Rozważania Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Cuda Opowiadania Perełki
Samotność - dramat czy powołanie?

     Ostatnio coraz częściej słyszy się o "powołaniu do samotności". Nawet młodzi ludzie, nieraz dopiero po studiach postanawiają nie zakładać rodziny. Robią to całkiem dobrowolnie albo - nie mogąc znaleźć kandydata na małżonka dochodzą do wniosku, że samotność jest ich drogą. Utwierdzają ich w tym media lansując bardzo popularny ostatnio model "singla".

     A jak to wygląda naprawdę? Czy faktycznie jest takie powołanie? Czy Bóg dla tak wielu osób przewidział właśnie taką drogę do zbawienia? A może to tylko ucieczka przed odpowiedzialnością, modne wytłumaczenie dlaczego nie mam rodziny? A może za etykietką "singiel z wyboru" kryje się dramat współczesnego człowieka, któremu coraz ciężej znaleźć bratnią duszę? Może to wcale nie jest wolny wybór ani powołanie?

     Popatrzymy co kieruje człowiekiem w podjęciu decyzji o samotności.

     Co do zasady nie ma takiego powołania, by człowiek był sam. Słyszeliście kiedyś o takim? Bo my nie. Jest kapłaństwo, małżeństwo, zakon. Sam Bóg stwarzając człowieka stwierdził, iż nie jest dobrze by pozostał on samotny. Oczywiście, nie oznacza to, że każdy musi się żenić czy iść do zakonu. Rzeczywiście, są ludzie, którzy nie widzą się w żadnej z tych sytuacji. Całkiem dobrowolnie postanawiają pozostać bezżennymi. I to jest OK - pod jednym warunkiem: że poświęcą się czemuś konkretnemu, jakiejś wielkiej sprawie, idei, której wykonywanie nie dałoby się pogodzić z pełnieniem roli męża czy żony. Tylko my to rozumiemy tak: najpierw następuje zaangażowanie w jakąś działalność, najpierw zaczynamy coś robić dla innych.? Widzimy, że to nas pochłania całkowicie, że staje się to naszym zadaniem życiowym, nie wyobrażamy sobie siebie w innej roli i dochodzimy do wniosku, że ta działalność jest dla nas ważniejsza niż realizacja siebie w rodzinie czy zakonie. I wtedy dobrowolnie z tej rodziny rezygnujemy, bez żalu, z poczuciem, że to jest właśnie najwłaściwsza droga. Oczywiście jest to wymodlone, rozpoznane, skonsultowane z kierownikiem duchowym, spowiednikiem itp. I daje nam to taką radość i poczucie spełnienia, że chcemy to robić całe życie. To jest właściwa kolejność. A nie taka: chłopak czy dziewczyna zastanawia się na powołaniem i dochodzi od wniosku, że jest powołany/a do samotności. I dopiero potem zaczyna się zastanawiać co by tu w życiu robić. No bo skoro nie rodzina czy zakon to coś "na usprawiedliwienie" bycia samemu wypada mieć. Zaczyna trochę działać w Caritasie, trochę w jakiejś wspólnocie, troszkę tego skubnie, trochę tego. W niczym dłużej miejsca nie zagrzewa. I co się dzieje? Nie jest spełniony/a, nie jest do końca szczęśliwy/a. Bo brak jest tej głębi, tego ducha ożywczego, kierującego ich zapałem. Lata lecą, czasem ktoś się koło nich zakręci, ale - według nich - "to nie to", bo oni mają przecież inne powołanie. Każdy dzień wygląda tak samo: praca, dom, jakiś obiad, zakupy dla jednej osoby, weekendy u rodziców. Natarczywe pytanie ze strony rodziny co dalej, na które nie bardzo wiadomo co odpowiedzieć. Przyjaciół coraz mniej, bo każdy zajęty swoimi sprawami. Nic za bardzo nie daje satysfakcji, bo dla kogo ubierać choinkę, dla kogo piec ciasto? W końcu naprawdę zostają sami i zastanawiają się co tu dalej robić, czym się zająć. Pojawia się myśl: a może trzeba było wyjść za mąż? A może trzeba było pójść do zakonu? Przystają do jakiejś grupy przy kościele, coś robią, ale nadal brak tego "ducha". I tak rodzą się stare panny i starzy kawalerowie.

     Nie chcemy broń Boże nikogo urazić! Nie kpimy ze starych panien (ja sama nią byłam, bo wyszłam za mąż jak miałam 30 lat). Chcemy tylko powiedzieć, że jest ZASADNICZA RÓŻNICA między byciem samemu z wyboru (dla idei) a domniemanym powołaniem do samotności (z braku pomysłu na życie). I znów: wiemy, że nie wszyscy założą rodzinę. I nie z ich winy tak będzie. Po prostu - nie znajdą kandydata na męża czy żonę. I my tego absolutnie nie krytykujemy, doskonale rozumiemy ich ból, bo w pewnym momencie życia wydawało nam się, że będzie to też naszym udziałem. Należy takim osobom współczuć bólu niespełnionego powołania i na ile to możliwe starać się im pomóc - tak bardzo konkretnie: przez poznawanie ze swoimi znajomymi, którzy także jeszcze są sami, przez zachęcanie do szukania tej drugiej osoby przez internet czy choćby biuro matrymonialne. Natomiast zmierzamy do tego, że nie ma POWOŁANIA DO SAMOTNOŚCI. Bo nikt nie może żyć dla siebie. A zatem albo wybiera poświęcenie życia czemuś i z tego powodu rodziny nie zakłada, bo nie pogodziłby obowiązków albo nie z własnego wyboru pozostaje sam, choć chciałby mieć rodzinę. I wtedy realizuje się inaczej. Natomiast nie może to być wybór z wygody, lenistwa, nierealnych oczekiwań co do kandydata na małżonka, lęku przez zobowiązaniem się. Wiecie kto to jest tak bardzo ostatnio lansowany singiel? Ktoś komu się wydaje, że "ma powołanie do samotności". Ktoś kto boi się wejść w formalny związek. Ktoś kto zostawia sobie furtki. Ktoś kto podejmuje wybory wygodne a nie słuszne. Trudno nam sobie nawet wyobrazić, by dobrowolnie zrezygnować z miłości: do małżonka lub w służbie bliźnich. Bo "powołanie do samotności" jest rezygnacją z miłości do innych na rzecz miłości tylko do siebie. I przeciwko takiemu powołaniu protestujemy. NIE WOLNO zatem robić założenia, że "może takie jest moje powołanie".

     Zdarza się też, że ktoś owo powołanie do samotności tłumaczy np. koniecznością pozostania z rodzicami. Zawsze w tym przypadku mamy mieszane uczucia. No bo faktycznie: rodzicom zawdzięczamy życie i wychowanie, a zatem sumienie nawet nakazuje nam zająć się nimi na starość. No i oczywiście rodzicom zawsze należy się pomoc. Ale pomoc nie może być rezygnacją z własnego życia. Bo co się stanie jak rodzice umrą?

     Gdy dostajemy listy z pytaniem czy nie powinno się poświęcić rodzicom zawsze przychodzi mi na myśl moja kuzynka, której wydawało się że takie właśnie jest jej zadanie życiowe. Po śmierci rodziców, która nastąpiła wcześniej niż się komukolwiek wydawało zawalił się jej świat. Dosłownie. Skończyło się dla niej wszystko czym żyła. Nagle straciła cały sens życia, bo to co do tej pory robiła, czyli życie z rodzicami przestało istnieć. Została sama. Nagle spostrzegła, że jej rówieśnicy dawno już pozakładali rodziny, rodzeństwo ma dzieci i swoje małżeńskie sprawy i problemy i w zasadzie nawet nie bardzo ma o czym rozmawiać z koleżankami ze szkoły. Wcześniej nie bardzo jej to przeszkadzało, bo zawsze mogła wrócić do domu i porozmawiać z rodzicami. Zbliżała się do czterdziestki ale była ładną, zadbaną kobietą i z pewnością mogła się jeszcze podobać. Jednak zamiast próbować wyjść do innych ona była już tak zgorzkniała, że nie wierzyła w swoje siły, w to, że ktoś chciałby się z nią spotykać i stwierdziła... że jej powołaniem jest samotność, nic już w jej życiu się nie zmieni i widocznie zawsze już będzie nieszczęśliwa. Czy musiało tak być?

     Dlatego moja Droga i mój Drogi: jeśli wydaje Wam się, że musicie pozostać całe życie przy rodzicach pomyślcie co Wy zrobilibyście w takiej sytuacji. Bo ona może stać się też Waszym udziałem. Czy naprawdę pragniecie być całe życie sami? A Wami nawet Wasze dzieci się wtedy nie zajmą bo...nie będziecie ich mieli. Ani zatem dzieci nie powinny czuć "takiego obowiązku" ani też rodzicom nie wolno tego od dzieci wymagać. A jeśli tak się dzieje to znaczy, że po którejś stronie jest duży problem. Waszym obowiązkiem jest zrealizować swoje powołanie. Jeśli czujesz się powołana do małżeństwa to znaczy, że masz wyjść za mąż i mieć rodzinę. Opiekować się rodzicami, ale nie być ich wiecznym dzieckiem. Tego Ci robić nie wolno, bo zmarnujesz życie. A co robić w sytuacji gdy rodzice na to nalegają? Delikatnie tłumaczyć i pokazywać jaka jesteś szczęśliwa z kimś. A jak nie akceptują - robić swoje. I nie bać się, że rodziców zasmucisz, zdenerwujesz. Może tak będzie, ale to nie będzie Twoja wina. Powtórzymy jeszcze raz: należy rodzicom pomagać, należy ich odwiedzać i za nimi tęsknić, należy nawet na starość wziąć ich do swojego domu. Ale nie wolno koniecznością pomocy rodzicom tłumaczyć sobie "powołania do samotności". Bo ani rodzicom nie dogodzicie ani Wy nie będziecie szczęśliwi.

     Jeszcze innym argumentem jaki zdarza nam się słyszeć to taki, że "nikt mnie nie pokocha" lub "nie nadaję się do związku". Jeśli tak twierdzisz to zapytamy przewrotnie: skąd wiesz? Skąd wiesz, że jak do tej pory nikt Cię nie pokochał to już nigdy się to nie zdarzy? Nie wiesz co Cię spotka za tydzień, pół roku, rok. Nie wiesz i nie możesz wiedzieć więc się nie zarzekaj. Dlaczego ktoś miałby Cię pokochać? A dlaczego nie? Zrób listę za i przeciw, tylko bądź obiektywny. Wpisz na nią konkretne argumenty dlaczego nie i dlaczego tak. I co? Taki najgorszy nie jesteś, prawda? Jasne, nie jesteś najpiękniejsza i nie jesteś najmądrzejszy, ale jest takie ludowe przysłowie: "Każda potwora znajdzie swego amatora". Nawet Shrek znalazł żonę. A Ty przecież trochę od Shreka jesteś przystojniejszy, prawda? No właśnie. A zatem nie wiesz czy ktoś nie szuka właśnie kogoś takiego jak Ty. Ja też myślałam, że takiej jak ja nie szuka i mój mąż też tak myślał. A teraz jesteśmy małżeństwem.

     Jeśli nie byłeś w związku, to nie wiesz czy się nadajesz czy nie. Bardzo rzadko się zdarza, że ktoś nie dojrzał do bycia w związku, ale to raczej kwestia osobowości jako takiej a nie "nieumiejętności". Nie możesz powiedzieć, że nie lubisz szpinaku jeśli nigdy go nie jadłeś. Jeśli zatem nie kochałeś to jak możesz twierdzić, że się do tego nie nadajesz?

     I wiecie co kochani? Ile razy dostajemy takie listy z twierdzeniem, że ktoś chce żyć bez miłości, że ktoś się nie nadaje itp. to jednego możemy być pewni: że to pisze ktoś kto myśli dokładnie na odwrót. Ktoś, kto bardzo chce kochać i być kochanym. Jak ktoś pisze, że chce nauczyć się żyć bez miłości to mamy 100 % gwarancji, że miłości właśnie najbardziej w życiu pragnie. A wiecie skąd to wiemy? Z autopsji. Kiedy człowiek czegoś w życiu bardzo pragnie a tego nie otrzymuje, kiedy bardzo się stara i robi wszystko by to osiągnąć a mimo wszystko to "coś" od niego nie zależy to przychodzi taki moment, że ma już dosyć. Taka chwila, kiedy nie ma już siły wołać, błagać, szukać. Kiedy jest już tak psychicznie zmęczony, że chce już tylko przestać pragnąć. Myślę, że być może w takim stanie był Jezus w Ogrójcu kiedy wołał: "Ojcze, oddal ode mnie ten kielich.". Nic nie pomagało na oporność ludu: ani nauczanie ani cuda, nic. Wiedział, że ostatecznym środkiem jest Jego Męka i Śmierć. I już nie mogąc udźwignąć tego ciężaru modlił się o ulgę. I dlatego takie listy są wołaniem o miłość. Bo wydaje nam się, że stosując technikę: "kwaśne winogrona", czyli wmawiając sobie, że to co jest obiektywnie dobre to dla mnie będzie niedobre odczuwamy ulgę. Nie jest tak, prawda? Albo jest na chwilę a w najmniej spodziewanym momencie zmora wychodzi i dusi za gardło. Dlatego nie wypierajmy się miłości. Nie wypierajmy się jej pragnienia. Bo to tak jakbyśmy chcieli zrezygnować z jakiegoś wymiaru swojego człowieczeństwa. Nie da się. I nie potrzeba.

     Doszliśmy zatem do wniosku, że życie w pojedynkę może być wyborem (ktoś decyduje się poświęcić pracy charytatywnej, nauce itp.) lub stanem, w którym znaleźliśmy się wbrew woli. No właśnie i co wtedy? Jeśli czujemy powołanie do małżeństwa powinniśmy szukać nadal. No, ale są ludzi którzy chcą założyć rodzinę, szukają i nie znajdują, znamy przecież takie osoby z naszego środowiska. Co z nimi? Najpierw należy się zastanowić czy mają one realne wymagania co do drugiej osoby, bo czasem różnie z tym bywa. Jeśli tak to czy nie boją się pokochać, czy nieświadomie nie odrzucają innych poprzez swoje zachowanie np. głębokie poranienia, z którymi sobie nie poradzili czy jakieś cechy, które utrudniają wspólne życie (np. jakąś niezaradność życiowa, niezdecydowanie itp.). Jeśli nie - módlmy się i szukajmy dalej. My zawsze zachęcamy, by nie pozostawać biernymi. Powiedzenie: "Siedź w kącie, znajdą Cię" może było dobre w początkach naszego wieku gdzie się wszyscy na wsi znali i chłopak wiedział w którym domu jakiej dziewczyny się spodziewać ale nie bardzo ma zastosowanie w dzisiejszym zwariowanym świecie. Dlatego my zachęcamy, nie tylko chłopaków ale i dziewczyny, by zawierzając Bogu kwestię małżonka sami także byli aktywni. By "dali Bogu szansę". By nie izolowali się od ludzi, by nie unikali spotkań towarzyskich. Aby nie odmawiali np. pójścia na wesele jako osoba towarzysząca. A może właśnie na tym weselu okaże się, że ten kolega z osiedla to całkiem fajny, dobrze wychowany chłopak? A może na jakichś imieninach okaże się, że brat koleżanki jest całkiem interesującym facetem, który ma swoją pasję? A może ta szara myszka, na którą nie zwracałeś uwagi to wspaniała dziewczyna, która wiele robi dla innych i piecze pyszne ciasta przy okazji?

     Nie wstydźmy się poznawać kogoś przez biuro matrymonialne. Najbardziej "sztandarowym" przykładem małżonków z takiego biura są oczywiście rodzice obecnego papieża ale też wiele bardzo zgodnych, dobrych małżeństw, które nie wiadomo dlaczego wstydzą się przyznać, że w ten sposób się poznali. A przecież tam się jasno określa swoje oczekiwania i preferencje i przychodzą tam poważni ludzie - właśnie w tym celu, więc jaki tu powód do wstydu? Jak to jest, że współczesny świat nie wstydzi się grzechu, wręcz chlubi się z powodu jawnego łamania przykazań a "biuro matrymonialne" budzi zażenowanie. Przyznacie, że to dziwne, prawda? Ostatnio bardzo wiele osób poznaje się też przez internet. Na naszej stronie za pośrednictwem działu "Źródełko" poznało się około 20 małżeństw. Jest też wiele innych, wartościowych, chrześcijańskich portali gdzie szanse trafienia na "swego" człowieka - w sensie wartości i poglądów są ogromne! Oczywiście, internet jest większym ryzykiem niż biuro i dlatego zachęcamy do korzystania ze stron sprawdzonych i takich, o których wiadomo, że mają coś wspólnego z wiarą. Nie bójmy się: nic nie tracimy a możemy zyskać wiele.

     A może jakaś wspólnota? Wcale nie jest tak, że to dobre tylko dla studentów czy licealistów. Są też wspólnoty tworzone przez młodzież pracującą, duszpasterstwa postakademickie. Może warto? My sami poznaliśmy się w maleńkiej wspólnocie, gdzie na 10 osób utworzyły się ...cztery małżeństwa! To niezwykłe a dla nas dowód na to, że dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych a "Duch wieje kędy chce...". A nawet jak małżonka we wspólnocie nie poznamy to wzbogacimy życie duchowe. A może któraś z koleżanek ze wspólnoty ma brata, którego poznamy odwiedzając ją w domu? Nigdy nic nie wiadomo.

     Kochani - i jeszcze jedno. Dawajmy sobie nawzajem szanse. Nie można stwierdzić, że "to nie ten człowiek" po pierwszym spotkaniu (pomijamy przypadki ewidentnego chamstwa, cwaniactwa i sytuacje gdzie ktoś jest wulgarny albo otwarcie manifestuje swoje nienajciekawsze poglądy). Spotkajmy się minimum 2-3 razy. Rozmawiajmy ze sobą. Trzeba się bowiem poznać, by podjąć decyzję i nie jest tak, że od pierwszego razu "się wie". No, ale to już temat na osobny artykuł.

     A jeśli już wyeliminujemy wszystkie powody braku małżonka, wypróbujemy wszystkie sposoby i nie znajdujemy odpowiedzi na swoją samotność to pozostaje tylko się modlić by Bóg to zmienił.

     W jednym z psalmów czytamy: "Bóg spełni pragnienia twego serca". W pierwszym odruchu chciałoby się odczytać te słowa dokładnie tak jak one brzmią. Że Bóg spełni nasze pragnienia założenia rodziny, że da nam poznać tą właściwą osobę. To normalne odczucia, bo to są właśnie pragnienia naszego serca. Jednakże wiemy, że mimo wszystko nie zawsze tak będzie. Jak wtedy odczytywać słowa psalmu? Czy pragnienie serca człowieka może być sprzeczne z pragnieniem Boga np. odnośnie założenia rodziny? A jeżeli tak to chyba jest to jakiś niesamowity dramat, na który Bóg nas skazuje. Czy naprawdę zaspokojenie pragnienia naszego serca w miłości może być nierealne?

     Nie. Nie, bo gdyby tak było Bóg nie byłby Ojcem miłosiernym. Bóg natomiast - jak już wielokrotnie mówiliśmy wcześniej - nie jest złośliwy. On nie bawi się naszymi uczuciami i nie skazuje nas na bezsensowne cierpienie - choć pewnie w chwilach rozpaczy każdemu z nas zdarzało się tak myśleć. Ale tak nie jest, bo gdyby tak było całe dzieło stworzenia byłoby bez sensu. Może być naturalnie tak, że Bóg, chcąc dla nas zawsze dobra inaczej postrzega to dobro niż my w danej chwili. A zatem obietnicę zaspokojenia pragnienia naszego serca należy rozumieć szerzej. Należy ją rozumieć jako zaspokojenie pragnienia serca w ogóle, nie tylko w tej chwili. Bo na każdym etapie życia mamy jakieś pragnienia i wyrywkowe przeczytanie jakiegoś fragmentu Pisma św. daje nam natychmiastową obietnicę ich spełnienia. Natomiast w tym przypadku chodzi o największe pragnienie serca człowieka, czyli pragnienie Boga. Bóg dając nam zbawienie daje nam obietnicę zaspokojenia właśnie tego największego głodu człowieka - znalezienia się w obecności Boga na wieczność, zbawienia i "przygarnięcia" przez Boga. Bo to jedno, jedyne pragnienie ludzkiego serca jest najbardziej ponadczasowe i niezmienne pośród wszystkich etapów życia i okoliczności, bo do tego przecież sprowadza się cel naszego życia. I dlatego należy modlić się, żeby Bóg zaspokoił to konkretne pragnienie naszego serca i przemienił tą tęsknotę za drugim człowiekiem w tęsknotę za Bogiem i działanie dla innych. Ale takie, by nie był to środek zastępczy, wypełniacz czasu, coś na zapomnienie czy metoda klina tylko autentyczne zaspokojenie serca przynoszące ukojenie i szczęście. Dopiero wtedy nie będzie dramatu gdy Bóg to uczyni, gdy będziemy tego zaspokojenia pragnąć i godzić się na to.

     Nie wypierajmy się zatem pragnienia miłości: prośmy o nią Boga a On da nam ukojenie. I wtedy nawet "samotność" nie będzie dramatem.


Kasia i Tomek


Redakcja portalu



   




Wasze komentarze:
 Taka jedna: 07.03.2008, 23:49
 Klementynko, dobrze wiem co czujesz. Ja też przez całe życie wierzyłam, że Bóg ma dla mnie "naszykowaną" tę moją drugą połówkę i w odpowiednim czasie ją spotkam. Teraz już wiem, że nie. Jestem ogromnie rozczarowana, czuję się oszukana przez Boga i wyszydzona. Od jakiegoś czasu już się nie modlę, nie ma sensu. Modliłam się wiele w tej intencji i to w różnych sanktuariach. Nic. Mam już dość. Nie będę więcej prosić. Nie wiem nawet, czy pójdę do spowiedzi przed świętami, bo to chyba też nie ma sensu. To Bóg mnie odrzucił, ja zawsze starałam się być w porządku, ale widać, to nie popłaca w życiu. Już mi wszystko jedno, widocznie jestem dla Boga takim "chłopcem do bicia". Nie próbuję Cię pocieszać, bo to nic nie da. Trudno jest się podnieść, gdy zawiedzie Cię przyjaciel, któremu ufasz, jeszcze trudniej, gdy zawiedziesz się na Bogu. Pozdrawiam Cię.
 P: 25.02.2008, 16:33
 Do morpheusa - jeśli każdy będzie ciągnął w swoją stronę, to nie ma możliwości, aby społeczeństwo, czy też jakakolwiek zbiorowść istniała, więc niemożliwe w ostateczności jest, aby panowała zasada: "Dla każdego coś miłego". Jak coś jest dla wszystkich, to tak naprawdę dla nikogo. A co do tej samotności - trudno się dziwić rozgoryczeniu i bólowi wielu - zwłaszcza tych wierzących, którzy czują się osamotnieni, niespełnieni. Przewija się tutaj motyw spełnionej samotności - jestem ciekaw, co tak naprawdę myślą i czują samotni odnośnie swojego życia, umierający w samotności? Nie sztuką żyć w pojedynkę, gdy się jest młodym, pięknym i zdrowym. Ci, którzy tak bronią "samotności" sami raczej nie są znowu tacy samotni. Morpheus napisał o tym, że było tylu pustelników, ale nie wiemy, czy naprawdę byli szczęśliwi? Poza tym uważam, że nie ma czegoś takiego, jak powołanie do samotności, czy miłości. O nich można mówić bardziej w kontekście narzędzi, scieżek, ale nie celów, bo same w sobie nie istnieją, nie nie znaczą.
 klementynka: 21.02.2008, 14:32
 Dziękuję Ci Elu, dziękuję CI Michale.
 Klementynka: 20.02.2008, 21:57
 cd. mojego wpisu z 18.02.08. Można by sądzić, że to taki los. Ale nie. Nie można tracić wiary, nadziei, siły. Pan Bóg wie co i w którym momencie jest dla nas najlepsze. Bo jak już poznamy co to szczęście i miłość, to małe będą nasze słowa, aby dziękować Panu Bogu.
 Klementynka: 19.02.2008, 17:32
 Do klementynki. Tak klementynko, to nie było miłe, do dziś to pamiętam.
 ela do tej prawdziwej Klementy: 19.02.2008, 11:25
 Jeszcze raz życzę Ci abyś nigdy nie traciła nadziei na szczęście i miłość. Często się zastanawiałam dlaczego w życiu jest cierpienie z powodu tęsknoty za tym prawdziwym uczuciem. A jednak to cierpienie ma sens. Kształtuje duszę człowieka i otwiera oczy, to tak jakby zaczynało się prawdziwe żyć. Odkrywają się takie rzeczy na które przedtem nie zwracało się w ogóle uwagi. Zaczyna się doceniać to co jest najważniejsze w życiu - Miłość i obecność drugiego człowieka - jedyny i prawdziwy skarb. Tylko to jest największym dobrem tewgo świata. I jeśli Bóg budzi w człowieku tą tęsknotę to nie po to aby cierpiał męki w nieskończoność, ale po to by POTRAFIŁ PRZYJĄĆ i DOCENIĆ PRAWDZIWĄ MIŁOŚĆ gdy On nam ją ześle...
 klementynka: 18.02.2008, 22:58
 do Klementynki:TO nie było miłe
 Klementynka: 18.02.2008, 21:22
 To chyba taki los. To chyba tak jak w powiedzeniu "komu z ranku to i do ustanku". Ja jak miałam 5 lat to pobodła mnie krowa, a jak miałam 12 lat uczyłam się jeździć na dużym rowerze i przejechałam kurę. Ale to było i tak mniejsze zło, bo gdybym przejechała koguta to nie wiem kto by piał na podwórku.
 klementynka: 18.02.2008, 20:44
 Kochani! Wiem, że chcecie dla mnie jak najlepiej.Ale nie potrafię Wam wyjaśnić,tego co czuje w kilku zdaniach.Zdaje sie Michale, że jestem na tym etapie co Ty kiedyś;nadzieję straciłam, wiara sie zmienia , modlitwa to chyba bardziej przyzwyczajenie niż rozmowa z Bogiem.Dziękuję Wam za słowa otuchy;nie sądziłam , ze moje zwierzenia w ogóle ktoś przeczyta.Nie mam z kim o tym porozmawiać, bo wszyscy dookoła maja szczęśliwe rodziny.Tylko mnie Bóg wystawił poza nawias....No, ale skoro Pan Bóg wie, co ja teraz czuję i wie, czego potrzeba mi najbardziej, to po co ja się w ogóle odzywam.
 Michał: 18.02.2008, 17:24
 do KLEMENTYNKI -jeszcze raz;-))) Owszem chciałbym Cię pocieszyc,ale nie tylko dlatego piszę te słowa.Przekroczyłem 40-stkę i....ja całe życie czułem pustkę i osamotnienie i nie jeden raz pytałem-dlaczego?Wokół widziałem ojców i mężów ,którzy w moich oczach nie zasługiwali na rodzinę ,a jednak ją mieli -tylko nie ja.Nieraz myślałem modliłem się -ja potrafiłbym szanowac i kochac,tylko spraw Boże aby była ta ,której mógłbym ofiarowac to ,co we mnie najlepsze.,aż straciłem nadzieję i wiare w to.Zamknąłem się w sobie,obraziłem na Boga-i wtedy stało się to czego pragnąłem doświadczyc całe zycie...Nie wiem co będzie dalej ale dziękuję Bogu za każdą chwilę ,z nią spędzoną.Musze jeszcze bardzo prosic o wybaczenie -za utrate nadzieji,dlatego teraz wiem że wszystko jest w mocy Boga i nie mów Klementynko ,że nie zasłużyłaś na odrobinę szczęścia tu na ziemi-nikomu nie wolno tak myślec o sobie.Są takie słowa piosenki; "a po nocy przychodzi, dzień a po burzy spokój" Tak będzie i w Twoim życiu,tylko nie utrac nadzieji,nawet jeśli teraz jej nie dostrzegasz. Jesteś w naszej wspólnej modlitwie -także dzisiaj. Michał
 Niedoceniana: 18.02.2008, 15:11
 Jestem samotna. Kiedys mowilam, ze dobrze mi z tym, ale czasy sie zmieniaja, ludzie tez. "Przyjaciele" zapomnieli, znajomi "nie maja czasu". Kazdy dzien pedzam w czterech scianach, myśląc dlaczego akurat ja. Modlę się codziennie, by Bog dał mi miłość. Czesto zdarza mi sie chodzić do Koscioła w tygodniu; bo jak kazdy czlowiek jestem słaba i nie mam czasem sil do zycia. Teraz czekam na cud....
 ela: 18.02.2008, 09:27
 Klementynko zapewniam Cię o modlitwie w Twojej intencji, abyś odnalazła Miłość i szczęście jeszcze tu na ziemi. Masz rację Twój krzyż jest ciężki, ale to wcale nie oznacza, że nie możesz być żoną. Także tu na Źródełku kiedyś poznałam chłopaka, który bardzo przeżywał swoją bezpłodność, nie wiem co się z nim teraz dzieje, ale myślę że Dobry Bóg pamięta o każdym z nas i w odpowiednim momencie spełni się to o co się wzajemnie modlimy.
 klementynka do Michała: 17.02.2008, 22:30
 Dziękuję Michale, wiem, że chcesz mnie pocieszyć,ale ja już nie mam siły,nie mam nadziei,moja wiara chyba też sie zmienia.Cóż, jestem tylko słabym człowiekiem, a na dodatek coraz bardziej samotnym.Widocznie nie zasłużylam na odrobinę szczęścia tu na ziemi..........Dlaczego?Kiedyś sie dowiem.Dziękuję Tobie i i Eli.Mam nadzieję,że WY nigdy nie poznacie uczucia pustki i osamotnienia , tego Wam życzę.
 ela: 17.02.2008, 22:20
 Ja też nie wiem czego Bóg ode mnie oczekuje, czasem czuję się jakbym poruszała się poomacku. Tzn. w głębi serca wiem, On chce abym całkowicie zawierzyła Jego Miłości. To nie jest łatwe! widzę dookoła szczęście ludzi, ich radość która niespodziewanie na nich spływa, a ja ciągle jestem poza tym. Niezbadane są wyroki Boskie wiem o tym i dlatego ciągle ufam... "Ufaj Panu i wytrwaj w tym trudzie, albowiem łatwą jest rzeczą w oczach Pana natychmiast i niespodziewanie wzbogacić ubogiego. Błogosławieństwo Pana nagrodą bogobojnych i prędko zakwitnie Jego błogosławieństwo." (Syr 11, 21-22) mój ulubiony cytat z Pisma Św. Tylko ta wiara w Boga i modlitwa trzyma mnie w pionie. Dlatego do zobaczenia jutro o 22.00 na naszej wspólnej modlitwie. Jezu ufam Tobie.
 Michał: 17.02.2008, 19:22
 klementynko-prosze nie poddawaj sie!Masz wsparcie tych,którzy modlą sie wspólnie tutaj.Ja wiem -łatwo powiedziec patrząc z boku.Nie mam i nie znam scenariusza dla Twojego zycia ale...jeżeli jest ktos kto pokocha Ciebie taką jaką jesteś ,jeżeli jest gdzieś dziecko odrzucone przez biologicznych rodziców ,błagające o miłośc całym swoim istnieniem -czy byłabyś gotowa je przyjąc?Może Bóg tego od Ciebie oczekuje?Na przekór temu co dzieje sie w Twoim życiu nie trac wiary i nadzieji-to czego oczekujesz może przyjśc w najmniej spodziewanym momencie.Trudno w to uwierzyc ale modlitwa szczera i gorąca ,zawierzenie siebie Bogu zawsze przynosi efekty-zawsze.
 klementynka do eli: 17.02.2008, 12:39
 Jestem po ciężkiej operacji; po której dar macierzyństwa jest niemożliwy, więc wiem.A bardzo długo prosiłam,kołatałam, szukałam....teraz , chociaż nie mam już sił modlę się o to,żeby żadnej kobiety nie spotkało to co mnie.Tylko nie wiem, czy Bóg wysłucha.... skoro nie potrafiłam nic wymodlić dla siebie, nie wiem czy potrafię wymodlić cokolwiek dla innych
 ela: 16.02.2008, 22:57
 Skąd to wiesz? Nie masz nic do stracenia, ufaj pomimo wszystkich przeciwności. Bóg chce naszego szczęścia i jeśli tylko poprosisz Go o dar Miłości, o dar Rodziny to Ci to ofiaruje. On przecież obiecał:"Proście, a będzie wam dane; szukajcie, a znajdziecie; kołaczcie, a otworzą wam. Albowiem każdy, kto prosi, otrzymuje; kto szuka, znajduje; a kołaczącemu otworzą (Mt 7, 7-12)". Trzymajmy się razem i wspierajmy nieustannie prosząc aby wysłuchał naszego "kołatania".
 klementynka: 16.02.2008, 14:21
 Ja tez kiedyś wierzyłam , ze będę żoną , matką, będę patrzyła ja moje dzieci rosną i odziedziczą po mnie (zdolności i zamiłowania plastyczne, muzyczne);teraz już wiem ,że nic takiego mnie już nie spotka; ostatnie skrawki nadziei prysnęły , został tylko ból w sercu ................i beznadzieja
 ela: 16.02.2008, 12:39
 Wiem jak to jest i bardzo dobrze znam to uczucie. Mam 31 lat i nadal karmie się nadzieją, że Ukochany Jezus i mnie pozwoli doświadczyć takiego szczęścia. W mojej samotności bardzo różne fazy przechodziłam od depresji, zwątpienia i ogromnej pustki do spokoju który teraz noszę w sercu. Całą swoją istotą wierzę, że jest mi pisane bycie żoną i matką i staram się nie puszczać tej myśli, ona daje mi siłę by cierpliwie czekać aż odnajdę z pomocą Bożą tą upragnioną miłość. Pozdrawiam wszystkich szukających swojej drugiej połówki i dziękuję za tą naszą wspólną modlitwę. Ona też dodaje mi sił :)
 klementynka do eli: 15.02.2008, 23:27
 obejrzałam i powiem Ci Elu, ze jeszcze kilka lat temu myślałam dokładnie jak ten chłopak: ale wszystko sie zmienia w życiu.Niedługo będą znowu święta; wiesz jaki to ból patrzeć jak rodziny idą wspólnie do Kościoła; trzymają sie za ręce, a Ty idziesz znowu sama.Jak sie cieszyć , ze Chrystus zmartwychwstał jak samotność przesłania ci wszystko i boli, tak bardzo boli....Dlaczego już nie czuję , że mnie tez Ktoś kocha?
 
[1] [2] [3] [4] [5] [6] (7) [8] [9] [10]


Autor

Treść




[ Powrót ]
 
Daj plusika:
[ Strona główna ]
 Partnerzy medialni:

O stronie... | Ogłoszenia | Konkurs | Wspomóż nas | Polityka Prywatności | Reklama | Kontakt

© 2001-2017 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej