Kartki Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Czat Opowiadania Perełki
Samotność - dramat czy powołanie?

     Ostatnio coraz częściej słyszy się o "powołaniu do samotności". Nawet młodzi ludzie, nieraz dopiero po studiach postanawiają nie zakładać rodziny. Robią to całkiem dobrowolnie albo - nie mogąc znaleźć kandydata na małżonka dochodzą do wniosku, że samotność jest ich drogą. Utwierdzają ich w tym media lansując bardzo popularny ostatnio model "singla".

     A jak to wygląda naprawdę? Czy faktycznie jest takie powołanie? Czy Bóg dla tak wielu osób przewidział właśnie taką drogę do zbawienia? A może to tylko ucieczka przed odpowiedzialnością, modne wytłumaczenie dlaczego nie mam rodziny? A może za etykietką "singiel z wyboru" kryje się dramat współczesnego człowieka, któremu coraz ciężej znaleźć bratnią duszę? Może to wcale nie jest wolny wybór ani powołanie?

     Popatrzymy co kieruje człowiekiem w podjęciu decyzji o samotności.

     Co do zasady nie ma takiego powołania, by człowiek był sam. Słyszeliście kiedyś o takim? Bo my nie. Jest kapłaństwo, małżeństwo, zakon. Sam Bóg stwarzając człowieka stwierdził, iż nie jest dobrze by pozostał on samotny. Oczywiście, nie oznacza to, że każdy musi się żenić czy iść do zakonu. Rzeczywiście, są ludzie, którzy nie widzą się w żadnej z tych sytuacji. Całkiem dobrowolnie postanawiają pozostać bezżennymi. I to jest OK - pod jednym warunkiem: że poświęcą się czemuś konkretnemu, jakiejś wielkiej sprawie, idei, której wykonywanie nie dałoby się pogodzić z pełnieniem roli męża czy żony. Tylko my to rozumiemy tak: najpierw następuje zaangażowanie w jakąś działalność, najpierw zaczynamy coś robić dla innych.? Widzimy, że to nas pochłania całkowicie, że staje się to naszym zadaniem życiowym, nie wyobrażamy sobie siebie w innej roli i dochodzimy do wniosku, że ta działalność jest dla nas ważniejsza niż realizacja siebie w rodzinie czy zakonie. I wtedy dobrowolnie z tej rodziny rezygnujemy, bez żalu, z poczuciem, że to jest właśnie najwłaściwsza droga. Oczywiście jest to wymodlone, rozpoznane, skonsultowane z kierownikiem duchowym, spowiednikiem itp. I daje nam to taką radość i poczucie spełnienia, że chcemy to robić całe życie. To jest właściwa kolejność. A nie taka: chłopak czy dziewczyna zastanawia się na powołaniem i dochodzi od wniosku, że jest powołany/a do samotności. I dopiero potem zaczyna się zastanawiać co by tu w życiu robić. No bo skoro nie rodzina czy zakon to coś "na usprawiedliwienie" bycia samemu wypada mieć. Zaczyna trochę działać w Caritasie, trochę w jakiejś wspólnocie, troszkę tego skubnie, trochę tego. W niczym dłużej miejsca nie zagrzewa. I co się dzieje? Nie jest spełniony/a, nie jest do końca szczęśliwy/a. Bo brak jest tej głębi, tego ducha ożywczego, kierującego ich zapałem. Lata lecą, czasem ktoś się koło nich zakręci, ale - według nich - "to nie to", bo oni mają przecież inne powołanie. Każdy dzień wygląda tak samo: praca, dom, jakiś obiad, zakupy dla jednej osoby, weekendy u rodziców. Natarczywe pytanie ze strony rodziny co dalej, na które nie bardzo wiadomo co odpowiedzieć. Przyjaciół coraz mniej, bo każdy zajęty swoimi sprawami. Nic za bardzo nie daje satysfakcji, bo dla kogo ubierać choinkę, dla kogo piec ciasto? W końcu naprawdę zostają sami i zastanawiają się co tu dalej robić, czym się zająć. Pojawia się myśl: a może trzeba było wyjść za mąż? A może trzeba było pójść do zakonu? Przystają do jakiejś grupy przy kościele, coś robią, ale nadal brak tego "ducha". I tak rodzą się stare panny i starzy kawalerowie.

     Nie chcemy broń Boże nikogo urazić! Nie kpimy ze starych panien (ja sama nią byłam, bo wyszłam za mąż jak miałam 30 lat). Chcemy tylko powiedzieć, że jest ZASADNICZA RÓŻNICA między byciem samemu z wyboru (dla idei) a domniemanym powołaniem do samotności (z braku pomysłu na życie). I znów: wiemy, że nie wszyscy założą rodzinę. I nie z ich winy tak będzie. Po prostu - nie znajdą kandydata na męża czy żonę. I my tego absolutnie nie krytykujemy, doskonale rozumiemy ich ból, bo w pewnym momencie życia wydawało nam się, że będzie to też naszym udziałem. Należy takim osobom współczuć bólu niespełnionego powołania i na ile to możliwe starać się im pomóc - tak bardzo konkretnie: przez poznawanie ze swoimi znajomymi, którzy także jeszcze są sami, przez zachęcanie do szukania tej drugiej osoby przez internet czy choćby biuro matrymonialne. Natomiast zmierzamy do tego, że nie ma POWOŁANIA DO SAMOTNOŚCI. Bo nikt nie może żyć dla siebie. A zatem albo wybiera poświęcenie życia czemuś i z tego powodu rodziny nie zakłada, bo nie pogodziłby obowiązków albo nie z własnego wyboru pozostaje sam, choć chciałby mieć rodzinę. I wtedy realizuje się inaczej. Natomiast nie może to być wybór z wygody, lenistwa, nierealnych oczekiwań co do kandydata na małżonka, lęku przez zobowiązaniem się. Wiecie kto to jest tak bardzo ostatnio lansowany singiel? Ktoś komu się wydaje, że "ma powołanie do samotności". Ktoś kto boi się wejść w formalny związek. Ktoś kto zostawia sobie furtki. Ktoś kto podejmuje wybory wygodne a nie słuszne. Trudno nam sobie nawet wyobrazić, by dobrowolnie zrezygnować z miłości: do małżonka lub w służbie bliźnich. Bo "powołanie do samotności" jest rezygnacją z miłości do innych na rzecz miłości tylko do siebie. I przeciwko takiemu powołaniu protestujemy. NIE WOLNO zatem robić założenia, że "może takie jest moje powołanie".

     Zdarza się też, że ktoś owo powołanie do samotności tłumaczy np. koniecznością pozostania z rodzicami. Zawsze w tym przypadku mamy mieszane uczucia. No bo faktycznie: rodzicom zawdzięczamy życie i wychowanie, a zatem sumienie nawet nakazuje nam zająć się nimi na starość. No i oczywiście rodzicom zawsze należy się pomoc. Ale pomoc nie może być rezygnacją z własnego życia. Bo co się stanie jak rodzice umrą?

     Gdy dostajemy listy z pytaniem czy nie powinno się poświęcić rodzicom zawsze przychodzi mi na myśl moja kuzynka, której wydawało się że takie właśnie jest jej zadanie życiowe. Po śmierci rodziców, która nastąpiła wcześniej niż się komukolwiek wydawało zawalił się jej świat. Dosłownie. Skończyło się dla niej wszystko czym żyła. Nagle straciła cały sens życia, bo to co do tej pory robiła, czyli życie z rodzicami przestało istnieć. Została sama. Nagle spostrzegła, że jej rówieśnicy dawno już pozakładali rodziny, rodzeństwo ma dzieci i swoje małżeńskie sprawy i problemy i w zasadzie nawet nie bardzo ma o czym rozmawiać z koleżankami ze szkoły. Wcześniej nie bardzo jej to przeszkadzało, bo zawsze mogła wrócić do domu i porozmawiać z rodzicami. Zbliżała się do czterdziestki ale była ładną, zadbaną kobietą i z pewnością mogła się jeszcze podobać. Jednak zamiast próbować wyjść do innych ona była już tak zgorzkniała, że nie wierzyła w swoje siły, w to, że ktoś chciałby się z nią spotykać i stwierdziła... że jej powołaniem jest samotność, nic już w jej życiu się nie zmieni i widocznie zawsze już będzie nieszczęśliwa. Czy musiało tak być?

     Dlatego moja Droga i mój Drogi: jeśli wydaje Wam się, że musicie pozostać całe życie przy rodzicach pomyślcie co Wy zrobilibyście w takiej sytuacji. Bo ona może stać się też Waszym udziałem. Czy naprawdę pragniecie być całe życie sami? A Wami nawet Wasze dzieci się wtedy nie zajmą bo...nie będziecie ich mieli. Ani zatem dzieci nie powinny czuć "takiego obowiązku" ani też rodzicom nie wolno tego od dzieci wymagać. A jeśli tak się dzieje to znaczy, że po którejś stronie jest duży problem. Waszym obowiązkiem jest zrealizować swoje powołanie. Jeśli czujesz się powołana do małżeństwa to znaczy, że masz wyjść za mąż i mieć rodzinę. Opiekować się rodzicami, ale nie być ich wiecznym dzieckiem. Tego Ci robić nie wolno, bo zmarnujesz życie. A co robić w sytuacji gdy rodzice na to nalegają? Delikatnie tłumaczyć i pokazywać jaka jesteś szczęśliwa z kimś. A jak nie akceptują - robić swoje. I nie bać się, że rodziców zasmucisz, zdenerwujesz. Może tak będzie, ale to nie będzie Twoja wina. Powtórzymy jeszcze raz: należy rodzicom pomagać, należy ich odwiedzać i za nimi tęsknić, należy nawet na starość wziąć ich do swojego domu. Ale nie wolno koniecznością pomocy rodzicom tłumaczyć sobie "powołania do samotności". Bo ani rodzicom nie dogodzicie ani Wy nie będziecie szczęśliwi.

     Jeszcze innym argumentem jaki zdarza nam się słyszeć to taki, że "nikt mnie nie pokocha" lub "nie nadaję się do związku". Jeśli tak twierdzisz to zapytamy przewrotnie: skąd wiesz? Skąd wiesz, że jak do tej pory nikt Cię nie pokochał to już nigdy się to nie zdarzy? Nie wiesz co Cię spotka za tydzień, pół roku, rok. Nie wiesz i nie możesz wiedzieć więc się nie zarzekaj. Dlaczego ktoś miałby Cię pokochać? A dlaczego nie? Zrób listę za i przeciw, tylko bądź obiektywny. Wpisz na nią konkretne argumenty dlaczego nie i dlaczego tak. I co? Taki najgorszy nie jesteś, prawda? Jasne, nie jesteś najpiękniejsza i nie jesteś najmądrzejszy, ale jest takie ludowe przysłowie: "Każda potwora znajdzie swego amatora". Nawet Shrek znalazł żonę. A Ty przecież trochę od Shreka jesteś przystojniejszy, prawda? No właśnie. A zatem nie wiesz czy ktoś nie szuka właśnie kogoś takiego jak Ty. Ja też myślałam, że takiej jak ja nie szuka i mój mąż też tak myślał. A teraz jesteśmy małżeństwem.

     Jeśli nie byłeś w związku, to nie wiesz czy się nadajesz czy nie. Bardzo rzadko się zdarza, że ktoś nie dojrzał do bycia w związku, ale to raczej kwestia osobowości jako takiej a nie "nieumiejętności". Nie możesz powiedzieć, że nie lubisz szpinaku jeśli nigdy go nie jadłeś. Jeśli zatem nie kochałeś to jak możesz twierdzić, że się do tego nie nadajesz?

     I wiecie co kochani? Ile razy dostajemy takie listy z twierdzeniem, że ktoś chce żyć bez miłości, że ktoś się nie nadaje itp. to jednego możemy być pewni: że to pisze ktoś kto myśli dokładnie na odwrót. Ktoś, kto bardzo chce kochać i być kochanym. Jak ktoś pisze, że chce nauczyć się żyć bez miłości to mamy 100 % gwarancji, że miłości właśnie najbardziej w życiu pragnie. A wiecie skąd to wiemy? Z autopsji. Kiedy człowiek czegoś w życiu bardzo pragnie a tego nie otrzymuje, kiedy bardzo się stara i robi wszystko by to osiągnąć a mimo wszystko to "coś" od niego nie zależy to przychodzi taki moment, że ma już dosyć. Taka chwila, kiedy nie ma już siły wołać, błagać, szukać. Kiedy jest już tak psychicznie zmęczony, że chce już tylko przestać pragnąć. Myślę, że być może w takim stanie był Jezus w Ogrójcu kiedy wołał: "Ojcze, oddal ode mnie ten kielich.". Nic nie pomagało na oporność ludu: ani nauczanie ani cuda, nic. Wiedział, że ostatecznym środkiem jest Jego Męka i Śmierć. I już nie mogąc udźwignąć tego ciężaru modlił się o ulgę. I dlatego takie listy są wołaniem o miłość. Bo wydaje nam się, że stosując technikę: "kwaśne winogrona", czyli wmawiając sobie, że to co jest obiektywnie dobre to dla mnie będzie niedobre odczuwamy ulgę. Nie jest tak, prawda? Albo jest na chwilę a w najmniej spodziewanym momencie zmora wychodzi i dusi za gardło. Dlatego nie wypierajmy się miłości. Nie wypierajmy się jej pragnienia. Bo to tak jakbyśmy chcieli zrezygnować z jakiegoś wymiaru swojego człowieczeństwa. Nie da się. I nie potrzeba.

     Doszliśmy zatem do wniosku, że życie w pojedynkę może być wyborem (ktoś decyduje się poświęcić pracy charytatywnej, nauce itp.) lub stanem, w którym znaleźliśmy się wbrew woli. No właśnie i co wtedy? Jeśli czujemy powołanie do małżeństwa powinniśmy szukać nadal. No, ale są ludzi którzy chcą założyć rodzinę, szukają i nie znajdują, znamy przecież takie osoby z naszego środowiska. Co z nimi? Najpierw należy się zastanowić czy mają one realne wymagania co do drugiej osoby, bo czasem różnie z tym bywa. Jeśli tak to czy nie boją się pokochać, czy nieświadomie nie odrzucają innych poprzez swoje zachowanie np. głębokie poranienia, z którymi sobie nie poradzili czy jakieś cechy, które utrudniają wspólne życie (np. jakąś niezaradność życiowa, niezdecydowanie itp.). Jeśli nie - módlmy się i szukajmy dalej. My zawsze zachęcamy, by nie pozostawać biernymi. Powiedzenie: "Siedź w kącie, znajdą Cię" może było dobre w początkach naszego wieku gdzie się wszyscy na wsi znali i chłopak wiedział w którym domu jakiej dziewczyny się spodziewać ale nie bardzo ma zastosowanie w dzisiejszym zwariowanym świecie. Dlatego my zachęcamy, nie tylko chłopaków ale i dziewczyny, by zawierzając Bogu kwestię małżonka sami także byli aktywni. By "dali Bogu szansę". By nie izolowali się od ludzi, by nie unikali spotkań towarzyskich. Aby nie odmawiali np. pójścia na wesele jako osoba towarzysząca. A może właśnie na tym weselu okaże się, że ten kolega z osiedla to całkiem fajny, dobrze wychowany chłopak? A może na jakichś imieninach okaże się, że brat koleżanki jest całkiem interesującym facetem, który ma swoją pasję? A może ta szara myszka, na którą nie zwracałeś uwagi to wspaniała dziewczyna, która wiele robi dla innych i piecze pyszne ciasta przy okazji?

     Nie wstydźmy się poznawać kogoś przez biuro matrymonialne. Najbardziej "sztandarowym" przykładem małżonków z takiego biura są oczywiście rodzice obecnego papieża ale też wiele bardzo zgodnych, dobrych małżeństw, które nie wiadomo dlaczego wstydzą się przyznać, że w ten sposób się poznali. A przecież tam się jasno określa swoje oczekiwania i preferencje i przychodzą tam poważni ludzie - właśnie w tym celu, więc jaki tu powód do wstydu? Jak to jest, że współczesny świat nie wstydzi się grzechu, wręcz chlubi się z powodu jawnego łamania przykazań a "biuro matrymonialne" budzi zażenowanie. Przyznacie, że to dziwne, prawda? Ostatnio bardzo wiele osób poznaje się też przez internet. Na naszej stronie za pośrednictwem działu "Źródełko" poznało się około 20 małżeństw. Jest też wiele innych, wartościowych, chrześcijańskich portali gdzie szanse trafienia na "swego" człowieka - w sensie wartości i poglądów są ogromne! Oczywiście, internet jest większym ryzykiem niż biuro i dlatego zachęcamy do korzystania ze stron sprawdzonych i takich, o których wiadomo, że mają coś wspólnego z wiarą. Nie bójmy się: nic nie tracimy a możemy zyskać wiele.

     A może jakaś wspólnota? Wcale nie jest tak, że to dobre tylko dla studentów czy licealistów. Są też wspólnoty tworzone przez młodzież pracującą, duszpasterstwa postakademickie. Może warto? My sami poznaliśmy się w maleńkiej wspólnocie, gdzie na 10 osób utworzyły się ...cztery małżeństwa! To niezwykłe a dla nas dowód na to, że dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych a "Duch wieje kędy chce...". A nawet jak małżonka we wspólnocie nie poznamy to wzbogacimy życie duchowe. A może któraś z koleżanek ze wspólnoty ma brata, którego poznamy odwiedzając ją w domu? Nigdy nic nie wiadomo.

     Kochani - i jeszcze jedno. Dawajmy sobie nawzajem szanse. Nie można stwierdzić, że "to nie ten człowiek" po pierwszym spotkaniu (pomijamy przypadki ewidentnego chamstwa, cwaniactwa i sytuacje gdzie ktoś jest wulgarny albo otwarcie manifestuje swoje nienajciekawsze poglądy). Spotkajmy się minimum 2-3 razy. Rozmawiajmy ze sobą. Trzeba się bowiem poznać, by podjąć decyzję i nie jest tak, że od pierwszego razu "się wie". No, ale to już temat na osobny artykuł.

     A jeśli już wyeliminujemy wszystkie powody braku małżonka, wypróbujemy wszystkie sposoby i nie znajdujemy odpowiedzi na swoją samotność to pozostaje tylko się modlić by Bóg to zmienił.

     W jednym z psalmów czytamy: "Bóg spełni pragnienia twego serca". W pierwszym odruchu chciałoby się odczytać te słowa dokładnie tak jak one brzmią. Że Bóg spełni nasze pragnienia założenia rodziny, że da nam poznać tą właściwą osobę. To normalne odczucia, bo to są właśnie pragnienia naszego serca. Jednakże wiemy, że mimo wszystko nie zawsze tak będzie. Jak wtedy odczytywać słowa psalmu? Czy pragnienie serca człowieka może być sprzeczne z pragnieniem Boga np. odnośnie założenia rodziny? A jeżeli tak to chyba jest to jakiś niesamowity dramat, na który Bóg nas skazuje. Czy naprawdę zaspokojenie pragnienia naszego serca w miłości może być nierealne?

     Nie. Nie, bo gdyby tak było Bóg nie byłby Ojcem miłosiernym. Bóg natomiast - jak już wielokrotnie mówiliśmy wcześniej - nie jest złośliwy. On nie bawi się naszymi uczuciami i nie skazuje nas na bezsensowne cierpienie - choć pewnie w chwilach rozpaczy każdemu z nas zdarzało się tak myśleć. Ale tak nie jest, bo gdyby tak było całe dzieło stworzenia byłoby bez sensu. Może być naturalnie tak, że Bóg, chcąc dla nas zawsze dobra inaczej postrzega to dobro niż my w danej chwili. A zatem obietnicę zaspokojenia pragnienia naszego serca należy rozumieć szerzej. Należy ją rozumieć jako zaspokojenie pragnienia serca w ogóle, nie tylko w tej chwili. Bo na każdym etapie życia mamy jakieś pragnienia i wyrywkowe przeczytanie jakiegoś fragmentu Pisma św. daje nam natychmiastową obietnicę ich spełnienia. Natomiast w tym przypadku chodzi o największe pragnienie serca człowieka, czyli pragnienie Boga. Bóg dając nam zbawienie daje nam obietnicę zaspokojenia właśnie tego największego głodu człowieka - znalezienia się w obecności Boga na wieczność, zbawienia i "przygarnięcia" przez Boga. Bo to jedno, jedyne pragnienie ludzkiego serca jest najbardziej ponadczasowe i niezmienne pośród wszystkich etapów życia i okoliczności, bo do tego przecież sprowadza się cel naszego życia. I dlatego należy modlić się, żeby Bóg zaspokoił to konkretne pragnienie naszego serca i przemienił tą tęsknotę za drugim człowiekiem w tęsknotę za Bogiem i działanie dla innych. Ale takie, by nie był to środek zastępczy, wypełniacz czasu, coś na zapomnienie czy metoda klina tylko autentyczne zaspokojenie serca przynoszące ukojenie i szczęście. Dopiero wtedy nie będzie dramatu gdy Bóg to uczyni, gdy będziemy tego zaspokojenia pragnąć i godzić się na to.

     Nie wypierajmy się zatem pragnienia miłości: prośmy o nią Boga a On da nam ukojenie. I wtedy nawet "samotność" nie będzie dramatem.


Kasia i Tomek


Redakcja portalu



   




Wasze komentarze:
 James Headnail: 11.11.2016, 19:31
 Kiedyś byłem kimś zupełnie innym... byłem wrażliwym i romantycznym mężczyzną który ponad dwa lata temu pragnął znaleźć tą jedyną. Początkowo próbowałem znaleźć wśród rodaczek ale miałem z nimi przeważnie same kłopoty, więc zacząłem szukać obcokrajowej, choćby przez internet. Tam też same porażki... to nie byłem w jej typie, to ona już kogoś miała albo wcale nie była zainteresowana... a jak już kogoś znalazłem, to związek trwał tylko miesiąc lub krócej. Tak było dwa razy. Jedna odeszła z DeviantArtu bo nie wytrzymała ataku że strony jednego debilnego łobuza, a druga pod moją jednodniową nieobecność popełniła samobójstwo gdyż była nękana przez byłego. Nie brakowało też sytuacji w której jedną z którą chciałem porozmawiać prawie zrobiła mnie w stalking a kłopoty z naprawdę kłótliwą matka tylko pogorszała moją sytuację, dobijając mnie i niszcząc moją wiarę w miłość i kobiety. I tak po dwóch latach tych wszystkich męczarni i ciernistej ścieżki do niczego, doszedłem do wniosku, że samotność naprawdę jest moim przeznaczeniem. Zmarnowałem dwa lata szukając czegoś czego nigdy nie zaznam nieważne co zrobię ani co bym w sobie zmienił (a naprawdę próbowałem wszystkich możliwych opcji jakie miałem), i jedynie rozwaliłem sobie poczucie własnej wartości. Gdy 2015 się już prawie skończył, już całkowicie straciłem wiarę w kobiety, przestałem wierzyć w miłość, coraz bardziej pozbawiłem się uczyć wyższych i stałem się malteistą plującym na romansidła, gardzącym zakochanymi parami i przeklinającym święto zakochanych i samo uczucie zakochania oraz miłości. Jako że byłem już psychicznie wykończony i straciłem wiarę w kobiety, przez parę pierwszych miesięcy tego roku byłem wobec kobiet tak wredny i tak okrutny że z pewnością najsłuszniej byłoby mnie SPALIĆ ŻYWCEM!!! Obecnie mam kobiety gdzieś... z dwa lub trzy miesiące temu miałem do czynienia z klasycznym przypadkiem cichej wielbicielki i wiecie co zrobiłem? Jak zwykle spieprzyłem to. Ja po prostu to spieprzyłem... przez cały czas byłem po prostu niczym innym niż pomyłką świata... mogę tylko najwyżej pokazać światu, że da się żyć bez miłości...
 Lena': 12.10.2016, 10:59
 ''ktoś otwarty na problemy drugiego człowieka'' ,hm.
 Yo Yo :D : 03.09.2016, 01:09
 Rocky - Powiem ci coś,co sam dobrze wiesz.Świat to nie tylko słońce i tęcza! to podłe i okrutne miejsce! jaki twardy byś nie był powali cię na kolana dopóki czegoś nie zrobisz! Więc nie załamujcie się,jest Bóg i on wam pomoże! a jak nie wysłucha was to ma lepszy plan! proste! walczcie i musicie być twardzi! nie szukajcie Miłości na siłę,żyjcie normalnie,coś musi się w życiu zmienić! a teraz pielęgnujcie talent od Boga! warto też iść do psychologa :) mnie od poczucia samotności pomaga sport! i wiara w siebie!!!
 grzegorz snieg: 04.09.2015, 17:41
 Slaysze ze z partnetem side rozstals 25 latks talk xobrze bylo by chodzilismy na.......c.Czyli Jak chodziliscie to zabawa milosna byla no to jak. Chcesz prawdziwej .. .
 robert stankiewivz: 04.09.2015, 17:33
 Czym jest milosc.jakiej chcemy milosci bajkowej czyli zabawnej pieknej czy milosci prawdziwej.No wszyscy chca milosci prawdziwej.
 dorota: 24.06.2015, 11:58
 :) ach tyle słów tutaj czytam, a przecież jest tylko jedno powołanie do miłości, do życia dla Chrystusa, a realizowane jest różnymi środkami z woli Bożej: samotność, życie konsekrowane, kapłaństwo, małżeństwo. Potrzeba tylko złożyć w troskliwe Dłonie Pana Boga nasze życie, takim jakie ono jest w tym momencie, przyjąć je, zaakceptować i być wdzięcznym za Jego Miłość. Pozdrawiam serdecznie Wszystkich :)
 Do Lenki;): 05.06.2015, 12:44
 Nie Lenko, nie uraziłaś mnie.Czasem człowiek coś bezmyślnie napisze lub powie a inaczej myśli.Pozdrawiam:) Dorota
 Do Kotek: 03.06.2015, 20:39
 Witaj. Marzenia, pragnienia sa elementem natury ludzkiej- ciężko okreslic ktore podchodza pod range grzechu czy oceny. Nie spotka Cie raczej kara za takie marzenia, Bog nigdy nie ocenia, nie potępia, lecz na pewno nie chce, by takie pragnienia przesłoniły Ci swiat, a wydaje mi sie, że to pragnienie cielesnych doznań stłumiło wszystko inne... Czy Twoje schorzenia psychiatryczne sa zdiagnozowane przez lekarza, bierzesz jakies leki, uczestniczysz w terapiach ludzi z podobnymi problemami- taka grupa mogla by lepiej zrozumiec Ci Twoj problem, a może poznałbys tam dziewczyne borykajaca sie z podobnymi problemami... Może zamiast cale życie podporzadkowac mysli, że nie mam partnerki, nie mam jak rozładowac napiecia- rozumiem, że natretne mysli cieżko stłumic, ale to jest możliwe- sprobowałbys znależc jakas pasje, ktora mogłbys rozwijac, każdy ma jakis talent. Nie skupiałbys sie tak bardzo na kwesti znalezienia żony.
 Lena do Doroty: 03.06.2015, 20:21
 Witaj. Oczywiscie nie chciałam nikogo urazic, rzeczywiscie dopiero teraz widze, że troche to żle ujełam w słowach. Chodziło mi raczej o to, że nie jestem fanatyczka religijna, bo we wszystkim trzeba miec umiar, a studia nad Pismem Swietym i umiejetnosc odnajdywania w nim wskazówek jest niewatpliwie darem, nie ułomnoscia. Przepraszam Doroto jesli nie przemyslanym do konca zdanie Cie uraziłam.
 kotek: 03.06.2015, 15:17
 Czy marzenia i fantazje o przytulaniu, całowaniu żony czy nawet współżyciu z nią, kiedy nie jest się w związku małżeńskim, są grzechem (zwłaszcza ciężkim?). Nie mam żony i czuję ogromne pragnienie bliskości z żoną, bycia w małżeństwie (niewykluczającym posiadania kilkorga dzieci). Nie mam zbytnio motywacji do życia (nie chodzi tu o myśli samobójcze, depresję) przez tę bezżenność... Od dzieciństwa pragnąłem partnerki. Nigdy nie miałem dziewczyny. Czuję bardzo silną potrzebę seksualną. Moi rodzice w moim wieku mieli dziecko i byli po ślubie. Mam ewidentne problemy psychiatryczne (zespół Aspergera, nerwica natręctw, zaburzenia schizotypowe). Czytałem o osobach z podobnymi problemami, co miały współmałżonków i dzieci. Chciałbym mieć żonę z ZA... W szkole często szło mi wyraźnie łatwiej niż rówieśnikom. Przez celibat mam małą motywację, nawet myć mi się nie chce, staje się bezużyteczny, bezżenność jest dla mnie "nie do zniesienia"! Mimo tego nie czuję potrzeby bycia kochanym przez innych, "autystyczna natura". Nie mam żony, której mógłbym mówić czułe słówka, głaskać po głowie, spać w jednym łóżku co noc, całować w usta.
 Dorota do Leny: 02.06.2015, 22:36
 A dlaczego uważasz, ze jak ktoś studiuje Pismo Swięte to jest dewotką? Ja uwielbiam czytać Pismo św.Codziennie czytam chociaż troszkę,dostaję żywe słowo Boże na dzień dobry i na dobranoc;-) I zapewniam Cię,że nie jestem dewotką....pozdrawiam ;)
 L: 01.06.2015, 19:32
  Prośba W ciszy Boga proszę- wznieść moją pokaleczoną duszę w stwoją stronę! Weż w swoje objęcie- wymaż z pamięci każde potknięcie... Pociesz dobrym słowem- bym na stabilnym stanęła gruncie, nie żyła w ciągłym buncie... Stanąc przy Tobie w tej jasnej świętosci-doznac rozgrzeszenia płynącej z Twej bezgranicznej dla Nas miłości... Ukołysz cała moją boleśc w swym ramieniu, bym odnalazła poczucie bezpieczeństwa, zaznała troskliwej opieki- Twojej dobrej woli...
 Lena: 01.06.2015, 19:28
 Kochani czytajac Wasze posty, niektore tak poruszajace, no cholera sciskajace za serce- bo bije z nich taka rozpacz wynikajaca z tego, że ta samotnosc wielu z Was odbiera jak kare, brzemie... A tych postow przybywa. Wiem, że w wielu przypadkach to singielstwo dzisiejszych czasów nie wynika z własnego swiadomego wyboru- tak mi wygodniej- lecz dlatego, że doszło do obumarcia pewnych wartosci, ktore sprawiaja, że ludzie nie boja sie postawic wszystko w uczucie. Ale jak to zrobic skoro coraz mniej ludzi rozumie wartosc uczciwosci, pełnego oddania i wiernosci w zwiazku. Wielu czuje sie tak cholerna pustke osamotnienia spowodowana własnie brakiem tej drugiej połówki i zapomnia, że jest całoscia, nie połówka i że znalezienie partnera niekoniecznie ta przejmujaca pustke wypełni. Chciałabym jakos pomoc tym, ktorzy nie potrafia poradzic sobie sami z soba, z samotnoscia, pustka. Może razem uda nam sie ja wypełnic. Nie jestem psychologiem, ani dewotka studiujaca pismo swiete- tylko kims otwartym na problemy drugiego człowieka, kto przeszedł wiekszosc rozterek i bolesci dreczacych wielu z was. Jesli chcecie cos zmienic, zrozumiec, uzyskac odpowiedzi lub poprostu uzyskac wsparcie, dawke nadzieji do dalszego trwania w wierze, że cuda spadaja z nieba codziennie- tylko my czesto zbyt wysoko unosimy głowe by je dostrzec- zapraszam do kontaktu na maila: lenaaa22@poczta.onet.pl badz facebooku pod danymi: Lena Nieznana. Nie gryze, nie oceniam. Radze i wspieram. Ot tak, dla zmiany tego swiata.
 A: 11.01.2015, 19:15
 Masz rację
 slawek: 06.01.2015, 04:51
 z jednej strony dramat z drugiej lepiej byc sam niz spotkac kogos okrutnego który zniszczy nam zycie a rozwód to jeszcze wieksza niewola finansowa
 A: 01.01.2015, 18:46
 Zdecydowanie dramat a nie powołanie
 Grzesiek, 26l.: 24.11.2014, 12:14
 Ja bardzo bym chciał mieć kogoś kogo mógłbym pokochać, zaopiekować się, przytulić, mam w sobie dużo miłości i nie mam komu jej dać. Moja samotność nie do końca jest świadomym wyborem, gdyż bardzo boję się zagadać do jakiej dziewczyny po prostu brak mi odwagi. Jak tylko widzę jaką dziewczynę, która mi się podoba to wmawiam sobie: "no co ty nie masz szans, nawet nie próbuj". Zostawiam swoje życie w rękach Boga.
 AutorPL: 17.11.2014, 18:23
 Wika: 01.08.2014, 11:45 Taka prawda,że w dzisiejszych czasach kobiecie ciężko o porządnego faceta,bardzo trudno takiego spotkać. Nie dziwię się,że większość ludzi jest samotnych. _ To samo bym powiedział o kobietach, więcej przypadków jest mowa o tym wśród mężczyzn, że ciężko znaleść tą pożądną dziewczynę. Damsko-męską gre zawsze będą przegrywać faceci, tak to już jest w dzisiejszych czasach...
 AutorPL: 17.11.2014, 18:21
 Zazwyczaj to kobiety same nie wiedzą czego chcą..
 AutorPL: 17.11.2014, 18:20
 Zazwyczaj to kobiety same nie wiedzą czego chcą..
 
(1) [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10]


Autor

Treść




[ Powrót ]
 
Daj plusika:
[ Strona główna ]
 Partnerzy medialni:

O stronie... | Ogłoszenia | Konkurs | Wspomóż nas | Polityka Prywatności | Reklama | Kontakt

© 2001-2017 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej