Kartki Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Czat Opowiadania Perełki
Miłość czy MIŁOŚĆ? Czyli sztuka chodzenia ze sobą Miłość czy MIŁOŚĆ? Czyli sztuka chodzenia ze sobą
Katarzyna i Tomasz Jarosz
Przeczytaj tę książkę! Być może znajdziesz tu odpowiedzi na swoje pytania, a przedstawione rady pomogą Ci wybrnąć z sytuacji w jakieś się znalazłeś.... » zobacz więcej
miłość czy Miłość?

Odpowiedzi na pytania

Odp: [1-50], [51-100], [101-150], [151-200], [201-250], [251-300], [301-350], [351-400],
[401-450], [451-500], [501-550], [551-600], [601-650], [651-700], [701-750], [751-800], [801-850], [851-900]
[901-950], [951-1000], [1001-1050], [1051-1100], [1101-1150], [1151-1200], [1201-1250], [1251-1300],
[1301-1350], [1351-1400], [1401-1450], [1451-1500], [1501-1500], [1551-1600], [1601-1650], [1651-1700],
[1701-1750], [1751-1800], [1801-1850], [1851-1900], [1901-1950], [1951-2000], [2000-2050], [2051-2100],
[2100-2150], [2151-2200], [2201-2250], [2251-2300], [2301-2350], [2351-2400], [2401-2450], [2451-2500],
[2501-2550], [2551-2600], [2601-2650], [2651-2700], [2701-2750], [2751-2800], [2801-2850], [2851-2900], [2901-2950], [2951-3000],
[3001-3050], [3100-3100], [3101-3150], [3151-3200], [3201-3250], [3251-3300], [3301-3350], [3351-3400],

Kochałem dziewczynę Kochałem dziewczynę
Walter Trobisch
Książka ta została przetłumaczona na 70 języków i cieszy się ogromną popularnością wśród młodzieży całego świata... » zobacz więcej




  Julka, 18 lat
1850
06.08.2007  
mam przyjaciela z którym znam się przeszło 7 lat. nigdy nic między nami nie było, wiedzieliśmy o sobie wszystko, pocieszaliśmy się po kolejnych porażkach sercowych. byliśmy jak brat i siostra. aż nagle zaczęłam czuć że coś się zmieniło. on coraz częściej na mnie patrzył. domyśliłam się że chyba się we mnie zakochał. i miałam rację. oświadczył że 3 miesiące temu zobaczył we mnie kogoś wiecej i poprosił mnie o chodzenie. odmówiłam najdelikatniej jak umiałam. nie potrafiłabym być z kimś kto jest dla mnie jak brat. on mówił że nic się nie stało, że wszystko w porządku. a teraz panuje między nami cisza. od tego zdarzenia minęły 2 tygodnie, a ja boję się jak będzie dalej. nie chcę tracić przyjaźni z nim... wiem że nie będzie tak samojak kiedyś, ale chciałabym żeby było możliwie podobnie... co mam zrobić żeby nie stracić go jako przyjaciela???

* * * * *

Pisałam o tym w odp. nr: 46, 72, 223. Widzisz, dlatego piszę że ja nie bardzo wierzę w przyjaźń między chłopakiem i dziewczyną. Bo prędzej czy później któraś ze stron zaczyna czuć coś więcej.
Jeśli jemu na Tobie zależy, Ty zaś nic do niego nie czujesz to niestety musisz liczyć się z tym, że może nie być już tak jak dawniej - przynajmniej przez jakiś czas. On teraz ma potrzebę unikania Ciebie, Waszych kontaktów - bo cierpi. Po prostu. I dopóki emocje nie opadną, a on się nie "odkocha" to tak będzie. Musisz to uszanować i nie wymagać dawnych relacji. Żeby uczucie wygasło musimy go nie pielęgnować, a zatem nie mieć kontaktu z tą drugą osobą.
Oczywiście, jak minie odpowiedni czas, a Twój widok nie będzie go "ruszał" wszystko może wrócić do normy. Ale do tego potrzeba właśnie czasu. Weź też pod uwagę, że on to odbiera jako osobistą porażkę - dostał kosza. Jego męska duma bardzo cierpi. To kolejny powód dla którego Cię unika.
Ty nie możesz nic zrobić, a na pewno nic na siłę. Nie dzwoń do niego zbyt często, nie nalegaj na spotkania. Bo może sobie narobić nadzieji. Przeczekaj. Jak będzie w lepszym stanie psychicznym sam powinien wyjść z inicjatywą. A Ty bądź dla niego życzliwa, pomóż jak trzeba ale uszanuj jego zranienie. Z Bogiem!

  Marta, 17 lat
1849
06.08.2007  
jestem osobą towarzyską, mam sporo przyjaciół. jak wiadomo, temat spraw sercowych jest bardzo chętnie omawiany publicznie. niektórym nie sprawia problemów, stwierdzenie iż kochają, lub podoba im się jakaś tam osoba. mówią nawet dokładnie, po nazwisku o jaką osobę im chodzi. ja nie jestem taka. wstydzę się mówić tak publicznie o moich uczuciach, osobom które znam, ale nie ufam im tak jak sprawdzonym przyjaciołom. na codzien nie sprawia mi to problemu. zaczyna się on w czasie spotkań ze znajomymi, kiedy wszyscy zaczynają opowiadać kto się komu podoba. i wtedy własnie wszyscy chcą wiedzieć kto mi się podoba, czy miałam już faceta, a jeśli tak to kogo, gdzie i kiedy. nie chcę opowiadać o takich sprawach publicznie, ale jeśli powiem żę to moja prywatna sprawa, obrażą się, a ja wyjdę na idiotkę. co zrobić gdy następnym razem ktoś zapyta? ciągłe zmiany tematów zaczynają mnie już męczyć...

* * * * *

A ja Ci się nie dziwię, natomiast bardzo dziwię się znajomym. Takich rzeczy nie powinno się nawet opowiadać publicznie, bo potem są plotki, nieporozumienia i żale. Zresztą po co komu taka wiedza? Nawet do głowy by mi nie przyszło, żeby o tym mówić! Uważam, że nie postępujesz źle. Jeśli ktoś się z tego powodu obraża to jego problem. Oczywiście, nie chodzi o to, by nie bywać w towarzystwie ale nie dawać się wciągać w takie plotkowanie. Co mówić? Że nikt Ci się aktualnie nie podoba. Albo że dopiero czekasz na swojego rycerza. Albo zażartować, że przychylasz się do zdania większości i podoba Ci się ten kto uzyskał większość głosów. Ewentualnie, że podoba Ci się jakiś aktor. W każdym razie nie mówić o osobie znanej w towarzystwie, żeby nie było jakichś niezręcznych sytuacji później, że ktoś się o czymś dowiedział, ktoś kogoś unika itp. Z Bogiem!

  Ola, 24 lat
1848
06.08.2007  
Witam wszystkich,

Z gory przepraszam, jesli watek ktory rozpoczne bedzie umieszczony nie w tym miejscu gdzie powinien i przepraszam za jego osobisty charakter, ale mam nadzieje ze tutaj uzyskam jakies wskazowki, rady, pomoc na dreczacy mnie problem...
Mam 24 lata...zostalam obdarzona uczuciem i je odwzajemniam przez mezczyzne 40 letniego (wiek tutaj nie jest zadnym problemem)...ktory jest tatusiem 8-letniego chlopca...do szostego roku zycia synka mieszkal z nim i kobieta ktora jest jego mama (nie mieli slubu, takze jest stanu wolnego), od 2 lat przebywa za granicami kraju, kontakt z synem ma ograniczony (utrudniany) nad czym bardzo ubolewa i wierzy ze nadejdzie dzien kiedy synek bedzie mogl byc z nim...trudna to jest sytuacja i jeszcze trudniejsza tym bardziej ze w samym srodku tego ja sie znalazlam...wiem ze czlowiek, ktorego pokochalam zasluguje na milosc, chce byc kochany i sam potrafi kochac...martwi mnie jednak ta cala sytuacja, boje sie czy przez to nie bede cierpiala, czy nie bede ta druga (mimo tego ze nie mieli slubu)...prosze o jakas rade nie tylko osoby duchowne, ale takze Was przyjaciele, wierze ze spojrzycie na to z innej perspektywy, moze pokazecie mi cos czego nie widze...dziekuje z gory za kazda rade. Pozdrawiam


* * * * *

No ale czy zastanawiałaś się nad tym dlaczego oni nie mieli ślubu? Czy Bóg nie był dla nich ważny skoro żyli w grzesznym związku czy on nie kochał kobiety, która urodziła jego dziecko? No bo jedna z tych dwóch sytuacji ma miejsce.
Po drugie: nie wystarczy ubolewać nad faktem utrudniania kontaktu z dzieckiem tylko aktywnie o ten kontakt walczyć. Jeśli syn jest dla niego ważny to powinien robić wszystko by uczestniczyć w jego życiu i wychowaniu. Chłopak potrzebuje ojca! I musisz wziąć pod uwagę ten fakt, że jakbyś się z tym człowiekim związała to syn zawsze będzie w jego życiu i nawet powinien być.
Czy będziesz tą drugą? Tego nie wiem. Nie znam relacji między nimi, więc trudno mi tu coś stwierdzić. Natomiast na pewno dla jego syna będziesz kimś obcym. Dziecko może Cię nawet nienawidzić, bo może myśleć, że zabrałaś mu ojca. Tak nie jest ale nie jest to oczywiste dla dziecka. Czy poradzisz sobie z tą sytuacją? Czy poradzisz sobie być może z pretensjami tej kobiety? Czy będziesz pozwalała by on sam czasem zabrał syna na wycieczkę, że tylko z nim czasem spędzi weekend? Bo tego chłopak potrzebuje.
Ponadto: dlaczego rozpadł się tamten związek? Myślałaś nad tym? Co było przyczyną? To ważne bo może świadczyć o nieumiejętności wytrwania w stałym związku lub nieumiejętności rozwiązywania problemów.
Kolejna sprawa: czystość. Jak on Cię traktuje? Jaki ma stosunek do czystości? No bo skoro cudzołożył przez kilka lat to obawiam się, że prędzej czy później będzie tego chciał od Ciebie. Co Ty na to?
Czy on chciałby się z Tobą ożenić? Czy traktuje Cię poważnie?
Olu! Przepraszam, że tak ostro piszę. Ale widzisz lepiej dmuchać na zimne.
Ty patrzysz oczami zakochanej, ja patrzę z zewnątrz. A fakty są takie, że jest to facet z przeszłością i to przeszłością nie do końca Ci znaną.
Oczywiście nie mówię, że z tym człowiekiem nie da się stworzyć dobrego związku albo że jest złym człowiekiem. Być może jest to jak najbardziej możliwe. Ale po pierwsze trzeba mieć świadomość pewnych rzeczy i pewnych konsekwencji. Musicie dobrze się poznać, musicie ze sobą dużo rozmawiać. Dopiero wtedy można podejmować jakiekolwiek decyzje. A co do wieku proszę przeczytaj odp. nr: 8, 28, 87, 310, 916, 1253.
Módl się o dobrą decyzję. Z Bogiem!

  Ola, 18 lat
1847
06.08.2007  
mam pewnien problem. Od miesiąca spotykam sie z 19 lat starszym mężczyzną. Wprawdzie wiek nie stanowi dla mnie żadnego problemu, ale to ze on ma żone i 2 dzieci zdecydowanie tak. On rozwodzi sie ze swoją żoną, ponieważ ona go zdradziła. Ona nadal spotyka sie ze swoim kochankiem. Nikt nie wie o naszym związku. Na razie, do czasu rozwodu utrzymujemy go w tajemnicy. Oni mają sie rozwieśc za porozumieniem stron. Możliwe jest żebym ja była wzywana jako świadek? O naszym zwiazku nikt nie wie, nawet nasi rodzicie. On mówi, ze mnie kocha, wierze mu, ja też go kocham. Ale czasami ta cała sytuacja mnie przeraża. Nie wiem co mam zrobić. Wiem jedno: że nie zrezygnuje z tego uczucia, bo mi naprawde zalezy. Bardzo chciałabym prosic o jakąś rade co mam robić i czy możliwe jest abym była ich świadkiem w sądzie.

* * * * *

Na początek przeczytaj odp. nr: 1034, 1100, 1699 a potem spytaj mamy co na ten temat myśli. Jeśli dla Ciebie to taki ważny związek to czemu go ukrywasz? Jak ktoś jest szczęśliwy to chce się szczęściem dzielić a nie wstydzi się go. Jak wszystko ok, to w czym problem?
Czy Ty naprawdę myślisz, że on Cię kocha a nie tylko pożąda?
Czy naprawdę uważasz, że to nic złego w wiązaniu się z osobą po rozwodzie i życie w ciągłym grzechu (bo wiesz, że ślubu kościelnego nie weźmiecie, a przypuszczam, że żadnego, bo ten pan Ci się nie oświadczy).
Czy naprawdę nie czujesz się źle w takim związku, nie masz kaca moralnego?
Czy sądzisz, że będziesz (jesteś!) dla niego kimś więcej niż kochanką?
Czy myślisz, że opuszczenie dzieci (pewnie w Twoim wieku) jest dobrym posunięciem?
Czy chciałabyś, żeby Twój tata tak się zachował jak ten pan?
Nie wolisz normalnego związku z rówieśnikiem w czystości i z wizją ślubu?
Jak myślisz: kiedy znudzisz się temu panu? Bo jak ktoś nie walczy o swoje małżeństwo, jak nie ma oporu przed rozwodem i rozstaniem z żoną, której przed Bogiem i świadkami ślubował miłość i wierność oraz opuszczeniem dzieci, które narodziły się z ich miłości nie będzie miał żadnych oporów, by w razie jakiegokolwiek problemu zostawić Ciebie.
Czy dla Ciebie Bóg nie jest ważny? Bo dla niego nie skoro się rozwodzi i nie ma oporów przed wykorzystywaniem młodej dziewczyny. A jeśli twierdzi, że Cię kocha to dlaczego ukrywa związek i nawet nie przedstawił się Twoim rodzicom? No tak, miłość to pragnienie dobra dla drugiego człowieka, więc jeśli on Cię kocha, czyli chce Twojego dobra to powinien to zrobić, żeby rodzice się nie martwili o Ciebie skoro masz takiego opiekuna.

Chcesz za kilka lat zostać na lodzie z poczuciem wykorzystania i poczuciem straconego czasu?
Na koniec: możesz być wzywana jako świadek, bo Ty też przyczyniasz się do rozpadu tego małżeństwa a jego żona na pewno będzie się bronić i wyciągnie wszystkie brudy.
Dziewczyno, ratuj siebie i uciekaj póki czas. Z Bogiem!

  Ewelina, 20 lat
1846
05.08.2007  
Miną już ponad miesiąc jak zerwał ze mna mój chłopak.Nie moge sie pozbierac do tej pory:( Wciągu 2 tygodni schudłam 7 kg waze 45..(nie chce sie użalac ani robic z siebie ofiary ale stwierdzam fakty). Rodzice sie tym przejeli, zrobiono mi mase badan bo mysleli ,że to jakas choroba..potem zwalono wine na stres związany z sesja...tymczasem ja tak bardzo cierpie..:( Wczesniej opisywałam tu historie swojej miłosci.Pisałam o tym jak to moi rodzice sa przeciwni związkowi z moim chłopakiem i ile musiałam walczyc zeby nas zaakceptowali. Gdy to w końcu nastąpiło po roku bycia razem(dokładnie w dzien kiedy mina rok) moj chlopak ze mna zerwał.Powiedział ,że nigdy mnie nie kochał nie kocha i nie bedzie kochał ,że był ze mna przez rok z nudów.Te słowa cały czas dzwięczą w moich uszach..3 tygodnie przed tym jak ze mna zerwał bardzo sie kłocilismy. Głównie z mojej winy bo..wymagałam od n iego jednej rzeczy. Żeby napisał mi sms\'a z informacja gdzie jest..miałam cos takiego ,że nie mogłam zasnac kiedy ie wiedziałam że on jest juz w łóżku, on nie potrafił tego zrozuiec uważal ze traktuje go jak dziecko i pilnuje jakby mial 3 latka. Przeprosiłam go wtedy i prosiłam o szanse..niestey..nie dał mi jej..Ja to bardzo przezywam..tymczasem on jeszcze tego samego dnia w ktorym ze mna zeerwal chodzil za reke z inna dziewczyna.teraz chyba nawet z nia jest..chociaz przede mna sie wypiera i mowi ze nie ma dziewczyny,ale widuje go z nia(chodzacych za reke) na imprezach publicznych wiec chyba cos jest nie tak. Kiedys jak byłam znim to na samym poczatku mowil dla swoich kolezanek tez ze nie jest ze mn i takie tam....zreszta teraz to i tak nie ma znaczenia.W trakcie gdy było mi najgorzej goraco odmiawiałam różaniec, na prawde pomagało mi to niezmiernie. Jednak Bóg mnie nie wysłuchał i nie wrócił mi go..Co ja ma teraz zrobic? tak bardzo go pokochałam a on mnie tak skrzywdził..co ja mam zrobic? jka teraz zyc? wiem ,że powie Pani ,że życie sie nie konczy i nie on jeden jest na swiecie..ale teraz takie argumenty od mnie nie docieraja.Gdy widze go z ta dziewczyna to cos w środku mi pęka i przez kolejny tydzien nie jem i wyglądam coraz gorzej.Myślałam juz nawet nad tym żeby zaczac byc z kims tylko po to aby zapomniec no ale od razu ten pomysl mni odszedl bo przeciez to nie jest dobre..nie mozna wykorzystywac ludzi.Chciałabym jakos o nim zapomniec wybic sobie z głowy ale boje sie ze każdego nastepnego chłopaka bede porównywac do niego bo on był dla mnie ideałem było mi znim dobrze pomijajac te kłotnie ostatnia.. Dlaczego on tak ze mna postapil i zerwał w taki okrotny spoob? a moze po prostu chical zebym sie od niego odczepiła w koncua to była najskuteczniejsza metoda? Najgorsze jest to ze on sie bawi ma kogos bliskiego a ja...cierpie nie potrafie isc na dyskoteke bawic sie z chlopakami. Do teo jeszcze uważam sie za brzydka n ic nie warta dziewczyne.mam wrazenie ze juz nigdy sie nie zakocham i niebede potrafila sie zasmiac mu w twarz..on widzi jka ja cierpie i kompletnie nic z tego sobie nie robi.. a przeciez tyle razem przeszlismy. Dlaczego mężczyzni tacy sa,że tak łatwo zapominaja? proszę o modliwte aby Bó wyleczył mnie z tego chorego uczucia

* * * * *

Droga Ewelino! To jest list z serii: "w głowie mi się nie mieści". No bo nie może się zmieśćić fakt, że ktoś chodzi z dziewczyną rok, a potem mówi takie rzeczy. Po pierwsze to nieprawda, bo gdyby był z Tobą "z nudów" to szybko by mu się "znudziło". Może i nie kochał Cię prawdziwie ale na pewno był zakochany, zależało mu na Tobie i starał się o Ciebie. To uczucie, ten związek nie jest Twoim wymysłem. Natomiast jego tłumaczenie jest żałosne. To po prostu pretekst. On nie wiedział jak związek zakończyć więc wolał głupio Ci wmówić, że nic między Wami nie było zamiast przyznać się, że może popełnił błąd albo nie pasujecie do siebie. Wołał z Ciebei "zrobić idiotkę" niż rozwiązać prolem. To tylko dowód niedojrzałości i przerośniętej męskiej dumy.
Piszesz, że on ma kogoś bliskiego. Nie ma. Jeśli tak od razu zaczął być z kimś innym to nie uwierzę, że z miłości. Albo Tobie robi na złość albo przedmiotwoo traktuje tą dziewczynę, bawi się, nie myśląc o jej uczuciach. I pewnie potraktuje tak jak Ciebie.
Bardzo mi przykro, że tak się stało.
O tym jak sobie radzić w takiej sytuacji pisałam w odp. nr: 80, 526, 653, 825. Nie możesz myśleć, że to tylko Twoja wina, że jesteś nieatrakcyjna i że każdy Cię tak potraktuje. Na pewno trafisz na właściwego chłopaka choć wiem, że w tej chwili nie chcesz o tym słyszeć. I słusznie. Musisz ochłonąć, dojść do siebie. To minie tylko daj sobie czas. Z Bogiem!

  natalia, 20 lat
1845
05.08.2007  
No cóż... mam problem.. a w zasadzie mamy.. ja i mój narzeczony... jesteśmy ze sobą od trzech lat, ja mam 20 lat, on 23, rok temu sie zareczylismy z myślą że za dwa lata sie pobierzemy... wtedy nasi rodzice bez żadnych wymówek przyjęli to do wiadomości, ale po roku cos sie w ich rozumieniu zmieniło... na dzień dzisiejszy uważaja że małzeństwo w tak młodym wieku to czysta głupota i jeżeli weźmiemy za rok slub to zrujnujemy sobie życie.. Potwornie przykro jest tego słuchać, szczególnie ze strony własnych rodziców, którzy zawsze byli dla mnie wsparciem... wiedzą ze bardzo sie kochamy i ze już niejedno przeżyliśmy... szczególnie kiedy Łukasz wyjechał do Anglii na pół roku... wtedy udało nam sie pokonać czas, ale teraz gdy rodzice proponują nam słub w 2011, to na samą myśl serce mi sie kraje... nie chce tak długo żyć bez niego... oboje tak bardzo pragniemy dzielić ze sobą zwykłą codzienność... wiem ze moi rodzice chcą dla mnie dobrze... nie chcą żebym sobie komplikowała zycie i żebym mogła spokojnie skończyć studia, nie mając na sobie „takiego bagazu”... tylko że dla nas ten bagaż jest naszym największym marzeniem... a małżeństwo wcale nie przeszkadza w studiowaniu... co prawda ja jestem na studiach dziennych ale pracuje kiedy tylko moge, Łukasz z kolei konczy studia zaoczne a jednoczęśnie pracuje na kopalni... pracuje tam wśród meżczyzn, którzy mają swoje rodziny, żony, dzieci i bynajmniej nie jest to dla nich „niezręcznym bagażem”... Gdybysmy chcieli, bylibyśmy w stanie sami opłacić sobie ślub i nie przejmować sie zdaniem rodziców... tylko ze mamy swiadomość ze to nie jest dobre rozwiacanie... nie chcemy budować naszego małzenstwa rujnując kontakty z rodzicami... tylko jak w tej sytuacji odnaleźć kompromis.. kiedy oni stawiają nas przed nastepującym „wyborem” - albo slub w 2011 albo chcecie zebysmy dostali zawału... wiem ze to troche komicznie brzmi ale oni bynajmniej nie żartowali... nie mamy pojecia jak wybrnąc z tej sytuacji... wiemy ze najlepiej byłoby poczekać do tej „magicznej daty”, ale kiedy pomyślimy o tych 4 latach... to po prostu przeraża... nie wyobrażam sobie żebyśmy mogli tkwic w tym samym miejscu przez tyle lat... do tego dochodzi jeszcze problem z czystoscią.. do tej pory jeszcze nie współzylismy, pomimo tego, ze praktycznie co weekend gdzieś razem wyjeżdżamy... juz od dłuższego czasu bijemy sie o tą czystośc.. gdy mieliśmy przed soba perspektywe slubu za rok, ta walka wydawała sie już prawie ze wygrana... ale kiedy ślub oddala sie o kolejne 3 lata... nie wytrzymamy... jesteśmy tego świadomi i wciąż bijemy sie z myslami i z własnymi sumieniami... na prawde nie wiemy jak sobie z tym wszystkim poradzic... jeśli potraficie... pomóżcie nam... prosze...

* * * * *

Jeżeli czujecie się naprawdę dojrzali, jesteście w stanie sami się utrzymać i opłacić ślub to jednak nie poddawałabym się presji rodziców. Oczywiście nie chodzi o to, by wszczynać kłótnie lub wziąć potajemnie ślub ale trwać przy swoim. Jesteście dorośli, samodzielni i gotowi stworzyć rodzinę więc nie powinni rodzice wyznaczać Wam daty ślubu.
Naturalnie, że oni chcą dla Was jak najlepiej, chcą byście skończyli studia i zaczęli małżeństwo na spokojnie. Bo faktem jest że będzie dużo trudniej, a jeśliby poczęło się dziecko to istnieje obawa, że tych studiów oboje lub Ty nie skończysz - przynajmniej od razu. I to jest problem. Poza tym być może wtedy nie poradzilibyście sobie finansowo. Ale to jedna strona medalu. Drugą jest ta o której pisałam wcześniej. Jesteście w stanie wynająć mieszkanie i nie mieszkać z rodzicami po ślubie? Jeśli tak to będzie to dowód Waszej dojrzałości. Jeśli sami załatwicie formalności związane ze ślubem i weselem, zapłacicie za to a potem zamieszkacie samodzielnie to będzie dowód Waszej dojrzałości. I do tego bym dążyła: konsekwentnie, stanowczo udowadniać rodzicom swoim życiem, że jestescie dorośli, że sobie poradzicie. Rozmawiajcie z nimi spokojnie i grzecznie, zapewniajcie, że sobie poradzicie.
No i przede wszystkim między sobą ustalcie jak to będzie. Przygotujcie sobie plan.
I to w kilku wariantach. Dotyczący sytuacji materialnej, zawodowej, nauki, mieszkania, ewentualnego dziecka. Bo nie może być tak, że weźmiecie ślub a potem nie poradzicie sobie i rodzice powiedzą: "a nie mówiliśmy?". A żeby się utwierdzić czy to właściwa decyzja zapraszam na wspaniały kurs przedmałżeński pod nazwą "Wieczory dla zakochanych". Informacje znajdziesz tutaj: www.spotkaniamalzenskie.pl, www.malzenstwo.pl
To może Wam wiele wyjaśnić i jeśli to dobra decyzja to Was w niej utwierdzi. Powodzenia! A odnośnie czystości polecam ten artykuł: [zobacz]. Módlcie się o dobre decyzje. Z Bogiem!

  Ania, 19 lat
1844
04.08.2007  
Czy całowanie kleryka jest grzechem? Kiedyś bylismy razem, obecnie on jest po 2 roku w seminarium. Dobrze się dogadujemy mimo sprzeczek w przeszłości. Inicjatywa wyszła od niego, początkowo miało być po przyjacielsku, ale emocje wzięły górę nad rozsądkiem. I nie był to zwykły buziak w policzek.

* * * * *

Tak jak każdego kto ma np. narzeczoną. To jest mniej więcej tak samo. A jak on zachował się po tym zdarzeniu? Przepraszał Cię, było mu wstyd, obiecywał, że się to nie powtórzy, spowiadał się z tego? Jeśli tak to jeszcze pół biedy, jeśli nie, jeśli inicjatywa wyszła od niego to znaczy, że nie panuje nad sobą, a może powinien się poważnie zastanowić nad powołaniem? Rada dla Ciebie: unikaj kogoś kto chce "dwie sroki za ogon złapać". Nie można dziewczyny mieć i w seminarium być. Nie można chcieć być księdzem i robić komuś nadzieję lub bawić się jego uczuciami. W każdym razie Ty powinnaś rozluźnić z nim kontakty i to nie tylko dlatego, że możesz zostać obwiniona o odciąganie chłopaka od powołania ale przede wszystkim dlatego, że on względem Ciebie zachowuje się niepoważnie! Jest to dokładnie tak jakby całował Cię ktoś kto ma narzeczoną. Nie czułabyś się komfortowo, prawda? Bo wiedziałabyś, że jesteś na II planie, że nie Ty jesteś dla niego najważniejsza. W tym przypadku też nie jesteś i dlatego to jest nieodpowiedzialne zachowanie z jego strony. Przeczytaj też odp. nr 10, 29, 157, 364 , 523, 644, 940, a zwłaszcza odp. nr 381. Z Bogiem!

  agata, 19 lat
1843
04.08.2007  
1796. spotkalam sie z nim bo on bardzo nalegal, odezwal sie zaraz po tym jak napisalam do pani ostatni list. ja jestem niesmiala wiec go nie zapytam o nic wprost, mysle ze ja mu sie podobam , ale nie wiem czy cos wiecej, wogole odnioslam takie wrazenie ze on dojrzal, rozstal sie ze swoja dziewczyna, powiedzial mi to wlansie na tym spotkaniu.teraz wyjechal na miesiac za granice do pracy ale pod koneic wakacji wroci i powiedzial ze zrobi wszystkoz eby sie ze mna spotkac. to byly dokaldnie takie slwoa. teraz mysle ze moze faktycznie niepotrzebnie sie z nim widzialam bo wszystko odzylo na nowo a juz zaczynalam myslec o nim w inny sposob, traktowalam to jako wspomnienie, przygode.teraz jest wszystko od nowa, czekam na niego i tesknie.... nie wiem co robic. jest jeszzce druga sprawa ...dzisiaj pewien chlopak z pracy wyznal mi ze cos do mnie czuje i ze chcialby sie spotkac , zapytal czy ma jakies szanse ....a ja poczulam cos niesamowicie dziwnego..nie chcialam mu sprawic przykrspsci wiec od razu mu nie odpiwiedzialam z enic z tego ale powiedzialam ze mam chlopakai tak naprawde od czasu kiedy kocham pawla zaden inny chlopak dla mnie nie istnieje...nie potrafie flirtowac i nie chce sie podobac innym, czuje sie tak jakbym byla w zwiazku z pawelm i ciagle na nieg czekala, tesknila...nie hce nikogo ranic a wiem ze moj kolega zpracy bardzo to przezywa, jednak ja nie potrafie mu okazac nic wiecej poza czysto kolezenska sympatia choc bardzo o lubie...prosze o rade.

* * * * *

Ale przecież nie masz chłopaka, więc po co to powiedziałaś?
Uważam, że powinnaś normalnie spotkać się z kolegą z pracy, przecież od razu o rękę Cię nie poprosi! A może to wartościowy chłopak, może właśnie z nim byłabyś szczęśliwa? Może dzięki niemu łatwiej byś zapomniała o tamtym.To przecież nie chodzi o flirt!
Weź pod uwagę, że Paweł nic Ci nie obiecywał, że już raz miałaś przeżycia w związku z nim, że nie masz żadnej pewności czy teraz byłoby inaczej. Chyba zbyt łatwo mu ufasz, nie wiem dlaczego.
No cóż, sama trochę zamotałaś sytuację. Z Pawełem jeśli będziesz utrzymywać kontakt to bądź bardziej na dystans, on nie może mieć poczucia że jesteś na każde jego zawołanie i zrobisz wszystko co zechce. To nie jest wyzwanie dla chłopaka i nie budzi szacunku. Nie pozwól się po raz kolejny zranić. Z Bogiem!

  Marysia, 18 lat
1842
04.08.2007  
Tak wiele mówi się o tym, że warto w związku zachować czystość. Zgadzam się z tym poglądem jak najbardziej.
Mój chłopak mówi, że mnie szanuje, że mu zależy na mnie i na naszym związku oraz to, że mnie kocha (i daje wiele dowodów).
Jednakże pojawił się problem. Nie wystarcza mu już trzymanie za rękę, czy tez pocałunek.
Otwarcie porozmawialiśmy o tym i obydwoje chcemy dotrwać w czystości do ślubu.
Zaistniały liczne sytuacje, które mogą świadczyć o "zapominaniu" o ustaleniu zachowania czystości.
Zastanawiam się jak mam przypomnieć mu o tym, ale w taki sposób, by nasz związek się nie rozpadł.


* * * * *

Myślę, że musicie ustalić sztywne zasady. Naturalne jest dążenie do coraz większej bliskości pomiędzy kochającymi się ludźmi. Jest dokladnie tak jak mówisz - po kilku miesiącach znajomości nie wystarcza trzyamanie za rękę choć na początku sama myśl o dotknięciu dziewczyny czy chłopaka powodowała dreszcze. Natomiast idąc coraz dalej za swoimi pragnieniami można łatwo przekroczyć granice. Dlatego konieczne jest ustalenie zasad. Może się to wydawać śmieszne, ale uwierz, że bardzo pomaga. One mogą być całkiem proste ale musicie się ich trzymać, a jeśli zdarzyłoby Wam się je przekroczyć to musicie przeprosić za to siebie nazwajem i - w zależności czy były przekroczeniem przykazań - Jezusa. Jak przypominać o tym chłopakowi? Zwyczajnie, słowami: "poszliśmy za daleko", "ustaliliśmy, że tu jest granica", "proszę, nie rób tego", "dla mnie to za dużo". Wyraźne i proste komunikaty są najlepsze. Nie można obwijać w bawełnę, milczeć albo znosić wszystkiego, bo chłopak się nie domyśli i będzie myślał, że Ci to odpowiada. Jeśli nie odpowiada - musisz wyraźnie mu o tym mówić.
W tym artykule: [zobacz] pisałam więcej na ten temat. Z Bogiem!

  ..., 24 lat
1841
04.08.2007  
1805. co do tej odpowiedzi..
poddawal sie badaniom. nie palil. to zakonczony rozdzial. mimo to : czy
warto zwiazywac sie z taka osobą? czy nie wroci? bardzo sie tego boje..
co do bylej.. jestem chorobliwie zazdrosna. rozmawiali kiedys ze sobą - jak koledzy. jednak gdy zauwazyl ze mnie to drazni definitywnie przestal. jednak boje sie ze on mnie do niej porownuje. denerwuje mnie cala jej osoba. czuje sie jak jakas chora.. mysle o niej czesto. ze z nia byl szczesliwszy ze byla lepsza itd.
nigdy mi nie dal znac ze tak bylo! przeciwnie.. ja zawsze bylam ta najlepsza. ale boje sie.. to mnie wykancza.
w dodatku mam jeszcze jedna prosbe. na dlugi czas musimy sie rozstac. wyjezdzam.. co zrobic aby nie tesknic? czy sa jakies sposoby? juz placze..
z gory bardzo dziekuje za odpowiedz. ten partal bardzo mi pomaga..


* * * * *

Po pierwsze: nie potrafię odpowiedzieć Ci na pytanie czy on nie wróci do palenia. Jeśli nie trwało to długo, jeśli się nie uzależnił i od dawna tego nie robi to oczywiście jest ogromna szansa, że będzie ok. Natomiast to wszystko zależy od niego: od tego jaką ma silną wolę, jak bardzo zależy mu na Tobie. Tylko on może na takie pytanie swoim życiem odpowiedzieć. Jeśli Tylko to masz mu do zarzucenia to naturalnie Wasz związek ma szansę - jak każdy inny. Po drugie: przeczytaj co piszę w odp. nr: 24, 377, 1343, 1385 o zazdrości. Sama sobie stwarzasz problem i uważaj, żeby Cię nie zniszczył. Czy on się tak zachowuje w stosunku do Twojego byłego chłopaka? Czy masz powody by sądzić, że jestes porównywana? A może po prostu to Ty masz kompleksy na jakimś swoim punkcie, to Ty nie wierzysz, że jesteś dla niego najlepsza, to Ty się czegoś w sobie wstydzisz, czegoś nie akceptujesz? Może się boisz, że to wyjdzie na jaw, on to odkryje, trafi w Twój czuły punkt i Cię z tego powodu zostawi? Pamiętaj, inni widzą nas takimi jakimi my sami się widzimy. Jeśli będziesz z pewnych rzeczy robić problem, uciekać od nich to inni zauważą, że to jest Twój problem. Jak będziesz uważała się za wartościową dziewczynę to inni też będą uważali, że wszystko z Tobą ok. Pomyśl nad tym czego w sobie się boisz i czego boisz się jemu ukazać.
A może jest tak, że to jednak jego nie akceptujesz (może za to palenie) i jesteś zła, że tamtej dziewczynie to nie przeszkadzało, że potrafiła to zaakceptować a Tobie przeszkadza i za to, że w tym była "lepsza" jej nie lubisz? Po trzecie: nie, no na tęsknotę rady nie ma. Zresztą to dobry objaw, bo znaczy, że ludziom na sobie zależy. Polecam kontakt jak najczęstszy (telefony, listy, maile, smsy). Umówcie się np. że codziennie wieczorkiem o określonej godzinie się skontaktujecie a jeśli będzie to niemożliwie to pomyślicie o sobie. Módlcie się najwzajem za siebie (też może być o tej samej godzinie). Opowiadajcie sobie co robiliście danego dnia. W ten sposób będziecie czuli łączność ze sobą. Z Bogiem!

  Daria, 17 lat
1840
04.08.2007  
Witam serdecznie;) na początku kilka słów o mnie. Mam na imię Daria. Mam 17 lat. heh, wydaje mi się ze te 17 lat to niewiele lub za malo aby cokolwiek wiedziec o milosci. Chyba tak wlasnie jest. Ale coz. ojej, mialo byc o mnie, przepraszam (rozpisala się) naleze do osob delikatnych i wrazliwych. Nie udzielam sie towarzysko. Nie jestem imprezowiczka. Pisze to bo chcialabym opowiedziec jaka jestem. Od roku tkwie w dziwnym stanie emocjonalnym. To wszytsko wina chlopaka ktory jest moim rowiesnikiem. Dlugo ze soba pisalismy. Łączą nas wspolne zainteresowania, szkola, wiek. Ale nie tylko. On poswiecil mi duzo czasu na rozmowy. Zwłaszcza te wirtualne. Pomogl mi w siebie uwierzyc i nabrac odrobiny wiecej pewnosci siebie bo jestem osoba niesmiala i skryta. Spotkalismy się. Juz wczesniej bardzo sie do niego przywiazałam. Coś czułam. ALe to chyba jest tylko silna fascynacja. Nie moge o nim zapomniec. On jest zupelnie inny niz ja, tzn otwarty na ludzi, pewny siebie, luzak itd. Musze przyznac ze spotkanie z nim bylo dla mnie bardzo ważne. Dlaczego? Powiem wprost. Bo do tej pory nie spotykalam sie z nikim. Balam sie go, gdy siedzial tuz obok. Balam sie gdy mnie przytulil. Nerwowo wyrwalam sie z jego objec i nie pozwolilam mu sie pocalowac. Bo ja nie chce byc jego zabawka. Boje sie wlasnych uczuc, nie chce cierpiec. Nie chce. Bo tego nie zniose. Nie dam rady. Czulam sie obok niego jak jakas pierwsza lepsza. minelo troche czasu. A ja nadal to wspominam. Nie stracilismy kontaktu ze soba. Ale nie widzielismy sie w 4 oczy od tej pory. Czasem piszemy. JA nie chce byc jego zabawka. A wiem ze tak wlasnie czulabym sie jako jego dziewczyna. Ale nie moge zapomniec. Nie umiem. to takie silne uczucie. Ale chyba nie milosc? nie wiem sama. i czuje sie zagubiona. dlatego zwracam sie z prosba o pomoc. nie wiem jak mam dalej postepowac. nie wiem co robic. jak sie zachowac? Dodam ze on nie widzi w kolejnym spotkaniu nic zlego. malo tego pisze do mnie podtekstami, tzn ja to odbieram tak jakby on chcial sie ze mna zabawic. Cokolwiek to znaczy. A ja nie chce byc jego zabawka i cierpiec. ale nie umiem tez zapomniec. On nigdy nie zniknie z mojego zycia. bardzo sie do niego przywiazalam i do naszych wspolnych rozmow. Powiem tez, przyznam sie do tego ze zanim sie z nim spotkalam czulam ze chcialabym zeby mnie przytulil, chcialam miec w nim oparcie, poczuc raz jak to jest byc z kims. ale nie chodzilo mi o pocalunek lub cos wiecej.Nie! dlatego sie wystraszylam. teraz sie go boje . czuje sie niepewnie gdy jest gdzies w poblizu bo mieszkamy blisko siebie. Pytam kolejny raz: co mam zrobic? zapomniec? jak? zainwestowac w znajomosc z nim? ale nie chce zeby on jej traktowal jako przygode. Nie chce tak. Nie chce byc jego zabawka! nie chce cierpiec. a nie umiem zapomniec. Dlatego o sobie pisze i szukam pomocy. Tutaj. Bo czuje sie zagubiona w gaszczu uczuc. Własnych. Proszę o rade. I z gory bardzo dziekuje za odpowiedz. Bóg zaplac ze mozna znalezc w interenecie takie miejsce gzdie mozna komus zaufac i zwierzyc sie ze swich problemow.

* * * * *

Droga Dario! Twoje odczucia są naturalne, ja też bym się tak czuła w takiej sytuacji.
Oczywiście, że świetnie wyczułaś tego chłopaka. Jeśli chłopak nie ma oporów przed przytulaniem i całowaniem jeszcze nie-swojej dziewczyny to nie traktuje jej poważnie. To ma taki, właśnie mocno luzacki sposób bycia i ani nie pomyśli co ona może poczuć. Oczywiście nie widzi w tym nic złego, a jak dziewczyna się zakocha i wreszcie wyrzuci z siebie swoje emocje to on będzie udawał zdziwionego i powie, że przecież "traktuje ją jak koleżankę". Tak, tak, z tego co piszesz wydaje mi się, że to taki typ, pisałam o tym trochę w odp. nr 1409. Ty zaś chcesz mieć normalnego chłopaka, takiego, dla którego będziesz jedyna (bo dla takiego byś nie była), takiego, który będzie Cię szanował i z którym pomału przejdziecie przez wszystkie etapy poznawania się i związku.
Jesteś nim zafascynowana, może to nawet zakochanie. Dlatego tak Ci ciężko zapomnieć, dlatego ciągnie Cię do rozmów i kontaktów z nim. Natomiast Twój instynkt samozachowawczy każe Ci się bronić przez traktowaniem Cię w ten sposób. Boisz się, że on się pobawi a potem zostaniesz porzucona z rozbudzonymi już uczuciami. Słusznie.
Co mogę Ci poradzić? Najwłaściwsze by było gdybyś - dopóki nie wygasną w Tobie emocje w stosunku do niego (podkreślam: emocje, nie chodzi mi o to, że o nim zapomnisz) - nie utrzymywała z nim bliższych kontaktów, a przynajmniej nie dążyła do nich i gdyby one nie wykraczały poza zwykłe "cześć". Inaczej będziesz się męczyć. Nie sadzę, byś mogła swoim zachowaniem wpłynąć na zmianę w nim, gdyż wydaje mi się, że on zachowuje się tak nie tylko w stosunku do Ciebie. Poobserwuj go w kontaktach z innymi. Potrzebny jest więc dystans. Oczywiście, że to Cię będzie bolało, ale nie ma innej sensownej drogi, dopóki nie będzie Cię "ruszał" Jego widok. O tym jak zapomnieć pisałam w odp. nr: 80, 526, 653, 825, poczytaj i wybierz z tego co jest Ci potrzebne.
Dario, taki obraz wyłania mi się z Twojego listu. Najważniejsze jest to jak Ty się przy nim czujesz, a nie czujesz się dobrze. Z Bogiem!

  Małgosia, 16 lat
1839
03.08.2007  
Witam:) Przejde od razu do rzeczy o ktora mi chodzi. Jeszcze nie zdarzylo sie tak ze moi rodzice nie byli przeciwni moim spotkaniom z jakimkolwiek chlopakiem nie wazne czy kolega czy z wlasnym chlopakiem. Jedynym chlopakiem jest to sasiad o rok ode mnie mlodszy z ktorym spedzilam cale dziecinstwo. Zawsze jezeli gdzies szlam i mowilam ze umowilam sie np z Konradem w odpowiedzi slyszalam ze musze zostac w domu albo ze jestem za mloda na takie spotykanie sie. Dwa lata temu zmusili mnie abym zerwala z jednym z moich chlopakow. Potem za kazdym razem jak gdzies szlam klamalam ze umowilam sie z kolezanka czy cos w tym stylu. Teraz rodzice tez czesto denerwuja sie nawet jak umawiam sie z jakas kolezanka. Uwazaja ze powinnam zostac w domu. Obecnie spotykam sie z bardzo milym i kulturalnym chlopakiem ktorego poznalam na balu konczacym gimnazjum. Gdy powiedzialam mamie prawde gdzie bylam i z kim zaczela sie wypytywac o wszelkie szczegoly zwiazane z nim. Nie chce ich klamac ale inaczej zostaje w domu a spotkania zostaja odwolane i potem przez dlugi czas slysze niemile komentarze od rodzicow. Mysle ze mamie chyba latwiej byloby pogodzic sie z mysla ze wiem co jest dobre a co zle i umiem odroznic dobrych kolegow od zlych. Od jakiegos roku staram sie im pokazac moja nastoletnia dojrzalosc poglebiajac swoja wiare racjonalnym mysleniem itp. Sama nie wiem co by pomoglo na ten moj problem. Z gory dziekuje za pomoc.

* * * * *

No masz rację: mama powinna zaufać Ci w kwestii odróżniania dobra od zła. Jeśli tak nie jest to właśnie coś z zaufaniem szwankuje. Albo było nadużyte w przeszłości albo rodzice są przewrażliwieni, sami mieli niemiłe przygody albo po prostu tak bardzo się o Ciebie boją.
Powinnaś szczerze z nimi rozmawiać, pytać DLACZEGO nie możesz wyjść lub spotkać się nawet z koleżanką? Czego oni się obawiają? Co - ich zadniem - możesz robić złego Ty lub co może spotkać Ciebie? Jeśli otrzymasz konkretną odpowiedź będziesz mogła się do niej ustosunkować i uspokoić rodziców. A może rodzice uważają, że powinnaś się uczyć i dlatego masz siedzieć w domu? Albo chodzi im o to, że powinnaś więcej w domu robić? No bo chyba nie chodzi o siedzenie dla samego siedzenia?
Najważniejsze, żeby udowadniać rodzicom na co dzień, że jesteś odpowiedzialna, że nie zaniedbujesz swoich obowiązków, że jesteś rozsądna. Stąd też ważne, byś rozmawiała z nimi spokojnie i rzeczowo, bo to będzie dowód Twojej dojrzałości. Polecam Ci też te odp.: 67, 114, 251, 207, 400, 1316, może tam znajdziesz jeszcze jakąś radę dla siebie?
Z Bogiem!

  Karolina, 19 lat
1838
03.08.2007  
Czy jeśli kobieta współżyła przed ślubem ma prawo pójść do ołtarza w białej sukni?

* * * * *

A to zależy. Pisałam o tym w odp. nr: 1117, 1134. Najważniejsza jest czystość jako postawa serca a nie fizyczne dziewictwo. Jeśli ktoś żałuje przeszłości, nawrócił się i żyje w czystości to - moim zdaniem - ma prawo do białej sukni. Ona ma wyrażać bowiem nasz stosunek do Boga, do jego przykazań, nasze zasady i poglądy w teraźniejszości. Przykre by było bardzo gdyby ktoś musiał w ten sposób płacić za błąd popełniony kiedyś w młodości mimo, iż od dawna żyje w łączności z Bogiem.

  Paulina, 21 lat
1837
02.08.2007  
Mam nastepujacy problem-podoba mi sie kolega ze studiow.Widze jak wiele ma zalet,podobny system wartosci co ja (a ostatnio spotykalam na codzien wielu niewierzacych albo niepraktykujacych chlopakow),dostrzegam tez jego wady co nie zmienia mojego nastawienia do niego.
Lubimy sie,rozmawiamy ze soba,nawet 2 razy wyszlismy wieczorem wspolnie ze znajomymi.Pozniej staralam sie jak najwiecej z nim rozmawiac na uczelni,byc dla niego mila.Jednak balam sie zaproponowac spotkanie tylko we dwoje,gdyz po pierwsze wydaje mi sie,ze on jeszcze nie mysli o byciu w zwiazku(jest bardzo pochloniety nauka),a po drugie nie wystarczyloby mi odwagi(jestem dosc niesmiala),a po trzecie chyba lepiej jest jak to chlopak stara sie o dziewczyne.
I wlasnie to,ze on nie daje mi zadnych znakow,ze mu sie podobam powstrzymuje mnie przed dalszymi krokami.Nie chcialabym sie przed nim osmieszyc.Przez pewien okres (od pazdziernika przez kilka miesiecy) bylam w nim zakochana,ale mi troche przeszlo i nawet postanowilam dac sobie spokoj.Spotkalam sie kilka razy z innym mezczyzna,ale nie wyszlo(zbyt sie roznilismy pogladami).Od czerwca znowu zaczelo mi bardziej na nim zalezec.Teraz sa wakacje i sie nie widzimy(daleko mieszka),ale czasami pogadamy na gg i tyle.
Czy warto czekac?A jesli tak to ile jeszcze?Czy zainteresowac sie innymi mezczyznami??Tylko,ze wszystkich porownuje z nim i wypadaja niekorzystnie.Wydaje mi sie,ze on jest moim idealem.Jednak nie przekonam sie o tym dopoki nie bedziemy blizej ze soba.Dopiero wtedy mozna sie tak naprawde poznac.
Prosze Pania serdecznie o rade.Zauwazylam,ze ma Pani krzepiace i madre slowo dla kazdego kto do Pani napisze.


* * * * *

No rzeczywiście trudny problem, tym bardziej, że co mogłaś to zrobiłaś. Twoja ocena sytuacji jest bardzo prawdopodobna i tak czy inaczej wydaje się, że on faktycznie nie myśli jeszcze o związku. Pytasz czy czekać czy interesować się kimś innym. Myślę, że nie powinnaś wykluczać spotkań z innymi, oczywiście nie szukać na siłę ale być otwarta, bo nigdy nie wiadomo czy akurat nie będzie to ktoś warty zainteresowania.
Co do tego chłopaka zaś pozostaje Ci zachowywać się tak jak do tej pory: rozmawiaj z nim, poproś go czasem o pomoc a jeśli masz jego adres to ewentualnie możesz wysłać mu kartkę z wakacji (choćby wirtualną).
Na pewno nie należy robić zdecydowanych ruchów ani proponować spotkania bo będzie to jednoznaczne i da odwrotny efekt. Wiem, że to taki stan zawieszenia, ale nie masz za bardzo możliwości dowiedzenia się co on o Tobie myśli. Powiem tak: jeśli faktycznie będzie Tobą zainteresowany to wykorzysta to, że chcesz z nim rozmawiać, że ma ku temu okazję, że go o coś poprosisz do podjęcia jakichś działań. Jeśli w przeciągu kilku miesięcy z tego nie skorzysta to chyba niestety jeszcze nie chce związku. Z Bogiem!

  Ola, 17 lat
1836
01.08.2007  
Mam pytanie... Może dziwnie to zabrzmi, ale po co zawiera się związki małżeńskie? Wiem, że to łaska uświęcająca od Boga, że łatwiej wtedy wytrwać razem i w ogóle... Ale mój chłopak ze względu na liczbę nieudanych małżeństw już w to nie wierzy... Wolałby żyć na 'kocią łapę', bo uważa, że nie zniszczy przynajmniej sobie życia... Tak samo ma dziwny stosunek do Boga, bo pare razy przejechal sie na roznych sytuacjach w życiu i zaczął Go o wszystko obwiniać... Także łaska uswięcajaca nie byla by dla niego dobrym argumentem... Nie chodzi mi o mnie, tylko ogolnie chcialabym wytlumaczyc mu kilka rzeczy, a nie za bardzo wiem jak... Jeśłi to mozliwe, prosze o pomoc... Pozdrawiam gorąco i prosze o modlitwe za nas...

* * * * *

Moja Droga! No zasadniczo to sobie sama odpowiedziałaś: sakrament małżeństwa daje łaskę. To jest tak, że Bóg nam błogosławi, sam Bóg. Chyba ważne błogosławieństwo, prawda? Dzięki niemu rzeczywiście łatwiej jest wytrwać, łatwiej rozwiązywać wspólne problemy, choćby przez to, że ma się większą motywację do ich rzeczywistego rozwiązywania, a nie jak w przypadku wolnego zwiazku - do "zabrania swoich zabawek".
Piszesz, że Twój chłopak nie wierzy w małżeństwo ze względu na liczbę nieudanych małżeństw? Jakich małżeństw? Chyba nie własnych, prawda? Skąd zatem może wiedzieć, że jego małżeństwo nie przetrwa? Dlaczego zakłada taki scenariusz? Czyż jego życie nie zależy od niego samego, od jego starań? Prezentując taką postawę sugeruje, że życie innych wpływa na niego i determinuje jego działania, że jest zależny od okoliczności i poglądów innych. Gdyby tak patrzeć nikt nie powinien iść do seminarium (tyle księży schodzi na złą drogę), do zakonu (tyle osób występuje), mieć dzieci (co z nich wyrośnie) i tak dalej itd. Doszłoby do tego, że nikt nie pownien wstawać z łóżka bo przecież może mu się coś stać.
Moja Droga! Życie to ryzyko. W każdej sytuacji ryzykujemy, począwszy od narodzin. Ale czy to oznacza, że nie powinniśmy żyć? Gdybyś spytała chłopaka czy wolałby nie żyć z pewnością by się oburzył a przynajmniej zdziwił. Zupełnie nie rozumiem dlaczego życie "na kocią łapę" tzn. życie w grzechu, bez Bożego błogosławieństwa miałoby nie być marnowaniem sobie życia? Dlaczego pozwalasz na to, by nazywanie pobłogosławionego przez Boga związku z ukochaną (czyli z Tobą) nazywał marnowaniem życia? Chyba coś tu nie tak?
Jeśli ktoś tak twierdzi, że małżeństwo to marnowanie życia to nie kocha tej osoby. To boi się odpowiedzialności za nią, to zostawia sobie furtkę i jest gotowy w razie jakichś problemów po prostu ją opuścić. To znaczy, że woli wygodne życie i narażanie dobrego imienia dziewczyny. To znaczy, że po prostu chce ją wykorzystać bo tak należy nazwać współżycie bez ślubu i korzystanie z tego, że ona mu gotuje, sprząta itp. czyli pełni obowiązki takie jak żona a nie ma nawet jego nazwiska i prawa do spadku po nim. Mało tego - nawet nie może za niego listu na poczcie odebrać. No tak, to właśnie tak jest.
Co takiego przerażającego jest w przysiędzie małżeńskiej? Miłość, wierność? Czy może uczciwość? Czy pozostając w wolnym związku czułby się zwolniony z tego? Czy uważa, że dziewczyna, z którą mieszkałby bez ślubu pozwoliłaby mu na to, żeby jej nie kochał, nie był jej wierny, oszukiwał ją ? Bo właśnie takie zachowanie jest zaprzeczeniem przysięgi. O to mu chodzi? Bo naprawdę nie pojmuję. A może to on chciałby być niekochany, zdradzany i oszukiwany? W takim razie po co związek w ogóle? A jeśli uważa, że te reguły obowiązują też w związku niemałżeńskim to jaki ma problem ze złożeniem przysięgi? Jeśli twierdzi, że konkubinę (a takie jest prawne określenie osoby żyjącej bez ślubu) kochałby tak samo to dlaczego nie może mu przejść przez gardło przysięga małżeńska? Dlaczego nie chce jej tego "oficjalnie" obiecać?
Moja Droga! Rozwody są faktem, są smutnym, negatywnym świadectwem tego, że ludzie wolą odejść niż sobie nazwjem pomóc. To, że chłopak "przejechał się" w życiu też z pewnością jest faktem. Ale pokaż mi człowieka, który się nie przejechał, który całe życie miał idealne. Mówisz, że obwinia Boga za to. No tak, jest taka pokusa. Ale czy to oznacza, że wszyscy niewidomi, kalecy, chorzy na raka, AIDS, bezpłodni, ludzie z krajów Trzeciego Świata, ci, którzy potracili najbliższych, osoby, które przeżyły piekło wojny - mają złorzeczyć Bogu i zionąć nienawiścią? Zauważ, że właśnie takie osoby najczęściej są najbliżej Boga. Cierpienie zliża do Boga, naprawdę. Nie wierzysz? To przypomnij sobie jak kiedyś było Ci źle, jak o coś prosiłaś to czy nie modliłaś się więcej niż jak wszytsko było ok.? No widzisz. Bóg nie jest okrutny, nie jest złośliwy. On nie siedzi sobie wysoko i nie patrzy z satysfakcją jak się miotamy na tym padole łez. Oczywiście, ja nie wiem dlaczego Twojego chłopaka spotkało to co spotkało, tak samo jak nie wiem dlaczego mnie pewne rzeczy spotkały. Nie wiem i być może tu ziemi się nie dowiem. Ale Bóg wie. Trzeba też zwrócić uwagę na to, że nie wszystko co nas spotyka jest wolą Boga. Czasem to my ludzie (my sami lub nasze otoczenie) wpływamy na to, że coś nam się złego stanie. Jeśli pijak wjedzie w pielgrzymkę to czy Bóg tak chciał? Albo czy jak chodzimy bez czapki na mrozie i zachowujemy na zatoki to też dzieło Boga? Nie, to są naturalne konsekwencje.
Tak samo jak małżonkowie nie rozwiązują swoich problemów, jak wolą się do siebie nie odzywać albo się kłócić obwiniając wzajemnie zamiast rozmawiać a potem się rozwodzą to czy to jest dzieło Boga? Nie, On tego nie chce. Ale ludzie mają wolną wolę i nawet jak Bóg im daje łaskę w sakramencie to mogą ją odrzucić, mogą z niej nie korzystać - to ich prawo i wolny wybór.
Olu! Domyślam się jak Ci trudno wytłumaczyć to chłopakowi. Może daj mu do przeczytania albo streść to co Ci napisałam.
Generalnie dla mnie małżeństwo jest szczytową formą powiedzenia komuś, że się go kocha. Bo nie może być większego wyznania miłości niż uczynione przez Bogiem, w obecności świadków, z obietnicą, że ta miłość będzie trwała, że będziemy się starać i że będziemy sobie pomagać. Że będziemy się kochać, bedziemy uczciwi i wierni, że cokowiek się stanie to chcemy z Bożą pomocą być dla siebie. Pomyśl o wszystkich nowożeńcach. Czy któreś z nich wyglada jak ostatnie nieszczęście, które właśnie paprze sobie życie? Nie! Oni wszyscy są piękni, roześmiani, bije od nich taka łaska, że wszyscy się cieszą. Dlatego potem jest wesele - by podzielić się tą radością z innymi.
Nie chciałabys takiej miłości? A Twój chłopak by nie chciał?
No tak szczerze?
Ja nigdy nie zaufałabym chłopakowi, który nie chciałby się ożenić. Żeby mi złote góry obiecywał i zaklinał się, że kocha - nie uwierzyłabym. Bo ożenić się z kimś, wyjść za kogoś to zaryzykować swoje życie z miłości dla kogoś. Tylko taka miłość oblubieńcza jest miłością prawdziwą. Mówię to z doświadczenia, bo jestem mężatką. Czego i Tobie Olu z całego serca życzę - byś mogła tego doświadczyć, a zobaczysz jaka jest różnica. Z Bogiem!

  Aga, 18 lat
1835
01.08.2007  
od 2 lat znam chłoapka do którego coś czuje nie widziałm go rok a przez ten czas nie spojrzałam na zadnego innego faceta jak na niego, tylko on jest w mojej głowie inni sie nie liczą, w tym roku spotkaliśmy sie razem na obozie..on cały czas dawał mi jakieś znaki patrzył głęboko w oczy dogadywał, nie pozwolił mi spokojnie przejsć obok siebie, jednek bardzo mnie to onieśmielało i nie umiałam tego odwzajemnić, teraz po powrocie do domu znowu zaczyna sie to samo cały czas o nim myśle .. nie wiem co mam robić ...czy on traktuje mnie jak zabawke czy przez jego gesty można coś wywnioskować?bardzo mi na nim zalezy...

* * * * *

Wiesz, ja tego nie wiem tak samo jak i Ty. Nie wiem jaki on ma sposób bycia i czy w stosunku do innych też się tak zachowuje? Jeśli jest dość swobodny w zachowaniu to raczej nie traktuje Cię poważnie. Jeśli zaś tylko w stosunku do Ciebie wysyła jakieś sygnały to można domniemywać, że mu się podobasz. Z drugiej strony gdyby chciał to powinien jednoznaczniej dać Ci to do zrozumienia np. rozmawiać z Tobą na osobności, zaprosić Cię na spacer. Ale może bał się, że go odtrącisz?
Najprostszym wyjściem jest napisać do niego np. wysłać pocztówkę z wakacji pocztą lub napisać maila czy sms-a. Zapytać jak wrażenia po obozie, jak spędza resztę wakacji. Nie będzie to nachalne a jeśli się odezwie to zawsze będzie jakąś możliwość dalszego kontaktu. A potem możesz skorzystać z rad w odp. nr: 3, 30, 37, 134, 411, 912, 1486. Powodzenia!

  Ewelina, 20 lat
1834
01.08.2007  
Poznałam chłopaka starszego ode mnie o 9 lat. W przeszłości był zaręczony, ale gdy dowiedział się, że ona systematycznie go zdradza zerwał zaręczyny. Ten fakt plus śmierć przyjaciela plus wiadomość o nowotworze u jego mamy, jak się póżniej okazało nie był złośliwy i już wszystko jest w porządku, operacje się udały, sprawiły, że się załamał. Przeżył głęboką depresję, nieobcy mu był alkohol, papierosy. Dzięki silnej pracy nad sobą, wyszedł z tego. Jak sam mówi z wielu nałogów do zwalczenia pozostał mu tylko jeden: papierosy. I wciąż nad nim pracuje. Jest bardzo miłym, uczynnym, serdecznym chłopakiem. Jest po prostu dobrym człowiekiem. Obecnie ma 29 lat i gdyby mi tej historii sam nie powiedział nie uwierzyłabym, że miał w życiu takie przejścia. Od tamtej pory, gdy spotkały go te przykre wydarzenia minęło 5 lat. Trochę się boję z nim wiązać, ale jednocześnie dużo o nim myślę, rozmawiamy naprawdę na głębokie tematy. Jest pierwszą osobą, której tak naprawdę zaufałam i opowiedziałam szczerze o swoim życiu. Czy nasz związek może być udany? Ja jestem osobą wrażliwą, jestem przeciwna wszelkim używkom, ale ten chłopak mi po prostu imponuje i dobrze się czuję w jego towarzystwie, choć jest 9 lat starszy ode mnie....

* * * * *

czy papierosy to jedyna rzecz, która Ci się w nim nie podoba? Jeśli tak - życzę Wam szczęścia. Naprawdę.
Oczywiście, że Wasz związek może być udany, choć naturalnie różnicę wieku i to co z niej wynika należy mieć na względzie (o tym pisałam w odp. nr: 8, 28, 87, 310, 916, 1253) . Co do przejść - no cóż, każdy z nas ma jakieś doświadczenia w życiu, jedne są bardziej dramatyczne, inne mniej. Jak ktoś kiedyś powiedział: "Nie jest najważniejsze to co nas w życiu spotyka tylko jak na to reagujemy". Jeśli Twojego chłopaka to jakoś wzmocniło, jeśli normalnie żyje to nie widzę problemu co do przeszłości. Każdego z nas może coś takiego spotkać i nie oznacza to, że nie jesteśmy zdolni do związku. Czasem nawet jesteśmy przez to dojrzalsi i mądrzejsi.
Oczywiście, że nie jest dobrze, że on pali. Szkodzi zdrowiu sobie i innym, może mieć w przyszłości problemy z posiadaniem dzieci. Jest to niezdrowa używka i należy z nią walczyć, natomiast jest to inny rodzaj nałogu niż np. alkoholizm.
Podsuwaj chłopakowi jakeiś artykuły o paleniu, poproś, żeby nie palił w Twoim towarzystwie, bo tego nie lubisz i to Ci szkodzi, powiedz o tych możliwych problemach z płodnością i zagrożeniu rakiem płuc. Może postara się choć ograniczyć na początek? Pomału, systematycznie można wielkich rzeczy dokonać. Na pewno nie będzie wyjściem z sytuacji kategoryczne żądanie zerwania z papierosami, natomiast wspieraniem, prośbami, tłumaczeniem można wiele zyskać. No i pytanie zasadnicze: czy on chce przestać palić, czy widzi w tym problem czy absolutnie nic sobie nie robi ze zdrowia swojego i innych? Bo to też jest inna ocena moralna.
W kazdym razie jest to do pokonania. Z Bogiem!

  Bartek, 18 lat
1833
01.08.2007  
Byłem z dziewczyną. Pokochałem Ją. Ona mnie rzuciła. Poznaliśmy się na rekolekcjach. Powiedziała, że to były emocje-nie miłość. I tak zostałem sam nieszczęśliwie zakochany. Kocham Ją już rok, ale nadal żyję bez Niej-dla Niej
Co mam zrobić?


* * * * *

Polecam Ci odp. nr: 80, 526, 653, 825. Przykre to doświadczenie ale niestety do miłości nikogo się nie zmusi. Prawdopobnie Twoja dziewczyna faktycznie zorientowała się, że nie była to miłość tylko zakochanie, pisałam o tym w tym artykule: [zobacz]. Pomyśl, że to nie jest Twoja porażka, to jest doświadczenie, o które jesteś bogatszy. Naturalnie, to boli, wiem. Nie pozostaje Ci nic innego jak modlitwa - o uzdrowienie uczuć i o prawdziwą miłość. Nie zamykaj się w swoim świecie, nie rozdrapuj ran, nie mów, że nie masz dla kogo żyć. Gdzieś tam jest Twoja przyszła żona, której jeszcze nie znasz. Tak, wiem chciałbyś, żeby to ta dziewczyna nią została. No ale ona tego nie chce. Bóg widzi Twoją sytuację i na pewno tak pokieruje okolicznościami, byś był szczęśliwy. Nie zamykaj tylko swojego serca i oczu na innych. Z Bogiem!

  Kasia, 22 lat
1832
01.08.2007  
Nie mam juz sil. Pisalam do Pani niedawno o moim problemie zwiazanym z innym patrzeniem na swiat mojej rodziny, moim i mojej sympatii. Mam juz tego wszystkiego dosc. Nie potrafie sie z nimi dogadac.Kiedy prosze mlodsza siostre zeby zmyla naczynia jestem najgorsza siostra i i tak nie zostanie to zrobione,a tata slyszac to po prostu milczy. Kiedy prosze brata, zeby nie siedzial tyle przed komputerem grajac w brutalne gry i rozmawiam o tym z rodzicami nie ma odzewu.Kiedy tlumacze rodzicom, ze lepiej kupic cos zdrowego niz wciaz wkladac do koszyka najtansze slodycze , bo dzieci je lubia. A ja chce dobrze, ale juz nie mam sily z tym wszystkim sobie radzic. Staram sie podchodzic do nich z Bożą miłością w sercu, ale juz nie daje rady, bo wszystko co powiem jest jakies dziwne, zle, wciaz wymyslam i zobacze, ze kiedy bede rodzicem tez juz nie bedzie mi sie wiele rzeczy chcialo. Czuje sie beznadziejnie. Tak tesknie za tym, zeby stworzyc wlasny dom, tak bardzo chcialabym juz moc ksztaltowac go z Miloscia, ale i wymaganiem, konsekwencja, bo uwazam, ze to naprawde bardzo wazne. Dochodzi do tego, ze jestem zazdrosna, ze moj chlopak ma taki dobry kontakt z rodzina, ze on ich wychwala, a oni go. Po co ja jestem mu potrzebna? Czuje sie beznadziejna, pozbawiona wszelkiej wartosci. To tak boli. Kiedys bylam radosna osoba, a teraz to wszystko sie we mnie wypala. Nie widze jasnych stron zycia, tylko to, ze cokolwiek zrobie to nie ma glebszego sensu. Rozmawialam o tym z moim chlopakiem. Mowi, ze to wlasnie mnie kocha i potrzebuje, ale ja nie czuje swojej wartosci i sadze, ze jestem gorsza. W ciagu roku studiuje we Wroclawiu i bardzo niechetnie wracam do domu.Skupiam wtedy cala swoja milosc na moim chlopaku i od niego uzalezniam swoja wartosc. To ma bardzo negatywne skutki, zwlaszcza, kiedy nie umiem zroumiec, ze nie tylko ja jestem w jego zyciu, ale tak wazna jest dla niego rodzina. Chcialabym juz stworzyc cos wlasnego, realizowac swoje wartosci, dostrzec, ze ktos je docenia i maja one sens, ale mam ciezkie studia i jeszcze 2 lata przede mna. Nie wiem, czy dam rade cos z tym zrobic. Powierzam to wszystko Bogu, choc juz brakuje checi do zycia. Pozdrawiam bardzo serdecznie.

* * * * *

Kasiu, a ja niedawno Ci odpisałam, nie wiem czy już to czytałaś.
Na pewno chcesz dobrze, ja w to wierzę. Niestety, nie zrobisz zbyt wiele na siłę, bo nikt tego nie doceni i nie zrozumie. Stąd pretensje do Ciebie i narzekanie, że "wymyślasz". Kasiu, będziesz kiedyś miała swój dom, swoja rodzinę i bedzie w niej inaczej. Nie obawiaj się, że Ci się nie będzie chciało, bo zapewniam Cię, że będzie. Stworzysz ją taką jaką będziesz chciała. A rodzinie możesz dawać przykład swoim życiem. Nie musisz oczywiście robić wszystkiego za nich. Jeśli do siostry należy pozmywanie naczyń to nie rób tego za nią, bo się przyzwyczai, że zawsze tak będzie. Ale nie rób też z tego powodu awantury.
Ja wiem, naprawdę wiem jak ciężko żyć w takim domu, jak bardzo chciałoby się coś zmienić. Ale pomyśl: czy warto kruszyć kopie o wszystko? Jesteś tam rzadko, a po studiach pewnie całkiem się wyprowadzisz. Nie ma sensu kłócić się o rzeczy, które im odpowiadają. Jeśli im jest tak dobrze to nie zmieniaj ich na siłę.
Co do Twojego chłopaka: nie rozumiem czemu myślisz, że jesteś gorsza i dlaczego swoją wartość od niego uzależniasz. Nie porównuj się z nim, bo on jest inny. Możesz naśladować dobre rzeczy, ale nie wolno Ci myśleć, że jeśli jesteś inna to jestes gorsza. Każdy człowiek jest tak samo wartościowy. Rozumiem Twój ból kiedy patrzysz na ich rodzinę. No cóż, u Ciebie jest inaczej. To nie Twoja wina i nie jesteś przez to gorsza. Ważne jest to, że Ty dążysz do czegoś innego. Twój chłopak - z tego co piszesz - rozumie to.
Módl się za nich. Pan Bóg może naprawdę wszystko. Może sprawić że modlitwa i Twoje starania przyniosą owoce. Zaufaj Mu i powiesz JEMU swoją rodzinę. On wie co dla nich dobre, pozwól by się sam o to troszczył. Z Bogiem!

  zuśka, 19 lat
1831
01.08.2007  
witam:)więc taka jest moja historia: poznałam chłopaka ok 4 miesiące temu, jest młodszy o 3 lata.... on wyraźnie okazywał mi swoje uczucia, i wyznawał miłość. Ale ja........nie byłam zdecydowana... bałam sie i ta różnica wieku:/ spotykałam sie z nim, bo mieszkał niedaleko mojej cioci i spotykalismy sie na próbach.. bo grał na gitarze w kościele... było mi dobrze ale dalej nie była mzdecydowana na początku od razu odrzucałam taka myśl ze bede z nim. ale gdy zaczął mniej pisać, nie spotykalismy sie często.. zaczeło mi go brakować, zaczęłam tesknić. Uświadomiłam sobie, że zależy mi na nim... ale on juz zrezygnował.... przestał sie odzywać... jak napisze do niego to czasem odpisze, czasem nie... nie bede juz pisać do niego...żałuje że wcześniej nie okazałam mu tego że zależy mi na nim... nie moge zrozumieć tego, że mu sie to wszystko odmieniło a mówił ze jaest tak strasznie zakochany.... podobno zawsze taj jest chłopak "chce" to dziewczyna nie jak dziewczyna zacznie coś czuć to wtedy chłopak rezygnuje... postanowiłam zapomnieć o nim nie wiem czy to dobra decyzja..

* * * * *

No widzisz, Twoje obawy co do jego wieku jak się okazuje nie były bezpodstawne. Po prostu był "zakochany" i tyle. A zakochanie to ulotne uczucie. Ty mu się sposobałaś, to był taki "słomiany ogień" a jak już musiał się postarać bardziej to mu się odechciało. To jednoznacznie dowodzi tego, że to było tylko zauroczenie i że jest jeszcze na tyle młody, że nie potrafi skupić się na budowaniu związku, na zdobywaniu dziewczyny. Skupia się na razie na emocjach, na tym co czuje, co mu się podoba. Potencjalne trudności go odtraszają bo nastawiony jest na przyjemność. Ty zaś chcesz już czegoś więcej i może w sumie dobrze się stało, bo gorzej by było gdybyś zaczęła odwzajemniać jego zainteresowanie, zakochałabyś się a jemu by wtedy przeszło. Dopiero byś się czuła zraniona i oszukana.
Widzisz, w jego wieku takie zachowanie jest jeszcze normalne, bo on dopiero dojrzewa, dopiero odkrywa ten świat. On nie odróżnia miłości od zakochania (pisałam o tym w tym artykule: [zobacz]), skoro tak szybko Ci miłość wyznał.> Przecież gdyby kochał naprawdę (kochał Ciebie a nie zakochał się) to tak szybko by nie odpuścił. Nie wiem czy dobrze byś się z nim czuła, obawiam się, że potrzebowałabyś więcej niż on byłby w stanie Ci zaofiarować. Nie martw się, widocznie to jeszcze nie był ten czas i ten chłopak. Nie był to też czas stracony: dzięki temu dowiedziałaś się więcej o sobie, zaczęłaś się zastanawiać co Ci się w chłopaku podoba, czego oczekujesz.
Teraz czekaj na miłość prawdziwą. Z Bogiem!

  Mrówka, 24 lat
1830
01.08.2007  
Mam wspanialego chłopaka, z którym bardzo dobrze się dogaduję. Mamy takie same zasady, podobne poglądy na życie, oboje chcemy zachować czystość przedmałżeńską. Ale jestem pewien problem. On uprawiał peeting z inną dziewczyną (dotykali się). On z tym skończył, zerwał z nią. Zawsze chciałam mieć chłopaka, który zachowa czystość do końca. Chciałam być tą jedyną dziewczyną (żoną), dla której on mi się odda w całości. Czasem, może bezpodstawnie boję się, że on mnie może kiedyś zdradzić, że wpłynie to na nasze małżeństwo. Wiem, że on z tym całkowicie zerwał, bardzo dba o naszą czystość i może nie powinnam się przejmować, tylko pomagać mu, by nigdy do tego nie wrócił.

* * * * *

No ale jeśli on zerwał, odciął się od tego i teraz wspólnie zachowujecie czystość to dlaczego masz obawy? Przecież jego obecne zachowanie, to, że Ciebie szanuje powinno być dla Ciebie gwarancją a nie jego przeszłość (której żałuje i od której się odciął). Człowiek popełnia w życiu błędy, potem się nawraca, żyje inaczej i to co za nim nie powinno ciągnąć się w nieskończoność. Czy kiedykolwiek dał Ci powody do obaw? Jeśli tak to rzeczywiście należałoby zastanowić się co tu zmienić. Ale jeśli nie to Twoim zadaniem jest niewypominanie mu tego i nierobienie problemu z tego czego nie ma. Ja nawet nie wiem czy możesz mu w jakikolwiek sposób pomóc by do tego nie wracał bo przecież jak ma wrócić skoro dotyczyło to innej dziewczyny? A skoro w stosunku do Ciebie zachowuje się inaczej to "powrót" mu do tego nie grozi. Oczywiście jeśli oboje będziecie chcieli czystość zachować. Moja Droga! Ciesz się związkiem, ciesz się tym, że masz takiego chłopaka, pilnujcie się oboje, módlcie o wytrwanie w czystości i nie szukaj na siłę problemów. Możecie też przeczytać ten artykuł: [zobacz] Z Bogiem!

  Ola, 17 lat
1829
31.07.2007  
Witam :) ma takie pytanko... 9 lat różnicy i doskonałe kontakty w parze - to normalne? jestem osobą bardzo wierzaca byłam ostatnio na pielgrzymce pieszej do czestochowy 300 km w intencji chłopaka... zebym go miała zeby mnie kochał bo juz mam dosc swego rodzaju "samotnosci". Grzes gra na gitarze zawodowo i troszke mnie uczy w sumie znamy sie 2 miesiace ale jestesmy przyjaciółmi bez 2-óch zdań. ciezko mi to wytłumaczyc ale jego osoba jest dla mnie conajmniej fenomenalna, imponuje mi w kazdym calu i z dnia na dzien coraz bardziej. jest niesamowity pod kazdym wzgledem az bije od niego taka bezinteresowną miłością do drugiego człowieka... moznaby powiedziec ze na takiego chłopaka czekałam. On miał bardzo trudne dzieciństwo i to chyba jest powodem tego ze nie ma dziewczyny. niesamowicie mi sie podoba tak mnie przyciaga ze jak z nim rozmawiam albo nawet jak poprostu sobie milczymy to mam taka ochote sie do niego przytulic ze poproostu szok! on ma w sobie takie "COS". nie wiem co zrobic, bo boje sie ze jak mu o tym powiem to wszystko moze zmienic sie na gorsze. Napewno juz nie będzie powrotu do przyjaźni. czekać? kurcze... ja juz tak długo czekałam moze to własnie jego osobe obok mnie postawił Pan za wydreptane kilometry? zastanawiam sie czy to wogóle mozliwe zebysmy byli razem... co o tym myślicie?

* * * * *

Co do różnicy wieku przeczytaj proszę odp. nr: 8, 28, 87, 310, 916, 1253. Słusznie czujesz, że nie powinnaś absolutnie mówić mu o swoich uczuciach, bo mogłoby to wywołać odwrotny skutek, o tym pisałam w tym artykule: [zobacz]
A teraz co do Twojej sytuacji: no, ja się nie dziwię, że fascynuje Cię ten chłopak. Jest wierzący, aktywnie działa w Kościele, w dodatku gra na gitarze, pewnie jest przystojny i generalnie bardzo Cię pociaga. Tym, że jest starszy zapewne też zapewnia Ci poczucie bezpieczeństwa. Odczytujesz zatem jego obecność jako znak i odpowiedź na swoje modlitwy. Czy tak jest w istocie? Nie wiem. Oczywiście, Wasz związek jest możliwy. Natomiast zasadnicze pytanie brzmi: co on na to? Tego nie wiesz i na pewno nie możesz tak po prostu o to zapytać. Jeśli jesteś pewna, że on nie ma dziewczyny to po prostu rozwijaj tą znajomość. Przyjaźnijcie się, dużo rozmawiajcie, przebywajcie razem. Po prostu się poznawajcie. Nie zrób tylko nic głupiego w stylu przytulenia do niego czy jakichkolwiek wyznań, bo to wszystko zepsuje. Zachowuj się tak jakbyś go "tylko" bardzo lubiła - ale nic więcej! Twoja fascynacja może być zauroczeniem lub zakochaniem, ale do miłości jeszcze długa droga. I pamiętaj, że nawet jeśli on odwzajemni Twoje uczucia to jego miłość może być nieco inna niż Twoja. To wynika z wieku, płci, doświadczeń. Nawet zatem jeśli Ty mu się podobasz to pozwól na powolny i stopniowy rozwój tej znajomości. Nie oczekuj takich emocji i i odczuć jakimi Ty go darzysz. Nic chcę przez to powiedzieć, że mniej Cię będzie kochał tylko to, że jego sympatia do Ciebie może być nieco inna niż Twoich rówieśników.
Pozwól też jemu więcej działać, pozwól, żeby to on się wykazywał i inicjował spotkania. Nie możesz zbytnio się narzucać, albo ciągle coś proponować. Jak mężczyźnie zależy na kobiecie to będzie wiedział jak do niej dotrzeć. No i pamiętaj, że prawdziwa miłość to cały proces, o tym pisałam w tym artykule: [zobacz]

  Maria, 47 lat
1828
31.07.2007  
Jesteśmy małżeństwem 25 lat. On od 5 lat ma kochankę. Próbowaliśmy odbudować nasz związek, ale on wciąż do niej wraca. Wiem, że gdybym odeszła on bedzie z nią. Ale ja walczę cały czas o naszą rodzinę. Nie odejdę pierwsza, a on nie ma odwagi tego zrobić. I tak tkwimy w tym trójkącie. Czasami myślę, że przetwam to wszystko i on zrozumie i będzie całym sercem ze mną. A czasami mam wątpliwości i chcę to wszystko przerwać. Miotam się. Nie wiem co zrobić. On jest mi bliski, ale nie można mieć 2 kobiet. Proszę o radę.

* * * * *

Masz rację, nie można mieć dwóch kobiet. Można mieć tylko tą, której ślubowało się przed Bogiem. Droga Mario! Skoro piszesz, że próbowaliście odbudować ten związek to jeszcze nie jest tak źle. Skoro mieszkacie razem, a on nie ma odwagi odejść to jeszcze nie jest tragicznie. Widocznie coś lub Ktoś nie pozwla mu całkowicie się od Ciebie odwrócić, całkowicie wymazać Waszego małżeństwa. Jestem pewna, że Twoja modlitwa tutaj działa cuda.
Oczywiście nie może być tak, że Ty tylko cierpisz a on "bezkarnie" korzysta z wygód domowych i jednocześnie z przyjemności u kochanki. Nie może być tak, że może bezkarnie Cię zdradzać.
Proponuję Ci koniecznie umówienie się (sama lub najlepiej z mężem - jeśli się da) na rozmowę z kapłanem oraz wyjazd na rekolekcje dla małżeństw w kryzysie. Jeśli się da z nim - podkreślam, bo może się nie da. Jeśli się nie da Ty sama spróbuj zadziałać. Wejdź na stronę dla małżeństw w kryzysie: www.sychar.alleluja.pl , poczytaj forum, zapytaj o kapłana zajmującego się problemami małżeńskimi w Twojej miejscowości.
Nie zgadzaj się też na wszystko co mąż wyprawia. Ty przecież się na to nie godzisz. On i jego kochanka muszą wiedzieć, że Ty tego nie akceptujesz, muszą wiedzieć, że Ty go kochasz i chcesz nadal z nim być. Może potrzeba tu rozmowy z tą kobietą? Może uświadomienia, że ona nigdy nie będzie w jego życiu tak ważna jak Ty bo Tobie przez Bogiem ślubował, bo z Tobą (być może) ma dzieci, a skoro je ma - jaki daje im przykład? Ta zdrada to nie tylko zdrada Ciebie ale i całej rodziny, to wyrzeczenie się w pewnym sensie dzieci. Dziwię się też, że tej pani ten układ odpowiada. Być może to działa na zasadzie "sponsoringu" ale tak naprawdę każda kobieta z czasem chce pewności i stablizacji. A jeśli Twój mąż by zachorował to czy opiekowałaby się nim tak jak Ty? Nie wiem jaki tam jest układ, nie wiem nic więcej o Waszych problemach. Musisz koniecznie skorzystać z pomocy w realu. Wasze małżeństwo jest teraz priorytetem. Tak ciężko na nie pracowałaś, nie może być tak, że ktoś Ci to wszystko po prostu zabierze.
Działaj - na ile się da. Masz prawo korzystać z pomocy Kościoła - pukaj gdzie można. Jestm pewna, że uzyskasz madrą radę i mam nadzieję, że Twój mąż się opamięta. Z Bogiem!

  Beata, 42 lat
1827
31.07.2007  
Jestem mężatką od 13 lat i od gdzieś 7 lat przechodzę katusze. Mój mąż jest zazdrosny o innych mężczyzn. Posądza mnie o zdrady o kokietowanie innych mężczyzn. Nie wiem jak do niego dotrzeć Nie pomagaja rozmowy tłumaczenia . Sama chyba sobie z tym nie poradzę. Nie wiem juz co mam robić . Mamy 2 wspaniałych synów i nie chciałabym aby moje małżeństwo legło w gruzach. Nie chodzę nigdzie bo boję sie kolejnych awantur. Mąż zazdrosny jest o wszystko nawet o dobrą atmosfere w pracy . Proszę o pomoc bo już brak mi jest argumentów w rozmowach z mężem.

* * * * *

O zazdrości pisałam w odp. nr: 24, 377, 1343, 1385. Jest to uczucie, które niszczy - przede wszystkim tą osobę ale też innych, których podejrzewa. Droga Beato! Nie sposób przez internet rozstrzygnąć Twojego problemu, bo na pewno jest o wiele bardziej złożony. A skoro tak, to ogólne stwierdzenia i rady nie wystarczą. Radzę, byś udała się do poradni rodzinnej a także porozmawiała z mądrym kapłanem - nawet podczas spowiedzi, choć najlepiej oczywiście umówić się na osobną rozmowę. Tutaj potrzeba szczegółowej oceny sytuacji i rozmowy w realu.
Ponadto - skoro piszesz, że to się zaczęło 7 lat temu - trzeba wrócić do tych czasów i zadać sobie pytanie: jak do tego doszło? Co spowodowało takie zachowanie męża? Czy była jakaś konkretna sytuacja, konkretne wydarzenie? A może mąż sam w tym czasie nie był bez winy, może miał jakiś romans i teraz patrzy na Ciebie przez własny pryzmat? Ja oczywiście niczego nie sugeruję, po prostu zastanawiam się co takiego mogło się wydarzyć w kilkuletnim małżeństwie, że doszło do takiej sytuacji. I czy nie był to jakiś problem, który ciągnie się latami, skoro do tej pory mąż się tak zachowuje. To wszystko trzeba dokładnie przeanalizować i omówić z fachową osobą.
Spróbuj też zajrzeć na strone i forum dla małżeństw w kryzysie: www.sychar.alleluja.pl. Z Bogiem!

  Kasia, 22 lat
1826
30.07.2007  
Witam serdecznie:) Mam pewien problem, ktory jest dla mnie powazny. Jestem z moim chlopakiem juz 3 lata i borykam sie z pewna kwestia. Otoz moja rodzina ma czesto inne wartosci niz ja i moj chlopak. Moje starania, przede wszystkim wobec rodzenstwa spotykaja sie z negatywnym odbiorem. Chcialabym aby w mojej przyszlej rodzinie nieporozumienia byly rozwiazywane miloscia, zrozumieniem, ale aby nie brakowalo rowniez konsekwencji
i wymagania. U mnie w domu tego brakuje. To boli, bo czesto jest mi pokazywane, ze moja droga jest zla. Ja jednak, pomimo, ze jest to trudne, wciaz chce kroczyc w Bogiem. Czesto jednak nie umiem byc juz cierpliwa...Z drugiej strony to wlasnie moi rodzice nauczyli mnie moich zasad, wartosci. Jestem im wdzieczna za to, co dla mnie robia. Wiem, ze sie staraja, tylko pogubili sie gdzies po drodze i juz bardziej patrza po ludzku niz po Bozemu, i juz bardziej im sie nie chce, stali sie pozbawieni entuzjazmu i wola siedziec przed telewizorem(bo sa zmeczeni) niz zajac sie mlodsza siostra siedzaca przy komuterze.Problem jest w tym, ze ja chce w przyszlosci inaczej. To fakt. Moj chlopak rowniez wyraznie daje mi odczuc, ze nie podoba mu sie to wszystko, ze obawia sie, ze ja tez taka bede, ze jest sceptycznie nastawiony, ze nie ma ochoty przebywac z moimi bliskimi,ze troche traktuje ich z gor, choc to rowniez wartosciowi ludzie, a przede wszystkim moi rodzice, choc nie jestem zwiazana z nimi tak jak on ze swoimi. Rozumiem go z jednej strony, ale z drugiej boli, zwlaszcza, ze on wrecz ubostwia swoja rodzine, jest z nia bardzo zwiazany. Wychwala wszystko, co jest z nia zwiazane. Czuje sie czesto taka samotna i gorsza. Nie wiem jak sobie z tym poradzic. Dziekuje za to, ze jest taka strona. Pozdrawiam slonecznie.


* * * * *

Kasiu, no widzisz rodzice na pewno chcą dobrze, a Ty na pewno chcesz dla nich "lepiej". Tylko, że nic na siłę nie zrobisz. I nie ma sensu ich "nawracanie" i przekonywanie do swoich racji. Jeśli chcesz na nich w jakikolwiek sposób wpłynąć to tylko świadectwem własnego życia, modlitwą i ciepłą, serdeczną rozmową - ale taką, by nikt nie czuł się urażony ani nikt nie czuł się lepszy czy gorszy. Tylko w ten sposób możesz do nich dotrzeć - poprzez danie wyrazu temu, że ich akceptujesz - to jest podstawowa zasada. Rozumiem, że chłopak bardziej ceni wartości w swojej rodzinie ale nie może, nie wolno mu zachowywać się w ten sposób w stosunku do Twojej rodziny. Bo jeśli się pobierzecie będzie to też jego rodzina, on musi o tym pamiętać. A nawet gdyby tak się nie stało to jest zobowiązany do szacunku wobec nich, do szanowania zwyczajów w Twojej rodzinie, nawet jeśli mu się nie podobają. Ja naprawdę rozumiem o co Ci chodzi, bo my też popełniliśmy swego czasu wiele błędów. I dlatego, że je popełniliśmy teraz widzimy, że nie tędy droga. Oczywiście Ty w swojej rodzinie, tej którą założysz masz prawo wybrać takie rozwiązania jakie uznasz za najlepsze. Ale nawet jak one będą różne od tego co prezentują Twoi rodzice, musicie szanować to co jest u Ciebie w domu. Jasne, że czasem da się pewne rzeczy poprawić albo coś polepszyć. Ale może to się odbyć tylko za zgodą rodziców a nie wbrew ich woli, nie na siłę. Bo na siłę to nie dość, że nikt nie zrozumie idei takiego postępowania to jeszcze ma prawo czuć się urażony jeśli mu się zmienia coś w jego własnym domu.
Twój chłopak musi to zrozumieć. Powiem Ci, że na szczęście takie ślepe patrzenie w jednym kierunku przechodzi w wiekiem, bo zaczyna się patrzeć szerzej, bardziej perspektywicznie. Nabiera się doświadczenia życiowego. Przecież Was też by denerwowało gdyby np. Wasze młodsze rodzeństwo twierdziło, że robicie coś źle i ono Was nauczy jak to trzeba robić. Gdyby twierdziło, że nie macie racji. I nawet jeśli ono obiektywnie miałoby rację to byście byli oburzeni: "jak śmie", prawda? No właśnie.
Będziecie kiedyś mieli własny dom i będziecie się starali robić wszystko jak potraficie najlepiej. Będziecie się czuli źle gdy ktoś coś w tym domu skrytykuje - no bo przecież Wy na to pracujecie tyle lat a ktoś przychodzi i mówi, że to nic nie warte? Tak właśnie mogą się czuć Twoi rodzice. Oni naprawdę czują, że to co robią robią najlepiej - bo tak potrafią. I dlatego jeśli chcesz im pomóc módl się. I może sama lub z chłopakiem zajmij się młodszą siostrą przed komputerm? W ten sposób i w domu coś zmienisz i rodzicom pomożesz. Koniecznie wytłumacz to swojemu chłopakowi, bo nie wolno odrzucać czegoś tylko dlatego, że wydaje nam się mniej warte, gorsze. Trzeba innych traktować tak jakbyśmy sami chcieli być traktowani. Z Bogiem!

  aganippe, 20 lat
1825
30.07.2007  
Szczęść Boże! Z moim chłopakiem spotykamy się prawie od roku. Jest starszy ode mnie o cztery lata. O naszym związku myślimy bardzo poważnie. Często rozmawiamy o wspólnej przyszłości: małżeństwie, dzieciach. Być może to wyda się Pani za szybko, ale widzę Go w roli przyszłego męża. Dobrego męża. Do mnie także dociera myśl, że kiedyś będę żoną. Chociaż jeszcze rok temu zupełnie o tym nie myślałam. Nie wiem czy coś takiego istnieje, ale czuję, że zaczynamy etap dojrzewania do małżeństwa.

Mam pytanie dotyczące kursów przedmałżenskich. Czy uważa Pani, że możemy się już na nie zapisać? Prawdę mówiąc, mnie się zawsze wydawało, że na taki kurs uczęszczają pary, które konkretnie planują ślub, np. za pół roku (tak zrobił mój brat z bratową). My zaś nie jesteśmy narzeczeństwem i ten stan na pewno trochę potrwa, gdyż oboje studiujemy. Mój chłopak wyszedł z inicjatywą tego kursu i widzę, że Mu na nim zależy. Ja także z chęcią bym taki kurs odbyła, ale nie jestem pewna, czy w świetle powyższego faktu, nie należy poczekać. Co Pani o tym sądzi? Z góry dziękuję za odpowiedź.

Z Panem Bogiem!


* * * * *

Bardzo dobry pomysł! Są kursy, które są przeznaczone dla osób na wcześniejszym etapie niż narzeczeństwo np. ten: [npr.pl/forum/viewtopic.php?t=1770]
Są też świetne "Wieczory dla zakochanych", które ja osobiście bardzo polecam i gdzie są też pary, które nie są jeszcze zaręczone, choć oczywiście przeważają narzeczeni. Akurat te kursy są prowadzone metodą dialogu między dwojgiem osób i można na nich porozmawiać ze sobą na wszystkie tematy. Myślę, że jest to znakomita okazja, by poznać się jeszcze lepiej. Śmiało możecie na nie uczęszczać. Informacje o nich znajdziesz tutaj: www.spotkaniamalzenskie.pl, www.malzenstwo.pl
Życzę owocnego rozwoju Waszego związku! Z Bogiem!

  Agata, 20 lat
1824
30.07.2007  
Mam 20 lat i nigdy nie miałam jeszcze chłopaka, ani nawet takiej okazji :( Bardzo, bardzo bym chciała miec kiedyś męża i dzieci, często o tym myślę i nawet planuję, jaka będę, jak bym dzieci nazwała. Przechodząc do pytania: czy to jest powołanie do małżeństwa? Czy może się okazać, że moje marzenie nie zostanie nigdy spełnione, że zostanę starą panną, mimo, że czuję, że małżenstwo jest włąsnie dla mnie? Możliwe jest, że Bóg dał mi takie pragnienie, tylko po to by było?
Wiem, że jest coś takiego jak powołanie do małżenstawa, ale chyba nie każda stara panna jest nią z własnego wyboru. Oczywiście wiem, że mam jeszcze dużo czasu, ale tak się martwię i boję, że zawsze będę tylko marzyła o męzu. Dziękuję i pozdrawiam :)


* * * * *

Oj, trudne pytania.
No generalnie to tak jest, że jeśli nas do czegoś ciągnie, jeśli mamy określone pragnienia i czujemy, że bylibyśmy w czymś spełnieni to należy domniemywać, że takie jest właśnie nasze powołanie. To dlatego osoby w zakonach są tak uśmiechnięte i zadowolone z wyboru, to dlatego osoby w małżeństwie uważają że to ich droga.
W samotnością jednak jest trochę inaczej. Ja w ogóle uważam, że nie istnieje powołanie do samotności - jako samotności samej w sobie. Oczywiście, jest tak, że Pan Bóg daje mam jakąś pasję lub zajęcie i to nas tak pochłania i fascynuje, że chcemy się temu poświęcić pozostając - dla dobra sprawy - beżżennym. Więcej pisałam na ten temat w odp. nr 1599.
Ale niestety - tak jak piszesz - nie wszystkie stare panny są nimi z wyboru. I to jest jakaś taejmnica. Oprócz tych osób, o których pisałam w podanych odpowiedziach, że może miały zbyt wygórowane wymagania, może nie doceniały np. chłopaka czy dziewczyny z sąsiedztwa to jest grupa osób, które naprawdę bez "własnej winy" są samotne. I to jest ich krzyż. Nie potrafię odpowiedzieć na pytanie dlaczego tak jest. Odpowiedź zna chyba tylko sam Bóg i na pewno kiedyś nam to wyjaśni. To, co one mogą zrobić to - jeśli już naprawdę nie chcą lub nie mają możliwości założyć rodziny (a uważam, że próbować można i w wieku 50 lat) to tylko prosić Boga, by tą ich samotność przemieniał z przekleństwa w błogosławieństwo. By obdarzył ich pokojem, może właśnie jakąś pasją, której się poświęcą lub w inny spsoób uczynił ich szczęśliwymi. Nie wiem naprawdę jaki jest tego sens, bo to jest tajemnica nie do pojęcia naszym umysłem.
Co do Ciebie droga Agatko, to na pewno Twoje pragnienia nie są przypadkowe. Prawdopodobnie wyjdziesz za mąż i będziesz miała szczęśliwą rodzinę i o to powinnaś się modlić. Powinnaś też być otwarta na nowe znajomości a nawet jeśli chcesz - sama szukać. Właśnie dla osób, które chcą kogoś poznać utworzyliśmy ten dział: [zobacz] Nie obawiaj się, ze Bóg pozostawi Twoje marzenia bez odpowiedzi. Bóg dla nikogo nie chce zła i nie jest głuchy na nasze prosby. Dąż do ich realizacji i nie pozwól by strach Cię sparaliżował. Będzie dobrze, zobaczysz. Z Bogiem!

  ***, 19 lat
1823
29.07.2007  
witam! moze to pytanie juz bylo zadane... ale ja potrzebuje konkretnej odpowiedzi... rozumiem, ze zbyt szybki seks moze zniszczyc milosc między partnerami, gdyz tak naprawde zwiazek moze jeszcze nie byc dobrze ugruntowany i oparty tylko na milosci... ale nie rozumiem jak to sie dzieje, ze w momencie zawierania sakramentu małżeństwa ta szkodliwość mija? przeciez nigdzie nie jest powiedziane, ze te pary które zaczynają współżyć dopiero po ślubie będą ze sobą szczęśliwe do konca życia... i dlaczego mówi się, że jak sie zacznie współżyć przed ślubem to to niszczy miłość? tzn jeżeli chodzi o seks, to nie spieszy mi się do niego... cały czas czekam na głęboką więź i na to, że będę pewna mojego partnera... te pytanie po prostu nie dają mi spokoju... nikt mi tego tak po prostu dokłądnie nie wytłumaczył. z góry dziękuję za pomoc. jeżeli juz na tej stronie są podobne pytania i odpowiedzi to wystarczy jak mi podacie numery pytan (taka lekka oszczędność czasu:)) pozdrawiam :D

* * * * *

Tak w skrócie: seks przedślubny może zniszczyć miłość dlatego, że fascynacja związna z ciałem, cielesnością przysłania nam prawdziwy obraz drugiej osoby. Wtedy na randkach nie główkuje się co robić, o czym rozmawiać, żeby się poznać jak najlepiej tylko dąży do przyjemności. Seks jest tak silną więzią, że naprawdę "znieczula" i przesłania prawdziwy obraz człowieka. A gdy euforia mija nagle widzimy, że my tej osoby wcale nie znamy, albo ma ona cechy, które nam nie odpowiadają i dziwimy się jak my mogliśmy się w niej zakochać. Najgorsze gdy takie przebudzenie następuje po ślubie.
Po ślubie zaś "szkodliwość" współżycia mija, bo w małżeństwo wkroczyliśmy "na trzeźwo", znając wady i zalety drugiej strony, czyli wiedząc naprawdę z kim się wiążemy. I skoro tak to seks staje się dopełnieniem miłości. Oczywiście "odurzenie" też następuje i dlatego miesiąc miodowy ma taką nazwę. Ale czy to nie jest wtedy piękne? To tak w skrócie, bo więcej i konkretniej na ten temat napisałam w tym artykule: [zobacz]

  Lodka, 51 lat
1822
29.07.2007  
Dotyczy córki(26lat). Poznali się w marcu. Myślałam, że poważnie podchodzą do życia (on 34 lata) choć niepoważnie się zachowywali. Bez konsultacji ustalili termin ślubu na wrzesień. Przyglądalam się temu związkowi dzieląc się uwagami z obojgiem, namawiałam do głębszego poznania. Nigdy dzieciom nic nie nakazywałam, pokazywałam związki przyczynowo- skutkowe, same podejmowaly decyzje. Jest lipiec, dla mnie pośpiech to nie WIELKA MIŁOŚĆ, lecz niemożność wytrwania w trzeźwości. Narzeczonego córki dyscyplinarnie zwolnili z pracy, Jego rodzina ma złą opinię. Przedstawiłam córce wszystkie możliwe wizje przyszłości. Dalej trwa przy nim. Nie chce nawet myśleć o przesunięciu terminu ślubu. Jestem bezradna.

* * * * *

Moja Droga! Tu na pewno trzeba zdecydowanych i stanowczych kroków. Rozumiem Twoje obawy. Oczywiście, że to nie jest rozsądne działanie. Nawet jakby była wielka miłość to ona też powinna być mądra. Oczywistym jest, że oni się dobrze nie poznali, a jeśli dochodzi do tego nałóg i jakieś nieciekawe zachowanie narzeczonego (na zachowanie rodziny to nie ma się wpływu więc opinia rodziny akurat nie jest jego winą) to tym bardziej należałoby to przemyśleć. Rozumiem doskonale, że zrobiłaś już wszystko co można. Zaproponuj córce jej kurs przedmałżeński "Wieczory dla zakochanych". Informacje znajdziesz na tej stronie: www.spotkaniamalzenskie.pl, www.malzenstwo.pl
Po tym kursie polegającym na szczerej rozmowie między narzeczonymi na wszystkie tematy osoby, które zbyt dobrze się nie poznały po prostu…rezygnują. I to z własnej woli, bo są omawiane takie sprawy, że dochodzą sami do wniosku, że nie pasują do siebie. Oczywiście tego jej na wstępie nie mów, po prostu powiedz, że znalazłaś taki ciekawy, niestandardowy kurs. Sama zaś porozmawiaj z mądrym księdzem co robić dalej. Jasne, że jak córka się uprze to za mąż wyjdzie, ale wierzę, że matka nie może spokojnie patrzeć jak jej dziecko plącze sobie w życiu.
Stanowczo też możesz powiedzieć, że Ty nie będziesz finansować wesela, bo nie rozumiesz jej wyboru i widzisz więcej zła niż dobra. Masz do tego prawo, naprawdę, dlaczego masz przykładać rękę do zła? Poleć jej też te artykuły: oczekiwania oraz te odpowiedzi (dotyczące związku z osobą uzależnioną): 350, 686, 1061, 1312, 1362, 1522, 1535 i - jeśli się da - porozmawiaj jeszcze raz czy faktycznie jej narzeczony daje jej poczucie bezpieczeństwa, oparcie, jak wyobraża sobie przyszłość z nim.
A może Twój mąż ma jeszcze jakieś pomysły? Nie bójcie się twardego stanowiska. Córkę i tak będziecie kochać, ale właśnie z miłości trzeba czasem być stanowczym. Módl się, by Bóg ją prowadził i dał jej światło Ducha św. Z Bogiem!

  samotna, 26 lat
1821
29.07.2007  
Witam! Poznałam mężczyznę, który wzbudził moje zainteresowanie i spodobał mi sie. Chciałabym się dowiedziec, a w zasadzie upewnic albo rozwiac wątpliwości co do tego, czy on również byłby zainteresowany moją osobą. Poprosiłam go o przysługe, pomoc, której udzielił chętnie, a na zakończenie "rzucił" luźno słowa: "musimy sie na kawie kiedys spotkac" ale nic konkreteniej nie zaproponował. Po jakimś czasie nadarzyła się okazja ze to on musiał prosic mnie o przysluge, oczywiście udzieliłam mu chętnie pomocy. Ale dalej z jego strony nic konkretnego nie padło; mamy oficjalnie swoje numery telefonów, widuje go od czasu do czasu- żadna zmiana nie nastąpiła z jego strony dalej jest miły, uśmiecha się jak mnie spotyka itd ale nic poza tym;
Mam pytanie co jeszcze może zrobic kobieta, aby mężczyzna
odważył się zaproponowac spotkanie, aby to on był zdobywcą, aby to on zrobił pierwszy krok- dwa razy prosiłam go o przysługe (wprawdzie losowa sytuacja mnie do tego zmusiła i on o tym wie ale mimo wszystko przecież nie można ciągle o to samo prosic wymyślając nawet inne preteksty, bo on sie w końcu zorientuje ze "o coś mi chodzi"); obawiam się trochę, że moja odpowiedź na jego "tą kiedyś kawę" nie dała mu 100% pewności, że miałabym faktycznie ochotę ją wypic ( brzmiała ona: no pewnie! telefony mamy- miałam na myśli że mamy ze sobą kontakt, ale on mógł to odebrac ze jak będe miała ochotę to się z nim skontaktuje.) Co robic? prosic go dalej o ta przysluge, narzucając mu niejako tym swoją obecnośc? czy czekac? ale ja bym chciała wiedziec bo zycie w niepewności bardzo mnie męczy. Przecież nie moge mu pierwsza proponowac kawy, bo sie nadal nie dowiem jego intencji.
Prosze o odpowiedz, dziękuje i pozdrawiam!


* * * * *

Hmm, a może to połączyć? Poprosić o coś jeszcze umawiając się na mieście właśnie na kawie (pod pretekstem, żeby można było "spokojnie pogadać")? Da się? Jeśli jest zainteresowany ale niepewny Twoich odczuć to go to zachęci do dalszego działania, jeśli się wykręci - sprawa będzie jasna. Wydaje mi się, że to byłoby najlepsze wyjście.
Co może zrobić kobieta? No chyba właśnie takie rozwiązanie jest już finałem jej możliwości. Faktycznie, nie można zbytnio się narzucać i ciągle o coś prosić.
Nie miej wątpliwości co do swojej odpowiedzi. Powiedziałaś właśnie tak jak należało: chętnie, ale bez narzucania się. On na pewno nie spodziewał się, że to Ty pierwsza mu tą kawę wtedy zaproponujesz. Ale teraz na Twoim miejscu zorganizowałabym właśnie takie spotkanie. Odwagi! Nic nie tracisz. Z Bogiem!

  Dominika, 17 lat
1820
29.07.2007  
już od prawie 3 lat myśle o zakonie...cały czas mam wrażenie że Pan mnie wzywa i ciągle słyszę 'pójdż za mną' ale boje się czy to jest naprawdę powołanie czy tylko mój wymysł który się tak długo ciągnie... nie wiem co robić. nie kręci mnie w ogóle życie rodzinne i za bardzo relacje damsko-męskie...

* * * * *

Pojedź na rekolekcje powołaniowe, porozmawiaj z siostrą zakonną. I daj sobie czas, powołanie rodzi się czasem długo i powoli. Na pewno we właściwym czasie będziesz wiedziała co robić. Polecam modlitwę i rozmowy w realu z osobami duchownymi. Z Bogiem!

  Mariusz, 30 lat
1819
29.07.2007  
Niech bedzie pochwalony Jezus Chrystus!

Moj list kieruje do Pani, ktora odpowiadala na pytania "Ona nie jest dziewica" Przezylem to na wlasnej skorze i chcialbym to skomentowac, bo nie moge sie ze wszystkim zgodzic, co tam jest napisane i uwazam, ze te odpowiedzi powinny zostac zmienione w niektorych miejscach, bo sa nieprawdziwe.

Witaj! Wprawdzie nieładnie tak wyciągać myśli z kontekstu i zarzucać publicznie nieprawdę, więc zastanawiałam się czy Ci odpisywać publicznie, ale odpiszę. Oczywiście nie zamierzam nic zmieniać, bo jest to moje zdanie zamieszczone na prywatnej stronie. Oczywiście nikt nie ma obowiązku się z tym zgadzać ale nie ma też prawa wymagać, bym ja myślała inaczej.

Odpowiedz nr 1070: On chciał mieć swój ideał, szukał swego, kierował się egoizmem (to on chciał być pierwszy, to dla niego miało być Twoje dziewictwo).

Przepraszam bardzo, ale co jest zlego w szukania „idealu”, czyli osoby, ktora jak najbardziej nam odpowiada? Co w tym zlego, ze pragnie sie dziewicy? Czy nie jest to naturalne pragnienie? Oczywiscie, ze ktos, kto zalowal i otrzymal przebaczenie od Pana Boga jest czysty, ale pragnienie dziewicy jest naturalne i pozostaje, jest wpisane w nature mezczyzny. To, ze mezczyzna chce byc tym pierwszym jest egoizmem?? Taka odpowiedz jest nie do przyjecia! Czy to nie maz ma PRAWO do dziewictwa swojej zony? Czy nie jest wola Boga, aby dziewictwo bylo ofiarowane mezowi? Po co w takim razie 6 przykazanie? Nie jest to zaden egoizm, a naturalne pragnienie wpisane w mezczyzne. Chcialem tu zauwazyc, ze mezczyzna inaczej postrzega brak dziewictwa u kobiety niz kobieta u mezczyzny. Mezczyzna postrzega brak dziewictwa u kobiety jako dotyczacy jej calej; stad miedzy innymi tak wielkie cierpienie mezczyzny.

Zauważ mój Drogi, iż odpowiedzi w tym dziale kierowane są do konkretnych osób, w konkretnych sytuacjach. Czy mąż ma prawo do dziewictwa swej żony? Tak, oczywiście. Tak samo żona ma prawo do tego, by była dla męża pierwszą kobietą, z którą będzie współżył. To działa w obie strony. Pod jednym warunkiem: że ożenił się z dziewicą. Jeśli zaś ożenił się z dziewczyną, która dziewicą nie jest to świadomie wybrał ją właśnie taką. A zatem nie ma już później prawa do wypominania jej tego faktu i nie ma zupełnie sensu pogrążanie się w cierpieniu, że ma się taką żonę.
Powtarzam po raz kolejny: nikt nie ma obowiązku żenić się z nie-dziewicą. Jeśli ktoś uważa, że to jest ponad jego siły nie powinien się z taką dziewczyną żenić tylko poczekać na dziewicę.
Pragnienie posiadania za żonę dziewicy nie jest ani naganne ani dziwne ani mało ważne. Jest całkowicie normalne, bo przykazania zobowiązują nas do czystości. Nie można jednakże ŻĄDAĆ by żona była dziewicą, bo "mi się to należy". Jeśli żona ofiaruje dar dziewictwa mężowi robi to przecież z miłości, a nie dlatego, że jemu się to należy i on tego żąda. Jest to dar, nie może być zatem wymuszony a jedynie ofiarowany z miłością. Nie wszyscy są na tyle silni, by zaakceptować fakt wcześniejszej utraty dziewictwa u swojej wybranki i jeśli mają tego świadomość absolutnie nie powinni się z taką dziewczyną wiązać. Jeśli ten fakt budzi w nich żal, gorycz i nie są z tą sytaucją pogodzeni nie powinni z nią być. Pisałam o tym nieraz.
Kobieta również cierpi z tego pwoodu, że jej wybranek wcześniej współżył. Myślisz, że nie? Że dla kobiety to mało ważne? Że tylko mężczyzna cierpi? Że tylko on ma prawo oczekiwać dziewicy, a dla kobiety to obojętne? Zapewniam Cię, że jest tak samo, tylko kobieta chyba szybciej wybacza...

"Bo naprawdę trzeba być wyjątkiem, żeby wyżej cenić kawałek błony niż duszę wspaniałej dziewczyny. To czysta głupota, ale cóż - o gustach się nie dyskutuje." - Jaki kawalek blony?? Czy tu chodzi o blone tylko? Kompletna bzdura! Powiem Pani, o co tu chodzi - tu chodzi o to, ze jakis obcy facet byl w sposob najbardziej intymny, w srodku, dotykal miejsc intymnych i calego ciala i to powoduje zlosc i obrzydzenie. Niech pani uwierzy, ze mezczyzni odczuwaja inaczej niz kobiety, ze bardzo cierpia z tego wzgledu, o czym mowi o. Meissner. Mezczyzni (zreszta jak i kobiety) roznia sie wrazliwoscia i dlatego tez moga mniej lub bardziej cierpiec z tego powodu. Pisze Pani, ze to kwestia gustu?? Rece opadaja. Jestem ciekaw, czy Pani cos podobnego przezyla, zeby sie w ten sposob wypowiadac?

Tak, w tym przypadku, o którym piszesz tak właśnie było. Ja to piszę do konkretnych osób, w konkretnej sytuacji. Ta dziewczyna została w okrutny sposób potraktowana. Jeśli przeczytałeś dokładnie pytanie i odpowiedź to wiesz, że tak właśnie było. Chyba zatem nie uważasz za stosowne pognębienie jej jeszcze poprzez krytykę? Kogoś, kto się nawrócił, chce żyć inaczej i okropnie cierpi? W jej przypadku - tym konkretnym - należało pokazać, że jest kimś wartościowym, że jest dla niej szansa, że nie jest tak, że z powodu utraty dziewictwa nikt jej nie zechce i że to jest najważniejsze. Bo najważniejsze nie jest.
Oczywiście, że tu nie chodzi tylko o kawałek błony. Ale inaczej jest gdy ktoś faktycznie traktuje to jak mało ważny kawałek błony a inaczej gdy ktoś tego co wcześniej się stało żałuje, chce się nawrócić i dałby wszystko, żeby pewne sprawy potoczyły się inaczej. Wówczas gnębienie kogoś psychicznie dlatego, że nie jest dziewicą faktycznie zakrawa na głupotę. I zapewniam Cię, że wiem o czym piszę.

Uwierz proszę, że są normalni chłopcy, dla których liczą się skarby ducha a nie ciała. - Oczywiscie, ze duch jest wazniejszy, ale czlowiek sklada sie tez z ciala i nie mozna tego pomijac. A do tego to cialo jest obciazone skutkami grzechu pierworodnego i dlatego cierpi. A czy nie CIALO powinno byc swiatynia Ducha Swietego?

Tak, powinno. Zmierzam do jednego: żeby pomóc komuś odzyskać wiarę w to, że jego ciało nadal jest światynią Ducha Świętego - jeśli się nawrócił i nadal chce żyć w czystości nawet jeśli fizycznie nie jest już dziewicą. Chodzi dokładnie o to.

961
Należy pamiętać, że czystość - dar nikomu się nie NALEŻY. To piękne gdy można go komuś ofiarować, ale nie można, nie wolno żądać go od innego i uważać, że skoro ja mogłem dochować tej czystości to i mnie się ona należy. Dar jest dobrowolny, a zatem nikomu się nie należy z urzędu.
Rozumiem, ze maz nie ma prawa do dziewictwa swojej zony? Wiec po co 6 przykazanie? Jezeli wiec mezowi sie nie nalezy, to komu? Jakis relatywizm moralny tu Pani glosi. Oczywiscie, ze nie mozna zadac tego od kogos, kto juz popelnil ten grzech, ale zsada jest taka, ze cialo zony nalezy do meza, a meza do zony wg sw. Pawla. Wiec chba w zamysle Bozym dziewictwo tez sie nalezy mezowi czy zonie?


Ma prawo: pod warunkiem, że ma żonę dziewicę. Jeśli ktoś ożenił się z kimś kto nią nie jest nie ma prawa tego faktu jej wypominać. I w tym sensie się "nie należy". Tak jak pisałam wcześniej - jeśli dziewictwo to dar to można go ofiarować. A to co ktoś ofiaruje możemy jedynie z miłością i wdzięcznością przyjąć a nie żądać.

434
Kilka lat później dowiedziałeś się, że nie był to jeden stosunek czy dwa tylko kilka. I co? Coś to zmienia? Czy to różnica czy jeden czy dziesięć? Nie.
Oczywiscie, ze jest to roznica! Dziesiec boli bardziej niz jeden!! A dwa bola bardziej niz jeden!! Wiem to z wlasnego doswiadczenia, z tego, co czuje. Z tego doswiadczenia powiem Pani, ze czym innym jest, jesli dziewczyna wspolzyla raz, czy dwa, a gdy wspolzyla regularnie. Prosze tak nie pisac, skoro Pani nie wie!


No i tu mój Drogi wychodzi fakt, że Ty jednak nie powinieneś żenić się z nie-dziewicą. Po prostu. Jest to dla Ciebie tak ważne, że nie jesteś w stanie zaakceptować dziewczyny, która już z kimś wcześniej współżyła, nawet jeśli tego żałuje, nawet jeśli chce od teraz zachowywać czystość. Nawet jeśli "poza tym" jest wspaniałą kobietą. Ale to nic złego. Tak jak mówiłam - nie każdy jest w stanie to przeskoczyć. Ty nie. Dlatego nie wiąż się z taką dziewczyną, bo cierpieć będziecie oboje. Tak jak ten mąż z cytowanej odpowiedzi. Dla niego (podkreślam po raz kolejny, że piszę o konkretnych sytaucjach i osobach!) naprawdę nie może już mieć znaczenia czy przed kilkoma laty jego żona współżyła raz czy kilka razy. Oczywiście, że ona powinna mu to wcześniej powiedzieć - z tym się zgadzam. Ale chłopie, na logikę: co to teraz u niego zmienia? No co? W czymś pomaga? No kompletnie nic! On sobie tylko dokłada cierpień zamiast po prostu wybaczyć. Nie zapomnieć - ale wspaniałomyślnie, z miłości do żony wybaczyć. I podtrzymuję to co powiedziałam: że po fakcie, po nawróceniu naprawdę nie jest najważniejsze ile razy ktoś współżył ale to czy już nie chce dalej grzeszyć, czy zrozumiał co zrobił i czy jest gotowy trwać w czystości. To jest ważniejsze. Pamiętasz jak się zachował Jezus jak przyszła do niego zapłakana Maria Magdalena? Nie pytał ile razy, z kim, w jakich okolicznościach. Bo nieważne ile razy ona to zrobiła. On widział, że żałowała i więcej nie zrobi. Nie uzależniał zatem wybaczenia od ilości jej grzesznych stosunków. Po prostu powiedział: "Idź i więcej już nie grzesz".
I to ma być dla nas wzór. Nie to co było, ale to co jest i będzie. Jeśli ktoś nas błaga o wybaczenie i żałuje przeszłości to powinna się liczyć przyszłość a nie ilość stosunków ileś tam lat temu. Bo żal jest taki sam, nawrócenie takie samo, więc po komuś dokładać cierpień?

Na margesie: Skąd wiesz, że nie wiem? A może wiem? Nie znasz mojej historii przed poznaniem męża. Nie wiesz z kim byłam w związku i co przeżyłam.
Uwierz, że czystość jest naprawdę ważna ale nie można zapominać też o innych aspektach życia we dwoje. Samo dziewictwo nie "załatwia sprawy" i nie gwarantuje szczęśliwego życia. Oprócz tego są inne równie ważne cechy i zalety kobiety czy mężczyzny, które warunkują udany związek. Nie mówię, że są ważniejsze niż czystość ani że czystość, dziewictwo nie jest ważne. Jest. Ale naprawdę, nie można zatracić się "w pogoni za dziewicą". Bo może się okazać, że dziewczyna owszem, jest nią, ale na żonę niekoniecznie się nadaje, natomiast ta, którą odtrąciliśmy bo już nią nie jest jest wspaniałą, zaradną, żyjącą już od dawna w czystości, dojrzałą kobietą. Której jedyną winą jest błąd młodości dawno odpokutowany, ale przypominany i wypominany jej (przez ukochaną osobę!) bardziej niż ciężkie przestępstwo. I będacy nieraz jedynym powodem rozpadu dobrze zapowiadającego się związku.
Powtarzam do znudzenia: dziewictwo jest niezasłużonym darem. Powinno się dążyć do tego, żeby pierwsza noc była po ślubie.
Jeśli jednak ktoś nie jest w stanie przeboleć faktu, że jego dziewczyna nie jest dziewicą niech się z nią nie żeni! Znajdzie się ktoś kto dostrzeże również inne cechy tej dziewczyny i zachwyci go ona na tyle, że będzie chciał ją mieć za żonę. Nie ma sensu cierpieć samemu i zadawać cierpienie poprzez niepogodzenie się z tym faktem. Nie każdy jest powołany do tego, by żenić się z nie-dziewicą. Nie należy się tego wstydzić tylko powiedzieć to sobie wprost. I szukać dziewicy. Jest ich jeszcze bardzo dużo.

Z reszta sie zgadzam, ze trzeba przebaczyc i nie wypominac i ze, gdy Bog przebaczyl, to dana osoba staje sie na powrot czysta. Oto jak mozna pomoc ludziom z podobnymi problemami – o. Meissner mowi, ze z problemami seksualnymi sie nie walczy, z nich trzeba wyrastac. Cierpnienie zwiazane z utrata dziewictwa przez najblizsza osobe jest zwiazane z tym, ze sie jest niedojrzalym, ze sie przebywa w tzw. biosferze, czyli fizycznosci i sie na tym skupia. Trzeba jednak wzniesc sie wyzej i dolaczyc do tej sfery sfere psychiczna. Mozna wiec wczesniejsze wspolzycie przyrownac do jedzenia bigosu w barze na dworcu, podczas gdy pierwsze wspolzycie z zona jest kapusta z grzybami podczas wieczerzy. Tak wiec trzeba myslec o wieczerzy, ktora nie miala miejsca podczas pozamalzenskiego wspolzycia, a dopiero nastapi po raz pierwszy po slubie. Te biosfere mozna przyrownac do robienia kupki w majtki – pamieta sie to, ale trzeba z tego wyrosnac. A gdy nachodza nas mysli dotyczace wczesniejszego wspozycia przez te druga osobe, to nalezy sie z tego ... SMIAC! Smiac sie z siebie, ze sie nadal robi kupke w majtki! Nawet, gdyby kobieta miala 100 facetow, to zawsze byl to tylko bigos na dworcu. A w ogole to trzeba patrzec rodzinnie, na to, ze sie bedzie ojcem i matka.

No, właśnie. I co? Bo to jakoś przeczy Twojemu wcześniejszemu wzburzeniu. Zgadasz się z o. Meissnerem czy nie? Bo o to właśnie chodzi.

Prosze o ustosunkowanie sie do mojej wypowiedzi.

Szczesc Boze!

PS. Polecam "Psychologie Plciowosci" o. Meissnera - wyklady na KULu.


Bardzo dziękuję za polecenie i również polecam. Studiowałam w Lublinie więc to "moje kilmaty". Pozdrawiam serdecznie. Z Bogiem!

  Zmęczona, 22 lat
1818
28.07.2007  
Witam! :)
Piszę do Pani, ponieważ w pewien sposób jestem zmęczona pewną relacją. W tamtym roku uległam bardzo silnemu zauroczeniu, które następnie mi przeszło zamieniając sie w zakochanie. To ja ciągle jakbym robiła pierwszy krok, a ten człowiek niby jest zainteresowany, ale tak jakby nie, może wtedy był za bardzo nieśmiały i ja także byłam przerażona. Dałam mu sporo czasu, wolny wybór. Starałam się utrzymać i dystans i trochę się zbliżyć. Nie wiem, kilka razy pytałam, czy chce ze mną utrzymywać jakikolwiek kontakt, tak, ale wciąz nie wiem na jakiej stopie. Trochę mnie to męczy, ponieważ wcześniej zawsze grałam role chłopaka, zdarzało sie, że moich kolegów odprowadzałam do domu, ponieważ się bali, sama potem wracałam, opiekowałam się moją Mamą niejako zastępując tatę, który mial kiedyś silną awersję do kobiet. Dla moich koleżanek byłam bardziej jak chłopak, prawiłam im komplementy, starałam sie dawać im poczucie bezpieczeństwa. Pewnie to zaważyło w pewien sposób na moim zachowaniu, przejmowaniu inicjatywy. Jednak jestem już tym bardzo zmęczona, ponieważ jestem dziewczęca w głębi duszy, a granie roli w końcu musi kiedyś zmęczyć.
Nie wiem, czy chcę kończyć tę znajomość z tym kimś, ponieważ nadal mi na nim zależy, nawet tylko na przyjaźni z nim. Ale i to nie jest tak do końca możliwe, ponieważ on utrzymuje spory dystans. Może za bardzo próbuję? Może dać sobie spokój? Jakby naprawdę chciał to by coś zrobił? Albo coś może planuje, albo ma dziewczynę i się do tego nie przyznaje? Albo też się asekuruje, albo jest bardzo zajęty pracą?
Juz nie wiem, a jeśli któreś z powyższych to co zrobić, aby zapomnieć? Chociaż to trudne, bo często go widuję i nadal mnie 'rusza' na jego widok.
Pozdrawiam. I z góry dziękuję:)


* * * * *

Szczerze mówić nieźle się zdziwiłam ale i zaniepokoiłam jak przeczytałam, że odprowadzałaś kolegów do domu! To oni się bali a Ty miałaś się nie bać? Oni na to pozwalali? Gdzie Ci mężczyźni?!
Moja Droga! Nie rób tak. Poza tym, że będziesz sfrustrowana i zmęczona ciągłą inicjatywą to ponadto nauczysz chłopaków lenistwa i nieodpowiedzialności. Tak nie może być.
Rozumiem, że zależy Ci na tym chłopaku, nie wiem jak długo to trwa, ale wydaje mi się, że jakby on był Tobą naprawdę zainteresowany to sam by prosił Cię o spotkania i był pełen werwy. To jest naturalne: jak chłopakowi zależy na dziewczynie to na głowie stanie żeby się z jak najlepszej strony pokazać i żadnych problemów z zapewnieniem jej "atrakcji" nie ma.
Być może - tak jak piszesz - u Ciebie wynika to stąd, że musiałaś zawsze pełnić odpowiedzialne role w życiu, takie "dziecko - bohater". Bardzo niepokojące jest to co piszesz o ojcu. I teraz to przenosisz na relacje damsko - męskie. Ale w życiu dorosłym, w związku kobieta ma być kobietą, a nie mężczyzną i ma mieć mężczyznę u boku a nie opiekować się chłopięciem.
Jeśli będziesz nadal tak robić to niektórzy albo od razu się zniechęcą myśląć, że "chcesz rządzić" i że będziesz chciała ich "wsadzić po pantofel" a prawdziwi mężczyźni bardzo tego nie lubią albo wprost przeciwnie - będzie im z tym wygodnie. Ale im, a Ty będziesz coraz bardziej rozgoryczona. Bo to nie tak ma być w związku.
Moja Droga! Polecam Ci te artykuły: oczekiwania.
Co do chłopaka: a zrób taki eksperyment: przez jakiś czas nie pokazuj, że Ci tak na nim zależy. Pozwól jemu pierwszemu się odzywać, zapraszać Cię i prośb by to on coś proponował. Ewentualnie nie odzywaj się pierwsza przez jakiś czas. Jak go to zniechęci, jak będzie zdziwiony albo będzie protestował to raczej nie jest to najlepszy kandydat. W ostateczności - jeśli nie masz pewności co do tego np. czy ma dziewczynę - możesz delikatnie z nim porozmawiać. Spytać czy kogoś ma, jaki ma stosunek do Ciebie. Oczywiście nie wyznawaj mu uczuć, ale poproś o określenie Waszej relacji.
Jeśli pytasz o to jak zapomnieć to polecam odp. nr: 80, 526, 653, 825.
Bądź sobą, bądź kobietą! Nie musisz udawać kogoś innego, nie musisz "walczyć" o zainteresowanie mężczyzny. Rozwijaj w sobie swoje kobiece cechy i zachowuj się tak jak Ci natura podpowiada. Zobaczysz, że znajdzie się ktoś komu będzie chodziło o to, byś była właśnie sobą: kobietą. Z Bogiem!

  Ania, 19 lat
1817
28.07.2007  
Po raz kolejny ja (1647, 1675, 1746). Przepraszam, że Panią męczę, ale jakoś nie do końca umiem to sobie poukładać. Moim podstawowym problemem jest to, że nie potrafię określić mojego stosunku do niego. Jeżeli był by dla mnie takim przyszywanym tatą to w porządku, jeśli bym była w nim zakochana, to musiałabym ograniczyć kontakt itp, itd A ja nie wiem kim on dla mnie jest i co do niego czuję. W ostatnim liście pisałam, że ograniczył pewne zachowania, a teraz jest chyba odwrotnie, częściej przytula(ale myślę, że po ojcowsku), pisze miłe sms-y itp, czasem się także obraża:( Nie spędzamy jednak czasu sam na sam. Radziła Pani ograniczenie kontaktu, ale nie jest to możliwe, gdyż udzielam się w parafii. Zresztą to chyba nie było, by w porządku, ot tak uciec od kogoś, gdy już się jakoś wzajemnie poznało i nawiązało pewną relację- wiem, że by go to zabolało. Przeglądałam ostatnio pytania i w jednej odpowiedzi dotyczącej księdza napisała Pani: "Natomiast Ty nie możesz zbliżać się do niego bardziej niż on do Ciebie - taka jest zasada." No dobrze zasada, stosuję się do niej, ale jeśli on się zbliża? Nie robi nic złego, czy też nie przyzwoitego, ale się zbliża, relacja się zacieśnia, to co ja mam robić? Przecież on nie robi nić złego... Nie będę tu opisywać wszystkiego, ze względu na bezpieczeństwo, mogłabym to napisać gdyby nie zostało to umieszczone na forum, więc na razie to tyle.

* * * * *

Zasada o jakiej pisałam dotyczy sytuacji normalnej. Jeżeli - jak piszesz - on się zbliża, kontakt się zacieśnia - to jest to coś złego i takie kontakty należy ograniczyć.
Ty się o to, że jego to zaboli nie bój, Ty się bój o siebie.
Nie wiem co chcesz poczuć, żeby móc określić swój stosunek do niego. Zresztą co tu określać? Sytuacja jest jasna: on jest księdzem, Ty parafianką i to jest Twoja relacja w stosunku do niego.
Uważaj! Stąpasz bo bardzo cienkiej linii. Ja Cię ostrzegam, bo niewiele brakuje, żebyś powiększyła grono kobiet nieszczęśliwie zakochanych w księdzu. A to - jak mawia pewien bardzo mądry kapłan - "może i nie jest grzechem ale jest wielką stratą czasu". Z Bogiem!

  Justyna, 22 lat
1816
28.07.2007  
Ponad półtora roku temu byłam wesołą, radosną dziewczyną, ale nigdy wcześniej nie byłam z nikim związana na stałę. Owszem spotykałam się z pewnym chłopakiem (A.), ale to nie był związek lecz jedynie randki które konczyły się pocałunkiem. W grudniu przed sylwestrem 2005/2006 ostro się pokłóciliśmy, nie odzywaliśmy się do siebie. Parę dni później przyszła do mnie koleżanka ze swoim chłopakiem, zapraszając mnie na sylwestra, którego organizowali w domu tego chłopaka. Powiedziałam sobie - a co mi tam, pójdę, przynajmniej się wybawię i nie będę myśleć o A. Decyzję podjęłam prawie bez wahania. Kiedy razem z koleżanką przybyliśmy na miejsce trochę wcześniej niż inni, przyznała mi się ze swoim chłopakiem, że zaprosili mnie, bo mają dla mnie kogoś, że on też jest sam i jest do mnie podobny z charakteru. Byłam zła, bo koleżanka dobrze wiedziała, że gdybym wiedziała że kogoś dla mnie mają nie przyszłabym. jak się okazało on również by postąpił tak jak ja. Myśleliśmy tak samo. Kiedy w pewnym moemncie zobaczyłam, że ktoś stanał w drzwiach - nie mogłam zgubić swojego wzroku, wciąż na niego patrzyłam myśląc - kurczę, pewnie z kimś przyszedł, ale wydaje się bardzo sympatyczny, mój ideał, mimo że do ideału brakowało mu wiele, ale od samego początku, od pierwszego spojrzenia przykuł moją uwagę... W podświadomości jednak wciąż tkwiło, że pewnie przyszedł z kims i za chwilę w drzwiach pojawi się jego dziewczyna. Nie jestem w stanie opisać moich uczuć wtedy. Nigdy wcześniej nie patrzyłam tak na meżczyznę, nigdy wcześniej nie miałam takich motylków w brzuchu... Próbowałam zająć się czymś innym, ale gdy posadzili go koło mnie, a spogladając na koleżankę zauważyłam jej uśmeich w moim i jego kierunku, wiedziałam, że to on - ten którego dla mnie przyprowadzili... Byłam miła, on również, jednak oboje krępowaliśmy się siebie. On dowiedział się, że kogoś dla niego mają kiedy stanął w drzwiach wejściowych na imprezę. Atmosfera rozkręciła się dopiero po północy, po wzajemnych życzeniach i kiedy poprosił mnie do tańca... później już nie chciał, żebyśmy patrzyli w zupełnie innych kierunkach jak tylko na siebie, kiedy obiecywał, że się odezwie i żebym nie wątpiła, bo on naprawdę się odezwie. Próbował mnie pocałować ale ja jeszcze długo się nie dawałam... Wiedziałam bowiem jeszcze coś... Wg jego znajomych on rozstał się miesiąc przed sylwestrem z dziewczyną z którą był 2 lata, wg jego \"zeznań\" rozstali się tydzień przed sylwestrem... To ostudzilo trochę moje emocje i powiedziałam sobie w myślach wówcza, że nie moge z nim być, bo będe maskotką, to za krótki czas, by on wiązał się z kimś na nowo... W pewnym momencie, w miarę licznych spotkań zapomniałam o tym co sobie przyrzekłam... Pocałował mnie dopiero po 3 tygodniach od sylwestra... a później dowiedziałam się, że gdybym dała mu się pocałować w sylwestra, to nie staralby się nawet o mnie tylko sobie mnie poprostu odpuścił. Szanuję się i jestem religijna osobą. Kiedy pierwszy raz poszedł ze mną do Kościoła, nie tylko ja byłam zdziwiona, zdziwiona była cała jego rodzina. Nie wiedzieli co ja z nim zrobiłam, że on znowu zaczął chodzić do Kościoła. Byłam szczęśliwa że robi to bo chce, nawet bez mojego pytania. Ten związek był związkiem bynajmniej z mojej strony nagromadzony ogromnymi emocjami i uczuciami, mimo że z początku podchdoziłam do tego z dość dużym dystansem. Na początku to on się starał... pod koniec starałam się ja, mimo, że czułam, że on patrzy na mnie po pewnym czasie (a może wciąż) przez pryzmat swojej dwuletniej miłości, która co jakis czas pisala mu smsy puszczała strzałki - rozumiałam to. Obawiał się, ze go zostawię i ucieknę do innego - tak jak ona. Brak zaufania ranił mnie bardzo. Kiedy dwa tygodnie rpzed rozstaniem siedzieliśmy w jego samochodzie i on w pewnym momencie zapytał - dlaczego nie pojawiłaś się wcześniej w moim życiu - odpowiedziałam - widocznie tak musiało być ale jestem teraz - i go pocałowałam... Nie przypuszczałam, że to zdanie może zapowiadać katastrofę dla mojego serca. W połowie maja 2006 roku rozstaliśmy się... To ja na jego słowa w których mówił jak bardzo się różnimy od siebie, bo ja słucham innej muzyki niż on, że on lubi szybką jazdę a on nie... odpowiedziałam - w takim razie jesteś wolny... Przez chwilę czułam jakby runęła na mnie wielka cegła wielkości budynku. Z trudnością powstrzymywałam łzy w oczach, by żadna nie spadła. On jeszcze próbował ratować mówiąc - nie chcę roztsania i tak tygodniami się nei widzimy więc mam czas żeby pomysleć i się zastanowić, ale... jeśli tak chcesz... niechce miec teraz dziewczyny - nie wierzyłam. Kiedy się widzieliśmy planowaliśmy przyszłość, mimo, że nasz związek trwał 4,5 miesiąca. On mi mówił - niejesteś pierwszą, ale chciałbym, żebyś była tą ostatnią - jego mama mówiła już do mnie - synowo - z jego siostrą rozumieliśmy się świetnie... Było tylko jedno ale... On coraz częściej był do dyspozycji kolegów, smuciło mnie to i rozmawiałam z nim na ten temat, mówiłam, że - nie ma Cię czasami po 3 tygodnie, rozumie, że chcesz się też widywać z kolegami i masz do tego prawo, nei zabraniam Ci tego, ale ja też chciałabym chociaż jeden dzień spędzić tylko z Tobą, nie z w czwórkę... Ale często też poakzywałam jak bardzo coś mi się nie podoba... Kiedyś w obecnosci jego siostry, kiedy bałam się o swoje zycie, o jego zycie i o zycie 8 letniego chłopczyka, którego mieliśmy dowieźć do domu z Międzyzrojów i kiedy zauważyłam, ze jedzie 160 km/h, a w cb radiu odezwał się głos - "Ej Ty jettą czerwoną po śmierci juz się nei będziesz tak śpieszył..." - podniosłam głos... krzyknęłam, dlatego, że obawiałam się, chciałam dobrze, martwiłam się o wszystkich, któzy jechali tym samochodem... To powtózyło się tylko raz, bo tydzien po tym zdarzeniu nastąpiło rozstanie. Wiem, że to uczucie jest tak bardzo silne nadal (w maju 2006 nastąpilo rozstanie a mamy juz prawie sierpień 2007), bo to była pierwsza moja pwoażna miłość, poważny związek. Jednak czy to ma trwać tak długo? Wciąż o nim myślę. Tydzien po rozstaniu dostałam do niego jedynie strzałkę... kiedy w lipcu chciałam sie z nim definitywnie rozstać, pożegnać - on zadzwonił i powiedział, że jak wróci z pracy to do mnie przyjedzie i jeszcze raz porozmawiamy o nas. Miesiac później (spotkanie sie nei odbylo) kiedy domagałam sie tego spotkania i zpaytalam czy jest w domu, odpwoeidzial, ze mozemy zostac tylko koleżanką i kolegą... 2 tygodnie pozniej zobaczyłam go z inną... Ja 4 meisiace temu roztsalam się z kimś innym i po tym rozstaniu znowu zaczełam myslec o mojej peirwszej milosci. Ten drugi związek nie była taki sam... Był inny... być może i lepszy, ale wiem, ze do tego drugiego związku nie ma powrotu bo to nie było to i mój drugi ex efinitywnie lecz delikatnie mi to zakomunikował, że to nie jest to i oboje bedziemy sie w tym zwiazku meczyc gdyby trwał dłużej. Jeśli chodzi o pierwszego ex, nigdy żadnych wyjaśnien nie dostałam, jedynie suche stwierdzenia - możemy być tylko kolegami, mam dziewczynę... Próbowałam o niego walczyć, przypomniec jak bardzo bylismy szczesliwi jeszcze rok temu, że wciąż w tlumie ludzi widzę jego... Na próżno... Teraz nie chce juz walczyc o jego milosc... bo wiem ze jej nei odzyskam, to byly tylko 4,5 miesiaca. To uczucie zniszczyło moje życie. Było piękne ale krótkie, ale chcę się w końcu od tego uwolnić i zakończyć raz na zawsze prosząc o wyjaśnienia "dlaczego tak sie stało?", żeby uczyć się na własnych błędach... Nie potrafię tylko uwierzyć, ze tak postąpił, że zachował się dokładnie tak samo jak jego dziewczyna, że jak on to mówił:"ma już zjechaną psychikę przez swoją dwuletnią miłość"... chciałam go z tego uleczyć, ale zrobiłam za dużo... Chyba robiłam to wszystko, bo nie sądziłam, że rozstanie kiedyś nastąpi. nawet gdy wysiadałam od neigo z samochodu po raz ostatni nie cuzłam że robię to ostatni raz, czułam, ze jeszcze usiądę keidyś znim w tym samochodzie. Pytałam Boga o tę miłość... że jeśli on nie jest tym, którego mi przeznaczył, żeby pozwolił mi o nim zapomnieć... a tu jak na złość spotykam jego siostry, jego znajomych ostatnio prawie dzien w dzień... Może to zwykły przypadek, ale... ja chcę się w końcu uwolnić od tego uczucia... Chcę znowu zacząć kochać na nowo... Proszę o pomoc, bardzo jej teraz ptorzebuję... Szczęść Boże...

* * * * *

No ja też tego nie rozumiem jak można po takich deklaracjach i takim "motaniu" dziewczyny rozstać się z nią, bo…słucha innej muzyki czy preferuje ostrożniejszą jazdę.
Droga Justyno! Przykro mi to pisać, ale moim zdaniem to było zwykłe zauroczenie z jego strony. Być może byłaś odskocznią po tamtej dziewczynie, być może zachwyciłaś go w jakimś sensie. Natomiast o prawdziwej miłości to on pojęcia nie ma. Wiele rzeczy wskazuje na to, że on jest jeszcze nieodpowiedzialny (szybka jazda, niezrozumienie, że chcesz go częściej widzieć, brak czasu dla Ciebie, dziecinne tłumaczenie rozstania, "test na pocałunek", szybkie związanie się z kolejną dziewczyną).
Nie wierzyłabym w żadną "zjechaną psychikę" - ludzie czasem są ze sobą ładnych parę lat, potem się rozstają ale to ich nie uprawnia do ranienia innych i takiego zachowania. Ciekawa jestem jak długo jest lub był z kolejną dziewczyną. Pewnie do czasu gdy znów nie odkrył, że słucha innej muzyki. Dziecinne bardzo, naprawdę. Jeśli chcesz wiedzieć jaki on zrobił błąd przeczytaj proszę ten artykuł: [zobacz], tam pisałam na czym polega prawdziwa miłość i co ją różni od zakochania.
To, że spotykasz ciągle osoby, które miały z nim związek to poniekąd normalne. No, tak to już jest, że po rozstaniu z kimś "jak na złość" pojawiają się osoby, sytuacje, rzeczy mające związek z dawnym uczuciem. Też tego doświadczyłam i nie wiem czemu tak się dzieje. Poza tym Ty jesteś na wszystko co ma związek z nim bardzo wyczulona i tym bardziej to wszystko zauważasz.
Cóż mogę Ci poradzić? Przeczytaj proszę rady z odp. nr: 80, 526, 653, 825 i nie przestawaj wierzyć w miłość. Prawdziwa miłość nie jest przelotnym uczuciem i tak łatwo nie mija. Natomiast trzeba na pewno do niej dojrzeć i włożyć w nią sporo wysiłku. Z Bogiem!

  Agnieszka, 18 lat
1815
27.07.2007  
Mam 18 lat i kilka nieudanych zwiazkow za soba. Naprawde kocham tylko jednego, ale... No wlasnie to ale. Jak mozna kochac czlowieka, ktory mi nigdy nie da szczescia, spelnienia, nic...? Z ktorym kiedy bylam (dosc dlugo, 8 miesiecy), ale podczas tego to bylo moje dawanie milosci ktora zostala wykorzystana? Nie potrafie teraz normalnie reagowac w zadnej sytuacji dotyczacej wiazania sie, spotykania, i ranie ludzi ktorzy mnie kochaja. Co mam zrobic, by zapomniec? By moc kochac? Nic nie pomaga, minelo ze juz minelo dosc duzo czasu.Co zrobic?

* * * * *

Żeby zapomnieć - polecam odp. nr: 80, 526, 653, 825
Trzeba wyleczyć najpierw stare uczucie, otworzyć serce i wtedy będziesz mogła kochać na nowo. Ponadto nie możesz żyć ciągle myślą o nim, nie możesz wyobrażać sobie, że jesteście razem, nie powinnaś ciągle tego wszystkiego rozpamiętywać. Wiem, że to trudne, ale jeśli będziesz to robić to Twoje zranienie będzie ciągle wracać a to Ci nie pomoże w uwolnieniu się od uczucia. Pamiętaj, że to już skończona historai i żadne próby dopisania w wyobraźni innego zakończenia już jej nie zmienią. Nie możesz żyć złudzeniami. Prawdziwa miłość jest realna i jest być może gdzieś niedaleko. Aby ją zauważyć trzeba mieć oczy i serce otwarte na nowe znajomości. Z Bogiem!

  Kasia, 22 lat
1814
27.07.2007  
Czy można przyrównać przyciąganie mężczyzny do kobiety (i kobiety do mężczyzny) do przyciągania człowieka do Chrystusa?

W jaki sposób objawia się obecność Boga pomiędzy kobietą i mężczyzną.. jeszcze przed zawarciem związku małżeńskiego, w okresie narzeczeństwa?

Kasia


* * * * *

Ho, ho, poważne pytania.
Nie da się na nie odpowiedzieć w kilku zdaniach. Ale tak w skrócie:
Ad 1) Myślę, że można. Miłość czysta - czy to oblubieńcza czy inna zawsze powinna być odbiciem miłości Boga do nas. Gdy dwoje ludzi się kocha to pragnie dla siebie nawzajem dobra tak jak dobra pragnie dla nas Chrystus. Poprzez spełnianie uczynków tej miłości względem drugiej osoby przybliżamy się do Chrystusa a przez to do siebie nawzajem. Dlatego właśnie relacja oblubieńcza powinna być relacją trójstronną: Bóg - kobieta - mężczyzna. Bóg jako wierzchołek tego trójkąta. Zaproszenie Boga do związku jest gwarancją jego wzrostu i wzrostu miłości.
Ad 2) No właśnie objawia się poprzez ich miłość. Przede wszystkim przez to, że Bóg pozwolił im się poznać, że pozwala im ze sobą być i że im błogosławi. Jeśli - tak jak wspomniałam - zaprosi się Boga do związku to Bóg będzie temu związkowi błogosławił. Boże błogosławieństwo objawia się w mądrości dwojga ludzi, w rozeznawaniu czy są dla siebie, w sile i mocy do pokonywania przeszkód i rozwiązywania problemów, wreszcie przez siłę woli do trwania w czystości. Oczywiście nie jest to łaska dana raz na zawsze i jednorazowo. Za każdym razem umacniana poprzez przyjmowanie Ciała Chrystusa w Eucharystii wzrasta i się odnawia. Dlatego tak ważne jest, by narzeczeni albo osoby na jeszcze wcześniejszym etapie związku żyli w łącznosci z Bogiem, aby wspólnie się modlili i przystępowali do sakramentów. Oparcie się na Bogu jako właściwym fundamencie miłości zawsze procentuje.
Z Bogiem!

  Agnieszka, 18 lat
1813
27.07.2007  
Poznałam pewnego chłopaka, na początku chciałam się z nim zaprzyjaźnić, bo wydawał mi sie fajnym, godnym zaufania, sympatycznym i dobrym chłopakiem. Potem poczułam, że mnie coś do niego ciągnie. Nie potrafiłam powiedzieć co, tęskniłam za nim zasatnawiałam się co robi. Rozmawialiśmy często, le nie były to takie poważne rozmowy, raczej takie swobodne, kumpelskie i to nie na osobności. Stwierdziłam, że on mi się podoba, że jestem zauroczona i bardzo chciałam z nim być. Modliłam się o to, żeby z nim być, żeby Bóg zasiał w nas obojgu prawdziwą miłość, bo nie wiedziałam czy to co do niego czuję, czy to miłość czy zauroczenie. Ale bardzo mi zależało na znajomości z nim. Dwa dni temu rozmawiałam z nim najszczerzej jak potrafiłam on też. Powiedział mi że zostawiła go dziewczyna mówiąc, że nic do niego nie czuje (2 tyg. temu) nie chce go i nie kocha, bo mu to powiedziała, coły czas go rani, a on nadal ją kocha. Powiedział mi że kocha ją aż tak bardzo, że nie jest w stanie patrzeć na inne dziewczyny. Nie jest w stanie się w nich zakochac, nawet go rozumiem. Powiedział mi też, że nic do mnie nie czuje więcej oprócz ogromnej sympatii i szacunku. Powiedział, że wie co czuję, bo cztery razy z rzędu dostał takiego samego kopa i nie potrafił się pozbierać. Powiedział, że bardzo zależy mu na tym , żebyśmy się zaprzyjaźnili bo dla niego teraz przyjaźń jest ważniejsza od miłości, ale to wszystko zależy ode mnie. Potem półtroej dnia spędziliśmy razem, bo akurat musieliśmy. On cały czas się na mnie patrzył, opiekował się mną, mówił, żebym się uśmiechnęła, bo nie może patrzeć na mnie jak cierpię, powiedział mi też on może cierpieć, ale nie ktoś inny z jego powodu. Bardzo to przeżył, bo jest bardzo uczuciowym chłopakiem. Było i nadal jest mi bardzo smutno. Nie wiem co mam zrobić, czuje się bardzo zagubiona, bo dopiero po tej rozmowie uświadomiłam sobie, jak bardzo mi na nim zależy, jak dużo nas łączy w podejściu do życia i poglądach, nie wiem co mam robić. Dużo się modliłam jak już wcześniej mówiłam np. nowenną do św. Rity, tylko wszystko właśnie tak się skończyło. Zależy mi na znajomości z nim, zależy mi na nim, po tej rozmowie zależy mi bardziej, czy to nienormalne?? przecież mi powiedział że nic do mnie nie czuje. Powiedział, że to nie jest moja wina tylko jego, a to wszystko co się dzieje i stanie nie zależy od niego tylko od Boga. Ja poprostu go pokochałam, a nie mogę z nim być. Nie wiem czy się modlić o to żebyśmy kiedyś byli razem. Ja mogę na niego czekać... Chciaż on naprwdę nie zostawił mi już nadzieji i złudzeń. Nie wiem poprostu co robić, staciłam siły i chęć do życia. Co ja mam zrobić?? Co Bóg mi chciał pokazać - że nie powinniśmy być razem, czy może chciał sprawić, żebym go bardziej pokochała... tylko on mnie nie chce, on bardzo kocha tą dziewczynę, która go nie chce... Jakie to wszystko okrutne.

* * * * *

Jeśli on faktycznie kocha tamtą dziewczynę no to na razie nic nie możesz zrobić. Jeśli ona go nie chce to ta miłość zapewne po jakimś czasie wyblaknie i mu przejdzie. Oczywiście nie jest to gwarancja, że będziecie razem, niestety. Na dzień dzisiejszy sytuacja wygląda tak, że Ty się zakochałaś, a on nie nie chce z Tobą być. No cóż, przyjaźń z nim nie ułatwi Ci zadania. Przebywanie z nim sprawi, że nie tylko uczucie się pogłębi ale też będziesz cierpieć. Tak naprawdę zatem na razie powinnaś kontaktu z nim unikać. Radziłabym Ci przebywać z nim tylko na tyle na ile jesteś w stanie psychicznie to wytrzymać. On na pewno zrozumie, że nie możesz więcej. Ja nigdy nie jestem zwolennikiem przyjaźni w sytuacji gdy jedna strona kocha. Bo to nie będzie normalna przyjaźń - przyjaciel przecież nie rani. Nie wchodziłabym tu zatem w głębsze relacje z nim - przynajmniej na razie, dopóki Ci nie przejdzie. O tym jak sobie radzić w tej sytuacji przeczytaj w odp. nr: 80, 526, 653, 825
Jak będzie dalej - nie wiadomo. Nie powiem Ci czy masz się modlić byście byli razem - bo wiem czy to będzie dla Was obojga dobre. Na pewno jednak powinnaś modlić się o miłość i o dobrego chłopaka. Żadne modlitwy nie pójdą na marne i nawet jeśli nie będzie to ten chłopak to modlitwa zaprocentuje. Tym zdarzeniem Bóg chciał Ci na pewno pokazać, że potrafisz pokochać.
Współczuję Ci tej sytuacji. Nie trać jednak nadziei na prawdziwą miłość i nie uważaj tego czasu za stracony - jesteś bogatsza o to doświadczenie. Bogatsza chociaż w tym sensie, że będziesz potrafiła zrozumieć osoby w takiej sytuacji. Czas i modlitwa uleczy Twoje rany. Z Bogiem!

  Stokrotka, 26 lat
1812
27.07.2007  
Witaj. Nasz związek ma spory staż - ok 5 letni. Jesteśmy szczęśliwi i kochamy się. Niestety życie toczy się tak, że mieszkamy oddzielnie ze swoimi rodzicami. Jego Rodzice traktują mnie już niemalże jak synową, moi Rodzice też Go prawie jak zięcia. On też traktuje mnie z miłością niemalże jak swoją żonę. Jednakże nie jesteśmy nawet zaręczeni. Rozmawialiśmy o tym nie raz, mój chłopak deklaruje że się zareczymy i od razu pobiezemy jak tylko "stanie na nogi" jak tylko jego sytuacja finansowa pozwoli nam zamieszkac razem i się utrzymywac. Rozsądne - ale tak naprawde trwa to już 2 lata i to dlatego że mój chłopak wybrał bardzo ambitny sposób zarabiania pieniedzy(spełnia sie w pracy ale to są jescze znikome pieniądze). Dla niego jestem w stanie to przetrwać, zaciskam zęby i pozwalam mu spełniac Jego pasje i marzenie. Ustatlilismy że taka sytuacja moze trwać max. jescze kilka miesiecy, jeśli nie przyniesie sensownych rezultatów. Więc w czym jest problem ? Otóż ja już czasem nie wyrabiam - wszyscy mnie dręcza pytaniem o ślub, a najbardziej ja sama się tym zadręczam bo bardzo Go kocham i chcę z nim żyć. Tylko już nie wiem co ja mam zrobić żeby nie zwątpić już w ta miłość, nie zrobić głupsta i nie odejść albo nie zaczac sobie szukać kogos innego? Kochać kogoś i nie móc z nim żyć przez tyle lat - czekać już nie wiadomo na co. Co zrobić żeby nie zniszczyć tej miłości ? Bo ja już czasem czuje żal i rozgoryczenie z tego powodu i myśle czasem ze juz nigdy nie bedziemy malzenstwem ze juz jak przyjdzie na to czas to ja juz nie bede chciala wychodzic za niego zamąż. Po prostu cały czas staram się dystansowac do tego związku bo nawet nei jestem narzeczoną, a taki dystans "chłodzi" tą miłość. Kocham go i chce z nim być ale czasem jzu opadam z sił i gasnie we mnie radość i szczeście z bycia razem.

* * * * *

Rozumiem Twój żal. Zgadzam się, że taka sytuacja nie powinna trwać latami. Całe szczęście, że ustaliliście, że za kilka miesięcy podejmiecie jakieś zdecydowane kroki.
Tak naprawdę ja nie widzę powodu, żeby się nie zaręczyć. Przecież ślub i tak z reguły jest przynajmniej po kilku miesiącach albo roku od zaręczyn. Możecie to zrobić a potem spokojnie się do ślubu przygotowywać. Całe przygotowania przecież zabierają bardzo dużo czasu i lepiej jest zacząć wcześniej niż potem nerwowo wszystkiego szukać padając ze zmęczenia. Poza tym perspektywa ślubu choćby za dwa lata uspokoi Cię i utwierdzi w tym związku (byle tylko wyznaczyć KONKRETNĄ datę ślubu a nie odkładać go na nieokreśloną przyszłość).
Oczywiście, że powinno być tak, że małżonkowie utrzymują się samodzielnie. Jednak czy naprawdę nie jesteście w stanie żyć na własny rachunek? Ty pewnie też zarabiasz, Twój chłopak też, najwyżej będziecie żyć skromniej. A zaręczyć możecie się przecież nieoficjalnie, tak tylko dla siebie. Twój chłopak powinien Ci się po prostu oświadczyć. Nie musi to być wielka feta rodzinna z padaniem na kolana i pierścionkiem. Ważne jest przecież samo wyrażenie woli bycia razem w przyszłości. Jeśli się kochacie to w czym problem?
Stokrotko, porozmawiaj o tym z chłoapkiem, przedstaw mu swoja wizję, powiedz dlaczego tego potrzebujesz. No chyba, że on czeka na jakąś okazję? Może już coś zaplanował, o czym Ty nie wiesz? W każdym razie rzeczywiście taka sytaucja jest męcząca i rozumiem, że Ty chciałabyś wiedzieć na czym stoisz. Z Bogiem!

  Weronika, 15 lat
1811
26.07.2007  
Czy czlowiek moze tak naprawde dorosnac do prawdziwego zwiazku? Do prawdziwego uczucia? Czy ktos moze powiedziec: nie chce zwiazkow bo jeszcze CALKOWICIE DO TEGO NIE DOROSLEM.? Czy w zyciu czlowieka nastaje taki moment, ze jest do tego w pelni dojrzaly?...

* * * * *

Hmm, ciekawe pytanie. Bo widzisz, na ogół jak ktoś naprawdę nie dorósł do związku to wcale tego nie widzi. Wydaje mu się, że jest już naprawdę dorosły. Natomiast to o czym mówisz, taki samokrytycyzm wskazuje właśnie na to, że człowiek dojrzewa, że patrzy na siebie krytycznie, że odkrywa swoje niedoskonałości. I to jest bardzo dobry znak. Może zatem być tak, że ktoś dostrzega, że faktycznie: jeszcze wcale mu nie brakuje chłopaka czy dziewczyny, jeszcze nie potrafi jej zbyt wiele ofiarować, jeszcze nie jak się zachować. I wtedy lepiej jeśli jeszcze w związek nie wejdzie, bo może poranić siebie i kogoś.
Pytasz czy można dorosnąć do prawdziwego związku. Można. Jest to nawet konieczne by stworzyć małżeństwo. Tylko to nie dzieje się automatycznie. Potrzeba wiele czasu, wielu wydarzeń, przemyśleń i pracy and sobą. Przeważnie po drodze popełnimy też wiele błędów. Tak naprawdę dojrzewamy przez całe życie. Małżonkowie też dojrzewają, bo przecież małżeństwo inne jest w dniu ślubu, inne po dziesięciu latach i po czterdziestu. Inne związki też tworzymy w wieku 18 lat, inne w wieku lat trzydziestu. Wszystko co przeżyliśmy uczy nas bycia we dwoje. A to naprawdę trudna sztuka.
Jeśli zatem ktoś Ci tak powiedział (a domyślam się, że pewnie Twój rówieśnik) to należy to uszanować. To znaczy, że pracuje nad sobą, myśli i nie chce robić krzywdy mając świadomość, że wielu rzeczy jeszcze nie umie. To dobry znak, bo oznacza, że właśnie zaczyna dorastać: nie tylko do związku ale w ogóle. Z Bogiem!

  Aldona, 25 lat
1810
25.07.2007  
Mam taka dziwną sprawę.Jak jestem z chłopakiem tzn. w tym samym mieście , spotykamy sie prawie codziennie, spędzamy mniej lub więcej czasu itp.itd to wydaje mi się że jest w miarę możliwości wszystko w porządku, na dobrej drodze.Jednak raz zdarzyła się sytuacja, że chłopak wyjechał na jakis czas ( nie było to długo ok 1,5 tygodnia) i ja wtedy zaczęłam się zastanawiać czy to miłość, czy chće byc razem?-bo nawet tak bardzo nie tęskniłam, właściwie w ogóle.Chociaz cieszyłam się gdy romawialiśmy, ale pewnie bym się nie smuciła gdyby nie zadzwonił.Czy to oznacza że może łączyc nas tylko przyzyczajenie do siebie, do sytuacji miejsca?czy po prostu związek jest juz na etapie dojrzalszym, bez emocjonalnych uniesień i po prostu takie rozstania chwilowe nawet sa potrzebne, by docenić co się ma?

* * * * *

A ja myślę, że to świadomość, że on wróci, że zadzwoni, że wiedziałaś, że nadal będziecie razem tak Cię uspokajała. Być może też jest tak jak mówisz: jest to już kolejny etap związku a może przeciwnie: jesteście dopiero na początku drogi gdzie jeszcze jesteśmy tacy "nieoswojeni", jeszcze nie uważamy tego kogoś za "swojego".
Odpowiedz sobie na pytanie: czy gdyby odszedł to byś żałowała? Gdyby mu się coś stało np.zachorował czy byłabyś gotowa mu pomóc? Gdyby wyjechał na rok albo jeszcze dłużej to też by ci było wszystko jedno? Piszesz, ze cieszyłaś się jak dzwonił. Moim zdaniem więc wszystko z Wami ok., a codzienne spotykanie po prostu powoduje, że nie macie nawet możliwości zatęsknić za sobą tak porządnie. Tak też bywa. No ja generalnie nie widzę w tym nic dziwnego ani złego.
Jeśli masz natomiast jakieś wątpliwości co do jego osoby (choć nie wynika to z Twojego listu) to polecam te artykuły: oczekiwania. Z Bogiem!

  Ola, 23 lat
1809
25.07.2007  
Witam...

Od niedługiego czasu jestem zwiazana z człowiekiem który miał nieciekawa przeszłosc...oboje jestesmy niepełnosprawni...pomimo tego kocham Go ale nie wiem czy nasza przyszłosc ma dalsza mozliwosc rozwijania sie własnie tak jak bysmy chcieli...:( Prosze pomózcie...Bywa tak ze spotykamy sie kilka razy w tygodniu, On jest rozgadany, ja natomiast cicha, lubię kiedy to On mówi...ale po pownym czasie naszego spotkania mówi, woła mnie zebym sie do niego przytuliła bo jest niedopieszczony...i rozumiem go bardzo dobrze poniewaz mnie zycie tez nie oszczedzało...po przytuleniu On nabiera chęci na cos wiecej...i prawie za kazdym razem konczy sie na jednym...:(a to ze brak mi pomysłów zeby w jakis sposób Go a raczej nas od tego odciagnac to druga strona...i za kazdym razem słysze z jego ust pod koniec spotkania jedno: kiedy chcesz mnie znowu widziec...?a w głowi kłebia mi sie mysli ze jemu zalezy na jednym...:(przyznaje kocham Go i chciałabym widziec go jak najczesciej...
prosze was o pomoc a tym samym o podpowiedz w jaki sposób mogłabym zorganizowac czas w chwilach kiedy jest u mnie...z góry dziekuje


* * * * *

Olu! Po pierwsze przeczytajcie oboje ten artykuł: [zobacz]. To, że pragniecie czułości, bliskości to normalne. Jednak człowiek nie kieruje się tylko instynktem, potrafi zapanować nad swoimi pragnieniami. To, że pragnienia się pojawiają to naturalne, ale jeśli wiemy, że coś nie jest dobre, że czegoś nie powinniśmy robić to potrafimy sobie logicznie wytłumaczyć dlaczego nie powinniśmy tego robić i potrafimy się powstrzymać. Argumenty zawarłam w przytoczonym artykule. A teraz czym wypełniać randki?
Przede wszystkim rozmową. Ja rozumiem, że Ci trudno, bo sama piszesz, że mało mówisz. Dlatego powinniści też spędzać czas w miarę aktywnie. Nie wiem na czym Wasza niepełnosprawność polega, ale chyba możliwe jest pójście na spacer? Jeśli nie, możliwe jest obejrzenie filmu lub poczytanie książki czy obejrzenie albumu dotyczącego np. najbliższej okolicy, pochodzenia nazw najbliższych ulic itp. A może macie wspólne hobby lub któreś z Was ma jakieś hobby i chce drugiego nim zainteresować? A może uda Wam się znaleźć jakąś wspólnotę? Dobrze też będzie jeśli od czasu do czasu spotkacie się wspólnie ze znajomymi.
Ponadto on jako chłopak powinien troszczyć się o to, by Wasze spotkania były ciekawe, byscie się nie nudzili. Jeśli on o tym nie wie, albo na to nie wpadł poproś go by coś zaproponował. Czasem chłopaka trzeba "podejść"- powiedz, że na pewno ma jakiś ciekawy pomysł na następne spotkanie, że chciałabyś żeby on coś zaproponował. Myślę, że poczuje się dowartościowany, że go w ten sposób doceniasz i coś przygotuje. Polecam Ci też odp. nr 25. Randki nie mogą moi kochani polegać tylko na przytulaniu, całowaniu. Po pierwsze dlatego, że faktycznie chce się coraz więcej i jest to przeszkoda w zachowaniu czystości, ale nie tylko dlatego. Przede wszystkim nie da się prawdziwie poznać tylko się całując. Jeśli dwoje ludzie nie ma o czym ze sobą na spotkaniach rozmawiać (ja nie mówię, że na początku, bo początki mogą być trudne: ludzie są nieśmiali, mają inne zainteresowania itp.) to coś jest nie tak. Trzeba pracować na tym, żebyście mieli wspólne tematy. To jest ogromnie ważne, bo związek opiera się na podobieństwach i na wspólnocie dusz a nie ciał. Pomyślmy: jak fascynacja ciałem minie (choć trochę - mówię tu o sytuacji kiedy opada zauroczenie) to co zostanie? Jeśli ludzie czują wspólnotę to będą potrafili dalej budować, jeśli nie - rozstaną się i pozostanie żal.
Jeśli nawet taki test (kiedyś już o tym pisałam), żeby zobaczyć czy naprawdę nasz związek opiera się na czymś więcej niż tylko upodobaniu fizycznym. Chodzi o to, by podczas jednego ze spotkań w ogóle się nie dotykać. Nie mówię oczywiście o podaniu ręki czy buziaku na dzień dobry, ale nic więcej, żadnego innego kontaktu fizycznego. Chodzi o to jednak, by tak pokierować spotkaniem, żeby bez fizyczności było atrakcyjnie. Żeby zobaczyć czy mamy o czym rozmawiać i co robić. Będzie trudno wytrzymać, na pewno. Ale jeśli będziecie mieli co robić to znaczy, że związek ma szansę przetrwać. Jeśli będziecie się nudzić i denerwować to znaczy, że trzeba nad nim popracować. No i jeszcze jedna ważna rzecz: zaczynajcie randkę modlitwą: taką od serca, wspólną, wystarczy jedno zdanie. Możecie też modlitwą dziękczynną kończyć. To nie tylko pomoże Wam w zachowaniu czystości ale i nauczy wspólnej modlitwy. Zobaczycie wtedy jaka miłość może być piękna i czysta. Polecam też Ruch Czystych Serc. Z Bogiem!

  Kasia, 22 lat
1808
25.07.2007  
Witam.mam 2 pytania.Pierwsze - skad wiadomo,ze to wlasnie ten mezczyzna z ktorym sie jest ma byc naszym mezem,skoro jest wyraznie powiedziane,ze nie istnieje cos takiego jak przeznaczenie,tylko jeden czlowiek,z ktorym bedzie nam w zyciu dobrze.Gdzie wiec skonczyc nasze poszukiwania,skad wiadomo w ktorym momencie zycia sie zatrzymac?I drugie pytanie - po jakim czasie bycia razem najlepiej wyjsc za maz?Czy wtedy gdy kwitnie jeszcze zauroczenie,zakochanie,czyli mniej wiecej w rok,dwa od poczatku blizszej znajomosci?Czy moze lepiej po 4,5 latach gdy zauroczenie zniknie i bedzie wiadomo,ze kocha sie naprawde?a moze jeszcze pozniej,po nabytych wspolnie doswiadczeniach?z gory dziekuje za odpowiedz:)

* * * * *

No niestety, w życiu nie jest tak prosto, nie jest tak, że da się wszystko odmierzyć i wyliczyć. Skąd wiadomo, że to ten mężczyzna? Polecam ten artykuł: [zobacz]. Jest to moment kiedy czujemy, że chcemy być właśnie z tą osobą, kiedy wyobrażamy sobie dalsze życie z nim, wyobrażamy sobie go jako męża i ojca naszych dzieci. Na pewno nie powinien to być moment zakochania, bo wtedy widzi się tylko zalety kochanej osoby. Zasadnicze w relacji jest określenie swoich oczekiwań ([zobacz], [zobacz]) i dobre poznanie się. Dla każdego tan czas biegnie indywidualnie i nie można go określić żadną datą. Z Bogiem!

  ania, 19 lat
1807
25.07.2007  
on jest klerykiem, a ja go kocham, to nie trwa tydzień ani miesiąc, jest we mnie od początku i nie daję już rady :( rozumiem go, może to jest jego powołanie... ale wiem że nie będzie szczęśliwy, już nie jest. Nie zrezygnuje, nie umie, nie chce, ale nie jest szczęśliwy. Zostanie tam, a ja tu i będzie koniec historii... ;-( byłam z innymi przez ten czas, uczyłam się kochać, być, żyć....i co z tego. Tylko raniłam tych ludzi, bo kocham GO. Czasem przychodziło do mnie że tylko zakon może mi pomóc, ale ja nie umiem być w samotności. Boję się tego. Nie umiem zasnąć sama w domu, kiedy choćby w drugim pokoju jest za cicho...z reszta ja nie wiem jak ja będę żyć wiedząc że on jest księdzem. Może się wydawać że to tylko moje odczucia, że skoro tam jest i nie rezygnuje to znaczy że go Bóg powołał...ale ja miałam za dużo znaków że tak nie jest, ja to czuję, ja wiem... ;-( nie umiem sobie pomóc, i jemu... Było wiele słów i gestów z jego strony, ale nic co mogło by zostać uznane za niestosowne, wszystko z taktem z czułością, nic złego....wszystko pełne Boga ale innego niż ten w seminarium, takiego Boga, który stworzył kobietę i mężczyznę aby razem pomagając sobie szli przez życie...teraz wszystko się skończyło. Udaję że nie wiem co się dzieje bo boję się myśleć że jednak tam zostaje! Wiem że będzie cierpiał, Boże.... i ja też. Ja nie umiem żyć z myślą że on umrze dla mnie. a umrze... Czytałam to co pisaliście o duchowej schizofrenii ale to nie jest to, naprawdę... To jest strach przed otoczeniem, może przed powrotem do normalnego życia po 3 latach tam, może wstyd że nie wytrzymał, może strach przed zranieniem, problemami codzienności... kocham go ;-( nawet nie wiem czy mam prawo prosić o pomoc ;-(

* * * * *

Przeczytajcie (oboje) ten artykuł: [zobacz] ksiądz. Przeprowadźcie poważną rozmowę. Jeśli on naprawdę nie jest spełniony, jeśli naprawdę Cię kocha to w imię czego jest w seminarium? Lepiej być dobrym mężem niż nieszczęśliwym kapłanem, bo nikt z niego nie będzie miał pożytku. Ale to do niego ruch należy. To on powinien porozmawiać ze swoim kierownikiem duchowym, on powinien to przemodlić i on powinien podjąć decyzję. Poza tym nie chce mi się wierzyć, że jego przełożeni nie dostrzegą w jego zachowaniu niczego niepokojącego i pozwolą mu spokojnie dojść do święceń. Chyba aż tak nie zamierza grać? Po co - to jest zasadnicze pytanie. Żaden wstyd nie może nim kierować, otoczeniu nic do tego dlaczego wystąpi. Mam sporo znajomych po zakonie lub seminarium i wszyscy są szczęśliwi w rodzinach, a nikt już nie pamięta, że tam byli. Odkrycie powołania jest ważną sprawą, chyba najistotniejszą w życiu - przecież to jest droga do zbawienia. Nie jest obojętne, którędy prowadzi jeśli mamy iść nią całe życie. Droga Aniu! Jeśli faktycznie jest tak jak piszesz, a nie tylko Tobie się wydaje to powinniście poważnie porozmawiać. Módlcie się w tej intencji. Z Bogiem!

  Milena, 17 lat
1806
24.07.2007  
Dziekuje za odpowiedzi(1718,1753). Pisalam o tym chlopaku 9 lat starszym odemnie ze bedziemy razem na obozie. Teraz kiedy wrocilam z obozu on chodzi z moja kolezanka a ja jestem sama i odkrylam cos co tak bardzo probuje ukrc ze kocham tylko mojego bylego chlopaka (tego z ktorym sie rozstalam przez plotki).On niestety ma juz ponoc dziewczyne ale ja nie umiem pokochac innego. Na obozie byli inni fajni ktorz cos do mnie ale ja tylko go. Nieumiem juz sobie poradzic z tym uczuciem. Tak bardzo chcialabym do niego wrocic ale nie wiem jak co zrobic zeby byc znow z nim. Juz minal rok od naszego rozstania a ja nie moge zapomniec i sama nie wiem czy chce o nim zapomniec. Bardzo go kocham.Prosze o pomoc. Bede bardo wdzieczna za odpowiedz

* * * * *

Moja Droga, współczuję Ci, ale do miłości nikogo się nie zmusi. Proszę poczytaj odp. nr: 80, 526, 653, 825 i postaraj się te rady wprowadzić w życie. Zapewniam Cię, że będziesz jeszcze potrafiła pokochać kogoś innego, tylko musi upłynął odpowiedni czas. Postaraj się też nie rozpamiętywać wszystkich wydarzeń i módl się o uzdrowienie serca. Z Bogiem!

  ..., 24 lat
1805
23.07.2007  
Mój chłopak palil trawe. Powtarza mi ,że to przeszłość. Na początku naszej znajomosci zapalil mimo ze poprosilam go o to zeby tego w ogole nie robił. Mialo miejsce to tylko raz. Chce mu ufac, jednak od tamtego czasu czesto zastanawiam sie czy warto i czy powinnam. Kiedys po spotkaniu poszlam do szkoly on na autobus. widzialam ze tam szedl. jednak nastepnego dnia moj kolega, ktory czuje do mnie cos wiecej i wie o jego przeszlym paleniu, powiedzial mi ze widzial go palacego. poczatkowo mu nie wierzylam, to niby bylo w zupelnie innym miejscu niz widzialam mojego chlopaka. mimo to kolega zapiera się ze mowi prawde. nie mam pojecia co robic. rozmawialam o tym z moim chlopakiem. dlugo mnie przepraszal za to ze palił. chce zebym mu ufala. szczerze mowiac poza tym "paleniem" widzianym przez kolege nie mam mu nic o zarzucenia... jednak boje sie zaufac. tego ze moge byc zraniona. druga sytuacją jest jego byla. on o niej nic nie mowi, wprost przeciwnie - unika. nawet nie odpowiada jej.. mimo to jestem zazdrosna. wiem ze to jest chore. nie mam najmniejszych powodow.
mojemu chlopakomi mowie o bylym jako o czyms naturalnym, jednak jak on sie spyta czy moze cos o tym wspomniec np. w jakiejs wymagajacej tego sytuacji, caly dzien chodze wsciekla. przez to wszystko zaczynam sie od niego oddalac. zaczynam byc zimna i ciagle marudna. boje sie tego , ze moge byc zraniona, chociaz nie mam do tego zadnych podstaw. naprawde go kocham. dlatego tu pisze. zeby pomoc i jemu i sobie...


* * * * *

Co do pierwszego problemu: to JEST problem, zwłaszcza, że od tego często dopiero się zaczyna. Wystarczy posłuchać świadectw byłych narkomanów. Oczywiście nie nazywam Twojego chłopaka narkomanem, ale jeśli on nie przestał definitywnie palić to ja osobiście nie związałabym się z nim. Życie i małżeństwo jest wystarczająco trudnym zadaniem, żeby dźwigać dodatkwo ciężar uzależnienia. To nie jest niewinna zabawa - to WCIĄGA!!! Zdecydowanie należy to wyjaśnić i rozwiązać: bez kompromisów, że czasem, że w tajemnicy, że przeprosi. Najpierw niech pokaże swoim zachowaniem, że jest osobą dojrzałą i gotową do stworzenia związku. Jak on chce być mężem i ojcem? Jaki przykład dawać dzieciom?
Musisz mieć pewność, ze to faktycznie przeszłość.
Co do drugiej kwestii: troszkę Cię nie rozumiem. Tzn. wydaje mi się, że ta cisza, to niemówienie o niej wydaje Ci się podejrzane, tak? A może on o niej nie mówi, bo w jakiś niedobry sposób się rozstali? Może jest tam coś wstydliwego, upokarzającego dla niego i dlatego nie che o tym mówić? A może po prostu nie chce Cię ranić. Jeśli niepokoi Cię coś konkretnego to porozmawiaj z nim o tym. Jeśli nie to raczej nie masz powodów do zazdrości. I Ty sama też może troszkę ogranicz mówienie o byłym chłopaku - może jego to rani? Może on wyznaje taką zasadę, że były chłopak czy dziewczyna to zamknięty rozdział i nie należy do tego wracać? No nie wiem, musisz z nim o tym porozmawiać. Z Bogiem!

  Zośka, 19 lat
1804
22.07.2007  
Problem mam nietypowy, niepokojący, zabierający mi noce. Jest mężczyzna, którego kocham a bałam się tej miłości bardzo, bo od razu wiedziałam, że będzie ona trudna. Jesteśmy razem od roku. Nasz związek to ciągłe upadki i powstania. Oboje wierzymy, tylko on inaczej niż cała reszta ludzkości. Należy do wspólnoty duchowej, ma bardzo surowe zasady itd. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie fakt, że... wydaje mi się, że jest on uzależniony od tamtych ludzi, od ich sposobu życia, potrafi wśród znajomych demonstrować fakt, że żyjemy w czystości (choć już wspomniałam o upadkach), rzuca (dosłownie- rzuca) cytatami z Biblii podczas zwykłych rozmów (często w złym kontekście- podobnie jak nasi bracia Świadkowie Jehowi), chce żyć "po bożemu", uważa, że to co ludzkie, jest kruche, nie warto dbać o to, co doczesne np. po co sie uczyć- pracować trzeba po to, by wypełnić wolę Boga ("Ci, którzy pracują, dostąpią Zbawienia", uzależnia ważne życiowe decyzje od słów znalezionych w Piśmie Świętym. Ta wspólnota nie jest sektą, ma pozwolenie diecezji itd., ale... martwi mnie to, że można źle interpretować wiarę. Stawiać ją na 1 miejscu w hierarchii, zapominając o codzienności. Przecież nie wszyscy są wierzący, nie wszyscy muszą to zrozumieć, a OBNOSZENIE się wiarą a nie świadczenie o niej np. poprzez swoje życie, nie jest dobre. To chwilami jakaś paranoja. Wiem, że On chce bardzo wierzyć, żyć w zgodzie z Panem, ale... szukanie Jego woli, podczas, gdy Bóg nas tak umiłował, że dał nam wolną wolę?Niepokoję się tym wszystkim. Byłam kilka razy na spotkaniu tej wspólnoty, wyglądało to jak Odnowa w Duchu Św... Chodzi mi o to, że zastanawiam się gdzie jest granica pomiędzy wiarą, a fanatyzmem religijnym? Może spotkam się z jakimś mądrym księdzem? Wszystko to rzutuje na nasze życie, na jego życie... Boję się, że dłużej tego nie wytrzymam, że mimo mojej wielkiej miłości do niego, odejdę, a mu... zostanie wspólnota, która nie jest przecież Bogiem, ale (on tak uważa): "Umacnia w wierze". Ratunku!

* * * * *

Masz rację. Też uważam, że ważniejsze jest życie Ewangelią, a nie "nawracanie innych na siłę". Trzeba przede wszystkim świadczyć swoim życiem aby kogoś zachwycić swoją postawą, zachęcić do takiego postępowania. Natomiast postawa takiego jak Twojego chłopaka może tylko skutecznie zniechęcać.
Zapytam czy Twój chłopak wymusza też na Tobie zachowanie takie jak jego, czy chce byś była razem z nim w tej wspólnocie? Jeśli tak, tzn., że on faktycznie zamknął się w swojej wspólnocie i uważa, że jest tylko jedyna droga prowadząca do Boga.
Tak przecież nie jest i nawet realizując swoje cele i ideały trzeba szanować innych. Oczywiście, naszym zadaniem jest troska o zbawienie innych ale nie na siłę.
Źle też jest, że on nie docenia np. wartości nauki. Jeśli chce być mężem i ojcem rodziny powinien myśleć też o tym jak ją w sposób odpowiedzialny utrzymać. Do tego prowadzi praca, a do niej nauka. Nie jest też tak przecież, że to co ludzkie jest nic niewarte. Bóg nie zakazał nam się cieszyć także życiem doczesnym, wprost przeciwnie: stworzył nam piękny świat i polecił z niego korzystać.
Życie chrześcijanina nie musi być nieustanną ascezą a on sam umartwiającym się mrukiem. Już św. Jan Bosko mówił o wartości radości twierdząc, że: "szatan boi się ludzi wesołych, a chrześcijanin powinien być stale radosny". Co do wspólnoty: nie wiem czy faktycznie nie robi mu ona więcej szkody niż pożytku. Na pewno formacja jest czymś bardzo dobrym, jednak gdy prowadzi do takiego zachowania może szkodzić. Poza tym jeśli zabiera bardzo dużo czasu to jak on sobie potem wyobraża Wasze życie rodzinne? Niejedna rodzina już ucierpiała przez "zbyt religiną" (podkreślam "religijną" - chodzi mi o formę, a nie wierzącą) żonę czy męża. W małżeństwie oczywiście Bóg ma być na pierwszym miejscu ale zaraz na drugim ma być żona i dzieci na nie wspólnota.
Droga Zosiu! Pomyśl, porozmawiaj z nim i tak jak wspomniałaś - z jakimś księdzem. Polecam Ci też te artykuły: [zobacz], [zobacz]. Może będą Ci pomocne w przemyśleniach. Z Bogiem!

  Ania, 21 lat
1803
22.07.2007  
Witam. Moj problem polega na tym ze kocham kogos kto ma juz swoja wybranke... z ktora jest juz dwa lata... jednak na ostatniej dyskotece calowal sie ze mna... sama nie wiem, moze on poprostu sie mna bawi... nie potrafie o nim zapomniec... kiedys bylismy razem,ale to minelo a ja zyje nadal wspomnieniami wierzac ze jeszcze bedziemy razem...

* * * * *

Całował się z Tobą mając dziewczynę? Uciekaj! Omijaj szerokim łukiem i nie pozwól się sobą bawić - bo właśnie tak jest. Ten chłopak chyba nie wie czym jest miłość: zdradza swoją dziewczynę (tak, tak to też rodzaj niewierności) i rani Ciebie. To nie jest odpowiedni kandydat na chłopaka. Bo nawety jeśli ma się wątpliwości co do związku to najpierw się zamyka ten rozdział życia a potem otwiera inny.
Rozumiem Twoje rozgoryczenie, bo jak człowiek jest zakochany to nie myśli racjonalnie. Współczuję Ci, naprawdę. Pomyśl jednak, że gdybyście byli razem a on potem na dyskotece całował inną dziewczynę to dopiero byś cierpiała, prawda? Bo, że jest do tego zdolny to właśnie masz dowód. Droga Aniu! Nie bądź powodem cierpień tamtej dziewczyny i przede wszystkim miej swoją godność. Na pewno jest ktoś, kto pokocha Cię odpowiedzialnie. I na takiego czekaj. Z Bogiem!

  Czekająca, -- lat
1802
22.07.2007  
Czy warto czekać na tego jedynego, jeśli czekanie nie ma końca? Czy z pierwszym pocałunkiem warto czekać? Czy wogóle warto czekać, jeżeli w poblizu jest ktoś inny, ale nie jedyny? Czy warto?

* * * * *

Ale skąd wiesz, że ten inny to nie ten jedyny? Bo rozumiem, że "jedynego" jeszcze nie znasz? No chyba, że ten "inny" to ktoś nieodpowiedni i zastanawiasz się czy nie być z nim "z braku laku", bo jesteś długo sama. Jeśli wiesz, że ten ktoś nie odpowiada Ci ze względu na wartości, zasady lub jeszcze inne cechy to warto jednak czekać i nie rozmieniać miłości na drobne. Bo to Cię tylko porani. Ważne też jest przemyślenie swoich oczekiwań, żeby nie było tak, że są one tak nierealne, że nikt ich nie spełni. Polecam Ci te artykuły: [zobacz], [zobacz], [zobacz].

  Wiolka, 17 lat
1801
22.07.2007  
Szczęść Boże:) Jaka relacja powinna być między kapłanem, a młodą dziewczyną? Mnie pewien ksiądz (około 15lat starszy?) traktuje jak swoje dziecko(podkreśla to wielokrotnie), naprawdę nie czuje jakiegokolwiek zagrożenia z jego strony, mówi także, że bardzo liczy się z moim zdaniem, czasem przytula itp. Naprawdę jest jak taki kochający tata, nawet napisał mi, że mnie kocha, ale jak dziecko. Czy to normalne? To jest wspaniały kapłan:)

* * * * *

No ja uważam, że nie powinien składać takich deklaracji, w szczególności w stosunku do młodej dziewczyny. Przecież nie wie jak Ty to odbierzesz, a że nie odebrałaś według jego intencji dowodem jest Twój list, w którym zastanawiasz się nad jego motywacją.
Jeśli jego zachowanie będzie wydawało Ci się dziwne to następnym razem jak Cię przytuli powiedz żartując: "Nie tak mocno bo chłopak będzie zazdrosny".
Gdyby coś Cię jeszcze niepokoiło powiedz o tym rodzicom.


Ostatnia aktualizacja: 05.06.2008, 16:17


[ Powrót ]
Daj plusika:
[ Strona główna ] Drukuj Wyślij link
Trudna miłość. Jak pokonać kryzys? Trudna miłość. Jak pokonać kryzys?
Tonino Cantelmi, Rachele Barchiesi
Dlaczego zbudowanie stałych i silnych związków uczuciowych wydaje się dzisiaj bardzo trudne czy wręcz niemożliwe? Jakie są przyczyny kryzysu panującego w relacjach międzyludzkich? Autorzy niniejszej książki starają się ukazać te przyczyny. Chcą pomóc Czytelnikowi, zwłaszcza młodemu, w budowaniu trwałych relacji z innymi ludźmi.... » zobacz więcej
Zakochanie… i co dalej? Zakochanie… i co dalej?
Jacek Pulikowski
Książka ta jest pierwszym krokiem do szczęśliwego małżeństwa. Pomyśl o radosnym czasie zakochania, chodzenia ze sobą, narzeczeństwa i nie zmarnuj go! Wykorzystaj cenne wskazówki autora dla dobra twojego i przyszłego współmałżonka... » zobacz więcej
O stronie... | Ogłoszenia | Konkurs | Wspomóż nas | Polityka Prywatności | Kontakt

© 2001-2011 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej