieku. Na ostatnich wakacjach Paweł robił remont domu, a Wszelkie prace z tym związane(szpachlowanie, malowanie itp.) wykonywał Krzyś ze swoim szwagrem. W tym samym czasie mieszkałam ja z moim siostrami tam i tak całymi dniami razem coś robiłyśmy. Pomagałyśmy im tapetę zrywać, kawę im robiłyśmy. Krzysia znamy też już od początków dzieciństwa, dlatego traktujemy go jak bardzo dobrego kumpla, trochę brata, trochę wujka, takiego jak i Paweł. Pewnego razu pojechaliśmy na dyskotekę, wszyyscy razem i doskonale się bawilismy. Ja tańczyłam głownie z Krzysiem, ale to nie były jakieś podejrzane macanki czy inne nieskromne rzeczy. Cały czas tańczyliśmy i bawiliśmy się dla samej zabawy, bardzo duużo żartowaliśmy, tak po przyjacielsku.. Po prostu świetnie się razem czuliśmy. Pewnego dnia, znów pojechaliśmy na imprezę. I jakoś tak wyszło, że ja Przez cały czas przebywałam z Krzysiem, on się mną tam opiekował, i nie pozwalał, żebym była sama wsród tylu nietrzeźwych ludzi w dyskotece. Dodam, że ja nie piłam alkoholu. To było bardzo miłe. Kiedy wracaliśmy, Paweł mi szepnął, że chyba Krzyś będzie chciał ze mną zostać i że on mnie ewidentnie podrywa. Zdziwiłam się barzdo i nie wydawało mi się to prawdą. jednak faktycznie jka jeszcze Z Pawłem pogadaliśmy przed domem i już on szedł ja też chciałam to Krzyś mnie zatrzymał. Pospacerowaliśmy trochę. Było ok 3 nad ranem. Lekki sierpniowy wiaterek i tak łądnie było. Obojdu nam się chciało spać więc się przytuliliśmy opierając glowy o siebie. I wtedy się zorientowałam, że Paweł miał rację. Delikatnie zaczął mnie całowac po szyi, czego pierwszy raz doświadczyłam i bardzo to mną wstrząsneło. Ale nie wiedziąłam, czy to jest dobre czy nie. Potem chciał naprawdę mnie pocałować, jednak tego uniknęłam i mu powiedziałm, ze chcę z tym poczekać na mojego prawdziwego chłopaka, moją miłość. Ale ni udało mi się tego mu przetłumaczyć i zrobił swoje. Zapytałam go czy się we mnie zakochał, powiedział, że nie. Miałam wtedy aparat ortodontyczny i się śmieliśmy, że jednka można z aparatem się całować. chciałam wtedy, żeby się ta noc nie skończyło. Było nam bardzo dobrze razem. Następnego dnia byłam cały czas uśmiechnięta, radosna i szczęśliwa. takie uczucie beztroskości i piękna życia. Po dwóch dniach znów pojechaliśmy i już sytuacja mniej więcej się powtórzyła. Rozsądnie chyba wtedy nie myślałam. Na feriach u Pawła urządziliśmy domówkę. Na początku miał to być kulig, ale było za zimno. Zjechało się ok 16 osób. W tym też Krzyś, Pawła dziewczyna i jej siostra. Bardzo polubiłam Izę (Pawła właściwie teraz już narzeczoną) i jej siostrę. Pierwszy raz się spotkałam z tą siostrą, ale rozmawiałyśmy już jako przyjaciółki. Fakt związku Pawła i Izy nas tak zbliżył. Najpierw siedzieliśmy, potem już tańczyliśmy. Na koniec zostałam ja, Iza i Ola (siostra Izy) Paweł i Krzyś. Ok. 3 godz Paweł i iza poszli do pokoju, sobie odpcząć na tapczanie, a ja z Olą położyłyśmy się na innym tapczanie i rozmawiałyśmy. Podpuściłysmy trochę Krzysia, żeby do nas pzryszedł bo nie miał się gdzie podzać. i tak we trojką najpierw lezeliśmy a potem zasnęliśmy. Koło 5 Iza i Ola pojechały do domu, Paweł poszedl spać, a ja z Kzrysiem zostaliśmy tak jak leżeliśmy, przytuleni. Nad ranem go odprowadziłam trochę a już widniało. Prosiłam go ,by nie całował, bo to jest puste i nie ma sensu tylko dla przyjemności. Od wakacji do ferii miałam czas żeby przemyślec sprawę. Kiedy wróciłam do domu codziennie myślałam o tym co się stało, jakie tego konsekwencje mogą być i w ogóle dużo się zastanawiałma. Kidy było mi źle bardzo chciałam, zeby był przy mnie Krzyś i mnie przytulił. Pewnego razu do mnie zadzwonił i powiedział, że wyjedzie do Anglii. Nie wiedziałam co myśleć. Z jednej strony bardzo załowałam, z drugiej zaś myślałm, ze tam będzie mu lepiej i jak nie będziemy mieli w ogóle konatktu to i tylko będzie lepiej. Zapomniałam też wspomnieć, że wcześniej jeszcze przed feriami, w Święta Bożego Narodzenia rozmawiałm z nim o nas, o tym co było i co będzie dalej. Bardzo cięzko mu było mówić, ale w końcu powiedział, że ja mu jestem przeznaczona i on tego jest pewien. Że bardzo by chciał być ze mną. Zapytałam więc go czym jest miłość. Odpowiedział, że miłość jest wtedy gdy stary zgarbiony dziadek mówi do tak samo zniedołężniałje babci: "kochanie". Zapamiętałm to dokładnie. On jest w gruncie rzeczy dobrym chłopcem. Tylko już od 12 roku pali papierosy, tak samo wcześnie zaczął z alkholem. W domu często ma sprzeczki zrodzicami i nie ma pomysłu na życie. Nie miał na stałe poważnej dziewczyny. Żyje z dnia na dzień. Coraz częściej zauważa i to go przygnębia, że już jego młodość mija a on dalej żyje jak 18 latek. Kiedyś z nim rozmawiał o tym paleniu papierosów i delikatnie próbowałam mu wyjaśnić, że to nie jest dobry sposób. Że to go niszczy. Po pewnym czasie ku mojemu wielkiemu zdumieniu dowiedziałam się , że on rzucił palenie. Na początku nikt w to nie wierzył. Jak on może ot tak po 12 latach z papierosem powiedzieć sobie nie? a jednak może. I faktycznie w ogóle przestał palić. Miałam tochę wrażenie, jakby to było jeg owyrzeczeni po części dla mnie. Po tym wszytskim zrozumiałm, że chyba naprawdę, nie byłam mu kolejną fajną laską z którą po prostu dobrze się bawił, ale związał się ze mną emocjonalnie. Zważając na jego wiek i na to, że już jego rówieśnicy zawierają małżeństwa i on zaczyna chyba odpowiedialnie i powaznie myslec o zyciu. Jednak to wszytsko sa to jedynie moje domysly. Postanowiłam zerwac z nim calkowicie kntakt. Nie chcialam byc przyczyna jego cirpien wywolanych rozczarowaniem. Dla mnie jest to bardzo dobry czlowiek, ale ne wyobrazam sobie naszego wspolnego zycia, poza tym czuje sie niedojrzala, zeby angazowac sie w taki zwiazek, w ktorym on stawia wszytsko na jedna karte, na mnie.Poza tym on nie wierzy w Boga, nie chodi do koscioła.. to mnie bardzo boli i nie wiem czy by potrafił kochac tak pieknie, jak Bóg nas uczy. Przestalam sie odzywaci pisac, zeby nasz znajomosc nie postepowala i by on mogl o mni zapomniec. niedawno, w weekend majowy pojechalam do pawla. okazalo sie ze jest tam ognisko na ktorym byl krzys. gdy zaszlam tam z pawlem i iza, z krzysiem sie nie przywitalismy i zachowywalismy sie tak jakbysmy sie nie znali. nie moglam tego wytrzymac bo iwedzialam jak wiele nas juz laczylo, i ze on w ogole nie wiedzial dlaczego tak sie zachowalam przed paroma miesiacami. poprosilam go nagle o rozmowe na osobnosci. troche niechetnie, ale sie zgodzil. wytlumaczylam mu wszystko najlepiej jak umialam. zrozumial i przytulil mnie. powiedzial ze codzienie o mnie mysli, tak jak i ja o nim. codziennie sie modle o to by znalazl swoja droge by byl szczesliwy. bardzo chcial mnie pocalowac, ale poprosilam go zeby tego nie robil. i powstrzymal sie, chociaz caly sie trząsł. Bardzo mi bylo smutno znow sie z nim zegnac. po kolku dniach otrzymalam wiadomosc: przepraszam za to co bylo, wiesz ze nie chcialem i nie chce cie zranic, wybacz.

I tak, w tym przedługim opiście ( za co bardzo przepraszam) miesci sie streszczenie naszej znajomości. Bardzo proszę o duchową poradę w tej kwestii co powinnam teraz zrobić, czy życ z nim tak, jka z przyjacielem, czy sie od niego odciąć i unikać.. I w ogóle co to było?. Był to pierwszy chłopak z którym przeżyłam tak wspaniałe chwile. Jestem teraz bezradna, bardzo proszę o pomoc. I dziękuję za cierpliwość w czytaniu tego tekstu.


* * * * *

Droga Alicjo! Jesteś mądrą dziewczyną i jestem naprawdę pełna podziwu dla Ciebie.
Widzę, że masz świadomość jak powinny wyglądać relacje między chłopakiem i dziewczyną i że nie wolno zaczynać związku od końca (pocałunek jest wyrazem dojrzałej miłości a nie sposobem miłego spędzenia czasu i dlatego dobrze, że nie chciałaś na to pozwolić). Słusznie wyciągasz wnioski o tym braku pomysłu na życie z jego strony. Nie można żyć jak nastolatek w tym wieku, nie można nie wiedzieć co się chce i do czego się zmierza. Mężczyzna musi mieć pomysł na życie! (pisałam o tym w artykułach: [zobacz], [zobacz]).
Bardzo dojrzale się zachowałaś przeprowadzając z nim tą rozmowę.
Naturalnie, rozumiem Twoje odczucia, po prostu był to pierwszy chłopak, z którym doświadczyłaś tych emocji i to wspomnienie zawsze w Tobie zostanie. Natomiast jak sama wiesz nie można bazować na emocjach, bo aby była miłośc i związek muszą być zupełnie inne podstawy (o tym pisałam w tym artykule: [zobacz]). Odpowiadając na Twoje pytanie: myślę, że dopóki emocje w Tobie nie przygasną nie dąż za specjalnie do kontaktu z nim, bo będzie Ci ciężko i jemu narobisz nadzieji. Natomiast gdy tam pojedziesz zachowuj się normalnie, nie unikaj go ale i nie szukaj na siłę okazji do spotkania. Trwaj w swoich postanowieniach i swojej wizji miłości - jest słuszna. Módl się też o dobrego chłopaka np. tą modlitwą: [zobacz] oraz za Krzysia - żeby Bóg pokazał mu jego drogę.
Aha! Przeznaczenia nie ma. O tym pisałam w odp. nr: 58, 86, 896.

Z Bogiem!

  Sabina, 17 lat
1697
12.05.2007  
Rok temu byłam na rekolekcjach RAMowskich . Tam przyjeżdżając nikogo nie znałam . Poznałam tam dziewczynę, która też była pierwszy raz, więc w sumie razem się trzymałyśmy. Gdy mieliśmy wychodzić w góry pewien chłopak zaproponował , że może którejś z nas ponieść plecak, ja miałam torebke więc stwierdziłam ,że nie jest ciężka i sama mogę ją ponieść, a tamta dziewczyna miała plecak więc dała mu swój plecak. Ten chłopak mi sie podobał ,ale po powrócie z gór oni zaczeli się zachowywać jak para, więc nie chciałam nic robić poprostu zachowywałam się jakby mi był obojętny. Po agappe tuż przed wyjazdem chłopcy wylądowali w naszym pokoju. On spał pomiędzy mną, a tą dziewczyną. W nocy kilka razy się budziw odwrócony do mnie choć nie był tego w pełni świadomy. Rano obudził go nasz animator , że co on robi jak się tamta obudzi a ten jest odwrócony do mnie. Po powrocie do domu nie utrzymywałam z nim kontaktu , z tą dziewczyną tak. Po miesiącu poszłam na pielgrzymke na Kalwarie Pacławską, ona była tam już kilka dni , on szedł w ten sam dzień co ja. On z nią się widział na Kalwarii 10 minut bo jej pielgrzymka już wracała. Wieczorem zorganizowałam spotkanie paru osób z rekolekcji troche wspólnie chodziliśmy. Ja stwierdziłam , że jestem zmęczona i on mnie odprowadził na stancje , gdzie moja pielgrzymka spała, przez przypadek dotknełam jego dłoni i on stwierdził, że nie powinnam tego robić bo jest tamta. Następnego dnia rano po dróżkach chodziłam ze swoją pielgrzymką, a całe popołudnie od 14 , aż do 22 z wyjątku mszy na której byłam obok tata spędziliśmy razem we dwoje gdzie szedł nawet jak przebywaliśmy z naszymi znajomymi to mnie zabierał.Kolejnego dnia ja nie poszłam na dróżki bo miałam tylo jedne buty , a deszcz padał, jego pielgrzymka miała wyjść wcześnie rano, ale wyszli dopiero o 11 przed południem , więc od 8 do 11 byłam u niego na stancji. Wrócił o 15 wiec od 15 do 24.30 byliśmy cały czas razem. Jak przedstawiał mnie swoim kolegom to mówił to jest Sabina , a na pytanie czy jestem jego dziewczyną patrzył się na mnie i się uśmiechał , a ja się w tedy zaczynałam płumaczyć , że tylko znajomą. Spotkaliśmy również znajomych jego rodziców to przedstawił mnie jako swoją dziewczynę, ja nieco się zdziwiłam , ale stwierdził że niechciał im tego tłumaczyć i tak poprostu było prościej. Wieczorem uratowałam go przed wypicie kawy z herbatą , bo koleżanka wlała mu do kawy herbatę. A później się źle poczułam i od 21 cały czas się mną zajmował bo kręciło mi się w głowie i strasznie sie o mnie martwił , cały wieczór przesiedzieliśmy na ławce. Na porzegnanie myalałam ,że tak jak przez dwa dzni wcześniej pocałuje mnie w policzek, lecz on pocałował mnie w usta gdy się zorientowałaqm co się dzieje odwróciłam głowęi się odsunełam , za drugim razem jego próby zrobiła to samo , trzeci raz nie próbował , ale stwierdził że musiał to zrobić. Nastepnego dnia oboje wróciliśmy do naszych domów , a ja miałam zadzwonić czy nic mi się nie stało po drodze. Oczywiście zadzwoniłam, później dzwoniliśmy codziennie na przemian aż do 2 września i gadaliśmy po 45 minut. 2 września on musiał jechać do swojej szkoły czyli Prywatnego Liceum Ojców Franciszkanów, ale codziennie gadaliśmy na gg , a oprócz tego jeszcze wysyłaliśmy sobie e-maile . Jego głos słyszałam raz na tydzień w sobotę. Początkiem listopada powiedziałam mu że się w nim zakochałam, on stwierdził że potrzebuje tydzień żeby się zastanowić i przemyśleć to co mu powiedziałam. On zamiast tygodnia bez kontaktu ze mną wytrzymał 2 dni. Stwierdził, że go roznosi jak nie porozmawia ze mną . Po dwóch tygoniach stwierdził, że z tamtą dziewczyną to fikcja i chce się z nią roztać, a ze mną narazie chce się przyjaźnić czy coś więcej bedzie zobaczymy. Po kolejnych dwóch tygodniach wrócił znów do tamtej. Na początku grudnia zapoponował mi sylwestra czy bym z nim nie poszła jeśli tamta nie pójdzie. Ja się zgodziłam. Później wyszło że ją rodzice nie wpuszczę, a on nie ma jak dojechać na tego sylwestra. W rezultacie dzień przed sylwestrem powiedział mi że on idzie , a miejscu już nie było więc nie miałam jak go sobie załatwić . Ja sylwestra spędziłam w domu, a on tam poznał dziewczynę. W połowie stycznia z tamtą wcześniejszą się roztał, a bedąc z nową zaczoł się dziwnie zachowywać stwierdził nagle , że mu się narzucam , a zachowywałam się tak jak wcześniej , nasza kontakty się rozluźniły. W walentynki dostał odemnie e-maila że jego była nadal go kocha , podałam się za jej koleżanke, a e-mail był nie z moj poczty wysłany. Na następny dzień dziewczyna go zostawiła. Więc pocieszenie znalazł w moich ramionach i było znów wszystko dobrze , ale po 3 dniach przyznałam się że ten e-mail to mojego autorstwa. W tedy się zezłościł i nasze kontakty na dwa tygodnie oziębły całkowicie. W między czasie wrócił do tej mojej koleżanki z którą był od rekolekcji. Byli razem 3 tygodnie znów , a później jej powiedział, że na niego nie zasługuje i że jej nie kocha. Moje kontakty w tedy były z nim oschłe ale nie tak bardzo i na jej prośbę zapytałam się dlaczego to zrobił znów się na mnie zezłościł, ale 2 razy go przeprosiłam i mu przeszło. Później jeszcze raz powiedziałam że go kocham , a on mi na to że chce zostać franciszkaninem i że nie zasługuje na moją miłość. Wróciliśmy do przyjaźni takiej , że rozmawiamy ze sobą raz w tygodniu przez telefon, a ostatnio codziennie przez sms. Kilka dni temu napisał na swoim blogu , że chciałby się zakochać, ale dziń przed umieszczeniem tej notki powiedział mi że nie chce się narazie zakochiwać. Czego on tak naprawde chce i czy powinam o jego miłośc zawalczyć jak go nadal kocham , a jak tak to w jakim sposób żeby nie zinterpretował to źle i żeby nie uznał, że mu się narzucam??

* * * * *

Dajcie sobie oboje spokój z miłością. Budowanie relacji na kłamstwie, oszukiwaniu i zdradzie duchowej jeszcze nigdy nikomu na dobre nie wyszło. Z Twojego listu wnioskuję, że oboje wcale nie widzicie nic złego w tym co robicie. Smutne. On nie widzi nic złego w umawianiu się z kilkoma dziewczynami naraz a jednoczesnie zostaniu franciszkaninem. Normalne dla niego jest całowanie innej dziewczyny i spanie u dziewczyn na pielgrzymce (swoją drogą niezłe obyczaje!! Który opiekun do tego dopuścił?!) Ty nie widzisz nic złego w oszukiwaniu i mówieniu nieprawdy oraz podawaniu się za kogoś innego. No cóż, wszystko to razem oznacza, że powinniście nad sobą popracować a nie krzywdzić siebie nazwajem i innych osób w swoim otoczeniu. Przemyślcie oboje to wszystko, na spokojnie, poczytajcie książki np. "Młodzi i miłość".
Polecam ten artykuł: [zobacz] i odp nr 817 o tym jak przygotować się do miłości. No i dużo modlitwy! Z Bogiem!

  Monika, 22 lat
1696
11.05.2007  
Kilka lat temu zdecydowałam się być z pewnym chłopakiem wierząc, że w końcu przyjaźń którą czułam, zamieni się w miłość i odwzajemnię jego uczucia. Tak się nie stało i czułam się nieszczęśliwa. Dużo się modliłam. Po kilku miesiącach ktoś, z kim od lat znałam się z widzenia (nie wiedząc, że nie jestem sama) zaproponował spotkanie. Odmówiłam, lecz tylko dlatego, że nie byłam sama. Mijały miesiące, między mną a byłym chłopakiem nie układało się. On za wszelką cenę chciał zatrzymać mnie przy sobie chociaż czułam, że mnie nie kocha, a ja poza przyjaźnią nie mogłam mu niczego ofiarować. Długo obserwowałam chłopaka, który kiedyś do mnie podszedł. Zaczynałam widzieć w nim człowieka, na którego czekam. Lecz ciągle znaliśmy się tylko z widzenia i rozsądek walczył z uczuciem. Rozstałam się z byłym chłopakiem i po kilku tygodniach odezwałam do „nieznajomego”. Zaczęliśmy się spotykać. Choć zostaliśmy parą dość szybko, traktował nasz związek bardzo poważnie (ma 25 lat), co dali mi do zrozumienia również jego znajomi i rodzina. Po raz pierwszy w życiu poczułam pewność, która wcześniej myślałam, że nie istnieje. Pewność, że znalazłam swój dom. Wymodlony i wyczekany. Twierdził, że do końca życia chciałby być już taki szczęśliwy, jaki jest będąc ze mną, że nigdy wcześniej nie czuł takiej pewności. Ja czułam to samo, choć mu o tym nie powiedziałam, bo staram się być- również w słowach- bardzo ostrożna. Mój były chłopak ciągle do mnie dzwonił, pisał i widziałam, że mojemu kochanemu sprawiało to przykrość. Po 2 miesiącach nagle mnie zostawił, ale chciał spotykać się nadal. Mój świat runął. Po pewnym czasie powiedział, że stracił chęć do dalszego studiowania, że nie wie co dalej w życiu robić. W końcu zgodziłam się na spotkanie. Nie rozmawialiśmy o nas, ale utwierdziłam się w przekonaniu, że chcę być i kochać tylko jego. Musiałam wyjechałam na kilka tygodni i po powrocie nasz kontakt się urwał. Minęło kolejnych kilka miesięcy, a moje uczucia nie zmieniły się. Spotkaliśmy się raz. Znalazł w moim pokoju stare zdjęcia byłego chłopaka, o których zapomniałam na śmierć. Nie wiem czy to miało jakiś wpływ. Zaczęliśmy mijać się jak nieznajomi. Mam teraz szansę wyjazdu na stypendium, na studia za granicą. Decyzję muszę podjąć już. Mogę jechać za rok, za dwa, ale teraz to może pomóc zapomnieć, co i tak wydaje mi się niemożliwe. Przez pewien czas się cieszyłam, ale ostatnio spotkaliśmy się u znajomych. Patrzył na mnie tak samo jak kiedyś-z takim ciepłem, dobrem, niepewnością. Lecz nie mogę wierzyć, że z miłością. Nie dopuściłam nawet do rozmowy, bo czułam się zbyt zakłopotana i świadoma tego, co czuję. Nadal go kocham i nie chcę być już z nikim innym na świecie. Za parę dni będę organizować ognisko dla znajomych. Wypada go zaprosić? Zacząć rozmowę, być może ostatnią? Czy pogodzić się z tym, że już nie jesteśmy razem i nie próbować nawiązać kontaktu, rozmowy? Nie wiem, czy nadal jest sam i nie mam jak się dowiedzieć. W tej sytuacji nie potrafię wyznać mu wprost tego, co czuję. Jak rozpoznać, co teraz czuje on? Chcę, żeby był szczęśliwy, nawet kosztem mojego szczęścia. Gdybym wiedziała, że jest mu dobrze, byłabym spokojniejsza, ale poznałam jego cierpienia, problemy i smutki. Samotność i marzenia. I nie mam pewności, że jest szczęśliwy. Czy to moja wina, że nie potrafiłam od razu okazać mu jak bardzo mi na nim zależy? Pewnie moja. Z góry dziękuję za radę i z całego serca proszę o modlitwę.

* * * * *

Nie rozumiem tej sytuacji, naprawdę nie rozumiem. Nie mogę sobie wypobrazić, żeby NAGLE kogoś zostawić. Nie wierzę, że to z powodu tego, że były chłopak się odzywał czy tego, że znalazł jego zdjęcia. Z tego co piszesz nie dawałaś mu przecież odczuć, że z tamtym coś Cię jeszcze łączy, nie spotykałaś się z nim, więc on nie miał powodów myśleć, że nie kochasz jego tylko tamtego.
Nie jest niczym nadzwyczajnym, że były chłopak walczy. To normalne i nie powinno to obecnego chłopaka zniechęcać! Przecież jeśli się kocha to się chce z tą osobą być. To wręcz powinno dopingować go do działania, a w skrajnych sytuacjach do wyjaśnienia w cztery oczy z tamtym. Gdy ja byłam w takiej sytuacji mój mąż (wtedy jeszcze chłopak) nie tylko się nie wycofał tylko tym mocniej przystąpił do walki o mnie.
Czy wypada zaprosić go na ognisko? Tak. Pod warunkiem, że Ci to nie zepsuje wieczoru. Bo jeśli on będzie to Ty będziesz przede wszystkim o nim myśleć, a jak jeszcze będzie chodził z nosem na kwintę będziesz się bardzo denerwować. Ponadto będzie Ci głupio i przykro jak inni będą myśleli, że jesteście razem a on nie będzie się zachowywał jak Twój chłopak… Natomiast masz prawo do konkretnej rozmowy z nim - takiej na osobnym spotkaniu. Jakiś etap Twojego życia się kończy, wyjeżdżasz, więc to normalne, że chcesz coś zamknąć. Masz prawo do szczegółowych i konretnych wyjaśnień DLACZEGO. Ja bym nawet chciała to usłyszeć. No bo dlaczego masz myśleć, że może coś źle zrobiłaś (a jak zrobiłaś to masz prawo wiedzieć CO), dlaczego masz snuć domysły, że to przez tamtego? Nie wolno Ci się winić za to, że nie od razu okazywałaś jak Ci na nim zależy. Miłość nie jest czym co przychodzi od razu, ona się kształtuje, pisałam o tym w tym artykule: [zobacz]. Poza tym to, że nie od razu coś okazałaś też nie może chłopaka zniechęcić do dalszego starania się, wręcz przeciwnie!
Dla mnie ta sprawa jest podejrzana. Bo jeśli kocha się naprawdę i naprawdę poważnie kogoś traktuje to się stara, wlaczy i pokonuje przeszkody. I nie zostawia ot, tak sobie.
A może ten chłopak pomylił miłość z zakochaniem?
Droga Moniko, postaraj się to wyjasnić - dla siebie. Módl się, by Bóg dał Ci spokój ducha i prawdziwą miłość. Z Bogiem!

  Przepraszam, 18 lat
1695
11.05.2007  
Przeczytałam wszystkie odpowiedzi wymienione w temacie "nie odwzajemniam uczucia". Ale nie pasują do mojej sytuacji.
Otóż, ja się obawiam, że jestem przewrażliwiona, ale tego zmienić nie mogę, a nawet nie chcę. Nie wyobrażam sobie nie zwracać uwagi, jak kogoś coś boli. Ale właśnie: czy boli?
Z jednej strony chcę się ludziom podobać. Proszę mnie nie zrozumieć źle. Nie chcę ludziom zawracać w głowie, ale chcę być doceniona, być piękna. Nawet nie tyle, że... Np. się nie maluję, mam króciutkie paznokcie, nie reguluję brwi... Ale staram się dbać o siebie, mieć zawsze świeże włosy (są długie za pas i na ogół rozpuszczone), pachnieć przyjemnie. A do tego, a raczej przede wszystkim, dbać o piękno wewnętrzne. Chcę być kochana i doceniana, taka, jaka jestem. Nie udaję przed nikim. I to nie chodzi nawet o makijaż. Chociaż wcale nie umiem się znależć w każdej sytuacji. Och rety! Zupełnie się nie znam!
W pewnym sensie jest mi miło, kiedy wiem, że komuś się bardziej podobam. Czuję się dowartościowana, szczególnie, że doświadczam, że sporo ludzi mną pogardza. Jakkolwiek głupio to stwierdzenie zabrzmi, to że mnie cieszy bycie docenioną w ten sposób, że ktoś stara się o tzw. moje względy, smuci mnie. Że jestem taka... Próżna?
Ale szczególnie boli mnie to, że... że czuję, jakbym ich krzywdziła. Mam wrażenie, że cudze zranienie boli mnie bardziej, niż własne, bo sama zostałam niedobrze potraktowana, o wiele bardziej niedobrze, niż ja się zachowuję, tzn. z oszustwem. Zresztą to, jak sprawa wyglądała, nie jest warte zajmowania tu miejsca. W każdym razie do żadnego z dwojga nie mam (i nie miałam) żalu. A doświadczenie to, przeżyte przy Bogu, chociaż bolsne, było i jest dla mnie cenne. Ale o innych się martwię. Przecież nie znam siebie i swoich reakcji, to jek mam znać innych?
Ja przepraszam, że tak chaotycnie piszę, wcale nie piszę na szybko. Ja po prostu nic, a nic nie rozumiem!
Wiem, że czterech chłopców na raz zabiega o mnie (głupio to brzmi...). Niestety, wiem, że się nie mylę. Ale nie jest to niegrzeczne zabieganie. Dwóch z nich jest we Wspólnocie. A wszyscy zachowują się po... no właśnie. W sposób idealny, czyli na poziomie dobrego koleżeństwa. Ja bym chciała, żeby z tego rozwinęły się przyjaźnie. Lubię chłopców, podziwiam ich. Ale nie wiem, czy przyjmowanie takiej przyjaźni jest w porządku wobec nich. I nie wiem, czy powinnam zaznaczyć, że chodzi tylko o przyjaźń, a tym bardziej nie wiem, jak to zrobić! Przecież tu nie ma żadnego SŁOWA o relacji, czy w ogóle spotkania we dwoje! Totalnie nie wiem, jak się zachować e żadnym wypadku.
Więc staram się zrobić wszystko, bez słów i nie będąc przy tym niemiłą, żeby się do mnie zniechęcili, żeby zobaczyli, że ja nie odwzajemniam zainteresowania.
Boli mnie każda rozmowa z dwoma z nich...
Bo trzeciemu bym chętnie odpowiedziała.
Tylko że nie wiem, czy nie wynika to tylko ze strachu przed samotnością. Chociaż wiem, że nawet będąc tzw starą panną do końca życia, nie będę samotna i jakikolwiek Plan ma dla mnie Bóg, będę szczęśliwa. Ale wiem też,że kocham dzieci, że marzę o tym, żeby być dobrą żoną dobrego męża i dobrą matką... Wiem, że czuję się dowartościowana, kiedy na mnie patrzy, kiedy rozmawiamy. I że marzę o poczuciu bezpieczeństwa, jakie daje bycie ochranianą przez mężczyzną, za którym to poczuciem tak tęsknię (tata nie żyje od dawna).
Wiem, że w mojej postawie jest wiele egoizmu. Ale umiem wymienić wiele jego cech, które mnie urzekają. Co więcej, jestem w stanie wymienić i wady. Z pewnością nie znam wszystkich jego zalet, ani wszystkich wad. Ale żadna z wad, które poznałam, nie jest dla mnie taka zła, żeby miała mnie odepchnąć...
Bardzo chciałabym przyjaźni.
W każdym wypadku.
Ale w żadnym, żadnym nie wiem, jakie jest dobre rozwiązanie. Lub Zawiązanie.
Przepraszam bardzo, że tak długo i często bez sensu. I dziękuję Pani bardzo za Pani odpowiedzi, za świadectwo, za czas i... za miłość, którą Pani wlewa w te odpowiedzi! Chwała Bogu, który Panią stworzył i prowadzi, i którą dał jako pomoc (między innymi) tym ponad tysiącowi ludzi, którym pani tu pomogła!


* * * * *

Co do tego, że chcesz się podobać, że dbasz o siebie: to nic złego, nic nagannego, to bardzo dobrze!Każdy powinien o siebie dbać, a to, że kobieta chce się podobać to też jest cześcią jej natury.
Natomiast co do tych chłopaków: nie wiem czy dobrze Cię zrozumiałam, ale jeśli z jednym z nich masz ochotę rozmawiać to rozmawiaj. W stosunku do pozostałych zachowuj się normalnie - nie jesteś odpowiedzialna za czyjeś uczucia jeśli celowo ich nie wywołujesz, by się nimi bawić. Z Twojego listu wnioskuję, że tak nie jest, a zatem nie możesz winić się za to, że komuś się spodobasz. Poza tym nie można też na siłę doszukiwać się objawów sympatii u kogoś, bo można się pomylić.
Ponadto miłość często zaczyna na się od takiej zwykłej znajomości lub przyjaźni. To nie jest tak, że od razu poczujesz coś wielkiego na czyjś widok i będziesz wiedziało że to ten. O tym pisałam w tym artykule: [zobacz]. Nie powinno się naturalnie od razu zaznaczać, że chodzi Ci tylko o przyjaźń, bo pierwsze: głupio to będzie wyglądało, poza tym możesz się mylić, że ten ktoś chce czegoś więcej, a po trzecie: niekoniecznie - w miarę rozwoju znajmości - tylko na przyjaźni będziesz chciała poprzestać. Nie ma sensu od razu chłopaka hamować. Dopiero gdy wyraźnie zauważysz, że ten ktoś ma w stosunku do Ciebie większe zamiary a Tobie absolutnie to nie będzie odpowiadało wtedy można reagować.
Reasumując: z tym chłopakeim, który Ci się podoba buduj normalne relacje, spotykaj się, poznawajcie się. Czas pokaże co będzie dalej. Natomaist jeśli Ci się on nie podoba to się do niczego nie zmuszaj i nic nie rób na siłę. Co do pozostałych nie snuj domysłów, będziesz interweniować jak coś będzie się działo. I módl się o dobrego chłopaka. Z Bogiem!

  siłaczka, 18 lat
1694
11.05.2007  
Tak bardzo chciałabym z kimś pogadać, ale nie potrafię poprosić kogoś z mojego otoczenia, a może nawet nie wiem do kogo się zwrócić. Chciałabym może coś napisać, ale nie tak, żeby było to ujawnione dla innych, poza tym chyba juz nawet nie widzę sensu w tym, by pisac eh Nie mogę na siebie patrzeć. Jestem beznadziejna. I już nie wytrzymam, duszę się w tym związku.A mało kto rozumie. Nie potrafie nie mysleć o innych...Nie wiem, co mam robić, tak boli to. :(

* * * * *

może trochę jaśniej? Rozumiem, że coś nie tak w Twoim związku? Albo napisz o co chodzi albo pogadaj: z przyjaciółką, mamą, księdzem.
Jeśli nie określisz co Cię boli to nikt się nie domyśli. Wyrzuć to z siebie. Z Bogiem!

  sylwia, 24 lat
1693
04.05.2007  
Witam-Mam na imie Sylwia i mam 24 lata.obecnie jestem zwiazana od ponad roku z mezczyzna po przejsciach ,ktory ma dziecko.Ukladalo nam sie na poczatku calkiem niezle.oboje mieszkamy zagranica .Od pazdziernika moj mezczyzna zaczal studiowac w polsce i co 2 weekend go praktycznie nie ma.I od tej pory zauwazylam ,ze zaczelo nam sie ukladac nie najlepiej.Rozumiem szkola szkola(trwa 3 dni) i dzien lub 2 przeznacza dla corki -ale ogolnie mowiac on jest teraz czesciej w polsce niz tu ze mna.Problem polega na tym ze on jest strasznie mamisynkiem i uzalezniony od rodzicow.W tym roku bedzie mial 30 lat a jak jest sam w polsce to mama go pakuje i wszystko za niego robi.Ja nie moge sie odezwac ,bo jak poruszam ten temat to sie na mnie obraza.Zastanawiam sie czy wogole to ma sens-nasz zwiazek???ja bede kiedys chciala zalozyc rodzine i miec dzieci-jak pytam sie jego o nasze plany na przyszlosc to do dzisiaj nic nie powiedzial-zawsze mowi Nie wiem-czas pokaze.Kiedys nie wytrzymalam i powiedzialam, zeby sie okreslil bo chce wiedziec na czym stoje to mruknal i powiedzial ,ze za trudne mu zadaje pytania.Wydaje mi sie ,ze on ze mna jest dlatego ,bo mu jest dobrze -ma wszystko poprane ,ugotowane itd...ale wcale nie mysli o nas tylko o sobie-jezeli mamy jakis problem to nie moge na niego liczyc -bo sie obraza jak mu mowie prawde.Strasznie jest mi ciezko ostatnio i nie mam praktycznie z kim porozmawiac.Moim znajomi radza mi odejsc-bo widza ,ze nie jestem szczesliwa .
DZiekuje za rozpatrzenie mojego listu i z gory dziekuje za odpowiedz.
Z pozdrowieniami

Sylwia


* * * * *

Sylwio, a co to znaczy "po przejściach"? Po przejściach to każdy w życiu jest, bo każdy coś przeszedł. Rozumiem, że jest po rozwodzie, tak? Tak czy inaczej po przeczytaniu Twojego listu nasuwa mi się jeden wniosek: uciekaj. Jeśli potrzebowałaś takiego potwierrdzenia to go masz.
Może nie mam prawa oceniać jednoznacznie, ale moje odczucia są właśnie takie.
On musi zajmować się dzieckiem, bo to jego obowiązek - i zawsze tak będzie, tego musisz mieć świadomość.
Jeśli jest po rozwodzie to nie możesz mieć z nim ślubu i tego pewnie masz świadomość. Jeśli do tego jest "maminsynkiem" to wnioski są jasne.
Najgorsze w tym wszystkim jest jednak tymczasowość, która mu odpowiada.
Jeśli mężczyzna nie potrafi się określić, jeśli pytania o przyszłość są "za trudne", jeśli sam nie roztacza przed kobietą wizji wspólnego życia to niestety chodzi mu tylko o wygodne bycie z kobietą. Bycie - a zatem o teraźniejszość. Bo tak jest mu wygodnie.
Sylwio, polecam Ci artykuły o [zobacz], [zobacz] Poczytaj, porównaj, pomyśl. Z Bogiem!

  kaśka, 22 lat
1692
04.05.2007  
witam pania :)
ostatnio na spowiedzi gdy spowiadalam sie ze wspolzycia przedmalzenskiego to ksiadz powiedzial mi ze absolutnie moj chlopak mnie nie kocha i ze jest tylko egoista i chce tylko przyjemnosci. Troche mnie to az zbulwersowalo... wiem ze zle robimy ale naprawde teraz trudno nam przestac i bede robic wszystko zeby przyspieszyc slub zebysmy nie musieli juz grzeszyc. ale czemu on tak powiedzial? wiem ze moj chlopak mnie kocha bo to czuje a ksiadz bedzie mi mowil takie rzeczy... od kiedy to seks jest dowodem na brak milosci?


* * * * *

Seks przedmałżeński przynajmniej po części wynika z egozimu - współżyjemy bo chcemy by nam było dobrze. Tymczasem dowodem miłości przed małżeństwem ma być szacunek do ciała narzeczonej czy narzeczonego i właśnie "wytrzymanie". Pewnie księdzu o to chodziło. Naturalnie, ja nie odsądzałabym Twojego chłopaka od miłości do Ciebie, natomiast jeśli Cię kocha to w czym jest problem, by poczekać ze współżyciem do ślubu? Jasne, że jak się zacznie to bardzo ciężko się wstrzymać ale nie jest to niemożliwe.
Zaproponuj chłopakowi, żebyście poczekali. Jeśli naprawdę Cię kocha to powinno mu zależeć żebyście nie grzeszyli i zapewne się zgodzi. Warto poczekać, tym bardziej, że ślub niedługo :) Zróbcie sobie taki czas oczekiwania. Zobaczycie jaką będziecie mieli później frajdę.
Polecam Ci mój artykuł dotyczący czystości: [zobacz] i zapraszam na wspaniały, niekonwencjonalny kurs przedmałżeński "Wieczory dla zakochanych". Informacje znajdziesz tutaj: www.spotkaniamalzenskie.pl, www.malzenstwo.pl
No i wszystkiego dobrego z okazji decyzji o ślubie. Życzę Wam owocnego przygotowania i samych szczęśliwych chwil! Z Bogiem!

  magda, 19 lat
1691
04.05.2007  
(1371) witam ponownie minelo wiele czasu od mojego poprzedniego listu ale problem nie zniknal oczywiscie tak jak pani mowila nic nie mowilam o tej dziewczynie ale ja nie potrafie o tym zapomniec dalej... (teraz juz ja z nim jestem 15 miesiecy) a do tego co ja mu mam wybaczyc to chodzi o to ze my bylismy razem bardzo dlugo i wlasciewie to nikt nie zerwal tylko przestalismy sie spotykac i oboje unieslismy sie duma i on w sumie po roku zaczal z nia chodzic ale wczesniej miedzy nami zaczelo sie ukladac a on zaczal z nia po jakiejs imprezie.... i wiem ze uprawiali seks i mnie tez ich zwiazek kosztowal wiele nieprzyjemnosci nawet jak on byl kiedys na imprezie to powiedzial ze woli tamta i w ogole bylo sporo takich sytuacji... ale z nia byl 4 miesiace i wyjechal a potem sie rozstali i zaczal do mnie pisac i po 3 miesiacach do siebie wrocilismy i teraz jest naprawde super, odczuwam ze on mnie kocha i ja go kocham ale wystarczy ze jestem u niego w domu i to wszystko wraca albo boje sie angazowac bo on moze mnie zostawiac tak jak mnie kiedys i ja zreszta tez! i dzis mu to wypomnialam ze byl z nia to od razu zmienil temat! bardzo boli mnie ta przeszlosc ale nawet modlitwa nie pomaga... a ona jest teraz z jego bratem ciotecznym starszym o 11 lat! w ogole przez nia nawet rodzice nie chca go widziec i on zerwal z nimi kontakt i sobie mieszkaja za granica ale oddzielnie i ona jest z nim oczywoscie dla kasy wiem bo moi znajomi ktorzy tam pracowali z nim tak mowili ze ona ciegle od niego bierze i on juz ma straszne dlugi i to tez mnie wkurza choc to w sumie nie moja sprawa ale najgorsze jest to ze nigdy nie zapomne o niej gdy ciagle o niej mowa. Nie wiem czy ona sie narazila ale otoczenie mojego chlopaka jej po prostu nienawidzi. A ja ciagle daze do perfekcji zeby chociaz nigdy nie byc gorsza od niej... nie boje sie ze on do niej odejdzie bo on zaluje ze z nia byl i tez jej nienawidzi ale ja wciaz pamietam mysle o tym i sprawia mi to bol moze tez przez to ze on z nia wspolzyl... nie wiem sama ale to jest silniejsze ode mnie no i mowie dzis juz mu to wypomnialam i boje sie ze kiedys wybuchne i powiem mu wszystko co wiem o nich bo on mysli ze ja nie wiem nic ale to nieprawda bo wiem o wiele za duzo... co ja mam robic? :(

* * * * *

Madziu, widzisz, ona o Tobie nie myśli, a mimo wszystko Ciebie niszczy. Jak to się dzieje? Ona jest ciągle w Twoich myślach, ciągle to rozpamiętujesz. I tak naprawdę karzesz siebie, nie ją. Dlatego tak naprawdę jak chcesz ją "ukarać" to przestań o niej myśleć. Wiem, że to niełatwe, ale im bardziej to wszystko rozpamiętujesz tym więcej gromadzisz negatywnych emocji i tym bardziej problem w Twojej głowie rośnie. I tym bardziej cierpisz.
Dlatego "odpuść" ją sobie. Niech robi co cche. Ona poniesie tego konsekwencje. Niech żyje jak żyje. Ty nie jesteś za nia odpowiedzialna. Nie musisz być taka jak ona, nawet nie powinnaś być! Dlaczego się z nią porównujesz? Przecież ona nie jest dla Ciebie wzorem, przynajmniej pod względem moralnym, prawda? To czemu chcesz być taka jak ona? Bądź sobą, to o wiele bardziej wartościowe.
Naturalnie, rozumiem Twoje uczucia odnośnie Twojego chłopaka w stosunku do niej. Ja ciągle nie mogę się zorientować czy on żałował, czy Cię przeprosił, czy obiecał poprawę i zerwał z nią kontakt? Jeśli tak - to po prostu zastosuj to co Ci pisałam w poprzedniej odpowiedzi. Jeśli nie - porozmawiaj z nim bardzo poważnie. Bo tu nie chodzi o to, by zmieniać temat tylko żeby go raz na zawsze zamknąć. Nie chodzi o to, by jej nienawidzić. to nawet nie powinno mieć miejsca. To nie jest wyjście z sytuacji. Chrześcijanin nie nienawidzi tylko przebacza (w takim sensie jak pisałam wcześniej). Poza tym on nie powinien jej nienawidzić, gdyż miał czynny udział w tym co razem robili i ona na siłę go do niczego nie zmuszała. A nawet jak twierdzi, że owszem, zmuszała to on miał swój rozum i mógł się nie godzić, prawda? Więc nie powinien zwalać na nią całej winy. Nie na tym żal polega.
Co do ich współżycia to poważny problem i proszę Cię poczytaj o takich sytuacjach w odp. nr: 616, 961, 1070 oraz w tym artykule: [zobacz] i zdecyduj: czy jesteś w stanie to unieść czy nie.
Generalnie Twoje rozżalenie ma podstawy. Ale nie kieruj ich jednotorowo na tą dziewczynę tylko rozwiąż to z chłopakiem. Boisz się się, że on Cię zostawi? Jeśli zostawi to znaczy, że nie kocha. A jak nie kocha to po co masz z nim być? Miłość to nie strach. Jeśli ktoś kocha to ma zaufanie, więc się nie boi. Miłość zawierająca strach jest nie do przyjęcia.
Radziłabym Ci poważnie z nim porozmawiać o tym co było i o tym jak widzi Waszą przyszłość. I naprawdę nie myśl obsesyjnie o tej dziewczynie. Przecież ona o Tobie nie myśli to dlaczego masz się Ty nią przejmować? Powodzenia!

  Kasia, 21 lat
1690
04.05.2007  
/1646/ To już będzie prawdopodobnie moje ostatnie pytanie... Z każdym dniem zbliża się chwila kiedy Mateusz wyjedzie stąd na zawsze. Sądzi pani że powinnam się z Nim pożegnać?Jeśli np. nie poinformuje mnie o tym tylko dowiem się przypadkiem... Dla mnie to naprawdę bardzo ważne... W końcu wiele z Nim przeżyłam i trudno teraz pogodzić się z myślą że nigdy Go już nie zobaczę... Niestety nasze stosunki nie są teraz najlepsze... W ogóle ze sobą nie rozmawiamy... Mijamy się jakbyśmy byli obcymi osobami, jakby nigdy nic nas nie łączyło...To boli:( Nie chcę jednak żeby tak zwyczajnie zniknął:(

* * * * *

Moim zdaniem on powinien Cię poinformować o wyjeździe i on powinien się z Tobą pożegnać. W końcu to on wyjeżdża nie Ty. Widzisz, w tym nie poradzę Ci nic jednoznacznie, musisz sama zdecydować czy chcesz go jeszcze zobaczyć czy nie. Rozumiem, że chcesz tą historię jakoś zakończyć. Zrób to co czujesz, po prostu. Jednak przy pożegnaniu nie domagaj się adresu i kontaktu, no i niestety musisz też liczyć się z tym, że on może nie chcieć się z Tobą pożegnać. Smutne i niedojrzałe. Trzymaj się mocno, wierzę, że za jakiś czas znajdziesz prawdziwą miłość.

  Kinga, 20 lat
1689
30.04.2007  
Jak można zmotywować rasowego pantoflarza do działania i bycia prawdziwym mężczyzną? Wiem że mój chłopak ( jedynak) był wychowywany i rozpieszczany przez matkę, a ja zawsze musiałam walczyć o swoje( mam trójkę rodzeństwa). I to także widać w naszym związku: to ja jestem "męska" a on się podporządkowuje jak malutki chłopczyk. Jednak mnie to już zaczęło męczyć i oczekuję od niego żeby stał się moim mężczyzną. Wiem, że ja też dużo zawiniłam ale może jest jakiś sposób by go zmotywować, by ten stan rzeczy zmienić? Z góry dziękuę za poradę.

* * * * *

Bardzo dobre pytanie!
No, samej natury człowieka to się zmieni w tym sensie, że flegmatyk nie zacznie być nagle cholerykiem, a umysł ścisły artystą. Ale kwestie, o których mówisz przynajmniej w części "są do zrobienia". I w ogóle bardzo dobrze, że zwróciłaś na to uwagę w swoim związku, że wiesz, że trzeba coś z tym zrobić i masz do tego motywację. To już jakaś część sukcesu.
Ale do rzeczy: czy Twój chłopak ma ojca? A jeśli tak to w jakich jest z nim relacjach? Jeśli go nie ma lub ojciec nie bierze czynnego udziału w życiu rodziny albo też nie przebywa z synem zbyt wiele, nie jest dla niego wzorem to on siłą rzeczy jest "zagarnięty" przez matkę. Zwłaszcza, że - jak piszesz - jest jedynakiem. Może też być tak, że jego matka nie ma dobrych relacji z mężem i całą miłość przelewa na syna. Bardzo niszczące uczucie wbrew pozorom. John Eldredge w swej znakomitej księżce "Dzikie serce" (którą musisz chłopakowi koniecznie kupić, a i sama ją przeczytać) pisze, że każdy ojciec nadaje synowi imię. Oznacza to, że jeśli ojciec w dzieciństwie (i nie tylko) mówi synowi, że jest dzielny, że on jest z niego dumny, chwali go to taki chłopak ma świadomość swojej wartości i siły i czuje, że potrafi sobie poradzić. Jest wtedy odważny, potrafi być przewodnikiem i ogólnie wszystko jest na miejscu. Jeśli tak nie jest, jeśli ojciec się synem nie interesuje lub uważa go za niedorajdę chłopiec w to wierzy i czuje się słaby. Wtedy chowa się pod skrzydła matki. A matka nadaje mu imię "misiaczka", "niuniusia", "synusia mamusi" i mówiąc brutalnie - psychicznie go kastruje po prostu. Nie chodzi o to, że matka ma tak do syna nigdy nie powiedzieć, bo to leży w naturze kobiety, ale że ona ma nie robić z niego takiego misiaczka, rozumiemy się? Bo właśnie z takich chłopców wywodzą się pantoflarze.
I wtedy jego dziewczyna czy żona ma problem. Bo ona musi (a przynajmniej czuje, że musi) przewodzić, decydować i nie czarujmy się - ta rola ją męczy. Nie dlatego, że ona sobie nie poradzi, ale dlatego, że to sprzeczne z jej naturą, no i nie ukrywajmy - ona potrzebuje mężczyzny a nie dziecka w związku.
Więc ona się denerwuje, chodzi sfrustrowana, a on tylko godzi się na jej pomysły, nie ma inicjatywy i nie wie o co jej chodzi - no przecież zgadza się na wszystko! A kobiecie nie chodzi o to, by mężczyzna zgadzał się na wszystko tylko był jej podporą.
I teraz: co ona może zrobić?
Po pierwsze uświadomić sobie to co pisałam wcześniej - z czego to wynika (funkcja ojca w domu). Po drugie: uświadomić to mężczyźnie - najlepiej właśnie kupując wspomnianą książkę, tak by mężczyzna w samotności to odkrył i przemyślał, a nie usłyszał z ust kobiety, że coś z nim nie tak (to wielki policzek i godzi w jego dumę). Po trzecie: jak już kobieta to wie to nie powinna mu uświadamiać jego nieporadności tylko - nawet jeśli ją to bardzo denerwuje i niecierpliwi- zauważać jego dobre cechy, mocne strony i chwalić za nie. Oraz - co najważniejsze - dopingować do ich rozwoju. W praktyce: prosić mężczyznę o np. wbicie przysłowiowego gwoździa, przytarganie czegoś ciężkiego, znalezienie czegoś na mapie, naprawienie kontaktu. Naturalnie nie tylko tego, pokroić sałatkę też może czy pozmywać ale chodzi mi o wynajdywanie takich męskich typowo rzeczy. A jak to zrobi to - nawet jak mu nie bardzo wyjdzie - pochwalić. Nawet trochę przesadzić z zachwytem, ale na pewno nie skrytykować i nie daj Boże! nie poprawiać po nim. Bo się załamie. Na drugi raz na pewno zrobi lepiej a jak mu się spodoba to sam będzie pytał co tu jeszcze usprawnić. Pozwolić mu decydować. A wręcz domagać się decyzji. Niech on zdecyduje gdzie pójdziecie, niech pomyśli jak coś zrobić. I nie robić tego za niego, nawet jak się ociąga. Niech wie, że to do niego należy. Jest wielkie prawdopodobieństwo, że on z lenistwa, z niezdecydowania lub wyimaginowanego wielkiego szacunku do kobiety powie: "A tam kotku gdzie Ty chcesz. Mi wszystko jedno". Ale kotek powinien być twardy i powiedzieć: "Chciałabym żebyś Ty dziś coś wymyślił, poójdziemy tam gdzie Ty chcesz. Ja jakoś nie mam pomysłu". Nawet jeśli pomysł będzie taki sobie to pójść tam, nie krytykować od razu. I tak coraz częściej. On musi nauczyć się podejmować decyzje i być męskim. Dlatego śmiało prosić o pomoc, o radę. Dowartościowywać go mówiąc: "wierzę, że coś mi mądrego doradzisz, masz taki logiczny umysł...". Nie zniechęcać się od razu jego niechęcią. Być twardą. Po jakimś czasie on zobaczy, że to może być naprawdę pasjonujące.
Pozostaje jeszcze problem matki chłopaka. Nie radzę jej zmieniać ;-) ani też buntować chłopaka przeciw niej. Jestem przekonana, że jak on zrozumie pewne mechanizmy i jak spodoba mu się rola meżczyzny to sam będzie się próbował wyswobodzić z jej nadopiekuńczych ramion. No, fakt, możemy się wtedy narazić na jej zarzut, że to przez nas on się tak zmienił, bo zanim nas poznał to taki nie był, ale trudno…Idealnie byłoby gdyby ona też rozumiała o co chodzi i dlatego to syn może z nią delikatnie porozmawiać. Jednak nie zawsze odniesie to jakiś skutek - i to też musimy brać pod uwagę. Ale niestety nie można rezygnować ze swojej męskości tylko dlatego, żeby mamusi nie zrobić przykrości.
Kingo! Polecam Ci także artykuły: [zobacz], [zobacz]. Tam pisałam jaka powinna być rola chłopaka i dziewczyny w związku. Możesz je podrzucić chłopakowi. I kup mu wspomnianą książkę.
Reasumując: robić mniej. Za to więcej prosić o zrobienie czegoś jego i o radę. Zmotywować go do działania i myślenia. I wykazać się cierpliwością. Jeśli go kochasz i Ci na nim zależy to pomyśl, że robisz to też dla jego dobra. Żeby stał się mężczyzną. Powodzenia!

  17-nastka, 17 lat
1688
30.04.2007  
Witam!Byłam z moim byłym tak naprawdę ok. tygodnia. Na początku to miała być przyjaźń, w jego towarzystwie czułam się wspaniałe.Potem on postawił mnie przed wyborem czy będziemy razem czy zostawiamy naszą przyjaźń na takim poziomie jaki jest. Powiedziałam jemu,że chcę aby to była tylko przyjaźń.Potem jakoś samo się potoczyło,że byliśmy parą,ale to nie trwało zbyt długo(zaledwie tydzień?)Dlaczego?? przeze mnie powiedziałam co czuje,że to nie jest miłość,że jest dla mnie ważny(bo jest)i jest moim przyjacielem.On powiedział,że jestem jedyna i tylko ja się liczę.Chciałam mu pomóc czułam,że zrobiłam mu straszną krzywdę.Potem on zaczął mnie unikać straciliśmy kontakt. Dowiedziałam się,że jest z moją koleżanką,rozstali się po 1,5 miesiąca.A mi nadal zależy na jego przyjaźni, jest taki inny niż wszyscy chłopcy jakich znałam a może mi się tylko tak wydaje. Co mam zrobić? szukać z nim jakiegoś porozumienia ?czy może być jeszcze między nami przyjaźń??

* * * * *

No ale czego Ty od niego oczekujesz? Przyjaźni czy czegoś więcej? Jeżeli tylko przyjaźni to nie miej do chłopaka pretensji, że nie godzi się tylko na taką relację jeżeli mu się podobasz. On określił sprawę jasno. Jeśli Ty się na nic więcej prócz przyjaźni nie godziłaś to on odebrał to jednoznacznie: że nie ma u Ciebie szans. I odszedł. Jeśli zaś oczekiwałaś czegoś więcej albo przynajmniej dopuszczałaś taką możliwość to trzeba było mu powiedzieć, że owszem jesteś nim zainteresowana, ale chcesz by wszystko odbywało się stopniowo. Bo nie jesteś jeszcze taka zaangażaowana, bo chcesz byście się lepiej poznali, bo nie jesteś jeszcze na takim etapie jak on. I wtedy on by wiedział, że ma szansę i bylibyście nadal razem.
Nie wiem dlaczego tak szybko po Tobie związał się z kimś innym, pewnie on po prostu bardzo chciał mieć dziewczynę. Nie kochać kogoś tylko mieć dziewczynę. Albo szybko się zakochuje a potem mu zapał przechodzi. To może tłumaczyć fakt dlaczego rozstał się z Twoją koleżanką po 1, 5 - miesięcznym spotykaniu. To też wskazuje na jego niedojrzałość - nie składa się takich deklaracji, nie mówi się dziewczynie, że jest jedyna a po chwili zaczyna się spotykać z inną nawet o tamtą nie walcząc.
Odpowiadając na Twoje pytanie: ja w ogóle uważam że nie bardzo jest możliwa przyjaźń po związku (o tym pisałam w odp. nr: 7, 1561, 1571).
Ale nie wiń się za powstałą sytuację. Wydaje mi się, że po prostu dla Ciebie było jeszcze za wcześnie na związek, a poza tym fakty wskazują na to, że dla niego też - bo nie potrafi jeszcze znajomości dłużej utrzymać. Możesz mieć z nim kontakt ale nie próbowałabym tutaj budować czegoś więcej bo możesz się sparzyć po raz kolejny. Z Bogiem!

  magda, 22 lat
1687
30.04.2007  
nie umiem się zakochać!!!kiedy ktoś mi wpadnie w oko i ja też to mimo wszysko uciekam.dlaczego?mam powodzenie u płci przeciwnej dlaczego nie pozwalam się nikomu zbliżyć, czego się boję. mam 22 lata a nie miałam chłopaka nie przeżyłam żadnej miłości w swoim życiu,co mam zrobić by nie uciekać od szczęścia

* * * * *

A może chcesz się zakochać na siłę? Albo jakoś inaczej pojmujesz zakochanie?
A może po prostu należysz do osób, które nie zakochują się tak klasycznie tylko pomału się poznają i decydują się na bycie z kimś, bez przechodzenia fazy zakochania?
Jeżeli - jak piszesz - ktoś Ci wpadnie w oko to co dalej się dzieje? Myślisz o nim ale odmawiasz spotkań, on zagaduje a Ty udajesz, że nie masz ochoty rozmawiać? Jak to wyglada? Bo nie wiem na czym polega ta ucieczka.
Jeśli mogę Ci coś poradzić to jak taka sytuacja będzie miała miejsce następnym razem to może po prostu przełam się i daj zaprosić się na kawę. Porozmawiaj z tym chłopakiem. Spotkaj się jeszcze raz. I nie myśl, że musisz od razu nie wiadomo co poczuć. Bo nie musisz. O tym, że nie zawsze etapem miłości jest zakochanie pisałam w odp. nr 13. Polecam Ci też artykuł o miłości. Widzisz, warunkiem dobrego związku jest poznanie drugiej osoby, nie uczucia i emocje. A zatem próbuj poznać tego chłopaka, rozmawiaj z nim. Jeśli stwierdzisz, że pasujecie do siebie on będzie podobał Ci się coraz bardziej, aż w końcu albo się w nim zakochasz albo nawet nie zakochasz ale będziesz czuła z nim bliskość i będziesz po prostu chciała z nim być. Miłość może też tak wyglądać.
Zaryzykuj, przełam się. Zobaczysz, że to nie takie straszne. Działaj a nie czekaj na uczucia. Powodzenia!

  Agniecha, 19 lat
1686
29.04.2007  
Wiem, że istnieje to wiele pytań na temat, który jest mi bliski, ale postanowilam sama napisać. Mój odwieczny problem to nieodwzajemnione miłości, przeżyłam ich kilka i każda bardzo bolała. Moja pierwsza miłość taka była i obawiam się, że nie potrafię już inaczej odnosić się do chlopaków, tzn. za każdym razem wybieram kogoś nieodpowiedniego. Może podświadomie mój mózg wskazuje mi osobę, która jest trudna dla mnie do zdobycia i potem męczę się z tym uczuciem przez długi czas; zazwyczaj trwa to ok. roku. Kończy się wtedy, kiedy zmieniam środowisko. Chciałabym napisać, że zawsze miałam słaby kontakt z tatą ,chociaż staram się teraz to naprawić i myślę czasami, że możeto też ma wpływ na moje relacje z chłopakami. Ostatnio znów się "zakochałam", znam tego chłopaka od 6 lat, ale dopiero w tamtym roku zaczęłam go postrzegać jako potencjalnego kandydata na partnera. Sądzę, że bylibyśmy idealną parą, gdyby tylko czuł się przy mnie swobodnie. Biorę pod uwagę nasze zachowania, poczucie humoru, nawet to, że czasem myślimy to samo w tym samym czasie, nosimy ze sobą markery( nie, żeby coś dewastować, tylko tak, żeby mieć), nawet na zdjęciach oboje wychodzimy głupio; kończąc na tym, że kiedyś, kiedy jeszcze o nim nie myślałam w sensie, że chciałabym, żeby to był mój chłopak, śnił mi się w andrzejki i poza tym pasujemy do siebie patrząc na znaki zodiaku. Poza tym on jest najmłodszy w rodzinie, ja najstarsza i mam cechy opiekuńcze i chętnie bym się zajęła najmłodszym synkiem mamusi. Ostatnio powiedziałam mu co czuje, ale nie przedstawiłam tego tak, że ja go kocham i czekam, aż on powie mi to samo, tylko powiedziałam jakie widzę za i przeciw tej całej sytuacji, że się wahałam czy mu to powiedzieć, bo sama nie jestem pewna ,ale lepiej żałować tego co się zrobiło, a nie, że czegoś nie zrobiłam. I to był chyba mój błąd, bo mamy wielu wspolnych znajomych i przy nich ja czuję się trochę skrępowana, chociaż wiem, że to co powiedziałam zostało między nim a mną. I on po jakimś czasie powiedział, że jescze niegdy nie był w związku i nie chce robić czegos na siłę i nie chce się ze mną wiązać, chociaż naprawdę mnie bardzo mnie lubi, że jestem śliczna dziewczyna, ale mięty do mnie nie czuje. A ja cały czas mam nadzieję, że jednak będziemy razem ,że się pobierzemy, tylko jak nie stracić z nim kontaktu. Prawdę mówiąc, ja na razie nie jestem gotowa na związek, ale wyobrażam sobie nas w przysszłości razem. Jeśli tak nie będzie, to zastanawiam się po co są uczucia. Ja wolałabym w takim razie nie mieć wolnej woli, bo nie rozumiem sensu, co Bóg chce mi przez te trudne dla mnie doświadczenia przekazać. Może powinnma zostać zakonnicą, ale jeśli tak, to po co zsyła mi na moją drogę tych chłopców?? Jest mi ciężko. Dziękuję za stronkę, że mogłam się wygadać.

* * * * *

Po pierwsze: znaki zodiaku nie są chrześcijańskimi symbolami i NIE WOLNO się nimi sugerować, pododnie jak wszelkimi horoskopami, snami itp.
Po drugie: no moja Droga bardzo niedobra motywacja, że Ty się chcesz zająć synkiem mamusi. Domyślam się gdzie to wyczytałaś. Bzdura, totalna bzdura. Nic gorszego dla kobiety jak uwierzyć czemuś takiemu i tym się sugerować w związku z mężczyznaą. Chłopaka chcesz mieć czy dzidziusia?
Po trzecie: o konsekwencjach takiego wyznania uczuć poczytaj w odp. nr: 18, 61, 74, 217, 514, 1168, 1287. Zdaje się, że trochę wystraszyłaś chłopaka. Nie zawsze jest tak, że lepiej żałować, że się coś zrobiło niż czegoś nie zrobiło.
Po czwarte: nie jesteś gotowa na związek ale wierzysz, że się pobierzecie? Jakaś odwrócona kolejność. Ej, czy znów nie za dużo romantycznych opowieści? Dziewczyno, małżeństwo to nie sielanka i biały welon, to ciężka praca. Do miłości i związku trzeba dojrzeć PRZED ślubem. O tym jak się do niej przygotować pisałam w odp. nr 817.
Po piąte: nie ma przeznaczenia (o tym w odp. nr: 58, 86, 896) więc Bóg nie zaprogramował dla Ciebie żadnego konkretnego chłopaka ani żadnej konkretnej drogi. Jeśli zechcesz sama wybierzesz.
Uczucia są czymś od nas niezależnym, natomiast my odpowiadamy za to co z nimi zrobimy, za więc za czyny. To dlatego zakochujemy się lub coś nam się podoba, ale wybieramy sami.
Na koniec polecam Ci artykuł o [zobacz] i życzę dobrych wyborów. No i mniej pism młodzieżowych, tam naprawdę nie zawsze prawdę piszą ;-) za to od czasu do czasu troszkę Biblii - jej możesz wierzyć bezkrytycznie. Powodzenia!

  Monika, 17 lat
1685
29.04.2007  
Należę do grupy pomocy dzieciom z domów, w których występuje problem z alkoholem.Chodzę na spotkania już od paru miesięcy, mój problem polega na tym,że nie potrafię się otworzyć. Jestem bardzo nieśmiała trudno mi mówić o swoich problemach.Gdy już zaczynam w pewnej chwili coś mnie w środku zatyka i koniec palę cegłę i nic nie mogę z siebie wyduśić, przy tym bardzo się denerwuję.Kiedyś gdy miałam chłopaka nie potrafiłam z nim rozmawiać mówić mu o swoich uczuciach itp. zawsze jak mówi "musiał mnie ciągnąć za język".Dlaczego jestem taka nieśmiała są na to jakieś sposoby?? Pomóżcie proszę.

* * * * *

Moniko, to naturalne. Ja w Twoim wieku miałam identycznie. Jest na to tylko jeden sposób: pomalutku się przełamywać. Robić stopniowo malutkie kroczki. Mimo tego, że zatyka, że wstyd, że się pocisz i Ci głupio. Nie zakładaj, że od razu się otworzysz, ale próbuj MIMO WSZYSTKO. Z czasem będzie coraz łatwiej. Nic się nie stanie jeśli w trakcie mówienia zrobisz się czerwona czy się zająkniesz, że powiesz za mało. Ludzie, którzy słuchają będą zwracali uwagę na to co mówisz, a nie jak reagujesz. Po kilku próbach mówienie będzie Ci przychodziło z coraz większą łatwością.
Poza tym jest tak, że jedni śą bardziej śmiali, inni nie. Natury człowieka się nie zmieni i nie ma zresztą takiej potrzeby. Może Ty po prostu jesteś z natury małomówna? To, że z chłopakiem nie potrafiłaś za bardzo rozmawiać o uczuciach to nawet dobrze. Z pewnością dopiero się poznawaliście i nie byliście jeszcze ze sobą tak bardzo zżyci. A o uczuciach tak prosto się nie mówi, bo człowiek ma wewnętrzny opór przed uzewnętrznianiem tego co w nim intymne i osobiste. Daję Ci gwarancję, że jak spotkasz swoją prawdziwą miłość, taką na zawsze to będziesz potrafiła o tym mówić. Tylko nie od razu naturalnie, ale po jakimś czasie kiedy wyraźnie poczujesz, że ta druga osoba odwzajemnia Twoje uczucia i mówi o nich.

  Izabella, 19 lat
1684
29.04.2007  
To bardzo długa historia. Zaczęło się 4 lata temu od rozmawiania na GG, potem wydawało mi sie ze daje mi jakieś znaki, więc zaczęłam się angażować. Wtedy opowiedział mi jak on kocha swoją byłą, która go zdradziła. Było to dość niepojęte, opowiadał mi o tych rozterkach.. ale po pewnym czasie coś zaczęło się zmieniać. Już nie mówił o byłej tylko o nas.. miałam nadzieje, że przejrzał na oczy, że widzi iż byłam dla niego wsparciem i może na mnie liczyć, a także że coś do niego czuje . Spotykaliśmy się, byliśmy blisko siebie .... i nagle wszystko się popsuło, dużą rolę odegrała "życzliwa" która twierdziła, że go kocha i nie może bez niego żyć, ale on nie był raczej smutny przez ten fakt. Byliśmy znajomymi, odpuściłam sobie, ale dalej coś czułam do niego. Po dłuższym czasie twierdził, że jego z tą znajomą nic nie łączyło i że mu się podobam itd. Jeszcze raz zaryzykowałam, ale też nam nie wyszło. Tym razem nie wyjaśnił mi dlaczego... nie odpowiadał na smsy, był oschły, można uznać że mnie olewał. Potem znowu historia zaczęła się powtarzać, ale tym razem nie powiedziałam tak ... choć bardzo chciałam. On zawsze mnie przyciągał jak magnes, choć sprzeczaliśmy sie itd. I on i ja mamy dominujące charaktery. Może to odegrało jakąś ważną rolę? A może to, że on był nie wierzący ? Doszłam kiedyś do wniosku, że on mną chciał manipulować.... Czy dobrze przypuszczałam? Teraz to ja jestem oschła, chyba chce zakończyć definitywnie tą znajomość i zapomnieć ... dopiero teraz potrafię dostrzec jego wady, a jest ich nie mało. Dziękuję za przeczytanie tej dość zawikłanej historii i odpowiedź.
Pozdrawiam


* * * * *

No, na Twoim miejscu też bym mu nie wierzyła. Ile można? Jeśli on kilka razy tak Cię potraktował to nie miał poważnych zamiarów i wątpiłabym czy tym razem je ma.
Moim zdaniem po prostu masz rację.
Z Bogiem!

  katrine, 21 lat
1683
29.04.2007  
chcialam zapytac, czy to jest nie w porzadku jesli chlopak wiaze sie z byla dziewczyna przyjaciela? co poradzic, jesli sie nad tym zastanawia. bo to jest tak, ze jesli dziewczyna i przyjaciel zerwali ze soba, to nie powinni miec wplywu na swoje dalsze zwiazki, prawda? tyle,ze widac po nim,ze jesli przyjaciel tego chlopaka sie zwiaze z jego byla, to ten bedzie malo ze zazdrosny, ale bedzie mial po prostu pretensje. czy odwodzic tych ludzi od stworzenia zwiazku w imie przyjazni, solidarnosci?
czy rzeczywiscie nie powinno sie wiazac z bylymi partnerami przyjaciol, czy nalezy takie uczucia zagluszac, bo one beda bolesne dla naszych przyjaciol? czy moze lepiej ukryc przed nimi blizsza znajomosc z ich bylymi. (choc to przeciez itak na dluzsza mete jest niemozliwe - przyjaciele beda sie chcieli zaprosic na slub;)>
jednak przeciez czasem swoje uczucia odkrywamy po dlugim czasie znajomosci, i moze byc tak ze okaze sie, ze np. zwiaze sie z przyjacielem czy bratem chlopaka z ktorym wczesniej probowalam stworzyc zwiazek.. ?wiem,ze to sie zdarza....
czy osoba z ktora wczesniej tworzylismy zwiazek, czy tez nawet z naszej decyzji pozostawiona ma prawo miec pretensje co do naszych przyszlych partnerow?


* * * * *

Jeśli chodzi o byłą dziewczynę to w czym problem? Oczywiście, że można tworzyć takie związki. Trudno, żeby tłumić uczucia tylko dlatego, że ktoś kiedyś z kimś był i ewentualnie będzie mu przykro. Jasne, że po rozstaniu nie powinno się mieć wpływu na swoje życie nawzajem i nie ma powodu by takie związki przed sobą ukrywać.
Jeśli jedna strona po rozstaniu ma o nowy związek do drugiej pretensje, jest zazdrosna to coś tu jest nie tak! No, rozumiem, jeśli było to zerwanie jednostronne to ma prawo czuć żal lub złość ale nie ma prawa robić jakichś przeszkód komukolwiek. Ale faktycznie wówczas nie należy się za bardzo afiszować nowym związkiem przed tą osobą np. ostentacyjnie chodzić za rekę z kimś nowym przed jej blokiem czy wysyłać na maila zdjęć zakochanych. Takie działanie byłoby robieniem na złość.
Trzeba zachowywać się po prostu normalnie i nie rezygnować z miłości tylko z powodów, o których piszesz. Z Bogiem!

  Magda, 23 lat
1682
28.04.2007  
Czesc...pochodze za bardzo katolickiej rodziny w ktorej wiara i tradycja stoja na pierwszym miejscu..zakochalam sie w obcokrajowcu ktory niestety niej est osoba praktykujaca..aczkolwiek jest w stanie zorbic dla mnie wszystko..lacznie z przyjeciem pierwszej komunii swietej..moi rodzice nie chca sie zgodzic na nasz zwiazek ze wzgled na roznice wychowania..i ciagle wspominaja mojego "idealnego" exchlopaka z ktorym bylam 6 lat:( sugeruja ze obecny odciagnie mnie od kosciola:( nie chce ich zranic ale nie moge odpuscic bo bardzo go kocham.. czy istnieje jakies wyjscie zeby wilk byl syty i owca cala??to naprawde dla mnie duzy ciezar..bo zabraniaja mi sie z nim kontaktowac..a mi za nim tesknila nawet wlosy i paznokcie..

* * * * *

Proszę przeczytaj najpierw odp. nr: 1545, 69, 466.
A poza tym: sakramentów trzeba pragnąć. Przyjęcie ich na siłę lub "pro forma" nie ma sensu! Przecież on poprzez ich przyjęcie nie zacznie nagle wierzyć i praktykować, prawda? A zatem po co? Już lepiej żyć w swojej wierze (lub niewierze) i wypracowywać wspólnie kompromis a nie być ciagle sfrustrowanym, że mąż nie chce iść do kościoła czy spowiedzi. Naturalnie, taki związek jest trudniejszy, o czym pisałam w poprzednich odpowiedziach, ale możliwy. Tylko trzeba mieć w sobie bardzo dużo siły, bardzo dużo świadomości różnic i ewentualnych konfliktów i bardzo dużo dobrej woli do wypracowywania ciągłych kompromisów.
Po drugie: rodzice nie mają prawa wyboru współmałżonka, zmuszania do związku lub odwodzenia od niego (no pomijam sytuacje, gdzie dziecko chce się zwiazać z uzależnionym alkoholikiem, pozwala się poniżać itp.). Ale tam gdzie nie ma patologii to nie można "dopasowywać" do rodziny sobie zięcia czy synowej i wymagać od nich by żyli tak jak oni. Życie to nie sielanka na obrazku, a różnice mogę ubogacać. Związek z cudzoziemcem może uczyć toleracji i wnieść nową rzeczywistość we wspólne życie, także dla teściów. Wybór jednak zawsze należy do dziecka. Rodzice mogą i powinni wskazywać na pewne sprawy, których może się nie widzi. Powinni z doświadczenia uświadamiać konsekwencje ale nie mogą niczego nakazać ani zakazać.
Magdo, jesteś dorosła, wybierasz sama. Być może będzie Cię czekał jakiś konflikt z rodzicami. Jeśli jednak masz świadomość tak jak mówiłam tych wszystkich odrębności, jeśli to prawdziwa miłość a nie zakochanie, jeśli się dogadujecie i chcecie podołać tym różnicom to do Was należy decyzja. Polecam Wam także "Wieczory dla zakochanych", gdzie możecie podyskutować na każdy temat i wszystko między sobą omówić. Informacje znajdziesz tutaj: www.spotkaniamalzenskie.pl, www.malzenstwo.pl
Módl się o światło Ducha św. Porozmawiaj z mądrym księdzem, poczytaj świadectwa osób, które są w takim związku. Życzę dobrego wyboru.
Z Bogiem!

  Rozalia, 16 lat
1681
28.04.2007  
Witam! Ok. 5 miesięcy temu zakochałam się (a przynajmniej tak mi się wydaje) w pewnym chłopaku. Znałam go od dawna, ale wcześniej traktowałam go jak zwykłego znajomego ("cześć" i czasem jakas krótka gadka). Po pewnym czasie zauważyłam, że ja też mu się chyba podobam...
Spotkaliśmy sie kilka razy - naprawdę fajnie nam się gadało. Poznałam go bliżej i jeszcze bardziej zaczęło mnie do niego "ciągnąć"... Wiedziałam, że on jeszcze nie tak dawno miał dziewczynę, ale skoro sie ze mną spotkał te pare razy i często mnie zaczepiał, to pomyślałam, że już nie są razem...
Po pewnym czasie nasze dobre stosunki się popsuły (widywaliśmy się bardzo rzadko, nie gadaliśmy ze sobą, nie spotykaliśmy się) właściwie to sama nie wiem czemu... Wydaje mi się, że to on tak jakby pierwszy prawie urwał nasz kontakt... To się stało bardzo szybko...
Ostatnio znów troche cześciej go widuje, ale też widuje go z jego dziewczyną, z którą wcześniej był... Najgorsze jest to, że on znów na mnie patrzy tak jak wczesniej... tak jakby znów chciał być mi blizszy...?
Nie wiem co mam myśleć... Zastanawiam się, czy on chodził z tamtą dziewczyną, gdy spotykał się ze mną...? Czy on znów chce się ze mną spotykać...? Czy on jest takim draniem, który po prostu chciał mieć jakąś odskocznie? (z tego na ile go zdązyłam poznac, nie sądzę, jakoś w to nie wierze, ale coraz bardziej się nad tym zastanawiam...) I wreszcie co mam robić, jeżeli już nic z tego nie wyjdzie? Jak zapomnieć...? (chociaz nadal mam nadzieję i chciałabym, żeby znów było coś między nami...) A może samo przejdzie, jezeli to nie jest prawdziwa miłość... (czytałam wcześniej, że zakochanie trwa ok. 18 miesięcy, a u mnie mija 5:P) Ale jak nie spróbuje go poznac jeszcze bliżej, to się chyba nie dowiem, czy to miłość... Proszę o jakąś radę i z góry dziękuję :)


* * * * *

No przede wszystkim jeśli on ma dziewczynę to nie ma co się łudzić. Nawet jeśli jej nie miał wcześniej a teraz ma to sytuacja jest taka sama. Dopóki zatem on będzie się z nią spotykał to należy "dać sobie spokój". Nie chcesz być chyba uważana za tą, która rozbija związek? Pisałam o tym w odp. nr: 210, 501, 542, 583,768. Jeśli on zachowuje się dwuznacznie to tym gorzej o nim świadczy. Radziłabym zatem zachować teraz rezerwę i nie dawać do zrozumienia, że jesteś nim zainteresowana (nie można wykluczyć, że on potrzebuje takiego dowartościowania i schlebia mu to, że mu się podobasz, ale nie ma wobec Ciebie żadnych poważnych zamiarów). Jeżeli nic z tego nie wyjdzie to o tym jak zapomnieć pisałam w odp. nr: 80, 526, 653, 825. Oczywiście zakochanie pzrejdzie jeśli nie będziecie się spotykać, ale przejdzie szybciej jeśli nie będziesz podsycała tego uczucia. Współczuję, że zostałaś tak potraktowana, no ale niestety tak bywa… Z Bogiem!

  Monika, 17 lat
1680
28.04.2007  
Byliśmy już kiedyś razem, ja zerwałam dlatego,że go nie kochałam ale był dla mnie ważny. Mówił że mu na mnie zależy czułam że to jakieś wielkie uczucie z jego strony.Wcześniej nie wiedziałam co czuje. Potem powiedział,że tylko mu się podobałam.A teraz czuje że dojrzałam do tej miłości wiem co jest dla mnie naprawdę ważne, Ale on stał się jakby inny??Czy mam prawo jeszcze robić kroki w jego stronę?? Co mam robić??Pomóż.

* * * * *

A dawno temu byliście razem? Jak niedawno to może jest jeszcze szansa, ale jeśli sporo czasu mnięło to może być różnie. Poza tym musisz wziąć pod uwagę, że on mógł inaczej już poukładać pewne raelacje w swoim życiu. Zresztą widzę tu trochę taki słomiany ogień z jego strony: najpierw wielkie wyznanie uczuć, a potem mu się tylko podobasz? To co jest prawdą? Wydaje mi się, że on się zakochał, a potem mu przeszło. I nierozsądnie postąpił wyznając uczucia. O tym dlaczego tak nie należy robić pisałam w odp. nr: 18, 61, 74, 217, 514, 1168, 1287. Ty się po prostu wystraszyłaś tego tempa, nie byłaś na taki rozwój wydarzeń gotowa i to było wtedy normalne.
Oczywiście, masz prawo nawiązać z nim ponowną relację, ale nie wiem jak się Wasze losy potoczą. Musisz sama wybadać co on o Tobie myśli i czy chcecie być razem. Z Bogiem!

  myszka, 18 lat
1679
28.04.2007  
hej. Nie wiem od czego zacząć... Mam 18 lat i jestem nieszczesliwa. 2 miesiące temu zerwal ze mną chlopak z ktorym bylam przez pol roku... Powiedzial ze musi odpocząc ode mnie, ze jestem dla niego za dobra, i ze on jest zlym czlowiekiem.... Bardzo go kocham, i jest mi ciezko samej... Nie mam sily na nic, nawet modlic sie przestalam bo Bog i tak nie "odpowiada" na moje prosby. Mielismy byc razem do konca zycia, mowil ze nigdy mnie nie skrzywdzi, nie zostawi... Chcialabym go znienawidziec! Chcialabym zapomniec o nim, ale codziennie gdy wstaje mysle o nim... sni mi sie... Mam dosc siebie. Jest we mnie tyle zla... nie wiem juz jak mam sobie z tym wszystkim radzic... Chcialabym tylko zeby ktos mnie przytulil i wysluchal, ostatnio nawet na przyjaciolach nie moge polegac...
Kiedys odwiedzalam bardzo czesto tą strone, i tutaj zawsze znajdowalam "spokoj", dobre rady...Chcialabym znowu rozmawiac z Bogiem, ale juz nie umiem....
Chcialabym znowu wierzyc, ze wszystko bedzie dobrze....


* * * * *

Myszko, będzie dobrze. Na pewno. Ale nie od razu. Przeczytaj proszę wcześniejszą odpowiedź i odp. nr: 80, 526, 653, 825. Zgadzam się, że nienormalny był sposób w jaki Wasz związek się zakończył, a w każdym razie motywy jego zakończenia. Zostałaś zraniona. Nie tak się sprawy załatwia. Nie wiem o co chodziło Twojemu chłopakowi, ale wydaje mi się, że wybrał najprostsze rozwiązanie: nie chciał z Tobą być i powiedział, że jest zły. A co to znaczy zły?
Konkretnie, powinien Ci powiedzieć w co jest w nim złe i - co ważne! - jak to się ma do Waszego związku. Idelany nikt nie jest ale ważne jest jak się negatywne cechy przekładają na relacje.
Widzisz, ja zawsze jestem zdania, że z wyznaniem uczuć, ze słowem: kocham", z deklaracjami "zawsze" i "do końca życia" należy być bardzo ostrożnym. Nie można po kilku miesiącach w wieku 18 lat stwierdzić, że zawsze z kimś będziemy. Bo to może okazać się kłamstwem. Zanim kogoś dobrze nie poznamy to nie możemy podjąć takiej decyzji. Pisałam o tym w artykule: [zobacz]. Bo co będzie jak nam się "odwidzi"? Jak po jakimś czasie stwierdzimy, że to nie to? Ano właśnie będzie tak jak w tym przypadku.
Dlatego Twój chłopak nie powinien Ci niczego takiego obiecywać. A on obiecał i nie wziął odpowiedzialności za to co zrobił. I jest jak jest.
Twoje rozżalenie jest zupełnie zrozumiałe. Natomiast nie trzeba nienawiści. To Ci nic nie da. Niczego to nie polepszy. Oczywiście, ja nie mówię, że masz być dla niego wyrozumiała albo zapomnieć. Chodzi tylko o to, żebyś mu nie życzyła źle. Nie musisz go usprawiedliwiać, ale spojrzyj na to z tej strony, którą Ci opisałam. No i módl się, by Bóg uleczył to zranienie i Twoje uczucia i dał Ci poznać kogoś, kto Cię pokocha prawdziwą miłością. Z Bogiem!

  agata, 19 lat
1678
27.04.2007  
witam :) to ja z pytania 1543. Od tamtego czasu minelo juz sporo czasu tzn 4 miesiace i wcale mi nie przechodzi wiec mysle ze powiedzenie czas leczy rany, w tym przypadku nie jest na miejscu...nie wiem co robic...pawel zerwal znajomosc, urwal nam sie kontakt ja mu napisalam kilka razy smsa ale on nie odpisuje wcale...nie potrafie o nim zapomniec, nie przeszlo mi ani troche:( a czasem nawt mysle ze go kocham....:( co tu robic? nigdy wczesniej nie bylam w takiej sytuacji...tak samo jak sie szybko zakochiwalam, szybko mi przechodzilo, ale teraz jest zupelnie inaczej:( prosze o pomoc bo naprawde nie daje sobie rady z samą sobą:( nie moge sie na niczym skupic a za tydzien juz matura:( mysle o nim caly czas:( z gory dziekuje za rade, pozdrawiam!

* * * * *

Czas leczy rany. Tylko - jak w piosence "Starego Dobrego Małżeństwa" - trzeba "dać czasowi czas". Nie dziwię się, że w ciągu 4 miesięcy Ci nie przeszło. Tu trzeba więcej czasu. Poza tym nie zapomnisz i Ci nie przejdzie jak będziesz pisała do niego sms-y i non-stop myślała o nim. No, owszem, myślenia sobie nie wyłączysz, zgadzam się, ale sms-y same się nie piszą, prawda? Nie jesteśmy odpowiedzialni za nasze uczucia ale za to co z nimi zrobimy to już tak. Po co to robisz? Masz nadzieję, że on zrezygnuje z narzeczonej? Wiesz, że to nieprawda. On określił się dość jasno zrywając kontakt z Tobą.
Ja wiem, że Ci ciężko i że nie chcesz tak naprawdę o nim zapominać. Ale właśnie jeśli nie chcesz to nie zapomnisz. I kółko się zamyka. Czy czytałaś odpowiedzi, które Ci poleciłam? Pewnie czytałaś, ale myślisz, że to takie sobie pisanie a Tobie i tak nie przejdzie.
Ale widzisz, moja Droga to co tam jest napisane to szczera prawda. Innych metod nie ma. Natomiast trzeba założyć od razu, że nie zacznie to działać natychmiast, a poza tym trzeba pomału te rady w życie wprowadzać. Bo nic nie zrobi się samo. I nie zapomnimy jeśli nie będziemy choć usiłowali zapomnieć. Co możesz zrobić? Modlić się o zabranie tego uczcuia. Sytuację masz naprawdę dobrą, bo nie masz z nim kontaktu. Z Bogiem! No i powodzenia na maturze!

  wątpiąca, 17 lat
1677
27.04.2007  
Mam pytanie.

Ciągle mi się wydaje, że chrześcijaństwo ogranicza kochające się osoby. Tak dla przykładu - czy grzechem jest, jeśli małżonkowie się przytulają? Albo jeśli narzeczeni się całują? Po ślubie też nie mogą? ;/ Moja katechetka twierdzi, że namiętne całowanie (po ślubie też!!!) to grzech. Przez to boję się nawet przytulić do chłopaka...

co Pani na to?


* * * * *

Kochana, jakby grzechem było małżeńskie przytulanie to skąd by się brały dzieci? Znaczyłoby to, że także współżycie byłoby grzechem i każde poczęcie dziecka byłoby sprzeczne z wolą Bożą, tak? A przecież wiemy, że tak nie jest. Zarówno przytulanie, współżycie i pocałunki po ślubie nie są grzechem, ponieważ małżonkowie również w sposób fizyczny mogą i powinni okazywać sobie miłość.
Pocałunki przed ślubem pomiędzy narzeczonymi też grzechem być nie muszą i co zasady nie są. Przed ślubem niedozwolone jest współżycie i takie gesty, które doprowadzają do niepotrzebnego podniecenia, czyli nie są czyste.
Przed narzeczeństwem też są pewne gesty, za pomocą których możemy wyrazić swoją miłość w stosunku do dziewczyny czy chłopaka. Normalne przecież jest to, że w miarę rozwoju znajomości zbliżamy się do siebie coraz bardziej i coraz bardziej tego kontaktu pragniemy. I to nic złego. Chodzi tylko o to, by te gesty były czyste to znaczy wyrażały nasz szacunek do drugiego człowieka a nie egoizm i pożądanie. I to dotyczy wszystkich: i małżonków i narzeczonych i dopiero "chodzących ze sobą". Wydaje mi się, że właśnie o to chodziło katechetce: że jeśli małżonkowie całują się "namiętnie" po to tylko, by wywołać u siebie podniecenie bez zamiaru uczciwego współżycia małżeńskiego to może to być grzechem.
Pisałam o tym w odp. nr: 773, 800, 804, 1051 oraz tym artykule: czystość. Polecam też tego linka: [zobacz]

  Natalia, 20 lat
1676
27.04.2007  
/1608/Dziękuję za odpowiedź,ale chyba nic z tego nie będzie.Dowiedziałam się,że Piotrek jest najprawdopodobniej wolny,więc jakaś szansa by pewnie była,gdybym tylko była innym człowiekiem.Wydaje mi się,że on okazuje teraz mniejsze zainteresowanie niż na początku. Możliwe,że mu po prostu przechodzi.No i nie jestem w stanie sprawdzić,czy on wtedy ze mnie śmiał, i czy śmieje nadal. Myśli Pani,że w takiej sytuacji można komuś zaufać?Doradza mi Pani kontakt,ale to jest niemożliwe,bo na sam jego widok jest mi słabo i strasznie się denerwuję (tak,tak...moja nerwica...).Poza tym mam inne problemy wewnętrzne,jakieś problemy z psychiką.W którejś odpowiedzi wyczytałam,że taka osoba nie powinna sie wiązać,że najpierw trzeba uporać się z problemem.No dobrze,w takim razie leczyć się i mieć nadzieję,że on poczeka?A może przez ten czas całkowicie minie zainteresowanie?A jeśli leczenie potrwa długo,lub całe życie będę chora?Nie wiem,co mam zrobić ze studiami,nie wiem,czy moją decyzję mogę uzależniać od niego.Bo przecież jeśli przeniosę się na inną uczelnię, gdzie go będę widywać?A jeśli zostanę drugi rok w tej szkole,to może wtedy coś wypali.A jeżeli nie,to czy nie szkoda tego roku? Może po prostu "uczepiłam się" go,bo zwrócił na mnie uwagę?(to przez niskie poczucie własnej wartości) Nie wiem,czy będę potrafiła kiedyś kogoś pokochać. Uważam się za egoistkę. Nigdy nikogo nie miałam. Myślę,że zawsze będę sama.
P S Przepraszam za zawracanie głowy swoimi bzdurnymi .problemami


* * * * *

Zostać kolejny rok w szkole, żeby MOŻE coś wypaliło??? Czy Ty żartujesz?
Poza tym nie wmawiaj sobie choroby! Sam strach i zdenerwowanie jak się widzi kogoś na kim nam zależy są czymś naturalnym właśnie dlatego, że nam zależy. Wtedy cały organizm reaguje pod wpływem emocji. Jakbyś się nie denerwowała i nic nie czuła to by znaczyło, że Ci na nim nie zależy.
Tak, owszem, wiele razy pisałam, że jak ktoś ma problemy emocjonalne to powinien najpierw z nimi się uporać. Ale to dotyczy takich sytuacji kiedy ktoś np. nie akceptuje siebie, wręcz siebie nienawidzi, uważa się za nic niewartego albo zieje nienawiścią do wszystkich. Wtedy naturalnie, nie należy wchodzić w związek, dopóki się nie zaakceptuje siebie. Natomiast Ty nie musisz się (moim zdaniem) na nic leczyć! Tobie potrzeba po prostu "przełamania się", odwagi, nawet jeśli Cię to będzie kosztowało dużo wysiłku. Bo tylko w ten sposób pokonasz swoją słabość. I dlatego też poleciłam Ci odpowiedzi jak nawiązać kontakt - to są metody małych kroków.
Nie wiem czy i jakie masz szanse na związek z tym chłopakiem, być może on faktycznie nie jest Tobą bardziej zainteresowany. Jeśli tak - przykro mi.
Jeśli zatem nie będzie odwzajemniał Twojej sympatii po prostu rób swoje. Widocznie to jeszcze nie ten. Idź na studia i zajmij się sobą. A może tam kogoś poznasz?
Powodzenia!
p.s. Z tą samotnością całe życie to kolejny żart? Będziesz sama jeśli będziesz chciała być sama. Jeśli nie będziesz chciała i nie będziesz zamykała się na innych samotność Ci nie grozi. Z Bogiem!

  Ania, 19 lat
1675
27.04.2007  
To ja z pytania 1647. Ksiądz jest 15 lat ode mnie starszy. Nie zrobił nic nie odpowiedniego. Dlaczego więc zastanawiam się czy on czegoś nie czuje? Wydaje mi się, że on ciągle na mnie patrzy, przytula (tak po przyjacielsku), pisze sms-y, chce mnie odwiedzić w domu, wymyślił dla mnie zdrobniałe przezwisko i w ogóle tak jakoś... Ja go bardzo lubie i boję się, że zbytnio się do niego przywiąże. Boje się też, że on coś do mnie czuje lub dopiero poczuje. Wiem, że na nic więcej się nie zdecyduje (tak myślę) i całe szczęście. Ale i tak jakoś mi dziwnie. Może ja to za bardzo jakoś biore do siebie, ale co by było gdyby inni księża się zorientowali, albo coś? Ale to takie pesymistyczne wizje. Myślę, że będzie dobrze:)

* * * * *

Hmm, ale 15 lat starszy to znaczy, że on ma dopiero 34 lata :) No cóż, moim zdaniem NIE JEST NORMALNE jak taki ksiądz przytula 19-latkę i chce ją odwiedzać w domu.
Może faktycznie Twoje podejrzenia są nie bez podstaw. No, w każdym razie ja radziłabym większy dystans. Nie to, że od razu należy go o złe zamiary podejrzewać, ale to zachowanie jest trochę dziwne. A przynajmniej na takie wygląda z boku. Polecam też ten artykuł: [zobacz]

  Marta, 16 lat
1674
27.04.2007  
Może wy mi pomożecie. To wszystko jest takie dziwne, że nawet sama nie wiem jak mam to opisać. Bardzo spodobał mi sie pewien chłopak. Nie tak dawno zaprosiłam Go na spacer żeby trochę odreagować szkołę. Oczywiście zgodził się od razu, co też mnie trochę zdziwiło. Był z nami jego młodszy braciszek, bo musiał się nim zająć. Było na prawdę bardzo fajnie. Później odprowadziliśmy go do domu, a my poszliśmy jeszcze trochę pochodzić. Rozmawialiśmy tak jak byśmy znali się od zawsze. Zrobiło się trochę chłodno i złapałam Go pod rękę. Nie protestował więc nie wyciągałam jej. Ale później złapał mnie za rękę, i włożył do swojej kieszeni od kurtki i nasze palce się złączyły. Kiedy przyszliśmy do mnie pod dom, jeszcze dosyć długo rozmawialiśmy prawie, że o wszystkim. Nie mogliśmy się rozstać. Ale najbardziej zastanawia mnie to, że kiedy jesteśmy w szkole to nie podejdzie do mnie, nie zagada. Muszę przyznać, że on jest bardzo nieśmiały, i nie lubi przebywać w dużej grupie ludzi. Ale dlaczego kiedy byliśmy razem było całkiem inaczej? Tak fajnie. Jak mam rozumieć takie zachowanie? Czy on coś do mnie czuje i chce mi się przyglądać? A może woli ze mną tylko wtedy kiedy jesteśmy razem? A może nic do mnie nie czuje, i nie wie jak ma mi to powiedzieć, żeby mnie nie zranić?

* * * * *

Wiesz, Marta, za mało danych, żeby cokolwiek powiedzieć z całą stanowczością. Rozwiązanie może być każde, o czym sama pisałaś. Wydaje mi się, że nie jest tak, że mu się nie podobasz. No bo jakby tak było to by się nie chciał spotkać tylko czymś wykręcił.
Dlaczego tak się zachowuje w szkole jest oczywiste: jest nieśmiały, a poza tym nie jesteście jeszcze parą, więc nie chce by ktoś to w ten sposób odebrał. Póki nie będzie pewny nie będzie uważał Cię za swoją dziewczynę. I dlatego żeby Tobie nie robić nadzieji. No bo sam jeszcze pewny nie jest.
A czy on sam z jakąkolwiek inicjatywą wychodzi? Tzn. kiedy jesteście sami? Czy jeszcze się więcej nie spotykaliście? Ja myślę, że po prostu musicie więcej ze sobą przebywać, właśnie sami. Możesz jeszcze parę razy coś zaproponować. Z tym, że on powinien to odwzajemnić, wręcz korzystać z okazji. Jeśli tak nie będzie to być może nie chce bliższej znajomości, ale powinien Ci to jakoś dać do zrozumienia.
Odpowiadając na Twoje pytanie, bo pewnie o to Ci chodzi: macie szansę. Tylko jest bardzo wczesny etap i nie można powiedzieć jak będzie na pewno. No i jeszcze jedno: trochę za szybko na takie gesty i może nawet trochę go tym wystraszyłaś? Bo mógł to odczytać bardzo jednoznacznie i poczuć się trochę przyciśnięty do muru. Stąd większy dystans.
Póki co poznawajcie się. Możecie też korzystać ze sposobów nawiązywania kontaktu w odp. nr: 3, 30, 37, 134, 411, 912, 1486. Z Bogiem!

  Iza, 31 lat
1673
27.04.2007  
Dziękuję za odpowiedź na pytanie 1054. Wiele się od tego czasu zmieniło. Parę razy próbowałam definitywnie zakończyć nasze kontakty, ale zawsze po jakimś czasie gdy zadzwonił, to chętnie z nim rozmawiałam i nawet spotykałam się. Mimo iż tak naprawdę sprawiało mi to ból.
Wiele razy udało nam się "poważnie" porozmawiać. Zawsze jednak sprawa kończyła się na tym, że on nie wyobraża sobie ślubu bez wcześniejszego seksu.
Dwa tygodnie temu poznałam chłopaka. Wiele ze sobą rozmawialiśmy o swoich wyobrażeniach na temat rodziny, wychowywania dzieci, poglądów na życie. I jak do tej pory nie znalazłam tematu, który by nas różnił. Jest dla mnie bardzo dobry, przynosi mi kwiaty, jawnie mówi już teraz o wspólnej przyszłości. Jest tylko jeden problem. On nie podoba mi się fizycznie. Wiem, ze wygląd nie jest najważniejszy, ale przynajmniej na razie ciężki mi wyobrazić sobie, że ewentulanie w przyszłości mielibyśmy się całować i współżyć.
Wogóle zastanawiam się, czy tak naprawde nie jestem w stosunku do niego nieuczciwa, że spotykam się z nim, mimo iz mi się nie podoba. Pisze pani wiele razy, ze miłość to pragnienie dobra tej drugie osoby. Tylko, że ja cały czas bardziej pragnę dobra mojego poprzedniego chłopaka. Wydaje mi się, że dla niego byłabym zdolna do o wiele większych poświęceń niż dla Jacka, z którym spotykam się teraz. Kiedy powiedziałam mu, ze sie z kimś spotykam powiedział, ze mimo iz nie nie ma do tego prawa jest zazdrosny, ze myslał iż mimo zę się "kłócimy" i nie możemy dogadać to jednak będziemy razem. Ale nic z tym nie zrobił.
Czuję, ze Jacek bardzo mocno się angażuje w ten związek, mimo iż ja cały czas mówię mu, ze na razie nie jestem niczego pewna, że nie chcę mu niczego obiecywać.
Bardzo podobają mi się jego poglądy, ale czy taki związek (bez fizycznego podobania się) ma sens?


* * * * *

Moja Droga! Wiesz, bardzo bliskie mi są Twoje przeżycia i odczucia. Naprawdę.
Bo przez takie przeszłam. Widzisz, nie mam prawa wyrokować, ale w mojej ocenie Ty po prostu jesteś nadal zakochana w tamtym chłopaku. Po prostu myślisz o nim z tkliwością, gdyby Cię o coś poprosił byłabyś w stanie to dla niego zrobić, myślisz o nim i to on wzbudza w Tobie ciepłe uczucia.
I to jest naturalne, bo on Ci się podoba, bo z nim przeżyłaś wiele chwil i też pięknych chwil, bo jego darzysz uczuciem. Jacek zaś pojawił się nagle. Jest normalny, ma właściwe poglądy i... nie ma żadnej tajemnicy. Jest taki…"przyziemny"(?). I w dodatku nie musisz się o niego starać, to on jest Tobą zainteresowany. Mało tego - zaangażował się uczuciowo i pewnie szybko by chciał się oświadczyć. Ależ to denerwuje, prawda? No i w dodatku on wcale nie pociąga. No bo przystojny nie jest, a dusza - no owszem, ale jeszcze jej nie poznałaś. Kurczę, ciągnie Cię do tamtego...
Czujesz tak? Ja tak czułam.
No i co? No i czasem trzeba włączyć rozsądek. Nie, nie chodzi o to, byś w ciemno decydowała się na Jacka. Tylko widzisz…Ty się nie chcesz odkochać w tamtym chłopaku. No przyznaj się tak przed sobą. Nie chcesz. Chcesz, by tamten nagle zmienił zdanie i poglądy i byście byli szczęśliwi. A tu się taki Jacek napatoczył.
Iza! Zanim coś zrobisz przemyśl parę rzeczy:
Jakim cudem może podobać się ktoś kogo poznałaś 2 tygodnie temu będąc zakochaną w innym? No, nie ma takiej możliwości. A jakby była to by znaczyło, że to anioł albo tamtego w ogóle nie kochałaś. A przecież ani jedno ani drugie, no nie?
No to idźmy dalej. Oczywistym jest pragnienie większego dobra dla kogoś kogo się zna niż dla kogoś dopiero poznanego. Dlatego, że to pragnienie dobra powstaje pod wpływem poznania. Pisałam o tym w tym artykule: [zobacz]. Jak kogoś nie poznasz to owszem, możesz być miła i życzliwa ale zaraz dobra pragnąć? I to większego niż dla siebie? No, bez przesady!
Kolejny punkt: no, ja bym się bardzo zdziwiła jakbyś po 2 tygodniach wyobrażała sobie Wasze pocałunki i współżycie i myślała o tym z przyjemnością. Bardzo. Przecież to odcy facet! Na nikogo na ulicy tak nie patrzysz przecież. Wy się ze sobą nie oswoiliście, Wy nawet na takim etapie nie jesteście by pragnąć wziąć się za rękę. I to normalne, bo gesty są dostosowane do etapu związku. Im dalszy etap tym większe pragnienie. A zatem o to nie możesz się martwić. I mogę Cię zapewnić, że jakbyście ze sobą byli dłużej to inaczej by to wyglądało.
Pytasz czy związek bez fizycznego podobania ma sens. Tak całkiem jak się ktoś nie podoba, jak nas od niego "odrzuca" to nie ma. No bo musi być pewnien pociąg fizyczny, no w końcu małżeństwo to nie tylko przyjaźń. Ale moim zdaniem i jak wynika z moich i nie tylko moich doświadczeń to podobanie nie zawsze przychodzi od razu. Owszem, bywa, że spojrzymy i tak jest. Ale tak jest przeważnie jak ktoś jest bardzo dużej i nietypowej urody i tak przelotnie się nim zachwycamy albo nie jesteśmy zaanagażowani z nikim uczuciowo. Normalnie zaś ktoś nas "ani ziębi ani grzeje" albo nawet nie podoba za bardzo. Ale przy bliższym poznaniu zyskuje. Aby ktoś nam się spodobał musi nas czymś zachwycić. I nie musi to być uroda. Czasem zachwyci nas mądrością, wrażliwością, odwagą, czymś zaimponuje. I ni z tego ni z owego zaczyna się podobać. Nieraz nawet ludzi się dziwią co taka ładna dziewczyna widzi w takim brzydkim chłopaku albo i na odwrót. A oni po prostu najpierw zachwycili się wnętrzem, a potem to co na zewnątrz też zaczęło się podobać. Iza, ja nie mowię Ci absolutnie, że masz być z Jackiem. Tylko pomyśl nad tym wszystkim. Bo chciałam Ci właśnie to powiedzieć: że przyczyną podobania się jest coś co wychodzi z wnętrza i ogarnia całego człowieka. I daj sobie czas. A przede wszystkim - nie porównuj Jacka z tamtym. Bo nigdy nie wyjdziesz na plus. Tzn. formalnie wyjdziesz, ale serce i tak Ci co innego powie. Zgadza się?
Proszę poczytaj też odp. nr: 201, 646, 1120, tam pisałam o tym czy można wyjść za mąż bez miłości.
Módl się się o rozwiązanie tej sytuacji i naprawdę zerwij już kontakty z tamtym. Wystarczająco jasno się określił. Sama widzisz, że nic z tego nie będzie.
A co do Jacka: powiedz mu też, żeby troszkę przystopował jeśli czujesz się "poganiana". Nie możesz robić czegoś wbrew sobie. Musi dać Ci czas i szansę zdecydowania czy w ogóle chcesz. Trzeba się poznać, by móc zdecydować. Jeśli będzie tak szybko dążył do związku to Cię zrazi do siebie. Bo na rozmowy o przyszłości to zdecydowanie za wcześnie. Dlatego dobrze, że jasno się określasz.
Życzę Ci słusznych decyzji i prawdziwej miłości.
Z Bogiem!

  Kamik, 19 lat
1672
26.04.2007  
Dzień dobry. Mój problem być może jest banalny, ale jest mi z nim tak źle ;( Gdyby tylko mogła Pani poradzić mi coś...

Otóż od dwóch miesięcy jestem z pewnym chłopakiem. Po roku starań w końcu udało mi sie zdobyć jego uczucia. To było dla mnie jak prezent od losu. Byłam taka szczęśliwa... Wcześniej tyle przez niego wycierpiałam, tyle łez wylałam... Już na początku naszej znajomości, czyli rok temu zranił mnie dość mocno. Cierpiałam, ale wybaczyłam... Później gdy nasze kontakty odżyły znów mnie zranił. Znowu wybaczyłam. A teraz jesteśmy razem i to chyba ja go uraziłam. On bardzo starał się, żeby było jak najlepiej. Przynosił mi kwiaty w nocy, zostawiał je pod drzwami, robił mi niespodzianki, starał się wysłuchać, doradzić, gdy tylko miałam problem, był cały czas... A ja tego nie doceniłam. ON ma dużo koleżanek, z którymi ma bardzo dobry kontakt. Dlatego też czasami czułam się na dalszym miejscu. Czułam się jakby mu nie zależało. I w trakcie małej wymiany zdań powiedziałam mu, że nie czuję się przy nim wyjątkowo. On wytłumaczył mi, że to nie tak. Wiem, ze bardzo zabolało go, że nei doceniłam Go. Nie doecniłam tego wszystkiego, co dla mnie robi! Wiem, że cięzko to przecgodzi. Gdy spotykamy się milczy... Powiedział, że musimy to przeczekać. Ale ja nie mam sił. Tak bardzo boli mnie, że to wszystko powiedziałam.Boli mnie, że On przeze mnie cierpi. Ustaliliśmy, że nie beziemy narazie psotykać się sami. Jedynie wśród znajomych, gdy atmosfera jest luźniejsza. Zebyśmy sięnie meczyli...

Ja tak bardzo boję się, że go stracę. Nigdy nie wybaczylabym sobie tego! Co mam zrobic? Mam czekać...? Walczyc...? tylko jak...?


* * * * *

Najprościej: przeprosić. Powiedzieć, że nie chciałaś go zranić i że chcesz, byście odbudowali Wasz związek.
Moim zdaniem te dowody jego sympatii świadczyły właśnie o tym, że on Cię jednak wyjątkowo traktuje.
Co teraz? Dać sobie czas, ale nie unikać się, nie milczeć, rozmawiać normalnie. Spotykać się też tylko we dwoje. Każdy popełnia błędy, bo nikt nie jest idealny. Ale nie chodzi o to, by w związku żadnego błędu nie popełnić tylko żeby go dostrzec i przez niego bardziej dojrzeć i coś naprawić. Ty swój błąd widzisz, więc nie możesz ciągle się winić. Teraz pora na naprawę. Ja rozumiem, że Ciebie rozzłościło to, że poświęca może zbyt dużo czasu koleżankom, tak? Takie ukłucie zazdrości? No widzisz, jeśli jego kontakty z tymi koleżankami mieszczą się w granicach normalności, jeśli on nie odsuwa Cię od nich, jeśli nie ma nic przeciwko temu, żebyś uczestniczyła w takich spotkaniach to nic nie powinno Cię niepokoić.
A teraz żyjcie normalnie i zachowujcie się normalnie. Przez milczenie i przez spotykanie się tylko ze znajomymi oddalicie się od siebie. To nie jest dobra metoda. Naturalnie, macie do siebie jeszcze uraz ale rezerwą się go nie pokona tylko szczerym wybaczeniem.
Bądźcie sobą, tak jak przedtem.
Powodzenia!

  k, 22 lat
1671
26.04.2007  
Witam. To znowu ja (1617)...
Zrobiłem tak jak mi doradzaliście – dałem do przeczytania swojej dziewczynie te artykuły... Jednak nie przyniosły skutku, takiego jak się spodziewałem L
Czytając je stwierdziła, że posiadam więcej minusów niż plusów. Uważa, że nie jestem wolny psychicznie od swoich rodziców (denerwuje ją, że musze im pomagać, że wracam w tygodniu o 21 itd...). Twierdzi, że nie potrafię się im postawić. Tylko zastanawiam się w czym mam się postawić skoro moi rodzice nie chcą dla mnie źle, a niańczony przez nich nie jestem, a że chcą wiedzieć gdzie jestem to chyba nic złego... Ostatnio bardzo ją rozłościł fakt, że matka zadzwoniła do mnie z pytaniem jaki chce kolor swetra, bo chce mi zrobić prezent na urodziny. Czy jest coś w tym złego?? Mimo iż jestem dorosły to chyba musze przestrzegać jakieś zasady współżycia w domu – zwłaszcza że mieszkam z rodzicami i jako student oprócz niewielkiego stypendium nie mam własnego dochodu finansowego... W jej oczach jest to jednak nie normalne, aby mówić rodzicom mając lat 22 gdzie się jest, i żeby po 21 w tygodniu być w domu...
Uważa też, że nie spełniam roli przewodnika związku i nie potrafię nakierować go delikatnie na właściwe tory... OK., ale jak to możliwe, abym mógł to zrobić skoro jestem blokowany przez nią – jak coś jest nie po jej myśli to się obraża. Starałem się na to nie zwracać uwagi, ale skoro mi mówi, że jej już nie kocham itd. to odechciewa się wszystkiego...
A na temat DDA odpowiedziała mi, abym lepiej sam się zapisał do DDNM – Dorosłych Dzieci Nadopiekuńczych Mamusi... I jak tu z nią rozmawiać??
Postanowiliśmy (raczej ona) rozstać się – stwierdziła, że nie wygra z moją matką (!?). Mówi, że wszystkie jej koleżanki i znajome popierają tę decyzje, bo nie jedna zjadła sobie zdrowie na teściowych.... Zastanawia mnie tylko czemu ona tak nie lubi mojej matki – pomijam fakty, że moja matka jej pomogła, ale skoro nie ma z nią żadnego kontaktu to o co jej chodzi? A ni się z z moją matką nie widuje bo tego nie chce, ani moja matka do niej nie dzwoni, ani się nie w trąca w nasz związek... to o co chodzi?
Może ja faktycznie jestem maminsynkiem skoro nie potrafie tego pojąć?!

Więc parę dni temu się rozstaliśmy... Na uczelni traktuje mnie jakby mnie nie znała, kazała mi przywieźć swoje wszystkie rzeczy natychmiast. Ta zaś oddała mi moje – tyle tylko że z kuchenką elektryczną, żelazkiem itd., itp. – rzeczami które są jej potrzebne (bo ich nie ma), a nie chce ich zatrzymać, twierdząc że ich nie potrzebuje i da sobie rade. Powiedziała, że nic już ode mnie nie chce, ani żadnej pomocy, ani nic...

Dzisiaj dostałem od niej sms-a o takiej treści:
„K... nie chcę od ciebie już nic. Wiem że masz do mnie dużo żalu jednak uważam, że słusznie Zrobiliśmy (?). Powiedz mi tylko o co się jeszcze kłóciliśmy oprócz twojej mamy- po prostu chciała bym wiedzieć. Być może nie będziemy mieli już ze sobą kontaktu dlatego bardzo bym chciała abyśmy nie mieli złych wspomnień- bardzo Cię przepraszam za wszystkie przykrości których doznałeś z mojej strony”. Odpisałem jej, że tylko o to się kłóciliśmy – bo to prawda, a ona odpowiedziała mi, „no właśnie... kiedyś to zrozumiesz...”.

Co mam zrozumieć?! Co mam myśleć?! Co robić?! Proszę doradźcie mi bo nie wiem co już robić. Kocham ją, ale nie pozwolę aby ktoś mówił, że moja matka jest po*****

A może to ze mną jest coś nie tak?!

Z góry dziękuje i pozdrawiam.


* * * * *

Krzysztofie (tak masz na imię?), brak mi słów…Naprawdę. W mojej ocenie, w kontekście tego co napisałeś to po pierwsze: NIE JESTEŚ maminsynkiem (trzeba odróżniać bezwzględne posłuszeństwo rodzicom, bezkrytyczne przyjmowanie ich uwag i podporządkowanie się ich woli od szacunku i przestrzegania zasad w domu gdzie się mieszka). Po drugie: Twoja dziewczyna podświadomie zazdrości Ci dobrych relacji i atmosfery w domu i próbuje znaleźć złe strony tej sytuacji i zanegować to co jest w nim pozytywne. Może nie robi tego złośliwie, ale ona czuje się pokrzywdzona przez to co ona miała w domu i dlatego usiłuje z Twojego domu zrobić przesłodzoną sielankę, a z Ciebie maminsynka. Po trzecie: ona ma naprawdę duże problemy emocjonalne i naprawdę powinna skorzystać z terapii DDA. To żaden wstyd, moim znajomym sporo ona pomogła. Widzisz, dopóki ona ze swoim życiem nie zrobi porządku to nie zbuduje normalnego związku. Ty zrobiłeś dla niej naprawdę dużo. I tu nie chodzi o to, żeby się licytować kto więcej ale ona po prostu odrzuca wszystko co dobre a natychmiast zauważa zło. I znowu: to nie jest złośliwe. To czym kto był faszerowany ileś tam lat oddziałuje na jego sposób myślenia i postrzegania. I to tłumaczy dlatego znalazła u Ciebie więcej minusów i dlatego, że nie lubi Twojej mamy i to, że w reakcji na propozycję terapii zaproponowała ją ze złością Tobie. Naturalnie, to jej nie tłumaczy bo jest dorosła i wie co dobre i złe. A ten tekst o koleżankach, które zdrowie na teściowych zjadły jest po prostu śmieszny: a ileż to jej koleżanek w jej wieku ma w ogóle teściowe i ileż to lat się z nimi "użerają"? Co za jakiś głupi stereotyp! Ja ze swoją teściową bardzo dobrze żyję, ponieważ obie tego chcemy i szanujemy się nawzajem - ot, i cały sekret.
Mój Drogi! Chciałabym Ci pwoiedzieć, że będzie dobrze. Ale nie mogę Ci tego powiedzieć. Bo nie do końca to zależy tylko od Ciebie. A ona nie che się przełamać, żeby coś ze swoim życiem zrobić. Ona myśli, że rozstanie się z Tobą i to załatwi sprawę. Bo pozna kogoś innego, kto spełni jej oczekiwania. Tylko po pierwsze: nie ma ideałów, a po drugie: wygląda na to, że ona swoich oczekiwań nie sprecyzowała. Ona trochę porusza się po omacku. Z jednej strony chce by u niej było inaczej niż w domu a z drugiej strony widząc Twój dom odrzuca ten obraz, bo jest jej obcy i wydaje jej się tak wyidealizowany, że nierealny.
Obawiam się, że być może w swojej chęci usamodzielnienia zwiąże się z "pierwszym lepszym" mężczyzną, który da jej namiastkę ciepła. A potem się okaże, że facet się bawił albo wykorzystał.
Moim zdaneim zrobiłeś co mogłeś. Nie błagaj jej na kolanach o powrót. Bo to nic nie da. Czasem z miłości trzeba pozwolić odejść. Ona NIE CHCE iść na kompromis, nie chce się zmusić do szacunku do Twojej matki, nie chce wypracować wspólnych celów. Ona chce byś Ty postępował tak jak ona sobie wymyśliła. To droga donikąd.
Módl się. Tyle na razie mogę Ci poradzić. Wierzę, że znajdziesz prawdziwą miłość. A na razie ochłoń po tym wszystkim, daj sobie czas.
Mam nadzieję, że te kilka słów pozwoliło Ci zrozumieć jej motywy. Teraz wszystko w rękach Boga. Bóg ją także kocha i chce jej dobra. A ona wybierze to co uzna za stsosowne - ma rozum i wolną wolę. Trzymaj się! Z Bogiem!

  smutna, 33 lat
1670
25.04.2007  
Witam! Mam pewien problem. Przez 2 lata spotykalam sie z chlopakiem.Wyjechal do Anglii na 3 miesiace mimo, ze nie bylam tym pomyslem zachwycona.Po powrocie okazalo sie ,ze jest chory na raka. Po uslyszeniu diagnozy b. sie zmienil: odsunal sie ode mnie, unika ze mna kontaktu. Odszedl bez slowa wyjasnienia.Podeptal moje uczucia. A ja nie moge sie z tym pogodzic.Nie zaufam juz zadnemu mezczyznie. Liczylam, ze bedziemy razem, ale widocznie Bog chcial inaczej. Juz od kilkunastu lat nieustannie prosze Boga o milosc i dobrego meza, a Bog pozostaje gluchy na me prosby, nie wysluchuje mnie. Moze nie dane mi jest byc zona i matka..?!Nie widze sensu dalszego zycia.Nikt nie chce mnie pokochac, a mnie jest trudno pogodzic sie z nekajaca mnie samotnoscia. Czuje sie osamotniona, opuszczona i niekochana.Bog nie chce by czlowiek cierpial, ale spotykaja mnie same przykre doswiadczenia milosne.Kilka razy zostalam zraniona i nie mam juz sily ,by wszystko cierpliwie znosic.Trace juz nadzieje na lepsze zycie...Moze lepiej by mnie Bog zabral do siebie..

* * * * *

Bardzo mi przykro. A czy to jest nowotwór złośliwy, czy zostało mu kilka lat lub miesięcy życia czy da się z tym, żyć, z tego wyjść? Jeśli to pierwsza sytuacja to jest to jego sposób na to co go spotkało. Jeśli nie to nie bardzo rozumiem jego zachowanie, bo jeśli spotykaliście się 2 lata to byłaś dla niego bliską osobą, z którą powinno się dzielić nie tylko radości ale i smutki. Na pewno przecież byś go w walce wsparła, prawda? No cóż, on widocznie stwierdził, że "nie będzie komuś życia marnował", zamknął się w sobie i usiłuje zapomnieć o przeszłości ale i przyszłości. Po prostu jest pełen żalu (co jest akurat zrozumiałe) i nie wierzy, że ktoś chciałby być z nim mimo wszystko. Smutne - w kontekscie tego co razem przeżyliście. A dawno ta sytuacja miała miejsce? Nie da się już nic zrobić? On definitywnie z Tobą zerwał?
Jeśli tak, to bardzo Ci współczuję i tego, że zostałaś sama i tego, że zostałaś odtrącona, mimo, iż na pewno chciałaś być z nim w tych trudnych momentach.
Widzisz, na pewno musisz dojść do siebie, musisz na nowo uwierzyć, że jesteś komuś potrzebna, że jesteś warta tego, by być szczęśliwą, że na pewno zasługujesz na miłość. Z pewnością masz w sobie pokłady tej miłości, którą chcesz kogoś obdarzyć. To co mogę Ci teraz poradzić to jeśli faktycznie to już zamknięty rozdział to w zależności od tego jak dużo czasu minęło: ochłonięcie, wylanie swego żalu (przed Bogiem, przyjaciółką, mamą- nie musisz udawać, że wszystko jest ok., masz prawo do takich uczuć) no i odzyskiwanie zaufania. Wiesz, ja poniekąd Cię rozumiem, bo moje zaufanie też zostało bardzo nadużyte. Też myślałam, że nigdy nie zaufam. Ale zaufałam. I sytuacja się powtórzyła, tylko w gorszym wydaniu….Po tym nie chciałam mieć do czynienia z chłopakami, myślałam tak jak Ty. Ale Bóg chciał inaczej i dał mi mojego męża. Któremu wcale nie chciałam na początku zaufać i dlatego nasz związek był powolnym oswajaniem. Ale udało się. Czego i Tobie życzę. No bo na logikę: nie WSZYSCY mężczyźni są tacy. No nie wszyscy. Na pewno są tacy, którzy tacy nie są.
Może poszukasz ich tutaj: [zobacz]
Mamy wiele szczęśliwych par.
I módl się. O uleczenie z tego zranienia, o dobrego męża, o prawdziwą miłość. Z Bogiem!

  caryca, 24 lat
1669
25.04.2007  
Witam, potrzebuję porady. Poznałam chłopaka, który jest w trakcie rozwodu. Ze swoją żoną ma jedynie ślub cywilny. Między nami zaczyna powstawać coś poważnego. Ja jestem osobą wierzącą, która jak dotąd nie dopuszczała takich historii do świadomości. Nie wiem jak kościół patrzy na taki związek, tu jest cały mój dylemat. Życie nie jest tak proste jak sobie myślałam do tej pory. On pyta mnie czy w takim razie jemu szczęście już się nie należy. ...Dziś powiedział mi, że mnie kocha. Proszę o poradę, jest mi z tym ciężko.

* * * * *

Moja Droga, to nie takie proste, masz rację. Bo wiesz, tu nawet nie chodzi tylko o to jak Kościół na to patrzy. Jeśli on faktycznie miał "tylko" ślub cywilny to jest możliwy ślub kościelny. Ale widzisz, nie napisałaś kilku istotnych rzczy. Jak długo byli małżeństwem, w jakim są wieku, czy mają dzieci? Czy oni nadal razem mieszkają?
Ile Wy się znacie? Kto był inicjatorem związku (w Waszym przypadku)? Jak on się wyraża o żonie? Czy "zwala" na nią winę, mówiąc jaka to ona niedobra, a Tobie obiecuje że będzie cudownie? Jeśli tak mówi to absolutnie nie należy mu wierzyć! Widzisz, ślub cywilny to wprawdzie pewna "formalność", ale błędem jest traktowanie go jak czegoś zupełnie nieważnego. Naturalnie, on nie wywołuje żadnych skutków przed Bogiem i ludzie mający tylko taki ślub żyją w permanentnym cudzołóstwie, jednak z punktu widzenia prawa cywilnego jest to poważne zobowiązanie dwojga ludzi, którzy powinni wiedzieć co robią. Nie na darmo tekst ślubowania zaczyna się od słów "świadomy praw i obowiązków wynikających z założenia rodziny". Pytanie czy ci ludzie byli świadomi? A jak nie byli to tym gorzej. A jak byli a treraz tak lekko to traktują to chyba coś jest nie tak.
Co jest przyczyną rozpadu ich związku? Dlaczego nie mieli ślubu kościelnego? To bardzo ważne pytanie bo sugeruje że Bóg nie był dla niego ważny tak? A skoro nie był to czy chcesz się z kimś takim wiązać?
Czy zdajesz sobie sprawę, że on z żoną wytworzył bardzo ścisłą więź we wszystkich dziedzinach, z intymną włącznie? Jesteś w stanie to unieść? Jesteś w stanie pogodzić się, że ktoś był przed Tobą? Jesteś w stanie znieść być może jakieś porównania do tamtej w każdej dziedzinie? Nie mówię, że wyrażone wprost i świadomie. Podświadomie. W artykule: zobacz] pisałam o konsekwencjach pierwszego związku.
Widzisz to nie jest tak, że ja Ci go odradzam. Ja nie znam sytaucji. Napisałaś bardzo mało. Natomiast chciałam Ci pokazać, że prócz tego, że nie ma przeszkód natury kościelnej jest jeszcze wiele innych czynników, które TRZEBA wziąć pod uwagę.
Jesteś jeszcze młoda. Niedobrze by było, gdybyś w pełnym zaufaniu powierzyła się komuś kto zawiódłby Twoje ufność. Żebyś poplątała sobie w życiorysie. Każdy rozwód źle rokuje na kolejny związek. No niestety, tak jest bo świadczy o nieumiejętności utrzymania więzi.
Czy oni w ogóle starali się ratować związek? Czy byli na jakiejś terapii?
Pytanie Ciebie czy jemu się szczęście nie należy jest draństwem. Wiesz dlaczego? Bo to nie to że jemu się szczęście nie "należy", bo "należy" się każdemu (a w zasadzie to nie jest tak, że się "należy", bo każdy człowiek ma obowiązek dążyć do szczęścia - ale zgodnego z wolą Bożą, bo to jest szczęście dla chrześcijanina). Chodzi o to, że on próbuje na Tobie wywrzeć nacisk. On usiłuje zmusić Ciebie, byś Ty byciem z nim mu to szczęście zapewniła. No jakieś nieporozumienie.
Miłość jest pragnieniem dobra dla drugiego, a nie pytaniem o szczęście dla siebie. Inaczej jest egoizmem i świadczy o niedojrzałości do związku i niezrozumienia czym jest miłość (o tym pisałam w tym artykule: [zobacz]). Dlatego on nie pwoinien o to pytać, a już na pewno nie Ciebie. Ja Cię rozumiem, naprawdę, bo mam takie doświadczenia za sobą. I znam te mechanizmy. Moja Droga! Jest wiele pytań, które musisz sobie postawić, wiele rzczy, które musisz przemysleć. Proszę, przeczytaj jeszcze te artykuły: [zobacz], [zobacz]. Porozmawiaj z nim o jego stosunku do Boga, o jego stosunku do żony, o tym jak wyobraża sobie przyszłość, jak wyobraża sobie także dalsze relacje z nią? Co wynika z rozmów z nim? Jaki obraz człowieka? Jak jest w stosunku do Ciebie? Wiesz, niepokoi mnie to, że on zaczął się Tobą interesować zanim poukładał swoje sprawy z nią. Że wyznał miłość Tobie będąc w małżeństwie z tamtą.
Nie boisz się takich sytuacji w przyszłości? Że tak łatwo mu przychodzi to słowo i uczucie? Zakładam, że nie ma dzieci bo jeśli tak to... bez komentarza.
Normalnie człowiek najpierw zamyka jeden rozdział za sobą, a potem otwiera nowy. A on? Jak TY się w tym czujesz? Chyba niefajnie, co?
No nic zostawiam Cię z tymi wątpliwościami, może większymi niż poprzednio. Ale cóż, to ogromnie ważna decyzja. Życzę Ci by była trafna. Z Bogiem!

  Patrycja, 16 lat
1668
24.04.2007  
Witam!! mam na imię Patrycja i mam 16. Do tej pory jeszcze nie miałam chłopaka.Niekiedy jest mi z tym źle i trudno, bo wkońcu moje koleżanki już mają chłopaka, a ja to uważam że jestem brzydka. Zresztą nie tylko ja tak uważam. Niektórzy z chłopców mi to poprostu powiedziało.Czuje się dziwnie w gronie osób w którym są moje koleżanki i chłopcy , bo widzę że oni patrzą na mnie z pogardą a na moje koleżanki inaczej.Choć kiedyś paru chłopców pytało sie mnie o chodzenie tylko, że ja nie potrafię chodzić z kimś kogo nie kocham.A teraz podoba mi się pewien chłopak lecz nie chce dostać kolejnego kosza. Dlatego nie mówię o tym nikomu. Ile razy w życiu sie zakochałam tyle razy dostałam kosza... Nie chce się już zakochiwać bo dla mnie miłość jest bólem a nie szczęściem.Czy kiedyś to się skończy??Czy spotka mnie miłość?? Proszę Boga o nią. Jednak wszystkie moje niepowodzenia wiąże z tym z jakiego domu pochodzę.A w szczególności chodzi mi o to że jeżeli pochodzi sie z rodziny w której jest alkohol i nie otrzmalo sie takiej miłości jak trzeba to jest jeszcze gorzej. W tym przypadku chodzi mi o ojca. Może kiedyś będę miła lepszą rodzine?? Ale jak narazie nie chce popełnić błędu mamy. Dziekuje za wysłuchanie mnie, i za taką stronke.:) pozdrawiam:)

* * * * *

Patrycjo! Bardzo dobrze, że zwróciłaś uwagę na problemy, które były w domu i to, że nie chcesz powtarzać pewnych błędów. Polecam Ci tą odp.: 468, poczytaj, pomyśl, myślę, że Ci pomoże.
Co do tego, że nie miałaś chłopaka. Jeśli ktoś Ci mówi, że jesteś brzydka to znaczy, że nie jest wart Twojego zainteresowania. Bo po pierwsze: piękno jest odczuciem subiektywnym i co jednym się podoba, innym nie, a po drugie: jeśli ktoś na to w pierwszym rzędzie zwraca uwagę no to na bardzo kruchej podstawie chce oprzeć związek. Przecież uroda przemija i zmienia się, a najważniejsze jest to jaki ktoś jest, jakie ma wnętrze i co sobą prezentuje. Przecież sama nie chciałabyś chyba być z przystojnym chłopakiem, który pije, klnie i Cię nie szanuje, prawda? Dlatego wartościowy chłopak też nie będzie chciał być z pięknością, która jest pusta i myśli tylko o tipsach i dyskotece. Bardzo dobrze, że czekasz na dobrego, odpowiedzialnego chłopaka. Takiego, który będzie patrzył na Twoje wnętrze. Bo aby miłość była prawdziwa i trwała trzeba pokochać duszę człowieka, czyli jego cechy, zachowanie itp. A jak to pokochamy to zachwycimy się też urodą człowieka.
Patrycjo, polecam Ci także odp. nr: 461,1265, 817, 1153 tam przeczytasz jak przygotować się na miłość i dlaczego chłopcy "wolą wyzywające dziewczyny". Módl się do dobrego chłopaka i o to, by Bóg uzdolnił Cię do miłości i pozwolił założyć dobrą, kochającą się rodzinę, np. tą modlitwą: [zobacz]

  Dora, 12 lat
1667
24.04.2007  
Czy to możliwe żebym zakochała się w zespole??Ja myślę że tak..ale on jest wielką gwiazdą...ja nie jestem jakąś tam głupią fanką..wiem że każdy tak mówi..ale ja kocham ich nie ze względu na wygląd,styl czy pieniądze..kocham ich za charakter i muzykę którą tworzą...wiem że to prawdziwa miłość..chcę tylko wiedzieć czy to naprawdę możliwe...??Ja będę ich wspierać zawsze...będę wierna temu zespołowi do końca życia..przemyślałam to i naprawdę wiem co mówie...proszę o odp....to naprawdę dla mnie ważne...

* * * * *

No jasne, że możliwe. Pisałam o tym w odp. nr 744. Jedynym problemem w takim przypadku jest to, że kochamy tak w zasadzie swoje wyobrażenia o kimś. No bo jeśli z kimś nie jesteśmy na co dzień, nie widzimy go w zwykłych sytuacjach to nie możemy powiedzieć, że go poznaliśmy. A skoro go nie poznaliśmy to kochamy nie realną osobę tylko to co sobie o nim myślimy, sytuacje, które sobie stwarzamy. A ponieważ ta miłość nie może się urzeczywistanić to budzi naszą frustrację. Pisałam o tym w odp. nr: 441, 868.

  Elirena, 19 lat
1666
23.04.2007  
Cóż, wkopałam się. Sama osobiście. Nie będę pisać za dużo szczegółów, bo ktoś mógłby się domyślić, o co chodzi. Otóż poznałam chłopaka, spoza mojego miasta (odległość nie była jakoś szczególnie wielka) byliśmy ze sobą, zresztą bardzo krótko. Jeszcze zanim cokolwiek się między nami zaczęło wiedziałam, że bierze pod uwagę kapłaństwo (tutaj tez ciekawa sytuacja – na ile to jego powołanie a na ile marzenie jego matki, ale dziś to i tak bez znaczenia). Mimo to chciał ze mną być. Może nie powinnam, ale się zgodziłam. Rozstaliśmy się, bo (tadadadam) mamusia mu kazała. Dzień po tym, jak powiedział mi, że mnie kocha i, ze nie zniszczy tego, co jest między nami... Typowy przykład uzależnienia panieńskiego dziecka od matki, która z braku mężczyzny w swoim życiu wszystko przelała na syna. Tak czy siak zranił mnie straszliwie tym zerwaniem, bo nagle okazało się, ze te wszystkie zapewnienia (jesteś moją dziewczyną a nie mojej matki, to ja decyduję, z kim chcę się spotykać, bla, bla, bla) nie warte były funta kłaków. A ja, cóż, byłam na tyle głupia, ze mu zaufałam. Wydawał się naprawdę poukładanym facetem, wierzącym, inteligentnym, takim ciepłym, wartościowym. Po tym jak ochłonęłam z pierwszego bólu zaczęliśmy się kontaktować przez internet. Najpierw była gadka o niczym, a potem znów zaczął mówić, że mnie kocha, nie zapomniał i tak dalej. Tak wiem, że to błąd z mojej strony, ale uwierzyłam (nic, tylko usiąść i wyć nad moją głupotą) i właściwie długi czas utrzymywaliśmy kontakt jakbyśmy nadal byli razem. Chyba bardziej przywiązałam się do niego i więcej czułam niż wtedy, gdy wszystko było okej. W międzyczasie dokonywała się moja przemiana duchowa, bo ucieczki przed bólem (wciąż cierpiałam, tęskniłam, na dodatek dowiadywałam sie, ze on do spółki z matką rozpowiada o mnie, ze ja mu się narzucałam, ze chciałam go odciągnąć od kapłaństwa itd – zrobili ze mnie jakąś napaloną wariatkę, która chyba tylko stoi pod seminarium i czeka na „świeże mięso” ) szukałam w Bogu, w Kościele. Pochodzę z wierzącej rodziny, zawsze byłam wierząca, ale to cierpienie, to próba ratowania swojego serca i znalezienia ochrony doprowadziła mnie bliżej do Jezusa. W tej chwili ten chłopak jest już przeszłością, zerwałam z nim kontakt, niestety moje zaufanie znowu zostało najnormalniej w świecie wdeptane w błoto, z jednej strony mówił, ze kocha, z drugiej obsmarował mnie wśród swoich znajomych. Niestety nie ma co do tego wątpliwości, bo mam w tamtym mieście rodzinę, a na dodatek rozniosło się to tak, że aż mieszkający tam koledzy taty ze zgorszeniem pytali, co jego córka wyprawia. Żeby było śmieszniej to nie ja się narzucałam, to on wykonał wszystkie „pierwsze kroki”, to on potem chciał odbudować moje zaufanie, dzwonił i zagadywał. Ale nic tam, to, co się stało popchnęło mnie bliżej mojego Ukochanego Chrystusa, nie było bezsensownym cierpieniem. Staram się wybaczyć, do tego chłopaka już nic nie czuję. Wydaje mi się nawet, że musiałam przez to przejść, ze było to w jakiś sposób wołanie Pana –„ spójrz na mnie, przyjdź do mnie, Ja cię tak kocham!” I cudowne jest doświadczanie tej Miłości. Bo nawet, jeśli władowałam się w tą głupią sytuację z własnej winy to ten ból w jakiś sposób uratował mi życie, zmusił, żebym przyszła szukać ulgi przy samym Źródle. I wszystko byłoby fajnie, ale... Ale w tej chwili ja mam jakąś obsesję. Każdy facet wydaje mi się kandydatem na księdza, jak słyszę coś o seminarium, to aż mnie skręca w środku. Czasami wydaje mi się, ze wartościowi mężczyźni, co do jednego siedzą w zakonach lub seminariach. Wiem, ze to nie ma sensu, tym bardziej, ze to nawet nie pragnienie służby Bogu skłoniło go do odejścia, tylko jego chory związek z matką. A mimo to wciąż mam z tym problem. Widzę świat wokół siebie, widzę to, ze czystość i wiara tracą na wartości. Tak mało mężczyzn znam, którzy byliby skłonni uznać, ze zaspokajanie potrzeb seksualnych możliwie szybko wcale nie jest niezbędne do życia i da się z tym doczekać ślubu. Boję się, ze nie spotkam kogoś, z kim mogłabym dzielić życie. Wiem, ze to śmieszne, zwłaszcza, ze przecież dzieciak ze mnie jeszcze i całe życie przede mną. Ale jakoś z tą raną nie mogą sobie poradzić, jakoś ciągle się odzywa i nie daje mi spokoju budząc niemalże bez przerwy nowe wątpliwości.
Z Bogiem.


* * * * *

Wiesz co? Jesteś świetną babką. Mimo, że masz dopiero 19 lat widzę u Ciebie dużą dojrzałość i trzeźwość umysłu. Założę się, że z takim zdrowym podejściem do życia, umiejętnością wyciągania wniosków, konstruktywnym krytycyzmem to długo sama nie będziesz! Tak trzymaj!
A chłopakowi serdecznie współczuję. Poszedł w końcu do tego seminarium czy nie? A czy jak pójdzie to też jego mama będzie mu dyktowała co ma tam robić? Nie chcę być złym prorokiem, ale jeśli on jest taki niemęski i taki uległy presji matki to on długo w tym seminarium nie pobędzie. Bo w seminarium nie siedzą grzeczni i mili chłopcy. Tam potrzeba wojowników. Silnych, mądrych, zdecydowanych i dojrzałych mężczyzn. Seminarium czy zakon to niezła szkoła życia. Może o tym się nie mówi, ale tak naprawdę z nowoprzyjętych na I roku do święceń czy ślubów dochodzi może ze 30 %...Reszta odpada zdziwiona, że jest ciężko. I to wcale nie jest smutne. To jest optymistyczne, bo znaczy, że zostają najlepsi. Bo trzeba być wojownikiem dla Jezusa a nie mięczakiem. Głoszenie Ewangelii jest bowiem trudnym zadaniem i nie wszyscy potrafią temu sprostać.
No, z drugiej strony może Cię ten fakt nie pocieszać, bo to by znaczyło, że Ci najlepsi to jednak w seminarium zostają. No ale "na szczęście" nie wszyscy mają powołanie ;-). I naprawdę sporo jest wspaniałych chłopaków gotowych założyć katolicką rodzinę, odpowiedzialnych i dojrzałych.
No a mała "schiza" w stosunku do tych, którzy myślą lub myśleli o stanie duchownym to na razie jeszcze się będzie odzywać. Nic dziwnego, jeśli coś nas zrani to wszystko co nam się z tym kojarzy przyprawia nas o gęsią skórkę. Potrzeba tu czasu i nowego związku. Daj sobie ten czas.
No cóż, życzę Ci zagojenia tej rany i prawdziwej miłości. Idziesz dobrą drogą, jesteś odważna, więc myślę, że niedługo ją znajdziesz. Polecam Ci też książkę Johna Eldredge "Dzikie serce" - pasuje jak ulał do tej sytuacji.

  katia, 23 lat
1665
23.04.2007  
witam. kiedyś dawno pisałam (591).
od tego czasu wiele się między nami wydarzyło. w lipcu w tamtym roku rozstaliśmy się, bo on stwierdził, że nie wiem, co do mnie czuje, nie jest pewny. potem było kilka miesięcy spotykania się tak po przyjacielsku i budowania wszystkiego na nowo. widziałam po nim, że zmienił się, że naprawdę przemyślał wszystko i jest pewny tego, że wchodzi w tą relację kolejny raz. mniej więcej od stycznia znów tak "oficjalnie" jesteśmy razem. ale teraz są jeszcze większe trudności niż kiedyś... po tylu miesiącach, a w zasadzie dwóch latach ( w maju będzie 2 lata jak jesteśmy razem) on nadal nie jest pewny, że mnie kocha. nigdy się we mnie nie zakochał - powiedział mi to kilka razy. a w lutym powiedział mi, że pojawiają mu się myśli o innej osobie, on tego nie chce i walczy z tym, ale to jest i dlatego czasem nie potrafi mi dawać tyle ile by chciał... to wszystko bardzo mnie boli. często brakuje mi z jego strony czułości, spontaniczności, a przede wszystkim poczucia bezpieczeństwa i pewności, że jestem tą jedyną, już nie mówiąc o takich typowych akcentach osoby zakochanej (kwiaty, niespodzianki, jakieś drobiazgi bez okazji).
ja go kocham, ale coraz częściej wątpię, że on mnie też. jest mi źle. stoję przed wyborem. czy zakończyć to, czy nadal walczyć o nas? czy to ma jeszcze jakiś sens? skoro on od ponad dwóch lat ma w głowie kogoś innego? (ta osoba o tym nie wie, ja też nie wiem kto to)
czy można jeszcze coś z tym zrobić? czy jest jeszcze jakiś sposób?
jesteśmy w jednej wspólnocie, zawsze opieraliśmy się na Bogu, i tym bardziej boli, bo ja myślałam, że to już ten jedyny na całe życie...


* * * * *

Dałaś mu wtedy do przeczytania tamte odpowiedzi? Powiedziałaś, że miłość to nie uczucie? Jeśli nie to polecam jeszcze ten artykuł: [zobacz].
On wyraźnie nie chce pewnych rzeczy zrozumieć, albo po prostu nie ma odwagi powiedzieć Ci wprost, że nie chce z Tobą być. Albo faktycznie mu się wydaje, że miłość powinna inaczej wyglądać, no ale po takim czasie już powinno się to wiedzieć.
A w tą inną osobę to nie bardzo che mi się wierzyć, trochę to wygląda na wymówkę. W każdym razie jest to pewnie osoba, co do której on dużo rzeczy sobie wyobraża i którą mocno idealizuje, no bo skoro z nią nie jest i jej dobrze nie poznał, to jej nie kocha, natomiast pielęgnuje swoje wyobrażenia o niej. Ale jeśli ona faktycznie istnieje to zażądaj prostych i stanowczych wyjasnień, nie możesz przecież żyć w zawieszeniu, w nadzieji, że może mu się odmieni i ze świadomością, że jest ktoś inny. To naprawdę trzeba zdecydowanie wyjaśnić i wiedzieć na czym się stoi. Szkoda tracić czas na coś co może się nie zdarzyć.
Polecam także Wam obojgu te artykuły: [zobacz], [zobacz], żebyście mogli popatrzeć czego w Waszym związku brakuje. Dobrych decyzji. Z Bogiem!

  Bleble, 17 lat
1664
23.04.2007  
Mam pytanie, co do tego jak odczytać zachowanie chłopaka. W ogóle go nie znałam. Napisałam do niego wiadomośc na gronie. Poźniej raz rozmwialiśmy normalnie na gg. Ale po paru dniach zauważtyłam, że nie odpowiaqda na moje wiadomości. A na swoim profilu napisał, że nie praktykuje poznawania ludzi na gronie.Boję się go spotkać w autobusie, bo czułabym się głupio. Nie wiem, czemu mnie zlekcewazył. Może nie byl zainteresowany. Ale ja czulabym się bardzo źle gdybym go spotkała. Co mam robić????

* * * * *

To samo: zlekceważyć.
Skoro miał czelność tak napisać to niech ma odwagę spojrzeć Ci w oczy. Bo to on ma problem a nie Ty. A zatem jak go spotkasz spojrzyj na niego śmiało i czekaj na reakcję. W każdym razie nie czuj się zakłopotana, bo on odczyta to jako swoje zwycięstwo. A tak przecież nie jest.
Swoją drogą ciekawa metoda odmowy, ale cóż nie wszyscy są wystarczająco dojrzali, by mieć odwagę zachować się z godnością.

  Ania, 22 lat
1663
21.04.2007  
Mam pytanie: Czy jest ktoś mi w stanie pomóc?? Jestem z moim partnerem już około dwóch lat jesteśmy zaręczeni i on jak wyjeżdża do swojej rodziny w weekendy zostaje sama. Wtedy czuje się bardzo samotna, moja rodzina ze mną sie nie kontaktuje i mam ochotę skończyć to wszystko rzucić i mieć święty spokój. Płaczę bo nie wiem co robić. Jestem z nim szczęśliwa ale boję się że jak będe tak robić to on mnie zostawi i wtedy wogóle będe samotna. Proszę o pomoc.

* * * * *

Zaraz, zaraz. Jesteście od 2 lat zaręczeni i on na każdy weekend Cię zostawia samą???
Nie żartuj! A dlaczego nie jeździsz z nim? Nie wiem dlaczego nie masz kontaktu ze swoją rodziną, ale jeśli faktycznie z jakichś ważnych przyczyn tak jest to uważam, że jego rodzice powinni na weekendy (choć niektóre) także Ciebie zapraszać. W końcu masz być żoną ich syna, więc warto byłoby Cię chociaż poznać bliżej, prawda? Poza tym zupełnie nie mogę zrozumieć dlaczego narzeczony tak po prostu jeździ sobie do rodziców a Ciebie przez ten czas zostawia samą. Zupełnie nie mieści mi się to w głowie. Czy po ślubie też zamierza tak robić? To byłby jakiś bezsens. Musisz koniecznie poważnie z nim porozmawiać!
A w ogóle na kiedy planujecie ślub? To już jakaś konkretna data? Bo jeśli nie to wszystko wskazywałoby na to, że on Cię trochę niepoważnie traktuje.
Aniu, mało o sobie napisałaś, nie znam sytuacji, ale polecam Wam obojgu bardzo gorąco "Wieczory dla zakochanych". Informacje znajdziesz tutaj: www.spotkaniamalzenskie.pl, www.malzenstwo.pl, www.sulejowek.marianie.pl/rekol-narzecz.html ,
To pewien kurs, po który podejmiecie świadomą, przemyślaną decyzję co do dalszego wspólnego życia. Naprawdę go polecam, bo widzę, że coś w Waszym związku szwankuje. Lepiej to wyjaśnić przed ślubem. Z Bogiem!

  Kajtek, 13 lat
1662
20.04.2007  
Dzień dobry!
Mam 13 lat. Co jakiś czas zaczynają mi się podobać dziewczyny. Z drugiej strony jednak chciałbym zostać księdzem. Nie wiem, jak sobie z tym poradzić.


* * * * *

Nie musisz sobie z tym radzić. Jesteś w tym wieku, że dziewczyny zaczyną się podobać. Nic w tym złego. Jeśli zaś faktycznie masz powołanie to i tak księdzem zostaniesz, a zachwyt dziewczynami Ci przejdzie, ponieważ Twoja chęć służenia Bogu będzie od niego większa. To co mogę Ci poradzić to jakieś rekolekcje powołaniowe albo rozmowę z jakimś księdzem (koniecznie w realu), najlepiej takim, który Cię zna i będzie mógł Ci podpowiedzieć jakie masz predyspozycje.
W każdym razie nie powinieneś się bać, że stracisz lub przegapisz powołanie: Bóg Cię zna, wie co dla Ciebie będzie dobre i na jakiej drodze się zrealizujesz. I w odpowiednim momencie da Ci pewne znaki i pragnienia. Zatem nie walcz z naturą - zamiast tego módl się o rozeznanie powołania, np. tą modlitwą: [zobacz]
Z Bogiem!

  paola, 18 lat
1661
20.04.2007  
On chce się zabić, ma za sobą próbe samobojczą- po tym jak ze sobą zerwaliśmy. co robić?!?!!? ;((

* * * * *

Poinformować jego rodziców, wychowawczynię, a jeśli to jest bardzo realne- policję.
To od strony formalnej. A poza tym nie dać się szantażować. To, że on się zabije to na złość Tobie nie zrobi, a już na pewno celu - tj. powrotu do Ciebie - nie osiągnie. Jedyne co może mu się udać to wzbudzenie w Tobie wyrzutów sumienia.
Jestem na 100 % przekonana, że on wcale nie chce się zabić (przeważnie samobójcy nie rozgłaszają swego zamiaru wszem i wobec, a jeśli ktoś tak robi to chce po prostu zwrócić na siebie swoją uwagę) tylko chce takimi pogróżkami wzbudzić w Tobie wyrzuty sumienia i wymusić powrót. Ciekawa forma okazywania uczuć.
Miłości nie można wymusić. Pomijam sposób w jaki się rozstaliście i powody tego rozstania, bo może faktycznie odbyło się to nie tak jak trzeba, ale mimo wszystko nie wolno stronie, z którą zakończyło się związek grozić w ten sposób. Bo to jest tylko dowód bardzo jasny na brak miłości. To jest przejaw czystego egozimu - to JA chcę z Tobą być, to JA chcę wrócić do Ciebie, bo chcę żeby MNIE było dobrze. A Twoje uczucia mnie nie obchodzą, to, że nie chcesz z jakichś względów ze mną być mnie nie interesuje, Ty masz ze mną być bo JA tak chcę.
Dlatego zachowaj spokój i nie ulegaj mu. Natomiast na pewno powinnaś poinformować Ty albo ktoś dorosły jego rodzinę o tym fakcie.

  Pyskata, 18 lat
1660
20.04.2007  
Po przeczytaniu książki "Mężczyźni są z Marsa, kobiety są z Wenus" zaczęłam sie zastanawiać nad pewną sprawą. Otóż: czy dziewczyna moze wyrazic w jakis sposob swoją troskę o chłopaka? Bo z tego, co tam pisze, nie bardzo... Czy naprawdę trzeba unikać takich słów, jak: "czy wszystko w porządku?", "czy cos jest nie tak?", "niepokoi mnie 'to lub to'", "martwię si" itd., itp. ??

* * * * *

Według mnie wclae nie trzeba unikać takich słów, a troska o najbliższego człowieka jest czymś normalnym. Natomiast jeśli chodzi o mężczyzn to oni nie lubią jeśli kobieta nieustannie zasypuje ich takimi pytaniami, jeśli nie dowierza gdy mówią, że wszystko jest ok., jeśli zarzuca, że nie mówią prawdy i nie chcą mówić o swoich uczuciach. Wynika to z tego, że jak kobieta ma problem to ona oczekuje takich pytań, dopytywań, przytuleń i współczucia. A mężczyzna jak ma problem to chce go przede wszystkim rozwiązać, a nie czuje potrzeby rozmawiania o tym non-stop. Wtedy często zamyka się w osławionej jaskini, żeby coś przemyśleć. I chce, by mu wtedy dać spokój. Żeby nie dopytywać i nie użalać się nad nim. Owszem, zapytać czy wszystko jest ok, czy się źle nie czuje, czy mu herbaty nie zrobić, ale jak powie, że nie to się nie narzucać. On sam stamtąd wyjdzie jak znajdzie rozwiązanie. A jak znajdzie to się poczuje lepiej. Kobieta nie za bardzo to rozumie i stara się na siłę wyciągnać go z tej jaskini na zwierzenia. Wtedy on się wścieka, mówi, że o nic nie chodzi, wszystko jest ok. i nic nie będzie mówił. Wtedy ona się wścieka, że on ją lekceważy i na dodatek kłamie - bo przecież widzi, że on jest nie w humorze, że coś się dzieje. A wszystko wynika z niezrozumienia różnic w psychice. Dlatego reasumując: nie należy w ogóle unikać takich słów, ale nie należy ich w stosunku do mężczyzny nadużywać i nie należy martwić się jeśli chłopak na kilka godzin chce być sam i chce coś przemyśleć. Jesteśmy inni - po prostu i trzeba to uszanować.

  Monika, 21 lat
1659
20.04.2007  
Witam serdecznie. Zdaję sobie sprawę, że to pytanie wykracza poza ramy tego działu, ale bardzo proszę o poświęcenie mi chwilki uwagi. To dla mnie bardzo ważne.Stoję przed wielkim dylematem życiowym. Otóż od zawsze marzyłam o studiowaniu psychologii, moja wizja przyszłości zawsze opierała się o pracę z drugim człowiekiem, o pomoc we wskazywaniu życiowego światełka tym, którzy są zagubieni. Niestety dwa lata temu nie wyszło. Modliłam się do Boga o niedostanie się na te studia, na które, wg Jego woli, dostać się nie powinnam. Moje egzystencjalne ścieżki zaprowadziły mnie na studia prawnicze, choć kiedyś zarzekałam się, że prawo nie jest dla mnie. Jestem na II roku. Idzie mi dobrze. Wciąż jednak dostrzegam, że te studia są dla mnie zbyt przepełnione formalizmem, że to bardziej studia dla ludzi "twardych". Obecnie przechodzę poważny kryzys. Nie radzę sobie z tym wszystkim. Kiedy mam usiąść do książek prawniczych nie widzę w tym najmniejszego sensu, bo nie chcę mieć z tym w przyszłości nic wspólnego. Do tego, nie wiem dlaczego, weszłam na stronę pewnego Uniwersytetu, w innym mieście niż studiuję. Okazało się, że zmienili zasady rekrutacji. Jest duże prawdopodobieństwo, że dostałabym się. Czuję się strasznie. Wywołuje to we mnie bardzo silne emocje. Nie potrafię dostrzec w tym woli Bożej. Rodzice nie byliby w stanie pomagać mi dwa dodatkowe lata studiów. Mam pytanie, czy Pani skończyła psychologię? A może są inne możliwości, by w przyszłości pracować w podobny sposób z ludźmi? Może po prawie mogłabym mimo wszystko spełnić się w jakimś zawodzie z ludzmi...?Póki, co kompletnie nie czuję, że chcę w przyszłości wykonywać zawód prawnika, wręcz odwrotnie...Pragnę wspierać ludzi, wskazywać im możliwości, których być może w danym momencie nie dostrzegają, pomagać kształtować i rozumieć pewne sytuacje w ich życiu. Sądzę, że Bóg nie powołał mnie do stosów dokumentów, papierków, artykułów i ustaw. Bardzo proszę o jakiś promyczek. Naprawdę mam w sobie dużo zapału i radości, chciałabym to wykorzystać w swojej przyszłej pracy, tylko muszę widzieć sens robienia tego, co robię teraz...Pozdrawiam bardzo serdecznie:):)

* * * * *

Nie, Kochana, skończyłam.. prawo ;-) Ale trafiłaś! I jak widzisz służę ludziom.
A prawa nie żałuję - pozwoliło mi znaleźć pracę i godnie żyć. Powiem tak: pracuję w zawodzie i nie czuję się z tym źle. Ale serce moje czuje niedosyt. Dlatego po studiach skończyłam też Studium Życia Rodzinnego i angażuję się także w działalność służącą rodzinie, młodzieży itp. I powiem Ci, że jedno z drugim wcale się nie wyklucza. Można być przecież "ludzkim" prawnikiem, tak samo jak można być "sztywnym" psychologiem. Natomiast doskonale rozumiem Twoje rozterki, bo i moim były one udziałem.
Widzisz, jeśli mogę Ci coś doradzić to: jeśli czujesz się na siłach - studiuj 2 kierunki. Jeśli nie - skończ prawo. To naprawdę trudne studia i wiem ile wysiłku kosztują. Przebrnęłaś już prawie przez 2 lata, a skoro tak to znaczy, że jesteś w stanie je skończyć. Jeśli nie zechcesz - w ogóle nie będziesz pracować w tym zawodzie. Skończysz wtedy np. studia podyplomowe, studium, jakieś kursy - możliwości jest mnóstwo (sprawdź np. na stronie www.spch.pl lub www.isr.org.pl) i zaangażujesz się w działalność w jakiej będziesz czuła się dobrze. A prawo będziesz miała w zapasie - tak na wszelki wypadek.
Jeśli chcesz napisz też do mnie prywatnie na adres: redakcja@adonai.pl. Z Bogiem!

  Kasia, 21 lat
1658
20.04.2007  
Hmm...trafiłam na tę stronkę zupełnym przypadkiem. Szukałam w internecie czegoś co zabije czas i nie pozwoli myśleć..nie udało się:D Od najmłodszych lat prosiłam Boga żeby pomógł mi odszukać na tym świecie kogoś z kim założę kochającą się rodzinę. To był główny cel. Początkowo "TEN JEDYNY" miał mieć najfajniejsze zabawki, potem to światełko w oku, zawadiacki usmiech i pewność siebie...teraz szala przeważa na stronę czułości, troski,zaufania...i bezpieczeństwa, które potrafi dać tylko miłość. Tylko gdzie ona jest? Obija się czasem o moje życie nigdy nie goszcząc w nim na dłużej. Raz nieszcześliwie zakochana...w chłopcu - "ideale", którego wiekszość cech charakteru wymyśliłam sobie sama w głowie. Teraz czulej patrzy na mnie kumpel... do którego nie czuję nic poza ogromną sympatią...to samo poczucie humoru...oczy w których widać dobro. Najwiekszym paradoksem jest to, że ciągle towarzyszy mi wewnętrzne przeczucie..."on bedzie kochał i szanował Ciebie...on da Ci dzieci , On sie Toba zaopiekuje..." Więc jak mam nauczyć się go kochać? Bo chyba moją jedyną szansą jest wyuczenie się jej na pamięć...kiedyś myślałam,że miłość po prostu się czuje...że Cie dopada pewnego dnia i koloruje Twój świat. I tak bardzo chciałam w to wierzyć...tak bardzo chciałam wierzyć, że jest to jedno z nielicznych uczuć przy których rozum i sucha kalkulacja nie ma szans! Że liczy się tylko to co podpowiada serce. Mam 21 lat i jeszcze nigdy nie odważyłam się z kimś być. O samotnosci mogłabym napisać książkę;) a przede mną jeszcze troche lat życia.. Ba! nawet świadomie ją kiedyś wybrałam sądząc, że tak bywa..jednym Bóg daje drugim zabiera. Maiłam kiedyś w życiu cel...wiedziałam na co czekam. Dziś staję przed najwiekszym dylematem swojego życia i naprawdę nie mam pojęcia w którym kierunku mam iść, co wybrać..i jak z owym wyborem się pogodzić. Nie ma mi kto podpowiedzieć...mama powtarza:już czas mieć chłopaka, koleżanki rozmawiają o "łóżkowych osiągnięciach" a w środku ja..wieczna idealistka i marzycielka, która tak naprawdę ...przegrała(?!?). Niby ładna..niby fajna...więc o co chodzi? Otworzyłam się na ludzi...zrobiłam jakiś postęp...postanowiłam pracować nad sobą. Straciłam jednak cel... przekonałam się, że coś w co wierzyłam nie istnieje...Jak brzmi moje pytanie? Odpowiedz mi droga redakcjo jak mam się rzucić w pierwsze lepsze ramiona i wbić sobie do głowy, że tak chciałam...muszę znaleźć jakikolwiek sens mojego życia...a bez wątpienia jest nim druga osoba, która przepędzi szarość i samotnosć. Gdzie jest ta miłość? Czemu ludzie boją się ją okazywać? Jak mam ją odnaleźć? Nie mam już sił czekać. Pozdrawiam

* * * * *

Dlaczego sądzisz, że przegrałaś? Dlatego, że w wieku 21 lat nie masz chłopaka? To o niczym nie świadczy. Nie wiesz co spotka Cię za tydzień czy rok. Nie wiesz.
Odpowiadając na Twoje pytania: miłości się nie "czuje". Czuje się zakochanie, bo zakochanie to emocje. Natomiast miłość jest pewną postawą, w której pragniemy dobra dla drugiego człowieka bardziej niż dla siebie samego. Pisałam o tym rozróżnieniu w tym artykule: miłość oraz w odp. nr 13. Oczywiście samotność boli. Wiem jak ona smakuje - wyszłam za mąż dopiero w wieku 30 lat. Natomiast uważam, że jeśli ktoś pragnie kochać, widzi siebie w roli męża czy żony to powinien do tego dążyć, gdyż nie ma jako takiego powołania do samotności. O tym pisałam w odp. nr: 1599, 56, 302, 346, 1460, 1546.
A co do ostatniego pytania: nie. Zdecydowanie NIE rzucać się w ramiona pierwszego lepszego chłopaka. Bo w życiu nie chodzi przecież o to, by MIEĆ męża, jakiegokolwiek, tylko o to, by być szczęśliwym. By tak kogoś pokochać, żeby chcieć żeby on został naszym mężem i żeby z nim chcieć iść przez życie. I dopiero wtedy będziemy szczęśliwi. Małżeństwo jest wystarczająco trudnym zadaniem, by ryzykować związek z osobą nieodpowiednią. Ani zatem druga osoba nie ma być lekiem na naszą samotność - bo to jest przedmiotowe traktowanie tej osoby, ani my nie możemy kosztem siebie uszczęśliwiać kogoś. Naprawdę Kasiu, uwierz w to, mimo, że tak ciężko jest być samemu, mimo że tak boli - warto czekać. Wiesz, jak patrzę wstecz to nie wyobrażam sobie swojego życia z którymkolwiek z chłopaków, którzy pojawiali się na mej drodze. Bo z żadnym z nich nie wytworzyłam takiej wspólnoty jak z moim mężem. Bo żadnego tak prawdziwie nie kochałam. I Ty też spotkasz taką miłość. Ja w to wierzę głęboko, choć Ty pewnie na razie tak nie do końca. Dlatego módl się szczerze o dobrego męża, np. tą modlitwą: [zobacz]
No i gorąco polecamy nasze Źródełko, miejsce gdzie poznało się wiele osób, którzy teraz są ze sobą szczęśliwi: zobacz]
Około 20 par jest już małżeństwem. Może i na Ciebie tu ktoś czeka? Powodzenia!

  Karolcia:), 17 lat
1657
19.04.2007  
Zaczeło sie zwyczajnie, poznalismy sie przez jego siostrę, ktora oceniła, ze jestem odpowiednią dziewczyna dla jej brata..powiedziała mi, ze nas zeswata.W sumie to ja nie byłam zbyt optymistycznie nastawiona..ale kiedy go zobaczyłam juz od pierwszej chwili wiedziałam, ze.. coś do niego czuje,tylko, ze miedzy nami jest 7 lat! najpierw próbowałam oddalic to uczucie, tłumaczyłam sobie, że to nie ma sensu.. mijały kolejne miesiace, a my bylismy w kontaktach na "czesc" nic wiecej.. w końcu pojechałam ze znajomymi na wakacje okazało sie,ze on tez tam był :) poznalismy sie bliżej, ale ja starałam sie trzymac swoje uczucia jak najgłebiej.. tak żeby nikt nie wiedział co naprawde do niego czuje, on był dla mnie miły wystarczyło,ze o cos poprosiłam , zawsze starał sie zrobic tak jak ja chce:) Potem był kolejny wyjazd.. co prawda nigdy nie powiedział mi nic na temat swoich uczuc, ale zawsze jest taki mily, wydaje mi sie ze w gronie przyjeciól ja jestem dla niego kimś ważniejszym:)po upływie kolejnych miesiecy dowiedziałam sie,ze podobam mu sie, ale doszło do mnie tez,ze on jest skryty, nigdy nie okazuje tego co naprawde czuje... jakos tak sie stało, ze ostatnio mamy dobry kontakt, głownie przez sms\'y(wiem,ze z innymi dziewczynami nie pisze tak jak ze mna) bo kiedy sie spotykamy zawsze stoi ktos obok, wiec nie da sie pogadac..nie wiem, może mi sie tak wydaje, ale kiedy sie witamy widze w jego oczach taki błysk, taka radość:)) to jest takie miłe:)tylko, ze nigdy mnie nigdzie nie zapraszał, kiedyś ja probowałam z nim porozmawiac, ale miałam wrazenie ze ucieka.. ze nie chce lub nie wie jak..wiec przestałam.. to moje uczucie trwa juz ponad rok.. nie wiem co mam z tym zrobić, jak dać mu do zrozumienia, ze jest dla mnie kimś bardzo ważnym i go nie urazic?? a co jesli ja sie myle, co jesli on jest miły tak pioprostu?? jak rozpoznać,ze druga osoba odwzajemnie moje uczucie?? nie mam pojecia co robic, wiec czekam, tylko jak długo...

* * * * *

No faktycznie czekasz już długo. Możesz sama próbować wychodzić z inicjatywą, o tym jak to robić pisałam w odp. nr: 3, 30, 37, 134, 411, 912, 1486. Możesz też próbować wybadać go przez koleżankę co tak naprawdę o Tobie myśli. A może jego ta różnica wieku odstrasza? Na pewno jednak odradzałabym konkretną rozmowę. Na razie ograniczyłabym się do działania, ale bez żadnych deklaracji co do charakteru związku. O ile bowiem działania odbierze on jako zainteresowanie jego osobą, o tyle na pewno nie będzie zachwycony gdy Ty jako pierwsza określisz Wasze relacje. To faktycznie powinno należeć do chłopaka. Wiem, że chciałabyś już wiedzieć "na czym stoisz", że chcesz konkretów. Nie mogę Ci jednoznacznie powiedzieć czy on jest Tobą zainteresowany czy nie i na pewno ryzyko, o którym piszesz, to, że on "jest miły tak po prostu" też istnieje. To czy druga osoba odwzajemnia uczucia można poznać właśnie po owej wzajemności. Jeśli się cieszy na Twój widok, jeśli zaczyna rozmowę, jeśli chętnie przyjmuje propozycje no i sam wychodzi z inicjatywą. O tym, że tego ostatniego nie ma to piszesz.
To co możesz zatem zrobić to zachowywać się tak jak do tej pory no i próbować dowiedzieć się czegoś przez koleżankę. Oczywiście, może być tak, że on jednak nie jest Tobą bardziej zainteresowany, ale lepiej to wiedzieć niż tak trwać w nieświadomosci i złudzeniach. Z Bogiem!

  ala, 21 lat
1656
19.04.2007  
Moze moj problem nie jest az tak wazny jak problemy innych ale mimo to nie zyje mi sie z tym dobrze..przez moich znajomych jestem okreslana jako swiatelko w tunelu wiedza ze moga liczyc na mnie na to ze ich wyslucham i w miare mozliwosci pomoge..poznalam jakis czas temu chlopaka ktory na 1 spotkaniu calkowicie sie przede mna otworzyl opowiedzial mi o swoich problemach o calym swoim zyciu...nie bylo to latwe zycie!poznal jakis czas temu dziewczyne ktora zaczela odwajemniac jego uczucia(oczywiscie nie sa to uczucia o ktore mozna sie "zabijac" co sie pozniej okazalo chodzilo jej tylko o seks..po wszystkim oznajmila mu ze od roku ma chlopaka ktory chwilowo jest w Irlandii...nie mam pojecia jak mu pomoc on sie troche w to zaangazowal stara sie jakos o jej wzgledy ale to wszystko jakos nie przynosi rezultatow..do tego wszystkiego dochodza sytuacje kiedy sie spotykamy wydaje mi sie ze poza tym ze doskonale sie rozumiemy i potrafimy sie ze soba dogadac w gre wchodzi jakies moze niewielkie ale uczucie...nie bardzo wiem jak pomoc sobei i jemu chociaz bardzo bym chciala...bylabym bardzo wdzieczna za jakies ewentualne wskazowki i rady...BARDZO DZIEKUJE

* * * * *

Uwaga! Czerwone światło! Jesteś na najlepszej drodze do nieodwzajemnionej miłości.
A tak konkretnie: pomóc możesz sobie. Jemu nie pomożesz, bo on swój problem musi rozwiązać z tamtą dziewczyną. On wyraźnie dał Ci do zrozumienia, że jemu podoba się tamta. Tamta zaś ma chłopaka i z kolei ona powinna swój problem z nim rozwiązać. Jeśli jej chodziło "tylko o seks" (szczerze mówiąc nie do końca w to wierzę) to dlaczego on się jeszcze łudzi? Jeśli bowiem tak jest no to on wie, ze nie może się niczego innego od niej spodziewać. A jeśli to wie i na seks się nie zgadza to w czym rzecz? Poza tym ona ma chłopaka, tak? No to dlaczego on się w ich związek wtarabania? Co na to tamten chłopak? Ta dziewczyna po prostu jest nieuczciwa wobec nich obu.
A co w tym wszystkim robisz Ty? Wiesz, mi się bardzo nie podoba jak ktoś na pierwszej randce lub spotkaniu mówi o sobie wszystko. Pisałam o tym wielokrotnie. A jeśli to robi chłopak to znak, że próbuje wziąć dziewczynę na litość, szuka pocieszycielki, chce pokazać jak i to on biedny, nieszczęśliwy. Oczywiście często dziewczyny się na to "łapią", pocieszają, martwią, przejmują a jak już się zaangażują (no bo nie czarujmy się, kiedyś uczucie do niego musi ich dopaść) to on ze zdziwieniem oświadcza im, że przeciez jemu o nic nie chodziło, nic nie deklarował i w ogóle to "traktuje ją jak koleżankę". No i właśnie taki klasyvczny scenariusz tutaj widzę.
Poza tym jeszcze coś: meżczyzna nie może po siłę przychodzić do kobiety.
Po prostu. Kobieta bowiem nie jest źródłem męskiej siły. Ona jest źródłem dobra, piękna, wrażliwości, ale nie MĘSKIEJ siły. Jeśli zaś meżczyzna zachowuje się tak jak ten chłopak to bardzo prawdopodbne jest, że nie miał dobrych relacji ze swoim ojcem, że ten ojciec nie był dla niego autorytetem, że nie dowartościowywał go, nie chwalił. Znasz trochę jego życie, powiedz: zgadza się? Żalił się jak to ojciec był w domu despotą lub wielkim nieobecnym? Jeśli tak to jesteśmy w domu. John Eldregde nazywa relację ojca i syna "nadawaniem mu imienia": jakie ojciec nada chłopcu w dzieciństwie imię takie nosić on będzie przez całe życie. Jeśli mu powie, że jest z niego dumny, jeśli go chwali - chłopak rośnie w przekonaniu, że tak właśnie jest i nie potrzebuje dowartościowania. Jeśli ojciec nie zwraca na niego uwagi lub go wyśmiewa, poniża lub wymaga rzeczy niemożliwych chłopak czuje, że jest ciamajdą, nieudacznikiem, że nic mu nie wychodzi. Że nie zasłużył na miłość i akceptację ojca. I wtedy zaczyna się poszukiwanie innych autorytetów. I wtedy przychodzi do kobiety. Bo ona go nie wyśmieje, wprost przeciwnie: po głowie pogłaszcze i ulituje się. Ale przez to "duchowo wykastruje". Bo taki chłopak nie będzie silny i pewny siebie tylko wyklękniony.
No właśnie. Asiu! Być może właśnie na takiego chłopaka trafiłaś. Ja nie mówię, że on jest zły, bo to wszystko to prawdopodobnie nie jego wina. Natomiast to co się w tej chwili między Wami dzieje do niczego nie prowadzi. On czerpie od Ciebie, Ty mu dajesz co możesz i... cierpisz… Jasne, masz nadzieję, że on jednak będzie z Tobą, że przez Twoją dobroć go przyciągniesz.
Chciałabym wierzyć, że tak będzie, ale uwaga! - nawet jakby było to on musi najpierw stać się mężczyzną. Musi się nim stać, bo inaczej nie będziesz miała z niego pożytku. Chyba nie wyobrażasz sobie całe życie decydować o wszystkim i jeszcze pocieszać ciągle męża, którego wszystko wpędza w depresję?
Dlatego właściwie możesz coś dla niego zrobić. Możesz mu dać lub choćby pożyczyć do poczytania książkę Johna Eldredge "Dzikie serce". Sama też ją przeczytaj a zrozumiesz o czym mówię. To książka dla każdego mężczyzny. Tam są opisane wszystkie przyczyny męskich zachowań i sposoby na radzenie sobie z takimi problemami. No i ratuj siebie. Żeby nie było tak, że Ty dasz z siebie wszystko, zakochasz się a on zwyczajnie się tym zdziwi. I zostaniesz z żalem, bólem, że Ty dla niego tyle a on Cię tak potraktował. Zachowaj dystans i traktuj go normalnie, jak mężczyznę. Pomyśl nad tym. Z Bogiem!

  Ewelina, 20 lat
1655
19.04.2007  
Witam!

Kiedyś,już dosc dawno, prosiłam tu o rade w sprawie mojego zwiazku..chodzilo to,że moi rodzice sie nie zgadzali na ten związek byli przeciwni i przez to ni e moglismy sie cieszyc szczesciem z moim chlopakiem.Dzięki Bogu przetrwalismy to wszytsko wysłuchał mnie i moi rodzice teraz sa na prawde wspaniali jesli chodzi o moj związek..traktuja nas na prawde powaznie i ogolnie wszytsko jest jak najlepiej..No,ale jak widac nic w życiu nie jest takie proste i łatwe..:( Chodzi o to ,że nie czuje tego,że moj chloopak mnie kocha..wiele razy z nim o tym rozmawiałam,kończyło się tym,że on stwierdza ez ma taki charakter,że nie potrafi okazywac mi uczuc tak jak robią to Ci wszyscy romantycy..To,że mnie kocha powiedział mi tylko raz...nie chodzi o to,że chcę zeby mi to mówił non-stop,ale sama Pani pewnie wie że kobiety potrzebuja czasem takiego "lania wody",żeby chlopak powiedział,że kocha,że jest sie dla niego najpiekniejsza itd..ja niestety tego nie doswiadczam:( Może troszke przesadzam bo gdy jestesmy razem to on oczywiscie mnie przytula całuje jest to wszytsko bardzo mile ale gdy tylk o sie rozstajemy(mieszkamy w miejscowosciach oddalonych od siebie o 50km) to on zaczyna mnie traktowac inaczej.Faktem jest ze cały dzien ciężko pracuje od 7 do 19.Po pracy jest bardzo zmęczony wiem o tym na prawde to rozumiem:( ale on potrafi sie czasem do mnie wogóle nie odezac..a tłumaczy sie w ten sposob,że ma też kolegów i po pracy spotyka siie z nimi i wtedy nie ma czasu zeby np do mnie napisac sms\'a..powiedzial dosłownie cos takiego ,że jak jest ze mna to nie rozmawia(sms\'uje) z nimi i jak jest z nimi to też nie bedzie rozmawiał ze mna.Troszkę to rozumiem,ale na prawde brakuje mi tej miłości..Ostatnio bardzo sie o to pokłucilismy:(była juz tak zdenerwowana ,że powiedziałam ze z nim zrywam.Zrobiłam to z nadzieją,że on zaprzeczy że chociaz wtym momencie powie "Kochanie przestan nie mow tak,przepraszam.." albo cos w tym stylu..a on ic.na początku uznał,że zartuje,co mnie tez zdenerwowało bo poczułam sie ze on nie bierze mnie powaznie.Potem jednak wykorzystał to i zacza brac mnie na "przetrzymanie".Chodzi o to ze postanowil sprawdzic ile czasu tak wytrzymam konkretnie on czeka na to az ja przyjde do niego i przeprosze go za to co zrobila.Ja iwem ze zrobilam zle,ale jestem pewna ze on wiedzial ze nie mowilam tego serio...wie przeciez jak bardzo go kocham:(Ostatnie dni sa dla mnie bardzo cięzkie bo boje sie że on ma mnie juz dosc za to ze cały czas mam do niego pretensje czepiam sie go itd.Jak Pani mysli czy on ma racje?:( czy powinnam okazac sie bardziej wyrozumiała dla niego i szanowac to ze nie jestem dla niego całym swiatem ze sa inne rzeczy rownie wazne dla niego jak ja?


* * * * *

Ja myślę, że powinnaś mu dać do poczytania artykuł o tym czego oczekuje kobieta [zobacz] Tam pisałam właśnie m.in. o tym, że kobiety chcą usłyszeć zapewnienia o miłości. Chcą też by mężczyzna od czasu do czasu dał im znak życia jeśli jest daleko- pisałam o tym w odp. nr 970. A zatem Twoje oczekiwania są zupełnie naturalne. Oczywiście, chłopak może o tych Twoich potrzebach nie wiedzieć czy uważać je za mało ważne "fanaberie". Ale dlatego trzeba mu o tym wyraźnie powiedzieć. Że tego potrzebujesz, bo jesteś normalną kobietą. I nawet jeśli on tego nie potrzebuje to niech zrobi to dla Ciebie. Tu przecież nie chodzi o to, żeby on poza Tobą świata nie widział tylko o to, by szanować nawzajem swoje potrzeby (dlatego Tobie z kolei polecam artykuł o tym czego oczekuje mężczyzna) [zobacz]
A co do tego "czucia" miłości - ech... no pisałam już wiele razy, że milośc to nie "czucie". I że kiedyś kończy się zakochanie i nie ma już takich emocji. O tym w odp. nr: 15, 906.

  Dawid, 18 lat
1654
19.04.2007  
Moja historia zaczęła się prawie rok temu. Dokładniej pod koniec kwietnia kiedy zacząłem grać w zespole mojego brata na wydziale Teologicznym w Katowicach. Tam właśnie poznałem Justynę studentkę pierwszego roku (miała 20 lat wtedy a obecnie 21 lat.).Spodobała mi się i poczułem, że jestem zakochany. Początkowo nie mówiłem jej o tym tylko byliśmy na relacji koleżeńskiej. Postanowiłem powiedzieć jej, że podoba mi się pewna osoba (czyli ona) ale nie mówiąc jej kto. Napisałem kiedyś jej wiersz przez smsa, który chciałbym przesłać tej dziewczynie która mi się podoba a jej ten wiersz się spodobał i nakazała mi go wysłać. Jakie było jej zdziwienie kiedy wysłałem jej go drugi raz. Odpisała, że wysłałem jej to drugi raz.
Ja odpisałem że wiem i tak się zaczęło. Oczywiście na drugi dzień wszystko sobie wyjaśniliśmy i tak zaczął się piękny okres w moim życiu. Jeździliśmy na koncerty, do parku kino i wszystko było ok. Nie spieszyliśmy się z niczym, po ponad 4-rech miesiącach dopiero pocałowaliśmy się. Kiedy dowiedziałem się, że jest chora na neuropatię nóg, co może prowadzić do tego, że może przestać chodzić. Odczułem smutek i strach jednak zacząłem kochać ją bardziej mimo, jej choroby. Wkrótce potem umarła jej babcia co bardzo przeżyła bo była z nią bardzo związana, i na dodatek musiała iść do szpitala na badania gdzie była około dwóch tygodni. Wówczas cieszyła się z każdego mojego przyjścia a ja czułem się szczęśliwy widząc, że się uśmiecha mimo choroby. Po wyjściu ze szpitala było wszystko dobrze aż zacząłem odczuwać jej brak. Nie pisała smsów tak jak kiedyś, nie pisała na gg, zacząłem odczuwać coraz bardziej zobojętnienie, aż w końcu przed sylwestrem sama powiedziała mi, że nie umie mi tego okazywać. Myślałem że jest to moment przejściowy i nie zmartwiłem się tym zbytnio. Potem było lepiej, ale znowu to poczucie ciepła osłabło. Po kolejnej rozmowie powiedziała, że już mnie nie kocha tak jak kiedyś. Wiedziałem ,że okres zakochania u niej właśnie się skończył i wówczas też skończył się on dla mnie. Serce nie biło tak szybko gdy ją widziałem i przestałem odczuwać to tak emocjonalnie, a kiedy jestem gdzieś daleko czuje, się w środku pusto. Tak jak przed spowiedzią, czuje w sobie pustkę bo nie ma we mnie Boga a po Eucharystii jestem tak szczęśliwy, płaczę ze szczęścia.
Postanowiłem wciąż przeczekać ten trudny okres dla niej, jednak trwa to ponad 2 miesiące a ja chciałbym, jej pomóc. Jednak ona woli być sama i sama uporać się z problemami. W swoim opisie cały czas ma „ [`] ” świeczkę stąd wiem, że nie może pogodzić się ze śmiercią babci. Wiem również, że mój wiek stanowi dla niej mały problem. Do tego dochodzi jeszcze problem z wakacjami, które ma spędzić na rehabilitacjach i w szpitalach i teraz musi się więcej uczyć by zaliczyć wszystko na studiach. Ja natomiast nie wiem już co mam robić, czy pozwolić jej samej uporać się z tymi problemami jednocześnie odczuwać sobie ból w każdej chwili gdy jej nie ma? Czy być przy niej mimo tego, że czasami wolała by być sama?
Nie wiem czy moje uczucie przetrwa taką próbę


* * * * *

Powiem Ci jak czuje kobieta: gdy ma problemy NIE CHCE być sama, chce, by był przy niej ktoś kogo kocha, chce by ją wspierał i pocieszał. Nawet jak mówi, że nie chce to chce. To, że Cię unika pewnie jest spowodowane tym, że nie może sobie sama dać rady ze swoją chorobą, nie godzi się z tym faktem i - być może - boi się tego, że Ty z tego powodu ja zostawisz. Dlatego odsuwa się pierwsza, żeby później nie przeżywać większego bólu. Jeśli ją kochasz (a widzę, że bardzo dobrze rozróżniasz miłość i zakochanie) to trwaj przy niej. Zapewniaj ją o miłości, o tym, że nie zamierzasz jej zostawić, że jej pomożesz. Że jest dla Ciebie wartościową dziewczyną, że chcesz z nią być. Jeśli przy niej będziesz dasz jej najlepszy dowód swojej miłości i tego, że ją akceptujesz taką jaka jest - z jej chorobą.
Niewątpliwie śmierć babci bardzo na nią wpłynęła - ale nie była powodem odsunięcia się od Ciebie. Bo i w tym ona potrzebuje Twojej obecności. Wydaje mi się zatem, że ona po prostu czeka na Ciebie. Nie zrażaj się zatem tym, że będzie zaprzeczała. Taka jest natura kobiety - nie robi tego złośliwie tylko chce doświadczyć jak mężczyźnie na niej zależy.Każda kobieta bowiem potrzebuje i oczekuje od mężczyzny oparcia i poczucia bezpieczeństwa, pisałam o tym w tych artykułach: oczekiwania.
Jeślibym się myliła i motywem działania Twojej dziewczyny nie byłoby to wszystko o czym wyżej napisałam to oznaczałoby że z jakichś powodów nie chce dłużej z Tobą być tylko nie ma odwagi Ci tego powiedzieć... Czego Ci oczywiście nie życzę.
Pogadaj z nią, pokaż jej, że jest dla Ciebie ważna, daj jej wsparcie. Jeśli na to właśnie czekała Wasz związek będzie na dobrej drodze. Módl się o dobre rozeznanie i działaj. Z Bogiem!

  Dorota, 22 lat
1653
19.04.2007  
Droga redakcjo! z przyjacielem znamy sie już 4 lata - mój problem polega na tym że od roku jestem w nim zakochana ale on raczej nic do mnie nie czuje, traktuje mnie tylko i wyłącznie jak przyjaciółke. Już nie wiem co robić... próbowałam "zwalczyć" to uczucie, unikałam go itp. ale to nic nie dało, no moze na krótki okres ale uczucie to odżyło i to silniejsze niż wcześniej. Nie wiem co mam zrobić, najchętniej bym mu powiedziała co do niego czuje ale boje sie, że strace najlepszego przyjaciela. Nie ukrywam, że chciałabym aby on do mnie poczuł coś więcej i żebyśmy byli razem. Często gdy wychodzimy gdzies naszą całą paczką znajomych sugerują oni ze moglibyśmy być para ale on temu zaprzecza ze nigy ze sie im tylko wydaje..również w żartach padają słowa albo gesty które mogłyby świadczyć o tym ze jestesmy razem, ...ale to tylko żarty a ja gdy wracam do domu płacze w poduszke że tak nie jest. Droga redakcjo prosze doradzcie coś...nie wiem jak mam postępować czy wyznać mu co czuję, co robić..?

* * * * *

Przeczytaj odp. nr 223. Żadnych wyznań nie ryzykuj. Bo skutek będzie taki, że on Ci powie, że traktuje Cię jak koleżankę i się odsunie. W ten sposób stracisz przyjaźń. Na pewno takie wyznanie niczego nie zmieni, przecież on nie "ulituje się" nad Tobą i nie zacznie z Tobą być. Współczuję Ci tej sytuacji, ale nie ma z niej dobrego wyjścia. W zasadzie powinnaś zrobić to co w każdym innym przypadku kiedy trzeba się "odkochać". Pisałam o tym w odp. nr: 80, 526, 653, 825. Z Twojego listu wynika, że on nie jest Tobą bliżej zainteresowany, bo gdyby był to ma idealną sytuację, by zacząć związek. A skoro do tej pory nic nie zrobił... Przebywaj z nim tylko tyle ile jesteś w stanie znieść. Módl się, by Bóg zabrał Ci to uczucie i dał Ci miłość wzajemną. Z Bogiem!

  Paulina, 22 lat
1652
18.04.2007  
Nigdy nie bylam w stalym zwiazku,zwykle spotykalam sie z chlopakiem 3-4 razy i juz wiedzialam,ze nic z tego nie bedzie-albo ja mu sie nie podobalam albo on mi.Zwykle zaczynalam sie spotykac z dopiero co poznanym chlopakiem(kilka razy byly to znajomosci internetowe) -bardzo szybko sie konczyly.Spotykalam sie z tego powodu,ze czulam sie samotna.Mam kilka sprawdzonych przyjaciolek,ale czuje,ze brakuje mi mezczyzny w zyciu.Z natury jestem romantyczka,marze o wielkiej romantycznej milosci,takiej na cale zycie,ale ostatnio coraz bardziej zaczynam tracic wiare,ze spotkam taka milosc w swoim zyciu.Kilka razy tez zdarzylo mi sie zakochac platonicznie i nigdy nie potrafilam doprowadzic do chociazby jednej randki z chlopakiem,ktory mi sie podobal.I nie chodzi o to,ze nie rozmawialam z tym chlopakiem wogole,ale ze nie potrafilam pakazac mu,ze mi sie podoba,bo balam sie odrzucenia.Zaczynam sie zastanawiac czy nie jestem skazana na samotnosc??(a pochodze z duzej rodziny,lubie towarzystwo i nie wytrzymalabym ani jednego dnia sama)
Chcialam zaznaczyc,ze modle sie do swietego Jozefa o dobrego meza.
Czy powinnam moze pojsc do poradni psychologicznej zasiegnac poradyjak sobie radzic??
Czuje sie coraz bardziej zagubiona...


* * * * *

Skazana na samotność to na pewno nie jesteś bo nie ma takiego poowłania. Każdy człowiek pragnie obecności drugiego i to są normalne pragnienia dlatego tak trudno wytrzymać samotność (por. odp. nr: 1599, 56, 302, 346, 1460, 1546). Pytanie dlaczego tak szybko kończyłaś te znajomości. Wiesz, tego, że ktoś nam się "nie podoba" nie da się stwierdzić tak szybko. No chyba, że chodzi o wygląd zewnętrzny no ale nie na tym związek się opiera. Czasem trzeba dać komuś szansę. Bo żeby się poznać i stwierdzić, że naprawdę nam nie odpowiada trzeba czasu. Często nie wystarczą te 3-4 spotkania. Piszę to dlatego, że miało to już miejsce kilka razy, a zatem trzeba sobie uświadomić dlaczego tak się dzieje. Co rzeczywiście Ci się w tych chłopakach nie podobało, co było takiego, że nie chciałaś dłużej się spotykać. Czego oczekiwałaś? A może masz o czymś mylne wyobrażenie i to co normalne uważasz za złe? Może oczekujesz czegoś o czym ten ktoś nie ma pojęcia? Żeby Ci trochę ułatwić zadanie polecę Ci te artykuły o oczekiwaniach, żebyś mogła poczytać, pomyśleć. [zobacz], [zobacz]
I jeszcze jedno: wielka miłość na całe życie niekoniecznie jest taka romantyczna jak w poezji. Bo w poezji opiewane jest zakochanie - uczucie, które z prawdziwą miłością ma niewiele wspólnego. Bo miłość to przede wszystkim codzienność, a uniesienia to tylko chwile. Więc jeśli się spodziewasz uczucia rodem z "Cierpień młodego Wertera" to raczej nie znajdziesz chętnego. Polecam Ci zatem artykuł o tym czym jest miłość: miłość. Pamiętaj, że prawdziwa miłość czasem zaczyna się bardzo prozaicznie. I dlatego nie można nikogo od razu skreślać, bo niczego "nie czujesz". O "czuciu" pisałam w odp. nr 13.
Do św. Józefa się módl, to patron od takich spraw. Natomiast nie przesadzałabym z poradnią.
Z Bogiem!
p.s. Zaglądałaś już do Źródełka? [zobacz]

  Piotr, 20 lat
1651
18.04.2007  
Alleluja.
Jestem animatorem Ruchu Światło-Życie. W parafii zajmuję się formacją grupy młodzieży w wieku gimnazjalnym, tak się składa, że w grupie są same dziewczęta. Świetnie się z nimi pracuje, są otwarte i bardzo zaangażowane. Wszystko było dobrze do pewnego momentu... Jedna z uczestniczek wyznała mi miłość. Na początku wysłała mi sms\'a z jakimś wierszykiem, pomyślałem, że to tak o, z sympatii, żeby było miło. Ale później powiedziała, że to poważne uczucie. Kompletnie mnie to rozbroiło. Nie wiem jak delikatnie powiedzieć jej, że na nic z mojej strony nie może liczyć. Muszę to zrobić tak, żeby nie zniechęcić jej do uczestnictwa w oazie. Proszę o jakieś wskazówki, strasznie mnie to zmartwiło i nie wiem co robić. Z góry dziękuję, ALLELUJA.


* * * * *

Ojejej, ale się narobiło. No współczuję sytuacji. Na pewno potrzeba dużo delikatności, żeby dziewczyna się nie zraziła. Niestety, takie sytuacje często mają miejsce, bo animator dla kilkunastoletniej dziewczyny to prawie drugi po Bogu ;-) A na pewno ktoś (w jej wyobraźni przynajmniej) idealny, bez skazy i ogólnie wzór cnót wszelakich. Jeśli dziewczyna stawia tak sprawę trzeba chyba powiedzieć jej jasno, że cenisz sobie jej sympatię i czujesz się dowartościowany, jednak jesteś zaskoczony. Powiedz, że masz nadzieję, że swoim zachowaniem nie robiłeś jej jakichś nadzieji. Że jest Ci miło, ale nie jesteś w tej chwili gotowy na związek (z nią lub w ogóle), że lubisz ją i cenisz, ale nie odwzajemniasz jej uczuć. Ważne jest by mówić to w pierwszej osobie: "ja nie jestem gotowy, ja nie potrafię, ja nie odwzajemniam", tak by dziewczyna nie poczuła się mało ważna lub winna. Trzeba powiedzieć to spokojnie, ale konkretnie, niczego w przyszłości nie obiecując. Na pewno nie można mówić: "na razie nie", "zobaczymy", "może za jakiś czas" bo to daje nadzieję.
Czyli uprzejmie ale stanowczo i konkretnie. Mam nadzieję, że poskutkuje.
Naturalnie, taka rozmowa nie jest miła, ale niestety konieczna, żeby dziewczyna wiedziała na czym stoi. Nie bój się, że się zniechęci, ale licz się z tym, że być może na kolejne 2-3 spotkania nie przyjdzie. I nie dlatego, że się obrazi. Może po prostu jej być ciężko się z tym pogodzić. Jeśli ktoś nie odzwajemnia naszych uczuć to częścią terapii jest brak kontaktu. Jeśli zaś zrazi się do oazy na jakiś czas to nie będzie Twoja wina i nie miej żadnych wyrzutów. Ty przecież będziesz robił wszystko, żeby do tego nie doszło. Ale nie możesz ani robić jej nadzieji, ani udawać. Masz prawo do jasnego postawienia sprawy. A takie dziewczęce miłości szybko mijają, na szczęście. Myślę, że po wakacjach nie będzie już problemu. Powodzenia! Z Bogiem!


Ostatnia aktualizacja: 05.06.2008, 16:17


[ Powrót ]
Daj plusika:
[ Strona główna ] Drukuj Wyślij link
Trudna miłość. Jak pokonać kryzys? Trudna miłość. Jak pokonać kryzys?
Tonino Cantelmi, Rachele Barchiesi
Dlaczego zbudowanie stałych i silnych związków uczuciowych wydaje się dzisiaj bardzo trudne czy wręcz niemożliwe? Jakie są przyczyny kryzysu panującego w relacjach międzyludzkich? Autorzy niniejszej książki starają się ukazać te przyczyny. Chcą pomóc Czytelnikowi, zwłaszcza młodemu, w budowaniu trwałych relacji z innymi ludźmi.... » zobacz więcej
Zakochanie… i co dalej? Zakochanie… i co dalej?
Jacek Pulikowski
Książka ta jest pierwszym krokiem do szczęśliwego małżeństwa. Pomyśl o radosnym czasie zakochania, chodzenia ze sobą, narzeczeństwa i nie zmarnuj go! Wykorzystaj cenne wskazówki autora dla dobra twojego i przyszłego współmałżonka... » zobacz więcej
O stronie... | Ogłoszenia | Konkurs | Wspomóż nas | Polityka Prywatności | Kontakt

© 2001-2011 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej