Kartki Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Czat Opowiadania Perełki
Miłość czy MIŁOŚĆ? Czyli sztuka chodzenia ze sobą Miłość czy MIŁOŚĆ? Czyli sztuka chodzenia ze sobą
Katarzyna i Tomasz Jarosz
Przeczytaj tę książkę! Być może znajdziesz tu odpowiedzi na swoje pytania, a przedstawione rady pomogą Ci wybrnąć z sytuacji w jakieś się znalazłeś.... » zobacz więcej
miłość czy Miłość?

Odpowiedzi na pytania

Odp: [1-50], [51-100], [101-150], [151-200], [201-250], [251-300], [301-350], [351-400],
[401-450], [451-500], [501-550], [551-600], [601-650], [651-700], [701-750], [751-800], [801-850], [851-900]
[901-950], [951-1000], [1001-1050], [1051-1100], [1101-1150], [1151-1200], [1201-1250], [1251-1300],
[1301-1350], [1351-1400], [1401-1450], [1451-1500], [1501-1500], [1551-1600], [1601-1650], [1651-1700],
[1701-1750], [1751-1800], [1801-1850], [1851-1900], [1901-1950], [1951-2000], [2000-2050], [2051-2100],
[2100-2150], [2151-2200], [2201-2250], [2251-2300], [2301-2350], [2351-2400], [2401-2450], [2451-2500],
[2501-2550], [2551-2600], [2601-2650], [2651-2700], [2701-2750], [2751-2800], [2801-2850], [2851-2900], [2901-2950], [2951-3000],
[3001-3050], [3100-3100], [3101-3150], [3151-3200], [3201-3250], [3251-3300], [3301-3350], [3351-3400],

Porozmawiajmy spokojnie o... tych sprawach Porozmawiajmy spokojnie o... tych sprawach
Ks. Piotr Pawlukiewicz
Pewnego razu zapytał mnie ktoś: "O jakie sprawy tu chodzi?" O te! Tak, tak! Właśnie o te, o których myślisz. Którymi ludzie interesują się od dzieciństwa do późnej starości. Gdy w żeńskiej szkole średniej zaproponowałem dziewczętom, by anonimowo, na kartkach zadawały pytania na dowolne tematy, to trzy czwarte poruszanych zagadnień dotyczyło właśnie seksu... » zobacz więcej




  Kasia, 25 lat
400
29.10.2005  
Witam ponownie!Wielkie dzięki za poprzednie odpowiedzi :)(114 i 251). Staram się korzystać z Pani rad bo wiele w nich prawdy i mądrości.Udało mi się ostatnio porozmawiać z moim chłopakiem o tym ,że mam problem z akceptacją jego wyglądu , że boję się o jego zdrowie i przyszłość jego i naszą .Wiem ,że czuł się z tym źle ale już na drugi dzień zaczął wymyślać różne sposoby na swoje odhcudzanie.Zaczął mi się nawet tłumaczyć z tego ile i co zjadł! Ciągle oczywiście jestem w trakcie odpowiadania sobie na pytanie czy chcę z nim być.I nie wiem czemu ale od momentu kiedy wyrzuciłam z siebie wszystko(tzn wszystko oprócz tego że rodzice go nie akceptują) to widzę ,że coraz bardziej zaczęłam widzieć światełko w tunelu tzn że zaczęłam wierzyć w to że uda nam się jednak stworzyć ten związek .Tylko że ....mam analityczne podejście do życia i zawsze muszę przemyśleś wszystkie drogi jakimi mogłam pójść .i wydaje mi się ,że może to poniekąd z tego powodu że zaczęłam widzieć go już szczuplejszego , że wiem że może za moją przyczyną zacznie o siebie dbać itd.Głupie podejście wiem ale takie analizowanie ciągle mi przeszkadza w odalezieniu prawdziwej odpowiedzi.Tylko że ja znów zaczęłam za nim tęsknić .Widzę ,że on zaczął starać sie bardziej o ten związek , chociaż i tak starał się o wiele wiele razy bardziej niż ja .Zaczęłam znów wracać do myśłi o naszej wspólnej przyszłości.Owszem jest jeszcze we mnie sporo lęku , obaw jak to będzie , zdaję sobie sprawę że do małżeństwa jeszcze nie jestem dojrzała ale nie chcę się nigdize spieszyć. Tylko że ja już nie mam siły walczyć dłużej z rodzicami .A właściewie to już nie walczę.Poszłąm za Pani radą , i staram sie unikać rozmów z rodzicami o nim .Nie odpowiadam im na upokarzające mnie i jego przytyki , bardzo raniące mnie opinie.Tylko że stałam się bardzo nerwowa .Ja nigdy nie byłam nerwusem .Wręcz przeciwnie .Kiedyś nawet ktoś nazwał mnie flegmatykiem .A teraz wypływa ze mnie tyle zdenerwowania.Często tracę panowanie nad sobą(np wczoraj gdy wróciłam do domu na weekend na powitanie już ojciec przywitał mnie odpowiednią aluzją :\" będę miał w końcu normalnego zięcia?\" i nie wytrzymałam , rzuciłam łyżką bo akurat jadłam obiad , wybiegłam z domu i gdyby nie to że babcia zatrzymała mnie siłą , pobiegłabym pewnie do dziadka na cmentarz bo tylko tam mogę pójść żeby sie wypłakać).Moi przyjaciele też już to zauważyli ,że jestem coraz bardziej nerwowa , mniej opanowana, zgorzkniała) .Modlę się choć ostatnio panuje u mnie noc duchowa . Boję się wracać do domu .I nie wyobrażam sobie mieszkania z moimi rodzicami ale jak narazie nie mam innej możliwości .Jedynie mogę rzadziej wracać ze studiów na weekendy .Ja nie chcę ich znienawidzić . Oni mnie nie rozumieją dalej , ja nie rozumiem ich .A może faktycznie mają rację. .......... ojciec zarzeka się że choćby do końca swojego życia , to nie pozwoli mi na ślub z tym człowiekiem. To jak ja mam myśleć o ślubie , o planowaniu jakiegoś przyjęcia , a przede wszystkim jak mam to powiedzieć potem mojemu chłopakowi i jego rodzicom ????????Wiem ,że przyjęcie weselne i te wszytkie formalne i inne sprawy nie są najważniejsze ale cała rodzina pewnie nie wybaczyłaby mi tego ,że wzięłabym ślub bez ich obecności.I wtedy tymbardziej zrobiłaym rodzicom krzywdę ,bo w ich mniemaniu byby to wielki wstyd gdyby ludzie dowiedzieli się że wzięłam ślub bez ich zgody i obecnośći .Zresztą po prostu sobie tego nie wyobrażam żeby nie było na moim ślubie moich rodziców.No nie wyobrażam sobie i już. Nie wiem dalej jak z nimi rozmawiać .No nie wiem.Ciągle jest jeden temat albo każdy temat i tak prowadzi do jednego . Mama chyba trochę wyluzowała , tzn nie rozmawia ze mną na ten temat bo wie że będę sie denerwować choć jej zdanie jest takie jak ojca.ale tata...brak słów.Codziennie i o każdej porze.Porównuje się tylko do swojego kuzyna który kiedys tez awanturą rozerwał związek mojej kuzynki a potem wyszła za innego mężczyznę i jest szczęśliwa , i to jest ich przykład na potweirdzenie słuszności ich działania. A co do wieczorów dla zakochanych to mój chłopak narazie sceptycznie jest do tego nastawiony i nie chce narazie słyszeć o tym byśmy tam jechali .Moi przyjaciele ostatnio wrócili z takich rekolekcji i są bardzo zadowoleni.Mam nadzieję ,że uda mi się jeszcze go namówić. Jeśli mogę prosić o jakąkolwiek jeszcze pomoc od Pani to proszę mi odpowiedzieć na pytanie:czy gdy się będę chciała oddalić od moich rodziców , tj wyjechać , wyprowadzić się , to będzie takie wielkie zło które im uczynię, brak szacunku ?czy Pani zdaniem lepiej byłoby gdybym powiedziała mojemu chłopakowi o tym że go rodzice moi nie akceptują? I czy mam unikać jego spotkań z moją rodziną?Mam go nie zapraszać do nas , choćby nawet w Święta ?zawsze po takich wizytach są awantury .Ja już dawno nie zapraszałam go do nas. I jednocześnie odmawiam gdy jego rodzice zaproszą mnie do nich bo przykro mi że nie mogę odwzajemnić. A już jest megaawantura gdy powiem w domu że jadę do nich do domu bo mnie zaprosili.I tak żyję w takim rozdarciu.Rodzice moi nie chcą o nim słyszeć, nie chcą go widzieć ( kolejny cytat :\"nie chcę go widzieć w tym domu\"). Spotykamy się więc na neutralnym gruncie tzn albo u mnie w akademiku , albo w kawiarniach , pubach , kościele, u moich przyjaciół , u jego przyjaciół.Tylko nie u mnie w domu. Proszę o jakąkolwiek radę .I z góry dziękuję za wszystko.Pozdrawiam .Z Panem Bogiem.

* * * * *

Kasiu, moja imienniczko :)
Bardzo się cieszę, że już u Was lepiej. Co do twoich rozterek.
Znam to wszystko z autopsji, więc trochę będę się kierować swoimi doświadczeniami.
Już w trakcie czytania Twojego listu nasunęła mi się myśl, że powinnaś się wyprowadzić. A później sama o tym napisałaś. Nie będzie złem jeśli się wyprowadzisz lub będziesz rzadziej odwiedzać rodziców. Jesteś dorosłą osobą, której rodzice odmawiają szacunku, a nie odwrotnie. Rozumiem Twoje reakcje na słowa ojca - jesteś człowiekiem i masz uczucia, trudno zatem nie czuć wzburzenia gdy ktoś rani Twoją ukochaną osobę. To emocje, a nie brak szacunku. Nawet w Piśmie św. jest napisane "ojcowie nie rozdrażniajcie swoich dzieci..." A czymże innym jest działanie Twojego ojca? Na ślub na szczęście on nie musi Ci zezwalać, choć oczywiście może nie wspomóc Cię finansowo, a w najgorszym przypadku na ślub nie przyjść. Może. Takie jego prawo, jego wybór. Rozumiem, że sobie tego nie wyobrażasz. Ale powiem Ci, że przeważnie jest tak, że im bliżej tego ślubu tym zakazy bardziej słabną. Jak rodzice widzą, że młodzi faktycznie się na niego zdecydowali, jak się zaręczą (nawet jeśli rodzice nie przyjmą tego faktu do wiadomości), jak zaczną szukać sali, załatwiać formalności to dochodzi do nich, że to prawda i że nic na to nie poradzą. Bardzo rzadko się zdarza, że nie przychodzą na ślub. Z różnych względów, choćby takich przyziemnych jak wstyd przed rodziną, którą się przecież na ślub zaprosiło. Jak to by więc wyglądało, że chrzestni są, ciotki są a rodziców nie ma. Całe życie by się później przed tą rodziną tłumaczyli. Więc o tym na razie nie myśl i się tego nie bój.
Co do powiedzenia chłopakowi o stosunku Twoich rodziców do niego. Powoli acz nieubłaganie chyba ten czas nadchodzi. Delikatnie, by go w kompleksy jeszcze większe nie wpędzić powinnaś mu zacząć o tym mówić. Nie ukryjesz przecież tego przed nim do końca, a lepiej pomalutku go do tego przygotować niżby miał się dowiedzieć nagle i ze szczegółami. Przeżyłby szok. Zresztą wydaje mi się, że on się na pewno tego domyśla.
Jego rodziców odwiedzaj. Nie unikaj ich, żeby o Tobie źle nie pomyśleli. Daj im się poznać, Ty poznawaj ich. Będzie Ci łatwiej, bo więź z teściami też się buduje powoli, a poza tym będziesz mieć oparcie w nich, bo oni jak rozumiem nie są przecież przeciwni Waszemu związkowi? I nie miej wyrzutów, że Ty nie zapraszasz do swoich rodziców. Chłopakowi wytłumacz dlaczego, a on jeśli uzna za stosowne - może coś wspomnieć o tym swoim rodzicom, jeśli będą pytali. Swoim rodzicom nie musisz się tłumaczyć, że tam byłaś.
Rozumiem Cię, wiem jak Ci ciężko. Ale tak jak mówiłam: nie z rodzicami życie przeżyjesz i nie dla nich męża wybierasz tylko dla siebie.
Na koniec co do Twojej relacji z chłopakiem. Wiem o co Ci chodzi. To normalne, a nawet chwalebne, że myślisz, zastanawiasz się, to przecież Twoje życie. Wiesz, wydaje mi się, że najważniejsze już za Tobą - Twoja pełna akceptacja jego osoby. Skoro - jak mówisz - bywasz z nim wszędzie, przedstawiasz swoim przyjaciołom itp. to znaczy, że się nie wstydzisz, że masz odwagę go światu pokazać, przyznać się do miłości do niego. Jednocześnie masz prawo chcieć, by zyskał na swoim wyglądzie - to też część troski o niego.
Jeśli chodzi o "Wieczory..." może on ma opory przed wyjazdem - pokazaniem się wśród innych obcych ludzi? A może w mieście gdzie studiujesz są takie "Wieczory..." na miejscu. My chodziliśmy co tydzień, nie byliśmy na wyjazdowych. Gdzie studiujesz? Jeśli chcesz napisz na maila (na adres strony) to może coś znajdę? Ty też poszperaj na podanych stronach.
I jeszcze jeden wniosek mi się nasuwa: czy Ty masz rodzeństwo? Bo może to zachowanie rodziców jest tak ostre bo wszelkie nadzieje tylko w Tobie pokładali? A jeśli masz rodzeństwo: jaki jest ich stosunek do Twojego chłopaka? Bo przyjaciół rozumiem, że normalny?
Pozdrawiam :)

  Gosia, 15 lat
399
29.10.2005  
Czy będę miała wogóle jakiegoś chlopaka który powie mi że jestem naprawdę ładna i czy ten chłopak ktory mi się podoba kiedyś porozmawia ze mną. jest w moim wieku, ale boję się że się ze mnie sśmieje dlatego chcę jakoś z nim pogadać. co mam zrobić? proszę mi doradzić... jeszcze jedno........ Chce aby do mojej koleżanki zagadał pewnien chłopak który sie jej podoba...... Co ona ma zrobić? Czy to ona ma zrobić ten pierwszy krok albo poprostu ma poczekac? Napiszcie do mnie:)

* * * * *

Co do pierwszego pytania: jasnowidzem nie jestem, nie mogę Ci powiedzieć, że coś będzie tak albo tak. Jeśli Ci się ktoś podoba to podejdź do niego i zapytaj o coś. Wszystko zależy od tego jak dobrze go znasz, jak często macie kontakt itp. Spróbuj porozmawiać z nim na jakiś konkretny temat, coś pożyczyć, o coś poprosić. Jeśli on będzie Tobą zainteresowany to na pewno nie będzie się z Ciebie śmiał, będzie ucieszony na Twój widok. Dokładnie to samo radzę Twojej koleżance. I jeszcze jedno: rozmawiajcie na osobności, nie wtedy kiedy on jest w grupie rówieśników, bo może się wstydzić lub chcieć przed nimi popisać, a w tym wieku łatwo o takie wygłupy.

  ANETA, 25 lat
398
29.10.2005  
PROSZĘ PANI W JAKI SPOSÓB MOŻNA BYĆ ŻONĄ I OSOBĄ ŚWIECKĄ RÓWNOCZEŚNIE, TAJ JAK PANI?

* * * * *

Polecam w tym zakresie lekturę encyklopedii powszechnej.

  Marta, 20 lat
397
29.10.2005  
hej...czytalam tak sobie te historie...i tak sie zastanawiam czy moje uczucie...jest ta prawdziwa miłościa...Jestesmy z Tomkiem ponad 2 lata...on jest starszy ode mnie o 4 lata...bardzo wiele juz przeszlismy przez ten czas...Tomke wyjechal do Anglii i widzimy sie co 4 miesiace...jest ciezko bo czasem potrzebuje sie przytulic do niego porozmawaic z nim...nawet pomilczec a wiem ze nie moge...ALE WCIAZ CHCE CZEKAC.... bo wiem ze warto..jest cudownym człowiekiem...dzieki niemu zrozumielam wiele on wiele mnie nauczyl....bardzo czesto rozmawiamy ze soba przez telefon wiec kontakt mamy staly....on zawsze mowi ze ten wyjazd jest dla nas..ze chce cos osiagnac zeby bylo nam latwiej..ja to rozumiem....on zadko mowi \"kocham\" twierdzi ze woli cos zrobic niz mowic puste slowa...wiecie co tak sie zastanawiam czy to juz ten jedyny...wedlug mnie chyba tak...to z nim cchialabym spedzic reszte zycia..napiszcie prosze czy to moze byc juz to.....

* * * * *

Proszę poczytaj odp. nr 19 i 15. Co do tego, że on rzadko mówi "kocham" - taka natura większości mężczyzn. Dla nich bardziej liczy się czyn niż słowo. Polecam w tym zakresie kapitalną książkę "Płeć mózgu" i o różnicach w psychice "Mężczyźni są z Marsa, kobiety są z Wenus".
A czy to może już być to? Pewnie może, choć niestety Ty sama musisz sobie odpowiedzieć na to pytanie...

  Aniaaa, 16 lat
396
28.10.2005  
Wiem że może pani potraktować moje pytanie mało poważnie ze względu na mój wiek ale... tak strasznie jestem samotna... Nigdy nie miałam chłopaka ani jak się tak dobrze zastanowić prawdziwego przyjaciela. Wszystkim moim \"przyjaciółkom\" potrzebna byłam do tego by mogły się wygadać... To prawda potrafię słuchać. Wysłuchiwałam więc o tym jakich to mają wspaniałych chłopaków, jakie mają z nimi problemy, potrafię już nawet dawać całkiem niezłe rady... jednak tak naprawdę nigdy nie powiedziałam nikomu o sobie, o tym że ja też tak bardzo chciałabym mieć się do kogo przytulić, z kim porozmaiwiać i kogo obdarzyć tym ciepłem ktore posiadam. Chciałabym spotkać chłopaka... nie musi być piękny wysoki i jeździć limuzyną... Modlę się o to gorliwię jednak Pan nie postawił jeszcze na mojej drodze nikogo takiego. Jestem osobą raczej nieśmiałą i często wręcz boję się przedstawicieli płci przeciwnej... Oto mój problem

* * * * *

Aniu, nie potraktuję tego mało poważnie, bo...wiem jak to jest. Samotność to problem bardzo wielu osób. Sama tego doświadczyłam. Teraz jestem mężatką ale nie miałam nikogo do 26. roku życia i wiem jak to smakuje. O samotności napisałam wiele w odp. nr 56 i 302, zajrzyj tam.

  DagA, 14 lat
395
28.10.2005  
Ostatnio moje życie stało się strasznie nudne..Mam dużo problemów...przez wakacje chodziłam w pewne miejsce gdzie było fantastycznie..Pozdnałam tam dużo przyjaciół,bez ktoych nie mogłam żyć.Teraz połowa z nich mnie obgaduje i ma mnie gdzieś.Nie lubimy się już.Mam pewną koleżankę z którą doskonale się rozumiemy.To jest moja najlepsza dotychczasowa przyjaciółka i myślę,że jeszcze długo nią będzie..problem to to ,że wsyzscy uważają mnie za zdraczynię i przestają lubić.Teraz została mi tylko Paulina i nikt więcej i chociaż bardzo ją lubię i nadal jet moją naj.. ale odczuwam pustkę..nie mam oprócz niej nikogo.Może nie ilość a jakość!??..Nie wiem czy mam nadal przyjaźnić się z Pauliną,z którą czuję się fantastycznie ,czy też dbać o innych?Pomóż!Mam również pytanie dotyczące chłopaka.Otóż już od długiego czasu nie mam chłopaka..Dawniej wszyscy mówili że jestem piękna i cała klasa się we mnie kochała a teraz nikt...czuję się żle b,o moja życia już od długiego czasu jest takie samo a co najgorsze nie zamierza się zmienić...=/

* * * * *

Po pierwsze: trochę nie rozumiem połączenia: nudne życie a mnóstwo problemów. Właśnie ciekawe skoro masz przed sobą wyzwania w postaci konkretnych rzeczy do rozwiązania. Mogą one być dla Ciebie źródłem siły i mądrości życiowej - jeśli je pokonasz będziesz bogatsza w doświadczenie i będziesz lepiej rozumiała innych. Tak więc popatrz na to od tej strony. Poza tym masz rację: lepsza jest jakość niż ilość. Skoro część osób Cię obmawia to nie musisz utrzymywać z nimi kontaktu i dawać im powodu do wymyślania coraz nowych rzeczy. Ciesz się, że masz sprawdzoną przyjaciółkę. A może zacznij bywać w innych miejscach, może jakaś wspólnota? Tam też poznasz wartościowych ludzi. Co do chłopaka: odpowiedz sobie najpierw na pytanie po co chcesz go mieć? Chyba nie z powodu potrzeby bycia adorowaną, co? To byłby kiepski powód. Ciesz się, że jeszcze go nie masz, że możesz rozwijać swoje zainteresowania, a gdy Bóg uzna, że jesteś na tyle dojrzała, żeby dzielić życie z kimś drugim to postawi na Twojej drodze tę osobę.
Twoje życie nie zmieni się samo. Ty musisz w nim podziałać. Zmień środowisko, zajmij się czymś co Ci dobrze wychodzi, pielęgnuj swoje hobby. Może zacznij pomagać innym (babci, sąsiadce, mamie)? Zapewniam Cię, że nie spostrzeżesz się jak szybko to wszystko się zmieni i będziesz pełną życia i radości dziewczyną.

  PRySzCzTa..!, 15 lat
394
28.10.2005  
MaM DużO PrYszCzy..SłYszAłaM żE SŁoDyCzE JeSzCzE BaRdzIeJ PoBuDzAJą SkóRe Do PrOdUKowaNia PrYszCzy..Czy ChOdzi o WsZyStKie SłoDyCze CzE TyLko O CzeKoLaDe..?..PRoSzE PoMóŻ!

* * * * *

Ja też słyszałam, że chodzi o czekoladę, ale radziłabym się przejść do dobrego dermatologa. Ja nim nie jestem :)

  Karolina, 20 lat
393
28.10.2005  
Po co jest nadzieja?

* * * * *

Żebyśmy wszyscy zbiorowo nie popełnili samobójstwa nie widząc szansy na przyszłość.

  Kasia, 16 lat
392
28.10.2005  
W te wakacje poznałam Mateusza, od razu mi się spodobał. Myślałam, ze nic z tego nie wyjdzie, wcześniej miałam pecha w miłości, zawsze wybierałam nieodpowiednich. Miałam dwóch chłopaków ale z żadnym tak naprawdę, nie byłam blisko. On był pierwszy, z nim przeżyłam najpiękniejsze chwile, pierwszy pocaunek, pierwszy zachód słońca, wszystko pierwsze. Chciałam nawet mu się oddać ale jednak tego nie zrobiłam. Ja mieszkam w Łodzi on w Częstochowie. Po powrocie z wakacji nadal utrzymywaliśmy kontakt, on cały czas mówił, że mnie kocha, chce mnie przy sobie mieć, chciał się spotykać. Ja jednak postępowałam bardzo niedojrzale, zawsze chciałam mieć wszystko od razu. Potrzebowałam pełnej adoracji, najlepiej żeby rzucił wszystko inne i zajmował się tylko mną, przez tę odległość stałam się bardzo zazdrosna, zaborcza, robiłam ciagłe wyrzuty, az wreszcie wszystko pękło. On powiedział, że już dalej tak nie może, że to go przytłacza i żebyśmy zostali kolegami. Ja nadal go kocham i wiem, ze on mnie też ale nie ma sił,( i boi się), zacząć jeszcze raz. Mnie też nie było lekko, nie wyobrażam sobie życia bez niego, chciałam popełnić samobójstwo ale pewien duchowny mnie od tego odwiódł. Nie wiem co mam robić, nie mogę normalnie żyć i nie chcę bez niego. Wiem, że to coś więcej, niz tylko zauroczenie, wiem bo czuje się zupełnie inaczej niż wcześniej, gdy ktoś mi się tylko podobał. Nie będę bez niego żyć, nie ma takiego wyjścia. Powiedzcie tylko co zrobić, by go odzyskać.

* * * * *

Nie powiem Ci co zrobić, żeby go odzyskać bo on jest wolnym człowiekiem i nie ma takiej siły, żeby go od miłości zmusiła. Natomiast powiem coś Tobie. Popełniłaś dwa błędy. Byłaś zazdrosna - przeczytaj w odp. nr 24 do czego to prowadzi. A po drugie - chciałaś mu się oddać. Ja się pytam po co. Jak dziewczyna chce dla chłopaka wszystko zrobić, wszystko poświęcić, jeśli jest bardzo uległa i z siebie, swoich zasad rezygnuje to on jej po prostu nie będzie szanował. To uzna, że jest "łatwa", że nie musi jej zdobywać, ona czasem wręcz go przytłacza swoim narzucaniem się. Mężczyzna jest trochę jak rycerz: on chce zdobywać, chce walczyć. Czy widziałaś kiedyś, żeby dama serca przychodziła do rycerza i mówiła: "Wiesz, Zbyszko, tak naprawdę to nie musisz nigdzie jechać, w zasadzie to ja się na wszystko zgadzam co chcesz. Złaź z tego konia, twoja misja się skończyła". No żaden szanujący się rycerz by tego nerwowo nie wytrzymał i czym prędzej poszukał innej damy.
Myślisz, że bajki opowiadam? Nie. Tak mniej więcej wygląda często związek. Ona mu się nie daje wykazać. Tłamsi wszystkie jego wysiłki, robi wszystko za niego. Chęć "oddania się" jest już takim szczytem, gdzie facet widzi, że nie ma już nic do roboty. Na szczęście tego nie zrobiłaś, ale mówię o tym, żebyś zobaczyła i zrozumiała, że mężczyzna ceni w kobiecie to, że ona siebie szanuje, ma zasady i pozwoli jemu działać.
On powiedział dlaczego zrywa, powiedział Ci to bardzo klarownie: to wszystko go przytłoczyło i coś pękło. Facet nie wytrzymał napięcia. Czy jest szansa, żebyście byli razem? Nie wiem. On na pewno będzie się bał, że to wszystko się powtórzy, nie wiem czy będzie chciał zaryzykować. Możesz próbować, ale musisz zmienić swoje postępowanie. Pozwól mu być mężczyzną - o tym w odp. nr 25.

  justyna, 10 lat
391
28.10.2005  
moje koleznki maja juz chlopaka dlaczego j nie mam??

* * * * *

A spytaj koleżanki dlaczego mają chłopaka, co ich do tego skłoniło i po co z nim chodzą. Jeśli będą Ci potrafiły rozsądnie odpowiedzieć na to pytanie to wtedy ja też Ci na nie odpowiem.

  gratena, 20 lat
390
28.10.2005  
proszę pani (list 350) nie wyjaśniłam dokładnie sytuacji, chodzi mi o sytuację hipotetyczną,że gdyby mój chłopak-narzeczony nadużywał alkoholu i ja bym go zostawiła z tego powodu, to znaczy że go nie kocham, kłamałabym i grzeszyła mówiąc że go kocham, teraz gdy ze sobą chodzimy, bo kochać to znaczy być z kimś na dobre i złe, a ja bym odeszła? tzn. ,że nie powinnam mówić kocham teraz gdy ze sobą chodzimy? ale gdzyby tak było, nie mogłabym nikomu nigdy powiedzieć,że kocham, bo w razie pijaństwa przecież chciałabym odejść, więc jak to jest? sytuacja teraz dotyczy narzeczonego, a więc mówiłam mu że zostanę jego żoną, ale mu jeszcze nic nie ślubowałam przed bogiem, czy to mnie do czegoś zobowiązuje? dziękuję i pozdrawiam

* * * * *

Podtrzymuję to co Ci napisałam: z miłości do kogoś też można odejść, żeby pozwolić mu dorosnąć i to nie jest żadne kłamstwo. Jeśli jesteś szczera w swoim wyznaniu miłości to gdzie tu grzech? Narzeczeństwo i deklaracja zostania czyjąś żoną w przyszłości naturalnie winna być przemyślana i rodzi odpowiedzialność. Nie można jednak zaręczyn porównywać z przysięgą małżeńską. W narzeczeństwie nie ślubujemy przed Bogiem a "jedynie" obiecujemy, że zostaniemy czyimś małżonkiem w przyszłości. Nie jest to akt formalny zatem zerwanie też nie odbywa się przecież formalnie. Oczywiście narzeczeństwo rodzi odpowiedzialność i dlatego zaręczamy się wtedy gdy naprawdę chcemy założyć rodzinę z tą druga osobą (stąd słowo "jedynie" jest w cudzysłowiu). Ale - tak jak mówisz - mogą zaistnieć w czasie trwania narzeczeństwa takie sytuacje, takie wydarzenia, że zdecydujemy, iż małżeństwo z tą osobą nie byłoby dobrem: dla nas, dla tej osoby, dla przyszłych dzieci (to też jest ważne!) i zdecydujemy się odejść. Czy wobec tego wcześniejsze wyznania miłości były kłamstwem? Nie - jeśli były szczere. Tobie pewnie chodzi o to, że byłoby to czynienie założenia w narzeczeństwie, że możemy opuścić tę osobę, choć małżeństwo jest na dobre i złe. Tak, małżeństwo jest na dobre i złe, chociaż Kościół dopuszcza instytucję separacji w takim przypadku. Nikt bowiem nie każe bitej żonie alkoholika trwać z nim we wspólnocie małżeńskiej: może odejść, może jego wyrzucić z domu, nie wolno jej tylko jednego: związać się z innym człowiekiem. Trzeba bowiem dobrze zrozumieć sens przysięgi małżeńskiej: ślubowanie "i że Cię nie opuszczę" nie oznacza, że będę z Tobą zawsze mieszkać. Oznacza to, że ja nigdy już z innym człowiekiem za Twojego życia się nie zwiążę. Gdyby było inaczej to byłoby nieludzkie: nie można przecież skazywać żony i dzieci (czasem męża) na bezkarne bicie, maltretowanie, upokarzanie ze strony małżonka nadużywającego alkoholu, narkotyków czy będącego zagrożeniem z powodu choroby psychicznej. I wtedy nawet w małżeństwie można odejść. Mało tego czasem wręcz jest to obowiązkiem: żeby chronić siebie, chronić dzieci. To, że jest wiele kobiet, które nie odchodzą, mimo, iż powinny to już zupełnie inna historia, ale z zachowywaniem przysięgi małżeńskiej to nie ma nic wspólnego. W narzeczeństwie to wszystko wygląda podobnie. No, oczywiście, nie ma wtedy dzieci i nie mieszkamy razem, ale jeśli narzeczony nagle (albo i nie nagle) zaczyna pić, nie szanować narzeczonej, oszukiwać itp. też można (a chyba nawet trzeba) odejść. Różnica polega na tym, że tu mamy tę "komfortową" sytuację, że możemy związać się z kimś innym. Mam nadzieję, że się rozumiemy. Skoro zaś pytasz hipotetycznie to życzę Ci abyś nigdy nie musiała takiej dramatycznej decyzji podejmować i tradycyjnie jak wszystkich narzeczonych zapraszam Was na "Wieczory dla zakochanych" - na wiele tematów sobie tam porozmawiacie. Informacje: www.spotkaniamalzenskie.pl, www.malzenstwo.pl

  Marek, 18 lat
389
27.10.2005  
nie mam już sił do swojej klasy! na każdym kroku, obrażają mnie, poniżają i po prostu denerwują! robią wszystko żebym wypadł jak najgorzej :\\ nie mogę się zgłaszać, głośno wypowiadać zdania, bo zaraz słyszę głosy, bezczelnie mnie obgadujące! a co jest w tym wszystkim najlepsze? że ja NIC nie zrobiłem! a jeszcze lepsze- w zasadzie to ONI traktują tak wszystkich. ale ja mam dość! co zrobić, żeby zetrzeć te głupie uśmieszki z ich twarzy? aha, mówiąc ONI, mam na myśli pewną część (większość) klasy, składającą się z dziewczyn i chłopaków, delikatnie mówiąc \'lekkich obyczajów\' ha! wszystko fajnie, nie uczą się, piją, palą a nauczyczyciele ich lubią :\\

* * * * *

Współczuję. Nie będę Ci doradzać pokory, bo tego Ci pewnie nie brakuje, poza tym masz swoją godność i nie możesz pozwalać sobie na wszystko. A może by zrobić delegację z tych "uciśnionych" i pójść do wychowawcy opowiedzieć jak jest naprawdę? Pójść też do księdza lub katechety, który Was uczy religii, żeby on pogadał o tym z dyrektorem? Przecież nie może tak być, że jakaś grupa stosuje terror klasowy. Co poza tym? Ignorować i robić swoje mimo wszystko, tak jakbyś tego nie słyszał. Wiem, że to trudne. Ale chyba to jedyne wyjście, bo tłumaczeniem się, wchodzeniem w dyskusję, odpowiadaniem na zaczepki tylko ich rozochocisz. Ogólnie ciężka sprawa i koniecznie wymaga interwencji kadry pedagogicznej.

  olaa, 16 lat
388
27.10.2005  
Mam takie pytanie . wiec tak Mam juz chłopka ale zakochałm sie w mojim przyacielu.. co mam zrobic bardzo kocham swojego chłopka i niechciała bym go zostawiac.. ale tez bardzo podoba mi sie mój przyjaciel (Grzesiek)..co mam zrobic????

* * * * *

Wybrać. Nie można kochać dwóch osób naraz, bo wtedy nigdy nie będziemy wobec któregoś z nich szczerzy. Zapytaj siebie czego naprawdę chcesz.
Swoja drogą co na to Twój przyjaciel?
A może po prostu jeszcze za wcześnie na miłość?

  Krzyś, 20 lat
387
27.10.2005  
Hej! Poznałem Agnieszke 2 lata temu. Była ładna, podobała się wielu chłopakom, mnie też ale odrazu nie zakolegowaliśmy się. Dopiero przyjażń pojawiła sie w tym roku na pielgrzymce też nie od razu.Dopiero jak zjedliśmy razem obiad i ona załatwiła mi nocleg. Nie odstępowaliśmy się na krok. Cały czas się spotykamy, tęsknimy za sobą i wyznajemy sobie miłość. Pasujemy do siebie tylko pod jednym wzgledem - mamy podobne charaktery. Ona jest wysoką blondynką, o pieknych oczach i uśmiechu. Mogła by mieć każdego chłopaka z BMW a ja niski chłopak bez urody z poczuciem humoru za co jak twierdzi kocha mnie najbardziej. Chodzi dla mnie tylko do szkoły bo ma skłonność do opuszczania częstego zajęć. Mój kolega zapytał ją o ochodzenie ale ona odmówiła i teraz go nie lubi i nie wiem czy jak ja bym ją zapytał to samo by nie było ze mną? Mój problem polega na tym czy to tylko przyjążń, zauroczenie lub miłość? Czy jak mówi do mnie ,,kocham Cię\" to tylko puste słowa? Jedno jest pewne Ja ją kocham bardzo.

* * * * *

Zaraz, bracie to ja czegoś nie rozumiem. Mówisz, że ciągle wyznajecie sobie miłość, spotykacie się a Ty nie wiesz czy ona chciałaby z Tobą chodzić? To co to teraz jest? A może teraz taka moda, że zaczyna się od końca, a ja się znam ;-)? Moim zdaniem to Wy już chodzicie, jeśli chcesz możesz z nią o tym porozmawiać - jak ona to widzi. Poza tym, wyznanie miłości nie powinno być pustym słowem. Też porozmawiaj z nią na ten temat - co to dla niej oznacza, co dla Ciebie? Jeśli nadal masz wątpliwości to poczytaj odp. nr 15, 19, 18, 61, 74, 217.

  Asia, 17 lat
386
27.10.2005  
nie wiem co robic...moje zycie jest smutne.brak mi milosci.za kazdym razem gdy kogos nia obdarze to to sie zle konczy.cierpie. osoby widza we mnie kolezanke i to bardzo dobra... a ja jestem zalamana...smutno mi i zle..brak mi sensu zycia/po co zyc?dla kogos?co z tego ze mnie rodzice kochaja?mi brak jest milosci kogos kto mnie zaakceptuje taka jaka jestem i obdarzy mnie milscia partnerska....teraz gdy sie dowiedzialam ze po raz kolejny ponioslam porazke to juz naprawde nie wiem co robic? czemu jestem taka dobra kumpela i tylko nia?ja chce byc czula i dobra dziewczyna...tak mi zle..

* * * * *

Przeczytaj odp. nr 379, może w tym tkwi Twój problem.
P.S. To, że Cię rodzice kochają to nie takie "nic", pomyśl o tysiącach dzieci w domach dziecka, z chorobą sierocą, które być może nawet nie znają swoich rodziców.
Poza tym: skąd wiesz co spotka Cię za tydzień? Skąd wiesz co Bóg dla Ciebie przygotował? A może On nie chce, żebyś rozmieniała swą miłość na drobne i przygotowuje Cię do czegoś piękniejszego niż Ci się wydaje? Wykorzystaj ten czas na robienie rzeczy, których nie zrobisz będąc już z kimś, zadbaj o siebie, o swoje hobby, o swoje zainteresowania, naucz się czegoś pożytecznego. Potem będzie jak znalazł :)

  Amelia, 19 lat
385
27.10.2005  
Pojawił się zupełnie niespodziewania... Właściwie to znaliśmy się dość długo ale nigdy bliżej, zawsze tylko na cześć. Poznaliśmy się bliżej gdy zbliżała się studniówka. Nie miałam pojęcia z kim mogę pójść. Nagle na myśl przyszedł ON. Pomyślałam- czemu nie? Przystojny, inteligentny, potrafi się dobrze bawić (no, może tylko czasem zbyt zarozumiały...) Zadzwoniłam, zapytałam... zgodził się.....................................i to miało być wszystko. Po kilku dniach postanowiliśmy się spotkać by po prostu troszkę lepiej sie poznać. I tu się wszystko zaczęło. Podczas spotkania odkryłam jak wieloma rzeczami się różnimy. Dwa zupełnie różne światy!!! Aż się bałam, że nie będziemy mogli sie porozumieć. ale tak nie była. Tość dobrze nam się ze sobą rozmawiało...i cały czas odczuwałam między nami coś co przyciąga. Późnie zaczęły się schody... Nieprzespane noce, ciągłe myśli o Nim. A On... praca, szkoła, znajomi...i choć daje znać, że może coś być, że warto czakać, że czas pokaże... to jakos trudno w tym trwać. Czy przeciwieństwa mogą istnieć ze sobą? Czy cierpliwość jaką Mu okazuje (czekając kolejny weekend na jego przyjazd)nie będzie zmarnowana? Czy to może być miłość? To miała być tylko studniówka...a mi zależy.

* * * * *

No tak, Tobie zależy, ale czy zależy jemu?
Przeciwieństwa mogą współistnieć, bo przecież każdy człowiek jest inny. Możliwy jest związek pomiędzy ludźmi o odmiennych temperamentach, nawet zainteresowaniach, upodobaniach, ale coś ich musi łączyć. Wspólne muszą być rzeczy zasadnicze: zasady, hierarchia wartości (nie mówię, że wiara, bo przecież istnieją małżeństwa mieszane czy nawet wierzących z niewierzącymi i to całkiem udane), wspólne poglądy na życie itp. A później na wychowanie dzieci, na to co chcemy w życiu osiągnąć. Mniej istotne jest to jaki mamy styl ubierania, o której wstajemy i co lubimy na obiad. Chociaż - nie ukrywajmy - te drobiazgi też potrafią być przyczyną kłótni, potrafią przeszkadzać. Ja np. lubię wstawać rano, a o 22 już jestem śpiąca. Mój mąż wtedy się rozkręca i najchętniej by popracował przy komputerze. Z kolei rano ja chciałabym zacząć sprzątać, ale nie będę mu w sobotę o 7 pobudki robić itp. a że mamy jeden pokój to ciągle musimy wypracowywać kompromis. Tak więc odpowiadając na Twoje pytanie: tak, możliwe jest współistnienie przeciwieństw, tylko pod warunkiem, że ludzie są ich świadomi, akceptują je nawzajem, nie mają o to do siebie pretensji i są na tyle dojrzali, by nie robić z nich wielkich problemów. To tak w skrócie. No i czasami jednak pójść na ustępstwo, jeśli nie da się wypracować kompromisu.
Co do drugiego pytania - to już trudniejsze i nie mogę Ci jednoznacznie na nie odpowiedzieć. Oczywiście, że jeśli znacie się bliżej kilka miesięcy i nie widzicie codziennie to macie prawo nie wiedzieć co do siebie czujecie i czy chcecie ze sobą być. Po to właśnie jest czas poznawania się - żeby zdecydować. Na pewno powinniście dać sobie nawzajem trochę czasu na to. Często też tak bywa, że rozwój zaangażowania w związku nie jest taki sam u obojga. Te linie się nie pokrywają. One mogą być na zupełnie innym poziomie przez długi czas. U jednych to będzie stopniowy wzrost, u innych takie schodki a u jeszcze innych długo nic i nagły wzrost. Z Twojego listu wnioskuję, że Ty jesteś bardziej zdecydowana, Twój chłopak się waha, ale daje Ci nadzieję. No cóż, musisz po prostu czekać. Nic pochopnie, nic przez wymuszenie. Miłość to wolna decyzja. Życzę Ci, żebyście doszli do porozumienia i żeby Twoja cierpliwość została nagrodzona. Na koniec polecam Ci tę modlitwę: [zobacz]

  Zagubiona, 18 lat
384
27.10.2005  
Już kiedyś pisałam o swoim problemie (nr249) jestem załamana, nienawidzę się! Kiedy tylko wchodzę do netu, nie potrafię się obejść bez wejścia na erotyczne strony!! Już naprawdę nie wiem jak z tym walczyć, bo robię to mimo woli, ja NIE CHCĘ!! Nie potrafię rozmawiać już z nikim, z przyjaciółmi... bo wiem, że gdyby znali prawdę o mnie, to już by nimi nie byli... Bardzo chcę to zmienić, jestem uzależniona! i nie potrafię z tym żyć... myślałam, że jestem blisko Jezusa, ale za każdym razem kiedy nie potrafię się temu przeciwstawić uświadamiam sobie, że jestem badrzo daleko... że go zdradzam... Błagam o pomoc!!

* * * * *

Nawet nie wiesz jak blisko Niego jesteś gdy uświadamiasz sobie, że to co robisz jest złe. On zawsze Ci wybaczy. Najważniejsze jest to, że masz świadomość zła i chcesz z tym zerwać. To już połowa sukcesu!!! Spowiadaj się i módl. I myślę, że koniecznie powinnaś skorzystać z pomocy ośrodka, który Ci wcześniej poleciłam. Każde Twoje zwycięstwo przybliży Cię do Boga, tylko się nie poddawaj, walcz! Wyjdziesz z tego, tylko pozwól pomóc sobie innym.

  olciak, 19 lat
383
26.10.2005  
jestem w głupiej sytuacji...ciągle myślałam,że mam iść do zakonu i bardzo fascyowała mnie ta droga....byłam już w sumie zdecydowana,że po maturze wstąpie do postulatu...czułam,ze tam wałaśnie będzie moje prawdziwe szczęście....OBIECAŁAM PANU BOGU ŻE ZOSTANE ZAKONNICĄ....w klasie maturalnej mój najlepszy kumpel stwierdził,że czuje do mnie coś więcej...że...naprawdę mnie kocha...długo sie temu opierałam,widziałam jak ona cierpi,ale cóz...trwałam przy swoim...nawet bardziej trwałam przy zakonie,niż czułam to powołanie....a miałam wiele wątpliwości....w końcu juz nie mogłam wytrzymać tego co sie we mnie działo-cos mi ciagle mówiło,ze zakon jest nie dla mnie....w końcu sie poddałam i nie wiedziałam co robieć...zaczęłam \"być\"z moim kumplem....miałam potworne wyrzuty sumienia...było mi bardzo źle,a ponad to czułam,że jego miłość do mnie jest prawdziwa....a sama nie potrafiłam sie określić....w końcu on nie wytrzymał i przed maturami rozstaliśmy się...poprosił,żebym sie do niego w żaden sposób nie odzywała,bo on musi zapomnieć....to było dla mnie b.ciężkie...najpierw bardzo za nim teskniłam...potem byłam na siebie zła,ze uległam,że zgodziłam sie z nim być....pogodziłam sie z tym wszystkim i wróciłam do myśli o zakonie....obiecałam ZNOWU Panu,ze pójdę do zgromadzenia,jeśli nie dostane sie na studia....na pielgrzymce znów sie spotkałam z kumplem...jak go zobaczyłam we mnie w srodku cos telepło...nawet nie potrafie określić co to za uczucie-jakby poraziło mnie prądem...po pielgrzymce poprosił mnie o spotkanie,powiedział,że mnie kocha i nie wyobraża sobie zycia beze mnie...ja jednak powiedziałam że nic do niego nie mam..nie dostałam sie na studia,ale poszłam na zaoczne....a teraz ciągle myśle o moim kumplu tesknie za nim....teraz już utrzymujemy kontakt....nie wiem co robić...z jednej stronu on,a z drugiej obietnica....jestem w kropce i nie potrafie sie określić

* * * * *

Dlaczego Ty się tak katujesz? To bez sensu. Jezus nie chce Twojego cierpienia, Twojego wymuszonego pójścia do zakonu, "dla zasady", bo obiecałaś. Nie jest żadnym grzechem nie pójście do zakonu jeśli się stwierdzi, że to nie ta droga. Takim zachowaniem ranisz siebie i tego chłopaka i na dodatek okłamujesz. Pomyśl: czy byłabyś szczęśliwa w zakonie? Mając wątpliwości i uczucie w sercu? Dwie odpowiedzi wcześniej pisałam o takim wypadku - przeczytaj to dokładnie i pomyśl. A najlepiej porozmawiaj z jakimś księdzem: jeśli nawet złożyłaś jakąś przysięgę to ksiądz może Cię od niej zwolnić. Uwolnij swoje serce i pomyśl czego chcesz naprawdę i porozmawiaj z chłopakiem. Ale stanowczo i zdecydowanie. On też ma uczucia i nie możesz go tak ranić!!

  Marcyś:), 16 lat
382
26.10.2005  
....na wakacjach poznałam fajnego chłopaka:)) jest w moim wieku.Mieszka 100 km od mojej miejscowosci:] spotykamy się najwyżej kilka razy w rokq:(( i to jest wlasnie tem problem:]...darzę go uczuciem,choć milością nie można tego nazwać....bardzo mi go brakuje i chciałabym go częściej widzieć!! a to dlatego,że świetnie się dogadujemy czy to przez telefon albo gg:)potrafimy codziennie godzinami z sobą rozmawiać nie nudząc sie przy tym:D zauważyłam,że nie jestem mu obojętna w sferze uczuć! nawet sam sie do tego przyznał:P i tak już przez 3 lata..:(( jest mi przykro z tego powodu i czasami myślę czy to wszystko w ogole ma sens...bo czuję ,że za bardzo się w to zaangażowałam... wiele razy próbowałam o nim zapomnieć:] jak widać...nie wyszło:/ cały czas na niego czekam...choć miałam wiele razy szanse być z kimś cały czas myslałam tylko o nim:O i szczerze mówiąc jest to dość męczące bo tak naprawdę to nie wiem czy warto się w coś takiego pakować ,nie interesują mnie inni chłopcy- wciąż szukam kogoś takiego jakim właśnie jest on,bo odnalazłam w nim po prostu ideała,takiego z którym chciałabym być na dobre i złe:)

* * * * *

Zobacz odp. nr 97 i 120.

  mycha, 18 lat
381
26.10.2005  
Szczesc Boze Wiem ze takich listow mnieliscie juz kilka.Kilka lat temu poznalam bardzo fajnego chlopaka ja bardzo udzielam sie w kosciele a onj jest lektorem czesto spotykalismy sie w kosciele u ksiezy i na roznych spotkaniach a pozatym mieszka kolo moich dziadkow.Rok temu lezalam w szpitalu czesto mnie odwiedzal bardzo mi pomagal i zakochalismy sie w sobie.Bylismy ze soba ponad rok spedzalismy ze soba kazda wolna chwile,bylismy nie tylko jako chlopak i dziewczyna ale bylismy tez naprawde wspanialymi przyjaciolmi zawsze bylismy ze soba szczerzy nasi rodzice i dziadkowie bardzo dobrze sie znali i cieszyli sie ze bylismy razem.Bylismy razem na jego studniowce i wszystko bylo wspaniale wiedzielismy ze to co jest miedzy nami to prawdziwa milosc ale kilku ksiezy powtarzalo mi ze to nie ma sensu bo on pojdzie do seminarium on nigdy nie ukrywal ze o tym kiedys myslal ale jak mnie poznal to to sie zmienilo.Jednak kiedy znal mature zaczal sie zastanawiac nad tym czy tam pojsc i dwa tygodnie temu tam poszedl powiedzial ze mnie kocha i gdyby nie ja nie mialby zadnych watpliwosci ale tak musi tam pojsc i sprobowac zeby w zyciu niczego nie zalowac.Nie moge tego pojac pisze do mnie smsy ze teskni ze mnie kocha ale ciagle tam siedzi co ja mam zrobic od poczatku wiedzialam ze tak moze sie stac ale po tym roku ktory razem spedezilismy nie myslalam ze to zrobi myslelismy nawet o tym ze za kilka lat wezniemy slub.Uwierzcie mi to nie jest zauroczenie to prawdziwa milosc.Od dwoch tygodni nie moge spac jesc jak sie spotkalismy to siedzielismy i oboje plakalismy dlaczego skoro pisze mi smsy ze mnie kocha to tam dalej jest czy moge cos zrobic.Pomozcie mi i prosze o odpowiedz takze na maila Mam bardzo dobry kontakt z ksiezmi zwlaszcza z jednym przyjacielem rodziny on wie o calej sytuacji i od poczatku nam obojgu pomagal teraz tez mi pomga ale ja nie wiem co mam robic bo nawet rozmowy z nim i dlugie modlitwy nie pomagaja. POMOCY

* * * * *

No to ja tu czegoś nie rozumiem. Przecież nie można w życiu mieć wszystkiego!
Nie można być klerykiem i jednocześnie płakać za dziewczyną. Miłość wymaga wierności i wyłączności.
Oczywiście w życiu każdego człowieka Bóg ma być na pierwszym miejscu ale w życiu człowieka wybierającego drogę duchowną ma być na miejscu i jako Bóg i jako oblubieniec. W życiu osoby żyjącej w małżeństwie Bóg jest również na pierwszym miejscu ale oblubieńcem jest małżonek.
Jeśli zatem chłopak się z Tobą spotykał, byliście razem, kocha Cię i tęskni a jednocześnie jest w seminarium, to jest to swoista "schizofrenia duchowa". To jakaś nieumiejętność dokonania wyboru, to chęć posiadania wszystkiego. W tym momencie bowiem on miłość oblubieńczą w swoim życiu dzieli między Ciebie a Boga. To nielogicznie, bo to tak, jakby kazał się Panu Bogu trochę posunąć, żebyś i Ty się zmieściła.
Nie widzi albo nie chce widzieć, że i Tobie robi krzywdę i robi ją też Bogu (o ile Bogu można krzywdę zrobić, no w każdym razie jest to rodzaj niewierności). To tak jakby mąż kochał swoją żonę ale jednocześnie tęsknił do innej kobiety (o tym, że tak bywa i jakie są tego skutki to chyba nikogo nie trzeba przekonywać).
Stwierdzenie, że chce w życiu wszystkiego spróbować, żeby nie żałować po prostu mnie zszokowało. To egoizm. On w tym momencie zaspakaja swoją potrzebę spróbowania kosztem Ciebie, Twoich uczuć, Twojej miłości. Nie wiem jak można spokojnie patrzeć jak kochana osoba jest wewnętrznie rozdarta przeze mnie i jeszcze razem z nią ubolewać nad faktem tego rozdarcia. Nie wiem.
Przyczyna tego stanu nasuwa mi się taka: chłopak swego czasu faktycznie chciał pójść do seminarium. Poznał Ciebie, odkrył miłość, pokochaliście się. Jednak otoczenie tak przyzwyczaiło się do myśli, że on zostanie księdzem, że on sam siebie w innej roli nie widział. I tu mi się wydaje, że księża zrobili "złą robotę" - wmówili Tobie i jemu, że on MUSI, oczekuje się od niego, żeby został księdzem! Stąd przekonywanie Ciebie, że "nic z tego nie będzie". Nie wiem jakim prawem, bo o swoim powołaniu decydował on sam, a nie księża z parafii, choćby w najlepszej wierze. A może myśleli, że jest świetnym kandydatem i za wszelka cenę chcieli go uchronić od dziewczyny? On sam też cały czas ukierunkowywał się na seminarium.
W takim razie należy się zapytać: po co się z Tobą spotykał? Gdyby rzeczywiście był zdecydowany na życie duchowne nie spotykałby się przecież z Tobą. Otóż on powinien mocno zweryfikować motywy swojego pójścia do seminarium. Zadać sobie kilka istotnych pytań: dlaczego tu jestem? Czyj to był wybór? Czyje oczekiwania spełniam? Czy mam serce wolne? Czy moje serce należy tylko do Boga? Czy kogoś nie ranię?
Ja rozumiem, że nawet po długim związku chłopak czy dziewczyna decyduje się na pójście do zakonu, odkrywa swoje powołanie, wstępuje i jest szczęśliwa. Ja tego nie kwestionuję.
ALE: to jej czy jego wolny wybór i kwestie ziemskiej miłości wyjaśnia raz na zawsze. To boli, oczywiście. Ale nie wraca do tego. Nie roztrząsa po setki razy, nie zastanawia się, nie robi scen i nie każe osobie którą zostawia sobie współczuć: o patrz jaki ja biedny, nieszczęśliwy jestem, tak Cię kocham, ale cóż, obowiązki wzywają, idę służyć. Zaraz, zaraz. Chcesz być dobrym księdzem, chcesz pomagać ludziom, chcesz koić serca, służyć? To weź się w garść i udowodnij, że się nadajesz do tego. Pozamykaj za sobą drzwi, które pootwierałeś, załatw wszystkie sprawy i dopiero jak będziesz pewny idź. Jak możesz pomagać innym rozwiązywać ich problemy skoro ze sobą nie potrafisz dojść do ładu? Skoro krzywdzisz kogoś kto Cię kocha?
Nie musisz być z tą dziewczyną, możesz zostać księdzem. Ale musisz do tego dojrzeć. Musisz wziąć odpowiedzialność za to co między Wami było i doprowadzić to do końca. Zostając księdzem nie przestajesz być mężczyzną. A bycie mężczyzną zobowiązuje. Bycie mężczyzną to odpowiedzialność, honor, opiekuńczość. To zdecydowanie i umiejętność zapewniania poczucia bezpieczeństwa otoczeniu. Bądź mężczyzną. Nie wypłakuj się w rękaw dziewczynie i nie zrzucaj na nią całego ciężaru i bólu tej sytuacji. Zdecyduj się.
Moja Droga!
Cóż mogę Tobie poradzić? Chyba żebyś była twarda wobec niego. Postaw warunki: idziesz i nie ma sms-ów, wyznań miłości i płaczu a ja układam sobie życie albo wracasz i ani jednym słowem nie wspominasz, że czegoś w życiu nie spróbowałeś. Bo to nieludzkie co teraz przeżywasz.
W zasadzie to ja powinnam rozmawiać z nim a nie z Tobą. Jeśli zatem nie wiesz co zrobić to koniecznie pokaż mu tę odpowiedź. Wyślij lub daj do przeczytania. Bo może on sam się tak w tym wszystkim zaplatał, że nie wie, że Cię krzywdzi i że inni podsycając jego zamiar pójścia do seminarium niejako nie dali mu wyboru?
A jeśli on teraz decyzji nie podejmie to podejmą go za niego jego przełożeni. Formacja w seminarium to nie tylko zwykłe studia, to też baczna obserwacja kleryka. Jeśli będzie miał wątpliwości to zweryfikują jego wybór. Bądź silna i nie pozwalaj na takie zachowanie. Ty też musisz wiedzieć na czym stoisz. Powodzenia!

  Magda, 17 lat
380
26.10.2005  
to jeszcze raz ja, dziekuje za radę. Z tego co wiem to Marcin nie ma aktualnie dziewczyny, wiec moze jest jakas szansa..........

* * * * *

Życzę powodzenia.

  Nieszczesliwa, 17 lat
379
26.10.2005  
witam! na samym poczatku chcialabym podziekowac Tworca tej strony, za poswiecony czas na odpowiedzi, a takze wklad wlozony w jej obecny ksztalt. moj problem... wlasciwie to nie wiem od czego mam zaczac... w szkole niby wszystko w porzadku, w domu tez... ale moje sprawy sercowe... :-( kompletna klapa... uchodze za osobe twarda, ale jednoczesnie otwarta na innych, jestem wesola w towarzystwie, wydawac by sie moglo, ze nie mam powodow do smutku. jednak prawda jest inna... jestem bardzo nieszczesliwa. gdy jestem sama i niikt mnie nie widzi to chce mi sie plakac... znika wtedy moj usmiech z twarzy... bedac z innymi nie potrafie tego okazac...bo co bedzie z moim wizerunkiem? co bedzie ze mna? jak mnie beda postrzegac? chyba wwygodnie jest mi byc taka na luzie przy innych... tylko dwojka moich przyjaciol zna moje problemy... z natury jestem taka, ze pomagam innym... i tu chyba zaczynaja sie schody... pomagajc inym powoli zatracam siebie... jestem dla niz inna niz dla siebie... pomagajac za bardzo sie przywiazuje... mam tu na mysli pomoc kolegom... nie chodzi tu o to ze jestem kochliwa...nie wierze w milosci od1wejrzenia czy cos takiego... wiele osob wyciagnelam z dolka... po tym czesto sie nawzajem interesowalismy soba z ta osoba... czy sie zakochiwalam? tak... co wiecej, nawet po rozstaniu udawlama a nawet udaje ze jest ok...pogadam, niby wszystko ok...ten ktos moze na mnie liczyc...czuje krzywde ale nie potrafie sie jej przeciwstawic... wczoraj dowiedzialam sie ze chlopak z ktorym ostatnio sie zakolegowalam ma chyba dziewczyne....nigdy mi o tym nie mowil.ja nie pytalam....dawalam mu do zrozumienia ze mi zalezy...tylko z moim podejsciem do zycia jakie zna, mogl pomyslec ze to tylko flirt...nie wiem co robic...zalezy mi ale nie potrafie sie przeciwstawic... nie chce tracic kontaktu...nie chce zmieniac mej twarzy...nie chce okazac slabosci...ale przciez nie chce tez zeby bylo tak jak jest... moze to glupie, ale czuje sie oszukana... gdy kogos wyciagne z dolka to sama w ten dolek wpadam.... czy mam sie poddac? nie wiem co ze mna....juz myslalam ze jest dobrze, a teraz znow cos peklo...zbudowalam nic zaufania ale ona teraz chyba pekla...bo jak ja mam mu zaufac? jejku...ja nawet nie wiem czy bede miala jeszcze ku temu okazje...po glowie laza mi rozne mysli... przeciez jeszcze tydzien temu sie pytalam czy jest kims zainteresowany... odpowiedz byla negatywna...a teraz nagle co? wiec mi nie powiedzial? kilka dni temu nalegal na spotaknie we dwoje... powiedzial ze chce sie otworzyc.prosil abym go wyciagnela z szarosci w jakiej teraz jest.uwazal ze tylko ja to moge zrobic... czy z niej wyszedl...moze wyszedl z kims...:-( naprawde nie wiem co bedzie dalej...moze to ta moja naiwnosc...

* * * * *

Zapytaj siebie po co to robisz. Po co tak nieustannie angażujesz się w problemy innych? Czy nie jest tak, że po cichu liczysz na bycie z tym kimś? A może po prostu inni postrzegają Cię jako fajną kumpelę co to zawsze pomoże i nigdy nie ma pretensji, nigdy się nie obraża? Może niektórzy to wykorzystują? Jeśli Ty sama nie mówisz o swoich potrzebach to niektórzy się ich nie domyślą, a niektórym będzie wygodniej ich nie dostrzegać. Dlaczego udajesz, że nic się nie stało jak chłopak Cię okłamał? Masz prawo wyrażać swoje emocje, te negatywne również. Inaczej ludzie będą Cię postrzegać jak poduszkę do wypłakania, czy - przepraszam za wyrażenie - "śmietnik emocjonalny" - gdzie można wrzucić wszystko, poczuć się lepiej i pójść dalej. Śmietnik przecież nie czuje. Ty zostajesz obarczona negatywnymi przeżyciami i problemami innych. Wpadasz w dołek. Ale gdy Tobie jest źle udajesz twardą, śmiejesz się i mówisz: ok., nic się nie stało. No to jak nic to nic. Dusisz w sobie to wszystko a potem dziwisz się, że nikt się nie domyśli, że Tobie też czasem jest źle.
Pomoc innym to dobra rzecz, ale nie można żyć za kogoś. Możesz wysłuchać, doradzić, ale za kogoś jego problemu nie rozwiążesz, więc po co bierzesz za niego odpowiedzialność? Wydaje mi się, że musisz od początku bardziej zaznaczać granice Twojej pomocy. Tak naprawdę nikt nie oczekuje od Ciebie tego wszystkiego co dajesz. Ale skoro dajesz - bierze.
Może nie trzeba aż tak się poświęcać? Pomyśl co najbardziej powoduje Twoje rozgoryczenie? Brak wdzięczności, poczucie bycia wykorzystaną, oszustwo? I w tym kierunku zacznij dbać również o siebie. Jeśli ktoś Cię oszukuje - powiedz, że miałaś go za osobę uczciwą i że czujesz się rozczarowana jego postępowaniem. Jeśli nagminnie korzysta z Twojej gotowości do rozmów, nie utrzymując potem z Tobą kontaktu - odmów spotkania. No i bardzo ważne - nie zakładaj, że jak pomożesz facetowi wydostać się dołka to on się odwdzięczy zainteresowaniem Twoją osobą. Jeśli pomagasz rób to bez tego założenia, całkiem bezinteresownie, tak jakbyś pomagała komuś kto ma dziewczynę. To będzie dobry test dla Ciebie. Zanim zaczniesz się wgłębiać w czyjś problem zrób takie założenie, że on na pewno kogoś ma. I pomagaj tylko tyle ile byś pomogła zajętemu już chłopakowi. Powinno poskutkować. Powodzenia!

  Królewna, 19 lat
378
26.10.2005  
Czemu od zakochania do bycia razem droga jest tak długa...tak trudna...?

* * * * *

Bo wymaga poznania siebie nawzajem, żeby się okazało czy to właściwy wybór.

  Joanna, 24 lat
377
26.10.2005  
Witam bardzo serdecznie. Piszę, bo mam poważny problem w moim związku. Znam się z Tomkiem niemal 6 lat i czujemy się ze sobą bardzo związani. Jest moją pierwszą prawdziwą miłością i ja jego również. Wszystko brzmi pięknie, lecz w nasz związek wkradła się niepewność. A wszystko zaczęło się tak niewinnie. Około 2 lata temu bawiłam się internetem i rozmawiałam z obcymi ludźmi przez czaty i GG. Nie robiłam i nie pisałam nic niestosownego, po prostu zabawa. Tomka zdenerwowało, że raz pisałam z jakimś chłopakiem o miłości i o naszych partnerach. Jestem bardzo dumna z Tomka, bo jest dobrym człowiekiem i nie wstydzę się naszej miłości, toteż zawsze mówię o naszym związku otwarcie, zachowując intymne i osobiste szczegóły tylko dla nas. Jednak przestałam przesiadywać na czatach i uszanowałam zdanie Tomka; zresztą czatowanie nie było mi do niczego potrzebne - ot tak, dla zabawy. Było minęło. Tomkowi jednak zapadło to wszystko głęboko w pamięć. Szczególnie swobodny sposób, w jaki rozmawiałam z ludźmi poznanymi na necie, zwłaszcza facetami. W każdym razie nie wiedziałam wtedy o tym. Życie toczyło się dalej. Zaczęłam studiować, znalazłam pracę, w której niestety pracowali prawie sami mężczyźni. Wtedy zauważyłam, jak bardzo Tomek jest o mnie zazdrosny. Zwłaszcza, jak miałam nocną zmianę z jakimś kolegą. Nigdy nie zrobiłam nic, co mogłoby świadczyć o mojej niewierności. Moją jedyną miłością jest Tomek i moim marzeniem jest życie u jego boku. Kiedyś mieliśmy pracowniczą imprezę integracyjną i ktoś pstrykał fotki; między innymi na jednej siedzę na kanapie obok kolegi, który mnie trzyma za kolano, żeby było śmieszne zdjęcie, a ja się bronię, bo nie lubię takich wygłupów. Od momentu, gdy Tomek obejrzał zdjęcia, zmieniło się praktycznie wszystko. Zrozumiał je po swojemu i nie umiałam mu wytłumaczyć, że było inaczej. Już wtedy mi nie wierzył, ale ja nie wiedziałam, ani dlaczego, ani jak to zmienić. Zaczął się bać, że go zdradzę, czy że odejdę, wszystko jedno, w każdym razie czuł, że nie jest jedyny w moim życiu. Kiedy to była wierutna bzdura! Ale jak miałam mu to udowodnić? Jak pokazać człowiekowi, że liczy się tylko on i nikt inny nie istnieje? Nie mogłam robić nic głupiego, bo nie chciałam, żeby mnie o coś posądzał. Chciał, żebym zmieniła pracę, ale żyjemy w kraju, gdzie praca jest zasobem i trudno ją zdobyć; dlatego zostałam, ale przecież mogłam choćby spróbować poszukać innej? Nie sądziłam wtedy, że to też było ważne. Potem Tomek wyjechał na roczną praktykę studencką do Anglii. Trochę więcej niż rok temu. Postanowiłam się zwolnić z pracy i wzięłam urlop dziekański, żeby do niego dołączyć, zresztą tak właśnie ustaliliśmy przed jego wyjazdem. Jednak mój wyjazd opóźnił się, wiadomo, ze względów finansowych. Dojechałam dopiero po 5 miesiącach i przez ten czas Tomek niemal się ode mnie odciął, gdyż było mu ciężko ze względu na rozłąkę, jak i niewiedzę, co się ze mną tak naprawdę dzieje. Przestał mi ufać. Nie wierzył w to, co mówiłam. Stworzył sobie w głowie własny obraz naszego związku, który nie był prawdziwy. Jego wyobraźnia i złe podejrzliwe myśli zniszczyły jego zaufanie do mnie. Było mi strasznie ciężko znosić bezpodstawne oskarżenia z jego strony, ale nie umiałam go zapewnić, że to nieprawda, gdyż mi po prostu nie wierzył. I mimo to wszystko wyjechałam. Chociażby po to, by mu pokazać, że go kocham i jest dla mnie najważniejszy. Mieszkaliśmy razem z paczką przyjaciół z Polski i nasze życie upływało całkiem normalnie. Czasem rozmawialiśmy o jego niepewnościach, ale, nie wiem teraz dlaczego, przeszło to jakoś bez echa. Tak, po prostu. Poza tym zawiódł się tam na swoich kolegach; jak to się mówi: za granicą Polak Polakowi wrogiem i tak właśnie się okazało. Wróciliśmy do Polski. On na swoją uczelnię, ja na swoją. Widywaliśmy się często, ale wiele się w nim zmieniło. Obserwowałam, co się z nim dzieje. Rzadko na mnie patrzył, rzadko uśmiechał się do mnie, kiedy go przytulałam był jakiś sztywny, kłócił się często nawet o drobiazgi, krzyczał na mnie i nie tylko na mnie, stał się bardzo nerwowy i niezadowolony. Niedawno zachorowałam na zapalenie oskrzeli i długo się nie widzieliśmy, przez co miałam czas na rozmyślanie. Dlaczego taki dla mnie jest? Czy to oznacza, że mnie nie kocha? Dlaczego nadal mi nie ufa? itp. Powiedziałam mu o moich wątpliwościach, więc postanowił szczerze porozmawiać. W sumie pierwszy raz w życiu tak szczerze rozmawialiśmy. Tomek przemyślał wiele i doszedł do wniosku, że dłużej tak żyć nie może. Że bardzo się męczy, że to, że mnie niemal przestał szanować wynika z jego braku zaufania do mnie. Że skończył pewien rozdział w życiu i że wreszcie chce poczuć się wolny od wszystkiego, co go do tej pory otaczało, gdyż nie dawało mu szczęścia. Że nie może być z człowiekiem, któremu nie wierzy, że mu z tym bardzo ciężko. Że nie chce mnie krzywdzić, uważa, że zasługuję na lepszego człowieka niż on, że nie umie ze mną być i mnie kochać. Że po prostu nie może, nie daje już rady, zmęczył się, wypalił. Płakaliśmy całą noc. Bo mimo wszystko kocham go nad życie i nawet, jeśli, jak mówi, nie jest pewien, czy mnie kocha, bo nie wie, co to miłość tak naprawdę, to i tak czuje się ze mną bardzo związany i jestem przede wszystkim jego najlepszym jedynym przyjacielem. Tomek jest bardzo czułym i delikatnym facetem. I mówi, że mnie nie skreśla, ale jednocześnie dał mi informację, że go tracę. Tracę miłość swego życia przez takie głupoty, że aż serce ściska. Czy możliwe jest odbudowanie w człowieku zaufania? Wiem, że mogę go odzyskać, bo zawsze byłam mu wierna i oddana, bo go kocham i kochać będę. Ale jak? Czy jest jakaś recepta? Jak pokazać, że nie kłamię, że może mi zawsze wierzyć? Że może na mnie liczyć i mi ufać? Będę walczyć o niego, ale jeśli on sam nie chce, to z nim nie wygram. Dlatego muszę mu pokazać jaka jestem, że jestem prawdziwa i prawdą jest to, co mówię. Że go nigdy nie oszukałam i nie okłamałam. A więc, jak sprawić, by odzyskał zaufanie do mnie? Czy jestem w stanie to zrobić? Z góry dziękuję za odpowiedź i pomoc.

* * * * *

Droga Joasiu! Po pierwsze - przestań się winić! Owszem - rozmowy na gg nie są dobrym pomysłem ale robienie komuś przez kilka lat wyrzutów z powodu jego głupoty i zdjęcia na imprezie to gruba przesada. Przesada tym bardziej, że Ty mu wytłumaczyłaś jak to wygląda. Jeśli to by dotyczyło jego i on ze skruchą by Cię przeprosił to przecież byś u wybaczyła, prawda? Na pewno. Więc dlaczego on nie ufa Tobie? Masz rację, że brak zaufania prowadzi do braku szacunku i oddalania się od siebie. W odp. nr 24 pisałam o zazdrości w związku, zajrzyj tam. Twój chłopak właśnie jest chorobliwie zazdrosny, a to zniewala. Prawdziwa miłość nie zniewala tylko daje wolność.
Rozumiem doskonale, że bardzo cierpisz, bo kochasz tego człowieka i to od bardzo dawna. Bardzo dobrze, że potrafiliście ze sobą szczerze porozmawiać, to nie najgorzej wróży. Moim zdaniem jednak to nie Ty masz problem, to nie Ty musisz udowadniać, że jesteś wierna i że zasługujesz na miłość. To on powinien dojrzeć do postawy, która ufa. On nie może mieć Cię na własność, a Twoje życie nie może być ciągłym udowadnianiem, że nic złego nie zrobiłaś, na nikogo nie spojrzałaś, do nikogo się nie uśmiechasz. Nie możesz się tłumaczyć w ten sposób. Ty jesteś wartościową dziewczyną, mającą swoją godność. Jeśli jesteś z kimś to dlatego, że tego pragniesz i że chcesz tą właśnie osobę obdarzać swoją troską i miłością. I ten ktoś powinien to docenić i uszanować. Jeśli zachowuje się inaczej, jeśli na tym etapie brakuje szacunku to w małżeństwie będzie horror. Zbyt dobrze znamy przykłady małżeństw gdzie jedna ze stron jest stale kontrolowana, ma sprawdzaną komórkę i pocztę a po każdym wyjściu musi się tłumaczyć po co rozmawiała z kolegą. To nie jest zdrowe.
Prawdziwa miłość ufa. Ufa bezgranicznie. Wie, że przysięga wierności zobowiązuje, a nawet gdyby jej nie było to miłość autentyczna, skierowana ku małżonkowi nawet nie pomyśli o jakiejkolwiek niewierności choćby myślą, nawet gdyby wokół miała setki okazji. Ale do tego nie trzeba zakazów i kontroli. To wypływa z potrzeby serca. Cóż mogę Ci poradzić? Chciałabym, żeby Wasz związek został uzdrowiony. Przed wszystkim jednak chciałabym, żeby się to odbyło w wolności, to ma być decyzja woli, a nie strach.
Ty możesz zrobić tylko jeszcze jedno: zaproponuj swojemu chłopakowi "Wieczory dla zakochanych" - to cykl rozmów miedzy dwojgiem na zasadnicze tematy. Po nich ludzie albo zawierają małżeństwo albo stwierdzają, że ich droga nie jest wspólna i dają sobie wolność. Niech to będzie szansa dla Was. Przynajmniej będziecie wiedzieli, że zrobiliście wszystko. Jeśli Twój chłopak ma w sobie trochę dobrej woli, niech to zrobi choćby dla Ciebie. Nie bój się tego. Małżeństwo jest poważną rzeczą i trzeba zrobić wszystko, by te 50 lat przeżyć z kimś właściwym. Nic się samo nie ułoży. Jakikolwiek nie rozwiązany problem z narzeczeństwa objawi się ze zdwojoną mocą i skutecznie zatruje życie w małżeństwie. Wszystko trzeba rozwiązać wcześniej. Pojedźcie (lub pójdźcie - w zależności od tego gdzie mieszkacie) na te spotkania. Naprawdę warto. Bo warto wygrać swoją miłość!
Informacje znajdziesz tutaj: www.spotkaniamalzenskie.pl, www.malzenstwo.pl

  Kasia, 20 lat
376
25.10.2005  
Witam serdecznie!Moj problem chyba niczym nie bedzie sie wyroznial spośród wszystkich tu wymienianych:)))No moze troszke- --->Otóż zakochalam sie i to chyba najbardziej jak sie dalo!Ale nie na tym polega problem ,otóż ten ktos (Marcin,bo tak ma na imie)nie wie nawet co do niego czuje!I nigdy sie o tym nie dowie!Jest ode mnie 2x starszy i wykonuje zawód ,w ktorym swietnie sie realizuje i jest dla wielu ludzi autorytetem w tej dziedzinie......Nie moge sobie z tym poradzic...Nie umiem zapomniec...Nie potrafie przestac o nim myslec!P.S...czytalam poprzednie odpowiedzi na pytania innych ludzi i podkreslam,ze kontakty z moim tatą mam bardzo dobre;)Co czynić??

* * * * *

Przede wszystkim pozostaje pytanie: kim jest obiekt Twoich uczuć? Czy ma rodzinę, żonę czy jest kawalerem? Sam fakt, że jest tyle starszy - i owszem - trochę utrudnia życie, ale i z tym można sobie chyba poradzić (odp. nr 8) natomiast kwestia jego zawodu to chyba nie ma związku z uczuciem.
Problem natomiast polega na tym, że on nie czuje do Ciebie tego co Ty do niego? I Ty sobie z tym nie potrafisz poradzić. No cóż, jeśli to rzeczywiście to sprawa tego typu, że musisz go sobie wybić z głowy, to pewnie nie będę oryginalna jak napiszę, że przede wszystkim powinnaś unikać kontaktu. Nie bywać w miejscach gdzie on, nie dzwonić, nie pisać. Zapominać - to proces, dlatego nie piszę "zapomnieć" tylko "zapominać". Znaleźć sobie absorbujące zajęcia pomagające zająć umysł czymś innym: aerobik, język itp. A może to dobry czas, żeby znaleźć swoje miejsce w jakiejś grupie formacyjnej. Czas leczy rany, także serca. No i modlić się o swoją miłość: [zobacz]

  Weronika, 16 lat
375
25.10.2005  
mam 16 lat, od ponad poltora roku jestem z chlopakiem. sama nie wiem co w nim zobaczylam.. niby zwyczajny chlopak, zadne szczegolne zainteresowania co przeciez kiedys bylo dla mnie takie wazne. a jednak byl kims wyjatkowym.. pokochalam go jak nikogo innego, calym sercem.. ale od dwoch miesiecy czuje ze to juz nie jest to co kiedys.. juz nie ciagnie mnie do niego, nawet nie chce mi sie z nim spotykac, kiedys oddalabym wszytsko za 5 minut z nim! nie wiem co mam robic.. on dalej kocha mnie ponad zycie.. a ja chce go tak kochac, tak jak kiedys!;( bo wiem ze jest wspanialym czlowiek. mecze sie z tym strsznie.. chcialabym to skonczyc ale cos mnie hamuje, moze to tylko liosc? nie wiem.. czy mozna przestac kochac, jesli to bylo takie silne uczucie, sline i dlugotrwale! ...?

* * * * *

A mi się wydaje, ze przeszłaś przez pierwszy etap - zauroczenie i emocje opadły. To co czujesz jest zupełnie normalne. Przeczytaj o tym w odp. nr 15.

  Ania, 16 lat
374
25.10.2005  
Witaj:) Czy w miłości ważny jest wiek? Tzn jak naprzykład chłopak jest starszy np. o 5 lat to powinniśmy od razu odrzucić taką osobę czy nie zwarzać na strukture wiekową i robić tak jak serce dyktuje? Bo ja mam taki problem chłopak który mi się podoba jest odemnie starszy.. Ale nasz kontakt polega na tym że on się odezwie raz na jakiś czas potem jest przerwa np. 2 miesiące lub krócej i potem znowu zagada i jest super. Problem polega na tym że nie wiem co on do mnie czuje? Bardzo by mi zależało na bliźszej przyjaźni z nim ale nie wiem jak się do tego zabrać i zacząć działać i starać się o niego? Ja to tak dziwnie odczuwam raz mam takie odczucie że on naprawdę coś do mnie czuje a raz jakbym go wogóle nie interesowała.... Poprostu zależy mi na jego przyjaźni:) Mam nadzieję że mi pomożesz bo sama już nie daje rady... Czekam na twoją wiadomość Pozdrawiam :)

* * * * *

Co do wieku - przeczytaj odp. nr 8. A co do bliższej znajomości - odp. nr 3,30,37. Jeśli chłopak będzie odczuwał radość na Twój widok to znaczy, że jest Tobą zainteresowany.

  EWA, 18 lat
373
25.10.2005  
czesc to znow ja Ewa z pytania 286 i 323.Pisze po raz ostatni.Nie moge jednak pogadac o tym z kim innym.Ostatnio coraz czesciej sie zastanawiam czy Bóg naprawde chce abym byla z tym chlopakiem.Ostatnio znow jest zle.Oprocz tego ze mam problemy z nim to przestalam sie uczyc(pisze w tym roku mature),nie chce mi sie z nikim gadac,nawet rodzina jest malo wazna poza tym chyba sie troche uzaleznilm od internetu...Dla mnie to swietny sposob na \"zagłuszenie: smutku i bezradnosci.Ale ok zalozmy ze Bóg nie chce abym byla z tym chlopakiem to co ja mam zrobic? przeciez modle sie o to 2 lata i tyle juz przezylam to co mam przestac sie modlic? to tak jakby to wszystko bylo bez sensu co do tej pory zrobilam! zmienilam cale swoje zycie dla tej milosci a teraz mam z niej zrezygnowac? czy Bóg gdyby pozwolil by mi wytrzymac to cale cierpienie zebym teraz tak latwo zrezygnowala? z drugiej strony wiem ze nie mozna sie zalamywac i zrazac niepowodzeniami ale tak robie od 2 lat i tez bez wiekszysh skutkow...mialam nadzieje ze to juz koniec i ze juz bewde z nim wiem ze wtedy nie musialabym ciagle siedziec na internecie i moglabym sie uczyc(tak jak kiedys) i odzyskalabym troche spokoju.Calkiem dobrze by nie bylo ale zeby choc troche...Wiem jedno teraz to mi sie sypie cale zycie i wszystkie wartosci.Jak ja bede mogla jeszcze wierzyc w milosc? ja nie wiem co mam robic jestem kompletnie zagubiona i prosze o rade :(

* * * * *

Uparcie uważasz, że Bóg chce tego samego co Ty i skoro już się tak "napracowałaś" nad tą miłością to szkoda tego zmarnować. Zauważ, że Bóg nie kazał Ci go kochać tylko dał Ci wolną wolę a więc to był Twój wybór. Nie miej zatem pretensji, że coś nie wyszło. Czy masz się przestać modlić? Nie! Ale módl się - tak jak Ci napisałam - o rozeznanie woli Bożej i o prawdziwą miłość. Nie o tę miłość tylko o miłość dla Ciebie. Twoje cierpienie i modlitwa nie była bez sensu. Bóg na pewno wyprowadzi z tego dobre skutki. To wszystko było po to by tego chłopaka i Ciebie coś to nauczyło. Ciebie - chociażby wytrwałości i umiejętności rezygnacji. Sama widzisz zatem, że nie było bez sensu. Nie wiesz z jakimi problemami przyjdzie Ci się jeszcze w życiu borykać. Nie dziwię się, że jest Ci trudno i źle. Jesteś tylko człowiekiem. Współczuję Ci, ze kochasz bez wzajemności.
Pamiętaj jednak, że wszystkie trudności i cierpienia nas uszlachetniają. Poza tym ten kto wiele wycierpiał potrafi zrozumieć innych. Ofiaruj ten smutek, żal, trud w intencji swojej przyszłej miłości. Oddaj to wszystko Jezusowi - on to przemieni. I przemieni Twoje życie. Zaufaj MU.

  marek, 54 lat
372
25.10.2005  
witam mam 54 lata i bardzo kocham dwie kobiety jednoczesnie, wiem to obrzydliwe i niemoralne ale jak to sie stalo? jestem zonaty od 30 lat, bardzo kochzam swoja zone i nigdy nie zrobilbym jej krzywdy, mimo wielu pokus w ciagu tych lat nigdy nie dopuscilem sie zdrady i nigdy nie przestalem jej kochac jednak kilka lat temu zdazyla sie rzecz niezrozumiala i nieoczekiwana dla mnie samego, poznalem w pracy kobiete,ktora zafascynowala mnie swoja osobowoscia i wrazliwoscia no i ...zakochalem sie, na domiar zlego ona ma 27 lat a wiec moglaby byc moja corka, na poczatku zreszta tak wlasnie ja traktowalem ale po pewnymczasie uswiadomilem sobie ze nie jest to chwilowe zauroczenie mlodoscia czy tez uroda,chociaz na pewno tez ma to miejsce, ale ze jest to glebokie, szczere i bardzo dojrzale uczucie-jak to mozliwe zeby podzielic swoje serce? nie wiem ale tak jest obie sa dla mnie bardzo wazne z tym ze Dominika (to wlasnie mloda kolezanka z pracy) traktuje mnie tylko jako kolege czyli prawidlowo ja natomiast wiem, ze to moje uczucie jest nie na miejscu, ze nie powinno sie zdarzyc, ze moze budzic tylko smiech i obrzydzenie-w niej takze do tego wszystkiego ostatni zrobilem cos ochydnego co nie przystoi czlowiekowi w moim wieku i co barzdo ja obrazilo, nie byla to proba naklaniania jej do uprawiania seksu ani nic z tym zwiazanego ale byla torzecz wstretna, ktora bardzo ja dotknela i spowodowala,ze ja sam nabralem do siebie wstretu- do tego jeszcze ona nie chce ze mna rozmawiac ani przyjac przeprosin lub chocby pozwolic mi sie wytlumaczyc z tego co zrobilem swiat runal mi na glowe jak ona odsunela sie ode mnie, mimo ze to co zrobilem bylo w trosce o nia przeprowadzilem to zupelnie niepotrzebnie i w ohydny sposob i chociaz barzdzo tego zaluje ona nie pozwala mi zblizyc sie do siebie, nie chce mi przebaczyc mimo moich wielu prosb i wyrazenia skruchy jestem zrozpaczony chcialbym aby wrocila dawna serdecznosc jaka byla miedzy nami-na jej milosc nigdy nie liczylem przede wszystkim z uwagi na roznice wieku co mam teraz zrobic, jak sie zachowac? nie chce wiecej jej ranic ale ciagle ja kocham i mysle, ze tak juz pozostanie, miotam sie jak w klatce i odchodze od zmyslow nie widzac zadnego dobrego wyjscia z tej sytuacji

* * * * *

A może tak musiało się stać? Może Bóg dopuścił do tej sytuacji, by ostatecznie rozwiązać tę sytuację? Może głupio wyszło i po ludzku chciałbyś to naprawić, bo w końcu Twoje dobre imię też ucierpiało (przynajmniej w jej oczach). Może jednak Bóg dopuścił takie narzędzie? Wykorzystaj to, żeby się od niej odsunąć. Może to Twoja szansa?
To, że nie zdradziłeś żony fizycznie nie znaczy, ze możesz "bezkarnie" kochać tę kobietę.
Oczywiście, to mogło się zdarzyć każdemu. Jednak: co innego uczucie, które się w Tobie pojawiło co innego działanie. Nawet jeśli Ci się wydaje, że Twoja relacja z nią jest niewinna to niezły chwyt szatana, taki lukier na gorzkiej tabletce. Może myślisz, że nikomu krzywdy nie robisz, no bo ona Cię nie kocha, a żona nic nie wie, więc co komu szkodzi Twoje podkochiwanie się w niej?
Owszem, nie jesteśmy odpowiedzialni za to co nas spotyka, nie jesteśmy odpowiedzialni za nasze uczucia ale to co z nimi zrobimy już do nas należy.
Ona zajmuje Twoje myśli, Twoją troskę, Twoje uczucia, które należą się Twojej żonie. I choćby to samo już jest złem. Zdrada może być nie tylko fizyczna.
Twierdzisz, że ją kochasz i tak już pozostanie. Prawda jest taka, że zakochałeś się w niej (to zasadnicza różnica - poczytaj o tym w odp. nr 19) a nie kochasz. Miłość ślubowałeś swojej żonie i to ją kochasz. Myślisz, że nie kochasz? Kochasz. Chcesz, żeby była zdrowa, pomagasz jej, martwisz się jak jest późno i nie wraca? Jest tak, prawda? To jest prawdziwa miłość. To czym darzysz koleżankę z pracy to zauroczenie, zachwyt nad jej świeżością, może sposobem bycia, urodą. Ale to nie z nią masz dzieci (jeśli masz), nie z nią przeżyłeś chwile grozy, nie z nią masz piękne wspomnienia ze ślubu, nie ją kiedyś poprosiłeś o rękę. To nie ona Ci gotuje, pierze, parzy ziółka, pyta jak się czujesz i wygania do dentysty.
I nie wiesz jaka ona rzeczywiście jest.
Nie wiń się za to, że zdarzyło Ci się w niej zakochać - bywa. Kobiety czasem nawet w księdzu proboszczu się zakochają, nie dziwi mnie więc to, że podoba Ci się młoda i ładna koleżanka z pracy. Ale podejmij wszystkie działania, by wyjść z tej sytuacji z honorem. Zachowaj się jak mężczyzna i walcz. O swoją rodzinę, o żonę, o swój męski honor. Stać Cię na to i na pewno dasz radę. Nie jesteś przecież mięczakiem. Z tyloma problemami w życiu się zmierzyłeś i wyszedłeś z nich zwycięsko. To tylko jeszcze jedna próba. Jeśli tylko będziesz chciał na pewno dasz sobie radę.
Wiesz, czytałam dziś rano jadąc do pracy opis kuszenia Jezusa na pustyni. Szatan nie przyszedł do niego jako wąż czy jakiś odrażający potwór tylko podróżnik. I zgłodniałemu, wyczerpanemu postem Jezusowi zaproponował to co ukoi zmysły człowieka. Chciał dać mu chleb i...zaproponował mu kobietę. A co zrobił Jezus? Nie polemizował z nim, nie tłumaczył się i nie uzasadniał szatanowi ważności swojej misji i powodu dla którego kobiety mu nie potrzeba. On po prostu kazał mu się zamknąć i modlił się do Ojca by oddalił od niego pokusę. Bo z szatanem się nie dyskutuje. Człowiek nie ma szansy samodzielnie z nim wygrać, tylko Bóg może sobie z nim poradzić.
Widzisz tu podobieństwo do swojej sytuacji? Nie tłumacz się. "Zbierz swoje zabawki" i odejdź. Mimo, iż będziesz się wydawał pokonany - zwyciężysz. Ta koleżanka usłyszała już od Ciebie "przepraszam". Nie przyjęła go - trudno. Czy coś jeszcze możesz zrobić? Chyba nic. Ewentualnie napisz do niej maila, że nie chciałeś źle, przeproś po raz ostatni i pożegnaj się.
Pomyślisz pewnie, że wydaje mi się to takie proste, a Ty przecież jesteś żywym, czującym człowiekiem. Że nie wiem co mówię.
Otóż na koniec muszę Ci powiedzieć, że ja byłam kiedyś taką "koleżanką" żonatego mężczyzny. Którego na dodatek kochałam z wzajemnością.
Jeśli kogoś kochamy to chcemy jego dobra, prawda? Największym dobrem jest zaś pragnienie zbawienia dla osoby, która kochamy. Zrób zatem ostatni gest tej miłości i zostaw ją, by to zbawienie sobie i jej zapewnić. Ja tak zrobiłam. I czuję, że wygrałam. Czego i Tobie szczerze życzę. Powodzenia!

P.S. Jeśli chcesz możesz też przeczytać odp. nr 25 - o mężczyźnie w związku. A poza tym polecam książkę dla mężczyzn Johna Eldgredge "Dzikie serce. Tęsknoty męskiej duszy". Mój mąż się nią zaczytuje :)

  Mysia, 11 lat
371
25.10.2005  
Mam chlopaka ktroego poznalam przez komunikator internetowy- gadu-gadu.Chodze z nim od 2 tygodni jest mily, serdeczny podobno dobrze sie uczy , lecz jeszcze nigdy go nie widzialam w realu :( To ja pierwsza do niego napisalam. Niewiem co mam w tej sytuacji zrobic czy sie z nim spotkac czy nie! Mam dylemat prosze o szybka odpowiedz i z gory dziekuje :* !!

* * * * *

Jeśli kontaktujesz się z nim tylko przez gg to jak tu mówić o chodzeniu? Po prostu się komunikujecie i tyle. Co do spotkania - chyba tylko tak można dobrze poznać drugą osobę. Bo pisanie o sobie to jedno a zwyczajne życie to całkiem inna sprawa.

  ANITA, 25 lat
370
25.10.2005  
CZY NIE GRZESZĘ MÓWIĄC,ŻE KOCHAM Z TEGO POWODU ŻE TROSZCZĘ SIĘ O DRUGĄ OSOBĘ,ŻYCZĘ I PRAGNĘ JEJ DOBRA CZY TYLKO KOCHAM NALEŻY MÓWIC Z TEGO POWODU,ŻE COŚ SIĘ CZUJE I WTEDY DOPIERO TO NIE JEST GRZECH? CZYM JEST MIŁOŚĆ WG KATOLICKIEJ NAUKI KOŚCIOŁA? BO CAŁE ŻYCIE MYŚLAŁAM ,ŻE MIŁOŚĆ TO UCZUCIE, A TERAZ DOWIADUJE SIĘ ,ŻE PRAWDZIWA MIŁOŚĆ TO MIŁOŚĆ WOLI A NIE UCZUCIOWA, I ŻE MIŁOŚĆ TO DECYZJA , TROSKA I ŻYCZENIE DOBRA DRUGIEJ OSOBIE. JAK TO JEST NAPRAWDĘ. CO KOŚCIÓŁ SĄDZI I NA CZYM SIĘ OPIERA? I JEŻELI NIE GRZESZĘ NA CZYM SIE PANI OPIERA TAK MI MÓWIĄC? DZIĘKUJĘ SERDECZNIE ZA ODP. TO DLA MNIE WAŻNE.

* * * * *

Mam wrażenie, że szukasz dziury w całym. Mówiłam kilkakrotnie czym jest miłość. Nigdzie też nie napisałam, że decyzji pragnienia dobra nie towarzyszy uczucie. Bywa tylko tak, że niektórzy odczuwają to bardziej inni mniej. Polecam na ten temat lekturę odp. nr 15.

  Marta, 21 lat
369
24.10.2005  
Dobry wieczór! Jest już późna pora, dawno nie zaglądałam na tą stronę , a dzisija po głowie chodziła mi nazwa \"adonai\" i doipero pózniej sobie przypomniałam, co może ona znaczyć. i cieszę się że tu dotarłam, bo jak kazdy w życiu miałam wzloty i upadki...no ale na szczęście zawsze udaje mi si ewrócić na właściwą droge.No ale ni o tym chciałam tutaj pisać. Otóż niedawn poznałam pzresympatycznego mężczyzne, ale nie wiem, czy jestem w nim zakochana, czy zauroczona, czy go poprostu lubie. Jest sympatyczny, wspaniale sie dogadujemy, dobrze wychowany i podobami sie fizycznie. Jak go nie widze, jest m zupelnie obojętny a jak go widze serducho zaczyna mi bi c mocniej. Ja jestem taką zwyczajną , niebrzydka dziewczyną, tylko, ze przychodzi mi sie zmagac z komplekdsem pzryjaciolki, ktora jest pewna siebie, wie czego chce i wszystkivh mężczyzn powala na kolana ..i tez sie w nim podkochuje. J amysle , ze on traktuje nas ja klezanki, nie wiem z ktora mu ise lepiej rozmawia, al enie chce tez o niego walczyc z przyjaciolka, tym bardziej ,z e znamy si e19lat i szkoda tego wszystkiego pzrekraeslac. Podswiadomie czuje, ze powinnam cos zrobic, al juz chyba si ewypalilam i nie iwem czy powinnam. Wiem,z enikogo nnie zmusze do milosci, wiem ze czlowiekz zdobywa sie miloscia a nie walka.......no ale nie chce tez za kikla tygodni, mies. , lat obudzic sie i zalowac, ze nic nie zrobilam. Ale co ja mam zrobic , nie mam pojęcie. W tyg. soie nie widujemy , bo on studiuje dziennie ja zaocznie, moz eniedlugo przeprowadze is etamgdzieon studiuje, no al eon bedzie n auczelni ja w pracy. Czemu to życie jet takie skomplikowane. Mam powodzenie u mezczyzn, ale nie zawesz u tychu których bym chciala. I co ja mam ew takiej sytuacji począc???

* * * * *

Co do charakteru Twoich uczuć: przeczytaj odp. nr 15 i 19. A może spróbuj nawiązać bliższy kontakt przez rozmowę z nim na jakiś konkretny temat. Studiuje na Twoim kierunku? Wspaniałe pole do popisu. Zapytaj o jakieś zajęcia, egzamin, notatki. W ten sposób zrobisz wszystko co w Twojej mocy. Reszta należy do niego i ...do Boga. Módl się o miłość, o prawdziwą miłość w Twoim życiu, kimkolwiek by ona nie była: [zobacz]
Pamiętaj też, że nie tylko Ty podejmujesz decyzję, ale także ten chłopak. Jeśli zatem Ty zrobisz jakiś krok, nie miej już do siebie pretensji. Zrobisz wszystko co możesz. Jeśli Bóg uzna, że to jest dla Ciebie dobre tak pokieruje okolicznościami, że Wasze drogi się spotkają, jeśli nie - widocznie ma dla Ciebie kogoś innego. I nie rywalizuj z koleżanką: co ma być to będzie, w końcu chłopak też ma tu coś do powiedzenia, to nie jest tak, że któraś z Was musi go "zdobyć". Powodzenia!

  Klaudia, 13 lat
368
24.10.2005  
chciała bym sie dowiedzieć:podoba misie taki jeden chłopak z mojej szkoły a niewiem jak do niego podejść i mu to powiedzieć i niewiem czy wogule powinnam to mu powiedzieć . :):):):):):):)=)=)=)=)=)=)=)

* * * * *

To dobrze, że nie wiesz.
Absolutnie nie mówić, przeczytaj o tym w odp. nr 18, 61, 74.
Lepiej podejdź i zapytaj o coś związanego ze szkołą lub pożycz od niego książkę. Nie można zaczynać czegoś od końca, a wyznanie uczucia powinno nastąpić po poznaniu się i na pewnym etapie znajomości a nie zaraz po "cześć" :)

  Asha, 18 lat
367
24.10.2005  
Mój chłopak wyjechał na trzy dni...Zaraz gdy przyjechał chciał się tego samego dnia umówić na spotkanie, ale ja musiałam odmówić....chciałam żeby się nim wpierw \'nacieszyli\' jego rodzice...potem ja....No i choć baaaaaaaaaaaardzo prosił, nie spotkałam się z nim....ale choć to był mój wybór i tak mi smutno....Czy ja dobrze zrobilam odmawiając?? Wiem, że (jak np. teraz, że jest ledwo po trzydniowej wycieczce) i powinien pobyc trochę w domu...., albo ja dość często muszę mówić: \'Nie\'. Np. wówczas gdy kiedy musimy sie oboje uczyć, a on (choć się bardzo dobrze uczy, chodzi do najlepszej szkoly w okolicy)mimo tego szuka spasobu na spotkanie. Czasem (mam tu teraz konkretnie na myśli jego próbw przekonania mnie do spotkania zaraz po wycieczce) czuję, że nie ważene co myślą jego rodzice....ich odklada na drugi plan...nawet jeśli chodzi o widzenie sie z nimi...ja już mu tłumaczyłam, że to ja powinnam być w drugiej kolejności...ale mam wrażenie, że on sobie myśli, iż mi sie po porstu albo nie chce do niego iść, albo nie chce się z nim widzieć....że niby mi na tym nie zależy...Ratunku!!!!! Ja chcę tylko kompromisu...nie chcę żeby mial problemy z powodu mnie z rodzicami...Jest mi tak bardzo ciężko kiedy muszę mu odmówić, ale wiem, ze to jest lepsze rozwiązanie...ale może się mylę...może nie powinnam sie tym przejmować...nie wiem co robić...Chcę być szczera, uczciwa i kochająca ale w czynach...a nie tylko w slowach...

* * * * *

No cóż, skoro już mu tłumaczyłaś...
A może po prostu na drugi raz wyjdź po niego na dworzec, powitaj, pobądźcie razem w drodze do domu a potem umówicie się na następny dzień? W myśl zasady "i wilk syty i owca cała". Tak samo z nauką: spotkać się na chwilkę po szkole, przejść pół godzinki po parku, razem pooddychać świeżym powietrzem i umówić wtedy kiedy będzie więcej czasu. To normalne, że jak się kocha to się pragnie obecności. Jednocześnie Ty jesteś obowiązkową osobą i wiesz co ważne. On czuje się zraniony Twoją odmową, Ty masz wyrzuty sumienia i błędne koło. Wiem jak to jest, dlatego to króciutkie spotkanie bardzo cieszy i dodaje energii. Może spróbujcie w ten sposób to rozwiązać?

  Agnieszka, 26 lat
366
24.10.2005  
Jak wyzwolić się od uczucia do kaplana? Czy odciac sie, choc tak szkoda przyjazni?Jak wytlumaczyc sobie,ze przeciez \"z tego nic nie bedzie\"? Jak nie dopuszczac mysli, ze to moze byc cos wiecej ? Jak opanowac te emocje i przemienic w cos dobrego dla obu stron? Ja, lat 27, on, ksiadz 10 lat starszy. Nic mu nie powiem, choc oboje jestesmy dla siebie wazni. Nie chce mu rujnowac zycia. ale i sobie tez...

* * * * *

Przeczytaj odp. nr 11. I nak najszybciej rozluźnij kontakty. Jeśli jesteście dla siebie ważni to pragnijcie dla siebie najwyższego dobra: zbawienia. A można je osiągnąć przez realizację swojego powołania.

  Edyta, 17 lat
365
24.10.2005  
Ponad rok temu poznałam na weselu chłopaka Grzgorza(6 lat starszego). Tańczyliśmy kilka razy, trochę rozmawialiśmy, pytał czy mam chłopaka....Zakochałam się. Potem widziałam go dwa miesiące później, promiennie się uśmiechną a ja miałam dokładnie takie objawy, które opisujesz przy zakochaniu. Niestety bardzo się spieszyłam i nie miałam czasu z nim porozmawiać (moi rodzice czekali w samochodzie). Potem nie widziałam go pól roku. Przez cały ten czas nie przestawałam go kochać. Zapomniałam nawet jak dokładnie wygląda. Wogóle nie interesowali mnie inni chłopcy, czasem podświadomie porównywałam ich do tego jedynego...Doszłam do wniosku że będę szczęśliwa w zakonie, bo żaden chłopak mi nie odpowiada, ale czułam jakieś wewnętrzne opory, trakotowałam to trochę jak karę, ale nie widziałam innego wyjścia dla siebie. Ostanio poszłam do innej szkoły i tam spotkałam jego brata, poznałam go wtedy co i Grześka- nie widziałam go 13 miesięcy a on mnie poznał! Pytał o mnie opowiadał trochę trochę o Grześku (czyżby specjalnie) ale wolałam unikać tego tematu, bo zaraz robię się czerwona, jest mi gorąco i zaczyna kołatać mi serce. Podczas tej rozmowy nagle jego brat urwał zdanie i powiedział ,,muszę już iść\'\' po chwili patrzę a on idzie z Grześkiem. Nie wiedziałam co się ze mną dzieje, moje emocje sięgały zenitu...Siedziałam wtedy na łweczce na dworcu PKS a oni szli po drugiej stronie. Radek(jego brat) szturchnął go i wskazał w moją stronę. Chyba się zmieszał, nie wiedział co powiedzieć. Nie wiem dokładnie co się ze mną działo ale nie pamiętam dokłanie nawet co powiedział. Uśmiechnął się (chba najpiękniej jak potrafi) I powiedział coś w stylu: ,,O mam cię\'\' czy coś podobnego...Pamiętał mnie choć nie widział mnie cały rok. Nawet go nie znam dobrze, ale przez cały ten czas modliłam się o niego. Dawniej marzyłam o zrobieniu wielkiej kariery, ale kiedy go poznałam wiedziałam że dla niego będę w stanie ze wszystkiego zrezygniwać, chociaż tak naprawdę to widziałam go 3 razy w zyciu. Dla niego oddam wszystko.... I czy to jest normalne że widziałam chłopaka kilka razy i tak go pokochałam. Czy to ma sens, przecież nawet go dobrze nie znam. Nie wiem czy on by mnie poznał gdyby go brat nie szturchnął. I zawsze jest tak że nie mogę z nim rozmawiać, bo widzę go przelotem na mieście albo zaraz ma odjechać mój autobus, a może porostu sama uciekam od tych rozmów, bo się wszystko wyda, zobaczy moje rumieńce, moje zdenerwowanie...I czy to możliwe że 23-letni chłopak nie ma dziewczyny i że zechce dochować czystości. Czy mam szukać kontaktu z nim czy próbować zapomnieć, ale czy uda mi się zapomnieć jak nie zapomniałam przez cały rok. Tak bardzo go kocham!!!

* * * * *

Jest normalne, że 23-letni chłopak nie ma dziewczyny i że chce dochować czystości. To piękne, że są jeszcze tacy chłopcy. Dlaczego od niego uciekasz? Może on też jest trochę nieśmiały, może nie wie co do niego czujesz, może obawia się, że uznasz go za "starego"? On może tak uważać, skoro za każdym razem się spieszysz. Poczekaj kiedyś na następny autobus jak go spotkasz, porozmawiaj z nim chwilę, znajdźcie jakiś wspólny temat, pożycz od niego książkę, jeśli studiuje - spytaj o ten kierunek, o uczelnię, powiedz, że sama myślisz nad wyborem studiów, może więc by Ci coś doradził?
Poznaj go bliżej, może warto?
Tylko małe sprostowanie: nie wolno dla kogoś "ze wszystkiego" rezygnować, w związku trzeba pozostać sobą. Nie wiem co miałaś na myśli pisząc te słowa, nie będę tego Ci na razie bliżej wyjaśniać, bo to nie ten etap.

P.S. Klasztor to nie kara, to nagroda dla tych, którzy idą tam z powołania :)

  Agata, 16 lat
364
24.10.2005  
Piszę to pytanie, ponieważ mam pewne watpliwości. Otóż pewien postulant niustannie sie na mnie patrzy przechodzi jak najbliżej mnie. Niekiedy zapomina o wszystkim, gdy patrzy na mnie. Co ja mam zrobić?? Co mam o tym myśleć?

* * * * *

Jeśli Cię to w jakiś sposób peszy lub rozprasza to następnym razem kiedy będzie tak patrzył uśmiechnij się do niego i powiedz: "Czy chciałbyś mnie o coś zapytać? Bo takie mam wrażenie od dłuższego czasu". Powinno poskutkować. Chłopak się albo opamięta albo głębiej zastanowi nas swoim powołaniem.

  Ewa , 19 lat
363
24.10.2005  
Wydaje mi się że kocham pewnego chłopca. Jednak on wcześniej miał już dziewczyny z którymi odbywał stosunki płciowe. Czy moge myślec o małżeństwie z nim mimo że nie byłabym jego pierwszą kobietą?

* * * * *

No cóż.... Wprawdzie nie tylko pod tym względem należy patrzeć na kandydata na przyszłego męża, ale...jego wcześniejsze zachowanie też o nim świadczy.
Nie napisałaś zbyt wiele. Nie wiadomo czy on to robił z ciekawości, czy teraz zmienił postępowanie, czy tego żałuje i przede wszystkim - czy Tobie dochowywałby wierności.
Sam fakt, że nie byłabyś jego pierwszą kobietą nie skreśla go jak dobrego męża, chociaż nie ukrywajmy - te przeżycia zostaną w jego umyśle i sercu na zawsze. Słyszałaś pewnie o "prawie pierwszych połączeń"? Generalnie to odeślę Cię do działu "Czystość" na tej stronie, tam są artykuły na ten temat np. "Czy dziewictwo można odzyskać?".
Tak więc wszystko zależy od nastawienia tego chłopaka: czy jest to jego sposób na życie czy błąd młodości, za który żałuje.
Ja myślę, że powinnaś najpierw go poznać bliżej, zobaczyć jaki jest, jakie wyznaje wartości, do czego dąży w życiu, kim jest dla niego kobieta, a dopiero później podejmować jakieś decyzje. No i jeszcze jedno pytanie: czy on również Cię kocha? Bo inaczej to będziemy tylko gdybać. A o miłości przeczytaj w odp. nr 19 i 25.

  Kornelia, 16 lat
362
23.10.2005  
Rok temu zakochałam się w chłopaku,który zupełnie nie zwracał na mnie uwagi. Zaczepiał inne dziewczyny ale z rzadną nie chodził (wiedziałam o tym). Chodziłam z nim do klasy ale jakoś z nim nigdy nie rozmawiałam. Uczepiłam się myśli że on flirtuje z dziewczynami ale z nikim się nie spotyka więc cały czas miałam nadzieje że mnie zauważy. Przeniósł się do innej klasy. A ja dalej miałam nadzieję. Ale teraz zaczełam sie nad sobą zastanawiać. Pewnego dnia on sam zaczął rozmowę ze mną. To była bardzo krótka i niezobowiązująca rozmowa. Mimo wszystko byłam zdziwiona bo nigdy wcześniej nie podchodził do mnie i nierozmawiał. Nagle któregoś dnia zaczęłam się zastanawiać co dalej ze mną będzie. Cały rok nie potrafiłam myśleć o nikim innym. Co mam zrobić? Jak postąpić? Dalej czekać i cierpieć czy spróbować zapomnieć po roku zakochania?

* * * * *

Kornelio, jeśli on tylko z Tobą niezobowiązująco porozmawiał no to chyba nie ma powodu myśleć, że jest Tobą zainteresowany. To mógł być przypadek i nie należy doszukiwać się tu głębszego sensu. Co masz zrobić? Być sobą, żyć swoim życiem, rozwijać swoje zainteresowania, modlić się o dobrego chłopaka: [zobacz]
Bóg wie czego pragniesz. On zna także odpowiedni czas. Zaufaj mu a On zatroszczy się o Ciebie i da Ci miłość, której potrzebujesz. Czy będzie to ten chłopak czy inny - tego nie wiadomo. Po prostu bądź sobą a miłość przyjdzie.

  Ania, 18 lat
361
23.10.2005  
Mam pewien problem i czuję, że nie daje sobie z nim rady. Otoz 3 lata temu poznałam chłopaka. Byliśmy na koloniach organizowanych przez nauczyciela z naszej szkoły. Wczesniej znalismy sie tylko z widzenia i raczej nie zwracaliśmy na siebie szczególnej uwagi. Na koloniach poznaliśmy się nieco blizej, ale był on po prostu moim nowym kolega. Jak się pózniej dowiedziałam on już wtedy stwierdził, ze coś do mnie czuje, ale nie chciał tego wyjawiać. Trzeba przyznać, ze nie należał do ładnych chlopaków. był mi obojętny. zmnieniło się to dopiero po roku znajomości. Wspólne wyjazdy klasowe na biwaki, dyskoteki w szkole. to wszystko nas przybliżyło. zaczęłam odczuwac,ze to przeradza sie to przyjazn. Była to niesamowita wiez, która nas łączyła. przy nikim nie czułam się tak dobrze. bardzo róznił się od chłopaków, których znałam. czułam, ze on pragnie mojego dobra, nie oczekujac nic w zamian. Gdy było mi smutno czy zle zawsze mogłam do niego przyjsc. i czasami wystarczala mi tylko ta swiadomośc, ze on jest. Czulam prawdziwa bliskość mimo,ze nasze relacje nie wykraczały poza serdeczne przytulanie. Jestem osoba raczej zamknięta w sobie, wrazliwa i dość nieśmiałą i to dzięki niemu poznałam jak wilekie pokłady dobrych uczuć we mnie tkwią i to ze potrafie te uczucia okazywać. i tak trwalo długi czas. byly tez ciezkie momenty, ale razem rodziliśmy sobie z tym. Problemy zaczeły sie pojawiac, gdy powiedział mi, co do mnie czuje i ze chce czegos wiecej. mimo to nasze relacje sie nie zmienily, bo ja nie odwzajemniałam jego uczuc. mi potrzebna była przyjazn. i nadal mi pomagal. mimo, ze cierpiał. pocieszal, gdy z nie moglam znalezc szczescia u innych chlopaków. i tak nagle zdalam sobie sprawę, ze ja szukam chlopaka takiego jak on. przeciez jego charakter, sposób bycia, to ze potrafil mnie szanowac, był czuly i delikatny, to cechy których szukałam. poczułam, ze moglabym z nim byc, tylko, ze bylo jakies ale... on nie miał w sobie tego czegoś, nie pociągał mnie fizycznie. a mimo to czulam, ze nie chce bez niego zyc. tak wiec dalej trwala nasza przyjazn, choć moze nie bylo tak jak dawniej. Bylo tak do momentu kiedy, pozwolilam mu na zbyt duzo. byl pierwszym chlopakiem, któremu pozwolilam sie pocalowac i dotykac w ten sposób, choc nie sprawialo mi to przyjemnosc, a nawet z perspektywy czasu budzi to moja niechec do siebie. i choc wiele moich kolezanek powiedzialoby, ze nic sie nie stalo, to ja miałam straszne wyrzuty sumienia. jestem osoba wierzaca i wiedzialam, ze zrobilam zle. to na pewno czesciowo oddalilo nas od siebie. ja cierpialam bardzo, on tez czul, ze postąpil zle. przepraszal, ale mi trudniej bylo wybaczyc sobie niz jemu, bo ja przeciez sie na to zgodzilam, a moglam powiedziec nie. Bylo cięzko a wtedy on ponownie powiedzial, ze chce byc ze mna. Odmówilam, bo czulam, ze nie mam sily odbudowywac przyjazni, a co dopiero mowic o zwiazku. Powiedzialam, ze teraz wybor nalezy do niego. moze albo odejść i wtedy zrozumiem to(choc wiedzialam, ze wtedy bede jeszcze bardziej cierpiec) albo pomimo trudu mozemy sprobowac odbudowac przyjazn. wybral to drugie, lecz nic nie bylo takie jak dawniej. on cierpial, bo nieodwzajemnialam jego uczucia, a ja cierpiałam, bo nie bylo juz takiej więzi miedzy nami. i wtedy poznal dziewczyne, ktora na swoj sposob probowala go pocieszyc i nie wiem czy jej sie to udalo, ale doprowadzila do tego, ze przestalismy sie spotykac. Ja znowu cierpialam, bo wiedzialam, ze stracilam tak wazna osobe w moim zyciu. Minelo kilka miesiecy przepelnionych zalem i smutkiem. Nie widziliśmy sie, chodzilismy juz do innych szkół. nie zawieralam z nikim blizszej znajomosci,bo czulam, ze on jest najwazniejszy. jak sie pozniej okazalo on przezywal to samo.nie wytrzymalam, musialam sie odezwac, choc tak bardzo sie balam, ze zostane odrzucona. ale gdy doszlo do pierwszego spotkania nie moglismy opanowac radosci. tyle czasu, czekania i znowu bylismy razem. ta przerwa pokazala jak wiele dla siebie znaczymy i to ze laczy nas prawdziwa wiez. jednak stopniowo zaczely ogarniac mnie wątpliwosci. Bo on strasznie sie zmienil. I fizycznie i psychicznie. Byl taki pewny siebie, dobrze ubrany, zauwazylam, ze stal sie calkiem przystojny, mial nowe towarzystwo. i wlasnie to towarzystwo niepokoilo mnie od poczatku. byli to ludzi przekreslajacy wartosci moralne, lubiacy wypic, papierosy, dobrze sie zabawic, pojsc na dyskoteke czy impreze. nie mowiac juz o kosciele.ja od zawsze stronilam od takich osob. i mysle, ze to pod ich wplywam tak sie zmienil. pomiedzy nami stworzyl sie ogromny dystans, choc on tego nie zauwazal. I ogarnely mnie wątpliwosci czy to na pewno ta sama osoba, ktora kiedys znalam. Mial nowy sposob bycia, zgubil gdzies swoja delikatność, nie mowiac nic o nalogach. Nie mialam juz takiego zaufania do niego. mimo to po dlugich prosbach zgodzilam sie z nim byc. Choc jego zachowanie wielokrotnie mnie ranilo, chcialam mu pomoc. pokazac, ze idzie zla droga. Sytuacja sie pogorszyla, gdy znowu przekroczylismy bariere czystości. wiedzialam, ze jego pieszczoty sa czyms zlym, ale znowu mu na to pozwolilam. Potem oboje zalowalismy, a dystans miedzy nami sie powiekszyl. Nie wiedzialam co robic. Czulam sie zle, mialam wyrzuty sumienia, nie tolerowalam jego kolegow, ktorzy zreszta okreslili mnie jako - dziwna i niedzisiejsza,bo nie pije, nie pale,nie przeklinam, chodze do kosciola. ale on widzac moj niepokoj obiecal, ze sie zmieni. i faktycznie teraz nie ma juz nalogów, ale wiem, ze nie bedzie taki jak dawniej. Mowi, ze jest przy mnie szczesliwy i ze pokazalam mu prawdziwe wartosci w zyciu, ze dzieki mnie jest lepszy. ale zdaje sobie sprawe, ze nie pasujemy do siebie jak kiedys, ja nie pasuje do jego towarzystwa, bardzo się męczę.Nie czuję przy nim juz takiego spokoju i nie mam poczucia bezpieczenstwa. Boje sie, ze nie jestem w stanie spelnic jego oczekiwan, choc on twiedzi, ze kocha mnie wlasnie za to jaka jestem. Chcialabym pokazac mu jak wiele sily do poddzwigniecia sie ze zla daje Bog, ale on nie chce chodzic do kościola, a ja nie potrafie z nim na ten temat rozmawiac. Zalezy nam na obupulnym szczęsciu i oboje pragniemy dobra dla siebie. Ale nie wiem, czy ta znajomosc ma sens,bo jego koledzy nadal maja na niego zly wplyw. Czuje sie jakbysmy byli z dwoch roznych swiatow, choc tak wiele nas laczy. czuje, ze jest to glęboka wiez, to przyjazn, ktora przerodzia sie w milość, ale nie wiem, czy starczy mi sil, aby udowodnic mu, ze moja \"niedzisiejszość\", jest lepszą postawą od nieustannego czerpania z pustych przyjemności. Czy ta znajomość ma sens? Czy dalej to ciągnąć?wiem, ze za bardzo sie rozpisalam, ale chcialam zebys Droga Redakcjo znala dokladnie moj problem. Moze moja wiadomosc jedt za dluga, aby ja umiescic na stronie, ale prosze o odpowiedz. moze byc nawet na emaila mojej kolezanki, ktory podalam. to dla mnie wazne.

* * * * *

Niczego nie rób wbrew sobie. Mam wrażenie, że zgodziłaś się z nim być ze względu na Waszą wcześniejszą przyjaźń a nie dlatego, że tego pragnęłaś. Nie wolno męczyć się w związku, nie można z kimś być tylko dlatego, że temu komuś jest dobrze. W związku trzeba samemu też być szczęśliwym a nie tylko być szczęściem dla kogoś. Nie wiem jakie Wasz związek ma szanse, to zależy od Was obojga, od Waszych wyborów. Oczywiście nie musicie być tacy sami, ale hierarchia wartości, zasad i oczekiwań musi być wspólna. Nie bierz na siebie ciężaru zmiany go, bo nie podołasz. Poza tym, żeby się zmienić trzeba samemu widzieć potrzebę a nie robić tego dla kogoś. Ty możesz mu pokazywać swoim życiem, że można inaczej, ale pod warunkiem, że zaakceptujesz go takiego jaki jest. Jeśli Ci to przeszkadza, przygnębia Cię, robisz to wbrew sobie - nie ma sensu. Z drugiej strony absolutnie nie możesz się naginać do jego wartości i towarzystwa, bo każdy powinien pozostać sobą. To co pisałaś o naruszeniu granicy czystości - to miało ogromny wpływ i to właśnie jest przyczyną Twojego smutku. Na ten temat poczytaj świadectwa z "Miłujcie się".
Musicie ze sobą szczerze rozmawiać, każde z Was musi się określić wobec drugiego: kim jest, czego oczekuje, z kim chce się spotykać, jak spędzać czas, jakie ma wartości. I wtedy podejmiecie decyzję. Ona nie może być wymuszona, ona musi dokonać się w wolności Waszych serc. Nawet jeśli będzie bolała. Napisałaś, że nie masz przy nim poczucia bezpieczeństwa - to bardzo ważne dla kobiety. Przeczytaj na ten temat odp. nr 25. Odpowiedz sobie na pytanie: czy ten związek Cię uskrzydla? Czy czujesz się lepsza? Czy pogłębia Twój smutek, frustrację? Czy oddala Cię od Boga czy przybliża? Nie możesz siebie poświęcić żeby jego zmienić. Nie tędy droga. Masz być szczęśliwą, rozwijającą skrzydła dziewczyną. Przemyśl sobie to wszystko, porozmawiaj z nim i podejmij decyzję, której nie będziesz żałować. Powodzenia!

  Samotna, 22 lat
360
23.10.2005  
Całkiem przypadkowo poznałam Jego i od tego czasu On trwa w moich myślach bezustannie!Przyjechał do mnie \"w interesach\"i po tym spotkaniu wiedziałam, że to jest druga połowa mojej duszy. Byłam pewna, że się do mnie odezwie (choć wszystkie sprawy już załatwiliśmy). Po tygodniu napisał maila (kazał mi czekać:)).I tak zaczęła się nasza wirtualna rozmowa. Było to coś niesamowitego. Zadajać Mu pytanie sama znajdowałam w myślach odpowiedź a jego słowa były tylko formalnością. Nawet w tych samych momentach dzwonił do nas telefon:) On czuł podobnie: pisał, że jak zobaczył mnie po raz pierwszy to miał wrażenie, że zna mnie całe życie, że całe życie na mnie czekał, że śnię Mu się nocami, że czuje mnie bez dotyku...i wiele innych pięknych słów od Niego dostałam! Te nasze rozmowy były dla mnie pokarmem. Ja naprawdę czułam wtedy i teraz równie mocno czuję, że jestem stworzona dla Niego, żeby Go uszczęśliwić!Nagle przestał się odzywać...Pisałam do Niego ale nie odpowiadał.Dowiedziałam się, że dotknęła Go rodzinna tragedia.Pisałam,pisałam...serce dyktowało i krzyczało z bólu...tak bardzo chciałam Mu pomóc, tak bardzo chciałam wziąć Jego ból na siebie.Ale On się nie odzywał.W końcu zdecydowałam się napisać do Niego nie w sprawach prywatnych lecz w interesach.Odpisał!!Odpisał bardzo formalnie: najpierw odniósł się do mojego zapytania a potem bardzo zdawkowo przeprosił, że się nie odzywał i koniec...A ja tak bardzo czekałam na wiadomość od Niego, myślałam już, że coś Mu się stało a On przysłał mi takiego maila...Potem znowu się nie odzywał. Przypadkiem, nie to było celowo, znalazłam Jego numer gg w katalogu. Postanowiłam się odezwać choć minęło już trochę czasu. Nie byłam (teraz mam wprawę:)) dobra w te klocki i pierwszą wiadomośc, tzn głupie \"cześć\", na gg wysłałam nie podpisując się bo wysłałam ją za szybko, nie wiedząc w ogóle, że ją wysłałam! Ale nie musiałam się podpisywać, bo On od razu wiedział, że to ja!Te wszystkie niesamowite zbiegi okoliczności (teraz tak nauczyłam się je odczytywać, bo kiedyś uważałam je za znaki potwierdzające moje odczucia) dały mi dużo do myślenia. Pisaliśmy z sobą na gg codziennie, parę razy dziennie, mieliśmy swoje pory żeby pogadać!W tym czasie dużo się dowiedziałam o Nim.Po jakims czasie powiedział mi, że wyjeżdża za granicę i że nie wyjeżdża sam...tylko z dziewczyną...szok...to był dla mnie szok...do czasu Jego wyjazdu pisaliśmy sporo i co dziwne Jego wiadomości do mnie się nie zmieniły.Dla mnie było niepojęte, że On mając dziewczynę pisze mi takie rzeczy...Pytałam Go dlaczego!?On pisał, że wciąż szuka miłości...Potem wyjechał.Jest już zagranicą od 11 marca tego roku i jak na razie wrócić nie planuje.Rozmawiamy czasem na gg ale rzadko i inaczej niż kiedyś.Najgorsze, że ja wiem, że cały czas Go kocham chociaż z całych sił walczę z tym uczuciem.Proszę Boga, żeby zabrał je ode mnie jeśli nie możemy być razem...Analizując tę całą sytuację myślę, że to moja wina, że się w Nim zakochałam...moze źle odczytywałam informacje od Niego?! Radziłam się przyjaciółki jak Ona by się zachowywała gdyby Ktoś pisał Jej te wszystkie słowa...tylko słowa albo aż słowa...Podobno dał mi powody, żebym się zakochała.Ale ja nadal uważam, że to ja byłam naiwna i że za szybko oddałam Mu sowje serce, swoją duszę...Proszę o pomoc, o modlitwę.Proszę Boga, żeby zabrał ode mnie to uczucie, zebym mogła pokochać Kogoś z taką samą mocą jak jego.Proszę o to, błagam...

* * * * *

Współczuję.
Nie miej pretensji do siebie, nie jesteś naiwna, zareagowałaś normalnie, jak każdy. Oczywiście, że dał Ci powody, żeby myślała o nim w innych kategoriach. To on zagrał nie fair i chyba teraz wiadomo skąd jego milczenie przez jakiś czas. Okłamywał Ciebie a pewnie teraz okłamuje także swoją dziewczynę. Masz prawo mieć do niego pretensje, masz prawo czuć się zraniona i powiedzieć mu co o nim myślisz. Niestety wciąż jeszcze zdarzają się ludzie, którzy bawią się czyimiś uczuciami, "szukając miłości" myślą wyłącznie o sobie. A przecież ten drugi człowiek jest z krwi i kości i też czuje! Rozumiem, że jesteś w szoku, że nie dowierzasz i że wciąż jesteś w nim zakochana.
Ale nie jest to zdrowy związek. Nie można budować na kłamstwie, nieszczerości, egoizmie.
Dla samej siebie, abyś nie dała się bardziej zranić powinnaś zerwać ten kontakt. I nawet nie musisz się tłumaczyć. Jak ktoś kocha, kocha prawdziwie troszczy się o dobro drugiej osoby, pragnie jej obecności i liczy się z jej uczuciami. Niestety, w zachowaniu tego chłopaka względem Ciebie nie ma niczego z tych rzeczy. A już słowa, które do Ciebie kierował, niestety słowa bez pokrycia wyrządziły najwięcej zła.
Masz rację, proś Bogam, by zabrał to uczucie i módl się o prawdziwą miłość: [zobacz]
Ale zadziałaj też sama. Nie pozwól, by on nadal "szukał swojej miłości" Twoim kosztem. Zasłużyłaś na prawdziwa miłość. Powodzenia!

  Izabela, 18 lat
359
23.10.2005  
Mam kolege który bardzo mi się podoba,niestety on podoba sie mojej najlepszej przyjaciółce.Nie wiem co zrobić,z jednej strony nie chcę jej zranic,ale za to z drugiej on odwzajemnia moje uczucia. Ona kocha go juz od roku...nie wiem co mam zrobic. Zalezy mi na obojgu. Co powinnam zrobic ???

* * * * *

Zobacz odp. nr 343. Chłopak powinien się określić. Trudno, żebyś rezygnowała z miłości dlatego, że ten chłopak podoba się Twojej przyjaciółce. Tym bardziej, że ona nie podoba się jemu. Porozmawiaj o tym z nią szczerze, jestem pewna, że zrozumie. W końcu do miłości trzeba dwojga. To co Ty możesz zrobić to powstrzymać się przy niej od opowiadania o Waszym związku, o tym jak Ci dobrze i nie składać jej wizyt razem z nim. Po jakimś czasie jej przejdzie ale musisz dać jej czas na oswojenie się z sytuacją i sprawić, by nie miała poczucia bycia odtrąconą, bo wtedy uzna, że straciła wszystko: i chłopaka i Ciebie.

  Eliza, 26 lat
358
23.10.2005  
Jestem z chłopcem 9 lat, staramy się, a nie możemy żyć bez kłótni, nie potrafimy w spokoju przeżyć 2 tygodni. Dlaczego? Czy mamy jeszcze więcej pracować nad związkiem, czy Pan mówi do nas, że nie jesteśmy dla siebie? Jestem u kresu sił, proszę o radę.

* * * * *

Skoro jesteście już 9 lat i nie możecie się dogadać to radzę się wybrać na "Wieczory dla zakochanych" gdzie znajdziecie odpowiedzi na swoje pytania. Informacji szukaj tu: www.spotkaniamalzenskie.pl, www.malzenstwo.pl

  ALA, 20 lat
357
23.10.2005  
w poprzednim roku studenckim 'czyli na moim pierwszym' zauważyłam na wykladówce wyjatkowo ładnego chłopaka 'jednym słowem mój typ' czesto siedział przede mną a ja wtedy w ogóle nie słuchałam wykłądowcy tylko byłam zapatrzona w Michała. A wieczorami przezywałam to że nie mam odwagi zagadać do niego Mamy wspólnych znajomych ale jakos nic z tego i do tej pory sie nie znamy. Z tego co wiem on nie ma dziewczyny Ale widze pewną róznice charakteru ja jestem spokojną dziewczyną ale kiedy mozna to potrafie sie bawic A on jest troszeczke cwaniaczek 'moze przez wygląd' Nie wiem moze sie myle CO MAM ROBIĆ?? szukać innego czy cio ??????

* * * * *

No na takie pytania to ja nie odpowiem, to Twoja decyzja. Po to jest czas na poznanie się, żeby zdecydować czy pasujemy do siebie czy nie.

  anita, 25 lat
356
23.10.2005  
Proszę pani, na jakich się pani źródłach opiera charakteryzyjąc miłość, zakochanie,że np. miłość jest decyzją, a nie uczuciem itp.? Co warto przeczytać w internecie na ten temat na dowód pani słów? Czy są jakieś linki katolickie mówiace o takiej miłości? dziękuję za odp. i pozdrawiam.

* * * * *

Opieram się głównie na książkach J. Pulikowskiego, o. Meissnera, B.Suszki, ks. Pawlukiewicza oraz własnych przemyśleniach i doświadczeniu życiowym.

  Magda, 15 lat
355
22.10.2005  
Mój \"pronblem\" polega na tym że jest w moim zyciu 3chlopakow ktorzy sa dla mnie wazni (poza rodzina oczywiscie:)).w pierwszym juz dawno sie bujalam -->mialk dziewczyne zerwal z nia a my jestesmy w kolezenskich stosunkach (ja go bardziej niz lubie),drugi to dosc dziwna osobowosc-->dobry kolega PRAWIE przyjaciel , ktory mi sie podoba , a trzeciego poznalam niedawno i mam do niego slabosc;]problekm w tym, ze nie wiem tak na prawde co do ktorego czuje i jestem \"rozciagnieta\" na trzech.w kazdym podoba mi sie cos innego.....jak rozwiazac mój rebus?

* * * * *

Potraktować każdego z nich jak dobrego kolegę i nie zwracać sobie głowy poważnym związkiem. A o miłości, na którą przyjdzie czas poczytaj w odp. nr 19.

  karina, 16 lat
354
22.10.2005  
Witaj!! Bardzo często sie kłuce z moim chłopakiem.., żadko sie widujemy i... jeste mi z tego powodu przykro.. jestesmy juz ze sobą 4miesiące!! Kocham Go!!! lae.. niewiem .. niejestem pewna czy on mnie tez..????

* * * * *

No to chyba czas na rozmowę dlaczego tak się dzieje. Na uzgodnienie wartości, systemu ważności spraw. W związku potrzebny jest kompromis, czasem ustępstwo którejś ze stron. Związek to nie spotkanie dwóch egoizmów tylko dwóch osób pragnących nawzajem swojego dobra.

  dominika, 10 lat
353
21.10.2005  
jaka jest twoja sympatia

* * * * *

Mój mąż :)

  aneta, 30 lat
352
21.10.2005  
kim jest pani, odpowiadająca tutaj na pytania? pozdrawiam

* * * * *

Osobą świecką, żoną. Nie jestem z zawodu psychologiem, ale mam za sobą przygotowanie z zakresu poradnictwa rodzinnego w Studium Życia Rodzinnego. Ja również pozdrawiam :)

  Ewka, 19 lat
351
21.10.2005  
Od 5 miesiecy jestem w związku z chlopakiem starszym ode mnie o 4 lata.czatku bylo spuer.. ciagle spotkania , smski, telefony i wogole... jednak z czasem cos jakby zaczęło sie psuć.. myśle ze mój chlopak zobaczyl jak bardzo mi na nim zależy, i on zaczął sie coraz mniej starac! i tak coraz zadziej juz sie spotykalismy, no ale wiadomo jak sie juz spotkalismy to naprawde bylam szczesliwa, mysle ze on tez. Bardzo go kocham i akurat tego jestejm pewna ze to miłośc! bo gdyby go nie kochala to juz dawno byl sobie mogla znalezc innego ch łopaka, bo na powodzenie akurat nie narzekam. Ale teraz doszlo do tego ze spotykam sie tak raz w tygodniu!!! a mi to po prostu nie wystarcza.. oczywiscie duzo tez rozmawiamy na gg ale wiadomo ze to nie to samo! spotykamy sie zadko tylko dlatego ze on ma kolegow z ktorym widzi sie prawie codziennie! jestem troche zla z tego powodu! nie chodzi mi o to zeby on nie mial kolegow i coagle sie ze mna widywal ale po prostu moglby mi poświecie troszke wiecej czasu niz te 3 godziny w tygodniu! Kiedys mu juz powiedzialam ze za malo sie spotymkamy.. obiecal ze sie to zmieni... no ale to bylo przez pewnien czas a teraz znowu jest tak samo! dzis byla taka sytuacja ze mial do mnie przyjechac a 10 minut przed spotkanie napisal ze nie da rady jednak :( bardzo mi sie z tego powodu smutno zrobilo, naet dlugo plakalam i wiem ze jeszcze w nocy bede plakac. Moze ja jestem jakas nienormalna, ale ja sobie nie wyobrazam zycia bez niego! i co z tego ze teraz jestem zla na niego, jak przyjedzie to zaraz o wszyskim zapomne! taka juz jestem.. ale naprawde bardzo przezniego cierpie. Nie iwem czy jest sens bycia razem z nim i coraz częsciej sie nad tym zastanawiam jednak najbardziej boje sie tego ze jak z nim zerwe to wpadne w jakas depresje. Wogóle chce miec chłopaka , ale ja chce byc z nim a nie z kims inny. Ale czy jest sens tak cierpiec???? niewiem czy rporozmawiac z nim ale boje sie ze to nic nie da czy zerwac??? przeciez chyba gdyby mu zalezalo na mnie to wolaby sie ze mna spotykac niz ciagle z kolegami( nie mowie tu ze z nimi ma sie wogole nie spotykac!) prosze poradżcie mi co robić

* * * * *

Niezbyt poważnie to wygląda. Miłość pragnie obecności. To co mówisz o nadmiernym okazywaniu, że Ci zależy - nie wiem jak to wygląda i czy właściwie to oceniasz, ale proponuję lekturę odp. nr 25 - funkcji mężczyzny w związku. Dziwi mnie, że 23-letni chłopak woli codziennie spotykać się z kolegami niż przyjechać do dziewczyny. A rezygnacja ze spotkania 10 minut przed nim też daje wiele do myślenia. Być może on wcale jeszcze do związku nie dorósł. Porozmawiaj z nim poważnie. Rozumiem, że jesteś zakochana i cierpisz ale lepiej znać prawdę niż być oszukiwana.


Ostatnia aktualizacja: 26.08.2017, 13:52


[ Powrót ]
Daj plusika:
[ Strona główna ] Drukuj Wyślij link
Trudna miłość. Jak pokonać kryzys? Trudna miłość. Jak pokonać kryzys?
Tonino Cantelmi, Rachele Barchiesi
Dlaczego zbudowanie stałych i silnych związków uczuciowych wydaje się dzisiaj bardzo trudne czy wręcz niemożliwe? Jakie są przyczyny kryzysu panującego w relacjach międzyludzkich? Autorzy niniejszej książki starają się ukazać te przyczyny. Chcą pomóc Czytelnikowi, zwłaszcza młodemu, w budowaniu trwałych relacji z innymi ludźmi.... » zobacz więcej
Zakochanie… i co dalej? Zakochanie… i co dalej?
Jacek Pulikowski
Książka ta jest pierwszym krokiem do szczęśliwego małżeństwa. Pomyśl o radosnym czasie zakochania, chodzenia ze sobą, narzeczeństwa i nie zmarnuj go! Wykorzystaj cenne wskazówki autora dla dobra twojego i przyszłego współmałżonka... » zobacz więcej
O stronie... | Ogłoszenia | Konkurs | Wspomóż nas | Polityka Prywatności | Kontakt

© 2001-2011 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej