Kartki Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Czat Opowiadania Perełki
Miłość czy MIŁOŚĆ? Czyli sztuka chodzenia ze sobą Miłość czy MIŁOŚĆ? Czyli sztuka chodzenia ze sobą
Katarzyna i Tomasz Jarosz
Przeczytaj tę książkę! Być może znajdziesz tu odpowiedzi na swoje pytania, a przedstawione rady pomogą Ci wybrnąć z sytuacji w jakieś się znalazłeś.... » zobacz więcej
miłość czy Miłość?

Odpowiedzi na pytania

Odp: [1-50], [51-100], [101-150], [151-200], [201-250], [251-300], [301-350], [351-400],
[401-450], [451-500], [501-550], [551-600], [601-650], [651-700], [701-750], [751-800], [801-850], [851-900]
[901-950], [951-1000], [1001-1050], [1051-1100], [1101-1150], [1151-1200], [1201-1250], [1251-1300],
[1301-1350], [1351-1400], [1401-1450], [1451-1500], [1501-1500], [1551-1600], [1601-1650], [1651-1700],
[1701-1750], [1751-1800], [1801-1850], [1851-1900], [1901-1950], [1951-2000], [2000-2050], [2051-2100],
[2100-2150], [2151-2200], [2201-2250], [2251-2300], [2301-2350], [2351-2400], [2401-2450], [2451-2500],
[2501-2550], [2551-2600], [2601-2650], [2651-2700], [2701-2750], [2751-2800], [2801-2850], [2851-2900], [2901-2950], [2951-3000],
[3001-3050], [3100-3100], [3101-3150], [3151-3200], [3201-3250], [3251-3300], [3301-3350], [3351-3400],

Jak wygrać miłość? Instrukcja obsługi Jak wygrać miłość? Instrukcja obsługi
Jacek Pulikowski
O miłości myślą, mówią i marzą wszyscy, lecz jakoś mało konkretnie. Tymczasem Jacek Pulikowski - konkretnie, po męsku - określa ścisłe zasady koniecznego przygotowania i niezbędnych wyrzeczeń, reguły gry i kryteria zwycięstwa, by każdy wiedział, co musi zrobić, ile z siebie dać, aby w swoim życiu WYGRAĆ MIŁOŚĆ... » zobacz więcej




  Jula/ Wrocław, 25 lat
2000
29.11.2007  
Witam serdecznie,
Na poczatek dziekuje za stronę, milo patrzec w dzielo aż tryskające chęcia pomocy innym. Pan Bóg to wynagrodzi z pewnością:) Spotykam się z moją Miłością od ponad 6 lat. Jesteśmy dla siebie w zasadzie perwsi, ale nie żałuję jak to niektorzy z braku innego doświadczenia, przeciwnie oboje cieszymy się tym bardzo. Oczywiście były wcześniej jakieś przelotne znajomości, sympatie, ale nie było nic poważnego i prawdziwego.
Dwa lata temu przeszliśmy kryzys, rozstanie krótkie (choć wciąż się spotykaliśmy, czasem przytulaliśmy), w czasie którego on zaprzyjaźnił się ( w ytajemnicy żeby mnie nie ranić jak twierdzi) troche z kimś innym, jak twierdzi szukał odpowiedzi czy to na pewno ja jestem tą, z którą ma stanąć przed Bogiem. Ja w tym czasie raczej duzo się modliłam, to był mój sposób na problem (swoją drogą, to najbardziej bolesne doświadczenie mojego życia-do tej pory). Było dużo łez, żalu po obu stronach, kiedy dowiedziałam się, że nie był do końca uczciwy, ale wybaczyłam..Nie zapomnialam. Rozmawiałam z księdzem dużo, który zna nas oboje, radził nie wracać do sprawy, w końcu nie byliśmy razem. Ogółem mówiąć, myślę że wyszliśmy silniejsi, ja dostrzegłam wiele moich wad (oboje zreszta), z przed tego okresu, zaczełam nad tym pracować, staramy się sobie wszystko mówić, nie taić. Choc widze ze stałam się bardziej zazdrosna. Skorzystaliśmy z wieczorów dla zakochanych, umocniły nas w przekonaniu, że chcemy i mamy być razem. Planujemy zaręczyny, ślub, jak tylko zaczniemy pracę (dodam, żę praca Grzegorza bedzie wymagała sporo podrózy, zalatwiania, że czasem nie będzie go pare dni- z tym staram się uporać sama, zaakcepotwać, znalezc plusy). Zastanawia mnie pare rzeczy. Wydaje mi sie ze po naszych kryzysach, w ktorych jedna strona ewidentnie zranila bardziej, stalam sie slabsza psychicznie, placzliwa, mniej pewna siebie. Tu problem jest w duzym stopniu we mnie, za czesto wracam myslami do tych dawnych chwil, pytajac dlaczego.Domyslam sie, że nie tedy droga. Ale taka mam refeksyjna naturę, gdyby dało się ją zamienić...Jak nauczyć się asertywności w związku, jak wymagać od mężczyzny, żeby nie czuł się dotknięty? Martwi mnie jego gwałtowny charakter, który przy mnie raczej się za często nie ujawnia, ale np w stosunkach z domownikami często? Jak zapobiec aby po latach małźeństwa nie ujawił sięu nas? Zeby zawsze mimo kłótni było dużo szacunku? Ja k wymagać wolności? zeby akcepotwał moje decyzje, nie narzucal za duzo? Grzes jest bardzo dobra i kochana osoba, ale np jest wobec mnie i siebie tez bardzo wymagajacy, i przez to tez wciaz sie zastanawiam, ze nie wiem czy spelnie wszystkie jego oczekiwania? CZy bede wystrczajaco dobra zona, towarzyszka zycia? Ciesze sie, ze on nie zadowala sie byle czym, nijakoscia, ze ma takie dobre poglady, ze jest odpowiedizalny, ale czasem bywa zbyt srogi...A ja czasem wolalbym zeby byl bardziej wyrozumialy. Moze to tez dlatego ze ja jestem jak juz pisalam delikatna bardzo, wrazliwa za nadto, a jego mama (ma tylko brata, siostr nie ma) jest kobieta dosc twarda, silna, zimna powiedialabym nawet...I zawsze jest taki zaklopotany i przygnebiony jak placze, czy martwie sie czyms...Mysli ze to dlatego ze nie potrafi mi dac szczescia, a ja poprstu mam taki nastrojowy sposob bycia...To delikatne rzeczy, ale zalezy mi zeby jakos z nim sie uporac..Prosze o podpowiedz. Pozdrawiam i dziekuję!


* * * * *

Jula, przeczytaj proszę i daj chłopakowi do przeczytania te artykuły: [zobacz], [zobacz]. Tam pisałam właśnie o tym czego oczekuje kobieta i mężczyzna, jak nawzajem zaspakajać swoje potrzeby. To o czym piszesz to wynika w dużej mierze po prostu z tego, że jesteś kobietą! To kobieta jest bardziej uczuciowa, poza tym ma wahnania nastroju spowdowane gospodarką hormonalną i dlatego częściej placze, wzrusza się, zmienia jej się humor. Widzisz, akurat to, że w jego rodzinie były inne, może trochę nietypowe konbiety to Ci zadania nie ułatwia, bo on nie jest przyzwyczajony do typowych reakcji i zachowań kobiet. A zatem należy mu o tym wszystkim powiedzieć, żeby wiedział jak je interpretować. Polecam Wam zatem obojgu książki Johna Graya "Mężczyźni są z Marsa, kobiety są z Wenus", "Płeć mózgu (nie pamiętam autora) i książki Jacka Pulikowskiego. To Wam bardzo wiele wyjaśni. Przeczytaj też odp. nr 845. Może się okazać, że to co uważacie za problem po prostu jest elementem rzeczywistości.
I na razie tyle. Nie będę pisać nic więcej, bo na razie widzę, że tego zrozumienia różnic najbardziej potrzebujecie. No i wiele rozmów, czyli rozwijania dialogu, no ale tego nauczyliście się na "Wieczorach…". Módlcie się też razem. Z Bogiem!

  DZIEWCZYNA, 20 lat
1999
28.11.2007  
Witam... :( mam problem, nie wiem czy cos ze mna jest nie tak. Gdy miałam pierwszego chłopaka jesli tak to mozna nazwac, szybko z nim zerwałam. Czułam sie przy nim jakby mu tylko chodziło o seks. Teraz bardzo mi sie podoba chłopak z wzajemnoscia. Nie chodzi tu jedynie o wyglad ale zwłaszcza o jego osobowosc. Odkad Go poznałam zmieniłam sie ma lepsze. Mam problem moze głupi ale mnie przeraza. Za kazdym razem gdy chce mnie przytulic. pocałowac czy cos kolwiek innego (zwiazanego z dotykaniem mnie) zawsze robie jakis unik, tak jakbym sie bała. Chce zeby mnie pocałował czy przytulił ale gdy do tego ma dojsc ja uciekam. Chyba nawet juz uwaza ze nic do niego nie czuje. Nie wiem czemu :( co jest ze mna nie tak!!!! Czemu sie tak boje a gdy jest ta sytuacja daleko chce aby zaszła. Od innego chłopaka który tez chciał ze mna chodzic tez robiłam uniki.Czemu ja tak reaguje, przeciesz to nic złego sie do kogos przytulic. Na tym obecnym koledze bardzo mi zalezy :((((( ale ze mna jest cos nie tak...czemu???? prosze o odpowiec :((((((moze sie nie nadaje do zadnego zwiasku :(

* * * * *

Na pewno nie jest tak, że nie nadajesz się do związku. Natomiast pytanie ile trwa Wasz związek, bo jeśli kilka miesięcy to nie dziwię się Twoim reakcjom. Bliskości w związku się pragnie, naturalnie, ale nie od razu. W końcu to obcy człowiek, którego najpierw musimy poznać, tak się "oswoić", a poza tym mieć pewność, że nie chce wykorzystać, że nie chodzi mu tylko o nasz wygląd, że nie są to jego egoistyczne pragnienia. Jeśli taką pewność mamy to i tak potrzebujemy czasu i nie należy się winić, że nie czujemy tak samo. Poza tym przecież zdarza się tak, że dwoje ludzi nie jest na takim samym etapie związku, jedno jest dalej, drugie jeszcze nie. I wtedy trzeba na siebie poczekać, bo nie może osoba idąca "wolniej" przymuszać się do czegoś do czego jeszcze nie jest gotwowa. Nie może udawać, że jej to odpowiada. Bo to nie będzie prawda i szybko poczuje się przytłoczona i sfrustrowana i właśnie zacznie tak myśleć: a może za mną coś nie tak? A może nie kocham? A może się nie nadaję? Nadajesz się, tylko powiedz szczerze chłopakowi, że nie nadążasz za nim, że nie jesteś na takim samym etapie, poproś o więcej czasu. To może wynikać nawet z Twojego charakteru, usposobienia, faktu, że jesteś kobietą, a więc odmienności w psychice. Jasne, czasem może być tak, że ktoś się boi dotyku, bo został bardzo skrzywdzony, doznał przemocy lub wykorzystywania seksualnego w dzieciństwie, ale to są poważne sprawy i wtedy konieczna jest pomoc psychologa. Ale zakładam, że u Ciebie taka sytaucja nie miała miejsca? Przeczytaj też odp. nr: 15, 906, 13 i porozmawiaj z chłopakiem Jeśli mu na Tobie zależy uszanuje to. A Ty spokojnie rozwijaj Waszą znajomość, bez lęku, że powinnaś coś czuć. Poczujesz, choć miłość to przecież nie same odczucia, pisałam o tym w tym artykule: [zobacz]. Z Bogiem!

  bezsilna, 21 lat
1998
28.11.2007  
Od roku jesteśmy zaręczeni, trwają przygotowania do czerwcowego ślubu. I nagle... on zaczyna coraz częściej pić, nie wraca do domu, kłamie... jego rodzice nie widzą problemu, a ja... Chciałabym mu po pierwsze pomóc! Kocham go przecież... nie wiem co mam robić, jestem pewna, że chcę z nim być przez całe życie. Nie wiem tylko jak działać, żeby on nie popadł w alkoholizm. Do kogo się zwrócić, kiedy same rozmowy z narzeczonym nic nie dają? jak ustrzec go przed popełnieniem kolejnych błędów? To cudowny mężczyzna, nie wyobrażam sobie, bym mogła patrzeć jak spada na dno... Wiem, że z jego strony to też miłość, on nie robi mnie tego na złość. Myślę, że ma złe towarzystwo w pracy, boi się odtrącenia, dlatego nie umie odmówić. Czuję się naprawdę bezsilna... Błagam o pomoc, a przynajmniej słowa otuchy....

* * * * *


Wczoraj pisałam maila pytając jak pomóc mojemu pijącemu narzeczonemu... Ledwie skończyłam pisać i zjawił się on... Pobił mnie, uratowali mnie moi Rodzice. Zrobił to pierwszy raz, ale...Już nie chcę na siłę mu pomagać, bo się go zwyczajnie boję. Odwołałam ślub i wesele... Teraz proszę o pomoc dla mnie... Od dawna cierpiałam na depresję, a teraz... Teraz już nie wiem co będzie i jak sobie poradzę...


* * * * *

Droga Joasiu! Jestem przerażona tym co Cię spotkało. "Na szczęście" stało się to przed ślubem. Niestety potwierdza się smutna prawda o alkoholizmie, pisałam o tym w odp. nr: 350, 686, 1061, 1312, 1362, 1522, 1535. I potwierdza się to, że na siłę nie da się komuś pomóc, że walkę z nałogiem może podjąć tylko osoba uzależniona i nikt za nią tego nie zrobi. I że powinna ona walczyć dla samej siebie. Podjęłaś bardzo mądrą decyzję. NIGDY nie pozwól by chłopak podniósł na Ciebie rękę. Wiem, że teraz bardzo cierpisz, ale dziękuj Bogu, że to się stało teraz, naprawdę. Ja wierzę, że Bóg wyzwoli Cię z tego a w swoim czasie da Ci poznać prawdziwie wartościowego człowieka z którym będziesz mogła się związać. Potraktuj to jako bolesne doświadczenie i mów innym o tym, że nie da się wyleczyć alkoholika wbrew jego woli i że przed ślubem trzeba rozwiązać problem. Na szczęście nie zostaniesz żoną alkoholika. Zasługujesz na miłość i szacunek. Musisz teraz przeżyć swoją żałobę, wyleczyć rany, skorzystaj z pomocy psychologa (www.spch.pl), kapłana, rozmawiaj z mądrymi starszymi od Ciebie ludźmi, zwłaszcza żyjącymi w małżeństwie. Wszyscy potwierdzą słuszność Twojej decyzji i Ci pomogą. Ufaj! Cierpienie i smutek nie trwa wieczenie. Jeszcze będziesz miała piękny ślub. Z Bogiem!

  Marta, 21 lat
1997
25.11.2007  
Dziękuję za odpowiedź, staram sie być dobra dla siebie i innych bo mimo wszystko po moim doświadczeniu wychodzi się z poczuciem bycia niewiele wartym..Niestety. Trzeba powoli odbudowywac poczucia wartości we własnych oczach. Proszę Boga o zapominamie a robię to już parę miesięcy i powoli dostrzegam efekty, widuję go coraz rzadziej przestałam szukac kontaktu, choć to jest trudne,nie pisze. On już ma kogoś, to był trochę cios ja wciąż sama ale przeciez uczucia to nie zawody. Nawet świadomość, że on może inną dziewczyna chociażby dotknąć nie boli juz. Czas goi rany. Niech napisze pani wszystkim dziewczynom, kobietom, że nie warto brać udziału w uczuciowych zawodach, choć warto kolekcjonowac doświadczenia, wynosić z nich wnioski. Nie pchajcie się w uczuciowe związki, które was niszczą, odsuwają od Boga, szargają poczuciem wartości. Mogę krzyczec na cały głos, że człowiek, który chce od was za dużo za wcześnie nie jest wart tego. Powoli nabieram ufnosci do mężczyzn, wspaniałe uczucie:)wyzwolenie pozdrawiam ciepło, z Bogiem

* * * * *

Bardzo dziękuję za te słowa. Nie ma jak żywe świadectwo. Ja też mogę tylko to potwierdzić: wierność Bogu ZAWSZE popłaca. Bóg nie zapomina i oddaje z nawiązką. Życzę Ci prawdziwej, wspaniałej miłości. Z Bogiem!

  m&m, 22 lat
1996
25.11.2007  
witam,
nie wiem w sumie od czego zacząć...pogubiłam się bardzo w swoim życiu i mimo tego że tak wiele chciałabym zmienić to zwyczajnie nie mam na to siły.wychowałam się w religijnym domu, temat religii był zawsze żywy i bardzo ważny w moim życiu. wyjechałam z domu na studia i postanowiłam sobie że nie odwrócę się od kościoła mimo tego że już nie pilnują mnie rodzice. i faktycznie tak było. do pewnego momentu...trafiałam na naprawdę dobrych spowiedników, ale wiedziałam że i tak nie będę miała aż na tyle siły żeby nie popełniać w kółko tych samych błędów, można powiedzieć że spowiedź przynosiła mi ulgę na tydzień nie dłużej a potem wkraczałam w to samo bagno w którym tkwię od jakiegoś czasu i nie umiem się z niego wydostać. chyba zaczęło się kiedy byłam jeszcze maleńką dziewczynką, otóż w dzieciństwie kilka razy byłam molestowana seksualnie przez moich starszych kuzynów, ale jako dziecko nie rozumiałam że dzieje się coś złego, miałam wtedy 4latka , później powtórzyło sie kiedy miałam 6 lat. jednak jako dziecko w ogóle o tym nie myślałam, nie sądziłam że ktoś wyrządził mi krzywdę.dopiero kiedy dorosłam zrozumiałam jak bardzo zniszczyło mi to życie.straciłam całkowicie poczucie dobra i zła jeśli chodzi o sprawy intymne a czystość tak jakby nigdy dla mnie nie istniała. ciągle szukałam miłości, tej prawdziwej kogoś na kogo mogłabym liczyć, kogoś kogo ja mogłabym wspierać, chciałam po prostu czuć się potrzebna.całe liceum i studia wszystkie moje koleżanki miały chłopaków nie musiały samotnie spędzać każdego wieczoru i zawsze miały kogoś kto je wspierał a mi nigdy nikt nie wierzył że nikogo nie mam,dla ludzi było to wręcz nie możliwe bo ja zawsze miła uśmiechnięta i zawsze niby najładniejsza dziewczyna w klasie. ja tłumaczyłam to wszystko po prostu faktem że nie mam szczęścia w miłości,ale ta samotność zaczęła mnie coraz bardziej przerażać i mi przeszkadzać bo dziwnie czułam sie wiecznie sama wśród samych par.mój problem polega na tym że mężczyźni widzą we mnie tylko obiekt seksualnych westchnień a ja głupia zawsze myślę że chodzi im o coś więcej że naprawdę im na mnie zależy a kończy sie na tym że chcą ode mnie tylko i wyłącznie seksu, a ja tak bardzo potrzebuje bliskości kogoś obok żeby nawet na chwilę poczuć że nie jestem na tym świecie totalnie sama i niestety często godzę się na seks bo w głębi serca mam nadzieję że to będzie coś więcej i najgorsze jest to że straciłam już to wyczucie co jest dobre a co złe. zawsze kiedy zaufam jakiemuś chłopakowi, wszystko obraca się przeciwko mnie. nawet moi najlepsi kumple, którzy zawsze negowali zachowanie innych facetów wobec mnie po jakimś czasie zachowywali się tak samo. a ja czuję że wpadłam w jakiś niekończący się wir, straciłam poczucie dobra i zła i marząc o tym żeby poczuć się kochaną godzę się na wszystko bo tak bardzo brakuje mi drugiego człowieka obok mnie. wiem że może to nie jest odpowiedni temat na taką stronkę ale naprawdę jestem bardzo zagubiona. czemu nie mogę spotkać normalnego mężczyzny który będzie chciał ze mną być bez względu na wszystko tak po prostu. nie mam nic przeciwko czystości przed ślubem zawsze marzyłam o takim związku ale rzeczywistość ciągle pokazuje mi że jest on niemożliwy. rozczarowałam się w ten sposób na wielu facetach i to z różnych kręgów i teraz naprawdę tracę już nadzieję na miłość bo myślę że wszyscy tacy są...


* * * * *

Nie wszyscy tacy są. Naprawdę. Uwierz.
Mam dwie uwagi. Po pierwsze: piszesz, że w koncu i tak zawsze się godzisz na seks. To się raz nie zgódź. Jak się nie zgodzisz to nikt na Tobie tego nie wymusi i zobaczysz jak o niebo lepiej się poczujesz, jakiej doznasz ulgi, wyzwolenia i radości ze zwycięstwa.
Po drugie: po co opowiadasz kolejnym chłopakom (i to pewnie na początku znajomości) jak inni Cię potraktowali? Jeśli im o tym opowiadasz i jeszcze mówisz, że zgadzałaś się na seks to dla nich jest to JASNY sygnał, że i z nimi prędzej czy później się zgodzisz. No tak! Tu nie chodzi o ukrywanie faktów, bo szczerość w związku jest ważna, ale: najpierw należy się pokazać jako dziewczyna z wartościami, a dopiero w miarę rozwoju relacji można powierzyć komuś swoje bolesne tajemnice. Nie możesz od razu się "etykietkować" jako biedna pokrzywdzona i w końcu ulegająca. To tylko ich zachęca!
Jak poznajesz chłopaka to jeśli widzisz ewidentnie, że mimo braku zachęty z Twojej strony on w kierunku współżycia zmierza to odmawiaj! Postaw twarde warunki, jasno określ zasady. I zobaczysz jak bardzo zmieni się ich stosunek do Ciebie. Nikt nie zaproponuje seksu dziewczynie, która szanuje siebie, zna swoją wartość, ma zasady i jasno o nich mówi. A jeśli zaproponuje to jest chamem zwyczajnym i należy go unikać. Niestety ale tak jest. Na nasz obraz ma wpływ nasze postrzeganie siebie, nasz stosnuek i szacunek do siebie. Nawet za cenę końca związku - warto! Bo przecież związek nie opiera się na seksie i o co innego w miłości chodzi. Jeśli zatem chcesz miłości prawdziwej doswiadczyć to szukaj miłości a nie zgadzaj się na upokorzenia i chwilowe zaspokojenie emocjonalne. Nawet jeśli kilku odejdzie bo dla nich będzie to za trudne - nie żałuj. Nie wszyscy chłopcy są tacy i zaręczam Ci, że są tacy, którzy szukają dziewczyny z zasadami. Dąż do tego czego naprawdę pragniesz. Wiem, że jesteś poraniona i Twoja przeszłość wywarła wpływ na Twojej psychice. Dlatego z całego serca polecam Ci wizytę u chrześcijańskiego psychologa (zajrzyj tutaj: www.spch.pl), rozmowę z kapłanem i może nawet jakieś rekolekcje w tym temacie. Tu trzeba uleczenia, które może dać Ci Bóg. Pragnij tego uleczenia i wyzwolneia. Przeciwstaw się światu, złu. Nie pogłębiaj swojego stanu myśląc, że wzszyscy są tacy. Bo nie są. A towarzystwa szukaj w miejscach gdzie będziesz miała pewność, że są ludzie z zasadami: wspólnoty, duszpasterstwa, wpisz się tu: [zobacz]
Nie masz 100 % gwrancji, że od razu trafisz na anioła, ale masz większe szanse na wartościowego chłopaka. Koniecznie zacznij walczyć o siebie. Nie jest za późno i z fachową pomocą na pewno z tego wyjdziesz. I wtedy zobaczysz jak może być pięknie, jaka może być miłość. A o prawdziwej miłości poczytaj tutaj: [zobacz], [zobacz]. Poczytaj też o poczuciu własnej wartości: 421, 537, 950. Nie bój się, wypłyń na głębię! Z Bogiem!

  Anna, 20 lat
1995
25.11.2007  
Wiem, że za dwa tygodnie czyli wtedy kiedy dostanę odpowiedź na swój list sytuacja między mną moim byłym chłopakiem będzie już unormowana.. ale mimo wszystko…zadam to pytanie. Czy można zostać przyjaciółmi po byciu parą? Znamy się ponad 7 lat, przez te 7 lat byliśmy najlepszymi przyjaciółmi, zawsze między nami była taka nutka niedopowiedzenia.. to znaczy… wiedzieliśmy, że kiedyś będziemy razem.. i tak się stało… Okrągły rok (początek studiów) byliśmy parą.. różnie nam się układało , ale byliśmy szczęśliwi… Zerwanie nastąpiło z mojej inicjatywy, gdyż nie byłam w stanie znieść tego, że on ma wiele przyjaciółek.. z którymi nic złego nie robił ale.. nie ufałam tym dziewczynom, zachowywały się względem niego naprawdę dziwnie i nie do końca odpowiadała mi jego reakcja na ich jawne zaloty. Z resztą nie będę teraz poruszać złożonego problemu rozstania bo problem leży gdzie indziej.. Podjęliśmy decyzje, że nie zerwiemy kontaktu bo znaczymy dla siebie zbyt wiele… i tak trwamy w ‘przyjaźni’ już od ponad pół roku po rozstaniu. W moim poczuciu nie jest to czysta przyjaźń, on uważa, ze jesteśmy na dobrej drodze by taką relację stworzyć… mnie chyba zaczyna to męczyć. Piszemy do siebie codziennie na gadu gadu, smsy.. widzimy się rzadko ‘ na żywo’ ,myślę o nim obsesyjnie, bo bardzo mi na nim zależy, w końcu zerwałam z rozsądku a nie z braku miłości. Kontakt z nim jest mi potrzebny jak powietrze, uzależnia, daje poczucie bezpieczeństwa, jego widzę przy swoim boku , jego widzę jako potencjalnego ojca moich dzieci ale jednocześnie mam świadomość jak wiele przed nami ewentualnej pracy.. mimo, ze nie jesteśmy razem i żyjemy w ‘przyjaźni’, próbujemy odtworzyć tą relacje sprzed bycia parą.. to nie wiem czy dla nas obojga lepszym rozwiązaniem nie byłoby urwać kontakt.. i z perspektywy czasu ocenić czego chcemy. On nie widzi takiej potrzeby. Ma mi za złe , że chce coś zmieniać.. przecież jest dobrze.. boję się , że stracę przyjaciela… przez jakieś ‘rozsądkowe’ działanie… co chcę zmienić? Choć trochę ograniczyć kontakt. On nie uznaje pół środków.. albo jest jak jest i TY to akceptujesz albo zrywamy kontakt i nie istniejemy dla siebie. Mną targają sprzeczne emocje… co robić?

* * * * *

Sama napisałaś, że Cię to męczy, uzależnia itp. Ja zawsze mówię, że dla mnie nie istnieje przyjaźń po zerwaniu, pisałam o tym, w odp. nr: 7, 1561, 1571. Taka relacja nie jest zdrowa, bo emocje i rany są świeże, jedna ze stron kocha, więc zgadza się na wszystko, natomiast druga może w ten sposób manipulować. Problem jest bardziej złożony, pisałam o nim w podanych odpowiedziach. Oczywiście nie chodzi o całkowite zrywanie kontaktów i udawanie, że się nie znacie tylko o rozluźnienie na tyle na ile jeszcze boli. Bo jak już nie będzie bolało to można zacząć myśleć o znajomości ale też nie o przyjaźni jako takiej. Przyjaźń to głęboka realcja, wymagająca obecności i otwarcie się przed drugim. A jak masz się "wyleczyć" z miłości skoro ciągle otwierasz ranę? Niemożliwe. Rozluźnijcie kontakty i nie udawajcie, że wszystko jest ok. Z Bogiem!

  Marta, 18 lat
1994
25.11.2007  
Dzień dobry! Piszę, bo już nie wiem co mam zrobić.. niedługo minie rok jak jesteśmy razem. On ma 20 lat, ja 18. Jestem osobą wierzącą, a On przyjął sakramenta, ale nie chodzi do kościoła. Bardzo chciałabym zachować czystość do ślubu. On to szanuje, ale widzę, że Go to męczy. Czasami nas poniesie.. wtedy są wyrzuty sumienia.. ja idę do spowiedzi. Jeśli dochodzi między nami do jakiś sprzeczek, to właśnie w tej kwestii. Nie wiem co mam zrobić. Mam swoje zasady i tego się trzymam. Jego zasadą jest to, że nie uprawiałby seksu z przypadkową osobą, tylko z taką, którą kocha. Kocham Go, a On mnie. Nie wiem co mam zrobić. On się masturbował.. mówił, że musiał rozładować napięcie... jakoś inni mężczyźni dają sobie radę z tym napięciem i nie sypiają z kobietami ani nie masturbują się. Nie wiem, czy nie byłoby mu lepiej z inną dziewczyną, która mogłaby Mu dać to, czego ja nie chcę Mu dać. Ja już nie wiem, czy istnieje w ogóle jakieś rozwiązanie. Mam nadzieję, że Pani mi pomoże. Z góry dziękuję.

* * * * *

Droga Marto i dla Ciebie i dla niego polecam mój artykuł: [zobacz]. To jedna sprawa. Druga to kwestia wiary Twojego chłopaka, bo jak piszesz on traktuje wszystko bardzo powierzchownie. Przeczytaj proszę odp. nr: 1358. A trzecia sprawa to taka czy zakładając, że on nie będzie wierzył bardziej jesteś w stanie z nim być, jesteś w stanie zmagać się z tą jego niewiarą i nie ulec pokusie i nie osłabić swojej wiary. To bardzo ważne, by patrzeć w tym samym kierunku i nie tylko o czystość tu chodzi tylko o wszystkie ważne aspekty życia. Bo w małżeństwo trzeba wejść mając takie kwestie omówione i uzgodnione, bo potem nie będzie łatwiej. Jest naturalnie możliwy związek z osobą niewierzącą ale wymaga wielu wyrzeczeń i poświęceń no i należy założyć, że samemu się będzie dźwigało ten krzyż. Pisałam o tym w odp. nr: 69, 466, 1682. Rozwiązanie w Waszym przypadku jest tylko takie, że on szanuje Twoje zasady. Nie ma innej opcji. Nawet jeśli sam w to nie wierzy to z miłości do Ciebie musi Cię szanować. Inaczej niech nie nazywa tego miłością. A napięcie seksualne nie musi być rozładowywane w ten sposób. Przecież gdyby wszyscy tak podchodzi do sprawy to masturbacja księży, kawalerów, wdowców, zakonników i uwaga! mężów, których żony w tym momencie (ciąża, połóg, choroba, delegacja itp.) nie mogą współżyć byłaby czymś powszechnym i dozwolonym, tak? No, a tak nie jest. Do czystości jesteśmy wezwani wszyscy a dowodem męskości nie jest pójście za instynktem tylko pokazanie siły woli i poprzez walkę ze sobą, poprzez zwycięstwo nad takimi pragnieniami, których spełnienie nie jest godziwe. Po prostu. Chłopak nigdy nie jest męski przez seks czy masturbację natomiast poprzez zwyciestwo nad sobą - zawsze. Popatzrmy na "ideały" męskości: Jezusa, papieża, apostołów. Jacy oni byli męscy tzn. odważni, odpowiedzialni, zmagający się przecież nieraz ze strasznymi pokusami i okolicznościami. I nikt nie powie o nich, że nie byli męscy. Natomiast tłumaczący się, że "musi" chłopak jakoś jako mężczyzna do mnie nie przemawia.
Moja Droga, rozmawiaj z chłopakiem, daj mu ten artykuł, dyskutujcie na ten temat, ustalcie zasady, postaw sprawę jasno i nie idźcie na kompromisy z Bogiem. Módl się o światło, o siłę, o to, by On pokazał Ci czy to chłopak dla Ciebie. Z Bogiem!

  Zagubiona, 17 lat
1993
25.11.2007  
Czy jest podział na petting i netting (bo tak słyszałam)? A jeśli tak, to co to jest netting? Czy jest grzechem ciężkim?

* * * * *

Moja Droga po pierwsze takie sprawy załatwia się w konfesjonale, a po drugie czy to są pytania o miłość? Z Bogiem!

  Joanna, 30 lat
1992
24.11.2007  
Witam, pomimo swojego wieku dopadło mnie uczucie, z którym nie potrafię sobie poradzić. Spotkałam na swojej drodze mężczyznę, w którym się zakochałam. Poznaliśmy się na pewnym forum internetowym dla osób samotnych. On po rozwodzie, ja po rozwodzie. Nasze pierwsze kontakty były bardzo fajne, jestem przekonana, że coś między nami zaiskrzyło. Jednak po pewnym czasie on zaczął się wycofywać. Nawet powiedział mi, że gdybyśmy stworzyli związek, byłby on wg. niego udany, ale nie chce się angażować, póki nie stwierdzi, że z jego strony to ciś konretnego. Nie pojmuję takiego podejścia. Jeśli dwoje dorosłych ludzi się spotyka w celu znalezienia swojej drugiej połówki, jeśli pomiędzy tymi osobami coś iskrzy, to starają się do siebie zbliżyć, a potem ewentualnie stwierdzić, czy chcą iść razem przez życie. Przecież spotykając się z drugą osobą nie myśli się od razu o założeniu rodziny, takie rzeczy powstają podczas związku, a nie na jego początku.
Ten mężczyzna jest starszy ode mnie o 9 lat, nie ma dzieci, jest wierzący i praktykujący. Rozumiem, że jego dystans może wynikać z tego, że jesteśmy po rozwodach, ale raczej tak nie jest. Nie jest tak dlatego, że on nadal aktywnie udziela się na owym forum internetowym i z tego, co mi wiadomo, spotyka z innymi kobietami. Jednak sam twierdzi, ze tylko ze mną utrzymuje kontakt, bo tamte znajomości kończą po pierwszym spotkaniu. Próbowałam na różne sposoby, ale nie potrafię zrozumiec jego postępowania i toku myślenia.
Ostatnio nasze kontakty się oziębiły. Nie z mojej przyczyny, ale on jakoś oddala się ode mnie. Zależy mi na nim. Gdybym miała interpretować jego zachowanie stwierdziłabym, ze nie jest mną zainteresowany (kontakt mamy raz na kilka dni - telefoniczny lub przez komunikator internetowy, czasem przypadkowe spotkanie, żadnych spotkań pronowanych z jego strony nie ma - kiedys były). I to mnie zastanawia, skąd ten zwrot sytuacji? Przecież nic się nie stało. Nie doszło między nami nawet do pocałunku.
Wiem, że powinnam zapomnieć o nim, bo w pewnien sposób jego zachowanie mnie rani. On pewnie o tym nie wie, bo ja go zapewniłam, ze z mojej strony to tylko przyjaźń i żadne zaangażowanie. Prawda jest inna niestety. Nie powiem, że się zakochałam, ale zauroczyłam, zależy mi żeby go zdobyć, żeby poczuł do mnie coś więcej, niz lubię cię. Jeśli powinnam odsunąć się, odejsć z pola jego widzenia musiałabym posunąć się do takich kroków, jak blokada jego numerów na komunikatorach, ponieważ pomimo wszystko on się odzywa do mnie raz na kilka dni, czasem codziennie. Pierwsza go nie zaczepiam, ale prawda jest taka, że siedzę wgapiona w komputer, gdy on właśnie jest on-line. Potrafi być on-line kilka godzin i się nie odezwać, pomimo, iż ja także jestem. Mnie to boli. On sobie z tego nie zdaje sprawy.
Nie powiem mu prawdy, bo po co. Poza tym nie mam odwagi. Widzę, co się dzieje i raczej muszę pozbyć się tego uczucia w sobie. Nie wiem jednak jak mam to zrobić. Mam małe dziecko i przez to wszystko nie potrafię skupić się na poprawnym wypełnianiu obowiazków w stosunku do niego. Jestem zamknięta w sobie, wolę być sama, słuchać jakiejś wolnej muzyki. Dziecko oddaję b. często babci, bo nie daję sobie rady sama ze sobą. Jestem tak strasznie samotna i czuję się opuszczona. Przyjaciele odeszli wraz z orzeczeniem rozwodu. Reszta jest zajeta swoim życiem. Chciałabym wyjść czasem gdzieś wieczorem, do kina, na spacer, żeby mnie ktoś odwiedził, przytulił, powiedział coś miłego. Perspektywa spędzenia chociażby Sylwestra w samotnosci jest dla mnie straszna. Myslałam, że ten mężczyzna może stać się takim przyjacielem, nie od razu kochankiem, ale takim kimś, kto wyjdzie gdzieś ze mną, spędzi czas, pogada. A on pomimo, iż deklaruje taką chęć, na deklaracjach kończy i dziś na przykład jest sobota wieczór, a on od kilku godzin jest on-line i się nie odezwie.
Co mam zrobić żeby: wyzbyć się tego uczucia i jak to zrobić oraz/albo jak go zdobyć, co zrobić, żeby wzbudzić w nim zainteresowanie.


* * * * *

Jesteś pewna, że w dobre miejsce napisałaś? Tu jest portal katolicki i nie sądzisz chyba, że doradzę Ci co zrobić, by stworzyć związek niesakramentalny. Droga Joanno, rozumiem, że jest Ci ciężko, że trudno żyć samemu. Ale składając przysięgę małżeńską to swojemu mężowi (który pozostanie nim do końca życia) ślubowałaś. I on Tobie też. Nie wiem co było przyczyną rozwodu, ale wiem jedno: nigdy nie jest za późno, by zacząć od nowa, by spróbować ratować małżeństwo. Nawet po rozwodzie. Tak, trzeba do tego obu stron, ale to już inny temat.
Przeczytaj proszę odp. nr: 1034, 1100,1669, 1940, 1986.Wejdź też na forum www.sychar.pl, tam znajdziesz świadectwa i rady ludzi po rozwodzie - jak dalej żyć, jak wierzyć, jak sobie radzić. Twoje pragnienia znajomości, przyjaźni są naturalne i powinny być spełnione - ale tak, by dochować wierności Bogu, by nie było to przyczyną niczyjego grzechu. Porozmawiaj też z mądrym kapłanem, z przyjaciółką, może mamą, kimś kto jest dla Ciebie autorytetem i kto mądrze (słusznie) nie wygodnie Ci doradzi. Poszukaj dziedziny aktywności, w której możesz się realizować i dzięki której będziesz się czuła potrzebna i nie będziesz samotna. Wiele osób czeka na to. Módl się o siłę. Z Bogiem!

  Sylwia, 17 lat
1991
24.11.2007  
Witam!!! Pisałam już tutaj w sprawie bezpłodności chłopaka (pyt. 1893) Teraz mam zupełnie inny problem. Właściwie to cały czas jestem w szoku, gdy myślę o tym, co się stało. On... próbował popełnić samobójstwo. Wcześniej wspomniałam, że miał poważne problemy i ja mu pomogłam, stąd rozwinęła się nasza miłość. Teraz opiszę, na czym te problemy polegały. Mój chłopak, gdy był jeszcze w gimnazjum, zaczął zadawać się z nieodpowiednim towarzystwem. Wplątali go w różne przekręty, oszustwa. Liczyli się tylko oni, oni i pociąg do pieniędzy, on cały czas ulegał . Stało się jednak coś, co go otrzeźwiło. Został oskarżony o oszustwo na Allegro, sprawa trafiła do prokuratury. Potem doszperali się jeszcze kilku spraw, też związanych z allegro. Czy był winny? Owszem, ale nie we wszystkich sprawach. Część spraw w ogóle go nie dotyczyła, ale winę na niego zwalali jego "sympatyczni koledzy". Rodzice Krzyśka pospłacali wszystkie "długi", ale on sam automatycznie stracił ich zaufanie. Dodam, że w domu niczego mu nie brakowało, miał kochającą rodzinę, pieniędzy nie potrzebował, ale chęć przypodobania się "kumplom" zrobiła swoje. Krzysiek postanowił się zmienić. Już nie zadawał się z nimi, zmienił środowisko, poszedł do liceum. Przez 2 lata nic się nie działo. Poznaliśmy się właśnie po tych dwóch latach od ostatniej sprawy. zaczęliśmy się spotykać, rozmawiać. Na początku nie mówił mi o swojej przeszłości. Jednak jego "kumple" przypomnieli sobie o nim. któregoś dnia do drzwi zapukała policja, zabrali komputer, padło kolejne oskarżenie o oszustwo na allegro, choć Krzysiek od dwóch lat ani razu... Tym razem miał do oddania prawie 2000 zł. Gdy dowiedziałam się o wszystkim, chciałam od niego odejść. Wydawał się taki opiekuńczy, dobry, a tu... Nie chciałam mu wierzyć, iż jest niewinny. Jego rodzice tym bardziej. W komputerze nic nie znaleziono, ale sprytni koledzy i tak dopięli swego. Krzysiek musiał oddać kolejny dług. krzysiek bardzo wszystkiego żałował, tego, jaki był kiedyś, tego, że teraz musi nieść ten krzyż. Postanowiłam mu zaufać, widziałam jego załamanie. Było mu ciężko, rodzina patrzyła na niego jak na wyrzutka społeczeństwa, rodzice po raz kolejny przestali ufać. Zostałam tylko ja. Wtedy owszem miewał myśli samobójcze, ale wybijałam mu je z głowy, skontaktowałam ze znajomym psychologiem. cały czas mi dziękował. W tym czasie rozwinęła się miłość, mocna więź, nie do zerwania. Pomogłam mu i mam tego świadomość. Przez cały czas byłam niepewna, ale nie żałowałam, że zaufałam. Co prawda, był jakiś lęk, ale z czasem minął, krzysiek cały czas udowadniał mi, że teraz jest inny, a ja doceniałam, ze zmienił się przecież jeszcze przed poznaniem mnie! Miałam nadzieję, że teraz będzie już dobrze, że będziemy mogli rozwijać milosc bez zadnych ekscesów. Kilka miesięcy pozniej Krzyś dowiedzial sięo swojej bezpłodności, to był cios, ale dzięki Pani podjęłam decyzję: chcę być z nim, bo łączy mnie z nim miłość, wzmocniona prez problemy. A teraz... Okazało się, że znów został wplątany w oszustwo na kwotę 900 zł, oczywiście niezawinione. Jego dawni koledzy jak widac znaleźli sobie marionetkę. Krzysiek nie wytrzymał. Nic nie powiedział rodzicom, dla mnie też nie. Widziałam, że coś się dzieje, ale nie chcial powiedziec. Mial dosc wstydu, kolejnych oskarżeń, podciął sobie żyły... W liscie, ktory zostawił przepraszal mnie, napisal "wiem, że zachowuję się jak tchórz, bo tylko winny się poddaje, ja jestem niewinny, ale już nie dam rady". Na szczęscie, udało się go uratować. Gdy dowiedziałam się o wszystkim, myślałam, że za chwilę umrę. O jego próbie dowiedziałam się wczoraj, nie poszlam do szpitala, nie czuję się na silach po prostu. Zastanawiam się, co zrobić. Nie chcę żyć z kimś, kto próbował popełnić samobójstwo, bo będę żyła w nieustannym lęku. Ao jesli on będzie się poddawał w ten sposob we wszystkich trudnosciach, np. w małżeństwie? Kocham go i nie chcę go stracić. A jednoczesnie wiem, że tylko ja mu pomogę. Nie mogę w to uwierzyć, to wierzący chłopak, a chcial sam siebie pozbawic zycia... Czy warto ryzykować i być z nim?

* * * * *

Droga Sylwio, sprawa jest poważna i przed wszystkim trzeba tu wyjaśnić sprawę jego niewinności. Bo nie może być tak, że ktoś jest niewinnie skazywany i nie wierzę w to, że da się tak kiedy się chce wmanewrować człowieka. Przecież są dowody, są przesłuchiwani świadkowie. Teraz on przecież może domagać się odszkodowania na niesłuszne skazanie, może domagać się ustalenia niewinności, może założyć sprawę przeciw tym kolegom. I prawdy należy dochodzić. Nie można tak łatwo się poddawać i rezygnować, przecież to nie może się ciągnać przez całe życie. Trzeba też zerwać kontakty z tymi kolegami, zmienić środowisko. Musisz porozmawiać z nim, z jego rodzicami i trzeba naparwdę zebrać się w sobie, zasięgnąć porady adwokata i dopiąć swego. Bez tego faktycznie można się załamać. No nie ma wyjścia trzeba się ratować. Jeśli on ma rację, jeśli jest niewinny to nie można tak tego zostawić i rodzice muszą tu pomóc.
Co do Twojego trwania przy nim. No, nie wiem jak Wasze przyszłe losy się potoczą ale na pewno nie powinnaś nic zdecydowanego w tym kierunku robić teraz. Nie wolno decyzji podejmować pod wpływem emocji, a poza tym on mógłby załamać się jeszcze bardziej.
Nie musisz decydować teraz. W decyzji czy pozostać z kimś trzeba wziść pod uwagę wiele czynników i słusznie zauważasz, że wymaga to zaufania i poczucia bezpieczeństwa. Co jeszcze poczytaj w tym artykule: [zobacz]
Ale na razie żadnej decyzji, no radziłabym jednak odwiedzić go w szpitalu. Tak, zrobił źle, działając po wpływem silnych emocji, może to słabość, tak, ale on na pewno chciałby Cię zobaczyć. Porozmawiaj z nim. Ale nie myśl, że masz jakąś specjalną misję i że tylko Ty możesz go uratować. Ty możesz mu pomóc (jeśli czujesz się na siłach) ale pomocy on potrzebuje konkretnej i dwutorowej: adwokata i psychologa. A także naturalnie księdza, ale to oczywiste. Dobrze żeby porozmawiał ze szpitalnym kapelanem. Bo bez Boga nie zrobi kroku. I to ON może go uratować. Módl się i działa. Z Bogiem!

  Zuzanka, 20 lat
1990
24.11.2007  
Malutkie pytanko: czy współżycie w okresie ciąży (mam na myśli początek ciąży, wtedy, kiedy współżycie jest jeszcze możliwe) jest grzechem? I czy petting w małżeństwie nie będący elementem gry wstępnej (np. w czasie dni płodnych) również jest grzeszny? Gdzie jest granica? Z góry dziękuję za rozwianie wątpliwości!

* * * * *

Pierwsze pytanie: nie jest grzechem, bo co tu może być grzeszne? Natomiast zależy czy lekarz dopuści współżycie ze względu na stan zdrowia. Oczywiście,rozumiem, że mówimy tu o związkach małżeńskich bo w związkach pozamałżeńskich współżycie i w ciąży i bez ciąży jest zawsze grzechem.
Pytanie drugie: tak, jest grzeszny, bo nie prowadzi do normalnego współżycia. Szczegółowo pisze o tym papież Paweł VI w encyklice "Humane vitae".
A teraz moje pytanie: czy to są pytania o miłość? Bo na takie odpowiadam w tym dziale. Z Bogiem!

  Gośka, 19 lat
1989
24.11.2007  
Tak strasznie boję się samotnosci, mam wrazenie ze juz do konca zycia bede sama. moze to ze mna jest cos nie tak?? mialam przyjaciolke, znalysmy sie 5 lat, ludzie stawiali nasza przyjazn za wzor. ona zerwala nasza znajomosc bez wiekszych wyjasnien po prostu (cytuje) "inaczej pojmuje przyjazn", a decyzje podjela pod wplywem rozmow ze swoja kuzynka. bo miala mature, czasu dla mnie coraz mnie, tak powoli zaczelysmy sie oddalac a potem po prostu powiedziala ze to koniec.
mialam chlopaka, zrywal ze mna i wracl do mnie 2 razy, ja wybaczalam bo..kochalam a dzis jest klerykiem. moze to ze mna jest cos nie tak ze "odchodza"ode mnie ludzie? moze jestem skazana na samotnosc i zycie bez przyjazni (bo mimo ze poznaje nowych znajomych, to nie potrafie im juz tak zaufac i tak sie z nimi zzyc jak z Nia) i bez milosci (bo jakos nikt mi sie mna nie interesuje)?? nie chce byc sama.


* * * * *

No ładnie Ci szatan zamieszał, że Cię przekonał do takiego myślenia. Po pierwsze: nikt nie jest powołany do życia w samotności dla samej samotności i bez miłości, pisałam o tym w tym artykule: [zobacz]. A to, że straciłaś przyjaciółkę i chłopaka NIE JEST dowodem na to, że odstraszasz ludzi, że odchodzą. Zauważ, że do miłości czy przyjaźni potrzeba dwóch stron. Ty przecież wyrażałaś chęć trwania tych relacji, prawda? Nie Ty odchodziłaś. Odeszła druga strona. Więc tej wzajemnosci zabrakło. Nie uważam, żebyś była jednostronnie winna. Co do chłopaka: poznaliście się i doszliście do wniosku (lub on doszedł, że to nie to, nie ta osoba, nie to powołanie). To naturalne, chociaż boli. Co do koleżanki: no, tu można się zastanowić jak Ty pojmowałaś przyjaźń i czy nie byłaś np. zbyt związana z nią emocjonalnie, czy nie żądałaś stałej obecności, czy nie byłaś zazdrosna o inne jej relacje (tylko gdybam). Jeśli tak nie było to widocznie ona szukała sposobu by tą znajomośc zerwać z jakichś powodów. Jakich? Nie wiem. Może po prostu nie pojmowała należycie przyjaźni albo ktoś jej coś o Tobie naopowiadał. Bo wydaje mi się trochę podejrzane, żeby po prostu tak sobie zerwać znajomość w wieku 18 lat. Bez wyjaśnienia i bez utrzymywania choć luźnej znajomości. To dziecinne.
Oczywiście, nie możesz czekać biernie. Wychodź do ludzi, angażuj się w różne akcje i działania, działaj we wspólnocie, daj się zapraszać na imprezy, spotkania, sama wychodź z takją inicjatywą. Może wpisz się do naszego Źródełka?
I nie myśl o głupotach. Samotność nie jest naszym losem, jest wyborem. Jeśli ktoś nie chce być samotny to nie będzie (nawet jeśli nie wyjdzie za mąż). Bo wokół jest mnóstwo ludzi, którzy pragną obecności innych. Przed Tobą studia - to dopiero kopalnia znajomości. Korzystaj z tego. Z Bogiem!

  karolina16, 16 lat
1988
24.11.2007  
Witam! Bardzo dziekuje ze Pani mi odpisala ... wczoraj bylam u spowiedzi wyrzucilam wszystko z siebie iii postanowilam zyc dla Boga nadal zastanawiam sie nad zyciem w zakonie wiem ze Bog mi powie w swoim czasie gdzie mnie widzi , narazie zamierzam zmienic swoje zycie i wszystko co bylo zle co bylo dawno zostawic za soba.. "nie ogladac sie za plugiem" pozdrawiam!!!

* * * * *

Bardzo się cieszę. Z Bogiem!

  Weronika, 23 lat
1987
23.11.2007  
Witam! W sumie mam pytanie nie dotyczące mojej osoby, ale bliskiej mi koleżanki. Razem studiujemy, a raczej razem kończymy już studia. Ona jest naprawdę niesamowitą dziewczyną, otwartą, towarzyską, ciepłą i bardzo rodzinną(ma bardzo kochającą religijną rodzinę), udziela się w duszpasterstwie, można z nią o wszystkim pogadać, ale nie ma szczęścia do związków. Chodziła z chłopakiem 2 lata, ale zostawił ją w klasie maturalnej, potem w czasie studiów zainteresował się nią nasz wspólny kolega z roku, przez jakiś czas (2 lata) mieli się ku sobie. Jednak stwierdził, że nie mógłby osiągnąć z nią jednomyślności(tak to określił), gdyż on jest ateista i nie wyznaje jej wartości, związał się z inną dziewczyną ze względu na seks(o czym nie omieszkał powiedzieć), trochę bawił się uczuciami naszej koleżanki, kiedy już był z tą dziewczyną, ale Kasia dała mu do zrozumienia, że trzyma go na dystans. Zawiodła się na nim, co tu dużo mówić. Poza tym bywała w różnych miejscach, z różnymi ludźmi, rekolekcje wakacyjne, wyjazdy w góry, na żagle, bale w duszpasterstwie, wesela z kolegami, ale każda jej znajomość kończyła tak samo: żaden chłopak nie odezwał się i nie proponował czegoś więcej. Tak jakby bali się czegoś albo uciekali. Niedawno spotkała 30 letniego mężczyznę, spotykali się około miesiąca(Kasia zaangażowała się oczywiście i była szczęśliwa), on wyjechał w trasę na 3 tygodnie(jest kierowcą), pisał codziennie smsy, że tęskni, że jest dla niego najważniejsza, po czym nagle zamilkł, nie odbierał telefonów, nie chciał się spotkać, by porozmawiać. Trwało to 2 miesiące zanim jej cokolwiek wyjaśnił, oczywiście Kasia wypłakała swoje, pisała, dzwoniła, prosiła, była chamska, w końcu się spotkali powiedział jej, że jets dla niego zbyt wartościowa i że wrócił do swojej byłej dziewczyny ze względu na seks(od znajomych wie, że żadnej dziewczyny nie ma i nie było), wiec dla mnie to on się zachował jak tchorz, Kasi jest naprawdę ciężko. Mówi, że chyba już nikomu nie zaufa, nie wierzy nawet, że spotka kogoś jeszcze, tymardziej że teraz mamy powoli poczucie, że już wypadamy z obiegu, kończą się studia.... Nie wiem, czy może mi pani powiedzieć, czy to Kasia przyciąga do siebie chłopaków z problemami ze swoją męskością, czy nie wiem czy to wina Kasi, że za bardzo chciała? Trudno uwierzyć, że można coś zbudować i kogoś spotkać po kilku porażkach pod rząd. Jak pomóc takiej dziewczynie?

* * * * *

Weroniko, moim zdaniem Kasia "przerasta" chłopaków, z którymi miała kontakt. Do tej pory miała kontakt - podkreślmy. To, że jest dziewczyną z zasadami, określonym systemem wartości, która nie chce iść w życiu na łatwiznę po prostu jest dla niektórych niewygodne. Bo przecież faktycznie łatwiej (i chwilowo przyjemniej) związać się z dziewczyną, z którą "można" bezkarnie współżyć. Ten ostatni chłopak poznawszy ją bliżej przestraszył się - że będzie musiał trwać w czystości, że będzie musiał autentycznie żyć wiarą. To go przerosło.
Ale to nie są złe wiadomości. To jest prawdziwy dowód na to, że naprawdę trzeba się najpierw poznać. Po poznaniu - decydujemy czy to ta osoba. W przypadku Kasi okazywało się, że nie ta. Nie można tu absolutnie mówić o jakiejkowiek jej winie albo pechu czy też "przyciąganiu" takich facetów. Zobacz od tej strony: normalna dziewczyna poznaje chłopaka, spotykają się, poznają i co się okazuje? Że mają inny system wartości. I on odchodzi. To nie jest żaden pech. To tylko świadczy o tym, że dla Kasi wiara, Bóg i zasady są naprawdę ważne. Ważniejsze niż bycie z kimś - z kimkolwiek. Bo woli poświęcić związek budowany na kruchych przecież podstawach, by trwać przy Bogu. Piękne świadectwo jej siły i wartości. Co pozostaje? Czekać na tego właściwego. Bo że taki będzie to ja nie mam wątpliwości. Ja sama czekałam 27 lat zanim poznałam właściwego człowieka - takiego, który myślał i wierzył tak jak ja. To może długo, może krótko, natomiast wiem jedno: opłaciło się czekać. Opłaciło się nie wiązać z nikim kto nie był tym właściwym.
Tak więc Weroniko, ja nie widzę nic dziwnego w tej sytuacji, po prostu Kasia musi szukać w swoich kręgach np. duszpasterstwo, wspólnota. Może napisać w jakimś portalu katolickim (polecamy nasze "Źródełko": [zobacz]) tam gdzie będzie miała jakieś prawdopodobieństwo, że trafi na "swego". I polecam modlitwę o dobrego męża. Z Bogiem.

  Jadwiga, 29 lat
1986
23.11.2007  
Dziękuję za odpowiedź nr 1940. Przeczytałam inne posty, o których Państwo pisaliście i nieco rozjaśniło mi się w głowie. Od tamtego czasu upłynęło kawałek czasu i kilka kwestii się zmieniło. Nie wiem, co dalej robić, dlatego proszę o radę.
Sytuacja zaczęła się w moim rozumieniu wymykać spod kontroli. A dlaczego? Dlatego, że on traktuje mnie czule. Jego zdaniem ludzie muszą się poznawać, polubić, zaprzyjaźnić, żeby dopiero ocenić, czy z tego coś będzie. Ale jego zachowanie osobiście odbieram dwuznacznie. Przytoczę kilka jego słów, żeby pokazać o co mi chodzi. Przy rozmowach o różnych rzeczach usłyszałam "myślę, że dobrze by nam było ze sobą". Przy rozmowie o przytulaniu "chciałbym Cię przytulić". Jego rozmowy na gg ze mną są czułe, dwuznaczne (żadnych seksualnych podtekstów oczywiście), ale są to słowa typu - słonko, skarbie, małpeczko, a także czułe zdrobnienia mojego imienia. Nigdy wcześniej żaden mój kolega nie zwracał się do mnie w taki sposób. Poprzez takie zachowanie tego mężczyzny w stosunku do mnie stwierdziłam, że on coś musi czuć do mnie poza zwykłą sympatią. I zapytałam się go o to. Przeprowadziliśmy rozmowę na ten temat. Dowiedziałam się, że on podchodzi do mnie z dystansem, ponieważ już kilka kobiet cierpiało przez niego, gdyż w pewnym momencie on nie poszedł w tą stronę, o której one marzyły, czyli w stronę stworzenia związku. One się zakochały, a on uważa, że bardzo długo się angażuje. Zapytałam się, czy chciałby sie zbliżyć, czy mamy zostać na stopie koleżeńskiej. Odpowiedział, że pewnie chciałby się zbliżyć, ale boi sie konsekwencji, o których pisałam wyżej. Zapytałam, czy są szanse na to, że stworzymy jakiś związek, odpowiedział, ze gdyby ich nie było, spotkałby się ze mną tylko raz i koniec, ale jakie są to szanse, nie potrafi na chwilę obecną powiedzieć. Powiedział, że mnie lubi, że musimy się poznawać, żeby zobaczyć, co z tego może być.
Od tamtego czasu troszkę sie nasze kontakty rozluźniły. Chciałabym się z nim spotkać, on nawet coś tam proponował, ale nigdy nic konkretnie. Gdy poprosiłam o przyjazd do mnie, zgodził się, potem powiedział, że nie może. Rozumiem go z jednej strony - jest lekarzem i ma bardzo napięty czas pracy. Jednakże z drugiej strony, jeśli komuś zależy na kimś, znajdzie chwilkę, żeby się spotkać. Po dwóch tygodniach od tamtej rozmowy zdecydowałam się powiedzieć mu, w dniu, kiedy odmówił przyjazdu do mnie, że z traktuję go tylko po przyjacielsku, nie ma z mojej strony mowy o żadnym zaangażowaniu, że bardzo go lubię i lubię spędzać z nim czas, ale nie oczekuję od niego nic więcej. Powiedziałam, że mam wrażenie, że boi się, że mu zacznę wyznawać miłość, ale ja taka nie jestem. W odpowiedzi usłyszałam, ze on sam ostatnio nie wie, co ma o sobie myśleć, bo go jakaś deprecha jesienna dopadła.
Od tamtej chwili zmienił się. Nadal jest miły i sympatyczny, ale z jego stosunku do mnie wypadły te czułości, o których pisałam wcześniej. Odzywa się na gg do mnie. Czasem raz dziennie, czasem rzadziej - raz na kilka dni. Te rozmowy trwają po pół godziny, kiedyś potrafiliśmy gadać o wiele dłużej. Teraz dodatkowo dzwoni do mnie wieczorem czasami.
Co ja mam zrobić? Nie chcę go obarczać swoimi uczuciami, ponieważ prawda jest taka, że zależy mi na nim. Chciałabym stworzyć z nim związek, ale nie chcę mu tego mówić bo nie mam odwagi, a poza tym nie sądzę żeby coś z tym mógł zrobić. Zakochałam się w nim po prostu.
Dziwi mnie jego zachowanie. Dam sobie rękę uciąć, ze na początku naszej znajomości zależało mu na mnie, zabiegał, kontaktował sie, spotykał ze mną. Potem nagle coś się zaczęło zmieniać. Teraz jest już kiepsko, powiedziałabym. Najgorsze jest jednak to, że naprawdę podpasowaliśmy sobie i ja się chyba zaangażowałam, chociaż walczę z tym uczuciem. Nie wiem, co robić. Czy oddalić się, odsunąć, przestać myśleć czy odwrotnie - w jakiś sposób walczyć o niego. Jak powinnam się zachować, żeby go nie wystraszyć, ale jednocześnie jakoś zachęcić do zbliżenia.
Jeśli chodzi o nasze rozwody i jego głęboką wiarę w Boga. Powiedział mi kiedyś, ze jeśli pokocha to zwiąże się z kobietą, bo ważne jest dla niego szczęście. Myślę, że to także może być kłopot, ale nie aż tak duży. Zresztą czy warto rezygnować z uczucia i być nieszczęśliwym tylko dlatego, że były małżonek nas skrzywdził? Od niego żona odeszła, bo nie umiała sprostać byciu żoną, a ja odeszłam od męża, bo jest alkoholikiem.
Poradźcie proszę, co mam zrobić. Dodam jeszcze, że pierwsza nie zaczepiam go, nie kontaktuję sie z nim, to on pierwszy odzywa się do mnie. Dlatego zerwanie kontaktu może być trudne. Musiałabym powiedzieć mu wtedy całą prawdę. I czy to, że skłamałam mówiąc, że traktuje go tylko po przyjacielsku i nic nie chce od niego więcej nie było błędem? Proszę o poradę ...


* * * * *

Droga Jadwigo! Czy naprawdę myślisz, że pomogę Ci w nawiązaniu kontaktu z nim w celu stworzenia związku? To jest portal katolicki i co miałam do przekazania na ten temat to Ci przekazałam w nadzieji, że sama będziesz dalej myśleć i dojdziesz do konkretnych wniosków. Przecież wiesz, że zmierzasz do związku nieskaramentalnego, więc jak mogłabym Ci go doradzić?
Powiem Ci jedno: byłam w związku z mężczyzna po rozwodzie, wiem jak to jest, wiem jak jest trudno zrezygnować z miłości dla zasad. Pojawia się pokusa bycia z kimś, uszczęślwienia go, bo przecież: "nie jego wina", "nikt z nim już nie będzie", "nie ma szans", "jest taki młody", "w imię czego ma się wyrzekać rodziny i miłości". Tak, wiem, przerabiałam to. Było koszmarnie trudno. Ale widzisz, jest większa miłość niż ta miłość na ziemi. Jest większe dobro niż rodzina i miłość ziemska. To zbawienie wieczne.
Jeśli Ci na nim zależy to choćby nie zależało Ci na sobie, na swoim zbawieniu to w imię tej miłości, którą czujesz zostaw go. Pozwól mu nie wchodzić w związek z Tobą, by nie grzeszyć, byś Ty nie blokowała mu szansy zbawienia. Co on wybierze później w życiu to już inna sprawa, ale Ty nie bądź powodem jego potępienia, nie przyczyniaj się do tego. Czy jest większa miłość, czy jest większe dobro? Jeśli naprawdę jego dobra pragniesz to będziesz wiedziała co robić. Warto dokonywać wyborów słusznych a nie wygodnych. Warto dać dowód miłości prawdziwej. Ciężko jest ale jest to możliwe. A radość jest ogromna. Przemyśl to proszę.

  Marta, 19 lat
1985
23.11.2007  
Witam, pisałam już tu wiele razy (za wszystkie rady dziękuję).
Teraz moje pytanie dotyczy czegoś innego, od kilku miesięcy modlę się o Dobrego Męża, to dla mnie ważna modlitwa i staram się wierzyć, że Pan Bóg wysłucha tej prośby w przyszłości. Problem jest w tym, że jest takie powiedzenie, że ma chłopak zobaczyć jak wygląda matka dziewczyny, a wtedy dowie się, jak będzie zachowywać się jego dziewczyna. Strasznie mnie to martwi, ponieważ w żadnym wypadku nie chciałabym być porównywana do mojej Matki. Małżeństwo moich Rodziców niby jest dobre, ale tylko dla ludzi z zewnątrz. Brakuje w nim miłości, zrozumienia no i wiadomo, że to przekłada się na całą naszą rodzinę. Boję się, że kiedyś ze mną będzie tak samo, że nie mam dobrych podstaw do stworzenia rodziny, że będę taka sama jak moja matka (wiecznie wybuchowa, arogancka i niezadowolona z życia, choć oczywiście dobre cechy też posiada) lub że mój mąż taki będzie. Czytam książki na temat Miłości (J.Pulikowskiego), ale i tak ten strach we mnie rośnie. Kompletnie nie wiem co z tym zrobić, zwłaszcza, że tak na dobrą sprawę nie znam dobrych małżeństw.
W jaki sposób nie powielać błędów Rodziców?


* * * * *

Moja Droga to nie do końca tak, że jesteśmy tacy jak rodzice. Owszem, wychowanie ma na nas wpływ, niektóre zachowania podświadomie też możemy powtarzać, ale nie jest tak (a w każdym razie nie do końca i nie zawsze), że niedaleko pada jabłko od jabłoni.
Wielce niesparwiedliwe jest takie stwierdzenie, że trzeba zobaczyć matkę i będzie się wiedziało jak się będzie zachowywała córka. A co gdy matka jest alkoholiczką, gdy zostawiła rodzinę albo porzuciła dziecko po urodzeniu? To córka też taka będzie? A odwracając sytuację: jak matka jest pobożną, spokojną domatorką to jak tłumaczyć fakt, że córka nie wierzy w ogóle albo jest urodzoną podróżniczką, ma inne usposobienie i charakter? Droga Marto! Gdyby brać dosłownie to co napisałaś (to co Ci ktoś powiedział) to wiele małżeństw nie zostałoby zawartych niesłusznie. Z drugiej strony część tych, które zawarte zostały nigdy nie powinno zostać zawartych. Oczywiście, ja nie neguję wpływu środowiska, domu na nas, ale nie wolno jednoznacznie szufladkować kogoś tylko dlatego, że (nie ze swojej przecież winy!) nie miał dobrego przykładu w rodzinie.
Rozumiem, że się boisz. Ale pocieszę Cię. Ja też nie miałam najlepszego przykładu w domu, ja też nie chciałabym żeby ktoś ocenił mnie po tym co działo się w moim domu. Ja wiem, że niektóre rzeczy mogą przerażać, ale jest jeszcze to co mówił Papież Jan Paweł II: samowychowanie. Samowychowanie to wychowywanie siebie drogą samodyscypliny, przy użyciu rozumu i wolnej woli. Przecież każdy z nas dorastając potrafi obiektywnie oceniać rzeczywistość. I jeśli ją ocenia wie co jest złe i dobre to potrafi zobaczyć co było takie w jego domu rodzinnym. Jeśli to wie to podejmując trud samowychowania zmierza do tego, by wziąć z domu dobre wzory a nie powielać złych. I to jest zupełnie do wykonania. Całkowicie. Owszem, możemy czasem w jakimś odruchu odezwać się tak jak mama, możemy czasem przenieść pewne reakcje. Ale nie będzie to działanie celowe - jeśli tego nie zechcemy.
Jeśli Marto masz takie wątpliwości, jeśli niepokoisz się tym to znaczy, że jesteś na jak najlepszej drodze by właśnie takich błędów nie popełnić. Naprawdę. Obserwuj to co jest złe, niekorzystne i postanów sobie, że Ty się postarasz tak nie robić.
Nie negując wszystkiego, bo w każdym domu jest coś dobrego np. poczucie humoru, nie zwracanie uwagi na drobiazgi, które naprawdę nie są istotne można wyeliminować to czego nie chcielibyśmy w swoim domu powtórzyć. Jest to możliwe. Mnie się udało i wierzę, że uda się, każdemu kto będzie nad tym pracował. I nie bój się, że chłopak się zrazi. Być może faktycznie na początku może go coś przerazić, zszokować ale jeśli będzie mądry to będzie obserwował Ciebie w tej sytuacji: jak Ty sobie radzisz. Może się czymś niepokoić, ale jeśli Ty swoim życiem dasz mu do zrozumienia, że chcesz inaczej, starasz się i Ci to wychodzi to jeśli pokocha Cię prawdziwie nie zrezygnuje nigdy dlatego, że Twoja mama była inna. I jeszcze jedna kwestia: nie mówić na pierwszych spotkaniach wszystkiego. Nie chodzi tu o ukrywanie, bo i tak wyjdzie. Chodzi o to, że ktoś może być nieprzygotowany do właściwego odbioru takiej sytuacji. Może nie mieć doświadczenia bo nigdy się z czymś takim nie spotkał. I wystraszy się i ucieknie. Najpierw zatem trzeba doprowadzić do sytucji by poznał CIEBIE a potem stopniowo dawkować mu pewne informacje - w zależności od etapu na jakim jesteście, od stopnia Waszej zażyłości. Kochający chłopak zrozumie i wesprze. Nawet jeśli będzie się trochę obawiał nie włoży do jednej szufladki. Mądry chłopak będzie wiedział o tym czym jest samowychowanie i nie będzie bezkrytycznie przyjmował fałszywych opinii. Ale tu trzeba dojrzałości i stopniowego pokazywania i tłumaczenia swego świata.
Pamietaj jedno: nie jesteś winna tego jaką masz rodzinę. Nie miałaś na to wpływu i nei możesz ponosić za to kary. Natomiast możesz zdecydować jaka będzie Twoja rodzina.
No i dobrze zobaczyć też szczęśliwe małżeństwa. Od tego są rekolekcje np. Oaza Rekolekcyjna Diakonii Życia. Ja na niej właśnie doświadczyłam olśnienia. Tak mnie to zafascynowało, że uwierzyłam, że może tak być ze mną. I jest! Jest możliwe nie popełnianie błędów rodziców. Bo to, że źle się dzieje może być najlepszą motywacją do zmian, do pragnienia czegoś innego. Ja to przeszłam, doświadczyłam tego, podjęłam trud i wygrałam. I Tobie też się to uda. Z Bogiem!

  bezimienna, 14 lat
1984
22.11.2007  
Witam !
Mój problem jest bardzo rozwinięty. Otóż mam chłopaka 4 lata starszego. Pomimo tego, ze on ma 18 lat, a ja 14 to świetnie się dogadujemy. Teraz może to wyglądać dziwnie taki związek ze starszym chłopakiem, ale przecież później się to mniej więcej wyrówna. Chłopak ten jest kochany, nigdy mnie do niczego nie namawiał ani nie zmuszał. Nie nalega w sprawie sexu, wie, że nie czuję się jeszcze gotowa. Jestem z nim już 7 miesięcy. Kochamy się, mam do niego ogromne zaufanie. I tak jest też z nim. Wiele razem przeszliśmy. Gdyby nie jego zawziętość i poświęcenie to nie bylibyśmy teraz razem...
Moi rodzice pracują za granicą, dlatego mieszkam z dziadkami. Raz zaprosiłam tego chłopca do domu, ale stwierdzili, że więcej razy nie mogę tego zrobić. Wiedziałam, że go nie polubili, pewnie ze względu na wiek i na to, że może mi coś zrobić itp, itd...
Dlatego musieliśmy spotykać się po kryjomu. Może nie tak dosłownie, ale widywaliśmy się w miejscach niedostępnych dla ludzi. Nic złego by w tym nie było, ale oni widzieli w nim i dalej widzą jakiegoś potwora. On jest inny niż 18sto letni chłopcy, którym tylko jedno w głowie. Jest czuły i troskliwy, zawsze twierdził, że jestem bardzo dojrzała z zachowania i charakteru jak na swój wiek. Tak samo wiem, że wiele w życiu przeszłam.
Wracając... moi rodzice są za granica, a wychowuje sie u mamy mojego ojca. Dowiedzieli się, że się z tym chłopakiem spotykam. Miałam karę, oczywiście była dzika awantura w domu. Miałam już w głowie decyzję zerwania z Nim, bo jaki jest sens mieć takiego chłopaka? On natomiast mówił, że za bardzo mnie kocha, żeby ze mnie zrezygnować i że mnie nie zostawi w takiej sytuacji. Bardzo go za to podziwiałam i byłam szczęśliwa.
Do czasu...
Miałam oczywiście zabronione spotykanie się z nim, ale nie przestrzegałam tego i znowu musieliśmy się ukrywać. Spotykaliśmy się pod byle pretekstem, aby chociaż na chwilę się zobaczyć. W domu przeczuwali, że tak jest, w sumie to nawet wiedzieli, ale nie mieli żadnych dowodów żeby mi to zarzucić. No ale oczywiście ktoś znowu im /podkablował/ i tym razem mam teraz o wiele gorzej. Ojciec powiedział, że do jego powrotu mam szlaban na wszystko :| tzn, ze mam zakaz wychodzenia z domu, co oznacza ze brak widywania sie z moją sympatią. Na prawdę tym razem czułam, że to koniec. Ale ten chłopak mnie próbował podtrzymywać. Mówi, że przetrwamy to wszystko, że w końcu będzie lepiej, ale najważniejsze jest to, że się kochamy. Podtrzymujemy się tym, że wierzymy w lepszy okres... ale ja już nie wiem czy wierzę. Nie umiem mu tego powiedzieć bo zapyta "to jaki ma to wszystko dalej sens?". Kocham Go, ale znam moim rodziców i nie wiem czy będzie lepiej. Traciłam nadzieję, jestem zdesperowana. Tak bardzo Go kocham. Tak jak już mówiłam wiele razem przeszliśmy. Pokonamy tą przeszkodę, ale nie wiem jak będzie dalej. Ojciec nie widzi, że mnie tym rani. Ten chłopak daje mi to, czego tata mi nie mógł dać przez ponad 3 lata nieobecności...
Nie wiem co dalej robić. Jest dla mnie wsparciem, był ze mną jak rodzice się rozwodzili, jak miałam różne problemy. Był ze mną zawsze, a oni tego nie doceniają. Co powinnam zrobić ? Powinnam tracić wiarę ? Czy może będzie lepiej ? Jak to wygląda z Pani perspektywy? z Góry dziękuję.
Szczęść Boże !


* * * * *

Trudna sytuacja. Rozumiem troskę rodziców i dziadków, natomiast taki kategoryczny zakaz nie jest dobrym wyjściem, bo prowadzi właśnie do tego: spotykania się po kryjomu, kłamstw itd. Nie wiem czemu dziadkowie nie pozwalają Wam spotykać się u Ciebie, przecież mieliby Was na oku a Ty nie musiałabyś kłamać. Dziwi mnie, że Twoi rodzice nie widząc na oczy tego chłopaka tak zdecydowanie Ci zakazali spotkań.
Ja bym proponowała, byś porozmawiała z dziadkami na ten temat co konkretnie im się w nim nie podoba. Nie tak ogólnie: bo jesteś za młoda, bo on jest starszy, tylko konkretnie: jakie jego zachowania budzą ich wątpliwości. Jeśli będziesz wiedziała co im się nie podoba będziesz mogła się do tego ustosunkować. Powiedz im o tym jak chłopak Cię traktuje, jak Cię szanuje, jak Ci pomaga. Zapewnij, że nic złego Ci nie grozi i że to prostu Twój kolega, że się chcecie poznać i nic głupiego nie robicie. Jeśli nie ma to negatywnego wpływu na Twoją naukę i pomoc w domu to jakie mają jeszcze zarzuty? Jeśli im obiecasz, że nic się nie stanie, że w każdej chwili mogą z nim porozmawiać, że on zawsze może przyjść i oni mogą mieć na Was wgląd, że widzą co robicie to co jeszcze jest nie tak? Widzisz, nie ma tu dobrego wyjścia, bo ja Cię absolutnie nie namawiam do buntu. Może faktycznie jest tak, że dziadkowie zauważyli coś niepokojącego a Ci o tym nie powiedzieli? Natomiast może warto jeszcze porozmawiać, pokazać, że to dobry chłopak? Może da się zawrzeć jakiś kompromis np. odwiedziny dwa razy w tygodniu? Porozmawiaj na spokojnie. Z Bogiem!

  Mania, 17 lat
1983
22.11.2007  
No bo tak. Zakochałam się w kuzynie mojej koleżanki z klasy... On jest rok młodszy ale nie o to chodzi... Bo ja mam problem jak się z nim zapoznać i wogóle.. Niby może się wydawać że moja sytuacja nie jest taka zła, bo owa koleżanka jest w sumie moją dobrą koleżanką, ale ja jej jakoś po prostu nie mogę o tym powiedzieć, po prostu się wewnętrznie blokuję.... I jakoś mi się tak wydaję, że ona po prostu przez to mnie jakoś odtrąci czy coś... I nie wiem co mam robić.... Ostatnio utzrzymałam z nim przez chwilę kontakt wzrokowy, ale nie wiem, mam podejść do niego, czy pogadać z koleżanką, czy co zrobić? Proszę o pomoc....


* * * * *

Proszę skorzystaj z rad w odp. nr: 3, 30, 37, 134, 411, 912, 1486 . Jeśli masz możliwość spotkania go, widzicie się to staraj się zachowywać naturalnie i po prostu podejdź i o coś zapytaj. A koleżance faktycznie nie musisz nic mówić, chyba, że masz do niej duże zaufanie i wiesz, że nic nie powie temu chłopakowi.

  Ona, 18 lat
1982
22.11.2007  
Dzień dobry!
Dręczy mnie troszkę jedna rzecz. Otóż, kiedyś zajrzałam do waszego "Źródełka", bardzo jakoś zaintrygował mnie jeden wpis, no i napisałam do tego mężczyzny. Od razu załapaliśmy kontakt, bardzo fajnie nam się pisze itp. Codziennie, a nawet kilka razy dziennie wysyłamy do siebie maile. Bardzo ciekawy i dobry człowiek. Takie pisanie trwa już z 2 miesiące. Wszystko byłoby wręcz wspaniale, ale... no właśnie to ale... Ja mam 18 lat, a on 33... Piętnaście lat różnicy... To sporo... Troszkę nie wiem co robić z tą sytuacją... czy pisać nadal...? Ja postawiłam sprawę jasno, że nie wiedzę nas... No ale rzecz jasna, że prawie z każdym mailem znajomość się pogłębia... Nie wiem troszkę co z tym robić... Wiem, że powinnam być na tyle odpowiedzialna, że jak coś zaczynam to powinnam wiedzieć co z tym zrobić... ale mimo wszystko pytam Panią co o tym Pani sądzi? Można mieć starszych znajomych, ale czy on nie będzie chciał czegoś więcej, czy on nie będzie robił sobie nadziei, czy nie zamknie się na inne znajomości? Proszę o radę...


* * * * *

Olu, o różnicy wieku poczytaj tutaj: odp. nr 8, 28, 87, 310, 916, 1253 . Generalnie nie są wykluczone takie związki, choć faktycznie to trochę mnie dziwi, że 33-letni chłopak pisze z dziewczyną 18-letnią. Bo on jeśli szuka to już żony, a Ty pewnie za mąż nie chcesz jeszcze wychodzić, bo nie jesteś na to gotowa. Masz słuszne obawy, bo ja myślę, że faktycznie będzie chciał czegoś więcej. A jeśli Ty się określiłaś to też nie bardzo wiem czemu nadal taki kontakt z Tobą utrzymuje. Przecież i Ty możesz sobie narobić nadzieji, ale jeśli on nie traktuje tej znajomości poważnie to czemu ją ciągnie? Trzeba by delikatnie starać się to wybadać: kim dla niego jesteś, jak traktuje tą znajomość, jakie ma oczekiwania. A jeśli nie mieszkacie zbyt daleko to dobrze by było się spotkać na herbacie. Proponował Ci to? Ciekawa jestem co by powiedział na propozycję spotkania? Bo jeśli nie będzie chciał to znaczy, że nie ma wobec Ciebie poważnych zamiarów. Staraj się jakoś delikatnie go o to wszystko podpytać. Z Bogiem!

  Aleksandra, 20 lat
1981
22.11.2007  
Mówią, że miłość przychodzi wtedy, kiedy najmniej się tego spodziewamy. Święte słowa. Po raz pierwszy rozpoczęłam wakacje nie myśląc: a może spotkam jakiegoś chłopaka, w którym się zakocham?. Wyjechałam na kolonie jako wychowawca. To były niezapomniane chwile mojego życia. Poznałam niesamowitych ludzi, zarówno kadra jak i dzieciaki były wprost fantastyczne. Poznałam tam Michała. Też był wychowawcą, a jednocześnie klerykiem IV roku seminarium. Pierwszy raz w życiu tak bardzo zżyłam się z facetem nie myśląc jednocześnie: a może to ten jedyny? I to nawet nie chodzi o to, że jest klerykiem, ja po prostu nie myślałam w tych kategoriach, że może coś z tego być. Spędzaliśmy z sobą bardzo dużo czasu. Jak Michał wybierał się ze swoimi chłopaczkami na wycieczkę rowerową, ja z moimi dziewczynami jechałam również. Jak ja z grupą szłam na wycieczkę do lasu, grupa Michała też szła. Mieliśmy taki zwyczaj, że w trakcie ciszy nocnej, jak dzieciaki już spały, spotykaliśmy się wszyscy w kanciapie kierownika Bartka (de facto też kleryka – przyjaciela Michała z seminarium) i rozmawialiśmy do późnych godzin nocnych. Czasem do rana. To bardzo zbliżało. Po raz pierwszy w życiu spotkałam osobę, która czuła dokładnie to, co ja, która miała te same poglądy na życie co ja, przy której niczego nie musiałam udawać. Przy której byłam szczęśliwa i radosna. Spaliśmy po 4-5 godzin na dobę, a ja mimo tego nie czułam zmęczenia tylko nieopisaną radość, że tak niesamowitą osobę poznałam. Nadszedł czas wyjazdu. Mieszkam ponad 300 km od Michała, od całej reszty wspaniałych osób, które poznałam na tej koloni. Jednak nie rozpaczaliśmy, bo już zaplanowaliśmy sobie, że resztę wakacji spędzimy razem (już bez dzieciaków). Jednak wcześniej czekała mnie jeszcze jedna kolonia. Bardzo przeżywałam na niej, że ten wspaniały czas już minął. Na dodatek miałam niezwykle ciężką grupę do opieki, byłam zmęczona fizycznie i wyczerpana psychicznie. Z Michałem rozmawiałam niemal codziennie przez telefon. Gdy tylko było mi źle, on dzwonił, nawet nie musiał mnie pocieszać, wystarczyło jak usłyszałam jego głos, a już było w porządku. Wtedy jeszcze nie zdawałam sobie sprawy, że między nami jest coś więcej niż tylko przyjaźń. Jakże ogromna była moja radość, gdy Michał i Bartek przejechali ponad 100km, do tej mojej kolonii, żeby mnie pocieszyć, wesprzeć. Spędziliśmy cały dzień razem – było jak dawniej (choć de facto tak nie dawno). Gdy pojechali zaczęłam sobie uświadamiać, że nie mogę żyć bez Michała. On też coś poczuł. Przeraziliśmy się tego uczucia. On chyba bardziej niż ja. Niestety później nie mieliśmy możliwości spotkania więc przez telefon rozmawialiśmy o tym co się stało. Ja byłam przerażona, gdy powiedział mi, że przez 4 lata seminarium był zamknięty na TE uczucia, ale nagle pojawił się ktoś kto to zmienił, zburzył ten mur. Tą osobą byłam ja! Nie wiedziałam co mam myśleć, ale wtedy uświadomiłam sobie, że on też nie jest mi obojętny. Nie wiedzieliśmy co mamy robić, postanowiliśmy na razie zawierzyć to wszystko Bogu. Jednocześnie nasze kontakty się poluźniły. I to bardzo. On dzwonił coraz rzadziej, ja też już prawie do niego nie pisałam. Musieliśmy od siebie „odpocząć”. Jednak ta okropna cisza trwała i trwała. Bardzo mi go brakowało, zastanawiałam się co on teraz porabia, jednocześnie byłam na niego zła, że wcale o mnie nie myśli, że nie martwi się czy u mnie wszystko w porządku, czy radzę sobie. To był bardzo trudny czas dla mnie, dla niego pewnie jeszcze trudniejszy. W końcu przyjechała do niego. Wiedzieliśmy, że musimy o tym porozmawiać, nie możemy tego odkładać, bo on wkrótce idzie do seminarium, ja zaczynam zajęcia – nie będziemy już mieć możliwości spotkania. A poza tym ja nie chciałam zostawić tej „sprawy nie załatwionej”. To była najtrudniejsza rozmowa w moim życiu. On powiedział, że przez ten czas ciszy dużo rozmyślał. Na moje wyrzuty, że nawet nie interesował się tym co się ze mną przez te tygodnie dzieje powiedział, że nie było by jednego dnia, w którym by o mnie nie myślał, nie zastanawiał się co robię. Powiedział też, że nad uczuciami trzeba umieć zapanować. Już wiedziałam, że zmierza do tego, by powiedzieć, że już nie możemy się spotykać. Zapytałam: ale czy my nie możemy ze sobą po prostu normalnie porozmawiać? Odparł, że my już nie potrafimy ze sobą normalnie rozmawiać. Że póki to wszystko jest jeszcze świeże należy z tym skończyć. Zgodziłam się z nim. Nie chciałam, żeby przeze mnie cierpiał. Powiedziałam, że każdego dnia będę się modlić, aby był dobrym kapłanem. Wyjechałam szczęśliwa. Szczęśliwa, że jemu jest już lżej, a jednocześnie przerażona, że straciłam przyjaciela. Najbardziej męczyło mnie to, że nawet nie będę mogła do niego od czasu do czasu zadzwonić, zapytać się co słychać, jak sobie radzi, ot tak po prostu. Że już nigdy go nie zobaczę. Nie chodziło mi o to, że nie mogę z nim być, tylko o to, że on nie może być moim przyjacielem. A naprawdę tego chciałam! Jednak wiedziałam, że dla niego każdy kontakt ze mną byłby ogromnym cierpieniem i jeszcze bardziej nastręczał by go wątpliwościami co do swego powołania. Chociaż on ich nigdy nie miał. Dopóki nie pojawiłam się ja. To doświadczenie było dla niego próbą. Próbą dla jego kapłaństwa. Tak też myślałam, że Bóg pozwolił na to nasze spotkanie, aby utwierdzić Michała w swym powołaniu. Ale po jakimś czasie, kiedy od naszej rozmowy minęło już trochę, kiedy wydawało by się, że to już za mną, nagle uświadomiłam sobie, ze ja go kocham. Kocham go okrutnie. Nie chcę poznawać żadnego nowego chłopaka, bo żaden nie jest odpowiedni. Bo żaden z nich nie jest Michałem. Tak bardzo się boję, że już nigdy nikogo tak nie pokocham jak Michała. Przeraża mnie myśl, że oboje zrezygnowaliśmy z miłości. Niby postąpiliśmy jak należy, ale mimo to ja cierpię. Cierpię, że nie mogę z nim być. Ale jeszcze bardziej cierpię myśląc, że jednak to doświadczenie miało uświadomić Michałowi coś innego. Miało mu uświadomić, że jest powołany do życia w rodzinie, a nie w kapłaństwie! Przecież on nie chciał, żebyśmy się spotykali, bo bał się, że jeszcze bardziej się we mnie zakocha! Teraz sytuacja wygląda tak: on wrócił do swojego seminaryjnego życia, ja wróciłam do swojego. Teraz nie wiem co on czuje. Pewnie się uspokoił, że jestem tak daleko, że już mu nie „zagrażam”. Ale już wiem co ja czuję: kocham Michała i nie wiem czy będę w stanie pokochać kogoś bardziej. Teraz jeszcze mocniej boję się samotności. Jestem smutna, przygnębiona, ale powtarzam sobie, że muszę z tym żyć… Nikt nie powiedział, że będzie łatwo…

* * * * *

Droga Olu! Wy nie zrezygnowaliście z miłości. On właśnie miłość wybrał: tą, do której Bóg go powołał. Musisz to uszanować i nie dorabiać ideologii. To owszem, była próba - tak jak mówisz - próba jego powołania. Jeśli wybrał, jeśli miał tyle odwagi by wybrać, zdecydować się to przeszedł ją pomyślnie. To mu ukazało, że jego życie może wyglądać inaczej ale Bóg daje mu wybór. I on wybrał. I nie możesz myśleć inaczej, bo się zadręczysz. To są pokusy szatana, uwierz.
A co do Ciebie: współczuję Ci tych przeżyć, choć troszkę się dziwię, że tak beztrosko utrzymywałaś takie kontakty z klerykami. Jeśli to kleryk to tak jakby "narzeczony", zajęty - jeszcze nie po ślubach, ale nie kandydat na chłopaka. Wiem, tak nie patrzyłaś, ale powinnaś tak patrzeć.
Nie mów, że nikogo tak nie pokochasz. Pokochasz mocniej. Pokochasz miłością narzeczeńską, potem małżeńską. A ten czas i ta historia nie była na darmo. W zasadzie jestem pod wrażeniem Twojej postawy po rozmowie z nim, tego, że zachowałaś się z klasą, że nie histeryzowałaś tylko dałaś mu wolny wybór. A ta ulga którą odczułaś świadczy o tym, że to był dobry wybór. To Bóg Ci pokazał, że tego chce On. Oboje zdaliście ten trudny egzamin - bardzo dobrze. Olu, będzie Ci jakiś czas ciężko, ale przeczytaj proszę odp. nr: 80, 526, 653, 825o tym jak "zapomnieć". I przeczytaj też odp. nr: 10, 29, 157, 364, 381, 523, 644, 940. Będzie dobrze, wyjedziesz z tego. Będziecie szczęsliwi oboje - w Waszych powołaniach. Módl się o mądrość, o światło Ducha św., o siłę, o to by Bóg zabrał Ci te emocje. Z Bogiem!

  M.M, 22 lat
1980
22.11.2007  
Mam pyanie czy jest mozliwa milość, gdy nie ma między ludźmi pociągu fizycznego. Mam bliskiego przyjaciela od poł roku i jest nam razem miło, gdy spędzamy wspólnie czas, dobrze sie dogadujemy, mamy podobny system wartości oparty na Panu Bogu, ale ja nie czuję do niego pociągu fizycznego. Marzyłam o tym by wszystko było po kolei, żeby przejść od przyjaźni do miłości ale nie wiem do końca czy taka droga jest dobra kiedy ktoś nie umie zakochać się po poł roku znajomości. Chciałam, żeby ta przyjaźń przerodzila się w cos więcej ale nie wiem czy mamy na to szanse. Brakuje mi w tym wszystkim tego "czegoś", jakiegoś zachwytu. Nie wiem dlaczegu ale czuję wewnętrzną blokadę do bycia blisko z tym człowiekiem (nie chodzi mi tutaj o współzycie ale o pocałunki do których na razie nie potrafie się przełamać, mimo, ze już długo sie znamy i ufam mu. Oboje jesteśmy za czystoscia do ślubu. Ale on chciałby jakis gestów czułości co do których ja na razie nie umię się przełamać. Co mam robić? Czy ze mną jest coś nie tak? A może nie jest to właściwa osoba... ale dogadujemy się tak dobrze, że szkoda tracic taką osoby tylko czy samo dogadywanie się i wspólny system wartosci jest wystarczający, by zostać w przyszłości małżeństwem? Z rozsądku na pewno tak ale chyba tylko z niego...

* * * * *

Ale nie trzeba się zakochać, aby kochać. Pisałam o tym w odp. nr 13. Jeśli znacie się pół roku to ja wcale się nie dziwię, że nie czujesz pociągu fizycznego. Być może jest tak, że chcesz go najpierw dobrze poznać zanim się bardziej zaangażujesz, może masz jakiś uraz, może czegoś się boisz, a może to jest po prostu Twój pierwszy chłopak. Tu nie ma żadnych reguł, że wtedy i wtedy trzeba się pocałować, wtedy i wtedy trzeba to i to czuć. Każdy człowiek jest inny, każdy związek jest inny. Nie wiń się. A może Tobie tylko się wydaje, że nic takiego nie czujesz. A może gdybyś go nie widziała 2 tygodnie to byś tęskniła?
Moim zdaniem po prostu powinnaś dać sobie czas i nadal się spotykać. Czas pokaże. Myślę, że będzie dobrze. A jeśli on nalega na jakieś gesty a Ty tego nie czujesz to powiedz mu szczerze: że nie jesteś jeszcze na takim etapie jak on, że go lubisz, ale jeszcze nie jesteś gotowa na ten gest. Jeśli jemu na Tobie zależy to poczeka, to zrozumie. To będzie cierpliwy. W końcu miłość jest cierpliwa… Przeczytaj też ten artykuł: miłośc i te odp.: 201, 646, 1120. Z Bogiem!

  Mark, 28 lat
1979
21.11.2007  
3 lata temu zakochałem się w kobiecie, pierwszy raz
w życiu, mocno, bardzo mocno.

Jednak wkrótce potem okazało się że ma już kogoś.
Minęły trzy lata a ja praktycznie codziennie o Niej myślę,
choć nie mam możliwości Jej spotykać, kocham do dziś.
Pragnę by coś się zmieniło. Mam nadzieję że kiedyś się odezwie.
Wierzę że coś się może zmienić.

Czy można w coś takiego wierzyć?
Czy człowiek ma prawo w coś takiego wierzyć?
Kiedy jest moment w którym należy "odpuścić"
Przy czym tak naprawde nie ma czego odpuszczać bo nic nie można zrobić.
Można tylko wierzyć albo aż wierzyć.
Pozdrawiam


* * * * *

Rozumiem, że nie wiedziałeś, że ona kogoś ma gdy się w niej zakochałeś? A nie próbowałeś się wcześniej tego dowiedzieć? I czy ona nadal z kimś jest? Jeśli tak, jeśli to jest ciągle nieodwzajemniona miłość to w co wierzysz? W to, że ona będzie z Tobą? A czy ona w ogóle wie o Twoim istnieniu? Czy się znacie? Czy wiesz jaka jest naprawdę czy kochasz wyobrażenia o niej? Nic o tym nie piszesz.
Jeśli ona nic nie wie, jeśli Ty kochasz wizję, marzenia to czy naprawdę wierzysz, że mogą się one urzeczywistnić? A jeśli nawet wie, ale kogoś ma to czemu sądzisz, że z tym kimś zerwie, żeby być z Tobą? Jeśli jest szczęśliwa w tamtym związku - to należy jak najbardziej odpuścić, bo spełnienie Twojego marzenia wiązałoby się z rozbiciem tego związku i czyimś nieszczęściem. Pod warunkiem jeszcze, że ona w ogóle chciałaby z Tobą być. A rozbijanie czyjegoś związku nigdy nie jest etyczne.
A jeśli po prostu czekasz... to ile jeszcze zamierzasz tak czekać?
A jeśli w tym czasie przegapisz kogoś, z kim mógłbyś być szczęśliwy w realu? Pytasz czy masz prawo wierzyc? Prawo masz, bo masz prawo robić ze swoim życiem co chcesz tylko pyatnie zasadnicze jest takie: dlaczego tak chcesz czekać? Po co chcesz tak czekać? I ile jeszcze? Rok, 5 lat, dziesięć? Do końca życia? Dlaczego uważasz, że coś "samo się zrobi"? Dlaczego Ty - mężczyzna myślisz, że nagle ona spadnie Ci z obłoków?
Dlaczego tylko marzysz zamiast marzenia realizować? Bo jeśli ona nadal z kimś jest to należy "dać sobie spokój" i poszukać dziewczyny, z którą stworzysz prawdziwy, a nie idealizowany i baśniowy związek. Rzeczywistość może Cię zaskoczyć tym, że będzie piękniejsza niż marzenia. Czy chcesz zostać kawalerem do emerytury rozmyślającym o kobiecie, która kiedyś poznałeś i która była nieosiągalna?
Marek, obudź się. Miłość żąda obecności. Miłość żąda wzajemności. Jeśli Ty jej nie spotykasz to kochasz nie ją tylko jej obraz jaki nosisz w sobie. Nie wiesz nawet czy prawdziwy. Zejdź na ziemię, szkoda życia na wyobrażenia. Dlaczego nie pozwalasz sobie być szczęśliwym naprawdę, realnie? To jest przecież możliwe.
Żyj, po prostu żyj. Rozejrzyj się, bo może niedaleko Ciebie jest Twoje szczęście. Z Bogiem!

  Zagubiona, 22 lat
1978
21.11.2007  
Skąd mam wiedzieć, czy dany chłopak będzie moim mężem? Czy mam się sugerować w jego wyborze?
Przyjaźnię się z chłopakiem, z którym świetnie się dogaduje, jest pomiędzy nami bardzo dużo chemii. W niektórych kwestiach mamy podobne poglądy: np. ważna jest dla nas rodzina. Ważne jest dla mnie to, że jest odpowiedzialny, wesoły, można na niego liczyć. Ale mamy inne poglądy na temat religii: on nie chodzi do spowiedzi, ani do komunii, ale w niedzielę jest w kościele. Po drugie on jest trochę obojętny (zazwyczaj to ja się staram), a tłumaczy to tym, że kiedyś został zraniony. Kiedyś byliśmy ze sobą, ale on nie za bardzo wiedział, czego chce i postanowiliśmy przestać się spotykać. Potem byłam z innym chłopakiem, ale z tego nic nie . I teraz wróciłam do tamtego wcześniejszego. Umówiliśmy się, że będziemy przyjaciółmi. Wiem, że jemu się podoba. Mnie bardzo do niego ciągnie, ale boję się do niego wracać. Czasem boli mnie to, że najpierw okazuje mi swoją sympatię do mnie, twierdzi, że spełniam jego wymagania, a czasem mówi, że on woli inne dziewczyny. w ogóle nie wiem dlaczego. Co ja mam o tym wszystkim sądzić.


* * * * *

No na pewno on jest niezdecydowany jednoznacznie na Ciebie, może faktycznie trochę się boi i Ty pewnie też. Co do Twoich pytań: przeczytaj proszę te artykuły: [zobacz], [zobacz], [zobacz] miłość. Przeczytaj też odp. nr: 1180, 69, 466, 1682,1358. Póki co przyjaźnijcie się, poznawajcie coraz lepiej, rozmawiajcie i obserwujcie. Nie ma zazwyczaj takiego momentu, że o, teraz się wie, że to ten. To cały proces, więc nie niepokój się tym, że nie wiesz. Jeszcze jakiś czas nie będziesz wiedziała ale to normalne. Z Bogiem!

  Natalia, 18 lat
1977
21.11.2007  
mam problem:( powiedzcie mi czy lepiej zeby małżenstwo moich rodziców trwało nadal skoro i tak sa nieszcześliwi ze sobą wciąz sie kłocą(teraz juz nawet przy nas) wiele razy słyszałam jak sie kłocili i mówili że sie nienawidza i sa ze sobą tylko ze względu na dzieci a ostatnio jeszcze wynikł konflikt powazny pomiędzy babciami wszystko sie psuje i czy takie małżenstwo ma sens? czy nie lepszy byl by rozwód w tej sytuacji? przeciez wszyscy sie meczymy:-(

* * * * *

Rozwód nigdy nie jest dobrą rzeczą, bo gdyby był to Kościół by go dopuszczał. Natomiast na pewno są sytuacje kiedy ludzie nie mogą z jakichś względów być razem - i wtedy jest separacja. Nie ma ona takich skutków jak rozwód, czyli małżonkowie nadal mogą do siebie wrócić, nadal mogą po sobie dziedziczyć i nie mogą związać się z kimś innym. Czasem faktycznie jest to jedyne wyjście np. w przypadku znęcania się nad rodziną, alkoholizmu i innych trudnych sytaucji. Czy te okoliczności są w małżeństwie Twoich rodziców to ja nie wiem i nie mnie to oceniać. Na pewno warto małżeństwo ratować. Bo widzisz jeśli ludzie kiedyś się pobrali to z jakichś względów to zrobili. Coś ich łączyło i to coś tak silnego, że zdecydowali się sobie ślubować bycie razem w każdej sytaucji do końca życia. Ślubowali sobie wierność i uczciwość no i najważniejsze - miłość. A miłość to nie uczucia przecież tylko troska o drugiego człowieka, pragnienie dobra dla niego, wspólne wychowywanie zrodzonych z miłości dzieci. Ja wiem, że teraz w małżeństwie Twoich rodziców mogło się tak popsuć, że to o czym piszę to jakieś mrzonki, ale ileś tam lat temu Natalio Twoi rodzice tak właśnie swoją miłość rozumieli. Dlatego ja bym radziła im (a jeśli nie chcą) to Tobie lub komuś z Twojej rodziny porozmawiać jeszcze z jakimś mądrym kapłanem, który może im coś doradzi, może pójść do poradni rodzinnej. Idealnie gdyby się zdecydowali na jakieś rekolekcje, choć zdaję sobie sprawę, że pewnie teraz tego nie chcą. W każdym razie wejdź choć na stronę www.sychar.pl . Tam są świadectwa małżeństw zagrożonych rozpadem, którym się udało. Nigdy nie należy wątpić, że coś da się poskładać, wyprostować.Tylko trzeba wiele pracy, nieraz może lat bo są to też lata zaniedbań, żalu, pretensji, chowania urazów itp. Dlatego trzeba by było poracować - z jakimś fachowcem. Jest to możlwie. Próbuj z nimi rozmawiać, próbuj mówić, że ich kochasz i chcesz byście byli wszyscy razem. Wyciągnij ich zdjęcia ze ślubu, pokaż mamie (nie wierzę, że jakaś kobieta na ten widok się nie wzruszy), pokaż im zdjęcia z Twojego dzieciństwa kiedy byli szczęśliwi. I poproś babcie by się nie wtrącały - to niedopuszczalne! Jeśli nie pomagają nie wolno im się przyczyniać do rozbijania rodziny. Tłumacz ile możesz - tu chodzi przecież o Waszą wspólną przyszłość, o całe Wasze życie, o to co przeżyliście razem - tego przecież nie można tak sobie przekreślić. I módl się. Z Bogiem!

  justyna, 17 lat
1976
20.11.2007  
czy w wieku 17 lat można pokochać drugą osobę z którą chcę spędzić resztę życia?

* * * * *

Myslę, że w tym wieku jest możliwe poznanie tej osoby i zapoczątkowanie takiej miłości. Natomiast ta miłość na całe życie to proces, który trwa całe życie. Nie można być jej pewnym od razu, nagle i nie spada ona na nas jak grom z jasnego nieba. Zwykle też w tym wieku nie można powiedzieć, że na pewno to jest ta osoba, z którą chcę życie spędzić. Bo aby taką decyzję podjąć to trzeba kogoś dobrze poznać, pragnąć dla niego dobra i wreszcie świadomie się zdecydować. Więcej na ten temat tutaj: [zobacz]. Z Bogiem!

  Wiktoria, 19 lat
1975
19.11.2007  
Witam. Piszę do Was, ponieważ nie wiem jak mam postępować i co robić. Mam19 lat i jestem w ziażku z chłopakiem od 3 lat. Bardzo poważnie patrzymy w przyszłośc, rozmawiamy nawet już o ślubie. Wiem, że on mnie kochga, ja jego też, ale jednak jest mały problem. W życiu mojego ukochanego ostatnio nie było za wesoło. w jednym tygodniu pochował wujka i dziadka i jego wiara bardzo poważnie się zachwiała, nigdy z resztą nie wierzył głęboko i prawdziwie, chodził do kościoła, bo tak został wychowany, ale nie czuje w tym głębszego sensu. Teraz jest gorzej, wątpi w to czy Bóg w ogóle jest, boję się o nasza wspólna przyszłośc, ja jestem wierzącą osobą, ufająco Bogu i staram się żyć wg przykazań. Próbuję jakoś pokazać mojemu chłopakowi, że wiara ma sens i musimy wierzyć, rozmawiać z Bogiem i dziękować mu za wszystkie szcześcia i nawet nieszczescia, ktorew nas spotykaja, on jednak chyba tego nie rozumie, bardzo dużo rozmawiamy na temat wiary, ale mam wrażenie, że ja mówie swoje a on tego nie rozumie, nadal nie widzi sensu.. Nie wiem co mam robić, boję sie, że to może być poważnamym problemem kiedy bedziemy małżeństwem i bedziemy mieć dzieci..Bardzo bym chciała, abyśmy mogli razem chodzic na msze i wynosić z niej równie dużo, żeby on widział ten sens co i ja.. Jak mam sie zachowywać?? co robić?? jak go przekonać, że to wszystko ma sens?? po mału zaczynam tracić siły.. boję się o nas, boję się o niego i jego wiare.. Proszę pomóżcie mi i mojemu chłopakowi.

* * * * *

Takie wydarzenia mogą zachwiać naszą wiarą, to prawda. Nie można wymagać od niego od razu (jeśli te wydarzenia miały miejsce niedawno), by nie miał żalu, by za to dziękował. Strata bliskich osób boli i trzeba przeżyć żałobę. Jednak jeśli - jak mówisz - chłopak już wcześniej był trochę na bakier z Kościołem to faktycznie teraz ma "wymówkę", żeby się od Kościoła odciąć. Co robić? Przeczytaj proszę odp. nr 1180 i 1358. Tam pisałam o obrazie Boga jaki nosimy w sobie i z czego on wynika oraz co robić gdy chłopak nie jest zbyt wierzący. Radą najskuteczniejszą jest zawsze własny przykład: trwaj przy swoich zasadach, pokazuj mu swoim życiem, że wierzyć to być szczęśliwym. Proś go, by wraz z Tobą chodził do Kościoła, dla Ciebie. Skoro myślicie o ślubie to musicie mieć pewne kwestie przed ślubem dogadane, żeby potem nie było dramatu. Jeśli on tylko chwieje się a nie jest wrogiem Kościoła to nie jest źle i jest szansa, że uda Ci się go troche nawrócić - choć nie na siłę. Może pomogą jakies rekolekcje? Jeśli jednak on uparcie będzie szedł swoją drogą to w końcu musisz stanąć w prawdzie i zdecydować: czy jesteś w stanie z nim być? Czy chcesz? Czy zniesiesz jego odmienność? Czy dasz radę wziąć tylko na własne barki ciężar wychowania dzieci? Czy będziesz w stanie trzymać się swoich zasad jeśli on będzie chciał od nich odejść? To są ważne pytania i trzeba wszytsko dobrze rozważyć i pzrygotować plan, bo nic nie zrobi się samo i nic się samo po slubie nie ułoży. Na wszystko musimy ciężko zapracować. Ale nie jest to niemożliwe. Módl się o wiarę dla chłopaka. Z Bogiem!

  weronika, 18 lat
1974
18.11.2007  
witam. Moja sytuacja w rodzinie jest dośc skompikowana. występują choroby psychiczne. moj tata jest chory, ze strony mojej mamy tez występują takie choroby, m.in.kuzynka chora na nerwy(depresje, załamania psychiczne). Czy chłopak, który się dowie o tych chorobach moze mnie zostawic mimo iż wczesniej mnie kochał? Czy może mnie zostawić jesli się dowie, że nie chce mieć dzieci, tzn, chcę ale ze względu na zagrożenie uwarunkowane genetycznie wolałabym ich nie mieć? natomiast bardzo chciałabym adoptowac?z góry dziękuję za odpowiedz.

* * * * *

Ale moja Droga to wszystko to są pytania do chłopaka nie do mnie. Jeśli ktoś kocha naprawdę to decyduje się być z kimś na dobre i na złe. Jednak żeby się zdecydować musi mieć świadomość na co się decyduje, a zatem musisz być w stosunku do niego szczera, on musi o tym wszystkim wiedzieć. Naturalnie - nie można tego mówić na pierwszej randce, ale nie można też tego trzymać w tajemnicy do ślubu (zresztą i tak by wcześniej wyszło a jak nie to mogłoby to być podstawą do stwierdzenia nieważności małżeństwa jako zatajenie). Co do dzieci: nie można wykluczać dzieci jeśli się planuje ślub - bo była by to przeszkoda do jego zawarcia, pada o to pytanie w protokole badania kanonicznego narzeczonych. Ja naturalnie rozumiem Twoje obawy co do zdrowia przyszłych dzieci, rozumiem też szlachetne pobudki co do adopcji ale Twój narzeczony nie musi takiego poglądu podzielać. I z tym wszystkim musisz się liczyć. No ale to już jest kwestia dogadania się między Wami. Ja myślę, że warto zrobić jakiś wywiad medyczny przed zawarciem małżeństwa, po to byś sama wiedziała jakie jest możliwe obciążenie genetyczne i czy faktycznie Ci to grozi. Bo może obawiasz się niepotrzebnie?
Póki co jednak rozumiem, że nie masz jeszcze chłopaka i są to rozważania teoretyczne. Dlatego gdy kogoś poznasz to nie ukrywaj tych rzeczy przed nim, ale i nie zaczynaj od nich i nie skupiaj się tylko na tym. Bo poznanie kogoś dobrze jest najważniejszym zadaniem przed ślubem. A jeśli będzie to rzeczywiście prawdziwa miłość to chyba niedorzeczne byłoby gdyby ktoś przestał kochać dlatego, że rodzice byli chorzy, prawda? Z Bogiem!

  KArina, xx lat
1973
18.11.2007  
Szczęsć Boze:*
To znowu ja...a więc chciałam powiedzieć ze byc moze zle sformułowałam zdanie...Wykorzystał tzn. robil wszystko bym sie dała...co chwile robił jakieś głupie podejścia....niewiedzialam co mam robić...Kochałam go i myslałam, ze sie zmieni ale ja mialam silna wole, nie dalam sie, ale boje sie teraz mam głupi uraz... bo on mnie wykorzystywal....a to tak bardzo boli:(...sama juz niewiem co robic...:*
JA naprawde sie boje..a co do tego czy go znałam wczesniej tak znalam ale tylko z widzenia....I on wydawal sie inny nawet jak razem byliśmy...ale ja wiem, ze pozory mylą...prosze o odp.
Z Panem Bogiem:*


* * * * *

A to w takim razie możesz być dumna z siebie, że nie uległaś. Naprawdę. Zachowałaś swoje zasady, dochowałaś wierność wartościom. I wielkie brawa dla Ciebnie. Naturalnie, rozumiem, że cierpisz. Potraktował Cię bardzo źle, ale czy to była miłość jeśli on myślał o sobie? O tym czym jest miłość pisałam w tym artykule: [zobacz]. Przeczytaj jeszcze raz rady, o których pisałam polecając Ci poprzednio kilka odpowiedzi i wiedz, że to minie. Że ból minie, tylko trzeba czasu. Poznasz kiedyś kogoś, kto nie będzie Cię wykorzystywał, tylko Cię uszanuje, który pokocha Cię prawdziwie i szczerze. Jestem o tym przekonana. I będziesz wdzięczna Bogu, że nie zostałaś z tym. A na razie daj sobie czas. Musisz przeżyć swoją żałobę, musisz wypłakać swój żal. A gdy emocje opadmną inaczej spojrzysz na świat. Módl się o uleczenie tych uczuć. Widocznie to nie był ten człowiek, ten, z którym będziesz szczęśliwa. Z Bogiem!

  smutasek, 24 lat
1972
18.11.2007  
Witam Panią bardzo serdecznie i jednocześnie chciałam podziękować za Pani pomocną odpowiedz:) [pyt.1794] przemyślałam to co Pani mi napisała, wzięłam do serca Pani wskazówki ale od jakiegoś czasu zaczęłam sie zastanawiać tez nad inną kwestią... Nie wiem dlaczego żyje z takim przekonaniem ze na czyjąś miłość muszę zasłużyć, ze powinnam chyba wykorzenić swoje wady, być nieskazitelna, czysta i w ogóle NAJ, kiedy tak właśnie nie jest... mam za sobą przeszłość która godna pochwały i naśladowania nie jest ale z nią zerwałam i staram sie żyć na nowo, zgodnie z przykazaniami, ze swoim sumieniem. Ale jednak nie wiem skąd biorą sie takie myśli... co ja muszę mieć w sobie żeby ktoś się mną zainteresował na poważnie a nie tylko do rozrywki, na pokaz jak było niegdyś... Po prostu wydaje mi sie ze muszę być niewiadomo jak super, mieć takie a takie cechy które sprawiają ze umiem stworzyć trwały związek... a jestem po prostu zwykłą dziewczyną o wrażliwym sercu, która jest sobą ale też coraz częściej myśli ze może lepiej będzie dla niej jeśli zostanie sama... no i kolejna sprawa to to, że spasowałam już z szukaniem swojej połówki... do internetu straciłam zaufanie... na dyskotekach nie ma czego szukać, więc wyluzowałam co prawda mam oczy szeroko otwarte, obserwuję moje otoczenie, nie unikam nadarzających się okazji wyjścia gdzieś no i modlę się... ale czy to wystarczy...? Bo ja już nie mam sił na takie szukanie na siłę... pozdrawiam ciepło:)

* * * * *

No naprawdę są mi bliskie Twoje rozterki, bo też tak myślałam. I myślałam tak dosyć długo a na to myślenie miał wpływ dom rodzinny. Bo być może u Ciebie tak jest, że dużo od Ciebie wymagano a nie chwalono? Może nie doświadczyłaś wystarczająco dużo ciepła i miłości, zapewnień o tym, że jesteś wartościową osoba, że dobrze sobie radzisz, że jesteś piękna?
Pewnie tak było, prawda? No właśnie a to wszystko czego nie zaczerpniemy z domu rodzinnego zostaje pewną luką w naszym myśleniu. Powinno się dzieci wyposażyć w taką pewność siebie, w takie dowartościowanie. Nie można naturalnie winić rodziców jeśli tak nie było w rodzinie, bo każdy popełnia błędy,a poza tym ludzie nie wiedzą o pewnych rzeczach. Dopiero teraz się na pewne kwestie zwraca uwagę, powstaje literatutra w tym zakresie. A kiedyś tego nie było. A teraz co do meritum: na miłość nie trzeba sobie zasługiwać, bo gdyby tak było to dobre, poświęcające się innym osoby nie miałyby żadnych probelmów z założeniem rodziny a tzw. cwaniaki, oszuści itp. byliby samotni. A przecież tak nie jest. Przeczytaj proszę najpierw odp. nr: 1490, 421, 537, 950 oraz ten artykuł: [zobacz] - o tym czym jest miłość. I nigdy nie myśl, że może powinnaś zostać sama - nie wolno tak myśleć. Masz DOPIERO 24 lata., nie możesz się poddać. Co mają powiedzieć moje koleżanki, które mają nawet po 36 lat i walczą dalej? Co do internetu: a wpisałaś się już tutaj: [zobacz]
Mamy ponad dwadzieścia małżeństw, nie licząć narzeczonych i innych par jeszcze przednarzeczeńskich. Są też inne, katolickie portale tego typu. To, że się do tej pory nie udało nie oznacza, że się nie uda już nigdy.
Ja Ci życzę powodzenia - w każdej dziedzinie, tak, żebyś wreszcie mogła zmienić swój nick. Z Bogiem!

  Ania, 22 lat
1971
17.11.2007  
czy to normalne jak się przebywa w towarzystwie osoby na której nam zależy to można się w pewien sposób bać ? Bo ja chyba tak mam :( normalnie jestem otwarta osobą, ale kiedy juz jestem przy nim to czuje strach... brak mi słów..

* * * * *

Aniu, ależ oczywiście, że to normalne. Jeśli nam na kimś zależy to czujemy stres bo chcemy przy nim dobrze wypaść, pilnujemy się, żeby nie powiedzieć czegoś niestosownego, żeby pokazać się z jak najlepszej strony. Cały czas się kontrolujemy, bo się boimy co on o nas pomyśli i robimy wszystko, by nasza osoba go zainteresowała.
To wszystko powoduje, że jesteśmy w nieustannym napięciu.
To jest właśnie ten strach, o którym piszesz. Ale pocieszę Cię - z czasem mija. Na korzyść działa tu pewne "oswojenie się", częste kontakty, rozmowy. To taki etap, przez który trzeba przejść. Z Bogiem!

  kaśka, 15... lat
1970
16.11.2007  
Witam. Bardzo poruszyły mnie niektóre listy i odpowiedzi na nie. A może wzbudziły we mnie pewne wątpliwości... Więc chciałabym je rozwiać. ..
Ponad 2 lata temu poznałam pewnego chłopaka. Wtedy było to dość dziecinne. Jednak przeżyłam wtedy z nim swój pierwszy pocałunek. Rozstaliśmy się. Właściwie to on podjął taką decyzję, ja tylko musiałam na nią przystać... i pozostać sama wraz ze swoim złamanym, nie używanym dotąd przez nikogo, serduszkiem. Kocham go nadal. W minione wakacje zbliżyliśmy się znów... Tym razem fizycznie. Uprawialiśmy petting. Tylko raz. Nie było to dla mnie miłe przeżycie. Mimo, że nie bolało, tak jak się tego spodziewałam, nie przyniosło mi także przyjemności. Tak właściwie to ja tego nie chciałam, ale nalegał... Zgodziłam się. Następnego dnia bardzo tego żałowałam. Nadal żałuję. To był ogromny błąd. Ale to nie koniec- po tej nocy praktycznie przestał się do mnie odzywać. Szczerze mówiąc w tym momencie pozostał mi taki mały niesmak do jego osoby, nie mogę przypomnieć sobie tamtych chwil, ponieważ czuję wstręt do siebie i do niego. Dlatego tak często zastanawiam się ostatnio czy to jest jeszcze miłość...
Nie chcę już robić tego, ani niczego innego aż do chwili, w której będę mogła zbliżyć się z moim mężem. To było złe. Oddaliłam się przez to od Boga. Tak bardzo chcę, żeby pomógł mi wytrwać w moim postanowieniu zachowania czystości... Choć stało się to kilka miesięcy temu, do dziś nie mogę pogodzić się ze swoją bezradnością i lekkomyślnością tamtej nocy. Do dziś czasem zdarza mi się płakać z powodu, że zabrał mi moją niewinność... Chociaż...przecież sama się na to zgodziłam... To była również moja wina... Może gdybym wyszła wtedy od niego, to wszystko nie miałoby miejsca... Jednak miałam wtedy do seksu inne podejście...
Ale to jeszcze nie jest sedno mojego \'listu\'. Poznałam niedawno chłopaka. Ma, że tak powiem, sceptyczny stosunek wobec Boga, wobec chrześcijaństwa. Przynajmniej czasem tak mi się wydaje. Co prawda między nami jest tylko przyjaźń, ale z niewytłumaczalnych powodów zależy mi na nim czasem dużo bardziej. Jednak nie mogę mu tego powiedzieć... Nie chcę, aby to zniszczyło wszystko co zbudowaliśmy. A więc, rozmawialiśmy o czystości. Powiedziałam mu, że nie jestem do końca czysta, ale to nie był seks. Kompletnie zmienił swoje podejście do mnie. Nieustannie wzbudzał we mnie poczucie winy. Na początku zachowywał się jakby nie chciał mnie znać. Bowiem bardzo się liczy dla niego czystość przedmałżeńska, czystość w związkach, poza nimi. Wytłumaczyłam mu, że każdy człowiek popełnia błędy, że bardzo tego żałuję, że się zmieniłam, zmieniłam podejście do \'tych\' spraw. Że już taka nie jestem... Że oczekiwałam od niego zrozumienia, nie potępienia. Że nie jest od sądzenia, że nie ma prawa mnie potępiać... Bardzo zabolał mnie brak zrozumienia u niego. Zawiodłam się na nim, tak jak on na mnie. Bardzo się od niego oddaliłam. Unikam go, nie odpisuję czasem na wiadomości. W szkole nawet na niego nie spojrzę, kiedy się na mnie patrzy, uciekam wzrokiem gdziekolwiek, aby tylko nie spojrzeć się w jego stronę. Może to dziecinne, ale inaczej nie potrafię po tym jak mnie zranił swoimi słowami. Stwierdził, że poczuł się dotknięty tym co mu powiedziałam. Powiedział, że potrzebuje czasu aby wszystko przełknąć. Potem dodał: \'wyglądałaś na diament wśród wielkiej sterty g**** jaką jest świat\'
zapytałam: czy jeśli diament nosi na sobie jedną ryskę już nie jest diamentem?
odpowiedział: jest
zapytałam znów: czy przypomina wtedy resztę zwykłych kamieni?
odpowiedział: nie.
Później napisałam, że przykro mi, że automatycznie z powodu jednego błędu, którego żałuję, dzięki niemu zmieniłam się, mnie przekreśla i że nie jest jedyną osobą, która się rozczarowała.
Bo ja również się rozczarowałam jego osobą. Mimo wszystko postanowił przy mnie zostać. Powiedział, że nie chce mnie ignorować z tego powodu, że jeszcze kilka miesięcy temu pewnie by powiedział kilka niemiłych rzeczy na mój temat i odszedł, ale tego nie zrobi, bo za bardzo mu na mnie zależy.
Wiem, że teraz zmieni się jego spojrzenie w moją stronę. Ale on nie mógł widzieć we mnie kogoś idealnego... A z tego co pisał, co mówił, właśnie to wynikało... Mam nadzieję, że pewnego dnia mi to zapomni... Teraz ja potrzebuję czasu, żeby przełknąć jego brak zrozumienia, i w ogóle świadomość, że on wie o czymś takim. Myślę, że nie jest mu łatwo. Ale mi jest o wiele trudniej....
Jak mam się zachowywać w stosunku do mojego przyjaciela?
Jeśli chodzi o czystość duchową przeczytałam już artykuł o \'wtórnym dziewictwie\'. Wiem przynajmniej co robić w tej sprawie...
Jak zwalczyć to ogromne poczucie winy? Czy jeśli któryś z moich przyszłych partnerów zapyta, czy jestem dziewicą, mam odpowiedzieć, że nie, czy może raczej, że tak?


* * * * *

Kasiu, przeczytaj odp. nr: 616, 961, 1070 . A co do faktów: trudno mi powiedzieć na czym polegały Wasze kontakty, ale wydaje mi się, że jeśli nie było współżycia to jesteś dziewicą. Zresztą tak naprawdę nie tak prosto jest całkowicie dziewictwa się pozbyć fizycznie i przypuszczam, że u Ciebie nie miało to miejsca. Więc moim zdaniem możesz mówić zgodnie z prawdą: tak jak powiedziałaś to temu chłopakowi. Mało tego: to nie tak, że nie jesteś czysta, bo czysta jesteś. Czystość to przecież jak wiesz coś innego niż dziewictwo. A zatem powiedz prawdę: że miałaś pewne doświadczenia z pierwszym chłopakiem w życiu, że nie było to współżycie i że zrozumiałaś błąd i zachowujesz od tego momentu czystość. To będzie wystarczające.
A teraz druga sprawa: uważam, że ten chłopak zachował się wobec Ciebie bardzo nie w porządku. Ja rozumiem, że każdy chce ideału, choć tak naprawdę ideałów nie ma, ale czy Ty go potępiłaś bo nie jest tak wierzący jakbyś tego chciała? Nie. A zatem on nie miał prawa potępiać Ciebei. Kochający chłopak powinien wspierać Cię w tym trudnym doświadczeniu a nie wpędzać w poczucie winy. Nie wolno mu wzbudzać w Tobie wyzrutów sumienia, bo Ty doskonale zdajesz sobie sprawę z tego czynu, żałowałaś, go, nawróciłaś się i JUŻ TAK NIE ŻYJESZ. To jest najważniejsze. Ty JESTEŚ czysta.
I tego się trzymaj, a jeśli chłopak tego w Tobie nie akceptuje, jeśli sprawia Ci ból wracaniem do tego, jeśli cokolwiek Ci wypomina to niech nadal szuka swego ideału - Ty zasługujesz na kogoś kto Cię zaakceptuje taką jaka jesteś. Dla kogo nie będzie to przeszkodą. Tego się Kasiu trzymaj, żeby nikt Ci nie wmówił, że jesteś gorsza. Bo nie ten jest zły kto się nawrócił i żałuje tylko ten kto wypomina komuś błędy. Pamietasz co Jezus mówił o belce w oku bliźniego i o tym jaka jest radość z nawrócenia? Wieksz niż z 99 sprawiedliwych. Pamiętasz przypowieść o celniku i faryzeuszu?
Kasia, jesteś czystą, normalną dziewczyną i bądź pewna siebie i dumna z życia jakie teraz prowadzisz. To byłoby nieludzkie gdyby błąd młodości przekreślał naszą przyszłość. Przeczytaj też ten artykuł: [zobacz] i módl się. A chłopaka obserwuj i nie pozwól mu się upokarzać. Z Bogiem!

  Gona, 12 lat
1969
16.11.2007  
On jest strasznie dziecinny i sztuczny. Gdy byłam na wyjeździe klasowym on usłyszał jak o nim rozmawiałyśmy. Podaba sie nam wszystkim. Od tamtej pory zachowuje sie dziwnie wręcz okropnie.
Wiem że faceci później dorastają psychicznie, ale on jest poprostu dziwny i dodatkowo strasznie sie popisuje (głupimi i dziecinnymi rzeczami). Dlaczego tak sie dzieje?Co on o nas myśli? Nie daje nam żadnych znaków.


* * * * *

Ano właśnie usłyszał o sobie kilka pochlebnych rzeczy i obrósł w piórka. Po prostu poczuł się dowartościowany i wyobraża sobie, że jest najlepszy i na każdym robi wrażenie. Tak więc popisuje się przed Wami, żeby Wam udowodnić, że może sobie na tak wiele wobec Was pozwolić. Świadczy to o niedojrzałości i dziecinności. Jako rada: nie zwracać na niego uwagi, nie mówić o nim. Jak zobaczy, że nie robi na Was wrażenia to mu się znudzi i przestanie.

  ANIOŁEK, 20 lat
1968
15.11.2007  
Podoba mi sie chłopak, poznałam go niedawno przez przypadek. Jest osoba bardzo religijną, ma zasady takie które zawsze chciałam aby mój chłopak miał. Wiem ze mu na mnie zalezy, tylko ja sama nie wiem czy ja cos do niego czuje. Podoba mi sie ale nie jestem pewna czy to własnie on jest tym jedynym i czy powinnam z nim chodzic. Nie chce grac na czyjis uczuciach. Nie wiem czy on tylko ni sie podoba tylko dlatego ze jest taki dobry, miły itp. Lubie z nim przebywac. Dzieki niemu własnie naleze do katolickiej wspólnoty młodziezy. Wiem ze powinnam sie modlic o dobrego męża. Dziekuje Bogu ze własnie jego postawił mi na drodze. To dzieki niemu (choći inni sie tez do tego przyczynili)zrozumiałam ze jerstem osoba tez wartosciowa, zakceptowałam siebie taka jaka jestem, ciesze sie z tego co mi przynosi codziennie zycie. Nie wiem czy powinnam rozpoczynac z nim jakikolwiek zwiazek, czy to ma jakis sens nie wiem.Prosze o odpowieć.

* * * * *

No ale co on na to? Skąd wiesz, że mu zależy? Mówił Ci to, okazuje to w jakiś sposób? Jeśli tak to obserwuj swoje reakcje w jego obecności, myśl co czujesz gdy rozmawiacie, gdy jest w pobliżu. Czy podoba Ci się także fizycznie? Czy lubisz z nim rozmawiać i masz o czym? Jeśli odpowiedź na te pytania jest poztywna to po prostu daj sobie czas. Może nie wiesz, ale to nie jest tak, że poznajemy kogoś i już wiemy. To, że decydujemy się na tę lub inną osobę jest konsekwencją całego procesu poznawania się. Wszystkich spotkań, rozmów, sytuacji, w których się widzimy. Nie musisz teraz ani tego wiedzieć ani decydować. Miłość rodzi się powoli, pisałam o tym w tym artykule: [zobacz]. Radziłabym Ci po prostu spotykać się z nim, poznawać się - tak właśnie wyglądają początki związku. Oczywiście żadnych deklaracji! (o tym w tym artykule: [zobacz]). Jeśli po jakimś czasie będziesz czuła, że on pociąga Cię coraz bardziej to wszystko będzie na dobrej drodze, jeśli odczujesz inaczej - nic strasznego się nie stanie. Nie martw się, ze go zranisz, ze będziesz nie fair, ze będziesz nieuczciwa. Nie jesteś nieuczciwa, byłabyś gdyby on Ci się w ogóle nie podobał, gdybyś była z nim z nudów, dla rozrywki albo dla jakiejś korzyści. Nie da się inaczej poznać czy to właściwa osoba jeśli nie zaryzykujemy związku. Bo to jest cały proces, a nie moment. I wątpliwości będą bardzo długo, jak nie do końca. Jeśli Ci na nim zależy, jeśli on Cię pociąga właśnie swoją osobowością, charakterem (a nawet jeśli nie czujesz zakochania to się nie martw to może być miłość bez typowego zakochania, o tym w odp. nr 13) to zaryzykuj. Odwagi, z Bogiem!

  nikt, 21 lat
1967
15.11.2007  
czy mozna naprawic to ze sie wpadlo w to bagno nieczystosci w zwiazku? Czy ten związek ma jeszcze przyszlość? odczuwamy oboje konsekwencje tego co sie dzieje klotnie sprzeczki na okraglo. Porzadanie ewidentnie wzielo gore ale czy my mamy jeszcze szanse na czysta piekna milosc?Tak trudno mi w to uwierzyc po tych wszystkich klótniach itd... prosze o pomoc wsparcie. Jesteśmy juz po spowiedzi nie jednej i modlimy sie... co jeszcze mozemy zrbic skoro to nadal w nas jest.tzn zal za te sprzeczki i wszystko to co sie dzialo. wiem ze jestesmy na skraju on chyba tez to wie ale ja bardzo chce uratowac ten zwiazek jesli to mozliwe tylko. Nie wyobrazam sobie nikogo innego...

* * * * *

Proszę przeczytajcie (oboje) ten artykuł: czytsość, tam pisałam o tym jak się podnieść po grzechu nieczystości, jak dalej być ze sobą. Oczywiście, że jest możliwa naprawa związku. Tylko trzeba własnie wszystko sobie porządnie wyjaśnić, przestać się oskrażać o winę i przestać mieć ciągły żal do siebie. Co się stało już się nie odstanie i nie ma sensu wywlekać wszystkiego i rozstrząsać dociekając kto jest bardziej winny. Czasu się nie cofnie i trzeba się odnaleźć w tej, konkretnej sytuacji. Trzeba po prostu zacząć do nowa. Ustalić konkretne granice i naprawdę konsekwentnie się ich trzymać. Ustalić np. że randki trwaja do tej i tej godziny, że zawsze mamy na nich co robić i o czym rozmawiać, że nie całujemy się, nie przytulamy w taki sposób, który budzi w nas podniecenie. I koniecznie spotkania zaczynamy i kończymy modlitwą. Tam gdzie jest Bóg jest Jego łaska i ludziom trudniej mieć do siebie pretensje. Poza tym nauczycie się razem modlić, nauczycie się prosić o wspólne dary. Trzeba sobie przebaczyć - sobie i tej drugiej osobie. Trzeba położyć wielki nacisk na prawdziwe poznawanie się. Bo do tej pory było ono przytłumione przez cielesność i nie widzieliście tak naprawdę w pełnym świetle swoich wad i zalet. Postanówcie, że będziecie zachowywać czystość (może zapiszcie się do Ruchu Czystych Serc? - jest na tej stronie), postanówcie, że jeśli się przydarzy upadek to natychmiast idziecie do spowiedzi i zaczynacie na nowo. Unikajcie sytuacji, które poprzednio Was do nieczystości prowadziły.
Ja jestem pod wielkim wrażeniem osób, które postanwiają żyć w czystości, które się nawracają. Wymaga to nie lada odwagi i siły woli. Ale jest naturalnie wykonalne a nagroda jest piękna.
A to, że się teraz kłócicie, te żale - to jest też działanie szatana, który jest wściekły, że "łup mu się wymknął". On tak łatwo nie popuści i miejcie tego świadomość. Będzie chciał wprowadzić między Was zamęt, będą pokusy. Ale z Bożą pomocą wszystko jest do przezwycieżenia. Tylko - jak mówię - mocne zasady, konsekwencja, modlitwa. No i bądźcie dobrzy dla siebie nawzajem. Poraniliście się, ale możecie sobie przebaczyć, możecie zacząć z czystym kontem. Będzie dobrze, bo jest mnóstwo osób, którym się to udało. Za WAmi już wielka część sukcesu - podjęcie decyzji, spowiedź, chęć trwania. Nie zmarnujcie tego. Z Bogiem!

p.s I zmień nick na bardziej optymistyczny. Nie jesteś nikim, jesteś KIMŚ - bo nie każdego stać na taką postawę.

  Ola, 14 lat
1966
14.11.2007  
Witam. Spodobał mi się mojego wujka kolega ktory ma 21 lat. Po kryjomu wzięłam jego nr żeby nikt się nie dowiedział i pisaliśmy ze sobą. Pisał do mnie ze się mu podobam, że mam ładny uśmiech i ze podoba mu się jak na niego poatrzę. Wiem ze to dosyc dziwne ale ja z nim byłam a właściwie dalej jestem. Było fajnie widywaliśmy się rozmawialiśmy. a teraz zaczęło się coś psuć. Kocham go myślę o nim. Tylko jest pewien problem dzieli nas ponad 80km. Nie widuje się z nim już od 3 miesięcy, a jeśli już to jest przy nas cała rodzina. Ukrywamy to bo gdyby się wszyscy dowiedzieli to byłoby wielkie zamieszanie. Czasami mam takiego doła i chciałabym mu się zwieżyć przytulić się do niego poczuć zowu jego ciepło. Czy to ma sens dalej to ciągnąć?? czy mogło by byc z tego coś poważnego? Proszę o odpowiedź bo naprawdę nie wiem co mam robić...

* * * * *

A jesteś pewna Olu, że on Cię poważnie traktował? Bo chyba nie. Pomijając fakt, że osoba w wieku studenckim nie bardzo ma nawet o czym rozmawiać z gimnazjalistką (chodzi o mi o tematykę, nie chcę tu oczywiście nikogo obrażać), ma inne spojrzenie na świat, na przyszłość, inne plany i co innego jest w danej chwili dla niej ważne to sposób kontaktu między Wami jest taki jakby on chciał to ukryć. Jeśli osobie w wieku 21 lat ktoś się podoba to nie widzę żadnego powodu dla którego miałaby nie przejechać 80 km (max półtorej godziny drogi), dla którego nie chciałaby się spotkać sam na sam, dla którego po prostu ukrywa to przed rodziną. Olu, no tak logicznie: jak ktoś jest szczęśliwy i wie, że ma do tego prawo to czy się z tym ukrywa, bo jest to powód do wstydu czy chce to całemu światu ogłosić? Jeśli chłopak uważa się za dojrzałego i odpowiedzialnego to dlaczego tak się dziwnie zachowuje? Moim zdaniem on się albo wstydzi tego związku z Tobą albo nie traktuje Cię poważnie. Może i mu się podobasz, może miał ochotę poflirtować. Wskazuje na to też długi okres czasu, w którym się nie widzieliście. A miłość przecież żąda obecności. Może trzeba szczerze porozmawiać? Z Bogiem!

  Gośka, 23 lat
1965
14.11.2007  
Witam!
Wiem, że juz pisałam ale nie wiem co mam zrobić myślałam, że mam chłopaka byliśmy razem przebywaliśmy razem on jest starszy ode mnie o 7 lat ale on chyba już niechce nic . Ostatnio spotkalismy się on zaczął mnie całować dotykać chciał poprostu pieścić a ja mu na to nie pozwoliłam bo czułam że robie coś złego a dzisiaj tego żałuje że mu nie pozwoliłam bo on twierdzi że mi na nim wcale nie zależy że on tego nie odczuł po tym spotkaniu prosze pomóżcie mi co mam zrobic? Bardzo mi na nim zależy jestem zakochana w nim co mam zrobić pomóżcie mi prosze


* * * * *

Gosiu, po pierwsze nie napisałaś które było Twoje poprzednie pytanie, więc nie wiem do czego mam się odnieść. Po drugie: kochana, nie wolno, powtarzam NIE WOLNO nigdy żałować, że się nie zgrzeszyło.
Rozumiem doskonale Twój żal, smutek i poczucie straty, rozumiem, że myślisz, że byłby z Tobą itp. Ale pomyśl tak logicznie: jeśli chłopak dąży do cielesności a bez niej "odechciewa" mu się być z dziewczyną to kocha ją czy czy dąży tylko do przyjemności?
No tak logicznie? Jeśli chłopak nie szanuje ciała dziewczyny, nie patrzy a na nią z podziwem i zachwytem tylko pragnie własnej przyjemności to to jest miłość czy pożądanie?
Gosiu, zapewniam Cię że nie byłabyś szczęśliwa pozwalając mu na to wszystko na co nie pozwoliłaś i nie potoczyłoby się to inaczej. Dlaczego? Dlatego, że on na każdym spotkaniu dążył by do zaspokojenia WŁASNEJ przyjemności, posuwając się naturalnie coraz dalej. Na początku może czułabyś się taka przygarnięta, akceptowana, bo doświadczyłabyś czułości, bliskości. Ale po krótkim czasie odkryłabyś z przerażeniem, że łączy Cię z nim tylko cielesność. Że randki polegają na jednym, że za bardzo nie macie o czym rozmawiać, że w razie problemów nie możesz na niego liczyć. Dostrzegłabyś wady, których byś wcześniej nie widziała, bo byś była zaślepiona cielesnością - to tak jest. Odczułabyś wreszcie, że jesteś najzwyczajniej w świecie wykorzystywana. O wyrzutach sumienia to już nawet nie wspominam.
A to wszystko nie byłaby miłość. W końcu poraniona albo sama byś odeszła albo nawet zostałabyś porzucona - dla innej. No, owszem, może związek by się jeszcze jakiś czas ostał ale oparty tylko na cielesnosci naprawdę nie byłby solidny.
Pomyśl proszę: czy pragniesz miłości? Jeśli tak to nie miej ŻADNYCH do siebie pretensji i nie myśl, że postąpiłaś źle. Bądź z siebie dumna, że potrafiłaś zachować zasady i wierność wartościom. Dokonałaś naprawdę słusznego wyboru i Bóg, który to widzi nie zostawi Cię teraz samej, tylko wynagrodzi Ci Twoją wierność. Będzie tak, zobaczysz, choć na pewno będzie Ci na razie trudno, bo zależało Ci na nim. Przeczytaj proszę też ten artykuł: [zobacz]. I bądź z siebie dumna! Jestes wartościową kobietą, a on…no cóż nie był Ciebie wart, skoro sięgnał po coś do czego nie miał prawa, jeśli Cię nie szanował, jeśli nie chce spotykać się z Tobą, bo nie widzi wartości Twojej duszy tylko Twoje ciało.
Jeśli on twierdzi, że Ci na nim nie zależy bo nie chcesz pozwolić na nieczystośc to kłamie bezczelnie. Jeśli chce dodejść jeśli mu na to nie pozwolisz to go nie zatrzymuj. Bo on Cię nie kocha. Miłość to pragnienie dobra dla drugiego człowieka. A on go nie pragnie dla Ciebie tylko Cię pożąda. To zasadanicza różnica. Zasługujesz na kogoś, kto obdarzy Cię miłością prawdziwą i o taką się módl a zobaczysz, że po latach będziesz wdzięczna Bogu, że nie jesteś z tym chłopakiem. Głowa do góry, znajdziesz swoją miłość. Prawdziwą. Z Bogiem!

  Ona, 16 lat
1964
12.11.2007  
Mam taki problem, że zakochałam się w chłopaku. 2 lata temu. I próbuję coś z tym zrobić, ale nic się to nie się rusza, w żadną stronę. W tym roku byliśmy razem na rekolekcjach (jako jedyni tam z naszej wspólnoty). Na początku nie cieszyło mnie to, bo chciałam spróbować o nim zapomnieć (w czasie roku szkolengo raz był bardzo miły i wręcz \'nachalny\', nazwijmy to w kontaktach, ale po jednorazowym takim wyskoku była z jego strony długa cisza). Ostatniego dnia wieczorem na agapie cały czas zjawiał się przy mnie i prosił mnie do tańca (nie przegapił nawet jednego, by mnie nie złapać w tłumie). Tylko nie wiem, czym to było spowodowane, bo nie zauważyłam też, żeby tam chociaż zaprzyjaźnił się z jakąś dziewczyną, więc zawsze mogłam pozostać jedyną alternatywą.
Natomiast zauważyłam, że jest dla mnie wyjątkowo miły i uczynny i inaczej się zachowuje w stosunku do mnie, niż do innych dziewczyn. W wakacje, gdy po posiłu, w czasie którego siedzieliśmy obok siebie, to nim zdążyłam cokolwiek zrobić, zasuwał za mną krzesło, odnosił kubek itp. Specjalnie potem obserwowałam dyskretnie, czy robi tak przy innych dziewczynach, ale nic takiego nie zauważyłam.
Teraz, niestety nie widuję go często, bo nie jesteśmy już w jednej grupie formacyjnej. Ale gdy ostatnio prosiłam go przez sms-a, żeby zdobył dla mnie pewną informację dotyczącą wspólnoty, to wszystkiego sprawnie się dowiedział i jeszcze przepraszał, że tak późno odpisuje.
Nie chcę się dłużej męczyć, jeżeli nie ma to sensu, ale sama nie wiem, co o tym wszystkim myśleć. Może Pani coś doradzi?


* * * * *

A może spróbuj nawiązać bliższy kontakt poprzez wykorzystanie którejś z rad z odp. nr: 3, 30, 37, 134, 411, 912, 1486 ? Nie chcę naturalnie robić Ci nadzieji, ale wygląda to całkiem nieźle i zwykle tak się zaczyna. Może właśnie na tych rekolekcjach bardziej mu się spodobałaś? Wprawdzie powinein zrobić bardziej zdecydowane ruchy, ale jak widać nie wykonał ich, może cały zcas jeszcze się zastanawia? Ja bym go jeszcze nie przekreślała, natomiast jeśli po kilku Twoich inicjatywach to wszystko nadal pozostanie tylko na takim koleżeńskim etapie jak teraz to chyba faktycznie nie bierze Cię pod uwagę inaczej jak tylko jako koleżankę. W każdym razie podziałaj, ale nie nastawiając się na pewny efekt. Z Bogiem!

  Justyna, 22 lat
1963
12.11.2007  
Na mój problem odpowiedziała Pani w liście nr 1816. Chciałabym bardzo za nią podziękować, ponieważ dodała mi sił i odwagi, by znów się podnieść. Podczas ostatnich kilku miesięcy upadałam jeszcze kilka razy ale wciąż wracałam wtedy do Pani odpowiedzi, która umacniała mnie, uzbrajała w cierpliwość. Dziękuję z całego serca i Pani i ludziom, którzy tworzą ten portal, bo pomogła Pani już tysiącom osób.
Moje dzisiejsze pytanie jest pytaniem raczej ogólnym ale związane jest również ze sferą "sercową", choć nie koniecznie. Moje pytanie brzmi - Czy modląc się o coś Bóg na tę modlitwę odpowiada nam różnymi wydarzeniami, które dzieją się na jawie? Może zapytam bardziej opierając się o swój własny przykład (nr 1816). Zaraz po rozstaniu rozgoryczona, rozżalona prosiłam Boga o to by pomógł mi na nowo nauczyć się żyć, by pomógł zapomnieć, by nie pozwolił już płakać, choć podświadomie pragnęłam żeby pozwolił nam się jeszcze spotkać, żeby On zatęśknił i wrócił - wtedy (po 4 miesiącach takiej modlitwy) zobaczyłam Go z inną - to było dla mnie tak silnym kopniakiem, że uświadomiłam sobie, że nie warto niczego zmieniać, że nie mam już o co walczyć i za czym płakać. Wspomnę jeszcze, że do tego dnia nie widziałam go ani razu (przez 4 miesiące od rozstania), przy czym każdy dzień kończył się lawiną łez. Tamten dzień zmienił jdnak wszystko jakby automatycznie, po tym obrazku nie uroniłam już ani łezki z jego powodu, ani tego dnia, ani w kolejne. Owszem właczał się sentyment, kiedy czasem Go spotykałam później, ale nie było już łez, tylko silne bicie serca. Dzisiaj (po kilku upadkach i ostatniej walce o niego w czerwcu, poddałam się) kiedy jestem już spokojna, opanowana, kiedy po spowiedzi świętej szczerze pomodliłam się za jego dziewczynę i za niego, bo postąpiłam wobec nich nie fer (o czym Oni może nawet nei wiedzą), kiedy modlę się o to, by Bóg poprowadził mnie do człowieka, którego On sam dla mnie wybrał, kiedy proszę żeby mnie uzdrowił z tego uczucia, spotykam Go w miejscach w których bym się nei podziewała Go spotkać, bo nigdy Go tam nei spotykałam. Mam wrażenie, ze teraz, kiedy już sobie z tym poradziłam, kiedy już tylko życzę mu, by był szczęśliwy z kimś innym, spotykam Go częściej. Czy to jest jakaś odpowiedź Boga na moją modlitwę? Czy to czysty zbieg okoliczności? Ja teraz żyję swoim życiem. Wcześniej tak, ale teraz nie jestem jakoś specjalnie wyczulona na niego, nie szukam Go wzrokiem a mimo to Go spotykam... Dziękuję za odpowiedź. Z Bogiem


* * * * *

Justynko, w zasadzie nie wiem co Ci odpowiedzieć, bo sama miałam taki problem i nie bardzo znajdowałam na niego odpowiedź. Może to jest tak, że Bóg stawiając go na Twej drodze uważa, że jesteś już na tyle silna, by sobie z tym poradzić? Może to jest też test dla Ciebie - na ile potrafisz mu wybaczyć, na ile już "nie rusza" Cię jego widok, na ile jesteś w stanie dobrze mu życzyć. Myślę, że nie można tego odczytywać jako jakiś konkretny znak. Bóg przecież daje nam wolną wolę i rozum, a nie narzuca niczego z góry, bo nie istnieje przeznaczenie w miłości, o czym pisałam w tym artykule: [zobacz]. Cieszę się, że potrafiłaś sobie z tym wszystkim poradzić i teraz będzie już tylko lepiej. Módl się o dobrego męża. Z Bogiem!

  Justyna, 21 lat
1962
12.11.2007  
Pisząc wierzę, że mi pomożecie! Zrodziło się we mnie uczucie, silniejsze niż dotychczas odczuwane przeze mnie. Nie umiem sobie z tym poradzić, bo sytuacja w moich oczach jest beznadziejna :( Podobał mi sie pewien chłopak, on również mówił, że nie jestem mu obojętna... Mieszkamy niedaleko, więc czasem udało sie pogadać i pośmiać. I poczułam to coś, czego nie potrafie już ukrywać! Nie radze już sobie z tym uczuciem... Od dwóch miesięcy modlę się by sprawa się wyjaśniła! On puszcza mi codziennie sygnałka, ja pisze mu esy o co chodzi,że ma sie zdecydować, bo chce o nim zapomnieć. Że jeśli coś czuje- niech wprost to powie, a on nic... Prosze Boga, by sie wyjaśniło, by nie wysyłał mi tych sygnałów skoro on nie odwzajemnia moich uczuć (bo wie o tym co czuję) i też nic ;( Może z boku to nie wygląda tak tragicznie, może to jestem przewrażliwiona, ale nie chce sie mi już zyć, bo ja całą duszą się wykładam, szczerze, gram w czyste karty... i nie ma odpowiedzi! Nie oczekuje cudów... Jeśli nie możemy być razem- zrozumiem... JAKOŚ się z tym pogodzę. Ale dlaczego, dlaczego tak WIELKIE i SZCZERE uczucie, które nie pozwala mi spać, którego nie umiem przygasić zostaje bez odpowiedzi? :( Z góry dziękuję :* Już za samo wysłuchanie należy się respect :) pozdrawiam

* * * * *

No właśnie: odkryłaś się, przyznałaś i o co on ma walczyć? Przecież bez walki Cię ma. On nawet nie zdążył się zastanowić, nie zdążył pomyśleć czy chce i nie zdążył Cię poznać a już poczuł się przez Ciebie przyciśnięty do muru. On wie, że Ty już się zdecydowałaś i teraz wymagasz od niego decyzji. Decyzji, której on jeszcze podjąć nie potrafi i być może nie podejmie, bo go wystraszyłaś i przytłoczyłaś tym czego oczekujesz. Widzisz błąd? Zadziałałaś za szybko. On może i miał dobre chęci i może by wszystko inaczej wyglądało ale Ty odkryłaś karty. Przeczytaj proszę ten artykuł: [zobacz] i przemyśl wszystko a zrozumiesz co się stało.A co dalej? Wstrzymaj się z tym żądaniem odpowiedzi. Zachowuj się normalnie, tak jakby był tylko Twoim kolegą. Jak przestanie być naciskany wreszcie będzie mógł sam coś zdziałać. Z Bogiem!

  Dorota, 27 lat
1961
12.11.2007  
Witam i pozdrawiam serdecznie. Za niespełna pół roku wychodzę za mąż. Chciałam zapytać czy to jest normalne, że mimo tego że tak niewiele czasu mi pozostało do ślubu, mam ciągle wątpliwości czy wybrałam odpowiedniego człowieka na mojego przyszłego męża. Owszem bardzo go kocham, chcę dla niego jak najlepiej, chcę żeby był szczęśliwy ale czasem mamy tak odmienne poglądy na rózne sprawy, widzę też bardzo róznice między moim a jego charakterem. Boję się,żeby nie było konfliktów między nami z tego powodu. Wydaje mi się,że to ważne żeby małżonkowie mieli podobne zdanie, sczególnie jeżeli chodzi o wychowanie dziecka, że to co powie matka, to samo powinien mówić i ojciec a jeżeli mają różne zdania to może być niekorzystne dla dziecka. Oczywiście nie mamy dzieci, chcemy je mieć dopiero po ślubie ale myśle już tak przyszłościowo. Z góry serdecznie dziękuję za odpowiedź

* * * * *

Droga Doroto!

No trudno mi tak na gorąco, w kilkju słowach dać Ci jednoznaczną odpowiedź. Powiem tak: obawy czy to faktycznie ten właściwy człowiek, jak będzie, czy się ułoży, czy to przetrwa są normalne i pozostaną praktycznie do ostatniej chwili. No, naturalnie myślę o wątpliwościach, które nam się nasuwają gdy o tym rozmyślamy, a nie o sytuacji gdy strach nas paraliżuje i mamy ochotę uciekać sprzed ołtarza. Natomiast każdy zdrowy, normalny człowiek ma instynkt samozachowawczy. I ten instynkt każe mu wybierać dobro. Także dla siebie. Nikt nie chce dla siebie źle, nikt normalny zatem nie pakuje się w coś o czym od razu wie, że nie będzie dobre dla niego.
Jeśli Wasze wątpliwości i rozbieżności wychodzą w czasie spokojnych rozmów, przy okazji jakichś okoliczności, do których nawiązujecie w rozmowie, jeśli nie odbywa się to w atmosferze wiecznych kłótni, zupełnie innego światopoglądu, zasad itp. to moim zdaniem - z tego co napisałaś - nie ma powodu do obaw. Nigdy nie jest tak, że małżonkowie mają na wszystkie tematy identyczne zdanie. A jak mają to znaczy, że jednemu z nich na czymś nie zależy i godzi się dla świętego spokoju. Każdy z nas jest odrębną istotą i ma odrębne wizje. Jeśli planuje się małżeństwo to wizje i plany muszą być wspólne ale pewne drobiazgi w pomysłach na realizację tego wspólnego planu mogą być odmienne. Ale jak mówię: zależy czego to dotyczy, jaka jest materia i na ile jest to ważne. Piszesz o dzieciach. Właściwie trudno coś planować dopóki dzieci się nie ma, bo praktyka rozbija często wszelkie teorie. Na ten temat trzeba też poczytać, posłuchać ludzi, którzy już mają doświadczenie. Zasadniczo jednak jest tak, że faktycznie oboje rodzice muszą mówić jednym głosem i nie może być tak, że ojciec pozwala, matka zabrania, ojciec zakazuje, a matka za jego plecami na coś się zgadza. Bo to po ptostu nie jest wychowawcze. No ale nie będę rozwijać tego tematu, nie czas tu i miejsce. Co do innych różnic: poczytaj proszę te odp. nr: 385, 508,798, 1387,1498 , 568, 674, 715, 966, 970, 1005, 1101, 1102 i artykuły: [zobacz], [zobacz].
Dorotko, mam dla Was też znakomitą propozycję"Wieczory dla zakochanych". To albo weekend albo spotkania w tygodniu (zależy w jakim mieście mieszkacie), taki trochę swoisty kurs przedmałżeński, a bardziej spotkania narzeczonych, na których rozmawiają tylko ze sobą i na wszystkie tematy. Wszystko wyjdzie, wszystkie wątpliwości się rozwieją. Z serca Wam to polecam, nawet jeśli jesteście już po kusie dla narzeczonych, naprawdę. Takiej wiedzy i rozmowy nigdy za dużo. Szczegóły znajdziesz tutaj: www.spotkaniamalzenskie.pl, www.malzenstwo.pl, www.sulejowek.marianie.pl/rekol-narzecz.htm

Życzę Wam rozwiania wszelkich wątpliwości i pięknego małżeństwa. Z Bogiem!

  Elwira, 20 lat
1960
12.11.2007  
Nie wiem czy takie pytanie sie juz pojawilo, ale zastanawialam sie nad pewną sprawą dotyczącą czystości. Bo powiedzmy ze do slubu sie zachowa czystość i potem małżonkowie współżyją. Ale jeśli jedno z nich umrze, to drugie może drugi raz wziąć ślub. No i wtedy już nie idzie sie do ślubu "czystym". No i osoba, którą się poślubi, może się dziwnie czuć, jeśli wie, że że dla niej noc poślubna będzie "pierwszym razem", a dla tej drugiej osoby to już będzie któryś kolejny raz. Wlaściwie nie wiem czego oczekuje od pani w odpowiedzi, ale ostatnio się nad tą kwestią zastanmawiałam i pomyślałam że się z kimś podziele moimi myślami.

* * * * *

Ale moja Droga czystość to nie jest dokładnie to samo co dziewictwo. Oczywiście, masz rację, że po śmierci jednego z małżonków drugie może wziąć ślub z kimś innym i już nie jest "dziewicą" w sensie fizycznym. Natomiast nie oznacza to, że nie jest czystym. Jeśli bowiem zachowywało się czystość będąc w związku w tym drugim kandydatem na małżonka, jeśli żyło się tak jak poprzednio, przed pierwszym ślubem to nadal jest się czystym. To prawda jednak, że drugi małżonek nie mając wcześniejwzych doświadczeń może czuć się dziwnie, ale: przeważnie (nie zawsze, ale przeważnie) wdowy lub wdowcy żenią się lub za mąż wychodzą również za wdowców lub wdowy, więc sytuacja ich jest taka sama. Czasem tak nie jest i faktycznie jedna strona ma doświadczenia, druga nie ale jest to sytuacja inna gdy się wie, że ukochana osoba fizyczność odkrywała "legalnie", po ślubie, tylko z małżonkiem sakramentalnym niż sytuacja gdy ktoś czystości nie dochował przed ślubem. A co w takiej sytuacji? No, ta osoba doświadczona ma zadanie (bardzo delikatne i odpowiedzialne zresztą) tak wprowadzić tą drugą osobę w świat intymności, by poczuła się ona jedyna i wyjątkowa. Czyli nie może tu być mowy o żadnych porównaniach do poprzedniego małżonka, żadnych oczekiwań, że ma być tak i tak, żadnych pretensji. Po prostu - mają się tak traktować jakby oboje byli dla siebie tymi pierwszymi i razem się siebie uczyć. Bo współżycie to nie jest tylko po prostu stosunek seksualny, to cała sfera, to wspólne (podkreślam - wspólne) uczenie się siebie, swoich potrzeb, odkrywanie swoich pragnień i umiejętności. Należy zawsze mówić o seksualności pary małżeńskiej a nie każdego z małżonków osobno, bo przecież oni oboje do siebie należą i ze sobą wyłącznie jednoczą się w aktach seksualnych, więc ich seksualność nie może być odrębna i indywiualna, musi współgrać z seksualnością drugiego. Co do nocy poślubnej: no, należy pogodzić się z faktami- tak, ta druga osoba już wie o co chodzi, już nie jest "dziewicą". Tego się nie zmieni. Nie oznacza to jednak, że ta noc nie będzie wyjątkowa. Będzie jeśli - jak pisałam - zachowa się takie zasady, że powoli i razem uczymy się siebie. Jestem pewna, że gdy ludzie naprawdę się kochają, są przecież świadomi przeszłosci tej drugiej osoby to są w stanie bez większego żalu z faktami się pogodzić. No bo nie bierze się z kimś ślubu dlatego, że ktoś jest "dziewicą" (ja to cały czas piszę w cudzysłowiu, bo odnosi się to do obu płci i mam problemy z nazewnictwem) tylko dlatego, że odkryło się tak wielką wartość tego człowieka, że chce się z nim iść przez życie. I wtedy nawet fakt braku dziewctwa fizycznego (przy zachowaniu oczywiście czystości) nie będzie problemem. Z Bogiem!

  Ania, 21 lat
1959
12.11.2007  
Mam na Imie Ania, pozanłam chłopaka przez internet, który był po przejściach(tzn miłą narzeczoną, ale jak twierdził wyleczył się z tej miłości),więc po 2 tygodniach zgodziłam się z nim spotkać. Na 1 spotkaniu opowiadał mi o niej,i stwierdził,że nadal ją kocha, ale chce się ze mna spotykać bo bardzo mu pomagam w wychodzeniu z tego, nie wie na razie kim jestem dla niego i czy coś nas połączy, a ja boję się,że się zaangażuję a on potem mnie zostawi, spotykamy sie raz czasem 2 razy w tygodniu, ale nie wiem co dalej robić czy spotykać się i dać mu czas czy od razu zrezygnować z walki o to uczucie( powiem, ze zależy mi na nim)Pomocy...


* * * * *

A jemu na czym zależy? Na psychoterapii z Twoim udziałem, na wyleczeniu się metodą klina czy na faktycznym zbudowaniu związku z Tobą? Moja Droga, jak on na pierwszej randce chce byś Ty go wyleczyła z dawnej miłości, byś mu pomogła z niej wyjść to zastanów się bardzo poważnie i jego o to zapytać: czego od Ciebie oczekuje? Kim dla niego jesteś? Jeśli chłopak wspomnina byłą narzeczoną, mówi, że ją nadal kocha to znaczy, ze wcale się nie wyleczył. Jeśli chce się z Tobą spotykać bo mu pomagasz to gdzie tu relacja wzajemna? Spotyka się z egoizmu, z wygody - on nie robi nic dla Ciebie tylko oczekuje pomocy od Ciebie. A gdzie tu wyłączność, gdzie Twoje poczucie bezpieczeństwa i oparcie, gdzie Twoja perspektywa? Masz rację, że może być taki przykry scenariusz. Widzisz, jeśli chce się wejść z kimś w relację to trzeba mieć wolne serce. A on ma serce jak najbardziej zajęte więc nie może go dla Ciebie i na Ciebie otworzyć. Przypuszczam, że w akcie desperacji gdy go narzeczona zostawiła wpisał się na jednym z portali randkowych - a na złość jej albo żeby sobie udwodnić, że i tak sobie kogoś znajdzie. Niedobrze, bo pod wpływem emocji takich rzeczy robić nie wolno. Aniu, polecam jeszcze odp. nr 1138 i myślenie też o sobie. Bo związek to relacja wzajemna i masz prawo sama też być szczęśliwa a nie tylko być pomocą dla kogoś. Z Bogiem!

  Andrzej, 21 lat
1958
12.11.2007  
Witam, na pytania które zadam zapewne nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Mimo to zadam je, bo wierze, ze w odpowiedzi przeczytam kilka słów, który naprowadzą mnie na właściwą drogę. Jestem ze swoją Dziewczyną już prawie dwa lata i staramy się żyć jak najlepiej umiemy. O współżyciu przed ślubem nie ma mowy, ale ciekaw jestem, gdzie jest granica grzechu? Czy jest jeszcze coś, poza współżyciem, co bez względu na pozostałe okoliczności jest grzechem? O wzbudzaniu pożądania, etc... wiemy i staramy się strzec przed tym. Ale czy np. pocałunki, w szczególności tzw. francuski, mogą być wyrazem miłości? Czy jeżeli świadomie podejmiemy decyzję, aby pójść o ten krok dalej czy to będzie błąd? A jeżeli tak, to czy da się go jakoś naprawić? Czy jeżeli żyjemy w uznanych prze siebie granicach, ustalonych po długich wzajemnych rozmowach i \'konsultacjach\' z księżmi, to czy to jest już gwarantem bezbłędnego życia? Jeszcze z innej beczki: jeżeli zwykły buziaczek w usta, policzek czy czoło nie jest grzechem, to czy grzechem jest taki sam buziaczek np. w szyję, czy brzuszek? Czy to już jest coś złego? No... to tyle, pytań mam jeszcze sporo więcej, ale myślę że na tym poprzestanę. Wystarczy jak na jeden list. Mam nadzieję, że odpowiedzi, które uzyskam pomogą mi dalej trwać w tej miłości która jest Naszym udziałem. Pozdrawiam! Dziękuję! P.S. Za odpowiedz i za tę stronę. Światełko w tunelu:)

* * * * *

Andrzeju, polecam przede wszystkim te teksty: [zobacz] i [zobacz]
Oczywiście, że samo trwanie w ustalonych przez siebie granicach nie jest gwarantem bezbłędności, bo i te granice mogą być nieostre i my sami w swoim sercu mamy tendencję do ich naciągania, przesuwania itp. Poza tym wszystkie grzechy biorą się z serca. I choćbyśmy mieli granice sztywne to serce zawsze może choćby chcieć zobaczyć co jest dalej.
Moim zdaniem takim najlepszym sprawdzianem tego czy coś jest dobre czy nie jest rozważenie: czy ten gest mnie i moją dziewczynę zbliżył do Jezusa? Nie do siebie nawzajem choć to też jest ważne tylko do Boga. Czy po tym geście jesteśmy oboje lepsi, czy bardziej się szanujemy, czy coraz bardziej pragnę dla niej czy niego dobra. A może mam wyrzuty sumienia i zastanwiam się czy nie poszliśmy za daleko? A może mnie to za bardzo podnieca? Może czuję niesmak?
I jeszcze jeden bardzo dobry sprawdzian. Jeśli chcesz się przekonać czy czujesz do dziewczyny coś więcej, jeśli chesz wiedzieć czy Wasze dusze są takie naprawdę bratnie to sprawdź czy masz o czym z nią rozmawiać. Oczywiste? Nie do końca. Proponuję Ci eksperyment. Postanówcie na jednej z randek nie dotykać się w ogóle. No, może małe uściśnięcie ręki na powitanie i pożegnanie ale NIC więcej. Ani buziaków, ani przytulania, nic kompletnie. Po prostu pójdźcie na spacer albo posiedźcie przy herbacie i ciachu i rozmawiajcie na jakiś temat. Jeśli rozmowa będzie się kleiła, jeśli z zachywtem będziesz patrzył w jej oczy, na jej uśmiech, jeśli będziesz czuł, że kochasz ją nawet jak jej nie dotykasz to można powiedzieć, że jesteście na dobrej drodze. Oczywiście nie zachęcam do trwałego kontynuowania takiej formy randek, natomiast bardzo polecam taką jedną. Wspaniale mówi nam o naszych motywacjach. O tym czy wytrzymamy bez cielesności, czy to ona nami rządzi, o tym co nas łączy, o tym czy mamy o czym rozmawiać i czy potrafimy zachwycić się sobą - jako osobą, tym co prezentujemy, jacy jesteśmy, a nie tylko swoim ciałem, bliskością. A jaka radośc i duma z siebie jak się taka randka uda! Naprawdę polecam.
A pocałunków głębokich naprawdę nie polecam przed ślubem - bardzo rozbudzają pożądanie. W brzuszek też - bo to by znaczyło, że odsłaniacie te części swojego ciała a to już za bardzo czyste i niewinne przecież nie jest. I tak jak mówiłam: zawsze pomyśl PO CO to robisz i co DOBREGO i zbliżającego do Boga z tego wynika. No i koniecznie Andrzeju - modlitwa z dziewczyną na początku lub na koniec randki - korzyście wiele bo i nauczycie się razem modlić, otwierać na siebie i pokusa grzechu będzie dużo mniejsza jeśli o błogosławieństwo na ten wspólny czas poprosicie Jezusa. Z Bogiem!

  Anka, 18 lat
1957
12.11.2007  
witam

wiem ze wiele razy już był poruszany temat nieszczęsliwej miłości, prezczytałam wszytsko- do rad starał się dostosowywać mimo to czuje, że życie ucieka mi przez palce..

Kiedy myśle, że juz jestem gotowa żeby być z kimś on nagle wchodzi w moje życie robi zamet i odchodzi...
to juz 8 miesiecy kiedy mowie ja nie my...bylismy ze soba 3 lata...utrudnieniem jest to ze mieszka zaledwie 200m odemnie... ale udaje mi sie go nie spotykać zyje swoim zyciem...a mimo to on potrafi co jakiś czas teraz po 2 miesiach odzywac sie jakby gdyby nic..normlanie dzwonic i gadamy godziny...a potem znowu cisza...nie umiem sobie z tym poradzić, że byłam zdradzana, oszukiwana i okłamywana ze te 3 lata dla mnie piękne okazaly sie jednym wielkim klamstwem...a mimo to nie umiem o nim zle myslec...i zycze mu jak najlepiej...

mam problem..bo spotkałam kogoś kto jest naparwde wyjatkowy...a mimo to czuje ze jak zwykle uciekne..zamkne sie w sobie...i pozwole mu odejsc..tylko dlatego by potem nie cierpieć...nie umiem tak zyc..bo w ten sposob ranie nie tylko siebie..

ale z 2 strony nie chce go porownywac ze on moze byc taki jak tamten...wczesniej tak robilam..bylam wlasnie z kims..ale nie umialam tak normlanie mu zaufac..
czasami mysle ze lepiej zyc w pojedynke...wtedy nikogo sie nie zrani...ale czlowiek to nie samotna wyspa...


* * * * *

Aniu, 8 miesięcy to jeszcze nie jest tak długi czas, żebyśmy mogli powiedzieć, że nic nie czujemy, że nic nas nie rusza na czyjś widok itp. tym bardziej jeśli byliście ze sobą 3 lata. Tego czasu potrzeba więcej, bo on leczy rany, ale po pierwsze: na zagojenie potrzebny jest odpowiednio długi czas, a po drugie: one nie mogą być ciągle rozdrapywane. Doskonale rozumiem, że i normalny kontakt byś chciała utrzymywać i po prostu ciągnie Cię do niego i jak zadzwoni to chcesz pogadać. Ale w ten sposób, pozwalając na to ciągle wpuszczasz go do swojego serca i umysłu, ciągle mu pozwalasz rozdrapywać te rany i co najgorsze - on myśli, że wszystko jest ok. No tak myśli skoro Ty z nim normalnie rozmawiasz, odbierasz telefony i pozwalasz na taki kontakt. Nie mówię, żeby się nie odzywać czy obrażać ani tym bardziej znienawidzić, bo nie o to chodzi. Natomiast Ty swoim zachowaniem dajesz mu do zrozumienia, że Tobie ten kontakt nie przeszkadza, mało tego - chcesz go, a to co się wydarzyło wcześniej już nie jest ważne skoro - jak piszesz - normalnie rozmawiacie i to godzinami. Godzinami rozmawia się z przyjacielem, a przynajmniej z kimś kogo lubimy, szanujemy, do kogo nie mamy żalu ani urazy, z kim chcemy mieć większy kontakt. On przez Twoje pozwalanie na to czuje się całkowicie usprawiedliwiony w swoim wcześniejszym działaniu i nie widzi żadnego problemu, żeby z Tobą ten konatkt utrzymywać. On rozmuje tak: skoro nie jesteś zła na niego, skoro rozmawiasz, skoro pozwalasz by te rozmowy się przeciągały no to nie przeszkadza Ci to co było, już o tym zapomniałaś. Więc wcale nie rozumie, że cierpisz. Mało tego: jeśli on zmusza Cię do tego byś o nim myślała to ciągle może mieć nadzieję, że zdoła Cię do siebie znów przekonać. Bo jeśli ciągle kontakt utrzymujecie to o nim nie zapomniałaś i nie jest Ci obojętny - to jest najważniejsze: nie jest Ci obojętny. I on będzie drążył i mieszał dalej a Ty dotąd będziesz cierpieć dopóki tego nie przerwiesz.
Co robić?
Jak zadzwoni rozmwiać krótko. Powiedzieć, że musisz już kończyć i skończyć faktycznie. Jeśli nie masz ochoty rozmawiać lub czujesz, że po tym telefonie będziesz cierpieć - nie odbieraj.
Po prostu: jeśli w jakikolwiek sposób po kontakcie z nim myślisz o nim (nieważne jak), odżywają wspomnienia, rozklejasz się - rozluźnij ten kontakt. Wiem, że to trudne, ale się przełam, bo takie zachowanie jak teraz do niczego nie prowadzi jak tylko do tego, że ciągle o nim będziesz myśleć.
A dopóki tak będzie, dopóki Twoje serce będzie zajęte to nie otworzysz się na nikogo innego. Ciągle będzie porównywać, tęsknić, żałować. Będziesz się bać, że to się powtórzy, że ktoś Cię zrani, zamkniesz się itp. A to nie jest dobre, bo jak słusznie piszesz nikt nie jest samotną wyspą i nie chodzi o to, by się odseparować, by uniknąć zranienia tylko o to, by mieć w sobie taką siłę i poczucie swojej wartości, by zranienie nas nie zabiło, tylko nauczyło czegoś i wzmocniło do dalszych poszukiwań. Nie ryzykując nie zyskujemy. Może nie tracimy ale nie zyskujemy. To nie jest wyjście.
Ania! Otrząśnij się. Jeśli on Cię poranił to nie pozwól mu na to, by czynił to dalej. Urwij kontakt. Co do chłopaka na horyzoncie: daj sobie i jemu czas, bo jak pisałam - dopóki serce masz zajęte możecie tylko się poranić. Módl się, by Bóg uleczył Cię z tego uczucia. Z Bogiem!

  Michał, 17 lat
1956
11.11.2007  
Mam taki problem. Interesuje sie o rok starszą ode mnie dziewczyną.
Należymy do jednej wspólnoty. Dobrze nam sie gada. Tylko nie wiem jak Ona to może odebrac? Proszę o pomoc.


* * * * *

A dużo jest strasza? Jeśli do 2-3 lata to chyba nie ma problemu? Jak to odbierze? Jeśli jej się podobasz, dobrze Wam się rozmawia, macie podobne poglądy i zasady (a zapewne tak jest skoro należycie do jednej wspólnoty) to jeśli jesteś odpowiedzialnym, poważnym chłopakiem to potraktuje Cię zupełnie naturalnie, jak rówieśnika. A o różnicy wieku poczytaj w odp. nr: 8, 28, 87, 310, 916, 1253. Powodzenia! Z Bogiem.

  An, - lat
1955
11.11.2007  
Dziękuję za Pani odpowiedź. (1785). Chciałam jeszcze dodać parę słów. Zgadzam się, że małżeństwo powinno mieszkać osobno- bez rodziców. Dziwne jest dla mnie jeśli mężczyzna nie potrafi oddzielić się od rodziców, i jeszcze myśli, że wszystko jest w porządku, i że ma rację, uważa się za dobrego katolika. Czy taki mężczyzna w ogóle może myśleć o małżeństwie, jeżeli nie zamierza się wyprowadzić z domu rodzinnego rodziców. On uważał, że ja mogę dojeżdżać do pracy, ewentualnie dla rodziny zrezygnuję z pracy, a on nas wyżywi (tylko, że ja byłam lepiej wykształcona od niego i nie po to się uczyłam żeby siedzieć w domu). Co do zakupu to on chciał kupić mi samochód chyba za to , że zgodziłam się mieszkać u niego i dojeżdżać do pracy. Ale auto sama chciałam kupić i zdziwiło mnie jego dziwne przyspieszanie mnie, że samochód miał być kupiony koniecznie przed Sylwestrem. Jak powiedziałam, żeby przyjechał i pokazał auto moim rodzicom to chciał żeby oni przyjechali do niego i tam zobaczyli. Więc zrezygnowałam z kupna bo wydawało mi się to dziwne, że nie może poczekać kilku dni, tak jakby był po stronie sprzedawcy a nie mojej.Uważał, że nie mam do niego zaufania.W odwecie nie przyjechał na Sylwestra. Czy można poważnie myśleć o ślubie z chłopakiem, który na kilka miesięcy przed ślubem nie przyjeżdża na Sylwestra i nawet nie dzwoni. To ja zadzwoniłam w Nowy Rok i to kilka razy zanim odebrał.Złożył mi życzenia, spytałam się czy do mnie przyjedzie (bo chciałam wyjaśnić tą całą sprawę), on rzekł żebym to ja go odwiedziła. Jego słowa potraktowałam jako żart, bo taka propozycja po tym jak do mnie nie przyjechał na Sylwestra to chyba żart. Skoro nie przyjechał stwierdziłam, że to pewnie koniec naszej znajomości. On tymczasem po tygodniu się pojawił z pretensjami dlaczego do niego nie przyjechałam, dopiero jak mu powiedziałam , że chyba żartuje to zamilkł.A ponieważ nie chciałam zamieszkać z nim i jego rodzicami na wsi to nasza znajomość się zakończyła. Kiedyś też jak mieliśmy jechać na wycieczkę to on ustalił gdzie pojedziemy, nie patrząc na to , że to miejsce mi się nie podoba. Powiedział, że jeżli tam nie pojedziemy to on nie jedzie. Oczywiście dużo się modlił,to podobało mi się, ale nie umiał sprzeciwić się matce. Jak wspólnie wybraliśmy szafę, to jak ona zobaczyła ją(jak mnie nie było) to od razu kazała mu odwieść do sklepu, i on odwióżł, a mnie powiedział o tym dopiero chyba po tygodniu, i że teraz to jego mama będzie wybierać nam szafę. Wtedy zaczęłam myśleć, że coś tu chyba jest nie tak.

* * * * *

Masz rację - tu jest dużo nie tak. Zachownie bardzo niedojrzałe i wskazujące na mocny związek z matką - w negatywnym tego słowa znaczeniu. Masz rację, że nie można myśleć poważnie o małżeństwie z takim człowiekiem, gdyż już przed ślubem bardzo wyraźnie dał Ci wielokrotnie do zrozumienia, że nie jest do tego dojrzały. Ile on ma w ogóle lat?
Nadal uważam, że podjęłaś dobrą decyzję, bo nie był to jednorazowy incydent. Małżeństwo jest zadaniem polegającym na wzajemnym podciąganiu się do wzrostu, na prowadzeniu się nawzajem do zbawienia. Nie można ryzykować go z osobą nieodpowiednią. On dopóki nie zrozumie na czym polega męskość, odpowiedzialność i dawanie oparcia kobiecie nie będzie gotowy na związek. Poleciłabym mu książkę Johna Eldredge "Dzikie serce" no ale skoro się rozstaliście to polecę ją Tobie. Z Bogiem!

  Zofia, 18 lat
1954
11.11.2007  
witam:)chchialm sie spyta bo mam maly problem :(kiedys chodzilam z takim chlopakiem mialam wtedy 11 lat i znam go jzu 7 lat:)przestal sie do mnie odzywac ale pozniej gdy przyjechalam do babci ze swoim chlopakiem ktorym bylam ze 2 lata to ten moj "chlopak z dziecinstwa" zepsul moj zwizek i ponziej znowu sie przestal do mnie odzywac.po pol roku dowiedzial sie ze chodze z jego kuzynem i napoczatku to on mial tylko wyrzuty do kuzyna a pozniej moj chlopak a jego kuzyn nas pogodzil ze soba.gadamy ze soba juz pol roku i robi mi glupie podteksty jak mojego chlopaka nie am w poblizu:( niewiem co robic bo moj \'\'chlopak z dziecinstwa\'\' mi sie podoba a z moim terazniejszym chlopakiem jestem szczesliwa:)prosze o rade

* * * * *

No jeśli miałas 11 lat to chyba nie można mówić o związku a jedynie o koleżeństwie, prawda? Poza tym co to znaczy, że zepsuł Twój późniejszy związek? W jaki sposób? A Ty i Twój chłopak na to pozwoliliście? A jeśli tak to nadal on Ci się podoba?
Zosiu, w jakim on jest wieku? Bo zachowuje się mocno niedojrzale. Jeśli jesteś szczęśliwa ze swoim chłopakiem to zastanów się co w nim cenisz i jakie konktrretnie jego cechy Ci się podobają. Zastanów się też co konretnie podoba Ci się w tamtym. Być może dojdziesz do wniosku, że to po prostu sentyment do wspomnień z dzieciństwa?

  Ania, 18 lat
1953
11.11.2007  
Witam, ja już dużo razy do pani pisałam, zazwyczaj o miłości do swojego idola. To już prawie dwa lata jak czuję do niego to co czuję i nic się nie zmienia. Ale nie o tym chciałam dziś napisać... Jestem skołowana, nie wiem co ze sobą robić, już od ponad dwóch tygodni mam zły humor, szybko się denerwuję, płaczę po nocach, wydaje mi się jakby cały świat obrócił się przeciwko mnie. Moje koleżanki w większości mnie nie rozumieją, bo mają chłopaków, bo mają z kim i gdzie się rozerwać i wszstko ze sobą godzą. Ja od pewnego czasu niczego nie potrafię robić, na siłę się uczę, wręcz się zmuszam, kiedyś tak nie było. Nie potrafię już z nikim rozmawiać, koleżanki mają swoich chłopców i tym samym nie mają czasu dla mnie, nie mam sie komu wyżalić, ba nawet nie mogę... bo co? Opowiem o swojej chorej miłości? Przecież uznają mnie za wariatkę. Ciągle siedzę w domu, nie chce mi się nigdzie wychodzić, słucham bezustannie muzyki i tylko to daje mi jakąś radość. Nawet na gadu nie chce mi się wchodzić by z kimś porozmawiać, jak włączę komputer to tylko po to by posłuchac muzyki. Cały czas wydaje mi się, że nikt mnie nie rozumie, że jestem potrzebna tylko wtedy gdy komuś jest źle, czuję się jak taka łata na ranę. Poza tym nienawidzę siebie za swój wygląd, tyle wad w jednej osobie. Na dodatek chodzę do klasy maturalnej i nie wytrzymuję tej presji, jeśli matura nie pójdzie mi bardzo dobrze, to nie dostanę się na wymarzone studia, ha i tu znowu w mojej głowie zagnieździła się myśl, że "na maturze się poślizgnę i nie dostanę się nigdzie na studia". To mnie niszczy. Cały czas mam poczucie, że jestem nikim, że nikim będę i umrę sobie samotna tak, że nawet nie będzie komu mojego pogrzebu dopilnować i nikt w przyszłości nigdy nie pomodli się za mnie. Umrę tak jakbym w ogóle się nie narodziła. Tak widzę swoją przyszłość. W marzeniach jest oczywiście inaczej, jest tak pięknie i strasznie boli mnie, że tak nie będzie nigdy w rzeczywistości. Dodatkowo zbliża się studniówka, a ja nawet nie mam z kim na nią pójść, więc nie pójdę, bo czułabym się niezręcznie... każdy z partnerem/partnerką a ja sama. Bardzo mi przykro z tego powodu, bo od dziecka marzyłam o tym dniu, marzyłam, że ubiorę piękną sukienkę i poczuję się jak księżniczka na balu,a wygląda na to, że tę noc spędzę w domu zapłakana z bólem w klatce piersiowej, uklęknę lub położę się na podłodze i płacząc będę się modlić. A i nie chodzi o to żebym nie szła, bo nie mam chłopaka... ja nie mam nikogo z kim mogłabym pójść, kuzyni są za starzy lub za ciapowaci, nie nadają się na takie imprezy, a koledzy? Mam kilku spoza obecnej klasy, ale to nie są ludzie na poziomie, albo mają dziewczyny, które nie pozwolą im iść...
Co mam robić? Z kim porozmawiać? Nie chcę miec tak czarnych myśli jak obecnie, ale nie potrafię się ich pozbyć, to jest we mnie, te myśli cały czas wiercą mi w mózgu i nie pozwalają normalnie żyć.


* * * * *

Oj, oj, Aniu, Aniu! Najpierw przeczytaj proszę te odp: 421, 537, 950, 1490.
Co do studniówki: wiesz co? Ja byłam na niej sama. A wszyscy byli z kimś. Tak, było mi przykro, bo ja też nie miałam z kim pójść. Nie tylko, że nie miałam chłopaka, ja po prostu naprawdę nie miałam z kim iść. Miałam do wyboru tak jak Ty: zamknąć się w domu i płakać czy mimo wszystko założyć sukienkę, zrobić fryzurę i iść się pobawić. I wiesz co? To była najtrafniejsza decyzja! Z kim rozmawiać? Z koleżankami z klasy. Przecież to, że jesteś sama nikogo nie odstrasza od rozmowy! Na pewno będzie jakaś część artystyczna, a wtedy przecież nie ma znaczenia kto z kim jest. A potem się baw! Są tańce nie tylko w parze. Naprawdę będzie dobrze i będziesz miała dobre wspomnienia. A po kilku latach nie będziesz pamiętała tego, że byłaś sama, tylko, że byłaś na tym jedynym w życiu takim balu. A jak nie pójdziesz będziesz żałowała i dopiero Cię wszyscy będą uważali za dziwaka, łącznie z nauczycielami. No niestety, bo musisz się liczyć z tym, że będziesz się musiała z tego tłumaczyć. Naprawdę, lepiej pójść. Przecież zawsze możesz wyjść wcześniej i być choć trochę.
Co do Twojej miłości: no cóż, nic nowego Ci nie napiszę poza tym, żebyś próbowała nie pielęgnowała tych wspomnień i nie zamykała się na innych. Módl się o dobrego chłopaka, Bóg widzi Twoje pragnienia. On nie pragnie Twojego cierpienia tylko szczęścia. Przełam się, zrób coś nawet na siłę, a będzie ok. Z Bogiem!

  zmartwiona M, 15 lat
1952
10.11.2007  
jestem osobą wierzącą, choć nie w takim stopniu, w jakim bym chciała... chodzę do Kościoła z własnej woli, pragnę wypełniać Boże Przykazania i żyć według nauki Jezusa. Nie jestem jednak człowiekiem idealnym (wręcz przeciwnie, bardzo odbiegam od ideału)

Miałam czterech "chłopaków" (nie lubię tego określenia:/)... Z pierwszym - K spotykałam się przez pięć miesięcy. Na początku byliśmy sobą zauroczeni, jednak ja trochę nie potrafiłam się odnaleźć w tej sytuacji. Wszystko było dla mnie nowe... Pamiętam jak bardzo przeżywałam każde spojrzenie, każde objęcie , każde buzi w policzek, sms-a... Jak zastanawiałam się, czy coś się nie stało, kiedy długo (przez cały dzień) nie dostawałam wiadomości. On przeżywał podobnie, przynajmniej na początku - był bardzo delikatny i romantyczny. Brakowało mi jednak czegoś - po miesiącu rozmawialiśmy praktycznie tylko na tematy bieżące... Po trzech miesiącach poczułam, że coś jest nie-tak, inaczej niż dawniej. K oddał mi inicjatywę - głównie to ja chciałam się spotkać, często pierwsza pisałam. Choć zapewniał mnie, że nadal mu na mnie zależy, intuicyjnie wiedziałam, że niedługo nadejdzie koniec.

Aż wreszcie stało się to, co jak potem oboje stwierdziliśmy - musiało się stać...
Pojechałam na wycieczkę klasową... Była tam jeszcze klasa równoległa. Jeden chłopak - bliski kolega K (mój znajomy, który podobał mi się rok wcześniej) zaczął mnie podrywać. Na początku myślałam, że to tylko koleżeńskie zaczepki.
Kiedy już wracaliśmy autokarem - nagle zadzwonił mi telefon... To był D - mówił, że chce pogadać. Prosił mnie, bym poszła do niego na koniec autokaru.
Nie wiem, dlaczego to zrobiłam, ale do niego przyszłam. Czułam, że wydarzy się coś strasznego, ale próbowałam uspokajać sumienie, że to tylko kolega i chce mieć towarzystwo, bo mu się nudzi.
Doszło do tego, czego się obawiałam... Powiedział mi, że już od jakiegoś czasu mu się podobam, ale bał mi się to wcześniej wyznać, bo wiedział, że chodzę z K, a K był jego przyjacielem i nie chciał go zranić.
Rozmawialiśmy poważnie. Objął mnie - raz odłożyłam jego rękę... Ale czułam się samotna (K prawie się ze mną nie spotykał), więc trzymałam go za rękę, potem przytuliłam się do niego...
Parę razy D mówił, że jak chcę, to mogę pójść od niego, ze mnie nie zatrzymuje... Ale ja chciałam jego bliskości, jego ciepła, chciałam czuć choć przez chwilę...
Byłam jak w transie... Przez cały czas wiedziałam, że robię źle, że krzywdzę w ten sposób zarówno D i K jak i siebie samą...

Dojechałam do domu i czułam się okropnie. Nienawidziłam siebie samej, brzydziłam się sobą, "jak mogłam zrobić coś takiego?! jak mogłam tak skrzywdzić i upokorzyć K, skoro mi na nim zależy?"
Jeszcze tego samego dnia napisałam K, że zrobiłam coś okropnego. Na początku nie mógł uwierzyć, nie chciał dopuścić do siebie myśli, że mogłam go zdradzić w tak perfidny sposób. Potem chciał się spotkać... Ja powiedziałam, że nie ma sensu, bo będzie jeszcze gorzej. Oboje byliśmy rozżaleni. Zdecydowałam się spotkać, ale on mimo, że sam wyznaczał terminy - po prostu przede mną uciekał... W końcu zerwał ze mną kontakt, napisał, żebym nie pisała i nie dzwoniła - z żalu nie potrafił mi przebaczyć...

Zaczęłam spotykać się z D... Od początku wszystko było nie tak, jak powinno - obydwoje cierpieliśmy przez tamtą wycieczkę.
D palił i "używał alkoholu okazyjnie" - co bardzo mi się nie podobało. Poprosiłam go, by przestał. On jednak nie przestawał... najpierw mówił, ze lubi, potem że to uzależnienie - parokrotnie prawie że zrywałam z nim z tego (pozornie) względu. Jednak tak naprawdę nie był to jedyny powód...
Było mi źle... Odkąd zaczęłam się spotykać z D - łamałam swoje własne zasady, którymi wcześniej się kierowałam. Po doświadczeniach z K - traktowałam miłość bardzo na poważnie, a D powiedział mi, że mnie kocha po, bodajże tygodniu;| Poza tym... Fizycznie pragnęłam czułości, ale chciałam by była ona stopniowa, delikatna... A D chciał się całować już po kilku dniach.
Różniliśmy się od siebie poglądami na życie, na miłość... Nie należę do osób nastawionych na konsumpcję, najpierw muszę wszystko dokładnie przemyśleć, zanim powiem nawet - zakochałam się. Okazywanie uczuć w inny sposób też traktuję na poważnie... D niestety tego nie rozumiał...
Zerwał ze mną. Jak później powiedział - był już zmęczony tym, że tak nim kręcę - chodzimy i zrywamy... Tym razem rozstaliśmy się definitywnie.

To było półtora miesiąca temu... A niedawno znów pojawił się chłopak.
Tym razem trafiłam jeszcze gorzej... Ogólnie chodzi o to, że O zależy głównie na... bliskości cielesnej, niż na mnie... Po prostu jest niedojrzały. Przekonałam się o tym dość szybko i doszłam do wniosku, że najlepiej z nim zerwać, dopóki jeszcze znajomość się nie rozwinęła. Nie wiem tylko, czy wyjaśniać mu czemu...
Było mi bardzo przykro, kiedy się o tym przekonałam, bo zanim zaczęłam się z nim spotykać, rozmawialiśmy na różne tematy, myślałam, że jesteśmy podobni...

Jest jeszcze jedna sprawa... Wczoraj rozmawiałam na gg z moim 22l bratem ciotecznym (jego mama jest siostra cioteczną mojego taty) na temat m.in. tego, jak się traktujemy nawzajem... I on powiedział, że nie zawsze traktuje mnie czysto jak rodzinę. Bardzo się tym przejmuje, bo uważa że to chore. Dawniej odbierał mnie trochę jak małą siostrzyczkę, więc nic dziwnego, że jest tym zszokowany. Na dodatek ja też zauważyłam, że rzadko myślę o nim, jako o 6,5 roku starszym bracie. Raczej bardziej jak o przyjacielu, który tez jest chłopakiem.
Przykro mi, bo wydaje mi się że po tej rozmowie on zaczął mnie unikać...
Nie chciałabym, żeby mnie unikał... Traktuję go naprawdę jak przyjaciela. Często ze sobą rozmawiamy, poruszamy nurtujące nas sprawy, wymieniamy poglądy, a oprócz tego rozwiązujemy swoje problemy...
On twierdzi, że jestem dojrzalsza niż większość jego rówieśniczek... To prawda, mam tylko starsze rodzeństwo, więc automatycznie szybciej się rozwinęłam emocjonalnie pod pewnymi względami... Poza tym, zostałam wychowana i ukształtowana w taki sposób, że potrafię i chcę samodzielnie myśleć, zastanawiam się nad różnymi sprawami, nie przyjmuję wszystkiego takie jakie jest, próbuję się dowiedzieć głębi danego zagadnienia.
Być może, dojrzalsza jestem dla niego pozornie. Dawno się nie widzieliśmy,więc nie wie, jak zachowuję się na codzień- przynajmniej w znacznej mierze...

Nie wiem... Nic nie wiem... Nie wiem co mam robić... Co do mojego brata ciotecznego, to po prostu zostawię to tak jak jest - czas pokaże...
Natomiast jeśli chodzi o resztę, to... Nie chcę mieć chłopaka za wszelką cenę (bo posiadanie chłopaka nie jest dla mnie problemem). Ale po co mieć chłopaka na siłę? Po co trwać w związku z kimś, z kim nie czuję się dobrze i ciągle dręczą mnie wyrzuty sumienia... Kiedy nie mogę zaakceptować czyichś wad...?
Z drugiej strony wiem, że (jak każdy człowiek) potrzebuję ciepła... Chcę, by ktoś mnie czasem przytulił, nawet pocałował (oczywiście nie od razu;)...
Siostra poradziła mi, bym dała sobie czas... poczekała na kogoś odpowiedniego...

a ja tęsknię... tęsknię za kimś, komu będzie na mnie zależało.. ale na MNIE, a nie na posiadaniu dziewczyny. Tęsknię za kimś, kto będzie cenił mój charakter - a nie tylko wygląd, moją inteligencję i zainteresowania...


* * * * *

No i siostra ma rację: nie warto rozmieniać miłości na drobne, trzeba poczekać na tego, który - jak sama mówisz - doceni Ciebie jako Ciebie. Bo chodzenie dla samego chodzenia, posiadanie chłopaka dla samego chłopaka nie ma sensu. W związku dwojga ludzi chodzi o coś więcej niż przyjemność: chodzi o wspólne wzrastanie, wspólne czynienie sobie dobra. Chodzi o poznawanie swoich poglądów, zasad, których nie łamie się dla kogoś, ale o ich poszanowanie. Miłość nie żąda dla siebie i nie każe rezygnować z zasad. To czego doświadczałaś do tej pory to było zakochanie, zauroczenie a jak wygasały uczucia i emocje związek się kończył bo nie przechodziliście do następnego etapu.
Poczytaj więcej o tym w tym artykule: [zobacz]. Daj sobie czas, módl się o właściwego chłopaka. To co piękne i wartościowe dojrzewa powoli. Z Bogiem!

  Aniołek, 21 lat
1951
09.11.2007  
Kiedyś spotykałam się jednym chłopakiem. Jednak związek ten szybko się zakończył bo on sam nie wiedział, czego chce. Potem byłam innym, ale ten związek też się niestety zakończył. Teraz odezwał się do mnie pierwszy chłopak. Dużo ze sobą rozmawiamy, spotykamy się i w ogóle jest nam ze sobą dobrze. Między nami jest bardzo dużo chemii i bardzo mnie do niego "ciągnie". Ja mu się nadal podobam, ale ja nie wiemco do niego czuję. Wiem, że ma trudny charakter i jest okropnie humorzasty, ale dogadajemy się ze sobą, czujemy sie rewelacyjniew swoim towarzystwie. Ale nie wiem czy my bęziemy ze sobą szczęśliwi. Jak byliśmy parą, od początku nie było kolorowo, ale jako przyjaciele się dogadywaliśmy. Nie wiem czy powinnam angażwać się ponownie w związek, boję się, że znowu będzie źle. Ale ja chyba znowu coś zaczynam do niego czuć. Dlaczego Pan Bóg po raz kolejny stawia mi go na mojej drodze?

* * * * *

Pan Bóg daje nam różne możliwości, a my z nich korzystamy lub nie. Decyzja o tym czy ponownie angażować się w ten związek należy do Was obojga. Musisz przeanalizować przede wszystkim powody poprzedniego rozstania. Ale tak konkretnie. Jeśli dojdziesz do wniosku, że to wszystko nie ma już miejsca, że on się zmienił, Ty się zmieniłaś, wyrośliście z pewnych rzeczy, dojrzeliście to nie ma przeszkód, byście ponownie spróbowali. Ważna jest świadomość swoich wad i zalet, charakteru, ważne są oczekiwania. To, że nie wiesz co do niego czujesz nie jest niczym dziwnym: on Ci się podoba, lubisz z nim być ale nie wiesz jak to się rozwinie, nie wiesz jak on na to patrzy. Nie musisz wiedzieć do razu. Bo żeby wiedzieć trzeba dobrze się poznać, być ze sobą w różnych sytuacjach, trudnościach i radościach. Trzeba mieć wspólne poglądy, mieć o czym ze sobą rozmawiać. Po to właśnie jest okres znajomości, chodzenia ze sobą - żeby zdecydować. Spotykajcie się, rozmawiajcie, czas pokaże czy chcecie bliższej relacji. Z Bogiem.


Ostatnia aktualizacja: 05.06.2008, 16:17


[ Powrót ]
Daj plusika:
[ Strona główna ] Drukuj Wyślij link
Trudna miłość. Jak pokonać kryzys? Trudna miłość. Jak pokonać kryzys?
Tonino Cantelmi, Rachele Barchiesi
Dlaczego zbudowanie stałych i silnych związków uczuciowych wydaje się dzisiaj bardzo trudne czy wręcz niemożliwe? Jakie są przyczyny kryzysu panującego w relacjach międzyludzkich? Autorzy niniejszej książki starają się ukazać te przyczyny. Chcą pomóc Czytelnikowi, zwłaszcza młodemu, w budowaniu trwałych relacji z innymi ludźmi.... » zobacz więcej
Zakochanie… i co dalej? Zakochanie… i co dalej?
Jacek Pulikowski
Książka ta jest pierwszym krokiem do szczęśliwego małżeństwa. Pomyśl o radosnym czasie zakochania, chodzenia ze sobą, narzeczeństwa i nie zmarnuj go! Wykorzystaj cenne wskazówki autora dla dobra twojego i przyszłego współmałżonka... » zobacz więcej
O stronie... | Ogłoszenia | Konkurs | Wspomóż nas | Polityka Prywatności | Kontakt

© 2001-2011 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej