Kartki Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Czat Opowiadania Perełki
Miłość czy MIŁOŚĆ? Czyli sztuka chodzenia ze sobą Miłość czy MIŁOŚĆ? Czyli sztuka chodzenia ze sobą
Katarzyna i Tomasz Jarosz
Przeczytaj tę książkę! Być może znajdziesz tu odpowiedzi na swoje pytania, a przedstawione rady pomogą Ci wybrnąć z sytuacji w jakieś się znalazłeś.... » zobacz więcej
miłość czy Miłość?

Odpowiedzi na pytania

Odp: [1-50], [51-100], [101-150], [151-200], [201-250], [251-300], [301-350], [351-400],
[401-450], [451-500], [501-550], [551-600], [601-650], [651-700], [701-750], [751-800], [801-850], [851-900]
[901-950], [951-1000], [1001-1050], [1051-1100], [1101-1150], [1151-1200], [1201-1250], [1251-1300],
[1301-1350], [1351-1400], [1401-1450], [1451-1500], [1501-1500], [1551-1600], [1601-1650], [1651-1700],
[1701-1750], [1751-1800], [1801-1850], [1851-1900], [1901-1950], [1951-2000], [2001-2050], [2051-2100],
[2100-2150], [2151-2200], [2201-2250], [2251-2300], [2301-2350], [2351-2400], [2401-2450], [2451-2500],
[2501-2550], [2551-2600], [2601-2650], [2651-2700], [2701-2750], [2751-2800], [2801-2850], [2851-2900], [2901-2950], [2951-3000],
[3001-3050], [3100-3100], [3101-3150], [3151-3200], [3201-3250], [3251-3300], [3301-3350], [3351-3400],

Ewa czuje inaczej Ewa czuje inaczej
Jacek Pulikowski
"Ewa czuje inaczej", jest to ciąg dalszy "Krokodyla dla ukochanej". Z tamtej dowiedzieliśmy się, że warto wspierać rozwój mężczyzny stawiając mu wysokie wymagania, z tej natomiast wyciągniemy wniosek, że warto zadbać o uczucia... » zobacz więcej




  Ania, 24 lat
2050
02.01.2008  
Witam raz jeszcze!

Dziękuję za odpowiedź (pytanie 2008). Właściwie sprawa rozwiązała się, nim ją otrzymałam: otrzymałam wiadomość na GG od znajomej wspomnianego chłopaka, gdyż była ona zaniepokojona jego zachowaniem (miał myśli samobójcze, rozmawiał z nią o tym, że zamierza się zabić). Rozmawiałyśmy przez jakiś czas i zastanawiałyśmy się, jak mu pomóc. Rozmowa ta dała mi wiele do myślenia i choć ta osoba niczego mi nie sugerowała, wywnioskowałam z niej, że pewne fakty i przesłanki wskazują na to, że chłopak ten jest psychicznie chory albo ma do czynienia z narkotykami. Zadzwoniłam do niego i postawiłam sprawę jasno: kazałam mu wprost, bez żadnych wykrętów, powiedzieć, jak wyobraża sobie dalsze życie i jaka ma być w nim moja rola, powiedziałam mu też, że nie mogę pozwolić dłużej na takie traktowanie mnie (mam na myśli jego milczenie, te tapety w komputerze i kilka innych czynników). Wówczas on powiedział, że wszyscy mamy dać mu spokój, był agresywny i zimny - przyznam, że przestraszyłam się jego zachowania. Nie wiem, czy istotnie popełnił później samobójstwo, nie chciałam już tego sprawdzać. Mówił, że faktycznie to zrobi, a ja zrezygnowałam z prób ratowania go - uznałam, że on zaplanował to już wcześniej, że po prostu jest zdecydowany, by się zabić i że zrobi to, bez względu na jakiekolwiek działania osób trzecich.
Dzwoniąc do niego, byłam zdecydowana zerwać z nim i tak właśnie zrobiłam. Sama zrozumiałam, że on mnie nie kocha, bo może po prostu nie potrafi - zresztą, czy mógłby kochać kogokolwiek, skoro nie kocha samego siebie? Oczywiście, że nie! Nie mam do niego żalu, przebaczyłam mu jego zachowanie i mam nadzieję, że i Bóg mu przebaczy.
Zaniepokoiło mnie również i to, o czym Pani pisała w tym artykule - że on definiował miłość jako uczucie, co wydawało mi się dość infantylne i nieodpowiedzialne. Wstyd mi też trochę, że sama uległam uczuciu zakochania i zatraciłam swój realizm i rozsądek (bo mam świadomość, że miłość to nie uczucie, a decyzja woli - wiedziałam o tym już wcześniej) - na szczęście nie na tyle, by nie opamiętać się w porę. Uważam, ze podjęłam właściwą decyzję. Martwi mnie tylko jeszcze jedna kwestia: nie zamierzałam nikomu zwierzać się z tego, że z nim jestem (jakbym mimo wszystko wiedziała, że nic z tego nie będzie), jednak moi współkolatorzy "wyciągnęli" to ode mnie. Nie wiem teraz, jak mam im powiedzieć, że zerwaliśmy ze sobą (a miało to miejsce niemalże miesiąc temu). Codziennie rozmawiam przez GG z moim przyjacielem (po prostu przyjacielem - bez żadnych podtekstów), a oni nie wiedzą nawet, że to kto inny, że to nie tamten chłopak. Kiedy pytają mnie o to, nie odpowiadam albo udzielam jakiejś wymijającej odpowiedzi, nie potrafię powiedzieć im o tym wprost. Wstydzę się za siebie z powodu mojej naiwności - nie da się ukryć, że zachowałam się jak głupiutka nastolatka - i tego, że (wprawdzie na krótko) straciłam głowę. Boję się powiedzieć też, że rozmawiam z przyjacielem, aby nie pomyśleli, że szukam sobie kogoś na miejsce tamtego chłopaka, żeby nie uznali mnie za jakąś zachłanną modliszkę. Nie chodzi mi tu o moją dobrą opinię, lecz o to, że jestem zaangażowana w SNE i nie chcę, aby moje zachowanie było dla kogoś zgorszeniem, zwłaszcza że często rozmawiam z moimi domownikami o miłości, czystości, kobietach i mężczyznach itp. Wstyd mi też przyznać się do tego, że nie czuję po całym tym zajściu smutku ani żalu, nie czuję się nieszczęśliwa, nie rozpaczałam i nadal jestem pełna radości, choć może "powinnam" nosić jakieś ślady traumatycznych przeżyć. Nadal czuję się szczęśliwa, bo prawdziwe chrześcijaństwo polega na radości - uważam, że Pan Bóg ma na pewno dla mnie jakąś lepszą opcję, niż tamta i wiem, że jest to z pewnością opcja optymalna, bo On chce, żebym była jak najlepszym, najszczęśliwszym człowiekiem. Dlatego nie obawiam się o swoją przyszłość i nie ubolewam z powodu przeszłości. Myślę, że to właściwa postawa, tylko nie wiem, jak to wytłumaczyć moim współlokatorom. Wiem, że na pewno jak najprościej (mam zasadę, że nigdy nie kłamię), ale zwlekam z tym, bo nie chcę tłumaczyć wszystkim, co zaszło i dlaczego tak się skończyło. Wolałabym uniknąć pytań i odpowiedzi na nie.
Dziękuję za poprzednią odpowiedź, z Bogiem!


* * * * *

Moja Droga! Cieszę się, że tak to sobie poukładałaś. A pokój serca jest dowodem na to, że to była słuszna decyzja. Co do tego jak powiedzieć współlokatorom - w zasadzie to zupełnie nie ich sprawa i nie musisz niczego im wyjaśniać. Powiedz po prostu, że Wam nie wyszło, nie dogadaliście się. I tyle. Że nie zdecydowałaś się jednak z nim być - coś w tym stylu. Naprawdę nie musi Ci być głupio, przecież takie rzczy się zdarzają. I nie daj się wciągnąć w żadne dyskusje typu "dlaczego, a co się stało, a może jakoś pomóc". Odpowiedz szczerze, że nie z nim rozmawiasz na gg. Naprawdę nikomu nie musisz tłumaczyć się ze swoich decyzji a oni powinni to uszanować. Z Bogiem!

  M, 21 lat
2049
01.01.2008  
Bardzo Serdecznie Dziękuję Pani za odpowiedź (2034)
Jednak chodziło mi o coś innego, ale po części ma Pani rację..
Mój były chłopak zostawił mnie dla dziewczyny, która udzielała mu korpetycji.. Zostawił mnie, dla Niej.. Uzasadnił to tym, że bez Niej sobie nie poradzi na studiach.. Ona go wyręcza w robieniu projektów, różnych zadań. Wydaje mi się, że postąpił tak.. Bo było mu po prostu łatwiej i wygodniej. Choć jak po tym telefonie mnie zostawił, spotkaliśmy się 3 razy, na każdym spotkaniu płakał... ale nie wróci do mnie.. Bo wg. Niego przyznanie się do błędu i proszenie o wybaczenie - to słabość. - pisała Pani o męskiej dumie.
Nie napisałam o tym, ale po prostu, dla mnie to takie dziecinne i głupie, aby z takiego powodu Kogoś zostawić.
Dziękuje Bogu, że to wszystko stało się przed ślubem.
Pisała Pani, co ja widziałam w Jego oczach? Nie widziałam niewinności i chęci bycia ze mną. Widziałam podziw dla mojej osoby. Miałam wrażenie, że On za bardzo idealizuje mnie, że miał o mnie tylko jakieś wyobrażenia.., które odbiegały od rzeczywistoci.
Powiedział również, że zostawił mnie, bo nie byłąm odważna - i to byłą jedna wada, którą we mnie widział. Przykre, bo też wiele razy pokazał, że nie jest specem w odwadze..
Widziałam u Niego mnóstwo wad i mimo to akceptowałam je.. Pokochałam go takim jaki jest..
Pisała Pani "o palcu Bożym".. Przez ostatnie 2-3 miesiące zdarzyło się parę takich rzeczy, które dały mi do myślenia, kim on jest.. każde te wydarzenie potwierdzało, że jest nieodpowiedzialny, ale nie odeszłam.. Widocznie musiało się stać coś "mocnego", abym mną wstrząsnąć i wreszcie, abym przejrzała na oczy..
Czuję, że zaczął się dla mnie lepszy etap wżyciu.. Choć sylwestra spędziałam całkiem sama.. to wiem, że przyszły będzie inny:-)


* * * * *

Cieszę się, że się z tego podnosisz. Teraz będzie już tylko lepiej. Życzę siły i spotkania kiedyś prawdziwej miłości. Z Bogiem!

  ona, 18 lat
2048
31.12.2007  
Znów ja z listu 2029 i 1989. Mam na imię Basia:)

Dlaczego ja czuję się winna? BO czasem wydaje mi się (pomimo tego, że jestem podobno odpowiedzialna i nad wiek dojrzałą), to wydaję mi się, że życie traktuję troszkę jak zabawę- teraz zrobię to, ale jest potem czas, przecież to tylko chwilowe. Teraz staję jednak w obliczu czegoś co może zadecydować o całym moim życiu i chyba to mnie przerasta. Bo związek z innym chłopakiem to jakoś inaczej, jest czas, nie wiem, że to już na zawsze, ale z Adamem (bo tak się nazywa) to właśnie wydaje mi się, że to taka decyzja na całe życie.

Pani zastanawia się czy on bierze tą znajomość na poważnie. Myślę, że bardziej na poważnie niż ja, sama nie wiem. On wyszedł z propozycją spotkania, pytał o sylwestra. Ja powiedziałam, że nie. Był na święta w Polsce, chciał się spotkać, do samego końca mnie pytał, ale powiedział, że musi uszanować moją decyzję, choć bardzo chciał by się spotkać. Dzwonił jednak często do mnie. Teraz chce przyjechać w lutym, w czasie ferii. Ja się boję, nie wiem jak powiedzieć to rodzicom, Pani chyba też nie podobało by się, jakby Pani córka spotykała się z 16 lat starszym facetem. A Adam sylwestra spędza w swoim mieszkaniu, sam.

Jak widzi on naszą przyszłość. Widzi ją wyraźnie, to też mnie przeraża. Chciałbym abym po maturze przyjechała do kraju gdzie mieszka teraz, pomógłby mi na początku, załatwił mieszkanie, pacę i pomagał zwłaszcza finansowo do póki nie będę sobie sama dawała rady. Do tej pory chciałby przyjeżdżać do mnie w miarę możliwości co miesiąc. Inaczej widzę swoje życie, zresztą nie chciałabym zależeć finansowo od kogoś, z perspektywą że w sumie jeszcze nic nie wiadomo co my...

On jest bardzo kochany, dobry człowiek, ma oczywiście wady i z niektórymi poglądami się z nim nie zgadzam, ale wiem, że moglibyśmy dojść do porozumienia bo nie są to jakieś kolosalne różnice. Przeraża mnie jednak ta różnica wieku, 16 lat to bardzo dużo... Co rodzice...? Boję się też, że przy nim nie stałabym się do końca odpowiedzialna, że był by to troszkę związek tatuś córka.

Dziękuję za odpowiedzi na listy.


* * * * *

Przeczytaj odp. nr: 8, 28, 87, 310, 916, 1253 o różnicy wieku i pomyśl o nich. Poruszyłaś też bardzo ważną kwestię zależności finansowej, wyjazdu do obcego kraju i inne. Po pierwsze: w jakim chrakterzeTy byś miała tam przebywać? Czy on się jakoś wobec Ciebie zadeklarował? Po drugie: dlaczego on nie bierze pod uwagę, że Ty możesz chcieć iść na studia? A Ty nie chcesz? Przecież tylko z polską maturą w obcym kraju to dużych szans nie masz. Nie wiem też jak do tej pory wyglądały Wasze relacje (nic nie piszesz o tym w pytaniach, które podałaś) jednak nietrudno się domyślić, że jest to tzw. miłość na odległość. O tym poczytaj w odp. nr: 97, 120, 112, 132, 278, 620, 864. Słusznie obawiasz się reakcji rodziców. Czy oni go w ogóle znają? Jeśli przyjedzie na ferie przedstaw go im. Porozmawiaj też z nimi i posłuchaj co mają Ci do powiedzenia. Wiedz, że związek to bardzo poważna sparwa i wymaga gruntownego poznania się i wiele pracy. Nic samo się nie ułoży. To nie jest tak, że wyjedziesz i będzie bajka. Przede wszystkim też zapytaj siebie czego pragniesz, jakie są Twoje priorytety i plany. Kim chcesz być w życiu, jaki mieć zawód, gdzie pracować, gdzie się uczyć. To nie jest tak, że z każdym kogo spotkamy musimy założyć rodzinę, bo nie ma przeznaczenia, pisałam o tym w tym artykule: [zobacz].
Poczytaj, pomyśl. Życzę owocnych decyzji. Z Bogiem!

  Dominik, 21 lat
2047
31.12.2007  
witam, wracam na ta strone po 2 latach, dowiedzialem sie dzis, ze w zyciu mojej narzeczonej pojawil sie ktos trzeci, z informacji ktore do mnie dotarly, ze rozmawia i przebywa z nim teraz znacznie wiecej niz ze mna, mysli, ze juz chyba nic nas juz nie laczy - a w zeszlym miesiacu udawalismy sie jeszcze do kosciola zeby rezerwowac datę ślubu, przebieralismy w sukniach slubnych itd. jak to sie moglo stać, ze w ciagu miesiaca tak sie zmienilo wszystko? wiem, ze ona na pewno go nie kocha bo tyle mi powiedziala, a nigdy by mi nie sklamala, powiedziala, ze kocha mnie, ale z pewnego zrodla wiem, ze rowniez bardzo pragnie znalezc sie w objeciach tamtego, lacza ich wspolne zainteresowania - ja pracuje i studiuje jednoczesnie informatyke a ona jest studentka slawistyki, zaczelo sie od tego, ze on zaczal jej pomagac w tlumaczeniach a teraz wydaje mi sie, ze ona nawet mowi do niego tak jak kiedys do mnie :((
powiedzcie mi co mam robic, dzis rano wyszedlem z psami na spacer nad jezioro - zamarazniete ale juz zaczynalo sie dzis topic, z rozpaczy poszedlem na sam srodek i zaczalem wolac do Boga, zeby to juz skonczyl bo ja czegos takiego nie wytrzymam, chcialem zeby mnie zabil, pozniej chcialem zalamac lod pod soba ale stety-niestety wytrzymal... szaleje juz z rozpaczy, ale nadal ja kocham i nie wyobrazam sobie zycia dalszego bez niej, a na to wszystko sie zanosi pomimo tego, ze ona jego nie kocha a kocha mnie, co mam robic???

ps. wiem, ze samobojcy trafiaja prosto do piekla, ale skoro juz mam je na ziemi to co za roznica?

prosze o szybka odpowiedz, za pare godzin znow mam sie z nia spotkac... :((


* * * * *

Ale przede wszystkim: skąd masz te informacje? Od kogo?
Powinieneś o tym jej poweidzieć, zapytać ją wprost i z nią porozmawiać.
Przecież to niedorzeczne, żeby chcieć popełnić samobójstwo bo ktoś Ci o czymś powiedział. Może to jest prawda, ale to ona musi jednoznacznie tą sprawę wyjaśnić. Tutaj szczerość jest konieczna. Mnie osobiście też nie chce się wierzyć, że kobieta, która przygotowuje się do ślubu, jest data, wybiera suknię utrzymuje potajemnie takie relacje z kimś innym. Bo jeśli by tak było to po co "szpoka" ze ślubem? Koniecznie wyjaśnij to w bezpośredniej rozmowie! Z Bogiem!

  k., 26 lat
2046
26.12.2007  
odczas spowiedzi chciałam zapytac spowiednika o pewna sprawe ale niestety nie uzyskałam odpowiedzi. Konktetnie czy jesli kobiecie sni sie sen o charakterze erotycznym, a organizm reaguje na tego typu zdarzenie to czy nalezy uznac to za grzech? Bedę wdzieczna za odpowiedz.

* * * * *

Grzechem jest świadome i dobrowolne przekroczenie Bożego przykazania w sparwie ważnej. Nie mogę za Ciebie rozstrzygnąć czy to było grzechem bo tylko Ty znasz więcej szczegółów. Zadaj sobie pytanie na ile świadomie i dobrowolnie reagowałaś. Dobrze zrobiłaś, że mając wątpliwości powiedziałaś o tym spowiednikowi. Być może on nie zrozumiał o co Ci chodzi? Może więc nie tyle pytaj co o tym powiedz na następnej spowiedzi. Z Bogiem!

  Ania, 13 lat
2045
25.12.2007  
Ja mam 2 problemy. Ten pierwszy dotyczy rodziców. Mianowicie, mój tata jest marynarzem i z związku z tym częściej go nie ma w domu niż jest. Chodzi o to, ze moja mama ma romans!! Wiem, że to już się długo ciągnie, jakieś 4 lata. Już kiedyś omal to nie doprowadziło do rozwodu, jednak tata przebaczył. Niestety moja mama nadal to ciągnie.
Obecnie nikt o tym nie wie.Nawet mama nie wie, że ja wiem. Kompletnie nie mam pojęcia, co mam robić. Jeśli o tym powiem, to wtedy rozbiję moją rodzinę. A ja tego nie chcę! A z mamą porozmawiać też się boję. Boję się tego jej kochanka. A jeśli on coś nam zrobi, jeśli powiem o tym rodzinie??
2 problem to już mniej poważny. Dotyczy chłopaka. Podoba mi się pewien chłopak. Lecz nje jestem pewna, czy on to odwzajemnia. Często na mnie spogląda na przerwach w szkole. Jak byliśmy na tej samej wycieczce to raz się do mnie uśmiechnął tak jakby niepewnie. Ale ostatnio coś już tak nie patrzy się na mnie (wiem, że dziewczyny nie ma!). Jak mu mogę dać wyraźny, ale subtelny znak, że mi się podoba (nie chciałabym, aby jego klasa się o tym dowiedziała, bo będą plotkować).


* * * * *

Po pierwsze: bardzo delikatny problem. Jeśli jesteś pewna, że faktycznie Twoja mama ma romans to jednak delikatnie z nią porozmawiaj. Daj jej znać, że wiesz i co myślisz. Oczywiście tacie nie mów, bo to ona powinna z nim porozmawiać. Z pewnością w małżeństwie Twoich rodziców nie dzieje się najlepiej jeśli do tego doszło. Porozmawiaj też z kapłanem np. podczas spowiedzi o tej sytuacji, on Ci coś doradzi i porozmawiaj z mamą. Powiedz, że kochasz tatę i że nie akceptujesz tego co robi. Przecież ona powinna być dla Ciebie przykładem.
Po drugie: przeczytaj odp. nr: 3, 30, 37, 134, 411, 912, 1486, 1932 o tym jak nawiązać kontakt. Tylko absolutnie nie wyznawaj uczuć o tym pisałam w tym artykule: [zobacz]. Z Bogiem!

  Adam, 25 lat
2044
25.12.2007  
witam mam taka sprawe prosze o pomoc... w lipcu poznalem mila urocza kobiete lat 22... w tym czasie powiedziala ze nie ma chlopaka wiec sie wkolo nie krecilem bardzo Mi sie spodobala, a ja jej,, i noc spedzilismy razem w lozku... nastepnego dnia wrocilismy do domu... aa aspotkalismy sie na klubowym zlocie... no i nastepnego dnia powiedziala Mi ze nie mozemy sie spotykac bo kocha kogos i zerwala z kims 3 tygodnie temu i wraca do n iego nie chciala ze Mna utrzymywac wogole kontaktu ale ja nalegalem ze moze wtedy zostaniemy kolegami, przyjaciolmi... bylem bardzo wyrozumialy i rozumialem ja i nie robilem jej wyrzutow ze mnie tak potraktowala... powiedzialem jej ze bede na nia czekal... i po jakims czasie dowiedzialem sie ze znowu znim nie jest.. i zaczelismy z nowu pisacze soba chodzic na imprezy ale bez sexu ;) tylko kolezenstwo... i potem znowu wrocila do niego ale nasz kontakt byl utrzymywany jakos tam... no i pewnego dnia umowilismy sie ze przyjde po nia do pracy.. i po pracy poszlismy do niej kupilismy sobie wodke i pilismy z jej mama drinki jej mamie wpadlem odrazuw oko i powiedziala ze mi ufa jka niukomu innemu... i skonczylo sie wszystko ze jej mama poszla spac a ja z nia zostalem i skonczylo sie znowu na sexie... i razemu usnelismy, nastepnego dnia spytalem co teraz bedzie z nami?? odpowiedziala ze nie wie..a z Tym swoim znowu zerwala i nie byla z nim 3 tyg... no i tego dnia poszlismy razem na impreze ze znajomymi i w polowie imprezy powiedziala ze chce jednak ze mna byc... no i jestesmy juz razem prawie dwa miesiace... ale w tym czsie pisze ze swoim a on ja prosi by wrocila do niego by mu wybaczyla itp na poczatku sie klocili... Aja to odczuwalem namaxa... przeszkadzalo Mi to i przeszkadza.. teraz sie z nim pogodzila przez sms a ja poczulem ze teraz ze mna pisze jak z kloego i mnie traktuje jak kolege.. nie wiem co sie dzieje... powiedzial mi ze do niego juz nie wroci i ze mam byc spokojny... aqle ja teraz na tym cierpie i to bardzo... nie zachowuje sie tak jak kiedys nie mowi mi kochanie skarbie czy cos moze to szczegoly ale wazne i to jeszcze w swieta a tym bardeziej ze wyjechala na swieta do rodziny... i czuje sie samotny... wiem ze przez niego bo czesto do niej pisze i wogole a ona rozmysla itp i zamula.. i nie jest wylewna w uczuciach... przez ten czas co sie poznalismy dla mi juz 3 razy kosza... i wrocila do niego... ale ja sie w niej zakochalem i ja kocham i ona o tym dobrze wie... robie dla niej bardzo duzo..i co z tego mam nic!!! co powinienem zrobic?? prosze o pomoc!!!

* * * * *

A Wy naprawdę macie tyle lat ile podajesz? Jeśli ten tekst nie jest prowokacją (w co nie bardzo mi się chce wierzyć) to jeśli chcesz wejść z nią w normalny związek to zacznijcie od początku: spotkania, poznawanie się, randki, rozmowy. A nie noce wspólne i wódka z rodzinką. Czy to jest robienie dobrego wrażenia na jej mamie? Przynoszenie alkoholu i spędzanie nocy z jej córką pod jej dachem? To brak szacunku. Jeśli jak twierdzisz - zakochałeś się to szanuj dziewczynę, nie proponuj jej seksu ale staraj się jej pomóc i staraj się poznać jej duszę a nie ciało. Natomiast jeśli ona ciągle wraca do tamtego chłopaka to wygląda na jakieś uzależnienie emocjonalne od tamtego. Dziwię się też Tobie, że się na to ciągle godzisz. A może potrzeba też rozmowy z tym chłopakiem? Przemyśl to. Życzę dobrych wyborów!

  Anna, 23 lat
2043
24.12.2007  
Witam. Bardzo proszę o pomoc bo nie bardzo wiem co robić. Jestem z chłopakiem od 3,5 roku. Na początku byłam nim bardzo zauroczona i nie potrafiłam bez niego żyć, teraz to wszystko jakby trochę "przygasło", ale dalej wydaje mi się, że go kocham. Mało rozmawiamy na temat naszej przyszłości, ale jak ostatnio zaczęłam pytać powiedział mi, że mnie kocha ale wie, że będzie nam razem "ciężko żyć". Dużo nas różni ja chodzę do Kościoła on nie, on chciałby żebyśmy zaczęli współżyć, ja mam odmienne zdanie. Ostatnio powiedział żebyśmy razem zamieszkali, żeby zobaczyć jakby było, ja odmówiłam. Mamy też odmienną wizje na temat naszego wspólnego mieszkania, na temat ślubu, bo dla niego ślub kościleny nic nie znaczy. Bardzo mnie to wszystko męczy bo chciałabym kiedys założyć szczęśliwą rodzinę, a sama równiez nie jestem przekonana, że z nim byłoby mi dobrze. W każdym razie on niczego mi nie obiecuje. Nie wiem co robić bo mam takie poczucie, że bez niego mi źle i z nim niedobrze. Na dodatek bardzo zamykam się na nowe znajomości, tak jakbym bała się kogoś poznać, bo wtedy stanę przed wyborem i będę musiała go zranić, gdy np. ktoś inny mi się spodoba. Proszę o jakąś radę.

* * * * *

No, moja Droga wiele was różni. Przede wszystkim światopogląd, bo wygląda na to, że Twój chłopak jest niewierzący. Są możliwe takie związki, nawet poprawnie funkcjonujące, ale chłopak ma rację, że "będzie ciężko". Bo przecież codzienne życie z kimś samo w sobie jest trudne, bo spotykają się dwa światy o odmiennych usposobieniach, temperamentach, zainteresowaniach, nawykach. Ale jeśli patrzą w tym samym kierunku to się "dotrą", tzn. wypracują kompromisy, raz jedna osoba z czegoś rezygnuje lub zgodzi ze względu na drugą osobę, raz inna. I dlatego tak ważny jest fundament. Natomiast jeśli wspólnego fundamentu brakuje to więcej jest kofliktów, rozczarowań, żalu. Co jednak nie oznacza, że takie związki są niemożliwe. Ale wymagają więcej pracy, kompromisu, rezygnacji z siebie. Proszę przeczytaj odp. nr: 69, 466, 1682, 1358, 1710. Pomyśl też czy przyczyną Waszego niezrozumienia jest "tylko" wiara. Bo może jeszcze inne różnice wynikające np. z różnic w psychice. Dlatego polecam Ci też te artykuły: [zobacz], [zobacz] oraz odp. nr: 568, 674, 715, 966, 970, 1005, 1101, 1102.
I pomyśl na ile będziesz silna, by wziąć tylko na siebie np. ciężar wychowania dzieci w wierze, samotnego uczestniczenia w sakramentach, kwestię naturalnego planowania rodziny itp. To ważne sprawy, dlatego trzeba wszystko dobrze przemyśleć. Rozumiem, że po kilku latach ciężko jest odejść, natomiast czy tylko strach przed zranieniem go Cię wstrzymuje? Jeśli tak nie wahaj się, natomiast jeśli nie to polecam Wam jeszcze jeden najważniejszy test "Wieczory dla zakochanych". Pojedźcie lub pójdźcie, to będą godziny prawdy. Informacje znajdziesz na stronach: www.spotkaniamalzenskie.pl, www.malzenstwo.pl
Nie zrażaj się, że to głównie dla narzeczonych, bo fakt można uzyskać zaświadczenie o ukończeniu kursu ale przede wszystkim jest to cykl rozmów dla osób poważnie o sobie myślących. Życzę błogosławionych efektów! Z Bogiem!

  Magdalena, 18 lat
2042
24.12.2007  
Witam...
Napisałam ostatnio list i mimo, że jeszcze nie dostałam odpowiedzi piszę znowu... Zupełnie nie wiem co robić, co myśleć i co czuć. Bo niestety, a może i na szczęście o tym co czujemy też chyba możemy decydować... A ja teraz nie wiem czy zdecydować się na uczucie do chłopaka czy też nie. Może nawet nie tyle zdecydować bo ono już jest, ale pozwolić mu trwać i go nie odrzucać. Mam wątpliwości ponieważ sytuacja jest... wielki problem sprawia mi przedstawienie tego. Jest właśnie tak, że nie wiem jak jest. Znamy się 5 miesięcy. Przez długi okres ze względu na to czym się zajmujemy spędzaliśmy ze sobą bardzo dużo czasu. Poznaliśmy się blisko i (tego jestem pewna) z obu stron wypływała wielka sympatia do drugiej strony. Na początku były to relacje tylko koleżeńskie. Z czasem jednak zaczęło coś iskrzyć. Nie było między nami nic jednoznacznego. Żadnych pocałunków ustalania, że jesteśmy parą itp. Jednak coś między nami było. Osoby z naszego środowiska to widziały, coraz częściej słyszałam od ludzi, że myślą, że jesteśmy razem. My jednak tkwiliśmy długo w tym punkcie kiedy jest jasne, że coś się do siebie czuje, ale jeszcze się tego jednoznacznie nie pokazuje i nie dąży do stworzenia poważnego związku. Mnie zaczęło to męczyć. Naciskałam delikatnie i w końcu porozmawialiśmy trochę. Chyba pisałam o tym w ostatnim liście. Powiedział, że przeżył wiele zawodów i teraz ma problem z zaufaniem drugiej osobie, że potrzebuje czasu. Po tej rozmowie trochę się uspokoiłam. Jednak od jakiegoś czasu było źle. Przestaliśmy mieć ze sobą kontakt. Nasza sytuacja się zmieniła i już nie przebywamy ze sobą tak dużo jak kiedyś. Kiedy zauważyłam, że coś zaczyna się psuć zaczęłam próbować zainicjować rozmowę. Poczułam się w końcu jak idiotka, która biega za chłopakiem, a on ją olewa. Zaczęłam go traktować mówiąc delikatnie - chłodno. Uznałam go za najgorszego drania. Poczułam się jakby mnie w pewien sposób wykorzystał. Rozkochał mnie w sobie, bawił sie dobrze, a kiedy mu się znudziło po prostu zaczął mnie traktować jak każdą koleżankę. Bo on źle mnie nie traktował. Po prostu zaczął mnie traktować jak gdyby nigdy nic.
Wczoraj wreszcie doszło do rozmowy. Nie on zaczął tylko znowu ja... Nie chciałam się go prosić o wyjaśnienie, ale jednak chciałam wiedzieć dlaczego. Zapytałam go tylko czy nie ma mi już nic do powiedzenia. Zaczęliśmy rozmawiać. Wszystkiego tu nie jestem w stanie opisać... Rozmawialiśmy 2 godziny. Głównie on mówił. Nie rozmawialiśmy tylko o nas. dużo mi się zwierzał ze swoich osobistych problemów, mówił o tym co męczy go teraz i o przeszłości. Rozmawiał ze mną jak z dobrą przyjaciółką.
Kiedy go poznawałam i dużo z nim przebywałam uważałam go za wspaniałego człowieka, po tym co mi zrobił uznałam to wszystko za pozory i stwierdziłam, że jest draniem, a teraz... po tej rozmowie widzę, że to naprawdę dobry chłopak. Czuję coś do niego i teraz nie wiem co robić. Czy tłumić to uczucie i postarać się z nim przyjaźnić (bo myślę, że mógłby być świetnym przyjacielem w dobrych i złych chwilach), czy czekać i mieć nadzieję, że może coś się jeszcze z tego rozwinie.
Przeprosił mnie za to, że mnie zranił. Mówił, że tego nie chciał. Przeciwnie, starał się jak mógł trzymać to na dystans bo wiedział, że jeszcze przez jakiś czas nie będzie chciał się wiązać. Jednocześnie też nie było tak, że nic do mnie nie czuł. Myślał o mnie podobno bez przerwy. Pokazywał moje zdjęcie mamie, siostrze, opowiadał o mnie, śniłam mu się.
Wiele jeszcze mówił, ale nie będę przedłużać, myślę, że to wystarczy.
Powiedział mi co czuł, ale słowa nie było na temat tego jak jest teraz. Nie wiem czy mu przeszło, czy już wie że nic z tego nie będzie i chce się tylko przyjaźnić czy może jest nadal tak jak było - na razie chce się jeszcze bliżej poznać i jeszcze sam nie wie co może być dalej, nic nie przesądza i nie przekreśla. I ja tak teraz rozmyślam czy jest dla nas jeszcze szansa choćby w dalekiej perspektywie, czy nawet nie warto na nic liczyć. Wiem, że jak teraz tego uczucia nie odrzucę to wkrótce ono się rozwinie bardziej, a wtedy już nie będzie szansy żebym mogła się z nim zwyczajnie przyjaźnić, sama będę się tym ranić. Raz myślę, że trzeba walczyć, że on jest tego wart, a raz że właśnie dlatego, że jest tak wartościowy powinnam postarać się o jego przyjaźń i nie ryzykować utraty wszystkiego.
Wiem, że Pani za mnie decyzji nie podejmie choć bardzo bym chciała żeby ktoś to zrobił. Jednak bardzo proszę o określenie jak to wygląda w Pani oczach.
Pozdarwiam


* * * * *

Magdo odpisałam Ci w odp. nr 2002, przeczytaj. I podtrzymuję to co napisałam. Szansa jest ale dlaczego Ty jesteś taka niecierpliwa? Naprawdę 5 miesięcy to jeszcze nie tak długo. I on ma prawo jeszcze nie być zdecydowanym i Ty też nie musisz decyzji teraz podejmować. Miłość jest cierpliwa. Pozwól jej dojrzeć, poczekaj, a w tym czasie módl się o to. Arcydzieła wymagają czasu, nic nie tworzy się natychmiast. Zaufanie, budowanie relacji też wymaga czasu, poznania się, oswojenia. Sama piszesz, że zmieniasz o nim zdanie - a zatem czas działa tu na korzyść. Życzę Ci naturalnie by wszystko się wyjaśniło, ale nie naciskaj! Z Bogiem!

  Margaret, 17 lat
2041
22.12.2007  
Jak pokazać mu, że go kocham. Oczywiście, żeby inni sobie nie pomyśleli. Jak to powiedzieć? On powiedział kumplom, że mnie kocha. Jak mam powiedzieć chłopakowi ktorego kocham, że go kocham?
Żeby inni nic nie podejrzewali. On wyznał koledze, że mnie kocha.
Dowiedzialam się o tym od jego kolegi, bo pytalam się jego jak trzeba bylo zrobić pracę. On odesłał mnie do Łukasza( chlopaka którego kocham) i powidział mi, że mnie Łukasz kocha. Jak mam łukaszowi delikatnie powiedzieć?


* * * * *

Przede wszystkim przeczytaj ten artykuł: [zobacz]. I nic nie rób. Jeśli on powiedział to swoim kolegom to z pewnością wyzna to też Tobie, zatem go nie uprzedzaj i pozwól mu się wykazać. A koledzy nie powinni zdradzać sekretów bo najprzyjemniej usłyszeć to od ukochanego a nie od jego kumpli. Z Bogiem!

  osiemnastolatka, 18 lat
2040
22.12.2007  
Jestem przeciętną 18 latką. Mam swoje zasady, wierzę w Boga, ale o co chodzi. Nie mam powodzenia, koledzy mnie lubią, ale żeby coś więcej to raczej nie. Nie martwi mnie to w zasadzie, nie chce mieć chłopaka, tylko, żeby mieć. Co mnie jakoś martwi dziwi... jeżeli już się komuś podobam to mężczyzną koło lub po 30-stce. Nie wiem dlaczego tak jest. Ale takim dobrym mężczyzna, nie jakimś tam starym napalonym kawalerom. Nie jestem jakaś specjalnie urodziwa, czy coś.Dlaczego podobam się takim dojrzałym mężczyzną, nie robię nic by tak było. W przyszłości chciałabym mieć, chłopaka, męża, chyba i starszego, ale raczej nie tak dużo.

* * * * *

Albo to kwestia przypadku albo może jesteś dojrzalsza niż Twoje koleżanki i chłopcy w Twoim wieku czują się przy Tobie jak dzieciaki? A poza tym chłopcy później odczuwają potrzebę bycia w związku i może akurat Twoi koledzy nie są jeszcze zainteresowani? A może też nie masz zbyt dobrych relacji w Twoim ojcem i podświadomie szukasz kogoś starszego, kto zaspokoiłby Twoją potrzebę bezpieczeństwa? Trochę pisałam o tym w tych odp.: 8, 28, 87, 310, 916, 1253 wprawdzie dotyczą one już związków ale piszę też o przyczynach takiego stanu, poczytaj. Z Bogiem!

  maria, 16 lat
2039
21.12.2007  
Witam serdecznie! Mój chłopak twierdzi, że studenci (chłopak z dziewczyna) którzy razem mieszkają razem (ale nie współżyja) przed slubem nie robia nic złego. Mówi ze czasy sie zmieniaja i ze to takie staromodne poglady ze nie mozna razem zamieszkac. Jak mu to wytłumaczyc??? prosze o pomoc. Dziękuje z góry i pozdrawiam- z Bogiem!

* * * * *

No to się myli. Polecam gorąco wspaniałe audycje na ten temat ks. Piotra Pawlukiewicza na www.sielskiefale.pl. Poza tym tak w skrócie:
- mieszkając razem narażacie się na pokusy (naprawdę trudno jest "wytrzymać" a po co się katować i żyć w ciagłym stresie?). Nie uwierzę, że na chłopaka nie działa jego dziewczyna, a jak nie działa to jego organizm nie funkcjonuje prawidłowo i powinien się do lekarza przejść. A jak jednak działa to ciągle siebie i ją naraża na grzech,
- poprzez ciągłe powstrzymywanie się od wspołżycia mimo sytuacji w których np. widzą się w piżamach, nie daj Boże śpią w jednym łóżku mogą nabawić się nerwicy na tym tle (zakoduje im się, że współżyć nie wolno, to coś złego, podniecenie jest zaraz wygaszane) co może przyczynyć się do poważnych problemów w małżeństwie kiedy to (częściej kobieta ale mężczyzna może też) będą mieli problemy ze współżyciem, będą czuli jakieś dziwne wyrzuty sumienia przy podnieceniu, ciężko będzie osiągnąć orgazm, bo ciągle będą seks kojarzyli jako coś od czego za wszelką cenę (cenę grzechu) trzeba się powstrzymać.
- nie mają na czole wymalowane, że nie współżyją i ludzie odbierają to jednoznacznie - że to konkubinat, a zatem jest to grzech zgorszenia i podpada po kategorię tzw. "grzechów cudzych",
- tracą coś bardzo ważnego - ową "piewszość", tajemniczość, ową radość wspólnego odkrywania pewnych spraw dopiero po ślubie. Więcej na ten temat pisałam w tym artykule: [zobacz] i tych odp: 530, 739. Polecam lekturę i życzę owocnych przemyśleń. Z Bogiem!

  Piotr, 18 lat
2038
21.12.2007  
Jestem z moja dziewczyna od 4 miesiecy. Jestesmy razem szczesliwi. Mysle ze przeszlismy juz etap zakochania. Zarowno ja jak i ona myslimy madrze o zyciu. Zalezy nam na sobie. Myśle ze nasze uczucia sa na podobnym poziomie. Jednak ja powiedzialem jej ze ja Kocham (a jestem świadomy do czego te słowa zobowiazuja i co znacza). Ona powiedziala ze nie jest pewna czy to co czuje moze nazwac miloscia. Chce zapytac czy ona moze sobie uswiadomi ze to milosc po pewnym czasie czy to tez zle ze mi tez jej nie wyznala teraz???

* * * * *

Jeśli ona szczerze Ci powiedziała, że nie jest pewna to tylko pogratulować, a wiesz dlaczego? Tego, że Ci ufa, jest wobec Ciebie szczerza, nie boi się powiedzieć szczerze o swoich uczuciach i nie boi się, że ją zostawisz i się odsuniesz. Ma nadzieję, że zrozumiesz. Może też nie jest jeszcze na tym etapie związku co Ty. Odpowiadając na Twoje pytanie: ona potrzebuje więcej czasu i jest duża szansa, że po jakimś czasie ona będzie pewna tego co czuje i gotowa na odwzajemnienie miłości. Tylko do tej pory nie naciskaj i nie pytaj. Daj jej czas, po prostu "poczekaj" na nią. A może zbyt wcześnie miłość wyznałeś? Przeczytaj ten artykuł: [zobacz].

  Bartek, 13 lat
2037
21.12.2007  
Ktoś chce ze mną chodzić , ale ja nie odwzajemniam tego uczucia. Jak dać tej osobie do zrozumienia, że z tego związku nic nie będzie (delikatnie)?

* * * * *

Proszę przeczytaj odp. nr: 33, 77, 90, 119, 185, 224, 680.

  Maria, 24 lat
2036
20.12.2007  
Witam serdecznie. Mój problem jest dosyć nietypowy. Otóż 3 lata temu poznałam mojego chłopaka - na początku właściwie nic do niego nie czułam - to on starał się utrzymywać ze mną kontakt. Owszem - byłam nim zainteresowana ale coś przeszkadzało mi zbliżyć się do niego. Przez cały czas znajomości przeplatały się okresy fascynacji jego osobą - jego szlachetnym charakterem - z okresami niczym nieuzasadnionego wycofania z mojej strony. Coś wewnątrz mnie buntowało się przeciwko tej znajomości - i najgorsze jest to, że sama nie wiedziałam o co mi właściwie chodzi. Moja rodzina i znajomi byli pod wrażeniem tego chłopaka. Niestety on wyczuwał, że coś we mnie nie gra, że bywałam niedostępna, jakby nieobecna, czasami aż nawet odpychająca. Było mi go strasznie żal i kilka razy myślałam o zerwaniu znajomości. Modliłam się o wyjaśnienie tej sytuacji i wtedy zawsze działo się coś, co zbliżało nas do siebie. Niestety od miesiąca nie jesteśmy razem - chłopak zerwał ze mną po 3 latach - powiedział, że brakuje mi czegoś, żeby mógł mnie pokochać. I chyba wiem o co mu chodziło - pewnie miał dosyć tych moich dziwnych stanów i naprawdę nie dziwię mu się. Jednak co mogło być przyczyną tego mojego zachowania? Czy to w ogóle da się jakoś wytłumaczyć? Boję się, że kiedyś mogę popełnić podobny błąd. Mam do siebie straszny żal, że w tak dziwny sposób straciłam wartościowego człowieka...

* * * * *

No nie piszesz nic konkretnego: w jakich momentach to się działo, jakie okoliczności zewnętrzne lub wewnętrze miały na to wpływ? Może prozaicznie miałaś gorszy nastrój przed miesiączką? To nie jest śmieszne, bo w niektórych kobietach tak hormony szaleją, że z małą depresją to graniczy. A może wtedy kiedy tego potrzebowałaś nie otrzymywałaś od niego wsparcia np. miałaś problem a on zostawiał Cię z nim samą "do przemyślenia" bo myślał, że jeśli on takiego oddalenia wtedy potrzebuje to Ty też? Może nie rozumieliście różnic w Waszej odmiennej psychice? Pisałam o tym w odp. nr: 568, 674, 715, 966, 970, 1005, 1101, 1102 oraz tych artykułach: [zobacz], [zobacz], świetnie też tłumaczy to John Gray w książce "Mężczyźni są z Marsa, kobiety są z Wenus" - polecam! A może Ciebie właśnie krępowało i frustrowało to, że on jest taki "idealny" i wszyscy się nim zachywcają? Może przez to czułaś się gorsza, pełna wad i że mu nie dorównujesz? Może on był spokojnym domatorem, dobrze ułożonym a Ty miałaś ochotę na odrobinę szaleństwa? A może on miał zbyt duże wymagania co do Twojej osoby i to Cię frustrowało?
A przede wszystkim to on powinien Ci powiedzieć czego konkretnie mu do tej miłości zabrakło. A może mylił miłość z zakochaniem? Pisałam o tym tutaj: [zobacz]. W każdym razie powinien Ci to wyjaśnić. Przeczytaj polecane teksty, pomyśl. I módl się o uzdrowienie serca i prawdziwą miłość. Z Bogiem!

  Joanna, 28 lat
2035
20.12.2007  
Witam serdecznie!
Czytając odpowiedzi na pytania zamieszczone na tej stronie wielu mądrych i dobrych rzeczy nauczyłam się i chciałabym za to bardzo podziękować! DZIĘKUJĘ!! :-)
Może i tym razem pomożecie...
Jestem panną, przedsiębiorcą, dla której Bóg i rodzina są najważniejsze. Staram się żyć tak, żeby każdy w moim postępowaniu widział, że jestem dzieckiem Bożym i jego narzędziem na tej ziemi. A jest to trudne, bo jak napisałam wcześniej mam własną firmę... Stereotyp biznesmena w Kościele i w społeczeństwie jest bardzo zły. Bo biznesmen to ktoś kto kombinuje, kradnie, wyzyskuje... A moi rodzice bardzo ciężką i uczciwą pracą wszystko osiągnęli i teraz ja to od nich przejęłam: głównie umiejętność ciężkiej i uczciwej pracy z poszanowaniem każdego człowieka. Okazuje się jednak, że to wszystko ma małe zaczenie, gdy.....
Jakiś czas temu byłam bardzo zakochana i planowaliśmy ślub. Po wybraniu obrączek i dogadaniu wszystkich szczegółów wspólnego życia, poprosiłam ukochanego o podpisanie rozdzielności majątkowej (też miał swoje firmy, plany inwestycyjne itp.). I... odszedł stwierdzieszy, że nigdy tak naprawdę mnie nie kochał... Zaznaczę, że był to bardzo religijny chłopak, przez co jeszcze bardziej nie mogłam się podnieść z tej otchłani rozpaczy i rozżalenia....
Pan Bóg tak pokieriwał moimi losami, że pomimo tego, że nie szukałam! znalazłam człowieka mądrego i dojrzałego, który się we mnie zakochał i jest ze mną. Długo bałam się mu zaufać... Ale udało się! Chcemy swoje życie budować w Bogu i w prawdzie. Bardzo dobrze nam razem BYĆ, rozmawiać, wspólnie spędzać czas. Ale jest jeden problem....jemu przeszkadza moje bogactwo (został wychowany w rodzinie, w której jest to coś złego). Bardzo mnie tym zasmuca i rani!!! Mam wrażenie, że nie widzi mojego serca, dobroci, tego jakim jestem człowiekiem, tylko samochód jakim jeżdżę... Tyle już łeż wylałam i po prostu nie wiem co robić. Zostawić dobrą pracę (dzięki której mogę tyle dobrego robić dla innych i robię, ale cichaczem!), dom, sprzedać to i... i co dalej? Będziemy szczęśliwi? Czy mieszkanie w małym mieszkanku jest warunkiem szczęścia?? Jeśli tak to zostawiam wszystko i idę, bo chcę stworzyć szczęśliwą rodzinę!!
Bardzo proszę o pomoc...


* * * * *

Droga Joanno! Ważny temat poruszyłaś. I trudny.
Moim zdaniem Twój narzeczony nie tyle nie chce byście byli zbyt majętni tylko przeszkadza mu to, że ...Ty jako kobieta zapewniasz (w tym momencie) Waszej przyszłej rodzinie większe bezpieczeństwo finansowe niż on. Bo widzisz, natura mężczyzny jest taka, że to on jest bardziej stworzony do bycia tym oparciem rodziny - w sensie zapewniania jej bytu, bezpieczeństwa, obrony. Tak to Bóg urządził i jeśli słuchałaś ostatniego listu biskupów to też było to jasno powiedziane. Nawet św. Józefowi Bóg wprost powierzył misję ochrony Jezusa i Maryi, a mógł przecież w cudowny sposób, nawet odmienny od przyjętych wówczas stereotypów urządzić wszystko inaczej. A jednak szanując właśnie naturę i przeznaczenie mężczyzny jako opiekuna chciał by On zapiekował się Święta Rodziną. Co zatem z tego wynika? Otóż mężczyznę boli jak kobieta więcej zarabia, jest na wyższym stanowisku i generalnie "rządzi". I nie z azdrości, broń Boże! Boli go to, gdyż go to - w jego oczach i w jego mniemaniu- dyskwalifikuje w jego odwiecznej roli.
Mężczyzna najlepiej się czuje jeśli ma poczucie swojej siły, mądrości i zaradności. Największy kompleks wszystkich mężczyzn pojawia się na tle jego kompetencji. Bo bycie kompetentnym to dla mężczyzny najważniejsza męska cecha. On czuje się spełniony jeśli potrafi zapewnić rodzinie byt, jeśli to on ją ochrania. Wtedy ma poczucie, że kobieta przy nim czuje się bezpiecznie a on pełni swoją rolę, jest potrzebny. Inna rzecz, że kobieta właśnie tego oczekuje od mężczyzny: oparcia i poczucia bezpieczeństwa, tego, że jak coś się zawali to on coś wymyśli. Nie chodzi o to, by ona była mimozą czy słodką blondynką, ale by w krytycznych momentach mogła na niego liczyć. Inaczej będzie sfrustrowana, że musi wszystko dźwigać sama. I teraz Twój narzeczony widząc, że Ty sobie doskonale radzisz sama, że doskonale byś funkcjonała nawet gdyby on nic nie zarabiał, że Ty jesteś w stanie samodzielnie utrzymać rodzinę może czuć się niepotrzebny. On może Ci tego nie mówi, może nawet sobie tego nie uświadamia wprost ale tak właśnie jest.
Co z tym zrobić? No ja bym nie radziła rzucać nagle firmy - jeśli dobrze się czujesz w swojej pracy. Podkreślam: jeśli dobrze Ci w niej i nie robisz tego na siłę by sprostać oczekiwaniom rodziców. No, takie są teraz czasy, że kobieta nieraz zarabia więcej . Daltego w taej sytaucji należy: nie podkreślać, że Ty dobrze zarabiasz i że dzięki Tobie to możecie sobie pozwolić na…(to go frustruje), cenić jego pracę, zarówno tą zawodową jak i pracę jaką wkłada w dom np. wszelkie prace techniczne, chwalić go (!!!) - będzie czuł się potrzebny i będzie czuł, że daje Ci oparcie. Podkreślać jego męskie cechy np. rozsądek, odwagę, siłę. Przeprowadzić poważną rozmowę na temat tego jak będzie wyglądał Wasz budżet po ślubie. Np. możecie zawrzeć taki układ, że żyjecie z jego pensji, a Twoją odkładacie albo wydajecie na jakieś większe rzeczy np. meble. Wiesz jakie to fajne? On się przekona, że jest w stanie Was wyżywić. Spróbujcie, polecam. Dobrym pomysłem jest też powierzenie finansów w jego ręce np. troski o zapłacenie rachunków - niech o tym pamięta i generalnie "trzyma kasę". Tzn. np. jak będziecie jechali na zakupy do marketu niech on płaci nawet jeśli są to wspólne pieniądze. Ale niech on fizycznie to robi. Nie masz pojęcia jakie to ważne dla faceta. Ustalcie jak będzie gdy pojawią się dzieci. Bo przecież będzie tak, że Ty przez jakiś czas (może kilka lat) w ogóle nie będziesz zarabiała i to on będzie Was utrzymywał. Koniecznie mu to uświadom, zobaczysz jak poczuje się ważny. Proś go o pomoc, zwłaszcza w kwestiach technicznych (i nie szkodzi, że stać Was na hydraulika czy stolarza - jeśli on potrafi coś zrobić albo nie potrafi ale chce to zrobić - niech robi).A może - jeśli jego praca go nie satysfakcjonuje - poszuka innej, może trzeba go zmotywować? Ale nie pod katem czysto finansowym, bo naprawdę nie o to chodzi. Cóż jeszcze? Po ślubie nie przyjmujcie (no chyba, że w sytuacji jakiejś awaryjnej, katastrofy) pomocy finansowej rodziców. Chodzi mi o kwoty na utrzymanie a nawet na mieszkanie czy dzieci. Bo to znów bije w jego męskość. Mieszkajcie osobno po ślubie! Przynajmniej przez pierwszy rok. Nie szkodzi, że rodzice mają duży dom - będziecie szczęśliwsi wynajmując kawalerkę - on nie będzie na garnuszku teściów a i samo oddzielenie młodych małżonków jest ogromnie ważne, ale to osobny już temat. Nie wiem na ile jesteś związana z rodzicami ale nie mogą za dużo się wtrącać. Bo wszelkie porady on odbierze jako: "dajemy wam to mamy prawo wymagać".
Nie rób mu drogich prezentów i poproś rodziców o to samo. Bo on się źle z tym czuje a ponadto nie bardzo może się odwdzięczyć. Natomiast pozwalaj mu się zapraszać do kina, kawiarni i za to płacić. Ty czasem też możesz, ale na zasadzie wyjątku. I wybieraj takie rzeczy na które go stać. Generalnie Ty musisz się bardziej dostosować do jego poziomu finansowego. A potem po ślubie to wszystko może się zmienić. On może mieć lepszą pracę, Ty możesz być na wychowawczym i role się odwrócą. Porozmawiaj z nim szczerze, że nie jest to dla Ciebie problem, że on mniej zarabia, ustalcie pewne zasady i trzymajcie się ich. Uwierz, że to jego nastawienie nie wynika z jego złej woli, tylko ze zranionej męskości. Proszę przeczytaj też te artykuły: [zobacz], [zobacz] a narzeczonemu kup (i koniecznie sama przeczytaj) książkę Johna Eldredge "Dzikie serce". Uwierz, jest możliwe funkcjonowanie w takim związku, ale muszą być jasne reguły i on musi czuć się potrzebny i mieć świadomość, że jest dla Ciebie ważny i że go potrzebujesz. Że nie jesteś samowystarczalna i że powierzasz siebie i przyszłe dzieci jemu w ufności, że się o Was zatroszczy. Chwal go często i dawaj mu to odczuć a zobaczysz, że po jakimś czasie będzie mniej drażliwy na tym tle i przestanie być to dla niego problemem. Z Bogiem!

  M, 21 lat
2034
18.12.2007  
Prawie rok temu pisałam do Pani, że jestem w szczęsliwm związku. Tydzień temu moje życie runeło.. Mój chłopak zadzwonił do mnie i powiedział mi, że ma nową dziewczynę i to koniec.. Wiem, że Ona przy tym była.. Choć dzień wcześniej mówił mi, że mnie kocha i jestem dla Niego najwspanialszą dziewczyną na świecie. Ma 25 lat. Nie potrafiałam w to uwierzyć.. Jak można, tak z dnia na dzień.. Kilka dni wcześniej mówił mi, ze chce ze mną zamieszkać.. Nie potrafię pojąc, tej podłości.. Jak się później spotkaliśmy na tym spotkaniu.. zachowywał się jakby nic się nie stało, obejmował mnie, troszczył się o moje zdrowie.. powiedział, że jestem Jego skarbem! A za chwilę powiedział, że poznał super dziewczynę.. Później smsy, że chciałby wrócić.. Nie potrafię zrozumieć takiego zachowania.. Nieraz już mnie oszukiwał i prosił do robienia różnych reszt. A teraz wiem, że ona robi to w czym, ja nie byłam w stanie lub nie chciałam.. Nie wiem jak można tak łatwo przekreślić 2 lata znajomości.. w jeden dzień.. Najgorsze jest to, że nie znam całkowitej prawdy, bo ciągle zmienia fakty.. Wydaje mi się, że łatwiej byłoby mi się pogodzić, jakbym wiedziała o co chodzi..

* * * * *

Wiesz…mnie się to nie mieści w głowie, ale domyślam się o co chodzi choć tego nie napisałaś. Chodzi o czystość, prawda? Skoro nie chciałas "tego robić", skoro on proponował Ci mieszkanie razem… Oczywiście ogromnie Ci współczuję ale widzę w tym palec Boży, wiesz? Pomyśl co by było gdybyś uległa a on i tak by Cię zostawił bo "poznał kolejną świetną dziewczynę". To Ty jesteś wygrana w tej historii. A nie ta dziewczyna, bo z jakiś czas i ją zostawi. Nie wierzysz? A ja wierzę, bo skoro zostawił Ciebie po 2 latach związku to dlaczego nie miałby zostawić dziewczyny, której nie kocha tylko pożąda i z którą związał się - brutalnie i wprost mówiąc - dla seksu? Czy on w ogóle wie czym jest miłość? Czy miał na myśli pragnienie Twego dobra czy miał nadzieję, że zaspokoisz jego pragnienie w tym wymiarze kiedy wyznawał Ci miłość? Czy w jego oczach widziałaś niewinność i chęć kroczenia z Tobą przez życie czy tylko podziw dla Twej urody, atrakcyjności, pożądanie? Pomyśl. Wiem, że nie możesz się z tym pogodzić, że nie rozumiesz. Ja też nie. Ale to nie była prawdziwa miłość - z jego strony. I to, że ma 25 lat świadczy o nim nie najlepiej, bo znaczy, że mimo swego wieku nie jest dojrzały i odpowiedzialny. Proszę przeczytaj ten artykuł: [zobacz] i pomyśl czy tak było w Waszym związku.
Wiem jedno: kłamstwem jest wyznanie miłości jeśli nie idzie za tym czystość i wzięcie odpowiedzialności za ukochaną osobę, pragnienie jej dobra. Kłamstwem jest wyznanie miłości jeśli zostawia się ją na drugi dzień - dla innej. Kłamstwem jest wyznanie miłości jeśli stawia się warunki.
Moja Droga! Nie ulegaj i nie daj się zwieść jego podchodom. Wiesz o co mu chodzi. Nie zgadzaj się na to. Bóg, zasady mają większą wartość niż chwila przyjemności okupiona potem wyrzutami sumienia, poczuciem żalu, osamotnieniem. Pomyśl o Twoim przyszłym mężu. On gdzieś jest i zapewne byłby mocno wzburzony tym jak ten chłopak Cię traktuje. Zachowaj swoje najlepsze uczucia dla tego, którego dopiero poznasz. Ten chłopak nie jest w stanie przyjąć Twojej miłości i nie jest w stanie obdarzyć nią Ciebie. Proszę nie zastanawiaj się, nie wracaj. Zostaw go, niech sobie będzie z tą "świetną dziewczyną". Widocznie on tak bardzo prozaicznie tą świetność rozumie, a Ty jestes "świetna" zupełnie inaczej i dla kogoś innego. Bóg Cię nie zostawi, uwierz w to. Módl się o rozwiązanie tej sytuacji i uciekaj! Z Bogiem!

  Ania, 15 lat
2033
18.12.2007  
Witam, mam problem. Kłóce się z moim chłopakiem o wszystko i nie wiem dlaczego. Czasami mam go już dość i robie wszystko żeby się z nim pokłócić. Co mam zrobić żeby tak nie było?? Prosze o pomoc

* * * * *

No przede wszystkim musisz sobie jednak uświadomić o co KONKRETNIE się kłócisz. Wiem, że "o wszystko", ale wymień te rzeczy. I zobacz czy było warto? A może - jeśli prowokujesz kłótnie - to odczuwasz jakiś brak w tym związku, może on nie robi czegoś czego Ty potrzebujesz ale Ty mu o tym nie mówisz tylko jesteś zła, że on się nie domyśla? A może po prostu kłócicie się bo inaczej odbieracie rzeczywistość? Może to wynika z niezrozumienia różnic między Wami? Przeczytaj proszę odp. nr: 568, 674, 715, 966, 970, 1005, 1101, 1102 oraz te artykuły: [zobacz], [zobacz]

  Konrad, 21 lat
2032
18.12.2007  
Dzień Dobry:) Już bardzo dawno do Pani nie pisałem, bo ostatni raz ponad rok temu. Moje dotychczasowe wiadomości to: 1140, 1185, 1248, 1291, 1331. Otóż od tamtego czasu trochę się pomiędzy mną, a tą dziewczyną wydarzyło. Okazało się, że ona była w związku z Maciejem przez 5 tygodni i na Boże Narodzenie z nią zerwał. Jednak to wystarczyło, aby ta dziewczyna w nim się zadurzyła. Nie wiem jak to się stało, ale to ja ją ponownie pocieszałem, wysłuchiwałem i byłem przy niej po tym rozstaniu. Nie chciałem zachować się jak dupek, przepraszam za określenie, który chciał skorzystać z okazji, że ta dziewczyna znowu jest wolna. Łączyłem się z nią w bólu i wierzyłem, że jak przysłowiowa kropla poprzez swoją wytrwałość, pokażę jej, że naprawdę mi na niej zależy, że sprawię, aby w końcu czuła się szczęśliwa. Później, jak wróciliśmy do szkoły to sytuacja wróciła do normy, czyli ona zadawała się ze swoją paczką, która notabene po liceum się rozpadła, a ja rozmawiałem z resztą klasy. Czasami zdarzyło się, że zamieniliśmy kilka słów, ale to nie było nic szczególnego. A ja przez te 4 miesiące mocno ukrywałem swoje uczucia do niej, aby nikt po mnie nie poznał, że nadal coś do niej mam. No i nadszedł koniec liceum i myślałem, że nasza znajomość umarła śmiercią naturalną. Ale o dziwo po 2 dniach dostałem od niej smsa z jakimś pytaniem, a ja oczywiście jej odpowiedziałem. Teraz wiem, że ten sms był próbą sprawdzenia jakie mam do niej nastawienie, a że było pozytywne, to odświeżyliśmy znajomość. Akurat zaczynały się matury, więc pisaliśmy do siebie, ja nawet dzwoniłem, aby mieć z nią bliższy kontakt. Wszystko zapowiadało się obiecująco i ponownie zacząłem wierzyć, że może do trzech razy sztuka, że tym razem się uda. Oczywiście pomagałem jej w jakiś sprawach, super nam się ze sobą rozmawiało i w końcu odważyłem się ją zaprosić na spotkanie. Jednak ona pracowała na nocną zmianę i była przemęczona, a ja nie chciałem nalegać. Dzisiaj już wiem, że to był znak, że ona nie chce być ze mną, a ja nie potrafiłem sobie tego uświadomić. Później wyjechałem na wakacje i oczywiście nie zapomniałem o niej, wysyłając jej list i kilka pamiątek znad morza. Po moim powrocie w jednym z smsów napisała mi, że: "zawsze możemy się spotkać". Czułem się podekscytowany, że w końcu nasza znajomość przerodzi się w coś więcej. Jednak po moim telefonie i chęci jej zaproszenia, ona ponownie przedstawiła mi swoje plany na 2 tygodnie i z naszego spotkania nic nie wyszło. Jednak mimo to cały czas utrzymywaliśmy kontakt. Być może to był mój kolejny błąd, bo powinienem jej dać do zrozumienia, że jest mi przykro, że nie chce się ze mną spotkać i w jakiś sposób zacząć ją ignorować. Jednak moje uczucia do niej były tak silne, że nie potrafiłbym zaniedbać osoby, którą kochałem. W połowie sierpnia kiedy skończyłem pracę i wróciłem do swojego rodzinnego miasta, ta dziewczyna zapytała, czy nie poszedłbym z nią do kina. Wcześniej jednak spytała mnie, jaki mam do niej stosunek. Odpowiedziałem jej, że nie chciałbym o tym rozmawiać przez telefon i bezpiecznie będzie jeśli powiem, że nie jest mi obojętna. Ona mimo to chciała pójść ze mną do kina, na co oczywiście się zgodziłem. Przez te 2 dni byłem taki szczęśliwy, że w końcu się spotkamy. Jednak na dzień przed wyjściem do kina napisała mi smsa, że musi iść do lekarza i nie może tej wizyty przełożyć. Wówczas całe moje szczęście runęło jak domek z kart. Tym razem nie dałem za wygraną i chciałem wyjaśnić o co chodzi. Zdałem sobie także sprawę, że już nie chcę dalej prowadzić tej gry i przyznałem się, że nadal coś do niej czuję, że chciałem ją wyciągnąć z tego marazmu, aby była w końcu szczęśliwa. Jednak ona sprowadziła mnie na ziemię i stwierdziła, że jestem dla niej tylko kolegą, że ona nadal kocha Macieja mimo że wie, że już z nim nie będzie. Ja jej odpisałem, że muszę to wszystko przemyśleć i zastanowić się co dalej z naszą znajomością. I w między czasie od mojej super koleżanki, która też zna tą dziewczynę, bo razem chodziliśmy do klasy w liceum i pracowała z tą dziewczyną dowiedziałem się czegoś, co nie pozostawiło mi żadnych wątpliwości jaką mam podjąć decyzję. Otóż ta dziewczyna nie dość, że obgadywała mnie za moimi plecami wśród osób z nią pracujących, to śmiała się z moich smsów, pokazując je zupełnie obcym dla mnie ludziom, którzy nie wierzyli, że ktoś tak może pisać. Mało tego postanowiła także wykorzystać moje smsy, aby sprawdzić reakcję pewnego chłopaka, który jej się spodobał. Ta dziewczyna miała taki tupet, że przysyłała mi smsy jaka jest moja decyzja, że ona chciałaby, abyśmy byli kolegami. Jednak mi już otworzyły się klapki na oczach i nabrałem do wszystkiego dystansu. Postanowiłem zerwać z nią jakikolwiek kontakt i powiedziałem jej kilka przykrych słów, jak wobec mnie postąpiła, że byłem dla niej narzędziem dowartościowywania się, aby nabrała siły po rozstaniu z Maciejem i że ja nie mam zamiaru dalej się upokarzać oraz tkwić w tym dla mnie toksycznym układzie. I kiedy myślałem, że ułożę sobie życie od nowa to 2 dni później nabawiłem się kontuzji na boisku i musiałem spędzić ponad miesiąc w domu z gipsem na nodze. Nie będę ukrywał, że myślałem o całej sytuacji, analizowałem wszystko od początku do końca, co zrobiłem dobrze, a co źle. Zastanawiałem się, czy dobrze zrobiłem odcinając się od tej dziewczyny, czy mogłem postąpić inaczej, w końcu próbowałem zrozumieć dlaczego zakochałem się w tak egoistycznej, fałszywej i oportunistycznej osobie. Od października zaczął się rok akademicki i pech chciał, że wcześniej pomagałem dostać się tej dziewczynie na moją uczelnię, ale na inny kierunek. Ja mimo gipsu na nodze i poruszaniu się o kulach za wszelką cenę chciałem być na wykładach. No i kilka razy zdarzyło się, że natknęliśmy się na siebie, ale ja się do niej nie odezwałem, ona do mnie też. Później dowiedziałem się od koleżanki, że ona zrezygnowała ze studiów, bo ją ten kierunek nie interesował, co wywołało we mnie ogromną radość, że prawdopodobieństwo spotkania jej gdziekolwiek spada do minimum. Doszły mnie także słuchy, że zaczęła się spotykać z jakimś kolegą, że podobno się w nim zakochała, ale on po jakiś 2 miesiącach od niej odszedł i teraz jest sama i tylko pracuje. I właściwie dopiero teraz dochodzę do sedna sprawy. Mogę śmiało powiedzieć, że ta kontuzja bardzo mnie odmieniła na plus. Poczułem się pewniejszy siebie, bardziej uśmiechnięty i kwitnący, zupełnie jakby zaczynała się wiosna. Nauczyłem się śmiać z siebie i ze swoich gaf. Zrozumiałem, że nie ma dla mnie żadnej przeszkody, której nie potrafiłbym pokonać. Z urodzonego optymisty stałem się hipermegasuperoptymistą, który nie przejmuje się na zapas tylko potrafi się cieszyć nawet z najdrobniejszych sukcesów. Ogólnie można powiedzieć, że po tej kontuzji dostałem ogromny zastrzyk energii. Spotykam się ze znajomymi, z nowo poznanymi koleżankami i niby wracam do normalnego życia, już z pełną świadomością mogę stwierdzić, że nie kocham tej dziewczyny, ale. No właśnie jest we mnie jeszcze coś, co w jakimś stopniu mnie w niej interesuje. Nie chodzi mi o to, że chciałbym z nią być, bo wiem, że ona po prostu na mnie nie zasługuje, że mój związek z nią wyglądałby tak, jakbym ja na Boże Narodzenie wręczył całej rodzinie prezenty, a nie dostał żadnego. To ja byłbym w tym związku osobą, która musi ją ciągle ciągnąć za sobą, a ja czułbym się hamowany, a w końcu związek ma rozwijać osobowość obydwu osób, a nie cofać. Chodzi mi o to, co mam zrobić, aby pozbyć się tych myśli o tej dziewczynie, aby to splamione serce wyczyścić i móc je otworzyć dla innej oby wartościowszej kobiety. Chcę, aby sprawa była jasna. Nie chcę zakochać się na siłę, bo dopiero minęły 3 miesiące odkąd nie utrzymuję z tą dziewczyną kontaktu i być może to za krótki czas, aby wszystkie uczucia i złe emocje ze mnie wyszły oraz, że mógłbym porównywać nowo poznane dziewczyny z tamtą. Nie chcę nikogo ranić, bo mnie spotkała taka miłość. Po prostu chcę się do końca uwolnić z tego uczucia i nie chcę już myśleć o tamtej dziewczynie. Oczywiście przeczytałem Pani porady na tego typu tematy i wydaje mi się, że wszystkie punkty spełniłem. Zerwałem z nią kontakt, nie mam do niej żadnych namiarów, jestem otwarty na nowe znajomości, nie zamykam się w czterech ścianach i rozpaczam, wręcz przeciwnie, "uciekam" z domu jak tylko jest okazja, aby z kimś sie spotkać, porozmawiać, wymienić myśli itd. I na koniec, bo znowu za bardzo się rozpisałem, taka moja mała wada, że dużo gadam, a co się z tym wiąże, piszę. Mam pytanie, czy ta dziewczyna może się kiedykolwiek do mnie odezwać, nie wiem za pół roku, rok, może dłużej, bo skoro jej się super ze mną rozmawiało, to mogłaby chcieć mieć takiego kolegę, bo mam nadzieję, że nic więcej ode mnie by nie chciała? Jednak swoją drogą na dzień dzisiejszy kompletnie straciłem do niej zaufanie i najzwyczajniej nie wiem o czym miałbym z nią rozmawiać. Ale jak to mówią, czas leczy rany i jak wówczas miałbym się zachować? Bardzo dziękuję za możliwość wyrzucenia z siebie tego, co mnie trapi i liczę na porady, które pozwolą mi na nowo w pełni cieszyć się darem Bożym jakim jest życie. Z góry dziękuję za odpowiedź i pozdrawiam:)

* * * * *

Konrad! Właściwie będzie krótko, bo dokonałeś sam analizy tego co się zdarzyło i doszedłeś do prawidłowego wniosku: że ona dowartościowywała się za pomocą Twojej osoby. Testowała na ile jej się podobasz, na ile robisz na niej wrażenie i co do niej czujesz. I to dawało jej poczucie ważnosci, wartości, utwierdzało ją w przekoaniu, że jest ładna, atrakcyjna, że robi wrażenie na chłopakach. Na szczęście zorientowałeś się w końcu o co chodzi i zerwałeś ten kontakt.
Widzisz, czasem kontuzja jest błogosławieństwem. Mój kolega dopiero jak spadł z konia i mocno się połamał to zaczał myśleć o swoim życiu, o celu i sensie i całkiem dobrze potem nim pokierował. Widać Bóg czasem musi aż tak zadziałać.
A co do Twojego pytania. Może być tak, że ta dziewczyna jeszcze się od Ciebie odezwie ale ja bym nie wierzyła (przynajmniej przez długi czas jeszcze) w szczerość jej intencji i to, że chciałaby utrzymywać z Tobą normalną znajomość. Poza tym Ty nie masz żadnego obowiązku odpowiadać na takie jej chęci bo nie musisz pokazywać, że będziesz na każde jej zawołanie. Nawet nie powinieneś. I w zasadzie ona będzie Cię bardziej szanować jeśli nie będziesz wykazywać nią zianteresowania.
Musisz też dać sobie czas, bo trzy miesiące to faktycznie niewiele zważywszy na to jak byłeś uczuciowo zaangażowany. Masz rację, że nie chcesz zakochać się na siłę. Mogę Ci tylko poradzić byś nie pielęgnował wspomnień, nie wyobrażał sobie możliwych innych zakończeń tej historii no i najważniejsze - prosił Boga by zabrał te uczucia. To jest możliwe, choć nie nastąpi od razu. No i nie zamykaj się na innych. Jasne, nie musisz od razu rozglądać się za innymi dziewczynami ale nie wykluczaj, że któraś Ci się spodoba, że za jakiś czas nawiążesz z inną bliższy kontakt. Powodzenia!

  Marcin, 17 lat
2031
18.12.2007  
Czy Miłosć do drugiej osoby jeżeli nie jest odwzajemniania czy to nazywa sie miłośc?czy miłosć na odleglość przetrwa jeżeli wzajemnie i szczerze wyznajemy miłosc?osoba dorosła zakochała sie we mnie i jest zona innego człowieka choc wyznała że kocha mnie czekam na odpwiedz co mam robić? i propozycje Marcin

* * * * *

No to po kolei. Miłość nieodwzajemniona nie jest relacją pełną, bo miłość potrzebuje obecności by się rozwijać. Nieodwzajemniona ginie i jest tylko cierpieniem. O miłości na odległość pisałam w odp. nr: 97, 120, 112, 132, 278, 620, 864 ale: jeśli zakochała się w Tobie osoba zamężna to uciekaj! Przeczytaj proszę koniecznie te odp : 1034, 1100. Pamiętaj, że ta osoba ma już męża i jemu ślubowała przed Bogiem miłość więc wyznając ją Tobie łamie przysięgę i zdradza męża. Nie miej w tym udziału tylko delikatnie wytłumacz co o tym myślisz i unikaj kontaktów. Poza tym narażasz się na słuszny gniew jej męża. Możesz sobie tylko narobić kłopotów. Radzę odciąć się od tego i poszukać wolnej dziewczyny w Twoim wieku. Z Bogiem!

  Jadwiga, 29 lat
2030
17.12.2007  
W odpowiedzi na mój post nr 1986. Czy uważa Pani, że poprzez to, że wyszłam za mąż za alkoholika, mam zmarnowane życie? Czy zmarnowałam sobie życie i powinnam pozostać na zawsze już sama?

* * * * *

Nie mnie oceniać Twoje wybory. Jeśli jednak wyszłaś za kogoś kto był alkoholikiem to musiałaś się przecież liczyć z tym, że to się ot, tak po ślubie nie zmieni, prawda? Nigdy jednak żadne życie nie jest zmarrnowane i Twoje też nie. Absolutnie nie wolno Ci tak myśleć. Jeszcze wiele zadań przed Tobą i swoim postępowaniem możesz dać przykład prawdziwie chrześcijańskiego życia. Natomiast jeśli mieliście ślub kościelny to jeśli chcesz być w jedności z Chrystusem, przyjmować sakramntry (a mniemam, że wiara jest dla Ciebie ważna skoro piszesz na tą stronę) to nie możesz wiązać się z innym mężczyzną, bo wiesz, że Twoim mężem jest ktoś inny. Naprawdę szczerze doradzam rozmowę z księdzem i forum www.sychar.pl. Potrzebujesz umocnienia. Z Bogiem!

  Gośka, 19 lat
2029
17.12.2007  
Tak bardzo dziękuję za dobre słowo w nr 1989. Ja ciągle o tym samym... bo mimo, że już ok. 2 lat minęło po rozstaniu z przyjaciółką nie potrafię się z tym pogodzić, ciągle wracam myślami do wspólnych dni, jak się spotykamy mijamy się jak obce osoby, albo padnie "cześć" i koniec, a to tak strasznie BOLI. Znałyśmy się od podszewki, byłyśmy wzorem dla innych. A teraz pozostały tylko wspomnienia, jak długo mozna nimi życ? Czy warto po tylu miesiącach napisać do Niej, odezwać się, spróbować naprostować stosunki? Ona jest osobą niezwykle wierzącą, jak cała jej rodzina, więc życie w takich "cichych dniach" na pewno nie jest wzorem, ja czuję się z tym źle. Na pewno w tym, że się rozstałyśmy jest i moja wina, może faktycznie chciałam za często się spotykać, ale... nie można było o tym porozmawiać, tylko tak ot zakończyć znajomość? Bardzo mi jej brakuje! W końcu to aż 4 lata razem, byłam pewna że to przyjażń na lata. Napisała mi w ostatnim smsie .. "szczerze dobrze Ci życzę, pamiętaj, że zawsze możesz na mnie liczyć" .. i jak to się teraz sprawdza? nijak. tak mi jej brakuje... czy będę w stanie jeszcze komuś tak zaufac jak jej? czy jeszcze przed kimś się tak otworzę? czy z kim sie tak zwiaze? wiem, ze nie zna Pani przyszłości, ale może.... coś Pani dopowie. Dziękuje.

* * * * *

Gosiu, jeśli Cię to gryzie - to tak, napisz do niej. Już po świętach ale może wyślij życzenia noworoczne i spytaj przy okazji co u niej i czy nie miałaby ochoty się spotkać. Albo napisz list i powiedz w nim, że źle się czujesz z takim zakończeniem znajomości i w zasadzie nie wiesz dlaczego tak się stało. Poproś by Ci napisała jak to widzi ze swojej strony. Bo faktycznie trochę to wszystko dziwne. Natomiast zauważyłam w Twoim liście jakieś ogromne przywiązanie do niej. Niby niż złego ale…może właśnie to ją jakoś krępowało i przeszkadzało? Pamiętaj, że każdy jest wolny i jeśli ona będzie chciała mimo wszystko odejść pozwól jej na to. Wiem, że Ci przykro dlatego próbuj wyjaśnić sytaucję, ale jeśli mimo Twoich szczerych chęci ona nie podtrzyma Waszej znajomości - nie wiń się i nie rób już nic więcej. Trudno, nic na siłę. A może kiedyś ona zrozumie i sama będzie chciała nawiązać kontakt z Tobą? Z Bogiem!

  ., 15 lat
2028
16.12.2007  
Znamy się od kilku lat. Na początku to była tylko przyjażń ale
teraz sama nie wiem co mam myśleć. Ma na imię Mateusz jest ode
mnie rok starszy chodzi już do liceum i nie widujemy się za
często. Teraz czas rorat i coraz częściej Go widywałam a że u nas
są one wieczorem to zawsze mogłam iść. Bardzo go lubiłam i
wiedziałam że zawsze mogę go o wszystko poprosić no a że w tym
roku mam bierzmowanie zapytałam czy nie pożyczyłby mi na kilka dni
katechizmu. Od razu się zgodzil i od tego czasu zaczął mnie
odprowadzać, wczoraj nawet poszliśmy się razem przejść. Nie wiem
dlaczego ale ciągle mnie zaczepia to pociągnie za rzemyki u mojej
bluzki to mnie niby przypadkiem szturchnie. Jak zaczniemy to nie
możemy przestać ze sobą rozmawiać, a zaczeło się to gdzieś tak 5
dni temu. Nie wiem co mam o tym myśleć teraz piszemy na gg ale
brakuje mi pomysłów o czym możemy rozmawiać prosze o pomoc. Jak
mam rozumieć jego zaczepki??????


* * * * *

No, dobrze Wam idzie. Proszę przeczytaj odp. nr: 3, 30, 37, 134, 411, 912, 1486 i daj wykazywać się jemu. Wygląda na to, że mu się podobasz, a zatem nie martw się, będzie mu zależało, by mieć o czym z Tobą rozmawiać. Tylko - tak na wszelki wypadek - polecam ten artykuł: [zobacz], żeby przypadkiem nie zrobić takiego błędu. Powodzenia i z Bogiem!

  ona, 18 lat
2027
15.12.2007  
Ja z pytania nr 1982... Błąd rachunkowy on jest 16 lat starszy... Naprawdę świetny facet... Niby się określiłam, ale jakoś nie kończę pisania, czym daję mu nadzieję... Złe to... Pytała Pani czy nie chciał by sie spotkać. Chciałby, choć mieszka daleko. Ale ja się boję, boję się bo spotkanie to już troszkę jakby jakaś deklaracja. Jemu mogło by jeszcze bardziej zacząć zależeć. Chciałabym mieć takiego mężczyznę, ale znam siebie i wiem, że ta różnica która jest miedzy nami, to, ze poznaliśmy się przez internet, to, że mieszka teraz za granica i wogóle to wszystko sprawia, że nie będę umiała zaryzykować, dążyć do czegoś więcej. Jestem troszkę taka rozdarta. Z jednej strony chciałabym jakoś dalej to kontynuować, bo skąd mam wiedzieć, czy to może nie jest to, ta osoba? A z drugiej strony wiem, że taki związek by nie był zaakceptowany raczej przez rodziców, że wiele trudności by było. Nie wiem dalej co robić. Różnica wieku, przeczytałam te pytania co Pani poleciła... właśnie, gdzie marzenia o wspólnej starości? Zresztą wcześniej... On by został tatą dopiero koło 40?? Przecież powoli mógłby być dziadkiem... Mam pretensje do siebie, ze wogóle to zaczęłam, dałam mu nadzieję, otworzyłam się przed nim, po co?? By cierpiał...? Wiele mi dał ten człowiek, ale chyba chciałabym to skończyć... dla dobra jego i mojego... bo ja nie potrafię się określić w tym momencie, a mu lata lecą... boję sie, że jednak wprowadziłam takie zamieszanie do jego życia, że teraz znów długo nikogo nie pozna... ale z drugiej strony jak kończyć coś co mogłoby stać się miłością życia... jak skończyć coś i nie wiedzieć co z nim, co się u niego dzieje... Głupia ja...

* * * * *

Co Ty opowiadasz? Ty się czujesz winna, Ty? To Ty jesteś wyłącznie odpowiedzialna za tą znajomość? Chyba żartujesz? Przecież to on jest mężczyzną, on jest starszy, on winien być przewodnikiem związku, on winien brać odpowiedzialność za to co robi i jeśli tu ktoś komuś miesza to on Tobie jeśli nie ma poważnych zamiarów!
Dziewczyno, skąd w Tobie takie dziwne przekonanie, że to Ty musisz wziąć na siebie ciężar decyzji? To jakieś dziwne stereotypy, które potem robią dużo szkody, bo kobietom tak się wydaje i wszystko same ciągną, o wszystkim decydują, za wszystko się winią, a facetowi po prostu jest wygodnie. Moja Dorga (nie znam nawet Twojego imienia): co czujesz? Czego chcesz? Chciałabyś go poznać? Czy on sam pierwszy Ci spotkanie proponował, czy stara się by do niego doszło? Jeśli nie to prawdopobnie nie traktuje Cię na tyle poważnie by chcieć z Tobą być. I to po jego stronie leży odpowiedzialność za tą znajomość. Zobacz, trwa to jakieś 3 miesiące, tak? Zbliżają się święta, sylwester. Pytał Cię o plany sylwestrowe? A jakie on ma? Moim zdaniem to byłaby dobra okazja, by poznać się na żywo. Nawet jeśli miałoby z tego nic nie wyjść to zawsze można by się było przekonać.
No dobra. Czuję w Twoim liście lęk. Chciałabyś to spończyć, ale Ci głupio? No to daj to skończyć jemu. Spytaj jak wyobraża sobie dalszą znajomość? Czy tylko poprzez pisanie? Bo jeśli tak to nie ma sensu. Przez sam interent nie da się być ze sobą, pisałam o tym w odp. nr: 59, 118, 1072. Jeśli naprawdę nie chcesz tego dalej ciągnąć to napisz mu jasno - z czego to wynika. Tylko proszę nie wiń się za to! To on przecież odpowiedział na Twój list, to on też "zabiera Ci czas" (tak na marginesie - nie martw się tak jego wiekiem, 40 lat to jeszcze nie czas na wnuki). Bądź w zgodzie ze sobą, ze swoimi pragnieniami i bądź uczciwa wobec siebie. Z Bogiem!

  Karolina, 19 lat
2026
14.12.2007  
witam:) mam 19 lat i od 9 miesięcy mam chłopaka...starszego ode mnie o rok. nasze uczucie zaczęło sie od wyjazdu rekolekcyjnego maturzystów, którymi jeszcze niedawno bylismy.. byłam bardzo szczesliwa...czułam ze wreszcie przyszło to, na co bardzo długo czekałam...prawdziwa miłośc???

pożniej zaczęły pojawiac sie problemy...wyjechalismy na studia w dwa różne miasta... zaczeły sie również pojawiac problemy...ze do siebie nie pasujemy...( stwierdziała tak tylko jedna góra dwie osoby, ale..) zaczeło mi to dawac pewne motywy do zastaowienia a moze naprawde do siebie nie pasujemy...

w tej chwili wciaż jestesmy para, Wigila bedzie dniem w którym wybije nam 9 miesiecy..a ja nie wiem co mam robic...nie wiem czego cce...nie czuje już tego, co czułam na poczatku...wiem ze bez niego bedzie mi zle bedzie kogos brakowało i nie wiem czy kiedykolwiek bede miała jeszcze kogos..;/
ale znowu z Nim czegos mi brakuje...nie czuje juz tej pełni miłości, która była na poczatku...prosze o jakas rade, choc malutka kroplę rozwiązania tego wszystkiego..


* * * * *

Moja Droga! Spokojnie, wszystko jest ok. Po prostu klasycznie przeszłaś pierwszy etap związku, czyli zakochanie. I teraz opadły emocje, nie czujesz tego co na początku…i dobrze! Więcej na ten temat poczytaj w tym artykule: miłość. Poczytaj też o oczekiwaniach. Karolino, nie musisz - a ja bym się nawet bardzo zdziwiła, gdyby tak było - wiedzieć już czy chcesz z nim być, czy Ci do końca odpowiada, czy "pasujecie do siebie" (tego określenia za bardzo nie lubię). To dopiero kilka miesięcy. Proces poznawania ciągle trwa. Jeszcze wiele chwil, sytuacji, rozmów przed Wami. Nie daj sobie nikomu wmówić, że nie pasujecie. Nie wiesz z jakich pobudek ktoś tak mówi. Czasem życzliwie (ale jak można kogoś po tak krótkim czasie oceniać), a czasem z zazdrości. To Ty decydujesz. Moim zdaniem wszystko jest w jak najlepszym porządku i zaczynacie kolejny etap. Kontynuuj związek, módl się o dobrą decyzję a Bóg i czas pokaże czy to ten właściwy. Z Bogiem!

  AleXa, 13 lat
2025
14.12.2007  
Wszkole do ktorej chodze, jest pewien chlopak, ktory mi sie podoba. On sie troche dziwnie zachowuje, bo czesto sie na mnie patrzy, kiedy ja jestem to wymysla rozne glupoty, np. skacze po 8, 9 schodow, bije sie z kumplami i przy tym wszystkim sie na mnie patrzy. CZasem nawet sie obraca zeby na mnie spojrzec. Na gg rozmowe zaczynam ja, w szkole istniej miedzy nami tylko wymiana spojrzen- nie wiem jak on ale ja jestem zbyt niesmiala, by to zrobic. Na pewno bym miala wiecej odwagi, gdybym wiedziala, co on do mnie czuje, a tak to boje sie wyjsc na glupka. Najdziwniejsze sa te jego spojrzenia- czasem dlugie, ale najczesciej krotkie i wtedy patrzy sie na mnie co chwile. Naprawde nie wiem co mam o tym myslec.

* * * * *

No jak to co, on próbuje zrobić na Tobie wrażenie! I robi to tak jak umie, jak chłopaki w jego wieku. Podobasz mu się ale absolutnie mu nie mów, że o tym wiesz. Nie rób żadnych wyznań, bo to się może źle skończyć, pisałam o tym w tym artykule: kiedy wyznac miłość? Jeśli chcesz, by coś z tego wyszło próbuj delikatnie nawiązać z nim kontakt, pisałam o tym w odp. nr: 3, 30, 37, 134, 411, 912, 1486.

  madzik, 36 lat
2024
14.12.2007  
Droga Redakcjo!!!
Wyszłam za mąż 16 lat temu miałam wtedy 20 lat i ciezkie dzieciństwo za soba- alkoholizm poznałam mężczyzne po pól roku znajomości pobraliśmy sie oczekujac dziecka. Dzis musza stwierdzic ze było to małżeństwo z rozsadku urzekł mnie że dobry i NIEPIJE mieszkałam z babcia wiec było ciezko faktycznie niepije do dzis dnia ale nie interesyje sie zeby coś w tym domu zrobić wszystko jest na mojej głowie i tak jest przez lat 16 jestem tym zyciem bardzo zmeczona wychowywanie dzieci warsztaty taneczne naszych pociech nauka odrabianie lekcji wywiadówki płatności dbanie o ogród najecie stolarza itp to wszystko na mojej głowie a do tego dochodziła jeszcze jego chorobliwa zazdrośc . Wracajac z wesela dostało mi sie ze jestem k...a bo gdzies wyszłam z facetem nie było takiego zajscia i nigdzie nie byłam mąż był po wpływem alkoholu gdziekolwiek nie pracowałam miałam kochanków to prawda należe do kobiet dbajacych o siebie ale nie tylko o dom i dzieci i niego równiez uchodze za osobe zaradna zycie mnie tego nauczyło wiele było takich sytuacji za duzo pisania.te wszystkie sytuacje sprawiłyże od conajmniej 5 lat niekocham męża ciezko z tym zyc ponieważ zwiazek podtrzymuje tylko ze wzgledu na dzieci bo one go kochaja on zreszta też ich. toleruje go do kłotni dochodzi czasami nie daje po sobie poznać że go nie kocham ale taka jest prawda. 7 miesiecy temu poznałam mężczyzne w małżeństwie u niego tez nie najlepiej ma syna 3 letniego i jest po sprawie rozwodowej doszli do porozumienia ze soba ale twierdzi że gdyby nie dziecko niebyli by razem podobnie jak u mnie mieszka 40 km odemnie spotykamy sie dwa razy w miesiacu czasami czesciej dzwonimy codziennie i czuje ze sie zakochałam mysle o nim bardzo czesto nawet w nocy jest dobrym człowiekiem uczuciowym bo tego mi brakuje w moim zwiazku małżeńskim wesołym pogodnym i odpowiedzialnym powiedziałam mu ze sie zakochałam w nim sprawe postawiłam jasno oczekuac tego samego ale on powiedział ze narazie potwornie mnie lubi mysli lubi ze mna przebywac nie chodzi mu o seks aczkolwiek zauważyłam że po tym wyznaniu zmienił sie dzwoni czesciej jak może to przyjeżdza i wogóle jest fajnie. pytanie do ciebie co o tym myslisz jak sie na to zapatrujesz nie rozmawiam z nikim o tym bo nie ma co rózni sa ludzie jedni powiedza ze takie zycie a drudzy mnie potepia . prosze odpisz


* * * * *

Moja Droga! Tak, masz ciężką sytuację w małżeństwie. I dlatego należy to zmienić, należy coś z tym zrobić. Proszę Cię, wejdź na stronę www.sychar.pl, pójdź do poradni rodzinnej, porozmawiaj z księdzem. Tą sytuację w małżeństwie oczywiście i koniecznie należy zmienić. Pomału, systematycznie. To jest możliwe. Polecam też książki Jacka Pulikowskiego. Uwierz, jest możliwa naprawa małżeństwa!!! Walcz o to!
Co do tego mężczyzny: rozumiem, że w sytuacji, w jakiej się znalazłaś pojawiła się taka pokusa. Fajnie to wygląda z boku: on taki idealny! I w dodatku się rozwodzi. Ale skąd wiesz co jest przyczyną rozpadu jego małżeństwa? Skąd wiesz jak było naparwdę? Skąd wiesz czy z Tobą nie byłoby gorzej? Proszę przeczytaj te odp.: 281, 372, 22, 60, 424, 464, 1099, 1189, 1349. Ja naprawdę Cię rozumiem. Ale chcę byś była szczęśliwa też naprawdę. A to może nastąpić nie przez rozbicie rodziny tylko jej uleczenie. Nie zniechęcaj się tymi słowami. Ja wiem, że są trudne i Cię złoszczą. Możesz pomyśleć, że ja nie mam takich probelmów. Ale ja też jestem mężatką i trochę wiem. Poza tym kiedyś też musiałam wybrać. I to była bardzo ciężka decyzja, ale słuszna. Naprawdę otarłam się o tak wiele takich sytuacji jak Twoja, że byłoby z mojej strony niepoważnym twierdzenie, że w nowym związku to wszystko się ułoży. Potępić Cię absolutnie nie potępię bo pierwsze to ja nie mam takiej mocy, a poza tym bo za swoje uczucia nie jesteś odpowiedzialna. Natomiast jesteś już w pełni odpowiedzialna za to co z tymi uczuciami zrobisz. I dlatego muszę Ci powiedzieć, żebyś zerwała kontakty z tym człowiekiem. Ja wiem, że on spełnia Twoje potrzeby emocjonalne, których nie zaspakaja mąż. Wiem o tym. Ale nie chodzi o to, by uzyskać to do czego masz prawo (wsparcie od męża) poprzez zostawienie rodziny tylko poprzez wyegzekwowanie tego od niego. Dlaczego on ma być zwolniony z tego obowiązku? Kobieto, wymagaj! Wiem, że to trudne, a może myślisz, że niemożliwe. I dlatego potrzebujesz pomocy fachowca. Korzystaj z poradni, księdza i tej strony, którą Ci podałam. Naprawa jest możliwa! Zrób z tym coś, proszę, przecież tu chodzi o całe Twoje życie. A skoro napisałaś na tą stronę to znaczy, że Bóg jest dla Ciebie ważny, Twoje małżeństwo jest dla Ciebie ważne i to, by Twoje dzieci miały rodzinę też jest ważne. Twój list to wołanie o miłość. O tę miłość, która gdzieś się zgubiła. A przecież - jak sama piszesz - coś Cię w mężu urzekło kiedyś, prawda? Miłość to nie uczucia, to pragnienie dobra. Ja nie wierzę, że męża nie kochasz. Nie troszczysz się o niego, nie gotujesz, nie pierzesz, nie opiekujesz się dziećmi? Nie troszczysz się gdy zachoruje? A jakby go samochód potrącił to by Ci to było obojętne? Nie? No to go kochasz! Tylko myślisz, że kochać to czuć a przecież kochać to działać. Miłość to postawa a nie uczucie, pisałam o tym w tym artykule: [zobacz]. Przeczytaj proszę, bo Twój list jest w istocie pragnieniem miłości od męża. Ty chcesz by on się Tobą zainteresował, dał Ci czułość, wysłuchał, pomógł. To naprawdę może nastąpić. Pomału ale może. Poczyatj, pomyśl. Módl się. Ten człowiek z boku jest Ci dany po to, żebyś zobaczyła czego Ci w małżeństwie brakuje i do tego dążyła. Bóg Cię nie zostawi, zobaczysz. Jeśli tylko będziesz miała dobrą wolę i będziesz dążyła do zmian. Spróbuj chociaż! Ja wierzę, że się uda. Z Bogiem!

  Zuzia, 15 lat
2023
09.12.2007  
Droga Redakcjo!
Mój problem jest dość złożony. Poznałam Filipa dwa lata temu. W tym okresie wiele się zmieniało w moim życiu. - Zmiana szkoły, otoczenia itd. Jedyną przychylną osobą w nowym środowisku(społeczności gimnazjum) okazał się Filip. To On odpowiadał za mnie na głupie zaczepki swoich kumpli... To On - jako jedyny - zainteresował się moją poezją. Było to dla mnie coś niezwykłego, ponieważ w poprzednich latach moja twórczość była raczej wyśmiewana, niż doceniana.
Nigdy wcześniej nie miałam tak dobrego kontaktu ze starszym od siebie chłopakiem. Zadawał wiele pytań, był szarmancki, dowcipny... i w przeciwieństwie do wielu innych - nie miał kłopotów z nauką. Wydawał się być ideałem. Z czasem poczułam do niego coś więcej. Pisałam o tym, w swoich wierszach, które czytał każdego wieczoru. Nie było jednak powiedziane wprost, że ów teksty uwielbienia dot. właśnie jego osoby... ale ja wiem, że on się tego domyślał. Pewnego dnia poprosił mnie o tekst specjalnie dla niego. Zgodziłam się i ułożyłam go tak, by sugerował mu mojej uczucia. Dałam mu go na szkolnym korytarzu, w białej, pachnącej moimi perfumami kopercie. Tego samego dnia Filip wraz ze swoimi kumplami wyśmiał mnie... Od tamtego czasu przestał w ogóle się do mnie odzywać... Przechodził obok mnie na ulicy zupełnie obojętnie...przestał odpisywać na SMS. Kiedy podstępem załatwiłam spotkanie z nim... na rozmowę dał mi pół minuty i bezczelnie włączył stoper. Poczułam się naprawdę strasznie. Głupia, naiwna idiotka... Jednak sprawa nie była dla mnie do końca jasna. Minęło kilka miesięcy i postanowiłam poznać nawet najgorszą prawdę. Pisałam z nim na GG jako nasza wspólna koleżanka - Klaudia(pisałam z jej konta). Dowiedziałam się o sobie tylu przykrych rzeczy.... których ten tchórz nawet nie miał odwagi powiedzieć mi prosto w twarz...
Płakałam dniami i nocami, pojawiły się myśli samobójcze... Kochałam go i nienawidziłam....
Uczucie ustało na kilka miesięcy... i znów wróciło...
Teraz czuję żal... i jednocześnie chcę mu wybaczyć, chcę zacząć od nowa...choć wiem, że to niemożliwe...
Długo zastanawiałam się co ja tak naprawdę do niego czuję.... Wiem, i czasem aż wstyd się do tego przyznać, że mówiąc wprost - pragnę go. Potrzeba seksu u piętnastolatki wydaje się nienormalna i chora... A przecież powoli staję się kobietą...
Podejrzewam, że przez te dwa lata nie potrafię o nim zapomnieć, ponieważ... - po pierwsze...pragnę go...i to bardzo silne uczucie, które nie pozwala mi normalnie funkcjonować... a po drugie - nie chcę plątać się w żadne następne miłości, bo boję się kolejnego odrzucenia... I tu krąg się zamyka, a ja nadal nie wiem jak sobie z tym poradzić. Przez te rozterki miłosne zawalam naukę, rodzice są niezadowoleni - więc powstają konflikty... Mam wrażenie, że przechodzę przez piekło.... i nie widzę rozwiązania tej sytuacji.

Proszę o pomoc!


* * * * *

Po pierwsze: nie wiem dlaczego on tak się zachował. Jedyne wytłumaczenie, które przychodzi mi do głowy to takie, że kiedy dałaś mu do zrozumienia co do niego czujesz on sobie to dobitnie uświadomił i się przestarszył uciekając. Tylko, że zrobił to bardzo nieelegancko. Pisałam w tym artykule: [zobacz], że nie wolno za wcześnie dawać do zrozumienia tego co się czuje, nie wolno naciskać. Może własnie to miało tu miejsce. Ale tak czy inaczej nie tłumaczy to jego okropnego zachowania i bardzo Ci współczuję, że musisz przez to przechodzić. To powinno Ci uświadomić, że to jednak nie ten człowiek, nie ta miłość, bo prawdziwa miłość nie rani tylko pragnie dobra.
Po drugie: z czego wynika Twoja potrzeba seksu? Trochę mnie zadziwiasz, bo wydaje mi się, że jednak Ty jako potrzebę seksu interpretujesz potrzebę czułości, przytulania, uczuć po prostu. No chyba, że masz probelmy z czystością np. z masturbacją? Może to wpływ "dziewczęcej" prasy typu Bravo gdzie wmawia się dziewczynom, że w tym wieku to już dawno powinny… Jeśli tak jest, jeśli Twoja seksualność została przedwcześnie rozbudzona, jeśli masz w tej dziedzinie jakiś problem to zajrzyj na stronę www.onanizm.pl i do działu Czystość na tej stronie. Jednak ja ciągle myślę, że Tobie wcale nie chodzi o seks tylko o czułość. Pamiętaj też, że nawet jak będziesz już miała chłopaka to to, że go "pragniesz" porzecież nie usprawiedliwi seksu. Wszyscy jesteśmy zobowiązani do czystości, Ty zaś do czystości przedmałżeńskiej. I właśnie szanowanie ciała dziewczyny, zachowywanie tej czystości jest dowodem miłości. Pisałam o tym w tym artykule: [zobacz].
Moja Droga! Przeczytaj proszę odp. nr: 241, 248, 304, 1091, 1161, 1563 - o rozstaniu, 540, 1527 - o pożądaniu oraz 80, 526, 653, 825 - o tym co zrobić żeby wyleczyć się z uczucia.
Módl się o wyleczenie z tego uczucia, unikaj kontaktu no i przede wszystkim módl się o swoją prawdziwą miłość. Która jeszcze przed Tobą - pomyśl o tym. Z Bogiem!

  Beata, 27 lat
2022
09.12.2007  
Witam.Półtora roku temu rozwiodłam się.Nie chciałem tego,ale Adrian(mój były partner)stwierdział,ze nie nie chce mieć dzieci,choć wcześniej twierdził,ze marzy o nich.Tak więc gdy zaszłam w ciąze,wyprowadził się i zażądał rozwodu.Od 15 miesięcy sama wychowuję Anię.Piszę,poniewz wiosna poznałam Maćka.Jest ode mnie starszy(ma 35lat),jest bardzo opiekuńczy,kochany,zaoferował mi przyjaźń i pomoc,wtedy, kiedy bardzo tego potrzebowałam.Tyle,ze on powiedział mi ,ze mnie kocha,a ja odwzajemniam jego uczucia,choć jest to inna miłosć o tej,która łączyła mnie z Adrianem.Co powinnam zrobić?Wiem,ze stworzylibyśmy kochającą rodzinę,ale ja nie mogę juz przystąpić do sakramentu małżeństwa.Czy powinnam zadowolić się ślubem cywilnym?Proszę o pomoc.Beata

* * * * *

Beato, a jak myślisz? Czy sądzisz, że na katolickim portalu doradzę Ci ślub cywilny?
Jeśli zaś jest tak jak mówisz to należałoby przede wszystkim zastanowić się czy Wasz ślub był w ogóle ważny. Bo jeśli on zataił przed Tobą, że nie chce mieć dzieci to małżeństwo mogłoby być w ogóle nieważnie zawrate. Radzę w tej sprawie zwrócić się do kurii. Bo naprawdę dziwnie i bardzo niepoważnie to wygląda z jego strony. A może się okazać, że będziesz mogła jeszcze przystąpić do sakramentu małżeństwa. Bo rozumiem, że mieliście ślub kościelny (a jeśli tak to nie wiem, czemu mówisz o nim partner a nie mąż?)?
Proszę przeczytaj odp. nr: 1940, 1986, 1699 i 1375. Z Bogiem!

  Ania, 22 lat
2021
07.12.2007  
witam :)

tak długo czekałam, aż nareszcie poznałam wspaniałego człowieka... doskonale się rozumiemy, często rozmawiamy... tak naprawde połączyły nas wspólne zainteresowania...
ale jest jeden problem... ja jestem Katoliczką, a on pochodzi z rodziny protestanckiej...
choć temat religii nie jest dla nas tematem taby czy jakiegoś sporu to boje się takiego związku... domyślam się, że najlepszym rozwiązaniem było by \'znalezienie sobie kogoś innego\'... A może jednak warto spróbować?
prosze o wyrażenie opinii, ewentualne rady... może istnieje jakaś książka, którą warto by było przeczytać? Z góry dziękuje za odpowiedz!

Pozdrawiam!

Ania


* * * * *

No, Aniu ale ja nie zdecyduję za Ciebie. To Ty musisz przemyśleć na ile jest dla Ciebie ważne, by Twój mąż miał takie same poglady i wartości jak Ty, na ile ważne jest by Ciebie w wierze wspierał. Na ile Ty sama jesteś gotowa sama brać na siebie ciężar katolickiego wychowania dzieci, na ile jesteś silna by wytrwać w wierze, zwłaszcza gdy pojawią się różnice między Wami dotyczące spraw zasadniczych. Naturalnie, będą problemy na tym tle, pisałam o tym w odp. 1545. Ale oczywiście taki związek nie jest niemożliwy, choć wymaga więcej kompromisów i silniejszej wiary. Pomyśl też Aniu czy w ogóle chcesz za tego chłopaka wyjść za mąż, czy czujesz się przy nim bezpiecznie, czy wyobrażasz go sobie jako męża i ojca swych dzieci. Jeśli tak to możliwość stworzenia małżeństwa wzrasta. Tylko musisz pamiętać o różnicach. Przeczytaj proszę te artykuły: [zobacz], [zobacz]. Niestety, nie znam żadnej książki na ten temat. Na razie radzę byście się poznawali, rozmawiali na wszelkie tematy: jak Ty coś widzisz, jak on no i modlili o rozeznanie. Na tej podstawie będzie można podjąć decyzję. Z Bogiem!

  Aleksandra, 17 lat
2020
07.12.2007  
Droga redakcjo,

witam. Moje życie to kłamstwo. Czegokolwiek bym nie robiła, wszystko leci mi z rąk i wydaje się błędem. Mam marzenia, których leniwie nie realizuję, żadnych celów przed sobą. Często się śmieję, najczęściej ze smutku.
Kilka miesięcy temu powiesił się mój najlepszy przyjaciel. Ciężko mi właściwie opisać to, co nas łączyło. Nie mogę powiedzieć, że to było coś mniej jak miłość, ale równocześnie nic więcej ponad przyjaźń. On był bardziej mną niż ja sama. Kochałam go i jestem pewna, że on kochał mnie. Widziałam to, kiedy patrzyłam w jego oczy. Kochałam go bez względu na to, kim był. Kochałam go jak matka kocha swoje dziecko - za samo to, że jest.
Nie było między nami wielkiej namiętności. Całowałam go często, przy znajomych, na imprezach, ale żadne z nas nie znajdowało w tym tak ogromnej przyjomności jak zazwyczaj nastolatkowie. Nie stał się częścią mnie przez usta, czy dotyk. Czasem mogłam zwyczajnie usiąść obok niego i milczeć.
Wierzę w Boga, chociaż jestem pełna wątpliwości. Bliżej mi do myślenia o urokach chwili, o uczuciach, które można zawrzeć między słowami, w milczeniu, będąc obok człowieka, którego się pokochało, niż do pokornej modlitwy i dążenia do ideału nieba. Jestem z tego pokolenia, które chce mieć wszystko natychmiast. Liczy się imrpesja, chwila. Nigdy więc nie zmieniałam mojego przyjaciela. Pozwoliłam mu być czym był.
Paliliśmy razem trawę, upijaliśmy się do nieprzytomności. Byliśmy razem żałośni, sumowaliśmy swoje nieszczęścia. Chcieliśmy być jak francuska bohema z XIXw. Ja miałam być jego Jeanne Samary, a on... malował lepiej niż Renoir. Uwielbiam historię sztuki, a on był moim ideałem, eksentrycznym malarzem. Z jednej strony to, a z drugiej właśnie to picie, palenie trawy i bycie beznadziejnym. Ja poprzestałam na tym, on zaczął wciągać "bałwanki", uzależnił się od heroiny.
Czy można nas usprawiedliwić? My zwyczajnie nie chcieliśmy czuć bólu. Moja mama jest alkoholiczką od kiedy pamiętam. Ojciec zawsze pracował, bardzo ciężko, bo wpadli w pułapkę kredytową i do tej pory nie wyszli do końca z długów. Mieszkaliśmy we czwórkę na 40m kwadratowych. Spałam na podłodze w kuchni, ojciec w moim pokoju (było mi go żal - matka mu nie pomagała, a on wypruwał sobie żyły, żebyśmy mogli zwyczajnie być). Od dzieciństwa wąchałam pod drzwiami, czy nie czuć alkoholu. Matka zaszyła sobie niedawno hesperal, ale ja wciąż powtarzam ten rytuał.
Nie wiem co to romantyczna, wyidealizowana miłość. Psycholog do której poszłam kilka razy powiedziała, że mam predyspozycje DDA i to co odczuwałam do mojego przyjaciela nie było w gruncie rzeczy miłością, a litością.
Faktycznie miałam się nad czym litować. Już kiedy go poznałam był nałogowym alkoholikiem (miał 22 lata, 6 lat starszy ode mnie). Jego rodzice się rozwiedli i znaleźli sobie "drugie połowy". On był trzecią połową. Tu i tam zbędny, czuł się obco. Matka otwarcie powiedziała mu, że nie obchodzi ją co się z nim stanie i że go nie kocha. Ojcu zdarzało się go bić i wyzywać od darmozjadów. Zamieszkał więc z przyjacielem, studiowali na tym samym kierunku, dorabiał jak tylko mógł.
Jednak zapijanie życiowych bóli skończyło się tak, że zawalił studia. Nie mógł znaleźć stałej pracy, a rodzice kolegi nalegali, żeby dokładał więcej na swoje utrzymanie (chociaż i tak robił co mógł, niewiele jadł, łapał każdą okazję do zarobienia paru groszy, jedynym co mogło pochłaniać jego zyski były narkotyki).
Jeszcze w sierpniu tego roku, kilka dni przed moimi siedemnastymi urodzinami leżeliśmy na dachu bloku i pokazywał mi morza księżyca. Interesował się astronomią, literaturą, filozofią, był wspaniałym malarzem. Ale widział się takim, jakim go zostawili rodzice - beznadziejnym. Pytałam go wiele razy czy nie potrzebuje pomocy. Zawsze mówił "tak", po czym dodawał "ale nie większej niż wszyscy inni" i zmieniał temat. Nie udało mi się namówić na rozmowę z psychologiem, zwierzał się tylko grupce przyjaciół. Ale nikt z tej grupki nie znał jego bólu.
Wierzę w Boga. Potrafię wskazać palcem sumienia gdzie robię źle, a co jest dobre i owocuje. Chociaż bardzo często wątpię, zaślepiona złością, przepełniona goryczą, to nigdy nie byłam sama. Gdzieś tam jest mój Ojciec, który zna mój ból, obejmuje go w całości, rozumie najbardziej zawikłane ścieżki mojego umysłu - lepszy niż psycholog, pedagog, lepszy niż ojciec i matka.
Mój przyjaciel nie poszedł do psychologa, był za duży na pedagoga. Mojego przyjaciela odepchnęli ojciec i matka. A na koniec mój przyjaciel dowiedział się, że ja jego przyjacielem nie jestem. Byłam zła na niego. Nie dlatego że brał i często, kiedy do niego przyjeżdzałam był nieprzytomny. Bardziej byłam obrażona jego egocentryczną wiarą w to, że nikt go nie rozumie i nie kocha. W złości powiedziałam mu, że jeżeli w końcu nie podniesie się z dołka i nie przestanie tchórzyć, zostawię go na zawsze. Powiedział, że przed niczym nie tchórzy, nie boi się niczego. Zostawiłam go w sierpniu.
W październiku postanowił udowodnić, że nie boi się niczego, nawet, a w szczególności - śmierci. Zażył jeden z ulubionych znieczulaczy - amfetaminę. Zadzieżgnął się z pomocą kabla. Na pogrzeb przyszło kilka osób. Matka płakała najgłośniej. Łkała nad jego grobem. Ja nie płakałam wcale. Myślałam tylko o tym, jak wielki był ból samotności mojego przyjaciela. Zanim opuścił przyjaciół i rodzinę, oni opuścili jego. Kiedy czułam rozdzierającą samotność, obok mnie był Jezus z wielkim krzyżem, sumą wszystkich moich grzechów, obolały, znający ludzką samotność Bóg. Mój przyjaciel nie wierzył w żadnego Boga. Do kogo się zwracał w takich chwilach?
Moje życie to kłamstwo. Śmieję się, kiedy mnie boli. Boję się, bo wszystko co robię, naznaczone jest życiem kogoś, kogo kochałam. Jak to się stało, że inteligentny, wrażliwy chłopak nie napotkał w swoim życiu żadnego duchowego pocieszenia? Czy to wina ludzi? Czy on odrącił Boga, czy Bóg wcale nie pukał do jego serca? Śmieję się, żeby nikt nie zobaczył jak bardzo się boję. Żeby nie podejrzewali nawet, że wszytko co robią jest dla mnie rozpaczliwie pozbawione sensu. Modlitwy, koronki? Czy to mnie ochorni od ludzkiej wzgardy? Czy Jezus nie modlił się "oddal ode mnie ten kielich" przed śmiercią? Czemu Bóg wybrał zbawienia przez krzyż? Dlaczego śmierć niewinnego ma zmyć grzechy winnych? Jaką ma wartość cierpienie, skoro nikt nie stara się nad nim pochylić, dostrzec w porę?
Kłamię moim rodzicom. Oni chcą mnie widzieć jak dziennikarkę, robiącą karierę itd. Zabraniali mi się spotykać z "takimi osobami" jak mój przyjaciel. Na tym świecie nie ma miejsca dla "takich osób". Na "takie osoby" nie czeka miłość ani zrozumienie.
Nikt nie mówi tego głośno, ale większość znajomych mojego przyjaciela widzi go pewnie teraz jak smaży się w piekle. Ale jaką świadomość konsekwencji własnego czynu może być ktoś, kto z głupim uporem wybrał niewiarę i skazał siebie samego na samotność? Czy można go obarczać winą za ucieczkę z tego świata? Moje życie to kłamstwo, bo mówiłam wszystkim, że będzie dobrze. Tymczasem boję się, że mój przyjaciel jest teraz w miejscu, do którego podążał - nigdzie. W końcu zawsze mówił "nie boję się niczego". Ja bardzo się tego niczego boję.


* * * * *

Droga Aleksandro!
Twój list jest bardzo dojrzały, wiesz? A skoro tak to znaczy, że Ty sama jesteś osobą, która musiała dojrzeć szybciej. Nie jestem w stanie odpowiedzieć na wszystkie Twoje pytania ani rozwiać Twoich wątpliwości. Bo to są pytania o sens życia, o Boga, o wieczność, o cierpienie. To jest też - przede wszystkim - rozpaczliwe wołanie o miłość. I to nie tylko tą miłość ziemską, miłość do kogoś.
Psycholog ma rację - powinnaś wziąć udział w terapii. I DDA wydaje się tu być strzałem w dziesiątkę. Nie ma sensu wypierać się, że jest inaczej. Nie ma sensu szarpać się samemu, bo sama sobie nie pomożesz. Pomoże Ci Bóg poprzez kompetentnych ludzi. Dlatego pójdź na terapię. Nie będziesz tam osamotniona, bo wiele jest osób z podobnym doświadczeniem.
Jest w Tobie wiele bólu, żalu i cierpienia. To się gromadziło latami, poprzez te wszystkie złe doświadczenia, poprzez tą tragiczną śmierć przyjaciela, której - słusznie - nie rozumiesz. Wiedz jedno - Jezus jest miłosierny. On nie skazuje ludzi według ilości ich grzechów. To nie jest tak, że Bóg po śmierci palcem wskazuje na piekło. Człowiek w chwili śmierci sam wybiera gdzie chce być. Wiesz o tym? Tak właśnie jest. Przed oczami staje wtedy całe życie ze zrozumieniem tego co było - pełnym. I na tej podstawie następuje wybór człowieka - po prostu każdy WIE gdzie powinien się znaleźć. Naturalnie nie ejst tak, że jak ktoś całe życie wybierał zło, Boga lekceważył to bez najmniejszej wątpliwości Go wybierze, ale i odwrotnie - jeśli w człowieku była choć jedna iskra miłości nie jest możliwe by miłości nie chciał przyjąć. Tylko pełne, dobrowolne i świadome odrzucenie Boga w trakcie całego życia może być wyborem piekła przez człowieka. Piekła - jako stanu a nie miejsca - przypomnijmy. Jestem przekonana, że Twój przyjaciel tak nie wybrał. Poza tym Bóg do końca walczy o człowieka - bo nie po to go stwarzał by go tracić. Oczywiście, każdy potrzebuje oczyszczenia i dlatego jest czyściec. Ale to już przedsionek raju - bo daje pewność zbawienia. Olu, co do nikogo nie możemy powiedzieć, że jest potępiony, nawet co do Judasza. Wierz zatem, że przyjaciel jest zbawiony i módl się za niego. Nawet nie wiesz ile my, żyjący możemy zrobić dla zmarłych. Ogromnie dużo i tylko my, bo oni sobie już nie są w stanie sami pomóc. Dlatego nasza modlitwa, ofiarowanie odpustu, Msza św.za nich jest zawsze ich krokiem ku Bogu - naprawdę tak jest. Jak kiedyś z przyjacielem spotkasz się w niebie to Ci to potwierdzi. Nie daj sobie wmówić, że on "smaży się w piekle" - jeśli ktoś tak mówi to chyba ma straszny i nieprawdziwy obraz Boga w sobie? Pisałam o tym w odp. nr 1180.
No a co do Ciebie: pójdź na terapię DDA - to przede wszystkim. Może będziesz potrzebowała też pomocy psychologa, wtedy zajrzyj na stronę www.spch.pl. Porozmawiaj z kapłanem. Na pewno nie całe Twoje życie jest zakłamane. Na pewno możesz uleczyć te sfery, które są zranione. Bóg na Ciebie czeka. Daj sobie pomóc - przez profesjonalistów. Tu chodzi o Twoje życie. Z Bogiem!

  aga, 18 lat
2019
06.12.2007  
Jak to jest z naszym powołaniem, czy to jest tak, że jeśli nie wybierzemy tej przeznaczonej drogi to będziemy nieszczęśliwi. Wiem, że to my sami musimy zdecydować, którą drogą pójść (oczywiście po wcześniejszym przemodleniu i rozważeniu sprawy), ale właśnie pojawia się ale... Ja jeszcze nie wiem, wiem, że to nic strasznego, mam jeszcze trochę czasu, ale modlę się, myślę i jakoś nie ma żadnego przybliżenia w którąś stronę. Przyznam szczerze, że myśl o zakonie jakoś tak na poważnie przyszła mi w zeszłym roku, pewien ksiądz, z którego zdaniem się mocno liczę, powiedział mi, że jego zdaniem to wcześniej czy później "wyląduję" w zakonie... Zaznaczył, że to jego zdanie tylko itp, tylko ja teraz nie wiem czy takie myśli zrodziły by się we mnie gdyby nie jego słowa. Najważniejsze jest chyba to co czuję ja, hmm ja sobie myślę, że w sumie mogłabym być zakonnicą, bardzo lubię spędzać czas na modlitwie,daje mi szczęście codzienna Eucharystia, ale z drugiej strony żyję ciągłą nadzieją spotkania "księcia", kogoś kogo pokocham, kogoś kto pokocha mnie i w pełni zaakceptuje. Po za tym ja nie rozumiem jak kobieta może sama zdecydować, że nie chce mieć dzieci, nie rozumiem zresztą tak samo jak tego, że przecież to oczywiste, że każda kobieta pragnie być pokochana przez mężczyznę. Kiedyś idąc ulicą, w czasie gdy miałam mocne myśli o wstąpieniu do zakonu, zobaczyłam tatę z dzieckiem i się rozpłakałam... Wogóle jak rozpoznać to czy jakieś tam nasze myśli to powołanie czy tylko jakieś złudzenia, jak rozpoznać, że dobrą decyzję podjedliśmy? Czy nasze powołanie to jest to czego chcemy, czy coś więcej, coś czego chce Bóg? Zresztą co zrobić jak naprawdę nie ma się w sobie pewności, nie wiem czy mogłabym być żoną i matką, czy nie ciągnęło by mnie do kościoła, lubię przez tydzień iść do kościoła, nie wiem też czy mogłabym być zakonnicą, czy nie żałowałabym, czy nie brakowało by mi ludzkiej miłości, czy umiała bym znieść przejawy mojej kobiecości itp... proszę o odpowiedź...

* * * * *

Moja Droga! O przeznaczeniu przeczytaj najpierw ten artykuł: [zobacz]. A co do powołania. Ja nie rozumiem zupełnie dlaczego ten ksiądz tak Ci powiedział. Może to wynikało z nieznajomości przez niego dziewczęcej psychiki i nie zdawał sobie sprawy, że Ty to tak mocno odbierzesz. W końcu ksiądz też człowiek i na pewno miał dobre intencje ale tak jakoś to wyszło. Więc ja bym absolutnie nie traktowała tego jak wyrocznię ani przeznaczenie. Tylko Bóg wie co jest dla Ciebie dobre a ty masz za zadanie by Jego plan przyjąć po wcześniejszym rozpoznaniu i wyrażeniu na niego zgody. Bo Bóg nie każe, nie rozkazuje, on proponuje. A Ty masz rozum i wolną wolę i wybierasz. Bez strachu o grzech, bez przymusu - z miłości. Jeśli masz takie myśli i o zakonie i o małżeństwie to znaczy, że jesteś najnormalniejszą dziewczyną na świecie. I powinnaś pojechać na jakieś rekolekcje powołaniowe aby porozmawiać z jakąś siostrą, przypatrzeć się temu życiu, pomyśleć czy Ci się to podoba. Jednocześnie nie powinnaś sobie konkretnie wmawiać powołania do zakonu i unikać chłopaków. Wprost przeciwnie, przypatruj się rodzinom, dzieciom, poczytaj jakieś książki np. "Młodzi i miłość", pomyśl czy chciałabyś być żoną i matką. Nie bój się swoich pragnień, jeśli Bóg Ci je daje to one są dobre. Pozwalaj się zapraszać chłopakom, pozwalaj się poznawać. Może Twoją drogą jest małżeństwo? Tylko jedno zastrzeżenie: nie na "księcia" masz czekać, bo tytułów książęcych to już dawno nikt nie przyznaje a na normalnego człowieka z krwi i kości, porządnego chrześciajnina. O oczekwianiach wobec drugiej osoby i o miłości poczytaj w tych artykułach: [zobacz], [zobacz], [zobacz]. Rozmawiaj ze spowiednikiem, przypatruj się powołaniom, myśl, czytaj. I daj sobie czas. Nie musisz decydować dzisiaj. Jeśli Bóg dał Ci powołanie to będzie o nie walczył i tak Cię to zachywci, że Ty sama je z radością a nie pod przymusem wybierzesz. I jak byś nie wybrała to będziesz szczęśliwa - bo to będzie Twoja droga. Nie obawiaj się. A wątpliwości jeszcze będziesz miała. To normalne, to element dorastania, decydowania. Świadczą o Twoim poważnym podejściu do życia. Ja Ci życzę jak najlepszego wyboru. Z Bogiem!

  Marta, 18 lat
2018
06.12.2007  
Co zrobić??
Mam 18 lat od kilku lat choruje na depresje i jest mi bardzo ciezko . Głownym problemem jest to ze nie akceptuje siebie uwazam sie za nikogo .. doslownie . Ogólnie pragne milosci od jakiegos mezczyzny ale nie chce zeby to byl pierwszy lepszy . Kazdy jaki pojawial sie w moim zyciu zostal prawie odrazu odrzucany prze mnie .Bo sobie myslalam skoro ja siebie nienawidze to jakim cudem ma mnie ktos pokochac?? No i balam sie . ze ta osoba zawidzie sie na mnie... Czuje ze sie do niczego nie nadaje ... Jestem osoba bardzo wrazliwą i wiem ze trudno dzis znalezc takiego samego mezczyzne .. Czasami mam wrazenie ze moglabym wyjsc powoli sama z tej depresji ale z drugiej str chcialabym zeby ktos mi pomogl ktos mnie docenil i czesto mam wrazenie ze dlatego nie dokonca umiem sie pozbierac .. Nie widze zadnej motywacji ... Jezeli chodzi o chlopakow to troche sie poznalam .. ze nie lubia dziewczyn ktora sie uzala ... Pomocy juz nie wiem co myslec i co robic ; ((


* * * * *

No, to, że nie może to być "pierwszy lepszy" to prawidłowe założenie. Natomiast masz rację, że dopóki nie pokochasz siebie, nie docenisz siebie to nie tyle, że nikt Cię nie pokocha tylko Ty nie będziesz w stanie nikogo pokochać i uwaga! - Ty nie pozwolisz nikomu siebie pokochać. Bo ciągle będziesz znajdywała w sobie złe strony. Będziesz innych do siebie zniechęcać. Przeczytaj proszę te odp.: 421, 537, 950, 1490. Sama z derpresji - o ile to jest depresja - nie wyjdziesz. Przede wszystkim Pan Bóg, On może Cię uleczyć. Człowiek sam w sobie jest za słaby i bezradny, by mógł sobie pomóc. Więc najpierw rozmowa z kapłanem, czy to nie jest jakiś problem duchowy, a nawet jak nie jest to on da Ci wskazówki jak postępować. Trzeba tu na pewno nawrócenia, "chłonięcia" Boga poprzez Jego Słowo, sakramenty. A po drugie: może potrzeba terapii? Pójdź do psychologa, ale chrześcijańskiego. Bo jeśli faktycznie jest to coś poważniejszego to trzeba leczyć. Zajrzyj na tą stronę: www.spch.pl.
Głowa do góry! Z tego na pewno da się wyjść, tylko trzeba zrozumieć z czego wynikają problemy i spróbować z nimi powalczyć. Jesteś wartościową dziewczyną, bo Bóg Cię stworzył. On - który jest mądrością i dobrocią - nie stworzyłby czegoś złego czy niepotrzebnego. Skoro Cię powołał do życia to Cię kocha i ma dla Ciebie plan i misję. Próbuj je odkrywać a Twoje życie nabierze sensu i pojawi się w nim miłość. Ale popracuj nad sobą. Z Bogiem!

  karolina16, 16 lat
2017
05.12.2007  
Witam! dziekuje za Pani odpowiedz... Bylam u spowiedzi wyrzocilam to z siebie ii jest mi o wiele lepiej ,,kamie spadl mi z serca"-odkochalam sie ... Jestem taka szczesliwa przy NIM przy Bogu chce sluzyc Mu i blizniemu.. od stycznia bede wolontariuszka w caritasie teraz zeby byc blizej Pana codziennie chodze do kosciola poglebiam wiare i rozwijam swoje powolanie... chlopcy stali mi sie obojetni ale za tych 2 dziekuje Bogu bo pokazali mi co w zyciu jest wazne ! 1.Bóg 2.Rodzina wszystko inne na koniec pozdrawiam i zapewniam wszystkich watpiacych zastanawiajacych sie nad powolaniem o modlitwie z Panem Bogiem!Bóg zaplac za dobre rady!

* * * * *

No to bardzo się cieszę. Trwaj przy Bogu a On nie zapomni o Tobie.

  Anna, 18 lat
2016
05.12.2007  
Witam. Bardzo proszę o choćby krótką odpowiedź na moje pytanie. Otóż od jakiegoś czasu kocham (z pełną świadomoscią tego słowa) pewnego chłopaka, który jednak jakiś czas temu powiedział, ze nie chce ze mną byc. Uszanowałam to i bardzo mocno poluzowałam nasze kontakty, co trwa do dzis. Wtedy zastanawialam sie - może popełnilam błąd, proponując mu pogłębienie relacji, kiedy on oczekiwal luźnego i niezobowiązujacego koleżenstwa, a moze zwyczajnie się przestraszył. Ostatnio okazało sie, że planuje bycie księdzem. Trochę mnie to wewnętrznie rozbilo, choć wiem, ze nie powinnam sie smucić w sytuacji, gdy kochana przeze mnie osoba dostała wielki dar powołania kaplańskiego. Mimo wszystko w srodku czuje jakiś cięzar, wahanie, co dalej w moim życiu. Wiem, ze to nie jest najwazniejsze, tym bardziej że jestem mloda osobą, ale bardzo brakuje mi miłosci, a przynajmniej jakiejś głębokiej, dobrej relacji z płcią przeciwna. Ogarnia mnie uczucie samotności. Jednoczesnie od paru miesięcy trwam w rocznym postanowieniu czystości zlożonym podczas Komunii Św. Jezusowi. Boje się tego, jak mogą sie potoczyć relacje z kolegami, bo a nuz któryś sie mną zainteresuje i będę sie czula winna, że "nadwyręzam" złożone postanowienie. Szczególnie w sytuacji, w której ja sama zaczelabym sie kimś interesować, co juz nastąpiło, a teraz bije sie z myślami. Jestem zazdrosna o ta osobę, co jest zupełnie abstrakcyjnym uczuciem i niewłasciwym. Z drugiej strony tak naprawde blokuje się, bo kiedy spotykam tą osobę, przypominam sobie o moim postanowieniu czystości oraz o mojej milości, której jestem być moze niepotrzebnie nadal wierna i zachowuje sie zupełnie nienaturalnie - nie odzywam sie, nie śmieję. Boję sie po prostu angażowac w uczucie, więc wole unikać kontaktu z taką osoba. Poza tym z powodu poprzedniego rozczarowania mam jakis dziwny syndrom - rozpaczliwie doszukuję sie choćby najdrobniejszych oznak sympatii, a z drugiej strony uwazam, że i tak mi coś nie wyjdzie. Ostatnio doszlam do wniosku, że może Bóg przeznaczył mi życie w pojedynkę. Tylko czy naprawde, skoro chcialabym kogoś obdarować czystą i przemyslaną miłością, skoro potrzebuje zainteresowania, ciepła, którego tak naprawde od wlasnego taty nie dostaję (ma ze mną dobre kontakty, ale potrafi mnie zranic pochopnymi słowami, nie interesuje sie też tak naprawde moimi problemami). Co z tym calym bałaganem zrobić? Jak Pani myśli, w jakim powinnam isc kierunku? Moje wewnętrzne rozchwianie zadaje mi duzo bólu.

* * * * *

Ale ma czym polega Twoje postanowienie czystości? Bo do czystości jesteśmy wezwani wszyscy - jakiekolwiek byłoby nasze pwoołanie. A jeśli chodzi Ci czystość przedmałżeńską bo i bez deklaracji jesteś zobowiązana ją zachowywać a to zupełnie nie przeszkadza we wchodzeniu w relacje. Natomiast jeśli rozumiesz to tak, że przez rok nie będziesz miała żadnego chłopaka to troszkę to dziwne. Radziłabym porozmawiać o tym ze spowiednikiem - on może zdjąć z Ciebie to postanowienie. Absolutnie nie myśl o żadnym powołaniu do samotności! Bóg nikogo nie przeznaczył i nie skazał na samotność! Bóg nie byłby Bogiem miłosiernym gdyby tak było. Poczytaj o tym w tych artykułach: [zobacz], [zobacz]. Odnośnie tego chłopaka: no trudno, chce zostać księdzem, pięknie, że to uszanowałaś i teraz lecz swoje uczucia do niego. Bóg pomoże Ci z tego wyjść, a o tym jak zapomnieć pisałam w odp. nr: 80, 526, 653, 825. Będzie dobrze, tylko nie myśl stale o nim, nie rozdrapuj ran, nie wyobrażaj sobie go w nieskończonosć. Módl się o zabranie tego uczucia. Przeczytaj też ten artykuł: [zobacz], może zrozumiesz gdzie popełniłaś błąd, choć wydaje mi się, że jego niechęć wynikała po prostu z tego, że głęboko zastanawiał się nad powołaniem.
Odnośnie sympatii o której piszesz - koniecznie porozmawiaj ze spowiednikiem i nie unikaj tego chłopaka. Daj się poznać, poznaj jego, może okaże się, że to wartościowy chłopak? Bóg nie żąda od Ciebie cierpiętnictwa tylko życia zgodnie z Jego wolą. Próbuj ją rozpoznać. Odnośnie ojca - tak, to jakiś problem i może rzutować na Twój obraz Boga (np. ta konieczność wytrwania w postanowieniu, może skrupulanctwo?). Poczytaj o tym w odp. nr: 1180. Aniu, jesteś młodą wspaniałą dziewczyną. Módl się. Po prostu, Módl się od dobrego męża np. tą modlitwą: [zobacz].
Powierzaj Bogu swoje pragnienia, a Bóg, który Cię zna i chce Twego dobra da Ci je. I to wszystko. Z Bogiem!

  O., 20 lat
2015
04.12.2007  
Witam,
chciałabym się poradzić w pewnej sprawie. Otóż poznałam dwóch miłych chłopaków. Z tym, że jeden z nich mieszka bardzo, bardzo daleko ode mnie. Rozmawiamy sobie mailownie. Mogę wymienić setki jego zalet. Natomiast drugi mieszka blisko mnie, ale za to jest ateistą. Jeśli miałabym wybierać między nimi, to wolałabym tego pierwszego, jednak ze względu na to, że mieszkamy daleko i nie ma szans aby to się zmieniło nie mogę liczyć na wiele. Natomiast w drugim przypadku boję się,że ciągle będę patrzyła na tego drugiego chłopaka przez pryzmat niewiary... Boję się o różnicę poglądów, systemu wartości, poczucia obowiązku... Jestem między młotem a kowadłem. Wtajemniczeni znajomi doradzają mi abym wybrała tego, który mieszka bliżej. Ja jednak nie mogę postanowić nic konkretnego. Jestem takim chodzącym przepraszającym człowiekiem- nie lubię ranić innych osób, mówić im "nie", kiedy może to sprawić im przykrość. Jednak muszę coś postanowić. Proszę o radę...
Pozdrawiam.


* * * * *

Po pierwsze - nie musisz nic postanawiać w tym sensie, że musisz kogoś wybrać. Nie musisz żadnego z nich wybrać. Po drugie: czy znasz na żywo tego pierwszego? Bo przez maila to poznać nikogo nie można. Oczywiście, jeśli ktoś jest szczery to można mieć pewien obraz człowieka nawet kontaktując się tylko wirtualnie ale to nie to samo co spotkanie żywej osoby. Pisałam o tym w odp. nr: 59, 118, 1072.
Nie możesz myśleć, że musisz, że wypada się decydować. Musisz natomiast określić swoje oczekiwania, pomyśleć co jest dla Ciebie w związku najważniejsze, czy chcesz by Twój chłopak wierzył tak jak Ty czy też poradzisz sobie z bagażem niewiary chłopaka (a nie jest to łatwe, pisałam o tym w odp. nr: 69, 466, 1682). Nie możesz dokonywać wyboru na zasadzie odległości! Nie możesz też przekreślać chłopaka dlatego, że mieszka daleko - przecież masz 20 lat i możesz pojechać by się spotkać tak samo jak on może przyjechać do Ciebie. Nie chodzi też o to, by mieć jakiegokolwiek chłopaka tylko aby odnaleźć swoją prawdziwą miłość. Przeczytaj proszę te artykuły: [zobacz], [zobacz], [zobacz] i módl się o rozeznanie. Może się okazać, że żaden z tych chłopaków nie jest odpowiedni a Bóg ma dla Ciebie kogoś zupełnie innego? Z Bogiem!

  Paula, 18 lat
2014
03.12.2007  
Witam! Mój problem jest bardzo poważny i nie opiera się tylko na jednej dziedzinie życia.
ponad rok temu poznałam mężczyznę starszego ode mnie o 12 lat. Jest miły, sympatyczny, opiekuńczy, szczery i odpowiedzialny. Mama wie o różnicy wieku między nami (ojciec nie) i jasno dała mi do zrozumienia, że toleruje naszą znajomośc tylko w relacji przyjaciel-przyjaciółka. Nie zaakceptują nigdy tego, że jesteśmy razem!
Z matką i ojcem nigdy nie miałam jakiś szczególnie dobrych relacji z racji tego, że żyję w zakłamaniu i nie potrafię się od tego uwolnic. Kiedy poznałam K. powiedziałam sobie, że nigdy go nie oszukam. Niestety było odwrotnie (i nadal jest). Wiem, że on mnie strasznie kocha i jestem zła na siebie, że okłamuję go nawet w takich sprawach, w których nie muszę. Oczerniam niesłusznie sama siebie w jego oczach. Jestem sama dla siebie oszczercą. Nie szanuje swojego dobrego imienia. On mimo tych wymyślnych nieprwdziwych wad, które sobie wymyśliałm dalej mnie kocha. Nie umiem sobie z tym poradzic. Teraz kiedy on myśli o naszym związku coraz poważniej (chce bym została jego żoną) ja martwie się czy na niego zasługuje. Niby go kocham, ale nie mogę przestac go oszukiwac. Z tego powodu nawet kiedyś z nim zerwałam tłumacząc mu, że tak będzie lepiej. Jednak zauważyłam, że życie bez niego jest dla mnie niewyobrażalnie ciężkie i wróciliśmy do siebie. Okłamuję go już prawie dwa lata. Starałam się przestac. Wytrzymywałam dzień, dwa, pięc dni, ale niestety to bardzo szybko wracało. Z tego powodu czuję się gorsza, nieczysta, a co najważniejsze wiem, że po ślubie mogło by to nie ulec żadnej zmianie. Jeżeli człowiek uzależni się od tego, to bardzo trudno jest się podnieśc. Mówiłam K. że nie jestem taka jaką mnie widzi, że nie jestem aniołem jakim mnie nazywa, ale wprost nie umiem się przyznac. Chyba tylko sama przed sobą. Boję się, że gdyby się dowiedział zerwałby ze mną. On nienawidzi kłamstwa. Nie wiem, co mam robic, czy w koncu dam radę to pokonac, a jeśli nie to czy rozważyc możliwośc rozstania dla jego dobra? Proszę o pomoc. Nie chce go ranic, ale to jest silniejsze ode mnie. Zastanawiam się czasem dlaczego Bóg dopuścił do tego żebyśmy się spotkali. Nic dobrego z tego nie wynika. Pozdrawiam. Z Bogiem


* * * * *

Twój problem nie dotyczy tylko tego związku, dotyczy całego Twojego życia. Wygląda na to, że uzależniłaś się od kłamstwa, ale pytanie: dlaczego? Czego lub kogo bałaś się lub boisz, że nie mówisz prawdy? Czy przypominasz sobie jakieś zdarzenie z dzieciństwa, sytuację? A może to nadal trwa, bo piszesz, że nie jesteś szczera wobec rodziców? Czego się boisz w relacji z nimi, szczególnie z ojcem, czy nie czujesz się w domu bezpiecznie? Musisz koniecznie zastanowić się o co chodzi i porozmawiać o tym ze spowiednikiem. Bo zerwanie związku tego nie rozwiąże i jak spotkasz następnego chłopaka będzie to samo. Tu nie o to chodzi! Musisz pomału próbować nie kłamać. Zacznij od drobiazgów. Próbuj, to jest możliwe. Tylko najpierw porozmawiaj ze spowiednikiem, może to jakiś problem duchowy. A o różnicy wieku poczytaj sobie w odp. nr: 8, 28, 87, 310, 916, 1253 . Z Bogiem!

  Michał, 28 lat
2013
02.12.2007  
Czy wola Boża nie jest właśnie przeznaczeniem dla przez niego powołanych do jej pełnienia ?!
Czy powołani wypełniają Plan Boży dla dobra tego świata i zagubionych we własnej woli,nieszczęśliwym przypadku ludzi ?
Czy powołani nie zawsze muszą być świadomi że mają kochać i założyć rodzinę właśnie z przeznaczoną im w życiu osobą rzadziej dwiema ?
Czy i oni nie mogą być często zagubieni w swym przeznaczeniu ?
Czy i kiedy wreszcie to się zmieni ?


* * * * *

Nie do końca rozumiem Twoje pytania, ale proszę przeczytaj o przeznaczeniu ten artykuł: [zobacz]. Wola Boża jest planem wobec nas natomiast my mamy rozum i wolną wolę, by dokonywać wyborów. Bóg nikogo nigdy nie zmusza na siłę, nie determinuje naszych działań, nie jesteśmy marionetkami w Jego ręku stąd nie jest to "przeznaczenie" w ścisłym tego słowa znaczeniu. Inna sprawa, że człowiek najszczęśliwszy będzie właśnie pełniąc wolę Bożą, odkrywając Jego plan. Nie musimy jednak się bać, że go nie odkryjemy i się poplączemy, że będziemy nieszczęśliwi. Jeśli człowiek ufa Bogu to pyta go o zdanie poprzez modlitwę, słuchanie Słowa, rozmowy ze spowiednikiem. Wtedy te wszystkie wskazówki podpowiadają mu w jaką stronę powinien iść. I jeśli chce - idzie. I to jest pełnienie woli Bożej. Jednak nie ma to nic wspólnego z przeznaczeniem (jako odgórnym nakazem), bo nie jest to przymus tylko wybór. I dlatego ten wybór musi być wolny, człowiek faktycznie musi tego chcieć. Czy o to Ci chodziło? Z Bogiem!

  natalia, 20 lat
2012
02.12.2007  
witam!ja mam pytanie dotyczące otaczających przyjaciół i znajomych.czy kiedy jest związek dwojga ludzi, to ma on sie opierac tylko na nich czy wskazane jest aby otwierali się oni na innych znajomych?

* * * * *

Związek musi być otwarty na innych, bo nie można zamknąć się we własnym świecie. Stąd tylko krok do zazdrości. Oczywiście, potrzebna jest obecność i rozmowy tylko we dwoje, ale nie można się tylko do tego ograniczać. Najlepsza jest zasada złotego środka. Natomiast ostrożnie z nowymi (nawiązywanymi już po zaistnieniu związku) znajomościami z osobami odmiennej płci. Jak wielokrotnie pisałam jeśli mamy znajomego odmiennej płci to nie można tego faktu przed chłopakiem czy dziewczyną ukrywać, nie można mieć z tamtym człowiekiem tajemnic i najlepiej by było, żeby przynajmniej czasami spotykać się we trójkę. Bo nie można czuć za tego powodu zagrożenia, konkurencji. Najogólniej tak to właśnie wygląda. Z Bogiem!

  Olka, 20 lat
2011
02.12.2007  
Czy mogę się dowiedzieć czegoś więcej o RCS?

* * * * *

Zajrzyj tutaj: http://www.rcs.org.pl

  Niga, 16 lat
2010
02.12.2007  
Takie pytanie natury egzystencjalnej, bo trochę za młoda jestem żeby było one pytaniem praktycznym.
Tak więc... dlaczego mieszkanie z partnerem przed ślubem jest grzechem?
Np. studenci na stancji.
Co w tym złego?


* * * * *

A przeczytaj proszę te odp. 530, 739 i ten arykuł: [zobacz] oraz posłuchaj na ten temat audycji ks. Pawlukiewicza. Znajdziesz je na tej stronie: [ www.sielskiefale.pl ]
Generalnie chodzi o narażanie się na grzech (a naparwdę ciężko jest wytrzymać w czystości jeśli śpi się z kimś w łóżku, widzi go w piżamie, dzieli z nim łazienkę itp.) i o świadectwo zgorszenia dla innych (bo przecież jak ktos razem mieszka to w oczach ludzi jest to łączone ze współżyciem także), więc jest to grzech zgorszenia.
A jeśli chodzi o argumenty ekonomiczne to one odpadają w sytuacji kiedy wynajmuje się mieszkanie z koleżanką (chodzi mi o dziewczyny) lub kolegą (chłopcy). Poznać się dobrze naprawdę da się nie mieszkając ze sobą przed ślubem. Moje małżeństwo jest tego dowodem. Z Bogiem!

  Ania, 18 lat
2009
02.12.2007  
Ponoć nic nie dzieje sie przez przypadek... Ostatnio miałam sytuacje: czekałam na odpowiedz od chłopaka w pewnej sprawie, bardzo mi zależało na tym aby odpowiedz była pozytywna. Miałam watpliwości, bo juz same okolicznosci tej sprawy były zaskakujące... Ale nadzieja nie pozwoliła mi zwatpic... długo czekałam na odpowiedz, przez ten czas przezywałam straszne rzeczy, nie moglam jesc, spac, ciagle zastanawiałam sie nad wynikiem tej sprawy... Modliłam sie, odmówiłam koronke w tej intencji, Pan ciągle dodawał mi nadzeii, do ostatniej sekundy wierzyłam ze moze sie udac... no i sie nie udało... Jak sie pozniej okazało odpowiedz została wysłana juz duzo wczesniej, ale z jakis przyczyn nie dotarła do mnie... I to mnie najbardziej boli, nie sam wynik sprawy.. chodzi mi o to, ze nie moge zrozumiec dlaczego Bog tak długo mnie meczył, dawał mi nadzieje, pozwolił mi uwierzyc ze w koncu moze cos mi sie udac... a wylał na mnie kubeł zimnej wody... gdyby odpowiedz doszła wtedy gdy została wysłana za pierwszym razem nie bolało by to tak bardzo... a im dłużej czekałam tym bardziej chciałam w to wierzyc, tym bardziej płonęła we mnie nadzieja... czemu Bóg do tego dopuścił... miałam wiele watpliwosci, ale On pozwolił mi uwierzyc, ze moge w koncu byc szczesliwa... dlaczego?! co chiał mi przez to pokazac... kolejna zyciowa porazke przyjęłam w spokoju i pokorze, ale ból który ogarnął moje serce jest ogromny i to właśnie dlatego ze ja pomimo mojego tchórzostwa zdecydowała sie zaufac Bogu( przeciez to On ciagle dawał mi nadzieje) a dostałam to czego sie obawiałam... Od paru lat przesladuje mnie pech zwiazany z chłopakami, nie potrafi sei z nikim zwiazac, kiedy myslałam ze w koncu sie skonczyło, ze nadszedł koniec moich mek, okazało sie ze nie... ze dalej bedzie tak jak było... ile razy jeszcze Bóg pozwoli mi w cos uwierzyc, a potem obleje mne zimna woda?! ile razy moja wiara i nadzieja okaza sie naiwnoscia? jestem naiwna bo chce wierzyc ze moge byc szczesliwa...

* * * * *

WIARA RODZI SIĘ ZAWSZE W RYZYKU A NIE W PEWNOŚCI. Nie wiem dlaczego akurat w tej sprawie tak się stało, ale może właśnie dlatego Bóg dał Ci tego doświadczyć, byś zobaczyła (Ty sama) na ile Mu ufasz? Na ile żywa i gorąca jest Twoja wiara? Bo może gdybyś dostała tą odpowiedź wcześniej to byś się nie modliła tyle? Może nie miałabyś okazji sprawdzić samej siebie? Może nie zrozumiałabyś jak i czy naprawdę ważna była dla Ciebie ta sprawa? Nie wiem Aniu pewne rzeczy są za trudne, żeby gdybać. Pewne rzeczy są tajemnicą nie do ogarnięcia przez ludzi. Ja też mam takie pytania i takie sfery, w których nie potrafię znaleźć sensu i czekam na odpowiedź od Boga. Nie wiem.
Natomiast wiem, że nic nie jest bez sensu i wszystkie doświdaczenia nas czegoś uczą. Choćby rozumienia innych, wrażliwości i współczucia. Albo przynajmniej współuczestniczenia w cierpieniu Jezusa. Ja myślę, ze za jkis czas poznasz odpowiedź na to pytanie. A na razie ofiaruj to cierpienie: albo właśnie w intencji znalezienia dobrego męża albo jako zadośćuczynienie łącząc je z ofiarą Jezusa. Módl się, a Bóg nie zostawi Cię samej. A żadne cierpienie nie jest daremne. Z Bogiem!

  Anna, 24 lat
2008
02.12.2007  
5 lat temu miałam chłopaka. Oboje byliśmy wówczas punkami, poznaliśmy się na Woodstocku. On od razu zaopiekował się mną, dbał, abym nie marzła itd. (uciekłam wówczas z domu z zapaleniem płuc), a kiedy wróciliśmy, każdy do siebie, utrzymywaliśmy kontakt listowny (mieszkaliśmy na dwóch końcach Polski). Po jakimś czasie wyznaliśmy sobie miłość. Niestety, nadszedł taki moment, że nasz kontakt się urwał właśnie na te 5 lat. Niedawno znalazłam go na portalu "nasza-klasa" i napisałam do niego, bardzo ostrożnie i neutralnie, bo brałam pod uwagę, że on może ma żonę, że ułożył sobie życie... On bardzo się ucieszył i natychmiast zadzwonił. Rozmawialiśmy przeszło 2 godziny i zdecydowaliśmy, że odnowimy nasz związek (ani on, ani ja nie znaleźliśmy sobie przez ten czas nikogo, w dodatku on powiedział, że nigdy nie kochał innej dziewczyny poza mną). Widzieliśmy się zaraz następnego dnia, potem on dzwonił kilka razy dziennie i rozmawiał ze mną na GG, ale gdzieś tydzień temu przestał się odzywać. Powiedział mi, że chce przeprowadzić się do mojej miejscowości (mieszkamy teraz 80 km od siebie) i prosił, abym poszukała mu mieszkania. Zrobiłam to, ale on przestał dawać jakikolwiek znak życia. W zeszłą niedzielę źle się poczuł (jest już, mimo młodego wieku, po dwóch zawałach, bo pracuje ciężko jako inżynier, pije nieograniczone ilości kawy i zarywa noce), miał gwałtowny skok ciśnienia, pojechał do szpitala na kroplówkę. Gdybym do niego nie zadzwoniła, nie wiedziałabym, że miał problem ze zdrowiem (miał do mnie przyjechać, zaniepokoiło mnie, że nie ma go jeszcze). W poniedziałek także milczał, więc bałam się, że może to kolejny zawał, dlatego we wtorek pojechałam do niego. Okazało się, że nic mu nie jest. Mieliśmy spotkać się w piątek, ale oczywiście nie doszło do tego. Kilka razy dzwoniłam do niego i pytałam, czy nie rozmyślił się, czy nadal chce ze mną być i czy mu na mnie zależy - twierdzi, że tak. W takim razie czym może być spowodowane to jego milczenie? Kiedy byłam u niego, zauważyłam w jego komputerze tapety z nagimi kobietami i zwróciłam mu uwagę - może to go spłoszyło? (on nie chodzi do kościoła, ale powiedział, że chce, abym nauczyła go wierzyć na nowo - jest nieświadomy niektórych spraw i nie wie, że są złe)
Zawsze byłam rozsądna i wyważona, a teraz...Chodzę z nerwów, nie jem i nie śpię, w dodatku zrobiłam się zaborcza i kontrolująca, co było do mnie niepodobne. Postanowiłam, że przestanę na razie do niego pisać i dzwonić, niech pobędzie sam ze sobą. Czytałam tu, na tej stronie, że czasem jedna osoba w związku poddaje tę drugą próbie milczenia - być może on właśnie tak zrobił, a ja nie zdałam egzaminu... Mam nadzieję, że jeszcze nie zniechęciłam go do siebie... Czuję wstyd i jest mi głupio, bo zawsze uważałam, że tak, jak ja teraz, postępują tylko osoby bez honoru... Proszę o pomoc i jakąś wskazówkę. Sama nie umiem odpowiedzieć na swoje pytania, wątpliwości o obawy.


* * * * *

Próba milczenia? To chyba nie ja pisałam. Ja zawsze powtarzam, że człowiek nie jest sprzętem AGD i nie można go testować.
Aniu! Wiesz, dziwi mnie, że Ty po tylu latach tak łatwo uwierzyłaś, że on tak nagle, nie widząc się z Tobą decyduje się "odnowić związek". Zaraz, zaraz, ja bym się nie zdziwiła gdyby chciał się spotkać, pogadać, powspominać, dopuszczajac, że może Was połączy coś więcej, ale telefoniczna dekalracja o kontynuowaniu związku który rozpoczęliście jako nastolatkowie? To nie jest poważne zachowanie. Przecież przez ten czas oboje się zmieniliście, macie za sobą pewne doświadczenia, o których druga strona nie ma pojęcia, swoje wizje i oczekiwania. Skąd decyzja, że od razu się przeprowadza do Twojej miejscowości?
Skad wiesz, że prawdą jest, że nikogo nie kochał albo przynajmniej, że nie był przez ten czas w żadnym związku? Dla mnie to niewiarygodne, bo gdyby mu na Tobie naprawdę przez ten czas zależało to by nie dopuścił do takiej przerwy, dzwoniłby, pisał i wszelkimi sposobami starał się zdobyć Twoje namiary i nawiązać kontakt.
Skąd wiesz, że mówi prawdę o stanie zdrowia, a w szczególności o zawałach? Dziewczyno, jak ktoś miał 2 zawały to tak NIE pracuje a już na pewno nie wolno mu kawy tak pić!!! Dla mnie to też nie jest wiarygodne.
Kolejna kwestia: pornografia. Tutaj odeślę Cię do odp. nr: 998 oraz artykułów o pornografii w dziale Czystość. Poczytaj, zobacz w co się władował. To nie drobnostka.
Reasumując: moim zdaniem nabrałaś się. Przepraszam, ale nie wierzę w jego szczere i prawdziwe intencje w odniesieniu do Twojej osoby. On wcale Cię nie kocha, wcale nie ma zamiaru budować prawdziwego związku. Dlaczego? Bo miłość nie tak wygląda. Pisałam o tym w tym artykule: [zobacz]. Gdyby miał prawdziwe zamiary to absolutnie nie byłoby sytuacji, że nie wiesz co się z nim dzieje, że się nie odzywa. Jeśli kogoś kochamy to jest on pierwszą osobą, którą o wszystkim informujemy! To nigdy nie dopuścimy by się martwiła i nie wiedziała co się dzieje. Czy nagle jego milczenie, brak kontaktu itp. naprawdę nie dał Ci do myślenia? Może i Cię testował - tak, bo chciał zobaczyć jaka teraz jesteś i może na krótką metę pobyć z Tobą. W jakim kontekście tylko on wie. Ale albo nie spełniłaś jego oczekiwań albo mu się zwyczajnie odechciało.
Nie rozumiem jak mogłaś tak łatwo w to wszystko uwierzyć. W takie pochopne decyzje jak ta z przeprowadzką, mieszkaniem (każdy najpierw szuka pracy, potem sam rozgląda się za lokum a nie zleca tego komuś na odległość!). Czy to wszystko Cię nie zastanawia?
Przecież on powinien przyjeżdzać i POMAŁU poznawać Cię na nowo. Nie składać żadnych deklaracji, ale starać się byś mu zaufała i poczuła się bezpiecznie. Najpierw zbudować związek, a potem ewentualnie podjąć decyzję o przeprowadzce.
To wszystko postawione na głowie i niewiarygodne. Aniu, przemyśl, przemódl, poczytaj to co Ci poleciłam. I porozmawiaj z nim stanowczo NA ŻYWO: jaką ma wizję, jakie oczekiwania, kim dla niego jesteś? Bo na razie to jest chaos. Z Bogiem!

  Ania, 15 lat
2007
02.12.2007  
Witam. Jestem z chłopakiem już 3 lata i ciągle się kłócimy.On jest bardzo zazdrosny. Nie umiemy się nie kłócić, bo to przez jego zazdrość. Czy on powinien być zazdrosny tak bardzo, żebyśmy się codziennie kłócili? Proszę i pomoc

* * * * *

Proszę poczytaj o zazdrości: 24, 377, 1343, 1385. Nikt nie jest niczyją własnością, a związek opiera się na zaufaniu, a nie podejrzeniach i kontroli. Jeśli się z kimś jest to z własnej woli a nie z przymusu. Z Bogiem!

  Jessi, 18 lat
2006
02.12.2007  
Witam.Prosze o odpowiedz na pytanie czy chlopak ktory raz zdradził i powiedzial to swojej dziewczynie z milosci aby ta nie żyla z nie swiadomoscia popełnionego przez niego czynu,wiedzac jakie moga byc skutki takie jak prowadzace do rozstania bo jesli zdradzil to moze to zrobic kolejny raz?czy tez jednak naprawde bedzie wierny?skoro odwazyl sie przyznac do zdrady choc byl wtedy pod wpływem alkocholu i byc swiadomy ze mogł mnie przez to stracic to jednak powiedzial mi o tym...ja oczywiscie mu wybaczylam choc z wielkim bolem ale nie moglam inaczej bo za bardzo go kocham i dalam mu ostnia szanse...prosze o odpowiedz czy chlopal ktory dopuscil sie do takiego czynu bedzie to robi juz caly czas czy tez jednak mozna mu zaufac...czekam n odpowiedz z góry dziękuje ślicznie;]

* * * * *

Jessi, ja nie mogę odpowiedzieć Ci na to pytanie, bo ja nie jestem tym chłopakiem. Przecież to zależy od danego człowieka, jego miłości, chęci odbudowy związku, skruchy, żalu, świadomości zła, które uczynił. Tu nie ma zasady, że jak ktoś raz coś zrobił to zrobi znowu. Jest taka możliwość, ale jest też możliwość, że nie. To tak jak ktoś raz zgrzeszył może zgrzeszyć znowu albo nie - to zależy od jego woli. I tak jest w tym przypadku. Ja wiem, że Ty się obawiasz i pewnie słusznie. Natomiast to Ty go znasz na tyle by wiedzieć czy możesz podjać ryzyko, czy daż mu szansę. I jeszcze jedno: piszesz, że był pod wpływem alkoholu: wtedy kiedy Cię zdradził czy wtedy kiedy się przyznał? Zwróć uwagę na ten element: alkohol. Musisz spojrzeć na to jak on się potem zachowywał: czy żałował autentycznie, czy przepraszał, czy było mu wstyd, czy obiecał poprawę. Czy w innych dziedzinach Cię zawiódł? Czy Cię szanuje? Czy czujesz się przy nim bezpiecznie, czy czujesz się kochana?
To wszystko są bardzo isotne elemnty składające się na związek i charakter tego chłopaka. Odpowiedz sobie na te pytania, poczytaj inne odp. o zdradzie: 165, 707 i módl się o rozeznanie czy mu zaufać ponownie. Z Bogiem!

  Aldona, 25 lat
2005
01.12.2007  
Witam , mogłabym się rozpisywać mnożyć przykłądy o tym jak zaczął traktowac mnie mój chłopak.Od ponad pół roku nie ma dla mnie czasu, przyjeżdza na 5 minut , siedzi w butach w kurtce itp itd ; zawsze sie spóźnia , zawiódł mnie czasowo tyle razy.Tłumaczy to pracą,ale ja uważam że o co innego chodzi- czy mam prawo podejrzewać że jest ktos inny; zdarza mu sie ze ma wyłaczony teleon, potem tłumaczenia nie sa logiczne , nie są spojne czasowo ani miejscowo - brak logiki, nie umie się nigdy konkretnie wytłumaczyć- powiedział że mu zalezy ale na razie ma taką pracę częste wyjazdy więc nie będzie inaczej- wcześniej jakoś miał czas dla mnei a była ta sama praca.Ja myslę ze chodzi o cos innego; powiedziałam mu ż ezrywam, na poczatku nawet łzy sie pojawiły, ale jak juz teraz powiedziałam z enaprawde koniec to sie nie wzruszył błądził oczami, cos powiedział że on na razie nic nie zmieni i na tym rozmowa sie skonczyła.ja sie mecze psychicznie nie moge tego juz niesc - nie wiem o co chodzi al ejuz nie chce tego ciągnąc, al ejak skonczyc by długo nie cierpiec?

* * * * *

No niestety stanowcza rozmowa.
Czy kogoś ma innego - nie wiem, ale na pewno kombinuje jak skończyć związek z Tobą. Tak to wygląda - że nie chce dłużej tego ciągnąć tylko nie ma odwagi albo chce by inicjatywa wyszła od Ciebie i on miał czyste sumienie.
Porozmawiaj bardzo konkretnie i zdecydowanie, żądając wyjaśnień DLACZEGO? Bo masz prawo znać powody. I masz prawo powiedzieć o swoich odczuciach. Ogromnie współczuję, ale widocznie tak będzie lepiej. Miłość tak nie wygląda. A co zrobić by dojść do siebie przeczytaj proszę w odp. nr: 80, 526, 653, 825 oraz o rozstaniu w ogóle: 241, 248, 304, 1091, 1161, 1563 . Niestety, bolało trochę będzie…ale każdy musi przeżyć taką żałobę, w końcu nie był Ci obojętny.Z Bogiem!

  kluska, 24 lat
2004
01.12.2007  
Znalismy się od dwóch lat. I nagle się sobą zachłysnęlismy, przyszło silne uczucie, ale zaraz póxniej musiał wyjechać do pracy za granicę (wczesniej planowana) nie widzieliśmy się przed 3 miesiące. Kiedy wrócił, uczucie wybuchło ze zdwojoną siłą, tęsknota zrobiła swoje. Nie mieszkamy w jednym mieście, więc on wrócił do domu, a ja przyjechałam do niego. Spalismy razem, bo nie było innej możliwości poza taką, żeby on spał na materacu obok,ale że jest niewierzący, moje argumenty dotyczące czystości i pokusy go nie przekonały, a ja nie chciałam go zrazić, więc uległam. Zresztą sama byłam tak wytęskniona, że chciałam go przytulać cały czas. Nie działo się nic złego, zwyczajnie spaliśmy obok siebie. Ale kiedy on później przyjechał do mnie, znów nie dał się namówić na osobne spanie. Myslałam, że skoro ze sobą nie współzyjemy, to nie dzieje się nic złego. To niestety stało się regułą, ponieważ nie mieszkamy w jednym mieście, często u siebie nocujemy. Dopiero od jakiegoś czasu jest mi z tym duchowo "niewygodnie", odkąd jednak pojawiły się jakieś formy grzechu nieczystości. Bo zrozumiałam, że dochodziło do tego przez tę "swobodę", jaką sobie zaaplikowaliśmy, sypiając razem. Choć to, co się działo zlego miedzy nami, nigdy nie działo się w nocy.I teraz chciałabym się z tego spania wycofać, ale mój chłopak powiedział, że poczuł się odrzucony, kiedy mu o tym mówiłam. Proszę o pomoc, o sformułowanie argumentów za tym,żeby jednak ze sobą nie spać, które przekonają go. On nie wierzy. Za każdym razem, kiedy pojawiał się grzech nieczystości, on nie szedł do spowiedzi, tylko ja. Czasami szedł ze mną do kościoła, ale nie odczuwał potrzeby spowiadania się. Miliony rozmów na temat czystości. Teraz jest lepiej, Bóg mi pomaga trwać w dobrym, ale jednoczęsnie nadal zdażają się sytuacje, że razem śpimy, więc to chyba źle, prawda? On szanuje moje zdanie, TYLKO śpimy obok siebie. A jednak czuję się jakoś nie do końca dobrze z tym. I nie wiem, w jakis sposób mu to wytłumaczyć. Proszę o pomoc. I czy na pewno jest grzechem to wspólne spanie?

* * * * *

Polecam odpowiedzi o tym dlaczego nie można spać razem mimo iż się nie współżyje: 530, 739 oraz ten artykuł: [zobacz]. Tam zawarłam wszystkie argumenty.
Twoje sumienie ma rację - to nie jest zdrowa sytuacja. I nawet jeśli on jest niewierzący to powinien to zrobić dla Ciebie, z szacunku. A Ty wymagaj! Musisz od chłopaka wymagać bo jeśli nie będziesz wymagać to znaczy, że nie szanujesz siebie. Miłość to nie jest pozwalanie na wszystko, to dobrze rozumiane pragnienie dobra dla drugiego człowieka, pisałam o tym w tym artykule: [zobacz].

  Iza, 18 lat
2003
30.11.2007  
Wyznałam pewnemu chłopakowi, który mnie kocha miłość, a potem to odwołałam. Bo nie jestem pewna.Znamy się 8 lat. Był moim najlepszym przyjacielem i wiedziałam, że mu się podobam. Można powiedzieć, że zakochałam się w jego wnętrzu, ale niebardzo podoba mi się jego wygląd i kilka spraw z nim związanych.Po tym co zrobiłam on bardzo cierpiał. Przyszło uspokojenie, ale ja chciałam wyjaśnić sprawę (i on chyba też). Powiedziałam wiec, że go kocham ale nie chcę tej miłośći. Wiem, że bardzo go ranię. Ale mi też jest ciężko nie potrafić określić swoich uczuć. Napewno nie myślę o nim tylko jak o przyjacielu. I kiedy dawniej przychodził to chciałam zatrzymać go jak najdłużej. Ale kiedy dość długo go nie widziałam (miesiąć-dwa) przestawałam tęsknić.Teraz on nie chce ze mną rozmawiać na dobre-nie dziwię się. A ja po ogromie roizważań sądzę, żę to nie jest prawdziwa miłość. Bo jak się kocha to się kocha wszystko bezwzględnie i chce się być razem mimo wszystko. Jest jeszcze jeden problem. Moja była najlepsza przyjaciółka, a jego dziewczyna. Nic nie wie o tych wyznaniach miłośći. Ona pierwsza wyznala mu miłość, a on dla zapomnienia i z potrzeby miłośći powiedział, że odwzajemnia to uczucie-tak myślę.Boli mnie to, że go tak zraniłam( i niejako z mojej winy okłamuje inną). Zastanawiam się też nad nią czy powinnam jej powiedzieć o moich uczuciach do niego. Ale jeśli tak to by i on musiał powiedzieć. Wszystko by się rozsypalo...ich związek, jej szczeście, moje i jej koleżeństwo. Co mam robić? proszę o radę.

* * * * *

To rozumiem, że Ty wyznałaś miłość komuś kto jest w związku? No to po co to zrobiłaś? Ani to lojalne ani z korzyścią dla Ciebie bo czego oczekiwałaś? Że on zostawi tamtą dziewczynę i zwiąże się z Tobą? Bo myślisz, że wyznał jej miłość dla "świętego spokoju"? Nawet jeśli tak było to niech swoje problemy rozwiązują sami. Skąd pewność, że on Cię kocha? A jeśli kocha naprawdę to jest kłamcą w stosunku do tamtej dziewczyny i nie ma odwagi zerwać tamtej znajomości? To po co w ogóle jej głowę zawracał? Coś to wszystko mocno niejasne jest.
Tak w ogóle to samo wyznanie miłości było złym posunięciem (o tym w artykule: [zobacz]), poza tym kolejnym błędem było pakowanie się między dwoje ludzi tworzących związek (pisałam o tym w odp. nr: 210, 501, 542, 583,768). A kolejną rzeczą, poranieniem było dowołanie deklaracji. Ten chłopak naprawdę głupio się poczuł. Raz kiedy mu wyznałaś uczucia spodziewając się przecież korzystnej dla siebie reakcji, której nie mógł Ci zapewnić, bo przecież nie mógł Ci powiedzieć, że zaraz zerwie z dziewczyną dla Ciebie. Drugi raz poczuł się jakby mu ktoś dał w twarz kiedy to wszystko odwołałaś a jeśli do tego podałaś powody tj, wygląd itp. to po prostu został mocno przez Ciebie upokorzony. Potem poczuł się naciskany. Jeśli do tego dochodzą rzeczywiste problemy w relacji z jego dziewczyną to ja się wcale nie dziwię, że on teraz nie chce z Tobą kontaktu - bo odbiera Cię jako mieszanie się w jego życie, wygarnianie mu prawdy o nim (niekoniecznie zgodnej z rzeczywistością) i ranienie. Moim zdaniem powinnaś po prostu go zwyczajnie przeprosić i unikać już kontaktu. Także dla własnego dobra i także ze względu na koleżankę - bo wobec niej też zachowałaś się nielojalnie. No bo jakbyś się Ty czuła gdyś miała chłopaka a Twoja koleżanka wyznała mu miłość?
Dlatego teraz żadnych dalszych wyznań wobec kogolowiek, absolutnie nic nie mów koleżance bo i ją zranisz i stracisz i po prostu zostaw ten ich związek. Są dorośli, poradzą sobie sami! Ty nie musisz za nich naprawiać ich związku i dochodzić prawdy. Tylko oni się zdenerwują, stracisz znajomych i sama będziesz czuła niesmak. Po co Ci to? Rozumiem naturalnie Twój żal, smutek z powodu nieodwzajemnionej miłości. Ale ta sytuacja nie jest zdrowa i uważam, że nie należy jej ciągnąć i wyjaśniać. Polecam Ci odp. nr: 80, 526, 653, 825 o tym jak sobie poradzić z uczuciem i artykuł o tym czym jest prawdziwa miłość: [zobacz]. Módl się o uleczenie uczuć a tą sytuację powierz Bogu.

  Magda, 18 lat
2002
30.11.2007  
Całej historii nie będę opowiadać bo to byłoby nudne. W skrócie - jest chłopak, który mi sie podoba, właśnie jestem w trakcie zakochiwania się w nim... jeśli już sie nie zakochałam... jest starszy ode mnie i to nawet sporo - ma 25 lat. myślałam, że w związku z tym mogę się po nim spodziewać dorosłej postawy, zdecydowania. tymczasem okazuje się, że raczej ja jestem bardziej zdecydowana od niego. daje mi mnóstwo znaków, że mu się podobam i mu na mnie zależy. jednocześnie bardzo broni się przed tym żeby stworzyć ze mną coś poważnego. ja jakiegoś wielce poważnego związku jeszcze nie chce i nie wymagam. ale chciałabym czuć, że mu na mnie zależy, że o mnie myśli, że po prostu jest. a wygląda to w naszym przypadku tak, że są okresy kiedy mam to poczucie, a są okresy kiedy wydaje mi się, że traktuje mnie jak każdą inną dziewczynę. jakiś czas temu próbowałam z nim o tym porozmawiać. to mnie na pewien czas uspokoiło. powiedział, że coś do mnie czuje, że mu w pewien sposób zależy, ale potrzebuje czasu. to nie jest dla mnie problemem bo w końcu mnie na nim też zależy więc jak mogłabym nie czekać. ale ostatnio znowu zaczynam się męczyć. nie jestem pewna jak to wygląda z jego strony... coraz częściej czuję się jakbym się narzucała. jego zachowanie wcale się nie zmieniło. ale właśnie to trwanie w niepewności w tym, że niby traktuje mnie inaczej niż resztę, ale nic poza tym sieje we mnie coraz większy niepokój. muszę z nim porozmawiać, ale nie wiem co z tego wyniknie. czy on nie odczuje tego jak naciskanie na niego. ale muszę bo nie wytrzymam tego dłużej. chciałabym dowiedzieć się jak wygląda to w Pani oczach. oczywiście wiem ze z takiego listu niewiele można wywnioskować jednak proszę o komentarz. dodam jeszcze wiadomość, która może mieć tutaj duże znaczenie. otóż on ponad rok temu rozstał się z dziewczyną, z którą był 6 lat, zdradziła go. domyślam się co mógł przeżyć, że teraz jest mu trudno zaufać. ale jak ja wobec tego powinnam się zachować?...
pozdrawiam


* * * * *

Droga Magdo, ja taką zdecydowaną rozmowę o uczuciach i deklaracjach odradzam, bo co może z tego wyniknąć poczytaj w artykule: [zobacz]. Tak, on może poczuć się naciskany, a w każdym razie błędem będzie to, że Ty się całkowicie odkryjesz i on nie będzie musiał się starać o Ciebie, a to dla chłopaka jest nieznośne. Jeśli on rok temu z dziewczyną się rozstał to wnioskuję, że niedługo się spotykacie, tak? A zatem nie jest niczym dziwnym (zwłaszcza w kontekście jego wcześniejszych poranień), że on jeszcze nie wie co naprawdę do Ciebie czuje, może boi się trochę zaangażować, a może kwestia wieku trochę go wstrzymuje? Pomyśl o tym też. Pisałam o tym w odp. nr: 8, 28, 87, 310, 916, 1253 . On może zdawać sobie sprawę z wielu różnic między Wami. Może też myśleć, że Twoi rodzice go nie zaakceptują, że Ty będziesz miała inne oczekiwania np. co do znajomych, spędzania czasu a i - jak sama pisałaś- charakteru związku. Bo on może pomału rozglądać się za żoną, a Ty ze zrozumiałych względów jeszcze tego nie pragniesz. Więc to wszystko składać się może na całokształt jego postępowania. Ja naturalnie wcale go tu nie chcę usprawiedliwiać, bo rozumiem, że Ty po prostu chcesz wiedzieć na czym stoisz. Natomiast on może w związku z Tobą mieć więcej dylematów niż Ty. Poczytaj też proszę te artykuły: [zobacz], [zobacz].
Co robić zatem? No nie naciskć na pewno, nie wyznawać uczuć, nie żądać jednoznacznego stanowiska. Spotykać się, poznawać, dawać do zrozumienia, że Ty go darzysz sympatią. I dopiero jak taki stan zawieszenia będzie trwał za długo (jeszcze np. kilka miesięcy) to jakoś delikatnie porozmawiać pytając kim dla niego jesteś. Jednak myślę, że może wcześniej coś się wyjaśni. Może święta, życzenia świąteczne będą okazją do głębszej rozmowy? Może on czeka na jakąś okazję i z Tobą poważniej porozmawia? Cierpliwości, miłość jest cierpliwa. Z Bogiem!

  xxx, 20 lat
2001
29.11.2007  
witam... mam problem chłopak którego :"bardzo lubie" powiedział ze mnie kocha, niestety powiedział to jak sie upił. Teraz jest mu głupio i chce zebym zapomniała o tej sytuacji, ze był wzgledem mnie nieszczery i ze okropnie postapił. Mam to rozumiec ze poprostu poniosły go emocje i nic wiecej oprucz przyjazni do mnie nie czuje???
( Drugi raz mi sie taka sytuacja zdazyła ale z innym chłopakiem. Tamten chłopak stwierdził ze musiał sie upic zeby miec wiecej odwagi. Nie wiem co robic)
Na jego wyznanie nie zaregowałam zadnym komentazem, nie wiem czy dobrze zrobiłam. Mam poczekac i zobaczyc czy z tego cos wyjdzie? potkreslam to ze on nie pije. Nie wiem dlaczego własnie teraz sie opił. PROSZE O RADE


* * * * *

No, możliwe, że się "upił", żeby to powiedzieć, ale większe jest prawdopodobieństwo, że powiedział właśnie dlatego, że był pod wpływem alkoholu i emocje go poniosły. Zwłaszcza, że na trzeźwo nie podtrzymał tego wyznania. Poza tym nawet gdyby była to pierwsza ewentualność to wybrałby najgorszą metodę. Dlaczego? Przecież na kobiecie powinien chcieć zrobić dobre wrażenie, żeby ją do siebie przekonać, żeby dać dowód swojej odpowiedzialności, męskości itp. A upicie się jest antydowodem, antyświadectwem. A gdyby on zawsze się upijał jakby coś ważnego musiał zrobić? Wyobrażasz sobie takie oświadczyny, ślub? No nieprawdopodobne. Chłopak, który dodaje sobie odwagi alkoholem nie jest wiarygodny. I chyba nie chciałabyś mieć takiego chłopaka. Moim zdaniem, trzeba właśnie "odpuścić", szczególnie, że on sam nie zamierza nic dalej z tym robić. Bo gdyby zamierzał to przeprosiłby Cię, ale próbowałby Cię do siebie przekonać i robiłby wszystko nie tylko, żeby zatrzeć złe wrażenie, ale i żebyś go zaczęła darzyć sympatią. A nic takiego nie robi, więc ja bym tego nie traktowała na serio. Z Bogiem!


Ostatnia aktualizacja: 05.06.2008, 16:17


[ Powrót ]
Daj plusika:
[ Strona główna ] Drukuj Wyślij link
Trudna miłość. Jak pokonać kryzys? Trudna miłość. Jak pokonać kryzys?
Tonino Cantelmi, Rachele Barchiesi
Dlaczego zbudowanie stałych i silnych związków uczuciowych wydaje się dzisiaj bardzo trudne czy wręcz niemożliwe? Jakie są przyczyny kryzysu panującego w relacjach międzyludzkich? Autorzy niniejszej książki starają się ukazać te przyczyny. Chcą pomóc Czytelnikowi, zwłaszcza młodemu, w budowaniu trwałych relacji z innymi ludźmi.... » zobacz więcej
Zakochanie… i co dalej? Zakochanie… i co dalej?
Jacek Pulikowski
Książka ta jest pierwszym krokiem do szczęśliwego małżeństwa. Pomyśl o radosnym czasie zakochania, chodzenia ze sobą, narzeczeństwa i nie zmarnuj go! Wykorzystaj cenne wskazówki autora dla dobra twojego i przyszłego współmałżonka... » zobacz więcej
O stronie... | Ogłoszenia | Konkurs | Wspomóż nas | Polityka Prywatności | Kontakt

© 2001-2011 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej