Kartki Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Czat Opowiadania Perełki
Miłość czy MIŁOŚĆ? Czyli sztuka chodzenia ze sobą Miłość czy MIŁOŚĆ? Czyli sztuka chodzenia ze sobą
Katarzyna i Tomasz Jarosz
Przeczytaj tę książkę! Być może znajdziesz tu odpowiedzi na swoje pytania, a przedstawione rady pomogą Ci wybrnąć z sytuacji w jakieś się znalazłeś.... » zobacz więcej
miłość czy Miłość?

Odpowiedzi na pytania

Odp: [1-50], [51-100], [101-150], [151-200], [201-250], [251-300], [301-350], [351-400],
[401-450], [451-500], [501-550], [551-600], [601-650], [651-700], [701-750], [751-800], [801-850], [851-900]
[901-950], [951-1000], [1001-1050], [1051-1100], [1101-1150], [1151-1200], [1201-1250], [1251-1300],
[1301-1350], [1351-1400], [1401-1450], [1451-1500], [1501-1500], [1551-1600], [1601-1650], [1651-1700],
[1701-1750], [1751-1800], [1801-1850], [1851-1900], [1901-1950], [1951-2000], [2000-2050], [2051-2100],
[2100-2150], [2151-2200], [2201-2250], [2251-2300], [2301-2350], [2351-2400], [2401-2450], [2451-2500],
[2501-2550], [2551-2600], [2601-2650], [2651-2700], [2701-2750], [2751-2800], [2801-2850], [2851-2900], [2901-2950], [2951-3000],
[3001-3050], [3100-3100], [3101-3150], [3151-3200], [3201-3250], [3251-3300], [3301-3350], [3351-3400],

Tak niewiele trzeba, by wznieść się ponad przeciętność Tak niewiele trzeba, by wznieść się ponad przeciętność
Florence Littauer
Nikt nie chce być przeciętnym...Dlaczego więc tak wielu z nas tak mozolnie egzystuje na średniej życiowej? Dlaczego zmagamy się przez cały rok, wydzieramy grudniową kartkę z kalendarza i zastanawiamy się, po co to wszystko?... » zobacz więcej




  Dziewczyna, 19 lat
2200
22.03.2008  
Bardzo dziękuje za odpowiedź do pytania 2196. ciesze sie, ze rozumie pani moja sytuacje, bo jak na to nie patrzec, to nie jest ona latwa. tomek chodzi jeszcze do technikum, jest mlodszy ode mnie rok, wiec nawet jezeli pójdzie na studia to za 2 lata.Za kilka miesięcy będzie już pełnoletni, wiec wtedy moze szukac jakiejs pracy, chociazby dorywczej, Obiecuje mi, ze tak bedzie i ja mu wierze, bo w zasadzie zaufanie, to podstawa zwiazku, a na razie widze jak bardzo mnie kocha i robi wszystko, zebym byla szczesliwa, wiec dlatego troche sie uspokoilam. No czas pokaze, jak to będzie dalej, mam nadzieje, ze wszystko sie ulozy.Modle się o to do Boga i wierze, ze wyslucha moich prósb. Poki to, to chyba trzeba myslec troche o przyszlosc, jednak nie przewidywac jej i nie widziec od razu najgorszych scenariuszy, bo roznie sie w zyciu uklada. Z Bogiem!

* * * * *

No oczywiście, nie ma co zakładać najgorszych scenariuszy. A rozmowę z księdzem jednak polecam w kontekście jego relacji z rodzicami. Z Bogiem!

  marcin, 19 lat
2199
22.03.2008  
wracajac do sprawy dziewczyny z internatu... niby jest dobrze baaardzo duzo czasu spedzamy ze soba. czesto ja odwiedzam rozmawiamy zartujemy i jest taka sprawa:jak idziemy na impreze , na koncert , czy gdzie kolwiek czuje ze mnie kokietuje , usmiecha sie jest zupelnie inaczej, a potem jak jzu o imprezie na codzien znowu jest inaczej, normalne sa relacje
a do tego mam pytanie jak nabyuc pewnosci siebie , nie jeczec nie bac sie bez lekow bez stresow , bez wyobrazen....


* * * * *

No ryzyko kosztuje, także emocjonalnie. Nie da się tak całkowicie wyeliminować stresu jeśli na czymś lub na kimś nam zależy. Twoje reakcje są normalne - stresujesz się, bo chcesz dobrze wypaść. Po prostu działaj, aranżuj różne sytuacje. Myślę, że z czasem i ona będzie bardziej otwarta i Ty bardziej śmiały. Co do tej jej zmienności zachowań - a może w towarzytstwie innych jest śmielsza i bardziej odważna? Może wie, że na osobności Ty możesz oczekiwać takiego poważniejszego traktowania lub boi się, że padną jakieś deklaracje? A w towarzystwie innych zawsze można się wycofać, zmienić temat lub kimś zasłonić gdyby coś szło za szybko. Bo może ona wyczuwa, że Ty chcesz z nią być a może nawet coś jej wyznać i nie jest jeszcze na to gotowa i się boi? Przeczytaj ten artykuł: [zobacz] by wiedzieć jakich błędów nie popełnić. Powodzenia, z Bogiem!

  Ania, 18 lat
2198
21.03.2008  
Serdecznie proszę o niepomijanie mojego pytania. Nie umiem sobie poradzic z miłością, na którą się zdecydowałam. Osoba, którą kocham, z pewnych względów odrzuciła moje uczucia, co mnie przez długi czas bardzo bolało, a uwiera do dzisiaj. Mój problem polega na tym, że ja nie potrafię przestac kochac, bardzo chciałabym w jakiś sposób dac upust temu, co we mnie mieszka, móc okazac chocby najdrobniejszą troskę. Każde spotkanie z kochaną przeze mnie osobą powoduje, że czuję się pozbawiona energii i otępiała, bez pomysłu na resztę dnia, zamyślona. Okropnie bowiem mnie boli fakt, że ta osoba jest dla mnie nieosiągalna, ze moje uczucia idą na marne, że nie mogę z nią porozmawiac, nie mogę na nia ciepło spojrzec, by nie obciążac jej miłością, którą czuję i ktora chociaż teoretycznie powinna byc coraz słabsza, jest coraz mocniejsza, obserwuję wieloletnią przemiane moich uczuc - od zauroczenia wyglądem, przez zakochanie, chęc poznawania, wstyd, marzenia, po wierną, ale smutną miłosc, ktorej obiektem jest dusza osoby, a nie jej ciało, nie powierzchownosc; nie to, co rzuca się w oczy. Czasem sie zastanawiam, jaki sens w świetle chrześcijanstwa ma taka milośc. Czasem modle sie o to, bym mogła umrzec za tą osobę, żeby móc chociaż raz okazac jej ogrom tego wszystkiego, co gromadzi sie niepostrzeżenie przez lata. Ale mijają lata, a my, chocbysmy stali obok siebie, jesteśmy daleko od siebie na tyle, ze sadze, iz juz nigdy nasze kontakty sie nie polepszą... Czy moze ma Pani jakiś pomysł, co mogę zrobic? Czy moge cokolwiek zrobic... czy mam traktowac milosc jako mój krzyż, z tym że miłośc powinna dawac szczęście i rozwój, a nie nieustanny tępy ból? Dlaczego Bóg pozwala nam kochac tak mocno, ponad życie, tych, którzy nie moga z nami byc, bo wybrali inne drogi...

* * * * *

Proszę przeczytaj odp nr: 65, 80, 526, 653, 825. Nie, absolutnie, nie możesz traktować tego jako krzyż życiowy. Bóg nie daje takiego krzyża. Krzyż od Boga zawsze czemuś służy, gdzieś prowadzi i pomaga w rozwoju. Natomiast miłość, którą darzysz tego chłopaka nie może się zrealizować a Twoje cierpienia jemu nie służą. Nie możesz też powiedzieć, że Bóg dał Ci tę miłość. Bo Bóg owszem, dał Ci sposobność poznania tego człowieka ale co dalej to już Ty zdecydowałaś. Za uczucia, które się w Tobie zrodziły nie jesteś odpowiedzialna ale za czyny tak. A Twoimi czynami jest podtrzymywanie tych emocji, rozdmuchiwanie uczuć i wyobrażanie sobie różnych scen i sytuacji. Poprzez to wszystko pamięć o tym człowieku rośnie i jest podtrzymywana, a Ty cierpisz. I tak naprawdę można powiedzieć, że Ty już nie jego kochasz ale swoje wyobrażenia o nim, o tym pisałam w odp nr: 441, 868. Widzisz, do miłości nikogo zmusić nie można. Tym bardziej nie ma sensu tkwić w uczuciu do osoby, z którą być nie można. Trzeba sobie wtedy powiedzieć jasno, że ta osoba ma już inne powołanie a my mamy zająć się swoim. Mamy je rozpoznać i być otwartym na inną osobę. Inaczej tracimy czas i może nawet szanse poznania kogoś. Może nawet na tego kogoś nie zwracamy uwagi. Niespełniona miłość nie ma szans rozwoju, bo nie można kochać jednostronnie. Nie ma sensu. Aniu, pomyśl sobie, że ten chłopak jest szczęśliwy w swoim powołaniu. On nie pragnie byś Ty cierpiała i była nieszczęśliwa. Bóg też tego nie chce. Dlatego staraj się pomału otwierać swoje serce. Proś Boga by zabrał Ci to uczucie i dał się zrealizować w innym - odwzajemnionym. Powołania swojego też marnować nie można i dlatego powinnaś pomyśleć o tym, że tkwiąc w tym uczuciu marnujesz szanse na szczęście. Wiem, że to boli i pewnie jeszcze trochę poboli. Ale to jedyna droga na uwolnienie się od tego. Trzeba "zapominać", modlić się, nie przebywać tam gdzie ta osoba, starać się zajmować myśli czymś innym jak nam on przychodzi do głowy. Bóg da Ci siły, da Ci odwagę i uleczy Cię. Tylko musisz tego chcieć i się starać. Z Bogiem!

  Perełka, 20 lat
2197
21.03.2008  
Jesteśmy razem 2 lata. On jest starszy... pracuje, uczy się. Chłopak idealny chciałoby się rzec. Ale mam wrażenie, że przestał się starać. Zawsze to ja wszystko wymyślałam. Owszem, na samym początku zdarzały się bardzo miłe niespodzianki z jego strony, ale od jakiegoś czasu wszystko 'spowszedniało'.
Rozmawiamy często o tym. On tłumaczy się brakiem czasu i pieniędzy. Ale czy potrzeba czegoś więcej niż chęci i odrobiny organizacji? Czy żeby zabrać kogoś bliskiego na spacer potrzeba pieniędzy?
Zastanawiałam się nad tym wszystkim. Nie chcę wyjść na jakąś rozpieszczoną dziewuchę. Sama mam sporo obowiązków, jestem samodzielna, ale... potrzebuję trochę troski z jego strony.
Może minęło już zauroczenie i teraz zależy jak my to dalej poprowadzimy. Ofiarowuję to wszystko Panu Bogu.
Tylko... naprawdę bardzo brak mi tego czułego, troskliwego chłopaka, którym był dla mnie jeszcze kilka miesięcy temu. Do tego stopnia, że... zaczynam zwracać uwagę na innych mężczyzn, wokół których się obracam:( dochodzi do tego, że zwyczajny 'kolega' jest bardziej na bieżąco z 'moimi sprawami' niż własny chłopak.
I naprawdę jakieś spotkanie w przelocie raz na kiedyś nic nie pomoże. Nie wymagam złotych gór. Chciałabym tylko troszkę zainteresowania... i jakby tracę poczucie bezpieczeństwa.
Może nie rozumiem męskiej psychiki. Nie wiem co się dzieje:(


* * * * *

Masz rację. Przeczytaj proszę i daj do przeczytania chłopakowi te artykuły: [zobacz], [zobacz] a potem porozmawiajcie o Waszym potrzebach. Przeczytaj też odp nr 1689 - o tym jak zmotywować pantoflarza. Jeśli mu zależy to co to za tłumaczenie brakiem czasu i pieniędzy? A co będzie dalej? A może on jest przerażony i zdezorientowany bo opadło zakochanie, stracił zapał i mysli, że miłość się kończy? W takim razie polecam ten artykuł: [zobacz] Z Bogiem!

  Dziewczyna , 19 lat
2196
20.03.2008  
Kilka miesięcy temu poznalam wspanialego chlopaka. Pokochalam go i on mnie rowniez. prosilam Boga, zeby pozwolił mi spotkać kogos takiego jak Tomek.
Zdążyłam się juz przyzwyczaic do tego,że jestesmy calkiem rozni. Takie dwie przeciwnosci, ale mimo wszystko sie kochamy i zrobimy wszystko, zeby te nasze inne zdanie i cele nie przeszkodzily w szczesliwym zyciu, a pozniej w malzenstwie.
Jednak pojawil sie niedawno dosyc spory problem...Ja jestem z rodziny katolickiej, sama jestem osoba bardzo wierzaca, ktora ma pewne zasady i wartosci w zyciu. Od malego rodzice wychowywali mnie i uczyli,pokazywali czarno na bialym co jest dobre, a co zle. Wiedzialam, ze Tomek nie jest ani zbytnio wierzacy, dokosciola tez uczeszcza rzadko, ale powiedzialam sobie, ze to mi nie przeszkodzi do bycia z nim. On zna moje wartosci, szanuje je. Jednak on jest z rodziny bardzo biednej. Jego rodzice są bez pracy, ojciec na rencie, Żyją w zasadzie z zasilku. I dlatego zaczeli sie zajmowac nielegalnym handlem przez granice na tyle tylko zeby jakos wiazac koniec z koncem. Nie dziwi mnie to w sumie, bo moja spora czesc znajomych zyje z tego, ale kiedy dowiedzialam sie, ze Tomek rowniez, to zalamalam sie...Znaczy sie on nie chce tego robic. Mowi, ze tylko pojdzie na studia, usamodzielni sie skonczy z tym. Wiem, ze on mnie bardzo kocha. Ja jego tez, wiec wierze mu. Robi to dlatego, ze musi, rodzice mu karza jest na ich utrzymaniu, nie ma innego wyjscia. Myslalam, ze pogodzilam sie z tym, ale jednak...gdzies na dnie serca zostaje ten bol.Chcialam takiego chlopaka,wiem, ze Bog mi go zeslal, ale boje sie o nasza przyszlosci. Nie chce, zebysmy sie utrzymywali za np10lat w taki sposob jak on teraz...wiem, ze on obiecywal mi nie raz,ze nie chce tam jezdzic, znajdzie niedlugo prace, bedziemy godnie zyc...Tylko czy moge mu wierzyc? Zaufalam mu i na razie chyba pozostaje tylko czekac. Jednak najgorsza jest ta bezsilnosc.To czekanie w napięciu i niepewnosci...


* * * * *

Moja Droga ile on teraz ma lat i w jakiej jest sytuacji? Uczy się jeszcze? Jeśli pójdzie na studia to w jego sytuacji otrzyma na pewno stypendium socjalne, ale fakt to za mało by się utrzymać więc powinien podjąć jakąś pracę - ale legalną. Jeśli będzie w mieście gdzie jest uczelnia to będzie to na tyle spore miasto, że będzie mógł np. roznosić ulotki, pracować w jakimś barze, Mc Donaldzie czy sklepie. Teraz potrzebują pracowników. Proponuję też by w tej miejscowości gdzie teraz mieszkacie próbował się rozejrzeć za czymś takim np. popołudniami gdzieś popracować czy weekendami np. w ochronie czy sklepie a w lato przy zbiorze owoców. Jeśli tylko jest taka możliwość powinien to zrobić i wtedy możesz mu uwierzyć, że faktycznie chce coś zmienić. Nawet jeśli ta praca będzie mniej opłacalna to będzie w zgodzie z wartościami i sumieniem. Gorzej gdy przemyt traktuje jako coś normalnego, popłacalnego, sposób na życie. Naturalnie podzielam Twoje lęki i Twoje prawo do tego, byś miała oparcie w chłopaku i poczucie bezpieczeństwa. On jako mężczyzna musi udowodnić, że chce żyć inaczej, że jego przyszła rodzina nie będzie skazana na to co jest teraz. Ty musisz to zobaczyć by uwierzyć. Dlatego powinien szukać innych źródeł utrzymania nie czekając na skończenie studiów. Tak jak mówię - na studiach będzie miał wiele możliwości zarobkowania a i teraz może się okazać, że są inne alterantywy, jeśli nie w Waszej miejscowości to w najbliższym miasteczku np. w weekendy. Tylko trzeba się postarać. Odnośnie tego, że rodzice go do tego przymuszają - rozumiem trudną sytuację i dlatego powinien on (lub Ty nawet) zapytać księdza jak się zachować, on na pewno coś doradzi. Co do różnicy w wierze poczytaj proszę te odp: 1358, 1710. Jeśli widzisz szansę poprawy Twojego chłopaka w tej mierze, jeśli podstawowe wartości są takie same to trzeba pracować nad związkiem, jeśli są diametralnie inne i nie ma szans na zmianę a to Ci przeszkadza trzeba się zastanowić czy byłabyś w stanie z tym żyć. Z Bogiem!

  ja, 24 lat
2195
20.03.2008  
Na początku roku poznałam pewnego chłopaka. Spotykalismy sie przez 2,5 miesiąca, wychodzilismy do kina, do kawiarni, nasze spotkania odbywaly sie raz na tydzien, ale zaczynalo laczyc nas coraz wiecej. Codziennie ze soba rozmawialismy, poznawalismy nasze problemy, siebie nawzajem i wydAwalo mi sie iz wszystko idzie w dobrym kierunku. Z czasem zaczelo mi zalezec na czestszych spotkaniach, ale on pracowal codziennie do wieczora, wiec z drugiej str nie moglam wymagac od niego spotkan co pare dni, tak wiec dla nas' byl zarezerwowany ' jeden dzien w tygodniu...czasami owszem dochodzilo do bardziej spontanicznych spotkan. Zastanawialam sie nad tym, czy on moze nie ma ochoty widywac mnie czesciej? ale zaraz to sobie tlumaczylam tym iz ma 30 lat, powazna prace, swoje zaintesowania i faktycznie moze spotkania raz na tydzien powinny mnie satysfakcjonowac. w kazdym razie jak sie juz widzielismy to musze przyznac iz chlopak sie staral i byl zainteresowany mna. Niestety pewnego razu spotkalismy sie u niego...pilismy wino....i doszlo do czegos wiecej pomiedzy nami...Bardzo tego potem zalowalam..bo nie jest to zupelnie zgodne z moimi wartosciami, ale stalo sie...I od tamtej pory....jego stosunek do mnie..ochlodzil sie...zaczal rzadziej sie odzywac...nie proponowal spotkan...Wkoncu nie wytrzmalam tej sytuacji( nie mialam odwagi porozmaiwac o tym co miedzy nami zaistnialo) ale zapytalam sie go...jaki ma do mnie stosunek? on swierdzil ze..bardzo mnie lubi..ale nie widzi szans na przyszlosc...
Poczulam sie oszukana....bo bardzo zaangazowalam sie emocjonalnie w ta znajmosc i wydawalo mi sie iz on tez. Poza tym nie rozumiem natury mezczyzn.....zaluje starsznie tego co stalo sie...tamtego wieczora u niego..ale czy to naparwde moglo wplynac na jego decyzje??? Nie bardzo wiem jak powinnam sie teraz zachowac,on chyba wciaz chce miec ze mna kontakt...odzywa sie...chce byc mily....Mnie nadal zalezy na tej znajomosci...czy czekac? dac temu czas? czy zapomniec i wymazac go z pamieci..?


* * * * *

Moja Droga ale "coś więcej" to współżycie, tak? Odpowiadając na Twoje ostatnie pytania: to nie tyle to co się stało wpłynęło na jego decyzję ale jego stosunek do Ciebie wpłynał na to co się stało. Rozumiesz? Gdyby traktował Cię poważnie, gdyby Cię szanował i brał pod uwagę w kategorii "ewentualna żona" to by nigdy do tego nie doszło. Nie wyszedłby z taką propozycją. Dla niego byłabyś taką "świętością", że patrzyłby w zachwycie i pragnął dla Ciebie jak najlepiej. Natomiast nieczystość, decyzja o niej, sam czyn spowodował, że on dostał to co chciał, zaspokoił swoją ciekawość i pożądliwość i…stracił cel. Bo jeśli celem dla niego było Twoje ciało a nie Ty sama to stracił Tobą zainteresowanie. I to możesz mu powiedzieć. Moja Droga! Bardzo mi przykro, że tak się stało. Naturalnie, że czujesz się oszukana, bo Ty z pewnością traktowałaś go poważnie i liczyłaś na coś więcej. Natomiast wpadłaś w pułapkę typowego kobiecego myślenia, że jak się zgodzisz na wszystko co on chce to on odpłaci Ci tym większą miłością i wiernością. Nic bardziej mylnego. Bo jeśli mężczyzna jest na tyle dojrzały i kocha kobietę, że nie przekroczy granic to ok. Ale jeśli mężczyzna nie ma takiej postawy to wtedy tyle ile kobieta sobie pozwoli to on tyle weźmie. Jeśli pozwoli na całość to on to wszystko weźmie. I nawet nie będzie miał wyrzutów sumienia - bo przecież się zgodziła, to krzywda jej się nie dzieje. I dlatego kobiety powinny o tym pamiętać - że na ile pozwolą mężczyźnie na tyle on nie będzie miał oporów. Podkreślam jeszcze raz - mężczyzny nic z myślenia i szacunku do kobiety nie zwalnia, natoamist jeśli nie ma on solidnie ukształtowanego systemu wartości to tyle weźmie w sferze cielesności na ile kobieta mu pozwoli. Smutne ale tak jest. Moja Droga, przeczytaj i daj chłopakowi do przeczytania te dwa artykuły: [zobacz], [zobacz]
Zażądaj też poważnej rozmowy i oboje podejmijcie decyzję: być nadal razem (ale na określonych zasadach i w czystości) albo się rozstajecie. Bo nie możesz być z nim dla jego wygody i zaspakajania jego pragnień. A już jego stwierdzenie, że Cię lubi ale nie widzi szans na przyszłość jest szczytem bezczelności. Odkąd to współżyje się z kimś kogo się lubi? To z każdą koleżanką, którą lubi współżyje? Nie widzi szans na przyszłość ale na seks owszem? To znaczy, że jawnie przyznaje, że Cię wykorzystuje, tak? Że jesteś dla niego zabawką? Moja Droga! Wiem że boli, ale żądaj dla siebie szacunku i postaw twarde warunki. A jeśli będzie nadal twierdził to samo żądaj przeprosin i odejdź. Masz prawo do przeprosin, do tego, by nawet próbował Ci wynagrodzić to co się stało. Musisz nim potrząsnąć, musi mieć świadomość tego co robi, chośby po to, by nie krzywdził kolejnych dziewczyn. Bądź silna i nie powtarzaj już nigdy tego błędu. Jezus Ci przebaczy, Ty sama sobie przebacz i żyj nadzieją na prawdziwą miłość - która szanuje i czeka. Bo prawdziwa miłość nie chce dla siebie tylko troszczy się o drugiego. Módl się, by Bóg uleczył Twoje zranione serce. Z Bogiem!

  Ania, 20 lat
2194
19.03.2008  
właściwie to chciałam się zapytać jak się ma osoba odpowiadająca na te wszystkie pytania?? :) mam dzis dobry humor chociaż bez powodu, pozdrawiam :)

* * * * *

A dziękuję, jak miło, że ktoś pyta. Mam się dobrze i życzę Wam błogosławionych Świąt Wielkanocnych. Niech jasność płynąca z pustego grobu Zmartwychwstałego Jezusa będzie światłem dla wszystkich pytających tutaj i niech doda Wam odwagi i siły do podejmowania dobrych wyborów.

  Marcin, 28 lat
2193
19.03.2008  
Witam serdecznie. Nie wiem jak i od czego zacząć. Zacznę wszystko od początku tzn. od momentu poznania. W 2001 r. w marcu poznałem swoją żone. Miałem wtedy 22 lata. Znaliśmy się wcześniej bo razem pracowaliśmy. Jak na początku było cudownie i wspaniale. W krotkim czasie, bo po ok. trzech miesiącach znajomości okazało się, że jest w ciąży. Nie chciała słyszeć o ślubie w zadnym wypadku. Ale ja chciałem być odpowiedzialny za nasze czyny i naprawde Ja kochałem. Za namową rodziców zgodziła się na ślub. I to był błąd... myślałem, że po ślubie wszystko się zmieni i ulegnie zmianie. Podobno dziecko cementuje związek. Nic bardziej mylnego. Wszystko zaczęło się psuć coraz bardziej. Już tydzień po ślubie spałem w oddzielnym łóżku bo twierdziła że jest jej nie wygodnie. Zrozumiałem, miała do tego prawo. Kiedy urodził się nasz syn wszystko jeszcze bardziej się zmieniło... Zostałem odstawiony totalnie na bok. Myslałem, ze to tylko przejsciowe. Nie... to się pogłebiało. Moja rodzina nie była jej rodzina. Tylko jej rodzina się liczyła. I zawsze te słowa ze gdyby nie nasz syn to nie bylibyśmy dziś razem. Nasze zbliżenia były raz w porywach do trzech w miesiącu a po trzech latach zdarzały się sporadycznie. Nigdy z moją żoną nie wymieniłem namiętnego pocałunku. Twirdziła, ze tego nie lubi i to nie higieniczne. Pocałunek na weselu tzw gorzka wódka był też udawany. Cóż dziś już od prawie roku nie jesteśmy razem. Żona znalazła sobie innego męzczyzne który okazał się żonaty i przez blisko rok ja zwodził i pomieszkiwał z nią. Czekam na ostatnią sprawę rozwodową. Nie jestem w stanie jej wybaczyć z wielu powodów. Dziś znalazłem Dziewczyne w której bardzo się zakochałem. Jest Bardzo wierzącą i praktykującą katoliczką. Ja również jestem wierzący. Teraz nawet bardziej niż kiedyś. Dojrzałem. Nawet u mnie nie nocuje bo to przed ślubem nie wypada. Kochamy się oboje BARDZO ale cóż począc kiedy to jestem w takiej a nie innej sytuacji. Chcemy żyć zgodnie jak Bóg przykazał.Proszę o poradę co robić.

* * * * *

Drogi Marcinie, nie czas tu i miejsce na szczegółową analizę Twojego małżeństwa, ale przede wszystkim musisz wiedzieć, że Wy się pobraliście nie znając się. A po drugie nie poznaliście się bo nie zachowując czystości cielesność przysłoniła Wam prawdziwy obraz drugiej osoby, pisałam o tym tutaj: (swoją drogą nie wiem jak można współżyć a nie całować się, w końcu seks jest najintymniejszym wyrazem więzi, więc jak można oddać siebie całkowicie jeśli nie chce się oddać komuś wyrazu czułości). Kolejne kłamstwo jakiemu uwierzyliście to takie, że dziecko scementuje związek. Dziecko i tak wprowadza chaos w życie małżeńskie dlatego powinno przychodzić na świat w rodzianach gdzie oboje małżonkowie kochają się naprawdę i nie ma między nimi konfiktów. Tylko takie małżeństwa mogą poradzić sobie z tym chaosem.
Co teraz? Jak wiesz nie mogę Cię pochwalić, nie mogę Ci powiedzieć, że miłość przezwycięży wszystko. Muszę Ci polecić te odp: 1034, 1100 gdzie pisałam o związku z osobą, która już jest żonata. Tak, bo Ty wiesz, że nawet rozwód nie sprawi, że Twoja żona przestanie być Twoją żoną - sakramentalną. Być może (jestem w tej mierze bardzo ostrożna) wchodziłoby w grę stwierdzenie nieważności małżeństwa. Jeśli czujesz, że tak mogło być zwróć się do kurii. Jeśli wiesz, że nie wchodzi to w grę to wiesz, że ta dziewczyna nigdy Twoją żoną nie będzie a Wasz związek będzie cudzołóstwem. Tak, to brutalne, ale jesteś meżczyzną i mogę mówić do Ciebie wprost, zresztą nie muszę Ci tego mowić, Ty to wiesz, skoro piszesz na tą stronę. A skoro piszesz to sumienie jednak Cię gryzie i jednak Bóg nie jest Ci obojętny. I bardzo dobrze. Marcin! Zanim cokolwiek zrobisz radziłabym zbadać jak niała się sprawa Twojego małżeństwa a potem dokonać rozrachunku także wobec żony i dziecka i - wobec tej dziewczyny. Stań w prawdzie, zobacz jak będzie wyglądało Twoje życie, Twojego syna (ale nie tylko teraz ale całe jego życie, dorastanie), jak będzie wyglądało życie Twojej żony i jak będzie wyglądało życie tej dziewczyny. Co jej zaoferujesz? Taylko patrz przez pryzmat wiary, proszę. I co wychodzi…? Marcin, ja wiem jak to jest. Ja byłam kiedyś w sytuacji tej dziewczyny, więc to nie jest dla mnie czysta teoria. Ja naprawdę wiem co czujesz i co ona czuje. Moje przemyślenia zawarłam w podanych odpowiedziach. Ty wybierzesz sam. Ja życzę Ci wyboru słusznego a nie wygodnego.
Idź jutro pod krzyż i wołaj. Krzycz, błagaj, wykrzycz to wszystko. I błagaj o światło, o radę. Dostaniesz ją, jeśli tylko oddasz się Bogu cały. Jeśli będziesz chciał, by Bóg powiedział Ci co dalej On Ci powie. Proś o to z całych sił. Z Bogiem!

  Agnieszka, 26 lat
2192
18.03.2008  
Cytat z którejś odpowiedzi: "jak chłopakowi zależy to na uszach stanie a z dziewczyną się spotka. Tak wykombinuje, żeby się dowiedzieć gdzie mieszka, którędy chodzi, o której kończy zajęcia, że "przypadkiem" na nią w warzywniaku wpadnie i o godzinę Jest dużo więcej fajnych kobiet niż fajnych facetów. Nie rozumiem czemu Bóg to tak urządził. W dodatku to kobiety bardziej chcą być z kimś.zapyta."
Wstawiam tu, bo mam dość. nie znam takich chłopaków-męczyzn. Ani wśród moich kolegów/znajomych. ani wśród facetów z którymi są moje koleżanki. W większości to że one są z kimś wynika z ich inicjatywy.
Ja nie mam chłopaka. Do tej pory najodważniejsze co ktoś dla mnie zrobił- to było wproszenie się kolegi na moją studniówkę - 7 lat temu! Jestem ładna, mądra, rozsądna, ale dość zamknięta w sobie i widze że nie ma facetów którym by się chciało troszkę poczekać aż się oswoje. Zdarzało mi się kogoś gdzieś zapraszać, albo wychodzić z jakąś propozycją, chociaż duzo mnie to kosztuje, ale bez skutku - nadal jestem sama.
W innym miejscu napisałąś, że mężczyzna powinien być przewodnikiem kobiety - zgadzam się (od niedawna- ale sie zgadzam) - znam tylko jednego mężczyznę, który tak by widział swoja rolę. Większość nawet sobą nie umie się zająć.Boją się bardziej- to jeszcze nic złego, ale nie próbują tego przezwyciężać.
Właściwie to o nic nie chce ptyać. To jest krzyk rozpaczy. Ja już nie chce być sama.
Próbowałm "coś robić" szukać - ale mam wrażenie - że cokolwiek zrobię to i tak nie ma żadnego znaczenia, znam dziewczyny które nie szukały a i tak znalazły. Może to kwestia odpowiedzi na jakąś sytuację - może tego nie umiem - choć próbowałam nawet wychodzić z inicjatywą i nic.
Patrzę sie dookoła na te moje samotne, w większości, koleżanki i na znanych mi facetów i mam wrażenie że jesteśmy pokoleniem, które nie umie zyć. Co robimy źle? co ja robie źle? Krzycze do Boga cały czas w imieniu swoim i osób na których mi zalerzy, i po prostu nie wiem co dalej robić, żeby było dobrze.

pisałam tu przed chwiką dosłownie,
pisze jeszcze raz bo poczytałam sobie trochę komentarzy do tej stronki i widzę, że wszyscy maja to co ja. Kobiety szukają i nie mogą znaleźć, zastanawiają się gdzie w tym wszystkim jest Bóg (i niektórzy jeszcze dlaczego nie odpowiada), i skoro one nie znalazły - a wierzą- to dlaczego mi ma się udać?
Gdybym wiedziała co mam zrobić, zrobiłabym to. Problem polega moze na tym, że chciałabym być kobietą i zachowywać sie jak kobieta. chciałabymżeby ktoś mnie kochał i walczył omnie, I żebym ja też go kochała, ale rozglądam się i nie widzę zadnych mężczyzn gotowych walczyc o kobietę (nie o mnie- w ogóle o kobiete). A kiedy ja próbuje walczyć, coś robić, wyjść z inicjatywą- to nie jest to dobrze przez nich przyjmowane. Źle też nie - raczej - nijak!! Wszystko się rozmywa. Jest im po prostu wszystko jedno??!!!!


* * * * *

Droga Agnieszko! To prawda co piszesz. Tak właśnie jest: jest więcej wspaniałych kobiet poszukujących, chcących tylko rodziny, tylko normalnego chłopaka. I nie mogą znaleźć. Społeczne wytłumaczenie tego zjawiska jest takie, że generalnie teraz kobiety są lepiej wykształcone, wyjeżdżają do dużych maist, natomiast mężczyźni częściej pozostają w swoich miejscowościach. Stąd też nagromadzenie problemu w wielkich miastach.
Droga Aniu! Wierzę, że robisz wiele w kierunku znalezienia męża. Nie ustawaj w tych działaniach, wpisuj się na katolickie portale np. tutaj: [zobacz]
. Odpowiadaj na zaproszenia znajomych na jakieś imprezy czy wycieczki. No i módl się - tyle możesz po ludzku zrobić. Nie wiem jak Cię pocieszyć, bo Ty po prostu chcesz konkretów nie pocieszania. Dlatego o te konkrety się módl - wołaj do Boga, nawet się z nim kłóć, zezłość się. Nie bój się, że Bóg się pogniewa. On chce żeby z Nim rozmawiać, żeby Mu mówić czego się pragnie. Bóg naturalnie wie czego Ci potrzeba ale przypominaj Mu to. Dlaczego jeszcze nikogo nie masz? Może dlatego, że ta osoba, z którą będziesz jest gdzieś daleko i dopiero się poznacie? Może ona nie jest jeszcze gotowa na związek albo zastanawia się nad powołaniem? Może Bóg chce Cię ustrzec przez związkiem raniącym dlatego nie daje Ci być z "kimkolwiek". To takie moje pomysły dlaczego ktoś jeszcze nie znalazł małżonka, ja sama sobie tak tlumaczę fakt dlaczego późno poznałam męża.
Miej nadzieję, nie rezygnuj z marzeń. Nawet jak nie masz siły, jesteś rozgoryczona - trwaj. Nawet jak nie masz siły się modlić zapal świeczkę przed obrazem Matki Bożej. Niech ten płomień będzie znakiem Twojej modlitwy. Ja życzę Ci znalezienia tego jedynego i tego byś była szczęśliwa. Z Bogiem!

  zagubiona, 20 lat
2191
18.03.2008  
Witam!
na wstepie chciałam bardzo podziękować za tą stronę!przeczytałam wiele odpowiedzi jednak nie znalazłam odp. na swoje rozterki.Sprawa wygląda następująco:z miom chłopakiem jestem już 3 lata,choć znamy się dużo dłużej.to ja się w nim zakochałam i na niego czekałam(ok.2 lat),gdyż on bał się zaczynać nowego związku,po zranieniu przez inną dziewczynę.na początku było nam ze sobą bardzo dobrze:)jednak pod koniec pierwszego roku ciągle się kłuciliśmy(ponieważ on nie mógł zaakceptować tego,że jestem nieśmiała a to mnie tak blokowało,że nie potragfiłam z nim rozmawiać)chciałam z nim zerwać,ale on płakał wiec dałam mu szanse i od tego czasu było dobże.tylko,że od jakiegoś czasu zaczełam się zastanawiać nad naszą przyszłością,czy chcę aby on był moim mężę(bo jak nie to związek przeciez nie ma sensu).jesteśmy ze sobą tak długo a ja mam więcej wątpliwości niż pewności.poza tym robiłam liste jego wad i zlet i niestety wad wyszło więcej.teraz to już nawet nie wiem czy go kockam.boje się,że przez te dwa lata zanim byliśmy razem wymyśliłam sobie jakiś ideał,który jest zupełnie różny z rzeczywistością i to ten ideał kocham,a jestem z niem tylko z litości(miał cięzkie dzieciństwo),a na początku moja postawa była bardziej matczyna(chcaiłam sie nim opiekować,żeby był przy mnie bezpieczny)a teraz coraz bardziej potrzebuje wsparcia, które nie zawsze otrzymuje.pragne jego szczęścia ale bardzo boje sie przyszłości, nie chce ciągnąć związku bez sensu,NIE CHCĘ GO ZRANIĆ, boję sie że nie poradzi sobie beze mnie,mówi że już nikogo innego nie pokocha,a je chcę jego szczęścia.boję się ze po ślubie może pić(ojciec i matka byli alkoholikami a on lubi pić i nie widzi w tym nic złego)nie wiem czy mam trwać w tym związku.a poza tym on nie jest dojrzały emocjonalnie i dzili nas różnica intelektualna, która będzie się pogłębiać bo ja studiuję a on już skończył edukację(maturą)i to jest czasem widoczne.prosze o pomoc,czy nasz związek ma sens?czy ja samej siebie nie oszukuje że go kocham?Dziękuję!


* * * * *

Moja Droga, przede wszystkim przeczytaj te artykluły: [zobacz], [zobacz]
I te odp: 78, 89, 106,192, 271, 390, 728, 1021, 1050, 1059, 1278, 1309, 1407, 1728
Zaś odnośnie różnic między Wami (m. in w wykształceniu) te odp : 385, 508,798, 1387,1498, 2035, 2130.
Tak, jest to możliwe, że Ty przez te 2 lata stworzyłaś sobie wizerunek idealnego chłopaka a rzeczywistość jest inna. Źle, że sobie taki ideał stworzyłaś, bo jest oczywiste, że nikt ideałem nie jest. Natomiast to naturalnie nie oznacza, że musisz nim być i że masz się godzić na wszystko. Po to jest okres poznania się, by podjąć decyzję. Słuszną, tzn. dobrą i taką, której nie będziemy żałować. Nie wygodną tylko słuszną. Bo na razie mam wrażenie, że podejmujesz decyzję o byciu z nim wygodną - dla niego. Absolutnie nie wolno być z kimś z litości albo dlatego, że chce się kogoś zmienić, pomóc mu itp. Związek nie jest instytucją charytatywną. W związku oboje muszą wzrastać, oboje dawać i brać. Nie może być tak, że tylko jedna osoba daje, druga korzysta. Prędzej czy później rodzi to frustrację. Odnośnie jego problemów alkoholowych: źle, że on nie widzi w tym nic złego. Bo naturalnie za zachowanie rodziców nie odpowiada i nie jest temu winien, ale za swoje zachowanie jest odpowiedzialny. I tym bardziej jeśli ma negatywne wzorce z domu powinien starać się coś z tym zrobić - tutaj konieczna jest terapia DDA - Dorosłych Dzieci Alkoholików (jest prawie w każdej parafii). Bez tego trudno osobie z rodziny z problemem alkoholowym stworzyć pozytywne wzorce swoimi siłami wyłącznie. Jest to trudne i nie ma sensu męczyć się samemu, skoro można skorzystać z fachowej pomocy. Zachęć go do niej, bo być może sporo jego zachowań jest z tym związanych, to może być syndrom "współuzależnienia".
Moja Droga! Przede wszystkim jednak nie wolno Ci być dla niego matką ani opiekunką. Nie jesteś odpowiedzialna za jego życie i zachowanie. Ty też jesteś ważna w tym związku, Ty jako kobieta masz prawo do poczucia bezpieczeństwa i oparcia. Chroń siebie, bo się zatracisz całkiem.
Niedopuszczalne też jest złe traktowanie Ciebie bo jesteś nieśmiała. Jesteś to jesteś, on może swoją miłością pomagać Ci z tego wyjść ale nie mieć pretensji. To świadczy o braku akceptacji Twojej osoby. A w związku akceptacja, szacunek i dbanie o potrzeby obu stron to podstawa. Podejmij decyzję. Podejmij, zanim będziesz sfrustrowana i rozżalona, zanim zaczniesz uważać, że on marnuje Ci życie. Nie martw się o niego. Módl się za niego, powiedz mu o tej terapii DDA - to będzie duża pomoc. Jeśli nie skorzysta - trudno, nie możesz nieść go przez życie i za niego żyć. Życzę Ci siły i odwagi. I myśl też o sobie. Z Bogiem!

  Gabrysia, 27 lat
2190
16.03.2008  
Witam!!szukam pomocy, bo mam wrażenie ,że niedługo popadne w chorobę psychiczna od tej huśtawki. z moim chłopakiem jestesmy razem 3 lata, po ukończeniu szkoły nasze drogi troche się rozchodziły, a że żal mi było rezygnować ze związku tylko ze względu na odległość, postanowiłam przeprowadzić sie do miasta gdzie mieszka on.zostawiłam rodzinę, przyjaciół i rozpoczęłam pracę w toksycznym środowisku obgadywania, zawiści.bardzo ciężko nadal odnaleź mi się w tym mieście. nie mam przyjaciół, tylko on.1,5 roku temu oświadczył się, ale tak nieoficjalnie.więc czekałam kiedy zrobi to poprawnie ( pierścionek itd)jakoś nie doczekałam się, powiedziałam mu że oczekuję czegoś więcej bo ile można tak,on zaczął prace na 2 etaty do tego studia, więc coraz rzadziej się widywaliśmy, samotnośc tak mnie przygniatała,że robiłam mu wyrzuty,że nie wytrzymam tak długo.na to odpowiedział mi,że wypalił się w tym związku nie ma siły o nas walczyć,że potrzebuje czasu żeby zdecydować czego tak naprawdę chce.jakoś dogadaliśmy się, bo żadne nie potrafi zakończyć tego związku.ja mam złamane serce, bo jak można kogoś kochać tak wygodnicko, bo nadal mówi,że kocha, ale ja już nie wierzę w ta jego miłośc.ale nadal go kocham i nie potrafię odejśc więc co robić?

* * * * *

Proszę poczytaj odp nr: 630, 1261, bo mimo, iż Twój chłopak się oświadczył wydaje mi się, że te wszystkie lęki nie są mu obce - o czym zresztą świadczy fakt niepodjęcia żadnych konkretnych kroków. Nie bardzo wiem co ma na myśli, że "się wypalił"? Jak może "wypalić" się miłość? Może on myli miłość z zakochaniem, z uczuciami? Pisałam o tym tutaj: [zobacz] Gabrysiu! Porozmawiajcie poważnie, określcie co wobec siebie czujecie ale i jak rozumiecie miłość i jak traktujecie siebie w sensie kim dla Was jest druga osoba, co byście chcieli dla niej zrobić, co możecie poświęcić i co Was łączy (zasady, hierarchia wartości, zainteresowanie, widzenie świata, poglądy, praca itp.). Czy i jak wyobrażacie sobie wspólne życie. A najlepiej zrobicie jeśli dacie sobie szansę i pojedziecie (lub pójdziecie) na "Wieczory dla zakochanych". To taki kurs gdzie rozmawiając tylko ze sobą wychodzą na jaw wszelkie wątpliwości i można podjąć ostateczną decyzję. Naprawdę, nie znam lepszego sprawdzianu przedślubnego niż ten. Po nim zdecydujecie - albo ślub (ale konkretne kroki i staranie się) albo rozstanie. Szczegóły tutaj: www.spotkaniamalzenskie.pl, www.malzenstwo.pl
Nie może nami w decyzji o byciu z kimś decydować lęk przed samotnością. Tak, wiem, łatwo się mówi, ale ja mówię z doświadczenia. Czasem trzeba zrezygnować by móc poznać kogoś innego i z nim budować. Tak, owszem jest zawsze ryzyko, że kogoś już nie poznamy. No ale czy lepiej być nieszczęśliwym całe życie, bo się związało z nieodpowiednim człowiekiem czy żyć w wolności z nadzieją i ciągłą szansą na coś nowego? Gabrysiu, ja Ci życzę dobrej, słusznej decyzji i tego, byś była szczęśliwa - z nim lub kimś innym. I życzę Ci przede wszystkim odwagi do podjęcia decyzji. Odważ się, a Bóg Cię nie zostawi i pokaże Ci jeszcze wiele dróg. Myśl też o sobie - masz prawo czuć się swobodnie i być kochaną naprawdę. To Twoje życie. Polecam też: [zobacz], [zobacz]
Z Bogiem!

  Kamcia, 18 lat
2189
14.03.2008  
Dziękuje za odp.(2175).Trochę chyba to wszystko źle streściłam,ale faktycznie z tego co napisałam wyszło,że mu się narzucałam ;) Po prostu napisałam to pod wpływem emocji i chyba nie bardzo sama myślałam nad tym co pisze.Prawdą jednak jest że on mnie zawsze prosił o pomoc jak miał jakąś poważną sprawę bo dobrze wiedział że zawsze może na mnie liczyć.Jak pisałam z nim pierwszy raz po tej półrocznej przerwie to sam przyznał że "pamięta wszystkie nasze sprzeczki i trochę miłości też tam było"Wiele ostatnio myślałam na temat tego co między nami było.I doszłam do wniosku że najbardziej mi zależy na szczerej rozmowie z nim o tym wszystkim co było.Taki duży rachunek sumienia.A z drugiej strony sama nie wiem czego on teraz ode mnie oczekuje i jak chciałby żeby wyglądała relacja między nami.On pisze niby miło itp.ale ja mu jakoś nie ufam. Może jeszcze raz tak krótko wytłumacze dlaczego.Bo właśnie to chyba źle we wcześniejszym liście napisałam.Mianowicie ja byłam dla niego pomocną dłonią jak było źle u niego, ale jak było dobrze to odsuwał się ode mnie.I to bolało bo czułam się jak takie naiwne dziewczątko.A z drugiej strony ja doskonale zauważałam to że on się inaczej patrzy na mnie niż na inne kumpele.Jak zachowywał sie jakoś głupio,to wystarczyło że wejdę do sali,albo jak akurat jak w niej byłam- spojrzę się i on był potulny jak aniołek.Jak miał przez pewien okres dziewczynę to ile razy się do niej przytulał, patrzył czy ja to widzę.No cóż to jednoznaczna chęć wywołania we mnie zazdrości.No i cóż.... nasuwa się chyba jeden wniosek- faktycznie między nami było coś więcej niż przyjaźń, chociaż w gimnazjum nigdy się do tego nie przyznaliśmy.A teraz nie wiem jak to będzie między nami, bo w sumie sama nie wiem jak powinno między nami być.Ale chyba bez zaufania nic nie można zbudować- nawet zwykłego koleżeństwa.Jutro zapewne do mnie wpadnie, bo prosił mnie żebym mu płytę ze zdjęciami z gimnazjum nagrała bo chce sobie pooglądać.Zimno na to patrzę.Zobaczymy jak to dalej będzie...

* * * * *

No to rozmawiajcie, spotykajcie się a jak będziesz czuła potrzebę porozmawiaj z nim poważniej. Powodzenia!

  agnieszka, 30 lat
2188
14.03.2008  
Witam serdecznie...
to ja z listu nr Agnieszka, 30 lat 2158
24.02.2008
NIe ozumiem Dlaczego Pani nie chce mi wierzyc iz mam 30lat owszem mam 30 lat mam syna 7letniego a chlopak ma mniej odemnie bo 24 moze dlatego stalo sie jak sie stało..przez ten czas co oczekiwałam z wielka niecierpliwoscia na pani odp.on zadzwonil wybaczyłam mu z milosci!bylo oki zaprowadzilam go do rodzicow lecz na drugi dzien on zamilk jego rodzice go nastawili w stosunku co do mnie...a mowil z ekocha ze tamtej nigdy nie kochal zecaly czas myslal o mnie a na drugi dzien...
to boli dałam se spokoj pomimo iz cierpie zaczełam wiecej uwagi poswiecac memu dziecku-dziecko nie jest jego lecz moje z mojego malzenstwa... pomim to dziekuje za odpowiedz ..i czekam na wiesci od niego wierze iz BOg mi pomoze iz BOg chce do mnie dobz emoz emialo sie tak stac.Ta stronke polecil mi pewny pan co widzial w jakim jestem stanie...pozdrawiam serdecznie
Agnieszka z synem Patrysiem:(


* * * * *

Dlaczego ciężko mi było uwierzyć w Twój wiek? Bo 30-letnia kobieta powinna wiedzieć co jest najważniejsze i na czym związek powinien się opierać. Ale zastanawia mnie co innego: napisałaś, że masz syna z małżeństwa? Więc jesteś mężatką? Jeśli tak, to czy oczekujesz, że pomogę Ci w stworzeniu związku z innym mężczyzną? Agnieszko! Chyba bardzo się pogubiłaś w życiu. Masz rację, zajmij się synem i doradzam rozmowę z księdzem. Naprawdę, on pomoże Ci od strony duchowej stanąć na nogi. Z Bogiem!

  Sylwia, 16 lat
2187
12.03.2008  
witam. Mój problem jest trochę dziwny i może śmieszny... Otóż w tym roku idę do Bierzmowania. Miałam iść razem z moja klasa, ale przeprowadzilam sie i poszlam sama do zupełnie innej parafi i tam przygotowuje się do bierzmowania. Na początku ciężko było mi się zaaklimatyzować, często były spotkania z młodzieżą, a ja nikogo nie znałam. Z czasem znalazłam tam znajomych. Od początku jednak w oczy rzucał mi się pewien chłopak. Cały czas ksiądz mu zwracał uwagę, był bardzo arogancki i sprawiał wrażenie, jakby ktoś go zmuszał do bierzmowania. Nie wiem czemu, ale ciągle na siebie wpadliśmy, choć on w ogóle nie był osobą w moim typie. Tzn. dużo przeklinał, podpalał papierosy zaraz po wyjściu z kosciola itp . Nie zwracałam uwagi na te przypadkowe spotkania, a to w sklepie, a to po drodze do szkoły.. Jednak wszystko zmieniło się niedawno. Było organizowane spotkanie dla bierzmowanych w nowym miejscu, a ja nie bardzo się orientowałam gdzie to jest, bo wspominałam w tej parafi jestem od niedawna. Miała mnie koleżanka zaprowadzić ale dziwnym trafem minęłysmy się. No i wtedy przyszedł on. Ten przeklinajacy , palacy i odrażający katolik. Chcicał też przyjśc na spotkanie dla bierzmowanych,ale nie wiedział gdzie to jest. Pogadaliśmy trochę, w końcu znalazł nas jakiś ksiądz i zaprowadził jak dwie sierotki. Usiadł obok mnie i ciągle się przyglądał, okazało się ,że mieszka dwa kroki ode mnie. Nawet go polubiłam. Nie wiem co jest grane, ale spotykam tego chłopaka go dzień w dzień i na pewno nie jest to celowe ani z jego strony ani z mojej. Bo on też sprawia wrażenie zdziwionego tym faktem. moj problem ...Snilo mi sie ,ze ja mam mu pomoc. Pomóc zeby sie nawrocil i poszedl jak godny katolik do bierzmowania. Jestem zdezorientowana . Czy Bóg stawia go na mojej drodze celowo? Dzien w dzien, choc oboje staramy sie od siebi uciekac to wpadamy na siebie w najbardziej nietypowych sytuacjach. On jest taki zupełnie inny niż ja. A może to ja jestem nienormalna myslac ze Bóg chce żebym mu pomogła?

* * * * *

Nie możesz mysleć, że masz się poświęcić dla niego i że Ty masz go nawrócić. Myśląc tak bierzesz na siebie bardzo ciężkie brzemię odpowiedzialności za zadanie, któremu nie jesteś w stanie podołać i którego skutek jest niepewny. Stąd tylko jeden krok do zakochania się w nim i cierpienia, że "on taki jest", rani Cię, Ty się poświęcasz, a on…itd. Bóg stawia na naszej drodze różnych ludzi. My zaś rzeczywiście możemy w jakiś sposób naszym działaniem i sposobem bycia pobudzać ich ku dobremu a nie jest tak, że oto Pan Bóg każde Ci wychować i zmienić tego chłopaka. To ponad Twoje siły. To co Ty możesz dla niego zrobić to zachowywać się normalnie, być sobą, żyć swoimi zasadami. On patrząc na to może się tym zachwycić i chcieć się zmienić. Ale nie powinnaś go nawracać na siłę, bo najważniejszy jest przykład a nie słowa. Nie dopatruj się zatem w nim swojego przeznaczenia, (które zresztą nie istnieje, pisałam o tym w tym artykule: [zobacz]), nie myśl, że to, że go spotykasz coś szczególnego znaczy. Spotykasz na pewno też wiele innych ludzi ale nie zwracasz na nich uwagi, bo akurat on rzucił Ci się w oczy. A rzucił swoim sposobem bycia - po prostu. Niezbyt chlubnym. Do czego zmierzam? Do tego, byś nie wmówiła sobie, że masz misję wobec niego i że Bóg żąda wobec Ciebie rzeczy niemożliwych. Żebyś nie zakochała się w kimś przez kogo będziesz cierpiała, bo jest nieodpowiednim kandydatem na chłopaka. Jego styl życia świadczy o jakimś młodzieńczym buncie, o pewnej niedojrzałości i chęci zwrócenia na siebie uwagi (to przeszkadzanie na spotkaniach, przeklinanie), manifestowaniu domniemanej dorosłości (papierosy). Chłopak znający swoją wartość, odpowiedzialny nawet nie czuje potrzeby zwracania na siebie uwagi. Tak więc faktycznie wiele jeszcze przed nim, wiele ma do zrobienia i naturalnie może być dobrym katolikiem - ale musi chcieć, musi dojść do takiego przekonania. Nikt na siłę go do niczego nie zmusi. I nie trzeba. Jezus będzie czekał cały czas - na jego wolną decyzję. A Ty bądź sobą. Z Bogiem!

  Justi, 25 lat
2186
12.03.2008  
Pisałam do Pani kilka dni temu, dziękuję za odpowiedź (2174). Niestety rozwiązanie przyszło samo. Okazało się, że Paweł mnie oszukiwał. Najpierw usunął nasze wspólne zdjęcia i czułe komentarze z pewnego portalu www. Dla mnie oznaczało to, że nie chce aby ktoś wiedział, że jesteśmy razem. Gdy pytałam dlaczego to zrobił odpowiedział: ”po prostu”. Później wydało się, że gdy miał być na rekolekcjach to w rzeczywistości z kimś się spotykał. W sumie wydało się przypadkiem. Przez ostatnie dwa tygodnie nie chciał ze mną rozmawiać, nie odpowiadał na smsy a ja nie wiedziałam całkiem co się dzieje. A on po prostu bał się powiedzieć mi w twarz, że to koniec. Najbardziej mnie boli, że jeszcze 2 tygodnie temu mówił, że szalenie kocha. Ma pani rację, że po części bałam się zostać sama. Był moim pierwszym chłopakiem i miałam nadzieję, że tym jedynym. Teraz sytuacja jest dla mnie jasna. Rodzina i przyjaciele uważają, że Paweł zachowywał się jak drań i już dawno powinnam go sobie odpuścić. Pomimo tego, że boli to już wiem, że oczekuję od mojego chłopaka i przyszłego męża szczerości i wierności. Pozdrawiam i z Bogiem!

* * * * *

Bardzo Ci współczuję. Widzisz, tak naprawdę wszystko wskazywało na to, że nie traktuje tej znajmości poważnie i nie chce z Tobą być. Bardzo mi przykro i to co mogę Ci poradzić to odp nr: 80, 526, 653, 825 o tym jak się pozbierać. Cieszę się jednak, że sama zrozumiałaś wiele rzeczy i wiesz, że rozstanie jest słuszne. Wierzę, że Twoja prawdziwa miłość czeka i będziesz szczęśliwa. Pomyśl, że tak naprawdę dobrze się stało, że to wyszło przed ślubem i nie masz złamanego życia. Możesz zaczynać na nowo z czystym kontem. Życzę Ci siły i ukojenia serca. Z Bogiem!

  Kaśka, 27 lat
2185
11.03.2008  
Szczęść Boże. Moje pytanie jest następujące. Czy możliwe jest, żeby stworzyć naprawdę udane, kochające się, pobożne małżeństwo mieszkając w pobliżu rodziców (tzn. w tym samym mieście), przy założeniu, ze rodzice zarówno dziewczyny jak i chłopaka bardzo kochają swoje dziecko, ale jednocześnie są bardzo nadopiekuńczy? Może lepiej jednak zmienić miasto, żeby móc być bardziej niezależnym i samodzielnym? Ja osobiście skłaniam się ku tej drugiej możliwości, ale zależy mi na tym, żeby usłyszeć zdanie kogoś kompetentnego. Problem dotyczy mnie osobiście, mam na imię Kaśka, mam 27 lat, mój chłopiec Krystian-26. Oboje jesteśmy po studiach, pracujemy i oboje mieszkamy z rodzicami. Moi rodzice są kochani, naprawdę dużo im zawdzięczam, jednak troszczą się o mnie moim zdaniem przesadnie, mama nawet robi mi śniadania do pracy, ścieli łóżko, sprząta w pokoju. Próbowałam protestować, ale to nic nie daje, tylko powoduje kłótnie. A tato no cóż, jestem dla niego cały czas małą dziewczynką. Na szczęście obojgu rodzicom bardzo podoba się mój chłopak. U Krystiana w domu sytuacja jest podobna, choć nie jest jedynakiem, to jednak również jest on związany bardzo ze swoimi rodzicami i rodzeństwem. Jak pojechaliśmy we dwoje na kilkudniową pielgrzymkę, to dzwonili do niego kilka razy dziennie. Rozumiem, ze się martwili, ale aż tak bardzo? Bardzo lubię jego rodziców, jego mama jest dla mnie również bardzo troskliwa. Mnie też traktuje w jakimś sensie jak dziecko. Boję się, że jak założylibyśmy rodzinę i zostali w pobliżu rodziców to nigdy nie dojrzejemy. Ja jako kobieta obawiam się również rywalizacji pomiędzy mamą mojego chłopaka a mną, nigdy nie będę tak z zachwytem no i pobłażaniem patrzyła na jej syna, kocham go ale jestem również wymagająca! No i jak to wszystko rozwiązać?
Pozdrawiam
ps. Przeczytałam odpowiedzi nr 842 oraz 930. Dużo mi pomogły


* * * * *

Ech, odwieczny problem… Wiesz, jeśli jesteście oboje zdecydowani, by miasto zmienić, jeśli dostaniecie tam pracę to można spróbować się przeprowadzić. Ale jeśli z jakichś względów (np. praca) byłoby to niemożliwe to możecie zostać w tym mieście ale oczywiście mieszkać osobno. I ustalić z narzeczonym reguły gry (rozumiem, że chłopak nie jest uzależniony od matki tylko ona jest nadopiekuńcza. Jeśli tak to ok.). Ustalić jak spędzacie święta, wolny czas, jak często będziecie odwiedzać rodziców. Naturalnie nie chodzi o odcięcie się od nich i zerwanie kontaktów, bo to da odwrotny efekt. Właśnie trzeba od czasu do czasu przyjść do rodziców i posiedzieć trochę, trzeba ich zaprosić na niedzielny obiad. Oczywiście nie dać przy tym sobą manipulować i pozwolić, by teściowa krytykowała to co robisz i wymuszała inne rozwiązania. Wyrazić swoje zdanie ona może ale Wy i tak macie prawo zrobić po swojemu. A w sytuacjach konfliktowych to ta strona, której rodziców sytuacja dotyczy musi zabrać głos i porozmawiać z rodzicami na osobności. Nie w formie krzyku tylko spokojnie, podkreślając, że rodziców się kocha i szanuje ale teraz stanowicie nową rodzinę i chcecie sami ją budować. Co do telefonów: trochę ciężka sprawa, ale nie może być tak jak pisałaś - że telefony są co chwila. W zasadzie sami powinniście do rodziców zadzwonić i powiedzieć, że jest ok albo nawet dłużej porozmawiać albo jak oni chcą to niech zadzwonią, ale uważam, że telefon częściej niż raz dziennie to nie jest zdrowa sytuacja. Bo codziennie to też jest często ale nieraz po prostu chce się coś przekazać, dowiedzieć się o zdrowie czy inne sprawy. Ale raz dziennie i nie kilkugodzinne pogaduszki i omawianie spraw z matką tylko krótka informacja. A pogadać czasem owszem można dłużej, ale nie może to się odbywać na zasadzie relacjonowania życia małżeńskiego i rozstrząsania wszystkich spraw. Wy podejmujecie decyzje i informujecie rodziców a oni mogą wyrazić swoje zdanie ale nie wolno im niczego narzucać. Generalnie jeśli rodzice nie są schorowani, starsi, jeśli macie jeszcze inne rodzeństwo to nie będzie żadną niewdzięcznością wyjazd do innego miasta. Ale też pod warunkiem, że Wy tego chcecie a nie jest to ucieczka przed rodzicami. Bo co to da jeśli wyjedziecie a oni i tak będą ciągle dzwonić, krytykować a wizyty będą koszmarem? Lepiej być na miejscu ale tak ustalić reguły gry byście nie czuli się zdominowani. Może być na początku trudno, mogą rodzice się nawet obrazić ale trudno. I tu jest duża rola Twojego przyszłego męża jako odpowiedzialnego za rodzinę. Masz rację: nie możesz być mu matką, nie możesz patrzeć na niego z pobłażaniem bo Ty będziesz jego ŻONĄ. A on będzie MĘŻEM a nie syneczkiem i to on będzie kimś odpowiedzialnym za całą rodzinę, przewodnikiem, opiekunem, silnym, dojrzałym, mądrym mężczyzną. Więc Ty wymagać musisz. Jesteś mądrą dziewczyną, więc wierzę, że Wam się uda. Dobrze, że chcecie się uniezależnić i dojrzeć. Bo tylko dojrzali ludzie mogą wkroczyć w małżeństwo. Decyzja o wyjeździe musi być przemyślana i musi być wyrazem tego co Wam bardziej odpowiada. A z rodzicami trzeba będzie pewnie niestety stoczyć walkę -ale madrością da się wiele rzeczy załatwić. Pamiętaj, że najważniejsi dla siebie macie być Wy i ze sobą macie wszystko ustalać. A jeśli chcesz polecam książkę "Toksyczni rodzice" Susan Forward. Módlcie się o mądrość i siłę decyzyjności. Z Bogiem!

  wiki, 19 lat
2184
10.03.2008  
kiedys mialam chlopaka ktorego bardzo kochalam(i kocham do tej pory)lecz niestety zranilam go,czesto nie okazywalam mu uczucia ,wiem ze bylo mu bardzo ciezko bo jemu bardzo zalezalo na mnie ,a ja nie potrafilam poswiecic sie tylko dla niego i zrezygnowac ze swoich zajec,znajomych.on cierpial bo przegrywal ,wiele razy mi wybaczal to ze go zaniedbywalam ale ktoregos razu powiedzial mi ze on juz tak dluzej nie potrafi zyc,nie chce byc na drogim miejscu.gdy rozmwialismy powiedzial mi ze nie zrywa dlatego ze juz mnie nie kocha ,lecz nie moze tak dluzej cierpiec.od tamtej pory ja jestem sama,on rowniez nie ma nikogo(choc od naszego rozstania minely juz 3 lata).co jakis czas zdaza sie tak ze nasze kantakty staja sie lepsze i wydaje mi sie moze znowu jest szansa na to zeby bylo miedzy nami COS,.ostatnio powiedzial mi ze bardzo mu na mnie zalezy,ze jestem wyjatkowa,ze nie ma w jego zyciu nikogo takiego jak ja,ze zadna dziewczyn mi nie dorownuje,ale on nie wie czy to co czuje to jest milosc.wie ze to ogromny sentyment ale nie wie czy czuje to co kiedys.ja czuje ze on sie mna interesuje ,czest czeka na mnie po szkole zeby pogadac,ale ja nie wiem jak mam sie zachowywac.czasem wydaje mi sie ze on liczy na to ze ja wyjde z inicjatywa,to ja zaczne rozmowe,ale ja boje sie ze on pomysli ze mu sie narzucam,to jest bardzo dziwne,ale narawde obawiam sie ze on czasem ma mnie dosyc,chociaz nie mam powodow aby tak sadzic.to uczucie mnie bardzo meczy,na poczatku modlilam sie aby nasz milosc rozkwitla na nowo,niie chcialam sie pogodzic z tym ze nie bedziemy razem,ale teraz ,juz od dluzszego czau modle sie o to abyo nim zapomniec,bo to uczucie do niego bardzo mnie meczy,ale tez nie czuje ukojenia.nie wiwem co mam robic,nie wiem czy jets szansa na zaistnie czegos pomiedzy nami ,ale ja juz nie mam sily na to,czuje ze zze mna jest coraz gozej....

* * * * *

Hmm, generalnie jest to możliwe, by zacząć po raz drugi, jeśli od rozstania minęło już sporo czasu i - co najważniejsze - jeśli ludzie dojrzeli, zrozumieli pewne sprawy, przemyśleli powody rozstania i widzą swoje błędy. Oraz sobie przebaczyli i nie czują żalu. W innym przypadku nie ma to sensu, bo robi się powrót do punktu wyjścia i wytykanie sobie zranień. Ale nawet jeśli się zdecyduje do siebie wrócić to należy pamiętać o jednym - ta miłość NIE BĘDZIE już taka sama. Nie będzie gorsza, broń Boże, ale będzie inna. Na pewno nie będziecie czuć tak samo, bo to niemożliwe. Tamta miłość była pierwsza, a w każdym razie pierwsza między Wami (Wy po raz pierwszy się w sobie zakochaliście). To tak jak inna jest reakcja jak ktoś po raz pierwszy widzi zaśnieżone szczyty wysokich gór lub morze i ten widok robi na nim wrażenie, a jak widzi to po raz kolejny. Miłość też będzie inna. I całe szczęście. Bo gdyby było tak samo to by oznaczało, że dwoje ludzi nie zrobiło żadnego postępu, nic nie przemyślało i nie dorosło. A tak byście chyba nie chcieli. Dlatego możesz chłopakowi to powiedzieć - że nie musi i nawet nie powinien chcieć czuć tak samo. Poczytaj też odp nr 575. A co do Waszych szans. Jeśli chcecie możecie spróbować. Ale przy uwzględnieniu tego wszystkiego co napisałam i bez oczekiwań, że będzie tak samo. Musicie być gotowi na to, by było inaczej i tego "inaczej" powinniście chcieć. Jeśli zaczniecie to z czystym kontem, od początku, bez wracania i rozdrapywania rad (choć zdaję sobie sprawę, że tak do końca nie będzie możliwe nie wracanie do przeszłości, bo przecież już raz się poznaliście), bo jesteście już trochę innymi ludźmi. Nie możecie też oczekiwać, że tym razem będzie super i że na pewno się uda. Nie wiem czy się uda, bo to zależy od Was. Jeśli oboje macie chęci to może porozmawiać o tym: jak oboje siebie widzicie? Bo takie domyślanie się, szarpanie, oczekiwanie na inicjatywę drugiego nic specjalnie nie da. To on powinien inicjatywę wykazać, natomiast być może się boi odrzucenia. Dlatego zaproponuj rozmowę i spytaj czego on oczekuje i kim dla niego jesteś. I wspólnie podejmijcie decyzję. Nie może być tak, że to Ty teraz będziesz się sama starać albo przekonywać go, że powinniście spróbować. I że Ty będziesz kierować tym związkiem. To on jest mężczyzną. Ale tak jak mówię, jeśli czujciecie się na siłach i macie dobre chęci by coś budować na nowo. A jeśli się okaże, że nie odbieracie tego tak samo - cóż, trudno, widocznie będziecie oboje szczęśliwi kiedyś z kim innym. Módl się też o rozeznanie. Z Bogiem!

  Marta, 23 lat
2183
10.03.2008  
Witam.Jak każdy mam problem, który dla mnie wydaje się ważny...Jestem z Krystianem 3 miesiące, i jest nam ze sobą dobrze(tzn.dobrze się razem bawimy, spędzamy czas... ciągle się śmiejemy...nawet jak się kłócimy to szybko dochodzimy do porozumienia itp.).Tylko, że zaczęliśmy nie od tej strony co trzeba...zaczęliśmy współżyć.Od miesiąca jednak staramy się żyć w czystości, w sumie wytrzymujemy tydzień...z tego względu,że idzie nam marnie...postanowiliśmy, że jeśli kolejny raz upadniemy to koniec z nami,bo to do niczego nie prowadzi..tym bardziej,że tak naprawdę nie możemy określić co do siebie czujemy.Ja myślę,że jeśli będziemy w stanie łaski uświęcającej będzie nam łatwiej rozeznać czy się kochamy czy się tylko lubimy...tylko mam obawy...co jeśli on nadal nie będzie wiedział...już raz miałam taki przypadek,chłopak przez 2 lata zastanawiał się co do mnie czuje...wiem, że nigdy nie można mieć pewności,ale też zastanawiam się ile mamy dać sobie czasu na to, żeby wiedzieć czy to jest to...boję się,że im dłużej to będzie trwać to ja się zaangażuję...no i teraz mam takie obawy, że najchętniej to bym już się rozstała, żeby nie bolało...wiem,to mój mechanizm obronny-zawsze jak coś jest nietak to uciekam... proszę o modlitwę w naszej intencji... pozdrawiam

* * * * *

Droga Marto koniecznie RAZEM przeczytajcie ten artykuł: [zobacz] i przedyskutujcie go. Potem spiszcie na kartce zasady i trzymajcie się ich. Owszem, rozstać się można ale to rozwiązuje problem tak jak śmierć pacjenta rozwiązuje problem choroby. Naturalnie, jeśli oboje tak naprawdę odkryjecie, że nic Was poza cielesnością w sobie nie pociąga (zauważ, że ja mówię: pociąga, a nie że do siebie nic nie czujecie) to wtedy rozstać się należy. Ale jeśli dobrze się dogadujecie i błąd polega na współżyciu to ratunkiem jest czystość nie rozstanie. Możecie sobie wyznaczyć jakieś ramy czasowe i w tym czasie próbować się poznawać zachowując czystość a jeśli faktycznie po tym okresie stwierdzicie, że nie to trudno. Masz rację, że w stanie łaski uświęcającej łatwiej się poznać z tego względu, że współżyjąc jesteśmy zaślepieni i nie widzimy prawdziwego oblicza człowieka tylko jego ciało. Nie poznajemy duszy a reakcje ciała, a nie na tym polega poznawanie się. A na prawdziwym poznaniu dopiero opiera się związek, poczytaj o tym w tym artykule: [zobacz]. I nie martw się, że on nie będzie wiedział co "czuje", bo miłość to nie uczucie tylko pragnienie dobra drugiego człowieka. A pragnąć można decyzją woli. Życzę Wam wytrwania w czystości i właściwych decyzji. Z Bogiem!

  Katarzyna, 21 lat
2182
09.03.2008  
Szczęść Boże:)Nie myślałam,że odważę się napisać...Odwiedzam tą str.regularnie i cieszę się,że ona istnieje.Ale do rzeczy.Kiedy się poznaliśmy żadne z nas nie myślało,że ta znajomość przeistoczy się w miłość.Ponad 200km odległości.Byłam szczęśliwa,że poznałam przyszłego kleryka.Stał się moim przyjacielem i nigdy nie pomyśłałam,o czymś więcej.Na początku pisaliśmy smsy b.rzadko(on pisał pierwszy),potem częściej.Pisał,że tęskni za rodziną,że chce odejść,a ja podtrzymywałam go na duchu.Szokiem było,kiedy po roku znajomości wyznał mi miłość.Najgorsze było,że czułam to samo.Rozpoczęliśmy walkę z tym.Zrywanie kontaktu,kilkakrotne,zawsze któreś pękało.Unikaliśmy siebie nazwajem.W końcu powiedział w domu,że chce odejść,rozpętało się piekło.Ciągła kontrola,nawet jego smsów.Nigdy nie powiedziałam mu"odejdź i bądź ze mną".Zdarzało nam się siedzieć,trzymać się za ręce i patrzyć w niebo godzinami,to nam wystarczało.Wciąż powtarzał,że mnie kocha i chce spędzić ze mną resztę życia.Ale nadal siedział w seminarium.W końcu powiedziałam mu,że nie chce,żeby do mnie pisał,bo jesteśmy nie w porządku wobec Boga.Zerwaliśmy kontakt całkowicie.Minęło kilka miesięcy.Nie rozumiem,jak można kochać dziewczynę,chcieć zostać jej mężem i równocześnie mówić,że"jeśli się coś(seminarium)zaczęło należy to skończyć".Chciałabym,żeby mi powiedział:"Mam powołanie i chce swoje życie poświęcić Bogu."Zrozumiałabym.Czy ja jestem nienormalna,że nie mogę tego pojąć?Może za dużo wymagam.Pogubiłam się w tym.Z góry dziękuję za odp.Pozdrawiam.

* * * * *

Kasiu, zgadzam się z Tobą całkowicie! Ja też tego nie pojumuję. On ma wyraźny problem albo rozdwojenie jaźni: nie można jednocześnie chcieć być księdzem i mieć dziewczynę, no nie można! Dobrze postąpiłaś, że odeszłaś i zerwałaś kontakt. I to dobrze przede wszystkim ze względu na siebie, bo gdzie Ty byłaś w tym wszystkim? Jego pocieszycielką, maskotką, zabawką? Jeśli nie mógł Ci zaproponować małżeństwa to po co Ci głowę zawracał? Padłaś ofiarą swojej łatwowierności i chyba tego dziwnego zachwytu niektórych dziewczyn klerykami. Bo jakaś taka tendencja ostatnio panuje, jakaś moda na "dziewczynę kleryka". I winni są tu przede wszystkim chłopcy, którzy niby dojrzali, niby z powołaniem, a jednocześnie zostawiający sobie furtki, macący w głowie dziewczynom, które chcą mieć "na wszelki wypadek". No tak nie można, Bóg wymaga męskiej odważnej decyzji. Kasiu, ja rozumiem, że Ci ciężko i stawiasz sobie takie pytania. Masz do nich prawo, sparzyłaś się. Módl się o uzdrowienie serca i o to, by Bóg postawił na Twojej drodze prawdziwą miłość - spełnioną. Poczytaj też odp nr: 10, 29, 157, 364, , 523, 644, 940 , a szczególnie tą: 381, by zobaczyć co mogło wyniknąć gdybyś nadal utrzymywała z nim kontakt. Trzyamj się, a na "zapomnienie" polecam odp nr: 80, 526, 653, 825. Z Bogiem!

  Zosia, 17 lat
2181
09.03.2008  
Mam pewien problem,zapewne wiele już takich słyszeliście,ale żadna odpowiedz do mnie nie przemawia,a mianowicie:podoba mi się chłopak młodszy o rok,znam go od małego ale niedawno przypomniałam sobie o jego istnieniu zupełnie przypadkiem.wiem,że na pewno na początku jest to zauroczenie...Zagadałam do niego na gadu raz,drugi,czwarty a on nie wykazuje zbytniego zainteresowania moją osobą,mimo że kiedy przypadkiem go gdzieś widzę,patrzy na mnie niesamowitym wzrokiem.Czuję się wtedy bardzo matutka jak robaczek.To piekne uczucie,jak spojrzenie moze fascynować innych!On lubi sobie popić czasem i wiem,że pali,mimo to wiem,że Bógh może wszystko....Głupio mi się jemu narzucać i wciąż zagadywać na gg,bo boję się ze sie zrazi i w końcu wyśmieje.Kompletnie nie wiem co robić,bo poprosić o spotkanie się gdzies zraczej nie wypada dziewczynie pierwszej wychodzić z taką propozycją:( Modlę się za niego ale nie wiem czy da to jakieś skutki....pomózcie,proszę.

* * * * *

No cóż Ci mogę doradzić? Jeśli on nie wykazuje zainteresowania to znaczy, że nie jest Tobą zainteresowany. Gdyby był to porzez te zachęty które mu dajesz już dawno by skorzystał z okazji bliższego poznania Ciebie. Nic nie możesz więcej zrobić. Nikogo do miłości zmusić nie można, nawet gdyby najbardziej się tego chciało. Ostrożna też byłabym z tą "fascynacją spojrzeniem", bo nie wiesz dlaczego on tak patrzy. Poza tym może tylko Ty to odbierasz jako coś niesamowitego, może on też tak patrzy na każdą dziewczynę a może to jest po prostu wzrok pożądania?
Do myślenia też powinien Ci dać jego styl życia - czy naprawdę chciałabyś mieć takiego chłopaka? Tak, Bóg może wszystko ale niczego nie robi na siłę. To nie jest tak, że Ty poprosisz Boga, żeby on nagle przestał pić i tak się stanie. Jeśli on będzie chciał pić to nadal pić będzie i nic tego nie zmieni. Bóg nie interweniuje tak ostro, bo dał każdemu człowiekowi wolną wolę i rozum, by mógł on sam wybierać. Ponadto chłopak - jeśli mu zalezy an dziewcyznie i traktuje ja poważnie i szacunkiem - to powinien się od najlepszej strony pokazywać i nawet jak miał jakieś nałogi to z nimi walczyć. A tymczasem on w ogóle nie pokazuje się z dobrej strony. No, przykro mi, że podoba Ci się ktoś kto na Ciebie nie zwraca uwagi. Przeczytaj odp nr 65 i proś Boga by zabrał to uczucie i w swoim czasie dał Ci poznać wartościowego chłopaka, który pokocha Cię z wzajemnością. Wierzę, że tak będzie. Z Bogiem!

  basia, 23 lat
2180
09.03.2008  
Mam pewien problem, we wrzesniu poznalam chlopaka z ktorym studiujem i razem wynajmujemy stancje( ja z kolezanka a on osobno w pokoju) w tym samym budynku. Z poczatku to on wzial moj numer komorki , umowil sie na spacer, na ktorym toczyl rozmowe o swojej rodzinie, szkole. Na studiach siedzi obok mnie, razem sobie pomagamy, dogadujemy sie super , Bylam z nim na dyskotece, gdzie poznalam jego siostre.Dopiero tam poznalam ze mnie traktuje jak dziewczyne (ciagle za reke ,tanczylismy powolne piosenki). tylko ze wszytko musialam sie domyslac, nic mi nie powiedzial ze cos do mnie czuje ( ma troche dziwny charakter jest jakis skryty jak chodzi o uczucia, a tak to z nie go ogromna gadula i wiem ze jeszcze nie mial zadnej dziewczyny, choc ma 24 lata) Jak sie przez 2 tygodnie (studiujemy zaocznie) nie widzielismy pisal smsy, sygnalki puszal choc nie czesto ale cos zawsze bylo. ale mojej przyjaciolce (idzie jej naprawde zaufac) sie to nie podobalo ze zawsze odmawial zeby sie spotkac zostawaly tylko studia zeby sie widziec. To trwalo tak 3 miesiace.I raz na dyskotece powiedzial mu moja przyjaciolka bez moje obecnosci, ze ma sie zastanowic ze albo chce byc ze mna to niech to powaznie potraktuje albo da sobie i mi spokoj z tym. On bym strasznie zamieszzany jakis speszony i powiedzial je tylko ze jej sie wydaje ze mnie inaczej traktuje i ze jestem tylko kolezanka. Od tego czasu mial do mnie jakis dystans nie pisal smsow ani nie bylo sygnalkow. Ale znowu na studiach od pewnego czasu ze mna duzo rozmawia, nawzajem sobie pomogamy, siedzi obok mnie i wszystkim sie wydaje ze my jestesmy para.ale smsow nadal nie pisze tylko na studiach Ja juz sama nie wiem na czym stoje jak go rozgrysc co on wogole o mnie mysli i jakie ma plany? Moja przyjaciolka mi tylko mowi ze mnie b. lubi i ze sie mu podobam ze to widac. Jest duzo przypadkow ze gdzies zawsze razem wyjdziemy np. cos zjesc i tez mozemy na rozne godzinami tematy romawiac.Ale mnie to juz meczy i chcialabym wiedziec czy sie przelamie?

* * * * *

Hmm, trochę koleżanka chyba popsuła sprawę. Niepotrzebnie z nim o Tobie rozmawiała, bo w ten sposób dała mu do zrozumienia, że Ty oczekujesz od niego deklaracji. A on być może jeszcze się zastanawiał, a może niedługo zamierzał się odkryć, ale mocno się speszył i poczuł naciskany. Więc się wycofał. Teraz gdy trochę ochłonął znów się ośmielił. Bardzo możliwe, że on jest nieśmiały, może nie wie jak go potraktujesz, a może jeszcze nie jest pewny.
Choć naturalnie od września to jest sporo czasu, by jakieś konkretne kroki już podjąć. Tylko, że faktycznie tak głupio pytać wprost i więcej może z tego wyniknąć złego niż dobrego, pisałam o tym w tym artykule: [zobacz]. Myślę, że powinnaś dać mu jeszcze trochę czasu, a jednocześnie próbować inicjować sytuacje, w których musiałby więcej przebywać z Tobą, np. poprosić o pomoc. Możesz skorzystać też z odp nr: 3, 30, 37, 134, 411, 912, 1486, 1932. Dziwi mnie, że odmawia spotkań, bo jak chłopak jest zainteresowany to powinien się ucieszyć z takiej możliwości a potem korzystać i sam je inicjować. Dlatego jeśli nadal tak będzie to proponuję za jakis czas delikatny dystans. Nie siadaj sama obok niego, nie zaczynaj pierwsza rozmowy. Może takie zdystansowanie podziała na niego dopingująco, może on właśnie potrzebuje takiej swobody działania, by mógł się wykazać? A jeśli to się będzie jeszcze przez kolejne miesiące przeciągać i będziesz miała nadal takie sytuacje, że on nie chce się spotkać poza zjazdem to chyba dałbym już sobie spokój. W końcu masz prawo wiedzieć na czym stoisz i czy masz się zaangażować. Z Bogiem!

  MAłgosia, 17 lat
2179
09.03.2008  
Mam 17 lat, niegdy wcześniej nie miałam chłopaka(mało kto o tym wie).Jescze rok temu nie chciałam go mieć, ale teraz się to całkowicie zmieniło...Chciałąbym żeby ktoś mnie przytulił i powiedział że mnie kocha.Ale kto???Kolożanki cały czas się dziwią że taka ładna i fajna dziewczyna nie ma chłopaka, a ja poprostu chyba nie umiem z nimi rozmawiać aby zainteresować ich nie tylko swoim wyglądem i poczuciem humoru, ale także wnętrzem...:( Chłopak do którego coś czuję jest głęboko wierzący i stale przebywa z różnymi dziewczynami, bo wszystkim się podoba ze względu na swoja osobowość, czuję coś do niego ale co mam zrobić żeby on zwrócił na mnie większą uwagę??nie che żeby pomyślał że kogoś przed nim udaję...:(

* * * * *

Czy Ty się tego wstydzisz, że nie miałaś do tej pory chłopaka? Powiedz, że żartujesz…A jaki to powód do wstydu, że chce się poczekać z prawdziwym uczuciem na prawdziwą miłość i nie rozmieniać jej na drobne? Ja nie miałam chłopaka do 26. roku życia, bo tak akurat się ułożyło, ale nie jest mi wstyd. Dzięki temu nie poraniliśmy się z nikim wcześniej, potrafiłam docenić dar miłości. Powinnaś być dumna, że miłość uważasz za poważną sprawę. I nie myśl, że to Twoja wina, że nikogo nie masz, bo to nie jest tak, że dziewczyna musi biegać za chłopakami i interesować ich sobą. Jasne, jeśli ktoś Ci się podoba to możesz próbować nawiązać z nim kontakt (skorzystaj z odp nr: 3, 30, 37, 134, 411, 912, 1486, 1932), ale jeśli ta osoba nie będzie wykazywała zainteresowania to nic na siłę. Prawdopodobnie chłopak, który zainteresuje się Tobą jeszcze nie jest gotowy na związek i dlatego Bóg jeszcze go na Twej drodze nie postawił. Módl się o to, ufaj i poczytaj jeszcze odp nr: 461,1265, 817, 1939. A gdy kogoś poznasz to zawsze bądź sobą, nikogo nie udawaj. Z Bogiem!

  Monia, 21 lat
2178
09.03.2008  
Witam.Dłudo zastanawiałam sie jak zadać swoje pytanie i czy ja napewno mam problem.Od miesiąca jestem w związku z wspaniałym chlopakiem i nekaja mna watpliwośći co do swojego uczucia.Problem polega na tym ze kiedys zakochałam się jak byłam nastolatka w pewnym chłopaku On nie odwzajemnił tego uczucia, ja bardzo wyidealizoawłm Go sobie i obdarzyłm ogromna miłscia, która nie rozbija sie o codziennośc ale nie mogła sie rozbijac bo On nigdy ze mna nie byl, lubil mnie ale nie kochał.Gdy sie nad tym zastanowiłm to uczucie które czuje teraz jest inne zalezy mi na tym Chłpaku i chce z nim być boje sie ze mnie zrani i ze ja probuje sobie wmowic to uczucie. Mam mentlik w głowie, wybaczcie za tak chaotyczny lista ale jakos ciezko mi to ogarnąc slowami. Pozdrawiam Moni

* * * * *

Monika, jak się zakochałaś jako nastolatka nie będąc w realnym związku to pokochałaś nie chłopaka a swoje wyobrażenia o nim. Poczytaj o tym w odp. nr: 441, 868. Natomiast teraz poznałaś kogoś i widzisz, że ta relacja jest inna. Dlaczego? Bo masz przed sobą realną osobę i tak właśnie wygląda związek. Ja też kiedyś inaczej wyobrażałam sobie miłość, zakochanie, związek a jak byłam w prawdziwym związku to się zdziwiłam mocno, że to takie…prozaiczne. A to po prostu było normalne, zwyczajne, realne - po prostu. Tak więc Twoje odczucia nie są niczym dziwnym, są normalne i nie ma powodu do niepokoju. Tak właśnie powinno być. Polecam Ci też ten artykuł: [zobacz]. Spotykajcie się nadal, poznawajcie i cieszcie sobą. Będzie dobrze, z Bogiem!

  sara, 32 lat
2177
09.03.2008  
Zmagam sie od paru miesiecy z poczuciem winy po rozstaniu...w sumie znajomosc nie trwala dlugo, ale on od samego poczatku mowil ze chcialby zeby ona nigdy sie nie skonczyla...ja bylam ostrozniejsza...po pierwsze dlatego ze gdy zdecydowalam sie z nim spotykac zakonczyla sie w moim zyciu inna wazna, ale nieszczesliwa relacja...po drugie mieszkajac za granica i wiele mnie kosztuje trudu i stresu by sie odnalezc w tej rzeczywistosci...a on-obcokrajowiec, owdowialy po zmarlej na raka zonie, z domem pelnym pamiatek po pierwszym malzenstwie, z cichutka tesknota za nia i miloscia....Gdy pojawily sie pierwsze rozmowy o zareczynach, poprosilam o czas, opowiedzialam o swoich obawach...byl cierpliwy i kochajacy, raptem zaskoczyl mnie zaproszeniem siostry i brata zmarlej zony, by porozmawiac z nimi o nas, jakos to przyjelam, choc nie rozumialam sensu i nie bylo mnie przy tej rozmowie...on tlumaczyl ze chce dbac o uczucia moje i ich...inny problem to to ze a ja czulam sie bardzo skrepowana w jego domu...najbardziej dreczyly mnie fotografie jego zony, czasem wydawalo mi sie ze wkraczam w czyjes malzenstwo...opowiedzialam mu o tym, sugerujac ze jesli trudno mu byloby zamknac zdjecia w albumie, moze lepiej byloby sie rozstac, chcialam uszanowac jego uczucia do bylej zony...byl oburzony taka propozycja, ale zdjecia zdjal...a ja balam sie przychodzic do jego domu, bo nie chcialam by myslal ze go sprawdzam...potem juz bylo coraz gorzej,nie pomogly moje przeprosiny...powrocil do spotkan dla wdowcow, czesciej odwiedzal rodzine zmarlej zony, cmentarz, gdzie jest juz gotowy nagrobek dla niego...reagowalam impulsywnie bo czulam sie odrzucana...odszedl...a ja kupujac ubrania czy ogladajac zdjecia widze czasem jego zone, ich tragedie...modle sie i placze bo przeciez chcialam byc z nim, to byla pierwsza osoba ktora rozmawiala ze mna o wspolnej przyszlosci...jak sobie pomoc?

* * * * *

Rozumiem Cię i uważam, że postąpiłaś słusznie. To nie w Tobie jest problem, tylko w nim. Naturalnie szanuję jego tragedię i mocno mu współczuję ale jeśli on rozważał związek z Tobą to powinien to być związek z TOBĄ a nie we trójkę. On najwyraźniej nie pogodził się ze śmiercią żony i nie potrafi tego przyjąć. PrzecieżTy nie mogłabyś być jej substytutem, nie mogłaś być lekarstwem na samotność a on byłby zaanagażowany sercem z kimś innym, choćby była to osoba zmarła. Chyba nie wyobrażał sobie, że będzie wraz z Tobą do końca życia wspominać żonę? Chyba nie myślał, że wszędzie będą jej zdjęcia i razem będziecie plakać na cmentarzu? Chyba nie przypuszczał, że święta będziecie spędzać z jej rodziną na wspominkach? Chyba nie chodziło mu o znalezienie towrzystwa do rozpaczy nad tragedią swojego życia? Chyba nie chciał, by było to małżeństwo z cieniem żony w tle? A gdzie w tym wszystkim TY? Ty masz prawo być kimś wyłącznym w małżeństwie. Przecież Tobie by ślubował wierność i uczciwość - bez zastrzeżeń, że część miłości pozostanie na zawsze dla tamtej. Przecież z Tobą od tego momentu musiałby dzielić całe swoje życie - bez zachowanych obszarów po tamtej. Może to trochę brutalne ale tak właśnie to by wyglądało. Ja się nie dziwię Twojej decyzji, bo nie można dziwić się pragnieniu bycią pierwszą w sercu ukochanego mężczyzny. Nie można dziwić się, że bolałoby Cię to, że on ciągle jest z nią związany (nie był tylko JEST), że ją wspomina, że rozpamiętuje. Żałobę trzeba przeżyć. Jeśli jednak ktoś decyduje się na nową znajomość to musi zamknąć poprzedni rozdział. Nie znaczy naturalnie, że ma kogoś wymazać z serca, ale to serce ma być pod względem uczuciowym wolne dla tej nowej osoby. Bo to trochę tak jakby ktoś rozstał się z chłopakiem, wyszedł za mąż za innego ale zdjęcia sobie poprzedniego postawił na kominku i opowiadał mężowi o tamtym. No nie! Wolne serce - tylko takie może ponownie się zaangażować. Jeśli zatem ten mężczyzna tak mocno jest nadal związany emocjonalnie z żoną to nie jest na żaden nowy związek gotowy i nie powinien go zaczynać, bo nie ma w nim miejsca dla innego człowieka. A chęć nie bycia samemu nie może tu być motywacją, bo to jest ze szkodą dla drugiej osoby. W końcu milość to pragnienie dobra dla drugiego człowieka a nie własny egoizm (by mi było dobrze, bym ja nie był sam, bym ja sam świąt nie spędzał, by ktoś był lekiem na całe zło, które mnie spotkało). Zaangażowanie musi być CAŁYM sobą, nie jakąś częścią. Współczuję Ci, ale to dobra decyzja. O tym jak sobie radzić pisałam w odp nr: 80, 526, 653, 825. Przeżyj swoją żałobę po nim ale nie żałuj decyzji. Nie wiń się. W końcu nie litość musi być motywem bycia z kimś, nie współczucie ale prawdziwa miłość. Wzajemna i całkowita - z obu stron. Módl się, proszę, by Bóg zabrał Ci to poczucie winy, by uwolnił Twoje serce i dał Ci poznać kogoś innego, z kim będziesz mogła być. Twoje pragnienia są naturalne i proś Boga by je spełnił. Jesteś silną, madrą dziewczyną. Z Bogiem!

  Aldona, 25 lat
2176
09.03.2008  
Zerwałam z chłopakiem ok 4 m-cy temu. Właściwie nie było drastycznego powodu , tylko taki że on miał niezorganizowane zycie co wpłuywało na nasz związek. nie umiem żyć sama, mam pracę przyjaciól ale to mie nie wystarcza. brakuje mi mi jego czy powinnam wrócić i spróbowac czy poznawać nowych ludzi i może natrafię na miłość szczęscie .samotnośc mnie pogrąża mam tragiczne myśłi nie umiem tak zyć, jest z emną coraz gorzej nie umiem sobie z tym radzić...

* * * * *

Aldono, odpisałam Ci już w odp nr 2124. Moim zdaniem dobrze zrobiłaś, a ten związek nie ma szans powodzenia i zdrowego rozwoju. Normalne, że po rozstaniu jesteś rozżalona i doskwiera Ci samotność. Proś Boga, by Cię uleczył, by zabrał to uczucie i kiedy będziesz na to gotowa - dał poznać właściwego człowieka. Z Bogiem!

  Kamila, 18 lat
2175
03.03.2008  
Ostatnie pół roku gimnazjum to był bardzo ciężki okres w moim życiu. Kłóciłam się z moim przyjacielem Wcale nie chciałam żeby tak między nami było. Przez cały okres koleżeństwa czułam się za Andrzeja odpowiedzialna w pewnym sensie. Wiedziałam że jak jest u niego coś nie w porządku to chcę i muszę mu pomóc. Z jego strony też zresztą zawsze czułam bliskość i zrozumienie...pomimo że ze sobą ogólnie dużo nie rozmawialiśmy to jednak jedno spojrzenie wystarczyło żeby się porozumieć. No cóż, trzeba się też przyznać do tego że czasami między nami chyba było coś więcej niż tylko przyjaźń.
Andrzej pod koniec naszej znajomości był bardzo nieprzyjemny w stosunku do mnie. Za wszystko mnie obwiniał. Przestał doceniać to że tyle razy mu pomagałam. W ostatni dzień szkoły chciałam mu podać rękę i jakoś pozytywnie się rozstać. Niestety on nawet nie chciał ze mną słowa zamienić. I właśnie teraz po pół rocznej przerwie nagle do mnie napisał. Zaczął za wszystko przepraszać. Mówił jaki był głupi, a nawet napisał "człowiek mając coś nie potrafi docenić, że to ma"... I tak pisaliśmy sobie. Niby wszystko OK. Ja jednak mu nie potafię zaufać po tym wszystkim.
I właśnie Andrzej ma 4.03 osiemnaste urodziny. Wypisałam mu dużą kartkę i kupiłam czekoladki. Chciałam zawieść to do jego domu, zostawić rodzicom bo on mieszka teraz w Wawie. I już wszystko było zaplanowane. Dzwonię do drzwi i ku swojemu zdziwieniu Andrzej mi je otworzył. Oboje byliśmy zszokowani. Porozmawialiśmy więc jakieś dziesięć minut, tak jakby nigdy nic. A tu bach...przyszło do pożegnania i on na przytulaska do mnie i ku mojemu zaskoczeniu pocałował mnie (lekko) w szyje. Chyba przez to niespodziewane spotkanie nie zwróciłam na to w tym momencie należytej uwagi. I teraz pytanie...dlaczego on tak nagle do mnie napisał? Dlaczego mnie pocałował i to na dodatek w szyje? Czy szczerze żałuje że było na koniec źle między nami? I co oznacza że napisał do mnie po spotkaniu "Ale się zmieniłaś. Tak poważnie i pięknie wyglądasz" Pomocy!


* * * * *

Może spoważniał, może zreflektował się, że coś stracił, może bardziej go zainteresowałaś. A może - najważniejsze - przede wszystkim przestał czuć nacisk z Twojej strony i takie "uszczęśliwianie na siłę". Bo mi to wyglada na to, że Ty się zawzięłaś, żeby mu pomóc, nawet jeśli on tego nie chciał. Wiec robiłaś co uważałaś za słuszne uznając, że Ty wiesz lepiej co jest dla niego dobre. On się zżymał, bo nawet jeśli sobie tego nie uświadamiał wprost - był wściekły,że się nim opiekujesz jak młodszym bratem, że nim rządzisz i mówisz mu co ma robic. Mężczyzna nie zniesie takiego traktowania, nawet jeśli kobieta ma dobre chęci. Ale nie tędy droga. Można coś doradzić, na coś zwrócić uwagę, ale najlepiej zrobić to jak ktoś o to poprosi. Więc tym narzucaniem się zraziłaś go do siebie. W momencie kiedy już tego nie robiłaś on poczuł się swobodny i zaczął Cię dostrzegać. Rada? Bądź na zdrowy dystans. Jesteście koleżeństwem, więc traktuj go jak kolegę a nie jak kogoś kto wymaga opieki. Pozwól to jemu się wykazywać w tej realcji, jemu coś proponować. I nie dawaj rad jak o nie nie prosi. Dlaczego Cię pocałował nie potrafię odpowiedzieć i to akurat w szyję, co uważam za nadużycie, bo koleżanki się tak nie całuje. Może kierowała nim chęć pokazania, że panuje nad sytuacją? Z Bogiem!

  Justi, 25 lat
2174
03.03.2008  
Witam! Przejdę od razu do sedna. Jestem z Pawłem prawie 4 lata (jest 3 lata młodszy ode mnie). Nasz związek jest dość burzliwy, kilka razy już się rozstawaliśmy. Jesienią będąc ze mną zaczął się spotykać z koleżanka mojej młodszej siostry. Dla mnie to był poważny wstrząs, bo nie przypuszczałam, że może mnie tak oszukiwać. Rozstaliśmy się, ja to bardzo przeżyłam. Gdy okazało się, że ona nie jest zainteresowana to przypomniał sobie o mnie. Były kwiaty, przeprosiny, czułości. Tak było miesiąc. Potem znów mnie zostawił. Argumentował to, że męczymy się oboje, że to nie ma sensu. Więc znowu zostałam sama, zraniona. I kolejny raz-powtórka z rozrywki. Po miesiącu uświadomił sobie, że to ja jestem największą miłością jego życia, chce abym była jego żoną. Znów bardzo się starał, mówił że kocha. Trudno mi było przebaczyć, bardzo powoli wracałam do niego. A teraz czuję znów, że się ode mnie oddala. Gdy pytam czy mnie kocha tylko się śmieje, wiem że gada nocami z jakimiś dziewczynami, komplementuje je, zachwyca się urodą innych nawet gdy ja jestem obok. A ja powoli jestem wykończona tą jego huśtawką uczuć. Potrafi przez tydzień się nie odzywać bez powodu, mimo iż ja staram się jak mogę. Chodziliśmy na Wieczory Dla Zakochanych, jeździmy na rekolekcje, chcemy budować życie na Bogu ale te codzienne problemy sprawiają, że ciągle waham się czy chcę mieć takiego męża. Powoli brakuje mi zapału do walki. Czekamy teraz na rozeznanie, jedyny argument przemawiający za tym, że mamy być małżeństwem to wola boża. Może dzięki Jego łaskom uda nam się być razem, bo ja sama nie widzę sensu w tym wszystkim. Pozdrawiam!

* * * * *

Moja Droga, jestem poważnie zaniepokojona jego zachowaniem. Powiem więcej: to jest niedopuszczalne. Jeśli chłopak myśli o dziewczynie w kategorii "żona" to żadna inna dziewczyna nie powinna go interesować w takim sensie, że wchodzą w grę takie komplementy, rozmowy, kontakty. Niedopuszczalne jest w miłości nieodzywanie się tydzień. Dziwne, że nie podjęliście deczyji po tych wszystkich rekolekcjach i Wieczorach dla zakochanych, bo zwykle to jest bardzo dobry, ostateczny sprawdzian. Myślę, że po prostu Ty bardzo chcesz nim być i może boisz się rozstania. Ja naturalnie nie doradzam Ci tego jednoznacznie, ale…ja bym nie wytrzymała. On naraża Cię na cierpienie. To nie jest wyraz miłości. Miłość to pragnienie czyjegoś dobra ponad własne. A jakim dobrem jest brak kontaktu, pozwalanie, żeby dziewczyna się martwiła, żeby się niepokoiła kim są inne kobiety. I to już przed ślubem? A co będzie potem? Uważam, że potrzeba bardzo poważnej i zdecydowanej rozmowy - konkretnie co dalej?
Ustalić zasady i trzymać się ich. Jeśli ślub to konkretne kroki. Żadnych podejrzanych znajomości. Ja pisałam wielokrotnie, że jak będąc w związku kogoś poznajemy (innej płci) to nasza połówka musi mieć pełną swobodę w kontaktach z tą osobą. Tzn. że najlepiej spotykać się we trójkę, przynajmniej co jakiś czas. Między narzeczonymi nie może być takich tajemnic i pokątnych koleżanek. To jest zdrada duchowa - po prostu Jaki daje on dowód swojej wierności i uczciwości? Jak będzie w stanie Ci to ślubować i dotrzymać przysięgi? Polecam Ci też odp nr: 78, 89, 106,192, 271, 390, 728, 1021, 1050, 1059, 1278, 1309, 1407, 1728 i naprawdę zdecydowane kroki, tak dłużej nie może być. Módl się o rozeznanie, porozmawiaj jeszcze z jakimś księdzem. Tu chodzi o Twoje życie a mam wrażenie, że Twój chłopak nie jest jeszcze dojrzały i na małżeństwo gotowy. Z Bogiem!

  magdalena, 20 lat
2173
02.03.2008  
Mam chłopaka. Jest starszy ode mnie o kilka lat. Jesteśmy ze sobą kilka miesięcy. Ale jest to związek na odległość. Mimo to widujemy się raz na jakiś czas. No co tydzień to się nie udaje,ale widujemy się. Gdy jestem z nim to czuję się dobrze i bezpiecznie. I myślę sobie, że chyba chcę być z nim. Ale czasem gdy mamy się spotkać, to jakoś nie odczuwam jakieś euforii i czasem chyba nawet nie wiem, czy jest mi to obojętne. Ale bywa, że jak już się spotkamy, to wiem, że nie jest mi to obojętne. Albo już nawet przyzwyczaiłam się trochę do tej odległości i czasem mi z tym nawet może dobrze. Sama nie wiem jak to określić. Bo niekiedy już nie wiem, czy tęsknie. Ale wiem, że liczy się dla mnie jego dobro i raczej chciałabym dla niego jak najlepiej. Ale wydaje mi sie niekiedy, ze nawet jakos np w jakis dzien nie czuje zbytniej potrzeby jego bliskosci, w sensie np zobaczenia. Ale pomyślę sobie o nim i nieraz zastanawiam sie, co robi itp. I jak narazie nie umiem się w pełni otworzyć przed nim. Nie potrafię mówić zbytnio o sobie, o swoich prolemach itp. Jak Pani widzi to wszystko? Czy to normalne co odczuwam? Czy może coś jest nie tak? Czym może być to, co czuję do niego? A może boję się miłości?? Dziękuję i pozdrawiam.

* * * * *

Na tym etapie znajmości Twoje odczucia są normalne. Po prostu Wy się na razie poznajecie, nie podjęliście jeszcze decyzji o byciu na poważnie, o małżeństwie. Ponadto odległość powoduje, że aby normalnie funkcjonować musieliście wyworzyć sobie jakiś swój sposób na przetrwanie- stąd nastawiasz się, że wtedy i wtedy go nie zobaczysz i zajmujesz się czymś innym. W sumie to logiczne, bo co innego zostaje? Płakać z tęsknoty i narzekać? Tak więc moim zdaniem jest ok. Widzicie się w sumie często, więc nie jest tak źle. Wydaje mi się, że w miarę rozwoju tej znajomości będziecie swojej obecności pragnąć coraz bardziej, będziecie bardziej tęsknić. Może zatem pojawi się szansa na mieszkanie bliżej siebie np. studiowanie w jednym mieście? A jeśli nie to pewnie uda Was się częściej spotykać - bo po prostu będziecie tego chcieli. Póki co kontynuujcie znajmość i módlcie się o rozeznanie woli Bożej. Z Bogiem!

  Kasia, 28 lat
2172
02.03.2008  
Od 3 mies. spotykam się z pewnym chłopakiem (30 l.). Zanim zostaliśmy parą znaliśmy się ok. rok, a do decyzji o byciu razem dojrzewaliśmy powoli. Wiele nas łączy i choć nie jesteśmy w sobie zakochani postanowiliśmy spróbować. Oboje już dość poważnie myślimy o życiu, zaczynamy też powoli snuć plany na jakąś wspólną przyszłość. Nie wiemy jeszcze czy coś z tego wyjdzie, ale takie rozmowy się pojawiają. Rozumowo rzecz biorąc on odpowiada mi pod wieloma względami i ja jemu też, ale jest pewna sprawa, która mnie niepokoi. Jestem osobą głęboko wierzącą i blisko związaną z kościołem, natomiast on owszem, uczestniczy w Mszach niedzielnych i czasem w tygodniu, ale nie ma potrzeby jakiejś głębszej relacji z Bogiem, nie modli się na co dzień. Nie zrażałam się jednak, pomyślałam, że może zachęcę go własnym świadectwem. Ale kilka dni temu poruszyliśmy temat czystości i on sporo powiedział mi o swojej przeszłości, m.in. o tym, że spał już z kilkoma kobietami, choć większość z nich to były tylko epizody. Przyznam szczerze, że trochę mnie to zszokowało, bo choć przeczuwałam, że swój pierwszy raz może mieć już za sobą, to nie podejrzewałam, że ma aż tyle doświadczenia! Przedstawiłam mu swoje zdanie, że chcę czekać z seksem do ślubu i co prawda zgodził się, ale powiedział, że będzie to dla niego ciężka próba. Jednak przyznam szczerze, że po tej rozmowie trochę się do niego zniechęciłam i jakoś ciężko mi się zdobyć na szczere fizyczne gesty, jak choćby przytulenie. Po tym, czego się dowiedziałam czuję jakiś niesmak. Zawsze marzyłam o rodzinie, w której Bóg jest na pierwszym miejscu, o pierwszym razie z mężem po ślubie itd. Wzorem jest dla mnie Joanna Beretta Molla. Czy warto rezygnować z tych marzeń, wchodząc z relację z człowiekiem "z przeszłością" i budować na nie do końca pewnym fundamencie? Jak wcześniejsze doświadczenia seksulane męża mogą wpłynąć na relacje w małżeństwie? W tym związku to ja będę strażniczką czystości. Trochę inaczej sobie to wszystko wyobrażałam... Dziękuję.

* * * * *

No nie dziwię Ci się. Faktycznie jest to trudna decyzja. Przeczytaj proszę odp nr: 616, 961, 1070, 1819 tam opisałam jak postępować w takich przypadkach. Musisz spojrzeć na to od kilku stron: jak w ogóle widzisz tego chłopaka, jak się przy nim czujesz, czy zapewnia Ci bezpieczeństwo i pod innymi względami Ci odpowiada oraz od strony czystości. Pół biedy jeśli on swojej przeszłości żałuje i zna wartość czystości, potrafi uszanować Ciebie. Natomiast jeśli nic specjalnego sobie nie robi ze swoich doświadczeń, uważa, że to jego sprawa i niekoniecznie jej żałuje to coś ewidentnie jest nie tak i te jego doświadczenia mogą się negatywnie przekładać na Wasze relacje i na Wasze współżycie w małżeństwie. Widzę, że jesteś rozdarta bo z pewnością oczekiwałaś, że chłopak wesprze Cię w decyzji o czekaniu do ślubu a tymczasem odczuwasz, że cały ciężar tej decyzji i wytrwania w niej spoczywa na Twoich barkach. Daltego potrzeba jeszcze wielu rozwmów z chłopakiem na ten temat. Przeczytajcie proszę oboje ten artykuł i przedyskutujcie go: [zobacz]
. Musicie mówić jednym głosem jeśli ma to być małżeństwo. No i to on jako mężczyzna musi niestety (a w zasadzie stety, bo to jego rola) być tym strażnikiem. Inaczej będą bardzo duże problemy po ślubie związane z planowaniem rodziny, antykoncepcją, współżyciem w ogóle. Tu już nawet nie chodzi tylko o czystość ale w ogóle o jego rolę jako mężczyzny i przewodnika w związku. Jeśli da dowód tego, że w tej dziedzinie panuje nad sobą i potrafi Ciebie ustrzec to i w innej będzie umiał. Dlatego rozmowa, przykład, ustalenie zasad i trwanie w nich. Ten czas jest dla Was czasem próby, sprawdzianem, czasem poznawania się i decyzji czy chcecie i dacie radę być razem. Wykorzystajcie go jak najlepiej. Decyzji nie musisz podejmować już dziś. Naturalnie ryzykujesz ale inaczej się nie da. Natomiast nie rób nic na siłę. Módl się, pytaj Boga. Jeśli chcesz możecie pójść lub pojechać na "Wieczory dla zakochanych" - to Wam najlepiej pomoże określić swoje oczekiwania i podjąć decyzję. Informacje znajdziesz tutaj: www.spotkaniamalzenskie.pl, www.malzenstwo.pl
A co do oczekiwań polecam też ten artykuł: [zobacz], [zobacz]. Z kolei odnośnie wiary chłopaka przeczytaj te odp: 1180,1358, 1710. Z Bogiem!

  zaum, 29 lat
2171
01.03.2008  
W grudniu poznałem dziewczynę spotykaliśmy się co jakiś czas, można powiedzieć raz na tydzień, było także dużo sms-ów z mojej i jej strony.Spędziliśmy razem wspólne wieczory na rozmowie i w kinie. Wiedziałem ,że dziewczyna jest krótko po rozstaniu(mieszkali razem jakiś czas, na dodatek tak samo mial na imię) i ciężko jest jej się z tym pogodzić.Jednak ja starałem się jej pokazać z jak najlepszej strony i starać się o nią, mówiłem jej,że zależy mi na niej.Ona odpowiadała jednak,że ciężko jest jej,że nie poznała jeszcze porządnego faceta, a według niej mógłbym to ja być. Zaproponowałem wspólne wyjście na wesele mojej koleżanki zgodziła się.Po jakimś czasie zdecydowałem się na rozmowę i wypytać w jakim świetle mnie widzi.Ona doskonale wiedziała,ze mi zależy i widzi i docenia to, jednak ona tego nie czuje i potrzebuje czasu.Wie,że musi sama sobie poradzić, w pracy i w życiu,że na dzień dzisiejszy chce być sama i traktuje mnie teraz jako kolegę i zależy jej na mnie teraz jako koledze. Nie jest jednak w stanie odpowiedzieć jak długo to potrwa, nie chce mnie łudzić.Po tej rozmowie wyjechałem na jakiś czas, po kliku dniach mojego milczenia otrzymałem smsa z pozdrowieniami, bardzo sie ucieszyłem. Po powrocie zaproponowałem spotkania jednak z jakiś przyczyn, przeważnie praca nie możemy się spotkać do dnia dzisiejszego, jednak cały czas zapewnia mnie,że chciała by się spotkać i gdyby tego nie chciała powiedziałaby mi o tym. W między czasie otrzymałem miłego smsa na walentynki, co potwierdziło mnie w przekonaniu,że jednak jej na mnie zależy. Jednak ciężko mi się z nią spotkać zapewnia mnie,że ma dużo pracy i że jak tylko będzie miała chwile wolną to się spotkamy. Nie wiem jednak jak się zachowywać w stosunku do niej, dużo o niej myślę, chce się z nią spotykać, chce żeby mi zaufała. Nie wiem jednak czy dalej się angażować.Potrzebuje jednak jakieś rady kogoś z boku, wiem,że to ciężkie,że sam powinienem odpowiedzieć sobie.Pozdrawiam

* * * * *

Moim zdaniem ona boi się spotkań z Tobą, bo czuje nacisk. Ty się szybko odkryłeś wobec niej, ona doskonale wie jak Ty traktujesz tą znajmość i czego oczekujesz. Natomiast ona ponieważ jeszcze tego nie czuje (i swoją drogą zupełnie się nie dziwię, bo od rozstania nie minęło zbyt wiele czasu i ona jeszcze nie poradziła sobie z tym emocjonalnie) to nie może odwzajemnić tego co Ty czujesz. Wie natomiast, że Ty jesteś w pozycji wyczekującej i na każdym spotkaniu masz nadzieję na coś więcej z jej strony. I tego właśnie ona się boi i to ją hamuje nie tylko w kontaktach z Tobą ale i w odczuciach wobec Ciebie. Moim zdaniem zbyt szybko powiedziałeś jej o swoich odczuciach, poczytaj o tym w tym artykule: [zobacz]
tam pisałam wprawdzie o zbyt wczesnym mówieniu słowa "kocham", Ty pewnie tego nie powiedziałeś ale chodzi mi sam mechanizm. Po prostu zbyt szybkim określeniem się nie dałeś jej czasu nie tylko na rozwój uczucia do Ciebie ale też na dojście do siebie po tamtym związku. Co teraz? Nie naciskaj, naprawdę. Powiedz jej nawet, że będziesz czekał, że dajesz jej czas i że szanujesz jej wybory - nawet gdybyście mieli nie być razem. Poprzestań na tym, że jest na razie Twoją znajomą. Naturalnie wychodź z inicjatywą, zapraszaj na kawę ale nie poruszaj kwestii tego co ona o Tobie myśli i nie wysyłaj zbyt często smsów i mali. Niech to spotkanie dojdzie do skutku z jej inicjatwy. Skoro ona mówi, że się odezwie to daj jej szansę. Fakt, gdyby to trwało bardzo długo to możesz się przypomnieć, ale dałabym jej teraz trochę czasu. Taka swoboda z Twojej strony powinna ją ośmielić. Ryzykujesz, to prawda, bo faktycznie może się okazać, że ta znajomość skończy się niczym, ale jeśli ona Ci się podoba, jeśli Ci na niej zależy to poczekaj. Jeśli jej także na Tobie zależy to to doceni. Więcej zyskasz niż stracisz. Powodzenia i z Bogiem!

  karolina, 16 lat
2170
29.02.2008  
Moj problem jest bardzo podobny do tego jaki ma Karolina w pytaniu 468, z tą różnicą że mój ojciec nie jest alkoholikiem, ale często właśnie tak sie zachowuje(nigdy nie okazał mi miłości, w domu często dochodziło do przemocy fizycznej i psychicznej). Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek żywiła do niego jakieś pozytywne uczucia i wiem, że to strasznie zabrzmi, ale zdałam sobie sprawę, że teraz czuję do niego tylko nienawiść. Jest mi z tym zle, ale kiedy z tym walczylam i oszukiwalam sie ze on nie jest taki zly, to podczas kazdego jego "wyskoku" bolesnie sie rozczarowywalaam. Pozniej znowu bylo "normalnie" i znowu byle powod wystarczyl do rozpetania kolejnej awantury. Dlatego pogodzilam sie z ta moja nienawiscia i zaczelam go ignorowac. Przestalam wierzyc ze on sie kiedys zmieni(i jak na razie mialam racje). Doszlam do tego samego wniosku-że moje relacje z ojcem wplywaja na to, co mysle o mezczyznach. Nikomu nie pozwolilam sie do siebie zblizyc, kazda znajomosc konczy sie na paru rozmowach, bo zawsze czegos sie boje. Skoro historia lubi się powtarzac, to czy jest wogole sens zakladania rodziny?? Nie chce zyc samotnie, ale jeszcze bardziej nie chcialabym zniszczyc swojego zycia wybierajac pierwszego mezczyzne ktory sie mna zainteresuje i przezywac drugi raz tego, co teraz. Chcialabym kiedys miec normlana rodzine i jesli juz ja bede miec to o to powalcze, ale wiem z doswiadczenia, ze z niewlasciwym partnerem nawet starajac sie ze wszystkich sil to jest niemozliwe. A co zrobic, żeby trafic na wlasciwego, jesli chlopaka wybieram podswiadomie?? Mam jeszcze jedno pytanie: czy czujac to, co czuje do ojca moge z czystym sumieniem chodzic do kosciola i uwazac sie za chrzescijanke??Z gory dziekuje za odpowiedz:))

* * * * *

Karolino, myślę, że w Twoim przypadku potrzeba czasu. Masz rację, że teraz nie jesteś gotowa na stworzenie związku z kimś, bo pewnie poranilibyście się z chłopakiem. Potrzeba tutaj i czasu, byś zrozumiała pewne zachowania ojca i zwyczajnie mu przebaczyła. Nie wiem co konkretnie nim powoduje, ale na pewno potrzeba tutaj pewnego przerobienia tematu, bo nie można tak tego zostawić. Nie można żyć z nienawiścią do ojca, choć oczywiście nikt nie mówi, że każdego trzeba zawsze i bezwględnie kochać. Przebaczenie polega przede wszystkim na nieżyczeniu komuś źle. Jeśli nie życzysz ojcu źle i chciałbyś żeby dostąpił zbawienia to nie jest tak źle. Myslę, że powinnaś o tym porozmawiać ze swoją mamą, o tym jak ona to widzi, co według niej może być przyczyną (może jest to ich problem małżeński)? Jeśli masz możliwość porozmawiaj też z jakimś psychologiem a jeśli nie to z księdzem - ale koniecznie. Powiedz mu to dokłanie tak jak mi powiedziałaś. On oceni motywy i przyczyny i da Ci wskazówki, bo naturalnie ja na Twoje ostatnie pytanie odpowiedzieć nie mogę - na pytanie o czystym sumieniu, bo do kościoła naturalnie chodź i módl się za ojca - to najlepsze co możesz dla niego zrobić.
Co do chłopaków - masz rację, że obraz ojca może wpływać na Twoje widzenie mężczyzn, dlatego tym bardziej powinnaś starać się jakoś wyjaśnić tą sytuację. I naturalnie masz też rację, że nie chodzi tutaj o pierwszego lepszego chłopaka. A jak trafić na właściwego? Określić swoje oczekiwania (polecam ten artykuł: [zobacz], [zobacz] ), system wartości i zasady. I szukać kogoś podobnego. No i naturalnie modlić się o dobrego męża powierzając Bogu swoje bóle, niechęci i niemożności. I koniecznie porozmawiaj o tym z księdzem - pomoże Ci od strony duchowej. Z Bogiem!

  edyta, 18 lat
2169
29.02.2008  
Witam. Chcialam sie podzielic moimi przemysleniami. Czesto zadaje sobie pytanie "dlaczego zakochuja sie we mnie nie odpowiednie osoby ?" tak bardzo mi zal tych osob. Staram sie nie oszukiwac ich, mowie co czuje, nie robie im nadziei. Jednak zadaje sobie tez pytanie dlaczego ja nie potrafie pokochac, dlaczego odrzucam wszystkich, dlaczego nie daje szansy. Moze dlatego ze nie czuje do nich tego co oni do mnie. Kiedys bawilam sie uczuciami innych, czy teraz spotyka mnie za to kara ? Czasem tak bardzo chcialabym sie do kogos przytulic, tak po prostu. A gdy widze te zakochane pary w parku, to lzy same splywaja po policzkach... Czy ja kiedys pokocham? czy bede potrafila z kims "byc"? czy tego mozna sie nauczyc? Wokol mnie pelno ludzi, adoratorow, a ja ciagle sama, samotna ... pozdrawiam.

* * * * *

Nie możesz winić się za to, że zakochują się Tobie nieodpowiednie osoby jeśli sama nie prowokujesz i nie robisz komuś złudnej nadzieji. Jeśli swoim zachowaniem nie dajesz do zrozumienia, że jesteś nimi zainteresowana. Pozostaje jednak tylko pytanie co znaczy "nieodpowiednie"? W jakim sensie? Bo może zbyt szybko skreślasz ludzi nie poznając ich? Może te osoby są jak najbardzoiej odpowiednie ale Ty masz zbyt wysokie lub nierealne oczekiwania? Może spodziewsz się, że miłość spadnie na Ciebie nagle i w momencie poznania danej osoby będziesz wiedziała, że to ta? Tak nie jest. Trzeba się poznać, by zdecydować czy osoba jest odpowiednia czy nie, poczytaj o tym tutaj: [zobacz]. Naturalnie jest szansa, że zakochasz się z wzajemnością i będziesz potrafiła z kimś być tylko zadaj sobie pytania kogo Ty oczekujesz? Może ten artykuł będzie dla Ciebie pomocą: [zobacz], [zobacz]
Nie trać nadzieji, módl się o dobrego chłopaka. Z Bogiem!

  Marysia, 20 lat
2168
29.02.2008  
Witam. Kiedyś już tu pisałam. Nie wiem, czy akurat tutaj powinnam o tym pisać, ale spróbuję. Nie wiem od czego zacząć i czy powinnam. Czy mam prawo do łez, nawet do żalu, do wyrzucenia tego, co boli i czy mam prawo do tego, by aby mnie to akurat bolało? Czy ja czasem może użalam się po prostu nad sobą?Bo każdy ma wzloty i upadki.A nieraz przecież inni może nawet mają trudniej ode mnie,a może i nawet lepiej sobie mimo to radzą ode mnie.Więc w takim razie ja może jestem żałosna?!Smieszne, zamiast wstać,to ja czasem też czuję taką bezsilność.Czasem już nawet niemożność wypłakania się i takie zrezygnowanie,takie zmęczenie tym wszystkim.Mam problemy zdrowotne.Paktycznie zawsze je miałam.Gdy z jednego wyszłam,pojawiło się kolejne.Mimo że są ludzie wokół,to czuję się taka samotna,taka osamotniona.Mam wrażenie,że nieraz jeszcze bardziej się w sobie zamykam.Choć jestem osobą towarzyską i otwartą, ale dla innych.Jeśli chodzi o wyrażanie uczuć,mówienie o sobie to trudno o to.Czasem czuję taką blokadę i chciałabym bardzo coś powiedzieć,lecz nie umiem.Czuję sie niezorozumiana.Odważyłam się napisać z tego względu,że Pani mnie nie zna.Nie lubię zawracać głowy swoją osobą.Mam chłopaka (związek na odległość), na którym mi zależy naprawdę.Ale boję się, że może nawet nigdy nie uda mi się tak napradwę otworzyć na innych.Zacząć mówić o tym, co czuję itp.Dać również sobie pomóc, a nie tylko pomagać.Boję się, że przeze mnie coś się zniszczy. Że to się skończy, tylko przeze mnie,bo długo może potrwać zanim się otworzę, o ile w ogóle. Czasem myśli,które nie dają spokoju,jakby to było jedne wyjście, a przecież żyć muszę, nie mam prawa je sobie odebrać. Wiem jedno, że muszę walczyć, że każdy trudny czas trzeba przetrwać. Czy mogłaby mi Pani coś doradzić w związku z tym? Na tym kończę, bo nawet chyba nie mam sił już do pisania... Pozdrawiam serdecznie.

* * * * *

Jedyną radą na taką niemożność otwarcia się jest pomalutkie przełamywanie się. Oczywiście, wcale Ci się nie dziwię, że trudno Ci mówić o sobie nieznajomym czy nawet chłopakowi jeśli spotykacie się sporadycznie. Takie odległości i długie rozstania nie służą poznaniu się, nie służą budowaniu zaufania. A zaufanie jest koneiczne, by komuś coś o sobie przekazać. Dlatego czujesz dystans a może nawet blokadę. Więc co do chłopaka to trzeba częściej się spotykać, poczytaj też odp nr: 97, 120, 112, 132, 278, 620, 864, 2121.Natomiast co do obcych ludzi: nie zawsze jest potrzeba mówienia o sobie. Jeśli nie czujesz się przy kimś bezpieczenie to ja bym nawet nie ryzykowała większych zwierzeń. Jeśli natomiast jest to przyjaciółka czy ktoś z rodziny to działaj pomalutku mówiąc najpierw o rzeczach neutralnych, stopniowo przechodząc do głębszych kwestii. Proszę przeczytaj też odp nr: 1490, 421, 537, 950, 37, 136, 256. Z Bogiem!

  Maria, 17 lat
2167
28.02.2008  
dlaczego nie mogę znaleźć odpowiedniego dla siebie chłopaka? dlaczego ranie innych chłopców? Dlaczego czuje coś do męzczyzny z którym nie mogę być ponieważ jest on żonaty! jak mogę znalęźć tego odpowiedniego dla siebie mężczyznę? i jak zapomnieć o tym żonatym mężczyźnie chociaż nie mogę! Ciężko mi jest bez niego czy to jest coś nie normalnego? proszę o pomoc!

* * * * *

Co do żonatego mężczyzny przeczytaj tutaj: 1034, 1100a jak się odkochać tutaj: 80, 526, 653, 825. Dlaczego nie możesz znaleźć chłopaka? Bo może ten właściwy jeszcze nie mieszka w tej miejscowości co Ty, może nie jest gotowy na związek, a może oboje jeszcze nie jesteście gotowi by być ze sobą. Być może macie jeszcze coś do zrobienia zanim się spotkacie. Przeczytaj też odp nr: 461,1265 i módl się o niego. Z Bogiem!

  Mariusz, 19 lat
2166
27.02.2008  
Mam do was pytanie poradźcie mi co to znaczy. Poznałem pewną dziewczyne już dwa lata temu. Po jakims czasie zauwazyłem, że ona często patrzy na mnie (ja na nia też bo mi sie podobała) ale miała faceta więc uznałem, że ona taka jest. Jakis czas temu sie okazało (jej przyjaciólka mi powiedziała) ze nie była z tym facetem szczęśliwa, traktowali siebie jak znajomi a nie przyjaciele. Pomyślalem, że może tamte znaki to znaczyło coś wiecej. Od pól roku jest z innym facetem ale dzisiaj zauwązylem, że znowu jest to samo...patrzy sie na mnie, ja na nią, ja często bo mi się podoba i nasz wzrok często się przecina. Usmiecha się do mnie, poprostu bez przyczyny patrzy mi w oczy, nawet nie nawiązujemy wówczas rozmowy tylko wymieniamy sie usmiechami. Co to znaczy?

* * * * *

No wiesz, same spojrzenia i uśmiechy to jeszcze nie muszą nic znaczyć. Oczywiście, zwykle świadczą o jakimś zainteresowaniu bądź symaptii ale jeśli nic za tym nie idzie to może to być zwykła kokieteria.
Ponadto ja myślę, że gdybyś tej dziewczynie faktycznie się podobał to już po pierwszym rozstaniu próbowałaby nawiązać z Tobą kontakt (bo rozumiem, że Ty nie mogłeś myślać, że ona nadal jest w związku). Zresztą dopóki ona jest z kimś to radziłabym trzymać się z daleka i nie wchodzić komuś w drogę. Nie brałabym sobie też do serca jej zachowań, bo przecież już raz tak było a jak sam się przekonałeś nic z tego nie wynikło. Z Bogiem!

  Magda, 18 lat
2165
27.02.2008  
moj chlopak powiedzial mi wczoraj, ze ma czasem mysli o powolaniu. nigdy nie czul ze na pewno to jest to - ze ma byc ksiedzem. ale mial takie mysli czy to przypadkiem nie jest to czego Bog od niego chce. gdy to uslyszalam bylam w szoku. nie spodziewalam sie takeij wiadomosci. bardzo mi na nim zalezy, ale nawet przez moment nie przyszlo mi do glowy zeby go jakos zniechecic do takiego wyboru. pierwsze co pomyslalam to ze nie moge z nim byc. nawet jesli nie ejst tego pewien to latwiej byloby mu rozeznac to w samotnosci. kiedy zauwazyl moja reakcje, uslyszal ze ja nie chce mu "przeszkadzac w dokonaniu wyboru" zaczal mi tlumaczyc, ze zle zrozumialam. ze on tylko ma takei mysli, ale NIE CHCE byc ksiedzem. zaczal mowic ze zaluje ze mi to powiedzial, probowal to ajkos odkrecic, wytlumaczyc. ja jednak nie mgolam machnac na to reka, nadal zachowywac sie tak samo. powiedzialam, ze musze sie z tym przespac. widzialam, ze cos sei z nim dzieje, ze zaluje ze to powiedzial. kiedy sie zegnalismy powiedzial zebym o tym nie myslala. pewnie gdyby mogl cofnac czas nei powiedzialby tego.
ja sie zastanawialam dlaczego. czy tak tylko palnal, ale jest pewien ze nie ma powolania. czy mzoe zaluje bo ma takie mysli, ale wlasnie NIE CHCE ich miec. twierdzil ze ja mu nei pzreszkadzam, tylko pzreciwnie-pomagam. ale mzoe wlasnei o to chodzi ze on probuje sobie samemu wmowic ze tak jest dobrze, ze jest powolany jednak do zycia w malzenstwie bo zwiazek ze man daje mu radosc.
pozegnalismy sie wczoraj i mielismy zobaczyc sie dopiero dzisiaj w szkole, ale on przyjechal do mnie wczoraj wieczorem, nie mogl wytrzymac.
twierdzil ze juz wie, ze dobzre ze mi pwoeidzial bo teraz rozumei, jak mu an mnie zalezy, nie chce mnie stracic. mowi ze juz wie ze droga duchowna nie ejst dla niego. ale ja juz neiw eim co o tym sadzic. czy on zreczywiscie wlasciwie podjal decyzje.
boje sie... boje sie co bedzie za jakis czas. czy mzoe nie okaze sie ze jednak... bo chyba to ze on "nie chce" nie znaczy ze nei am powolania?..


* * * * *

Moja Droga, spokojnie. Każdy zastanawia się nad swoim powołaniem, Ty pewnie też się zastanawiałaś i przyznaj czy NIGDY nie miałaś myśli o zakonie, nawet przez chwilę? On na pewno też, ale naturalnie z powołaniem nie jest to równoznaczne. Jeśli powołanie by miał rzeczywiście (lub ma) to uwidoczni się to z taką siłą, że będzie musiał coś z tym zrobić. Bóg gdy powołuje to jest to taka siła, że człowiek nie chce jej się opierać. Natomiast luźne myśli są naturalne choć faktycznie jeśli nie był pewien nie powinien Ci o tym mówić, bo efekt jest właśnie taki. Dlatego powinien najpierw porozmawiać z kapłanem, który by uporządkował te pragnienia i pomógł je rozeznać. I dopiero wtedy powinien albo Ci powiedzieć (jeśli by był zdecydowany) albo nic już nie mówić (jeśli okazałoby się że to nie to o czym myślał). Bez obaw, choć wiem jaki to stres (też przeżywałam kiedyś taką sytuację). Ty naturalnie niczego mu nie utrudniasz, on o tym wie. Możesz mu poradzić, jeszcze by poczytał np. ten dział [zobacz] i naprawdę - spokojnie. Bóg zna Twoje serce i jego i wie co dla Was najlepsze. Módl się o rozeznanie dla Was obojga i nie myśl negatywnie. Z Bogiem!

  Julia, 13 lat
2164
25.02.2008  
Czym różni się odczuwanie zauroczenia od prawdziwej miłosci?
I skąd wiedzieć czy to tylko zauroczenie czy prawdziwa miłość?


* * * * *

Polecam ten artykuł: [zobacz]

  M, 15 lat
2163
25.02.2008  
Od prawie 2 czy 3 miesięcy zaglądam na tą stronę i długo zastanawiałam się czy cokolwiek sie tutaj poradzić zrobiłam ten krok,ponieważ już nie może mi nikt pomóc codziennie prawie myślę że najlepszym dla mnie rozwiązaniem byłaby śmierć,,mam niską samoocenę a wszycy mówią że mam wysoką,nie pomógł mi psycholog, ksiądz to już w ogóle,egzorcysta,sam Bóg też mi nie pomaga,jestem typem melancholika,mam dużo pasji zainteresowań ale nie mam żadnych przyjaciół,często kreuję swój świat i to jest moja jednya radość wolę nie myśleć o rzeczywistości interesuję sie teologią.
Nikt nie potrafi mi odpowiedzieć na moje pytania,czuję sie smutna i zagubiona,nienawidzę ludzi,chciałabym stad odejść nie dlatego że mi jest źle lecz dlatego że mi się żaden człowiek nie podoba ani to że jest tyle zła,nie wiem kim jestem tzn najlepiej sie czuję w towarzystwie dorosłych wolę zamknąć sie we własnym świecie fantazji,jest mi strasznie źle wśród ludzi, oni mnie nie rozumieją
jesli rozamwiam z jakimś człowiekiem ten gdy mu mówie o sobie odsuwa sie ode mnie a tak potrzebuję żeby mnie ktoś wysłuchał,wsparł szczerym dobrym słowem,czuję się strasznie źle
czuję sie przez ludzi nie lubiana i odtracona.Proszę o pomoc :)
Czy Pani zna dobrego psychologa ale naprawde dobrego lub Ojca który by mnie naprawde zrozumiał?? Już wiecej sie nie będę rozpisywać proszę tylko o e-mail tej osoby lub gadu gadu


* * * * *

Osobiście nie znam, ale wejdź na stronę: www.spch.pl i wybierz kogoś z Twojego miasta. Sądzisz, że nikt Ci nie pomógł, ale wiesz czemu? Bo pewnie nigdy nie zastosowałaś żadnej z rad tych osób. To nie jest tak, że pójdziesz do kogoś i on zdejmie z Ciebie Twoje problemy jak za dotknięciem różdżki. Ktoś może Ci zaproponować terapię ale Ty musisz stosować się do zaleceń. To wymaga wysiłku, może nawet robienia czegoś wbrew sobie ale leczenie często jest bolesne i czasochłonne. Zwykle niesmaczne lekarstwa są najskuteczniejsze. Bóg zaś jest pierwszą osobą, której na Tobie zależy. Dobrze, że chcesz coś z tym zrobić i to już jest pierwszy krok do sukcesu. Tylko musisz uświadomić sobie, że będziesz musiała się nieraz przełamać nawet do czegoś czego nie lubisz. Przeczytaj także odp nr: 421, 537, 950, 1490. Z Bogiem!

  Agnieszka, 23 lat
2162
25.02.2008  
Witam! Zwracam się z prośbą o pomoc. Miesiąc temu poznałam fantastycznego chłopaka (w przykościelnej kawiarence). Od kilku mięsicy modliłam się do Pana, aby postawił na mojej drodze życia mężczyznę, który zostanie moim mężem. Jestem osobom po kilku nieudanych związkach (wiele razy upadałam pod ciężarem swoich grzechów). Z tym chłopakiem czuję, że jestem sobą, nasza rodząca się miłość jest czysta i chcemy żeby taką pozostała aż do ślubu. On jest starszy ode mnie o 7 lat i skończył juz dawno temu studia. Z przyczyn finansowych postanowił wyjechać za granicę do pracy, bo obecna niesatysfakcjonuje Go. Dostał propozycję pracy w USA, kontrakt ma trwać 2 lata, co oznacza, że przez ten czas nie będziemy się widzieć. Ja kończę w tym roku jedne studia, ale w kraju trzymają mnie drugie studia, które ukończę dopiero za 2,5 roku. Znleźliśmy się w sytuacji bez wyjścia. On jest rozdrarty i ja również. Czuję, że nie mam prawa zatrzymywać Go tutaj, bo On powinien sam podjąć decyzję. W końcu miłość pozwala drugiemu człowiekowi na rozwój, a właśnie praca w USA daję mu tę możliwość. Zastanawiam się czemu Pan postawił nas sobie na drodze w takim momencie. Boję się, że taki "świeży" związek nie przetrwa próby czasu i odległości. Za ok. 2 tygodnie dostaniemy odpowiedź czy On dostanie tę pracę. Jeśli tak to za ok. 2,5 miesiąca On wyjedzie.. Nie wiem co robić? Proszę o pomoc! Pozdrawiam!

* * * * *

Przemyśleć razem z chłopakiem co robić. Czy dacie radę, czy checie i jak wyobrażacie sobie kontakty w tym czasie. Faktem jest, że nie jest zbyt dobrze jeśli już na początku znajmości następuje przerwa w kontaktach, bo ludzie nie zdążyli jeszcze dobrze się poznać, nie zdążyli przyzwyczaić się, wytworzyć swoich zwyczajów i zwyczajnie - zaufać sobie w pełni. Dlatego takie rozstanie będzie działało oddalająco, może pojawić się pokusa poznania kogoś innego. Ja nawet nie śmiem powiedzieć Ci tak lub nie, bo to Twoje życie. Jeśli zdecydujecie się tworzyć związek to musicie ustalić wspólne reguły, terminy ewentualnych spotkań, listy, telefony. Wyznaczyć sobie np. godzinę modlitwy za siebie nawzajem, godzinę telefonu - po prosty takie rytuały, które będą świadczyły o tym, że poważnie siebie traktujecie, że pamiętacie o sobie. Tylko czy na odległość da się naprawdę poznać? Bo żeby nie się okazało po powrocie, że jesteście dwojgiem obcych sobie ludzi, bo inaczej sobie siebie wyobrażaliście…Z drugiej strony jednak Bóg prowadzi różnymi drogami i nie można powiedzieć, że to jest niemożliwe. Polecam te odp: 97, 120, 112, 132, 278, 620, 864, 2121 i życzę owocnej, przemyślanej i przemodlonej decyzji. Z Bogiem!

  marysia, 23 lat
2161
25.02.2008  
Jak poradzic sobie z odrzuceniem? Nie potrafie przestac kochac,wyrwac sobie serca.To uczucie wciaz jest...bylam z kims przez 2 lata,mielismy wspolne plany,marzenia.On nagle przestal marzyc,przestal zwracac na mnie uwage,przestalam byc dla niego wazna.Nie rozumiem tego.Myslalam,ze to Bog mi go dal.Ze mielismy byc razem do konca zycia.Jaki Bog mial w tym plan?Nie rozumiem. Jaki Bog ma plan w tym,by postawic na mej drodze kogos,kto wypelni moje zycie, z kim bede wiazac plany...kto wreszcie mi powie"juz Cie nie kocham".I jak to mozliwe? Przeciez milosc jest jedna,nie przemija. Czyzby to nie byla milosc?On twierdzi,ze byla..."ale sie skonczyla"-co to znaczy? Twierdzil,ze nie potrafi mi juz dac szczescia,ze nie umie wywolac usmiechu na mojej twarzy...to wszystko strasznie boli. Moze to moja wina. Czy to jakas proba? Czy mialam sie przez to czegos nauczyc? Narazie jest mi trudno cokolwiek zrozumiec. Staralam sie po prostu byc. Rozmawiac z nim jak ze znajomym...ale wciaz go kocham i taka "luzna" znajomosc,krotka,bezuczuciowa rozmowa od czasu do czasu mnie rani. Wiem,ze czlowiek jest stworzony z milosci i do milosci. Wierze w Milosc. Ta jedyna. Myslalam,ze wlasnie do mnie przyszla. Ale widocznie sie mylilam. Jesli czlowiek jest stworzony z Milosci i do Milosci...to bede do niej dazyc. I kiedys ja spotkam. Ale skad bede wiedziec,ze to wlasnie Ona? Przeciez...teraz tak myslalam...Boje sie,ze nie bede potrafila nikomu zaufac. Czytałam już odpowiedzi zamieszczone na tej stronie w zwiazku z pytaniami o rozstanie, o to,czy mozna przestac kochac. Nadal jednak nie potrafie niektorych rzeczy zrozumiec. Prosze o odpowiedz.

* * * * *

Miłość prawdziwa nie kończy się nagle i bez powodu. Ja myślę, że Twój chłopak pomylił miłość z zakochaniem, pisałam o tym tutaj: [zobacz]
Jaki był sens tej znajomosci? Ja do końca tego nie wiem i o to powinnaś pytać Boga, a po jakimś czasie będziesz to wiedziała. Może po to, byś wiedziała, że jest możliwe, byś z kimś była, że komuś się spodobałaś. Że potrafisz kochać. Na pewno nie było to bez sensu, na pewno czegoś Ciebie i jego to nauczyło - choć może jeszcze teraz nie widzisz sensu. Jak sobie teraz poradzić przeczytaj w odp nr: 80, 526, 653, 825. Odradzam bliższą znajomość czy jakąś pseudo - przyjaźń. Nie ma sensu niepotrzebnie się ranić i dokładać sobie cierpienia. Módl się Marysiu, by Bóg uleczył Twoje serce, by zabrał Ci te uczucia a On na pewno Cię wysłucha. Tylko daj sobie czas na przeżycie swojej żałoby po tej stracie. Nic nie stanie się od razu. Ale będzie dobrze i Bóg w innym czasie da Ci tego, który pokocha Cię naprawdę - bo wiedział czym jest miłość. Będziesz potrafiła zaufać, zapewniam Cię. Tego Ci życzę. Z Bogiem!

  słoneeeczko, 17 lat
2160
24.02.2008  
Witam! z moim chlopakiem znamy sie nie cale dwa miesiace, trzy tygodnie jestesmy razem. czy to nie za wczesnie? dogadujemy sie dobrze, spedzamy ze soba naprawde wolne chwile, ktorych nie jest duzo, lubimy ze soba przebywac. Czy to dobrze, ze juz jestesmy razem, czy to troche nie za wczesnie?

* * * * *

Nie ma konkretnego czasu na rozpoczęcie związku po zapoznaniu się. Jeśli dobrze się dogadujecie i jesteście zdecydowani poznawać się cały czas bez - na razie - jakichś bardzo poważnych deklaracji - to ok. Powodzenia!

  Jarek, 16 lat
2159
24.02.2008  
szczęść Boże :) mam taki problem. kiedy poszedłem do nowej klasy do liceum poznałem Martę. wydawała się być całkiem fajną i przy tym ładną dziewczyną. więc, jak to bywa przy ładnych i fajnych dziewczynach, zakochałem się. najlepsze było to, że ona we mnie chyba też... kiedy z przekory nazywałem ją świnią ;) zapytała mnie, dlaczego nie mówię do niej ładniej, np. słońce, wyciągała mnie czasem na przerwach na przechadzkę tak bez celu, pomagałem jej w pełnieniu dyżuru w klasie, ustaliliśmy, że jesteśmy małżeństwem, zapytała mnie raz, czy przypadkiem nie mam po drodze aby ją odprowadzić itd. może się to wydać dziecinne- ale po prostu Marta i ja mamy takie poczucie humoru, lubimy się powydurniać, czasem zachowywać się jak dzieci. to był okres mocnego zakochania. przeczytałem na waszej stronie, że miłość jest nie tyle uczuciem, co decyzją. więc podjąłem decyzję- chcę być z Martą. oczywiście nie od razu- czytałem też artykuł o tym, kiedy wyznać miłość ;) chciałem, by nasza znajomość przybrała charakter jeszcze bliższy miłości. i po trzytygodniowej przerwie, kiedy nie widzieliśmy się i zaledwie może dwa razy gadaliśmy na gg, coś się chyba zmieniło. tak jakby ona się odkochała. nie gadamy już tak często ze sobą, nie mówiąc już o wspólnym wydurnianiu się. a ja... dalej jestem w niej zakochany (nie tak bardzo jak na początku, ale jednak) no i ta podjęta decyzja. czy ona ma sens? czy mam czekać? nie jestem w tym wszystkim bez winy, wydaje mi się, że za mało sam zagaduję albo wychodzę z jakąś inicjatywą, ale chyba za bardzo mi zależy i trochę się obawiam. jedyne co zrobiłem to wysłałem jej walentynkę, nie podpisaną i z zastrzeżeniem, że to jest zakochanie. modlę się za nią i za nas. powierzyłem tę sprawę Bogu. czy mam coś zrobić jeszcze? czy to czekanie ma sens? pozdrawiam, z Panem Bogiem

* * * * *

Zacznij bardziej działać. Może ona oddaliła się trochę ponieważ Ty też to zrobiłeś? Może liczyła na to, że na feriach będziesz bardziej o niej pamiętał i może nawet będzie to czas, który sprytnie wykorzystasz? Może boi się bardziej zaangażować, bo myśli, że to Tobie nie zależy? Podejmij bardziej zdecydowane kroki i poobserwuj jak na to reaguje. Jeśli będzie odwzajemniać zainteresowanie to jesteście na dobrej drodze. Jeśli Ci zależy to daj Wam czas i nie poddawaj się jeszcze. Powodzenia!

  Agnieszka, 30 lat
2158
24.02.2008  
Szcześć BOże...
Mam powazny problem jestem załamana :( Gdyz byłam z facetem rok i dwa miesiace niestety zwolnili go z pracy ja poszłam mieszkać do rodziców on niesttey do swoich nie mogł iść z powodu gdyz jego rodzina nie akceptowala naszgeo zwiazku i juz jakis czas temu wyrzuicli go z mieszkania wynajelsmy mieskzanie mieszkalismy razem z czasme jak zwolnili go z pracy niestety musielsmy opuscic mieszkanie;(
i wszystko zaczeło sie psuc:(
on niestety musial zamieszkac na jakis czas w noclegowni! wciaz mielismy kontakt smsowy oraz widywalismy sie w dzien pomagalam mu jak moglam bo nie mial nic nawet kromki chleba papierosow itp dawalam mu wszystko codzien jezdzil dalam mu obiad chlebek papierosy i co tam potrzebowal czasem nawet kase...pomagalam we wszystkim...
On powtarzal "kocham cie ponad zycie zawsze tylko TY" kiedys targnol na swoje zycie dlaczego?dlatego bo niy ja chcialam z nim skaczyc czego nie chcialam zrobic rano wstal nie tomny najadl sie tabletek....:/ wyszedl z tego...
bylam z nim w ciazy niestety ciaza była martwa :( teraz mzo ejakbym miala dzidziusia to moze bysmy byli razem eh nie wiem...
rozsalismy sie takk... wszystko bylo okey lecz ja czasem robilam mu problemy np. kurcze kazdy by juz prace znalazl ty nic nie robisz itp on prosił "Przestan Agus mam dosc problemow Ty mi dokladasz" a ja sowje dalej...ale pomimo to kochal mnie ja jego !! wciaz mi powtarzal ze nie zostawi mnie nigdy!!!
no i stalo sie zwykle o 22 spał juz a tu przyszedl sms o 2 w nocy ..." dobranoc ksiezniczko kocham cie ponad zycie" odpisalam Ty nie spisz ciekawe co ty robisz wrr... on napisal"znow zaczynasz pa" i tyle bylo... rano okolo 9 zwykle musial opuszczac noclegownie bo dopero od 17mogl tam byc znow..
i napisal przed 9 smsa ...czy t probowalas zorbic mi na zlosc czy tylko tak wyslalas tego smsa...." a ja w nocy wyslalam mu sms celowo pomylkowego "nie psiz do mnie capsem" myslal ze to do innego faceta niby... no ale zdarzaly sie inne rzeczy w ktorych tez celowo wiec zdarzaly sie esy celowo wyslane i bylo wszystko ok.. wiec dzownilam po tym jego smsie 3 po nim ale juz nie odbieral i tak przez 2 dni milczal odezwal sie lecz odezwala sie ona napsala"nie pisz do niego juz za pozno" :( dzownilam pisalam nalegalam na spotkanie spotkalam sie z nia zaprowadzila mnie do niego pili to byla jakas melina sami bezdomni:/mowie mu choc ze mna on mowi nie za pozno nie kocham cie zeszla ona pyta go kochasz onn jej mowi kocham i pocalowal ja;( strasznie tesknie bylismy zareczeni on zmienil numer telefonu nie odzywa sie milczy chce abym ciuchy jego oddala przez kolege jego:/ bo nie chce mnie widzec;(dlaczego nie chce wdziec;(?nie rozumiem kocham go chce walczyc brakuje mi go strasznie:( czy on wroci pomodlcie sie duchowo mu przegadajce jesio nie wiem BOze:( B;lagam pomoz mi Kocham tego gluptasa !a on niby mieszka z nia nie mam z nim kontaktu... kobiea z tego co widzalam zadna miss taka zwykla jak inni mowia niby "zaniedbana" bylismy zareczeni tyle razem przeszlismy :( Czy od tak idzie sie odkochac? czy mu nie brakuje moich esow?nigdy bez nich zyc nie umial:/ czy mysli czy teskni?jest tysiace pytan...Los okrotnie zranil mnie! mysle o najgorszym chce z nim BYC! kocham go jak nikogo innego!:( BLAGAM POMOZCE:(


* * * * *

Jeśli ten list nie jest żartem ani prowokacją to nie bardzo mi się chce wierzyć, że macie po 30 lat.A jeśli tak faktycznie jest to polecam te artykuły: [zobacz] ,[zobacz]
[zobacz], [zobacz]
oraz te odp: 78, 89, 106,192, 271, 390, 728, 1021, 1050, 1059, 1278, 1309, 1407, 1728.
Nie na uczuciach i smsach miłość się opiera ale o trosce i odpowiedzialności za drugiego człowieka - i działa to w obie strony. Odpowiedzialność ze strony chłopaka polega na zabraniu się za porządną robotę, by zapewnić byt rodzinie, polega też na byciu oparciem dla kobiety i zapewnieniu jej poczucia bezpieczeństwa. Z tego co piszesz Twój chłopak ma poważne problemy z tymi rzeczami, zastanów się zatem czy jest odpowiednim kandydatem na męża i ojca. A Ty jako kobieta nie ułatwiasz mu sprawy ani nie pomagasz mu dojrzewać robiąc za niego wszystko i nie wymagając. Zacznij szanować swoją osobę, nie zgadzaj się na wszystko. A jeśli chcesz się odkochać polecam te odp: 80, 526, 653, 825. Z Bogiem!

  Ania, 18 lat
2157
23.02.2008  
Witam...
Długi czas męczę się sama ze sobą, bo czuję sie bardzo zdezorientowana... Jakieś 2,5 roku temu poznałam bardzo sympatycznego chłopaka. Był z moją przyjaciółką. Poprzez nią i nasze wspólne kontakty zaprzyjaźniłam się również z nim. O dziwo z czasem gdy zerwali ze sobą przetrwała tylko przyjaźń moja i Jego . Coraz bardziej się poznawaliśmy, i stawaliśmy się sobie bliżsi. Świetnie nam się razem rozmawiało, spędzało czas wolny, łączyły nas wspólne zajęcia i różnego rodzaju szaleństwa. On był pierwszym chłopakiem z jakim umiałam się dogadać. Z czasem jednak do naszej przyjaźni przyłączył się jeszcze jeden chłopak i w tym momencie moja rola nieco zmalała. Rozumiałam to. W końcu chłopak dziewczynie wszystkiego nie powie. Mniej więcej po upływie 1 roku zaczęły się słowa miłości. Podobno przyjacielskiej, braterskiej. Po jakichś niecałych dwóch latach, w wakacje, nasze kontakty zmieniły nieco swój styl. Pod koniec wakacji chodziliśmy już za rękę, przytulaliśmy się.... niestety koniec wakacji stał się też końcem tych czułości. Powiedział (nie mnie a drugiemu przyjacielowi), że nie chce tracić takiej przyjaźni, że nie chce zepsuć jej i że bezpieczniej będzie jeśli pozostanie jak było. Nadmienię, że nie uważał mnie za żadną piękność. Starałam się z tym pogodzić. Zależało mi na nim i nie chciałam go tracić toteż skłonna byłam do poświęceń. Wiem że był niedojrzałym chłopakiem. Ale później nauczył się trochę życia. Poznał dziewczynę która potraktowała go prawie tak jak on mnie. Zrobiła to jednak bardziej perfidnie. On biedny, był święcie przekonany że ją kocha. Gdy ostatecznie usłyszał nie, doszedł do wniosku że ona jest pustą blondynką. Kontakty z nią ograniczył do minimum a pocieszenia zaczął szukać u mnie. Zbiegiem okoliczności był fakt ferii. Wieczory w ciemnym korytarzu i nagle pocałunki. Sielanka znów długo nie trwała, bo niedługo po powrocie do szkoły znów się zakochał. Znów nieszczęśliwe, bo ona ma innego. Ze mną natomiast wciąż się kłóci. Nie rozumiem go...


* * * * *

Stanowczo, poważnie z nim porozmawiaj! Nie może być tak, że będziesz jego pocieszycielką, terapeutką, "śmietnikiem emocjonalnym". Nie może być tak, że on tylko od Ciebie bierze nic nie dając w zamian. Nie może być tak, że traktując Cię przedmiotowo zaspakaja swoje potrzeby emocjonalne a jak dojdzie do siebie nie pamięta o Tobie i Twoje potrzeby nie są ważne. Nie jest to przyjaźń, bo przyjaźń wymaga zaangażowania dwojga osób, przyjaciel ma czas dla drugiego i przejmuje się jego problemami. Ja tu nie widzę żadnej przyjaźni - z jego strony. Dlatego porozmawiaj z nim - kim dla niego jesteś, jak on wyobraża sobie Waszą relację, Wasze dalsze kontakty. Bo jeśli tak jak do tej pory to radzę uciekać od takiego "przyjaciela". Dosyć już było poranień, byś miała nadal to znosić. I w imię czego? Jego dotychczasowe zachowanie nie wskazuje, by traktował Cię poważnie, w kategoriach swojej dziewczyny - choć pewnie na to miałaś nadzieję. Ale gdyby tak miało być to już dawno by było. Przemyśl to i podejmij jakąś decyzję, nie pozwól nadal siebie ranić. Z Bogiem!

  Ania, 15 lat
2156
22.02.2008  
Szczęść Boże. Od 3 lat jestem z chłopakiem i jest nam ze sobą bardzo dobrze. Kilka dni temu dowiedziałam się od jednej dziewczyny, że jej koleżanka zakochała się w moim chłopaku. Nie znamy jej i ona też nas nie zna ale widziała nas kilka razy. Przez tą dziewczynę złoszczę się i robie mu awantury. Bardzo proszę o pomoc

* * * * *

A co chłopak winein, że ktoś się w nim zakochał? A jakby w Tobie się ktoś zakochał i chłopak Tobie robił awantury to by to było w porządku? Nie, bo nie czułabyś się winna gdybyś nic nie robiła w tym kierunku. Absolutnie nie możesz mieć do chłopaka o to pretensji. Nie jest to sytuacja komfortowa, ale po pierwsze: nie wiadomo czy to prawda, a po drugie: dopóki za tym nie idą czyny to Was nie dotyczy. Bo za uczucia nikt nie jest odpowiedzialny, natomiast jest odpowiedzialny za to co robi. I dopóki ona nic nie będzie robiła w tym kierunku w ogóle się tym nie przejmujcie. A gdy coś się będzie działo to Twój chłopak powinien z nią przeprowadzić poważną rozmowę informującą, że ma dziewczynę i nie jest nią zainteresowany. I tyle. Nie wyolbrzymiaj problemów których jeszcze nie ma. Z Bogiem!

  marcin, 19 lat
2155
22.02.2008  
mam taki problem: otóż podoba mi się strasznie jedna dziewczyna i nie wiem jak to ugryżć, mieszkamy w tym samym internacie , widze ja co jakis czas , troche się znamy czasem pogadamy casem do niej do pokoju wpadne, ale tak mi trudno z nia normalnie rozmawiac, czesto jak spotkam to zaraz uciekam by nie pomyslala ze sie narzucam, albo ze wbijam do niej, rzadko odwiedzam bo tez sie jakos lekam ,albo poprostu widze ze chyba nie ma odwzajemnienia, ale w sumie malo sie znamy tak glebiej, po czym poznac ze dziewczyna cos tez mzoe czuc , wiem ze trzeba ciepliwie najpierw sie aprzyjaznic, ale jak? gdy sie lękam , boje się że się nie podobam, ale bardzo milo nam sie rozmawia , wiec co robic

* * * * *

No ryzyko jest wpisane niestety w działania damsko - męskie. Nie możesz naturalnie być na 100 % pewnym, że jeśli postąpisz tak czy tak to osiągniesz sukces. A z drugiej strony tylko tędy droga. Ja myślę, że jeśli dziewczyna chętnie z Tobą rozmawia, uśmiecha się na Twój widok, nie ucieka przed Twoim towarzystwem to jest bardzo dobry znak i tak właśnie to się zaczyna. Myślę, że możesz podjąć bardziej radykalne kroki, a już na pewno nie możesz uciekać jak ją spotkasz, bo ona pomyśli, że celowo jej unikasz, że wcale Ci na niej nie zależy. Przecież jeśli ludziom na sobie zależy to szukają swojej obecności i okazji, by się zobaczyć. Skorzystaj z porad w odp: 3, 30, 37, 134, 411, 912, 1486, 1932 i odwagi. Powodzenia, z Bogiem!

  Damian, 18 lat
2154
22.02.2008  
Witam. Otóż mam problem jak wiele, wiele innych ludzi czytających tą stronę. Czytałem listy które opiewają miłość na odległość. Sam jestem, jak narazie przykładem, że taka miłość może istnieć. Jestem ze swoją Agnieszką 6 miesięcy. Ona jest w klasie maturalnej, wiele czasu poświęca na nauke, często zapominając o mnie. Rozumiem to. Jednak nie potrafię poradzić sobie z cierpieniem, bólem jaki temu towarzyszą. Często biorę list, w którym napisała, ogrom ciepłych słów, które mi pomagają i czytam go w jakimś zacisznym miejscu. Heh, dała mi nawet moc na kilka następnych miesięcy (widzimy się co prawda około tygodnia w każdym miesiącu, ale ta moc jest na czas rozłąki). Jednak tak jak napisałem, często ból, tęsknota doprowadzają mnie do takiego stanu, że cały świat traci kolory i sens. Jak sobie z tym radzić? Damian.

* * * * *

No, cóż, tęsknota jest wpisana w miłość - każdą, a szczególnie w tą, gdzie ludzie rozstają się na jakiś czas. Jak sobie radzić? Listy, maile, sms-y, telefony. Umówcie się każdego dnia na króciutki telefon wieczorem. Ustalcie sobie np. jakąś konkretną godzinę, o której szczególnie pamiętacie o sobie i np. módlcie się za siebie w tym czasie. W ciągu dnia wysyłajcie sobie smsy i tzw. "sygnałki". No i tak układajcie zajęcia by jak najwięcej zrobić w czasie kiedy się nie widzicie, by mieć jak najwięcej czasu dla siebie kiedy się widzicie. Tyle mogę Ci poradzić - na razie. A może pomyślicie o studiach w jednym mieście? Z Bogiem!

  michał, 14 lat
2153
22.02.2008  
witam, mam pewien problem. moja dziewczyn mowi ze mnie kocha ale juz drugi raz umowila sie ze swoim kolega. on ostatnio powiedzial jej ze ona nie jest mu obojetna, ze boi sie ze sie zakocha. Ona mowi to samo. jej kolega ma dziewczyne ale jest z nia dopiero 2 miesiace. a on zaczal cos z moja dziewczyna juz pol roku temu, znali sie 4 lata a on nagle zaczal jej atrzec tak głeboko w oczy, i ona porownoje jego spojrzenie z moim. ostatnio powiedziala mi ze chce zyc wlasnym zyciem i zebym sie nie wtracal bo chcialem ppogadac z tym chłopakiem. oni sa z jednej parafii i widuje sie coajmniej raz na tyudzien, i jeszcze dso tego umawiaja sie w wolnym czasie. najbardziej boli mnie to ze ona umawia sie z nim a nie chce umowic sie ze mna. i co ja mam w tej sytuacji zrobic?

* * * * *

Pogadaj z tym chłopakiem po męsku. Powiedz jak Ty to odbierasz. A potem porozmawiaj z dziewczyną - musi dokonać wyboru, bo to co robi jest niedorzeczne. Nie można chodzić z dwoma chłopakami na raz, z których na dodatek jeden ma dziewczynę. Czy ona nie myśli, że ją przez to krzywdzi? Chce mieć nieprzyjemności i awantury ze strony tamtej? Nie, no stanowcze kroki. Masz prawo mieć jasność sytuacji i masz prawo do wierności. Więc jeśli ona nie chce jej dochować to związek między Wami nie ma sensu. A na żadne porównywanie z tamtym chłopakiem sobie nie pozwalaj. Z Bogiem!

  Marta, 22 lat
2152
21.02.2008  
Witam. Mam pytanie.Jesteśmy z chłopakiem studentami. Wraz z znajomymi wynajmujemy jedno mieszkanie,w którym wspólnie mieszkamy. Ja i chłopak mamy oddzielne pokoje. Czy to jest grzech i czy przed slubem powinniśmy zamieszkac w oddzielnych mieszkaniach?

* * * * *

Generalnie tak byłoby lepiej, bo podejrzewam, że we wspólnym mieszkaniu jest wiele wspólnych "niebezpiecznych" terenów takich chociażby jak łazienka. Ponadto jednak większa pokusa i większe trudności dla Was. A poza tym z zewnątrz też nikt nie wie, że jednak nie razem mieszkacie. W mieszkaniu obok mnie też jest taki skład mieszany i wiesz co? Nawet nie przyszłoby mi do głowy pomyśleć, że jest taki układ jak u Was, więc przypuszczam, że Waszym sąsiadom też nie przyszło. Po prostu społeczny odbiór jest jednoznaczny. Dlatego doradzałabym jednak oddzielne mieszkania. W razie wątpliwości porozmawiaj też ze spowiednikiem. I polecam ten artykuł: [zobacz]. Z Bogiem!

  Joanna, 28 lat
2151
21.02.2008  
Witam serdecznie!
Niedawno zaręczyłam się z chłopakiem, z którym spotykałam się ponad pół roku. Pokochaliśmy się od naszego drugiego spotkania i jak do tej pory był nam ze sobą wspaniale. Niestety ostatnio coraz częściej mój ukochany robi mi awantury. Jeszcze przed zaręczynami jego brat ostrzegał mnie, że Piotr jest cholerykiem i żebyśmy przełożyli zaręczyny. Do tej pory nie do końca rozumiem intencje brata Piotra, ale może chciał mnie ochronić?
Ja bardzo przeżywam jak ktoś podnosi głos, a jak jeszcze jest to tak blisk osoba i do tego dochodzą wulgaryzmy, to są to rany bardzo dotkliwe. A jak kiedyś mnie uderzy? Co robić?? Jak żyć z cholerykiem?? Bardzo proszę o pomoc.


* * * * *

Po pierwsze to bardzo się dziwię, że po tak krótkim czasie się zaręczyliście. Nie da się kogoś dobrze poznać w pół roku i nie jest dobrze pobierać się a nawet zaręczać w stanie zakochania. A tak niestety najczęściej jest w przypadku tak krótkiego chodzenia ze sobą. Działają emocje a pod wpływem emocji nie widzimy prawdziwego obrazu drugiego człowieka tylko swoje wyobrażenia o nim. Polecam ten artykuł: [zobacz]
A po drugie: wulgaryzmy? Awantury? Ja bym uciekła. Jaka miłość w ten sposób traktuje ukochaną osobę? Mam tu poważne wątpliwości a to, że ktoś jest cholerykiem niczego nie usprawiedliwa. Choleryk a cham to dwie różne rzeczy.
Módl się o rozeznanie, a przede wszystkim najpierw dobrze się poznajcie, by decyzja o ślubie była tą właściwą. Polecam też "Wieczory dla zakochanych" - taki sprawdzian przed ślubem. Informacje znajdziesz tutaj: www.spotkaniamalzenskie.pl, www.malzenstwo.pl .Z Bogiem!



Ostatnia aktualizacja: 05.06.2008, 16:17


[ Powrót ]
Daj plusika:
[ Strona główna ] Drukuj Wyślij link
Trudna miłość. Jak pokonać kryzys? Trudna miłość. Jak pokonać kryzys?
Tonino Cantelmi, Rachele Barchiesi
Dlaczego zbudowanie stałych i silnych związków uczuciowych wydaje się dzisiaj bardzo trudne czy wręcz niemożliwe? Jakie są przyczyny kryzysu panującego w relacjach międzyludzkich? Autorzy niniejszej książki starają się ukazać te przyczyny. Chcą pomóc Czytelnikowi, zwłaszcza młodemu, w budowaniu trwałych relacji z innymi ludźmi.... » zobacz więcej
Zakochanie… i co dalej? Zakochanie… i co dalej?
Jacek Pulikowski
Książka ta jest pierwszym krokiem do szczęśliwego małżeństwa. Pomyśl o radosnym czasie zakochania, chodzenia ze sobą, narzeczeństwa i nie zmarnuj go! Wykorzystaj cenne wskazówki autora dla dobra twojego i przyszłego współmałżonka... » zobacz więcej
O stronie... | Ogłoszenia | Konkurs | Wspomóż nas | Polityka Prywatności | Kontakt

© 2001-2011 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej