Kartki Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Czat Opowiadania Perełki
Miłość czy MIŁOŚĆ? Czyli sztuka chodzenia ze sobą Miłość czy MIŁOŚĆ? Czyli sztuka chodzenia ze sobą
Katarzyna i Tomasz Jarosz
Przeczytaj tę książkę! Być może znajdziesz tu odpowiedzi na swoje pytania, a przedstawione rady pomogą Ci wybrnąć z sytuacji w jakieś się znalazłeś.... » zobacz więcej
miłość czy Miłość?

Odpowiedzi na pytania

Odp: [1-50], [51-100], [101-150], [151-200], [201-250], [251-300], [301-350], [351-400],
[401-450], [451-500], [501-550], [551-600], [601-650], [651-700], [701-750], [751-800], [801-850], [851-900]
[901-950], [951-1000], [1001-1050], [1051-1100], [1101-1150], [1151-1200], [1201-1250], [1251-1300],
[1301-1350], [1351-1400], [1401-1450], [1451-1500], [1501-1500], [1551-1600], [1601-1650], [1651-1700],
[1701-1750], [1751-1800], [1801-1850], [1851-1900], [1901-1950], [1951-2000], [2000-2050], [2051-2100],
[2100-2150], [2151-2200], [2201-2250], [2251-2300], [2301-2350], [2351-2400], [2401-2450], [2451-2500],
[2501-2550], [2551-2600], [2601-2650], [2651-2700], [2701-2750], [2751-2800], [2801-2850], [2851-2900], [2901-2950], [2951-3000],
[3001-3050], [3100-3100], [3101-3150], [3151-3200], [3201-3250], [3251-3300], [3301-3350], [3351-3400],

Dlaczego warto się zaręczać? Odpowiedź dla dwojga zakochanych Dlaczego warto się zaręczać? Odpowiedź dla dwojga zakochanych
Philippe i Catherine Timmel
Autorzy, na podstawie własnego świadectwa, ukazują znaczenie przedmałżeńskiego stanu, nazywając go "czasem serca". Książka jest dla tych, którzy pytają, dlaczego się zaręczać, i dla już zaręczonych, którzy szukają głębokiego sensu swojego związku i chcieliby jak najpełniej przygotować się do małżeństwa... » zobacz więcej




  Asia, 19 lat
3000
25.07.2010  
Witam! Jestem z chłopakiem od ponad 1,5 roku. On jest moim pierwszym chłopakiem. Jesteśmy w równym wieku i poznaliśmy się w liceum. Niestety dzieli nas kilkadziesiąt km i w okresie wakacji widujemy się raz na tydzień. Do tej pory nie zastanawiałam się zbytnio nad swoimi uczuciami ale od kilku dni dręczą mnie wątpliwości. Targają mną silne emocje- raz czuje spokój i szczęście- za chwilę boje się że to co czuje to nie miłość. Kiedy spotkałam się ostatnio z chłopakiem wątpliwości rozwiały się a potem znów zaczęłam rozmyślać i wróciło pytanie: kocham czy nie? Nie chce skrzywdzić chłopaka, który kocha mnie mocno. Czuje do niego ogromne przywiązanie. Nasz związek opiera się na silnej przyjaźni, ale też na okazywaniu czułości- uwielbiam np się przytulać- i kompromisach- on zgodził się poczekać ze współżyciem do ślubu. Planujemy go w dalszej przyszłości(po studiach). Czy pierwszy związek może być ostatnim? Czy w prawdziwej miłości może pojawić się zwątpienie?Czy w tak młodym wieku może to być prawdziwa miłość? Czy moje rozterki mogą być przejawem tęsknoty? Mam w głowie dużo pytań, które chwilami doprowadzają mnie do płaczu.

* * * * *

Tak, pierwszy związek może być ostatnim. Jeśli ludzie są dojrzali i czują, że dobrze wybrali to tak się właśnie dzieje. W prawdziwej miłości zawsze pojawiają się różnego rodzaju rozterki i zwątpienia - dzieje się tak dlatego, że traktujesz to poważnie. Dlatego zastanawiasz się, analizujesz. Droga Asiu! Masz wiele pytań i to bardzo ogólnych. Dlatego polecę Ci całą naszą książkę: http://adonai.pl/milosc/?id=milosc-czy-milosc
Tam znajdziesz odpowiedzi na swoje pytania i pewnie jeszcze wiele innych rad odnośnie wyboru, wieku i innych ważnych sprawa. Z Bogiem!

  Klaudia, 18 lat
2999
24.07.2010  
Szczęść Boże!
Mam następujący problem: od kilku lat mam problem z onanizmem. Nie potrafiłam się z tego wygrzebać, ciągle upadałam. Kiedy poznałam mojego chłopaka, było mi łatwiej. To naprawdę cudowny człowiek, dzięki niemu udało mi się wytrzymać najwięcej dni w czystości od początku pojawienia się problemu. Później jednak zaczęliśmy mieć problem z pettingiem. Odkryłam praktycznie całe swe ciało oprócz zdjęcia majtek :( Czuliśmy się z tym strasznie żle :( Oboje wstąpiliśmy do RCS i czujemy poprawę, jednak zdarza nam się upadać. Czy mamy szansę na to, aby nasza noc poślubna mogła być czymś niezwykłym , czy może wszystko jest stracone? Kolejnym problemem są pocałunki. Całujemy się dość często, nawet namiętnie, jednak są one czyste ( chodzi o intencję ) i nie pobudzają nas jakoś bardzo. Obawiamy się jednak, czy nie popełniamy grzechu, bo może takie pocałunki są grzeszne :( To wszystko jest takie pogmatwane. Nie chcielibyśmy rezygnować z całowania się, ponieważ bardzo nas to zbliża i możemy wyrażać nasze uczucia. Dodam, że myślimy poważnie o naszym związku.Bardzo się również przyjaźnimy i jesteśmy dla siebie niesamowicie bliskimi osobami. Te pocałunki to jeden z elementów naszej relacji. Czy robimy coś źle? :( Przepraszam za chaos, mam nadzieję, że pani zrozumie co miałam na myśli :) Dziękuję z góry za odpowiedź.


* * * * *

Przeczytaj proszę odp. nr: 2302, 2454, 2564 o pocałunkach, odp. nr 2274 o pettingu i artykuł o czystości: [zobacz]>
Oczywiście, że jest szansa, by Wasza noc poślubna była wyjątkowa i nic nie jest stracone. Wprost przeciwnie, właśnie robicie w tym kierunku co możecie i podjęliście wiele wysiłku. Podziwiam was i gratuluję wstąpienia do RCS i woli walki. Oby tak dalej! Jestem pewna, że jeśli nadal będziecie tak się starać to Wasza przemiana będzie tak duża, że nie tylko noc poślubna będzie wyjątkowa ale i Bóg da wam swego rodzaju "niepamięć" tych czynów, w tym sensie, że nie będziecie o tym myśleć, nie będziecie już czuć żalu tylko z nowym duchem będziecie patrzeć w przyszłość i kochać się będziecie czystą miłością. Bo czystość to postawa, to decyzja przekładająca się na myśli, czyny i pragnienia. Bóg w sakramencie pokuty oraz Wy sobie nawzajem wybaczyliście to co było i zaczęliście od nowa. Tego się mocno trzymajcie . Mam jeszcze propozycję, byście na początku każdej randki razem wspólnie króciutko się pomodlili: o czystość, o wytrwanie, o dary dla Waszego związku. Proście Jezusa by był z Wami w tym czasie. Spójrzcie na krzyż a zobaczycie, że zgrzeszyć będzie trudniej. Trwajcie i rozwijajcie Waszą miłość. A na tę drogę polecam Wam także moją książkę: http://adonai.pl/milosc/?id=milosc-czy-milosc >
Z Bogiem!

  przyszła żona, 23 lat
2998
22.07.2010  
Witam!Razem z narzeczonym czekamy do ślubu ze współżyciem, podjęliśmy również decyzje o stosowaniu NPR(ponieważ jesteśmy wierzący) w naszym małżeństwie, które zostanie zawarte w tym roku. Ale pech tak chciał że akurat w naszą CAŁĄ podróż poślubną(na którą czekamy z utęsknieniem) przypadną mi dni płodne:((terminu nie możemy zmienić ze względu na urlop) Na dziecko nie możemy niestety sobie pozwolić.Budzi się we mnie bunt co do zastosowania naturalnych metod:( Skoro wszystkie poradniki, osoby duchowne jak i osoby "radzące" mówiły że np. "na wyjeździe wakacyjnym nie można spać w jednym łóżku bo to narażanie się na pokusę, a poza tym to nienormalne by dwie kochające się osoby leżały do siebie i do niczego nie miało by dojść".Nasuwa mi się jedna myśl: w podróż poślubną spać w osobnych łóżkach, bo przy takiej aurze, przy tylu emocjach i uczuciach leżąc w jednym łóżku byłoby nienormalne gdyby nie doszło do zbliżenia, a przecież pieszczoty z "happy end'em" też są przez Kościół zabroni one... rozkładam ręce i nie potrafię sobie tego wyjaśnić...mam nadzieję, że otrzymam odpowiedź która rozwieje moją niepewność i utwierdzi mnie w tym że NPR jest dla małżonków a nie przeciw nim. Pozdrawiam!

* * * * *

No cóż, miałam ten sam problem. Po prostu musieliśmy poczekać i Wy też musicie. Tak, to nienormalne, by w podróży poślubnej spać w osobnych łóżkach i wcale do tego nie namawiam, ale to kwestia wyboru: albo czekacie i powstrzymujecie się ze współżyciem albo "ryzykujecie" albo mówiąc inaczej dopuszczacie i taką możliwość, że dziecko być może się pocznie. Być może - bo wcale to nie jest oczywiste, u zdrowej, płodnej pary takie prawdopodobieństwo w cyklu podczas dni płodnych to tylko ok. 30 % szans. A nie wiadomo jaka jest Wasza płodność i Wasze szanse. Tak więc albo wstrzemięźliwość albo zaufajcie Bogu - jeśli On uzna, że dziecko teraz będzie dla Was lepszym rozwiązaniem to Wam je da a jeśli nie to nie da. Nie wiem czy Cię pocieszyłam, ale NPR nie ma tu nic do rzeczy. Albo się przyjmuje wiarę ze wszystkimi konsekwencjami albo nie.
W małżeństwie jeszcze z nie takimi problemami przychodzi się zmierzyć. Możecie potraktować to jako czas próby(niejako przedłużonego narzeczeństwa) albo całkowicie zaufacie Bogu i niech On wybierze co dla Was lepsze (oczywiście pamiętając o swej wolnej woli i odpowiedzialności). Nic innego nie mogę Ci napisać, bo nie ma rozwiązań pośrednich. A tak całkiem na marginesie: często z uwagi na stres ślubny cykl się wydłuża lub skraca więc te dni płodne mogą Ci się przesunąć. Poza tym ile Wasza podróż będzie trwała skoro piszesz, że przez nią całą będą dni płodne, przecież ich jest tylko kilka w cyklu. Z Bogiem!

  brygida, 18 lat
2997
20.07.2010  
Witam;) Jaestem zal=kochana w kleryku...trwa to juz od ponad roku..ostatnio jedak ten sam wyznał mize bardzo mu sie podobam i ze zastanoawia sie czy nie zrezygnowac...
powiedzial ze mnie kocha.. ale nastepnego dnia powiedzial juz ze musimy 'to' zakonczyc bo tak dluzej nie moze byc...ze on sie zastanowil i doszedl do wnisoku ze chce ze mna zerwac wszelki kontakt... jest mi starsznie ciezo..nie potrafie sobie z tym poradzić..;/
on obiecywal mi tak wiele...ijak zwykle skonczylo sie na niczym...
dlaczego o n nie bierze pod uwage tego ze moze akurattka mialo byc ze spotkalismysie razem na swojej drodze ...ze powinnismy byc razem//;(((


* * * * *

Przykro mi, że cierpisz. Ale widzisz: angażując się uczuciowo z klerykiem musiałaś brać pod uwagę i taki scenariusz. Przecież on nie po to wstępował do seminarium, żeby żyć jak inni chłopcy tylko dlatego, że prawdopodobnie ma powołanie, prawda? Z pewnością spodziewałaś się innego zakończenia (pewnie on sam rozbudził Twoje nadzieje i to jest jego wina, ale to osobna sprawa) ale nie możesz powiedzieć, że nie wiedziałaś co robisz. A odpowiadając na Twój ostatnie pytanie: no właśnie on wziął to pod uwagę, zastanowił się i doszedł do wniosku, że nie. Że co innego chce w życiu robić. Uwierz, że tak ma być, bo widocznie Bóg przygotował i jemu i Tobie inną drogę i cele. Ty będziesz szczęśliwa z kimś innym a on będzie służył wielu. Natomiast to, że teraz cierpisz to zrozumiałe - straciłaś kogoś kogo kochasz, przeczytaj odp. nr: 80, 526, 653, 825 o tym jak sobie teraz poradzić, ale przeczytaj też odp. nr: 10, 29, 157, 364, 381, 523, 644, 940, 2182, 2648 o związku z klerykiem. Z Bogiem!

  MONIKA, 17 lat
2996
20.07.2010  
co to jest miłość

* * * * *

Polecam ten artykuł: [zobacz] i tę książkę: http://adonai.pl/milosc/?id=milosc-czy-milosc

  Rei, 21 lat
2995
20.07.2010  
Witam Panią bardzo serdecznie. Nie wiem co zrobić ze swoim życiem, wszyscy mężczyźni bawią się moimi uczuciami, wszystkie moje nadzieje na związki, na miłość rozwiewają się po kolei. Teraz po dwóch latach znajomości z jednym kolegą i on mnie zawiódł. Jestem w nim chyba zakochana, po raz pierwszy w życiu spotkałam człowieka, który rozkochał mnie w swoim wnętrzu, a dopiero potem nawet w wyglądzie, pierwszy raz spotkałam chłopaka, z którym dogaduję się tak w każdej sprawie, a nawet jeśli mamy odmienne zdania to potrafimy dojść do konsensusu, mamy mnóstwo wspólnych tematów, potrafimy rozmawiać na poważnie, dla żartu albo doradzać się siebie w pewnych kwestiach. On ponad rok temu chyba próbował coś do mnie, ale ja wtedy byłam ślepo zapatrzona w chłopaka, który potem potraktował mnie jak rzecz, jak coś co nie ma uczuć, krzywdząc mnie straszliwie. Dzisiaj żałuję i nie widzę juz sensu swojego życia, bo kiedy teraz zauważyłam,że wtedy powinnam była wybrać mojego kolegę to on ma dziewczynę, o której dopiero ostatnio mi powiedział, ma ją od roku i planuje mieć z nią dziecko za rok.
Nie wiem dlaczego wcześniej mi o niej nie mówił, nie wiem dlaczego cały czas bawił się moimi uczuciami, zabiegając o kontakt, dlaczego nadal to robi pisząc mi miłe rzeczy, lub rzucając jakimiś podtekstami, a za chwile mówiac o swojej dziewczynie i planach na przyszlość.... Czuję się jak coś małego co kuli się z bólu na podłodze nieustannie torturowane, bite z każdej strony... Gdyby tylko Bóg pozwolił mi naprawić bład sprzed roku, gdyby wymazał mi te dwa lata z pamięci, zrobił cokolwiek bym mogła dalej żyć i w końcu zaznać szczęścia. Czasami myślę, ze on mnie opuścił lub że nie zasługuję na żadne szczęście. Niech Bóg ma Panią w swojej opiece.


* * * * *

No widzisz, w tym przypadku problem leży nie po Twojej stronie a tego chłopaka. Nie wyobrażam sobie by podrywać dziewczynę jednocześnie mając kogoś. To on jest nieuczciwy: w stosunku do Ciebie i do niej. I wcale nie jest taki idealny skoro tak się zachowuje. Bo ją po prostu zdradza (choćby duchowo) a Ciebie rani. Poza tym nie dowierzam, że faktycznie ma dziewczynę. Gdyby tak było to i gdyby ją naprawdę kochał to nie interesowałby się Tobą. Bo gdy kogoś kochamy naprawdę to inni pod tym względem już nas nie interesują. Wygląda mi to więc na zwyczajną wymówkę, by się Tobą nie spotykać i żebyś sobie nie robiła nadziei. Zresztą argument z dzieckiem jest bardzo śmieszny - bo raz, że planować to sobie można, a dziecko wcale nie musi się pojawić kiedy się zaplanuje, a po drugie - dzieci to ma się z ŻONĄ a nie z dziewczyną. No która logicznie myśląca kobieta chciałaby mieć dziecko nie w związku małżeńskim? Po co?
Moim zdaniem to po prostu gra na Twoich uczuciach, bo tak mu wygodniej, bo to go dowartościowuje, bo widzi Twoje zainteresowanie nim. A argumenty wymyśla bo nie chce żadnych zobowiązań, nie chce się związać z Tobą. Zakończ czym prędzej tę znajomość, bo to Cię niszczy i do niczego konstruktywnego nie prowadzi. Jeśli będziesz w tym tkwić to tylko będziesz się dołować a on będzie się nadal dowartościowywał Twoim kosztem i wymyślał tanie historyjki. To nie jest odpowiedzialny chłopak. Rozumiem Twoje zaangażowanie ale jak sama widzisz - nie możesz z nim być - on tego ewidentnie nie chce, zresztą jaką wartość ma związek z kimś kto oszukuje?
Oczywiście emocje to osobny temat. Musisz odcierpieć swoje, wypłakać się, dać sobie czas i pozwolić na żałobę po tej relacji. Ale zerwij kontakt, bo bardziej się pogrążysz. W odp. nr: 80, 526, 653, 825 znajdziesz rady jak zapomnieć o nim, jak sobie radzić. Polecam ci też moją książkę: http://adonai.pl/milosc/?id=milosc-czy-milosc
Tam piszę o tym jak ufać, jak znaleźć prawdziwą miłość, czego oczekuje kobieta i mężczyzna, jak żyć po rozstaniu. Módl się o prawdziwą miłość i o to, by Bóg teraz zabrał Ci te emocje, byś potrafiła sobie z tym poradzić. Wykorzystaj tę sytuację do tego, by na przyszłość być silniejszą - doświadczeniem. Jeszcze trafisz na takiego chłopaka, którego pokochasz i będziesz z nim szczęśliwa. Módl się o to. Z Bogiem!

  Marta, 23 lat
2994
19.07.2010  
Dziękuję za wcześniejszą,mądrą odpowiedź (pyt.2905). Dobrze móc w chwilach zwątpienia przypomnieć sobie, że sam Bóg wybacza nam nawet gorsze rzeczy, codziennie...
Chicłam jednak zapytać czemu to Panią tak zdziwiło, że poradziliśmy sobie z tym co się stało. Ja dopiero po tym wydarzeniu uświadomiłam sobie że go zdążyłam pokochać. I dałam szansę, bo chociaż bardzo był zagubiony, to wiedziałam, że ma naprawdę dobre serce. Cięzko było, mojA nieufność, sprawdzanie go. On to znosił, dzielnie... Czułam się zdradzana wcześniej. Przestałam ufać, ale chcieliśmy to zaufanie odbudować. Widziałam jak żałuje, jak bardzo chciałby cofnąć czas. Było warto. Teraz już wiemy, że pokonamy kązdy kryzys. Ale nasze życie się zmieniło. Nie ma we mnie jakieś takiej beztroski, że przecież się kochamy, to nigdy mnie nie zdradzi. Wiem, że mógłby zdradzić, że jest facetem, że inne kobiety mogę być pokusą. Wcześniej myślałam, że miłośc "chroni" od tego. Wiem też że nie chce tego zrobić, że kocha, że unika wszystkiego co mogłoby być niebezpieczne dla wierności. Ufam, ale rozsądnie. W tym sensie, że będę troszczyć się o nasz związek, by niczego mu nie brakowąło. Bo każdy człowiek potrzebuje miłości, zrozumienia, uznania. Jest inaczej, Według mnie lepiej. Nie zatracę się w tym bezpieczeństwie, nie odsunę chłopaka, męża od siebie bo będę się czuła bezpiecznie, nie zapomnę o nim i zajmę się wyłacznie własnymi sprawami, a potem nie obudzę się z ręką w nocniku.
A Bóg zabrał mu wszystkie złe wspomnienia, obrazy, sytuacje. Wie, że grzeszył bo pamięta jak mi się przyznawał do tego, pamięta moje reakcje, mój ból. Samych czynów nie pamięta. Bałam się spustoszenia jakie w jego umyśke mogło spowodować to co robił i oglądał w przeszłości. Wiele razy już to sprawdzaliśmy. Przerażające było w pierwszej chwili, szczególnie dla niego, to co się stało z jego pamięcią. Dziury. Błogosławieństwo, nagroda dla nas. Będę pierwsza. Pierwsza którą zobaczy nago. Zaręczyliśmy się. Jestem szczęśliwa.


* * * * *

Przede wszystkim - gratulacje z powodu zaręczyn! Pytasz dlaczego się zdziwiłam? Zdziwiłam się szybkością tego procesu i dojrzałością Waszej postawy - jesteście młodzi i reagujecie gwałtownie, co jest normalne, a mimo wszystko byliście na tyle dojrzali i mądrzy by dać sobie szanse zamiast mieć do siebie pretensje. Dlatego, że pomyśleliście o sobie nawzajem a nie tylko o swoich własnych odczuciach. To właśnie jest piękne i jak widzisz - taka postawa przyczyniła się nie do rozpadu związku tylko jego umocnienia. Bo trudne sytuacje umacniają związek jeśli przechodzi się je razem i sobie pomaga.
Oczywiście rozumiem co masz na myśli pisząc o braku tej beztroski. To prawda, ale pomyśl, że właśnie teraz miłość jest dojrzalsza, bo przeszła próbę. I wypowiadając słowa przysięgi małżeńskiej zrobicie to bardziej świadomie, bo Wy już wiecie co to znaczy "zła dola" a nie tylko dobra. Dlatego jest szansa, że kolejne problemy życiowe też pokonacie.
I tego Wam życzę. A skoro się już zaręczyliście to polecam Wam wspaniały kurs przedmałżeński "Wieczory dla zakochanych". Informacje znajdziesz tutaj: www.spotkaniamalzenskie.pl, www.malzenstwo.pl Z Bogiem!

  karolina, 22 lat
2993
18.07.2010  
Bardzo kocham mojego narzeczonego, ale ciągle wypominam mu współżycie z poprzednią dziewczyną. Chciałabym nie myśleć o tym, zapomnieć. Jednak głupie myśli ciągle mnie prześladują. Narzeczony tłumaczy się tym, że przecież nie wiedział że będzie ze mną i nie powinnam się złościć, bo przecież mnie nie zdradził jak byliśmy razem tylko współżył z nią wczesniej. Wydaje mi się, że nie powinien tak do tego podchodzic. No bo jeśli po rozstaniu z tamtą dziewczyną poznał by jakąś inną, a później inną i może jeszcze kilka a dopiero później mnie, to w rezultacie współżył by z kilkoma dziewczynami i to ma być wporządku bo jeszcze mnie nie znał?
Zawsze chciałam zaczekać do ślubu, chciałam żeby mąż był moim pierwszym, ale również nie dopuszczałąm myśli że ja bym miała jego pierwszą nie być. To jest dla mnie bardzo trudne, ponieważ ciągle myślę o tym jak ją całował dotykał, itd. Jest mi wtedy strasznie przykro. To tak bardzo boli.
Ja nie wiem czy mój narzeczony tego żałuje czy nie, ale jest to jedyna rzecz przez jaką się kłócimy. Jest nam razem bardzo dobrze, dużo rozmawiamy, nie mogę się już doczekać ślubu, jest doprawdy idealnie, każdy problem potrafimy rozwiązać poprzez rozmowę, kompromis tylko nie ten jeden.
Jak się z tym pogodzic?


* * * * *

No widzisz, właśnie kluczowe jest tutaj to, byś się dowiedziała czy on tego żałuje. I nie chodzi o to, że Cię "nie zdradził bo Cię nie znał" - owszem, właśnie zdradził swoją przyszłą żonę współżyjąc z kimś kto jego żoną nie był. Ale nie to jest najistotniejsze. Właśnie chodzi o to czy on traktuje to jako swój błąd i tego żałuje, żałuje też tego, że Tobie nie może tego ofiarować czy uważa, że jest w porządku bo nie byliście razem. Czy się z tego wyspowiadał, czy jest mu głupio przed Tobą i czy - gdyby mógł cofnąć czas - to by tego nie zrobił bo czystość byłaby jego darem dla Ciebie czy też wcale nie czuje wyrzutów sumienia.
Koniecznie zatem przeczytaj te odp.: 616, 961, 1070, 1819, 2172, 2429, 2434, 2604
Tam jest generalnie o dziewczynach, bo odpowiadam na listy chłopaków ale dotyczy to także odwrotnej sytuacji.
Wszystko zależy od jego podejścia. Jeśli jest właściwe - tam znajdziesz rady jak się pogodzić i nie wypominać. Z Bogiem!

  Ania, 25 lat
2992
17.07.2010  
Witam.
Mam takie pytanie skąd poznać, że jednak kogoś kocham?
Wiem, że miłość ta prawdziwa nie opiera się na uczuciach.
Tylko naprawdę po sobie samej już nie wiem, czy kocham swojego chłopaka.
On ma 30 lat, jednak nie jest jak na ten wiek dojrzały, jest bardzo przywiązany do swej Matki. Zwierza się jej ze wszystkiego, nawet ze swych marzeń intymnych. Co mnie niejednokrotnie onieśmiela, bo czasem i przy mnie to robi rozmawiając swobodnie z matką, jakby mnie tam nie było. Czasem też on głośno krytykuje moją rodzinę, także przy mnie. Jest mi przykro, czuję się winna zaistniałej sytuacji. Może ze mną jest coś nie tak?
On często mi powtarza, że mnie kocha. Dość gorąco mnie zapewnia, jest dobrym chłopakiem, marzy o założeniu rodziny. Już od dwóch lat jesteśmy razem. Choć obecnie z większą przerwą, ponieważ wyjechałam na kilka miesięcy do pracy. I tu odkryłam, że za nim nie tęsknię, owszem wspominam go, pamiętam, ale kiedy on pisze mi, ze tęskni to naprawdę nie wiem jakie to uczucie. Jakoś nie liczę dni do powrotu.
Nie wiem już czy to miłość czy przyjaźń?
Od dawna odczuwam w sobie pustkę, brak sensu, samotność, nawet jak jestem z nim. Czy mam się z nim spotkać, wciąż to samo- taki brak sensu. Nie wiem już co myśleć. On na początku znajomości narzucał tempo i to bardzo szybkie, ma sporą wiedzę w psychologii, czułam się często zmanipulowana, nie wiedziałam co jest prawdą a co jego zręczną może nieświadomą manipulacją.
Jest dobrym chłopakiem- to jednak mnie powstrzymuje od zerwania znajomości.
Ale to odczucie bezsensu? Czy możliwe bym miała inne powołanie?


* * * * *

Niekoniecznie masz inne powołanie ale coś ewidentnie nie odpowiada Ci w Twoim chłopaku. Jeśli piszesz, że byłaś zmanipulowana, może do tego zakochana to faktycznie dałaś się "omotać" a potem emocje opadły i widzisz go takiego jakim jest.
To bardzo dziwne co piszesz o jego relacji z matką i o tych zwierzeniach intymnych. To nie z Tobą jest coś nie tak, tylko z ich relacją. Tak nie może być, bo wyraźnie widać tu bardzo silną więź, aż niezdrową, bo takich rzeczy nie opowiada się matce.
Zapewne jest też tak, że w każdej dziedzinie jej słucha i kieruje się jej zdaniem. To bardzo męczące dla partnerki kogoś takiego, bo ewidentnie tkwi się w trójkącie. 30-letni chłopak musi być samodzielny, przede wszystkim psychicznie. Takie zachowania godzą w związek i utrudniają życie. Absolutnie w takim stanie nie można zawierać małżeństwa.
I dlatego z uwagi na to wszystko wcale Ci się nie dziwię pewnej niechęci. Widzisz bowiem, że nie Ty jesteś tu najważniejsza i czujesz się pominięta. Czujesz też nacisk z jego strony, który zaczął się do tego, że mimo, iż nie byliście na takim samym etapie związku to on nie dał Ci potrzebnego czasu tylko prowadził relację swoim tempem. Ty nie nadążałaś i robiłaś coś na siłę. W takiej sytuacji ten czas bez niego odczuwasz jako pewną ulgę i nie masz ochoty wracać do tego co było. Nie czujesz się też pewnie bezpiecznie w tej relacji, nie czujesz w nim oparcia - jako w silnym mężczyźnie.
Musisz zatem bardzo szczerz i poważnie z nim porozmawiać. On musi określić kim dla niego jesteś, co jest w tej relacji dla niego najważniejsze, jak wyobraża sobie Wasz dalszy związek i co ma do powiedzieni w tej kwestii jego matka. Jak wyglądają i jak będą wyglądać jego układy z matką w przyszłości. Po tej rozmowie zorientujesz się w jego priorytetach i w jego samodzielności. Od tego gdzie Cię umiejscowi w swoim życiu zależeć będzie czy zdecydujesz się z nim dalej być. Taki układ jak jest teraz jest nie do przyjęcia.
To wszystko musisz przemyśleć po rozmowie z nim. Przeczytaj też odp. nr: 78, 89, 106,192, 271, 390, 728, 1021, 1050, 1059, 1278, 1309, 1407, 1728, 2341, 2568, 2627, 2717, 2724 oraz tę książkę: http://adonai.pl/milosc/?id=milosc-czy-milosc
Z Bogiem!

  Piotrek, 18 lat
2991
16.07.2010  
Witam. Mam problem ze sobą i to... dość spory! Mam w klasie kolegę. Sympatyczny, wesoły, otwarty i tak jak ja bardzo pobożny. Siedze z nim za zajęciach w szkole; lansujemy sie razem podczas przerw; razem spędzamy wieczory (nie zawsze na tym co było w planie -przygotowywanie się do zajęć)
I tu rodzi sie problem. Odczuwam, że z tym kolegą (oficjalnie Przyjacielem:) łączy mnie coś więcej niż tylko przyjaźń. On po prostu mi sie podoba. Kiedyś odważyłem się, aby mu to powiedzieć. Wtedy nie wiedziałem, czy to dobry pomysł. Teraz już wiem, że nie i tego żałuję! Powiedziałem, co czuję do Niego i o czym sobie myśle, kiedy nie przebywamy razem.
Potrzebuję pomocy co dalej z tym robić.. Przyjaźń mi sie zawaliła, On odszedł, a ja pogrążam się w coraz większym dołku. Jak mam do Niego zagadać i wszystko wyjaśnić żeby się jeszcze bardziej nie pogrążyć??


* * * * *

No wiesz, on się wystraszył - to normalne. Odebrał Twoje wyznanie jako deklarację skłonności homoseksualnych i wolał się bezpiecznie ewakuować. Problem w tym, że to niekoniecznie Twoje skłonności tylko po prostu przyjaźń (która przecież nie jest pozbawiona emocji) - tak sądzę. Jeśli jest inaczej to sam to musisz ocenić, bo być może faktycznie masz problem. Obserwuj czy Twoje zainteresowanie tą samą płcią skupiało się tylko na tym koledze czy jeszcze innych mężczyznach. Jeśli tylko w stosunku do niego tak czułeś to pewnie faktycznie były to silne emocje w relacji przyjaźni. Jeśli nie - poczytaj, pomyśl, zasięgnij rady. Ja nie jestem specjalistką więc polecę Ci tę stronę: www.odwaga.oaza.pl Jeśli po przeczytaniu artykułów na tej stronnie stwierdzisz, że Cię to nie dotyczy to znaczy, że jest ok. a Ty przeholowałeś z okazywaniem sympatii.
Wtedy po prostu powiedz koledze, że wcale nie miałeś nic takiego na myśli, że pomyliłeś odczucia i że jest Ci bardzo głupio. Że emocje wziąłeś za upodobanie. W wieku dojrzewania takie sytuacje mogą mieć miejsce i jeśli się to dalej nie rozwija tylko mija a Ciebie normalnie interesują dziewczyny to nie jest to nic groźnego. Musisz kolegę przeprosić, zapewnić, że nie masz takich skłonności tylko tak głupio wyszło. Jeśli Ci uwierzy - przyjaźń nie jest stracona. Jeśli mimo tego nie będzie chciał kontaktu to znaczy, że wystraszył się skutecznie i cóż, wtedy faktycznie trzeba to przeboleć i nie naciskać. Z czasem albo zobaczy że jesteś ok. albo zerwie kontakt i choć to będzie przykre - do niczego go nie zmusisz. Z Bogiem!

  Paweł , 27 lat
2990
16.07.2010  
Pani Kasiu !!! Tracę już wiarę wątpię w istnienie Boga i w to że on nad nami czuwa i ma dla nas jakiś plan. Miesiąc temu temu skończyłem już 27 lat a jeszcze nigdy nie byłem w poważnym związku dziesiątki razy ogłaszałem się na waszym źródełku założyłem sobie konta na przeznaczonych i zapisanych sobie i przeszukiwałem je szukałem dziewczyny po wspólnotach wszystko na nic spotkałem się 16 osobami poznanymi w ten sposób ale z żadną więcej 2 razy wszystko paliwo na panewce. Modliłem się do Boga by pozwolił mi znaleźć wreszcie miłość i nic. Dlaczego przestaje wierzyć , że to coś da. Pewnie zaraz zaczniesz pisać , że Bóg mnie kocha i że umarł dla mnie na krzyżu ale tych którzy mają po 17 lat i mają kogoś bliskiego też kocha i to tak samo więc oni mają więcej miłości bo i od Boga i od tej osoby. Pamiętam dzień po urodzinach wesele moich przyjaciół nie znalazłem nikogo i musiałem iść sam nie bolało mnie , że oni biorą ślub choć są moim wieku wiem , że na to mam czas mój ojciec ożenił się jak miał 33 lata a dziadek 36. Bolało mnie to że nie mam bliskiej osoby , ze gdy zagrali wolną piosenkę musiałem siedzieć przy stole.
Pewnie spytasz czego chcę dlaczego chcę z kimś być już Ci mówię chce mieć kogoś z kim mogłbym dzielić radości i smutki mieć kogoś bliskiego pamiętam o kimś być z kimś blisko a małżeństwo owszem za każdym razem biorę je pod uwagę ale nie jest moim głównym celem przecież nie chodzi oto by się z kimś ożenić a po roku czy dwóch żyć z obcym człowiekiem a takich małżeństw znam wiele nigdy nie widziałem żadnego znaku znaku czułości między moimi rodzicami.


* * * * *

Nie zadam Ci pytania po co chcesz z kimś być bo sama jestem w związku małżeńskim i wiem dlaczego chce się być z kimś - to naturalne!
Cóż Ci poradzić? Wiesz, robisz naprawdę dużo, może robisz nawet wszystko co możesz. Pewnie też modlisz się o właściwą osobę. Może zatem należałoby przyjrzeć się temu dlaczego nie wypalają te związki. Bo sam fakt, że dochodzi do spotkań już jest sukcesem. Ale co się dzieje dalej? Zobacz DLACZEGO nie spotykacie się ponownie? Kto rezygnuje? Ty czy dziewczyna? Jeśli ona to co Ci mówi, jak to uzasadnia? A jeśli Ty to co konkretnego w niej Ci się nie podoba, że tak się dziej? Może to oczekiwania Twoje lub tych dziewczyn są sprzeczne lub wygórowane - przynajmniej jak na pierwsze spotkania? Może zbyt poważnie je traktujesz, może oczekujesz od razu deklaracji lub sam się deklarujesz. Jeśli tak to błąd, bo pewnie kogoś wystraszyłeś. Czas poznawania się jest czasem przyglądania się i czasem decyzji. Nie od decyzji się zaczyna tylko od znajomości, od odkrywania co nas łączy, co dzieli, jakie mamy upodobania i system wartości. Tego się na jednym spotkaniu tak wyraźnie nie zobaczy, potrzeby jest czas. A może nieporozumienia wynikają z różnic płci, o których nie wiecie? Może czyjaś reakcja kogoś z Was zraża choć jest naturalna? Wiesz, w zasadzie polecę Ci naszą książkę: http://adonai.pl/milosc/?id=milosc-czy-milosc bo pytań jest wiele i nie wiadomo co jest przyczyną. Przeczytaj ją, może znajdziesz odpowiedź. Może coś przemyślisz, może inaczej spojrzysz na kogoś.
I cóż jeszcze? Módl się dalej. Ja wyszłam za mąż w wieku prawie 30 lat, Ty jak sam piszesz też masz w rodzinie przypadki jeszcze późniejsze. Natomiast doskonale Cię rozumiem z tym żalem, że inni w Twoim wieku mają coś czego Ty nie masz - to zrozumiałe, że tak czujesz i że nawet wątpisz. Wykrzycz to Bogu, pokłóć się nawet z Nim. I działaj dalej, to niemożliwe, byś NIKOMU nie odpowiadał. Tylko pewnie jeszcze na tę dziewczynę nie trafiłeś a ona na Ciebie. Znam ból czekania latami, czekania na coś co inni mają bez problemu więc rozumiem Twoje rozżalenie. Ufaj, rób co możesz i módl się - Bóg zna Twoje pragnienia i Twoje wysiłki nie idą na marne. Przeczytaj też polecaną książkę, może tam jest odpowiedź lub chociaż rada. Z Bogiem!

  Wiktoria, 17 lat
2989
15.07.2010  
Zanim zdecydowałam się zadać to pytanie, przeczytałam już Państwa odpowiedzi na pytania o powołanie. Ja też je odczułam - pewnego dnia, niespodziewanie, poczułam, że Jezus chce, żebym poszła do zakonu. Buntowałam się, płakałam, nie chciałam o tym myśleć, ale ta myśl mnie prześladowała i w końcu zaczęłam to rozważać. Ale tak bardzo się waham - boję się reakcji rodziców, boję się, że będąc zakonnicą, zakocham się w kimś, no i najważniejsze - przez całe życie marzyłam o tym, żeby mieć męża, dzieci, pracę, dom... Takie zwykłe ludzkie marzenia... No właśnie, ludzkie. Martwią mnie słowa Jezusa, że ciało dąży do innych rzeczy niż duch i nie należy poddawać się pragnieniom ciała. W dodatku w odpowiedzi na pytanie 383. napisali Państwo, że Jezus nie chce cierpienia człowieka. A przecież wciąż mówi się o pokonywaniu własnych słabości, o poświęceniu, o ofierze. To jak to w końcu jest? Czy Jezus chce, żebym cierpiała dla Niego, czy nie? Czy moje pragnienie zostania żoną i matką wynika z podstawowych zwierzęcych instynktów?

* * * * *

Powołanie do małżeństwa nie wynika ze zwierzęcych instynktów bo zwierzęta się nie żenią. Małżeństwo ustanowił Bóg. Jest to powołanie równoważne co do ważności jak kapłańskie czy zakonne. Moim zdaniem nie musisz i nie powinnaś niczego robić wbrew sobie i co najważniejsze - podejmować JUŻ jakiejś decyzji. Bądź pewna, że jeśli Jezus da Ci powołanie do zakonu to Ty nie będziesz już myślała o rodzinie i nie będziesz chciała się zakochać w nikim, gdyż już będziesz zakochana - w Bogu - tak bardzo, że będą Cię z Nim wiązały śluby. Natomiast wcale nie jest pewne, czy to co przeżywasz to prawdziwe powołanie. Jesteś jeszcze bardzo młoda i po prostu rozeznajesz. Najlepiej zatem by było byś pojechała na jakieś rekolekcje powołaniowe, porozmawiała z księdzem, siostrą zakonną. Oni najlepiej pomogą Ci odczytać to co czujesz. Masz jeszcze naprawdę dużo czasu, kończ szkołę, zdawaj na studia, to niczego nie wyklucza. Jeśli Twoje powołanie jest prawdziwe to przetrwa i na pewno je zrealizujesz i będziesz szczęśliwa.
Cod o pytania o cierpienie to jest ono bardzo trudne. Tak, Bóg nigdy nie chce cierpienia człowieka, bo cierpienie samo w sobie nie jest dobre. Często jest tak, że nasze cierpienie jest wynikiem naszego działania lub działania innych ludzi i my ponosimy je jako jakąś konsekwencję ale nie karę Bożą tylko naturalne następstwo pewnych zdarzeń. Nawet jednak jeśli jesteśmy niewinni Bóg może je dopuszczać, by w ten sposób pomagało nam we wzroście duchowym, byśmy przez nie przezwyciężali słabości i w ten sposób uczestniczyli w krzyżu Jezusa. Jest ono zatem "zapisywane na nasze konto" i służy naszemu dobru w przyszłym życiu ale i w tym bo np. przez własne cierpienie robimy się wrażliwsi i dostrzegamy cierpienie innych. Natomiast nigdy Bóg nie chce go dla nas i nigdy nie zsyła go złośliwie, by nas upokorzyć i nigdy cierpienie samo w sobie nie jest dobrem. Ono może się przyczyniać do naszego dobra, bo Bóg nawet ze zła może wyprowadzić dobro, ale z cierpieniem można i trzeba walczyć a gdy nie można to dopiero wtedy można je znosić i ofiarowywać za coś lub kogoś. Z Bogiem!

  Iga, 19 lat
2988
12.07.2010  
Jest coś co bardzo chciałabym wiedziec. Ze swojego doświadczenia wiem jak trudno znaleźc osobę, która odwzajemni nasze uczucie. Sama jeszcze nie kochałam z wzajemnością. Darzyłam zainteresowaniem chłopców, którzy byli dla mnie niedostepni albo takich z bliskiego kręgu znajomych po czym okazywało się, że błędnie odczytuję "ruchy" z ich strony. Z kolei ja spotykałam się z podobnym zachowaniem w moim kierunku: prosili mnie o spotkanie czy nawet o chodzenie ci, o których nigdy cieplej nie pomyślałam. W pewnym momencie miałam tego dosyc i zaczęłam umawiac się z chłopakiem starszym ode mnie, na którym mi nic a nic nie zależało. To nie był dobry pomysł. Po każdym spotkaniu czułam się okropnie jakbym sprzedawała siebie. Oczywiście zakończyłam to, ale od tamtego momentu straciłam wiarę w miłośc i jakiekolwiek uczucia. Uznałam też, że romantyzm jest przereklamowany. Stąd moje pytanie: czy prawdziwej miłości towarzyszą od początku uczucia takie jak "motyki w brzuchu", efekt zauroczenia?
Czy warto wchodzic w relacje z kimś komu na mnie zależy a ja nie widzę tego sensu? Czy nie próbując tracę szansę na ewentualne zakochanie? I czy lepiej w takim wypadku od razu i kategorycznie mu odmówic, czy zacząc "chodzic na próbę" jak wielu moich znajomych a potem podjąc decyzję? Sama uważam, że dawanie złudnej nadziei może bardziej zaszkodzic w takiej sytuacji. Czy kiedy pojawi sie ta właściwa osoba będę potrafiła ją rozpoznac? Nie chcę znów się rozczarowac, ale czasami tęsknię za kimś kogo mogłabym pokochac.


* * * * *

Nie, nie każdej miłości towarzyszy zakochanie, bo to masz na myśli pisząc o motylkach. Często tak jest, ale nie zawsze i wcale nie przesądza to o udanym związku. Przeczytaj proszę odp. nr 13 oraz ten artykuł: [zobacz] Oczywiście, na siłę nie ma sensu się spotykać, jeśli ten ktoś w ogóle Cię nie interesuje, nie podoba Ci się, jeśli bardzo się różnicie o czym wiesz, no jeśli jednym słowem nic Cię do niego nie ciągnie albo wręcz Cię odpycha. Wtedy nie ma sensu. Natomiast jeśli "nic nie czujesz" ale dobrze Ci się rozmawia z tym kimś lub cenisz go za coś, czymś Ci imponuje to nawet jeśli fizycznie od razu Cię nie pociąga to warto dać mu szansę. Nie chodzi tu o to, by od razu zacząć ze sobą chodzić, bo przecież najpierw można po prostu spotkać się kilka razy niezobowiązująco. Pójście na kawę, na spacer, do kina nie musi być od razu chodzeniem, nic też nie musisz i wręcz nie powinnaś jeszcze deklarować. I nikt nie powinien od Ciebie wymagać od razu określenia się.
Natomiast czasem warto dać szansę znajomości, choćby właśnie kilka razy porozmawiać lub się spotkać, bo w tym czasie kogoś bliżej poznajesz i może Cię zainteresować. To będzie czas na decyzję czy chcesz jeszcze się spotykać czy zdecydowanie nie. Polecam Ci też naszą książkę: http://adonai.pl/milosc/?id=milosc-czy-milosc która może Ci pomóc odpowiedzieć na wiele pytań. Z Bogiem!

  Krysia, 20 lat
2987
11.07.2010  
Wyjechałam na studia do innego miasta.Tam,w kościele,zaczęłam widywać pewnego chłopaka.Od początku zauważyłam, że mi się przygląda, on też mi się spodobał,a po dwóch miesiącach poznaliśmy się.Czekał na mnie po Mszy świętej,zaczął rozmowę,ewidentnie chciał nawiązać relację.Od tej pory rozmawiamy czasem przy różnych okazjach i ja przekonuję się,że to ktoś dla mnie-człowiek bardzo wartościowy,wrażliwy,a przy tym męski,odpowiedzialny.Jedyny problem w tym,że ma już 29 lat,a mnie ta różnica wieku trochę niepokoi,mimo że sama jestem osobą nad wiek dojrzałą.Czuję,że on czeka na jakiś krok z mojej strony,bo sam uczynił ich już wiele,ale ja nie wiem, czy w ogóle warto zaczynać tę znajomość,poznawać go bliżej.Co Pani radzi?

* * * * *

A czemu nie miałoby być warto? Ewidentnie chłopak jest wartościowy i mu na Tobie zależy. Samą różnicą wieku aż tak się nie przejmuj, przeczytaj odp. nr: 8, 28, 87, 310, 916, 1253, 2490 i pomyśl. Z tego co piszesz możesz spokojnie zaryzykować, najwyżej się okaże, że nie pasujecie do siebie. Ale nie będziesz wiedziała jeśli się nie przekonasz. Nie ta różnica wieku jest najważniejsza ale to jaki ktoś jest, czy jest dojrzały, odpowiedzialny, czy ma poważne zamiary. Nie wiem na jaki krok on może czekać z Twojej strony, jeśli np. zaprasza Cię na kawę czy kina to się zgódź, pójdź, porozmawiaj. Wszystko wychodzi "w praniu". Natomiast na pewno żadnych wyznań, bo zepsujecie sprawę, o tym pisałam tutaj: [zobacz]
Nie widzę żadnych przeciwwskazań do bliższej znajomości, może to akurat "ten"? Z Bogiem!

  wiktoria, 26 lat
2986
08.07.2010  
witam, jestem z chlopakiem 8 miesiecy, jestesmy zareczeni,ale nie poznalam jeszcze jego rodzicow....kiedy pytam czy poznam ich i kiedy, on zawsze ma jakas wymowke, że np jest remont u nich w domu, ze przyjdzie jeszcze na to czas, ale na razie nie teraz, itp??dla mnie dziwne jest to ze chce zebym zostala jego żoną, a nie znam jego rodziców?

* * * * *

To wymówki. Jest coś czego się wstydzi lub boi Tobie pokazać. Porozmawiaj z nim szczerze a jak to nic nie da to poczekaj jeszcze trochę. Musi nabrać więcej zaufania, musi wiedzieć, że go z tego powodu nie zostawisz, nie wyśmiejesz. Być może to jakiś poważny problem. A może jego rodzice są przeciwni Waszemu związkowi i on boi się Tobie o tym powiedzieć, by Cię nie zranić? Delikatnie próbuj się dowiedzieć ale nie na siłę. Dawaj mu do zrozumienia, że go akceptujesz, że może Ci ufać. Natomiast na pewno należy tę sprawę wyjaśnić przed ślubem. Polecam Wam też naszą książkę: http://adonai.pl/milosc/?id=milosc-czy-miloscZ Bogiem!

  Patka, 17 lat
2985
07.07.2010  
Szczęść Boże!!
Hmm mam chłopaka jesteśmy ze sobą 3 miesiące a znamy się 3 lata....jestem szczęśliwa ale no nie do końca...on wie o mnie wszystko ja o nim też aczkolwiek nic nie mówi o swoim domu o rodzicach .... ma tylko nieliczną grupkę osób z którymi rozmawia... jestem osoba otwartą i chce mu jakoś pomóc ... wiem że o problemach np w domu się nie mówi ale hmm on mnie zna i moją rodzinę a ja jego nie ... nie wiem jak mam do niego trafić aby może miał do mnie więcej zaufania ... hmm druga sprawa która mnie nurtuje to jest CZY ON MNIE NA PRAWDĘ KOCHA.... nie raz mam wrażenie że on mnie jakoś nie kocha tak jak ja jego .... że to jestem tylko mu potrzebna aby się przytulić i już... nie wiem co zrobić jak nabrać pewności że mnie kocha... hmm szczera rozmowa tu jakoś nie pomaga ....


* * * * *

Po prostu pytaj go o dom. Być może są tam rzeczy, których się wstydzi i głupio mu przed Tobą ale w miarę rozwoju Waszej znajomości jak będziecie nabierać do siebie zaufania będziecie mówili sobie coraz więcej. Ponadto chłopak z reguły jest mniej wylewny i skłonny do zwierzeń. To dotyczy też Twojego drugiego pytania. Nie możesz wymagać by kochał Cię identycznie jak Ty jego, bo jesteście inni: różnicie się płcią, może etapem związku, odczuciami. Wiele nieporozumień wynika też stąd, że nie zna się nawzajem różnic w swojej psychice. Dlatego poczytaj np. te odpowiedzi: 568, 674, 715, 966, 970, 1005, 1101, 1102, 2507, 2519 i ten artykuł: [zobacz] Z Bogiem!

  Anka, 24 lat
2984
05.07.2010  
Witam. Mam dość nietypowe pytanie, ale naprawdę nie wiem co robić. Około 2 lata temu zauważyłam, że do mojego kościoła chodzi pewien chłopak. Nie znałam go wcześniej, chyba mieszka na sąsiednim osiedlu. Wcześniej jakoś specjalnie nie zwracałam na niego uwagi. Dosyć często go widuje na mszy lub innych nabożeństwach. Przyznaję, że wpadł mi w oko.. :) I nie wiem z tym zrobić, jakie podjąć kroki, żeby mnie zauważył, podejść? Ale jeśli podejść, to co mu powiedzieć -"cześć, podobasz mi się, czy możemy się spotkać"? Trochę mi głupio.. nie chcę, żeby sobie coś złego pomyślał. Wiem, że moje pytanie wydaje się dziecinne, ale mam 24 lata i myślę poważnie o życiu, a ten chłopak bardzo mi się podoba. Niestety często jest tak, że po mszy albo on szybciej wyjdzie albo ja i to mnie jeszcze bardziej onieśmiela. Ostatnio na mszy w niedzielę tak się złożyło, że siedzieliśmy koło siebie w ławce.. serce łomotało mi mocno :) Jestem w kropce.

Proszę o radę. Dziękuję i pozdrawiam


* * * * *

Rozmaite przykłady możliwości rozmowy opisałam w odp. nr: 3, 30, 37, 134, 411, 912, 1486, 1932, 2273, 2449, 2742 Piszę tam też o tym jak nawiązać kontakt z kimś kogo poznajemy w kościele. Możliwości jest wiele np. spytaj o kontakt do jakiegoś księdza lub o jakąś uroczystość, która będzie w parafii, zwłaszcza jeśli w o głoszeniach jest zapowiedziana. Zawsze przecież mogłaś nie dosłyszeć, prawda? Jako usprawiedliwienie możesz powiedzieć: "bo często widzę Cię w kościele więc pomyślałam, że będziesz wiedział…". N pewno nie możesz go wystraszyć ani żadnym wyznaniem ani propozycją spotkania. Możesz tylko stosować metodę małych kroków. Gdy raz go o coś zapytasz to potem zawsze mów "cześć" i się uśmiechaj a za jakiś czas znów zagadaj. Może zresztą on też okaże się rozmowny i zacznie rozmawiać z Tobą? Ale poczytaj jeszcze polecone odpowiedzi, tam naprawdę jest dużo możliwości. Z Bogiem!

  Pixar, 21 lat
2983
05.07.2010  
Witam. Mam dziewczynę, którą kocham i jesteśmy szczęśliwi ze sobą. Zdarza się tak, że mam takie "coś" tzn. przechodzą mi przez głowę myśli, że jak jedzie gdzieś samochodem to może Jej się coś stać np.jakiś wypadek samochodowy. Staram się tak nie myśleć ale tak się dalej dzieje. Źle się z tym czuje, jestem niespokojny kiedy dziewczyna jedzie gdzieś autem. Jak mam się uspokoić? Jak przestać tak myśleć? Czy takie myślenie może ściągnąć coś złego? Z góry dziękuję za odpowiedź.

* * * * *

Oczywiście, że nie może ściągnąć, bo nie masz takiej mocy. Moim zdaniem to całkiem naturalne obawy - kochasz ją, więc Ci na niej zależy i się niepokoisz. Dodatkowo może znasz zagrożenia tej okolicy, może nie ufasz w pełni jej umiejętnościom i w efekcie się boisz. Właściwie nie wiem co Ci doradzić, może poza rozmową z nią, by uważała, by może bez potrzeby nie jeździła jakąś trasą lub żeby jeździła wolniej. Nie zaszkodzi też polecić ją Bożej opiece i prosić jej Anioła Stróża by nad nią czuwał. Z Bogiem!

  Basia, 39 lat
2982
29.06.2010  
Czy można kochać kobietę ?Nie pożądać?Czy jest to przyjaźń?

* * * * *

Nie rozumiem Twojego pytania. Kochać bliźniego mamy bez względu na płeć. Jeśli masz na myśli inny rodzaj miłości to sama musisz sobie odpowiedzieć co to za uczucia, jaka to jest relacja, czy jest zdrowa, jak się przejawia i czy posiada cechy przyjaźni czy wykracza poza jej ramy. Tylko Ty znasz tę relację, siebie i tamtą kobietę by wiedzieć jak jest naprawdę. Z Bogiem!

  Dominika, 35 lat
2981
25.06.2010  
Witam serdecznie! Postanowilam napisac do tego dzialu, choc nie mam pytan odnosnie milosci, a wlasciwie chcialam tylko opowiedziec moja historie, byc moze komus to pomoze lub chocby podniesie na duchu. Wybaczcie, ze pisze bez polskich znakow, ale mieszkam od niedawna za granica. Za tydzien wychodze za maz za czlowieka, ktorego bardzo kocham ze wzajemnoscia. Gdyby mi ktos kiedys powiedzial, ze wyjde za maz dopiero majac lat prawie 36, to pewnie bym sie zalamala. Wczesniejsze moje zwiazki konczyly sie klapa. Gdy juz kogos dobrze poznalam, to wybieralam sie do klasztoru na Jasna Gore, aby zapytac Matke Boza czy to juz ten. Wyobrazcie sobie, ze nikt sie nie ostal, tylko ten ostatni. O mojego przyszlego meza "zawalczylam modlitwa" odmawiajac Nowenne Pompejanska, wiele dziesiatkow rozanca i innych modlitw. Pomoglo - mimo wielu przeszkod jestesmy razem - mam nadzieje, ze do konca zycia. Powiem tak: warto bylo czekac, bo po tak wielu latach wzdychania, zalu i samotnosci dziekuje Bogu, ze pozwolil mi poczekac na tego wlasciwego. Badzcie cierpliwi, a Wasza milosc sama sie odnajdzie. Zycze Wam znalezienia prawdziwej milosci z calego serca!

* * * * *

Dziękuję za wspaniałe świadectwo! Pewnie już po ślubie zatem przyjmijcie życzenia wielu pięknych i radosnych dni i tego, by Wasza miłość zawsze się rozwijała i rosła oraz wydawała owoce. Twoje słowa są świadectwem na to, że warto czekać, warto mieć nadzieję i warto się o tego właściwego człowieka modlić. Z Bogiem!

  Marysia, 22 lat
2980
23.06.2010  
Jak zapomnieć i wybaczyć to że on spał kilka razy ze swoją poprzednią dziewczyną??? Jak sobie z tym poradzić?

* * * * *

Przede wszystkim Twoje przebaczenie zależy od jego obecnej postawy: czy on tego żałuje, czy się wyspowiadał, czy teraz żyje inaczej, czy Ciebie szanuje, czy widzi wartość czystości. Jeśli tak to dobrze wróży na przyszłość. Jeśli nie - to oznacza, że czystość nie jest dla niego ważna, więc nawet nie zrozumie i nie przyjmie przebaczenia. Nawet jednak wybaczając nie zapomnisz - bo to jest fakt, a trudno wymazać z pamięci coś co boli. Możesz naturalnie do tego nie wracać ale tak jak mówię - wszystko zależy od jego postawy. Przede wszystkim jednak przeczytaj odp. nr: 616, 961, 1070, 1819, 2172, 2429, 2434, 2604 tam napisałam szczegółowo o takich sytuacjach. Z Bogiem!

  epaga, 17 lat
2979
22.06.2010  
Nie mam miłości - prawdopodobnie do nikogo. Nie umiem pokochać bliźniego, chociaż bardzo bym chciała. Nawet wstydzę się przed własnymi rodzicami zmieniać się, pomodlić się wyraźnie wykonując znak krzyża. Ogromnie pragnę wierzyć i obdarzać prawdziwą miłością Boga. Nie wiem tylko, jak rozpoznać, ewentualnie zwiększyć ten wielki boży dar.

* * * * *

A to może wynikać z tego, że w Twojej rodzinie nie okazuje się uczuć, emocji, może rodzice nie są wierzący lub religijni i nigdy tego nie okazywali.
To bowiem co jest dla nas naturalne nie stanowi problemu, a to do czego nie jesteśmy przyzwyczajeni wydaje nam się czymś wstydliwym. Jeśli nie widzisz modlących się rodziców to wcale nie dziwię się, że krępujesz się sama przed nimi okazywać pobożność.
Ale to są znaki zewnętrzne. Nie myl tego z miłością. Nie sądzę byś nie miała w sobie miłości - po pierwsze gdyby tak było to w ogóle byś takich pytań nie zadawała, bo nie odczuwałabyś żadnego braku. Natomiast to, że tak napisałaś świadczy właśnie o Twojej wrażliwości i tęsknocie za miłością. Po drugie: z pewnością rodzicom, rodzeństwu, znajomym nie życzysz źle, prawda? A zatem jesteś życzliwa a to też miłość. Po trzecie: nie raz i nie dwa zrobiłaś coś dla kogoś - to kolejny dowód miłości.
Nie wiem co rozumiesz przez niedobór miłości bliźniego. Moim zdaniem to życzenie komuś dobrze i pomoc - gdy możesz to uczynić. Mamy miłować bliźniego jak siebie samego tzn. tak odnosić się do kogoś jak do siebie. Nie chodzi tutaj o odczucia - żeby się to nie myliło. Bo miłość (w każdym wymiarze) to przede wszystkim postawa - czyli to co robisz i myślisz a nie czujesz.
Uczucia nie są zależne od Twojej woli, a czyny już tak.
Więc nawet jeśli np. nie przepadasz za czyimś towarzystwem, bo nie odpowiada Ci czyjś styl bycia, sposób mówienia itp. ale jesteś gotowa coś dla tej osoby zrobić - to właśnie miłość bliźniego. Widzisz różnicę? Działać a nie czuć.
A o zwiększenie Bożych darów, o łaskę po prostu się módl. Jest to zgodne z wolą Bożą zatem na pewno je otrzymasz. Z Bogiem!

  Natalia, 18 lat
2978
22.06.2010  
Witam,
Mam pewien problem, z którym nie potrafię sobie poradzić, mianowicie mam chłopaka, ale jest jeszcze inny, który bardzo mnie przyciąga. Fakt faktem, mój obecny związek nie jest stuprocentowo czysty (zaznaczam, że nadal jestem dziewicą), chociaż przygotowuję się do poważnej rozmowy z tym chłopakiem, bo chcę żyć w czystości, myślę, że nie będzie większych problemów. Jeśli chodzi o tego drugiego chłopaka, to rozumiemy się bardziej niż ja i mój obecny facet, jest głęboko wierzący (dzięki niemu się nawróciłam i nie żałuję), a chłopak, z którym jestem jest ateistą. Wiem, że on ma nadzieję, że nasz związek (drugie podejście) będzie trwały, być może nawet do końca, ale ja nie jestem tego taka pewna. Ten drugi chłopak prakycznie nie miał dziewczyny i boję się, że będzie próbował mnie zmieniać, czego nie chcę. Nie wiem, co mam robić.
Proszę o jakąś poradę.

Pozdrawiam.


* * * * *

Nie mogę Ci jednoznacznie powiedzieć którego masz wybrać. Widzisz, po to właśnie jest okres poznawania się i spotykania, żeby zdecydować: kto mi bardziej odpowiada? Z kim się dogaduję, z kim więcej mnie łączy, z kim potrafiłabym stworzyć trwały związek?
Widzisz, Twoje pytania są tak ogólne, że nie ośmielam się nawet dawać Ci rad, dopóki nie poczytasz o różnicach w psychice, różnicach w usposobieniu, związku z niewierzącym. Jest tego całkiem sporo więc polecę Ci moją książkę: http://adonai.pl/milosc/?id=milosc-czy-milosc Mam nadzieję, że tematy, które tam poruszane pozwolą Ci przemyśleć tę sytuację i odpowiedzieć sobie na ważne pytania. Z Bogiem!

  Menti, 24 lat
2977
18.06.2010  
W sumie to nie mam pytania. Chciałam tylko coś napisać bo może będzie lżej. Tak bardzo trudno mi wierzyć. chyba mocno się pogubiłam. Proszę Boga by istniał. Jeśli nie istnieje to nagle ten sens ulatuje. nie ma go. Człowiek pozostaje sam. Ja dziś zostałam sama. I dlatego tak bardzo prosze Boga by istniał. Troche trudno wierzyć w miłość kiedy za każdym razem boli. 24 dziewica naiwnie wierząca, że świat może być lepszy. Że są na nim małe cuda. A cudów brak. Za to dużo szyderczego śmiechu, nienawiści, dopieprzania innym i sobie. Podobno świat jest duży, na tyle żeby znaleźć swoją drugą połowę...Kobieta potrzebuje bezpieczeństwa, małżeństwa, może dzieci...mężczyzna potrzebuje seksu i darmowej sprzątaczki i praczki. Zdradzać mają prawo oboje, gdy tylko zagości nuda...miłość do końca życia ... dlaczego potrafili w nią uwierzyć nasi dziadkowie? my już nie umiemy. My już szanować się nie potrafimy. Gdzie ten Bóg jest? Słabych wysłuchuje a silnym daje? Trochę to pogmatwane. Tu już na wet nadziei nie ma?. Tylko jedna wielka gra, początkowa fascynacja, pożądanie, odruchy fizjologiczne, przywiązanie i walka o dominację, o to kto w związku rządzi. To współczesne pojecie miłości i związku. Moze nie tylko współczesne. Mam 24 lata i nadal nie spotkałam faceta, ktoremu zaufalabym na chwile...chocby po to, zeby rozlozyc przed nim nogi, tak jak sie tego domagaja...to juz nie o milosc chodzi...ale o wmowienie sobie faktu, ze ona nie istnieje. Jak moze nie istniec? To po co zyjemy? Dla jakiej idei? Czy bez idei? Tak po prostu w wegetacji. Wypatrując starosci i smierci. Jak przyjda one to wtedy o ironio spotka nas milosc? Wtedy ukaze sie sens zycia?To jest ten boży zart losu??? Celem jest 60letnia dziewica? Czy 14nastka w ciazy? Boze, to troche za trudne jak dla mnie...troche za malo sily do walki z wiatrakami...

* * * * *

Bóg istnieje i Ty w Niego wierzysz - inaczej nie zadawałabyś tych pytań. A skoro zadajesz, skoro czujesz ból i domagasz się odpowiedzi i miłości - to w Jego istnienie wierzysz. Może natomiast nie wierzysz w Jego dobroć …To inna sprawa.>
Wiesz, rozumiem Cię. Naprawdę. Długo nikogo nie miałam, dłużej niż Ty. A teraz również odczuwam pewien brak i wiem jak to jest latami prosić o coś co inni mają bez wysiłku i nawet tego nie szanują. Wiem jak ma się dość, jak czuje się na Boga złość, żal, zniechęcenie, czuje się upokorzonym i nic nie wartym.>
Ale to wszystko są odczucia a nie fakty.>
Co do miłości. Polecam Ci naszą książkę: http://adonai.pl/milosc/?id=milosc-czy-milosc>
Napisaliśmy ją z mężem na świadectwo, że prawdziwa miłość istnieje. Nie każdy facet jest taki, są normalni, tak samo jak są wartościowe dziewczyny.>
Trzeba na siebie trafić - o to trzeba się modlić i starać się. Nie wiem skąd jesteś. Jeśli z okolic Warszawy to polecamy msze i spotkania dla poszukujących małżonka: www.dla-samotnych.pl >
Tu są sami wartościowi ludzie. Jeśli z innego rejonu - wpisz się choć tutaj: [zobacz] i próbuj. >
I módl się o prawdziwą miłość, bo ona tak jak Bóg naprawdę istnieje. Z Bogiem!

  Magdalena, 21 lat
2976
17.06.2010  
witam
mam chlopaka od 2,5 roku, dlugo bylam pewna ze to ten jedyny, planowalismy slub, bylabym w stanie wyjsc za niego w kazdej chwili... a ostatnio zaczely sie pojawiac watpliwosci.
czeste klotnie, negatywne uczucia, przykre slowa, zniechecenie. wiem, ze nadal go kocham, ale nie jestem szczesliwa... na dodatek pojawil sie "ten trzeci". to chlopak, w ktorym kiedys bylam bardzo zakochana. od 3 lat sporadycznie utrzymywalam z nim kontakt, myslalam, ze to przeszlosc. a jednak nie - ani z mojej ani z jego strony. spotkalam sie z nim pare dni temu i to spotkanie calkiem wytracilo mnie z rownowagi. Teraz niczego nie jestem pewna. kocham chlopaka, czuje sie za niego odpowiedzialna, nie chce go krzywdzic. ale do tamtego tez cos czuje... on daje mi wszystko czego mi brakuje w moim zwiazku... ale boje sie zmian. nie jestem pewna ani na poziomie uczuc, ani rozumu. bo nie wiem co czuje, czego chce, boje sie tez ze jesli bym zostawila chlopaka i sprobowala z tym drugim a z nim by sie nie udalo bede zalowac tego do konca zycia. bo to co przezylam ze swoim chlopakiem to naparwde byla bajka. ale skonczylo sie. tyle ze chyba w kazdym zwiazku taki etap nadchodzi... a ja je stem idealistka i chce zeby zawsze bylo wspaniale, jesli kiedys za kogos wyjde chce zeby nasze malzenstwo bylo wspaniale, bajeczne, a nie jako takie. nie wiem co robic, czuje sie roztrzesiona. bez przerwy przeliczam, zastanawiam sie jak bedzie lepiej... moze to nie milosc skoro w ogole zafascynowalam sie kims innym?...
nie wiem o co prosic. chyba sama musze to jakos ogarnac. ale moze jakos mi Pani pomoze, naprowadzi. najchetniej uslyszlabym wskazowki jasne co mam robic ale wiem ze decyzja nalezy do mnie...
pozdrawiam i dziekuje za poswiecony mi czas


* * * * *

koro tak wiele wątpliwości Tobą targa to w zasadzie polecę Ci całą moją książkę: http://adonai.pl/milosc/?id=milosc-czy-milosc bo wydaje mi się, że powinnaś przeczytać i przemyśleć wiele tematów. Masz rację, że minął pierwszy etap związku- zakochanie, odczucia przestały być tak intensywne, zaczęliście zauważać swoje wady, niektóre rzeczy zaczęły drażnić. Ale nie jest to dowodem wygaśnięcia miłości tylko normalnym zjawiskiem, kolejnym etapem podczas którego zaczyna się poznawać naprawdę drugą osobę, zauważać jaka jest naprawdę i decydować - czy chcemy być razem, czy możemy razem coś zbudować. Takie wątpliwości i rozterki mają wszyscy. Rozumiem, że tęsknisz do pięknych czasów kiedy byliście zakochani tylko że to był taki czas patrzenia przez różowe okulary. Jasne, wszystko było piękne ale czy prawdziwe? Chyba lepiej oglądać świat w prawdziwych barwach, prawda? Tak samo z miłością: wspaniale jest kogoś kochać, ale kochać go takiego jakim jest naprawdę a nie jakim się wydaje w pierwszych chwilach związku. Dopiero kochanie kogoś ze wszystkimi jego wadami i zaletami jest autentyczną świadomą miłością - a o taką nam w życiu chodzi. I nie bój się, że małżeństwo nie będzie bajkowe - będzie wspaniałe jeśli oboje będziecie nad miłością pracować. I przewyższy Wasze oczekiwania. Co do tego drugiego chłopaka: a może to pokusa? Bo to, że w nim zauważasz cechy, których nie widzisz w chłopaku to normalne: Ty ich po prostu nieustannie porównujesz. Tylko, że widzisz te cechy, których Ci brakuje ale…. nie widzisz tych, które masz w Twoim chłopaku. Nie wiadomo czy z tym byłoby Ci lepiej. Może tak a może nie - bo ta relacja opiera się w dużej mierze na Twoich wyobrażeniach i idealizowaniu go. No, chyba, że chodzi tu o rzeczy zasadnicze. W takim razie poczytaj odp. nr: 78, 89, 106,192, 271, 390, 728, 1021, 1050, 1059, 1278, 1309, 1407, 1728, 2341, 2568, 2627, 2717, 2724 i zobacz czy podstawowych cech brakuje Ci w Twoim chłopaku. Jeśli tak jest w istocie to może faktycznie należy się zastanowić - ale z Twojego listu to nie wynika.
Tak czy inaczej przeczytajcie oboje a chłopakiem polecaną książkę a wiele się rozjaśni. Z Bogiem!

  Agnieszka, 22 lat
2975
17.06.2010  
Czy zakochanie jest potrzebne do miłości? Czy to prawda że ważnym aspektem miłości jest podobanie się sobie? można to przeskoczyć?

* * * * *

Niekoniecznie. Zazwyczaj zakochanie jest pierwszym etapem miłości ale są przypadki gdy rozwija się to inaczej. Zobacz odpowiedź nr 13 oraz ten artykuł: [zobacz] Z Bogiem!

  Zuzia, 14 lat
2974
12.06.2010  
Witam!
Tak, przeczytałam, że nie będziecie na takie listy odpowiadać. Przeczytałam temat "Zakochałam się w księdzu", jednakże nie znalazłam odpowiedzi na moje pytanie. Dlatego błagam o odpowiedź, bo naprawdę jej potrzebuję. Otóż w naszej parafii jest dosyć młody wikary. Nie chodzi o to, że się w nim zakochałam. Nie, staram się nie dopuścić do siebie takiego uczucia. Chodzi o to, że ja potrzebuję go, chciałabym by został moim kierownikiem duchowym, ale bym komuś zupełnie zaufała tak jak należy ufać swemu kierownikowi to potrzebuję czasu i zawiązania więzi psychicznych i emocjonalnych z tą osobą. Piszecie, że nie można przyjaźnić się z kapłanem. A jeśli tak "przyjaźń" będzie jedynie na potrzeby kierownictwa? To znaczy w konfesjonale będę otwarta w stosunku niego, by mógł kierować moją duszą, a co za tym idzie prędzej czy później z tym księdzem się zaprzyjaźnię. Czy tak może być? I wiem, że możecie uznać, że nie na temat, ale w końcu przyjaźń to pewna forma miłości. Ja owego księdza niezwykle cenię, tyle robi dobrego dla parafii... A jestem na jego Mszach, ponieważ w Kościele jestem codziennie więc i jak on ma Mszę to jestem, ale nie chodzę specjalnie, żeby go zobaczyć. Tak więc pytam - czy mogę w ten sposób przyjaźnić się z owym kapłanem? Co, jeśli się w nim zakocham? Proszę o odpowiedź, naprawdę nie wiem co robić...


* * * * *

No właśnie: co, jeśli się w nim zakochasz? To pytanie do Ciebie. I w tym właśnie kontekście nie powinnaś się z nim zaprzyjaźniać. No bo PO CO? Bycie kierownikiem duchownym wymaga znajomości penitenta, szczerości z jego strony i zaufania. Nie wymaga przyjaźni ani bliższych relacji. Zapytaj siebie po co Ci kierownik duchowy. Czy po to, by Cię prowadził pomagając dokonywać wyborów czy po prostu pragniesz przyjaciela czy przyjaciółki po to, by móc się zwierzać - wtedy zupełnie gdzie indziej należy ich szukać. Pamiętaj, że podczas spowiedzi wyznajesz grzechy i pytasz o radę, a nie opowiadasz o swoich emocjach i odczuciach. Zrób odpowiednie założenie, bo potem szybko się rozczarujesz gdy ksiądz każe Ci się skupiać na tym co złego zrobiłaś a nie zechce długo Cię wysłuchiwać.
Dlatego niestety, tak - przyjaźń z księdzem jest czymś nieodpowiednim dla Ciebie i dla niego. Pomyśl też o jego uczuciach i oddziel kierownictwo duchowe od tego czego potrzebujesz niekoniecznie od księdza. Z Bogiem!

  Aga, 22 lat
2973
12.06.2010  
Zgodnie z większością publikacji na temat związków to mężczyzna przewodzi w związku, podejmuje decyzje, chce być doceniany przez kobietę. Co jednak w sytuacji gdy się myli, bo nie ma wiedzy, doświadczenia? Czy kobieta ma milczeć.
Mam problem ze znalezieniem partnera. Jestem osobą otwartą, energiczną, przebojową, spotykam się z wieloma mężczyznami, bo trzeba przecież próbować i nie zamykać się w sobie. Na pierwszych spotkaniach jest dobrze, ponieważ jestem miła, spokojna, słucham, parafrazuję. Natomiast gdy dochodzi do ujawnienia co i gdzie studiuję(dwa kierunki na uczelni ekonomicznej) panowie zaczynają się bać że mi nie dorównają. Więc albo rezygnują albo zaczynają coś czytać i chwalić się, że mają wiedzę biznesową, a to nieprawda. Taką wiedzę zdobywa się na uczelni, a nie w gazecie, gdzie podane są wybiórcze zjawiska. Gdy tłumaczę jak poszczególne procesy działają to mężczyźni czują się źle ponieważ nie mogą mi tym zaimponować. Spotkałam się z określeniem, iż jestem silną kobietą i będę miała trudności w znalezieniu partnera. Czy to prawda? Czy muszę udawać spokojną? Byłam kilka razy w związku i duszę się, gdy muszę kogoś innego udawać.


* * * * *

Czy kobieta ma milczeć gdy mężczyzna błądzi? Zdecydowanie nie. Oczywiście, że ma prawo zabrać głos, powiedzieć jak to widzi, a nawet przekonywać go do swoich racji zwłaszcza jeśli ma w danej dziedzinie wiedzę i wie, że obiektywnie rzecz biorąc to ona jest w tej dziedzinie kompetentna a mężczyzna tkwi w błędzie. Mówiąc o tej kompetencji mam na myśli dziedziny w których rzeczywiście ma się wiedzę (zresztą dotyczy to obu płci!), nie polecam zaś np. przekonywania mężczyzny co do własnej diagnozy zepsutego samochodu czy komputera - jeśli on się na tym lepiej zna. Ponadto sprawy techniczne (z reguły) są dla mężczyzny bardzo wrażliwymi obszarami, w których dawanie mu rad godzi w ich męskość i czują się z tym źle. To jest to słynne wyrywanie mężczyźnie miecza z ręki - oni po prostu tego nie lubią i należy to uszanować. Oczywiście, mężczyzna lubi przewodzić, lubi podejmować decyzje i nic w tym złego - przeciwnie - to jego wyraz troski i odpowiedzialności. Dlatego jeśli zdecydowanie uprze się przy czymś a nie grozi to katastrofą kosmiczną należy nieraz odpuścić i dać mu prawo do pomyłki - on z pewnością ją zrozumie potraktuje jako nauczkę na przyszłość. W obszarach w miarę neutralnych jak np. biznes, polityka, sprawy społeczne a szczególnie w sprawach będących uznawanymi za typowa domenę kobiet (nie twierdzę, że "kobiety do garów" tylko, że społeczny odbiór pewnych dziedzin jak np. moda czy wystrój domu jest za taki uważany) spokojnie można być równorzędną partnerką w dyskusji, można przekonywać mężczyznę do swoich argumentów.
Twój problem ze znalezieniem partnera jest niestety typowym problemem kobiety wykształconej. Masz pełną rację pisząc, że mężczyźni boją się takich sytuacji. Czują, że nie mają czym zaimponować i że kobieta "będzie nimi rządzić". Tymczasem w takiej sytuacji gdy to kobieta jest lepiej wykształcona czy lepiej zarabia to mężczyzna (choć to dla niego trudna mentalnie sytuacja) powinien poszukać swoich prawdziwych mocnych stron. I taką mocną stroną jest choćby dawane kobiecie oparcie. Naprawdę nie trzeba być "macho", nie trzeba być biznesmenem, kobiecie bardziej potrzeba silnego faceta nie w znaczeniu mięśni ale takiego, który zna swoją wartość, jest odpowiedzialny i zapewni kobiecie bezpieczeństwo poprzez okazywanie jej szacunku, wysłuchanie jej, danie mądrej rady, podjęcie - o właśnie! - mądrej decyzji a czasem nawet sam fakt, że zdecyduje o czymś co do czego kobieta ma ciągle wątpliwości, właśnie "podejmie męską decyzję". To sytuacja w której mężczyzn daje jej odczuć, że zawsze może na niego liczyć, że jej nie zostawi, nie zignoruje jej potrzeb.
Widzisz, jesteś jeszcze młoda i chłopcy w Twoim wieku tego wszystkiego zazwyczaj jeszcze nie wiedzą. Oni oceniają sami siebie przez pryzmat osiągnięć - i stąd im się wydaje, że kobieta ich ocenia tak samo. Co w pewnych kręgach i w pewnym wieku faktycznie ma miejsce. Z wiekiem i z osiąganiem dojrzałości zmienia się postrzeganie tych spraw. Ale do tego potrzeba znajomości różnic w psychice i różnic między Wami w ogóle. Dlatego warto czasem coś na ten temat poczytać.
Na pewno nie musisz niczego udawać, zresztą jaki to miałoby sens? Natomiast możesz na samym początku znajomości troszkę mniej eksponować swoje osiągnięcia ze względu na tremę drugiej strony. Na pewno jednak nie udawaj "głupszej" byle kogoś nie zrazić. Jak się zraża - widocznie nie czuje się na siłach. Ale naprawdę, z wiekiem jest lepiej.
Możesz też przeczytać i w krytycznej chwili, gdy ktoś chce uciec argumentując że Ci nie dorównuje dać jemu do przeczytania te artykuły: [zobacz], [zobacz] i te odpowiedzi: 385, 508,798, 1387,1498, 2035, 2130. Mam nadzieję, że może komuś to pomoże. Nie martw się, czekaj na tego właściwego, który się nie przestraszy, bo tylko z takim człowiekiem warto coś stworzyć. Będzie dobrze, módl się, by Bóg takiego człowieka postawił na Twojej drodze. Z Bogiem!

  Karol, 21 lat
2972
12.06.2010  
Witam. Moja sytuacja wygląda tak ze znam się z pewną dziewczyną dosyć długo wszystko było by normalne gdyby nie to ze nasza znajomość opiera się jedynie na znajomości internetowej i telefonicznej, nigdy nie widzieliśmy się na żywo.Mieszkamy dość daleko od siebie ok 400 km. Długie rozmowy na gg, przerodziły się po pewnym czasie we wzajemną fascynacje bo nie wiem czy można mówić o zakochaniu przez internet jeśli nie było realnego spotkania, jednak uczucia wzajemne były dość silne, tak jak w normalnych warunkach. Jakiś czas trwaliśmy w tym stanie, w tak jakby "wirtualnym związku" planowaliśmy spotkanie do którego jednak nie doszło. Potem ona wyjechała za granice postanowiliśmy zakończyć nasza znajomość bo stwierdziliśmy ze nie ma to sensu, co jednak bardzo mnie bolało i wpadłem w doła przez to jednak wiedziałem że tak musi być. Myślałem ze nasz kontakt się urwie,zapomnimy o sobie, jednak wciąż ze sobą piszemy choć może mniej ale jednak. Moje uczucia do niej chyba nie są już tak silne, w naszych kontaktach staramy się nie powracać do tematu uczuć żeby nie sprawiać sobie bólu przez świadomość niemożliwości bycia razem. Czy jednak powinniśmy zerwać kontakt czy jednak spotkać się? Bo przecież skoro "zakochaliśmy się" w sobie bez widzenia, spotkanie może spowodować większe cierpienie przez niemożliwość bycia ze sobą. Przepraszam ze może tak to chaotycznie napisałem, proszę jednak o poradę.

* * * * *

Przede wszystkim przeczytaj i daj do przeczytanie dziewczynie te odpowiedzi: 59, 118, 1072, 2474, 2541.
Kontynuowanie znajomości może mieć sens tylko w jednym przypadku: spotkajcie się. Jesteście dorośli, dzieli Was 400 km, co nie jest jakimś rekordem, zresztą kiedyś byliście bliżej siebie a nie skorzystaliście z okazji spotkania. Dlaczego? Teraz jest na pewno ciężej ale znam osoby, które przetrwały narzeczeństwo oddalone tysiące kilometrów od siebie tylko dlatego, że mieli w sobie dość siły i determinacji by chcieć się spotykać, co nie było łatwe. Jasne, nie każdy podoła takiej relacji dlatego należy podjąć decyzję czy chcecie zaryzykować i się spotkać, by ewentualnie kontynuować znajomość albo zerwijcie kontakt, bo ciągnąc to w nieskończoność tracicie czas i może okazję na poznanie kogoś innego a może tracicie okazję na dobry związek ze sobą. Ok., mogłoby się okazać, że wcale nie pasujecie do siebie, że ten związek nie ma sensu i faktycznie lepiej się rozstać. Ale o tym trzeba się przekonać, a to jest niemożliwe bez zobaczenia się. Relacja jaką teraz tworzycie nie może wygasnąć bo Wy żyjecie marzeniami i wyobrażeniami. Na podstawie rozmów stworzyliście sobie nawzajem swój obraz, zapewne trochę wyidealizowany. Ale to nie są prawdziwe obrazy i prawdziwa rzeczywista relacja. Pytanie po co się tak męczyć.
Zaryzykujcie po prostu i albo raz na zawsze skończcie tę znajomość uznając, że nie podołacie odległości (ale wiem, że nie bardzo macie na to ochotę) albo się spotkajcie - i wtedy zdecydujcie co dalej. Szkoda tracić czas na marzenia o życiu, trzeba zacząć żyć- po prostu. Jakaś decyzja jest konieczna, odwagi! z Bogiem!

  M, 19 lat
2971
12.06.2010  
Witam.
Czy jest możliwe, by ktoś w związku po pół roku bycia ze sobą, nagle z dnia na dzień zaczął twierdzić że się wypalił?
Mój chłopak właśnie zaczął tak twierdzić. Ale to nie wszystko. Uważa, że nadal mnie kocha. I nie chce mnie stracić. Oraz że jestem miłością jego życia i nie potrafi żyć beze mnie. A jednocześnie wciąż powtarza że pozwoliłam mu się wypalić i że wątpi w to że będzie jak dawniej. Jest to dla mnie ogromny ból, ponieważ nikt tak mnie w życiu nie kochał.. Jest moim pierwszym chłopakiem, ale czuję że jest to miłość jaka nie co dzień się zdarza. Myślałam że nie potrafię kochać i długo nie umiałam sobie odpowiedzieć na pytanie czy go kocham tak bardzo.. Gdy już to wiedziałam, zaczęło się psuć..
Zawsze twierdził, że stara się o mnie jak o nikogo innego.. Ja się bardzo cieszyłam z tego.. Ale nie zawsze to doceniałam. Może przez to że jestem nieufna. Wiem że wiele rzeczy nie było w porządku z mojej strony, starałam się za mało i nie chciałam zmienić tego co chciał... Często miałam "doły" i nie podobało mi się że patrzy na inne dziewczyny przy mnie.. I według niego zaczęłam być taka że nie było dnia w którym bym się o coś na niego nie wkurzyła..
Gdy widzę teraz jak traktuje mnie jak obcego człowieka i "nibyjesteśmy" ze sobą to widzę jak wiele utraciłam. Miałam wszystko i wszystko straciłam. Próbuję walczyć o niego i mówię że już nie pozwolę na coś takiego. Ale on wciaż twierdzi że się wypalił i że nie potrafi tak okazywać mi miłości jak wcześniej. Że zmęczył się tym ciągłym staraniem i brakiem mojego (według niego).
Czy jest jakaś szansa że to się zmieni? Ja wciąż w to wierzę, ale on nie. Co mam robić? Czy w prawdziwej miłości istnieje coś takiego jak wypalenie?


* * * * *

Twojemu chłopakowi pomyliły się pojęcia. On się nie "wypalił" tylko pomylił zakochanie z miłością. Po prostu zakochał się a po kilku miesiącach opadły emocje i silne odczucia, bo - naturalną koleją rzeczy - to zakochanie (nie miłość!) wygasło. I brak emocji wziął za wypalenie. Tymczasem skończył się tylko pierwszy etap związku i właśnie ma szansę zakwitnąć coś niepowtarzalnego - prawdziwa miłość nie oparta tylko na uczuciach. On tego nie wie dlatego jak najszybciej sama przeczytaj i daj jemu ten artykuł: [zobacz]
Nie możesz czuć się winna, nie możesz pozwolić obarczyć się odpowiedzialnością za to że on "nie czuje"! Przecież to paranoja. Jego odczuciami Ty nie sterujesz, takiej władzy nikt nie ma.
Ponadto on nie wziął w ogóle pod uwagę, że Ty mogłaś nie być na tym samym etapie zaangażowania co on. Wymagał od Ciebie takiego samego "czucia", a przecież każdy czuje inaczej, w innym tempie i nie można nikogo naciskać ani nic wymuszać, każdemu trzeba dać czas i swobodę. Teraz czas zakasać rękawy i wziąć się za budowanie relacji. Poznać się prawdziwie, swoje różnice i wady a także podobieństwa. Rozmawiać ze sobą, organizować randki. Wszystko po to, by podjąć decyzję. Szybciutko musicie zobaczyć gdzie tkwi błąd w założeniu. Może Wam tez pomóc ta książka: http://adonai.pl/milosc/?id=milosc-czy-milosc Z Bogiem!

  Anetta, 30 lat
2970
09.06.2010  
Jakie jest zdanie Kościoła na temat "białego małżeństwa" np. na wzór Maryi i Józefa?

* * * * *

Nie istnieje coś takiego jak "białe małżeństwo". W przysiędze małżeńskiej zobowiązujemy się do "przyjęcia i katolickiego wychowania dzieci, którymi nas Bóg obdarzy", co oznacza że świadome i dobrowolne wykluczenie zrodzenia dzieci (które jak wiadomo możliwe jest przez współżycie) jest przeszkodą małżeńską a zatajenie tego faktu powoduje nieważność małżeństwa (nie dotyczy to naturalnie sytuacji kiedy ktoś NIE MOŻE - z przyczyn biologicznych urodzić dzieci tylko świadomie NIE CHCE, wyklucza taką możliwość). Już przed zawarciem małżeństwa w protokole badania kanonicznego narzeczonych trzeba się na ten temat wypowiedzieć - czy zamierza się współżyć i mieć dzieci. Także niemożność współżycia (nie poczęcia dzieci tylko samego współżycia) czyli impotencja jest przeszkodą małżeńską.
Jedyna formą związku, w którym można a nawet należy nie współżyć to małżeństwa niesakramentalne, które by móc przyjmować sakramenty muszą zaprzestać współżycia, będącego w tym przypadku cudzołóstwem. Chodzi o sytuację gdy ktoś jest w związku tylko cywilnym (bo np. jest po rozwodzie). Tyle tylko, że to już nie jest małżeństwo a właśnie związek nieskramentalny.
Z Bogiem!

  Łukasz, 20 lat
2969
09.06.2010  
Dzień Dobry

Mam następujący problem, zacząłem chodzić z dziewczyną z ktora od pewnego czasu sie spotykałem, bardzo mi na niej zależy i chcialbym zebys my byli razem, ona jednak caly czas miala wątpliwości jakies , czegoś sie bała.Teraz jak sie zgodziła to mam wrażenie że jeszcze mniej jej zależy żebyśmy byli razem, mam wrażenie jakby sie starała zeby sie nie udało.Studiujemy w innych maistach ona w Warszawie ja w Krakowie, spotykamy sie raz na tydzień bądz żadziej, chcialbym z nią częściej nawet rozmawiac przez tel ale tez mam wrażenie ze ona nie chce.Gdy z Nią rozmawiałem mówiła że bedzie sie starac ,a na drugi dzień juz odnosiłem całkiem inne wrazęnie. Na prawde jestem czasem załamany bo mi na niej bardzo zależy a nie wiem co robić. Bardzo prosze o jakąś rade.


* * * * *

No wiesz, być może ona nie jest jeszcze pewna. Fakt, odległość Wam przeszkadza, ale powiem Ci ze jak na początek znajomości spotykanie się co tydzień to nie jest zbyt rzadko. Tym bardziej gdy ona nie jest pewna nie można zbyt wiele od kogoś wymagać, by go nie zniechęcić narzucaniem się. Każdemu trzeba dać taką swobodę i tyle czasu ile potrzebuje. Inaczej związek przytłacza bo druga osoba czuje na sobie presję - że MUSI odwzajemnić uczucia, bo tego się do niej oczekuje. Może w jej przypadku ten proces następuje powoli, ona wolno oswaja się z sytuacją i nie jest to nic złego, ja sama potrzebowałam w początkach związku więcej czasu i swobody. Nie znaczy to wcale, że jej na Tobie nie zależy. To może być spowodowane wieloma czynnikami: jakimś jej wcześniejszym zranieniem i złymi doświadczeniami (o których nie wiesz, bo ona jeszcze Ci nie powiedziała, a wycisnęło to piętno na jej psychice i teraz się boi zaufać), dużymi różnicami między Wami, nad którymi się zastanawia a może prozaicznie - jesteście po prostu na innych etapach i nie czujecie tak samo. Ty pewnie się zakochałeś a ona inaczej to przeżywa, nie ma w niej jeszcze tej gwałtowności odczuć i emocji. W takim wypadku musisz "poczekać" na nią, dać jej czas i nie naciskać bo będzie odwrotny efekt. Przeczytaj proszę też ten artykuł: [zobacz] żeby wiedzieć jakiego błędu nie popełnić.
Jesteście jeszcze krótko razem, więc moim zdaniem na tym etapie nie ma powodu do obaw. Obserwuj jak sytuacja się rozwija, staraj się ale nie narzucaj, pozwól jej zatęsknić czasem za sobą (tzn. nie dzwoń zawsze pierwszy, pozwól by to ona zadzwoniła). Tu potrzebny jest czas. No i znajomość pewnych tematów dlatego polecam Wam też naszą książkę o chodzeniu ze sobą: http://adonai.pl/milosc/?id=milosc-czy-milosc Z Bogiem!

  Asia, 16 lat
2968
08.06.2010  
Witam. Trzy lata temu poznałam chłopaka, zakochałam się od pierwszego wejrzenia i byliśmy razem. Niestety przez moją głupotę albo niedojrzałość po pół roku uznałam, że ja go tak naprawdę nie kocham, że to był tylko taki kaprys by mieć chłopaka, by czuć się kochaną. Oczywiście po jakimś miesiącu tak strasznie zaczęło mi go brakować, że napisałam do niego, że jednak go kocham (głupota do potęgi!). Nie odzywał się do mnie. Po wakacjach spotkaliśmy się, głównie z mojej inicjatywy. Wtedy dotarło do mnie dlaczego z nim zerwałam. Po roku było to samo, znów się z nim spotkałam, bo znów za nim zaczęłam tęsknić. I było dokładnie to samo. Dodam, że cały czas rozmawialiśmy ze sobą przez gg, nie było już tak jak na początku, że on się całkowicie nie odzywał. Pewnie na tym byłby koniec, gdyby nie to, że umówił mnie ze swoim kumplem. Jak byłam z jego znajomym, okazało się, ze cały czas ich porównuję, jakby ciągle On siedział mi w głowie. Po jakimś czasie spotkałam się z nim, powiedziałam, że wtedy, dwa lata temu, gdy z nim zerwałam, jednak go kochałam. Sama do końca nie wiem czemu to powiedziałam. Zaczęliśmy się spotykać, na początku tylko z mojej inicjatywy, potem on sam zaczął do mnie przychodzić. I może wszystko byłoby dobrze, gdyby nie to, że on ciągle pisze z jakąś dziewczyną, która mieszka 200km stąd. Któregoś razu dowiedziałam się, że nazywa ją słoneczkiem, misiem itd. Widzieli się chyba dwa razy jak do tej pory, a znają się już rok. I nie wiem, czy mam czekać na niego, czy jest szansa, żebyśmy znów byli razem? Czy takie gadanie z dziewczyną prawie bez spotykania się może być poważne? I tym razem naprawdę go pokochałam, już mi nie przeszkadzają jego wady, akceptuję go w pełni i takiego kocham. Zapomniałam dodać, że on ma 20 lat, tamta dziewczyna 19.

* * * * *

Przede wszystkim musisz wyjaśnić tę sprawę z nim. Tylko on wie kim dla niego jest ta dziewczyna i jakie ma z nią relacje. Jednak jeśli zdecydujecie się być razem to on nie powinien tamtej znajomości kontynuować. Nawet jeśli jest "nieszkodliwa" to czemu służy? Przecież nie ma sensu mając dziewczynę opowiadać o swoim życiu i szukać wsparcia u kogoś innego. Same "luźne" rozmowy niby nie grają roli ale zastanówmy się po co się takie znajomości kontynuuje? Jak mówiłam kiedyś nie powinno się mając chłopaka czy dziewczynę mieć znajomych innej płci z którymi spotykamy się na osobności(w tym przypadku: piszemy). Bo nie powinno się takich relacji i tego co się w nich dzieje, o czym rozmawia ukrywać. Bo to jest nieuczciwe. Przeczytaj więcej o tym w odp. nr 1875. Radziłabym Ci zatem rzeczową rozmowę z chłopakiem na temat tamtej dziewczyny, Waszej relacji i tego co on zamierza z tamtą znajomością zrobić. Z Bogiem!

  Aga, 23 lat
2967
07.06.2010  
Witam
Chodzę z chłopakiem 9 miesiecy, nie wiem dlaczego ale od kilku dni czuje taką stagnację w uczuciach wcześniej pisałam juz do pani i mowiłam ze moj chłoapk jest troskliwy ma wszystkie te cechy ktore szukałam u faceta ale czemu nie potrafie odwzajemnic uczucia nie chce zrywac ale z drugiej strony chciałabym cos wiecej poczuc tak cała sobą...zastanawiam sie nad kazdym gestem pocałnukiem smsem... cały czas wahania znajomi powiedzieli ze powinnam sie wreszcie zdecydowac na cos konkretnego. ze długo ze soba chodzimy azeby wiedziec co do niego czuje...Nie wiem co robic bardzo mi cieżko ale wiem ze tak wyjątkowej osoby nei znajde nigdzie...I że Bóg postawił mi go an drodze...Modle sie o rozeznanie i miłosc dla nas. Boje sie podjac jakąkolwiek decyzje. Czy to normalne ze mam takie obawy i ze u mnei uczucia zaczynaja gasnac? Ze nie mam juz az takiej ochoty na pocałunek jak kiedys wolę sie przytulic ze nie mam czasami checi na spotkanie czy pisanie smsów? To chyba jest nienormalne... Proszę o pomoc


* * * * *

Nie podałaś numeru poprzedniego pytania, szkoda. Wcale długo nie chodzicie, na pewno nie tak długo, by być pewnym decyzji. Sam fakt, że uczucia i emocje gasną jest zjawiskiem normalnym i świadczy o zakończeniu pierwszego etapu - zauroczenia. Poczytaj o tym tutaj: [zobacz]
Teraz dopiero otwiera się etap prawdziwej miłości - trudnej ale pięknej ale prawdziwej. I pora by zacząć wkładać w tę relację wysiłek. Przeczytaj także odp. nr 13 gdzie pisałam o tym, że uczucia wcale nie są wyznacznikiem prawdziwej miłości. A najbardziej polecę Ci całą moją książkę o chodzeniu ze sobą, bo pewnie masz jeszcze inne wątpliwości: http://adonai.pl/milosc/?id=milosc-czy-milosc Z Bogiem!

  Turkusowa, nie ma znaczenia lat
2966
07.06.2010  
miłość to czy Miłość? Jestem niemalże uzależniona od kościoła, przy każdej wzmiance o klasztorze zapalam się od środka. Adoracje, Msze...nie wyobrażam sobie bez nich życia. Kocham mój kościół, jako wspólnotę, ale też jako budynek. Ponad wszystko kocham Boga. Czasami jednak mam wrażenie, że może być to tylko wyobrażenie prawdziwej Miłości, że nie tak ma wyglądać moje życie. Wspólnota, modlitwa, rozmowa-wiem, ale to ciągle mało.

* * * * *

Najlepiej pojedź na jakieś rekolekcje powołaniowe, porozmawiaj z siostrą zakonną.
Masz zapewne jeszcze trochę czasu do decyzji, więc najlepiej, żebyś zobaczyła jak to wygląda "od środka" ale i tak najbardziej weryfikuje prawdziwe życie. Na początku drogi zakonnej też jest postulat i nowicjat, właśnie po to, by w życiu codziennym zdecydować czy odpowiada Ci takie życie. Módl się o rozeznanie i na ile można - poznawaj życie zakonne. Jeśli powołanie jest prawdziwe to przetrwa. Z Bogiem!

  Niezdecydowana, 27 lat
2965
07.06.2010  
Nie potrafię zdecydować się na małżeństwo. Moim problemem są zmienne uczucia, czasem czuje się szczęśliwa i chciałabym z nim być, nie wyobrażam sobie wtedy rozstania, a innym razem wszystko jest nudne, myślę ze go nie kocham, nie wyobrażam sobie wspólnej przyszłości do końca życia i chce uciekać. W sercu panuje niepokój.Raz już odwołałam ślub na krótko przed tym wydarzeniem , z tym samym chłopakiem. Wszystko mnie przerażało, nie czułam radości na myśl o zbliżającym się wielkim dniu. Wkrótce jednak zaczęliśmy się znowu spotykać, on wrócił, bo jest pewien swoich uczuć. Jego rodzina na nowo mi zaufała. Jesteśmy już ze sobą 4 lata i wiem, ze w końcu trzeba coś postanowić, ale kiedy już podejmuję jakąś decyzję ( raz, że biorę ślub, a raz ze jednak muszę zerwać), nigdy nie dochodzi do ostatecznego rozwiązania sytuacji. Jestem już strasznie tym zmęczona i szukam wszędzie jakichś wskazówek. Czasem wydaje mi się, ze są we mnie 2 osoby.Jestem tym wszystkim przytłoczona.
Wiem, ze sama w sobie powinnam znaleźć odpowiedz, ale nie ufam swoim zmiennym uczuciom i emocjom. Wiem, ze moje obietnice mogą być tylko słowami i po raz kolejny złamie serce wspaniałemu człowiekowi. Zazdroszczę tym osobom, które są pewne, że to ta osoba i maja 100% pewności, ze chcą się pobrać.


* * * * *

Kochana, 100 % pewności nikt nie ma, nawet stojąc przed ołtarzem. Więc na to nie czekaj. Ale do rzeczy. Zmienne uczucia, wątpliwości i rozterki przed ślubem są normalne. Do tego dochodzi stres, załatwianie różnych spraw, poczucie, że to na całe życie itp. W gruncie rzeczy w zasadzie możesz być pewna tego, że narzeczony naprawdę Cię kocha i mu na Tobie zależy skoro nadal jest zdecydowany mimo już raz odwołanego ślubu. Więc w tym zakresie masz pewność. A co do Ciebie. No nie napisałaś czy masz jakieś wyraźne zastrzeżenia do niego. Jeśli masz, jeśli są to ważne sprawy, jakieś cechy charakteru, niezgodność zasad, sprawy z przeszłości, które Cię niepokoją to owszem, należy się zastanowić. Ale jeśli abstrakcyjnie "raz czujesz, raz nie" to wiedz o tym, że jako kobieta będziesz tak miała zawsze i odkładanie ślubu nic nie da. Bo podlegasz przemianom hormonalnym i w każdej sytuacji będziesz się czuła różnie. Być może do tego masz taki charakter jak Barbara z "Nocy i dni" i ta sama rzecz raz wywołuje radość, innym razem złość. Ja mam dla Was 2 propozycje. Pierwsza to pojechanie na "Wieczory dla zakochanych". Informacje znajdziesz tutaj: www.spotkaniamalzenskie.pl, www.malzenstwo.pl

Tam porozmawiacie szczerze i jeśli jest coś co Cię trapi to na pewno to wyjdzie. Upewnicie się co do decyzji - w którąkolwiek stronę. Po drugie: jeśli nie wiesz z czego wynikają Twoje rozterki to przeczytaj naszą książkę: http://adonai.pl/milosc/?id=milosc-czy-milosc tam piszemy o wszelkich aspektach związku, może akurat znajdziesz tam odpowiedzi na swoje pytania.
Popatrz na to tak: jesteście ze sobą 4 lata. Jesteście dorośli. Zaręczyliście się, więc jakąś decyzję podjęłaś. Jeśli - tak jak pisałam wyżej - nie masz konkretnych ważnych zastrzeżeń co do narzeczonego to weź się w garść i jeśli on Ci się podoba, macie o czym rozmawiać, macie podobne zasady, tak samo widzicie przyszłość, widzisz go jako męża i ojca - to "zaryzykuj".
Wszystko i tak wychodzi w życiu codziennym. Tu na pierwszym miejscu nie ma odczuć i emocji i romantyzmu tylko szara rzeczywistość i wartości takie jak wsparcie, poczucie bezpieczeństwa, szacunek, gotowość do rozmowy są najważniejsze.
Na tym się buduje. Z tego co piszesz narzeczony jest chętny do tego budowania.
A Ty poczytaj, zastanów się, rozmawiaj z nim.
Z Twojego listu nie wynika żadna przeszkoda, chyba, że o czymś nie napisałaś.
Zastanów się co zdecydowało, że zaczęłaś z nim być. I nie opieraj miłości na uczuciach tylko na decyzji a zobaczysz jak rozkwitnie.
I jeszcze jedna sprawa, już tylko dla Ciebie: jak najszybciej zacznij jakąś nowennę w sprawie rozeznania np. do św. Judy Tadeusza, św. Józefa albo inną, jaką chcesz. Gorąco módl się do Ducha św. o rozeznanie. Nie oczekuj jednak znaku (choć on też może się zdarzyć) ale poczucia spokoju. Musisz wiedzieć, że dobrze robisz a nie czuć. Pamiętaj o tej modlitwie. Z Bogiem!

  Sylwia, 20 lat
2964
06.06.2010  
Zwracam się z prośbą o pomoc. W moim życiu niedługo nadejdzie moment, w którym będę musiała powiedzieć osobie, którą kocham o pewnych faktach zaistniałych w przeszłości. Jestem dziewicą, jednak w poprzednim związku pozwoliłam mężczyźnie na zbyt wiele, dotknął moich intymnych części ciała, nie widział ich, lecz pozwoliłam mu na to, by ich dotknął... Moja dusza, jak i ciało się przed tym broniły. Nie chciałam tego, jednak byłam naiwna, pozwoliłam na to ze strachu, że mnie zostawi. Potem jednak przejrzałam na oczy i sama zakończyłam ten związek, który już od dłuższego czasu nie miał przyszłości. Miałam problemy z przebaczeniem sobie tego, co zrobiłam, ale ostatecznie świadomość miłości Boga do mnie przeważyła. Dałam sobie szansę - przeżywając do końca swój ból, modląc się o to, bym poznała osobę, która mnie zaakceptuje. Jeszcze w trakcie tej rekonwalescencji rozpoczęłam korespondencję ze wspaniałym mężczyzną, którego poznałam właśnie tutaj - poprzez Źródełko Adonai:) Spotkaliśmy się dopiero po 1,5 roku pisania na gg, dopiero wtedy byłam gotowa... Teraz jesteśmy już na takim etapie, iż chcę powiedzieć mu o tym, co zaszło w poprzednim związku, wiem że to odpowiedni moment, chcę być wobec niego uczciwa. Pytanie dotyczy jednak tego, jakich słów powinnam użyć. Nie chcę używać słowa "petting", gdyż może to zostać źle zrozumiane, wbrew pozorom jest to pojęcie bardzo szerokie. Czy mam opisywać szczegóły, tak jak tutaj? Bardzo się boję...

* * * * *

Myślę, że powinnaś powiedzieć tak jak tu napisałaś, dokładnie. To nie są szczegóły, powiedz dokładnie tak jak piszesz: "Jestem dziewicą, jednak w poprzednim związku pozwoliłam mężczyźnie na zbyt wiele, dotknął moich intymnych części ciała, nie widział ich, lecz pozwoliłam mu na to, by ich dotknął... Moja dusza, jak i ciało się przed tym broniły. Nie chciałam tego, jednak byłam naiwna, pozwoliłam na to ze strachu, że mnie zostawi. Potem jednak przejrzałam na oczy i sama zakończyłam ten związek, który już od dłuższego czasu nie miał przyszłości". Napisałaś tu bardzo ładnie i dojrzale i myślę, że chłopak nie tylko dobrze to zrozumie ale i wybaczy. Ciesz się, że nie pozwoliłaś na więcej, że nie doszło do współżycia. To był błąd młodości, który - co najważniejsze - zrozumiałaś i żyjesz inaczej. Nie możesz zatem ponosić całe życie konsekwencji. Ta sprawa wiele Cię nauczyła a zatem Bóg Ci wybaczył i to zło przemienia w dobro - w Twoją wierność, mądrość i zrozumienie tej sytuacji. Nie bój się, jesteście ze sobą już długo, z pewnością macie do siebie zaufanie. Jestem pewna, że będzie dobrze. Proszę przeczytaj też odp. nr: 616, 961, 1070, 1819, 2172, 2429, 2434, 2604 bo tam piszę właśnie o tym JAK mówić o takich rzeczach. Chodzi o sam sposób i odczucia, bo wiadomo, że u Ciebie to dużo lżejszy "kaliber". Nikt z nas nie jest święty i każdemu zdarzają się upadki. Jednym w tej dziedzinie, innym co innego np. zabawa czyimiś uczuciami, niedojrzałość, poranienie kogoś. To też są grzechy i błędy ale zawsze sfera seksualna będzie tą wstydliwszą i dlatego ma się większe opory w mówieniu. To zrozumiałe. Ale nie bój się, powiedz szczerze właśnie dokładnie tymi słowami. Z pewnością wywiąże się rozmowa, w której będziesz mogła powiedzieć więcej, więc powiedz o tym jak to dziś rozumiesz i czego Cię to nauczyło. Nie szukaj innych określeń, bo najprostsze rozwiązania są najlepsze. Z Bogiem!

  Innaa, 16 lat
2963
05.06.2010  
Mam chłopaka , z którym jestem od prawie roku.
Wcześniej bardzo mi się podobał ale to bardzo i zawsze chciałam takiego mieć.Zaczeliśmy smsować.Ja kilka dni potem wyjechałam na miesiąc na wakacje.Gdy wróciłam zauroczenie wygasło a On się we mnie zakochał.Jest wspaniałym człowiekiem.Cała rodzina Go uwielbia i mówi żebym się Go trzymała.Mi się już to znudziło-chciałam się zakochać ale jakoś sie nie udawało i nie udaje..
Czy mogę coś zrobić żeby tak się stało? Baaardzo bym chciała...
Czekam na odpowiedź i pozdrawiam.


* * * * *

No ale chodzi Ci o relację z nim czy zakochanie po prostu - dla samego zakochania w kimkolwiek? Bo widzisz, mylisz pewnie trochę istotę związku. Przeczytaj proszę ten artykuł: [zobacz] a zrozumiesz. Miłość to nie jest zakochanie i związek na zakochaniu oparty być nie może bo się nie utrzyma. Tak jak sama piszesz - zauroczenie wygasło, wygasły emocje. Teraz czas na pytania: co mi się w nim podoba, czym mi imponuje, co mnie fascynuje w nim, co mamy wspólnego (poglądy, zainteresowania), czy mamy o czym rozmawiać, co robimy na randkach (czy się nie nudzimy - jak nudzimy to przeczytaj odp. nr 1809, o tym co robić), jak widzimy przyszłość naszej relacji. Jeśli na te pytania potraficie odpowiedzieć to dobry znak i można kontynuować znajomość nie martwiąc się, że nie "czujesz". Pisałam o tym "czuciu" w odp. nr 13 - o tym, że nie jest konieczne, by kochać. Jeśli jednak nic innego poza jego urodą i właśnie emocjami Cię w nim nie pociągało i nie masz po prostu ochoty z nim przebywać i rozmawiać to raczej nic z tego nie będzie, bo musiałabyś się zmuszać a nie ma sensu być ze sobą na siłę. A jeśli chcecie wiedzieć więcej to polecam na wakacje książkę, którą napisaliśmy z mężem o chodzeniu ze sobą: http://adonai.pl/milosc/?id=milosc-czy-milosc Z Bogiem!

  Karolina, 22 lat
2962
04.06.2010  
Witam serdecznie, dwa lata temu na wakacjach poznałam wspaniałego chłopaka, spędziliśmy ze sobą cudowne chwile. To było uczucie piękne, platoniczne i niewinne... Zrodziła się między nami nić sympatii i przyjaźni nie pozbawiona wzajemnej fascynacji. Problem w tym, że on mieszka bardzo bardzo daleko (w innym kraju) i od początku zdawałam sobie sprawę, że nie będziemy mogli być razem. Choć niewykluczone, że kiedyś jeszcze się zobaczymy. Ponieważ nigdy wcześniej nie spotkałam kogoś tak wyjątkowego jak on nie potrafię o nim zapomnieć. Po powrocie pisaliśmy do siebie maile i rozmawialiśmy na skypie. Z biegiem czasu coraz rzadziej, chociaż nadal mamy kontakt. Sama nie potrafię do końca ocenić czy to co do niego czuje to już tylko przyjaźń czy nadal coś więcej... Nigdy żadnych deklaracji nie było i oboje w domyśle daliśmy sobie pełną wolność i zgodę na to, że druga strona może się z kimś związać I chociaż zależy mi na jego przyjaźni zastanawiam się czy lepszym wyjściem nie byłoby całkowite zerwanie kontaktu - po to by nie "mieszać" sobie i jemu w głowie i nie blokować się na innych... Jak Pani uważa? Pozdrawiam serdecznie i z góry dziękuję za odpowiedź.

* * * * *

Jeśli oboje uważacie, że naprawdę nie ma sensu tego kontynuować i postawiliście sprawę jasno to teraz od Waszego zaangażowania zależy czy dacie radę być tylko znajomymi. Generalnie ja uważam, że małe szanse są na to, by mogła istnieć przyjaźń między osobami przeciwnej płci. A już w przypadku gdy w grę wchodziła wzajemna fascynacja praktycznie to niemożliwe, pisałam o tym w odp. nr: 7, 1561, 1571, 2719. Ja oczywiście rozumiem, że trochę szkoda całkowicie zrywać kontakt. Z Twojego listu wnioskuję też, że chyba nie trzeba aż tak drastycznych kroków, bo oboje poradziliście sobie z uczuciem bo minęło już trochę czasu. A może się mylę? Może najprostszym rozwiązaniem będzie nieaangażowanie się w tę relację a pozwolenie jej swobodnie wygasnąć lub trwać w takiej bardzo szczątkowej formie. Prawdopodobnie jeśli nie będziecie z jakąś regularnością rozmawiać czy korespondować to ona umrze śmiercią naturalną, tzn. przez kilka lat jeszcze będą sporadycznie maile, życzenia na święta a potem albo okazjonalnie się skontaktujecie albo wcale. Prawdopodobnie relacja ulegnie też zerwaniu w momencie gdy któreś z Was zaangażuje się z kimś innym. Jedyne niebezpieczeństwo, które tu widzę to możliwość Twojego zaangażowania się we wspomnienia o nim, idealizowanie tego co było i rozpamiętywanie i w końcu pokochanie swoich marzeń i wyobrażeń. A to przeszkodzi Ci w kontaktach z innymi, bo będziesz zamknięta na inne relacje. Przeczytaj proszę odp. nr: 441, 868 i odpowiedz sobie na pytanie czy już przypadkiem nie zaczął się taki proces. Jeśli tak to faktycznie ogranicz jeszcze bardziej kontakt i skorzystaj z podpowiedzi w odp. nr: 80, 526, 653, 825o tym jak zapomnieć. Jeśli nic takiego nie ma miejsca - od czasu do czasu możesz sobie pozwolić na kontakt ale kontroluj swoje uczucia. Z Bogiem!

  Samotność, 18 lat
2961
04.06.2010  
Wiem,że jest tu mnóstwo podobnej treści listów. JA chciałabym opowiedzieć coś co mnie długo męczy i zapytać co mam zrobić aby przestało. Poznałam około 1,5 roku temu chłopaka na n/k zaprosił mnie do znajomych i tyle.Zaczęliśmy pisać. Mi jednak podobał się zupełnie ktoś inny.Przyjechał nawet do mnie ale nie czułam tego czegoś.I po pewnym czasie zakończyłam znajomość.Minęło trochę czasu i znów się odezwał. Zaczynałam lubić nasze rozmowy, ciągle o Nim myślałam ale On już miał kogoś.Więc drugi raz zakończyłam to by nie cierpieć choć i tak wiedziałam,że nie zapomnę.Minęło bardzo dużo czasu, nie zapomniałam. On na święta się odezwał.Znowu pisaliśmy.Gdy napisał w moje 18-urodziny, aura tego święta tak na mnie zadziałała,że MU napisałam,że mi na Nim zależy.On napisał,że też o mnie myślał itp. Ale to była tylko gra. Za każdym umówionym spotkaniem coś wymyślał aby nie doszło do skutku. Na ostatniej imprezie powiedział i nalegał abym przyszła a bawił się z kimś innym.Mimo wszystkich prz ykrości jakie od Niego dostałam nie umiem o Nim zapomnieć.Od tamtej imprezy nie pisze...Jakby to wszystko nic nie znaczyło. A ja pierwszy raz tak naprawdę miałam nadzieje i byłam szczęśliwa. Czemu tak zrobił? I czy to koniec tej historii? Proszę o odp. Bardzo mi na niej zależy bo nie umiem rozmawiać o tym z nikim tak szczerze...

* * * * *

Dlaczego tak zrobił? Nie wiem do końca. Może chciał się dowartościować, udowodnić sobie, że może się komuś podobać. Może Ty sama sprowokowałaś go do tego, pisząc, że Ci zależy i to mile połechtało jego męskie ego? Tak czy inaczej dowartościował się Twoim kosztem w bardzo egoistyczny sposób. Czy mogłaś temu zapobiec? Tak, wiedząc, że on z kimś jest a potem wtedy kiedy za każdym razem wymyślał pretekst by spotkanie nie doszło do skutku powinnaś dać spokój. Bo ewidentnie nie zależało mu na Tobie - gdyby tak było to z radością pierwszy proponowałby spotkanie. Chłopak, któremu zależy na dziewczynie inaczej się zachowuje. Ja wiem, że Tobie na nim zależało i dlatego próbowałaś i miałaś nadzieję. Byłaś zaślepiona tym uczuciem i nie widziałaś prawdy w jego zachowaniu. Po prostu Cię upokorzył w ogóle nie myśląc o tym co Ty czujesz.
Z tego wniosek jest taki, że z pewnością należy dać sobie z nim spokój. Pytasz czy to koniec. Jeśli koniec - to na szczęście. To od Ciebie zależy czy koniec, czy dasz znowu sobą manipulować. Tylko za każdym razem cierpieć będziesz bardziej. Pytanie: po co? Przecież bardzo wyraźnie widać, że on nie chce z być z Tobą a może nawet bawi go Twoje zaangażowanie. Skąd wiesz czy nie opowiada o tym innym? Nie pozwól sobie na to. Miej swoją godność i choć to boli bo przecież masz uczucia zakończ to. Bo inaczej będzie jeszcze gorzej i wiele łez wylejesz. Ta sytuacja nie jest tego warta. Zerwij kontakty całkowicie i nie pozwól się tak traktować. On jest bardzo niedojrzały albo ma ogromny tupet. Tak czy inaczej nie będzie z tego związku bo nie ma tu po prostu nawet zwykłego szacunku. Wiem, że to Cię boli. Ale widzisz, do miłości nikogo nie zmusisz. W dodatku trafiłaś na kogoś kto zamiast wyraźnie powiedzieć, że nie chce lub nie reagować na Twoje wyznania zabawił się Tobą. To nie tędy droga, miłość tak nie wygląda. Ratuj siebie - po prostu. Teraz są wakacje, być może jest szansa, że nie będziecie się wcale widzieć. Wykorzystaj to. Proszę przeczytaj odp. nr: 80, 526, 653, 825 o tym jak zapomnieć i jak sobie radzić. Tylko zrywając kontakty możesz się z tego uwolnić, choć jeszcze trochę poboli. Ale to jedyna droga. Z Bogiem!

  Adam, 39 lat
2960
03.06.2010  
Dlaczego nie moge,znależc prawdziwej miłosci w Której mialbym oparcie,Jestem zbyt dlugo samotny,brak mi sensu życia>?
Niedosc ze niepełnosprawny,to jeszcze niesmiały, napewno w jakis sposob wartosciowy,tyle ze brak mi kogoś kto pomógł by mi się otworzyć i dowartościować,przy partnerze


* * * * *

A jak szukasz? Nie wiem gdzie mieszkasz ale jeśli w Warszawie zajrzyj tutaj: www.dla-samotnych.pl. Jeśli gdzieś indziej szukaj choćby przez Internet wpisując się tutaj: [zobacz] lub na innych katolickich portalach. Wpisz się może jakoś nietypowo, intrygująco, a na pewno optymistycznie, żeby to skłoniło do odpisania Ci. Zaproponuj internetowo spotkanie osób z Twojej miejscowości i okolic, na pewno też są samotni. I nie rezygnuj, szukaj, pisz, odpisuj innym. Na pewno nie raz zostałeś zraniony, może jeszcze nieraz się rozczarujesz ale jeśli czujesz, że Twoim powołaniem jest małżeństwo to nie rezygnuj z marzeń.
Oczywiście, że jesteś wartościowym człowiekiem, ale najwyraźniej jeszcze nie trafiłeś na właściwą osobę. Szukaj jej nadal. Informuj o swoim istnieniu, bo może ona gdzieś jest ale nie wie że Ty jesteś.
I módl się w tej intencji.
Polecam Ci też ten artykuł: [zobacz] tam piszę jak się nie załamać w samotności. Życzę Ci jak najszybszego znalezienia swojej miłości, z Bogiem!

  Weronika, 21 lat
2959
02.06.2010  
Witam, w sumie moją sytuację można opisać krótko. W zeszłym roku poznałam Pawła z którm zdążyłam się szybko zaprzyjaźnić. Problem w tym, że od jakiegoś czasu zaczęło mi na nim bardziej zależeć i zaczęłam się męczyć tkwiąc jedynie w relacjach czysto przyjacielskich. On nie ma dziewczyny więc od jakiegoś czasu próbuję to wykorzystać... i tutaj kompletnie nie potrafię obiektywnie ocenić sytuacji, ale momentami mam wrażenie, że moje zabiegi przynoszą pozytywny skutek... Zdarzają się jednak z jego strony od czasu do czasu również takie zachowania, które świadczyłyby o tym, że jestem dla niego jedynie dobrą koleżanką i że nie mam co liczyć na coś więcej... I tu zmierzam do sedna sprawy. Pytanie brzmi na ile mi - kobiecie - wypada pierwszej rozpocząć otwartą rozmowę na nasz temat? Czy może jest to zły pomysł i powinnam jednak dalej biernie czekać na dalszy ciąg zdarzeń? Czy ta rozmowa, zakładając że jednak jest mną zainteresowany ale jeszcze niepewny, go nie spłoszy? On sam jest moi m rówieśnikiem, jednakże jest osobą jeszcze dość niedojrzałą i nie mającą wcześniej jakiegoś większego doświadczenia z kobietami, więc kompletnie nie wiem jak taką rozmowę przeprowadzić... Bardzo proszę o radę.

* * * * *

Hmm, wiesz, to zawsze indywidualna sprawa. Na pewno nie można się spieszyć, bo można wiele zepsuć: on może jeszcze nie być gotów albo niedługo coś planował i przedwczesna rozmowa go speszy. Ja zapytam tak: próbowałaś sposobów z odp. nr: 3, 30, 37, 134, 411, 912, 1486, 1932, 2273, 2449, 2742? Jeśli tak i jeśli dość często już się spotykacie a on "nadal nic" to delikatnie zasugeruj jakąś rozmowę na ten temat. Początkowo możesz opowiedzieć coś np. o znajomych, którzy biorą ślub albo się zaręczyli - i obserwuj jak reaguje i co mówi. Potem możesz sprowokować rozmowę na temat jakiegoś problemu w związku czy małżeństwie - nie dotyczącym Was i zapytać go jakie ma zdanie na dany temat. Wiesz, chodzi po prostu o to, by podświadomie skierować jego myśli na temat związku, ale na tyle delikatnie by się nie narzucać ale by wybadać jaki ma stosunek do relacji. Żeby też zobaczył że jesteś otwarta i masz do niego zaufanie, skoro rozmawiasz z nim na takie tematy. Może też być tak, że to go ośmieli, bo może się boi a to będzie znak dla niego, że Ty jesteś otwarta. A gdy miną kolejne tygodnie i mimo takich rozmów nadal nic się nie będzie działo to już można bardzo delikatnie - bez wyznawania miłości oczywiście! - spytać kim dla niego jesteś. Tylko tyle. To delikatne a jednocześnie konkretne pytanie i będzie musiał się określić. Przeczytaj też ten artykuł: [zobacz] by nie popełnić błędu. Powodzenia, z Bogiem!

  Kaśka, 25 lat
2958
31.05.2010  
Witam
Jestem z moim chłopakiem od ponad czterech lat. Niedawno zaręczyliśmy się [ bo on nalegał i moja mama], zamieszkaliśmy razem, mamy wyznaczoną datę ślubu [ potwierdzoną przez księdza proboszcza], zamówioną salę itd., a ja coraz bardziej się boję i czuję, że to nie jest TEN MĘŻCZYZNA. Nic nie czuję kiedy mnie całuje. Nie potrafię przestać myśleć o moim koledze, który też niedługo się żeni. Modlę się żeby mój kolega był szczęśliwy z swoją przyszłą żoną, jeżeli taka jest wola Boga, że to ona ma nią być, za mojego chłopaka też się modlę,ale to nie pomaga. Nie wiem co mam robić. Nie potrafię zebrać myśli. Czuję że zamieszkanie razem było złą decyzją [ nie współżyjemy razem], ale zgodziłam się bo on nalegał. Dla mnie to wszystko za szybko się toczy. Mam duże wątpliwości co do małżeństwa. Bardzo proszę o odpowiedź. Pozdrawiam serdecznie.


* * * * *

Masz rację - zamieszkanie razem to była zła decyzja. O tym dlaczego pisałam w tym artykule: [zobacz]
Nie rozumiem jak Twoja mama mogła nalegać na ślub? Jesteście młodzi i najważniejsze by dojrzeć prawdziwie do tej decyzji a nie brać ślub, bo wypada. To, że chłopak chciał ślubu to oczywiście normalne ale on musi liczyć się z Twoimi odczuciami. Ty masz być gotowa i on ma dać Ci czas jeśli go potrzebujesz. Nic na siłę. Sam fakt, że "nic nie czujesz gdy Cię całuje" jeszcze o niczym złym nie świadczy, bo to tylko emocje, zresztą jesteś pod presją więc nic dziwnego. Ale o co innego tu chodzi, o czym napiszę dalej.
Myśl o koledze jest myślą o marzeniach i wyobrażeniach. On jest daleko a Ty wyobrażasz sobie, że z nim byłoby Ci lepiej. Otóż byłoby albo i nie było, ale on ma już narzeczoną i myśleć o nim nie można. On wybrał. Po prostu - z nim nie będziesz. Natomiast Tobie wydaje się, że on jest lepszy niż narzeczony, bo jest niejako Twoją odskocznią od tej rzeczywistości w jakiej się znalazłaś. Nie rób błędu myśląc, że to on powinien być Twoim mężem. Tak jak napisałam - on wybrał, więc to na 100 % nie ten. I koniec.
Być może uważasz, że cechy tamtego chłopaka odpowiadają Ci bardziej niż narzeczonego - a to, już inna sprawa i należałoby się zastanowić poważnie czy chcesz być z narzeczonym.
Polecam Ci zatem te odpowiedzi: 78, 89, 106,192, 271, 390, 728, 1021, 1050, 1059, 1278, 1309, 1407, 1728, 2341, 2568, 2627, 2717, 2724. A co do Twojego związku: wyprowadź się. Koniecznie. Jeśli chcesz podjąć decyzję w wolności zamieszkajcie osobno do ślubu. Wtedy zobaczysz czy Ci narzeczonego brakuje, zobaczysz jak on się zachowuje, przestaniesz się bać, spojrzysz z dystansu. Potrzebujesz czasu i "oddechu" od tej sytuacji. Jeśli on da Ci ten czas, jeśli pomyśli o Twoich odczuciach, jeśli będziesz mogła otwarcie się przyznać przed nim do lęku to dobrze wróży. Jeśli potraktuje Cię poważnie i z szacunkiem podejdzie do Twoich obaw - będzie dobrze. Natomiast jeśli nie będzie chciał słyszeć o wyprowadzce i uzna, że to Twoje fanaberie to znaczy, że nie myśli o Tobie tylko o sobie.
Kasiu, ślub to poważna sprawa na całe życie. Nie warto nadmiernie się spieszyć ani zawierać go z wieloma obawami bo nie ma sensu cierpieć przez całe życie. Nie wolno także zawierać go na siłę, bo ślub zawarty pod przymusem jest po prostu nieważny. Nawet przed złożeniem przysięgi ksiądz pyta: "Czy chcecie dobrowolnie i bez ŻADNEGO przymusu zawrzeć sakramentalny związek małżeński?". Żadnego - mamy, chłopaka, ciotek itp.
Żadnego. Tylko w wolności można wybrać daną osobę. Myśl o małżeństwie ma dawać wolność i radość a nie poczucie "spętania". Dlatego jeszcze raz na spokojnie się zastanów czytając te pytania, które Ci poleciłam i te artykuły: [zobacz], [zobacz]
Odpowiedz sobie na pytanie co pociąga Cię w narzeczonym, co w nim cenisz i czym Ci imponuje. Pomyśl co Was różni i jakie są Wasze słabe strony oraz czy je akceptujecie. Pomyśl co Ci się zdecydowanie nie podoba a czego nie zmienisz. Dokonaj bilansu. Jasne, nie ma testu pozwalającego stwierdzić czy to "ten", ale miernikiem jest nasza wolna wola. Czy wyobrażasz sobie życie z tym człowiekiem za 10 i 30 lat? Czy widzisz go jako ojca swoich dzieci? Czy wybaczacie sobie słabości i wspieracie się w problemach? I jeszcze jedno: przed ślubem musicie zrobić kurs przedmałżeński. Zróbcie go wg metody "Wieczorów dla zakochanych". Informacje znajdziesz tutaj: www.spotkaniamalzenskie.pl, www.malzenstwo.pl Po prostu będziecie ze sobą rozmawiać na każdy temat. To pozwoli Wam na podjęcie świadomej i wolnej decyzji.
Widzę, że jest w Tobie chaos i lęk. Tak nie wolno iść do ślubu. Ślub ma być najpiękniejszym Twoim dniem a nie dniem rozpaczy i wątpliwości. Dlatego przed tym należy pomyśleć i rozwiać obawy. Być może są całkiem niesłuszne ale o tym musicie się przekonać oboje. Spokojnie, przed Wami całe życie, nie spieszcie się, dojrzewajcie. I jeszcze jedno: przed ślubem szatan działa intensywnie usiłując zniszczyć to co dobrze się zapowiada. Módlcie się zatem o rozeznanie i dobra decyzję. Mówcie codziennie koronkę lub nowennę do Ducha św. Pytajcie po prostu Boga co zrobić. Z Bogiem!

  Edyta, - lat
2957
29.05.2010  
Witam. Z tego co czytałam, dostajecie masę listów w których poruszany jest problem miłości do osoby duchownej. Hm... Chciałam zapytać co myślicie o PRZYJAŹNI z księdzem? Chodzi mi po prostu o rozmowy, różne wypady, SMSowanie... Często pojawiają się w moim życiu zwątpienia, rozterki jeśli chodzi o Kościół, o wiarę. Chciałabym mieć przy sobie osobę duchowną, która byłaby przy mnie wspierając, dodając motywacji, z którą miałabym takie "luźne" relacje, jak z kumplem po prostu... (nie chodzi mi o kierownictwo duchowe, bo to raczej taka sztywna forma). Zastanawiam się czy to jest możliwe? Niedawno na moją parafię został skierowany kleryk, który był na takich jakby praktykach. Uczył mnie grać na gitarze. Godziny spędzone na śpiewaniu, rozmawianiu, żartowaniu. Była to relacja jak najbardziej w porządku. Niestety po trzech miesiącach odszedł i teraz strasznie mi brakuje tej, (pozwolę sobie to nazwać, przyjaźnią) przyjaźni. Zastanawiam się też, czy jeśli kiedyś poznałabym kogoś podobne go i zaprzyjaźniła się z nim, (z tą róźnica, że byłaby możliwość utrzymania dłuższego kontaktu) czy byłoby to coś złego? Pozdrowienia i życzę dużo sił! :) Edyta.

* * * * *

W listach i tym artykule: [zobacz] dotyczącym generalnie miłości do osoby duchownej poruszamy też problem przyjaźni. Pozwolę sobie zacytować fragment; " Natomiast mam bardzo duże wątpliwości czy ksiądz może lub powinien przyjaźnić się z kilkunastoletnią dziewczyną. Pomijając już nawet fakt, że chodzi właśnie o dziewczynę uważam, że ksiądz w ogóle nie może przyjaźnić się ze zbyt dużą liczbą osób. Dlaczego? Bo przyjaźń to coś więcej niż znajomość, to takie wzajemne porozumienie dusz, to otwartość i gotowość do bycia w każdej chwili, gdy przyjaciel tego potrzebuje. To zobowiązanie. Natomiast ksiądz ma być dla wielu - to wynika z jego powołania. Gdyby zaczął się przyjaźnić ze zbyt wieloma osobami to na nic innego czasu by już nie miał. Bo ciągle ktoś z tych jego przyjaciół potrzebowałby spowiedzi, porady, pocieszenia, miałby dylemat moralny, a może zwyczajnie chciałby się spotkać na kawie czy pograć z nim w piłkę. No tak, to nic dziwnego, w końcu z przyjacielem pije się kawę i gra w piłkę. Dlatego nie można księdza "zawłaszczać" dla siebie.
Natomiast jeśli wiedza i duchowość księdza tak bardzo ci imponuje zawsze można zapytać czy zgodziłby się być twoim kierownikiem duchowym. Tylko i z tym trzeba ostrożnie jeśli osoba danego księdza bardzo cię pociąga. Poza aspektem uczuciowym, tzn. tym, że ty się możesz w nim zakochać lub on w tobie (tego nigdy nie możesz wykluczyć) grozi Ci jeszcze jedno niebezpieczeństwo: że osoba księdza przesłoni Ci Boga. Że zaczniesz podziwiać cechy księdza, że to on będzie twoją wyrocznią i nie będziesz na jego słowa patrzeć jak na słowa Boga tylko jego własne. Że to będzie taki kult księdza. Dlatego tę sprawę też należy dobrze przemyśleć. A przyjaciół szukać nie na plebanii tylko w swoim gronie".
Jak zatem widzisz, "przyjaźń" to za duże słowo i za poważna relacja by można było utrzymywać ją z księdzem lub klerykiem. Popatrz na to jeszcze z jego strony: ten młody kleryk, który był na parafii jest w trakcie dojrzewania do przyjęcia bardzo ważnego sakramentu. On musi się na tym skupić i przyjąć go w wolności. Taka relacja z dziewczyną może go rozpraszać i nawet spowodować wątpliwości lub w skrajnym przypadku odciągnąć do powołania. Pół biedy gdy odciągnie, bo on rozezna, że jego drogą jest małżeństwo i z tą dziewczyną się ożeni. Gorzej gdy ze związku nic nie wyjdzie ale z seminarium wystąpi a potem przez kolejne lata będzie się zastanawiał co w życiu robić. Młody ksiądz czy kleryk też ma uczucia. To nie jest tak, że po przestąpieniu progu seminarium znika popęd i emocje. Oni też czują! I pomyślcie o tym drogie dziewczyny, bo dla Was to może tylko kumpel ale dla niego Ty to pokusa, z którą walczy, cierpi i nawet nie może się przyznać, bo wstyd. Może taka relacja to dla niego zbyt duże wyzwanie? Widzisz, to tak jakby oczekiwać, że zaprzyjaźnisz się z narzeczonym koleżanki. Dziwne? Od razu budzi się sprzeciw? A dlaczego, przecież on jeszcze po ślubie nie jest. A nawet jeśli jest to tylko przyjaźń, Ty chcesz być tylko kumplem, więc koleżanka nie powinna mieć nic przeciwko temu. Nonsens, prawda?
Tak samo jest w przypadku osoby duchownej. Ona jest zajęta i nie wolno kusić losu. Absolutnie nie wypada i nie powinno być wypadów we dwoje (co innego w większej grupie, której ksiądz jest opiekunem) , smsów czy spotkań jeśli nie dotyczą spraw duchowych czy czegoś ważnego, przy czym potrzebuje się porady księdza. Nie można będąc dziewczyną być "kumplem" księdza. Ja naturalnie rozumiem, że Ty nie masz nic złego na myśli, naprawdę. Jednak jeśli chcesz mieć kolegę to on nie musi być księdzem czy klerykiem, wystarczy, że będzie porządnym chłopakiem z wartościami a rozmawiać się Wam będzie rewelacyjnie. I jeśli się w sobie zakochacie to ludzie będą życzyć Wam szczęścia a nie potępiać. A jeśli nadal nie widzisz w tym nic złego to po prostu pomyśl o jego odczuciach. Z Bogiem!

  Marysia, 23 lat
2956
23.05.2010  
Jestem z moim chłopakiem już prawie rok. Nie wiem co mam robić. Jest między nami naprawdę różnie. Ostatnio czesto się kłóciliśmy i trudno nam przychodziło godzenie. Oboje jesteśmy uparci - za uparci. Jemu ciężko się otworzyć, trudno mówić o tym co czuje - tak mi się wydaje. Lubie Go bardzo :( ale boję się że nie bede z nim szczęśliwa:( Dużo nas dzieli, ale bardziej mnie martwi to że On nie potrafi mi powiedzieć kim dla niego jestem:( w ogóle o mnie nie zabiega, wolałby żebym to ja do niego przychodziła, nie chce mu się robić mi żadnych niespodzianek, nie stara się o mnie. Nie robi nic żebym się czuła szczęśliwa i kochana. A ja tego bardzo potrzebuje:( już mi kilka razy o tym mówiłam ale w sumie niewiele się zmeiniło. Widzę że się stara ale skupia się bardziej na naszych relecjach, stara się nie kłócić... A ja mimo że jest dla mnie ważny nie czuje się przy nim jak kobieta, ale bardziej jak kumpel. Skoro już teraz o mnie nie dba to kiedyś na pewno nie bedzie. A ja się boje że c ały czas bede przywiązywać do tego zbyt dużą wagę o nie bedzie dobrze. Skąd mam wiedzieć czy to On... I dlaczego o mnie nie zabiega :( ???

* * * * *

Dobry związek nie polega na niekłóceniu się tylko na wyjaśnianiu nieporozumień.
Nie chodzi oczywiście o robienie sobie karczemnych awantur ale o mówienie sobie wszystkiego: co cieszy, co boli, co drażni, czego się nie rozumie. Widzisz, kobieta i mężczyzna są różni. Nawet bardzo. Większość zaś nieporozumień wynika z faktu, że o tym nawzajem nie wiedzą i oczekują, że druga strona będzie taka sama jak oni: że będzie tak czuła, mówiła, reagowała. A tak zazwyczaj nie jest i nie jest to nic złego. To, że chłopakowi trudniej się otworzyć czy mówić o uczuciach jest normalne. Dlatego najpierw polecę Ci te odp.: 568, 674, 715, 966, 970, 1005, 1101, 1102, 2507, 2519 oraz te artykuły: [zobacz], [zobacz]
Przeczytajcie je oboje a dowiecie się z czego wynikają te kłótnie. Bo może o rzeczy, które się nie zmienią i których nie ma sensu oczekiwać innymi niż są. A co do starania się. To faktycznie jest problem. Ja często piszę, że o miłość trzeba dbać i trzeba ją pielęgnować: 255, 498, 566,773. Gdy tego brak pojawia się zniechęcenie. Masz zatem prawo tego wymagać. Masz też prawo do wzajemności: jeśli Ty pamiętasz o rocznicach, robisz niespodzianki i wykazujesz aktywność to nie wyobrażam sobie jak można tego nie odwzajemnić. Również wymaganie byś Ty częściej do niego przychodziła po prostu nie jest dżentelmeńskie i świadczy o tym, że chłopak spoczął na laurach. Tak być nie powinno. Właściwie tak naprawdę to powinnam Wam polecić w całości naszą książkę: http://adonai.pl/milosc/?id=milosc-czy-milosc
Tam jest wiele tematów, które dotyczą problemów podczas chodzenia ze sobą. Przeczytajcie a myślę, że wiele się rozjaśni. Z Bogiem!

  julia, 15 lat
2955
20.05.2010  
Witam.
Zakochałam się w osobie duchownej 3 lata temu. Proszę nie odysłać mnie do pytania 11 czy innych, bo sytuacja jest inna.
Od roku dany ksiądz wie o moim uczuciu i owszem nasze kontakty się rozluźniły.Dziś nawet nie mogę do niego podejść,bo zrobiłam wiele głupstw które prawie skończyły się w sądzie.
Ale dziś już nie rozmawiamy ze sobą.Nie mamy żadnego kontaktu.Próbowałam go unikać jak tylko mogę.
Ale uczucie wciąż jest, tak samo silne jak było.
Nie widuję go codziennie, ale trudno uniknąć spotkania np. w szkole.
Czasami nawet przychodzi mi na myśl, żeby księdza za wszystko przeprosić,ale wiem że to jest nieistotne a z resztą i tak by to olał.
Piszę do Was z pytaniem: Co jeszcze mogę zrobić?


* * * * *

Owszem, przeprosić możesz ale nie w osobistym kontakcie, tylko np. listownie. Nawet jak to "oleje" to Ty będziesz miała czyste sumienie, że jednak przeprosiłaś. Nie jest to jednak konieczne, jeśli uznasz, że lepiej w ogóle już nie mieć kontaktu i nie wracać do tematu. Cóż jeszcze? Starać się wynagrodzić krzywdy np. poprzez modlitwę za niego i za skutki tej sytuacji. Możesz np. przez miesiąc modlić się za niego jakąś modlitwą (litanią, nowenną), możesz ofiarować msze święte i komunię za niego. Na pewno nie dążyć do kontaktów i niczego już nie wyjaśniać na siłę, bo to tylko pogorszy sytuację. Gdy go widzisz to tylko i wyłącznie się ukłoń. Musisz pozwolić na upływ czasu, który zatrze złe wrażenie a i Tobie pomoże - bo uczucie z czasem, nie pielęgnowane wygaśnie. Módl się właśnie o to. Z Bogiem!

  karina, 28 lat
2954
20.05.2010  
Jakie jest zdanie Kocioła na temat intercyzy przed małżeńśkiej? Czy to grzech?

* * * * *

Nie, grzech nie, ale pytanie czy ma to sens. Bo trzeba wziąć pod uwagę fakt, że wówczas odpada możliwość m. in. wspólnego wzięcia kredytu, wspólnego kupna mieszkania oraz możliwości rocznego rozliczania się podatkowego. Ekonomicznie zatem może się to bardzo nie opłacać, nie mówiąc o tym, że to jakaś forma nieufności wobec współmałżonka… Oczywiście są sytuacje kiedy może to być uzasadnione np. jedno z małżonków prowadzi działalność gospodarczą w takiej formie prawnej, że odpowiada całym majątkiem, ale generalnie nie warto i trzeba dobrze się zastanowić zanim się ją podpisze… Z Bogiem!

  Anna, 24 lat
2953
19.05.2010  
Byłam z chłopakiem 3 lata i jeden miesiac. wczesniej przez 4 m-ce on bardzo zabiegał o moje względy, aż mu się udało. zaręczyliśmy się po 2,5 roku bycia razem. pół roku temu zamawialiśmy sprawy związane z weselem, które miało się odbyć we wrzezśniu tego roku. miesiąc temu on zerwał ze mną twierdząc ze kocha mnie jak siostre,(potem powiedział ze mnie nie kocha), że to nie ta radość co na początku, że nie odnajdywał już takiej radości i szczęścia w spotkaniach ze mną, że to nie to, że będzie szukał idealnej miłości, w której będzie czuł radość przez cały czas.Powiedział tez że myślał o tych wątpliwościach przez jakiś czas, tzn. chyba przez 3-4miesiące. przy czym nigdy mi o nich nie mówił, zapewniał że wszystko jest ok i że mnie kocha, potem stwierdził że sam siebie oszukiwał.On bardzo chciał tych zaręczyn i tego ślubu więc nie wiem co się mogło stać.powiedział że wtedy kiedy się zaręczaliśmy i planowaliśmy ślub to to czuł. te trzy lata były piękne i dobrze się nam układało, chyba jak w każym związku czasem się kłóciliśmy, może ostatnio trochę więcej ale sobie wszystko wyjaśnialiśmy. wiem że przez te trzy lata mnie kochał bo czułam to i widziałam. próbowałam z nim rozmawiać i wytłumaczyć że miłośc to nie zakochanie, że nie ma idealnej miłości, że może rutyna wkradła się w nasz związek i że można by jeszcze spróbować coś zmienić.bo mieliśmy takie plany,ale on nie chce bo stwierdził że napewno już tego nie poczuje.pytałam też pod kątem fizycznym jak on się czuł ze mną-powiedział że bardzo dobrze(nigdy nie kochaliśmy się fizycznie). on żyje trochę w jakimś chyba takim nierealnym świecie, wyidealizowanym, zawsze chyba trochę bujał w obłokach. czy można tak przestać kochać? co się stało?czemu ze mną nie rozmawiał o tych wątpliwościach. teraz zachowuje się egoistycznie, jakby nic się nie stało. Czy on w ogóle dojrzał do prawdziwej miłości? też ma 24 lata. czy jest jeszcze szansa żeby coś zmienić.strasznie to boli

* * * * *

Z wielką przykrością i niedowierzaniem to czytam. Czy można tak przestać kochać? Nie! Najwyraźniej on pomylił miłość z zakochaniem, co próbowałaś mu powiedzieć. Może daj mu jeszcze ten artykuł: [zobacz] i odp. nr 13 żeby zobaczył, że po prostu błądzi. Nigdy nie spotka miłości idealnej, w której będzie ciągle CZUŁ. Bo czuje się na początku ale nie na uczuciach związek się buduje, o czym wiesz. Jestem naprawdę zszokowana jego postępowaniem, zwłaszcza oszukiwaniem Cię. Bo można mieć wątpliwości ale trzeba o tym rozmawiać, by druga osoba mogła coś sprostować, wyjaśnić itp. Taki zaś obrót sprawy rzeczywiście świadczy o wielkim niezrozumieniu i niedojrzałości do związku. Wiesz, jeśli chcesz jeszcze to ratować to jako "ostatnią deskę" - jeśli masz z nim kontakt - daj mu do przeczytania tę książkę: http://adonai.pl/milosc/?id=milosc-czy-milosc
Tam jest wiele aspektów i po jej przeczytaniu powinien coś zrozumieć. Jeśli nie - to bardzo mi przykro ale widocznie w porę się rozstaliście. Bo lepiej teraz niż miałyby być niezasadne pretensje po ślubie, że widocznie się zmieniłaś skoro go nie pociągasz, nie zachwycasz itp. Jeśli chcesz i możesz - próbuj rozmawiać i daj tę książkę. Jeśli to już naprawdę skończone i brak Ci sił to pozostaje Ci przeżyć swoją żałobę, zastosować się do odp. nr: 80, 526, 653, 825 i pozwolić czasowi i Bogu zagoić swoje rany. I uznać, że widocznie to jeszcze nie ten, choć sprawy zaszły tak daleko. Ale widocznie nie ten. Ten właściwy dopiero będzie. Wiem, że jesteś zrozpaczona. Masz do tego prawo. Musisz wyrzucić z siebie ten żal i złość na niego, bo masz prawo czuć się oszukana. Jednak nie możesz myśleć, że to z Tobą jest coś nie tak albo, że to Twoja wina. Tak nie jest. Nie dano Ci szansy wyjaśnień, ba, nawet nie wiedziałaś o niczym. Jeśli nic nie wyjdzie z rozmów - bądź silna. Uwierz, że będzie lepiej - lepiej niż z nim, w tym małżeństwie. Jesteś młoda, spotkasz kogoś innego. Tak, teraz tego nie chcesz ale po latach okaże się, że tak lepiej. Módl się: o zabranie żalu, bólu i lęku przed samotnością. O poczucie, że jesteś wartościowa. O miłość - w przyszłości. Jeszcze będzie piękniej niż myślisz, zobaczysz. Teraz rany bolą, ale potem będą dowodem Twojej siły i nabytego doświadczenia. Bądź dla siebie dobra i ufaj. Z Bogiem!

  Karina, 24 lat
2952
19.05.2010  
Witam.
Może w skrócie opiszę jak wygląda sytuacja:
Jestem z moim chłopakiem już dwa lata. Jednak on nie uczestniczy w moim życiu, to ja uczestniczę w jego świecie. Spotykaliśmy się najczęściej raz na tydzień, lub kilka razy w tygodniu, kiedy tylko miałam czas i chęci. Obecnie wyjechałam na dłużej. Jednak zauważyłam, że za nim nie tęsknię. Owszem wspominam go, ale tak jakoś bez szczególnego porywu uczuć. Nie czuję żadnego ciepła w sercu. Ot jak zwykle wspominam znajomych, którzy gdzieś tam są. Jeśli on mi napisze coś o swoich zmartwieniach to martwię się, chcę pomóc. Choć jakoś tak nie chce mi się mu opisywać swoich spraw, tego jak ja się czuję. Czasem myślę, że lubię być sama. Może to moje powołanie? Gdy widzę inne pary, szczęśliwe, uśmiechnięte- to mi jest smutno, zastanawiam się jak to jest? Jak oni się czują? Choć naprawdę uwielbiam swoją samotność, tyle razy czytałam, że to piękne powołanie. Niby jestem jeszcze młoda, ale nie czuję się młoda, nie czuję jakbym miała jeszcze ,,tyle'' przed sobą.Byłam kiedyś mocno zakochana w kim innym. Było to przykre (praktycznie uczucie jakby ''pękło mi serce'') gdy wybrał inną, od tamtej pory nie chciałabym kogokolwiek krzywdzić. Już sama nie wiem co czuję do swego chłopaka (starszego ode mnie, lecz bardziej delikatnego). Niby powinnam być szczęśliwa by dać szczęście komuś innemu, ale jakoś sobie nie wyobrażam tego by być szczęśliwa. Szczególnie gdybym kogoś skrzywdziła, mogę sama przecierpieć. Jak poznać, czy może naprawdę kocham? Może kocham chłopaka tylko tego nie widzę?


* * * * *

Co do powołania do samotności to ja mam takie zdanie jak przestawiłam w tym artykule: [zobacz]
Niepokoi mnie to co napisałaś: że on nie uczestniczy w Twoim świecie. Tzn. on się nim nie interesuje czy Ty nie chcesz mu o nim mówić? Jedna i druga sytuacja nie jest dobra. W pierwszej nie można bowiem mówić o wzajemności jeśli jest mu to obojętne, w drugiej - Ty nie dopuszczasz go do swojego świata, dajesz do zrozumienia, że nie ufasz mu na tyle, by pozwolić w to wejść, że zamykasz przed nim pewne sfery. Czy jest coś co Cię do niego zniechęca? Czy masz jakiś uraz, coś Ci się nie podoba, coś co powoduje, że nie możesz zaufać, bo boisz się zranienia lub tego, że Cię zawiedzie? Bo może w tym problem? A może po prostu jesteś z nim trochę "na siłę" bo go lubisz, bo masz z kim pogadać ale nie rozwija się nic głębszego? Tylko w takiej sytuacji dziwię się, że on tego nie dostrzega. Albo Ty się kamuflujesz albo jemu też nie bardzo zależy. Jesteście ze sobą już dość długo więc nawet nie można tego "zwalić" na wczesny etap związku.
Teraz, gdy go nie ma rozważ co Ci się w nim podoba, co Cię pociąga, co powoduje że chcesz z nim się spotykać. Rozważ za i przeciw. Bo musisz przyjrzeć się swojej motywacji. Może się okaże, że jesteś z nim, bo nie ma nikogo innego ale on Ci do końca nie odpowiada? Albo wyjdzie jeszcze coś innego? Polecam Ci też te artykuły: [zobacz], [zobacz] żebyś zobaczyła czy to Ty nie odczuwasz jakiegoś braku. Pomyśl nad tym dlaczego z nim jesteś. A o miłości przeczytaj ten artykuł: [zobacz] i odp. nr 13 - o miłości bez zakochania - bo może to ten trop? Z Bogiem!

  Jula żona, 28 lat
2951
18.05.2010  
Chciałabym prosić o radę, dotyczącą życia małżeńskiego. Jesteśmy małźeństwem od 2 lat, raczej dobrze nam się układa, choć oczywiście zdażają się kłotnie i nieporozumienia, często jak to Pani nazywa, mam wrażenie, że kłócimy się to że nie jesteśmy tej samej płci, że ja jestem bardzo wrażliwa, płaczliwa, a mój mąż raczej twardą osobowością, a może nie tyle twardą, co trochę bojącą się okazywania wrażliwości. Słyszałam od koleżanki o roli jaką może odegrać w życiu malżeństwa stały wspólny spowiednik i uznałam, że chciałabym wprowadzić to do mojego a przez to do naszego życia. W związku z tym żestaramy się być blisko Pana Boga, czasem modlimy się razem, postanowiłam zachęcić męża do spróbowania. Myślałam o konkretnym księdzu, którego znamy (ale nie osobiście), którego kazania cenimy i wiemy, że zna się na posudze małżeńskiej, bo sam często o tym mówi. I tak rozczarowałam się i zasmuciłam, bo mój mąż oznajmił, że nie czuje takiej potrzeby, nie lubi się tak otwierać i rozdrabniać n a takie szczegółowe dyskusje, że może kiedyś, a teraz poradził mi żebym sama poprstu z tej możliwości korzystała i naciskała. Owszem tak też można, ale to trochę tak jakby samemu trenować taniec towarzyski, to w moim wyobrażeniu takie niepełne, zresztą ksiądz ten sam pytał czy mój mąż też zechce go odwiedzać, więc najwyraźniej tak jest lepiej. Co powinnam zrobić? Zaczekać czy sama zająć się poprostu własnym rozwojem duchowym? Czuję się zagubiona i trochę zawiedziona.

* * * * *

A może porozmawiaj z tym księdzem i powiedz właśnie o tym problemie. Twój mąż najwyraźniej nie czuje się gotowy i z pewnością nie powinno się go zmuszać. Co nie oznacza, że nie dojrzeje do tego. Jeśli odczuwasz potrzebę prowadzenia to zacznij sama korzystać z pomocy spowiednika. Z czasem mąż może się oswoić a może nawet chcieć spróbować. Z pewnością też ten spowiednik podpowie Ci jak zachęcić męża. Tylko naturalnie nigdy nie mów, że to spowiednik Ci coś kazał zrobić czy powiedzieć ,bo to go zniechęci. Tylko swoim przykładem możesz go zachęcić. Jeśli zobaczy, że Ci to pomaga to może z czasem się przekona. Bo w tej sytuacji samo czekanie aż mąż zechce może trwać w nieskończoność. Bo czemu ma zechcieć sam z siebie? Musi coś go pociągnąć, musi zobaczyć jak to jest. Jak nie zobaczy to będzie trwał przy swoim. Jeśli czujesz potrzebę - skorzystaj najpierw sama. Z Bogiem!


Ostatnia aktualizacja: 20.08.2010, 14:21


[ Powrót ]
Daj plusika:
[ Strona główna ] Drukuj Wyślij link
Trudna miłość. Jak pokonać kryzys? Trudna miłość. Jak pokonać kryzys?
Tonino Cantelmi, Rachele Barchiesi
Dlaczego zbudowanie stałych i silnych związków uczuciowych wydaje się dzisiaj bardzo trudne czy wręcz niemożliwe? Jakie są przyczyny kryzysu panującego w relacjach międzyludzkich? Autorzy niniejszej książki starają się ukazać te przyczyny. Chcą pomóc Czytelnikowi, zwłaszcza młodemu, w budowaniu trwałych relacji z innymi ludźmi.... » zobacz więcej
Zakochanie… i co dalej? Zakochanie… i co dalej?
Jacek Pulikowski
Książka ta jest pierwszym krokiem do szczęśliwego małżeństwa. Pomyśl o radosnym czasie zakochania, chodzenia ze sobą, narzeczeństwa i nie zmarnuj go! Wykorzystaj cenne wskazówki autora dla dobra twojego i przyszłego współmałżonka... » zobacz więcej
O stronie... | Ogłoszenia | Konkurs | Wspomóż nas | Polityka Prywatności | Kontakt

© 2001-2011 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej