Kartki Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Czat Opowiadania Perełki
Miłość czy MIŁOŚĆ? Czyli sztuka chodzenia ze sobą Miłość czy MIŁOŚĆ? Czyli sztuka chodzenia ze sobą
Katarzyna i Tomasz Jarosz
Przeczytaj tę książkę! Być może znajdziesz tu odpowiedzi na swoje pytania, a przedstawione rady pomogą Ci wybrnąć z sytuacji w jakieś się znalazłeś.... » zobacz więcej
miłość czy Miłość?

Odpowiedzi na pytania

Odp: [1-50], [51-100], [101-150], [151-200], [201-250], [251-300], [301-350], [351-400],
[401-450], [451-500], [501-550], [551-600], [601-650], [651-700], [701-750], [751-800], [801-850], [851-900]
[901-950], [951-1000], [1001-1050], [1051-1100], [1101-1150], [1151-1200], [1201-1250], [1251-1300],
[1301-1350], [1351-1400], [1401-1450], [1451-1500], [1501-1500], [1551-1600], [1601-1650], [1651-1700],
[1701-1750], [1751-1800], [1801-1850], [1851-1900], [1901-1950], [1951-2000], [2000-2050], [2051-2100],
[2100-2150], [2151-2200], [2201-2250], [2251-2300], [2301-2350], [2351-2400], [2401-2450], [2451-2500],
[2501-2550], [2551-2600], [2601-2650], [2651-2700], [2701-2750], [2751-2800], [2801-2850], [2851-2900], [2901-2950], [2951-3000],
[3001-3050], [3100-3100], [3101-3150], [3151-3200], [3201-3250], [3251-3300], [3301-3350], [3351-3400],

Krokodyl dla ukochanej... warto wspierać rozwój mężczyzny Krokodyl dla ukochanej... warto wspierać rozwój mężczyzny
Jacek Pulikowski
Lektura tej książki, dzięki realizacji 12 postulatów zaproponowanych przez autora, nauczy Cię stawiania mądrych wymagań mężczyźnie, aby rozwijać jego możliwości, by nauczyć go "góry przenosić" czy sprostać wyzwaniom... » zobacz więcej




  Dorota, 23 lat
1800
21.07.2007  
Zostałam bardzo zraniona.... bardzo boli.... pomóżcie........ skrzywdził mnie człowiek, któremu ufałam, wierzyłam i który był dla mnie bardzo ważną osobą.... a teraz jeszcze mnie prześladuje i dręczy... nie zrobilam nic takiego, żeby miał powody aby to robic! ale on nie słucha.... jest mi bardzo ciężko, sama nie daję rady, ale jednocześnie zamknęłam się w skorupie żalu i goryczy i nie pozwalam nikomu do siebie dotrzeć, nie ufam... nie wierzę... boję się, że nie będę potrafiła wyjść z tej skorupy, że zabraknie sił... w sumie po co mam wychodzić - tu jest bezpiecznie i pusto...

* * * * *

Droga Doroto!
Jaki jest charakter tego dręczenia? Jeśli jest to coś poważnego, co powoduje, że się boisz to może trzeba nawet poinformować policję? Ja nie żartuję, to nie może Cię niszczyć! W każdym razie może trzeba interwencji brata, ojca, wujka, kolegi, no nie wiem, w każdym razie dorosłego mężczyzny, żeby Twój były chłopak wiedział, że nie jest bezkarny, że nie jesteś słabą, bezbronną kobietą.
Ty sama zaś nie odbieraj telefonów, nie odpowiadaj na sms-y, maile itp. Pokaż mu, że masz swoją godność, że nie może Cię złamać i zniszczyć. Wiem, że będzie Cię to dużo kosztowało, ale nie możesz pokazywać swojej słabości bo to woda na młyn. Jeśli będziesz w jakikolwiek sposób reagować on odczyta to tak, że nie jest Ci obojętny i będzie ponawiał ataki!
Postaraj się byś nie była sama. Pewnie masz rodzinę, koleżankę. Potrzebujesz wsparcia i po prostu czyjejś obecności: w takiej sytuacji człowiekiem miotają głupie myśli i żal. Musi być ktoś kto zmusi Cię do zjedzenia obiadu, wyjścia do sklepu, na spacer. Dobrym pomysłem jest wyjazd np. w góry. Wtedy udaje się nie myśleć aż tak bardzo.
Przeczytaj też odp. nr: 80, 526, 653, 825.

  Łukasz, 26 lat
1799
19.07.2007  
Witam, mam problem może trochę dziwny ale jednak. Złożyłem Bogu obietnicę i po kilku latach powoli dochodzę do stwierdzenia, że nie powinienem jej był składać, że ona była niezgodna z moim powołaniem choć tego pewien nie jestem. Czuję, że powinienem iść inną drogą lecz powstrzymuję mnie ta obietnica. Nie wiem czy mogę liczyć na to, że Pan Bóg mnie zwolni z tej obietnicy, czy wogóle jest takie coś możliwe. Obietnica moja polega na tym, że spodobała (być może się zakochałem wtedy) mi się pewna dziewczyna i sam zbytnio nie wiem dlaczego (być może chciałem zmusić Pana by mi Ją "podarował") , ale obiecałem Panu, że albo ona albo żadna. Teraz Ona jest już z innym chłopakiem od dłuższego czasu i nasze kontakty są jak najbardziej poprawne bez żadnych wyrzutów czy coś takiego(spotkaliśmy sie kilka razy). I teraz po kilku latach stwierdzam, że powinienem spróbować z inną jednak powstrzymuję mnie obietnica jaką złożyłem Panu. Wiele osób które "nic nie wiedza o obietnicy" namawiało mnie czy może podpowiadało mi, że powinienem iść na księdza lecz szczerzę mówiąc nie czuję tego, aby było to moje powołanie (kocham Dzieci i chcę ich mieć duuuuuuuuuuuużo :) ). Teraz poznałem inną dziewczynę i nie chcę zaczynać z nią choć pewnie oboje tego chcemy, by Jej w pewnym momencie nie powiedzieć, że nie mogę z nią być bo.... . Proszę o radę czy może moim powołaniem jest samotność ????

* * * * *

Mój Drogi! Powołania do samotności jako takiego nie ma, pisałam o tym w odp. nr 1599. Ale to tak na marginesie. A co do Twojego problemu: Bóg nie jest złośliwy. Nie jest tak, że Ty sam skazałeś się na coś co w danym momencie Twojego życia wydawało Ci się słuszne. Nie możesz ponosić konsekwencji wyboru niedojrzałego i i nieprzemyślanego. Ludzie przecież nieraz coś nawet ślubują Bogu, a potem dochodzą do wniosku, że to nie tędy droga. Czasem dotyczy to już nawet ślubów zakonnych, prawda?
Co robić? Jeśli Cię to gryzie (a widzę że gryzie) po prostu powiedz o tym podczas najbliższej spowiedzi. Nawet jeśli to miało charakter obietnicy spowiednik może Cię z tego zwolnić.
Też miałam kiedyś problem podobnego rodzaju, związany z pewną obietnicą złożoną w młodości i tak właśnie postąpiłam. Tobie też tak radzę. Oczywiście dziewczynie nic nie mów. Załatw to sam z Bogiem - po męsku. Nie musisz się bać, że łamiesz przyrzeczenie. Bóg Cię zna, znał Cię też wtedy, wie jakie miałeś intencje, wie jaki był stopień Twojej dojrzałości, wie jak jest teraz. Wie też co jest dla Ciebie dobre i pragnie byś był szczęśliwy. Na pewno zatem nie skarze Cię na bezsensowne cierpienia.
Załatw to i bądź szczęśliwy realizując swoje prawdziwe powołanie. Z Bogiem!

  Agnieszka, 17 lat
1798
19.07.2007  
Moje pytanie jest dosc dziwne, czy mozna w jakis sposob poznac czy chłopak sie onanizuje? Czy widac to po jego zachowaniu? nie chcę pytac mojeog chłopaka o to wprost, jestesmy ze sobą parę miesięcy, zdecydowalismy się zachować czystość do ślubu( ale deycja była z mojej inicjatywy) , a on ma czasami dziwne poglądy więc wolałabym to wiedzieć, jakby co zeby chociaz z nim o tym porozmawiac,.

* * * * *

Hmm, nie wiem czy można poznać. Być może jeśli jest to problem dużego kalibru to człowiek jest nerwowy, niespokojny ale to nie są jakieś wymierne objawy.
Ja mam propozycję: zapiszcie się do Ruchu Czystych Serc. Jeśli nawet Twój chłopaka ma z tym problemy to przynależność do tego ruchu automatycznie zmotywuje go do walki.
A jeśli - jak mówisz - ma dziwne poglądy, jeśli coś Ci się nie podoba lub czegoś nie rozumiesz to poproś go o wyjaśnienie co on ma na myśli. Oczywiście rozumiem Cię, że zadanie takiego pytania wprost byłoby dziwne i nie na miejscu, ale chodzi mi o to, żeby nei milczeć gdy cos Cie neipokoi,, tylko rozmawiać. Bo może to nic wielkiego a Ty się niepotrzebnie denerwujesz. Inaczej niż rozmową pewnych rzeczy się nie wyjaśni. Możesz mu też podsunąć ten artykuł: [zobacz] (to na wzmocnienie argumentacji dlaczego zachować czystość, bo jak pisałaś było to z Twojej inicjatywy). Z Bogiem!

  ania, 20 lat
1797
19.07.2007  
Witam serdecznie

Moim problemem jest chyba to że uzależniam się emocjonalnie od innych osób. Nie wiem czy można to tak nazwać. Kiedy jeszcze chodziłam do szkoły miałam skłonność do zakochania w dużo starszych od siebie mężczyznach i to nie koniecznie gwiazd z telewizji, również osób w moim otoczeniu. Myślałam nieustannie o tych osobach, wyobrażałam sobie, stwarzałam dziwne historie z ich udziałem. Nie wiem czy to jest normalne, teraz stwierdzam że było to na pewno bardzo niepoważne.
Obecnie znowu pojawiła się w moim zyciu dziwna sytuacja, do której nie wiem jak się odnieść. Otóż myślę, ze zbyt mocno sie uzależniłam od swojej koleżanki. Nasze stosunki nie są bliskie, zwykła powierzchowna znajomość. A chciałabym więcej, tzn. chodzi mi o przyjaźń. Myślę o niej zbyt często, wyobrażam sobie że jesteśmy w lepszych stosunkach niż obecnie, że mam kogoś komu mogę powiedziec coś o sobie. Jakoś tak zbyt chyba emocjonalnie się angażuje w to. Czy takie myślenie jest złe i powinnam tego zaprzestać, jak również zakończyć tą znajomość ? I czy to może oznaczać że mam skłonności homoseksualne, nad ktorymi zaczęłam się ostatnio poważnie zastanawiać ?
W ogóle jesli ktoś wykaże mną jakieś większe zainteresowanie, dobrze mnie traktuje to doprowadza mnie to do częstego myślenia o danej osobie. Czasem to trwa tylko chwilę, czasem dłużej. I obojetnie czy to jest kobieta czy mężczyzna. Może to dlatego, że tak mało zaznalam zainteresowania, nikt mnie raczej naprawdę nie lubił wczesniej, a i teraz tez mysle ze nikt mnie nie lubi, choc może jest inaczej. I powoduje to wszystko, że uzależniam się od każdego, kto da mi bezinteresowanie choć odrobinę miłości i zainteresowania.
Jak sobie poradzić z takim myśleniem?
Z gory dziękuje za pomoc.


* * * * *

Droga Aniu!
Twoje "zakochiwanie się" w szkole było czymś całkowicie normalnym. Jest taki okres w życiu człowieka, że tak właśnie się dzieje: osoba starsza (przeważnie nauczyciel, animator itp.) wydaje nam się ideałem i zaczynamy go podziwiać. Ten podziw powoduje, że nam się podoba, że myślimy o nim często, że wyobrażamy sobie różne rzeczy. To fascynacja. Tak, to niepoważne, ale w wieku szkolnym całkowicie normalne i nie ma się co tym przejmować.
Co do Twojej obecnej sytuacji: nie, moim zdaniem to nie są skłonności homoseksualne. To głód emocjonalny. Nie wiem jak wyglądają Twoje relacje w domu i jaki masz charakter, temperament.
Czasem jest tak w rodzinach gdzie są problemy lub gdzie dzieci nie otrzymują wystarczająco dużo uwagi (np.najstarsze dzieci w rodzinach wielodzietnych, rodziny gdzie rodzice są ciągle poza domem). Jeśli do tego dochodzą pewne cechy charakteru takie jak nieśmaiłość, takie skierowanie do wewnątrz w przeżyciach, to, że ktoś jest spokojnym domatorem, a nie przebojową duszą towarzystwa powodują, że się "lgnie" do kogoś kto poświęca nam uwagę. Dokładnie tak jak piszesz: bez względu na jego płeć. Aniu, bez innych danych o Tobie nie potrafię powiedzieć nic więcej niż tylko tak ogólnie. To co mogłabym Ci poradzić to takie "normalne" stosunki z koleżanką, żeby ona nie podejrzewała nic więcej. Naturalnie nie ma przeszkód, byście były przyjaciółkami, jeśli obie tego chcecie. Tylko pamiętać należy, że różnica między przyjaźnią a uzależnieniem emocjonalnym polega na tym, że cieszymy się na widok przyaciela ale nie rozpaczamy gdy go nie widzimy, nie potrzebujemy jego ciągłej obecności, wiemy, że ma własne życie i pozwalamy mu nim żyć, nie wczuwając się w jego życie i nie przeżywając pewnych wydarzeń za niego. Potrafimy żyć samodzielnie i samodzielnie podejmować decyzje. Nie mówię, że mamy nie przejmować się wydarzeniami życia przyjaciela, ani nie cenić jego rad, tylko, że nie może być tak, że nie potrafimy żyć, normalnie funkcjonować ani podejmować decyzji bez tego kogoś.
Kolejna rada moja to taka, by zacząć robić coś dla innych. To Ci pomoże uzdrowić poczucie, że nikt Cię nie lubi. Po prostu nie będziesz się koncentrować na tym co inni czują w stosunku do Ciebie, a zaczniesz się koncentrować na tym co Ty możesz dla innych robić. To podziała w dwie strony, bo Cię wyleczy z takiego przejmowania się a i ludzie zaczną Cię autentycznie lubić. Co możesz robić? Co tylko przyjdzie Ci do głowy, w razie czego możesz w parafii zapytać. Z Bogiem!

  agata, 19 lat
1796
18.07.2007  
1732 . no cóż...jest tak jak bylo ale moze i jeszcze gorzej, problem wciąż ten sam od pół roku...nie przechodzi mi nic a nic a pawel sie nie odzywa...dowiedzialam sie ze juz nie jest ze swoja dziewczyna....ale niec wiecej nie wiem , tylko tle ze sie rozstali..kocham go....co mam robic? naprawde nie umiem zapomniec bo do tej pory sie nie udalo i ciagle o nim mysle....on sie nie odzywa nie odpisal na ostatnia wiadomosc jaka zostawilam mu na gg, moze powinnam do skutku az sie odezwie pisac o niego ciagle, ale co to da....chce sie z nimn spotkac ale jak sie umowic:/ prosze o rade

* * * * *

Nie będę Ci radzić co zrobić, żeby się z nim umówić, bo uważam, że nie ma sensu się "płaszczyć", błagać i poniżać. Masz swoja godność przecież. On jasno się określił: nie zależy mu na Tobie. Wiem, to strasznie brzmi, ale to niestety fakty. Zresztą nie tylko Ciebie tak potraktował z tego co piszesz. Z tego wniosek, że jest bardzo niedojrzały i nie powinien być teraz w żadnym związku, bo tylko znów kogoś porani.
Proszę postaraj się zastosować rady z odpowiedzi, które Ci poleciłam przy Twoim pierwszym pytaniu. Tylko w ten sposób będziesz potrafiła uwolnić się od tego uczucia. Zapewniam Cię: będziesz jeszcze szczęśliwa w miłości - z kimś kto będzie do tego dojrzały. Czekaj na taką prawdziwą miłość, przygotowuj się do niej. Warto! Z Bogiem!

  M., 27 lat
1795
18.07.2007  
Sam już nie wiem co myśleć. Byłem kiedyś z dziewczyną prawie 5 lat, pierwsza (wtedy)poważna miłość, studia, odległość, zakońćzyło się... wolała mojego kolege, bo był na miejscu. Ok. Leczyłem się długo, prawie 3 lata. W ciagu tych 3 lat roznie sobie radziłem, wyrządziłem wiele przykrosci i sobie i innym, było to złe.Zarzekłem się, nigdy wiecej kobiet. Pod koniec studiów trafiłem do wspólnoty, poznałem Jezusa, doświadczyłem miłości Boga,że mnie kocha takiego jakim jestem, z całą moją historią. Byłem szczęśliwy, miałem nowe życie od Boga. Nadal jednak nie potrafiłem przekonać się, zaufać kobietom ,dziewczynom które były blisko, piękne dziewczyny z pięknym wnętrzem. Wiem ze wiele z nich chciało sie ze mna umawiać, spotykać. Podobało im się to że jestem animatorem, odpowiedzialnym za jeden z kursów prowadzonych przez wspólnote, że mam pasje w postaci sportów extremalnych, snowboard, żagle, motocykl. Modliłem się mocno bym potrafił zaufać, wierzyłem ze Bóg ma dla mnie dobry plan i tak sie stało. Poznałem osobe, najcudowniejszą kobietę na świecie, ciepłą, troskliwą, skromną , spokjną ale i wymagającą, z zasadami. Starałem się o jej względy przez 1,5 roku, umawiałem się na spacery, ciastka, pisałem meile, dostawałem kosze, i walczyłem dalej. Przyszła też rezygnacja, dużo sie modliłem, wiedziałem ze do miłosci nikogo nie zmusze i wtedy ona sie odezwała, zgodziła się. Tak poznawalismy sie przez ponad rok, bywało różnie, ale ogólnie byliśmy szcześliwi, widziałem jak ona zmienia się,ja zresztą też, jak staje się odważniejsza, zanikają kompleksy, stawała sie prawdziwą kobietą już nie taką zalęknioną. Bóg był w naszej relacji, potrafiliśmy sie razem modlić, byłem bardzo szczęśliwy. Wiedziałem i wierzyłem ze jej moge zaufać, ze mnie nie skrzywdzi, dziekowalem Bogu. Przyszedł taki czas, zaczeły sie rozmowy na temat rodziny, wspominała o małżeństwie, dzieciach, jak to widzimy. Do okoła nas znajomi się pobierali. Dojrzewaliśmy do pewnych decyzji. Kupiłem mieszkanie, postanowiłem działać poważniej, trochę perspektywiczniej. W tajemnicy przed nią mialem plan poporsic ją o rękę i pobrać się, tak za rok gdy mieszkanie będzie gotowe. Ona chciala wyjechać na wakacje do pracy, zagranice, sam jej pomagałem przełamywać wątpliwości,wspierałem ją , mimo iż obawiałem się tej rozłaki, ufałem Bogu. Pojechała. Na początku pisała: tęsknie, brak mi Ciebie, itp. ja też pisałem. Potem rzadziej, potem, ze tylko imprezują, pozniej o tym ze swiatem rządzi namietnosc, zaczołem sie martwić. Ostatnio ze całowala sie z kims, ze to nieuporzadkowany świat z niej wychodzi..Gdy z nią rozmawiałem powiedziała ze lepiej bym nie znał szczegółów, ze jej głupio. Powiedziałem wracaj, ona że nie wróci teraz. Z jednej strony jest we mnie złość, gniew,niesamowity ból, z drugiej proszę Boga o siłę i mądrość. To wszystko jeszcze chyba nie dociera do mnie, odrzucam to. Pytałem czy jej zależy na nas, nie potrafiła odpowiedzieć. Z przekory powiedziałem ze to koniec, licząc ze się opamięta, lecz ona powiedziała ze rozumie moją decyzję i ok. Co ja ma zrobić? Czy mam ją błagać by jej zależało? nie. Czy mam zakończyć to o co tak walczyłem, zabiegałem? Poddać się? Z jednej strony myślać racjonalnie to powiennismy sie rozstać, jesli ona nie żaluje, powineinem sie pogodzić, tak? Ale to nie takei proste. Znowu sie zawiodłem, nie wiem czy będę potrafił zaufać. Co ja robie źle? Czego ja nie daje? W czym jestem gorszy ze po 3 tyg. dziewczyna woli jakiegos casanove? Czuje ze przegrałem walke.... Jak i co mam teraz robić by nie stracić wiecej? Myśle ze mogłbym wybaczyć, ale nie wiem jak z zaufaniem, jak uwierzyć ze to sie nie powtorzy? Co z planami?Boli mnie to...

* * * * *

Drogi M.! Nie wiem co Ci powiedzieć...
Każde słowo będzie banałem: i to, że miłość się nagle nie kończy i to, że nie powinno się będąc w poważnym związku na tak długo wyjeżdżać...
Wydaje mi się (tak, wiem, dobije Cię to jeszcze bardziej), że ona czekała na taką decyzję z Twojej strony, że jej to na rękę, że Ty powiedziałeś, że to koniec.
Zastanawiam się tylko jak bardzo ludzie potrafią się zmienić pod wpływem okoliczności, środowiska. Mnie osobiście zawsze wydawało się, że owszem, to wszystko co na zewnątrz ma na nas wpływ, ale przecież nasze zasady, plany, marzenia, oczekiwania są na tyle stabilne, że nie staniemy się kimś innym tylko dlatego, że jesteśmy wśród takich a nie innych ludzi.
Sama wielokrotnie byłam w różnych środowiskach i nie ulegałam presji.
Z Twojego listu wynika, że jesteś w stanie jej wybaczyć, że nadal ją kochasz i chcesz dalej budować to co zaczęliście. Tylko co, jeśli ona już tego nie che?
Oczywiście powinieneś spróbować powalczyć, no chyba, że wyczerpałeś już wszystkie możliwości. Jeśli tak - to rzeczywiście nic na siłę nie zrobisz.
Bardzo Ci współczuje i wierzę, że będziesz szczęsliwy. Nie wiem czy z nią czy z kimś innym. Będziesz - ponieważ masz zasady, masz plan, jesteś konsekwentny i stabilny emocjonalnie. Takich mężczyzn potrzeba światu. Na razie jednak musisz dać sobie czas. Może sporo czasu. Musisz poukładać sobie to wszystko. Potrzeba tu modlitwy ale i konkretów - rozmowy z mądrym kapłanem, może ojcem, może przyjacielem - w kazdym razie mądrym mężczyzną, który będzie rozumiał Twój punkt widzenia.
Może potrzeba też rekolekcji, są organizowane takie chyba przez Jezuitów pt. "Uzdrawianie wspomnień". Jeśli ten związke rzceywiście saie spończył to o tym jak dojść do siebie pisałam w odp. nr: 80, 526, 653, 825 . W każdym razie życzę Ci mądrych decyzji i tego, byś dał radę! Z Bogiem!

  smutasek, 24 lat
1794
18.07.2007  
Witam serdecznie:) Od jakiegoś czasu uważnie czytam Pani mądre i podnoszące na duchu odpowiedzi. Dlatego postanowiłam napisać z nadzieją, że może i mnie pomoże Pani zaradzić różnym duchowym rozterkom, które towarzyszą mi już od dłuższego czasu i czasem spędzają sen z powiek. W tym roku skończyłam studia, wróciłam do domu i w sumie to nie wiem co dalej, czuje w tym momencie taką dziwną pustkę, ze już nic dobrego mnie nie spotka, tym bardziej, że wciąż jestem sama... W czasie studiów miałam co prawda kilka znajomości ale nic z tego dobrego nie wyszło i od ponad roku tak dryfuje probując znów kogoś poznać ale jak na razie bez skutku. W domu słyszę, żebym lepiej skupiła sie na szukaniu pracy a nie miłości bo ta sama przyjdzie, że ją można spotkać w pracy. Nie wiem ile w tym racji ale wiem, że rodzina chce dla mnie jak najlepiej i ciesze się, że mam w niej wsparcie. Ale już się gubię. Owszem jestem na etapie szukania pracy, ale tez jak na razie bezskutecznie. A każdy mój dzień wygląda tak samo. Mieszkam w małym mieście, gdzie nic sie nie dzieje. Na brak znajomych nie narzekam ale są w różnych miejscowościach i w grę wchodzą wspólne wypady tylko raz na jakiś czas. Poza tym wielu z nich planuje swoje życie ze swoimi połówkami. I jak tu sie nie załamać... W ogóle mam dziwne wrażenie, ze wszyscy już kogoś mają a ja nie. Nawet moje młodsze rodzeństwo, każde z nich jest w szczęśliwym związku, a ja nie. Choć jestem najstarsza. I mało tego, zdarza mi się słyszeć, ze jak młodsze rodzeństwo zdąży sobie poukładać życie szybciej niż starsze to już są nikłe szanse ze to starsze też sobie ułoży. W dodatku nieraz jeszcze słyszałam, ze jak już na studiach się nikogo nie poznało to szanse na poznanie po studiach maleją. Staram się w to nie wierzyć i mieć nadzieje, ale to jakoś podświadomie nie daje mi to spokoju. W dodatku czekają mnie wesela, na które nie mam z kim iść. A idąc tam sama dam tylko temat ciotkom, że ciągle sama itd, itp. Dlatego niejednokrotnie próbowałam szukać, poznać kogoś ale czułam, że robie to na siłę. Nawet kilka razy próbowałam przez Internet. Ale też nic z tego. Z każdą próbą stawałam się coraz bardziej rozczarowana. I teraz to właściwie mam dość, jestem zmęczona takim poznawaniem od nowa. Chyba faktycznie skupie się na szukaniu pracy, inwestowaniu w siebie. Znajomi często powtarzają, ze miłość przychodzi w najmniej oczekiwanym momencie ale tez boje się, że coś mnie ominie, że jak znów czegoś nie zrobię, to tego nie będzie. Z drugiej strony szukając swojej połówki chciałam udowodnić sobie i innym, ze nie jest ze mną tak źle, ale to sie obracało przeciwko mnie. Każda nieudana próba potwierdzała, ze chyba czegoś mi brakuje lub że gdzieś robie błąd. Jeszcze przykro mi się robi, jak ktoś mnie widzi i nie wierzy że jeszcze jestem sama... Ale nawet ostatnio moja przyjaciółka dała mi do myślenia, ze pewnie za bardzo szukam, a przy każdym nowo poznanym chłopaku wykazuje zbyt duże zaangażowanie. I coś we mnie drgnęło. Po prostu wychodzę na zdesperowaną! Czy to nie jest żałosne?? Dlatego chce to zmienić, tylko nie bardzo wiem od czego zacząć... Wiem tylko, że nie chce być sama, pragnę mieć własną rodzinę i nie chce z tego rezygnować... Przepraszam za ten chaotyczny list, ale właśnie taki chaos zapanował w moim życiu... Pozdrawiam ciepło.

* * * * *

A wiesz Smutasku, że kiedyś też byłam w takiej sytuacji jak Ty? Też jestem najstarsza a moje młodsze rodzeństwo szybciej znalazło sobie kogoś niż ja. Skończyłam studia i stanęłam na rozdrożu - to jest właśnie taki moment, że człowiek uświadamia sobie, że skończył się pewien etap w jego życiu i coś trzeba ze sobą zrobić. Twoje rozterki są zatem naturalne - to tak, żebyś się nie martwiła.
Wiesz, rodzina ma w zasadzie rację, że teraz powinnaś skupić się na znalezieniu pracy. Ja dodam tylko, że być może nie powinnaś wracać do swojego małego miasteczka tylko próbować w większym. Pracę łatwiej znaleźć, zapewne lepszą a i szanse na poznanie kogoś rosną. Ja tak właśnie zrobiłam. Bo może i pracę u siebie bym dostała, ale…tylko tyle. Wyjechałam, zaczęłam pracować, potem zmieniłam pracę na lepszą. Zaangażowałam się we wspólnotę i tu poznałam mojego męża :) A zatem może Ty też powinnaś próbować w jakimś najbliższym siebie (albo i nie najbliższym) większym mieście? Moje koleżanki, które zostały u siebie często do dziś nikogo nie mają...
Ja oczywiście nie mówię, że w Twoim mieście nikogo nie masz szansy poznać, bo może tak nie jest. Chcę Ci tylko powiedzieć, że nie ma co się zamykać na nowe. Nie trzeba się bać, czasem trzeba zaryzykować.
Po prostu poszukaj pracy i gdzie ją znajdziesz tam wyjedź, choć na jakiś czas. Zawsze możesz przecież wrócić. Nie wierz w to co Ci mówią o tym, że nie masz szansy znaleźć męża, bo młodsze rodzeństwo już kogoś ma ani w to, że najłatwiej na studiach. Może i najłatwiej, ale nie każdy ma taką samą drogę. Ty masz inną, a inna nie znaczy gorsza. Ja jestem tego przykładem (a za mąż wyszłam w wieku 30 lat).
Życzę Ci dobrych decyzji. Z Bogiem!
P.s. Na weselach baw się dobrze, naprawdę, z pewnością będzie na nich Twoja rodzina lub znajomi, można porozmawiać, a i część zabaw jest przecież wspólna, nie tylko w parach. Głowa do góry!

  Daisy, 21 lat
1793
18.07.2007  
Czy jest czymś niewłaściwym tylko modlitwa o dobrego męża zamiast jego aktywnego poszukiwania? Staram się mieć otwarte oczy, ale nie szukam nikogo celowo, być może dlatego, że kilka razy w ten sposób się sparzyłam i wolę poczekać, aż Bóg zechce zetknąć mnie z tym kimś swoimi sposobami. Zastanawiam się jednak, czy w ten sposób nie utrudniam Mu zadania, czy może On oczekuje ode mnie większej aktywności? Nie chcę robić nic wbrew sobie, jak więc postępować?

* * * * *

Hmm, ale to zależy co masz na myśli mówiąc o aktywnym szukaniu. Oczywiście nie musisz umieszczać ogłoszeń na stronach internetowych ani na siłę poznawać nowych chłopaków, tym bardziej, że możesz jeszcze nawet nie odczuwać takiej potrzeby. W Twoim wieku to normalne. Grzechem to oczywiście nie jest, natomiast chodzi właśnie o to: by mieć oczy otwarte. Życzę Ci, by Twoja modlitwa zaowocowała poznaniem tego właściwego człowieka. Z Bogiem!

  sophia, 19 lat
1792
17.07.2007  
Tak bardzo boli mnie jedna rzecz, a okazuje się, że mój dylemat jest dość rzadki... Mam 19 lat, mój chłopak 24. Jestem wierząca, ale... mój chłopak, mimo "bogatej" przeszłości, wierzy przez duże "W". Teoretycznie wszystko powinno być w porządku. Ale... problem pojawił się jakiś czas temu, gdy pocałunki przestały nam wystarczać, zaczęliśmy uprawiać petting. Z tym, że kończy się on zwykle smutno:wyrzutami sumienia mojego chłopaka i moimi..., że go zraniłam. Czasem już nie wytrzymuję, boję się co będzie potem. Jestem za czystością przedmałżeńską, ale... dlaczego ludzie popadają w taką paranoję, obawiam się, że wkrótce odbije się to na mojej lub jego psychice, bo jednocześnie "chce się, ale nie można". Dochodzi do tego jeszcze jedna rzecz... mam ciągłe poczucie... odrzucenia (?). Mimo wielu dowodów i deklaracji miłości, wciąż czuję piętno "byłych dziewczyn", z którymi mój chłopak współżył. Na domiar wszystkiego, ostatnio usłyszałam, że nie wyobraża sobie on żony, która zabezpieczałaby się przed ciążą. Rozumiem, wszystkie NMPR itd., ale jeśli kobieta się tego boi? Czy mężczyzna będzie grzeszył, jeśli kobieta (a nie on) będzie się zabezpieczała? A oni będą współżyli i tak w dni teoretycznie niepłodne? I czy nie jest egoizmem ze strony mężczyzny, że skłania kobietę ( o nieco innych poglądach niż on) do NMPR, jeśli ona się obawia niechcianej ciąży? Przepraszam za może zbyt długie i bardzo złożone pytanie, ale... bardzo kocham mojego chłopaka, myślę o nim jako o tym jedynym i może za wcześnie- ale martwię się o niektóre rzeczy. Boję się, że nasze różne podejście do wiary, rozdzieli nas...

* * * * *

Wiesz co? Czytam Twoj list i nie rozumiem ani Ciebie ani Twojego chłopaka.
Jeśliby naprawdę wierzył to nie byłoby naciągania zasad, pettingu i jego wcześniejszego współżycia (które masz zupełną rację, że wpływa na Wasze obecne relacje, to jest właśnie niestety smutna tego konsekwencja).
Jeśli Ty masz wyrzuty sumienia z powodu tego co robicie i naprawdę wierzysz to jak możesz mówić o "zabezpieczaniu się przed niechcianą ciążą"(zapewne za pomocą antykoncepcji) i jakichś "innych poglądach"? Jakie poglądy masz na myśli pisząc na stronę katolicką?
Poczytaj sobie informacje o cyklu, ciąży i fizjologii na stronie www.npr.pl. Wiedza to podstawa, nie trzeba martwić się na zapas. Poczytaj sobie zasady, o których mówi katechiznm Kościoła Katolickiego. Ja się nie dziwię, że Ty TERAZ nie chciałabyś być w ciąży i że Cię to przeraża - to normalne. Ale nikt nie mówi, że to ma być teraz tylko po ślubie. A teraz to chyba ślubu nie planujesz? A do tego czasu jesteście zobowiązani do czystości przedmałżeńskiej i kropka. Nie czas na dywagacje o "zabezpieczeniach".
Co do Waszej obecnej postawy - oj, wiele Wam się pomieszało. Jedno jest pewne: nieczystość niszczy i wprowadza zamęt, co odczuwacie na własnej skórze. Polecam Wam obojgu ten artykuł: [zobacz], tam jest wszystko wyjaśnione. Z Bogiem!

  Andrzej, 17 lat
1791
16.07.2007  
Witam.Mam problem zwiazany z milościa.Moze zaczne od poczatku.W tym roku poszedłem do 1 kl Liceum , do mojej klasy chodzi bardzo fajna i wrażliwa dziewczyna , bardzo sie ze soba zaprzyjazniliśmy , spedzaliśmy ze soba duzo czasu , duzo rozmawialismy , i wiem ze to była już przyjaźń , ale ja zawsze mialem odczucie ze ona jakby sie do mnie hmmm kleiła? czesto na przerwach przytulala sie do mnie itp , i wydawalo mi sie ze tak jakby ja coś bardziej do mnie ciagneło , to dalo sie odczuć.Ja sam zaczalem ja postrzegac jako swoja dziewczyne , no i stalo sie , pod koniec roku bylismy para .wszystko zapowiadalo sie pieknie lecz niestety , ona po 2 tygd zerwala oswiadczajac ze to jednak nie jest To , ze popełniła błąd , ale chce sie ze mna przyjaznic i zeby \"bylo jak dawniej\",czy miłośc mzoe tak nagle sie skonczyc? mi na niej bardzo zalezy, kocham ja bardzo ale wiem ze musze moje uczucie zakopac gleboko bo nie chce jej stracic , pomimo ze to dla mnie ciezke . chce zostać jej przyjacielem..powinienem? co zrobic skoro ja ją kocham?

* * * * *

Nie, miłość nigdy nie może nagle się skończyć. Natomiast pewnie skończyło się zakochanie. O tym jaka to różnica poczytaj w tym artykule: [zobacz]. Wygląda na to, że Ty się jej po prostu sposobałeś (swoją drogą dziwne okazywanie zainteresowania: poprzez przytulanie do kolegi z klasy), a gdy opadły emocje i zauroczenie ona stwierdziła, że się pomyliła. Tak naprawdę nie pomyliła się co do Twojej osoby (żebyś nie winił się z tego powodu i nie miał kompleksów) tylko pomyliła się w swojej ocenie stanu emocjonalnego. Zapewne ona nie wie jaka jest różnica między miłością a zakochaniem dlatego możesz jej podesłać ten artykuł. Co do tej przyjaźni miedzy Wami: ech, ja nigdy nie jestem zwolennikiem takich kontaktów. Bo dopóki jedna strona kocha nie może być tylko przyjacielem, prawda? Nie ma co się męczyć i patrzeć na drugą osobę ze świadomością, że ona nie kocha. Oczywiście nie ma co zrywać kontaktów całkowicie (choć może to być potrzebne na pewnien okres, dopóki uczucia nie osłabną, pisałam o tym w odp. nr: 80, 526, 653, 825), natomiast nie ma co zgadzać się od razu na przyjaźń (o tym w odp. nr 7). A zatem pozwól na tyle konkatu ile jesteś w stanie znieść. Jeśli coś będzie Ci przeszkadzało lub za mocno bolało powiedz o tym wprost. Z Bogiem!

  oNA, !7 lat
1790
16.07.2007  
Witam. Mam takie pytanie. Czy warto jeszcze po nieudanym związku próbować ponownie być razem? Ktoś mi powiedział że nie warto obracać się za siebie to trudne. Ale gdy wątpisz to nic nie jest jasne.

* * * * *

No generalnie raczej się "nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki" ale nie ma reguły. Większe są szanse powodzenia ponownego związku jeśli od rozstania minęło sporo czasu (np. 2 lata), bo wtedy jest szansa, że przez ten czas opadły emocje, ludzie przemyśleli kilka spraw, zrozumieli je i dojrzeli. Wtedy faktycznie można - jeśli się widzi szanse powodzenia - próbować ponownie. Natomiast nie bardzo widzę sens ponownego wiązania się ze sobą np. po miesiącu czy dwóch. Nie wierzę bowiem, że wiele może się przez ten czas zmienić, a przecież coś zadecydowało o rozstaniu, prawda?

  Weronika, 23 lat
1789
16.07.2007  
Witam:)Tworzymy parę pół roku, mamy obydwoje 23 lata.Przed rozpoczęciem związku przyjaźniliśmy się i "wyczuwali"czy warto angażować się w związek, czy nasz system wartości jest podobny.Relacja nam się układa b dobrze, choć mamy czasami różne zdania i kwestie sporne wynikają, to potrafimy to razem omówić bez kłótni.
Moja siostra, jednak, zasiała we mnie niepokój. Stwierdziła, ze mój chłopak często mówi o piwie.I faktycznie dosyć często pije piwo i przy okazji \"imprez\" inne alkohole(imprezy b rzadko, a piwo kilka razy na miesiąc).Ja także piję alkohol ale w mniejszych ilościach. Mój chłopak nigdy się nie upija, nie lubi i nie chce tego, na imprezach jest jednym z nielicznych odpowiedzialnych ludzi, którzy dbają o innych i mają "głowę na karku". Zawsze krytykuje osoby upijające się. Gdy powiedziałam mu o mych obawach, to powiedział bym się nie martwiła,bo nie ma obaw, że się uzależni. Obydwoje jesteśmy wierzącymi ludźmi, obydwoje nie chcemy całkowicie zrezygnować z alkoholu. Mój chłopak nigdy nie pije w piątek, bo tak obiecał babci(rodzina jest dla niego bardzo ważna),nie pijemy też w sierpniu- ze względów religijnych. Jak mam rozpoznać czy alkohol jest rzeczywiście problemem?Mam wujków, którzy za młodu pili b dużo alkoholu i są teraz uzależnieni :( a mam też wujków, którzy też imprezowali na studiach, a teraz są porządnymi głowami rodzin. Dziękuje za odpowiedź, z Bogiem :)


* * * * *

Hmm, tak na moje "oko": jeśli Twój chłopak nie pije w piątki, w sierpniu, jeśli się nie upija, jeśli faktycznie jest to kilka piw w miesiącu no to chyba nie ma powodu do niepokoju, bo nie jest tak, że on nie może się opanować. Być może Ciebie jednak drażni samo mówienie o tym, które może sprawiać wrażenie, że jest to coś bardzo ważnego w jego życiu. Może zatem o tym "mówieniu" porozmawiajcie. Powiedz też, że wracasz do tego tematu, bo jesteś wyczulona na te sprawy właśnie ze względu na sytuację rodzinną. Powinien zrozumieć. Z Bogiem!

  Mariola, 35 lat
1788
16.07.2007  
Witam serdecznie
Nawiązując do mojego pytania 1728 chciałabym wszystkich przeprosić za błędy i styl.Pisząc byłam pod silnym wpływem emocjonalnym.
PRZEPRASZAM.
Wracając do głównego wątku.
Bardzo dziękuje za odpowiedz ,zawarte rady.
Dziś na naszą znajomość mogę spojrzeć z dystansem.Mężczyzna w którym się zakochałam nadal jest mi bliski.Przeanalizowałam każdą spędzoną chwilę razem.Pierwsze różnice pojawiają się w naszych osobowościach.R....jest melancholikiem, flegmatykiem zaś ja cholerykiem o cechach melancholika z odrobiną sangwinika.Chciałabym zapytać czy osoby o takich osobowościach mogą stworzyć udany związek?
Małe sprostowanie Rysio pierwszy wyjechał zaś Mama póżniej ,nie wiem kiedy to było nikt nie potrafił podać daty *nie pamiętają kiedy to było *Sytuacje które miały miejsce sugerują byłam kolejną kandydatką na żonę która nie jest ideałem ,nie spełniła wysokich wymagań.R...wcześniej poświęcił się pracy zawodowej teraz jest samotny cytuję chce mieć *dzieciątko* jest tez bardzo dobrym człowiekiem ,wartościowym,wierzącym,opiekuńczym mogłabym wymienić wiele cech pozytywnych ,są również wady .Jest bardzo silnie związany a Mamą... o Polsce myśli w kategoriach lat 80....Chciałabym pomoc aby zrozumiał ze Polska to nie lata 80,czasy się zmieniły i ludzie tez.Myślę tez gdyby sam mieszkał ,nasze relacje byłyby inne.
Owszem szukałam w sobie winy ...wiele pytałam opinia ludzi którzy mnie znają nie pokryła się z opinią....
Kieruję się sercem które podpowiada tak zaś rozum uciekaj .Powierzyłam tę znajomość Panu Bogu ,niech się dzieje Wola Bożą.Pan Bóg zna moją drogę,chociaż czasami jest trudno się pogodzić
Wiem tez nie jestem ideałem ,chciałabym popracować nad wadami.Opinię jaką wystawił mi R... częściowo się zgadzam jestem uparta,zarozumiała wychowana w luksusie.Czasami się tak zachowuje upartość bardziej zamieniłabym na przekorę,zarozumialstwo z tym różnie jest w zależności od sytuacji.Mam obniżoną poczucie własnej wartości,mój tata nie żyje też jest powodem unikam mężczyzn nie wiem jak powinny wyglądać właściwe relacje,narzucam czasami moje rozwiążanie jako jedyne.Czasami ludzie w mojej obecności chwalą się to za granicą jest cudownie i kolorowo a w Polsce żle .Ja nie zgadzam się z tą opinią mówię w Polsce też jest dobrze ,niczego mi nie brakuje może miłości.Jednym z zarzutów był luksus,byłam wychowana w takich warunkach a nie w innych nic tego nie zmieni,owszem lubię luksus.Powiedziałam też "lepszy chleb z masłem i bycie kochaną i szczęśliwą jak chleb z szynką i żyć obok siebie,goniąc za pieniędzmi.
Różnice które były widoczne u mnie w domu się nie oszczędzana zaś tam bardzo powiedziałabym do przesady ,nie przeszkadzało mi to byłam gotowa się z tym pogodzić.
Mam ogromny chaos w głowie nie wiem co mogłabym zrobić.Nawet teraz kiedy nasze relacje takie są jakie są a praktycznie ich nie ma.Serce mówi tak ,poleciałabym do niego na skrzydłach ,zaś rozum mówi nie po pół roku szukałabym psychiatry dla Ciebie.Nie wiem co powinnam zrobić proszę o pomoc,być może ja się kieruję emocjami nie potrafię obiektywnie ocenić sytuacji
Pomimo tego chcę pomoc R...i sobie .Chciałabym aby ułożył sobie życie ,założył Rodzinę.Myślę że może być z tym problem Mama nie zaakceptuje żadnej dziewczyny ,R.... nie zdaje sobie sprawy że jest uzależniony od Mamy że jest niedojrzały emocjonalnie.Wydaje mi się ze powinien o tym wiedzieć.Zastanawiam się czy to wszystko napisać co się mi nie podobało ,o relacjach R...z Mamą .Czy to będzie dla niego pomocne?Może w jakiś sposób chcę siebie usprawiedliwić podświadomie pisząc do niego?R.... jest bardzo wrażliwym człowiekiem ,wiem czytając mój list na początku przeżyje "szok" zamknie się w sobie.odczyta to jako atak na niego i Mamę.Wydaje mi się ze po moim liście się do mnie nigdy nie odezwie a tak zawsze mogę mieć nadzieję.Pomyśli sobie tak miałem rację kończąc znajomość to zła dziewczyna odbierze to jako narzucanie się byłam kobietą która nie ma swojego honoru i ambicji .Co powinnam zrobić napisać czy zamilczeć na zawsze ??
Pozdrawiam serdecznie
Z Bogiem
Mariola


* * * * *

Mariolu, jakąkolwik decyzję byś podjęła myślę, że on powinien o niej wiedzieć. Szacunek do człowieka wymaga, by wiedział on "na czym stoi", dlatego raczej powinnaś napisać. Natomiast co do treści listu nie będę się wypowiadać, bo nie znam Was, po prostu. Jeśli uważasz, że on przemyśli to co napiszesz, że być może mu w czymś pomoże to tak. Jeśli tylko się wścieknie - chyba nie ma sensu. Rozumiem doskonale, że życzysz mu jak najlepiej i chcesz mu w ten sposób pomóc.
Mariolu, życzę Ci wiele siły woli i wytrwałości. Pamiętaj, że im mocniej stąpa się po ziemi przed ślubem (w sensie kieruje nie tylko sercem ale i rozsądkiem, nie patrzy tylko przez różowe okulary, wie o wadach) tym wyżej unosi się nad ziemią po ślubie - ze szczęścia oczywiście. Moim zdaneim - ratuj siebie. Małżeństwo nie jest instytucją charytatywną, to, że on "chce dzieciątka" nie może być dla Ciebie jakąkolwiek presją. Nie można być z kimś z litości ani zostać z kimś tylko dlatego, że byłoby mu przykro. W małżeństwie obie strony mają być szczęśliwe a nie tylko być szczęściem dla kogoś.
O związku osób o różnych temperamentach pisałam w odpowiedziach dotyczących różnic, poczytaj.
Polecam też (ponieważ w poprzedniej odpowiedzi linki się nie wyświetlają) jeszcze raz te artykuły: [zobacz], [zobacz], [zobacz] oraz te odpowiedzi: - 78, 89, 106, 192, 271, 390, 728, 1021, 1050, 1059, może będą Ci pomocne. Z Bogiem!

  Grześ, 23 lat
1787
16.07.2007  
Ja naprawdęnie rozumiem co jest złego w urodzie kobiety? Czy to nie jest dar od Boga? Czy uroda przeszkadza w zbawieniu? Czy tylko kobiety nieatrakcyjne fizycznie są dobrymi matkami i żonami? Czy to nie jest jakaś przesada? Z Pani odpowiedzi wynika, że tak,dobre są tylko te nieatrakcyjne. Jeżeli chłopak chce mieć ładną dziewczynę to zaraz uważa się go za jakiegoś gbura, krzywdzieciela itp. tych dziewczyn, które nie są obdarzone urodą. Proszę o odniesienie się do moich pytań. Pozdrawiam.

* * * * *

A gdzie ja tak napisałam? Bo nie przypominam sobie. Pewnie przeczytałeś tylko jedną z moim odpowiedzi pt. "Dlaczego chłopcy wolą wyzywające dziewczyny?" gdzie pisałam o tym dlaczego nastoletnim chłopcom wydaje się, że dziewczyna atrakcyjna to tylko taka o "wyzywającym" wyglądzie. No nieładnie tak wyciągać coś z całości i komentować w ten sposób.
Odpowiadając na Twoje pytania:
Nic nie jest złego w urodzie, masz rację, że to dar od Boga. Uważam, że każda kobieta jest ładna, tylko niektóre nie są zadbane. Dlatego zawsze piszę dziewczynom, że warto dbać o siebie, choćby dla siebie, a nie tylko dla chłopaka (zresztą panów też to dotyczy, kobiety też chcą, by mężczyzna był zadbany!). Dobrą żoną może być kobieta atrakcyjna fizycznie, a nieatrakcyjna może być zła i na odwrót.
Natomiast pamiętać trzeba, że nie na urodzie świat się kończy i pod kątem małżeństwa trzeba także patrzeć na inne zalety. Pisałam o tym w artykule: Czego oczekuje mężczyzna? - proszę poczytaj.
Jakbyś miał jeszcze jakieś wątpliwości spytaj mojego męża jak to jest ;-). Mail: admin@adonai.pl

  Regina, 24 lat
1786
16.07.2007  
Szczęść Boże:) /przepraszam z góry, za chaotyczne pisanie/ Moje pytanie dotyczy wyrazania uczuć czy mówienia o nich. Jestem od 3miesiecy z chłopakiem młodszym ode mnie o 4 lata, powiem ze jest to pierwszy z zwiazków który tyle trwa, bo wcześniej zawsze trafiałam na nieodpowiednich chłopaków, albo sama sie wycofywałam. A teraz widze ze to jest ten z którym chce być, mimo tego ze jest młodszy widze że to ja jestem nieobyta w sprawach damsko - meskich? Madrym sie jest dopóki nie dotyczy sprawa samego siebie hehe/Bardzo mi jest trudno mówić i rozmawiać z nim o rzeczach delikatnych takich jak seksualnosć, uczuciowość. Mysle ze tak jest dlatego ze mi na nim bardzo zależy i nie chciałabym być zle zrozumiana czy odrzucona, chociaż z drugiej strony ważne jest mówienie sobie o swoich odczuciach czy zachowaniach i wiem ze ja tego potrzebuje a dopóki facetowi o tym nie powiem to on sie nie domysli. I tu tez sie obawiam o samą siebie zeby nie doszło do takiej sytuacji ze nie bede umiała powiedzieć o swoich pragnieniach czy obawach czy oczekiwaniach. Wiem, ze to dotyczy sfery, tej właśnie delikatnej bo w innych sprawach to potrafie mówić prosto z mostu. I kolejny raz wracając do pytania , nie wiem co mam mu odpowiedziec gdy On mnie sie pyta co ja do niego czuje, wiem ze On jest pewny swego uczucia co do mnie/powiedział mi ze mnie kocha a ja w tym momencie nie potrafie mu tego jeszcze powiedzieć/ zapewniam Go ze jest dla mnie bardzo ważny i ze bede robic wszystko co w mojej mocy by to czuł. Ale nie wiem czy to mu wystarcza nie wiem jakiej On odpowiedzi oczekuje pytając mnie o uczucia. Mysle ze jest mi tak trudno dlatego ze w czasie jak go poznawałam i był dla mnie kolegą, miałam doświadczenie bardzo trudne krótkiej ale intensywnej znajomosci / pod wzgledem intensywnosci i wielości słow i uczuc ale tylko wypowiadanych a nie czynionych. Chłopak /tez młodszy ode mnie/ zaczął bardzo szybko mówić mi o swych uczuciach i dodatkowo mówić mi jaka to ja jestem wspaniała/ nie powiem bardzo mi to pochlebiało bo dawno sie słyszałam takiej porcji komplementów/, ale szybko sie skończyło bo po pewnym czasie ja domagałam sie spotkan czyli poprostu chciałam go poznac a tu nagle nie było reakcji od niego, a Ciągle trwał i powtarzał jak to teskni i jaka jestem wspaniała. Powiem szczerze, ze wtedy pierwszy raz przeszłam w życiu takie rozstrojenie emocjonalne, ja poprostu nie wiedziałam co jest dobre, a co złe do tego stopnia, ze nie potrafiłam podjać prostego codziennego wyboru, nad którym sie człowiek normalnie nie zastanawia.I moze dlatego jest mi trudno sie wyrażac mówić o uczuciach, po pierwsze, że zawsze z tym miałam problem, a po drugie, że doświadczyłam takiego nieporozumienia multum słów a nic czynów popierajacych to. I nie chciałabym żeby z tego powodu cierpiał mój chłopak i nasz budujący się związek i relacja. / ups ale duzo tego wyszło , dziękuje za cierpliwość i mam nadzieje że chociaż w części zostałam zrozumiana, Goraco pozdrawiam Panią i Pani męża;)

* * * * *

Droga Regino, wcale nie jesteś nieobyta w sporawach damsko-męskich. Twoje obawy i odczucia są właśnie bardzo normalne, natomiast Twój chłopak właśnie z tego względu, że jest tyle młodszy myśli, że to tak powinno wyglądać. On się w Tobie zakochał i te emocje, które teraz czuje bierze już za prawdziwą, klasyczną miłość. Stąd te szybkie wyznanie uczuć, stąd oczekiwanie, że Ty mu powiesz to samo. Aby bardziej to zrozumieć poczytaj proszę te artykuły: [zobacz] oraz [zobacz]. 3 miesiące to bardzo niewiele czasu i zrozumiałym jest, że nie czujesz się jeszcze gotowa mówić o tak intymnych rzeczach. Po prostu Wy się dopiero poznajecie, oswajacie ze sobą, chcecie - tak jak mówisz - zrobić na sobie dobre wrażenie (to jest naturalne). Jeśli jeszcze nie czujesz się gotowa to o tym nie mówcie, natomiast jeśli on zapyta wprost to wprost powiedz co o tym myślisz, jakie masz oczekiwania i zasady (aby było Ci łatwiej mów tak jakby nie chodziło konkretnie o niego, o Wasz związek ale jak w ogóle wyobrażasz sobie relacje z mężczyzną). Kolejny artykuł aby było Ci łatwiej: [zobacz].
Reasumując: jeśli wydaje Ci się, że Twój chłopak za bardzo się spieszy to mów szczerze to co do tej pory. To uczciwe postawienie sprawy. Możesz też powiedzieć, że nie jesteś jeszcze na takim etapie jak on (pisałam o tym w odp. nr 15, 906), że jeszcze za wcześnie, że chcesz byście się poznali, że potrzebujesz więcej czasu. Poproś go by troszkę przystopował bo Ty nie nadążasz.
On jest jeszcze młody i w jego wieku takie rozumienie sprawy nie jest niczym dziwnym, choć na pewno przydałoby mu się kilka wskazówek w tym względzie, dlatego te artykuły, które Ci poleciłam możesz dać też do przeczytania jemu, to Ci ułatwi sprawę. Rozmawiajcie ze sobą szczerze i otwarcie. Na pewno nie możesz robić niczego wbrew sobie, niczego pod presją ani niczego udawać. Z Bogiem!

  An,- lat
1785
15.07.2007  
Nurtuje mnie pewne pytanie. Rozstałam się z osobą, z którą wiązałam przyszłość. Nie wiem czy była to trafna decyzja. Im bliżej było momentu ślubu to więcej, w krótkim czasie pojawiło się trudnych sytuaji. Chciał kupić mi bardzo drogą rzecz (kilka tys. złotych). Uważałam, że po ślubie tak, a przed ślubem sama chcę kupić. Obraził się na mnie i nie przyjechał na bardzo ważny dla mnie bal. Rodzicom to bardzo się nie spodobało, i bardzo mi go odradzali. Ale zawsze coś im się nie podobało w osobach , o których myślałam poważnie. Po tygodniu przyjechał i chciał żeby wszystko było jak dawniej. Chciał żebyśmy mieszkali z jego rodzicami po ślubie , w domu. Obawiałam się, że ciężko będzie się z nimi mieszkało, że się będą wtrącać, a on nie stanie po mojej stronie ( raz jak coś wspólnie wybraliśmy za namową matki oddał). On chyba miał nadzieję, że wszystko będzie dobrze. Ja chciałam mieszkać osobno- nie brał tego pod uwagę, zawsze przedstawiał argumenty przeciwko. Mówił, żeby chciał żebym zajmowała się obowiązkami domowymi po ślubie, musiałam zawsze na nim wymuszać, że będzie mi pomagał. Namawiał mnie też do skorzystania z pewnej rzeczy ( nie jest to nic złego) choć nie chciałam, i okazało się potem,że o mało nie przypłaciłam tego chorobą, on musiał się potem leczyć. W wielu sytuacjach postępował dobrze, opisałam tylko te negatywne.

* * * * *

Z tego co piszesz podjęłaś właściwą decyzję. Z tego co piszesz, bo nie znam Was, nie wiem nic więcej. Na pewno masz rację w kilku aspektach, przede wszystkim tego mieszkania osobno. Pisałam o tym wielokrotnie, że małżonkowie powinni choćby najskromniej ale mieszkać zaraz po ślubie sami. Szczególnie pierwszy rok jest bardzo ważny. Poza tym kwestia obowiązków domowych: to nie am być tak, ze "żona jest od tego", a mąż ma co najwyżej "pomagać". Oni mają wspólnie podzielić między sobą obowiązki i pomagać sobie wzajemnie w ich realizacji. Małżeństwo nie jest miejscem pracy, gdzie każdy ma zakres czynności tylko miejscem wzrostu wzajemnej miłości.
Rozumiem, że jest Ci bardzo ciężko. Pomyśl jednak, że jakby tak miało wyglądać Twoje małżeństwo byłoby Ci jeszcze ciężej i nie byłoby z tego wyjścia. O tym jak się uwolnić od uczucia i goryczy pisałam w odp. nr: 80, 526, 653, 825 , tu zaś pisałam o osdpowiedniej osobie do małżeństwa: 78, 89, 106, 192, 271, 390, 728, 1021, 1050, 1059, poczytaj.
Módl się o uzdrowienie serca i wierz, że nie był to jeszcze ten właściwy człowiek. Prawdziwa miłość jeszcze przed Tobą. Z Bogiem!

  Karolina, 17 lat
1784
04.07.2007  
Witam, moje pytanie bedzie może dziwne. To o co chce zapytać nie mieści sie w żadnym aspekcie zycia człowieka, tak myślę. Otóż moje zycie legnie w gruzach i to za niedługo. Nie wiem co mam z sobą robić. Od lat należłam do róznych róchów: Dzieci Boże, Oaza Ruchu Światło-Życie, udzielałam sie w chórze w kosciele, jeżdziłam na rekolekcje. Moje życie odliczałm od jednej do drugiej niedizeli czy piatku kiedy szłam na spotkanie. juz tak nie jest bo oaza do któej należę rozpada się. Mimo tego iż w moim życiu gościł Bóg zawsze czegoś brakowało. Jestem otwara tak sądzą inni. Łatwo nawiazuję kontakty ale nie ze wszystkim. Jestem osobą hmm... jak to określić... o duzych rozmiarach i nie jestem ładna wręcz przeciwnie. przez to dogaduje sie tylko z tymi ktróy akceptują mnie taka jak jestem, jednak tych osób jest coraz mniej. Owszem mam z kim pogadać na przerwien w szkole, ale nie mam z kim iść na impreze! Mam mało przyjaciół i kolegów, wiecej znajomych. Zaczeły sie wakacje a ja uświadomiłam sobie ze jestem sama, zupełnie. Nie mam chłopaka(I nie sądze żeby to był aktualny priorytet w moim zyciu, ale czasem zazdroszczę koleżanką) ani prawdziwego przyjaciela, o rodzicach nie warto tu wspominać podobnie o siostrach oni mają w oczach tylko sapekt materialny mojego życia, nie interesuje ich to co dzieję sie w moim umyśle. Zmierzam do pytania. Otóż czy Bóg naprawde musiał pokierować moje życie właśnie tak? Jestem opoką dla wielu osób, przychodzą sie wyżalic, pogadać, potem o mnie zapominają, a ja nie umiem otworzyć siebie na drugiego człwieka tak naprawdę. Umiem rozmawiać tylko o tak zwanych tamatach uniwersalnych! Omijam to co najwazniejsze. Naprwdę tak ma wygladać moje życie? Czy kazde wakacje i popołudnia wolne do nauki maja być wypełnione samotnymi spacerami, godzianami spędzonymi przed monitorem i czytaniem ksiażek? Czy musze być samotna!! Po co?! Błagam o jakakolwiek odpowiedź, choćby mała radę. Naprawdę nie wiem jak mam sobie poradzić z sama sobą.

* * * * *

A ja zupełnie nie mam pojęcia dlaczego twierdzisz, że Twoje życie legnie w gruzach. Z tego powodu, że oaza się rozpada? No to zacznij chodzić na spotkania do innej parafii, tam gdzie ona funkcjonuje - przyjmą Cię z otwartymi ramionami. Nie widzę powodu, żeby rezygnować z formacji tylko dlatego, że w Twojej parafii oaza się rozpadła. Idź gdzie indziej. Innym problemem jest to, że żyłaś tylko tym. Nie wierzę, że nie masz talentów czy zainteresowań. Rozwijaj je. Może niektórych jeszcze nie odkryłaś?
Przyjaźń jest ważna. Nie można tylko próbować zapewnić ją sobie na siłę. Z pewnością masz jakieś koleżanki. Utrzymuj z nimi kontakty a może któraś z nich stanie Ci się bliższa. A może znajdziesz przyjaciół w nowej wspólnocie? Poza tym zawsze możesz ich poszukać w naszym Źródełku - spróbuj. Tam będą nie tylko tematy uniwersalne - zawsze łatwiej najpierw o czymś trudnym napisać niż powiedzieć. A potem można się przełamać i w realu. Co do sióstr - a może Ty ich zainteresujesz czymś innym niż rzeczy materialne? Oczywiście nie mam tutaj na myśli nawracania na siłę, bo to da odwrotny efekt, ale może pokażesz jakiś ciekawy film, podsuniesz książkę albo zwyczajnie: będziesz dla nich przykładem - nie fanatyzmu religijnego, nie kimś kto tylko krytykuje, bo są inne, ale zwyczajnej, uśmiechniętej dziewczyny, która potrafi połączyć normalne życie z wiarą. Co do wyglądu: nie jest najważniejszy ale zawsze można nad nim popracować. Akurat jest lato, wakacje, dobry czas, żeby schudnąć (jeśli jest tak potrzeba oczywiście), zadbać o siebie. Może tutaj akurat siostry Ci coś doradzą i w ten sposób uda Ci się nawiązać z nimi więź? Zobaczą, że nie jesteś "nawiedzona" ale interesujesz się też takim zwyczajnym życiem. Świat na pewno się nie zawalił, życie postawiło tylko przed Tobą nowe wyzwania. I z pewnością sobie z nimi poradzisz. Z Bogiem!

  Weronika, 24 lat
1783
04.07.2007  
Szczęść Boże!!! Mam na imię Weronika i od pewnego czasu poważny problem chodzę z chłopakiem juz prawie 3 lata od początku myślałam ze to ten jedyny zaczeliśmy planowac wspólne zycie ( po 2 latach juz dosc poważnie myslec o małżenstwie) ale niestety zaczęłam dostrzgac iz mój chłopak tylko mowi ale jeżeli chodzi o czyny i pewno mysli ma zupełnie inne choc twierdzi ze sie myle w dodatku dowiedziałam sie ze kłamał mnie bardzo często w różnych sprawach i to dość ważnych jedna z takich rzeczy jest ukrywanie przez 2 lata faktu posiadania prawa jazdy a faktycznie go nie ma i czasem odnosi sie do mnie w sposób niegrzeczny to zaczeło dawac mi do myslenia czy ten nasz związek ma sens. Niedawno pojawił sie na mojej drodze chłopak który zaproponował mi spotkanie ale ja odmówiłam powidziałam ze mam chłopaka i narazie nie mogge ale myśle ciągle o nim i myśle o zerwaniu z chłopakiem a boję sie jego reakacji tego co bedzie boję sie i jednoczesnie mi go żal bo jest on jedynakiem zal mi go zostawiać samego ale coraz bardziej dochodze do wniosku ze nie bede z nim szczesliwa i mam dylemat co zrobic bo przeciez mam juz 24 lata i chciałabym założyc rodzine . Co robic :( Dziękuje za każda rade Bog Zapłać!!!

* * * * *

Absolutnie to, że "będzie Ci go żal" nie może być motywacją do zawarcia związku. To, że jest jedynakiem niczego nie zmienia. Lat masz dopiero 24 i to jest stanowczo za mało, żeby podjąć decyzję o wejściu w małżeństwo ze strachu przed samotnością. Ja wyszłam za mąż mając lat 30 i nie żałuję tamtego czasu. Lepiej być samemu kilka lat dłużej niż pochopnie wiązać się z kimś co do kogo nie mamy pewności, że to ten właściwy. Musisz koniecznie poważnie z nim porozmawiać, musisz się dowiedzieć czemu ukrywał przed Tobą pewne rzeczy, czemu niektóre zataił. Związek wymaga szczerości i zaufania, bez tego nie można zbudować niczego trwałego.
W tej sytuacji musisz myśleć też o sobie, o tym jak wyobrażasz sobie Was za kilka lat, czy dałabyś radę znosić takie sytuacje jak do tej pory i w imię czego...
Małżeństwo jest bardzo poważną decyzją i nie można jej podejmować myśląc, że "jakoś się ułoży", albo naiwnie sądząc, że po ślubie będzie ok., jeśli już przed ślubem są symptomy tego, że może nie być dobrze. Jeśli jednak zdecydowalibyście się nadal być razem to gorąco polecam "Wieczory dla zakochanych" - kilka spotkań gdzie porozmawiacie ze sobą szczerze na wszystkie tematy i które pozwolą Wam podjąć wolną decyzję o małżeństwie. Informacje znajdziesz tutaj: www.spotkaniamalzenskie.pl www.malzenstwo.pl, www.sulejowek.marianie.pl/rekol-narzecz.html
Poczytaj też inne odpowiedzi dotyczące narzeczeństwa i małżeństwa z tego działu, może będą Ci pomocne i módl się o rozeznanie tej sytuacji. Z Bogiem!

  Laura, 16 lat
1782
04.07.2007  
Rok temu chodziłam z pewnym chlopakiem. Po trzech miesiacach znajomosci on znalazł sobie inna. Bardzo to przezylam i probowalam zapomnieć. Jednak po pewnym czasie znow sie odezwal. Bylam przekonana ze o nim zapomnialam, teraz jednak wiem ze to nieprawda. Tlumaczyl dlaczego zerwal, zapewnia ze kocha, lecz moi rodzice sa do niego uprzedzeni, nie wierza w ani jedno jego slowo. Twierdza ze jezeli jeden raz mnie skrzywdzil, ta sytuacja sie powtorzy. Ja mu wybaczylam i chce dać drugą szanse, lecz po rozmowie z rodzicami stwierdzilam, ze to tylko marzenia, by znow z nim byc. Co robic? ja nie potrafie bez niego żyć.

* * * * *

No, niepoważnie się chłopak zachował i nie dziwię się rodzicom, że mu nie wierzą. Po prostu zawiódł Twoje zaufanie. Co mogę Ci doradzić? Jeśli chcesz i czujesz się na siłach możesz dać mu szansę - pod warunkiem, że Ty sama wierzysz w to co on mówi. Jeśli naprawdę mu wierzysz i jego argumentacja jest dla Ciebie przekonująca. I jeśli dasz radę znieść porażkę w razie gdyby faktycznie znów nic z tego nie wyszło...
A może na razie spotykać się bez żadnych deklaracji? Zobaczysz czy się zmienił i czy faktycznie dotrzymuje słowa. Powodzenia!

  Anna, 27 lat
1781
04.07.2007  
Mam 27 lat i jestem sama. Mam na myśli to, że nie mam chłopaka, narzeczonego. Przez prawie 3lata borykałam się z dosyć skomplikowaną sytuacją nazwijmy to niespełnionej miłości. Poznałam chłopaka, bardzo zaprzyjaźniliśmy się. Po roku zrozumiałam, że to więcej niż przyjaźń. Dałam mu to do zrozumienia, rozmawialiśmy na ten temat szczerze. On prosił o czas, nie chciał nic deklarować, ale w pewnym sensie odwzajemnił moje uczucia. Staliśmy się sobie bardzo bliscy, choć nie byliśmy parą: były spacery, długie rozmowy itp. ale nigdy np. nie pocałowaliśmy się. Trwało to ok. pół roku. Potem on stwierdził, że jednak nic z tego nie będzie. Kolejne dwa lata cierpiałam, bo on chciał abyśmy nadal byli przyjaciółmi, spotykaliśmy się prawie codziennie, bo razem studiowaliśmy, powierzał mi swoje problemy. Przez prawie dwa lata trwałam w takiej sytuacji, ale kilka miesięcy temu postanowiłam z tym skończyć. Sytuacja wydała mi się łatwiejsza, bo już jesteśmy po studiach i nie widujemy się tak często. Wydawało mi się, że już sobie z tym poradziłam, zaczęłam nawet dostrzegać wiele jego wad, których wcześniej widzieć nie chciałam. Tylko nie wiem, czy rzeczywiście już to wszystko jest poza mną, czy tylko tak sobie wmawiam. Co robić, tak bardzo chciałabym zamknąć tę sprawę, ten rozdział życia, ale nie potrafię. Wiem, że on też nikogo nie ma, owszem był przez pewien czas z inną dziewczyną, ale już nie są razem. Mimo iż uważał się za mojego przyjaciela i to on walczył o przyjaźń wtedy, kiedy ja widząc że nie możemy być razem chciałam się zdystansować, to jednak nigdy mi nie powiedział że związał się z kimś innym. Co mam z tym wszystkim począć, nie potrafię zainteresować się nikim innym. Ostatnio chłopak trochę starszy chciał się ze mną umówić. Odmówiła, bo w porównaniu z tamtym każdy wydaje mi się nieodpowiedni. Co robić???

* * * * *

Aniu, moim zadniem bardzo dobrze zrobiłaś. Uważam, że dalsze trwanie w takim związku zrodziłoby tylko więcej frustracji i w końcu doszłabyś do wniosku, że to strata czasu. Jednocześnie byłabyś na tyle do niego przywiązana, że niełatwo byłoby zrobić ten decydujący krok. Jeśli on sam zdeklarował, że "nic z tego nie będzie" (nawiasem mówiąc nie wiem dlaczego, czego oczekiwał i czym to uzasadnił? Szczególnie w kontekście tego, że - jak piszesz - odwzajemnił Twoje uczucia wydaje się to niezrozumiałe) to przynajmniej masz jasność sytaucji.
Naturalne jest, że Ty dopóki żywisz do niego jeszcze jakieś głębsze uczucia będziesz porównywać z nim innych i będziesz po prostu chciała, żeby do Ciebie wrócił. Jednak takie postępowanie donikąd nie prowadzi. Jeśli cały czas będziesz miała serce zamknięte, jeśli będziesz ukierunkowana tylko na tego chłopaka to nikogo nie pokochasz, bo nikomu innemu nie dasz szansy.
Uważam też, że taka niby - przyjaźń z byłym chłopakiem w sytaucji kiedy Ty go ciągle jakoś kochasz jest bez sensu, czego pewnie już doświadczyłaś.
Myślę, że jednak powinnaś zaryzykować spotkanie z kimś innym. Nie nastawiać się oczywiście, że to już ten i że na pewno coś z tego wyjdzie, ani też broń Boże nie traktować tego jako "klina" ale po prostu spotkać się na kawie. Poznać się, porozmawiać. A skąd wiesz czy ten chłopak nie zachwyci Cię tak (choć nie mówię, że na pierwszym spotkaniu!), że będziesz się zastanawiała co widziałaś w tamtym?
Pamiętaj, że każdy jest inny i że takiego jak tamten nie spotkasz. Ale nie o to przecież chodzi. Chodzi o spotkanie prawdziwej miłości. Pozwól sobie na to, daj sobie i innym szansę. Co do tamtego: poczytaj rady z odp. nr: 80, 526, 653, 825 o tym jak się uwolnić od poprzedniego uczucia. Otwieraj swoje serce, przełam idąc na spotkanie z kimś innym zakładając, że po prostu będzie to miłe spotkanie a nie randka - może w ten sposób będzie Ci łatwiej? Nie musisz zakochać się od razu, zresztą może nie zakochasz się wcale ale nie wmawiaj sobie, że nikt inny tylko tamten. Miłość rodzi się powoli i zaczyna od poznania, pisałam o tym w tym artykule: [zobacz]
Módl się o uwolnienie swego serca i módl się o dobrego męża. Z Bogiem!

  Dominika, 15 lat
1780
04.07.2007  
Mój problem brzmi następująco poznałam fajnego chłopaka dobrze nam się rozmawiało... wymieniliśmy się numerami telefonu On się często odzywał puszczał sygnały, pisał smsy
Lecz od jakiegoś czasu już się nie odzywa, nie odpowiada na moje sms, mój problem polega na tym, że się w nim zakochałam.
Co mam zrobić skoro mi na nim zalerzy???


* * * * *

Spróbować jeszcze kilka razy wysłać sms-a a w końcu zapytać dlaczego się nie odzywa. Jeśli nie zareaguje to niestety uznać, że w bardzo nieelegancki sposób chce zakończyć znajomość.

  nadzieja:), 17 lat
1779
03.07.2007  
Mam trzy pytania:
1) Moja koleżanka ma problem, tak sądzę, że ma i ona też zaczyna go zauważać, tylko mówi, że nie umie nic z tym zrobić... Otóż bardzo szybko się zakochuje, bardzo szybko jest skłonna do wyznań i deklaracji... choć ma niespełna 18 lat z dwoma chłopakami planowała wspólną przyszłość do tego stopnia, że rozmawiali o tym jaki dom będą mieć i ile dzieci... Pierwszy z tych związków był budowany zupełnie bez Boga, no może skończył się dlatego, bo przyszło jakieś opamiętanie... Drugi był jak najbardziej z Boża obecnością, ale po prostu to nie było to... Szkoda mi jej, a zarówno nie wiem co jej radzić, bo po pierwsze nie rozumiem tego, a po drugie ona twierdzi, że i tak nie umie nic z tym zrobić... Dodam jeszcze, że jej tata nie jest jakimś szczególnym wzorem ojca i męża.

2) Drugi problem dotyczy już mnie... Otóż czuje się samotna i taka trochę nie potrzebna... Generalnie jestem lubiana, mam przyjaciółkę (jednak ona ma wielu przyjaciół i co raz mniej czasu dla mnie), należę do wspólnoty w kościele (która niestety jest w rozsypce z braku młodych ludzi), udzielam się przez wakacje w wolontariacie, nie zamykam się na ludzi... Nikt mnie nie omija na kilometr, a mimo to czuję sie tak jak się czuję... Są wakacje, a ja nie mam z kim czasu spędzać, nie mam takiej osoby do której mogłabym zadzwonić i umówić się choćby na spacer... To jest przykre, tym bardziej, że ludzie odnoszą się do mnie z sympatią, ale nie tworzą sie między mną, a nimi jakieś głębsze więzi... To chyba taka typowa samotność w tłumie... Smutno mi trochę przez to, bo naprawdę staram się być koleżeńska, miła i sympatyczna, pomaga innym, gdy mnie o to proszą, pamiętam np. o urodzinach nie tylko bliższych znajomych... Zresztą ludzie mi sami to mówią, że taka jestem, a mimo to... Wierzę, że nie dzieje się to bez przyczyny, być może taka sytuacja ma mnie czegoś nauczyć, jakoś ukształtować i dodać sił, bo przecież to nie największą tragedia, która może mnie spotkać w życiu. Ufam Panu, chodzę na msze św. które dodają mi dużo sił i ogólnie nie załamuję się, ale czasem mnie to męczy i wiem, że muszę się lub coś zmienić... Ale wiem też na pewno, że nie zrezygnuję z siebie, swoich wartości i ideałów. Może, gdy pójdę na studia, paradoksalnie sama do wielkiego miasta, poznam ludzi, którzy będą podobni do mnie np. w jakimś duszpasterstwie:) Zobaczy się co będzie, ale wiem, że trzeba być twardym a nie miętkim;) o i tu może ujawnia się mój kolejny problem, jakim jest chowanie wszelkich uczuć i emocji w sobie, przed ludźmi, brak umiejętności mówienia o tym co czuję...
No to tyle, z Bogiem dam radę, ale mimo to proszę o jakieś wskazówki:) Pozdrawiam:)


* * * * *

Co problemu koleżanki: myślę, że ona nie ma poczucia bezpieczeństwa i chce się wyrwać z domu. Dlatego pełna nadzieji szuka rozpaczliwie kandydata i szybko angażuje się emocjonalnie w nowe związki wierząc, że to poprawi jej sytuację. Nie wiem dokładnie na czym polegają jej problemy w domu, więc polecę tak ogólnie odp. nr 468 może tam znajdzie coś dla siebie. br> Co do Twojego problemu: a próbowałaś poznać kogoś nowego? Może zajrzyj do naszego "Źródełka" na tej stronie, tam ludzie piszą o sobie, może i Ty podzielisz się problemem, może podniesiesz kogoś na duchu? Na pewno masz rację, że idąc na studia poznasz kogoś nowego, wejdziesz w nowe środowisko, nowe wspólnoty. Zapewne będą ludzie Twojego pokroju. Co do chowania uczuć i emocji to ile nie jest to spowodowane jakimiś problemami w rodzinie (a nie wyczuwam z Twojego listu by coś takiego miało miejsce) to może po prostu masz taki charakter? Nie ma ma co na siłę walczyć z naturą i zmieniać się o 180 stopni. Jasne, trzeba się przełamywać i rozwijać, ale też nie można przesadzić w drugą stronę usiłując być kimś innym niż w rzeczywistości. Generalnie rób to co robisz. Z Bogiem!

  Ala, 16 lat
1778
03.07.2007  
jak mam sie dowiedzieć czy on coś do mnie czuje???

* * * * *

Myślę, że powinnaś próbować nawiązać z nim kontakt. O tym jak to zrobić poczytaj w odp.nr: 3, 30, 37, 134, 411, 912

  M, 21 lat
1777
03.07.2007  
Czuję sie jakoś nie posaowana do dzisiejszych realiów... pod względem uczuć.. jestem wrażliwa na zło, na krzywdę.. nieśmiała jestem też w stosunku do chłopaków i w ogóle to chyab też. Moje koleżanki już dawno miały chłopaków maja za soba inicjajce seksualna a ja wciaż jestem solo... czuję sie troche staroświecko... a z drugiej strony bezpiecznie mi z tym. Ta stronka mówi że to jest całkowicie normalne- moje zachowanie itd. ale ja jakoś wstydzę się tego ... nie wiem co zrobić ???
Jak si eotworzyć i poczuć że moja postawa jest dobra i godn apochwały??
bo jakoś bardziej czuję politowanie ze strony mojej przyjaciółki o il ejeszcz emożna ja tak nazwać skoro nie akceptuje mojej drogi... Przykro mi że tak sex zmienia ludzi i powoduje ze inni zaczynaja pogardzać tymi co nie maja w tej dziedzinie doświadczen...:(


* * * * *

A poczytaj ten artykuł: [zobacz]. I pomyśl o swoim przyszłym mężu, o tym jak może być pięknie gdy uświadomisz sobie, że czekasz na NIEGO, tego jedynego i dla niego teraz czystość zachowujesz. Lepiej nie rozmieniać miłości na drobne, lepiej poczekać na tą prawdziwą. Jeśli ktoś pokocha Cię naprawdę to będzie prezentował taki sam punkt widzenia jak Ty (a uwierz, że jest jeszcze sporo takich chłopaków). Ja też czekałam i to długo (wyszłam za mąż mając prawie 30 lat) a teraz zdarza mi się płakać ze szczęścia. Naprawdę. I jesteśmy na 100 % przekonani, że duży wpływ na to, że jesteśmy szczęśliwi miało to, że wytrwaliśmy w czystości. O szczegółach pisaliśmy we wspomianym artykule. A zatem warto czekać. Z Bogiem!

  jedna z owiec, 20 lat
1776
03.07.2007  
Witam. Nie wiem po co to piszę, ale próbuję. Niektórzy moi rówieśnicy gonią za uczuciem, chcą z kimś chodzić, mieć kogoś, z kimś być, a ja? chyba tak naprawdę nie czuję potrzeby związania się z kimś, nieraz bardziej się realizowałam będąc sama niż z kimś w związku...Będąc w takim stanie jakim jestem teraz mam wrażenie, że bardziej mogę poświęcić czas moim przyjaciołom, na rozmowie z innymi tudzież pomocy choćby koleżance, koledze w rozmowie, wsparciu, albo więcej realizować się w wolontariacie czy w jakichś wspólnotach, rekolekcjach, albo mam więcej czasu na rozwijaniu swoich hobby, zainteresowań, czytaniu książek itp. niż to było w rzeczywistości gdy byłam z kimś. Kiedy raz z kimś byłam czułam nawet jakieś „duszenie”, nie dodawało mi to skrzydeł, a nawet czasem podcinało…I pewnie powie mi Pani, że mamy za zadanie ewangelizować itp., rozmnażać – i może faktycznie jestem dziwna, może zostanę uznana za egoistę, samoluba itp. Ale chcę pomagać innym i nie chcę żyć tylko dla siebie, ale ja nie wiem już sama, czy chcę być z kimś, czy wtedy będę spełniona, szczęśliwa. Co ciekawe nawet nie widzę zbyt dużego problemu w sprzątaniu, gotowaniu dla innych, ale nie widzę tego robienia będąc żoną. Lubię dzieci. Nie boję się odpowiedzialności. Ale jakoś nie wiem, czy chcę być kiedyś żoną:( Fakt, że były jakieś takie czasem przebłyski, że fajnie mieć takiego kogoś itp., ale każdy chyba tak ma, nawet ktoś bezżenny. A ja czasem mam wrażenie jakby ta droga mnie nie dotyczyła, jakby była dla mnie odległa...Nie wiem, co o tym mam myśleć. Zapewne mam jeszcze trochę czasu na to wszystko, ale co będzie jeśli ten czas minie, a moje odczucia nie zmienią się jakoś szczególnie? No tak, jestem po prostu inna…Czuję się jak jakiś dziwoląg. Nie mogę znaleźć swojego miejsca...:( Staram się pomagać innym itp., jednym słowem nie tkwić w miejscu, tylko brnąć do przodu, ale czasem jakby mi czegoś brakowało..., mimo tego, że staram się żyć w Jezusie i realizować swoje główne powołanie, jakim jest powołanie każdego człowieka do miłości. Czuję się tak jakoś wewnętrznie źle, czegoś mi brak, nie wiem czego...eh Beznadziejna jestem.

Z Bogiem.


* * * * *

Owieczko droga! Nie jestes beznadziejna, jesteś normalna! Powiem Ci, że ja identycznie myślałam mając ok. 20 lat. Potem mi się odmieniło, co oznacza, że wtedy jeszcze nie byłam dojrzała do małżeństwa, do tego powołania. I Ty pewnie też nie jesteś. Jeśli masz być żoną to przyjdzie taki czas, że odczujesz tą potrzebę. Jeśli zaś Pan powoła Cię np. do zakonu też to poczujesz. No i oczywiście może być tak, że masz lub w przyszłości będziesz miała jakąś pasję, coś co będziesz chciała robić dla innych, coś co Cię tak wciągnie, że właśnie to stanie się Twoim powołaniem. To przecież możliwe i naturalne.
Niczym się nie martw, jesteś jeszcze młoda i dopiero rozeznajesz. Módl się o rozeznanie swego powołania a zobaczysz, że w odpowiednim czasie je odnajdziesz. A na razie żyj, po prostu żyj, bądź szczęśliwa, bądź wrażliwa na potrzeby innych, bądź sobą. Możesz też porozmawiać o tym z jakimś księdzem, może Ci coś podpowie?
Z Bogiem!

  ania, 19 lat
1775
02.07.2007  
bylam z chlopakiem pol roku zerwalismy,poniewaz moj chlopak uwazal ze jestem malo szalona i nie mam pomyslow na nasz wspolny czas,a ja jestem z natury spokojna osoba... a on nie lubi sie nudzic dla niego ciagle musi sie cos dziac... nie widzielismy sie 2 miesiace ale utrzymywalismy ze soba kontakt caly czas,spotkalismy sie nie dawno spedzilismy cudowny dzien razem,moje uczucia wrocily co do niego a on powiedzial mi zebym sie nie poddawala ze musze znalesc jakis patent na niego jak go podejsc zainteresowac wtedy by byla szansa zebysmy byli dalej razem... powiedzial mi jeszcze ze szuka takiej osoby jak on czyli szalonej zwariowanej z pomyslami na kazdy dzien zeby nie bylo nudy ja musze sama do tego dojsc jak go podejsc bo on mi tego nie powie a ja nie wiem co mam zrobic zeby byc z nim dalej czuje sie przy nim cudownie jestem szczesliwa z nim chcialabym zeby on tak samo czul sie przy mnie.

* * * * *

Słucham? Ty masz znaleźć "patent na niego"? On Cię kocha i akceptuje? Chyba nie. Wie jaka jesteś, wie jaki masz charakter i zainteresowania. Jeśli szuka osoby takiej jak on to niech Ci głowy nie zawraca ani nie zmienia na siłę, tylko poszuka kogoś takiego jak on. Co to w ogóle za absurdalny pomysł! A jak on by się czuł gdybyś to Ty mu powiedziała, że ma się zmienić i być taki jak Ty bo jest zbyt szalony. I niech robi co chce, niech wymyśla co chce, niech trzyma swoje emocje i temperament na wodzy bo Ty sobie nie życzysz takich zachowań. Dobrze by było?
Chyba mu się za dużo wydaje. Mam nieodparte wrażenie, że jemu za bardzo na Tobie nie zależy. A w każdym razie nie ceni tego jaka jesteś.
Aniu! Jeśli dla niego miałabyś postępować niezgodnie ze swoją naturą to znaczy że to nie ten człowiek! Miłość akceptuje!
Rozumiem, że jesteś zakochana, ale nie próbuj dostosować się do niego, bo będziesz się męczyć, będzie Cię to frustrować. Pomyśl czy na dłuższą metę byś tak chciała? A może to tylko jego wymówka? Z Bogiem!

  Agnieszka, 22 lat
1774
01.07.2007  
Co zrobic z chlopakiem, ktory wzbudza w dziewczynie zazdrosc. Opowiada o kolezankach, ktore albo mu sie podobaja, albo go podrywaja, albo mowi, ze jakas prosila go o pomoc i jej pomogl, albo ona jemu - specjalnie to podkresla. Metoda jest ignorowanie takich informacji, ale to wcale nie sprawia, ze on przestaje to robic. To chyba wynika z jego kompleksow. Tylko czy da sie z tym cos zrobic, czy najlepiej dac sobie spokoj...bo to sprawia przykrosc i meczy. Ile mozna wytrzymac...

* * * * *

Spytać czy chce być z Tobą czy z tymi koleżankami? Jeśli z Tobą to niech się skupi na Tobie, a jeśli nie - są bardziej eleganckie formy dania do zrozumienia, że chce się zakończyć związek.
To bardzo dziecinne i niepoważne zachowanie i absolutnie nie masz obowiązku tego ani ignorować ani wytrzymywać. W końcu związek winien opierać się na szacunku i wyłączności. Z Bogiem!

  Wiktoria, 20 lat
1773
29.06.2007  
Witam! Jestem Wiki, mam 20 lat. :) Jakis czas temu poznalam Janka. Po kilku tygodniach znajomosci bylismy juz para. Na poczatku bylo super. Mielismy podobne poglady, oboje cenilismy sprawy duchowe. Postanowilismy tez ze z takimi sprawami jak seks warto czekac do slubu i ze i my nie bedziemy tego robic. Janek w ogole mial ideal milosci duchowej, na poczatku bal sie nawet pocalunkow bo uwazal ze moze mu sie to za bardzo spodobac i bedzie mnie traktowal glownie jako obiekt pozadania a nie kogos bliskiego. Zaznaczam ze ja bylam jego pierwsza dziewczyna a on mym pierwszym chlopcem. Wczesniej mielismy tylko milosci platoniczne. Janek mial wlasciwie jedna, dosc dlugo mu sie podobala choc nawet dobrze sie nie znali. Jednakze jak sie pozniej okazalo, miala ona wplyw na rozpad naszego zwiazku. Mimo to glowny wplyw mialo cos innego. Otoz po 3 miesiacach bycia razem doszlo miedzy nami do dosc intymnych pieszczot. Nie byly one bardzo intymne ale jednak w obojgu z nas wywolaly wyrzuty sumienia. Ja jednak przeszlam szybko do porzadku dziennego obiecujac ze juz nigdy do tego nie dopuscimy. U Janka jednak byly wieksze wyrzuty sumienia i one zasialy w nim watpliwosci. Minal kolejny miesiac. Pewnego dnia Janek powiedzial mi ze chyba powinnismy zakonczyc nasz zwiazek gdyz on juz nie czuje do mnie czegos tak wielkiego jak na poczatku, ze nie czuje zauroczenia i motylkow w brzuchu jak do tej pory. Mowil ze nie wie czy mnie kocha, ale nie moze tez powiedziec ze mnie nie kocha. Ponadto powiedzial ze on na razie nie chce miec dziewczyny bo nie czuje sie dojrzaly do zwiazkow, ze w nich nie czuje sie do konca wolny bo on potrzebuje duzo czasu spedzac tylko sam, na czytaniu ksiazek. Prosil bym dala mu wolnosc, a jesli mnie kocha, to kiedys do mnie wroci. Zgodzilam sie na rzostanie choc cierpialam. U mnie tez motylki w brzuchu opadly ale ja rozumiem milosc jako cos wiecej. Wiadomo ze na poczatku sie poznajemy, nie moze byc pewnosci co do tego czy naprawde kochamy i chcemy byc z dana osoba. Jednak uwazam ze kryzys uczuc to nie jest powod by od razu stwierdzac ze sie nie kocha bo wiadomo ze zauroczenie kiedys opadnie. Ponadto Janek mowil jeszcze ze ta platoniczna milosc trzymala sie dlugo, te motylki byly caly czas, i ze on sie dziwi ze tu tak opadly. Ja mysle ze to moglo byc wlasnie przez to ze jak kogos nie znamy a nam sie podoba to idealizujemy jego osobe i nie widzimy wad. Bycie z kims blisko jest juz trudniejsze.
A jak teraz jest z nami? od rozstania minely 3 miesiace. Na pcozatku Janek chcial przyjazni ale nie wyszlo bo mnie za bardzo ranila taka forma znajomosci. Ograniczylismy wiec kontakty. Zauwazylam jednka ze jak sie widzimy przez przypoadek na uczelni bo studiujemy na tej samej, ale inne kierunki, to on jest bardziej smutny niz ja. Jest rozkojarzony jak mnie widzi, i jakby troche przerazony. Ostatnio napisal do mnie milego smsa. Nadal jestem dla niuego wazna, choc on sam nie wie kim ja dla niego jestem. Stwierdzil ze gdybym byla z innym byloby mu smutno, ze nie chce mnie stracic calkowicie, momentami mu mnie brakuje. Ciagle tez jak do mnie pisze blaga bym sie na niego nie gniewala o to co zrobil. Prosi o potwierdzenie ze nie jestem na niego zla, ze o nim zle nie mysle, ze nie jestem nieszczesliwa. Sama nie wiem co o tym sadzic? na koniec zaznacze jeszcze ze jak zrywalismy to on strasznie plakal, bardziej niz ja, co jest u chlopcow malo spotykane...zupelnie nie rozumiem jego zachowan, moze on rzeczywiscie jest niedojrzaly i sam nie wie czego chce....Ja nie mam do niego zalu, nadal uwazam go za bliska osobe ale nie wiem jak ulozyc sobie z nim kontakty skoro on sam nie wie kim ja dla niego jestem. Powiedzial tez ze nie moze mi obiecac ze kiedys bedziemy razem ale tez nie moze obiecac ze nie bedzie chcial wrocic...
Z gory dziekuje za odpowiedz :)


* * * * *

Przeczytaj sama i podeślij mu linki do tych artykułów: [zobacz], [zobacz]. Tu jest wytłumaczenie dlaczego Wam nie wyszło. On wziął miłość za zakochanie i gdy się skończyło uznał, że to koniec zamiast przejść do kolejnego etapu. Ty na szczęście rozumiesz to inaczej. To, że za pierwszym razem zakochanie czuł dużej też nie jest niczym dziwnym. Pierwsza miłość jest dla nas zawsze najbardziej niezwykła, tajemnicza i najdłużej "trzymają nas" uczucia. Pisałam o tym w odp. nr: 575. Zgadzam się też z tym, że ktoś kto jest daleki wydaje nam się bardziej idealny, bo przypisujemy mu pewne cechy i zachowania, marzymy o nim i idealizujemy go, o tym pisałam w odp. nr: 441, 868.
Na pewno upadki w dziedzinie czystości trochę też Wam namieszały. Prawdopodobnie on się przestraszył tego, że nie potrafił Was ochronić, że nie był dośc silny (o tym pisałam w odp. nr 25).
Teraz co do Ciebie: nie wiem co on sobie myśli. Oczywiście nie masz obowiązku czekać na niego aż dojrzeje (bo na to, że odczuje ponownie "motylki" to nie ma co liczyć ale przecież nie o to chodzi w miłości, żeby czuć tylko żeby działać). Rozumiem, że Ci na nim zależy. Dlatego wyślij mu te artykuły. Jeśli po ich przeczytaniu zastanawi się nad sobą, odezwie do Ciebie i będzie chciał porozmawiać to znaczy, że zrozumiał swój błąd i chce pracować nad Waszym związkiem, że jestes dla niego ważna.. Jeśli zaś niczego to nie zmieni to pomyśl o sobie. To będzie znaczyło, że nie rozumie pewnych rzeczy, że jeszcze rzeczywiście nie dojrzał do związku. Wtedy trzeba mu na to powolne dojrzewanie pozwolić, naturalnie układając sobie samej życie inaczej. Z Bogiem!

  Karolina, 19 lat
1772
28.06.2007  
Czy mi się tylko teraz tak wydaje, że tylko ja jestem nieszczęśliwa, bo rzucił mnie mój chłopak po dwóch wspaniałych latach?:( Mam wrażenie, że wszystkie zwiążki moich koleżanek przetrwają, a tylko mój (choć wszystkim wydawał się wielki) się rozpadł... Boli mnie, że one nie patrzą na czystość przedmałżeńską, a mimo to mają swoich chłopaków przy sobie... a ja choć ze swoim chłopakiem dotrzymaliśmy jej do tej pory rozstaliśmy się, bo jego uczucie chyba się wypaliło;( Mam lekki żal do Boga:(

* * * * *

Nie tylko Tobie tak się wydaje - jeśli Cię to pocieszy.
Nie możesz wiedzieć czy związki Twoich koleżanek przetrwają, a jeśli przetrwają nie możesz wiedziec jak będą trudne i jak konsekwencje braku zachowania czystości odbiją się na ich życiu. Bo że się odbiją to pewne. Nigdy niewierność Bogu nie popłaca. Wierność natomiast nie jest gwarantem natychmiastowego i pewnego szczęścia na ziemi (choć jest gwarantem szczęścia w niebie). Cierpienie jest wielką tajemnicą, której ja też nie rozumiem. Nie wiem dlaczego tak się dzieje jak w Twoim przypadku, nie wiem dlaczego dobrych ludzi spotykają złe doświadczenia.
Przychodzi mi do głowy wytłumaczenie, że może to jeszcze nie ten właściwy człowiek, może nie z nim czeka Cię prawdziwe szczęście. Może po latach będąc szczęsliwą mężatką będziesz dziękowała Bogu (jak ja) za taki obrót sparwy. A może Twój chłopak mylił miłość z zakochaniem i gdy wygasły gorące uczucia uznał, że miłość się skończyła? To klasyczny błąd, pisałam o tym w tym artykule: [zobacz].
Twój żal jest naturalny. To emocje. Módl się o uzdrowienie serca.
Módl się o dobrego męża - w przyszłości. Dbaj teraz o siebie i nie trać wiary w sens czystości przedmałżeńskiej, pisałam o niej tutaj: [zobacz]. Bóg widzi i docenia postawę Twojego serca i jestem pewna, że Ci to wynagrodzi. Z Bogiem!

  załamana, 25 lat
1771
28.06.2007  
Moja historia: poznaliśmy się, chyba mu się podobałam skoro chciał się ze mną spotykac , był miły, zaprosił mnie do domu, ja jego.Potem przestało się kleić. On przestał proponowac spotkania, utzrymywalismy jedynie kontakt mailowy. Ja wiadomo jak to kobieta -zakochałam się ,czekałam, ze moze taka przerwa dobrze nam zrobi. On przysłał maila,ze to koniec, zebysmy sie tylko kolegowali. co ja mam teraz zrobic, przeciez jestem zła,ściekła, rozzalona, upokorzona. Po co mi taki kolega, przeciez ja dalej coś czuję do niego?Kiedy ujawniłam swoje odczucia on sie nie przejał tylko uwaza,ze jest w porządku, bo jest szczery( ale czy nie powinien powiedziec mi wszystkiego osobiscie?). wywiązala sie miedzy nami seria nieprzyjemnych maili- wzajemne wytykanie sobie błedów z okresu znajomosci, takie dokuczanie sobie. Jak powinnam się zachowac? Zerwac kontakt? Spotkac sie? Probowac podtrzymaywac znajomosc w nadziei,ze wszystko sie odmieni?Przystac na jego propozycję?Gdyby był mi obojetny to był zerwała kontakty od razu, ale nie jest:(

* * * * *

No dokładnie, po co Ci taki kolega? Zawsze piszę, że bez sensu jest utrzymywanie znajomości dopóki jedna ze stron czuje coś więcej. Poza tym bardzo brzydko się chłopak zachował pisząc maila. W tym wieku? Zachowanie na poziomie 15-latka.
Naturalnie, że jest Ci ciężko i wbrew temu wszystkiemu masz nadzieję, stąd pokusa, żeby przystać na jego propozycję. Pamiętaj jednak, że dopóki Ci nie przejdzie będziesz żyła złudzeniami a widząc go będziesz cierpieć. Jeśli on się nie przejął Twoimi uczuciami, jeśli proponuje znajomość "żeby ON był w porządku" i takie argumenty przedstawia to wielkie nieporozumienie. Bo nawet w przypadku gdy stajemy się nieświadomym obiektem czyichś uczuć (ktoś w nas się zakocha bez wzajemności) to w momencie dowiedzenia się o tym fakcie sami z szacunku dla tej osoby i żeby nie cierpiała powinniśmy się odsunąć. To zwykły ludzki odruch. Dlatego dziwię się jego postawie tym bardziej, że jednak się spotykaliście i byłaś dla niego choć przez chwilę kimś ważnym. Chyba nie wie jeszcze czym jest miłość.
Zapytaj go dlaczego chce, byście utrzymywali kontakty. No dlaczego? Czego oczekuje od Ciebie? Co może Ci zaoferować? Czy on myśli o Tobie czy tylko o sobie?
Ja bym kontakty rozluźniła. Bo to jedyna droga do uzdrowienia. Skorzystaj też w rad w odp. nr: 80, 526, 653, 825 . Módl się o uzdrowienie swoich uczuć i zastosuj w tym przypadku zasadę zdrowego egoizmu - ratuj siebie. Z Bogiem!

  "Maks", 25 lat
1770
28.06.2007  
Jakie są dozwolone granice pieszczot przed małżeństwem?

* * * * *

Polecam lekturę odp. nr 79, tego artykułu: [zobacz] oraz wypowiedź o. Kowalczyka: [zobacz]

  Anka, 24 lat
1769
27.06.2007  
Szczęść Boże! Dopiero co odkryłam tą stronę, trochę poczytałam, trochę pozastanawiałam się nad tym i postanowiłam napisać coś od siebie.
Przez 2,5 roku spotykałam się z chłopakiem. Poznaliśmy się gdy byłam nastolatką i właściwie od razu zaczęliśmy ze sobą "chodzić". Przez ten czas często z nim współżyłam. Miałam różne problemy, nie mogłam dojść do ładu sama z sobą i było mi wszystko jedno. Po pierwszym razie poczułam się jeszcze gorzej. Jakby nic już nie było przede mną do odkrycia:( jednak ciągnęłam to dalej. Później nawet chciałam z tym skończyć. Namówiłam chłopaka, żebyśmy razem chodzili do kościoła, ale wciąż współżyłam z nim i nic nie wyszło z "poważnych rozmów" i obietnic, że to już "ostatni raz". W końcu podjęłam tą trudną i ciężką decyzję, aby z nim zerwać. Pół roku wcześniej poznałam innego chłopaka. Dużo z nim rozmawiałam o mioch problemach, także o tym, że nie jestem już dziewicą. On powiedział mi jedno zdanie, które w konsekwencji odmieniło moje życie: "nawet jeśli jesteś grzeszna możesz się modlić". To była wspaniała przyjaźń. Zawsze mogłam na niego liczyć. Jemu też nie układało się z dziewczyną. Wspieraliśmy się nawzajem. Ja zaczęłąm zastanawiać się, czy przypadkiem nie czuję do niego "czegoś więcej" niż przyjażń? Czy to może miłość? Ktoś mu o tym powiedział... Wszystko nagle się zmieniło. Nie potrafiłam już być przyjaciółką. I stało się. Pewnego dnia po prostu "zrobiliśmy to". Zaczęliśmy ze sobą współżyć. Trwało to jakiś czas, krótszy niż z poprzednim chłopakiem, ale jednak trwało. I tylko to nas łączyło. Nie zostaliśmy parą. Ale ja wciąż byłam zakochana, wciąż chciałam z nim być. A on o tym wiedział, bo nieraz o tym rozmawialiśmy. Ja chciałam a on nie.
Jednak Pan Bóg nad nami czuwał. Już od roku zachowujemy czystość. Od roku też jesteśmy parą. Wymodliliśmy to sobie. Modliłam się o to, żebyśmy byli razem. Dopiero po jakimś czasie zaczęłam dodawać "jeśli taka jest wola Boga". Modliłam się o czystość dla nas. O pomoc w jej zachowaniu. Myślę, że Bóg dał nam tyle czsu (dwa lata) zanim zostaliśmy parą, żebyśmy oboje mogli się pozbierać, przemyśleć i zrozumieć wiele spraw. Widzę w tym działanie Boga. To jedno zdanie z początku naszej znajomości wciąż wiele dla mnie znaczy. Dzięki mojemu chłopakowi zaczęłam chodzić do kościoła. Zaczęłam wierzyć, modlić się, powierzać swoje życie Bogu. Wierzę, że to Bóg postawił tego chłopaka na mojej drodze i przez jego usta powiedział mi, że mimo mojej grzeszności mogę się modlić! Oboje w pewnym momencie pobłądziliśmy, ale Bóg pomógł nam powstać z upadku i walczyć. Nie tylko dla siebie, ale też dla tej drugiej osoby. Modlę się o czystość nie tylko dla siebie, ale też dla mojego ukochanego, bo chcę jego dobra. Wspólne trudności i wspólne powstawanie bardzo nas wzmocniło. I jeszce jedno jest ważne: nasz związek jest oparty na prawdzie. Jako przyjaciele mówiliśmy sobie o naszym całym życiu, i teraz jako para akceptujemy się z naszą przeszłością.
Ale się rozpisałam. Chciałabym wiedzieć, co Wy myślicie o mojej historii. Czy nie idealizuję mojego obecnego związku? Może też przyda się jako przestroga dla innych, że przedmałżeński seks bardzo uzależnia i jest pułapką...


* * * * *

Co my myślimy? Jesteście potwierdzeniem naszych tez zawartych w tym artykule: [zobacz]
Jest tak jak mówisz: z każdego upadku można się podnieść i zacząć od nowa. Da się i warto zachowywać czystość nawet jeśli straciło się fizyczne dziewictwo. Można i warto żyć zgodnie z przykazaniami i żyć tak, by nadal być dla siebie darem. Jest możliwe zerwanie z grzechem i bycie nadal czystym i pięknym. Zawsze mam ogromny szacunek dla ludzi, którzy widzą wartość czystości i mimo, iż doświadczyli upadku nadal chcą walczyć.
Dziękuję za to świadectwo i ogromnie się cieszę, że Wam się udaje. Jestem przekonana, że czystość pozwoli Wam odkryć wiele piękna w sobie nawzajem i uczyni Wasz związek coraz bardziej fascynującą życiową przygodą.
Polecam Wam także lekturę odp. nr: 616, 961, 1070 i wspomnianego wyżej artykułu i życzę wytrwania na obranej drodze. Moze zapiszecie się do Ruchu Czuystych Serc (jest na tej stronie)? Z Bogiem!

  Andrzej, 22 lat
1768
26.06.2007  
Witam serdecznie!!!! Pisałem już do Pani ( 1716). Chciałem podziękować za wcześniejszą rade. Mam jednak dalej problem z rodzicami. Wszelkie racjonalne argument, które Pani mi zaproponowała i inne, wykorzystywałem już wcześniej w rozmowach z rodzicami. I niestety jakoś do nich nie przemawiają. Cały czas podkreślają, że to dla mojego dobra itd. I tak dla mojego dobra- praktycznie nie mogę jej zaprosić, by mnie odwiedziła w domu. Kiedy się z nią spotykam poza domem i trwa to zbyt długo- zawsze mam o to suszoną głowę i jeszcze wiele innych rzeczy, takich że szkoda o tym pisać. Wcześniej, gdy spotykałem się z jakąś dziewczyną, nigdy nie miałem takiego problemu. Chciałbym teraz, w kontekście także tego, co już wcześniej (1716) napisałem, zapytać – jak powinienem dalej postępować? Czy powiedzieć o tej sytuacji dziewczynie? Czy jest coś co mogę zrobić by przekonać rodziców ?? Jeszcze na zakończenie chce powiedzieć, że mam dość twardy charakter, nie poddaję się łatwo, ale kiedy jakaś zła sytuacja trwa zbyt długo. A właśnie ta, taka jest- po prostu czuje, że brak mi sił… Widzę jednak, że im więcej rodzice rzucają mi kłód pod nogi, tym bardziej chce im udowodnić, że się mylą – problem w tym że nie bardzo wiem jak to zrobić, bo niestety stare sposoby zawiodły a nowych nie potrafię wymyślić. Czas pokaże czy warto walczyć...:Pozdrawiam serdecznie :)

* * * * *

Hmm, dziwię się, że nie możesz jej zaprosić. Dla rodziców lepiej jest przecież jak takie spotkania mają miejsce w domu: nie dość, że mogą poznać dziewczynę to na dodatek mają Was " na oku" i nie muszą się matwić, że coś "głupiego Wam przyjdzie do głowy".
Jedyną przyczyną jaka przychodzi mi do głowy jest po prostu nieufność Twoich rodziców i brak wiary w to, że ktoś pochodzący z rodziny z problemami może sam stworzyć szczęśliwą rodzinę. Tylko, że to nie tak. Bo, że takim osobom jest trudniej to oczywiste, ale nie jest to niemożliwe! Znam wiele takich osób, ze sobą włącznie.
Co możesz robić? Być cierpliwym, trwać, mówić to samo, nie kłócić się, pokazywać życiem i Waszym przykładem, że ich obawy są bezpodstawne. Tylko a może aż tyle. Skoro bowiem argumenty słowne zawodzą (rodzice na siłę chcą Ci ją wyperswadować) to nie ma innej rady jak tylko udowadniać, że jest inaczej. Poprzez własne życie.
Co do tego czy mówić dziewczynie byłabym ostrożna. Raczej nie, bo może się zrazić do Twoich rodziców, poczuć nieakceptowana. A jeśli życie ułoży się tak, że będziecie razem jej żal do nich pozostanie i nie będzie miło. Jeśli zaś zacznie coś podejrzewać to delikatnie możesz jej wspomnieć, że rodzice mają obawy, ale przesunąć ciężar na rodzinę jej pochodzenia - tak, żeby ona nie poczuła się odrzucona. Rozumiesz? Chodzi o położenie nacisku na problem, który jest w jej rodzinie i obawy rodziców z tym związane (możesz powiedzieć, że nie mieliście bezpośrednio kontaktu z takim problemem, że rodzice nie bardzo wiedzą jak się zachować w stosunku do jej rodziców, że boją się tego czy tego, bo słyszeli o takich i takich konsekwencjach) a nie na jej osobę. No i zdecydujcie się na tą terapię DDA - tam dowiesz się jak postępować, także w stosunku do rodziców. Z Bogiem!

  Heniek, 25 lat
1767
26.06.2007  
To ja z pytania 1706. Ja z tą dziewczyną spotykałem się jakieś trzy lata temu. Teraz ona przebywa za granicą, pracuje tam, ale wróci po wakacjach i bedzie raczej chciała tu zostać-tak się dowiedziałem od jej matki. A we mnie cały czas ona siedzi. Napisała Pani, że to jest chcenie, to co odczuwam, dobrze tylko jak się pozbyć tego chcenia? Siedzę tylko w domu i czuję się przygwożdżony tym, że Bóg mi ją dał i , że nie ma z tego wyjścia. Być może jest też we mnie tylko jakiś lęk przed związkiem. Jedno co chcę to to by spotkać kogoś innego i tyle, tylko jak juz wspomniałem wcześniej, ona cały czas jest we mnie...:-). Proszę o odpwiedż i pozdrawiam.

* * * * *

Ej, no teraz to trochę nie rozumiem. A dlaczego chcesz się tego chcenia pozbyć? Ona ma chłopaka lub definitywnie i nieodwołalnie nie chce z Tobą być? To, że się kiedyś rozstaliście lub po prostu spotkaliście kilka razy i "nie zaskoczyło" nie przesądza o tym, że nie można spróbować teraz. Może wtedy byliście jeszcze za młodzi na związek? Jeśli faktycznie nie możecie ze sobą być to na "pozbycie chcenia" polecam odp. nr: 80, 526, 653, 825 ale jeśli ona nie jest z nikim związana, jeśli zostanie w Polsce to w czym tak naprawdę jest problem?
Tak jak powiedziałam: to nie jest tak, że Bóg Ci ją dał i nie ma wyjścia. Natomiast Ty masz wolny wybór i jeśli Ci się dziewczyna podoba to czemu by nie spróbować? Najwyżej nie wyjdzie, ale nie będziesz już żył mrzonkami. Może właśnie teraz jest szansa na rozwinięcie tej miłości?

  lucy, 19 lat
1766
25.06.2007  
moj problem jest dosc skomplikowany... bardzo potrzebuje pomocy juz nie wiem co robic... czasem sa chwile kiedy wszystko wydaje sie byc dobrze a potem znowu przeplakuje cale dnie, mam ataki zlosci, jestem dla bliskich chamska i opryskliwa (szczegolnie dla mojego chlopaka) nie obchodzi mnie caly swiat... bardzo chcialabym o tym z kims porozmawiac ale o pewnych sprawach nie chce mowic w 4 oczy, nie moge tego zrobic mojemu chlopakowi Wiele razy mialam zamiar pojsc do zaprzyjaznionego ksiedza, ale nie chce tego robic bo wiem ze gdy cos po rozmowie z ksiedzem zmieniloby sie, gdybym podjela po niej jakas decyzje czy postanowienie moj chlopak powiedzialby ze robie dokladnie to co powiedzial mi ksiadz, ze sugeruje sie kims obcym kto nie ma pojecia o naszych sprawach.. wogole stosunek mojego chlopaka do kosciola i kaplanow rozni sie od mojego tzn nie dostrzeglby w tym naszego dobra ale moja "naiwnosc" ze wierze w "bajki" ksiedza itd... wiec zostaje z problemem sama.. ciesze sie ze znalazlam wasza strone
jestesmy razem ponad 2 lata... niestety musze przyznac ze od poczatku nie czulam niczego wielkiego Zaczelismy ze soba chodzic tak nagle a potem stopniowo coraz bardziej sie zakochiwalam i stawalismy sie sobie coraz blizsi Chociaz bardzo sie roznimy: chrakterami, podejsciem do Wiary, swiatopogladami...
za wczesnie doszlo miedzy nami do zblizen Nie wiem jak moglam na to pozwolic Dlaczego pozwolilam? bo balam sie powiedziec "nie" Bo stwierdzilam ze nic takiego sie nie stanie jesli pozwole mu sie dotykac itd a gdy nie pozwole obrazi sie, poczuje sie urazony i bedzie miedzy nami nieprzyjemnie... na poczatku tak wlasnie bylo.. potem stopniowo zgadzalam sie na to dla przyjemnosci... nie doszlo do wspolzycia ale bardzo niedaleko... i coraz czesciej - bardzo czesto Stalo sie to dla nas czyms powszednim
Po 2 latach nie wiem jak z tym walczyc Zle sie z tym czuje Oczywiscie probowalam z nim o tym rozmawiac Ale moj chlopak jest niepraktykujacy i nie widzi nic zlego w tym co robimy to dla niego naturalne Mowil wiele razy ze jesli ja tego nie chce to on uszanuje itd itd Wiec podejmowalismy postanowienie ze nie.. i znow ulegalismy A kilka razy (tak bardzo mi wstyd przed sama soba...) gdy pytal mnie czy naprawde tego chce, gdy mowil ze jesli to wbrew moim zasadom mozemy z tego zrezygnowac, mowilam ze chce... jakie to bylo glupi.. przeciez nie chcialam tego, meczylo mnie to...:( teraz, gdy zasmakowalismy tego, gdy petting stal sie czyms powszednim nie wiem jak moge z nim porozmawiac o tym ze nie chce tego... czy powinnam mowic mu jak bardzo tego zaluje i jak bardzo NIE LUBIE siebie przez to ze dopuszczalam do tego...? gdy rozmawialismy o tym kilka razy bylo to dla niego bardzo przykre ( i wcale sie nie dziwie)slyszec ze mnie to meczy i ze podczas gdy dla niego wszystko wydaje sie byc piekne ja mowie mu ze nie jestem przekonana do tego co robimy On jest wrazliwym czlowiekiem...
dla mnie petting jest forma kompromisu- kompromisu pomiedzy Wiara a chlopakiem Nie chce zeby doszlo do wspolzycia, nie chce tego przed slubem Z drugiej strony nie chce jemu sprawiac przykrosci To straszne ale tak wlasnie jest
zawsze chodzilam regularnie do spowiedzi... po raz pierwszy od dluzszego czasu nie bylam ponad miesiac i czuje ze to nie ma sensu bo nie widze realnych szans zeby cos zmienic w "tej" kwestii Po co mam sie spowiadac jesli wiem ze bedzie tak samo?
mowilam ze moj problem jest zlozony... druga kwestia sa moje nerwy i zalamanie.. od ponad roku bardzo czesto placze To co cieszylo mnie dawniej przestalo sprawiac mi radosc Bylam osoba bardzo otwarta na ludzi- teraz jestem wiecznie zla, obrazalska, nieprzyjemna Co najgorsze jestem taka dla mojego chlopaka Mam humory, nie chce mi sie byc dla niego mila,dogaduje mu i jestem chamska Jestem po prostu sfrustowana tym jak wyglada moje zycie Tym ze wszystkie moje zasady legly w gruzach Tym ze bylam osoba zaangazowana religijnie, staralam sie zyc blisko Boga, przezylam tyle wspanialych doswiadczen jak pielgrzymki, rekolekcje A potem okazalo sie ze jestem w stanie zrezygnowac z wszystkich moich zasad dla jednej osoby
do tego dochodzi wiele zlych wspomnien- obok tych zwiazanych z nieczystoscia wiele momentow kiedy chlopak ranil mnie swoim zachowaniem a ja tlumilam to w sobie udajac ze nic sie nie dzieje, tolerowalam wszystko.. to sa drobne sytuacje ale naklada sie ich na siebie tak wiele...
ja robie mu rzeczy o wiele gorsze - oklamuje go w wielu kwestiach..
miewam ataki zlosci, szalu
A moj chlopak mimo ze jest zupelnie inny i nie rozumie mnie Nie rozumie z czego wynika moja frustracja - jest przy mnie nawet wtedy gdy traktuje go okropnie, gdy wpadam w szal, gdy tak bardzo ranie go slowami... gdy kiedys sie rozstalismy chcial odebrac sobie zycie...
z drugiej strony nie czuje nic... nie wiem czy to dlatego ze nie jest osoba z ktora pragne spedzic zycie czy dlatego ze jestem zalamana..
nie wiem czy go kocham bo nie wiem po czym poznac ze kocha sie kogos
brak mi odwagi zeby cos zrobic z wlasnym zyciem...


* * * * *

W zasadzie swój problem zdiagnozowałaś sama i to bardzo trafnie. Twoje zachowanie wynika po prostu z tłumienia głosu sumienia. Robisz coś niezgodnie ze swoim wewnętrznym przekonaniem i to Cię zżera od środka. Na szczęście nie zagłuszyłaś jeszcze w sobie głosu Boga.
Jest na to jedna rada: SZCZERA rozmowa z chłopakiem (to wszystko co tu napisałaś), żadnych pozornych kompromisów typu petting między wiarą a chłopakiem (przecież jak masz być szczęśliwa to "na całego" z chłopakiem i Bogiem w sercu a nie rozerwana wewnętrznie) i szczera rozmowa z księdzem (nie musi to być ksiądz zaprzyjaźniony ale naturalnie może). Nie musisz dokładnie opowiadać chłopakowi o czym z księdzem rozmawiałaś, nie musisz mu o tym o w ogóle mówić. Przecież to i tak będzie TWOJA decyzja, nie księdza, prawda? To Ty będziesz chciała zerwać z grzechem i żyć inaczej. To, że Twój chłopak jest niewierzący czy może nie zachowuje zasad to bardzo utrudnia Wasz związek. Oczywiście jest on możliwy ale oparty się na poszanowaniu zasad obu stron. Jeśli on deklaruje szanowanie Ciebie jeśli Ty będziesz tego chciała to tego chciej! Jeśli on mówi, że możecie tego nie robić, jeśli pyta czy chcesz to mów prawdę!
Nie musisz się lękać, że on Cię zostawi jeśli odmówisz. Jeśli faktycznie zostawi - to nie była miłość prawdziwa. Prawdziwa miłość to szacunek i pragnienie dobra dla drugiego. Polecam Wam obojgu gorąco ten artykuł: [zobacz] i jak najszybszą spowiedź. Musisz podjąć konkretną decyzję i trzymać się jej. Nie możesz dalej tak żyć, to Cię niszczy! Jak to potrwa dłużej zniszczy nie tylko Ciebie ale też Wasz związek i rozstaniecie się w goryczy. Chyba tego nie chcesz?
Odwagi! Jesteś silna, wierząca, znasz zasady. Żyj wedug nich a to przyniesie Ci szczęście. Zapewniam Cię. Wierzę, że sobie z tym poradzisz. Z Bogiem!

  samotna, 19 lat
1765
25.06.2007  
Poznałam chłopaka na gg. Potem się przypadkiem spotkaliśmy. I nasz kontakt zaczął się urywać (z jego strony). Nie potrafię sobie z tym poradzić. On ma wielu znajomych więc ta nasza znajomość nie jest dla niego tak ważna jak dla mnie. A ja? Tak bardzo mi samotno. Z nikim pogadać, wyjść gdzieś, spotkać się. On dał mi nadzieję na tą znajomość. Ale potem \'zniknął\'. Czasem próbowałam nawiązać z nim kontakt, czasem sie gdzies przypadkiem widzieliśmy. Ale nic poza tym. Wiem, ze to wszystko juz nie ma sensu. Ale on, mimo ze teraz jest negatywnie, wciąż jest dla mnie ważny. Stał sie taki przed rokiem i juz zawsze będzie. Jako ten, który zaczął mnie akceptować. Jestem nieśmiała i ciężko mi jest otworzyć sie na nowe znajomosci choc bardzo ich pragnę. Boję sie ludzi. Boje sie odrzucenia, niezaakceptowania, poczucia ze jestem zbędna. Juz tak wiele razy tego doświadczyłam, gdy sie probowałam przełamac. A to tak boli... On dal mi nadzieje. Nie wiem, dlaczego nasz kontakt sie urwał. Wiem tylko tyle, ze juz na nic nie moge liczyc z jego strony. Są wakacje, więc tez juz sie raczej nigdzie nie spotkamy. A potem studia, więc w ogole... Nie potrafie sobie wyobrazic, ze juz go nigdy nie zobaczę. Bardzo chciałabym sie z nim zobaczyć jeszcze jeden raz, ten ostatni. Kiedys proponowałam mu spotkanie (dwa razy) ale nic z tego nie wyszło. Czy mogę mu powiedziec cos w tym stylu, ze chce sie z nim pozegnac, zobaczyc ten ostatni raz? Bo w przeciwnym razie wciąż bede zyła nadzieją... A pozegnanie jest kresem. Choc moze byc tez tak, ze nie bedzie tego chciał, tzn zakonczenia naszej 'znajomosci' (i wtedy widząc, ze moge 'odejsc', zrobi cos). Bo w tych naszych dotychczasowych spotkaniach wyczuwam gesty sympatii z jego strony. Choc generalnie mnie unika. Moze chciałby miec we mnie kolezanke, ale z jakichs powodow nie moze? Wiem, ze jest chory. Ach, nic nie rozumiem. Nie rozumiem go. Czy to Pozegnanie nie jest czyms niewłasciwym? Czy moge go spytac?

* * * * *

Ja odradzałabym pożegnanie. Będzie to dla niego bardzo głupia sytuacja: nie robił Ci żadnych konkretnych nadzieji, a poczuje się tak, jaby był winien Twoich uczuć. Albo zacznie Cię przepraszać, albo powie wprost, że zawsze traktował Cię tylko "jak koleżankę" (a to Cię bardzo zaboli) albo będzie chciał Cię zbyć lub po prostu się nie odezwie. Każda z opcji będzie przykra, również dla Ciebie. Bo nie tylko, że to nie da żadnego rezultatu ale też zostanie niesmak w razie gdybyś usłyszała coś niemiłego. Jeśli już próbowałaś nawiązać z nim kontakt a on się wykręcał nie licz na to, że się "opamięta". Poza tym każde spotkanie z nim nie będzie kresem znajomości a tylko będzie ją podsycać - u Ciebie. Coraz bardziej będziesz wszystko rozpamiętywać.
Plusem w tej sytuacji jest to, że uwierzyłaś, że ktoś może Cię zaakceptować i to, że zobaczyłaś, że może Ci na kimś zależeć. Zrobiłaś krok naprzód, a zatem nie jest to stracony czas.
Na Twoim miejscu próbowałabym właśnie pomyśleć o tym od tej pozytywnej strony.
Polecam Ci też odpowiedzi o tym jak się powoli wyzwalać od tego uczucia: 80, 526, 653, 825 oraz to miejsce: [zobacz]
Możesz tu znależć przyjaciół, a może i miłość? Nie zamykaj się w sobie, miej serce otwarte. Zaczynasz studia, to wspaniały czas i często tam właśnie poznaje się małżonka. Nie przegap go. Z Bogiem!

  Jan, 26 lat
1764
25.06.2007  
Od pewnego czasu borykam sie z problemem w zasadzie calkowitego zaniku zauroczenia fizycznego moja dziewczyna. Jesesmy juz razem mniej wiecej 4 lata, a znamy sie jeszcze dluzej. Mysle, ze pod wzgledem charakteru oboje do siebie pasujemy, z pewnoscia tez jestesmy dla siebie najlepszymi przyjaciolmi. Nasza "milosc" (o ile mozna w ten sposob nazwac to, co sie miedzy nami dzieje) zaczela sie dosc standardowo - od zakochania. Potem jednak, przynajmniej u mnie, uczucie minelo. To akurat nie stanowi dla mnie problemu bo fakt, ze "chemia" po jakims czasie przestaje dzialac jest dla mnie zupelnie zrozumialy. Problemem natomiast jest, ze zaszlo to, mam wrazenie, w bardzo duzym stopniu. Wydaje mi sie, ze znacznie wiekszym niz u innych par z dluzszym "stazem". Czasem moja dziewczyna wydaje mi sie wrecz brzydka, a regula jest, ze postrzegam ja jako zupelnie przecietna i "srednio" ladna. Za to podobaja mi sie inne kobiety.
Nie wiem czym tak naprawde jest milosc. Podchodze do tej kwestii na zasadzie, "wieksze znaczenie ma duchowosc niz wyglad", ale przeciez sfera fizyczna tez sie bardzo liczy. Jest to dla mnie bardzo wazna sprawa takze dlatego, ze zamierzamy sie niedlugo pobrac. Nie chce by skonczylo sie to tak, ze potem bede cale zycie zalowal swojej decyzji. Miedzy malzonkami powinna istniec jakas forma zauroczenia fizycznego, mimo, ze ona bedzie w 90% przypadkow bardzo rozna od stanu zakochania. Co poczac w sytuacji, w ktorej, jak wczesniej wspomnialem, moja dziewczyna wydaje mi sie czasem nawet brzydka? A z drugiej strony, wokol widze mnostwo kobiet, ktore mi sie ficzynie bardzo podobaja. Nie wiem tez czy powinienem jej o tym wszystkim powiedziec? Ona jest bardzo czula na te sprawy i nie chce jej zranic.
Jest tez inna kwestia, dosc krepujaca dla mnie, ale wydaje mi sie, ze w tym kontekscie moze byc istotna, otoz ogladam czasem pornografie. Wiem, ze to jest nie w pozadku, szczegolnie wobec mojej dziewczyny i walcze z tym, jednak mimo to, czasem upadam. Czuje, ze robie to wlasnie dlatego, ze moja dziewczyna mnie nie pociaga, choc mam swiadomosc, ze moze to wynikac z czegos innego.
Prosil bym o odpowiedz bo mi z tym wszsytkim ciezko. A wracajac jeszcze do watku z pornografia, chcialbym tez zapytac, czy zakladajac, ze absolutnie nigdy bym tego nie ogladal, sytuacja wygladala by tak samo? Innymi slowy, czy odpowiedzi na pytania bylyby takie same gdyby ten watek sie w ogole nie pojawil?
Serdecznie pozdrawiam i z gory dziekuje za odpowiedz


* * * * *

Gdyby ten wątek z pornografią się nie pojawił zapytałabym Cię o niego i o Twoje relacje i doświadczenia z innymi kobietami. Jak widzisz, to błędne koło. Twoja dziewczyna dlatego wydaje Ci się przeciętna, że naooglądałeś się sztucznie podretuszowanych obrazów. Musisz wiedzieć, że one są nieprawdziwe. Po pierwsze dlatego, że to ma się sprzedawać, więc musi być ubrane w super formę: stąd wszystko jest nadmuchane, wysilikonowane i w pełnym ostrym makijażu. Po drugie zaś dlatego, że takich kobiet w rzeczywistości nie ma. Te panie jak przychodzą do domu i przebierają się w zwykłą piżamę zmywając makijaż wygladają tak jak Twoja dziewczyna (a pewnie dużo brzydziej, bo mają zniszczoną solarium i nadmiarem kosmetyków skórę). W efekcie więc Twoja dziewczyna jest dużo bardziej atrakcyjna niż one, bo jest cały czas taka sama i nie występuje tu efekt "zdjęcia maski". To, że inne kobiety podobają Ci się bardziej jest spowodowane tym, że Ty patrzysz na nie pod względem ich atrakcyjności. Mając w podświadomości tamte obrazy szukasz potwierdzenia pewnych cech u tych kobiet. To, że nie szukasz tego u swojej dziewczyny to (na szczęście) oznacza, że nie traktujesz jej jako obiekt seksualny. Za bardzo ją szanujesz więc nie do pomyślenia jest wyobrażanie jej sobie w takich scenach i patrzenie na nią tylko pod tym kątem. To chwalebne a jednocześnie tłumaczy to, że wydaje Ci się brzydka (jest "poza kategorią").
Zapewniam Cię, że kochana kobieta podoba się i pociąga męża. Dlaczego? Bo jest JEGO. Nie jest niedostępną lalą na ekranie lub nieznajomą w sklepie tylko żywą, ciepłą, kochającą go istotą. On może "legalnie" z nią być. Mało tego: ONA chce być z nim! To niesamowite! Tamte kobiety robią to dla pieniędzy czy sławy, a ich filmowi partnerzy mało ich obchodzą, a czasem nawet czują do nich wstręt. A żona kocha! I dla niej jesteś pociagający!
To prawda, że ważne jest podobanie się sobie w związku, także to fizyczne. Tylko widzisz, to nie podobanie zewnętrzne jest warunkiem miłości tylko miłość powoduje, że człowiek nawet brzydki zaczyna się podobać. Nieraz się dziwimy co taka ładna dziewczyna widzi w brzydkim chłopaku lub na odwrót. A ona widzi uśmiech, mimikę, podobają jej się gesty, ton głosu, sposób chodzenia, śmiech. To czego na filmie porno nie uświadczysz bo tam mają być "piękne" tylko określone strefy.
Drogi Janie! Twoim problemem, tym właściwym jest właśnie pornografia. Uważam, że musisz się z tym uporać ZANIM wejdziesz w małżeństwo. Ale to koniecznie. Jest to niezbędne by Twoja żona zaczęła Ci się podobać! I to podobać naturalnie, a nie dlatego, że tak trzeba. Ty musisz odkryć jej urodę, jej urok, musisz się nią zachwycić. Mój mąż do dziś nie może wyjść z zachwytu nad widokiem mnie w sukni ślubnej. Jego to autentycznie zachwyciło. Ty też możesz sprawić, by widok Twojej żony w dniu ślubu był dla Ciebie najpiękniejszym obrazem. Tylko trzeba do tego czystego serca. Ono spowoduje u Ciebie oczywisty i naturalny zachwyt ukochaną. Polecam Ci te artykuły: [zobacz], [zobacz] oraz książkę Johna Eldredge "Dzikie serce" i życzę dużo wytrwałości i silnej woli w walce. A ukochanej absolutnie nie mów o swoich obawach, bo sprawisz jej tym ogromny ból. Nie łudź się, że nie odkryje ich powodu, kobiety mają dobrą intuicję. Ja nie namawiam Cię oczywiście do ukrywania przed nią całe życie faktu pornografii, ja tylko mówię, że najgorszą rzeczą dla dziewczyny jest to jak jej chłopak powie, że jest brzydka lub nieatrakcyjna. To tak jakby chłopakowi ukochana powiedziała, że jest głupi i słaby. Tak właśnie się czuje. Pomyśl z tej strony: jesteś mężczyzną, cenisz sobie siłę, mądrość i prawdę. A zatem jesteś na tyle silny, by z tego wyjść, jesteś na tyle mądry by odróżnić rzeczy istotne od nieistotnych i wiesz co robić i chcesz żyć autentycznie a nie przeżywać wirtualne przygody. Zgadza się? Na pewno. A więc walcz: dla siebie i dla niej. Walcz o piękną, autentyczną miłość. Tylko taka ma sens. Jak to odkryjesz zakochasz się na nowo w swojej dziewczynie, gwarantuję Ci to. I życzę by dzień ślubu i widok Twojej żony pozostał dla Ciebie najpiękniejszym wspomnieniem. Z Bogiem!

  smutna, 18 lat
1763
24.06.2007  
Witam! Cztery miesiące temu zostawił mnie chlopak. Wtedy poczulam jak wali mi sie swiat pod nogami... Gdy odszedł, wszystko straciło sens... Nie mialam na nic sily, nie uczyłam sie, bo to nie mialo dla mnie zadnego sensu... Kazdy dzien wygladal tak samo.... Wstawalam, szłam do szkoly, wracalam ze szkoly zamykalam sie w pokoju i wieczorem kladlam sie spac... Wtedy przestałam wierzyc w co kolwiek... Obwinialam wszystkich w okolo... a najwiekszy zal mialam do siebie, do Boga... Zastanawialam sie dlaczego mnie opóscil i zadal takie cierpienie... Dlaczego odebral mi człowieka ktorego tak bardzo kocham?!? Przestalam sie modlic, chodzic do kosciola... zamknełam sie w sobie... Nie mialam zadnych marzen, nie planowalam zadnej przyszlosci... Pragnełam tylko, zeby moj chlopak do mnie wrocił... Chciałam mu powiedziec jak bardzo go kocham...
Dzisiaj juz jest troche inaczej.... Znowu zaczełam rozmawiac z Bogiem... Staram sie modlic za swojego bylego chlopaka...
tylko nie wiem czy to wszystko ma sens, bo nie mam zadnego celu w zyciu, nie mam w "sobie" nadziei... nie mam zadnych planow.... Życie jest dla mnie bez sensu... Czuje sie taka samotna!!! Kazdy mi powtarza ze czas leczy rany, ze powinnam sobie kogos znalezc i wtedy zapomne o swoim byłam...
W moim przypadku tak NIE jest, nie chce juz nikogo poznawac, nie chce juz z nikim innym byc!!! I prosze mi nie mowic ze jestem jeszcze młoda i na pewno jeszcze nie raz sie zakocham.... Jemu oddalam cale swoje serce i wiem ze juz nigdy nie bede tak mocno nikogo kochac.... Chcialabym tylko zeby Bóg pozwolil mi znowu z nim byc... niczego innego nie pragne... Chcialabym zeby znowu w moim zyciu pojawila sie wiara, nadzieja i milosc.... Chciala bym znowu miec dla kogo "zyc".... chcialabym wiedziec ze ktos na mnie czeka i mnie kocha... Wiem ze bardzo wiele wymagam od Boga, ale tylko on moze mi dac to, czego pragne...


* * * * *

Bóg nie ukoi Twojego serca jeśli go nie otworzysz. Jeśli nadal kurczowo będziesz się trzymać tego, że nigdy nikogo tak nie pokochasz to rzeczywiście nie pokochasz. Ale to tylko dlatego, że nie będziesz chciała niczego w życiu zmienić. Pomyśl: czy warto tak się męczyć dla kogoś kto nie tylko nie odwzajemnia uczuć ale nawet nie wie co teraz przeżywasz a gdyby wiedział to i tak by się tym nie przejął? Czy dopuszczasz do siebie myśl, że gdzieś czeka na Ciebie Twój przyszły mąż, którego Bóg chce Ci dać i z którym dopiero poznasz co znaczy piękna, prawdziwa miłość? Czy naprawdę chcesz go przegapić? Przecież on istnieje. Z Bogiem!

  Julia, 19 lat
1762
24.06.2007  
Witam,jestem z wspaniałym chłopakiem od 9 miesięcy,układa nam się w związku.Jest o 3 lata starszy.Wyznał mi już dawno ,że mnie kocha.Mamy wspólne zainteresowania,lubimy spędzać razem czas.Dobrze mi z nim, Ale nie potrafie odwzajemniać jego uczuć,uciekam od pocaunków, patrzenia w oczy itp. .Nadal nie jestem pewna czy Go kocham.Nie wiem nawet czy moje zaufanie do niego jest wystarczająco głębokie.Co jest nie tak ze mną ??? A może to coś nie tak jest w naszym zwiążku??? prosze o rade...

* * * * *

A jest jakaś konkretna przyczyna dlaczego tak się zachowujesz? Jeśli nie, to: albo zakochanie już przeszło (o tym przeczytaj w tym artykule: [zobacz]) albo może to wyznanie miłości było za wcześnie? Może czujesz się naciskana a nie czujesz się jeszcze na pewne rzeczy gotowa? Przeczytaj ten artykuł: [zobacz]. Z Bogiem!

  MARTA, 16 lat
1761
24.06.2007  
Kiedys miałam problem z akceptacją swojego wyglądu i wiem, że dzięki Bogu nie weszłam w taką chorobę jak bulimia. Na rekolekcjach oazowych rok temu zaakceptowałam się i pokochałam. Czasami znowu wracały głupie myśli, ale przyjaciele pomagali mi z nich wyjść. Poza tym zaczełam odczuwać to jak bardzo podobam się chłopakom i że na ulicy też na mnie zwracają uwagę(oczywiście nie ubieram sie prowokująco, tylko kobieco gdyż naleze do RCS).... Ale na dzień dzisiejszy znowu mam z tym problem. Myślałam, że jestem raczej chuda(nie mam żadnej nadwagi ani nic. Mam 170cm, i chyba 61kg), ale mam już dość gdyż moja mama cały czas mi mówi jaka ja to jestem gruba i że powinnam schudnąć z 3kilo.Jest mi bardzo przykro. Sama uważam, ze musze schudnąć, ale takie słowa są bolące. Nie zależy mi na tym, ze musze znaleść sobie chłopaka albo coś. Bo dla mnie wygląd w miłości sie nie liczy. Jak mnie pokocha to i zaakceptuje.Ale bardziej wzmacniają sie moje głupie mysli,gdy widze, ze tylko chude kolezanki maja powodzenie. Wiem, ze jest jakas moja głupia myśl i pewnie śmieszą kogos te moje problemy (bo sama jak ja widze to jakies głupoty wygaduje), ale to mną zawładneło i siedzi w mojej głowie.

Kiedyś miałam bardzo wiele zainteresowań, teraz cały mój czas poświęciłam wspólnocie(albo sobie to tylko tak to sobie tłumacze i pocieszam). Ostatnio sobie uświadomiłam, że w niczym nie jestem dobra i ze czuje sie "przezroczysta", "bezbarwna" (tzn.że nic sobą nie prezentuje). Kiedyś tańczyłam, troszke trenowałam pewną sztuke walki, raz próbowałam jazdy konnej...jest tego wiele. Jestem w diakonni artystycznej (u mnie w Kosciele) i zdarzyło mi sie grać różne scenki na większych imprezach co mnie podbudowało, ale to nie jest nic specjalnego. Jest też wiele osób które też są aktywnie zaangażowane w Koscioł i dodatkowo mają jakieś inne zainteresowania w których są dobrzy, a ja nie.

Czuje się taka nijaka i napewno nikomu nie imponuje. Czuje sie żle bo zawsze czyms sie interesowałam i byłam w tym dobra. Teraz nie jestem w niczym dobra.....


* * * * *

Dobra jesteś na pewno, bo nie ma ludzi bez talentu, którzy nic nie potrafią. Nawet jak ktoś jest sparaliżowany to potrafi się modlić. Dla mnie bardzo niepokojące jest to, że Twoja mama tak Cię ocenia. Porozmawiaj z nią o tym. Jeśli Ty akceptujesz siebie to nie wolno nikomu wpędzać Cię w kompleksy. Jeśli chodzi o powodzenie to widzisz, to jest tak, że jeśli Ty sobie wmówisz, że tylko chude dziewczyny mają powodzenie to podświadomie będziesz uważała, że nie musisz dbać o siebie ani nic robić bo i tak nikt nie zwróci na Ciebie uwagi. I rzeczywiście tak będzie. Przypomnij sobie to co Ci się udało osiągnąć na rekolekcjach, jak się wtedy czułaś. Dbaj po prostu o siebie i ciesz się sobą.
Rozwijaj swoje zainteresowania. Zobaczysz jaka będzie różnica. Chłopców pociągają przede wszystkim dziewczyny radosne, lubiące siebie, nie narzekające jakie to są grube i brzydkie. Podobają im się dziewczyny akceptujące siebie i będące otwarte na innych. I taka bądź. Przeczytaj też odp. nr: 421, 537, 950. Z Bogiem!

  monika, 24 lat
1760
24.06.2007  
Witam, czytam te wszystkie pytania i wiele w nich madrosci i odpowiedzi na moje watpliwosci, ale postanowilam jednak przedstawic moj osobisty problem w skrocie, ale takim ktory byc moze wystarczajaco naswietli sprawe.
Jestesmy razem ponad 4 lata. Uwazam osobiscie i nie tylko ja, ale chyba wszyscy, ktorzy nas znaja, ze pasujemy do siebie. Nasze poglady na czystosc przed malzenska, rodzinne zycie sa w zasadzie takie same, pochodzimy z podobnych, katolickich rodzin. Nasz zwiazek przez te 4 lata obiektywnie oceniam jako bardzo dobry, bylo w nim troche sporow, moich kobiecych lez, ale nie bylo zadnych duzych powaznych konfliktow. planowalismy zdecydowanie slub jak tylko M. zacznie pracowac ( prawdopodobnie zacznie w ciagu 2-3 miesiecy), wszystko wydawlo sie byc zdecydowane, bylismy spokojni bo wiedzielismy ze nasz przyszlosc chcemy spedzic razem. Pod koniec stycznia tego roku, kiedy od paru miesiecy cos sie miedzy nam psulo, przechodzilismy zwyczajnie jakis kryzys, ktory chyba ma prawo miec miesjce po 4 latach. M. zadecydowal ze sie rozstajemy na jakis czas, zeby sobie to wszystko przemyslec. Przez 3 miesiace, ktore sie teoretycznie nie spotykalismy, nasz kontakt byl bardzo dobry. Ewidentnie nie chcielismy tracic ze soba kontaktu, moze z przyzwyczajenia, przyjazni ( co do tego ze laczy nas wielka przyjazn jestem przekonana i M. takze). Tak wiec niby nie bylisym razem, a jednak.. byly spotkania, wyjscia, zdazaly sie pocalunki, przytulenia..wyraznie nas do siebie i ciagnelo i jak sam M. powiedizal nie chcial tracic ze mna kontaktu. Teraz z perspektywy czas mam watpliowsci czy nie powinno byc bardziej radykalnie.
Po ok. 3 miesiacach dowiedzialam sie przypadkiem ze M. w tym czasie rozstania spotyka sie z kims, z osoba ktora poznal kiedy nie bylisym razem.
Byl to dla mnie najwiekszy szok i sytuacja ktorej nie spodziewalabym sie, ale obiektywnie mial do tego prawo wtedy. Dlaczego tylko to ukryl? jak sam mowi liczyl na to ze w ten sposob przekona sie ze moze byc tylko ze mna, a nie mowil bo nie chcial tracic ze mna kontaktu.
Postawilsiym sobie wiec radykalne warunki, albo razem to ratujemy, ja probuje Ci to wybaczyc i zaczynamy razem od poczatku to ratowac albo nie mozemy miec kontaktu bo to do niczego nie prowadzi. Zdecydowal zerwac calkowicie ta nowa znajomosc i postanowilismy dac sobie czas, do pol roku max na zobowaizanie i podjecie decyzji ale bedac razem. Tak wiec teraz spotykamy sie oderwani od przeszlosci, tak jakby od poczatku. Proboujemy. Generalnie jest dobrze, staramy sie, choc nie ukrywam, ze wciaz drze na myśl o przyszłosci, bo kocham Go i pragne z nim byc, dojrzale zalozyc rodzine, z tym wlasnie czlowiekiem. Boje sie jednak bo to co on teraz przezywa to jakby taka mala depresje, obwawy. Mowi ze kocha mnie na pewno miloscia agape, ale brakuje mu tej co wtedy, takiej typowo mesko-damskiej, a to jest dla niego niezbedne zeby podjac decyjze o slubie, i i pragnie zeby ona wrocila, ale nie wiem jak to spowodowac, bo to tylko moze mu dac sile zeby kazdego dnia realizowac sie w malzenstwie. Mysle ze tylko Bog moze dac ta sile. Poza tym uwaza ze zabilam w nim zazdrosc i teraz nie potrafi sie odblokowac. Boje sie ze On zbytnio idealizuje, ze moze juz nie poczuc tego czegos co kiedys, co 2 ,3 lata temu..Nie iwem jak sie w tym wszystkim odnalezc, skad czerpac sile kiedy sie spotykamy, skoro wciaz mysle co to pol roku nam przyniesiei ze w jego sercu nie ma do mnie takiej milosci.. Nie wiem czy trzymac Go teraz na dystans, nie widywac sie tyle...Przeraszam za potok słów, ale krócej nie potrafiłam..Pozdrawiam serdecznie.


* * * * *

Nie jest dobrym pomysłem rozstanie się " żeby odpocząć", "zobaczyć", "pomyśleć". Normalnym jest, że po kilku latach kończy się pewnien etap w związku, kończy się zakochanie, a zaczyna się zwyczajne życie. Wtedy właśnie jest czas na rozwój prawdziwej miłości, nie tej opartej na uczuciach i emocjach ale na sprawdzaniu się w codzienności. U Was wygasły emocje i poczuliście, że "może to nie miłość". Błędem było oddalenie się od siebie. W tym czasie Twój chłopak bowiem poznał kogoś kto wniósł w jego życie tą świeżość, która była na początku między Wami i zaczał się zastanawiać czy Ciebie naprawdę kocha. Potwierdzeniem tego są jego obecne rozważania o tej miłości apage itp. i tym, że czegoś mu brakuje. Ano brakuje mu tego co czuliście na pierwszych randkach. Ale to już nie wróci, a przynajmniej nie w takiej formie. Tego musicie być świadomi. To nie oznacza wcale, że ta miłość teraz jest gorsza. Ona jest dużo "lepsza" bo dojrzalsza, znacie się, wiele razem przeszliście, potraficie przewidzieć swoje reakcje, znacie swoje potrzeby. Czy to nie jest piękniejsze niż początkowy stres, domyślanie się co czuje druga strona i ciągłe uważanie żeby czymś tej osoby do siebie nie zrazić?
Droga Moniko! Przeczytajcie koniecznie oboje(!) ten artykuł: [zobacz] i wróćcie do siebie jak najszybciej. Oczywiście, na początku będzie dziwnie, będziecie niektóre rzeczy budować od nowa. Ale lepsze to niż kolejne rozstania, ból i zastanawianie się co było nie tak i co się skończyło. Wasz związek rozwija się normalnie, przechodzicie normalne etapy i nie psujcie tego co wypracowaliście. Próbujcie to odbudować, módlcie się wspólnie. Z Bogiem!

  Michał, 12 lat
1759
23.06.2007  
Od roku kocham jedną dziewczyne choć mam 12 lat , ale od 3 lat myśle tylko o Bogu kocham go nad życie chcę być kapłanem co robić być kapłanem czy poprości dziewczyne o chodzenie??

* * * * *

No chyba nie tylko o Bogu myślisz skoro kochasz dziewczynę?
Myślę, że nie musisz się spieszyć ani działać pochopnie. Masz jeszcze bardzo dużo czasu na podjęcie decyzji. Najlepiej porozmawiaj z jakimś kapłanem o swoim powołaniu albo pojedź na rekolekcje powołaniowe - zobaczysz czy to jest to co chcesz robić w życiu. A dziewczynę poznawaj, rozmawiaj z nią, przyjaźnijcie się. Módl się o rozeznanie a Bóg we właściwym czasie pokaże Ci co robić. Z Bogiem!

  Anna, 31 lat
1758
22.06.2007  
Mam na imie Anna; mam 31 lat; przebywam za granica w USA.
Poznalam tu chlopaka - Roberta; przez internet; chyba innej mozliwosci tu nie ma - wszyscy zajeci praca.
Na poczatku nie traktowalam tej znajomosci; balam sie; mialam bol po poprzednim zwiazku + wczesniejsze malzenstwo z alkoholikiem; ktorysie nim okazal dopiero po slubie.
MYsle ze moze wszystko to; co dzialo si epozniej jest pewnego rodzaju pokuta za grzech; bo to byl zawart slub cywilny; co prawda w palnach byl koscielny ale feektem byl rozwod.
Odbieglam od tematu; bo staram sie szukac jakis wyjsc z calej tej sytuacji; znalezc odpowiedz na postepowanie.
Kedy poznalam Roberta wszystko sie zmienilo; w koncu bylam szczesliwa; kochal mnie a ja pokochalam Jego; znalismy sie tylko 4 miesiace; widywalismy sie codziennie; zapalnowalismy slub koscielny w Polsce - wiem ze szybko; ale oboje bylismy na to gotowi; oboje chcielismy zalozyc Rodzine; mielismy te same zainteresowania; podejscie do zycia; zwiazku.
On ma 34 lata i pierwszy raz czulam ze ktos naprawde mnie kocha bezinteresownie czysta milosci.
Duzo mi pomagal; w rzeczach w ktorych mogl; ale ja mialam duzo problemow z wczesniejszego zwiazku; moj ex mieszkaw tym sambudynku; narobil mi bardzo duzo dlugow i problemow; o mielismy wspolne interesy; oprocz tego wczesniej postanowilam )zanim poznalam Roberta) ze wracam do Poslki; powiedzialam Rodzicom; poznije zmienilam plany bo Jego poznalam i postanowilismy zostac w USA na stale; Rodzice sie martwili; bali sie o mnie; ze moze znowu zakochalam siew kims nieodpowiednim; z drugiej strony mowili ze moze powinnam sprobowac; jezeli czuje ze to jest ten wlasciwy czlowiek.
Z Robretem znalezlismy dom; on mi kupil wiekszy samochod; bo chcielismy po slubie miec dzieci.
Z drugiej strony natlok tych roznych problemow wzbudzil u mnie wieczne poczucie stresu; ciagle jakies zdenerwowanie i wyzywanie sie wrecz na Robercie; podejrzewanie o rzeczy ktorych nie robil; czepianie si eo spoznianie lub wytykanie ze niby na kogos sie patrzyl w kosciele.
Juz sama nie wiem czy wzielo si eto ze stresu; czy z zakochania i zaborczosci wobec niego; On ostrezgal mnie 3 czy 4 razy; zebym sie uspokoila; ze przesadzam i ze on tego nie wytrzyma.
Do mnie to wtedy kompletnie nie docieralo i nie zwracalam na to uwagi.
Az do jednej niedzilei; kiedy zrobilam mu awanture; wyrzucilam z domu; onrzucilam przezwiskami; nie wiem skad to sie we mnie wzielo; nie jestem agresywna osoba i wczesniej mi si etonie zdarzalo.
Zaraz po tym go przeprosdilam; bo jak sie uspokoilam; to samajuz nie wiedzialam co to bylo i jak ja moglam si etak zachowac.
On wyszedl bez slowa i powiedzial ze to juz przeroslo Jego.
Od tego momentu minely 3 tyg; ja staram sie utrzymywac z nim kontakt; przepraszalam go kilkakrotnie; wiem ze zrobilam zle; bylam u spowiedzi; rozmawialam z ksiedzem; modle sie codziennie o to; aby Robert mi przebaczyl.
Prosze o pomoc zeby mi pomogl.
Z Robertem rozmawialm kilkakrotnie; przepraszalm; prosilam zeby mi wybaczyl; poszlam nawet do psychologa; zeby pomoc sobie z tymi problemami poradzic; w sumie z nimi sobie poradzilam; ale zostala milosc do Roberta.
On moiw ze nie potrafi mnie juz tak kochac jak przed tym; ze zranilam jego uczucia; ze kocha mnie jeszcze ale nie wierzy w to; ze taka sytuacja si ejuz nie powtorzy; ze sam doratsal w rodzinie gdzie byly wieczne klotnie; ze; ze nie chce dac swoim dzieciom koszmaru; kaki sam przezyl.
ja jestem ze szczesliwej katolickiej Rodziny; pelnej milosci i tez nie wyobrazam sobie takiego domu; chcialabym miec szczesliwa; pelna milosci Rodzine. i zrobilabym wszystko aby znowu byc z nim; zeby mi wybaczyl; ale on mi nie wierzy; wierzy ze go kocham ale nie wierzy ze to si ejuz nie powtorzy.
Nie chce dac mi szansy na kolejny raz.
Przekreslil to wszystko.
Widzielismy sie przez te 3 tyg kilkakrotnie i za kazdym razem probowalam mu to wszystko wyjasnic; uswiadomic zapewnic o milosci.
Rozumiem to; ze jemu ciezko jest mi wybaczyc a tym bardziej zapomniec; po tym jka go zwyzywalam; ale czy miloscv m in nie potrafi przebaczac? On caly czas mowi; musze byc konsekwnetny; bo jesli jeszcze raz to sie wydarzy to on bedzie cierpial jeszcze bardziej ni zteraz i ze boi sie kolejnego rozczarowania.
A moze on mnie tak naprawde nie kochal jezeli teraz nie potrafi mi przebaczyc tej klotni.
Jak ja mam go odzyskac?
czy jest jaks szansa?
Czuje jakbym stracila najlepsza swoja czesc siebie...

Wiem; ze mnie kochal naprawde; staral si edla mnie i planowalismy przyszlosc.
Chcialam go wziac na spotkanie do Ojca Jezuity do kosciola - tu w Chicago; zeby on sprobowal poprosic go zeby to wszystko przemyslal i sprobowal dac mi szanse; nie prosze zeby znowu tak mnie kochal; tylko o szanse.
Czuje ze bede tego zalowac cale zycie jesli to tak zostawie...
Ni wiem moze on potzrebuje czasu.
Sama juz nie wiem...
Czy powinnma po prostu zapomniec?
Ale jak po tym wszystkim; do tego moiw ze nadal mnie kocha; SLABIEJ ALE KOCHA...


* * * * *

Masz rację, że szukałaś pomocy u księdza Jeziuty. Zgadzam się, że powinien pójść z Tobą do niego, a może do jakiejś poradni rodzinnej, jeśli tam istnieją? Natomiast Ty sama też powinnaś poszukać u siebie przyczyn takiego zachowania. Być może rzeczywiście tkwi w Tobie uraz i lęk spowodowany tym co przeżyłaś i po prostu się boisz - tak bardzo, że wszystko co może wiązać się ze zranieniem wyolbrzymiasz pewne sprawy. Nie traktuj tego oczywiście jako karę za grzechy, choć jest naturalnie pokusa by tak myśleć. Ale Bóg nie jest złośliwy i nie chce nas karać. Pewne rzeczy natomiast są naturalną konsekwencją naszych wyborów i zachowań. Jeśli tamten czowiek pił, były awanturay to naturalną konsekwencją jest Twój strach przed powtórzeniem takich zachowań u tego człowieka i instynktowne bronienie się przed tym, choćby było to zachowanie irracjonalne. Jeśli u Roberta w domu były awantury to on się boi i nie chce powtarzać błędów rodziców.
Dobrze by było najpierw uzdrowić swoje wspomnienia i w pełni pokochać siebie, żeby zapobiec takim sytuacjom w przyszłości. Nie dziwię się, że chłopak się wystraszył - rzeczywiście takie zachowanie przed ślubem powoduje, że człowiek zaczyna się zastanawiać jak będzie po. Może pójdziesz do psychologa, najlepiej katolickiego lub pojedziesz na jakieś rekolekcje? Nie wiem jakie masz możliwości, ale jeśli masz jakiegoś znajomego księdza to powinien Ci coś doradzić.
Co do kwestii wybaczenia - tak, to prawda, miłość zakłada wybaczenie. Natomiast rozpatrując kandydaturę do małżeństwa musimy być ostrożni. Można wybaczyć a dojść do wniosku, że jednak życie z kimś byłoby za trudne na nasze możliwości. Mimo miłości. Nie wiem dokładnie jaka jest sytuacja u Was, wydaje mi się, że powinniście jednak odłożyć ślub i poznać się lepiej. Bo jak widzisz jednak nie jesteście jeszcze gotowi do małżeństwa po tych czterech miesiącach. Polecam Ci też ten artykuł: [zobacz]. Porozmawiaj jeszcze z księdzem, z Robertem, poradź się kogoś na żywo i módl się o rozwiązanie tej sytuacji. Z Bogiem!

  asia, 16 lat
1757
21.06.2007  
Szcześc Boże! mam 16 lat. od dwoch tygodni chodze z chlopakiem, jednak na poczatku naszej znajomosc ( a poznalismy sie w zeszlym roku) nie przypuszczalam ze mozemy byc razem, dopiero od dwoch miesiecy czesciej zaczelismy sie spotykac i rozmawiac ze soba... jak na razie poznajemy swoje charaktery, zainteresowania itp.. chlopak jest odemnie starszy 5 lat. i w domu wszyscy zaczynaja mi ciagle nawijac o seksie o czystosci itp.. mnie to juz powoli denerwoje:(( czy zawsze musi byc tak, ze jezeli ma sie starszego chlopaka musi konczyc sie wszystko na lozku?? to bezsensu.. mama boi sie ze popelnie jej bledy.. jestem wierzacym i praktykujacym chrzescijaninem, powiezam cale moje zycie Chrystusowi. i wiem ze jesli bede z nim blisko nie zrobie czegos co bym potem zalowala... moja mama chyba tego nie rozumie:(( moze uwaza ze nie doroslam do prawdziwej czystej milosci?! przez to ze wszyscy tak na mnie naciskaja (mowia ze nie wazne jaki on jest, kazdy jeden chlopak mysli tylko o seksie).. moze i tak jest, ale nie musi sie to tak konczyc .. prawda??

* * * * *

Oczywiście, że nie musi się tak kończyć. Polecam Wam obojgu ten artykuł: [zobacz]. Przeczytajcie go razem, a potem pokaż go rodzicom i powiedz, że staracie się z chłopakiem żyć według tych wskazówek. No i żyjcie tak naprawdę. Z Bogiem!

  Arkadiusz, 28 lat
1756
21.06.2007  
Witam serdecznie
Mam problem i nie wiem co mam zrobić proszę o radę lub jakieś wskazówki. Chodzę z Anią już 5 lat ogólnie jest dobrze, ale czasami się kłocimy, ja mówię co jest nie tak jakbym to widział a ona milczy. Następnego dnia jest tak jakby wcześniej nic się nie wydarzyło nie chce o tym rozmawiać i wracać do tego ja czuję jakiś niedosyt, że problem nie został do końca rozwiązany do końca omówiony i że nic się nie zmieniło i żadnych wniosków. Wiem, że nie jestem ideałem bo do niego się zawsze dąży, ale sam już się zastanawiam czyja to wina. Moja dziewczyna mówi, że jak się pobierzemy nie będzie żadnych problemów. Wydaje mi się, że nie tędy droga, pewnie będzie jak teraz ona nie chce rozmawiać, czasami mam wrażenie, że nie cieszy się jak do niej przyjadę, jestem to jestem, a jakbym nie przyjechał to też jakoś by było. W rodzinie Ani są też różne sytuacje, na które ja zwracam uwagę i mówię jej co mogłaby zrobić żeby polepszyć sytuację w domu. Na to Ania obwinia się i czuje się jak ofiara, która jest atakowana bo nie chce lub z różnych powodów nie może poprawić sytuację w rodzinie. Sam coraz częściej się zastanawiam jakby wyglądała nasza przyszłość w małżeństwie, mam wielkie obawy ale nie wiem jak jej to powiedzieć i od czego zacząć. Ania przecież pewnie zamilknie i stwierdzi, że jak się ożenimy problemy znikną. Dziękuję za każdą radę.


* * * * *

Samo nic się nie zrobi, a ślub sam w sobie nie rozwiązuje problemów jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Jakby tak było to dlaczego miałyby miejsce rozwody?
Masz rację chcąc rozmawiać o problemach i je rozwiązywać. Trzeba ze sobą rozmawiać już przed ślubem, żeby w małżeństwo wejść przygotowanym. Przecież takie (lub inne) sytuacje będą zdarzać się po ślubie bo dlaczego miałyby się nie zdarzać? Będą i inne, poważniejsze i dużo trudniejsze rzeczy. A wtedy co? Też nie będzie chciała rozmawiać licząc, że problem zniknie? To nie tak. W małżeństwie nie jest jak w bajce, to sytuacja gdzie spotykają się 2 światy, gdzie ludzie ciągle ze sobą przebywają i trzeba dużo więcej ze sobą rozmawiać i wyjaśniać. O tym jak ważna jest rozmowa w małżeństwie świadczy fakt, że zostały nawet przez Domowy Kościół opracowane zasady dialogu małżeńskiego, polegającego na tym, że przynajmniej raz w miesiącu małżonkowie powinni usiąść na spokojnie, wyłączyć telefony i porozmawiać. Nawet jak wydaje się, że nie ma o czym, że nie ma żadnych problemów. Wtedy należy podziękować sobie za konkretne rzeczy a potem powiedzieć co można by jeszcze zmienić lub usprawnić. Wyciągnąć wnioski na przyszłość. To jest właśnie po to, żeby nie było konfliktów, rzeczy niedopowiedzianych, żeby nie gromadzić w sobie urazów i żalu. Fajnie nauczyć się tego dialogu już przed ślubem, nie czekajac oczywiście na na ten raz w miesiącu tylko rozmawiać zawsze gdy trzeba coś wyjaśnić.
Gdy napisałeś o sytuacji w jej rodzinie pomyślałam, że Ania nie potrafi rozmawiać bo czuje się winna, że coś jest nie tak. Być może jej rodzice nie rozmawiali ze sobą, być może nie rozmawiali z dziećmi. Być może ona jest wrażliwa i wszystko bierze do siebie. Żeby temu zapobiec trzeba pamiętać o zasadach rozmawiania: mówić w pierwszej osobie, np. "ja się czuję tak i tak" a nie oskarżać kogoś: "bo Ty to zawsze". Mówić generalnie o swoich odczuciach, o tym jak dana sytuacja wpływa na Ciebie. Pokdreślać, że chodzi o sytaucję a nie ocenę osoby. Bo Ty nie oskarżasz jej tylko nie podoba Ci się jakaś rzecz, sytaucja lub zachowanie. Musisz jej o tym powiedzieć, musicie nauczyć się rozmawiać. O wszytskim: o rzeczach przyjemnych i o problemach. Bo problemy sa po to, by je rozwiązywać a nie od nich uciekać. Same nie znikną. A żeby się tego nauczyć polecam Wam rewelacyjny nietypowy kurs przedmałżeński "Wieczory dla zakochanych". Szczegóły znajdziesz tu: www.spotkaniamalzenskie.pl, www.malzenstwo.pl

Zacznijcie od najprostszych rzeczy, a będzie dobbrze. Z Bogiem!

  Daga, 19 lat
1755
20.06.2007  
Jak się odnaleźć... dalej żyć, dbać o siebie i spełniać się życiowo, gdy druga połówka rzuca?

* * * * *

Przykre to gdy jesteś zostawiani, gdy miłość zostaje nagle przerwana. Co robić? Trzeba żyć dalej, robić to co trzeba, potem to co sprawia przyjemność. Dać sobie czas. Nie od razu wszystko będzie ok., bo przecież mamy uczucia i trzeba dojść do siebie. Trzeba wierzyć, że to doświadczenie było do czegoś potrzebne, że czegoś nas lub tą drugą stronę nauczy. Wierzyć, że to jeszcze nie ten i że prawdziwa miłość dopiero czeka. Zajrzyj też do odp. nr: 241, 248, 304, 109 , 180, 526, 653, 825

  Wojtek, 19 lat
1754
20.06.2007  
Witam!
Mam poważny problem, teraz postaram się go przedstawić.
Wszystko zaczęło się, gdy poznałem koleżankę z którą dobrze mi się rozmawiało, dobrze czułem się w jej towarzystwie i w ogóle było wszystko ok. Znaliśmy się jakieś 5 miesięcy. Kilka razy próbowałem ją zaprosić gdzieś, ale mi odmawiała.
Pewnego dnia po prostu nie wiem co mnie naszło i zrobiłem jej żart telefoniczny. Zadzwoniłem do Niej i trochę pożartowałem, a Ona na początku nie wiedziała z kim gada, ale później się dowiedziała. Rzuciła od razu słuchawką.
Po tym moim wyskoku z żartem telefonicznym próbowałem koleżankę przeprosić, ale Ona nic nie reagowała, nic się nie odzywała. Jak chciałem z Nią pogadać to powiedziała, że nie ma ochoty zemną gadać. Powiedziała, że teraz jestem dla Niej „zerem”. Od tego momentu nic się do mnie nie odzywa, unika mnie.
Wiem, że źle postąpiłem z tym „żartem”, ale chce naprawić, żeby było wszystko w porządku. Bardzo żałuje tego co zrobiłem, bardzo mi przykro, że tak to się skończyło. Zależy mi na tej koleżance, więc bardzo chce to odkręcić, żeby zmieniła o mnie zdanie i żeby zrozumiała jak tego żałuje i jak zależy mi na Niej. Ona nie chce się do mnie odzywać, ja natomiast chce nawiązać kontakt.
Bardzo proszę o opowiedzenie na moje pytanie, to jest dla mnie bardzo ważne.
Jak mogę doprowadzić do tego aby koleżanka mi wybaczyła, aby chciała ze mną rozmawiać…
Pozdrawiam


* * * * *

No wiesz, ja nie wiem na czym ten żart polegał i co Ty jej naopowiadałeś, ale mam wrażenie, że ten telefon był tylko pretekstem dla niej, żeby zerwać z Tobą kontakt. No bo jeśli wcześniej odmawiała zaproszenia gdziekolwiek to albo jest zainteresowana kimś innym albo nawet nie no ale nie czuje do Ciebie większej sympatii niestety. Na pewno ten żart telefoniczny nie był tu czynnikiem decydującym.
Co możesz zrobić? Hmm, ona pewnie chce, żebyś właśnie nic nie robił i dał jej spokój. Natomiast jeśli czujesz niepokój i żal, że zostałeś tak ostro potraktowany to jeśli nie chce z Tobą rozmawiać wyślij jej sms-a lub maila z przeprosinami i tyle. No do niczego jej nie zmusisz, trudno. Złość jej z czasem przejdzie, natomiast jeśli będziesz na siłę chciał to odkręcić to uzyskasz odwrotny efekt. Z Bogiem!

  Milena, 17 lat
1753
19.06.2007  
Dziekuje za odpowiedzenie mi na pytanie(1718). Od tego czasu w moim zyciu sie dosyc duzo zmienilo.Myslalam ze nadal tamtego kocham ale jak mu napisalam sms-a zrozumialam ze to juz jest koniec i nic juz nie bedzie.Pojechalam na taka wieksze zebranie z rodzina i znajomymi do Brennej.Tam byl chlopak 9 lat starszy odemnie znalam go ale nidy tak smi ze soba nie gadalismy a w ten dzien spedzilismy pare godzin nie sami e znajomymi ale bylo super. Chyba zaczelo mi na nim zalezec bardziej. Teraz sobiee mysle ze kiedy skonczyl sie tamten zwiazek myslalam ze moje zycie jest bez sensu zastanawialam sie dlaczego akurat ja musialam sie znalezc w takiej sytuacji (chodzi o te plotki). Lecz teraz kiedy ozmawialam z nim zpomnialam o wszystkich klopotach problemach .Po prostu chce sie zmieniac na lepsze stalam sie inna. Mysle ze jak by zobaczyl we mnie dziewczyne fajna normalna, a nie 17-sto latke (chociaz taka nie jestem) cos by moglo z tego wyniknac. Moj problem tkwi w tym ze ja nie wim jak mu to pokazac. Nie czuje przed nim spiecia rozmawia sie z nim super, z nim jest ogole super. Niedlugo bedzie na tym samym obozie co ja. Pozdrawiam. Pomoz mi Dziekuje za wysluchanie mnie.

* * * * *

Nie musisz Ty sama czegokolwiek pokazywać lub udowadniać żeby się udało. Związek jest relacją dwustronną, a zatem nie tylko Ty masz się starać i zmieniać ale on też. On też ma Ci zaimponować. Nie rób niczego na szybko i na siłę. Jeśli to jest odpowiedni chłopak to po prostu starajcie się spędzać ze sobą czas, dużo rozmawiać i poznawać się. Jemu też musi na Tobie zależeć, żeby coś z tego wyszło, Ty nie jesteś w stanie mimo najlepszych chęci sama czegoś zbudować, nie możesz sprawić swoim tylko staraniem, że będziecie razem. Po prostu bądź sobą, poproś go czasem o pomoc, rozmawiaj z nim i daj sobie i jemu czas. Możesz też skorzystać z rad w odp. nr: 3, 30, 37, 134, 411, 912.

  monika, 15 lat
1752
19.06.2007  
mialam chlopaka z ktorym bylam 9 miesiecy zerwalam z nim chyba z mojej glupoty dlaczego zerwalam? bo mi nie pasowalo jak spotykalismy sie z jego kumplami to jak ja sie chcialam przytulic do niego to on niechcial bo muwil ile mozna sie przytulac dziennie! wiec zerwalam ale bylo mi smutno i teraz zaluje pytalam sie czy wruci on niechce wrucic do mnie na poczatku naszego zerwania bylo dobrze bylismy przyjaciolmi teraz tego kontaktu on juz niechce utrzymywac bo ja go ciagle sie pytalam czy wruci teraz juz niemamy kontaktu zadnego. Od czasu kiedy jz nieutrzymujemy kontaktuw,ja zaczelam sie spotykac z jego znajomy w koncu jego znejomi to tez moi,zauwauylam ze gdy jestem w towrzystwie on sie zaczyna smucic i przestaje z innymi gadac i bardzo szybko wraca do domu niewiem co jest grane czy ja go ranie?co ja mam zrobic by ten kontakt naprawic? czy dla niego i dla jego dobra mam przestac sie z innymi spotykac? jak mam postapic by wrucil do mnie? bo wiem i widze ze on mnie bardzo kocha ja go rowniez bardzo kocham!

* * * * *

Zachowuje się tak bo jest zraniony. Nie dziwię się, że nie chciał się przytulać w obecności kolegów. Jeśli on odmawia koleżeństwa to znaczy, że jeszcze źle się czuje po rozstaniu i nie zmuszaj go do tego.
Do powrotu do siebie też go nie zmusisz, bo nikogo nie zmusi się do miłości. Na Twoim miejscu przystopowałabym z kontaktami z jego znajomymi. Z Bogiem!

  NEzNaJoMa, 14 lat
1751
19.06.2007  
Mój problem jest dosyć trudny...
Mam chłopaka 4 lata starszego. Jest nam cudownie i może to być dziwne w końcu on ma 18 lat a ja 14... ale co to ma do rzeczy ? Kochamy się. Moi rodzice są za granicą, dlatego mieszkam z babcią, która się mną opiekuje. Mama i tata wiedzą, że jesteśmy razem i nie mają nic przeciwko, cieszą się z mojego szczęścia. Ale babcia nie... Wiedziałam, że kiedy się dowie o naszym związku to będzie źle, bo uważa mnie za dziewczynkę, która powinna bawić się lalkami... no cóż, młoda jeszcze jestem, ale za młoda na miłość ?
Chłopak z którym jestem był raz u mnie jako "kolega". Niestety, babcia nie pozwoliła żeby przyjeżdzał więcej do naszego domu. Więc wiedziałam, że kiedy będę chciała się z nim spotkać to będę musiała wymyśleć małe kłamstewko, bo tak to nigdy by mnie nigdzie nie puściła. Dlatego wszyscy znajomi o nas wiedzieli, moi rodzice za granicą, ale nie rodzina w Polsce czyli ta u której mieszkam pod nieobecność mamy i taty.
Ostatnio pierwszy raz byłam u niego w domu, poznałam jego mamę. Było miło, ale już dosyć późno więc odwiózł mnie do domu. Zawsze wysadzał pare domów dalej żeby nas nie widzieli...ale tym razem wysiadłam pod domem. Oczywiście były już pretensje na temat, że wożę się z chłopakami itd...
Nie wiem w jaki sposób ktoś powiedział rodzince o nas... że się spotykamy, że byłam u niego w domu. Była straszna awantura, że przynoszę wstyd, że jestem bezczelna, że jak się mogę nie wstydzić, że się śmieją ludzie, że znalazła się taka co za facetami gania ;/ To było straszne. Dostałam zakaz... nie mogę wychodzić z domu, a co się wiąże z tym, że nie mogę się z NIM spotykać :( On wyjeżdża za pare dni na dwa miesiące...a ja nawet nie mam jak spędzić z nim trochę czasu :( Dzięki Bogu tata mi pomaga. Obiecał mi, że spróbuje jakos to ze swoją mamą odkrecic (czyli z moją babcia). Nie wiem co mam robić... Wiemy tylko, że nie przestaniemy być ze sobą choćby nie wiem co ! Jeśli nię będę mogła wyjść z domu, to będę musiała wyjść bez pozwolenia, choćby po to żeby się z NIM pożegnać :( Co powinnam zrobić ? Co powinnam zrobić jeśli tacie nie uda się zbyt dużo wskórać ? :( Proszę o pomoc !!


* * * * *

Moja Droga! Decydujący głos w stosunku do Ciebie powinni mieć rodzice. Źle, że z nimi nie mieszkasz i mam nadzieję, że to tylko przejściowa sytuacja? Rozumiem też Twoją babcię, bo ona jest odpowiedzialna za Ciebie w czasie kiedy się Tobą opiekuje. Boi się, że gdyby coś się stało rodzicie mieliby do niej pretensje.
Uważam, że lepiej by było gdyby babcia pozwoliła jemu przychodzić do Ciebie, bo wtedy miałaby Was "na oku" i nie musiałaby się martwić "co Ty tam robisz". Naturalne jest, że chcesz się z nim pożeganć przed wyjazdem. Myślę, że w tej sytaucji z babcią powinni porozmawiać rodzice. A może zapytaj babcię co konkretnie w tym chłopaku jej się nie podoba i poproś tylko o możliwość pożegnania? Z Bogiem!
Nic więcej na razie Ci nie poradzę, musisz przeżyć swój ból, żal, musisz dać sobie czas. Nic od razu nie minie. Módl się o zabranie tego uczucia, o uwolnienie. Będzie dobrze, będzie na pewno, choć nie odrazu. Zobaczysz! Z Bogiem!


Ostatnia aktualizacja: 05.06.2008, 16:17


[ Powrót ]
Daj plusika:
[ Strona główna ] Drukuj Wyślij link
Trudna miłość. Jak pokonać kryzys? Trudna miłość. Jak pokonać kryzys?
Tonino Cantelmi, Rachele Barchiesi
Dlaczego zbudowanie stałych i silnych związków uczuciowych wydaje się dzisiaj bardzo trudne czy wręcz niemożliwe? Jakie są przyczyny kryzysu panującego w relacjach międzyludzkich? Autorzy niniejszej książki starają się ukazać te przyczyny. Chcą pomóc Czytelnikowi, zwłaszcza młodemu, w budowaniu trwałych relacji z innymi ludźmi.... » zobacz więcej
Zakochanie… i co dalej? Zakochanie… i co dalej?
Jacek Pulikowski
Książka ta jest pierwszym krokiem do szczęśliwego małżeństwa. Pomyśl o radosnym czasie zakochania, chodzenia ze sobą, narzeczeństwa i nie zmarnuj go! Wykorzystaj cenne wskazówki autora dla dobra twojego i przyszłego współmałżonka... » zobacz więcej
O stronie... | Ogłoszenia | Konkurs | Wspomóż nas | Polityka Prywatności | Kontakt

© 2001-2011 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej