Kartki Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Czat Opowiadania Perełki
Miłość czy MIŁOŚĆ? Czyli sztuka chodzenia ze sobą Miłość czy MIŁOŚĆ? Czyli sztuka chodzenia ze sobą
Katarzyna i Tomasz Jarosz
Przeczytaj tę książkę! Być może znajdziesz tu odpowiedzi na swoje pytania, a przedstawione rady pomogą Ci wybrnąć z sytuacji w jakieś się znalazłeś.... » zobacz więcej
miłość czy Miłość?

Odpowiedzi na pytania

Odp: [1-50], [51-100], [101-150], [151-200], [201-250], [251-300], [301-350], [351-400],
[401-450], [451-500], [501-550], [551-600], [601-650], [651-700], [701-750], [751-800], [801-850], [851-900]
[901-950], [951-1000], [1001-1050], [1051-1100], [1101-1150], [1151-1200], [1201-1250], [1251-1300],
[1301-1350], [1351-1400], [1401-1450], [1451-1500], [1501-1500], [1551-1600], [1601-1650], [1651-1700],
[1701-1750], [1751-1800], [1801-1850], [1851-1900], [1901-1950], [1951-2000], [2000-2050], [2051-2100],
[2100-2150], [2151-2200], [2201-2250], [2251-2300], [2301-2350], [2351-2400], [2401-2450], [2451-2500],
[2501-2550], [2551-2600], [2601-2650], [2651-2700], [2701-2750], [2751-2800], [2801-2850], [2851-2900], [2901-2950], [2951-3000],
[3001-3050], [3100-3100], [3101-3150], [3151-3200], [3201-3250], [3251-3300], [3301-3350], [3351-3400],

Bóg oszalał z miłości Bóg oszalał z miłości
o. Leon Knabit OSB
Ku czemu powinien kierować się człowiek, który chce być szczęśliwy? Znany mnich benedyktyński podpowiada: ku światłu, a nie ku ciemności; ku łasce, a nie ku grzechowi; ku życiu, a nie ku śmierci — ku MIŁOŚCI... » zobacz więcej




  Gosia, 20 lat
2150
20.02.2008  
ja zadam tylko jedno pytanie-czym i co to jest tak naprawdę ta cała miłość?Krótkie słowo a tyle zawiera w sobie.

* * * * *

Polecam ten artykuł: [zobacz]

  Kasia, 27 lat
2149
20.02.2008  
3 lata temu poznałam w pracy przez firmowy Intranet pewnego Brytyjczyka.Czesto rozmawialismy,o pracy,która nas połączyła,potem o wszystkim i o niczym.Wiedziałam,ze jest dużo starszy ode mnie,nie wiedziałam tylko ile.Po pewnym czasie przestało mnie to interesować.Zakochiwałam się.Postanowiliśmy się spotkać.Pierwsze spotkanie i szok.Powiedział mi przed przyjazdem prawdę o swoim wieku,jednak dopiero,gdy się zobaczyliśmy dotarło do nas,ze dzieli nas 21-letnia różnica wieku.Stwierdziłam,ze to pomyłka,nastepnego dnia On wracał do Anglii.Byłam smutna,parę dni malo rozmawialiśmy,jednak niebawem planowaliśmy nastepne spotkanie.Tym razem pokonałam barierę wieku,zakochałam się.Trwało to rok,widywaliśmy się co 2tyg,miesiac.Czasem dostrzegałam,ze cos Go gnębi,próbuje przerwać ta znajomomsc,sama miałam mnóstwo dylematów,najważniejszy–jego wiek.Poznałam pewnego chłopaka.Spotykaliśmy się przez parę miesiecy,chciałam Go pokochać.Starałam się przerwać tamta znajomość.Nie udało się.Po 5 miesiacach przerwy znów rozmawialiśmy jak dawniej.Spotykaliśmy się coraz częściej.Po pół roku oświadczył mi się.Byłam b.szczęśliwa.Kilka tygodni później powiedział mi prawdę.Ma żonę i 2córki.Zakończyłam znajomość.Duzo pracowalam,chodzilam w góry,by wypełnić puste weekendy,by zapomniec.Czułam się wykorzystana i ze nie zasługuje na nikogo lepszego.Moi znajomi mieli swoje sprawy,zostałam sama z sobą.Po kilku miesiacach znów zaczęliśmy rozmawiać.Podczas pewnej rozmowy zdaliśmy sobie sprawę jak bardzo jesteśmy dla siebie ważni,jak silne uczucie nas połączyło.On wyprowadził się od swojej żony.Stara się o rozwód.Wbrew mojej rodzinie zdecydowałam się na przyjazd do Anglii.Mieszkamy razem.Tylko żal mojej rodziny i fakt ze On przeze mnie odszedł od swojej żony nie pozwala mi być w pełni szczęśliwa.Boje się znów być sama,nie potrafię żyć bez Niego.Dlaczego,choć tak gorąco się modlilam,Bóg mi nie pomógł i nie postawil na mojej drodze Kogoś, kogo bym pokochala i mogła zyc bez poczucia winy ze kogos zranilam?

* * * * *

Kasiu, czego oczekujesz? Poparcia dla swej decyzji? Ty już sama ją oceniłaś. Nie zwalaj winy na Boga. Czy ON nie dał Ci wolnej woli? Nie tylko dał, ale przez okoliczności, które międzyczasie miały miejsce pokazał, że to nie jest właściwa droga. Czy sądzisz, że przypadkiem na Twojej drodze pojawił się inny chłopak? Tak, nie zakochałaś się w nim, bo myślałaś o tamtym, to prawda. Ale czy z samych uczuć miłość się składa? Nie, miłość to nie uczucie, bo gdyby tak było bylibyśmy zniewoleni. Miłość to decyzja, a tą podejmujemy sami. Poczytaj o tym w tym artykule: [zobacz]. Ty sama swoim rozumem i wolą wybrałaś, nie Bóg. Bóg dał przykazania i to jest Jego wola. A Ty wybierasz. Za uczucia zatem nie możesz się winić ale za czyny musisz wziąć odpowiedzialność. Bo to nie Bóg Ci nie pomógł ale to Ty wybrałaś. Ja nie mówię, że miałaś wyjść za mąż za tamtego człowieka, bo może by tak nie było, ale może tak i bylibyście dobrą rodziną. A może to był jakiś rozpaczliwy gest Boga w Twoją stronę, taka deska ratunku byś się odwróciła od tamtej drogi? Moja Droga, bardzo Cię proszę przeczytaj te odp:1034, 1100 i przemyśl wszystko bardzo dokładnie. A tak na marginesie: ja bym nie wierzyła człowiekowi, który najpierw się oświadcza a potem ujawnia, że ma żonę. Który najpierw rozkochuje dziewczynę w sobie a potem stawia ją przed faktem dokonanym. Bo to klasyczna manipulacja. Który po tylu latach nie ma skrupułów by zostawić swoją rodzinę, swoją żonę, która mu bieliznę prała, opiekowała się w chorobie, gotowała i urodziła jego dzieci. No to jeśli takich skrupułów nie ma to jakie będzie miał by zostawić Ciebie, z którą nie łączą go zobowiązania? Czy taka rola Ci odpowiada? Nie powinna jeśli siebie samą szanujesz. I jeśli już przy Bogu jesteśmy: to na co się decydujesz to cudzołóstwo i stan permanentnego ciężkiego grzechu, wykluczający możliwość przyjmowania sakramentów. To tak od strony formalnej, żebyś nie mówiła, że nie wiedziałaś. Od innej strony: jest jeszcze miłość. Taka prawdziwa, taka od Chrystusa a nie tylko uczucie. Pomyśl dobrze którą wybierzesz. Z Bogiem!

  Justyna, 22 lat
2148
20.02.2008  
Ile jeszcze mogę czekać? Nie sądziłam że odważę się napisać zupełnie obcej osobie to, co teraz mnie boli, prosząc o jakąś miłą odpowiedz aby poczuć się lepiej, ale czasami chyba lepiej jest sie wyżalić komuś kogo sie nie zna i nie widzi niż bliższej osobie. Mam 22 lata i wciąż jestem sama ... i to że w około mnie jest zawsze masa ludzi nie sprawia że czuje się lepiej ... ciągle jest ta sama pustka .. Dlaczego Bóg widząc mój żal, tęsknotę za czymś czego jeszcze nigdy nie poczułam ,odbiera mi to? Byłam w kilku związkach .. krótkich związkach .. i zawsze ale to zawsze mnie ktoś opuszcza .. Nie jestem brzydka ani głupia ... Nie raz miałam możliowśc układać związek z osoba do której tak naprawdę nic nie czułam bądz czułam ale wiedziałam ze to nie jest to ... i chcąc pozbyć się tej pustki w sercu chciałam wejść w taki związek ale nie dałam rady .. nie potrafiłam sie zbliżyć do takiej osoby ... szanuję siebie i innych i zupełnie nie rozumiem tego, dlaczego to ja jestem sama .. dni mijają a ja boję się ze już do końca będę sama .. i chociaż mam rodzinę, przyjaciół , boję sie że przyjdzie taki dzień, kiedy Bóg z miłości zostawi mnie zupełnie samą .. to jest jedyne czego sie boje na tym świecie .. być samotną .. I wiem ... 22 lata jestem młoda i jeszcze masa lat przede mną ..( ale skąd ta pewność ze aż tyle lat) ale żaden z tych dni sie już nigdy nie powtórzy, i każdy z moich osiągnięć który świętuję właściwie sama ... także już się nie powtórzy a za każdym razem jak sie dzieje coś ważnego myślę ... "Dla kogo mam sie cieszyć " dla kogo mam to robić , dlaczego nie ma nikogo przy mnie?" dla samej siebie mi już sie nie chce ... Z góry przepraszam za błędy, starałam sie posac wolno i nie popełniając większych gaf ale czym więcej zastanawiam sie nad sensem zdania tym dalej jestem od wysłania go Pani więc niech zostanie tak jak jest . Pozdrawiam i czekam na odpowiedź

* * * * *

Droga Justyno! Jest dla mnie zagadką dlaczego tak się dzieje. Dlaczego wspaniałe, ciepłe, kochające kobiety nie mogą znaleźć męża. Dlaczego katolickie małżeństwa otwarte na życie nie mogą mieć dzieci. Dlaczego choroba dotyka tych, którzy tak wiele robią dla innych. Te i mnóstwo innych pytań. Powiem szczerze: nie wiem. Ja też zmagam się z bezsilnością i bezradnością w swoim życiu i zadaję Bogu co dzień te same pytania. Nie wiem. Liczę na to, że ma to jakiś sens, który poznamy za jakiś czas. Ponieważ wierzę - ufam, że Bóg wie co robi i że na razie tak jest lepiej. Po ludzku: nie jest lepiej, bo czas leci, coraz mniej sił, chęci, rodzi się zgorzknienie i frustracja, rośnie żal do Boga, do świata. Bardzo chciałabym, żeby Ci się ułożyło, żebyś miała kochającą rodzinę. Módl się o to i może wpisz się tutaj: [zobacz]. Może akurat napiszesz do kogoś lub ktoś do Ciebie. Ponadto zawiązała się tam wspólnota modląca się w intencji samotnych w każdy poniedziałek o godz. 22. Jeśli chcesz pocieszenia - to fakt, jesteś jeszcze młoda. Ja pierwszego chłopaka miałam w wieku 26 lat, wyszłam za mąż w wieku 30 lat. Wiem, że nie chcesz tyle czekać. Ja też na wiele rzeczy czekać nie chcę a muszę - z niepewnością co do skutku. Rozumiem Cię dobrze i życzę krótkiego oczekiwania i prawdziwej miłości. I aby ten czas nie był stracony - niech stanie się czasem wzmocnienia przez to że jest próbą. Niech to co Cię teraz boli nie zostawi w Tobie ran a umocni Cię. Może to doświadczenie jest po to, byś potem mogła rozumieć i pomagać innym? A może osoba, którą Bóg chce postawić na Twojej drodze jeszcze nie jest gotowa na taki związek? W każdym razie życzę Ci jak najlepiej. Z Bogiem!

  mary, 24 lat
2147
19.02.2008  
Witam! Moje poprzednie pytanie jest pod nr 2131. W moim przypadku związek trwa 3 lata a problemy są, bo rzeczywiście nikt nie rozstaje się bez powodu. Ten długi czas pokazuje,że nie akceptuje do końca chłopaka, są pewne jego wady,cechy nie do przeskoczenia. ale wszystko trwa tak długo, bo strasznie ciężko się rozstać, jesteśmy przyjaciółmi,pomagamy sobie i modlimy się za siebie. Czas działa na niekorzyść i ucieka bardzo szybko, nie wiem kiedy zleciało tyle czasu! Cała ta sytuacja mnie przerasta. Nie chcę nikogo ranić,ale już za późno. Rozstania bolą i to bardzo, stąd trudności w tej decyzji. Trudno sobie wyobrazić koniec..tego,że już się nie będzie spotykało z tym człowiekiem, że nie będziemy sobie pomagać, że przyjdzie ból i pustka. Strasznie to trudne i dziwne. Często porównuje się rozstanie do żałoby po stracie bliskiej osoby, ale przecież tak trudno na ten ból zdecydować się samemu, świadomie. Czasem wiąże się to z wielomiesięcznym smutkiem, czasem może przerodzić się w jakąś depresję..Kiedy ma się obowiązki, to jak to wszystko przejść??Z drugiej strony przecież nie mogę z kimś być, bo nie umiem się rozstać:( Dużo się modlę w tej intencji, ale wciąż nie wiem co robić. Strasznie się boję i brak mi odwagi.
Pozdrawiam


* * * * *

Moja Droga! Nikt za Ciebie decyzji nie podejmie. Jeśli jednak faktycznie nie widzisz siebie w roli żony tego człowieka, uważasz, że nie stworzycie dobrej rodziny, że będzie za ciężko, za dużo Was różni to trzeba się rozstać, by nie ciągnać na siłę takiego związku i nie blokować się wzajemnie. Wtedy faktycznie trzeba poważnie porozmawiać a potem być konsekwentnym i nie wracać do siebie. Natomiast dziwi mnie to, że skoro sobie pomagacie i modlicie się za siebie to jednak taka decyzja. Polecam Wam wobec tego "Wieczory dla zakochanych" - takie spotkania pomagające podjąć słuszną, zdecydowaną decyzję i pokazujące co naparwdę jest między ludźmi. Niektórzy nazywają to "kursem przeciwmałżeńskim". Informacje znajdziesz tutaj: www.spotkaniamalzenskie.pl, www.malzenstwo.pl Szczerze doradzam wybranie się na te spotkania, bo trzeba rzeczywiście w Waszym związku ponazywać wiele rzeczy po imieniu. Odwagi, nie ma sensu tak trwać. Dajcie sobie ostatnią szansę a potem podejmijcie wybór słuszny a nie wygodny. I poczytajcie te artykuły: [zobacz] oraz te: [zobacz], [zobacz] i te pytania: różnice w płci bo może to kwestia innej wizji związku albo odmienności charakterów i płci? Z Bogiem!

  Stasiek, 25 lat
2146
19.02.2008  
Witam!! Sporo z wypowiedzi przeczytałem uważnie, ale jednak napiszę co mnie nurtuje za pytanie. Otóż od dłuższego czasu, 1,5 roku, spotykam się z dziewczyną, którą znam już 9 lat (chodziliśmy do jednej klasy w liceum). Czuję się dobrze w jej towarzystwie, ona w moim tez o czym mi powiedziała, ale nie chce się wiązać (z nikim). Powiedziała, że nie czuje tego, jak to nazwała - łomotania w sercu, uważa, że to nie jest TO. Powiedziała również, że nie chce mnie blokować, bo nie wie będzie w stanie dać to czego od niej oczekuję (miłość). Nie wiem co w obecnej sytuacji zrobić, czy jest szansa, że coś więcej zacznie do mnie czuć? A może boi się odpowiedzialności podjęcia decyzji? Bardzo mi na Niej zależy. Jeśli chce się ze mną spotykać to wydaje mi się że nie jestem jej obojętny (sporo czasu spędziliśmy razem).

* * * * *

No mnie też się wydaje, że skoro się z Tobą spotyka to nie jesteś jej obojętny. Jasne, że jest szansa, że zacznie bardziej "czuć". A tak naprawdę to pewnie ta dziewczyna myli miłość z zakochaniem, pisałam o tym tutaj: [zobacz] i wydaje jej się, że jak poczuje owo łomotanie to będzie miłość. Niekoniecznie tak być musi, bo może być miłość "bez zakochania", czyli bez tych klasycznych objawów na początku, pisałam o tym w odp nr 13. Po prostu czasem jest tak, że najpierw jest znajomość, przyjaźń a dopiero potem ludzie na podstawie wspólnoty poglądów, zainteresowań ludzie dochodzą do wniosku, że łączy ich coraz więcej. Być może też ona boi się odpowiedzialności jako takiej - właśnie w sensie związania się z kimś. Nie wiem z czego to wynika, być może miała negatywny przykład w domu, może została zraniona przez jakiegoś chłopaka? Tak czy inaczej skoro Ci na niej zależy to możesz jeszcze powalczyć. Porozmawiać właśnie o tym jak ona widzi miłość, co w sobie cenicie, czego jej brakuje. Polecam też te artykuły: [zobacz] oraz te: [zobacz], [zobacz]. Ale jeśli po kolejnych kilku miesiącach ona nadal będzie niezdecydowana to chyba nie będzie sensu ciągnąć tego nadal. Bo źle byś się czuł gdyby po długim czasie i mocnym Twoim zaangażowaniu okazało się, że ona nagle odchodzi do kogoś innego. Wtedy będzie potrzeba poważnej rozmowy i jeśli ona nie zdecyduje się z Tobą być to raczej należy się rozstać a nie kontynuować znajmości w takiej formie. Bo to tylko będzie potęgowało Twoej rozczarowanie i frustrację - że Ty tyle w to włożyłeś a ona nie odwzajemnia. Będzie poczucie straconego czasu i ciągła nadzieja. Tak czy inaczej życzę powodzenia i z Bogiem!

  Klaudia, 17 lat
2145
19.02.2008  
witam ! mam problem poniewaz zakochalam sie w moim krewnym... jestesmy kuzynami. wyglada to tak, ze moj dziadek i jego babcia to rodzenstwo... czyli jestesmy dosc blisko spokrewnieni... czy taki zwiazek ma jakakolwiek przyszłośc? on rowniez jest we mnie bardzo zakochany. proszę o radę !

* * * * *

Proszę przeczytaj na www.katolik.pl artykuł o przeszkodach małżeńskich.

  anna, 22 lat
2144
18.02.2008  
czy relacja przyjacielska może przerodzić się w miłość?

* * * * *

Tak, oczywiście, jest taka możliwość, poczytaj o tym w odp nr: 46, 72.

  Tomasz, 18 lat
2143
17.02.2008  
Witam. Nazywam sie Tomasz w tym roku zdaje maturę. Prawie rok temu doznałem łaski powołania (przynajmniej tak mi sie zdawało), zacząłem się modlić codziennie szczerzej sie modlić na mszy i byłem pewien że jestem wybrany i ze mam zostać kapłanem. Ale teraz kiedy mija rok zaczynam coraz bardziej wątpić. To wygląda tak jakby świeca Mojego powołania zaczęła wygasać. do matury już kilka miesięcy a Ja nie wiem gdzie mam studiować. W dodatku rodzice mi sprawy nie ułatwiają, chcą żebym już teraz znalazł sobie dziewczynę i najlepiej jakbym miał już dziecko, jak tylko wspomnę o seminarium albo powiem coś o kościele to odpowiedz brzmi "księża to nieroby i pedofile w dodatku rozbijają sie drogimi samochodami". Nie wiem co mam zrobić jak odnaleźć w sobie na nowo powołanie i czy w ogóle jestem powołany czy tylko mi sie wydaje. pozdrawiam

* * * * *

No, w tym zakresie rodziców bym nie słuchała, bo jest to krzywdząca i nieprawdziwa (w większości) opinia. Dziewczyna i dziecko w wieku 18 lat to też nie jest najlepszy pomysł - jako antidotum na powołanie. Twoje rozterki są normalne, stoisz przed ważnym wyborem. Radziłabym po pierwsze porozmawiać o tym z jakimś kapłanem, a poza tym pojechać na rekolekcje powołaniowe (jest mnóstwo ofert w internecie). Nie traktuj tego jak konieczność decyzji, takie rekolekcje są po to by się wielu rzeczy dowiedzieć, zobaczyć, porozmawiać. Jeśli po tym stwierdzisz, że takie życie Ci odpowiada, że to jest to co chesz robić w życiu - pójdź do seminarium. To jeszcze przecież nie jest ostateczna decyzja i nawet jeśli po wstąpieniu stwierdzisz, że jednak to nie to to wystąpisz i w następnym roku pójdziesz na inne studia. Lepiej tak niż ulec presji rodziców i potem żałować i czuć się niespełnionym. Rozumiem, że będzie Ci trudno ich przekonać ale pomyśl, że to Twoje życie i Ty masz się w nim spełnić. Módl się o to gorąco i koniecznie porozmawiaj z księdzem. Z Bogiem!

  Kitka, 20 lat
2142
17.02.2008  
(2074)Chciałabym się jeszcze o coś zapytać.Jeśli widzę,że jest to wartościowy chłopak,że mogę mu wierzyć i mam w nim oparcie,to czy moje ciągłe wątpliwości są normalne?Bo mam wrażenie,że ja sama komplikuję sobie życie i odbieram radość bycia w związku.Bo jeśli już jakaś kwestia się poprawi,to ja widzę już kolejną rzecz,która mi się nie podoba.Może jestem zbyt wymagająca.Ale wymagam od siebie i od niego,ale może przesadzam?On bardzo się stara i ja to doceniam,ale ja cały czas chcę więcej.I inna sprawa to to, że ostatnio zaczęłam porównywać go z innymi chłopakami.Oczywiście mu o tym nie mówię.I widzę, że inni są może bardziej wierzący,inni mają lepsze studia,chociaż on też radzi sobie na swoj sposób,inni mają zainteresowania podobne do moich,a on zupełnie inne.I kiedy wydaje się,że wszystko juz jest dobrze,to ja znowu zaczynam mieć swoje wątpliwości,czy to ta osoba.Jest mi przy nim bardzo dobrze,myslę, że zaspokaja on moje potrzeby emocjonalne,ale ciągle jest coś nie tak.Może wynika to z tego, że jest on pierwszym chłopakiem o którym myślę w kategoriach przyszłej rodziny.Wiem,że to moj wybór,ale nie mam pojęcia czy takie wątpliwości są normalne czy to może raczej znaczyć,że powinnam zaczekać na kogoś innego,bardziej podobnego do mnie.Przy takiej mojej zmienności jest mi trudno,bo nie mogę mu zaoferować pełnej akceptacji,której on potrzebuje. Rozmawiamy na wiele ważnych tematów i widzę u niego naprawdę wiele mądrości.Jest dobry dla mnie,jest zaradny. Dba o mnie,stara się,a ja wiem,ze muszę podjąć jakąś decyzję.Ja też oczywiście staram się, bo bardzo zależy mi na nim,ale czasami zastanawiam się czy z kimś innym może byłoby mi lepiej. Wiem że takie myślenie nie jest uczciwe wobec niego.Ale dlaczego pomimo tego, że jest mi z nim dobrze, dopuszczam do siebie ewentualność bycia z inna osobą? Może problem jest we mnie?Może myslę tylko o sobie?Może moje wymagania nie są realne.Trudno mi to samej określić.

* * * * *

Wątpliwości są naturalne i świadczą o poważnym podejściu do tematu. Nie wiążemy się przecież z kimkolwiek tylko z osobą, która najbardziej odpowiada nam pod każdym względem. Polecę Ci jeszcze te artykuły: [zobacz] oraz te: [zobacz], [zobacz] i te pytania: 78, 89, 106,192, 271, 390, 728, 1021, 1050, 1059, 1278, 1309, 1407, 1728. Pamiętać też jednak należy, że każda osoba jest odrębną istotą i nie można do końca jej przerabiać na nasz własny obraz. A ideałów nie ma. Elementem związku jest akceptacja i przyjęcie danego człowieka jakim on jest. Ale naturalnie po to jest okres poznawania się i chodzenia ze sobą, żeby właściwą decyzję podjąć. Owszem, to, że jesteś młoda i pewnie ślub jeszcze w odległych planach potęguje Twoje rozterki i to, że myślisz jak by było z kimś innym. To nie jest złe, pod warunkiem, że nie taki stan nie będzie trwał zbyt długo i że potrafisz wymienić te cechy chłopaka, które Ci odpowiadają a które nie (tak konkretnie). I jak dokonasz takiego bilansu to zapytaj sama siebie czy te gorsze cechy umożliwią Wam stworzenie związku czy są tak ważne, że nie będziesz mogła z nim być. Ale póki co to poznawajcie się, spotykajcie, "docierajcie się". I módl się o rozeznanie czy to już ten właściwy człowiek. Czas będzie tu pomocny. Z Bogiem!

  Ola, 17 lat
2141
17.02.2008  
Witam wszystkich, mam 17 lat, za każdym razem kiedy myślę o Bogu czuję że mam mu służyć, że tylko On jest moją miłością. Czuję że tylko Jego kocham najbardziej na świecie i że nigdy nikogo nie pokocham tak jak jego. Czuję że żyję tylko dla Boga, ale co mam dalej robić, jak żyć? Z kim porozmawiać? Myślałam że mam wstąpić do zakonu, ale teraz nie jestem pewna, sama nie wiem czemu. Chcialabym służyć Bogu ale nie wiem w jaki sposób.

* * * * *

Twoje rozterki są naturalne, bo zastanawiasz się nad swoim powołaniem. Radziłabym Ci pojechać na jakieś rekolekcje powołaniowe, porozmawiać z jakąś siostrą zakonną, np. jeśli w Twojej parafii są siostry to poproś którąś z nich o rozmowę. I poczytaj artykuły i świadectwa z działu Powołanie na tej stronie.

  monika, 23 lat
2140
17.02.2008  
Witam. Od trzech lat jestem z moim chłopakiem. Mamy trochę problemów na naszym koncie... Niektóre udało się rozwiązać po dwóch latach milczenia i złoszczenia się na siebie nawzajem. Myślimy o życiu we dwoje :) jednak chyba nie może być pięknie, tak jak bym tego chciała. Mam ogromne wątpliwości czy to ten, bo mój chłopak wymaga ode mnie wielu rzeczy przykrych dla mnie. Jestem osobą zakompleksioną, wychowałam się w domu z problemem alkoholowym(tak jak mój chłopak), lubię samotność, nie lubię ludzi, jestem typem samotnika. Często mówię i myślę o rozstaniu. Mój chłopak chciał mi pomóc,więc poszliśmy do DDA ale spotkały nas tam nieprzyjemności.Zrezygnowaliśmy :( Dalej więc przeżywam moje depresje w samotności. Ostatnio mój chłopak zaproponował mi bym pozowała mu do zdjęć w bieliźnie... zaniepokoiło mnie to. Tłumaczy mi to tym, że to dla mojego dobra,że muszę uwierzyć w siebie i poczuć się kobietą, a ja zastanawiam się czy to nie grzech. Proszę o pomoc,nie rozumiem tej sytuacji. Proszę go by zaczekał do ślubu, ale on twierdzi, że to nic nie zmieni, bo ja będe dalej od niego uciekać.Smutno mi, że po 3 latach nadal nie wie czego pragnę. Czy mam to dla niego zrobić i czy takie postępowanie mi może pomóc. Dodam, że często mówię o sobie potwór :)

* * * * *

Absolutnie Twój chłopak nie ma takiego prawa! To są jego podchody i absolutnie nie możesz wierzyć, że to dla Twojego dobra! A odkąd to chłopak uczy dziewczynę kobiecości? Tego uczy się ona od kobiet. A następnym krokiem byłyby zdjęcia całkiem bez bielizny żebyś zaakceptowała i oswoiła swoje ciało, tak? Nie, moja Droga to podpada pod grzech nieczystości i nie wolno Ci się na to godzić, bo on po prostu chce (może nawet podświadomie) zaspokoić swoje egoistyczne zachcianki. To nie jest żadne dobro! To jest nieuprawniona próba przełamania Twojego naturalnego dziewczęcego wstydu, a na to zgadzać się nie można. Co do terapii DDA - no przykro mi, że Cię spotkały niemiłe doświadczenia, ale może te negatywne doświadczenia wynikają z tego, że przepracowuje się pewne sprawy, które bolą? Radziłabym jednak nie rezygnowac z terapii i rozpocząć ją w innym miejscu. I raczej osobno - i Ty i chłopak, bo wspólnie możecie się "nakręcać". Moniko! Rzeczywiście Twój związek wymaga przemyślenia co do oczekiwań i zasad. Poczytaj koniecznie i daj chłopakowi ten artykuł: [zobacz] oraz te: [zobacz], [zobacz]
Nie wolno godzić Ci się na wszystko, musisz wymagać od chłopaka i trwać przy swoich zasadach. Bo miłość to pragnienie dobra dla drugiego człowieka a nie własny egoizm, pisałam o tym w tym artykule: [zobacz]
I dopóki nie przejdziecie terapii nie myślcie o małżeństwie bo nie jest dobrze jak pobierają się osoby poranione, które wymagają pomocy, bo poranienia narastają i te osoby zaczynają ranić się nawzajem. Pracujcie nad tym związkiem: w dziedzinie czystości i uzdrawiania swoich poranień jeśli chcecie być razem, inaczej nie będzie dobrze. A Tobie polecam dodatkowo te odp: 421, 537, 9501490. Z Bogiem!

  Darek, 13 lat
2139
17.02.2008  
Jak powinien wygladac pierwszy kontakt?
Miłość przez internet?
Obawiam się że ona będzie chćała się całować na pierwszym spotkaniu niewiem co mam robić, przosze o pomoc
Ona chce sie ze mna spotkać choć poznaliśmy sie przez intenernet mamy sie spotkać w jej mieście choc mieszkam 2 miasta dalej niewiem co powinienem robić, wiem że daży mnie uczuciem, skłamałem bo powiedziałem jej że miałem juz dziweczyne i że mnie żuciła niewiem czy powinienem przyjechać tam i się z niom zapoznać czy tez nie, prosze o szybką odpowieć z gury dziękuje


* * * * *

Oj, trochę sobie to pokomplikowałeś, ale po kolei. Jeśli poznaliście się przez internet to oczywiście, zeby się poznać naprawdę to się trzeba spotkać na żywo. Jak będzie się chciała całować to powiedz, że najpierw musicie się poznać i że masz takie zasady, że tego nie robisz dopóki nie jesteś pewny uczucia. A żeby być pewnym to trzeba trochę ze sobą być. Ale przypuszczam, że nie będzie chciała więc bez obaw. Niedobrze, że skłamałeś, że miałeś dziewczynę, bo ona może teraz oczekiwać, że Ty doskonale wiesz jak pokierować relacją, a przecież nie wiesz i masz prawo nie wiedzieć. Najlepiej powiedzieć, że nie wiesz dlaczego tak powiedziałeś, przeproś za to i powiedz, że zrobiłeś to chciałeś zrobić na niej wrażenie. A na pierwsze spotkanie proponuję ubrać się troszkę lepiej niż na co dzień i zaplanować to spotkanie np. zaprosić ją do kina lub do parku na spacer albo na lody czy ciastko. Przygotowac sobie kilka tematów, w których dobrze się czujesz, powiedzieć o swoim hobby, o tym czym się interesujesz i pytać ją o to samo. Możesz też poprosić by pokazała Ci swoje miasto. I poczytaj o miłości przez internet odp nr: 59, 118, 1072 oraz o tym jak nawiązać kontakt w odp nr: 3, 30, 37, 134, 411, 912, 1486, 1932.

  Ania, 18 lat
2138
16.02.2008  
kiedyś, zaledwie rok temu, zakochałam się. nagle zauważyłam Marcina kolegę z klasy, którego znałam już 8 lat, a wcześniej nie zauważałam. zaczęłam go poznawać, rozmawiać z nim na gadu-gadu. coraz bardziej się w to zagłębiałam, aż on w końcu wyznał mi kogo kocha. prosił żebym pomogła mu ją zdobyć. pomogłam, choć ta porażka bolała mnie strasznie. z czasem doszłam do siebie, pozostałam z nim w przyjaźni, lecz bez żadnych poddteksów. nic nadzwyczajnego, gdyby nie to, że niedawno historia zaczęła się powtarzać. po raz kolejny "przejżałam" na oczy i zauważyłam Daniela, kolegę którego znam już 10 lat. znam go czysto teoretycznie, bo tak naprawdę niewiele o nim wiem. dotychczas żyliśmy w dwóch różnych światach, spotykając się w godzinach lekcyjnych. Coś jednak sprawiło że uważniej mu się przyjżałam.Zrozumiałam że on jest osobą, którą ja sama chciałabym się stać. czasem rozmawiamy, a ja nie mogę przestać o nim myśleć. wydaje mi się, że widzę oznaki tego iż mu się podobam, ale.... Jest jedno ale. Tak samo wydawało mi się z Marcinem, i bardzo cierpiałam gdy zauważyłam że to nieprawda. nie chcę popełnić tego samego błędu. boję się zaangażować, boję się że znów mi się nie uda. chciałabym wyjść z tej sytuacji, tak aby nie cierpieć w razie porażki, ale także nie narzucać się nachalnie, a także nie mówić wprost jakie są moje zamiary.

* * * * *

Proszę skorzystaj z rad w odp. nr: 3, 30, 37, 134, 411, 912, 1486, 1932
Jeśli on będzie odwzajemniał Twoje zainteresowanie to jest szansa. Próbuj też dowiedzieć się, czy kogoś nie ma. I jeszcze jedno: nie do końca rozumiem co masz na myśli mówiąc, że jest on osobą, którą Ty chciałabyś się stać. Rozumiem, że chodzi Ci o pewne zasady, cechy charakteru, które Ci się podobają, tak? Bo nie może być tak, że zatracamy całkowicie swoją tożsamość. Każdy człowiek jest kimś wartościowym i ma swoją indywidualność. Nie chciej zatem być taka sama, chciej być sobą. Z Bogiem!

  Anna, 34 lat
2137
16.02.2008  
Kasiu dziękuję za odpowiedź (2097). Proponowane przez Ciebie artykuły i większość odpowiedzi czytałam już wcześniej, bo śledzę problemy tutaj poruszane. Podjęłam trudną decyzję i przerwałam ten związek, jednak bardzo źle się czuję, chyba ciągle go kocham, chyba dlatego, że odpowiadał mi jego charakter, jest b. dobrym człowiekiem, czułym i wrażliwym. Jednak jego niektóre poglądy na życie i świat są dziwne. Co do jego niechęci do Kościoła, to jego uzasadnienie jest takie, że religia katolicka ma wiele nieprawiłlowości w stosunku do tego co zawiera Biblia, a on chce wypełniać wolę Boga, a nie religii. Za bardzo się zaangażowałam w ten związek i teraz mimo, że to ja zerwałam bardzo cierpię. Zostałam obwiniona za zerwanie, powiedział, że nie jestem chrześcijanką, bo kocham a zostawiam i wiele innych nie młych słów... Tylko, że ja go kochałam przez ten cały czas i dużo dałam z siebie, czekałam i żyłam nadzieją, a on jakby tego nie dostrzegał, widział tylko to, że on się dla mnie poświęca i stara się mnie zadowolić. Już myślałam, że coś się zmieni, bo zdecydował się od września iść do szkoly, żeby zdobyć średnie wykształcenie... Jednak po jakimś czasie powiedział mi, że przez te 3 lata nie będzie pracował, bo będzie musiał się uczyć... Nie wiem może później zmieniłby decyzję... Ale ja chyba już nie miałam siły na tą ciągłą niepewność. A może zbyt mało czasu nam dałam... Sama już nie wiem. Boję się, że będę żalować mojej decyzji, dlatego długo się nad nią zastanawiałam... On zerwał ze mną kontakt, powiedział, że skoro zerwałam to nie jesteśmy już razem, nie należę do niego i powinnam dać mu spokój...
Pozdrawiam i proszę o modlitwę.


* * * * *

Aniu, będę pamiętać w modlitwie. Rozumiem Twój ból. Jednak chyba jego zachowanie tylko potwierdza Twoje obawy…Ja mam takie wrażenie. Zerwałaś - obraził się i na Ciebie "zwalił" całą winę. On nigdy nie jest winny i nie widzi swoich błędów? Nie chciał pracować przez 3 lata dlatego, że będzie się uczył? W tym wieku? To niepojęte. Ludzie 10 lat młodsi od niego łączą pracę z poważnymi nieraz studiami. Aniu, powiedzmy sobie szczerze: nie czułaś się przy nim bezpiecznie, tak? A zatem nie mogłaś w pełni rozwinąć skrzydeł jako kobieta, nie mogłabyś oddać się cała w tej miłości. Bo oddać się w miłości możemy gdy mamy pełne zaufanie i czujemy się bezpiecznie. Pomyśl co by było w małżeństwie? Może byś dołączyła do tych umęczonych i sfrustrowanych żon dźwigających na swoich barkach dom, dzieci, pracę i męża lekkoducha?
Rozumiem, że jest Ci ciężko, że się miotasz. Polecam Ci te odp: 80, 526, 653, 825. Widzisz, może to Cię jeszcze bardziej zrani, ale…gdyby on naprawdę chciał poważny związek z Tobą stworzyć to by się zastanowił nad tym co mu powiedziałaś, starał się zmienić i błagał Cię na kolanach, byś mu dała szansę. A nie obrażał. A przede wszystkim swoim życiem udowadniał, że jest prawdziwym mężczyzną. Przykro mi, że nie trafiłaś na odpowiedniego człowieka, czasem tak bywa. Ale temu właśnie służy okres poznawania się - żeby podjąć właściwą decyzję. Właściwą, słuszną a nie wygodną. Może ten artykuł Cię pocieszy: [zobacz]
pisałam tam, że nie ma jednej wyłącznie przeznaczonej dla nas osoby i sami dokonujemy wyboru. Nie traktuj tego czasu jako stracony, na pewno i Ciebie i jego czegoś nauczył, czemuś posłużył. Jesteś bogatsza o to doświadczenie. Trzymaj się Aniu, wypłacz ale nie trać nadzieji. Wierzę, że Bóg ma dla Ciebie kogoś. Może zajrzysz tutaj: [zobacz]
Możesz się wpisać, a poza tym powstał krąg modlitwy za osoby samotne w intencji znalezienia męża - modlitwa w każdy poniedziałek o godz. 22. Z Bogiem!

  Karolina, 18 lat
2136
16.02.2008  
Witam! Zastanawia mnie stanowisko Kościoła w kwestii posiadania dzieci w małżeństwie. Nie chcę negowac tego stanowiskia, ale dużo myślałam dlaczego parom, które nie planują rodzenia swoich dzieci (mogą je miec) a wyrażają chcęc adopcji Kościół nie chce udzielic sakramentu małżeństwa. Przecież jeden i drugi przypadek jest postawą otwartości na życie w ten czy inny sposób. Lub jeśli kobieta nie poczuwa się w roli matki, nie odczuwa instynktu ale bardzo kocha partnera i miłośc opiera na Bogu to dlaczego uniemożliwia się takiej parze zawarcie sakramentu małżeństwa. Chyba lepiej gdyby im go udzielono niż mieli by życ na kocią łapę. Nie rozumiem. Sama nie planuje dzieci, bo ich poprostu nie lubię i mam jakąś fobię anty-ciążową (przynajmniej narazie). Nie chcę byc zmuszana do rodzenia. Czy przez to nie mam prawa byc niczyją żoną? Proszę o odpowiedź. Pozdrawiam

* * * * *

Dlatego, że w przysiędze małżeńskiej ślubujemy, iż z miłością przyjmiemy i po katolicku wychowamy dzieci, którymi nas Bóg obdarzy. ON nas obdarzy - a nie my sami się obdarzymy w sposób jaki uznamy za słuszny. Wykluczenie posiadania dzieci w drodze biologicznej (taka decyzja o tym) jest przeszkodą małżeńską. Ponadto mylisz się jeśli myślisz, że jest możliwa adopcja przez pary, które mogą mieć dzieci biologiczne ale ich nie chcą mieć. Generalnie do ośrodków adopcyjnych zgłaszają się małżeństwa niepłodne pierwotnie (nigdy nie urodziły dziecka) lub wtórnie (mają dzieci boiologiczne a potem pojawiła się niepłodność i już więcej nie mogą urodzić) albo też takie, które mają dzieci (nie są niepłodne) ale chcą zapewnić dom jeszcze innym dzieciom. Takie są najczęstsze przypadki, nigdy dlatego, że ktoś ma "taką fantazję". Spytam też Ciebie jak to możliwe, że nie lubisz dzieci a chcesz adoptować? Czy to się nie wyklucza? A ponadto: skąd wiesz, że w ogóle możesz mieć dzieci? A może jesteś niepłodna tylko jeszcze o tym nie wiesz? To, że teraz boisz się ciąży nie jest niczym dziwnym, bo jesteś bardzo młoda. Ale gdy kogoś pokochasz, wyjdziesz za mąż, zarówno u Ciebie jak i męża pojawi się instynkt rodzicielski. Tak to Bóg urządził a chęć zmiany Jego porządku nie może być przez Kościół akceptowana. Z Bogiem!

  Magda, 21 lat
2135
16.02.2008  
Choć przez całe moje życie czułam, że drogi które obieram nie są właściwymi, jeszcze nigdy nie czułam się tak zagubiona jak w ostatnich tygodniach. Właściwie sama jestem zaskoczona dlaczego wybrałam akurat tą stronę by zrzucić z siebie choć cząstkę tego co mnie dręczy, bowiem uważałam się za osobę niewierzącą. Jednak ostatnio czuję bardziej niż kiedykolwiek potrzebę zbliżenia z Bogiem. Popełniłam wiele błędów, zawsze uważałam, że życie jest po to by smakować wszystkiego co ono oferuje. Tak właśnie doprowadziłam się do sytucaji, w której wdałam się w romans, oszukując chłopaka, który kocha mnie bardzo mocno. Z początku czułam, że kontroluje sytuację, teraz jednak uczucie do mężczyzny, z którym oszukiwałam swojego chłopca stało się tak silne, że poprosiłam o przerwę w związku. Mężczyzna będący z początku przygodą chciałby związku...a ja tkwię bezczynnie po środku nie wiedząc jak się w tym wszystkim odnaleźć...Czy jestem zła? Bo czuję się zepsuta...

* * * * *

A ten mężczyzna wie o chłopaku? Możesz stworzyć z nim normalny związek? Mam na myśli to czy on jest kawalerem, czy nie jest z nikim związany? Jeśli tak i jeśli oboje tego chcecie to musisz podjąć zdecydowane kroki. Musisz porozmawiać z chłopakiem tak delikatnie jak potrafisz i powiedzieć, że nie możesz z nim być. Zrób to tak, by jak najmniej go poranić, więc oszczędź szczegółow tamtego zwiazku. On z pewnością wyczuwa, że coś jest nie tak, bo przerwa w związku zwykle nic dobrego nie zwiastuje, może nawet się domyśla. Owszem, nawarzyłaś piwa no i trzeba go wypić. Dalsze tkwienie w takim układzie nie ma sensu, bo poranisz go jeszcze bardziej. Lepiej, żeby miał jasność sytuacji i nie robił sobie nadzieji. Bolało będzie i tak - i Ciebie i jego, ale tego nie unikniesz. Poczytaj jeszcze te odp: 33, 77, 90, 119, 185, 224, 680, 241, 248, 304, 1091, 1161, 1563 tam pisałam o tym jak się rozstać.
Tylko zrób to zdecydowanie, nie zostawiając sobie furtek. Oczywiście jeśli wszystko dobrze przemyślałaś. Z Bogiem!

  Basia, 33 lat
2134
16.02.2008  
Witam,
moje pytanie dotyczy problemu samogwałtu w małżeństwie.Konkretnie,jestem meżatką z czteroletnim stażem a problem który mnie bardzo boli dotyczy samogwałtu mojego męża.Jakiś
czas temu zorientowałam się,że taka sytuacja ma miejsce w naszym małżeństwie.Odkąd poznałam tajemnicę męża o czym on nie wie nie mogę sobie z tym poradzić bo wiadomo ,że jest to nasz wspólny problem bo stanowimy jedność małżeńską.Mąż w stosunku do mnie nigdy nie był bardzo wylewny owszem okazywał mi swoje uczucie ale nie lubił za często mnie całować.Pamiętam nasze czasy zakochania było pięknie nadal się kochamy ale czuję,że mój mąż jest jakby zamknięty częściowo na mnie owszem istnieje między nami miłość fizyczna tzn. współżycie ale coś jest nie tak.
Bardzo proszę o radę ,jak mam się zachować w obliczu takiego problemu ,co zrobić.Moje życie nabrało szarych kolorów bo jestem z tym sama choć wielokrotnie modlę się do Pana Boga o pomoc ale nic nie wiem.Jest mi bardzo przykro bo kocham swojego męża i nie wiem co robię źle ,że tak się dzieje.Proszę o pomoc.Będę cierpliwie czekała na odpowiedź.
Pozdrawiam
Basia


* * * * *

Droga Basiu! Wejdź na stronę: www.onanizm.pl, poczytaj rady i świadectwa, z pewnością osoby na tamtym forum doradza Ci profesjonalniej. A potem powinnaś porozmawiać z mężem. Rozumiem, że temat bardzo delikatny i drażliwy, ale - tak jak piszesz - to teraz Wasz wspólny problem i razem musicie go rozwiązać. Udawanie, że nic się nie dzieje nie ma sensu. Podejrzewam, że problem istniał przed ślubem i Twój mąż tak przyzwyczaił się do tych zachowań, że jest to pewien nałóg i ciągle - jak w każdym nałogu - potrzebuje "dawki". To naturalnie musi odbijać się na Waszym współżyciu bo mąż na wdrukowane pewne mechanizmy zachowań seksualnych, zaspokojenia itp. że trudno mu nagle przestawić się na inne tory. Naturalnie jest możliwe wyjście z tego, uleczenie i normalne relacje małżeńskie. Natomiast trzeba nad tym popracować. Na podanej stronie znajdziesz fachowe porady.
Najpierw poczytaj jak porozmawiać z mężem tak by go nie urazić a potem przeprowadź taką rozmowę w sposób najdelikatniejszy jak potrafisz. Powiedz, że to Wasz problem, że będziesz go wspierać, że czujesz, że coś jest nie tak, że chcesz mu pomóc - rozumiesz, tak, by nie poczuł się atakowany i oskarżany. By nie czuł, że jego krytykujesz tylko odnosisz się do problemu. By czuł że jego akceptujesz i kochasz tylko problem należy rozwiązać. Dobrze, że to zauważyłaś i że chcesz coś z tym zrobić. Pozwól mu też się "wygadać" - niech powie co może jest nie tak, czego mu brakuje we współżyciu, w małżeństwie. Módl się też o światło Ducha św. i siłę dla męża, by potrafił to przezwyciężyć. Delikatność i konsekwencja - i będzie dobrze. Z Bogiem!

  Paulina, 21 lat
2133
15.02.2008  
Witam,
na wstępie chciałam podziękować za tę stronkę, Pani pomoc i wsparcie.
Piszę do Pani bo nie mogę poradzić sobie z pewną sprawą.
Jestem osobą wierzącą, należałam do wielu wspólnot.
W moim życiu do wieku lat 18 raczej nigdy nie było miejsca na związki. I w tym okresie obiecałam sobie, że jako osoba, która bardzo poważnie podchodzi do tej kwestii i nigdy związku nie stworzyła, mogę być jedynie z kimś, dla kogo również jest to poważna decyzja i pierwsza taka.
Pierwszy związek w wieku lat 20-obecnie widzę, że była to dziecinada i raczej było to czyste zauroczenie, bez więzi psychicznej, prawdziwych i głębokich rozmów.
Związek skończył się po 2 miesiącach.
MIałam wielki żal do siebie o to, że związałam się i że sprawy tak się potoczyły.
A przecież zawsze chciałam, aby mój pierwszy chłopak był tym ostatnim...
POtem kilka miesięcy przerwy i w moim życiu pojawił się kolejny chłopak.
Zainteresował mnie swoją pogodą ducha, odrobiną szaleństwa.
Jednak był to chłopak bardzo rozrywkowy (częste imprezy, alkohol) i nasi znajomi raczej nie dawali nam dużych szans.
Jednak to nas nie zraziło i postanowiliśmy stworzyć pielęgnować naszą relację.
Jestem z nim już 3 miesiące (jego najdłuższy związek trwał 2 miesiące tylko dlatego, że dzieliła ich duża odległość i rzadko się widywali). Widujemy się bardzo często-średnio co drugi dzień.
Nigdy w życiu z nikim nie byłam tak związana psychicznie, nasze spotkania opierają się na głębokich rozmowach.
Przechodzi wilką zmianę zauważalną przez wszystkich i sama jestem pod wrażeniem.
Niestety on nie jest wierzący, mimo iż pochodzi z rodziny chrześcijańskiej i zależy mu również na bliskośći fizycznej.
Rozmawialiśmy na ten temat i póki co nie nalega.
Okazało się, że on już ma swój "pierwszy raz" za sobą :(
Ta informacja mnie rozbiła. Zawsze obiecywałam sobie, że mój chłopak musi być "czysty"...
Próbowałam postawić się przed wyborem.. ale jest dla mnie tak ważny, że nie potrafię.
Jak sobie z tym poradzić ?
Z góry dziękuję


* * * * *

Mohja Droga! Utrata dziewictwa to jest fakt. Nie można go zmienić, można się pogodzić lub nie, pisałam o tym w tych odp: 616, 961, 1070, 1819, przeczytaj.
Natomiast naturalnie nie jest to to smao co czystość, bo czystość można i należy zachowywać mimo braku fizycznego dziewictwa. O tym jak jest to ważne w związku pisałam tutaj: [zobacz] Polecam też ten artykuł: [zobacz].
Rozumiem jednak, że Twój chłopak nie podziela Twoich pogladów. To, że jest niewierzący jest czymś co Was dzieli i wpływa na wiele dziedzin. Da się z tym founkcjonować, pisałam o tym w odp nr: 69, 466, 1682, 1358, 1710 natomiast nie jest tak, że to Ty masz się do niego dostosować, do jego reguł. Jeśli on Cię kocha to nawet jeśli nie wierzy w czystość przedmałżeńską z szacunku do Ciebie, do Twego ciała i Twoich zasad nigdy Ci seksu nie zaproponuje, nie będzie nalegał. Bo miłość jest pragnieniem dobra dla drugiego człowieka a nie zaspokojeniem własnego egoizmu. Jeśli dogadujesz się z tym chłopakiem (choć uważałabym na tą jego "rozrywkowość" - alkohol w tym wieku?) to wymagaj od niego. Ustalcie granice i zasady Waszej relacji. Postaw jasno swoje oczekiwania i nie naginaj zasad. Tylko w ten sposób możesz pokazać chłopakowi, że wiara jest czymś wartościowym i może on przez to przybliży się do Boga. Natomiast na pewno negatywnie wpłyną i na Ciebie i na niego i na całą relację Twoje ustępstwa. A odnośnie jego niewiary polecam mu te odp: 1180, może ma po prostu zły obraz Boga? Pokazuj mu swoim życiem, że może być inaczej. Módl się o to. Z Bogiem!

  Natalia, 22 lat
2132
14.02.2008  
Szczesc Boze. Moje pytanie dotyczy czystosci przedmalzenskiej. Wiem co jest niedozwolone. z moim chlopakiem nie wspolzyjemy, nie uprawiamy pettingu. Chcialam zapytac co w takim razie jest dozwolone aby okazywac sobie wzajemnie milosc. Uwazam, ze jesli sie kogos kocha to ludzi laczy nie tylko wiez duchowa, ale pojawia sie rowniez namietnosc. przeciez nie jestesmy bratem i siostra i chcialam zapytac jak mozemy ja sobie okazywac by nie popelniac grzechu. Czy np.namietne pocalunki, spanie w jednym lozku, przytulanie sie do siebie i glaskanie jest grzechem?! jesli tak to co zakochani ludzie tak naprawde moga robic. w dzisiejeszych czasach rozwiazlosci seksualnej ludzie robia naprawde straszne rzeczy. My nie chcemy byc tacy jak oni, szanujemy siebie i okazujemy sobie dobro. Ale odczuwamy rowniez potrzebe bliskosci i nie badzmy hipokrytyczni i przyznajmy ze taka potrzebe odczuwaja wszyscy narzyczeni. Czy mozemy sie kochac czyta miloscia a jednoczesnie byc blisko siebie fizycznie? jakie formy milosci cielesnej sa dozwolone by n ie popelniac grzechu. z gory dziekuje za odpowiedz. pozdrawiam!

* * * * *

Polecam najpierw ten artykuł: [zobacz], te odp: 530, 739 oraz ten link: [zobacz]
Oczywiście, że jak ludzie się kochają, jak wzrasta bliskość dusz pojawia się potrzeba bliskości fizycznej. I tu pojawia się dylemat. Ja naturalnie nie mogę Ci powiedzieć jednoznacznie co jest grzechem bo taką kwestię może rozstrzygnąć tylko spowiednik i do niego musisz się zgłaszać w indywidualnym przypadku. Z całą pewnością jednak powiem, że absolutnie negatywnie wpływają głębokie pocałunki i spanie w jednym łóżku - bezwględnie należy tego unikać! Bo nawet jeśli w Tobie nic się nie dzieje to w chłopaku na 100 % się gotuje. I nawet jeśli on temu zaprzecza bo nie chce się przyznać, że nie panuje nad swoim organizmem to tak jest. A jakby tak nie było to znaczy, że nie rozwija się prawidłowo i powinien skonsultować się z lekarzem. Ja zawsze na takie pytanie odpowiadam, że dozwolone są takie gesty przez które miłość wzrasta, przez które godność osoby jest podniesiona. Takie po których moglibyście z czystym sumieniem natychmiast przystąpić do Komunii św. Takie, na które pozwoliłabyś córce. Zawsze lepiej zrobić mniej niż potem zastanawiać się czy to był grzech, czy za bardzo się nie podnieciliśmy czy trzeba iść do spowiedzi. Po co? Trzeba sobie wyznaczyć granice, bardzo konkretne, nawet je spisać. I jeśli zdarzy się upadek pójść do spowiedzi. Nie można wszystkiego puszczać na żywioł, nie można nie planować randek. Każda musi być zaplanowana, bo inaczej nie ma co robić i zaczynają się przytulanki " z braku laku". Moja Droga to nie jest tak, że nic nie wolno, nie jest tak że wszystko jest grzechem. Ale nawet jeśli nie jest to może być niepotrzebnym pobudzeniem prowadzącym do reakcji, która nierozładowana nie znajduje ujścia i prowadzi do nerwic. Naprawdę. Po co się męczyć?
Powtarzam jeszcze raz: jeśli możecie z czystym sumeniem spojrzeć po jakimś geście w oczy Jezusowi to jeśli Wasze sumienia są dobrze ukształtowane będzicie wiedzieli czy coś jest dobre czy nie. I zawsze w razie wątpliwości powiedzcie o nich spowiednikowi. No i módlcie się razem na każdej randce, tak króciutko - będą mniejsze pokusy. Da się czysto przeżyć narzeczeństwo nie bojąc się, że każde dotknięcie jest czymś złym. Z Bogiem!

  mary, 24 lat
2131
14.02.2008  
Witam serdecznie! Żeby pokochać trzeba zaryzykować. Czasem ryzykuje się rozstanie. Jest dużo listów i odpowiedzi jak poradzić sobie z bólem po rozstaniu, ale często zdarza się tak,że ktoś porzucił drugą osobę, zdradził, postąpił źle. Ja natomiast proszę o porady, dobre słowo dla tych, którzy z szacunku...i być może z miłości muszą odejść,rozstać się. Jak poradzić sobie? jak podjąć decyzję o rozstaniu, kiedy nie widzi się przyszłości dla zwiążku, ale ludzie nie kłócą się, są dla siebi mili i chcą dla siebie dobra?jeśli są sobie przyjaciółmi ale jednak z różnych względów nie mogą być razem?Czas upływa, rodzi się frusracja, a decyzja o rozstaniu przeszywa serce...

* * * * *

Trochę mam wątpliwości w takim przypadku czy rozstanie jest słuszne. Bo gdy "o nic nie chodzi" to co jest tak naprawdę powodem rozstania? Często jest nim niewłaściwe rozumienie miłości i branie za miłość zakochania. Wtedy zaś gdy gasną emocje pojawia się pustka i myślenie, że coś się skończyło, a to nie musi być prawda, pisałam o tym w tym atykule: [zobacz] . Zapytam też jak długo byliście ze sobą. Bo czasem takie decyzje podejmowane są za szybko i ludzie nie zdążą się dobrze pozanć. Coś ich zrazi do siebie i stwierdzają, że to nie ten człowiek. A tymczasem w miłości potrzeba zaryzykować. A to ryzyko to spotykanie się i poznawanie. Czasem trochę "na siłę" - naprawdę. Troszkę, tzn. pomimo tego że nie czujemy wielkich emocji i nic konkretnego nas w tej sobie nie pociąga. Nie bardzo wiem jak to jest rozstać się " z szacunku", no bo owszem są nieraz sytuacje gdzie nie możemy być razem bo np. ta osoba już pozostaje w związku małżeńskim albo ma kompletnie inne poglądy i wartości albo jest tak daleko, że nie decydujemy się na taką znajomość. Ale zawsze "coś" jest. Jakie rady dla takich osób? No w zasadzie takie same jak dla innych rozstających się. I też nie wierzę w tym przypadku w przyjaźń. Bo czy obie osoby podejmują decyzję o rozstaniu? Obie, bez żalu czy zawsze impuls jest z jednej strony i druga czuje żal? Jeśli tak jest nigdy nie będzie przyjaźni, bo albo będzie nadzieja albo żal. I lepiej tak się nie przyjaźnić, bo za jakiś czas będą próby powrotru i jeszcze większe poranienie. Moja Droga, jeśli faktycznie chcecie się rozstać to zróbcie to. Jeśli na myśl o rozstaniu czujecie ulgę to faktycznie będzie właściwa decyzja. A rady takie same jak w innych przypadkach: brak kontaktu, nierozpamiętywanie co by było, modlitwa. Danie sobie czasu na uleczenie serca i nie angażowanie się zbyt szybko w inny związek by nie porównywać. No i nie kontynuowanie tej relacji w postaci przyjaźni. Z Bogiem!

  Jagoda, 19 lat
2130
12.02.2008  
Już rok jestem z moim chłopakiem. Jest cudownie.. Oboje jesteśmy szczęśliwi.Od początku jest z nami Bóg.Razem chodzimy do kościoła i się modlimy. Dbamy o wszystko,by sie rozumieć, wysłuchać,by zachować całkowitą czystość.Dziękuje Bogu,że postawił na mojej drodze akurat tego chłopaka.To on stróżuje nad naszą czystością,a ja nie muszę sie o nic martwić.On robi wspaniałe rzeczy,jest przy mnie kiedy go potrzebuje,zawsze wie kiedy jestem smutna i potrafi mnie słuchać,choć ja gadam zbyt dużo.. Gdy patrze na niego,jestem pewna że chciałabym,żeby moje dzieci miały właśnie takiego ojca. Choć nieraz często zdarzają się nieporozumienia,to zawsze potem potrafimy zauważyć swoje błędy i naprawić je. Jednak jest coś co najczęściej sprawia nam trudność.Chodzi o to,że ja uczę się o wiele lepiej od Niego...Jemu trudno przychodzi nauka..czasami widzę że chce,ale mu nie wychodzi.Czasami tak bardzo chciałabym zamienić się z nim,żeby to jemu przychodziło łatwo. Czasami mam żal do Boga,że stworzył tak wspaniałego człowieka,ale z trudnościami do nauki.On jest kochany,robi wszystko zgodnie z nauką Chrystusa,dba o mnie i mój rozwój.Ja jestem najszczęśliwsza na świecie,ale czasami boję sie tego co będzie w przyszłości. Jaką on będzie miał prace?Czasami w Niego nie wierze,nie wierzę że zdoła sie nauczyć, że da sobie radę na studiach,skoro tak ciężko mu sie uczy...On mówi że chce studiować,że chce do czegoś dojść,ale ja czasami w to nie wierzę.. Dlaczego wszytko jest tak piękne i dobre, a ta jedna rzecz czasami sprawia tyle problemów..? wiem że to nie jest ważne,ale wiadomo że chciałabym żeby mój mąż miał dobrą pracę... a tego sie boję.. Kocham go i myślę że to właśnie on będzie moim mężem, ale nie chce żeby było tak,że ja będę zawsze jakby wyżej od niego...:( potrzebuje zmienić swoje myślenie,, to takie trudne...

* * * * *

Jagodo Twoje rozterki są normalne a Twoje oczekiwania słuszne. Naturalnie, że mąż powinien mieć taką pracę, by utrzymać rodzinę, bo nie zawsze kobieta może pracować. Zresztą taka jest jego rola w rodzinie. Tylko wiesz, nie zawsze musi się to łączyć ze skończonymi studiami. Oczywiście, to jest pożądane, by się uczyć i wykorzystywać swoje zdolności ale jeśli komuś mimo przykładania się i solidnego zaangażowania nauka idzie ciężko to lepiej by został dobrym fachowcem i założył np. swoją firmę. W ten sposób będzie miał i pieniądze i satysfakcję a nie ciągłą frustrację, że np. pracuje w urzędzie ale idzie mu najgorzej, zarabia mało. Nie jest chyba najlepiej jeśli ktoś kończy jakiekolwiek studia i znajduje jakąkolwiek pracę i zarabia jakiekolwiek pieniądze - no ale ma wykształcenie. Lepiej jest być dobrym fachowcem i mieć satysfakcję z pracy. Inną natomiast rzeczą jest ta różnica wykształcenia między Wami, tego poczucia, że Ty jesteś może na trochę innym poziomie intelektualnym niż on i trudniej Wam się porozumieć, bo on "nie czuje" niektórych tematów. No cóż, tak bywa. Jeśli możesz z tym żyć, jeśli w innych dziedzinach się dogadujecie to musisz przemyśleć na ile jest to dla Ciebie ważne. I musisz pogodzić się z pewnymi rzeczami a nie zmieniać chłopaka na siłę. Bo takie zmienianie nie ma sensu - on będzie się czuł nieswojo i ciągle będzie miał poczucie, że Ci nie dorównuje. No bo nie dorówna, a Ty ciągle będziesz niezadowolona. Droga Jagodo poczytaj te artykuły [zobacz], [zobacz]
i te odp.: 568, 674, 715, 966, 970, 1005, 1101, 1102 i pomyśl: a jeśli Twój chłopak by się nie zmienił, a jeśli nie miałby studiów albo nawet miał ale nie pracował w swoim zawodzie tylko robił coś innego to czy byś mogła to zaakceptować? Czy inne jego zalety by to zrównoważyły? Bo widzisz miłość to też akceptacja, choć naturalnie nie taka "ślepa" i oczywiście trzeba dopingować chłopaka do rozwoju i lepszej pracy. Trzeba wymagać i pomagać sobie nawzajem. Ale trzeba też w końcu stanąć przed granicą, za którą "już nic się nie wyciśnie" i trzeba to tylko przyjąć. Albo nie przyjmować jeśli nam to przeszkadza ale wtedy jest to nieprzyjęcie całej osoby. Każdy jest inny, każdy ma swoje zalety, wady, zdolności - no takich nas Bóg stworzył. I Twojego chłopaka skoro stworzył go takim to nie przez przypadek. Może akurat on faktycznie będzie miał konkretny zawód, swoją dużą firmę a Ty będziesz się przy nim czuła bezpiecznie i nie będziesz się musiała martwić o przyszłość? Niech rozwija w sobie to co lubi, niech w tym się doskonali i może z tym wiąże przyszłość? A Ty go naturalnie do tego zachęcaj, bo mężczyzna realizuje się w pracy zawodowej - takiej, którą lubi. Wtedy jest spełniony i wtedy też będzie chciał i potrafił zadbać o rodzinę. Zaufaj i doceń to jak się stara nie nie tylko jaki jest tego efekt, z Bogiem!

  Ula, 20 lat
2129
12.02.2008  
Witam ciepło.
Wielokrotnie czytałam już kącik MCM i przyznam szczerze, że nie sądziłam, iż kiedyś sama będę potrzebowała odpowiedzi... Interesuję się relacjami damsko-męskimi, co często okazuje się pomocne, ale w tej chwili czuję się zagubiona.
Od razu przejdę do rzeczy: podoba mi się pewien chłopak. Co więcej, zdawało mi się, że ja mu też. Starałam się do tego podchodzić w miarę rozsądnie, nie pozwolić hormonom, by wzięły nade mną górę i wyprawiały głupstwa... Dałam sprawom czas, by się spokojnie rozwijały. I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że pojawiły się plotki - plotki mówiące o (ujmując delikatnie) niepewnej orientacji mego wybranka. Ale tylko plotki... Wkrótce potem w rozmowie on sam stwierdził, że jeszcze do końca nie wie, czy kręcą go chłopcy, choć nie wyklucza to też zainteresowania dziewczynami...
Pierwszy raz jestem w takiej sytuacji. A nie ma między nami jeszcze takiej relacji, bym mogła go o coś więcej zapytać. Niby jest wierzący, ale... Nie wiem, po prostu nie wiem. Gdyby mogła mi Pani napisać coś z perspektywy osoby dojrzalszej, osoby, która widzi to wszystko z dystansu - byłabym bardzo wdzięczna.
Z góry dziękuję i życzę wielu łask bożych w Pani życiu!


* * * * *

Droga Ulu, bardzo dziękuję za życzenia.
Cóż, problem rzeczywiście chyba istnieje skoro on sam tak się wypowiedział. Jeśli będzie okazja podeślij mu tą stronę: www.odwaga.oaza.org.pl
Jeśli ma wątpliwości to świadectwa osób, rady, artykuły pewnie je rozwieją. Bo z homoseksualizmu wyjść można. Naturalnie, żeby się nie zgalopować - ja nie twierdzę, że on nim jest! Powiem więcej. Tak naprawdę połowa osób zwłaszcza w młodym wieku twierdzących, że są innej orientacji po prostu nie może utożsamić się z własną płcią. I nie dlatego, że ma jakieś skłonności czy geny tylko dlatego, że albo ma negatywny obraz ojca w domu albo nie znajduje akceptacji wśród rówieśników np. chłopak jest trochę słabszy fizycznie i na w-fie jest wyśmiewany. Zamyka się w sobie, czuje, że nie dorównuje choć się strara, czuje żal i odwraca się od "tych, którzy go krzywdzą". Wie, że nie jest taki sam jak rówieśnicy i jest to źródłem jego frustracji, więc ucieka w inny świat: świat mężczyzn delikatnych, takich, którzy go nie wyśmieją, zaakceptują. Albo chłopak ma zdolności artystyczne i nie lubi się bić. I działa taki sam mechanizm. Tak więc moja Droga jestem prawie pewna, że u Twojego kolegi jest "tylko" coś nie tak z jego akceptacją przez męską część świata - nie całą naturalnie, ale nieraz wystarczy upokorzenie przez jednego, dojrzałego mężczyznę. W szczególności ojca. Może zatem na razie spróbujesz mu podsunąć książkę Johna Eldredge "Dzikie serce" - o męskości. Ma ona zbawienny wpływ na chłopaków i bardzo dopinguje od rozwijania męskich cech. Mów mu też w miarę możności, że jest np. silny lub kompetentny - to go dowartościuje i pomoże uwierzyć się w siebie. A jeśli faktycznie ma wątpliwości podeślij tą stronę, o której wspomniałam na początku. Możesz też mu polecić książkę Alan Medinger "Podróż ku pełni męskości". No a co do Ciebie: hmm, uczuciom nie zapobiegniesz, natomiast zobaczysz w miarę rozwoju sytuacji czy chcesz się zaangażować. Bo musisz pamiętać o sobie i nawet chęć pomocy jemu nie może przesłonić w tym wszystkim Ciebie. Ja życzę, żeby sytuacja się wyklarowała. Podejdź do tego z takim dystansem jaki jest możliwy. Z Bogiem!

  agnieszka, 18 lat
2128
11.02.2008  
to ja z pytania 1887
od tego momentu mineło już trochę czasu ale wszystkie kłotnie *(które się zdarzają są na tle religijnym- sprawy związane z seksem)
Ostatnio miałam okazję usłyszeć, że mam absurdalne poglądy, że to że uważam petting za grzech ciężki to jest nienormalne, że coś co wynika z miłości nie może być grzechem ciężkim, a nawet jak księża tak mówią to tak naprawdę tak nie uważają tylko muszą tak mówic, zeby neiktórzy sobie na za duzo nie pozwalalali ( bez miłosci), poza tym jego mama jest dla niego autorytetem i ona kiedys rozmawiala z ksiedzem który powiedzial ze antykoncpecja jest grzechem lekkim i on terraz tez jest tak swiecie przekonany nawet jesli jakis inny ksiądz powiedzial by inaczej to pewnie go to nie przekona po prostu mam dosc strasznie go kocham a musimy sie kłocic o takie rzeczy nie chcę z nim zrywać a boje sie ze nigdy pod tym wzgledem się nie dotrzemy... Choc tak bardzo bym chciala, boje się także o jego duszę, chcę dla niego jak najlepiej najgorsze jest to ze on to co mówi naprawdę w to wierzy, niewiem jak mu pomóc on jest do kościoła negatywnie nastawiony, czy to jest wogole możliwe że on kiedykolwiek zmieni poglądy? :(


* * * * *

Jest szansa, że zmieni poglady ale musiałby porozmawiać z jakimś mężczyzną, który byłby dla niego autorytetem. Wiesz zrobiono badania i wyszło, że nawrócony mężczyzna pociąga za sobą 87 % członków rodziny, a nawrócona kobieta tylko 17 %... Dlatego szczególnie dla chłopaka najbardziej wiarygodne byłoby świadectwo mężczyzny, który ma odpowiednie poglądy (ksiądz, Twój ojciec, może jakiś wujek albo jakims mężczyzna na rekolekcjach). To co piszesz to już naprawdę poważne sprawy. Absolutnie petting jest grzechem ciężkiem i nie księża to wymyślili. Antykoncepcja także jest grzechem ciężkim. W ogóle ja nie bardzo rozumiem dlaczego on tak uparcie drąży już teraz te tematy dotyczące etyki małżeńskiej. Owszem, trzeba znać swoje poglądy przed ślubem i wypracować wspólną postawę ale u Was do tego ślubu to chyba jeszcze daleko, co? Moim zdaniem (może się mylę) chłopak może mieć problemy z czystością (np. masturbacja?) i koniecznie szuka usprawiedliwienia w dziedzienie czystości. Stąd te kłótnie w tej problematyce, stąd ataki na księży, stąd szukanie potwierdzenia, że wszyscy tak robią.
Agnieszko! Przykro mi, że to Was dzieli, ale nie daj się przekonać do złego. To Ty masz rację i trwaj w tej swojej racji. Zasady są takie same dla wszystkich. Nie można ich nagiąć do nikogo, bo nie chłopak ma być autorytetem i oparciem a Bóg. Bo to Bóg stworzył i odkupił. Tak jak mówiłam - rób swoje, pokazuj swoją postawą i nie ustępuj. Podsuwaj książki, może pojedziecie na rekolekcje? Na pewno nie ulegaj "z miłości" a już absurdem jest to co powiedział, że "coś co wynika z miłości nie może być grzechem" bo jeśli coś jest grzechem NIGDY nie wynika z miłości. Tak łatwo myli się miłość z własnym egoizmem i przyjemnością, prawda? Koniecznie przeczytajcie (oboje) ten artykuł: [zobacz]
Trzymaj się Jezusa a On Cię nie zostawi, z Bogiem!

  Andzia, 23 lat
2127
10.02.2008  
Witam. Nie potrafię zrozumiec własnych uczuc, własnego zachowania. Poznaję chłopaka, spotykamy się, rozmawiamy, poznajemy...Wydaje mi się,że to człowiek, którego szukałam.On wykazuje duże zainteresowanie mną a ja je odwzajemniam. Po pewnym czasie jesteśmy parą i w tym momencie mnie nachodzą ogromne wątpliwosci. Czy to Ten? Czy dobrze zrobiłam,zgadzając się na ten związek? Od tego momentu zaczynam się wycofywac, już się nie angażuję a wręcz robię wszystko żeby zniechęcic chłopaka do siebie. I w końcu zrywam związek i znajomośc :( bez konkretnej przyczyny. Dodam,że były to "czyste" związki, nie współżyliśmy ze sobą, nie pieściliśmy sie, były tylko pocałunki.Zdarzyło się to już kilka razy. Nie potrafię dotrzec do przyczyny takiego postępowania, nie wiem dlaczego na początku jestem zainteresowana i zaangażowania a potem rezygnuję :( Proszę o jakiąś radę. Pozdrawiam :)

* * * * *

Przeczytaj ten artykuł: [zobacz] bo może mylisz miłość z zakochaniem? A może to kwestia oczekiwań? O tym tutaj: [zobacz], [zobacz] . Generalnie to pewnie kieruje Tobą jakiś lęk. Tylko przed czym? Przed tym, że to będzie już taki poważny związek i może doprowadzić do małżeństwa? Przed tym, że Ty nie jesteś tak zaangażowana jak chłopak? Jeśli tempo jest za szybkie, jeśli czujesz, że nie dorównujesz to poproś chłopaka o czas, o zwolnienie tego tempa, nie rób nic na siłę i wbrew sobie. Chłopak do końca nie jest taki jak Twoje wyobrażenia? Nikt nie jest idealny, nikt nie jest dokładnie taki jak to sobie wymyśliliśmy, natomiast inny nie znaczy gorszy. Musisz dotrzeć do sedna tego "dlaczego". Bo nie uwierzę, że nie ma przyczyny, ona jest choć może sobie jej nie uświadamiasz. Może masz negatywny obraz małżeństwa rodziców? Trudno mi coś doradzić, bo Ty sama znasz siebie i sama musisz dotzreć do tego co tak naparawdę się w Tobie dzieje. Natomiast doradzam przełamanie się. Nawet jak masz te wątpliwości nie wycofuj się. Spotykaj się dalej, poznawajcie się, no musisz zaryzykować. Bez ryzyka może się nie sparzysz ale też niczego nie zyskasz. Nawet jeśli okaże się że to nie to to będziesz wiedziała dlaczego. Ja rozumiem, że to jest nowe, nieznane, takie "wielkie", poważne, ale spróbuj. Jak raz się przełamiesz zobaczysz, że to nie takie straszne. Musisz przekroczyć tę linię, której się obawiasz. Tak właśnie rodzi się związek - trochę przez ryzyko. Odwagi, z Bogiem!

  Inka, 22 lat
2126
10.02.2008  
Witaj!:) Mam pewne wątpliwości. W moim wieku powinnam już chyba wiedzieć jakie jest moje powołanie, albo przynajmniej sie domyślać. Ciągle jednak trwam w takim rodzaju zawieszenia. Nigdy nie miałam chłopaka, owszem dużo chłopaków i mężczyzn przeszło przez moje życie i starałam się każdego ewangelizować, albo się chociaż zakolegować. Ale stałam jakby na zewnątrz, zwykle radziłam innym, wysłuchiwałam spraw sercowych innych. Byłam zakochana, ale nic z tego nie wyszło. W sumie boję sie, że mogłabym kogos skrzywdzić, rzadko odczuwam coś w rodzaju zainteresowania, gdy ktoś mnie podrywa. Tak naprawdę rzadko to zauważam, a jeśli już to po jakimś czasie, gdy już ktoś poczuł sie przeze mnie odepchnięty. Boję sie własnie tego, że rzadko czuję cos więcej oprócz sympatii. Każdemu życzę wiele dobra, wiem, że mogą spotkac na swej drodze kogoś, kto ich doceni i prawdziwie pokocha.
Mam jednago przyjaciela, rodzice sądzą że on jest tak jakby moim chlopakiem, niektórzy sugerują mi, że od przyjaźni tak naprawdę sie zaczyna miłość. Tylko, no własnie, kiedy ja wiem, że on może spotkać dziewczynę, przy której będzie szczęśliwy. I on jest dla mnie jak brat. Chociaż naprawdę ludziom trudno to wytłumaczyć. Czasem cieszę się, że jestem i byłam sama, w samotności widzę więcej dobrych stron. Chociaż niekoniecznie do końca dobrze sie z tym czuję. Nie wiem, czy mam inne powołanie? Czy naprawdę polega to tylko na długim chodzeniu ze sobą i przyzwyczajeniu się? Czy na zaangażowaniu się? Jeśli tak to wydawało by mi sie to za proste, zbyt oczywiste, jakieś takie zbyt smutne, zbyt rozsądkowe. A jeśli już spotkałam swą drugą ,,połówkę'' i ten ktoś mnie nie chciał, czy możliwe by było jeszcze kogos poznać? Czy to byloby w porządku wzgledem tej innej dziewczyny z którą mógłby być szczęśliwy?


* * * * *

Co do ostatniego pytania: nie ma przeznaczenia w miłości i naturalnie jest możliwe poznanie kogoś z kim będziemy szczęśliwi, nawet jeśli z inną osoba być nie mogliśmy lub nie chcieliśmy, więcej o tym tutaj: [zobacz] Wiesz, w wieku 22 lat można się jeszcze zastanawiać nad powołaniem, bo nie każdy człowiek jest taki sam i u każdego skomplikowane procesy na płaszczyźnie psychicznej i duchowej przebiegają inaczej. Nie wiem naturalnie co jest Twoim powołaniem, ale cieszę się, że tak dogłębnie się nad tym zastanawiasz. Rozumiem jednak, że nie o powołanie zakonne Ci chodzi bo o nim nie piszesz. Co do samotności zaś ja nie uważam, by było to powołanie "samo w sobie" i pisałam na ten temat w tym artykule: [zobacz] A co do tych początków miłości. Zakochanie nie jest naturalnie konieczne by stworzyć miłosny związek, pisałam o tym w odp nr 13. I naturalnie jest tak, że poznanie się, chodzenie ze sobą są dobrym wstępem i wręcz koniecznością, z tym, że zaangażowanie się musi nastąpić. Z tym, że nie chodzi mi o samo zaangażowanie uczuciowe, choć uczucia temu towarzyszą. Nie chodzi też w miłości o samo przyzwyczajenie się do siebie, bo to faktycznie byłoby trochę smutne. Musi być tak, że drugi człowiek czymś nas pociąga i to niekoniecznie urodą czy sposobem bycia, choć tak też może być. Może to być jego charakter, wiara, dobroć, pasja. Samo to w sobie nie wystarczy ale jest początkiem dzięki któremu chcemy kontynuować relacją z tą osobą. Jeśli do Twojego przyjaciela czujesz jakiś sentyment, czymś Ci imponuje, masz ochotę z nim się spotykać i rozmawiać, czujesz, że możesz na nim polegać to może być dobry wstęp. Może, choć nie musi. Może powinnaś daś sobie więcej czasu i choćby dopuścić taką myśl, że mogłabyś być z nim? No i pytanie też co on na to, jak on to odbiera? Polecam Ci w tej mierze także odp nr: 201, 646, 1120 oraz ten artykuł: [zobacz] I życzę owocnych przemyśleń i decyzji. Z Bogiem!

  Misza, 17 lat
2125
09.02.2008  
Szczesc Boze.. niedawno odkrylam Wasza stronke i bardzo duzo czytalam na temat milosci. Mozna wiele sie dowiedziec i przemyslec nurtujace sprawy. Sama mam dziwny problem dlatego .. chcialabym w skrocie przytoczyc ostatnie wydarzenia z mojego zycia.. hmm nie wiem cos ostatnio sie zmienilo .. a to za sprawa zycia uczuciowego. Dlatego zaczne od poczatku. Poznalam wspanialego czlowieka w pazdzierniku 2006 roku. spotykalismy sie i zaczelismy byc ze soba .. Na poczatku nasz zwiazek traktowalam z wielkim dystansem bez zaangazowania. Bylo mi dobrze z ta osoba nic wiecej sie nie liczylo.Mamy wspolne zainteresowania i wiele sie od siebie uczymy Bylo pieknie do konca wakacji 2007. Potem cos zaczelo sie psuc.. zaczelam sobie zadawac pytania, ktore bardzo bola po dzis dzien. Ten chlopak jest starszy ode mnie o 3 lata. Ma do mnie szacunek i dazy mnie wielkim zaufaniem zreszta ja tez . Okres rozpoczecia roku szkolnego byl trudny.. nie wiedzialam co mam robic .. czy go kocham ..tak jakby cos sie zmienilo.. nie wiem czy go potrzebuje.. czy moze bez niego byloby mi latwej .. zajelabym sie nauka . . bo tak mysle o nim duzo i spotykam czesto. Duzo rozmawiamy o Bogu .. kiedys ten czlowiek byl daleko od Niego. Teraz wspolnie chodziy do kosciola, cieszymy sie ze razem mozemy wysluchac kazania. Boje sie ze to tylko przywiazanie.. wiem ze to bardzo wartosciowa osoba, z olbrzymim pieknym sercem. Wiem tez ze on mnie kocha a ja martwie sie ze moje uczucia nie sa takie jak jego Martwi mnie poczatek naszego zwiazku.. bo nigdy nie mialam oznakow zakochania takich jak zazwyczaj sie ma i ciezko mi z tym bo moze nie potrafei Kochac . A naprawde chce .. z calych sil.. i chociaz jestem mloda to marze o tym. Teraz jesr jakby lepiej.. przez ostatnie 3 miesiace duzo plakalam, spalam i nie bylam w stanie zajac sie niczym. Rozmawialam z nim na te tematy, duzo pomogl mi Bog . .Nie wiem co mam robic, bo tak naprawde nie wyobrazam sobie ze nie moge z nim porozmawiac czy przytulic i pomagac gdy mu ciezko

* * * * *

Ale co konkretnie się zepsuło? Bo to, że nie poczułaś takiego klasycznego zakochania to nic złego, pisałam o tym w odp nr 13. Miłość jednak to nie tylko uczucia, o tym w tym artykule: [zobacz]
. Rozumiem, że nie wiesz czy masz z nim być, bo nie bardzo wiesz co do niego czujesz i że nie jesteś na takim etapie związku jak on. Tak? Musisz zatem być wobec niego szczera i spokojnie mówić mu jeśli dla Ciebie coś następuje za szybko, czegoś jest za dużo itp. Bo on sam się nie domyśli, a Ty będziesz sfrustrowana. Jeśli jedna osoba jest "dalej" musi po prostu na drugą zaczekać. Ty jesteś jeszcze bardzo młoda i naturalne jest, że nie czujesz jeszcze może takiej potrzeby poważnego związku. I nie musisz jeszcze czuć. Po prostu spotykajcie się, poznawajcie, przyjaźnijcie. I bądźcie wobec siebie szczerzy. Być może Wasze oczekiwania się rozmijają, ale być może to jest pewna różnica w zaangażowaniu uczuciowym między Wami.
Powtórzę jeszcze raz: nie musisz jeszcze czuć nic poważnego, nie musisz jeszcze pragnąć poważnego związku. Może to nawet lepiej, że tak nie jest, bo jak sama piszesz - bardzo Cię to absorbuje i może negatywnie wpływać np. na naukę. Takie przedwczesne rozbudzanie pragnień nie jest dobre. Poza tym, tak naprawdę miłość taka prawdziwa to nie są tylko chwile pełne uniesień, to jest właśnie zwyczajność, spotykanie się, wspólna praca, poznawanie się i pragnienie dobra dla drugiego. Może zatem Ty miałaś zupełnie inny obraz miłości i stąd rozczarownaie i niepokój? Spokojnie, zajmij się swoimi czynnościami codziennymi i nie martw relacją. Podejdź do tego tak spokojnie i z dystansem jak potrafisz. Z Bogiem!

  Aldona, 25 lat
2124
09.02.2008  
Zerwałam z chłopakiem po 3 latach , właściwie to tylko ja dokonałam tego formalnie bo niestety jego zachowanie wskazywało na to że niebardzo chce ciągnąc ten związek.Ale mimo wszytsko powiedział że zależy mu na znajomości ze mną , ż ejestem jego podporą i chciałby ze mną mie kontakt.Ale tylko tak mówił , bo pojechał za granicę miał zadzwonić- niestety nie daje znaku życia już 3-4 tygodnie a wiem że ma się dorze , odiwedza swoją byłą żonę - i nie wiem czy on tam ma kogos czy wraca do ozny nie mam z nim zadnego kontaktu, wyłączył telefony .Czuje sie oszukana i zdradzona i zraniona. Na sama myśl ż eon kogoś mam popadam w swego rodzaju obłęd.mówi pani ze poznanie kogos po "rozstaniu" na klina to błąd ale ja nie wiedze innego wyjscia bo emocje nie daja mi zyc

* * * * *

Tak, błąd bo rani tą niewinną osobę. Ja rozumiem mechanizm - chcemy jak najszybciej wyprzeć ze świadomości tamtą osobę i zająś myśli kimś innym. Ale: wcale tak naprawdę nie zajmiemy bo i tak będziemy wracać w myślach do tamtego, a poza tym dopóki nie uporamy się z tamtym uczuciem (nie mówię, że zapomnimy o tamtym tylko o takim stanie, że nie będziemy już czuć takiej "żywej" złości i żalu) to będziemy nową osobę z tamtą porównywać. Będzie nas ona denerować i będziemy się złościć, że nie jest taka jak tamta. Co w efekcie może się skończyć z wielkim hukiem a druga osoba będzie naprawdę niewinna i nie będzie wiedziała o co nam chodzi. Pomyśl o tym. Bo miłość to nie zaspokojenie naszego egoizmu! A matoda klina to czysty egoizm: JA chcę, żeby MNIE było dobrze, nawet KOSZTEM drugiej osoby. Odradzam takie zachowanie Aldono, szczerze odradzam z uwagi na te okoliczności, o których napisałam. Ja naturalnie rozumiem Twoje rozżalenie, ale widzisz, nowym związkiem z kimś innym tamtemu na złość nie zrobisz. Tym bardziej nie zrobisz, że jemu nie zależy i nie rusza go to. Nawet może to przyjąć z ulgą - poczuje się rozgrzeszony, bo przecież Ty sobie kogoś znalazłaś. I to Ty będziesz tą stroną złą - bo i zerwałaś formalnie Ty i jeszcze z kimś jesteś. Pomyślałaś o tym? Nic z takiego klina nie będziesz miała prócz poranienia siebie i niewinnego chłopaka. Polecam ci zatem te odp: 80, 526, 653, 825 i modlitwę, by Bóg uleczył Twoje serce, te negatywne uczucia i dał Ci prawdziwą miłość. Tego Ci życzę. Z Bogiem!

  Jeremi, 25 lat
2123
09.02.2008  
Witam! Mam pewien problem. Otóż jestem z fajna dziewczyna od blisko 3 lat. Jednak po 3 latach związku dowiedziałem sie, że zostałem zdradzony. Przebaczyłem jej, choć w dalszym ciągu targają mną decyzje czy rozsądną podjąłem decyzje, że w dalszym ciągu z Nia jestem. Ja czuje, że darze ja odpowiedzialna miłością, niemniej jednak nie jestem pewien jej uczuć względem mnie. Wynika to z tego, że ona sama nie wie czy mnie kocha czy nie. Co to oznacza, że "nie wie"? Czy warto być z taką osoba dłużej?
Bardzo proszę o pomoc i pozdrawiam serdecznie.


* * * * *

Hmm, jeśli po 3 latach nie wie to znaczy, że nie jest pewna, że kocha. To, że się nie jest pewnym, że się kocha nie jest jeszcze niczym złym, bo człowiek może mieć różne wątpliwości ale wszystko zależy od tego dlaczego ona nie wie? Bo dlaczego to już powinna wiedzieć: czy chodzi o różnice między Wami czy o tamtego chłopaka? Nie wiem jakiego rodzaju była ta zdrada i na ile mocno Cię to zabolało, na ile przebaczyłeś (z tym, że zaznaczam, że przebaczyć nie znaczy zapomnieć bo trudno zapomnieć takiej rzeczy). Nie wiem też skąd dowiedziałeś się o tym, czy ona sama Ci powiedziała czy ktoś inny. Bo to też jest różnica. Na ile teraz możesz jej zaufać i nie boisz się, że się to powtórzy? Na ile ona ma kontakt z tamtym człowiekiem, na ile uporała się z problemem, a może nadal niepewność względem Ciebie spowodowana jest jego osobą? Czy był to jakiś ich dłuższy związek czy jakiś "wyskok"? Musisz z nią na ten temat porozmawiać i uzyskać odpowiedzi na te pytania, dopiero będziesz mógł podjąć jakąś decyzję. Przeczytaj też proszę te odp: 165, 707. Z Bogiem!

  Renata, 19 lat
2122
08.02.2008  
Witam :) Mam dwa pytania: po pierwsze co znaczy skrót NPR? Czytałam pytania i odpowiedzi i kilka razy natknęłam się na ten skrót. Chciałabym wiedzieć co on oznacza. To tak z czytsej ciekawości. Po drugie: zastanawia mnie po co mężczyźni czasami rozmawiając między sobą w gronie samych mężczyzn mówią, że już "to" robili,skoro tak nie było? Mój chłopak, z którym jestem prawie półtora roku temu jakiś dłuższy czas temu powiedział mi,że kiedyś rozmawiał z kolegą i tamten zapytał Go, czy już "to" robił z jakąś dziewczyną. Mój chłopak powiedział temu koledze,że tak (dodam,że nie jestem Jego pierwszą dziewczyną),choć w rzeczywistości tak nie było.Zapewniał mnie,że nigdy "tego"nie robił i ja Mu wierzę. Ufam Mu,bo nie mam powodów,aby nie mieć do Niego zaufania.Zastanawia mnie tylko po co powiedział koledze,że "to"robił,skoro tak nie było.Jakoś głupio mi samej Go o to zapytać,bo On powiedział mi o tym dawno,od razu to pytanie nie przyszło mi do głowy,więc go nie zadałam,a po dłuższym czasie bez sensu do tego wracać.Ale ja jestem po prostu ciekawa-dlaczego chłopacy rozmawiając między sobą mówią,że już "to"robili,skoro to nie jest prawda.Dodam tylko,że ten Jego kolega ma już dawno za sobą swój pierwszy raz z dziewczyną,ale to było dawno,z tą dziewczyną juz od dawna nie jest.Przepraszam,że tak się rozpisałam,ale nurtuje mnie zadane przeze mnie pytanie. Pozdrawiam i z góry dziękuję za odpowiedź.

* * * * *

Skrót NPR oznacza: naturalne planowanie rodziny. Jeśli interesuje Cię ten temat szerzej zajrzyj na stronę www.npr.pl.
Co do drugiego pytania: no widzisz, tak się teraz porobiło na tym świecie, że to co nienormalne staje się normalne, to co bezwstydne uchodzi za przyzwoite. Dlaczego chłopcy tak mówią? Przypuszczam, że po prostu boją się wyśmiania i uznania za staroświeckich, "ciemnych" itp. Bo skoro "normą" jest w mentalności nastolatków współżycie to ten kto tego nie robi jest "nienormalny". I tej nienormalności właśnie męska duma nie może znieść. Oczywiście jest to bardzo smutne, bo tak naprawdę czystość jest tym, z czego powinniśmy być dumni, bo jest to przecież prawdziwy dar dla przyszłego małżonka. Czy zatem powinniśmy się wstydzić tego daru? Czy powinniśmy być dumni z grzechu? Straszne odwrócenie wartości, nie do pomyślenia jeszcze kilkadziesiąt lat temu. No rozumiem, że nie chcesz teraz poruszać tego tematu ale jeśli by on wyszedł kiedyś "przy okazji" to zapytaj chłopaka o motywy takiej odpowiedzi. A to, że współżycie przedmałżeńskie "nie popłaca" to sama widzisz na przykładzie tego kolegi - jak napisałaś - on już nie jest z tamtą dziewczyną. Czy co, współżycie nie scaliło związku skoro się rozpadł? Nie było wyrazem miłości skoro ona nie przetrwała? Chyba tylko poraniło ich oboje a kolega szukając podświadomie usprawiedliwienia swego czynu chce potwierdzenia, że "wszyscy tak robią" - żeby poczuć się lepiej. Niedobrze, że Twój chłopak go w tym utwierdził, bo w ten sposób niejako go usprawiedliwił i lepiej, żeby na przyszłośc tego nie robił, bo to jest antyświadectwo, poza tym, że jest kłamstwem. Polecam Wasm obojgu też ten artykuł: [zobacz]

  nihilnovisubsole, 17 lat
2121
08.02.2008  
poczytałam sobie odpowiedzi na pytania o miłość na odległość, ale nic mi nie dały;/
Zaczęło się prozaicznie - rekolekcje, rozmowy, uśmiech i moje serce nie chciało się rozstawać. Jest to wartościowa osoba, z którą czas rozmów jest budujący. Oboje jesteśmy wierzący i podtrzymujemy się w tym. Oczywiście jest GG, ale to za mało, nie czuje się uśmiechu, tonu głosu. Spotykać możemy się ok.2-3 razy w roku(rekolekcje,dni skupienia). Trudno mi isć dalej, wręcz nie wypada , bo jestem dziewczyną ;/ Czy to ma szansę zaowocować miłością? Póki co ufam BOGU i dziękuję,że chociaż budujemy przyjaźń. Proszę o pomoc.
P.S. podpowiedź aby spotykać się częściej jest nierealna, on ma studia i ja szkołę, a nie mam zgody od rodziców na samotne podróżowanie pociągiem :(


* * * * *

No ma szansę ale ta szansa na pewno będzie mniejsza i "uboższa" niż w przypadku spotykania się na żywo. Jeśli nie chcesz by Ci doradzić częstsze spotykanie to co ja mam Ci zaproponować? Sama piszesz, że gg, maile i telefony to nie to samo. I ja się zgadzam, bo to nie to samo, bo potrzebna jest realna obecność. Nie da się bowiem poznać osoby wirtualnie. Tak naprawdę możecie jeszcze pisać listy - nie maile tylko prawdziwe listy i wysyłać pocztą. To wbrew pozorom co innego, bo nie są to krótkie wiadomości tylko tak jakby pamiętnik z własnego życia pisany dla drugiej osoby. Pisany ręcznie ma też tę wartość, że otrzymujemy coś co miała w rękach druga osoba, co samodzielnie dla nas wykonała. Pomyśl nad tym, zapewniam Cię, że będziecie mile zaskoczeni. No i jeszcze jedno. Ok, Ty jesteś niepełnoletnia, nie dziwię się, że rodzice nie chcą Cię dalej puszczać samej ale on? Wymawianie się pracą i studiami jest trochę dziecinne. Jeśli studiuje to jest już dorosły, jeśli pracuje - ma swoje źródło utrzymania. Jeśli chłopakowi zależy na dziewczynie to na głowie stanie a się spotka. Nasz świadek ze ślubu miał dziewczynę 600 km od siebie i... co tydzień po pracy wsiadał w samochód i jechał na weekend. Bo mu zależało. A Wy pewnie macie trochę bliżej, więc przyjazd jego do Ciebie choć raz w miesiącu nie jest moim zdaniem nierealny. A wymawianie się w przypadku dorosłego chłopaka odległością chyba nie najlepiej świadczy o jego zaangażowaniu uczuciowym. Takie jest moje zdanie. Przemyśl to i porozmawiaj z chłopakiem jak on to widzi. I weź pod uwagę, że jeśli będzie się wykręcał to chyba zbyt poważnie Waszej relacji nie traktuje. Z Bogiem.

  Iwona, 18 lat
2120
08.02.2008  
Miłość czy miłość?
Od dawna pragnę bliskości drugiej osoby (mężczyzny, króry by mnie pokochał i był ze mna na zawsze), ale czasami to pragnienie jest zagłuszane pragnieniem Miłości do Boga (miłości całkowitej). Nie potrafie zrozumieć do czego jestem powołana czy do miłości do męszczyzny czy też do całkowitego oddania się Bogu.
Poniekąd pragnę obydwóch tych rzeczy. Tęsknię za bliskością i czułością drugiej osoby, ale także bardzo "ciągnie" mnie by nie być z nikim tylko iść do zakonu.
Często myślę o romantycznych chwilach, które chciałabym spędzać z ukochanym mężczyzną,o romantycznych uniesieniach, o wydaniu na świat potomstwa itp.
I w takich chwilach pojawia się pytanie czy to napewno to ?

Nie wiem co robić. :(

Pozdrawiam i z góry dziękuję za pomoc.


* * * * *

To najzupełniej normalne. W chwili rozeznawania powołania zawsze towarzyszą nam ciągoty w różne strony, właśnie dlatego, że zastanwiamy się, analizujemy, widzimy plusy i minusy różnych sytuacji. Na szczęście decyzji nie musisz podejmować już teraz. Proponowałabym Ci wyjazd na krótkie rekolekcje powołaniowe lub choć rozmowę z jakąś siostrą zakonną lub księdzem, abyś dowiedziała się czegoś więcej o życiu duchownym. Polecam Ci też ten dział: [zobacz]
Poczytaj świadectwa innych, zobacz jak się to u nich kształtowało. Jednocześnie jeśli poznasz kogoś, kto Ci się spodoba to go nie unikaj, umów się, poznawajcie się. Właśnie w praktyce, poprzez działania rozeznajemy czy to właśnie to. No i naturalnie módl się w tej intencji. Z Bogiem!

  Olga, 21 lat
2119
 
08.02.2008  
08.02.2008Od 3 lat jestem w szczesliwym zwiazku z Michalem.Wszystko było w porzadku do pewnego czasu. Kiedy zaczela sie praca(Michal mial czesto na wyjazdy sluzbowe za granice),oprocz tego moja praca, studia- zaczelismy sie z moim narzeczonym od siebie oddalac. Sporadyczny kontakt, ciagly brak czasu, szczerych rozmow.
I wtedy poznalam pewna osobe.Osobe z ktora na codzien pracowalam i z dnia na dzien czulam ze jest mi coraz blizsza. Cieszylismy sie,kiedy moglismy ze soba rozmawiac, być,czuć swoją bliskość.Widząc go cieszylam sie bardziej niz na widok wlasnego narzeczonego.Czulam sie tak jakbym odzyła.Myslalam o nim kazdego dnia, ale nie jak o koledze(ale jak o kims wiecej).Nie wiedzialam sama co robic.Z jednej strony czulam jakbym sie zakochala,z drugiej jednak wiedzialam,że jako dorosla juz osoba, ktora ma powazne plany,nie ma prawa sie tak zachowywac!Pewnego dnia,kiedy o malo sie nie pocalowalismy-doszlo do mnie co tak naprawde robie! Postanowilam to skonczyc!
Powiedzialam Michalowi o wszystkim i chcialam walczyc na nowo o to, co budowalismy przez tak dlugo!Przyznaje, ze ciezko mi sie pozbierac po tym co sie stalo.Za bardzo otworzylam przez tamtym mezczyzna.Czesto mysle o tym jaki wielki blad popelnilam i zaluje tego.Ciezko jest mi o tym rozmawiac z kimkolwiek.Tamta osoba była mi naprawde bliska i Ona o tym wiedziala.Jednak mam wrazenie jakbym zrobila najgorszą rzecz na swiecie.
W ogóle jak mialam określić swoj grzech- zdrada ?! Na spowiedzi powiedzialam ksiedzu ,ze nie bylam w porzadku wobec swojego narzeczonego, gdyż go oszukiwałam.Ksiadz nie wnikal w szczegoły,a ja choc bardzo chcialam o tym porozmawiac- nie mialam odwagi- nie wiedzialam w ogole od czego zaczac- czy tlumaczyc cala sytuacje czy jak?!?! /
Nie wiem czy bedzie miedzy nami normalnie.Staramy sie teraz duzo rozmawiac i byc dla siebie,a nie życ obok siebie.Jednak nie wiem czy kiedykolwiek wybacze sobie to co zrobilam.Zle sie z tym czuje przez co nie do konca jest miedzy nami tak jak byc powinno.............


* * * * *

No widzisz, powiew świeżości Cię "omamił". Poza tym myślę, że Twój wiek (bardzo młody jak na poważne plany matrymonialne) dodatkowo się mógł do tego przyczynić. Zapewne narzeczony był Twoim pierwszym chłopakiem lub pierwszym, z którym tak poważnie wiążesz przyszłość. Dlatego gdy poznałaś kogoś innego zaczęłaś myśleć jak by to było z nim, zaczęłaś dostrzegać jego cechy i zalety, których może nie ma narzeczony. Ponadto w Waszym narzeczeństwie może już troszkę wkradło się takie "przyzwyczajenie" a ten człowiek był nowością. Zapewne też częste rozstania z narzeczonym nie wpłynęły dobrze na Waszą relację a wiadomo, że miłość wymaga obecności.
Nie napisałaś jak narzeczony zareagował. Czy wybaczył, jak podszedł do tematu a to ma znaczenie. Mniemam jednak, że nadal jesteście razem i planujecie ślub.
Cóż, co do tego jak to księdzu powiedzieć to szczerze mówiąc też nie za bardzo wiem, najważniejsze, że powiedziałaś, że nie byłaś uczciwa wobec narzeczonego, sama nie wiem czy byłby sens opowiadania ze szczegółami. Jeśli Cię to gryzie może po prostu porozmawiaj z innym księdzem, zapytaj jak to traktować. Zdrada to moim zdaniem za duże słowo, choć pewien rodzaj duchowej niewierności na pewno. Najważniejsze, że wyznałaś to szczerze narzeczonemu. Jak dalej funkcjonować? Trwać. Związek przeszedł próbę i chyba ją wytrzymał, skoro wróciłaś do narzeczonego, skoro nadal chcesz z nim być, skoro on wybaczył. Pewien uraz na pewno zostanie, zwłaszcza jeśli było to niedawno. Najważniejsze teraz raz na zawsze odciąć się od tego co się stało, i budować dalej. Módlcie się o to oboje.
Polecam Wam też "Wieczory dla zakochanych" - rodzaj kursu przedmałżeńskiego, gdzie w rozmowie między Wami będziecie mogli wszystko sobie wyjaśnić i podjąć decyzję. Zobacz tutaj: www.spotkaniamalzenskie.pl, www.malzenstwo.pl
Z Bogiem!

  Maria, 26 lat
2118
07.02.2008  
Mam ogromny problem jestem szczęśliwą mężatką od 6 lat jeden problem nie możemy mieć dzieci drugi to całe otoczenie rodziny pragniemy zaadoptować dziecko wiedzą lecz to w naszj rodzinie temat tabu . Pozatym mąż chce założyć własną działalność i ja też tego chce byśmy mogli utrzymac rodzinę . Mamy zamiar postawić budynek gospodarczy w którym to mąż będzie produkował meble .Jednak jak coś się nam udaje to zaras są ataki ze strony rodziny kocham ich dlaczego tak ranią .Dlaczego zawsze to inni są ważniejsi i lepsi mam na myśli też moją siostrę która znęca się nademną psychicznie ona mieszka obok po sąsiecku przez płot rodzice pomogli jej postawić dom ma swoją rodznę . Więc wydaje się wszystko ok. Nie jest mieszkamy z rodzicami moimi i też mogło by się wydawać że powinien być spokuj przychodzi wszystko robi żeby dokuczyć , żeby coć popsuć nigdy nić nie mogę powiedzieć zwrucić uwagi rodzice zawsze stoją w jej obrnie a ona buntuje ich żebyśmy się kłucili.Jak coś cię nam uda to dlanich żle jacy to rodzice że siostra mowi przepisz mi ten dom to ja ich z tąt usune a rodzice milkną . Przychodzą jak coś trzeeba to ja w domu wszystkoro robieczy tego nieda się zmienić co ja mogę zrobić żeby to byla rodzina co ja moę . Z poważaniem Maria.

* * * * *

Droga Mario! A może właśnie za dużo robisz w rodzinie? Może przez to, że zawsze wszystko robisz i wszyscy wiedzą, że zawsze można na Tobie polegać inni to wykorzystują? Jesteś mężatką i najważniejszą osobą jest dla Ciebie mąż. Róbcie zatem tak jak sobie planujecie. To, że innym się to nie podoba to nie jest Wasza wina ani nie może Wam to zatruwać życia. Rozumiem, że nie bardzo możecie się wyprowadzić choć to byłoby najlepsze wyjście. A może jednak się da? Myśleliście o tym? Jeśli jest jakaś szansa to próbujcie się wynieść, zobaczysz, że odżyjecie. Ale nawet jeśli się nie da to kontynuujcie swój plan: działalność gospodarcza, adopcja. To Wasze życie i macie do tego wszystkiego prawo. Oczywiście to bardzo bolesne jeśli w rodzinie tak się dzieje. Nie rozumiem też postawy siostry, która ma wszystko czego Wam brakuje a mimo to zazdrości - tylko czego? Okrutnie to raniące. Nie możecie dać się stłamsić. Nie namawiam oczywiście do awantur ale do tego byście po prostu robili swoje, nawet jeśli innym się to nie pdooba. Musicie być silni - razem jako małżeństwo. Jak pokażecie, że jesteście silni to może to zadziała, skoro uległość jest obracana przeciwko Wam.
Co do braku dziecka - chciałabym Cię pocieszyć ale nie potrafię, bo sama mam ten problem. Wiem jak to strasznie boli a tym kontekście uwagi rodziny i ich docinki są czymś koszmarnym. Jeśli jesteście z okolic Warszawy to zapraszamy Was na Msze św. i spotkania dla niepłodnych małżeństw w kościele Matki Bożej z Loudres na warszawskiej Pradze. Bliższe informacje oraz kilka artykułów znajdziesz w tym dziale: www.adonai.pl/nieplodnosc
Stworzyliśmy go z myślą o takich osobach, aby podnosił na duchu i dodawał nadzieji. A jeśli zdecydowaliście się już na adopcję to życzę pomyślnego pzrejścia przez procedury, krótkiego oczekiwania i radości z upragnionego macierzyństwa. Nie sugerujcie się zdaniem rodziny, a jeśli dla nich jest to temat tabu - trudno, może nie potrafią tego przyjąć, może to dla nich szok, może nigdy się z adopcją nie spotkali. Wy róbcie swoje, to Wasze życie. Z Bogiem!

  Natasza, 20 lat
2117
05.02.2008  
Witam! Mój problem moze jest dziwny a moze pospolity .... sama niewiem ale też zastanawiam sie nad powodami tego co zrobiłam (bo sama ich w sobie nie znajduje) ale również nad konsekwencjami i tym czym jest właściwie to do czego się posunęłam. Muszę zaznaczyc ze zawsze kierowałam sie jakimiś zasadami. Nie jestem przesadnie nadgorliwa w "porzadnosci" ale też szanuję siebie jak i inych a tu klops .... poszłam na impreze poznałam chłopaka (o ile zamienienie kilku zdań można określić poznaniem kogoś) podobał mi isę ...nawet bardzo. A że był zupełnie inny w porównaniu do osób z którymi dotychczas przebywałam, to podobała mi isę jego pewnosć siebie.... nie był chłopakiem który czeka na pierwszy krok dziewczyny (i ja wiem że prawdopodobnie chodziło mu o jedno... o dobrą zabawe) przytulaliśmy się, aż w końcu zaczęłam sie z nim całowaći to było bardzo przyjemne tylko w pewnym momencie dotarło do mnie że ja taka nie jestem... i uciekłam. Najgorsze jest to że nie żałuje ale mam wyrzuty sumienia z powodu naruszenia własnych zasad. Pytanie jest proste. Dlaczego (ale tutaj przypuszczam odpowiedx muszę znaleźć sama) a drugie pytanie czy to grzech ?

* * * * *

Ależ właśnie wyrzuty sumienia z powodu naruszenia zasad wystarczą. A że "nie żałujesz" to pewnie dlatego, że było to przyjemne, a trudno żałować czegoś co sprawiało przyjemność. Natomiast na pewno do ważności spowiedzi wystarczy Twój żal z powodu naruszenia swoich zasad. Naturalnie radzę powiedzieć o tym na spowiedzi bo nie da Ci to spokoju. Z Bogiem!

  M., 17 lat
2116
05.02.2008  
Witam serdecznie... Było już kilka moich pytań m. in./1917/... Teraz siedzę i zastanawiam się czego tym razem mam sie spodziewać... Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że jestem młoda, że całe życie przede mną (choć kto wie..) i takie tam... ale i tak zastanawiam się dlaczego znów ja i znów to samo...
No ale po kolei...
Zawsze zakochiwałam się bez wzajemności. Kiedy w jednym przypadku ona sie pojawiła to chłopak szybko sie wycofał w "pięknym stylu" czyli beznadziejny sposób. Męczyłam się ale przeżyłam to. Teraz znów to samo. Nie dość że zrobiłam głupotę(pyt. 1917) to jeszcze nie mam wątpliwości że znów porażka (widziałam go z dziewczyną, całujących się i w ogóle brak słów...)
Znów boli...
Jeszcze gorzej...
I za każdym razem coraz bardziej...
Boje się myśleć co będzie dalej i nie chce się już zakochiwać...
Bo znów będzie bolało...
No i gdzie jest ta Opatrzność Boska? Gdzie pomoc? Co robić w takich sytuacjach?
Ja już nie mam siły, bo ciągle powtarza sie ten sam scenariusz uwarunkowany MOIMI BłęDAMI... czasami ciągle tymi samymi...
Zaczynam wątpić w samą siebie, czy może to ze mną coś nie tak, może to jakaś kara, albo zwyczajny pech i "upodobanie" do takich "niespokojnych typów" Bo zapomniałam dodać, że zwykle ja interesuję się takimi panami "podszytymi diabełkiem" a mną panowie "za spokojni".
czy jest jakiś sposób na to że coś sie zmieniło, żeby mniej bolało, a może o to właśnie chodzi... że jedni muszą ciągle się męczyć żeby inni mieli lepiej czy coś w tym stylu...
Ja już nie wiem co mam o tym myśleć..
Czy to nie mój czas, czy nie ten chłopak, czy ze mną coś nie tak...
Wiem, że pani będzie umiała ocenić to obiektywnie (w miarę możliwości) i napisze jakieś mądre słowo do głupiej dziewczynki...
Pozdrawiam serdecznie


* * * * *

Przede wszystkim nie ma czegoś takiego, że "jedni muszą ciągle się męczyć żeby inni mieli lepiej". Ponadto jeśli uważasz, że popełniasz ciągle jakieś błędy to musisz się przyjrzeć i odpowiedzieć sobie na pytanie jakie. Co robisz nie tak? A może zbyt wiele zbyt szybko oczekujesz? Przeczytałaś artykuł który Ci poleciłam? Tam o tym pisałam. Przeczytaj też te artykuły: [zobacz], [zobacz] i zastanów się nad swoimi oczekiwaniami. Przeczytaj też te odp.: 817, 1939,461,1265. I przystopuj. Módl się, czytaj Pismo św., pytaj Boga jaka Twoja droga, jaki Twój czas, co masz jeszcze zrobić i jak dojrzewać do miłości. Miłość bowiem nie jest jak burza i nie spada na człowieka gwałtownie. Miłość to nie uczucia i emocje, choć te miłości towarzyszą. Miłość to gotowość wzięcia odpowiedzialności za drugiego człowieka, dawania daru z siebie, o tym tutaj: [zobacz]
Zastanów się czy jesteś gotowa przyjąć drugą osobę z jej ograniczeniami, czy miałabyś chęć i cierpliwość jej pomagać, co Ty mogłabyś ofiarować, jakie masz talenty. A ten czas wykorzystuj na to co daje Ci satysfakcję, na naukę - w różnej mierze, także odpowiedzialności. Z Bogiem!

  Julia, 18 lat
2115
03.02.2008  
Czy to możliwe,że Bóg kara mnie za grzech zostawienia chorego chłopaka,który prawdopodobnie mnie oszukiwał (rok temu pozostało mu podobno niedużo życia...,oczywiście żyje do dziś i ma już od dawna nową dziewczynę:-( ).Dla jego zdrowia chciałam by rzucił palenie,on obiecywał mi,że to zrobił i że już nie pali,ale podobno cały czas palił.Kiedyś powiedziałam mu też,że kiedy zapali papierosa będzie to dla mnie sygnał,ze to koniec i że ma już mnie dość...Pewnego "pięknego" wieczoru przy mnie zapalił,aby mnie zaszantażować.Zawsze mówił,że kiedy w tej chorobie zapali po tak długiej przerwie to może tego nie przeżyć...(dziś oczywiście pali...i jego obecna dziewczyna również).Byłam z nim prawie 2 lata i strasznie Go kochałam...przywiazałam się do niego,był całym moim światem i zawsze chciałam dla niego jak najlepiej...DLATEGO MUSIAŁAM ODEJŚĆ:-(((On mnie od dłuższego czasu szantażował i zastraszał...trwało to może pół roku,a może i więcej:-(On krzywdził siebie z mojego powodu...Nie mógł znieść tego,że ciegle się krytykuję,uważam za grubą,brzydką,głupią itp. i za każdym razem kiedy coś na siebie mówiłam między nami strasznie się psuło,a On chcąc mnie od tego odwieść przypalał się papierosem lub zapalniczką...lub uderzał z całej siły ręką w ścianę...naprawdę wiele było takich form krzywdzenia siebie z mojego powodu.Niegdy nie wierzyłam w to,że MNIE może ktoś pokochać...On tłumaczył te wybuchy agresji skierowane przeciwko sobie samemu wpływem silnych leków,które brał na wątrobę.A ja mu nie wierzyłam...tymbardziej,że kiedy poszłam porozmawiać z jego mamą i powiedziałam,że już nie mam siły tego znosić,ona powiedziała,ze zawsze taki był...Do dziś mam te straszne obrazy przed oczami...Zapałki,papierosy,zapach spalonej skóry unoszący się w moim pokoju,ślady krwi na ścianach.Czułam się winna i nadal się czuję...za wszystko to co sobie robił przeze mnie.Ale On na szczęście jest już szczęśliwy i chodzi ze swoją obecną dziewczyną na spacerki za rączkę.A ja?Czy Bóg skazał mnie na samotność

* * * * *

Julio! Faktycznie ten związek z nim zrobił chyba wiele złego skoro Ty tak myślisz.
Absolutnie nie wolno Ci tak myśleć! Po pierwsze: Bóg nie karze za coś, nie mści się i nie jest złośliwy. Bóg jest dobrocią i miłosierdziem i nie ukarałby Cię nawet za to gdybyś naprawdę chorego chłopaka zostawiła. No właśnie: ja nie wierzę w żadną jego chorobę. Tzn. w tym sensie jest na pewno chory, że ma jakies problemy - ze swoją osobowością, z autoagresją itp. Natomiast w jego somatyczną chorobę to ja nie wierzę.
Nie miałaś żadnego obowiązku tkwić w takim chorym, toksycznym układzie, powiem więcej: miałaś obowiązek wobec siebie odejść i siebie ratować. Przeraża mnie to co napisałaś i podejrzewam nawet, że moze to mieć jakiś związek z okultyzmem (obym się myliła), bo taka agresja skierowana przeciw sobie, kaleczenie, szantażowanie bliskiej osoby to się znikąd nie bierze. Ja myślę, że w życiu tego chłopaka jest poważny problem duchoway, być może związany z poważnym grzechem. Jemu koniecznie potrzebna jest modlitwa, terapia, może nawet egzorcyzm. Bardzo dobrze, że wreszcie wyrwałaś się z tego związku, bo on ewidentnie nie był normalny, nie tak wygląda miłość. Ponadto jak sama piszesz on Cię oszukiwał. Dlaczego i po co? Nie wiem, może chciał, żebyś się nad nim litowała, może potrzebował "widowni" dla swoich działań, może w jakiś sposób sprawiało mu chorą przyjemność, że Ty jesteś tego wszystkiego świadkiem i się boisz? To skomplikowane i tylko fachowieć mógłby postawić jakąś diagnozę.
W każdym razie zmierzam do tego, że to szatan podsyła Ci teraz takie myśli o karze i samotności. Jakże Bóg mógłby karać za to, że nie tkwiłaś w czymś złym? To byłoby niedorzeczne. Za chłopaka możesz się modlić ale nigdy nie myśl, że powinnaś z nim być.
Twoim jedynym błędem było to, że faktycznie krytykowałaś się przy nim. Nie powinnaś tego robić, bo mężczyźni biorą wszystko dosłownie i nie wpadną na to, że jak kobieta tak mówi to chce, żeby on tego temu zaprzeczał. Ale to inna bajka i na pewno nie było przyczyną jego zachowania.
Zresztą jak sama piszesz on ma teraz dziewczynę i wcale nie zamierza umierać o czym próbował Cię przekonać (swoją drogą co za okrucieństwo - takie kłamstwo wobec osoby, którą kocha!). Ciesz się, że się uwolniłaś i wierz w to, że Bóg ma dla Ciebie wspaniałego chłopaka, którego da Ci w stosownym czasie. Bo teraz to ja sama widzę, że jeszcze jesteś tak poraniona tamtym związkiem, tak roztrzęsiona, że najpierw musisz ochłonąć i dojść do siebie, by otworzyć się na kogoś innego. Inaczej moglibyście się tylko poranić. Julio, porozmawiaj z jakimś księdzem, powiedz to wszystko co tu napisałaś, on da Ci jakieś rady duchowe. A o samotności poczytaj w tych artykułach [zobacz] [zobacz] i tych odp: 817, 1939. Módl się o uzdrowienie serca i dobrego chłopaka. Z Bogiem!

  Tyska, 17 lat
2114
03.02.2008  
witam,bardzo serdecznie.Czytam te wszytskie artykuly i bardzo mi sie podoba,ze mozna szczerze porozmawiac.Ja,zreszta jak wiekszosc mam problem,moze nie jest powazny,ale nie daje mi on spokoju.Jestem osoba religijna,naleze do formacji KSM...od 3 miesiecy mam chlopaka(mojego ideala,znamy sie od 10 lat)Bardzo Niego wlaczylam a teraz moje marzenia sie spelnily i z tego co wiem jesgo tez.Jest nam ze soba bardzo dobrze...kochamy sie,i ta milosc sobie okazujemy. Dlugie rozmowy,wspolne spedzanie czasu,nasze pocalunki sa wyrazem tego uczucia,a ja mam wyrzuty sumienia,ze robimy cos zlego,cos bardzo zlego. Czy jezeli sie calujemy i wtedy chlopak mocno mnie obejmie i przytuli czy to jest grzechem?Prosze o odpowiedz,bo bardzo meczy mnie taka niepewnosc. Z gory bardzo serdecznie dziekuje.

* * * * *

Wiesz, przez internet nie mogę rozstrzygnąć czy coś jest grzechem czy nie, bo wszystko zależy od intencji. Ale jeśli Cię męczy to jest to jakiś sygnał sumienia. Bo generalnie to jest tak, że trzeba zapytać siebie czy ten gest nas od Boga oddala czy przybliża? Bo wtedy jest dowodem miłości jeśli przybliża. Pomyśl: czy po takim geście moglibyście oboje przystąpić do Komunii św.? Polecam Ci te artykuły: [zobacz] [zobacz] Jeśli Cię to męczy może też być znakiem tego, że zbyt szybkie jest tempo Waszego związku. 3 miesiące to krótko i nie da się dobrze poznać kogoś w takim czasie. Dlatego na takie formy czułości możesz być jeszcze nieprzygotowana (tak podświadomie) i dlatego odczuwasz dyskomfort. Bo ten człowiek jest jeszcze "nieoswojony", jest jeszcze zbyt obcy abyś mogła bezpieczenie mu się powierzyć i dlatego tak czujesz. Jeśli coś Ci uwiera przystopujcie, na gesty zawsze będzie czas a teraz najważniejsze jest zbudowanie zaufania i poczucia bezpieczeństwa. To tak od strony psychologicznej. Od strony duchowej zawsze jeśli masz wątpliwości porozmawiaj ze spowiednikiem. Ja naprawdę nie potrafię powiedzieć co dzieje się w Waszym sercu. Z Bogiem!

  Mika, 18 lat
2113
03.02.2008  
Witam!
Pisze ponieważ mam poważny problem który mnie bardzo dręczy, nie potrafie juz sobie z tym poradzić, czasem to nawet z tego powodu odechciewa mi sie zyc. Otóz moj tata jest alkoholikiem, mniej wiecej co miesiac po powrocie z podróży zaczyna pic, i to wszystko jest niedozniesienia, jest poprostu alkoholikiem, prosimy go z mama aby przestal pic, bo rujnuje rodzine, to do niego to niedociera. jak wraca zmeczony to mama przymyka oko na to i pozwala, zeby sobie wypil piwko, ale ja jej mowie, ze nie powinna przyzwalac nawet na to jedno, bo pozniej bedzie i drugie, i trzecie, ... ale wiem, ze jej tez jest ciezko, tata gdy jest trzezwy jest dobrym czlowiekiem, kochajacym i dbajacym o rodzine. gdy jest trzezwy probujemy z nim o tym porozmawiac, ale wtedy nas przeprasza, za to co robił i nie chce wiecej o tym rozmawiac, bo sie wstydzi, o zaszyciu nawt nie mam mowy. Prosze pomożcie mi i powiedzcie co mam zrobić, zeby wytłumaczyć mu ze tak sie nie da, ze powinien isc na odwyk, albo do psychologa, ze naprawde pewnego dnia sie obudzi i wszystko co bedzie mial to butelka piwa. Z góry dziękuje


* * * * *

Droga Miko! Koniecznie potrzeba tutaj pomocy profesjonalisty. Polecam Ci te strony: www.dda.bhd.pl, www.alkoholizm.akcjasos.pl
Znajdźcie z mamą grupę DDA i zwróćcie się tam. Tam uzyskacie fachowe porady co robić, jak postępować, znajdziecie oparcie i skorzystacie z doświadczeń innych osób, także kapłana i psychologa, może terapię.
Masz rację, że problem jest poważny i dlatego nie powinnyście zostawać z nim same, bo to będzie błędne koło przez następne lata. Z Bogiem!

  Dziewczyna, 18 lat
2112
03.02.2008  
Jestem dziewczyną, która ma dość niską samoocenę, nie dostrzegam w sobie nic pozytywnego, nienawidzę siebie, tego jak wyglądam, jak postępuje po prostu w pewnym stopniu brzydzę się sobą! Jestem z chłopakiem, który ma 21 lat i obydwoje mamy problem z onanizmem. Starliśmy się jakoś nawzajem wspierać, ale nie wyszło! Wymyśliliśmy, że co pewien czas będziemy sobie mówili czy upadliśmy. Myśleliśmy, że to nam pomoże, że jak będziemy chcieli upaść to będzie nas powstrzymywało to, że potem będzie trudno się przyznać do swego zachowania, do swej słabości. Wstyd robił swoje i w pewien sposób mobilizowało to do walki z nałogi, ale nie na długo bo po pewnym czasie w ogóle przestaliśmy o tym rozmawiać. Wcześniej jeszcze zanim każde z nas przyznało się do swej słabości do naszego związku wkradł się petting. Bywało tak, że każde spotkanie kończyło się pieszczotami. Na początku źle się z tym czułam, pojawiały się łzy, wyrzuty sumienie, jednak z biegiem czasu i to znikło. Obiecywaliśmy sobie, że z tym kończymy, że podejmujemy walkę, ale nie udawało się. Najgorsze jest w tym wszystkim to, że to ja zazwyczaj prowokowałam, ja dawał znaki, że tego chce, po prostu czuję się bardziej winna. Wiem, że największy problem tkwi we mnie. Nie potrafię też siebie zaakceptować taką jaką jestem, gdy słyszę jakiś najmniejszy komplement od swojego chłopaka np. że ładnie wyglądam to bywa, że się z nim o to po prostu kłócę wmawiając mu że i tak jestem ohydna, brzydka. On się wtedy denerwuje bo mówi, że nie potrafi mnie dowartościować. Czasami strasznie mi go szkoda, że trafił właśnie na mnie. Obydwoje jesteśmy raczej oddaleni od Boga, owszem bywa tak, że chodzimy do kościoła, ale to chyba bardziej z przyzwyczajenia. Kiedyś myślałam, że modlitwa, spowiedź, wzajemne wsparcie pozwoli nam osiągnąć sukces, ale już przestałam w to wierzyć. Czy jest jakiś sposób na to żeby zbliżyć się do Boga, wyleczyć z nałogów i podnieść sobie samoocenę. Bardzo proszę o odpowiedź.

* * * * *

Moja Droga, własnie ta niemożność przyjęcia komplementu, zaprzeczanie jest konsekwencją grzechu, oddalenia od Boga. Świadomie lub podświadomie czujesz się z tym wszystkim źle, niejako "brzydzisz sobą" poprzez te czyny i dlatego nie lubisz siebie. Bo nie jesteś w tym stanie rzeczy przyjąć siebie taką jaką jesteś. Nic więc dziwnego, że to dobro które otrzymujesz od chłopaka drażni Cię i temu zaprzeczasz.
Polecam Wam obojgu ta stronę: www.onanizm.pl tam znajdziecie konkretne rady i świadectwa osób, które z tego wyszły, polecam też ten artykuł: [zobacz]
. Zapiszcie się oboje do Ruchu Czystych Serc, będzie większa motywacja do walki. I nie rezygnujcie z sakramentów, z podnoszenia się po upadkach. Ja wiem, że możecie mieć dość, że zniechęca brak efektów, ale jest możliwe wyjście z tego. Da się, tylko trzeba trwać. No i musicie jednak dbać o Wasze randki, planować je, nie puszczać na żywioł. Musicie tak wykorzystywać czas by się poznawać a jednocześnie, by nie było okazji do grzechu. Najlepiej spotykacje się na świeżym powietrzu, chodźcie do kina, na wystawy, na spacery, rozmawiajcie o czymś zajmującym, może zajmijcie się jakąś pracą dla innych, róbcie sobei wycieczki. Bywajcie tam gdzie są większe skupiska ludzi. Na tym etapie teraz jest to dla Was konieczne. Bycie sam na sam w pokoju, bez pomysłu co będziecie robić niestety często kończy się przytulankami. Ustalcie sobie sztywne granice, nawet spiszcie sobie na kartce zasady i trzymajcie się ich. A jak zdarzy się upadek - do spowiedzi i od nowa. Módlcie się przed każdą randką. Naprawdę, jak się pomodlicie (szczególnie polecam jakąś modlitwę chroniącą od grzechu cięzkiego) będzie lżej. Zobaczycie, że da się wywalczyć czystość.Może być na początku ciężko, możecie upadać, bo szatan będzie walczył o swoje. Ale nie poddawajcie się, bądźcie silni a zobaczycie jak piękna będzie nagroda.
Podziękujcie Bogu za siebie nazwajem (zobaczcie, tyle jest osób samotnych a Wy macie siebie) i dążcie od pięknej miłości. Tu chodzi o Wasz związek, o Waszą przyszłość. Ona naprawdę może być piękna i czysta. I Wy dacie radę. Z Bożą pomocą dacie radę, zapewniam Was. Tylko musicie podjąć naprawdę konkretne i konsekwentne kroki i nie zniechęcać się. I modlić się. Z Bogiem!

  Tyska, 17 lat
2111
03.02.2008  
witam,bardzo serdecznie.Czytam te wszytskie artykuly i bardzo mi sie podoba,ze mozna szczerze porozmawiac.Ja,zreszta jak wiekszosc mam problem,moze nie jest powazny,ale nie daje mi on spokoju.Jestem osoba religijna,naleze do formacji KSM...od 3 miesiecy mam chlopaka(mojego ideala,znamy sie od 10 lat)Bardzo Niego wlaczylam a teraz moje marzenia sie spelnily i z tego co wiem jesgo tez.Jest nam ze soba bardzo dobrze...kochamy sie,i ta milosc sobie okazujemy.Dlugie rozmowy,wspolne spedzanie czasu,nasze pocalunki sa wyrazem tego uczucia,a ja mam wyrzuty sumienia,ze robimy cos zlego,cos bardzo zlego.Czy jezeli sie calujemy i wtedy chlopak mocno mnie obejmie i przytuli czy to jest grzechem?Prosze o odpowiedz,bo bardzo meczy mnie taka niepewnosc>Z gory bardzo serdecznie dziekuje.

* * * * *

Wiesz, przez internet nie mogę rozstrzygnąć czy coś jest grzechem czy nie, bo wszystko zależy od intencji. Ale jeśli Cię męczy to jest to jakiś sygnał sumienia. Bo generalnie to jest tak, że trzeba zapytać siebie czy ten gest nas od Boga oddala czy przybliża? Bo wtedy jest dowodem miłości jeśli przybliża. Pomyśl: czy po takim geście moglibyście oboje przystąpić do Komunii św.?
Polecam Ci te artykuły: [zobacz], [zobacz]
Jeśli Cię to męczy może też być znakiem tego, że zbyt szybkie jest tempo Waszego związku. 3 miesiące to krótko i nie da się dobrze poznać kogoś w takim czasie. Dlatego na takie formy czułości możesz być jeszcze nieprzygotowana (tak podświadomie) i dlatego odczuwasz dyskomfort. Bo ten człowiek jest jeszcze "nieoswojony", jest jeszcze zbyt obcy abyś mogła bezpieczenie mu się powierzyć i dlatego tak czujesz. Jeśli coś Ci uwiera przystopujcie, na gesty zawsze będzie czas a teraz najważniejsze jest zbudowanie zaufania i poczucia bezpieczeństwa. To tak od strony psychologicznej. Od strony duchowej zawsze jeśli masz wątpliwości porozmawiaj ze spowiednikiem. Ja naprawdę nie potrafię powiedzieć co dzieje się w Waszym sercu. Z Bogiem!

  onamazieloneoko, 20 lat
2110
03.02.2008  
zacznę prosto z mostu.Byłam z chłopakiem 1,5 roku..i odszedł ode mnie mówiąc mi,że mnie kocha i ,ze chce żebym była szczęśliwa. Jest osobą bardzo uparta..i twierdzi,że zdania nie zmieni. Powiedział,ze nie ma sił na kłótnie. Nie wierzy już w nas.. Poddał sie mimo,ze kocha. nie wiem co mam robić. Ludzie mówią mi : " nie odzywaj sie do niego to zmięknie" ..eh nie rozumiem tego. Jest mi ciężko,bo nie wiem jak mam się zachować. Kocham,ale nie mogę z nim być. Kocha,ale nie chce z mienić zdania. Chce,żebym była szczęśliwa,ale zabiera mi moje szczęście i serce. co zrobić?

* * * * *

A to jakiś szczególny wyraz miłości: odejście. Poddał się, nie wierzy? Tzn. nie chce z Tobą być? Jeśli nie chce walczyć o związek to jak może mówić, że kocha? Jeśli kłótnie są powodem rozstania to chyba jest to tylko "przykrywka" do odejścia? A o co się kłócicie? Dla mnie to niedorzeczne. A może on pomylił zakochanie z miłością i wydaje mu się, że miłość to tylko przyjemne przeżycia? Pisałam o tym tutaj: [zobacz]
Cóż Ci doradzić? No nic na siłę, ale wyjaśniłabym konkretnie dlaczego nie może z Tobą być. Jeśli będą to rozsądne powody to daj już spokój. Widocznie nie czuje się na siłach. Wiem, że Ci ciężko, dlatego masz prawo znać powody. A jeśli naprawdę się rozstaniecie przeczytaj proszę te odp: 80, 526, 653, 825 tam pisałam jak sobie poradzić. Z Bogiem!

  Rafał, 27 lat
2109
02.02.2008  
Witam!
Od niecałego roku jestem, jak to się określa, w związku na odległość. Jak podchodzić do spraw, gdy ona przyjeżdza do mojego miasta na weekend i nocuje u mnie, czy też wspólny wyjazd w góry tylko we dwoje i nocowanie w jednym pokoju. Dbamy o czystość przedmałżeńską, no ale. Z jednej strony chcemy być ze sobą, poznawać siebie, obserwować siebie w codziennym życiu, z drugiej strony jednak po trochę kuszenie losu. Co robić? Proszę o wskazówki, by rozwijać naszą miłość, szczególnie jak podchodzić do takich wyjazdów?
Dziękuję z góry za odpowiedź :)


* * * * *

Drogi Rafale! Z góry zaznaczam, że to co napiszę będzie moja prywatna opinia a nie stanowisko Kościoła (którego zresztą, takiego jednoznacznego w tej sprawie nie ma). Masz 27 lat i pewnie poważnie już traktujesz ten związek, być może niedługo zamierzacie się pobrać, tak? No, w każdym razie nie jesteście parą nastolatków. Zatem - moim zdaniem - niedorzeczne byłoby gdybyście nigdzie przed ślubem razem nie wyjechali w obawie, że "coś może się zdarzyć". Jasne, że może, ale jasne jest też, że się nie zdarzy jak do tego nie dopuścicie. Jak mieszkacie w innych miastach to też ciężko spotykać się tylko na kilka godzin, żeby tylko nie nocować. Oczywiście, że wyjazdy sprzyjają lepszemu poznaniu. Jeśli jest możliwość spania w osobnych pokojach to z niej korzystajcie ale jeśli nie ma to trudno. Natomiast zawsze i bezwzględnie osobne łóżka, nieprzebieranie się przy sobie, nieprzytulanie jak już jesteście w piżamach. Ostrożność większa niż zazwyczaj. No i prozaicznie: jak się nachodzicie w dzień po górach lub lesie, jak będziecie tak porządnie zmęczeni to Wam nie w głowie będą przytulanki, tylko jak najszybciej będziecie chcieli spać. Dlatego randki trzeba zaplanować, a nie puszczać na żywioł. Pilnujcie się, mówcie o swoich reakcjach, mówcie jak coś jest "za dużo". Polecam Ci jeszcze te odpowiedzi: 1233, 530, 739 i ten artykuł: [zobacz]
Rafale, jesteś mężczyzną, dorosłym i odpowiedzialnym. Oczywiście, że nie ma co "kusić losu" i stwarzać dwuznacznych sytucji ale trzeba też wziąć odpowiedzialność za tą relację, także w tej sferze. Chyba jesteś w stanie, prawda? Jako mężczyzna, przewodnik związku jesteś w stanie sprawić, by Twoja dziewczyna się nie bała, by Ci ufała i była pewna, że nic złego się nie stanie? Jestem pewna, że jak szanujesz dziewczynę, traktujesz poważnie to nie będziesz miał wątpliwości jak się zachować i sobie poradzisz. Zaznaczam jeszcze raz - to moja opinia, jak masz wątpliwości konsultuj się ze spowiednikiem. Z Bogiem!

  Aga, 17 lat
2108
02.02.2008  
Moje pytanie właściwie powtórzy się z jednym z wcześniejszych, ale stwierdziłam, że mimo wszystko napiszę, bo sytuacja, w której się znalazłam jest trochę inna. Mam 17 lat i jeszcze nigdy nie miałam chłopaka. Tak, brzmi banalnie, bo przecież jestem taka młoda, mam tyle czasu, bo po co? Otóż po to, by mieć kogoś, kto by przy mnie był, kogo mogłabym pokochać i kto pokochałby mnie. Owszem, były w moim życiu większe bądź mniejsze zauroczenia, nawet z wzajemnością, ale nigdy nie doprowadziły do czegoś poważniejszego. Nie kieruję się chęcią zaimponowania koleżankom - najśmieszniejsze jest to, że one nawet nie przypuszczają, że mogę mieć taki problem! Jestem osobą lubianą, ba, nawet z wielu względów podziwianą i chociaż nie brzmi to skromnie mogę zapewnić, że tak naprawdę nigdy się za taką nie uważałam i bardzo dziwiły mnie te opinie na mój temat. Z jednej strony czuję się gotowa, wiem, że potrafiłabym szczerze kogoś pokochać, ale z drugiej... Kiedy rozważam powody, dla których Bóg jak dotąd nie postawił przede mną takiej osoby, myślę, że pomimo moich szczerych chęci, mogłabym ją skrzywdzić. Na ogół jestem tolerancyjna, ale potrafię być bezwzględna, nawet egocentryczna, wiem, że trudno byłoby mi pójść na kompromis w sprawie, która jest dla mnie istotna. Wygląd zewnętrzny był zawsze dla mnie sprawą raczej drugorzędną i choć nie mogę powiedzieć, że w ogóle nie zwracam na niego uwagi (bo byłoby to oczywiste kłamstwo) wiele jestem w stanie zaakceptować. Jestem pewna, że miłość pomogłaby mi przezwycieżyć moje słabości, wiele mogłabym się nauczyć. Dlaczego Bóg nie chce postawić na mojej drodze tej drugiej osoby?
Po przeczytaniu tych słów sama zaczęłam się zastanawiać dlaczego piszę. W odpowiedzi prawdopodobnie nie będzie nic, czego sama bym do tej pory nie wiedziała. Wiem, że powinnam być cierpliwa i muszę ufać Bogu, bo skoro nie wysłuchuje mojej prośby, to musi mieć ku temu jakiś powód. Po prostu w rzeczywistym świecie nie mam komu o tym opowiedzieć.


* * * * *

A dlaczego na mojej drodze Bóg nikogo nie postawił do 26. roku życia? Do końca nie wiem. Ale tak było. Zadam Mu to pytanie po śmierci. Odpowiedź na podobne do Twojego pytanie znajduje się pod nr461,1265 . Generalnie jest tak, że Bóg widzi całe nasze życie, nasze wybory i konsekwencje. Być może wie, że jeszcze nie jesteś gotowa albo ten chłopak, którego chce postawić na Twojej drodze nie jest gotowy, bo tak też może być. Może byście się poranili i rozstali a macie być małżeństwem? Nie wiadomo. Czy miłość pomogłaby Ci przezwyciężyć słabości? No, nie wiem. Bo w związek trzeba wejść jako osoba dojrzała, odpowiedzialna. Musisz być silna, by wspierać drugą osobę, by móc rozwiązywać problemy jakie mogą się pojawić. Poza tym trzeba najpierw pokochać siebie (więc i swoje wady i słabości, nad którymi trzeba pracować), by móc pokochać drugiego. Proszę przeczytaj jeszcze odp nr: - 817, 1939. I módl się o prawdziwą miłość. Tego Ci życzę, z Bogiem!

  Motylek, 20 lat
2107
02.02.2008  
witam:)...jestem z chłopakiem który jest agnostykiem i tu pada pytanie czy możliwy jest ślub kościelny z mężczyzną, który jest zawieszony pomiędzy ateizmem a chrześcijaństwem ?...Zapomniałam dodać ze ja jest osobą wierzącą, która ostatnio miewa chwile zwątpienia w wierze.

* * * * *

Co do spraw formalnych - poszukaj na www.katolik.pl, tam jest cykl artykułów o przeszkodach małżeńskich.
A co do meritum: a jak Ty się z tym czujesz? Polecam odp nr: 69, 466, 1682, 1358, 1710 - tak do przemyślenia.
Czy Twoje wahania w wierze nie mają miejsca pod wpływem poglądów chłopaka? Bo to by nie było dobrze. Miłość powinna przybliżać do Boga a nie oddalać od Niego. Z Bogiem!

  dominik, 27 lat
2106
02.02.2008  
Jak długo można czekać na prawdziwą miłość??Tyle lat nieustannych prób, modlitw i ciągle nic, w zasadzie ciągłe powtarzające się odrzucenia. Tak na dobrą sprawę nie chcę mi się nawet liczyć ile ich było. Dla mnie to straszliwie frustrująca sytuacja, tym bardziej, że wiele osób powtarza mi że jestem przystojnym mężczyzną, do tego dobrze wykształconym, inteligentnym...Zazwyczaj wszystkie te moje doświadczenia mają ten sam przebieg. Poznaję kogoś, otwieram się na niego, zaczynam angażować, z czasem zakochuję i właśnie wtedy wszystko kompletnie się wali...Zostaje sam i wracam niejako do punktu wyjścia. To wszystko razem wzięte spowodowało stopniowe "wycofanie się", aby uchronić się przed kolejnymi porażkami. Co więcej pogłębiło we mnie i tak już dużą nieśmiałość, z którą nie do końca potrafiłem sobie radzić. Jednak jakieś pół roku temu poznałem niesamowitą dziewczynę, z którą doskonale się dogadywałem, lubiliśmy oboje ze sobą rozmawiać i o rzeczach poważnych i mniej poważnych. Odkryliśmy ile jest podobieństw między nami i jak wiele jest rzeczy na które patrzymy podobno. Dlatego też po jakimś czasie uświadomiłem sobie że właśnie takiej kobiety cały czas szukałem, i że właśnie z kimś takim mógłbym spędzić resztę życia. Bałem się jednak, że jeśli za bardzo się w to wszystko zaangażuję to znów wszystko rozleci się tak jak rozlatywało się wcześniej, dlatego postanowiłem trochę jeszcze poczekać z wyznaniem tego co czuję. Gdy już się zdecydowałem na ten krok, okazało się, że ona kogoś poznała i zakochała się....teraz nawet wiem, że w planach ślub z tym właśnie chłopakiem. Mimo to wyznałem jej to co w sobie nosiłem...ale teraz tak naprawdę nie wiem co powinienem zrobić...walczyć o nią??czy "odpuścić" i nie wtrącać się w jej związek??Proszę o jakąś radę....

* * * * *

Myślę, że teraz to już nie powinieneś walczyć, bo jeśli ona jest z tym chłopakiem szczęśliwa to po co mieszać?>
Co do poprzednich związków. Napisałeś, że bałeś się zaangażować... a może to właśnie ten strach powodował, że dziewczyny odbierały Cię jako niezdecydowanego, nie wiedzącego czego chcesz. Nie wiem czy tak było, ja też jestem za stopniowym poznawaniem się i rozwojem związku oraz tym by nie mówić zbyt wcześnie "kocham", pisałam o tym w tym artykule: [zobacz]
Natomiast nie wiem jak wyglądały Wasze randki, czego Ty oczekiwałeś, czego dziewczyny. Może te artykuły Ci pomogą?: [zobacz], [zobacz]
Polecam Ci też książkę Johna Graya "Mężczyźni są z Marsa, kobiety z Wenus" bo wiesz, wiele nieporozumień wynika z nieznajomości psychiki kobiety i mężczyzny i wiele związków rozpada się, bo... obie strony sa sobą tzn. pełnią swoje role a nie są takie jak druga strona. Przeanalizuj swoje wcześniejsze związki, ich przebieg i to co konkretnie prowadziło do rozstania. Bo skoro tyle tego było to może nieświadomie popełniasz jakiś błąd? A może po prostu nie trafiłeś jeszcze na taką naprawdę bratnią duszę?
Polecam Ci też ten artykuł: [zobacz] no i módl się ciągle o miłość. Bóg naprawdę słyszy. A może jeszcze nie dał Ci dziewczyny, bo ona nie jest na to jeszcze gotowa? Szczerze życzę Ci powodzenia, z Bogiem!

  Monika, 18 lat
2105
31.01.2008  
Witam ponownie! (pyt. 2070). . Na początku bardzo dziękuję za odpowiedź, na pewno kilka spraw mi uświadomiła. Trochę sytuacja się zmieniła od mojego ostatniego, całkiem niedawnego listu :) Nie dałam rady z moimi mieszanymi uczuciami i poprosiłam o rozmowę. On na to, że też przemyślał wiele rzeczy i rzeczywiście, musimy wyjaśnić to wszystko, bo doszedł do pewnych wniosków. I przez smsy i maile wyjaśniliśmy pokrótce całą sytuację. Powiedział, że bardzo mnie lubi, szanuje, traktuje jako przyjaciółkę ale lepiej, niech nasze relacje obędą się bez angażowania uczuciowego. Powiedziałam, że trochę za późno na to, bo już się zaangażowałam. I wyjaśniliśmy całą sytuację. Dowiedziałam się, że on nie chce mnie ranić, nie wie, czy podołałby takiemu obciążeniu i /cytuję/ "Ja w tym momencie nie czuję się na siłach podjąć tego uczucia." Napisał, że lepiej, abym znalazła kogoś w zbliżonym wieku, że tak będzie dla nas obojga najlepiej. Było ciężko, ale staram się zrozumieć jego postawę, tak jak Pani napisała :) Tylko właśnie zastanawia mnie jedno.. to "w tym momencie" albo jeszcze jego odpowiedź, że "jeśli za jakiś czas nic się nie zmieni w naszym życiu, to będzie można do tej rozmowy wrócić.." Nie w "moim", a w "naszym". Czy ja mam przez to rozumieć, że jednak nie jestem dla niego obojętna? Czy pisząc, że nie chce mnie i samego siebie oszukiwać a potem powiedzieć "przepraszam, to nie było to" ma na myśli, że też nie wiem, jak mnie traktuje, co myśli, co czuje?
Ogólnie skomplikowana ta sytuacja.. :) Ale zobaczymy, jak to się potoczy, jak na razie staram się o tym nie myśleć, poukładać to wszystko. Dziękuję za porady i pozdrawiam! :*


* * * * *

Myślę, że pisząc "na razie", "w tym momencie" itp. po prostu nie chciał Cię zranić pisząc "nigdy". Bo to inaczej brzmi, nie tak dramatycznie. No jest tak jak myślałam. Czy nie jesteś mu obojętna - nie wiem, myślę, że pewnie mu się podobasz, ale inne względy zwyciężyły. Może tak będzie lepiej. Z pewnością to przemyślał. No cóż, życzę Ci szczęśliwej, prawdziwej miłości bez przeszkód w przyszłości. Nie załamuj się, Bóg na pewno ma dla Ciebie coś niezwykłego. Z Bogiem!

  Edyta, 18 lat
2104
30.01.2008  
Witam, czytałam o miłości bez zakochania itd., ale mam takie indywidualne pytanie mimo wszystko. Mam przyjaciela, wspaniałego człowieka, z którym zawsze mogę porozmawiać, spędzamy dużo czasu razem, mamy wspólne zainteresowania. Od 2 lat jest we mnie zakochany, wie, że nie chcę z nim być, ale mimo wszystko ciągle się stara. Zastanawiam się, czy za kilka lat nie będę żałowała tego, że teraz nie dałam mu szansy, wiem,że to raczej osoba, która by mnie nigdy nie zostawiła. W maju wyjeżdżam na studia do innego miasta, możliwe,że już się więcej nie spotkamy. NIe wiem, czy jest sens próbować do maja, nic do niego nie czuję, myślę o nim poważnie, więc rozważając w kategoriach przyszłej rodziny nie uważam go za osobę, przy której czułabym się bezpiecznie, zaczynając od postych sytuacji jakby ktoś nas napadł na ulicy;) kończąc na tym jakim byłby ojcem. NIe jest silnym psychicznie i odpowiedzilanym facetem, z którym chciałabym być i który byłby dobrą głową rodziny. Uważa Pani, że powinnam mimo wszystko dać mu szansę i sprobować? A jeśli nie, czy lepiej odsunąć się trochę i dać mu wreszcie możliwość jakoś "wylecznia się" z tego uczucia? bo mam wrażenie, że tak bliska przyjaźń może być dla niego krzywdząca w tej sytuacji.

* * * * *

Nie, zdecydowanie jeśli nic nie czujesz i jest tak jak piszesz to nie rób nic na siłę i nie rań chłopaka. To nie jest tak, że miłość bez zakochania jest miłością " na siłę". To byłoby niedorzeczne gdybyśmy mieli obowiązek związania się z pierwszą osobą, która coś do nas czuje. A gdzie by tu była wolna wola? Przeczytaj proszę odp nr 931 oraz ten artykuł: [zobacz]
I nie dawaj chłopakowi nadzieji jeśli nic nie czujesz. Faktycznie należałoby się trochę odsunąć. To nie jest tak, że będziesz żałować. Jeśli Bóg pragnie czegoś dla nas to daje nam środki i możliwości do realizacji (w tym przypadku upodobanie). Z Bogiem!

  Marta, 18 lat
2103
30.01.2008  
Witam mam nadzieję że otrzymam jakąś pomoc.Od kiedy zaczęłam dorastac w moim domu zaczęły się problemy. Jak byłam dzieckiem myślałam że moi rodzice się kochają, że mam najlepszych rodziców na świecie zwłaszcza ojca dla którego byłam oczkiem w głowie( byłam najmłodsza)i nauczył mnie jeździc konno a konie to moja pasja>Dopiero gdy zaczęłam dorastac prawda zaczęła wychodzic na jaw.Miałam 14 lat zaczęło się od kłótni takich normalnych, później mój ojciec zaczął się znęcac nad moją mamą i mną ale nie fizycznie tylko psychicznie,bardzo często była przez niego gwałcona,nie widziałam tego ale czułam to i słyszałam jak mama płacze.Kiedy dowiedziałam się że moja mama wyszła za mąż za mojego ojca z przymusu i na dodatek siostra ojca zapłaciła moim dziadkom dużo pieniędzy żeby się zgodzili(a oni byli bardzo biedni) to było dla mnie szokiem. Nie miałam żadnych przyjaciół, Nie chciałam życ,chciałam popełnic samobójstwo ale skończyło się w szpitalu na płukaniu żołądka.Potem znienawidziłam wszystkich mężczyzn.Miałam żal do mamy że nie rozwiodła się z moim ojcem ale ona chciała byśmy ja i moje rodzeństwo mieli pełną rodzinę.Póżniej sytuacja trochę się polepszyła ja podrosłam tata był trochę lepszy ale nadal były kłótnie. Dziś mam 18 lat, jestem szczęśliwa, wybaczyłam ojcu(kiedy dostał udaru mózgu i groziła mu śmierc), ale w głębi serca mam do niego nadal żal.Mam wspaniałych przyjaciól ale zdobycie ich wymagało ode mnie wielkiego wysiłku, przełamania lęku i zdobycia się na zaufanie.Ale problem w relacjach z mężczyznami pozostał,mogę normalnie rozmawiac z chłopakami żartowac bawic się,ale jeśli chodzi o miłośc to boję się tego jak ognia,nie moge przełamac tego strachu.Kiedyś pomyślałam że nigdy nie wyjdę za mąż i nie założe rodziny.Dziś juz tak nie myślę. Chcę wkońcu kogoś pokochac ale tak bardzo się boję zaufac. Jeśli nawet bym sie przełamała to bedzie wymagało czasu a czy ktoś będzie go miał?
Nigdy nie byłam u psychologa sama sobie z tym dałam jakoś radę ale ten problem pozostał.


* * * * *

Droga Marto! Jesteś bardzo dojrzała skoro potarfiłaś sobie to tak przetłumaczyć. I jesteś na najlepszej drodze. Nie jestem w stanie pomóc Ci konkretnie przez internet dlatego radziłabym Ci porozmawiać z jakimś katolickiem psychologiem, namiary znajdziesz tutaj: www.spch.pl
Na pewno wiele spraw wymaga tutaj przepracowania, bo są to trudne tematy i dlatego potrzeba osobistej rozmowy i osobistej drogi wychodzenia ze zranień. Polecam też organizowane przez Jezuitów rekolekcje "Uzdrawianie wspomnień" i rozmowę z mądrym kapłanem - koniecznie, bo to też problem duchowy. Ja wiedzę tutaj ogromną współpracę z łaską Bożą z Twojej strony, bo już dokonuje się przebaczenie. I dlatego jesteś na najlepszej drodze, również dlatego, że potrafisz sobie przetłumaczyć, że nie wszyscy chłopcy są tacy.
W małżeństwie Twoich rodziców z pewnością są jakieś tajemnice, jakieś rany, które oni wzajemnie sobie powinni przebaczyć i wyjaśnić. Im też potrzeba rekolekcji i terapii ale czy będą chcieli się zdecydować? Jak jest teraz między nimi? Jeśli lepiej to może podsuniesz im taki pomysł jak rekolekcje małżeńskie? Informacje znajdziesz tutaj: www.spotkaniamalzenskie.pl, www.malzenstwo.pl a jak nie to może choć zapytaj kapłana co możesz zrobić.
Czy będziesz potrafiła pokochać? Tak. Czy ten ktoś poczeka? Tak. Prawdziwa miłość czeka i daje drugiej osobie tyle czasu na oswojenie i nabranie zaufania ile jej potrzeba. Przekonałam się o tym na własnej skórze - tylko trzeba tej drugiej osobie o tym mówić szczerze, nie udawać. Nie obawiaj się, ten człowiek, który Cię pokocha, pokocha Cię całą i jeszcze Ci pomoże. Módl się o takiego człowieka i o uleczenie tych zranień. I koniecznie poradź się profesjonalisty i kapłana. Z Bogiem!

  doreen, 26 lat
2102
29.01.2008  
co zrobić żeby facet uwierzył w siebie w swoje możliwości? On jest zdolnym ale wszyscy naokoło ciągle mu mówili że jest dziwak głupek leń i pijak . Jednak ja wiem że tak nie jest - znam go od 2 lat. Nie potrafię go do tego przekonać, dzięki Bogu zaczął chodzić do kościoła. Chciała mu jakoś pomóc tylko jak? jestem świadkiem jego przemiany ale co do własnych sił jest uparty i już sam siebie nazywa jak wyżej.

* * * * *

Podstawowa sprawa: kobieta nie zmieni mężczyzny, nie "umocni" go. To może zrobić właściwie tylko Bóg, natomiast osobą, która mu w tym pomoże jest mężczyzna. Bo tylko mężczyzna może być wzorem dla mężczyzny i tylko mężczyzna jest kimś w tym względzie dla niego wiarygodnym. Kobieta natomiast może delikatnie nakierować mężczyznę i pomóc mu uwierzyć w siebie poprzez dowartościowywanie go.
To co kobieta może zrobić to chwalenie mężczyzny za to co robi. Nie ma wyrost, nie fałszywie, ale jeśli cokolwiek zrobi dobrze należy mu o tym powiedzieć. Kobieta trafia do serca mężczyzny przez podziw dla niego i jego akceptację. On tego od niej oczekuje i to mu jest niezbędne by mógł poczuć się wartościowy i mógł pełnić swoją funkcję wobec niej tzn. zapewniać jej oparcie i poczucie bezpieczeństwa. Ona może też podkreślać jego wartość jako mężczyzny: mówić mu, że jest silny, odważny, mądry, kompetentny (to bardzo ważne!), może się go radzić, prosić, by wykonywał prace techniczne i pomagał w rozwiązaniu czegoś ważnego. Sam fakt zwrócenia się do niego i poważne potraktowanie tego co mówi jest czymś bardzo ważnym. Ponadto: nie zdrobnianie jego imienia i nie podkreślanie, że jest "jej malutkim misiaczkiem" (tak, tak to śmieszne i nie chodzi o to, by nigdy tak nie mówić, ale jeśli mamy do czynienia z taką sytuacją jak opisana to może zaszkodzić). Ponadto trzeba coś powierzać mężczyźnie do wykonania i nie wyręczać go nawet jeśli robi to źle. Dziesięć razy zrobi niedokładnie, potem się nauczy, natomiast nie wolno go za to skrytykować i dać do zrozumienia, że jest do niczego. Wymagać od niego, nie pobłażać, nie ulegać, jeśli on pragnie czegoś co jest złe. Nie być przewodniczką w związku, nie decydować za niego i za oboje, dać mu pole do popisu. Generalnie: podkreślać jego ważność, samodzielność, siłę i mądrość. W ten sposób on odczuje, że jest dla Ciebie naprawdę ważny a skoro tak to uwierzy we własne siły, w to, że "może".
A co do tego, że tylko mężczyzna może dać siłę mężczyźnie. Tak, tak jest dlatego dobrze jeśli chłopiec ma od razu pozytywne wzorce ojca, wujka, wychowawcy, brata. Jak nie ma to jest gorzej.
Moja Droga, tak konkretnie: kup mu książkę Johna Eldredge "Dzikie serce", przeczytaj też te artykuły: [zobacz], [zobacz]
I zastosuj to co Ci napisałam wyżej. Nie zniechęcaj się, że to wszystko nie następuje od razu, bo potrzeba czasu na uleczenie ran i nabranie wiary. Powiedziałaś, że już jest lepiej, bo chodzi od kościola. Wykorzystaj fakt jego wiary, polecam w tej mierze też tą odp: 1180. Mów, że Bóg nie stworzył go przypadkiem, że ma dla niego misję, że go potrzebuje na tym świecie. Niech z Boga czerpie siłę. Powodzenia!

  Milena, 21 lat
2101
28.01.2008  
Nigdy nie bylam z nikim na powaznie. przechodzilam jakies nieszczesliwe zauroczenia itp.potem spotkalam faceta, byc moze przyszlego ksiedza:) ktory sprawil,ze zaczelam sie powaznie zastanawiac nad miloscia. zrozumialam, ze milosc to nie rozmantyzm, to nie uczucie,bo uczucia przemijaja, to zycie we 2 ku chawale Bogu. zapragnelam,by moje przyszle malzenstwo opieralo sie na Bogu,chcialam miec mocny fundament, ktorym bylby Bóg.Postanowilam,ze czlowiek,z ktorym sie zwiaze musi miec te same poglady.pokochalam czystosc.Z 2 strony wiedzialam, ze spotkanie osoby religijnej,j est dosc trudne,ludzie tak żadko mówią o Bogu.patrzenie na ludzi,ktorzy swoim zachowaniem, czynami potrafią mówić całemu światu:jestem chrześcijaninem,Bóg jest dla mnie najważniejszy,sprawia mi zawsze wielka radosc. ale mnie to nie zawsze wychodzi,moze do tego trzeba dojrzec.Widzac jak ciezko jest stworzyc wlasciwa relacje z mezczyzna,miłą Bogu, zaczelam rozwazac,czy moze moim powolaniem nie jest życie zakonne.postanowilam,ze nie bede na sile ani odsuwac od siebie tej swiadomosci,walczyc z nia, ale takze nie bede traktowala jej jako ostatecznego "wyroku".powolania nie da sie przegapić,a wiec tę kwestie powierzam woli Pana.W miedzy czasie odkrylam rowniez jak wiele radosci sprawia mi modlitwa, ale nie traktowalam tego jako znak powolania, to oczywiste. Potem ta cala "aura" nieco opadla i od kilku tygodni troche podupadam. tzn nie zmienilam na szczescie pogladow,ale jakos tak nie mam sily na to by wzrastac w wierze,tak jak dzialo sie to przez kilka miesiecy.od kilku tygodni przeraza mnie 1 mysl:czuje ze powinnam zyc sama,choc nie w zakonie.mam wrazenie ze nie jestem przystosowana do zycia z kims i nawet najpieknieszje poglady tego nie zmienia, w moim domu ciezko o nauke milosci:nerwice,CIAGLE klotnie, problemy.Potrafilabym POkochac,ale wiem, ze potrafie tez skrzywdzic,wiec moze wlasnie z milosci do 2 czlowieka,powinnam odpuscić! Tu nie chodzi o jakies kompleksy,lecz o nieumiejetnosc dawnia i zycia z2osoba..

* * * * *

Oj, Milenko a przeczytaj Ty ten artykuł: [zobacz] i zaufaj Bogu. Jeśli On daje Ci pragnienie drugiego człowieka lub życia w zakonie to nie lękaj się! Pojedź na rekolekcje powołaniowe, porozmawiaj z jakąś siostrą aby się przekonać czy to to. Może nie, może to tylko chwilowe uniesienie. Znam to uczucie, też tak miałam. I potem myślałam też tak jak Ty: że może powinnam być sama. Tylko, że nikt nie może żyć dla siebie. Dojrzewasz, masz marzenia, rozmyślasz. Daj się Panu prowadzić. Jeśli masz pragnienie małżeństwa to On w swoim czasie da Ci drugą osobę i miłość. I tego Ci życzę. Z Bogiem!


Ostatnia aktualizacja: 05.06.2008, 16:17


[ Powrót ]
Daj plusika:
[ Strona główna ] Drukuj Wyślij link
Trudna miłość. Jak pokonać kryzys? Trudna miłość. Jak pokonać kryzys?
Tonino Cantelmi, Rachele Barchiesi
Dlaczego zbudowanie stałych i silnych związków uczuciowych wydaje się dzisiaj bardzo trudne czy wręcz niemożliwe? Jakie są przyczyny kryzysu panującego w relacjach międzyludzkich? Autorzy niniejszej książki starają się ukazać te przyczyny. Chcą pomóc Czytelnikowi, zwłaszcza młodemu, w budowaniu trwałych relacji z innymi ludźmi.... » zobacz więcej
Zakochanie… i co dalej? Zakochanie… i co dalej?
Jacek Pulikowski
Książka ta jest pierwszym krokiem do szczęśliwego małżeństwa. Pomyśl o radosnym czasie zakochania, chodzenia ze sobą, narzeczeństwa i nie zmarnuj go! Wykorzystaj cenne wskazówki autora dla dobra twojego i przyszłego współmałżonka... » zobacz więcej
O stronie... | Ogłoszenia | Konkurs | Wspomóż nas | Polityka Prywatności | Kontakt

© 2001-2011 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej