Kartki Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Czat Opowiadania Perełki
Miłość czy MIŁOŚĆ? Czyli sztuka chodzenia ze sobą Miłość czy MIŁOŚĆ? Czyli sztuka chodzenia ze sobą
Katarzyna i Tomasz Jarosz
Przeczytaj tę książkę! Być może znajdziesz tu odpowiedzi na swoje pytania, a przedstawione rady pomogą Ci wybrnąć z sytuacji w jakieś się znalazłeś.... » zobacz więcej
miłość czy Miłość?

Odpowiedzi na pytania

Odp: [1-50], [51-100], [101-150], [151-200], [201-250], [251-300], [301-350], [351-400],
[401-450], [451-500], [501-550], [551-600], [601-650], [651-700], [701-750], [751-800], [801-850], [851-900]
[901-950], [951-1000], [1001-1050], [1051-1100], [1101-1150], [1151-1200], [1201-1250], [1251-1300],
[1301-1350], [1351-1400], [1401-1450], [1451-1500], [1501-1500], [1551-1600], [1601-1650], [1651-1700],
[1701-1750], [1751-1800], [1801-1850], [1851-1900], [1901-1950], [1951-2000], [2000-2050], [2051-2100],
[2100-2150], [2151-2200], [2201-2250], [2251-2300], [2301-2350], [2351-2400], [2401-2450], [2451-2500],
[2501-2550], [2551-2600], [2601-2650], [2651-2700], [2701-2750], [2751-2800], [2801-2850], [2851-2900], [2901-2950], [2951-3000],
[3001-3050], [3100-3100], [3101-3150], [3151-3200], [3201-3250], [3251-3300], [3301-3350], [3351-3400],

Zakochanie… i co dalej? Zakochanie… i co dalej?
Jacek Pulikowski
Książka ta jest pierwszym krokiem do szczęśliwego małżeństwa. Pomyśl o radosnym czasie zakochania, chodzenia ze sobą, narzeczeństwa i nie zmarnuj go! Wykorzystaj cenne wskazówki autora dla dobra twojego i przyszłego współmałżonka... » zobacz więcej




  Patryśka, 20 lat
2100
28.01.2008  
Witam...
Na rekolekcjach poznałam pewnego chłopaka. Spodobaliśmy się sobie, po powrocie z rekolekcji zaczęliśmy ze sobą rozmawiać przez internet, pisać smsy. I było miło. I w sumie jest do teraz, tylko, że... tak sobie rozmawiając, doszliśmy do wniosku, że chcielibyśmy się spotkać. Pomijam to, że mieszkamy 35 km od siebie.
Wstydzę się jego przyjazdu. Wstydzę się dlatego, że mieszkam w domu w którym się nie przelewa. Nie mam żadnych luksusów, w moim domu wręcz bieda rzuca się w oczy. Wstydzę się go zaprosić, a ja nie mam jak do niego pojechać. Kiedy on przyjedzie i zobaczy w jakich warunkach mieszkam, przestanie chcieć ze mną rozmawiać. Wiem, bo wcześniej było podobnie - z innym chłopakiem.
Tak mi głupio... czy to moja wina, że mieszkam tak jak mieszkam?

Nawet jeśli umówimy się gdzieś na mieście, to niczego nie zmieni, bo prędzej czy później on zobaczy mój dom. Gra na zwłokę nie ma sensu. Po co udawać?...
Nie wiem, jak to rozwiązać. Wstydzę się... :(
A zależy mi na nim coraz bardziej. Jemu chyba też, skoro zwrócił na mnie uwagę, pisze często, dzwoni, interesuje go wszystko to, co dzieje się u mnie. Mamy podobne zainteresowania i poglądy.
Ale kiedy on zobaczy, jak mieszkam...

Szkoda słów. :(

Co ja mam robić?


* * * * *

Ależ droga Patrycjo, jestem oburzona, że poprzedni chłopak tak Cię potraktował! Widzisz co narobił? Ty się wstydzisz swojego domu przez niego! To nie Twoja wina, że masz takie warunki! Tu się nie ma czego wstydzić! Przecież w najbiedniejszym domu można posprzątać, można urządzić przytulnie kącik, można upiec domowe ciasto i zrobić ciepłą herbatę i będzie sto razy przyjemniej niż w jakichś luksusach. Moja Droga, nie wstydź się. To będzie sprawdzian tego jak chłopak Cię traktuje. Jeśli mu na Tobie zależy to się nie zrazi. Może zdziwi, ale nie zrezygnuje z tego powodu ze znajomości, gwarantuję Ci to. A teraz dobra rada: inni widzą nas tak jak my sami się określamy. A zatem: nie przepraszaj za warunki, nie mów, że dom jest okropny. Powiedz coś dobrego np. jeśli lubisz coś w swoim domu, cokolwiek np. masz ładne kwiatki, jakiś obraz, kolor ścian, firanki, półkę, może jakieś stare radio, którego już nikt nie ma - no cokolwiek to jak go zaprosisz zwróć na to jego uwagę. Powiedz też np. że lubisz atmosferę w swoim domu, że Twój taka ma poczucie humoru itp. On będzie odbierał to tak jak Ty i od razu zrobisz dobre wrażenie. Poza tym nie możesz być skrępowana, tylko się uśmiechaj, może postaraj właśnie sama upiec ciasto. Tak po prostu pokaż to co możesz od najlepszej strony. Bo jaki mu obraz przekażesz tak on to odbierze, zobaczysz. Zachowuj się tak jakby to był dom jak każdy inny. Nie lękaj się, pomódl przed tą randką i będzie dobrze. Z Bogiem!

  marzycielka, 19 lat
2099
28.01.2008  
Witam. Mam pytanie. Jest ono związane z księdzem, ale nie chodzi o miłośc więc błagam o odpowiedz! Znam pewnego ksiedza już parę lat. Jest on starszy ode mnie o parę lat. Bardzo mi pomaga. Czasem sie spotykamy i rozmawiamy. To bardzo dobry ksiądz. Gdy rozmawiamy on mnie czasem przytuli, pogłaska po głwie, twarzy, potrzyma za ręke, da buziaka w policzek. On jest moim ojcem duchowym. Traktuje mnie jak swoje dziecko duchowe.Czy jest w tym coś złego? Pytałam pewnego ksiedza, a on powiedziął ze takie okazywanie uczuc może budzic to w nas uczucia, których nie powinno byc i pozniej bedziemy się ranic. I że lepiej zebym z tym skonczyła, bo to się może zle skonczyć. I że takiego okazywania uczuć( fizycznego) nie może byc.To nie jest dobre.Ale ja go nie kocham. Owszem jest mi bardzo bliska osobą. Jak mam postąpić? powinnam zerwać kontakty z tym księdzem? Bardzo bym tego nie chciała. Bardzo mnie martwi ta sytuacja. Proszę o odpowiedz.Z Panem Bogiem.

* * * * *

Widzisz, moim zdaniem ten ksiądz przesadza w gestach wobec Ciebie. Jest starszy TYLKO kilka lat. Dlatego nawet jeśli on w Tobie żadnych uczuć nie budzi (dzięki Bogu!) to powinnaś być ostrożna, gdyż nie wiadomo co dzieje się w nim. A lepiej dmuchać na zimne. Naturalnie Twojej winy tutaj nie ma, ale ksiądz, którego się radziłaś ma rację. Lepiej unikaj takich sytuacji, a tak konkretnie: staraj się nie przebywać z nim saam na sam, nie siadaj koło niego na jakimś spotkaniu a jak weźmie Cię za rękę zażartuj, że chłopak będzie zazdrosny. A jak on ze zdumieniem zapyta jaki chłopak (jeśli go nie masz) to powiedz z uśmiechem: "ten przyszły, którego Bóg dla mnie przygotował". Po czymś takim on powinien się zreflektować a Ty wyjdziesz z twarzą z sytuacji. A jeśli to nie podziała to lepiej zmienić kierownika duchowego. Z Bogiem!

  spinka, 22 lat
2098
28.01.2008  
Czy mogę (czy powinnam?), a jeżeli tak, to w jaki sposób mogę delikatnie wpłynąć na to, by mój chłopak miał żywy kontakt z Panem Bogiem? Nie chcę tego oceniać ani za bardzo ingerować w tą sferę, ale kiedy myślę o Nim, jako o moim ewentualnym przyszłym mężu, to mam obawy, że mogłoby się tu pojawić wzajemne niezrozumienie. Chciałabym, by kiedyś to mój mąż był przewodnikiem rodziny, także w kwestiach wiary. Mój chłopak wierzy w Boga, modli się czasami... oraz stara się wypełniać przykazania, ale nie ma (tak mówi) osobistej relacji z Bogiem. Powiedział mi, że gdyby Pan Bóg chciał z nim nawiązać osobisty kontakt, to by to dawno zrobił... Nie jestem pewna co mam o tym myśleć. Być może niepotrzebnie się tym martwię, bo kwestia wiary jest jednak bardzo osobistą i indywidualną sprawą, może to ja coś źle rozumiem, ale chciałabym, żeby On też odczuwał potrzebę częstego przyjmowania Sakramentów, wspólnych modlitw i innych praktyk religijnych, które mi dają radość i siłę do działania.

* * * * *

Może Twój chłopak jeszcze tej osobowej więzi z Bogiem nie odkrył? Proszę daj mu do przeczytania odp nr: 1180. Przeczytaj też odp nr: 1358, 1710. Kup mu książkę "Bóg dobry aż tak? O miłosierdziu słów kilka" ks. Piotra Pawlukiewicza. I pokazuj swoim życiem, że warto. Nie naciskaj, ale pokazuj, rozmawiaj. A Bóg nawiązał z nim osobisty kontakt pierwszy raz stwarzając go - czy to nie cud? A na co dzień podczas Komunii św., poprzez znaki i małe cuda, które codziennie dzieją się w naszym życiu. Bo skąd wie ile razy np. nie został ocalony od wypadku samochodowego? My tego nie wiemy, ale kiedyś mocno się zdziwimy jak bardzo Bóg się o nas troszczył na ziemi. Ponadto sam fakt oddania Syna - Jezusa na Odkupienie jest najściślejszą osobową relacją jak kiedykolwiek zaistniała między Bogiem a człowiekiem. Ja myślę, że chłopak pomału to odkryje. Może jego uprzedzenia z czegoś wynikają, może czymś się zraził? Porozmawiaj delikatnie, pokaż, że Bóg nie jest surowym sędzią, ale nie zmuszaj do niczego. Sam Twój zapał i radość z obcowania z Bogiem muszą z czasem drążyć skałę. A może jakieś rekolekcje np. o męskości dla chłopaków? Poszukaj czegoś w internecie. Myślę, że jak zobaczy innych mężczyzn żyjących wiarą to stwierdzi, że warto. Polecam mu też "Dzikie serce" Johna Eldredge. Powodzenia, z Bogiem!

  Anna, 33 lat
2097
27.01.2008  
Witam
Poznałam go 1,5 roku temu, właściwie to mój pierwszy poważny związek. Dzięki niemu doświadczyłam jak to jest być kochaną i jak to jest darzyć tym uczuciem drugą osobę. Widujemy się niezbyt często (raz, dwa razy w miesiącu, przeważnie na weekend) ze względu na odległość która nas dzieli (ponad 100 km), moją pracę i moje studia.
Problem leży w dwóch kwestiach. Pierwsza dotyczy wiary. Jestem osobą wierzącą, wyznaję wiarę katolicką, on był wychowany w wierze katolickiej, ale w pewnym okresie życia zaczął się buntować przeciw Kościołowi. Mówi, że nie cierpi chodzić do kościoła, nie uznaja zasad, modlitw Kościóła katolickiego, mówi, że to co ludzie wymyślili to jest nie ważne, liczy się tylko to co w Biblii jest napisane. Ja nie wyobrażam sobie życia bez Kościoła, bez Mszy Świętej. On mi mówi, że nie zabrania mi chodzić do kościoła, modlić się i nigdy mi nie zabroni. Ale co to za rodzina? Jedno chodzi do kościoła, żyje według zasad katolickich a drugie nie... Jaki przykład dla dzieci? Jak dotąd w każdą niedzielę którą spędziliśmy razem był ze mną w kościele, ale jak się zezłości to zawsze mi mówi, że niecierpi tam chodzić i musi się dla mnie poświęcać (nigdy go nie namawiałam, zawsze tylko pytam czy idzie ze mną).
Druga kwestia to praca. On ma prawie 30 lat, a przepracował zawodowo łączni może 3 lata. Od wielu lat jest bezrobotny i słabo się kwapi do szukania pracy. Mówi, że nie nadaje się do pracy fizycznej, bo ona jest za ciężka dla niego. Wykształcenie ma zawodowe, więc nie ma co marzyć o innej pracy, a uczyć się dalej też nie chce, bo już wszystkiego co potrzebował sam się nauczył, dla papierka nie będzie chodził do szkoły bo i tak sobie nie poradzi, zresztą ciężko by było pracować (gdyby dostał pracę) i uczyć się. Chciałby pracować, ale robić to co lubi, a znalezienie takiej pracy nie jest łatwe i utrudnione przez brak wykształcenia.
Nie wiem co robić, kontynuować ten związek czy go przerwać. Miłość mnie trzyma, ale boję się o przyszłość.
Pozdrawiam


* * * * *

Droga Aniu, sytuacja rzeczywiście jest poważna. Co do pierwszej kwestii: jest możliwe stworzenie rodziny z osobą niewierzącą, ale ja zawsze podkreślam, że musi to być osoba niewierząca, a nie wróg Kościoła. Poczytaj o takich problemach w odp. nr: 69, 466, 1682, 1358, 1710 i w szczególności odp nr 1180 - gdzie pisałam z czego może wynikać nasz negatywny obraz Boga. Jednak z tego co piszesz zachowanie Twojego chłopak jest jakieś takie niedojrzałe. Bo co to znaczy, że 30-letni chłopak mówi, że "nie cierpi tam chodzić". Tak może mówić 10-latek. 30-letni facet może naturalnie wysuwać zarzuty wobec Kościoła, wiary ale winien je logicznie uzasadniać. A już mówienie, że on się poświęca dla Ciebie jest kompletnie nie do przyjęcia. To jest wyjście od własnego egozimu ("mnie jest źle jak to robię!") a nie kompromis z uwagi na Ciebie ( "nie wierzę, ale ponieważ Tobie na tym zależy robię to dla Ciebie"). Widzisz różnicę?
Kolejna kwestia jest też bardzo poważna. Mężczyzna wiążąc się z kobietą bierze na siebie odpowiedzialność: za siebie, za nią, za przyszłe małżeństwo i przyszłe dzieci. Jego obowiązkiem jest jak najlepiej przygotować się do tej roli, także od strony zapewnienia rodzinie bytu - takiego podstawowego, nie mówię o nie wiadomo o czym. Osoba, która nie ma pracy nie wybrzydza. Co to za mężczyna, który twierdzi, że praca fizyczna jest dla niego za ciężka? A gdybyście byli już rodziną i mieli dzieci to też by do pracy nie poszedł, bo za ciężko? Proszę, poczytaj więcej na ten temat w odp. nr: 78, 89, 106,192, 271, 390, 728, 1021, 1050, 1059, 1278, 1309, 1407, 1728, tych artykułach: [zobacz], [zobacz]
Aniu, rozumiem, że boisz się zostać sam, że nikogo nie poznasz. Ja naturalnie nie mówię Ci, że powinnaś zerwać ale z Twojego listu nie wyłania się obraz chłopaka odpowiedzialnego i takiego, który naprawdę poważnie traktuje i Ciebie i ten związek. Wprost przeciwnie, mam wrażenie, że on idzie na ławtiznę i oczekuje, że wiążąc się z Tobą dobrze na tym wyjdzie. Wiem, to brutalne, ale takie mam wrażenie, oczywiście może ono być mylne, ale nie ufam mężczyźnie, który nie udowadnia swoim życiem - już przed ślubem, że jest w stanie wziąć odpowiedzialność za rodzinę.
Zwróć też uwagę, że teraz jesteście ze sobą bardzo rzadko i są to takie odświętne spotkania. Co by było na co dzień? Jak byś się czuła gdybyś to Ty musiała utrzymywać rodzinę i sama zapewniać jej byt? Co by było gdybyś nie mogła pracować, bo np. byłabyś na wychowawczym? Czy wyobrażasz sobie go jako męża i ojca? Proszę, poczytaj, pomyśl. To Twoja decyzja, ale chodzi tu o Twoje życie. Wiem, że masz wątpliwości. Aby je rozwiać możecie też pojechać lub pójść na "Wieczory dla zakochanych", informacje znajdziesz tutaj: www.spotkaniamalzenskie.pl, www.malzenstwo.pl A chłopakowi przy najbliższej okazji kup "Dzikie serce" Johna Eldredge.
Życzę Ci właściwej decyzji. Z Bogiem!

  Medżik, 19 lat
2096
26.01.2008  
Czy jest szansa być ze starszą dziewczyną.... Starszą o jakieś 5,6 lat.

* * * * *

Szansa jest. Ale trzeba pamiętać o wielu różnicach, poczytaj o nich w odp. nr: 8, 28, 87, 310, 916, 1253

  Patrycja, 15 lat
2095
25.01.2008  
Zakochalam sie w nauczycielu ktory ma 47 lat ma zone i dziecko :( nie wiem co o tym myslic czy to zauroczenie czy cos innego ale jak sie widujemy to on sie caly czas na mnie patrzy (prosto i gleboko w oczy)i usmiecha sie i widac ze ten usmiech jest szery :) ja tez sie do niego usmiecham i patrze mu w oczy ale sie go wstydze niestety i nie umiem z nim rozmawaic bo mnie zatyka nie potrafie z siebie nic przy nim wydusic :(:( Ostatnio napisalam do niego na pewnej stronie i tak jakos ze sobą piszemy i zaczelam mu dawac takie wskazówik zeby zobaczyl ze ja sie w nim zakochalam i niewiem co mam robic czy on moze do mnie cos czuc prosze o odpowiec P.S kocham się w nim juz 2 lata :):) prosze o pilną i szczerą odpowiedz :)

* * * * *

A jak myślisz, co powinnaś zrobić? A jak Ty byś była żoną i miałabyś dzieci a jakaś uczennica zakochała się w Twoim mężu to co byś zrobiła?
Zakładam się, że byś pogoniła ją na cztery wiatry i jeszcze zadzwoniła do rodziców. No to uważaj, bo to się może tak skończyć. Przeczytaj odp nr: 1034, 1100 i zdecydowanie unikaj tego pana. Nie wolno Ci pisać z nim ani w żaden inny sposób pielęgnować kontaktu bo przyczyniasz się do zdrady w jego małżeństwie (na razie duchowej). A już dawanie mu do zrozumienia, że się w nim zakochałaś jest kompletną głupotą. To bardzo poważny grzech. Koniecznie porozmawiaj o tym ze spowiednikiem, a jeśli ten nauczyciel będzie sam inicjował spotkania czy w jakikolwiek sposób się z Tobą kontaktował powiedz natychmiast o tym rodzicom. To bardzo poważna sprawa i może nawet stanowić przestępstwo, bo masz 15 lat. Nie wplątuj się w to! Poza tym czy naprawdę nie widzisz co robisz? A jeśli to wszystko wyjdzie na jaw jak będziesz się czuła w szkole? Przecież on by się wybielić zacznie Cię gorzej traktować i wszystko "zwali" na Ciebie. Chcesz być traktowana przez wszystkich w szkole (łącznie z nauczycielami) jako ta co rozbija cudzą rodzinę? Opamiętaj się póki nie stało się nic więcej. I koniecznie porozmawiaj ze spowiednikiem. Z Bogiem!

  Estera, 23 lat
2094
25.01.2008  
witam bardzo serdecznie:)
zastanawiam sie nad powolaniem czlowieka...wyborem drogi...jak je rozpoznac??
Na swojej drodze zyciowej poznajemy wielu ludzi,w koncu poznajemy czlowieka ktory staje sie naszym oblubiencem....czyli prosciej mowiac chcemy zwiazac sie z nim,zalozyc rodzine,miec potomstwo,prowadzic proste,piekne zycie,a to wszystko na chwale Pana...bo wszystko jest dla Niego i w Nim:)
Jednak gdy w glowie pojawiaja sie watpliwosci...pytania o wlasne miejsce na ziemi..."kim mam byc?prowadzic wszystkich ludzi czy wlasna rodzine do Boga?byc glowa wlasnej rodziny czy stac na czele Kosciola?"
Czy watpliwosci ktore pojawiaja sie w naszej glowie(a czasami jest ich naprawde wiele)maja byc wskazowka ze powinno sie zwrocic uwage na inna droge powolania?Czy to ze w sercu umilowalo sie droge rodzicielstwa i malzenstwa ma jakies znaczenie wobec takich mysli?Czy powinno sie walczyc o wlasne pragnienia i marzenia?czy powinnismy poddac sie w tej bitwie?bo tak naprawde ow mysli nie pozwalaja nam sie cieszyc osoba ktora pokochalismy,z ktora pragniemy spedzic zycie,one poprostu zabieraja szczescie wprowadzajac watpliwosci....
BOG ZAPLAC za poswiecony czas:)

ps.to piekne w jaki sposob pomagacie:)pozdrawiam
POWOLANIE-co to jest?jaka role odgrywa w nim wolna wola?a jaka pragnienie robienia czegos?czym sie kierowac obierajac swoja droge zyciowa?
na co zwrocic uwage?na marzeia, pragnienia,umilowanie pewnych okreslonych wartosci?a co z myslami ktore "wpychaja sie"do glowy burzac wlasna wizje przyszlosci a wprowadzaja zwatpienie?co z myslami które "odbieraja" Ci szczescie,radosc i prawo do marzen?jak odnosic sie do watpliwosci ktore owe mysli wprowadzaja??
...wiele pytan....a jaka jest odpowiedz....???


* * * * *

Odnośnie powołania- przeczytaj odp. nr 39, 93, 215, 381, 383, możesz też zadać pytanie na forum pomocy www.katolik.pl/forum/list.php?f=1 no i pytać spowiedników, pojechać na rekolekcje powołaniowe, porozmawiać z jakąś siostrą zakonną.
Tak, zdecydowanie nasze upodobania, marzenia są jakimś znakiem, w którą stronę nas powołuje Bóg. Oczywiście, trzeba pytać Boga, natomiast Bóg właśnie takie znaki nam też daje. Jeśli w związku z inną osobą pojawiaja się myśli typu "zakon" to warto je przedyskutować ze spowiednikiem, bo wcale nie musi to być powołanie, tylko nasza pobożność. I nieraz można nawet swymi pielęgnowanymi wątpliwościami skrzywdzić osobę, z którą się jest. Tak więc zawsze warto je wyjasnić z osobą duchowną, która powie co robić. Z Bogiem!

  Dziewczyna, 21 lat
2093
25.01.2008  
Mój problem dotyczy m.in. czystości. Jestem z chłopakiem od 4 lat. Różnie między nami bylo, ale pokonujemy różne trudności i nadal jesteśmy razem. Mamy jednak problem z czystością. Chcemy zachowac czystość do ślubu. Gorzej jest jednak z wszelkimi czułościami, nie będącymi współyciem. Ja bardzo staram się żyć w czystości, zależy mi na tym, jestem członkiem RCS. Mojemu chlopakowi jednak aż tak na tym nie zależy. Ja jestem jakby uzależniona od Spowiedzi i Komunii św.:) Staram się być zawsze w stanie łaski uswięcającej bo jak ją tracę to denerwuje mnie moje życie. I to pod każdym względem. Wtedy mamy z chłopakiem większą sklonnośc do upadków. Dośc często zdarzają nam się mniejsze lub większe upadki. Mam słabą wolę i często ulegam chłopakowi, nie potrafię powstrzymać naszych emocji. Kamil jest w naszym związku osobą dominująca, ma silniejszy charakter. Ogólnie to nie czuję podczas naszych grzesznych upadkow żeby on to robił żeby się podniecić seksualnie. Czuję, że mnie kocha, jest dla mnie dobry. On lubi(jak twierdzi) czuć jak sprawia mi przyjemnośc. Tylko że dla mnie jest to tylko chwila fizycznej przyjemności... To nie jest radość płynaca z głebi serca, którą odczuwam gdy na naszą randkę przeżyjemy w zupelnej czystosci. Mowilam mu to ale jakoś to nie daje efektów. Zauważyłam, że im bardziej przyrzekamy sobie żyć w czystosci, gdy jestem po spowiedzi, to jak na złość, gorzej nam to panowanie nad sobą wychodzi. Czasami już nie mam do tego sil. Zauważyłam też, że kiedyś bardziej przeżywałam te upadki. Potrafiłam zachodzić sie płaczem po tym jak upadalismy, tak jakby ten jego dotyk bolał mnie fizyczne. A teraz już tak tego nie przeżywam. Teraz po upadku jest ślepe patrzenie się w ściane, żal i coraz większe obrzydzenie do samej siebie i do chłopaka. Drugim problemem jest to że on ma problem z onanizmem. Probował juz z tego wyjść, ale bez skutku. Twierdzi, że czuł sie jeszcze gorzej i że jeszcze bardziej go kusiło zeby grzeszyc ze mną. A mnie sie wydaję ze tak jest mu po prostu wygodniej. Powiedziałam mu,że nie chcialabym wyjsc za mąż za osobę od tego uzależnioną a on na to, że jakiś czas przed ślubem(np.3m-ce) będzie z tym na poważnie walczył. Gdy będzie miał jakiś knkretny cel. Bedzie wiedział że za niedlugo już nie bedzie musial tego robić. Różni nas też trochę podejście do spraw wiary. Ja chcę żyć tak, zeby to Pan Bóg był dla nas na 1.miejscu. Chciałabym, żeby nasz rodzina była mocno oparta na Bogu, by nasza wiara była ponadprzeciętna. Zeby taką wiarę przekazywac naszym dzieciom. Kamil chce być dobrym człowiekiem, chce chodzic do koscioła itp. ale jego wiara nie jest taka ufna, i bezpośrednia jak moja. Według mnie Kmil za bardzo wierzy we własne siły a za mało w interwencję Boga w nasze życie. Zastanawiam się czy to może nas kiedyś za badrdzo dzielic w małżeństwie. Kamil ma charakter indywidualisty. Ma wielu zanjomych ale nie ma bliskich przyjaciół czy przyjaciela. I dlatego (tak mi się wydaje) nie potrafi dla mnie być przyjacielem. Brakuje mi w naszym związku takiego partnerstwa, współpracy takiego "bycia za sobą", solodarności, wspólnych pragnień, celów, zainteresowań. Często, zwłaszcza przy innych jest przekorny, robi wszystko odwrotnie niż ja. Eh....proszę o jakś rade, bo juz sama nie wiem, co mam o w tym naszym związku myślec Z góry dziekuje!

* * * * *

Droga Dziewczyno! Odnośnie pierwszego problemu: przeczytaj koniecznie i daj chłopakowi do przeczytania ten mój artykuł: [zobacz]
Odnośnie drugiego: poleć chłopakowi stronę www.onanizm.pl. Nie jest prawdą, że przed ślubem to mu się uda walczyć i zwalczyć nałóg a teraz to się nie musi starać. Jeśli chce z tym skończyć musi zacząć w tej chwili a nie czekać na specjalne okazje, albo podchodzić do tego tak, że teraz może sobie "odpuścić". To nie jest tak, że po ślubie problem zniknie. A jeśli tak twierdzi to uważa, że będzie się onanizował za pomocą Twojego ciała. Onanizm jest czymś kompletnie różnym od współżycia! To nie jest tak, że we współżyciu z żoną można się wyżyć. Jeśli ktoś uzależniony od masturbacji wchodzi w małżeństwo to po ślubie też będzie to robił! A współżycie nie będzie miłosnym zjednoczeniem tylko rozładowaniem przez niego napięcia za pomocą Ciebie - straszne, prawda? Bo tak mu się wdrukuje mechanizm masturbacji, że nie będzie potrafił inaczej, nie będzie potrafił współżyć. Poczytaj świadectwa na polecanej stronie, poczytaj "Miłujcie się" i nie wierz w to co on mówi. On może tego nawet nie wie albo wie, ale z wygody twierdzi inaczej. W każdym razie nie jest to prawda!
Co do różnic w wierze: przeczytaj te odpowiedzi: 1358, 1710, 1180, 69, 466, 1682 i daj je chłopakowi. Pokazuj swoim życiem, że Bogu warto ufać. Z Twojego listu wynika, że Kamil nie jest w tym momencie przygotowany do małżeństwa, nie jest odpowiedzialny na tyle, by stworzyć poważny związek, nie widzi prawdziwej wartości Twojego ciała i duszy. No niestety, jeśli mimo Twojego sprzeciwu mimo wszystko brnie w cielesność, nie chce walczyć z nałogiem i uważa, że po ślubie to sobie będzie mógł pozwalać to jest to bardzo niedojrzałe, wręcz egoistyczne! Tzn., że przyjemność jest dla niego ważniejsza niż Twoje prośby. Nie można absolutnie w takim stanie wchodzić w małżeństwo bo wspólne życie stanie się udręką.
Jeśli on Cię kocha, jeśli traktuje Cię poważnie i chce z Tobą być to walczyć musi już, teraz i Ci to udowodnić. Moja Droga, nie ulegaj, walcz. Stawiaj chłopakowi wymagania, stawiaj wysoko poprzeczkę, tu idzie o Twoje życie, Twoją miłość. Widzisz co się dzieje: już teraz jesteś "otępiała' po upadku, bo on zagłusza w Tobie wyrzuty sumienia. Chłopak, który kocha, choćby sam nie wierzył i nie uznawał czystości w ogóle dla ukochanej osoby to zrobi. Bo na tyle ją szanuje, na tyle jest dla niego wartością, że się nie ośmieli.
Tak więc konkrety: niech on też się zapisze do RCS-u bo inaczej Twoja walka będzie walką osamotnioną i coraz bardziej będziesz czuła frustrację, żal i będziesz się czuła wykorzystywana. Potem będziesz miała do chłopaka głęboki żal, że przez niego zdradzasz Boga. Moja Droga, warto zachować czystość. Bo tylko czysta miłośc jest dowodem miłości prawdziwej i najlepiej ją udowadania. "Po owocach ich poznacie" - więc niech chłopak podejmie konkretne kroki, by Ci pokazać, że Cię kocha - będzie tym szacunek i czystość, inaczej nie będzie to miłość. Z Bogiem!

  Sara, 15 lat
2092
24.01.2008  
Witam
Mój problem jest trochę rozwinięty a także skomplikowany.
Zatem na świecie istnieje ktoś taki jak Kamil K. ale w tym przypadku zostanę tylko przy samym imieniu :) Więc chłopak ten bardzo mi się podobał, może nawet go kochałam. Na prawdę myślałam, że z wzajemnością, a miłość jest przecież ślepa. Niestety nam nie wyszło. Powód? Było ich wiele a jeden był wręcz absurdalny- koledzy śmiali się z niego, że ma o dwa lata młodszą dziewczynę. Jednak gdyby na prawdę coś do mnie czuł to by się tym nie przejmował, ale cóż, mówi się trudno. On na zawsze pozostał w moim sercu, mimo, że byłam z kimś innym. Dzięki innemu chłopakowi zapomniałam o nim. No może nie do końca bo miałam i do tej pory mam do niego wielką słabość. Nie mogę mu się oprzeć, kiedy jestem z Nim to cały świat nie ma znaczenia. Przez to właśnie zdradziłam z Nim mojego chłopaka. Miał na to również wpływ alkohol, ale oczywiście świadomość jakaś była. Chłopak mi to wybaczył, ale Kamilowi nie. Nienawidził go... to nawet mało powiedziane. Obiecałam mojemu chłopakowi, że nie będę się z Nim zadawać. Oczywiście trudno mi było tego dokonać mając tak ogromną słabość...
Sylwester. Był na Nim również Kamil. To była luźna prywatka u kumpla. Oczywiście przyszłam wraz z moim chłopakiem. Zaczęliśmy tańczyć a do tańca poprosił mnie Kamil. Mój chłopak się zgodził, bo on nie lubił tańczyć więc został z paroma osobami przy stole. Ale my tańczyliśmy długo. Mojego chłopaka to zdenerwowało, przez to przesadził z alkoholem. Oberwało mu się równo za to, że ze mną nie porozmawiał, nie powiedział, że go to boli. Ale to już nie o to chodzi. Chłopak poszedł na górę się "przespać" a ja zostałam ze znajomymi na dole. Siedziałam przy stole, gdy nagle Kamil zawołał mnie żebym przyszła do niego na chwilę (siedział na sofie). No więc przyszłam, on złapał mnie za rękę i powiedział mi, że mnie kocha. Przeżyłam szok i zdołałam tylko wyjąkąć: "Teraz? Teraz mi mówisz, że mnie kochasz, skoro ja znalazłam sobie kogoś żeby o Tobie zapomnieć, żeby nie cierpieć... Dlaczego mówisz mi o tym teraz?" On mi natomiast odpowiedział, że dopiero teraz zrozumiał co tak na prawdę stracił, a mógł mieć... To był dla mnie cios, powiedziałam mu, że mam do niego słabość i że nie chcę wybierać między nim a moim chłopakiem oraz że nawet nie mam zamiaru tego robić. Sylwester minął, a Kamil się nie odzywał, więc napisałam do niego pierwsza (zawsze sobie obiecuje, że pierwsze nie napiszę!). Spytałam prosto z mostu czy mnie kocha. Albo udał głupiego, albo na prawdę nie pamiętał, że mi to mówił bo też był pod wpływem alkoholu. Za wszelką cenę chciałam się dowiedzieć co On czuje i czy to była prawda. Próbowałam to z niego wyciągnąć..."a jakie to ma znaczenie czy Cie kocham skoro Ty masz chłopaka, a ja mam dziewczynę?"; "Może i było w tym trochę prawdy, ale nie wszystko"; "Dla mnie to wszystko jest bardzo trudne, pogubiłem się, daj mi czas". Ok, próbowałam się dowiedzieć co w takim razie prawdą nie było. Jednak on za nic mi nie chciał powiedzieć. Nawet prosiłam żeby podał mi powód dlaczego mi nie chce udzielić takiej informacji, ale i tak na nic były moje starania. Prosił żebym mu dała czas, że jutro mi powie, że chce sobie pare rzeczy przemyśleć. Ok, czekałam... ale oczywiście zwiał z gg, nie chcąc ze mną rozmawiać. Ale jak on mi mówił, że mnie kocha to mówił to tak szczerze, tak bezpośrednio, bez zachamowań... A ja czuję, że mi dalej na Nim zależy. Nie mam chłopaka, jestem wolna, ale za nic nie mogę zrozumieć Kamila. Może on tak ucieka przede mną, jak ja uciekałam zapominając o Nim? Niektórzy znajomi mówią, że on znalazł dziewczynę, żeby zapomnieć o mnie, bo byłam już zajęta... Może ma do mnie słabość? Ja będąc już z chłopakiem też musiałam uciekać, nie mogłam się z nim za bardzo "spoufalać" bo to groziłoby zerwaniem z chłopakiem, bo tak na mnie właśnie działa Kamil. On mnie kocha? Mówiłby to tak dla ściemy? Czy na prawdę jest możliwość, że przede mną ucieka? Jego kuzynka mówi, że widać, że się mu podobam, ale też go nie rozumie. Nie wiem o co tu chodzi. Może po pijanemu nie myślał, nie miał zahamowań żeby mi to powiedzieć, a na trzeźwo zdał sobie sprawę, że było za dużo "ale" dlatego po trzeźwemu by tego nie zrobił i dlatego ucieka? Jeśli ktoś coś do Ciebie czuje to... to się czuje, że tak powiem. Nie wiem co mam robić, dać mu czas? Ale na co ten czas? Proszę o pomoc! :(
Pozdrawiam


* * * * *

Jakby Cię kochał to by Ci to powiedział na trzeźwo. Jakby mu zależało to by się nie upijał, nie gadał głupot a potem się nie wypierał. Jakby chciał z Tobą być to by traktował Cię poważnie, a nie "po gówniarsku" uciekał od decyzji, wykręcał się i Cię unikał.
Nie tak zachowuje się chłopak, któremu zależy na dziewczynie.
Moim zdaniem przede wszystkim on nie wie czym jest miłość i myli go z uczuciem, przypływem emocji itp. Pisałam o tym w tym artykule: [zobacz]. I ten przypływ emocji i wspomnień pod wpływem alkoholu kazał mu powiedzieć, że Cię kocha. Na trzeźwo zdał sobie sprawę z absurdalności sytuacji i nie wiedział jak się wykręcić. Daj sobie spokój. Oboje nie jesteście jeszcze gotowi do związku. Zatem nie dąż do niego na siłę, tylko czekaj na prawdziwą miłość. Ona się nie spieszy. Z Bogiem!

  Ewa, 29 lat
2091
24.01.2008  
Witam serdecznie! Ta historia może być trochę przydługa dlatego proszę o cierpliwość, ale tylko w taki sposób mogę mniej więcej naświetlić o co mi chodzi. Potrzebuję obiektywnego spojrzenia kogoś z boku na te moje wątpliwości i rozterki, bo sama chyba już dawno zatraciłam obiektywizm i dystans do tego wszystkiego. A więc od początku: Z Grześkiem poznaliśmy się jeszcze w szkole średniej, on „zapałał” do mnie uczuciem, którego ja nie odwzajemniałam. Był naprawdę dobrym człowiekiem i fajnym kumplem, z którym można było porozmawiać o wszystkim, ale nic do niego nie czułam. Długo starał się o mnie, o moje względy, często w bardzo oryginalny i niecodzienny sposób i nie ustawał w tym, nawet po moim kolejnym stwierdzeniu, że możemy być tylko przyjaciółmi. Trwało to prawie 2 lata! W końcu „uległam” – zgodziłam się z nim być i wiem, że to zabrzmi okropnie, ale nie zrobiłam tego bynajmniej z nagłego przypływu uczuć. Po prostu stwierdziłam, że będąc z nim mogę mu w jakiś sposób pomóc uwierzyć w siebie i pokonać wiele przeciwności, które się przed nim wtedy piętrzyły (tak też z resztą się stało). Ale myślałam, że jak wyjedzie na studia, to po prostu ten związek „umrze śmiercią naturalną”. On zapomni o mnie, a ja jako, że mi na nim specjalnie nie zależało zajmę się swoim życiem. Jednak tak się nie stało – kłopoty rodzinne i osobiste, które wtedy miał spowodowały, że byłam jedyną osobą, która trzymała go przy życiu, byłam dla niego wtedy najważniejsza na świecie, z resztą doskonale to czułam, ale niestety nie doceniałam. Mogłabym jeszcze sporo pisać o jego „dowodach miłości”, o jego, niemalże uwielbieniu, dla mnie, ale nie o to chodzi. Piszę to tylko po to by podkreślić, że jego uczucie było naprawdę głębokie i był gotów wiele dla mnie zrobić i poświęcić (o czym przekonałam się nie raz), chciał być ze mną już zawsze. A ja? Cóż – muszę to przyznać – teraz – z żalem – podchodziłam do tego z dystansem, nie traktowałam go jak osoby, z którą chcę spędzić moje życie, czekałam tylko na moment, w którym skończą się jego kłopoty i będę mu mogła powiedzieć, że to koniec. Zawsze wyobrażałam sobie, że będę z kimś niezwykłym:-) a nie z takim „normalnym, szarym chłopakiem”, w którym po pierwsze nie zakochałam się, a po za tym nie imponował mi pod względem fizycznym (co przecież też jest ważne). Dlatego też lekceważyłam to jego wielkie uczucie i nadal traktowałam ten związek jako coś chwilowego.
Z czasem jednak (nawet nie wiem kiedy) we mnie również zaczęła nieśmiało „kiełkować” miłość, pokochałam go i był czas, że myślałam: „to ten”, ale ciągle coś stawało nam na przeszkodzie – m.in. odległość. Fakt, że studiowaliśmy w dwóch odległych miastach sprawiło, że żyliśmy w 2 światach, które zaczynały się oddalać coraz bardziej. Jednak ja robiłam wszystko by być przy nim, można powiedzieć, że podporządkowałam swoje życie, swoje plany jemu – czego wcale wtedy nie żałowałam i uważałam za coś naturalnego. On zaczął odzyskiwać wiarę w siebie, a ja zaczęłam ją tracić – przez chwilę zamieszkaliśmy razem co okazało się „totalnym niewypałem”, nie mogłam znaleźć pracy w mieście, w którym on studiował. Znowu pojawiły się wątpliwości, które miałam przez większość trwania naszego związku: „to nie ten”. On cały czas walczył o tę miłość, a ja wszystkie te jego miłe gesty zaczęłam po pewnym czasie uważać, za coś normalnego, za coś mi się niejako należy – a moim zadaniem było tylko być i nic więcej. W swej naiwności twierdziłam, że jego miłość będzie zawsze trwała, zawsze będzie się tak starał – nawet nie widząc odwzajemnienia albo bardzo małe z mojej strony. Powoli chyba zaczynało go to męczyć bo ileż można dawać, nic nie otrzymując w zamian. Zaczęły się kłótnie, wzajemne ranienie się, rozstania, kłamstwa, aż wreszcie jego zdrada (bardziej psychiczna niż fizyczna). Wybaczyłam po jakimś czasie. Nasz związek jeszcze trwał, ale chyba tylko było to już przywiązanie, a może nawet z mojej strony pewne uzależnienie. Każda ze stron bała się podjąć te ostateczną decyzję – on bał się moich łez, a ja bałam się, że nie poradzę sobie bez niego. W końcu podjęliśmy wspólną decyzję o rozstaniu – po 10 latach!!!. Początkowo odczułam ulgę, że nie muszę już niczego udawać, że będę mogła być sobą nie narażając się na jego „dziwne” spojrzenia i krytykę, ale z czasem zaczęłam odczuwać smutek, żal, aż w końcu całkowitą rozpacz. Byłam przekonana o słuszności tej decyzji, ale nie radziłam sobie – z dnia na dzień było co raz gorzej, szczególnie gdy wiedziałam, że Grzesiek tak tego aż nie przeżywa. Musiałam skorzystać z pomocy psychologa i psychiatry. On miał prace, miał swoje życie, a ja dopasowałam wszystko do niego i teraz to wszystko musiałam zaczął tworzyć od nowa.
Próbowałam normalnie żyć, wykonywać swoje obowiązki (choć za wiele ich nie miałam) i czekałam, aż czas uleczy rany, ale jak to tej pory (już 1,5 roku minęło w styczniu od naszego rozstania) tak się nie stało. A co gorsze nie jestem już przekonana o słuszności tamtej decyzji, a wręcz przeciwnie – mam wrażenie, że była ona pomyłką. A może nie pomyłką tylko czasem danym żebym coś zrozumiała... W każdym bądź razie teraz jest tak, że uczucia odżyły na nowo, wydaje mi się, że chcę z nim być i że go kocham, że to ten. Piszę „wydaje mi się” bo jestem tak zagubiona w tym wszystkim, że niczego nie jestem pewna. Każda najmniejsza wiadomość od niego (z resztą bardzo rzadka) wywołuje dużo zamieszania, po tak długim czasie nie mam dystansu do całej tej spray i ciągle, mimo moich usilnych prób, ostudzenia emocji – nie udaje mi się to. Mam wrażenie, że teraz wiem czego chce, co jest dla mnie ważne i dzięki temu moglibyśmy dogadać się w wielu sprawach, które kiedyś nas dzieliły, że potrafilibyśmy lepiej rozwiązywać konflikty, że mogłabym dać mu szczęście. Mam niemal obsesyjne myśli o tym, że muszę mu to wszystko powiedzieć. Nie wiem też jak mam rozumieć fakt, że pragnienie to stało się jeszcze silniejsze, gdy zaczęłam się gorąco i intensywni modlić w tej intencji... nie wiem czyje to podszepty... Boję się mu to powiedzieć, boję się jego reakcji, odrzucenia, bólu, z drugiej strony boję się też, że gdyby on też zechciał być ze mną to teraz muszę postawić już wszystko na jedną kartę - że to nie będzie już żadna próba i co jak wtedy okaże się że jednak się pomyliłam, że te uczucia to wytwór mojej wyobraźni. Cały czas zastanawiam się czy jest sens mówić mu o tym wszystkim, burzyć jego spokój?? Wiem też, że on raczej nie chciałby „wchodzić drugi raz do tej samej rzeki”. Proszę powiedzieć jak wygląda to z boku, bo czasami mam wrażenie, że już zaczęłam sama napędzać sobie te myśli (o tym, że chcę z nim być) bojąc się, że zostanę sama, że nigdy nie spotkam już nikogo „odpowiedniego”, że idealizuje Grześka i nasz związek, że zapomniałam o złych rzeczach, których tez było niemało. Tym myślom sprzyja brak konkretnego zajęcia (pracy), swojego życia, czegoś co by mnie zajmowało.
Z góry serdecznie dziękuje za odpowiedź!


* * * * *

Droga Ewo! No dużo możnaby pisać o tym jakie błędy się tu pojawiły, ale już chyba nie o to chodzi, bo Ty sama masz ich świadomość i na wiekszość wątpliwości sama sobie odpowiedziałaś. Jest tak jak piszesz: miłość potrzebuje wzajemności, on jej nie dostawał i w końcu coś się w nim wypaliło. Zaczynając z nim być byłaś jeszcze bardzo młoda i zapewne nie wiedziałaś wielu rzeczy np. tego, że miłośc to nie uczucia, że może być miłość bez zakochania itp. pisałam o tym w odp nr 13 i tym artykule: [zobacz]. Co do obecnej chwili: wiesz, mam mieszane uczucia ale tak myślę, że ponieważ mimo upływu czasu to wszystko się w Tobie kotłuje to jednak powinnaś z nim porozmawiać. Choć on pewnie nie będzie chciał do Ciebie wrócić, bo gdyby chciał to już by to zrobił ale Tobie to jest potrzebne - choćby po to, by jednoznacznie to usłyszeć. A może też być tak, że te wyobrażenia, które teraz o nim masz prysną w bezpośredniej rozmowie i przyniesie Ci to ulgę - że jednak była to dobra decyzja.
10 lat to faktycznie szmat czasu i na pewno sporo tego czasu teraz potrzebujesz by dojść do siebie. Ponadto z twojego listu wynika, że byłaś w jakiś sposób podporządkowana jego życiu, w jakiś sposób zależna od niego - choćby psychicznie. Wypełniał najważniejszą część Twojego życia i gdy go zabrakło powstała pustka, której nie możesz zapewnić. Był dla Ciebie najważniejszy na świecie (czy nie ważniejszy niż Bóg?). Może Bóg zatem dopuścił to rozstanie, byś stała się sobą a nie częścią czyjegoś życia. Byś określiła swoją tożsamość a w przyszłym związku była tak samo ważna jak chłopak, byś pamiętała o swoich potrzebach i samorealizacji.
Nie wiem czy decyzja o rozstaniu była dobra, nie wiem czy decyzja o byciu z nim na początku była dobra. Na pewno jednak nie masz co żałować i potraktuj to jako doświadczenie życiowe, o które jesteś bogatsza. Wiesz jakich błędów nie popełniać. Jeśli jednak nie będziecie razem musisz zastosować wobec siebie "terapię", pisałam o tym w odp nr: 80, 526, 653, 825 i nigdy nie myśleć, że nikogo takiego nie spotkasz. Może Ci pomóc w tym ten artykuł: [zobacz], gdzie pisałam o tym, że nie jest tak, że jest jeden, jedyny człowiek. Pomyśl, że Bóg chce Twojego dobra. Jeśli tak się stało, że się rozstaliście tzn. że nie byliście dojrzali lub gotowi by stworzyć małżeństwo i On to wie. A zatem macie być z kimś innym. I o tego "innego", o tą prawdziwą miłość, która doprowadzi do ślubu musisz się modlić. Bóg to wszystko widzi i daje inne szanse. Módl się i spróbuj ostatecznie porozmawiać z Grześkiem. Poszukaj też koniecznie pracy i czegoś, co da Ci satysfakcję i pozwoli uwierzyć, że Ty sama jesteś wartością, że możesz żyć samodzielnie, co da Ci poczucie, że jesteś potrzebna. Powodzenia, z Bogiem!

  Gaja, 24 lat
2090
23.01.2008  
Mam pewnien dylemat związany z chłopakiem...
Poznałam go kilka lat temu, za sprawą koleżanki. Od początku mi się spodobał, ale traktowałam go tylko jako kolege. Przez długi czas nic się nie zmieniało, gdyż w tym czasie byłam zakochana w innym chłopaku i przez to czasem go zbywałam. Pod koniec lata, zeszłego roku, pokłóciliśmy się i przez prawie rok nie utrzymywaliśmy kontaktu. W pażdzierniku 2007 spotkaliśmy się przypadkiem. Zaczęliśmy rozmawiać jak starzy znajomi. Jako że studiujemy ten sam kierunek, zadeklarowałam mu pomoc i pożyczenie notatek. Po 2 tyg., gdy przyjechał na weekand do domu, spotkaliśmy się u Niego. Potem umówiliśmy się na następne spotkanie i następne... Za każdym razem było super. Oglądaliśmy razem filmy, rozmawialiśmy, On mnie przytulał. Ostatnio nawet się pocałowaliśmy...
To wszystko spowodowało, że się w Nim zakochałam. Niestety nie jestem pewna Jego uczuć. Gdy się spotykamy jest naprawde cudowny, ale potem potrafi się przez kilka dni nie odzywać. Nie wiem, co mam robić. On jest ode mnie młodszy o 4 lata i chyba nie dorósł jeszcze do poważnego związku. Mam poczekać, czy zerwać znajomość? WIem, że to wydaje się głupie, ale ja już naprawde się w tym wszystkim pogubiłam. Nie chce Go stracić, ale nie wiem, czy On chce być ze mną. Przecież nie moge go tak poprostu zapytać. Co mam robić?


* * * * *

Myślę, że faktycznie kwestia wieku tutaj ma znaczenie, bo 20 -letni chłopak nie myśli z reguły tak poważnie jak 24-letnia dziewczyna. On pewnie nie wie jeszcze czy chce z Tobą być albo może traktuje ten związek inaczej niż Ty: mniej poważnie, bardziej "na luźno", aby w każdej chwili można było zrezygnować. Ot, fajnie się spotkać, jest z kim wyjść, pocałunki też są przyjemne.
Moim zdaniem powinnaś na razie kontynuować relację, ale nie pozwalać mu na takie gesty jak pocałunki.Bo to już jest wyraz prawdziwego uczucia a tymczasem Ty nawet nie wiesz czy on chce z Tobą być. Dlatego abyś się nie pograżyła a zarazem poznała go naprawdę (nie przez pryzmat czułościowo- przyjemny) radzę większą rezerwę. Powinniście więcej wychodzić gdzieś, więcej rozmawiać, byś mogła go też lepiej poznać i zdecydować czy Ty też chcesz z nim być a nie tylko on z Tobą. Zapytać faktycznie trochę głupio bo mogłoby być to bolesne, poza tym jeśli chłopak ma jednak dobrą wolę to go to wystraszy. Trzeba obserwować, poznawać i trochę przystopować z gestami. Jeśli on mimo ich braku będzie nadal Tobą zainteresowany to będzie dobry znak. A jak przystopować? Powiedzieć mu, że Twoim zdaniem ten gest to już jest dużo, że jest Twoim zdaniem zarezerwowany na dalszy etap związku. Może to go nawet sprowokuje do konretnej rozmowy na ten temat? Powiedz mu też, że chciałabyś, żeby częściej dawał Ci znak życia bo się niepokoisz - on może nie wiedzieć, że tego potrzebujesz i uważać, że wszystko jest ok. Spróbuj. Z Bogiem!

  Bartek, 24 lat
2089
23.01.2008  
Witam. Mam pytanie odnośnie mnie i mojego zachowania. A więc: w sierpniu poznałem pewną dziewczynę, która bardzo mi się spodobała. Potem zaczęliśmy się spotykać no i po pewnym czasie podczas rozmowy powiedziałem jej co do niej czuję i czy zgodziła by się spotykać ze mną już tak na poważnie. Miała się zastanowić. Po jakimś czasie otrzymałem odpowiedź- niestety negatywną. Jednak nie potrafiłem jej przyjąc do siebie. Teraz jesteśmy kumplami tylko, ze ja nadal chciałbym z nią utworzyć związek. Chcę się z nią spotykać, czesto jej puszczam sygnałki i SMS-y. Czy to jest normalne z mojej strony, że dziewczyna mi mówi NIE a ja nadal usiłuję jeszcze utworzyc związek? Czy powinienem dalej próbowac? Czy nie jestem poprostu za bardzo nachalny?? Proszę o podpowiedz co mam robić. Z góry dziękuję. Pozdrawiam serdecznie.

* * * * *

Normalne jest jak najbardziej, bo Ci na niej zależy. Ale popełniłeś błąd mówiąc co do niej czujesz. Bo najpierw trzeba trochę ze sobą pobyć, poznać się i delikatnie wybadać jaki ta osoba ma do nas stosunek. Wyznanie uczuć jest szokiem i postawieniem osoby w zasadzie w sytuacji bez wyjścia - z paraliżującą świadomością, że druga strona oczekuje tego samego. Poczytaj o tym więcej w tym artykule: [zobacz]. Tam też najdziesz wskazówki co dalej robić. Generalnie nie narzucać się, dać odetchnąć, tworzyć relacje tylko koleżeńską, a gdy uda się tą relację zbudować można dopiero pomyśleć o czymś więcej. Ale nic na siłę, bo ją zniechęcisz i wystraszysz. Z Bogiem!

  Agnieszka, 34 lat
2088
23.01.2008  
Nie moge znalezc sobie odpowiedniej osoby, ciagle trafiaja mi sie nieudacznicy. Czasami mysle ze mam pecha albo przekleta jestem...w mojej rodzinie sa stare panny, czyzby to bylo rodzinne?pogodzilam sie z tym ze jestem sama, ale... nie rozumiem czemu nie moge byc szczesliwa?

* * * * *

Gdyby w Twojej rodzinie były same stare panny to nie byłoby Ciebie na świecie…a zatem na pewno jakies małżeństwa też muszą być. Ale tak na poważnie: nie możesz myśleć w ten sposób, bo możesz podświadomie odrzucać czyjeś zainteresowanie, możesz nie zauważyć kogoś wartościowego, bo od razu "kodujesz się" na: "nie, to nie ten". Pytanie moje jest takie: a ile razy spotkałaś się z każdym z tych chłopaków, zanim stwierdziłaś, że Ci nie odpowiada? Bo jak raz czy dwa to za mało, by stwierdzić, że to niewłaściwy człowiek. Zwykle na pierwszych randkach jesteśmy zestresowani, próbujemy jak najlepiej wypaść i …bywa, że jest odwrotny efekt. Jesteśmy spięci, sztuczni, czasem palniemy głupotę, której później żałujemy. Ponadto nie znając gustów drugiej strony chcemy jej dogodzić trafiając na oślep. Dlatego potrzeba kilku spotkań, sporo rozmów, żeby się poznać. No oczywiście czasem już na pierwszy rzut oka widać, że to pomyłka (chamstwo, ewidentnie odmienne poglądy prezentowane na wstępie, brak szacunku itp.) ale nie jest to regułą. Proszę przeczytaj też ten artykuł: samotność no i może spróbuj wpisać się tutaj: [zobacz]
Tu są wartościowe osoby. No i módl się o dobrego męża, wołaj do Boga, mów Mu, że pragniesz rodziny. Z Bogiem!

  Kasia, 18 lat
2087
23.01.2008  
Jestem z moim chłopakiem od 4 lat. Są chwile gdy jesteśmy ze sobą bardzo szczęśliwi ale są tez takie gdy nie chce go widzieć. Denerwujemy sie na siebie. Widzę jego wady, bardzo mnie one denerwują ale on albo nie chce albo nie potrafi ich zmienić. Nie jest dżentelmenem a na początku naszej znajomości nim był. Nie lubię rutyny a mimo młodego wieku nie widzę nic innego tylko rutynę. Wszystko mogę przewidzieć. Mój mężczyzna nie zabiera mnie na kolacje, do kina. A nawet jeśli zabierze to płacę sama za siebie. Jest wielkim sknera jeśli chodzi o pieniądze, to rodzinne u niego. Wiem że ja tez nie jestem idealna i często jestem egoistą. Również jestem bardzo zazdrosna. Chciałabym natomiast podkreślić że znamy się świetnie, wiemy o sobie praktycznie wszystko, boję sie najbardziej tego ze nie rozstaniemy sie właśnie z powodu tak długiej znajomości, będzie nam szkoda tych lat razem. Bardzo denerwują mnie jego wady. Nie spędza on również ze mną dużo czasu, rozumiem że mamy dużo zajęć (klasa maturalna) lecz to ja go proszę by przyszedł do mnie, żebyśmy gdzieś poszli, żeby spędził ze mną czas. Na imprezę nie szkoda mu pieniędzy ale na mnie tak. Mimo to jesteśmy chyba szczęśliwi. Zastanawiam sie od dłuższego czasu czy my się kochamy, czy warto ciągnąć ten związek. Jestem dość zrozpaczona i proszę o pomoc. Z góry dziękuję.

* * * * *

No faktycznie rutyna i brak takiego jakiegoś zapału. Jesteście ze sobą z przyzwyczajenia? A może zakochanie minęło i zamiast przejść na kolejny etap miłości trwacie "w przejściu" między etapami? Poczytajcie proszę ten artykuł: miłość i te odp: 15, 906255, 498, 566, 773 Niedopuszczalne jest to o czy piszesz: brak czasu, to, że sama musisz zawsze za siebie płacić, to, że się nudzicie na randkach. Jeśli ludziom na sobie zależy to mają mnóstwo pomysłów jak sobie sprawić przyjemność i nieważne ile są ze sobą. Tak jest nawet wiele lat po ślubie. Ja myślę Kasiu, że Wy faktycznie może trochę mylicie miłość z zakochaniem i gdy emocje opadły coś w Was zgasło. Musicie zapytać siebie co Was pociąga w tej drugiej osobie, czym sobie imponujecie, dlaczego zdecydowaliście się ze sobą być. Poczytajcie też te artykuły: [zobacz], [zobacz]. Koniecznie trzeba tu coś zmienić: więcej rozmowy, więcej wyjść. Porozmawiaj o tym z chłopakiem, a także sama na początek coś proponuj np. jakąś wycieczkę. Może on będzie się opierał początkwo, ale jeśli "chwyci", jeśli zrozumie to jest szansa na odświeżenie związku. A może on po prostu tkwi w nim z przyzwyczajenia i nie wie jak odejść? Konieczna jest poważna rozmowa i zmiany. I nie możesz myśleć, że może szkoda odejść z uwagi na to, że to tyle lat. Lepiej odejść wcześniej niż stracić jeszcze więcej czasu a potem mieć do siebie pretensje. Poza tym jesteście bardzo młodzi. Życzę owocnych przemyśleń i dobrej decyzji. Z Bogiem!

  Aldona, 25 lat
2086
22.01.2008  
zerwałam z chłopakiem po 3 latach chodzenia, powód był taki że nie miał dla mnie czasu, jakby nie dbał itp itd i twierdził że na razie zycia nie zmieni ja nie mogłam zniesc tego wiecej.Więć własciwie jakiegos konkretnego powodu nie było, ale spotykamy się nadal i za kazdym razem we mnie odzywaja jakies emocje, mysli i uczucia i mysle czy dobrze zrobiłam.Tyle ze dopiero po zerwaniu mowił mi ze martwił sie o roznice wieku miedzy nami ( 15 Lat ) ze teraz nie przeszkadza ale kiedys bedzie ze on bedzie musiał dorównywac mi, lub ze ja uciekne bo mi bedzie przeszkadzac- jak chodzilismy to nie mowil o tej obawie.Ale ja poznaje nowych chłopaków i wiem że nie mam co porównywać bo sa po prostu denni ; wiem ze takie bratniej duszy chyba nie znajde jak był moj ex ( znamy sie 11 lat) ale to chyba nie wystarczyłoby do udanego zwiazku; nie wiem co robic bo sie mecze , straciłam wiare w jakiekolwiek zwiazki nigdy mi si enie udaja a poodbno jestem atrakcyjna otwrata mądra itp itd i co z tego jak moje zycie wyglad jak wyglada... bardzo samotnie

* * * * *

Ale na jakiej zasadzie się spotykacie? Jesteście w jakiejś relacji zawodowej, widzicie się przypadkiem czy jest to taki związek mimo zerwania? Jeśli to ostatnie to ostrożnie, bo może jest tak, że on mimo wszystko chce Cię odzyskać i robi wszystko, byś o nim nadal myślała. Jeśli zdecydowanie nie chcesz z nim być nie zgadzaj się na takie spotkania, bo Ci to miesza w głowie. On próbuje Cię po prostu rozmiękczyć i ciągle ma nadzieję.
Co do różnicy wieku to pisałam o tym w odp. nr: 8, 28, 87, 310, 916, 1253 daj mu to do poczytania i sama pomyśl czy Tobie to przeszkadzało. Jeśli nie to dlaczego on akurat po 3 latach o tym mówi? Zapytaj go i niech przedstawi jakieś logiczne argumenty. Bo ten o "przeszkadzaniu" jest trochę niepoważny - w końcu oboje wiecie ile lat Was dzieli i jeśli się decydujecie to o jakiej ucieczce tu mowa?
Jeśli naprawdę nie chcesz z nim być to nie możesz też tak pochodzić, że "inni są denni", bo na pewno nie wszyscy. Natomiast myślisz tak, bo jeszcze pewnie kochasz tamtego i każdego do niego porównujesz. Dlatego teraz, dopóki Twoje serce nie będzie wolne nie będziesz w stanie związać się z innym. Ja rozumiem, że to wszystko jest jeszcze świeże. Dlatego musisz zapytać siebie co naprawdę Ci w nim przeszkadzało i czy nie dasz rady z tym żyć. Jeśli nie to odejdź naprawdę. Bez spotkań, rozpamiętywania i porównań. Naturalnie to nie stanie się od razu i potrzeba Ci czasu. Ale w ten sposób jak teraz nie uwolnisz się od niego ani nie zwiążesz z innym. Poczytaj też odp. nr: 80, 526, 653, 825. Widzę, że jesteś jeszcze niezdecydowana. Módl się i myśl. Z Bogiem!

  Ola, 18 lat
2085
22.01.2008  
Witam bardzo serdecznie!

Mam problem sercowy, co jest dość typowe w moim wieku. Niestety jakoś dłonie innych zostają połączone, moja pozostaje w kieszeni. W dużym skrócie sprawa wygląda nastepująco: jesteśmy razem w klasie. Wiele wskazuje na to, że on czuje coś podobnego-spojrzenia, uśmiechy, potem zaczynanie rozmowy na byle jaki temat, bicie mi brawa np. po prezentacji na lekcji, co zrobił jako jedyny, potem tłumaczył, że mu sie podobało. Na Wigilii klasowej odważyłam się złożyć mu osobiście życzenia. Nie dawałam żadnych aluzji. On zaś życzył mi, bym nie bała się mówić co myśle i czuje. Przytuliliśmy się. Często broni mojego zdania, choć mam inne od całej klasy. Lubi obserwować, gdy coś opowiadam, ale raczej tego unika. Zawsze przyłapię go spojrzeniem. Ostatnio byliśmy na tej samej imprezie. Jak tylko spotkał dziewczynę, z która miałam tam iść, spytał się gdzie jestem. Niestety rozmawialiśmy mało i jak to często u nas bywa koślawo. Choć on jest zbyt bierny, to wiem, że tez zawiniłam. Pierw pytając się: co tak stoi? a później: czy to nazywa tańcem?! Zwyczajnie się zirytowałam, że nie korzysta z okazji. Żadne z nas nie powie nic wprost. Ja się boję, że w końcu się poddamy. A bardzo mi na nim zależy. Taki stan utrzymuje się już od 2 miesięcy.
Moge czekać, ale chce by to się posuwało do przodu. Bardzo w to wierzę, miłość jest dla mnie priorytetem. Nie wiem tylko, jak sprawić, by chciał i był pewny, że możemy być razem. Czy zwolnić to napięcie między nami i począć normalne dyskusje? A może zaryzykować i powiedzieć coś więcej? Poza tym nie chcę mu się narzucać, sama jestem dumna i znam swoją wartość, dlatego nie będe żebrac o uczucie. Chce, by był szczęśliwy. Samo jego życie jest dla mnie dobre. Jak możemy się zbliżyć do siebie? Jak sprawdzić na ile mu zależy, czy jestegotowy? A i jeszcze dodam, iż to niestety taki typ, który lubi być zdobywany...
Wciąz modlę się, by uczucie w nim kwitło i bym została natchniona tak, by wiedzieć jak postąpić. Jak skutecznie otworzyć drzwi.
Bardzo proszę o odpowiedź i pozdrawiam


* * * * *

Droga Olu, na pewno nie mówić co czujesz, bo co może z tego wyniknąć przeczytaj w tym artykule: [zobacz]. Najlepszym wyjściem jest właśnie zwolnienie i normalne rozmowy. Choć naturalnie z pewną inicjatywą możesz wychodzić, przeczytaj o tym w odp. nr: 1306, 3, 30, 37, 134, 411, 912, 1486, 1932. Być może on faktycznie jest nieśmiały, może się boi, bo nigdy z nikim nie był, być może nie wie co o nim tak naprawdę myślisz, może boi się porażki, ale nie uwierzę, że chłopak woli być zdobywany przez dziewczynę. Nawet jeśli tak mówi, nawet jeśli takie sprawia wrażenie. Bo to wrażenie, takie początkowe wynika właśnie z tego, że boi się kosza i woli, żeby dziewczyna najpierw pokazała, że jednak jej zależy a w razie czego on może się zawsze wycofać mówiąc, że przecież ją traktował zawsze jak koleżankę i nie wie o co chodzi. Bardzo nieładne choć częste zagranie. Natomiast tak naprawdę to chłopak czuje w sobie pragnienie zdobywania, walki o dziewczynę, bo to leży po prostu w jego naturze, poczytaj o tym w odp. nr: 25, 50, 340, 1101, 1447. Jeśli chłopak mówi, że jemu odpowiada rola pantoflarza to coś jest nie tak z jego relacjami w rodzinie. Być może to wpływ nadopiekuńczej matki, może brak ojca (i autoryetów), może kompleksy, że sobie nie poradzi jako przewodnik w związku. Ale nie jest to normalna sytuacja. Olu, rozmawiaj z nim, okazuj sympatię, ale miłości nie wyznawaj. Z drugiej strony też nie krytykuj, bo się zrazi. On na pewno robi co może i umie. Myślę, że jeśli będziesz delikatna i nie będzie się czuł przyciśnięty do muru to pomału się wszystko wyklaruje. Czasem to jest taki wolny proces, czasem chłopak nabiera odwagi i jest nagły skok. Ale nie rób nic "za niego". 2 miesiące to jeszcze naprawdę niewiele. Być może on jeszcze nie jest pewny, a może po prostu chce Cię lepiej poznać. Zresztą i Tobie poznanie jego jest potrzebne. Módl się i nie martw na zapas. Z Bogiem!

  Elirena, 20 lat
2084
22.01.2008  
Witam. Kiedys już pisałam do Pani, ale teraz piszę w zupełnie innej sprawie. Otóż patrząc w przeszłość, na moje poprzednie dwa "związki" (ekhem...) widzę, że coś szwankuje. To znaczy niby nic się nie stało, nawet pocałunki były zupełnie sporadyczne i w ogóle, ale tak naprawdę to aż strach pomysleć ile w tym wszystkim było zupełnie prymitywnego pożądania (tak szumnie zwanego miłością w pierwszym przypadku, w drugim juz się tego słowa wystrzegałam) i nieczystości. Wstyd mi i myslę, że dobrze że sie to skończyło, ale... Czasem to sobie myślę, że może ja nie umiem być z meżczyzną (taaa, teraz czas na "dojrzałe" dylematy dwudziestolatki...), albo może powinnam pozostac niezamężna? Bronię się przed tymi myslami, bo bardzo, ale to bardzo mi się ta perspektywa nie podoba, a powołanie objawia sie chyba pociagiem w kierunku jakiejś Drogi a nie panicznym lekiem przed nią i gwałtowna niechęcią. Więc staram się uspokajać, że to szatan mi tak miesza. Ostatnio wróciłam po rocznej przerwie do mojej wielkiej miłości, o ile oczywiście mogę tak nazwać swoją pasję. To, co robię daje mi naprawdę wielką radość, nawet kiedy nic mi nie wychodzi i jestem na skraju załamania, zawsze gdzies głęboko w sercu się cieszę, że robię to, co robię. Tak sobie myslę, że powinnam skupic się teraz na tym, skoro i tak nie ma w moim otoczeniu interesujących mężczyzn (czy to może ja za duzo wymagam? nie chcę cudów, ale nie przeczę, że wymagania mam), wykorzystac ten czas na poprawe mojej relacji z Bogiem (bo ostatnio troche to zaniedbałam), na poprawę mojej kondycji fizycznej i ogólnie na mojej pasji no i studiach. Acha i skłonności do obżarstwa - typowy przypadek zajadanie problemów :P (cud, że wciaz nie osiagnęłam rozmiarów hipopotama ;P) A z drugiej strony zastanawiam się, czy w ten sposób nie przeoczę czegoś ważnego. To chyba typowy przykład, kiedy ktos by chciał dwie sroki złapać. Kiedy tak na spokojnie się nad tym zastanawiam, to myslę, że powinnam sie jednak poświęcić temu, co kocham, a jesli wola Bożą jest żebym wyszła za mąż to się z tym moim Adamem znajdziemy. Jak Pani myśli? Trochę mi głupio, bo na studiach jestem chyba jedną z niewielu samotnych osób.
Hmm, czasami się zastanawiam, czy to źle kochac cos na tej ziemi? Kiedyś jeden zakonnik mówił nam, że człowiek wręcz powinien mieć jakąś pasję. Nie zwykłe tam coś, co lubi, tylko coś ważnego (chociaż bez przesady, Bóg zawsze ma być najważniejszy). Właściwie często mi się wydaje, że tą miłość dał mi Bóg jako moje powołanie (tak jak lekarza, nauczyciela i tak dalej), a potem znów przychodza takie mysli, ze to źle. Wydaje mi sie, że to znów szatan ma ubaw dręcząc mnie wątpliwościami, ale chciałabym poznac Pani opinię.
Z góry za wszystko dziękuję


* * * * *

Nie podajesz numerów poprzednim pytań, więc trudno mi się ustosunkować. Co ja myślę? Ano, ja zawsze mówiłam, że nie ma czegoś takiego jak klasyczne powołanie do samotności, pisałam o tym w tym artykule: [zobacz], poczytaj proszę. Na pewno więc szatan podsyła Ci takie myśli, bo to nie jest tak, że ktoś jest od razu uzdolniony do miłości, bo miłości trzeba się uczyć a do związku dojrzewać. Nie jest tak, że ktoś jest od razu gotowy, a ktoś inny w ogóle się nie nadaje. Na pewno więc poprzednie związki czegoś Cię nauczyły, wyciągasz z nich wnioski, a zatem jesteś już o krok bliżej do tej umiejętności.
Moim zdaniem generalnie Twoja postawa jest słuszna. Nie ma co na siłę szukać, chodzi o to by się nie zamykać na innych, ale tego chyba nie czynisz. A ten czas wykorzystuj na inne rzeczy, właśnie te o których piszesz. A pasja faktycznie jest to ważna rzecz, ale nie można też podchodzić do tego w ten sposób, że "muszę", bo być może ktoś interesuje się różnymi rzeczami, w różnych jest dobry, ale żadna nie wciąga go tak, by poświęcił jej życie. I nie ma w tym nic złego.
Co do tej samotności na studiach: tak naprawdę, to nie wierzę, że już w tym wieku większość jest w poważnych związkach. Być może to są tylko takie przelotne sympatie, a taką przecież Ty też miałaś. Ja pierwszego chłopaka miałam dopiero w wieku 26 lat, a to nie było aż tak dawno, więc się nie niepokój.
Moja Droga! Życzę Ci znalezienia wspaniałej, prawdziwej miłości i dobrego przygotowania się do niej. Z Bogiem!

  NATALI , 24 lat
2083
22.01.2008  
WITAM...hmm kiedys bylam zakochana w chlopaku pare lat , tylko sie spotykalismy od czasu do czasu chlopak za ktorym uganialy sie dziewczyny - ukrywalam przez pare lat ze jestem zakochana zylam jego zyciem problemami on mial 1 dziewczyne potem 2,3,a ja wciaz sama czekajaca ze moze kiedys stanie sie cud i moze bedziemy razem ....mozna by pomyslec ze to z boku dobry czlowiek , nie pije nie pali chodzi co niedziele do kosciola , inteligentny ,bystry dusza romantyka..itp... kiedys w wakcje napisal sms zwyklego co slychac itd...i zaczelismy sms potem spotykalismy sie na spacery gdy ktores z nas mialo czas i byla ku temu okazja tak sie cieszylam ze wreszcie czekanie tyle lat i sie spelnilo zabral mnie na wycieczke bylo cudnie ....nie bylismy para poznawalismy sie ja mu ufalam mowil takie piekne rzeczy , i ogolnie bylam szczesliwa w pracy mi nie przeszkadzalo ze musze np 2 godz dluzej zostac ze ktos powiedzial mi cos zlego bylam happy:) na mikolaja kupil wielkiego czekoladowego mikolaja ile przy tym smiechu bylo..po jakims czasie przestal sie do mnie odzywac z tydzien ciszy myslalm ze cos sie stalo napisalam tylko2 sms czemu sie nie odzywa cisza po tygodniu sie odezwal wspomnial ze musial cos z kims zalatwic i mial jakies problemy ichcialbyc sam...i znow bylo dobrze bylismy jak przyjaciele niechcialsie wiazac a ja go pragnelam w koncu tyle lat czekalam ...kiedys przyjechal do mnie do domu zabardzo niechcialam bo sie balam powiedzialam ze nie a on ze nie ufasz mi nie bedzie sexu i stalo sie nie uprawialismy sexu tylko petting przytulil mnie i jak wychodzil tak dziwnie sie zasmial spojzalam mu w oczy i jak bym cos przeczuwala, zaczelam czuc sie zle a w wduszy obrzydzenie ...smutek a potem placz rano napislam sms nic cisza z oczu mozna cos czasem wyczytac i wyczytalam ze mnie zostawi chcial mnie wykorzystac sprobowac i odejsc 3 dnia mialam takie straszne mysli...czulam sie zle i zaczelo mnie zastanawiac czemu wieczorem tylko sie spotykalismy zawsze tlumaczyl ze jest zajety ma duzo pracy w ciagu dnia - po tygodiu placzu zalu brudnego sumienia smutku przestalam zrozumialam ze to nie byl czlowiek dla mnie ze dobrze ze teraz ze nie bede zalowac przez cale zycie ze przeciez taki dobry czlowiek taki chlopak chcial byc ze mna a taki to dran ham na ogol rosadna rozwazajaca dalam sie zlapac )---Po jakims czasie poznalam chlopaka dobrego czulego zaczelismy sie spotykac to bylo jak uratowanie mnie z samego dna zakochal sie we mnie mi bylo ciezko jeszcze nie umialam sie cieszyc ta miloscia na poczatku i jak zaczelam sie przygladac temu czlowiekowi to zrozumialam jakie szczescie mnie spotkalo , ze musial mi go bog postawic na drodze zeby mnie uratowac bo bylo zle bardzo zle i tamten ham sie odezwal --- przepraszal ze mnie zostawil ze nie sprostal powiedzialm mu ze mnie skrzywdzil ze ja bym nigdy go nie skrzywdzila a on tylko przepraszal nie mial smialosci w 4 oczy tylko przez telefon pytal co z nami bedzie smieszne prawda powiedzialam zegnaj i wybaczylam mu on prosi mnie zebym go nieznawidzila teraz a najsmiesniejsze ze ten ham mial dziewczyne i bawil sie nami dwiema wybral tamtom bo kocha ja hmm watpie w to najgorsze jest to ze nie moge pozbyc sie tego uczucia wstydu , obrzydzenia , do siebie mimo ze to nie byl sex czuje jak by to byl...a ten czlowiek z ktorym jestem powiedzial ze nigdy nie bedzie nalegal moze i czekac do slubu i tu mnie zawsze ogarnia placz ...

* * * * *

Droga Natalio! No to dziękuj Bogu, że to nie był sex. Rozumiem Twoje rozżalenie i bardzo Ci współczuję. Widzisz tak to jest, że wydaje nam się, że jesteśmy rozsądni, że zawsze dobrze wybierzemy a zakochanie dosłownie nakłada nam klapki na oczy. Jeśli żałowałaś, wyspowiadałaś się, wybaczyłaś mu to nie wracaj do tamtych momentów. W końcu szkoda Twojego czasu i zdrowia na myślenie o nim. Ciesz się chłopakiem, którego masz i tą miłością. Nie dopuść, żeby myśl o tamtym kładła się cieniem na Twoim uczuciu i teraźniejszym życiu. Bóg Ci wybaczył, Ty sobie też wybacz. No trudno stało się i jak mówiłam - dziękuj Bogu, że do niczego więcej nie doszło. A świętość nie polega na braku upadków tylko na uporczywym dążeniu do dobra. Zostaw te wydarzenia za sobą. Nie warto. Czy on też tak cierpiał, czy myślał o Tobie, o Twoim dobru? Nie. Więc i Ty nie myśl o nim - ten czas poświęć dla swojego chłopaka.BR> Podziwiam Cię Natalio za siłę, którą masz w sobie. Widać naprawdę, że jesteś silną kobietą, bo potrafiłaś rozstać się z nim, potrafiłaś powiedzieć mu wprost "żegnaj". Brawo! Jesteś bogatsza o to doświadczenie i być może Bóg przez Ciebie pomoże innym, bo innych będziesz mogła zrozumieć i przestrzec. Bóg ze zła wyprowadza dobro. Trzymaj się mocno Boga i ciesz miłością. Zasłużyłaś na nią. A jeśli ciągle czujesz jaieś wyrzuty powiedz o tym spowiednikowi, na pewno coś Ci doradzi. Z Bogiem!

  M., 23 lat
2082
21.01.2008  
Witam
Piszę, bo mam nadzieję, że skoro tyle osób otrzymało tutaj pomoc to i ja skorzystam. Zacznę od stwierdzenia, że jest mi ciężko i nie wiem co z tym dalej zrobić. Mam 23 lata, jakieś 2 lata temu poznałam niesamowitego człowieka, którego pokochałam i który pokochał mnie. I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie fakt, że jest on osobą niepełnosprawną i mieszka w zakładzie opiekuńczo-leczniczym. Tworzymy parę, ale prawda jest taka, że się z tym ukrywamy i nie wie o tym nikt z wyjątkiem kilku najbliższych nam przyjaciół. Nie wie moja rodzina, bo gdyby się dowiedziała to skończyłoby się to wielką awanturą. Dla moich rodziców jest to nie do pomyślenia, że można się zwiazać z osobą na wózku. Znam doskonale ich opinię, bo już nieraz delikatnie zaczynałam rozmowę na podobne tematy i zawsze mam odnosiła się do tych kwestii bardzo krytycznie, a moje argumenty zbywała krótko: "-nie znasz życia" bądź "na co kalece dziewczyna?" I tym oto sposobem choć nasze bycie razem trwa już od ok 1,5 roku, rodzice nic o tym nie wiedzą ( choć możliwe, że się domyślają ). Oczywiście to moje nieprzyznawanie się łączy się z tym, że czasem zmuszona jestem ich okłamywać, zwłaszcza gdy jeżdżę do mojego chłopaka albo dłużej rozmawiam z nim przez telefon. Ciąży mi to okrutnie, czuję się podle nie będąc szczerą wobec rodziny, ale z drugiej strony jeślibym powiedziała prawdę, to konsekwencje byłyby okropne i najpewniej musielibyśmy się przestać spotykać. Nie wiem co z tym zrobić, nie wiem jak przekonać rodziców że osoba niepełnosprawna też może kochać i być kochaną, nie wiem jak go wyciągnąć z zakładu, nie wiem nawet ( i to jest dla mnie najgorsze ! ) czy to, co nas łączy jest dobre czy złe. Czuję się okropnie i zadaję sobie pytanie dlaczego właśnie mnie spotkało coś takiego :-(


* * * * *

Moja Droga! Podstawowa kwestia: czy Ty go akceptujesz? Takim jakim jest? Jeśli akceptujesz to się go nie wstydzisz, tak? Odpowiedz sobie najpierw sama na te pytania. Czy byłabyś w stanie wyjść z nim na ulicę? Pójść do znajomuych? Czy kochasz go? Czy wyobrażasz go sobie jako męża i ojca? Po drugie: czy on wie, że Ty to ukrywasz przed rodzicami? Jeśli tak czy wyobrażasz sobie jak on się z tym czuje?
Po trzecie: jeśli faktycznie zależy Ci na nim i chciałabyć z nim być (a nie powoduje Tobą litość do niego - zastanów się nad tym!) to musisz w prawdzie przed sobą odpowiedzieć sobie na pytanie czy wiesz jak wyglądałoby Wasze życie? Czy jego niepełnosprawność nie wyklucza małżeństwa i zajmowania się dziećmi? Czy dałabyś sobie radę gdyby on np. nie mógł Ci pomóc znieść wózka z dzieckiem? Czy dałabyś radę w innych domowych czynnościach? A co ze stroną finansowaą? Czy on jest w stanie pracować czy Ty musiałabyś być żywicielem rodziny? Jakbyście mieli dzieci, Ty byś była w ciąży to z czego się utrzymacie? Czy on potrzebuje rehabilitacji i na czym ona polega? Czy jesteś mu w stanie pomagać? Czy on pociąga Cię fizycznie (tak, to też ważne)?
Kolejna sprawa: jeśli potrafisz sobie odpowiedzieć na te pytania to traktuj go tak jakbyś traktowała każdego innego chłopaka, w sensie: wymagaj od niego tego czego wymagałabyś od każdego innego chłopaka. Pomijajjąc oczywiście aspekt jego niepełnosprawności, bo to jest niezależne, ale przeczytaj te artykuły: [zobacz], [zobacz] i zastanów się czy on zapewnia Ci oparcie, poczucie bezpieczeństwa itp. Czy Cię wspiera radą, czy się o Ciebie troszczy, czy wykazuje inicjatywę w spotkaniach z Tobą? Bo mimo wszystko Ty masz być kobietą w tym związku i taka jest Twoja rola. Upewnij się, że nie widzisz siebie w roli tylko opiekunki (bo nie podołasz) ale i kobiety. Zapytaj siebie czy postrzegasz jego jako mężczyznę z którego jesteś dumna i którego przedstawiasz bez lęku innym (nie mówię teraz o rodzicach) i przy którym czujesz się bezpiecznie - to najważniejsze dla kobiety! To się też łączy z tym, że nie Ty masz go wyciągać z zakładu tylko on musi mieć na to jakiś pomysł - on, jako mężczyzna musi decydować o swoim życiu i mieć na nie pomysł i jeszcze Ciebie wspierać. Niepełnosprawność nie przestaje czynić go mężczyną! I pewnie jeszcze wiele innych pytań.
Po czwarte: jesteś dorosła. Decyzję podejmujesz Ty. Rodziców wysłuchaj, wysłuchaj argumentów i tego co mają Ci do powiedzenia, bo może są to ważne rzeczy np. o tym jak jest w małżeństwie, o których możesz nie mieć pojęcia. Ale decyzję podejmij sama. Nie jest możliwe, by rodzice zabronili Ci tego związku, a argument, że "po co kalece dziewczyna"jest "poniżej pasa", bo każdy ma prawo do miłości i nieraz taki chłopak może być lepszy, mądrzejszy, bardziej odpowiedzialny niż zdrowy facet.
No więc, jeśli przemyślałaś to wszystko i jesteś zdecydowana to odwagi: powiedz rodzicom wprost. No neistety, awantury musisz znieść, choć sama ich nie prowokuj i nie kłóć się z rodzicami, bo wtedy nie będziesz przekonująca. Tylko Twój spokój i zdecydowanie mogą ich przekonać. Czy w ogóle jesteś zmuszona z nimi mieszkać? Bo chyba niedługo się usamodzielnisz? Naprawdę jesteś już w tym wieku, że nie możesz kłamać, że spotykasz się z chłopakiem, bo rodzice nie pozwalają. Niektórzy w tym wieku mają już rodzinę i dzieci.
Jeśli kochasz (a czy tak jest poczytaj sobie inne odpowiedzi i artykuły na tej stronie) - odwagi. Na kłamstwie się niczego dobrego nie zbuduje. Moja Droga! Ja wiem, nie jest Ci łatwo, wiem też jako to jest gdy rodzice nie akceptują związku, ale cóż czasem tak bywa i trzeba przez to przejść. Wiem też, że jesteś rozbita i nie wiesz co dalej i jaką decyzję podjąć. Dlatego napisałam Ci te kilka słów i mam nadzieję, że pozwolą Ci one na spokojne i takie "trzeźwe" zastanowienie się czy podołasz i na ile chcesz.
Przeczytaj też odp nr 570, tam pisałam o podobnym problemie. Módl się o światło Ducha św.
A dla Twojego chłopaka na "umocnienie" się polecam książkę Johna Eldredge "Dzikie serce". Z Bogiem!

  inuś, 26 lat
2081
21.01.2008  
czy miłość do starszego faceta np. o 13 lat ma sens, zwłaszcza jak inni uważają go za nygusa pijaka i dziwaka? ja wiem ze taki nie jest ale on już chyba uwierzył innym co mam zrobić?

mój facet dużo mówi o ślubie ale nic w tym kierunku nie robi?


* * * * *

No to po kolei. Związek ze starszym mężczyzną jest naturalnie możliwy, pisałam o tym w odp nr: 8, 28, 87, 310, 916, 1253 . Ale niepokoi mnie dalsza część zdania. Czy ludzie bezpodstawnie uważają go za takiego? Jasne, nie można się sugerować zdaniem innych, ale należy się nad nim zastanowić. Jeśli on ma problem z alkoholem przeczytaj proszę odp nr: 350, 686, 1061, 1312, 1362, 1522, 1535 . Wierzę Ci, że jako zakochana dziewczyna możesz nie wierzyć, nie widzieć itp. ale musisz mieć świadomość bo tu chodzi o całe Twoje życie.
Co do drugiego pytania: chodzi o tego samego chłopaka? Przeczytaj proszę od nr: 630, 1261, 1836 i doradzam szczerą rozmowę na ten temat. Bo tylko on tak naprawdę wie dlaczego się boi ożenić. Bo właśnie może z jakichś względów się boi? Z Bogiem!

  Marta, 17 lat
2080
19.01.2008  
Witam. Mam problem, ponieważ byłam z chłopakiem, ale pod wpływem wakacyjnego zauroczenia zerwałam z nim... Teraz zrozumiałam, że chciałabym wrócić, a raczej żeby to on wrócił do mnie... Od czasu zerwania tylko mówiliśmy sobie cześć, kilka rozmów na gadu-gadu, teraz powoli zaczynamy rozmawiać normalnie... Ale czuję że on ma do mnie ogromny żal... Z drugiej strony odnoszę bardzo delikatne wrażenie, że jednak coś dla niego znaczę, tylko że się boi... Bardzo chciałabym z nim być... ale jeszcze bardziej pragnę jego szczęścia... Może jemu beze mnie jest lepiej? Czy on kiedyś wybaczy mi to że tak bardzo go zraniłam ? Czy mogę mieć nadzieję na to, że kiedyś zechce mi zaufać? Pewnie na większość tych pytań potrafiłabym odpowiedzieć sobie sama... ale liczę na jakąś mądrą podpowiedź. Dziękuję.

* * * * *

No ja się wcale chłopakowi nie dziwię, pomyśl sobie jak Ty byś się czuła na jego miejscu. Rada jest jedna: rozmowa na żywo. Zapytaj czy chciałby z Tobą porozmawiać, zapytaj o jego odczucia. Być może on faktycznie chciałby z Tobą być ale się boi, bo już raz zawiodłaś jego zaufanie. Jeśli więc się zdecydujecie na związek to trzeba będzie to zaufanie powoli odbudowywać i zaczynać od początku. Jeśli Ci na nim zależy to nie naciskaj, daj mu czas do namysłu ale i znak, że darzysz go sympatią. Przebaczenie jest możliwe, naturalnie, bo przebaczyć to nie znaczy zapomnieć a po prostu nie życzyć komuś źle. Natomiast nie jest to też równoznaczne z gotowością do powrotu. Na te pytania on sam musi Ci odpowiedzieć. Z Bogiem!

  Ewelina , 21 lat
2079
18.01.2008  
Witam ponownie .Nie dostałam jeszce odp na pytanie ktore postawiłam chyba 2 dni temu,a mam juz nast.Był dzis u mnie mój chłopak no i zagadaliśmy się zwyczajnie[swoja droga temat byl powazny bona temat naszej cystosci przedmałżeńskiej..i pochwale sie bo uwazam ze takimi rzeczami powinno się chwalic..doszlismy do wnisku że chcemy isc przez nasz okres "poznawania sie" w czystosci ].Wracajac do tego o czym chciałam n apisac..Po tym jak wyszedł ab yła dokładnie godzina 23 do pokoju weszła moja mama i nakrzyczała na mnie bardzo za to że mój chłopak był u mn ie tak długo i że mam sejsje i powinnam sie uczyc[nie mam sesji ,fakt mam duzo nauki ale studiujemy razem z moim chlpakiem i tak sobie organizujemy czas zeby np jeden wieczor wtyg miec dla siebie].Czy to że przyszedł do mnie o 20 a wyszedł o 23 jest czymś niewłaściwym? Zastrzegła też sobie ,że jeśli taka sytuacja jeszcze raz sie powtorzy to wejdzie do mojego pokoju i go wyprosi.Dodała też,że mam zakaz[tak to ujęła] na zapraszanie go w trakcie sesji bo mam sie uczyc.Studiuje 2 kierunki co było moim dobrowolnym wyborem.Fakt mam mało czasu,ale dla chłopaka znajde czas zawsze i tak organizuje go sobie zebyśmy mieli czas na takie zwykłe posiedzenie i pogadanie odpoczynek w innym m iejscu niz uczelnia..czy to zle..? Czy mama ma racje? czy jednak powinnam jej wytłumaczyc że mam 21 lat i sama sobie planuje swoj czas,boje sie ze dla niej zwyczajnie moj chłopak nie odpowiada i szuka pretekstu żeby nas rozdzielic..:(

* * * * *

Godz. 23 to rzeczywiście późna godzina i - tak jak mówiłam - dopóki mieszkasz u rodziców trzeba dostosować się do panujących zwyczajów. Myślę, że powinniście umawiać się z chłopakiem na wcześniejszą godzinę a swoją drogą porozmawiać z mamą, że chyba lepiej, żeby on przychodził do Ciebie, wtedy i ona może go poznać. No i powtórzę to co przedtem: co na to Twój tata? On powinien porozmawiać z Twoją mamą i z Tobą i on też powinien poznać chłopaka, porozmawiać z nim, zobaczyć jaki jest. Może wtedy zdanie o nim będzie inne? No i faktycznie takie zakazy w stosunku do 21-letniej dziewczyny są niepoważnym jej traktowaniem - tak jakby mama nie miała do Ciebie zaufania. Powiedz jej, że przecież jej zaufania nie zwiodłaś, że jesteś odpowiedzialna i spotykanie się z nim w niczym Ci nie przeszkadza. Zapytaj też o konkretne przyczyny braku akceptacji chłopaka. Z Bogiem!

  Marta, 21 lat
2078
17.01.2008  
Witam serdecznie. Swoja sympatie poznalam majac 17 lat, on byl prawie piec lat starszy ode mnie. Przez dlugie wspolne rozmowy bardzo szybko postanowilismy razem odkrywac swiat. To juz ponad 4 lata. Dawalismy sobie to, co najpiekniejsze. Szacunek, zaufanie, zdobywanie sie. Mielismy wspolne wartosci, Bog zawsze byl dla nas na pierwszym miejscu. Przez te lata caly czas staralismy sie o siebie, bylismy wierni, spedzalismy razem wiele czasu. Nie bylo mowy o "nudzie" drugim czlowiekiem (osobiscie nie uznaje sytuacji, w ktorej mozna sie kims "znudzic").Jednak przez ten czas bylo cos, co wciaz skutecznie niszczylo nasz zwiazek. Bardzo czeste klotnie. Nie potrafie tego zrozumiec. To byl moj najlepszy przyjaciel, tyle rozmawialismy...A jednak to nie wystarczylo. Od krotkiego czasu nie jestesmy juz razem. Zastanawiamy sie, czy taki zwiazek moze misc przyszlosc...Dostrzegam, jak jestesmy roznymi osobami. On -rozsadny,zaradny, usamodzielniony mezczyzna, powaznie myslacy o zyciu, perfekcjonista i raczej domator, ja-aktywna, artystyczna dusza, lubiaca wciaz odkrywac zycie, pomagac innym. Moze w tym tkwil problem...Ja chcialam wyjsc do kina, a on nie czul takiej potrzeby, ja chcialam z nim potanczyc, a on nie mial ochoty...Nie umiem tego wszystkiego zrozumiec, dlaczego tak sie stalo. Jak to mozliwe. Obecnie oboje mamy metlik w glowie. Ja obawiam sie, ze kiedy wrocimy do siebie, mimo cudownych chwil, znowu czesto beda momenty straszne i trudne do pokonania. Wydaje mi sie, ze przez moj idealizm (tak to bywa z tymi artystycznymi duszami...) i jego perfekcjonizm za wiele od siebie wymagalismy i to na zupelnie roznych plaszczyznach...Ja, mimo tego, ze naprawde sie staral, chcialam zeby byl wiekszym romantykiem, on, mimo, ze ja rowniez ofiarowywalam to, co moglam, chcial abym stala sie bardziej zaradna, myslaca o rodzinie. Problemem byla tez kwestia zwiazana z jego rodzina, ktora on kocha ponad zycie. Zawsze przez to czulam sie gorsza, niedorownujaca jego rodzinie. Do tej pory nie potrafie sobie z tym poradzic. Teraz dalismy sobie czas na przemyslenie. Byla to bardzo trudna decyzja. Jest ciezko. Dopiero teraz zaczelam poznawac nowych, aktywnych ludzi, czesciej wychodzic, organizowac akcje wolontariackie. Czuje, ze jestem komus bardzo potrzebna, a to zawsze bylo dla mnie niezmiernie wazne. Nie wiem, co o tym wszystkim naprawde myslec. Nie wiem, co robic i jak nie pogubic sie w tym wszystkim. Kochalam go przez te wszystkie lata i to on byl dla mnie najwazniejszym czlowiekiem. Nasza milosc byla bardzo dojrzala...a moze za bardzo, jak na moj wiek? Czesto sie modlilismy wspolnie, bardzo zalezalo nam na czystosci, pamietalismy o tym, co dla nas wazne, a jednak inne sprawy zwyciezaly (np. ze nie odnioslam talerzyka do mycia, albo nie sciagnelam butow, albo, ze wydawalo sie jemu, ze w przyszlosci bede miala inne podejscie do porzadku niz on, z mojej strony to np. ze sie spoznil kilka minut, za rzadko wychodzimyitp.)Przepraszam, ze tak sie rozwodze, ale moj swiat caly sie zachwial. Uwazam go za niezwykle wartosciowego czlowieka, ale poki co jestem bardzo tym wszystkim zmeczona i on rowniez. Nie wiem jak na to wszystko patrzec...

* * * * *

No widzisz, tworzyliście różne światy, mieliście inne oczekiwania, poczytaj o tym w tych artykułach: [zobacz], [zobacz] oraz w odp: 568, 674, 715, 966, 970, 1005, 1101, 1102. Z Twoich słów wynika też, że pewne nieporozumienia wynikły z różnic w Waszej psychice. Nie da się zmusić faceta by był "bardziej romantykiem" - tak ogólnie bo są wyjątki, nie da się zmusić kobiety, żeby myślała tak jak mężczyzna. To nierealne. Polecam zatem książkę Johna Graya "Mężczyźni są z Marsa, kobiety są z Wenus". Nie jesteśmy tacy sami i w najlepszym związku są różnice! Nie oczekujmy od siebie rzeczy nierealnych. Związek to też sztuka kompromisu: raz jedna osoba idzie na ustępstwa, raz druga albo dogadujemy się w jakiejś mierze. Nie da się "dopasować idealnie". Trzeba mieć tego swiadomość. Nie można też robić problemu z drobiazgów. Ja myślę, że też fakt, że ten związek istniał w okresie Twojego dojrzewania, tworzenia własnej tożasamości, swojego wizerunku oraz to, że on jest kilka lat starszy mógł mieć wpływ na Wasze kłótnie. O różnicy wieku pisałam w odp. nr: 8, 28, 87, 310, 916, 1253. No cóż, wszystkich możliwych powodów omówić się nie da. Poczytaj, pomyśl. Nie chodzi o to, byś rezygnowała z siebie. Chodzi o to, byś robiła czego pragniesz np. wolontariat, ale nie oczekiwała, że on też będzie to robił. A on nie może Ci tego zakazać, może nie być zachwycony ale powinien to akceptować. Nie wiem czy "jesteście dla siebie". Może tak, może nie. Módlcie się o światło Ducha św. Myślę też , że jak poczytacie (oboje) wskazane artykuły, odpowiedzi i książkę wiele Wam się rozjaśni. Powodzenia. Z Bogiem!

  Karolina, 23 lat
2077
16.01.2008  
Witam.
Mam pewne pytanie: jak poradzić sobie z rozczarowaniem?
Zawsze miałam pewne wyobrażenie względem prawdziwej miłości. Nie chodzi o to, że było to aż tak idealistyczne, ani takie jak w filmach, czy książkach, być może po części tylko było. Ale ostatnio strasznie sie rozczarowałam tym, że to takie trywialne, proste, jakieś takie irytujące. Czekałam przez długi czas aż się zakocham, doczekałam się, ale cała moja idea się zawaliła. Szczerze mówiąc wolałabym z każdym chłopakiem z którym sie spotykam po prostu przyjaźnić się. Jednak przykre jest to, że niekoniecznie jest to do zrealizowania. Jakoś tak albo jest się źle zrozumianym, albo posądzanym o różne rzeczy, szczególnie jeśli jestem raczej postrzegana jako dość dziewczęca osoba. Wtedy posiadanie większej liczy kolegów jest przez innych jakby nie do przyjęcia. Teraz walczę też i o to aby zapomnieć, aby jakoś się pozbierać po tym "czymś", co było dosyć silnym uczuciem. Ale te wrażenie rozczarowania nie konkretnym człowiekiem, ale tym uczuciem, decyzją, czy może aktem woli jest po prostu przykre i smutne. Nie wiem, jak właśnie przestać tak się czuć? Przygnębia mnie to i jakoś negatywnie nastraja do tych, którzy są szczęśliwi w swych parach, zawsze sądziłam, ze to jest coś tajemniczego i fascynującego. Nie wiem, niby pocieszające może być to że zawsze można się jeszcze ileś tam razy zakochać, ale teraz to powoduje we mnie rodzaj smutku, że to takie "proste", że po co czekałam nie wiadomo na co, po co tak się przejmowałam skoro ta cała filozofia jest taka zbyt oczywista. Przygnębia mnie też to, że czytając książki przeznaczone dla kobiet jakbym nie spełniała wielu kryteriów, nie czuję się w pełni taka jaką powinnam być. Nie czuję tak, jak jest to opisane, nie odnajduję sie w tym. Nie wiem, naprawdę jak przestać sie czuć tak rozczarowana? A trwa to już od dłuższego czasu. Może to ze mną jest coś nie tak? Będę wdzięczna za odpowiedź. Pozdrawiam:)


* * * * *

Droga Karolino! A wiesz dlaczego się rozczarowałaś? Bo myślisz, że miłość to zakochanie albo że zakochanie jest konieczne i jest treścią związku. Przeczytaj proszę ten artykuł: [zobacz] i odp nr 13. Rzeczywiście zakochanie dodaje nam skrzydeł, barwi życie na różowo. Natomiast nie trwa wiecznie, trwa z różnym natężeniem lub... nawet w ogóle nie występuje. I potem przychodzi takie rozczarowanie. Człowiek myśli, że miłość się skończyła, że to coś przyziemnego itp. Tymczasem zakochanie to preludium, wstęp do miłości (nie zawsze zresztą występujący), natomiast miłość jest czymś innym. Widzisz, ja też się zdziwiłam kiedyś, że miłość jest taka "zwyczajna". Bo mi się wydawało, że ciągle będą motylki w brzuchu, że będę nieustannie w cudownym nastroju a tu tymczasem tak jakoś normalnie i czasem jeszcze problemy. Wszystko to też wynika z tego, że jak się człowiek książek naczyta i filmów naoogląda a to potem ma takie oczekiwania. Ale film czy książka przejaskrawiają miłość żeby było ciekawiej, bo po co raczyć widza czymś przyziemnym? Moja Droga, nic z Tobą nie jest nie tak, każdy tak reaguje, zwłaszcza po pierwszym związku. Nie wiem o jakich książkach dla kobiet mówisz, natomiast pamiętaj, że każdy jest inny, a w książkach są pewne schematy. Ty możesz odnajdywać tam pewne cechy ale pewnych nie i co, to oznacza, że robisz coś źle? Nie, jesteś inna, niepowtarzalna. Nie polecę Ci tutaj konkretnej książki o kobiecości, bo nie spotkałam jeszcze takiej naprawdę godnej polecenia. Polecam Ci też te artykuły: [zobacz], [zobacz], bo piszesz o niezrozumieniu, może zatem Ty oczekiwałaś czegoś innego niż może Ci ofiarować mężczyzna i stąd smutek i rozżalenie? Polecam też książkę Johna Graya "Mężczyźni są z Marsa, kobiety są z Wenus" o różnicach w psychice. A o tym jak zapomnieć po rozstaniu pisałam w odp. nr: 80, 526, 653, 825. Z Bogiem!

  Annna, 20 lat
2076
16.01.2008  
Witam moje pytanie dotyczy czystośći przed małżeńskiej. Jestem z chłopakiem od roku. Od początku postanowilismy zaczekać z seksem do ślubu tzn ja wytłumaczyłam chłopakowi dlaczego, zrozumiał ale mamy problem ponieważ tak do końca nie wiemy gdzie jest granica w roznych przyjemnosciach, tzn np całowanie francuskie lub dotyk oczywiście nie chodzi o miejsca intymne ale o pozostałe miejsca, mój chlopak nie widzi w tym problemu ale ja mam wrazenie ze mozemy przekroczyc granice, czytalam duzo o czystosci i o tym ze u mezczyzn bardzo latwo mozna doprowadzic do pobudzenia. Rozmawialismy o tym on nie widzi problemu, ale reaguje na to smutkiem ja nie chce mu ciagle czegos zabraniac zle sie z tym czuje z drugiej strony wiem ze takie poruszanie sie po cienkiej lini jest niebezpieczne bo mozna ja przekroczyc. Co moge zrobic aby pomoc chłopakowi zrozumiec dlaczego musi zachowywac az taka czystosc i czy to naprawde grzech czy to ja mam takie odczucie. I jak pomoc mu wytrwać w tej czystosci jak zajac mu czas aby nie myslal o tym...

* * * * *

Moja Droga, masz rację, że łatwo przekroczyć granicę, zwłaszcza, że ta granica to nie jest jakaś wyraźna, gruba linia. Proszę przeczytaj to: [zobacz], te odp : 773, 800, 804, 1051 oraz ten artykuł: czystość. Tak naprawdę to nie jest tak, że Ty musisz przekonać chłopaka, że on musi zachować czystość, bo powinno to wynikać ze zrozumienia i wolnego wyboru. I to nawet nie tak, że to Ty masz go przekonywać tylko on jako przewodnik związku (poczytaj o oczekiwaniach [zobacz], [zobacz]) musi być silny i trzymać straż w tej materii. To smutne też co piszesz o tym, że "musisz zająć mu czas" - a czy związek opiera się tylko na cielesności? A gdzie poznawanie się, zainteresowania, wycieczki, dyskusje, wspólna praca? Przecież on powinien Cię zasypywać propozycjami a nie Ty zajmować mu czas! Co robicie na randkach? Bo każda randka powinna być zaplanowana a nie puszczona "samopas" szczególnie w okresie chodzenia ze sobą. Nie może opierać się tylko na przytulaniach i pocałunkach bo okaże się, że nic Was nie łączy! Ja zawsze parom a w takiej sytuacji proponuję eksperyment: zróbcie sobie jedno spotkanie bez dotyku. Tak zupełnie nic. Rozmawiajcie, idźcie gdzieś, zajmujcie się czymś ale się nie dotykajcie. To jest niezły sporawdzian co ludzi łączy i czy mają o czym rozmawiać. Może być ciężko, bo będzie Was do siebie ciągnęło ale jeśli nie będzie między Wami ciszy i nudy to jesteście na dobrej drodze. To znaczy, że macie o czym rozmawiać i dobrze się czujecie w swoim towarzystwie. Z pocałunkami o jakich piszesz to ja bym się bezwzględnie wstrzymała, bo to prosty wstęp do pobudzenia jak przy współżyciu.
Generalnie musimy pytać siebie czy ten gest nas zbliżył do Jezusa. Nie tylko do siebie, bo łatwo o zakłamanie w tej materii, tylko do Boga. Czy po tym geście mogłabym z radością i spokojem przyjąć (zaraz po nim) Komunię św. Nie? Jakieś wątpliwości? No to znaczy, że należy się wstrzymać. Bo lepiej w tej dziedzienie przed ślubem zrobić mniej niż za dużo i zastnawiać się czy trzeba iść do spowiedzi, czy za bardzo się nie podnieciliśmy, czy… itd. A chłopak rzeczywiście dużo łatwiej się pobudza tylko protestuje bo tak mu przyjemnie no i męska duma nie pozwala mu się przyznać, że nie panuje całkowicie nad swoim organizmem. Reasumując: ostrożnie! I wątpliwości zawsze przedstawiać spowiednikowi. Polecam też modlitwę wspólną na każdej randnce - dużo mniejsze pokusy. Z Bogiem!

  Pawel, 26 lat
2075
15.01.2008  
Witam
Na początku chciałem przeprosić ze nie mogę przeczytać wszystkich tematów z powodu tego ze mam bardzo powolny internet a pytanie składa się z kilku nurtujących problemów. Będę wdzięczny za zainteresowanie.

Nigdy nie mialem dziewczyny, zawsze tego mi brakowało. W 2003 zakochałem się sie kompletnie w pięknej blondynce i pierwszy raz wyznałem miłość. Niestety odmówiła, ale to inna historia. Od tamtej pory zacząłem zamykać sie na kontakty. Starałem się sie nie patrzyć na dziewczyny i unikać ich w ogóle według zasady "miłość przyjdzie nieproszona". Jednak po jakimś czasie poczułem ze przyzwyczaiłem sie do mojej samotności i zaakceptowałem ją, a o związkach zacząłem myśleć ze sie po prostu nie nadaję na partnera. Nie znalem wielu dziewczyn i jestem nieśmiały, mam różne uprzedzenia i lęki.

Doświadczyłem juz ze w życiu ze trzeba "czekać na wiatr", czyli na okazje, a do tego czasu żyć normalnie bez robienia czegokolwiek na siłę.
Po kilku latach od zakochania, poznałem dziewczynę w pracy. Fajnie sie z nią rozmawiało i akurat wiał odpowiedni "wiatr". Mogłem sie wykazaywac swoim sprytem, znajomościami, pewnością siebie... Okazało sie ze spodobałem się sie tej dziewczynie. Mieliśmy podobne plany, co do wakacji, wiec wybraliśmy sie na 2 dni w góry. Do tej pory ona nadal jest bardzo zainteresowana mną, gdy sie spotykamy. Ona pierwsza wychodzi z inicjatywą pocałunku czy przytulenia sie na przywitanie.

Sęk w tym ze ja nie jestem w niej zakochany, prawdę mówiąc nawet mi sie nie podoba się. Jest osobą szalenie inteligentną i umiejąca sobie radzić, a zarazem szczerą i której można zaufać.
Ona od września jest we Francji i była na święta, widzieliśmy sie. Ma w sobie dużo energii, jest szalona, spontaniczna, otwarta, zaradna, znająca świat. Ja jestem introwertykiem, często jest mi wstyd, gdy ona zna sie na rzeczach lepiej niż ja -facet. Prawdę mówiąc czuje sie przy niej jak bym przybył ze średniowiecza.

Co zrobić, jeśli nic do niej nie czuję, nie pociąga mnie jej wygląd. A jednak dobrze nam sie razem rozmawia, i bywa w różnych miejscach, chociaż ostatnio czuje sie przymuszony z powodu jej preferencji do bardziej ekskluzywnego otoczenia, rzeczy, ludzi. Duża różnica fizyczna: ja wysoki szczupły ona niska zaokrąglona. Różnice psycho fizyczne, wydajność organizmu (o tym pisze J. Powell "jak kochać i być kochanym"). Ona w górach radziła sobie świetnie, a ja czułem ze niestety mój organizm jest slaby. Ona nie rozumie, dlaczego nie chodzę na dyskoteki, ze boje sie rożnych rzeczy. Pod tym względem, sie nie rozumiemy kompletnie. Dodam ze pochodzę z rodziny z problemem alkoholowym i wiem, co to znaczy, strach, obawy, brak przyjaciół itd.
Bóg poucza nas żebyśmy przyszli do niego a On uleczy nasze rany. Na początek przychodzę tutaj. Wiem ze patrząc na moje problemy można odnieść wrażenie ze zostałem stworzony i wychowany do samotności, ale tego do końca nie wiem. Nie chciałbym tez stracić, szansy na związek lub zranić dziewczyny.
Może te moje problemy, zahamowania, defekty sa znakiem od Boga, jaka drogą mam iść, serce milczy wiec moze jestem na właściwej drodze, ale na pewno nie na tej do związku.


* * * * *

Drogi Pawle, sam fakt, że nie jesteś zakochany (to co innego niż miłość) jeszcze nie jest niczym złym, pisałam o tym w odp nr: 13. Natomiast zastanawia mnie to, że ona Ci się nie podoba. Trochę to dziwne, bo raczej nie można stworzyć udanego związku z kimś kto nas zupełnie nie pociąga. Oczywiście, my się różnimy między sobą jako kobieta i mężczyzna, ponadto jesteśmy inni z uwagi na nasze wychowanie, zainteresowania itp. natomiast musi być coś co ludzi do siebie przyciąga. Nie jest to ów "wiatr" czy coś innego, ale po prostu zachwyt nad drugą osobą, jakieś dobro, które w niej spostrzegamy i które nas inspiruje, by tą osobę bardziej poznać, by z nią przebywać, by w końcu - pragnąć jej dobra i chcieć tą znajomość rozwijać. Pisałam o tym w tym artykule: [zobacz]. Same różnice, o których piszesz utrudniają wspólne życie ale go nie uniemożliwiają, o tym w tych odp.: 568, 674, 715, 966, 970, 1005, 1101, 1102, 385, 508,798, 1387,1498 jednak nie można być z kimś "na siłę", pisałam o tym w odp. nr 931. To, że ona Cię nie pociąga, być może wynika stąd, że faktycznie czujesz, że ona jakoś Cię wyprzedza, że wychodzi pierwsza z inicjatywą, co faktycznie mężczyznę frustruje, że jest sprawniejsza fizycznie, bardziej oczytana itp. Ty czujesz, że nie jesteś jej w stanie zapewnić poczucia bezpeiczeństwa i oparcia, bo ona sama sobie doskonale radzi, prawda? To Cię przeraża i czujesz, że nie sprostasz jej wymaganiom, że nie sprawdzisz się jako mężczyzna...? I być może to Cię tak paraliżuje, że wolisz się wycofać. Czy tak jest? Na początek chciałabym Ci polecić te artykuły: [zobacz], [zobacz] oraz książkę Johna Eldredge o męskości "Dzikie serce". Przeczytaj i pomyśl. Aha i nie myśl o żadnym "powołaniu do samotności"! Pisałam o tym tutaj: [zobacz]. To bardzo wyjątkowa droga i Bóg rzadko ludzi do niej pwoołuje, zresztą na trochę innej zasadzie. Nigdy nie może to być ucieczka albo tłumaczenie się zranieniami czy problemami z dzieciństwa. Bóg nas leczy i uzdalnia do miłości i do życia w ogóle. On chce nas widzieć jako swoich wojowników a nie ślimaki w skorupce. Paweł, jesteś mężczyznaą, silnym i mądrym. A Twoje rany to nie Twoje słabości tylko blizny - jako dowód stoczonych walk. Popatrz na to od tej strony. Jesteś mężczyzną, więc walcz. O swoje życie, o swoje szczęście. Ja nie mówię, że ta dziewczyna jest tą właściwą, bo ja tego nie wiem, może tak nie jest. Ale może jest i to ma być dla Ciebie próba możliwości, motywacja do zmiany siebie - do umocnienia siebie i realizacji jako mężczyzny.
Tak czy inaczej na pewno jesteś w stanie kochać, jesteś w stanie tworzyć i działać - bo do tego Bóg Cię stworzył. Nie wycofuj się w samotność, bo nie jesteś przecież "mięczakiem". Módl się by Bóg Cię uleczył (może terapia DDA?), by dał Ci siłę i mądrość. No i by dał Ci znak co z tą dziewczyną. Trzyamj się prosto! Jesteś dzieckime bożym, nie przypadkiem - Bóg ma dla Ciebie misję, ma powołanie i zadania. Z Bogiem!

  Kitka, 20 lat
2074
15.01.2008  
Znalazłam się w momencie, kiedy nie potrafię sama udzielić sobie odpowiedzi na wiele ważnych pytań. Chodzi mi o najbliższą mi osobę. Znamy się od kilku lat, a jesteśmy z sobą trochę krócej. Zaczęło się od przyjaźni z mojej strony, a on od początku wiedział, że chce czegoś więcej. Był przy mnie cały czas, zawsze wiedziałam,że mogę do niego przyjść, gdy będzie mi źle, wiedziałam, że znajdę u niego pocieszenie. Po pewnym czasie urzekł mnie swoją cierpliwością, wyrozumiałością,bezwarunkową akceptacją mojej osoby i wieloma innymi cechami. I wtedy przerodziło się to w coś więcej z mojej strony i była to świadoma decyzja.
Można powiedzieć, że samo uczucie zakochania przyszło o wiele później, wtedy, gdy już go dobrze poznałam. Przez dość długi czas miałam poważne problemy i nie radziłam sobie.Ale on mimo to był przy mnie. Nie narzucał się, cierpliwe pomagał mi z tego wyjść. Razem też walczyliśmy o czystość, mimo, że na początku nie rozumiał dlaczego. Było wiele innych trudnych sytuacji przez które razem przeszliśmy. I to chyba też nas umocniło. I było naprawdę dobrze. On nauczył mnie akceptacji siebie,a dzięki mnie poznał wiele wartości w życiu.
Ale po pewnym czasie poczułam, że mi czegoś brakuje. Teraz już wiem czego. Ja swoje życie opieram na Bogu. On pochodzi z rodziny, gdzie ta kwestia nie jest chyba tak ważna. Owszem, myślę, że dzięki mnie poznał,że można żyć zgodnie z Bożymi zasadami. I że to daje prawdziwe szczęście. Ale on jest na etapie poszukiwania i sam chyba jeszcze nie wie, w którą stronę iść. Ja czuję, że bez tego fundamentu nie da się zbudować szczęśliwego związku. Widzę, jak on się zmienił, jak cały czas się zmienia, jak coraz więcej rozumie i wciąż poszukuje. Ale czy to wystarczy... Ja już mu nie jestem w stanie pomóć w drodze do Boga. On musi tą decyzję podjąć sam. A on jest teraz w bardzo ciężkim momencie i wszystko go przytłacza. W domu nie ma oparcia i praktycznie musi radzić sobie sam,mimo że ma tyle lat co ja. Mi jest ciężko to zrozumieć, bo u mnie wygląda to zupełnie inaczej. I może on dlatego nie potrafi w pełni zaufać Bogu. Bo on cały czas myśli, że musi radzić sobie bez niczyjej pomocy, a wsparcia szuka jedynie u mnie. Boję się też tego, że on chce znaleść potwierdzenie swojej wartości we mnie, a najmniejsza krytyka z mojej strony jest dla niego dużym problemem. Wiem, że to ja pomogłam mu uwierzyć we własne siły, ale on tego potwierdzenia musi szukać w Bogu...
Nie wiem jak mu pomóć. Nie wiem czy w takim momencie powinnam się oddalić,aby próbował sobie poradzić beze mnie, czy właśnie być przy nim i pomagać mu zbliżać się co Boga.
Dodam, że zawsze zastanawiało mnie to skąd u niego tyle ciepła i zrozumienia dla mnie i innych, jeśli on sam nie mógł tego znaleśc w domu. Jest naprawdę wartościowym człowiekiem, ma wiele cudownych cech. I widzę w nim chęć przemiany swojego życia. Cały czas mu mówię,że on to wszystko musi robić dla siebie, nie dla mnie. Zależy mi na nim, ale ja chyba sama nie wiem czy bycie z nim da mi szczęście, chociaż wcześniej tak myślałam i było tyle planów.
Modlę się żeby rozpoznać, czy to jest właśnie ten, z którym będę szczęśliwa, bo wiem, że sama już nie jestem w stanie tego określić i się w tym pogubiłam...


* * * * *

Proszę daj mu do przeczytania i sama przeczytaj od nr: 1180,548, 1351, Ty zaś przeczytaj jeszcze: 1358, 1710, 69, 466, 1682. Nie sądzę, by Twoje oddalenie mu pomogło, bo w czym? Właśnie kiedy jesteś przy nim, kiedy swoim życiem świadczysz jak to jest być chrześcijaninem może go to zmotywować. Ale tak jak wielorotnie mówiłam - najważniejszy jest przykład, a nie przekonywanie. Możesz mu też podsuwać książki np. ks. Piotra Pawlukiewicza "Bóg miłosierny aż tak?" oraz Johna Eldredge "Dzikie serce". To prawda, że doświadczenia z domu wpływają na nasze postrzeganie świata, ale dorastając tworzymy też swój własny światopogląd i nie można się ciągle usprawiedliwiać pokrzywdzeniem w dzieciństwie. Ty sama również musisz zastanowić się na ile ważny dla Ciebie jest wspólny światopogląd, na ile byłabyś w stanie zaakceptowac jego inność w tym względzie, na ile podołasz. Z Bogiem!

  Elżbieta, 35 lat
2073
14.01.2008  
nie umiem przebaczyć krzywdy, która mnie spotkała od najbliższych, a dalej trzeba żyć i udawać,że nic się nie stało. A rana wciąż krwawi i ropieje. Modlę się w codziennej Mszy Świętej, prosząc o łaskę przebaczenia z serca, ale moje zachowania względem Tych osób mówia mi o tym że mam żal, że nie przebaczyłam. Nie jestem w stanie powiedzieć Tym osobom,że mnie zraniły,gdyz jestem "pod Nimi". prosze o jakąś radę, jak przebaczać, przecież Jezus na Drodze Krzyżowej również przebaczył Swoim oprawcom,jak się uczyć TAKIEGO przebaczania ran zadanych.

* * * * *

Droga Elżbieto! Moim zdaniem przebaczyć - to nie życzyć komuś źle. I tyle. Przebaczyć nie znaczy zapomnieć, nie znaczy też mieć ochotę na kontakt z kimś. To po prostu życzyć mu dobrze, tzn. żeby w życiu mu się dobrze działo i dostąpił zbawienia. Nie cieszyć się z jego klęsk i porażek. Ja to tak rozumiem, ale ja jestem osobą świecką i jest to moje prywatne zdanie. Nie czuję się upoważniona do wypowiadania się oficjalnie w imieniu Kościoła, więc radziłabym Ci porozmawiać o tym ze spowiednikiem, pewnie doradzi Ci konkretniej. Z Bogiem!

  Ela, 15 lat
2072
14.01.2008  
Dlaczego zakochuje sie w chlopakach ktorzy maja mnie gdzies??

* * * * *

Bo pewnie oni jeszcze albo nie są gotowi na związk albo im się nie podobasz. A może też zbyt pochopnie interpretujesz symptomy sympatii i życzliwości z ich strony jako coś więcej? Możliwe też, że chłopcy w Twoim wieku nie są jeszcze zainteresowani miłością i związkami w ogóle nie tylko z Tobą. Z Bogiem!

  terazstokrotka:), 18 lat
2071
13.01.2008  
Witam! Dziękuje bardzo za udzielenie odpowiedzi na wszystkie trapiące mnie pytania. Bardzo mi pomogły Twoje wskazówki, wogóle to dzięki za taką super stronkę. Mam pewną wątpliwość, od paru dni męczą mnie myśli. Mój chłopak wyznał mi milość, powiedział, że mnie kocha ja na to nie odpowiedziałam jemu nic. Następnego dnia jeszcze parę razy powiedział, że mnie kocha a teraz już od dłuższego czasu (2 tyg) tego nie mówi. Nie chodzi o to że ja od niego wymagam zeby co chwilę wyznawał mi miłość tylko o to czy on mnie naprawdę kocha czy tylko pośpieszył się z tym powiedzeniem 'kocham'. Co prawda ja nie powiedziałam tego jemu, czekam do tego momentu gdy będę tego pewna i wtedy powiem mu to z czysty sumieniem. Wciąż trapi mnie ta myśl czy on mnie tak naprawdę kocha czy po prostu za szybko wyznał swoja milość. Poradź proszę albo podeślij jakiś artykuł lub link. Z serca dziękuje.

* * * * *

No to proszę: [zobacz] Moim zdaniem sytuacja jest jasna i niegroźna: on wyznał Ci miłość, Ty jemu nie (i słusznie jeśli jeszcze tego nie czujesz), on się zorientował, że może Cię tym wystraszył i zrobił to przedwcześnie i na razie się wstrzymuje, żebyś się nie bała. To zupełnie naturalne. Widzisz, on z pewnością zdania nie zmienił ale głupio czuje się człowiek wyznając miłość i... słysząc ciszę. Zapewniam Cię zatem, że Twój chłopak postępuje normalnie. Poczytaj i sama stwierdź. Z Bogiem!

  Monika, 18 lat
2070
13.01.2008  
Pisałam już jakiś czas temu.. pyt. nr 915. Myślałam, że to uczucie mi przejdzie, zresztą był nawet taki okres, że czułam się "wolna" od tego zakochania.. ale teraz widzę, że znowu to do mnie wróciło i zależy mi na nim.. obecnie On już mnie nie uczy, spotykamy się na jego zajęciach dodatkowych (na chórze - ja chodzę jako absolwentka, właśnie w tej szkole zaczęłam śpiewać i kontynuuję to). Ale czasami zdarzało się, że przychodziłam do Niego do domu i wspólnie oglądaliśmy film, słuchaliśmy muzyki, rozmawialiśmy. Ogólnie miło spędzony czas.. tak samo było wczoraj.. spędziłam u Niego 5 godzin. I do domu wróciłam z mieszanymi uczuciami.. sama po prostu do końca nie wiem, co ja do niego czuję.. to coś więcej niż przyjaźń, ale czy to miłość to trudno mi powiedzieć.. sympatia, zauroczenie.. Wiem, że On też mnie lubi, w końcu sam fakt, że spędzamy sporo czasu wspólnie.. a poza tym cały czas byliśmy przytuleni, żartowaliśmy, a gdyby za mną nie przepadał to by się tak nie zachowywał.. Ale padło w czasie tej wizyty coś, nad czym się zastanawiam.. już było na niedługo przed moim wyjściem i się śmieję, że mi to tak dobrze (jak byliśmy przytuleni) i mogę tak zostać.. on wtedy odrzekł z uśmiechem na twarzy "A co jeśli się przyzwyczaję?" Ja na to, że nie wiem.. a on: "Ja też nie.. ale nie wiem, czy to by było dobre.." I nie wiem, jak mam to interpretować..
Nie, on nie jest z nikim związany.. jeśli by był, to nawet nie byłoby dyskusji i nie mieszałabym się w nic..


* * * * *

No moja Droga, jest możliwość, że mu się podobasz, pewne symptomy na to wskazują (bo nie chcę wierzyć, że on po prostu bawi się Twoimi uczuciami), natomiast na pewno - tak jak Ci przedtem pisałam - wstrzymuje go wiele rzeczy, jak choćby różnica wieku. No i z pewnością jeśli się zaangażuje to będzie dążył do małżeństwa, a pewnie ma świadomość, że Ty chyba nie jesteś jeszcze tym zainteresowana. On pewnie wie, że przez otoczenie może to być odebrane bardzo różnie, że Twoi rodzice mogą tego związku nie zaakceptować, że on nie będzie mógł się odnaleźć np. w towarzystwie Twoich znajomych, że dzieli Was bardzo wiele, jak choćby oczekiwania, sposób myślenia itp. Ma świadomość, że Ty możesz - nawet po jakimś czasie znajomości - stwierdzić, że to nie to, a on jednak jest w pewnym sensie osobą publiczną i z pewnością nie chciałby być odebrany jako ten, który zawraca głowę nastolatkom. Pomyśl: gdybyście się rozstali to jak on byłby wiarygodny w oczach rodziców swoich uczniów? To wszystko ma bardzo duży wpływ i dlatego on jest ostrożny i dlatego ma duże opory. Nic jednozacznie nie mogę Ci doradzić, bo naturalnie nie można przekreślić tego tylko z tych względów. Powiem Ci tak: do niego należy decydujący ruch, Ty możesz jedynie odwzajemniać jego uczucia, ale musisz też wszystko przemyśleć i zastanowić się nad drugą stroną medalu. Bo on raczej nie będzie z Tobą chodził na imprezy (nota bene do swoich byłych uczniów), będzie chciał się ożenić. Czy Ty jesteś na to gotowa? Bo wszystko ma dwie strony. Czytałaś te odpowiedzi: 8, 28, 87, 310, 916, 1253? Pomyśl, módl się o światło, poradź się kogoś starszego, do kogo masz zaufanie. Z Bogiem!

  zabłąkana owieczka, 21 lat
2069
12.01.2008  
Witam.Dziękuje z całego serca za istnienie tego miejsca.Już nieraz mi pomogło.Wiem,że ma Pani wiele pytań dlatego swój problem opisze tak krótko jak sie da.
Chodzi o moją mamę.Wiem,rodziców się nie wybiera. Generalnie jest ona dobrą kobietą dla niektórych ludzi.Jednak mnie traktuje strasznie..moim zdaniem jej przekonania którre chce mi wpoic są złe i powoduja w mojej psychice ogrome sprzecznosci i wywołuja we mnie ból i cierpienie.Moja mama mimo ,że jestem jej jedynym dzieckiem i mimo ,że ciągle mi powtarza ze robi wszytsko dla mnie..czuje że ma na mnie zły wpływ.Pisze tu dlatego bo wczoraj powiedziała mi cos bardzo przykrego co siedzi cały czas we mnie i nie umiem sie z jej słowami pogodzic i całe moje wewnętrzne 'ja' krzyczy NIE. Moja mama poweidziała ,żebym sobie nie myślała,że ona odda swój majatek dla chlopaka(tj mojego męża) który nic nie będzie miał,w znaczeniu że jego rodzice nie dadza mu nic. Prawde mówiąc po tym czego wysłuchałam się przez całe mojje życie do dzis ze strony mojej mamy wcale mnie nie zdziwilo. Słowo typu;do niczego sie nie nadajesz,nic nie umiesz zrobic,wszytsko zostawiasz na ost chwile,dopoki jestes na moim utrzymaniu nie masz nic do powiedzenia itd sa u mnie na porzadku dziennym.Ja nie potrafie juz tak życ..ciągle byc jej podporzadkowanej i cały czas wykonywac to co mi karze..Cały czas sie do mnie o cos czepia o cos ma pretensje , wszytsko robie zle,nad niczym nie mysle..a to że studiuje to naturalnie jej zasługa bo sama dawno bym juz zginęła. Jednym slowem w oczach mojej mamy jestem życiowa pomyła i gdy tylko sie usamodzielnie czeka mnie życiowa porażka i niepowodzenie.Nie umiem z tym życ cały czas mi to dzwięczy w uszach,jestem zrezygnowana bo mimo ,że sie staram z całełgo serca to wszytsko ciągle jest zle..a to co wczoraj poweidzila na temat mojego przyszłego zamąz pojscia dobiło mmnie , osłupiło, sparaliżowało..Ja mam zupełnie innne spojrzenie na to wszytsko..jestem dziewica ,chodze od koscioła ,chce dotrzymac czystosci małżenskiej..a moja mama uważa,że dosłownie "puszczam sie" ze wszytskimi..ma do mnie pretensje o to że moi najlepsi przyjaciele to chłopcy (studiuje budownictwo wiec mam wiecej kolegow),co jest prawda ale..co z tego , co w tym zlego ze akurat z nimi sie lepiej dogaduje.Oprcz tego moja mama oczernia m nie przed innymi ludzmi, przed sasiadami rodzina,nawet w mojej obecnosci. Czasem jest mi tak przykro..nawet ludzie ktorzy tego słuchja czasem mowia mi zebym sie nie przejmowała..keidys była sytuacja jak mamy kolezanka podczas takich rozmow zwroicła jej uwage ze jestem dobrym dzieckiem i ze mama grzeszy tak o m nie mowiac..Co mam robic? Jak mam z nia rozmawiac bo cała sytuacja w domu jest do tego stopnia nieznosna ze ciezko mi sie uczyc, skupic bo ona cały czas ma do mnie o cos pretesje..nie lubie swojego domu ,nie lubie do niego wracac..Gdy przychodzi do m nie moj chlopak i najczesciej sie uczymy,gdy wchdozi i mowi dzien dobry ona nawet mu nie odpowiada..gdy siedzimy i sie uczymy i dosłownie na jakies pol godziny siadamy zeby porozmawiac odprezyc sie i ona to usłyszy to kiedy tylko wyjde na chwilke z pokoju robi mi wyrzuty "mieliscie sie uczyc a nie smiac". kiedy był raz u mnie moj chlopak i poczęstowałam go zupą ,naturalnie nast dnia wypomniała mi że ona nie bedzie karmiła nikogo.. TO jest chore..chce czynic dobro chce byc dobra osobą a ona mi to uniemożliwia.. co mam robic? Marzę o tym żeby jka najszybciej wyprowadzic sie z domu isc na swoje i udowodnic jej że doskonale sobie radze bez jej pomocy.. bo nigdy w zyciu nie poprosze jej o pomoc,bo wiem ze bedzi mi to potem wypominac do konca zycia. Jednym słowem chciałabym dowiedziec sie od Pani czy bede grzeszyła jeśłi zwyczajnie bnie bede jej słuchała..bo przeciez w Piśmie Święty jest napisane ,że dzieci maja we wszytskim słuchac swych rodziców..a co jeśli CI rodzice wpajaja im złe zasady.. ech.. ciężka sprawa,przepraszam za rozpisanie i dziękuje za jakąkolwiek rade.
Z Panem Bogiem..


* * * * *

Moja Droga! Jestem ogromnie zdziwiona taką postawą Twojej mamy i wydaje mi się, że to wynika z jej problemów, o których nie wiesz. Co do tego zdania o małżeństwie: cóż, takie jej prawo ale Ty na szczęście nie będziesz od niej zależna i ona nie musi niczego dawać ani Tobie ani Twojemu mężowi. Rodzice nie mają żadnego obowiązku pomagać dorosłym dzieciom ani dokładać się do ślubu. Po prostu. Więc trzeba na ślub sobie zapracować i wyjść za tego kogo się kocha - bez względu na zgodę rodziców. Nie jest absolutnie w Biblii napisane, że dzieci mają być we wszystkim posłuszne rodzicom. Jest napisane, że trzeba rodziców szanować ale to co innego niż ślepe posłuszeństwo. Trzeba odnosić się z szacunkiem, pomagać im i nawet na starość wziąć ich do swojego domu. Moralne prawo mówi, że gdyby Twoja mama zachorowała lub nie miała środków do życia powinnaś jej pomóc. Ale absolutnie nie mówi o tym, że masz robić to czego ona sobie życzy. Jesteś dorosła i masz kierować się swoim sumieniem, swoim rozumem, oczywiście wysłuchując opinii rodziców ale robiąc po swojemu. Owszem, póki mieszkasz z nią i jesteś zależna finansowo masz pewne obowiązki w domu, powinnaś np. mówić gdzie wychodzisz i kiedy wrócisz ale to wynika z troski zwyczajnej. Co do jej stosunku do Ciebie: tak jak napisałam to się skądś wzięło, nie wiem skąd. Nie wiem jakie relacje ma z Twoim ojcem, czy jest szczęśliwa w małżeństwie, jaką ma wizję wychowywania dzieci, gdzie pracuje, jakie ma stresy. A może przechodzi klimakterium i hormony w niej szaleją? To wszystko ma z pewnością wpływ, choć nie upoważnia do takiego traktowania. Dąż do usamodzielnienia i wyprowadzenia się. No i bardzo ważne: co na to Twój ojciec? Porozmawiaj z nim. Przecież on też decyduje w domu, ponadto on powinien mieć na mamę największy wpływ i on powinien ją "hamować". Próbuj też rozmawiać z nią - o ile to możliwe. No i radzę rozmowę z kapłanem - on na pewno coś mądrego Ci doradzi. Unikaj sytuacji konfliktowych, nie kłóć się, ale rób to co uważasz za słuszne i zgodne z sumieniem. Z Bogiem!

  Aniołek, 21 lat
2068
11.01.2008  
Od 2 miesięcy jestem z chłopakiem (a znamy się 1,5 roku). Wszystko pomiędzy nami gra, w wielu najważniejszych kwestiach się zgadzamy. Często myślę o przyszłości, jak nasz związek będzie wyglądał za 5, 20 lat. Wiem, że to nie będzie łatwy związek. On jest średnio wierzący i wiem, że w tej dziedzinie nie będę mieć oparcia. Czy taki związek ma sens? Czy warto wyjść za taką osobę, mimo, że będzie on wymagał wiele trudu? Chciałabym mieć dobrego męża i nie wiem czy to jest ten...A jak sobie nikogo nie znajdę. Nie chcę przenigdy być sama.

* * * * *

Proszę przeczytaj odp. nr: 69, 466, 1682, 1358, 1710. Taki związek będzie trudniejszy ale nie jest niemożliwy. Od Was zależy jak się "dogadacie". Przemyśl co jest dla Ciebie najważniejsze, ale nie podpieraj się argumentem "a jak sobie nikogo nie znajdę". A skąd wiesz, że nie znajdziesz, poza tym chyba nie chodzi o to, by być z kimś tylko by być z kimś z kim naprawdę stworzymy prawdziwą wspólnotę miłości. Z Bogiem!

  Dominik, 21 lat
2067
11.01.2008  
Witam, piszę ponownie /jeszcze nie dostalem odpowiedzi na porzednia wiadomosc/ bo zastanawiam się czy to możliwe, że kobieta w ciągu miesiąca zmienia zupełnie swoje uczucia? pod koniec listopada bylismy rezerwowac date slubu, w drugi dzien swiat Bożego Narodzenia powiedziała mi, że coś się w niej zmieniło i nie może być dłużej ze mną bo coś sę w niej zmieniło i wogle żyjemy w dwóch różnych światach... miesiąc grudzień był dla nas ciężki bo jakoś nie mogliśmy się dogadać... dowiedziałem się również, że mniej więc od momentu kiedy nie mogliśmy sie dogadać ona rozmawiała bardzo dużo z innym chłopakiem, który na początku pomagal jej w nauce - ona jest studentką pierwszego roku slawistyki i on pomagal jej w tłumaczeniach a póżniej zmieniło się to chyba w coś więcej. Nie zrobiła w sumie nic takiego z tego co mi powiedziała a wątpie, żęby mnie okłamywała ale wydaje mi się, że głównym powodem tego, że ona chce odejść jest to, że zaczęła o kimś innym myśleć i boi się, że jak ze mną zostanie to póżniej zdarzy się ktoś taki kolejny... Dodam, że jesteśmy ze sobą ponad dwa lata a znamy się przynajmniej 2x tyle, czy to możliwe, że tak nagle przestała mnie kochać? czy istnieje jakaś poradnia dla narzeczonych do której możemy się udać, żeby wyjaśnić wszystkie swoje wątpliwośći... nie wiem co mam robić ona w tym momencie nawet nie chce, żebym ja przytulił... prosi mnie, zebym dal jej czas, ale to takie trudne nic nie robić i czuć, że sie kogoś traci, powiedziała, że da nam szansę, ale jak już zaczyna coś robić, to ja od razu chyba przesadzam i tym ją płoszę, nie wiem co mam dalej robić, modlę się codziennie do Boga żeby wlał w jej serce miłość do mnie i pokazał, że może ze mną żyć szczęśliwa, kochana i szanowana. Czy nie przesadzam, wszak ludzie mają mieć wolną wolę, czy wolno mi się o to modlić?
pozdrawiam i liczę na szybką odpowiedż gdyż każdy dzień jest dla mnie i dla niej napewno bardzo trudny.


* * * * *

Odpowiedź na Twoje pytanie znajduje się pod nr 2047. Pytasz o poradnię. Gorąco polecam Wam "Wieczory dla zakochanych". Informacje znajdziesz tutaj: www.spotkaniamalzenskie.pl, www.malzenstwo.pl To będzie ostateczny sprawdzian dla Was. Tak jak napisałam wcześniej - nie jest dla mnie normalne i możliwe, żeby tak nagle zmienić zdanie i formułować to w taki ogólny sposób. Nawet jeśli ona nie chce być z Tobą Ty masz prawo znać szczegółowo powody. Wydaje mi się też, że ta znajmość z tamtym chłopakiem już od jakiegoś czasu trwa i być może on tu "miesza". Może zatem trzeba by się z nim spotkać i porozmawiać po męsku? Naturalnie najpierw z nią. Jej argument, że jak z Tobą zostanie to później też może kogoś poznać jest niedorzeczny bo poznać kogoś i nawet zakochać się można nawet już po ślubie tylko co z tego? Jeśli poważnie traktuje się męża i małżeństwo to się takie uczucie zwalcza a nie idzie za nim, bo przysięga zobowiązuje. I nie tylko dlatego, że się przysięgało tylko dlatego, że miłość to nie uczucie tylko postawa (pisałam o tym w tym artykule: [zobacz]) i dlatego, że tą osobę się samemu wybrało. A Twoja narzeczona chyba myli miłość z zakochaniem. Może też zbyt szybko zdecydowaliście się na ślub - zważywszy na Wasz wiek? Rozmawiaj z nią i módl się. Z Bogiem!

  karina, 11/12 lat
2066
11.01.2008  
Dlaczego jeszcze nie mam chłopaka?

* * * * *

Przeczytaj proszę odp nr 461,1265

  Majeczka, 23 lat
2065
10.01.2008  
Witam serdecznie;) Mam problem... Od sześciu lat kocham się (choć nie wiem czy mogłabym to uczucie już tak nazwać...)w pewnym chłopaku. Na poczatku było to tylko zauroczenie, ale później... wiadomo... Uwielbiałam z nim chodzić na spacery (pomimo, z nie byliśmy nigdy razem) i rozmawiać... Potrafilismy przegadać nawet pięć godzin bez przerwy. No ale nie będę opowiadać historiii, lecz przejdę do sedna sprawy. Chodzi o to, że on mi ponad dwa lata temu powiedział, że nic między nami nie będzie a ja pomimo to nadal tkwię w tym uczuciu... Wiem, że nie potrafiłabym pokochać tak innego mężczyznę. Nie mogłabym trzymać innego za rękę, wspierać go w trudnych chwilach, być przyjaciółką... Czułabym się wtedy jakbym i zdradzała (bo miłosc to wierność) ukochanego meżczyznę i jednocześnie krzywdziła "tego innego".
Co mam robić? To juz jest normą...


* * * * *

Mogłabyś innego kochać tak i jeszcze bardziej ponieważ…kochałabyś z wzajemnością. Oczywiście, w tym momencie wydaje Ci się to nierealne, ponieważ ciągle myślisz o tym człowieku, wyobrażasz sobie różne rzczy i sytuacje i w efekcie kochasz swoje wyobrażenia o nim. No tak jest faktycznie, moja Droga, pisałam o tym w odp. nr: 441, 868 a o nieodwzajemnionej miłości w odp. nr 65. Jeżeli on 2 lata temu powiedział Ci jednoznacznie, że nie widzi szans na związek z Tobą to znaczy, że Ty od 2 lat masz jasność sytuacji i…tracisz czas. Tak, wiem, że to boli, że trudno się z tym pogodzić. Ale tak realnie: na co czekasz? Że mu się odmieni? A jak nie to co? Ile jeszcze chcesz tak czekać? Nie boisz się, że przez to masz zamknięte serce na innych i możesz przegapić tego właściwego człowieka? A im dłużej to trwa tym gorzej, bo tym bardziej budujesz w sobie taką skorupę zamkniętą na innych i tym bardziej pielęgnujesz jego idealny obraz i tym mocniej inni nie będą do niego przystawać. Stąd już tylko krok do odrzucania każdej sympatii, bo "nie jest taki jak ten". Niedobrze. Wiem, że Ci ciężko, ale spójrz na to rozumem, realnie i powierz Bogu tą sprawę. Pozwól Bogu działać i obdarzyć Cię szczęściem. Nikogo nie "zdradzisz", bo ten chłopak nie jest Twój, powiedział Ci to wprost. Aby było Ci łatwiej zapomnieć przeczytaj odp nr: 80, 526, 653, 825 i pomału zacznij wychodzić z tego. Módl się, by Bóg zabrał Ci to uczucie i obdarzył prawdziwą, realną, odwzajemnioną miłością. Zacznij żyć normalnie. Z Bogiem!

  Monia, 19 lat
2064
08.01.2008  
Witam.
Michała poznałam przez przypadek. Akurat byłam umówiona z moja koleżanką i spotkałam się z nią w takiej małej, parafialnej kawiarence. Było z nią dwóch chłopaków-kolegów ze szpitala. Po pewnym czasie pojawił się kolejny-właśnie Michał.
Przywitał się i dosiadł się do nas. Usiadł wtedy obok mnie i zaczęlismy rozmawiać, najpierw wszyscy razem, póxniej już ja sama z nim. Michał jest osobą niepałnosprawną, na rozczep kręgosłupa w płacie lędźwiowym i chodzi o kulach. Jednak ja wogóle nie zrwacałam na to uwagi. Ponadto jest mądry, inteligętny, oczytany, z poczuciem humoru, przystojny....jednym słowem oczarował mnie sobą. To był miły wieczór, ale niestety musielismy się rozstać.
Moja koleżanka znała go dłużej więc następnego dnia wpadła na pomysł bysmy pojechały do niego i jej chłopaka. Michał i jej chłopak mieszkają w małej miescowości obok naszej, niecałe 20 minut busem.
Spotkanie było bardzo udane. Koleżanka i jej chłopak szli razem spory kawałek przed nami, a ja z tyłu z Michałem. Rozmowa się nie kleiła, byłam speszona, widziałam że on też. Później siedzieliśmy na łączce. Po jakimś czasie poszlismy do sklepu po coś do picia, wtedy to Michał się skaleczył w palec. Opatrzyłam go, a on patrzał na mnie takim wzrokiem, że nogi się podemną ugięły. Póxniej się rozstaliśmy. Liczyłam na to, że poprosi o mój numer telefonu, ale on pożegnał sie i poszedł.
Zabolało mnie to, ale pomyślałam, że może ja powinnam zacząć. Następnego dnia wzięłam od koleżanki jego numer telefonu i napisała do niego. Wymienilismy się numerami gg.
Pisaliśmy dość długo. On studiuje w Krakowie, a ja mieszkam na śląsku. Dzieli nas nieduża odległość, ale zawsze coś.Rzadko bywa w domu, jednak udało nam się spotkać dwa razy jeszcze. Za pierwszym razem czułam, że chce mnie pocałować. Był bardzo blisko, patrzelismy sobie w oczy, była niesamowita magia między nami, sama nie wiem ile to trwało, ale samo spotkanie ponad 5 godzin i nie moglismy się nagadać.
Później nie miał jak wrócić do domu, więc moja mama i ja odwiozłysmy go. Pod jego blokie odwazyłam się go przytulić.
Kolejne spotknie było w moim domu i też było kilka sytuacji w których myslałam, że on pragnie byc blisko mnie, tak samo jak ja tego pragnęłam.
Od tego spotkania, nie mialismy okazji się znów zobaczyc. Ponad pięć miesięcy, jadnak mamy kontakt przez gg. Michał jest bardzo \'zakompleksiony\', nie wierzy w miłość, jest pesymistą, na co wpłyneła suma doświadczeń. Jest moim przyjacielem i mnie tez tak traktuje, ale ja czuje, że z każdym dniem, ta przyjaźń przeradza się w miłość.
Rozmowa przez gg, nie jest tym samym co twarzą w twarz. Tutaj mozna robic podchodzy, dziwne aluzje, ale na żywo wygląda to całkiem inaczej. Ja wiem, że nie jestem mu obojętna. Zaprosił mnie do Krakowa, bo tuatj nie mamy mozliwości spotkania się za względu na jego mamę(jest jedynakiem i ona go bardzo ogranicza, mimo, że ma 22 lata).
Nie wiem, czy powinnam z nim porozmawiać, czy powiedzieć, co czuje,że mi na nim zależy. Troszke pogmatwanie to napisałam, ale to za dużo by czasu zajęło.
Pozdrawiam


* * * * *

Na pewno nie powinnaś mówić, nie powinnaś naciskać ani przejąć prowadzenia tej znajomości. Pisałam o tym w tym artykule: [zobacz]
Zwróć uwagę na to, że on jest osobą niepełnosprawną i tym bardziej się boi. Boi się zranienia, porzucenia, tego, że ktoś go niepoważnie potraktuje i w efekcie zostawi z powodu jego wady. Może nawet kiedyś tego doświadczył. Poza tym on jest mężczyzną. To on winien być przewodnikiem związku, to on ma "zdobywać" sympatię dziewczyny. Mężczyzna nie cierpi gdy to dziewczyna wysuwa się na prowadzenie, gdy to ona go bierze za rękę i traktuje jak "misiaczka". Bo to on chce czuć się silny i kompetentny i chce dawać kobiecie poczucie bezpieczeństwa. Jeżeli chcesz by ta znajomość miała pozytywny finał to pozwól mu pełnić swoją rolę. Pozwól też mu się zostanowić i sama daj sobie czas. Przecież nie musicie decydować już dziś, choć rozumiem, że chciałabyś wiedzieć na czym stoisz. Nie oczekuj też od razu pocałunków, dotyku - to są intymne i głębokie gesty, nie można ich spłycać. Naprawdę nie ma się co spieszyć, najpierw trzeba się dobrze poznać. Kontynuujcie znajomość, spotykajcie się - to ważne; oczywiście w tej sytuacji będzie uzasadnione gdy to Ty częściej będziesz do niego jeździć. Z Bogiem!

  Natalia, 17 lat
2063
08.01.2008  
Witam, w tym roku kończę 18 lat. Jeszcze nigdy nie miałam chłopaka. Tak naprawdę zakochałam się tylko raz, bardzo mocno i niestety, nieszczęśliwie. Większość moich koleżanek miała już kilku partnerów, mimo że ich nie kochała. Natomiast ja nie wstydzę się swojego "stanu", a nie chcę być z kimś do kogo nie będę nic czuła. Jest mi przykro, bo często moja mama mówi mi że "ona w moim wieku już dawno kogoś miała...", czasami twierdzi że jestem sama bo mam zbyt duże wymagania. Tak nie jest, ale nie potrafię zakochać się w tych, którzy coraz śmielej okazują mi swoje zainteresowanie. Być może nie udało mi się do końca wymazać z pamięci obrazu Tego Jednego, może nieświadomie porównuję chłopców do niego i z góry stawiam ich na przegranej pozycji. Domyślam się że taką przyczynę Pani mi zasugeruje. Ale skoro uświadomiłam to sobie, to chyba tak nie jest? Mieszkam w małym mieście, chciałabym znaleźć kogoś, z kim mogłabym porozmawiać na każdy temat, a także razem z nim pomilczeć. A jeśli naprawdę mam zbyt wygórowane wymogi? Zauważyłam, że nieświadomie sama utrudniam sobie życie. Jeżeli już ktoś mi się spodoba (nie mówię o zakochaniu), to zawsze będzie to ktoś, do kogo nie mam szansy dotrzeć. Mogę go nie znać (i mieć nikłe szanse na poznanie), może okazać się że jest niedojrzały i niegrzeczny, może wyprowadzić się z miasta... To takie przykłady. Zatem, czy coś robię nie tak? Jestem otwarta, koleżeńska i mam wielu znajomych. Chciałabym kogoś mieć, zwłaszcza że jakiś czas temu, poczułam się do tego duchowo przygotowana. Z góry dziękuję za odpowiedź, pozdrawiam serdecznie.

* * * * *

Droga Natalio, a ja Cię doskonale rozumiem natomiast nie rozumiem Twojej mamy dlaczego tak Cię ponagla. 17 lat to wcale nie jest wiek, w którym należy kogoś mieć i nawet uważam, że lepiej jest dojrzeć i przygotować się do miłości, pisałam o tym w odp. nr: 461,1265,817, 1939. Ja miałam pierwszego chłopaka w wieku 26 lat. I wiesz, to wcale nie było tak, że czekałam na rycerza na koniu, wcale. Po prostu tak się ułożyło. I tak naprawdę najczęściej tak się właśnie układa, a nie jest to przyczyną, że ktoś sobie wymyslił ideał, choć nie wykluczam, że tak też bywa. Zresztą jakieś zasady i oczekiwania mieć należy, pisałam o tym w tych artykułach: [zobacz], [zobacz], bo przecież nie wiążemy się z kimkolwiek. Natalio, przeczytaj to co Ci poleciłam i jeszcze ten artykuł: [zobacz], i pomyśl. Czy faktycznie odrzucasz wszystkich bo jakiś drobiazg Ci nie pasuje czy po prostu chcesz jeszcze poczekać. Ja Ci polecam modlitwę w tej intencji. Spokojnie, Bóg widzi Twoje pragnienia i Twoją sytuację, być może jeszcze nie daje Ci chłopaka, bo chce Cię przez czymś uchronić albo Twój przyszły chłopak jeszcze nie jest na to gotowy? Z Bogiem!

  Paulina, 14 lat
2062
07.01.2008  
Witam!
Mam na imię Paulina i mam 14 lat. Jak na swój wiek jestem bardzo rozsądna i dorosła, przynała nawet pani psycholog szkolna. Niedawno poznałam cudownego mężczyznę. Jest naprawdę wspaniały, prowadzimy wspaniałe rozmowy nasze tematy się nigdy nie wyczerpują. Jest naprawdę miły. Spodobał mi się dość niedawno. Lecz mam ogromny problem. Dzieli nas różnica ponad 10 lat. Czy ciągnięcie tej znajomości jest moralne? Wiem, że dzieli nas ogromna różnica wieku. Sam przyznał, że jak na swój wiek jestem bardzo bystra, elokwentna. Chcę wiedzieć, czy między nami może zrodzić się jakaś przyjźń niż tylko zwykła znajomość.


* * * * *

Proszę przeczytaj o różnicy wieku w odp. nr: 8, 28, 87, 310, 916, 1253. I jeszcze jedna mała uwaga: Ty może i jesteś dorosła jak na swój wiek i rozumiem, że pociąga Cię ten starszy chłopak, bo Ci imponuje i czujesz się przy nim bezpieczenie. Ale pomyśl czy nie jest troszkę dziwne, że chłopak w jego wieku interesuje się gimnazjalistką? Bo może to on jest z kolei zbyt niedojrzały jak na swój wiek...

  Marek, 18 lat
2061
07.01.2008  
Czy warto wierzyć, że spotkamy ideał? Czy wolą Bożą może być bym spotkał taki ideał w swoim życiu i spędził z nim resztę zycia?

* * * * *

Ideał? Nie, nie ma ideałów, idealny jest tylko Bóg. Zresztą nie o to w życiu chodzi by spotkać ideał lub nim być bo wtedy nie byłoby potrzeby doskonalenia się i wzrostu. Wolą Bożą jest byś spotkał normalną kobietę z krwi i kości i z nią tworzył rodzinę. Taką normalną. Oczywiście, nie chodzi o to, by wiązać się z kimkolwiek, bo każdy ma swoje oczekiwania i zasady i to jest naturalne i pozytywne. O oczekiwaniach pisałam tutaj: [zobacz], [zobacz]. Szukaj zatem normalnej kobiety. Z Bogiem!

  Natalia, 19 lat
2060
06.01.2008  
Witam! Może zaczne od poczatku. Rok temu spotkałam na Oazie chłopaka, ktory od poczatku sie mna zainteresował i nie ukrywał swojej szczegolnej sympatii do mnie.Ja przed nim nie miałam wczesniej nikogo i nie ukrywam, ze jeszcze jak na osobe z niską samooceną, jego zaloty zrobiły na mnie ogromne wrazenie.Poczułam sie w końcu dowartosciowana, zauważona.Po kilku niewinnych spacerkach i rozmowach nasza znajomosc zaczeła przybierac charakter coraz bardziej "śmiały", az doszło do uprawiania pettingu.Miałam straszne wyrzuty sumienia po pierwszym incydencie, ale kolejny raz gdy sie spotkalismy, juz nie było tego problemu.Przestałam odczuwac wyrzuty sumienia i pieszczotycielesne dość często wypełniały czas naszych spotkań.Od jakiegos miesiąca znów zaczeły mnie nękać wyrzuty sumienia i wewnętrzny głos sie pojawił, bym skonczyła z pettingiem.Postanowiłam zerwac z moich chłopakiem, bo wiem, ze inaczej bedzie nam ciezko.Nie wiem, czy to rozsadna decyzja? Problem w tym, ze on powtarza wciaz jak bardzo mnie kocha i boje sie, ze moze sobie cos zrobic gdy do niego nie wróce:( Uswiadomiłam sobie tez, ze chyba go juz nie kocham..o ile w ogole kochałam, a moze przez nieczystosc zniszczylismy nasze uczucie, ktore sie jeszcze nie narodziło? Szkoda mi go, bo spotykalismy sie przez rok, ale obiecywalismy juz sobie wstrzemiezliwosc..niestety z marnym skutkiem.Jedna osoba poradziła mi, bym ratowała swoją dusze i jego, wiec powinnam zerwac.Tak tez zrobiłam, jednak nie wiem czy to słuszna decyzja byla, bo czuje sie jak ta najgorsza, ktora pobawila sie chlopakiem i rzucila go:( Błagam..poradzcie co mam robic:(

* * * * *

Ale moim zdaniem to z peettingiem należało zerwać z a nie z chłopakiem. Swoją drogą nie wiem jak to możliwe, że osoby, które aktywnie udzielają się w Kościele (oaza), wybierają Jezusa jako Pana, znają zasady i przykazania, są praktykujące dopuszczają się takich rzeczy. Przecież to przeczy wszystkiemu czym żyją i czego się nauczyły. To formacja jest na darmo?
To jeśli Wy nie mieliście wyrzutów sumienia to co powiedzieć o tych, którzy Boga nie doświadczyli? Natalio, nawrócić się i świecić przykładem a nie zrywać. No, chyba, że chłopak będzie bezwględnie nalegał na cielesność to wtedy tak. Ale jeśli się nawrócicie (a przecież to możliwe i konieczne, bo przecież wiecie co jest grzechem a co nie) to macie szansę odbudować związek. Tylko - jak słusznie zauważyłaś - najpierw należy się dobrze poznać aby się pokochać. Bo tylko w czystości można poznać się naprawdę, a cielesność przysłania wszystko. Ratować duszę swoją i jego - tak - ale moim zdaniem przez nawrócenie. Chory ząb leczy się przez założenie plomby a nie jego wyrwanie, prawda? Nie wiem naprawdę dlaczego nie walczycie o czystość tylko się rozstaliście. To nie tędy droga. Upadki są ludzkie i nie masz pewności, że z kolejnym chłopakiem Ci się nie zdarzą. Na czystość się pracuje, ona nie przychodzi sama. To nie będzie tak, że kiedyś poznasz chłopaka i problemu nie będzie. Zawsze w jakimś stopniu będzie bo jesteśmy ludźmi. I dlatego trzeba walczyć a nie poddawać się. Odwagi! Spotkajcie się jeszcze, porozmawiajcie i razem przeczytajcie ten artykuł: [zobacz]. Potem ustalcie JASNE i TWARDE zasady. I jeśli darzycie się uczuciem - zaczynać od początku. Polecam też Ruch Czystych Serc.
Natalio, ja nie namawiam Cię jednoznacznie na ten związek, żebyś mnie źle nie zrozumiała. Jeśli on faktycznie nie chce się nawrócić, walczyć to wtedy zerwać. Natomiast chcę Ci powiedzieć, że nie jest sposobem na rozwiązanie tego problemu zerwanie tylko autentyczna walka. Jeśli Wam na sobie zależy, jeśli z innych względów sobie odpowiadacie to do roboty. Przemyśl to. Z Bogiem!

  Lola, 15 lat
2059
06.01.2008  
Czytalam rozne odp na pytania ale nie znalazlam tej odp dla mnie,moje pytanie jest podobno do tych ktore czytalam.
Zna sie z pewnych chlopakiem od szkoly pods i nic miedzy nami nie bylo, klase 1 i 2 gim tez nic. A teraz na poczatku 3 gim zaczelismy wiecej ze soba rozmawiac, psisac smsy, zawsze mi pomagal w pewnych sprawach, myslalam ze to przyjazn tak bylo tylko do pewnego czasu. Od pewnego momentu czuje do niego cos wiecej, jednak boje sie mu o tym powiedziec bo nie chce zniszczyc tego co jest miedzy nami, boje sie jego rekacji. W koncu zaczelam sie do niego zblizyc zeby cos poczul i chyba poczul i sie oddali, wiec postanowilam ze dam sobie z nim spokuj, zadny rozmow, smsow tylko tyle co sie widzialam z nim w szkole.Jedna w dzien wigili klasowej gdy skladal mi zyczenia trzymal mnie za reke - mocno, tylko mnie z klasy - w tedy poczulam na nowo moje uczucie do niego, ale przez swieta przemyslalam i doszlam do wniosku ze nic nie bedzie z tego. Odnowilam moje postanowie (zedne smsy, rozmowy) jednak on do mnie zaczol pisac i znowu uczucie wzoroslo, teraz nie wiem co mmam robic jako o nim zapomniec, robie sobie nadzije z kazdym dniem. Jestem bardzo wrazliwa osoba i ciezko przezywam takie sytuacje. Co mam robic ?


* * * * *

A może - skoro przestałaś naciskać - on poczuł się wolny w swoim wyborze i zaczął działać? Bo mężczyzna nie znosi jeśli mu się kobieta narzuca, przyciska do muru lub wyznaje uczucia, pisałam o tym w tym artykule: [zobacz]. Jeśli jesteś nim nadal zainteresowana to muszę Ci powiedzieć, że wszystko idzie w dobrym kierunku. On próbuje zdobyć Twoją sympatię i robi to prawidłowo. Jeśli on Ci się podoba i chciałabyś z nim być to odpowiadaj na jego zainteresowanie - naturalnie z wyczuciem i bardzo pomału i delikatnie, żeby nie odczuł, że nie musi już się starać. Bo jeśli postanowiłaś zerwać z nim kontakt tylko dlatego, że nie odwzajemniał przedtem zainteresowania to może było to przedwczesne? Ale jeśli faktycznie absolutnie nie chcesz z nim być to jakoś deliktanie mu o tym powiedz. Z Bogiem!

  Magda, 19 lat
2058
06.01.2008  
Kiedy mogę poznac, że nie stworzymy razem udanego związku i że różnice, jakie nas dzielą skutecznie nam to uniemożliwią?

* * * * *

Na to pytanie możecie odpowiedzieć sobie wspólnie po dobrym poznaniu siebie i swoich oczekiwań, bo bycie ze sobą jest decyzją a nie wypadkową pewnych zdarzeń i cech. Polecam Ci te artykuły: [zobacz], [zobacz]

  Magdalena, 18 lat
2057
05.01.2008  
Chciałabym zapytać: czy leżenie z chłopakiem przed ślubem jest grzechem?

* * * * *

A po co tak leżeć? Proszę przeczytaj odp. nr: 530, 739.

  Ania, 14 lat
2056
05.01.2008  
Mam takie pytanie bo już sama nie wiem co mam o tym myśleć... bardzo podoba mi sie jeden chłopak już dłuższy czas sie na mnie patrzy i nawet zauważyłam jak jego koledzy z klasy też zaczeli sie na mnie patrzeć i nie wiem o co im chodzi ??? co to mozę oznaczać ??

* * * * *

Może mu się podobasz? Proszę przeczytaj odp nr: 3, 30, 37, 134, 411, 912, 1486, 1932 tam pisałam jak nawiązać kontakt.

  Anna, 16 lat
2055
05.01.2008  
Moj chłopak nie potrafi zrozumiec dlaczego ja tak bardzo chce zachowac czystosc przesłałm mu bardzo dużo artykułow własnie z tej stony ale on dalej nie rozumie dlaczego nie teraz dlaczego poślubie przeciez teraz tez możemy sie poznawac zobaczyc co nam sie podoba. Mowi jeszcze ze nie chce zostac 20 letnim prawiczkiem. Powiedział ze mnie nie skrzywdzi ze nie bedzie tyranem ale ja nie mam 100% pewnosci skoro mu nie zalezy na czystosci wydaje mi sie ze za mało sie na ten temat mówi w telewizji rodzice nie przekazali mu tych wartosci a wiara wydaje mi sie ze jest poprostu tradycja przeciez wspolzycie przed slubem to grzech dlaczego on taki jest??jak go zmienic?? dopoki nie dostane riposty bede sie modlic zobaczymy moze kiedys zmieni zdanie a tak wogole to popełniłam bład bo modlic bede sie zawsze...

* * * * *

Aniu a dałaś mu ten artykuł: [zobacz] Ja tam napisałam już wszystko. Jeśli jego to nie przekonuje to niestety oznacza, że on nie przyjmie żadnych argumentów i nie o miłość tu chodzi. Nie da się dobrze poznać współżyjąc, nie jest to możliwe, więc ten jego argument jest nieprawdziwy. Po prostu on za wszelką cenę chce zaspokoić swój egoizm, chce swojej przyjemności. Nie chce Twojego dobra. Bo kto chce dobra ten choćby nie rozumiał "dlaczego" ten z szacunku i miłości - uszanuje drugą osobę i nie będzie naciskał. Ja nic więcej już nie mogę dodać i nikt inny nic mu już więcej nie powie jeśli on Boga nie słucha. Poza tym jego drugi argument to żaden argument. A w zasadzie jest tylko jedna rada aby "nie być 20-letnim prawiczkiem" - ożenić się w wieku 19 lat. No właśnie, czy on by się z Tobą ożenił? Ale nie kiedyś, teraz. No, ożeniłby się? Byłby gotowy? Jak nie to nie ma prawa wymagać od Ciebie współżycia skoro nic Ci w zamian nie zapewnia. Nie zapewni Ci bowiem tego co mąż żonie: poczucia bezpieczeństwa, pewności, trwałego związku, odpowiedzialności za Ciebie i ewentualne poczęte dziecko. Jest gotowy zostać ojcem? Nie? No to niech nie rozdziela seksu na przyjemność (do której dąży) i ciężar (którego chce się pozbyć). Czystość obowiązuje wszystkich bez względu na wiek, a czystość przedmałżeńska dotyczy każdego, kto w małżeństwie nie jest choćby miał 50 lat. Aniu! Nie daj się zwieść. Wymagaj dla siebie: szacunku i poszanowania zasad. Jeśli on naciska to znaczy, że Cię nie kocha i że to nie ten właściwy człowiek. Módl się i podejmij właściwą decyzję, a taka jest tylko jedna. Z Bogiem!

  Edyta, 20 lat
2054
04.01.2008  
Szczęść Boże! Na wakacjach poznałam pewnego chłopaka. Często się spotykaliśmy, dużo rozmawialiśmy. Bardzo podobał mi się jego charakter, stosunek do Boga i Kościoła. Mieliśmy podobne poglądy na życie i podobne plany na przyszłość - chcieliśmy założyć kochającą się rodzinę opartą na Bogu i na miłości. Jednak on wyjechał za granicę. Miał tam być tylko rok. Wiedziałam, że będę czekać niego. I tak jest... Nie chodzę na imprezy, nie umawiam się z nikim poza przyjaciółmi i znajomymi. Chciałam być w porzadku wobec niego. Ale okazało się, że obietnica przyjazdu za rok była kłamstwem. Niedawno napisał mi, że chce zostać tam dłużej. Nie przyjechał na świeta, na kolejne też nie przyjedzie. Widziałam go 5 misięcy temu. Pisze, ze kocha, że chce być ze mną... Tylko czy warto w to wierzyć?? Wiem, że pobyt za granicą uzależnia. Chce się zdobyć jak najwięcej pieniedzy. Boje się też tego, że kiedyś po ślubie zostawi mnie samą z dzieckiem i tak po prostu wyjedzie. Wiem, że gdybym kazała mu teraz wybrać pomiędzy pracą za granicą a mną - on wybrałby pracę. Nie wyobrażam sobie żebym pojechała teraz do niego i mieszkała z nim przed ślubem, a poza tym studiuję i chcę skońvczyć te studia, żeby później mieć większe możliwości znaleznienia pracy. Nie wiem co mam o tym myśleć, czy warto wierzyć w jego słowa? Proszę o radę. Z Bogiem.

* * * * *

No słusznie się obawiasz. Proszę przeczytaj najpierw te odp: 97, 120, 112, 132, 278, 620, 864, tam pisałam o miłości na odległość. A Wasza de facto taka jest. Powiem więcej: jeśli poznaliście się w wakacje i on niedługo wyjechał to nie poznaliście się dobrze i nieuprawione jest tutaj wyznawanie miłości, bo nie jest to jeszcze miłość. O niej pisałam w tym artykule: [zobacz] i [zobacz]. Za wcześnie też myśleć i mówić o ślubie. Najpierw trzeba po prostu dobrze się poznać, stworzyć związek, stworzyć wspólną hierarchię wartości, zobaczyć jak ze wzajemnymi oczekiwaniami. Na to trzeba czasu i przede wszystkim - obecności. Bo jak nie ma obecności to się kocha nie realną osobę a wyobrażenia. Ty postawiłaś wszystko na jedną kartę - na niego. Tymczasem on przeciąga pobyt i tak naprawdę niczego Ci nie obiecuje. Nie wiesz też jak on się tam zachowuje, czy jest Ci tak samo wierny. Poza tym jeśli kochałby Cię naprawdę dążyłby do jak najczęstszych spotkań, a on nie przyjechał na święta i na następne też nie zamierza. Widzieliście się 5 miesięcy temu - więc jaki to związek? Naprawdę, ja mam wrażenie, że on nie traktuje tego tak poważnie jak Ty. Potrzeba tu spotkania się i rozmowy. Bo żeby się nie okazało, że się rozmijacie, że on jest innym człowiekiem niż Ci się wydaje. Z Bogiem!

  Michał, 18 lat
2053
04.01.2008  
Witam serdecznie!
Przedstawię moją sytuację. Otóż zakochałem się w dobrej koleżance - Dorocie. Ja i ona jesteśmy lektorami w kościele. Dorota jest w moim wieku. Znam ją już dłuższy czas ale od niedawna coś do niej poczułem. Lecz jest jeden problem. Jej podoba się inny chłopak, w którym wg. niej się zakochała choć widziała go tylko raz i prawie wcale nie zna jego charakteru. Ona chce go poznać, zaprzyjaźnić się z nim ale kłopot w tym że się w niej zakochałem i nie wiem co zrobić. Czy zaryzykować i spróbować zabiegać o jej względy? Nie chce również aby się obraziła przez co mógłbym stracić przyjaciółkę. Co powinienem zrobić?


* * * * *

Hmm, gdyby ona po prostu miała chłopaka to bym powiedziała, żebyś dał spokój. Natomiast ona nie tylko go nie ma ale na dodatek zakochała się w wyobrażeniach o tym chłopaku, bo nie można pokochać kogoś kogo się nie zna, można tylko coś sobie wyobrażać i myśleć, że to miłość. Pisałam o tym w tych odp: 441, 868. Natomiast jeśli ona koniecznie chce go poznać to Ty jej w tym nie przeszkadzaj. Bo dopóki on będzie w jej myślach to ona nie tylko na Ciebie nie będzie zwracać uwagi, ale nawet Twoje zaloty mogą ją drażnić i zespujesz sobie z nią kontakty. Ale oczywiście spotkania z tym chłopakiem nie musisz jej ułatwiać bo nie musisz działać na swoją niekorzyść. Być może po jakimś czasie jej się to znudzi albo nie zdobędzie kontaktu albo nawet zdobędzie ale się przekona, że on nie odwzajemnia jej uczucia. Ale musi się o tym przekonać sama. Natomiast co do Ciebie: tak jak wspomniałam - dopóki ona myśli o kimś innym nie narzucaj się. Jeśli chcesz poczekać i przekonać się czy z tamtym chłopakiem jej wyjdzie - możesz poczekać. Jeśli chcesz, jeśli czujesz się na siłach i jesteś gotów zaryzykować - z niepewnym skutkiem. Widzisz, trudno mi coś Ci jednoznacznie doradzić bo nie chcę byś robił sobie nadzieję a potem był rozczarowany. Bo może być i taki wariant - że ona jednak z nim będzie. A nawet jeśli nie - to nie masz pewności czy będzie chciała być z Tobą. Więc nawet jeśli z tamtym by jej nie wyszło to nie od razu możesz próbować się do niej zbliżyć. Bo nie od razu jej przejdzie i nie od razu będzie gotowa na kogoś innego. Trudna sprawa. Generalnie jeśli jesteś na tyle silny i chcesz podjąć ryzyko to możesz dać jej trochę czasu i czekać. No i módl się, by Bóg dał Ci jakiś znak. Z Bogiem!

  Milena, 17 lat
2052
02.01.2008  
Witam:-)Na pierwszym miejscu chcialam pani bardzo podziekowac za odpowiedzi na poprzednie pytania 1718, 1753, 1806. A najbardziej za odpowiedz na pytanie 1911. Bardzo mi ona pomogla zrozumialam ze chyba kochalam wyobrazenie jak moglo by byc nam dobrze. Moze kiedys bedziemy razem a moze nie moze bede z kims innym ta sprawe polecam Bogu.
Jestem szczesliwa z tego ze mam przyjaciol rodzine szkole. Ale i tu jest problem mam problemy i nie umiem sama sobie z nimi poradzic jest mi glupio z kims na ten temat mowic. Jak kiedys moja wiara byla duza tak teraz spada brakuje mi energi do zycia przez krytyke innych w punkty w mlodziezowe(takie religijne) zniechecilam sie i nie umiem znalezc kogos kto da mi kopniaka wiem ze jest Bog ktory mi pomaga ale to jest w mojej psychice i nie wiem jak to znienic. Wszystko sie na siebie naklada jestem zmeczona wszystkim. Ta cala miloscia innych kazdy mi mowia o swoich problemach chca zebym im pomagalam nie wiem co mam im poradzic ktos chce zebym mu pomogla przestac pic radzilam mu siele rzeczy a on nic bo on pije by zapomniec o milosci dziewczyna go nie chce Facet pije pali i bierze narkotyki a ja nie umiem mu pomoc to mnie czasami przygniata. Co mam komu poradzic kiedy ktos chce zapomniec o chlopaku ja nie umialam zapomniec poltorej roku i sama sie z tym wzmagalam azw koncu chyba zapomnialam w paru procentach. Dziekuje za wysluchanie Prosze mi cos poradzic......Z Bogiem


* * * * *

Doradzić, porozmawiać, wysłuchać, pomodlić się - możesz. Resztę zostaw Bogu. Bo nie jesteś odpowiedzialna za to co te osoby zrobią z tą wiedzą od Ciebie, z Twoją pomocą. Nie jesteś odpowiedzialna za to, by one wybrały dobro, by zachowały się tak czy tak. To są wolne osoby i same wybierają. Ty pomagasz- i tyle. Nie martw się o nie, bo o nich troszczy się sam Bóg. Nie bój się wypuścić ich z ręki. Rozumiesz o co chodzi? Bóg stawiając na Twej drodze te osoby nie wymaga od Ciebie, byś Ty je przemieniła. On posługuje się Tobą jak narzędziem - przez natchnienia, które Ci daje Ty udzielasz im rad. Natomiast przemienia Bóg - za zgodą tych ludzi. A zatem nie martw się proszę o to, że one nie nawracają się od razu, że "nic to nie daje". Bo Bóg sam wybierze moment. A Twoja praca też nie idzie na marne - to jest ziarno, które kiełkuje. Wzrostu i plonu dogląda sam Bóg. Rób co robisz i nie bój się. Z Bogiem!

  xx, 20 lat
2051
02.01.2008  
Dziekuje za odpowiec(2001). Coraz czescie jednak o nim mysle, nie wiem czemu. Moze własnie go przed samom soba zaczynam bronic. przeprosil mnie zaraz wieczorem sms-ami i nastepnego dnia osobiście, na przeprosiny kupil nawet prezent. Czesto sie widujemy, nie z mojej inicjatywy, ale sam chce(a ja takzeego chce choc zatko bardzo mu pisze zeby sie ze mna spodkał), głownie przebywamy sami, rozmawiamy, ogladamy filmy. Powiedzial ze wypil wtedy dwa piwa, ja nawet nie zauwazylam ze byl po piciu. Miałam przeczucie ze mu cos dolega. Sama nalegałam zeby mi powiedzial co mu jest. Chyba zaczynam sama siebie oklamywac. Moze poprostu chce miec kogos, powinnam raczej byc dla kogos, a nie myslec tylko o sobie. Mecze sie z tym, powinnam zapomniec traktowac go wyłacznie jako kolege a mysle o nim chce aby miał jak najlepiej. Wszystko to jest tak pomieszane, a zdrugiej strony takie banalne. Sama sie oszukuje ze on cos do mnie czuje.

* * * * *

Masz rację, zaczynasz okłamywać samą siebie i co najgorsze - zaczynasz tworzyć wizje o nim. Stąd krok do zakochania się w wyobrażeniach o nim , pisałam o tym w odp. nr: 441, 868. Daj sobie spokój, nie dąż do spotkań, unikaj rozmów. On się zdeklarował, a takim zapatrzeniem w niego możesz zamknać się na innych i przegapić kogoś wartościowego. Z Bogiem!


Ostatnia aktualizacja: 05.06.2008, 16:17


[ Powrót ]
Daj plusika:
[ Strona główna ] Drukuj Wyślij link
Trudna miłość. Jak pokonać kryzys? Trudna miłość. Jak pokonać kryzys?
Tonino Cantelmi, Rachele Barchiesi
Dlaczego zbudowanie stałych i silnych związków uczuciowych wydaje się dzisiaj bardzo trudne czy wręcz niemożliwe? Jakie są przyczyny kryzysu panującego w relacjach międzyludzkich? Autorzy niniejszej książki starają się ukazać te przyczyny. Chcą pomóc Czytelnikowi, zwłaszcza młodemu, w budowaniu trwałych relacji z innymi ludźmi.... » zobacz więcej
Zakochanie… i co dalej? Zakochanie… i co dalej?
Jacek Pulikowski
Książka ta jest pierwszym krokiem do szczęśliwego małżeństwa. Pomyśl o radosnym czasie zakochania, chodzenia ze sobą, narzeczeństwa i nie zmarnuj go! Wykorzystaj cenne wskazówki autora dla dobra twojego i przyszłego współmałżonka... » zobacz więcej
O stronie... | Ogłoszenia | Konkurs | Wspomóż nas | Polityka Prywatności | Kontakt

© 2001-2011 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej