Rozważania Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Cuda Opowiadania Perełki
Samotność - dramat czy powołanie?

     Ostatnio coraz częściej słyszy się o "powołaniu do samotności". Nawet młodzi ludzie, nieraz dopiero po studiach postanawiają nie zakładać rodziny. Robią to całkiem dobrowolnie albo - nie mogąc znaleźć kandydata na małżonka dochodzą do wniosku, że samotność jest ich drogą. Utwierdzają ich w tym media lansując bardzo popularny ostatnio model "singla".

     A jak to wygląda naprawdę? Czy faktycznie jest takie powołanie? Czy Bóg dla tak wielu osób przewidział właśnie taką drogę do zbawienia? A może to tylko ucieczka przed odpowiedzialnością, modne wytłumaczenie dlaczego nie mam rodziny? A może za etykietką "singiel z wyboru" kryje się dramat współczesnego człowieka, któremu coraz ciężej znaleźć bratnią duszę? Może to wcale nie jest wolny wybór ani powołanie?

     Popatrzymy co kieruje człowiekiem w podjęciu decyzji o samotności.

     Co do zasady nie ma takiego powołania, by człowiek był sam. Słyszeliście kiedyś o takim? Bo my nie. Jest kapłaństwo, małżeństwo, zakon. Sam Bóg stwarzając człowieka stwierdził, iż nie jest dobrze by pozostał on samotny. Oczywiście, nie oznacza to, że każdy musi się żenić czy iść do zakonu. Rzeczywiście, są ludzie, którzy nie widzą się w żadnej z tych sytuacji. Całkiem dobrowolnie postanawiają pozostać bezżennymi. I to jest OK - pod jednym warunkiem: że poświęcą się czemuś konkretnemu, jakiejś wielkiej sprawie, idei, której wykonywanie nie dałoby się pogodzić z pełnieniem roli męża czy żony. Tylko my to rozumiemy tak: najpierw następuje zaangażowanie w jakąś działalność, najpierw zaczynamy coś robić dla innych.? Widzimy, że to nas pochłania całkowicie, że staje się to naszym zadaniem życiowym, nie wyobrażamy sobie siebie w innej roli i dochodzimy do wniosku, że ta działalność jest dla nas ważniejsza niż realizacja siebie w rodzinie czy zakonie. I wtedy dobrowolnie z tej rodziny rezygnujemy, bez żalu, z poczuciem, że to jest właśnie najwłaściwsza droga. Oczywiście jest to wymodlone, rozpoznane, skonsultowane z kierownikiem duchowym, spowiednikiem itp. I daje nam to taką radość i poczucie spełnienia, że chcemy to robić całe życie. To jest właściwa kolejność. A nie taka: chłopak czy dziewczyna zastanawia się na powołaniem i dochodzi od wniosku, że jest powołany/a do samotności. I dopiero potem zaczyna się zastanawiać co by tu w życiu robić. No bo skoro nie rodzina czy zakon to coś "na usprawiedliwienie" bycia samemu wypada mieć. Zaczyna trochę działać w Caritasie, trochę w jakiejś wspólnocie, troszkę tego skubnie, trochę tego. W niczym dłużej miejsca nie zagrzewa. I co się dzieje? Nie jest spełniony/a, nie jest do końca szczęśliwy/a. Bo brak jest tej głębi, tego ducha ożywczego, kierującego ich zapałem. Lata lecą, czasem ktoś się koło nich zakręci, ale - według nich - "to nie to", bo oni mają przecież inne powołanie. Każdy dzień wygląda tak samo: praca, dom, jakiś obiad, zakupy dla jednej osoby, weekendy u rodziców. Natarczywe pytanie ze strony rodziny co dalej, na które nie bardzo wiadomo co odpowiedzieć. Przyjaciół coraz mniej, bo każdy zajęty swoimi sprawami. Nic za bardzo nie daje satysfakcji, bo dla kogo ubierać choinkę, dla kogo piec ciasto? W końcu naprawdę zostają sami i zastanawiają się co tu dalej robić, czym się zająć. Pojawia się myśl: a może trzeba było wyjść za mąż? A może trzeba było pójść do zakonu? Przystają do jakiejś grupy przy kościele, coś robią, ale nadal brak tego "ducha". I tak rodzą się stare panny i starzy kawalerowie.

     Nie chcemy broń Boże nikogo urazić! Nie kpimy ze starych panien (ja sama nią byłam, bo wyszłam za mąż jak miałam 30 lat). Chcemy tylko powiedzieć, że jest ZASADNICZA RÓŻNICA między byciem samemu z wyboru (dla idei) a domniemanym powołaniem do samotności (z braku pomysłu na życie). I znów: wiemy, że nie wszyscy założą rodzinę. I nie z ich winy tak będzie. Po prostu - nie znajdą kandydata na męża czy żonę. I my tego absolutnie nie krytykujemy, doskonale rozumiemy ich ból, bo w pewnym momencie życia wydawało nam się, że będzie to też naszym udziałem. Należy takim osobom współczuć bólu niespełnionego powołania i na ile to możliwe starać się im pomóc - tak bardzo konkretnie: przez poznawanie ze swoimi znajomymi, którzy także jeszcze są sami, przez zachęcanie do szukania tej drugiej osoby przez internet czy choćby biuro matrymonialne. Natomiast zmierzamy do tego, że nie ma POWOŁANIA DO SAMOTNOŚCI. Bo nikt nie może żyć dla siebie. A zatem albo wybiera poświęcenie życia czemuś i z tego powodu rodziny nie zakłada, bo nie pogodziłby obowiązków albo nie z własnego wyboru pozostaje sam, choć chciałby mieć rodzinę. I wtedy realizuje się inaczej. Natomiast nie może to być wybór z wygody, lenistwa, nierealnych oczekiwań co do kandydata na małżonka, lęku przez zobowiązaniem się. Wiecie kto to jest tak bardzo ostatnio lansowany singiel? Ktoś komu się wydaje, że "ma powołanie do samotności". Ktoś kto boi się wejść w formalny związek. Ktoś kto zostawia sobie furtki. Ktoś kto podejmuje wybory wygodne a nie słuszne. Trudno nam sobie nawet wyobrazić, by dobrowolnie zrezygnować z miłości: do małżonka lub w służbie bliźnich. Bo "powołanie do samotności" jest rezygnacją z miłości do innych na rzecz miłości tylko do siebie. I przeciwko takiemu powołaniu protestujemy. NIE WOLNO zatem robić założenia, że "może takie jest moje powołanie".

     Zdarza się też, że ktoś owo powołanie do samotności tłumaczy np. koniecznością pozostania z rodzicami. Zawsze w tym przypadku mamy mieszane uczucia. No bo faktycznie: rodzicom zawdzięczamy życie i wychowanie, a zatem sumienie nawet nakazuje nam zająć się nimi na starość. No i oczywiście rodzicom zawsze należy się pomoc. Ale pomoc nie może być rezygnacją z własnego życia. Bo co się stanie jak rodzice umrą?

     Gdy dostajemy listy z pytaniem czy nie powinno się poświęcić rodzicom zawsze przychodzi mi na myśl moja kuzynka, której wydawało się że takie właśnie jest jej zadanie życiowe. Po śmierci rodziców, która nastąpiła wcześniej niż się komukolwiek wydawało zawalił się jej świat. Dosłownie. Skończyło się dla niej wszystko czym żyła. Nagle straciła cały sens życia, bo to co do tej pory robiła, czyli życie z rodzicami przestało istnieć. Została sama. Nagle spostrzegła, że jej rówieśnicy dawno już pozakładali rodziny, rodzeństwo ma dzieci i swoje małżeńskie sprawy i problemy i w zasadzie nawet nie bardzo ma o czym rozmawiać z koleżankami ze szkoły. Wcześniej nie bardzo jej to przeszkadzało, bo zawsze mogła wrócić do domu i porozmawiać z rodzicami. Zbliżała się do czterdziestki ale była ładną, zadbaną kobietą i z pewnością mogła się jeszcze podobać. Jednak zamiast próbować wyjść do innych ona była już tak zgorzkniała, że nie wierzyła w swoje siły, w to, że ktoś chciałby się z nią spotykać i stwierdziła... że jej powołaniem jest samotność, nic już w jej życiu się nie zmieni i widocznie zawsze już będzie nieszczęśliwa. Czy musiało tak być?

     Dlatego moja Droga i mój Drogi: jeśli wydaje Wam się, że musicie pozostać całe życie przy rodzicach pomyślcie co Wy zrobilibyście w takiej sytuacji. Bo ona może stać się też Waszym udziałem. Czy naprawdę pragniecie być całe życie sami? A Wami nawet Wasze dzieci się wtedy nie zajmą bo...nie będziecie ich mieli. Ani zatem dzieci nie powinny czuć "takiego obowiązku" ani też rodzicom nie wolno tego od dzieci wymagać. A jeśli tak się dzieje to znaczy, że po którejś stronie jest duży problem. Waszym obowiązkiem jest zrealizować swoje powołanie. Jeśli czujesz się powołana do małżeństwa to znaczy, że masz wyjść za mąż i mieć rodzinę. Opiekować się rodzicami, ale nie być ich wiecznym dzieckiem. Tego Ci robić nie wolno, bo zmarnujesz życie. A co robić w sytuacji gdy rodzice na to nalegają? Delikatnie tłumaczyć i pokazywać jaka jesteś szczęśliwa z kimś. A jak nie akceptują - robić swoje. I nie bać się, że rodziców zasmucisz, zdenerwujesz. Może tak będzie, ale to nie będzie Twoja wina. Powtórzymy jeszcze raz: należy rodzicom pomagać, należy ich odwiedzać i za nimi tęsknić, należy nawet na starość wziąć ich do swojego domu. Ale nie wolno koniecznością pomocy rodzicom tłumaczyć sobie "powołania do samotności". Bo ani rodzicom nie dogodzicie ani Wy nie będziecie szczęśliwi.

     Jeszcze innym argumentem jaki zdarza nam się słyszeć to taki, że "nikt mnie nie pokocha" lub "nie nadaję się do związku". Jeśli tak twierdzisz to zapytamy przewrotnie: skąd wiesz? Skąd wiesz, że jak do tej pory nikt Cię nie pokochał to już nigdy się to nie zdarzy? Nie wiesz co Cię spotka za tydzień, pół roku, rok. Nie wiesz i nie możesz wiedzieć więc się nie zarzekaj. Dlaczego ktoś miałby Cię pokochać? A dlaczego nie? Zrób listę za i przeciw, tylko bądź obiektywny. Wpisz na nią konkretne argumenty dlaczego nie i dlaczego tak. I co? Taki najgorszy nie jesteś, prawda? Jasne, nie jesteś najpiękniejsza i nie jesteś najmądrzejszy, ale jest takie ludowe przysłowie: "Każda potwora znajdzie swego amatora". Nawet Shrek znalazł żonę. A Ty przecież trochę od Shreka jesteś przystojniejszy, prawda? No właśnie. A zatem nie wiesz czy ktoś nie szuka właśnie kogoś takiego jak Ty. Ja też myślałam, że takiej jak ja nie szuka i mój mąż też tak myślał. A teraz jesteśmy małżeństwem.

     Jeśli nie byłeś w związku, to nie wiesz czy się nadajesz czy nie. Bardzo rzadko się zdarza, że ktoś nie dojrzał do bycia w związku, ale to raczej kwestia osobowości jako takiej a nie "nieumiejętności". Nie możesz powiedzieć, że nie lubisz szpinaku jeśli nigdy go nie jadłeś. Jeśli zatem nie kochałeś to jak możesz twierdzić, że się do tego nie nadajesz?

     I wiecie co kochani? Ile razy dostajemy takie listy z twierdzeniem, że ktoś chce żyć bez miłości, że ktoś się nie nadaje itp. to jednego możemy być pewni: że to pisze ktoś kto myśli dokładnie na odwrót. Ktoś, kto bardzo chce kochać i być kochanym. Jak ktoś pisze, że chce nauczyć się żyć bez miłości to mamy 100 % gwarancji, że miłości właśnie najbardziej w życiu pragnie. A wiecie skąd to wiemy? Z autopsji. Kiedy człowiek czegoś w życiu bardzo pragnie a tego nie otrzymuje, kiedy bardzo się stara i robi wszystko by to osiągnąć a mimo wszystko to "coś" od niego nie zależy to przychodzi taki moment, że ma już dosyć. Taka chwila, kiedy nie ma już siły wołać, błagać, szukać. Kiedy jest już tak psychicznie zmęczony, że chce już tylko przestać pragnąć. Myślę, że być może w takim stanie był Jezus w Ogrójcu kiedy wołał: "Ojcze, oddal ode mnie ten kielich.". Nic nie pomagało na oporność ludu: ani nauczanie ani cuda, nic. Wiedział, że ostatecznym środkiem jest Jego Męka i Śmierć. I już nie mogąc udźwignąć tego ciężaru modlił się o ulgę. I dlatego takie listy są wołaniem o miłość. Bo wydaje nam się, że stosując technikę: "kwaśne winogrona", czyli wmawiając sobie, że to co jest obiektywnie dobre to dla mnie będzie niedobre odczuwamy ulgę. Nie jest tak, prawda? Albo jest na chwilę a w najmniej spodziewanym momencie zmora wychodzi i dusi za gardło. Dlatego nie wypierajmy się miłości. Nie wypierajmy się jej pragnienia. Bo to tak jakbyśmy chcieli zrezygnować z jakiegoś wymiaru swojego człowieczeństwa. Nie da się. I nie potrzeba.

     Doszliśmy zatem do wniosku, że życie w pojedynkę może być wyborem (ktoś decyduje się poświęcić pracy charytatywnej, nauce itp.) lub stanem, w którym znaleźliśmy się wbrew woli. No właśnie i co wtedy? Jeśli czujemy powołanie do małżeństwa powinniśmy szukać nadal. No, ale są ludzi którzy chcą założyć rodzinę, szukają i nie znajdują, znamy przecież takie osoby z naszego środowiska. Co z nimi? Najpierw należy się zastanowić czy mają one realne wymagania co do drugiej osoby, bo czasem różnie z tym bywa. Jeśli tak to czy nie boją się pokochać, czy nieświadomie nie odrzucają innych poprzez swoje zachowanie np. głębokie poranienia, z którymi sobie nie poradzili czy jakieś cechy, które utrudniają wspólne życie (np. jakąś niezaradność życiowa, niezdecydowanie itp.). Jeśli nie - módlmy się i szukajmy dalej. My zawsze zachęcamy, by nie pozostawać biernymi. Powiedzenie: "Siedź w kącie, znajdą Cię" może było dobre w początkach naszego wieku gdzie się wszyscy na wsi znali i chłopak wiedział w którym domu jakiej dziewczyny się spodziewać ale nie bardzo ma zastosowanie w dzisiejszym zwariowanym świecie. Dlatego my zachęcamy, nie tylko chłopaków ale i dziewczyny, by zawierzając Bogu kwestię małżonka sami także byli aktywni. By "dali Bogu szansę". By nie izolowali się od ludzi, by nie unikali spotkań towarzyskich. Aby nie odmawiali np. pójścia na wesele jako osoba towarzysząca. A może właśnie na tym weselu okaże się, że ten kolega z osiedla to całkiem fajny, dobrze wychowany chłopak? A może na jakichś imieninach okaże się, że brat koleżanki jest całkiem interesującym facetem, który ma swoją pasję? A może ta szara myszka, na którą nie zwracałeś uwagi to wspaniała dziewczyna, która wiele robi dla innych i piecze pyszne ciasta przy okazji?

     Nie wstydźmy się poznawać kogoś przez biuro matrymonialne. Najbardziej "sztandarowym" przykładem małżonków z takiego biura są oczywiście rodzice obecnego papieża ale też wiele bardzo zgodnych, dobrych małżeństw, które nie wiadomo dlaczego wstydzą się przyznać, że w ten sposób się poznali. A przecież tam się jasno określa swoje oczekiwania i preferencje i przychodzą tam poważni ludzie - właśnie w tym celu, więc jaki tu powód do wstydu? Jak to jest, że współczesny świat nie wstydzi się grzechu, wręcz chlubi się z powodu jawnego łamania przykazań a "biuro matrymonialne" budzi zażenowanie. Przyznacie, że to dziwne, prawda? Ostatnio bardzo wiele osób poznaje się też przez internet. Na naszej stronie za pośrednictwem działu "Źródełko" poznało się około 20 małżeństw. Jest też wiele innych, wartościowych, chrześcijańskich portali gdzie szanse trafienia na "swego" człowieka - w sensie wartości i poglądów są ogromne! Oczywiście, internet jest większym ryzykiem niż biuro i dlatego zachęcamy do korzystania ze stron sprawdzonych i takich, o których wiadomo, że mają coś wspólnego z wiarą. Nie bójmy się: nic nie tracimy a możemy zyskać wiele.

     A może jakaś wspólnota? Wcale nie jest tak, że to dobre tylko dla studentów czy licealistów. Są też wspólnoty tworzone przez młodzież pracującą, duszpasterstwa postakademickie. Może warto? My sami poznaliśmy się w maleńkiej wspólnocie, gdzie na 10 osób utworzyły się ...cztery małżeństwa! To niezwykłe a dla nas dowód na to, że dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych a "Duch wieje kędy chce...". A nawet jak małżonka we wspólnocie nie poznamy to wzbogacimy życie duchowe. A może któraś z koleżanek ze wspólnoty ma brata, którego poznamy odwiedzając ją w domu? Nigdy nic nie wiadomo.

     Kochani - i jeszcze jedno. Dawajmy sobie nawzajem szanse. Nie można stwierdzić, że "to nie ten człowiek" po pierwszym spotkaniu (pomijamy przypadki ewidentnego chamstwa, cwaniactwa i sytuacje gdzie ktoś jest wulgarny albo otwarcie manifestuje swoje nienajciekawsze poglądy). Spotkajmy się minimum 2-3 razy. Rozmawiajmy ze sobą. Trzeba się bowiem poznać, by podjąć decyzję i nie jest tak, że od pierwszego razu "się wie". No, ale to już temat na osobny artykuł.

     A jeśli już wyeliminujemy wszystkie powody braku małżonka, wypróbujemy wszystkie sposoby i nie znajdujemy odpowiedzi na swoją samotność to pozostaje tylko się modlić by Bóg to zmienił.

     W jednym z psalmów czytamy: "Bóg spełni pragnienia twego serca". W pierwszym odruchu chciałoby się odczytać te słowa dokładnie tak jak one brzmią. Że Bóg spełni nasze pragnienia założenia rodziny, że da nam poznać tą właściwą osobę. To normalne odczucia, bo to są właśnie pragnienia naszego serca. Jednakże wiemy, że mimo wszystko nie zawsze tak będzie. Jak wtedy odczytywać słowa psalmu? Czy pragnienie serca człowieka może być sprzeczne z pragnieniem Boga np. odnośnie założenia rodziny? A jeżeli tak to chyba jest to jakiś niesamowity dramat, na który Bóg nas skazuje. Czy naprawdę zaspokojenie pragnienia naszego serca w miłości może być nierealne?

     Nie. Nie, bo gdyby tak było Bóg nie byłby Ojcem miłosiernym. Bóg natomiast - jak już wielokrotnie mówiliśmy wcześniej - nie jest złośliwy. On nie bawi się naszymi uczuciami i nie skazuje nas na bezsensowne cierpienie - choć pewnie w chwilach rozpaczy każdemu z nas zdarzało się tak myśleć. Ale tak nie jest, bo gdyby tak było całe dzieło stworzenia byłoby bez sensu. Może być naturalnie tak, że Bóg, chcąc dla nas zawsze dobra inaczej postrzega to dobro niż my w danej chwili. A zatem obietnicę zaspokojenia pragnienia naszego serca należy rozumieć szerzej. Należy ją rozumieć jako zaspokojenie pragnienia serca w ogóle, nie tylko w tej chwili. Bo na każdym etapie życia mamy jakieś pragnienia i wyrywkowe przeczytanie jakiegoś fragmentu Pisma św. daje nam natychmiastową obietnicę ich spełnienia. Natomiast w tym przypadku chodzi o największe pragnienie serca człowieka, czyli pragnienie Boga. Bóg dając nam zbawienie daje nam obietnicę zaspokojenia właśnie tego największego głodu człowieka - znalezienia się w obecności Boga na wieczność, zbawienia i "przygarnięcia" przez Boga. Bo to jedno, jedyne pragnienie ludzkiego serca jest najbardziej ponadczasowe i niezmienne pośród wszystkich etapów życia i okoliczności, bo do tego przecież sprowadza się cel naszego życia. I dlatego należy modlić się, żeby Bóg zaspokoił to konkretne pragnienie naszego serca i przemienił tą tęsknotę za drugim człowiekiem w tęsknotę za Bogiem i działanie dla innych. Ale takie, by nie był to środek zastępczy, wypełniacz czasu, coś na zapomnienie czy metoda klina tylko autentyczne zaspokojenie serca przynoszące ukojenie i szczęście. Dopiero wtedy nie będzie dramatu gdy Bóg to uczyni, gdy będziemy tego zaspokojenia pragnąć i godzić się na to.

     Nie wypierajmy się zatem pragnienia miłości: prośmy o nią Boga a On da nam ukojenie. I wtedy nawet "samotność" nie będzie dramatem.


Kasia i Tomek


Redakcja portalu



   




Wasze komentarze:
 M.: 15.12.2007, 00:49
 Myslę, że wieczór będzie najbardziej odpowiedni dla wszystkich. Może poniedziałek o 22.00, jak myślicie? Pozdrawiam Was wszystkich ciepło
 Michał: 14.12.2007, 15:05
  Do M. Swietny pomysł -ponieważ jest Twój,zaproponuj czas ,ja się przyłączę. Elu, dzięki za ciepłe słowa,postaram się.Pozdrawiam wszystkich.
 M.: 14.12.2007, 01:31
 A co powiecie na to, żeby w jakiś konkretny dzień o konkretnej godzinie pomodlić się razem o siebie nawzajem? Skoro "gdzie dwaj lub trzej.." to jeśli w tym samym czasie w tej samej intencji będziemy się modlić razem, może Bogu ta modlitwa się spodoba?.. Już powoli brakuje mi wiary i siły. Już może sama nie potrafię kochać. Ale może chociaż tak "chwycimy Boga za serce"?
 Ela: 11.12.2007, 09:26
 Życie w samotności nie jest łatwe. Z jednej strony jest ta ogromna tęsknota za miłością i za człowiekiem z którym będzie nas łączyła duchowa więź i jedność aż po kres, a z drugiej brak siły do próbowania kolejny raz poszukiwania tej osoby. Czasem samotność jest potrzebna by pomyśleć o swoim życiu i decyzjach, byleby się w niej nie zatracać i nie zamykać. Ufaj i idź do przodu za głosem serca, za głosem Boga.
 Michał: 09.12.2007, 21:31
 Był kiedyś taki dzień kiedy poczułem ogromną pustkę,bezgraniczną samotność.TO nawarstwiało się od wielu lat.Zacząłem się modlić- każdego dnia,każdego wieczoru.Boże pozwól mi spotkać osobę ,którą pokocham z wzajemnością,jeżeli jednak chcesz inaczej niech stanie się Twoja wola. Oczywiście nie czekałem z założonymi rękoma,napisalem jakiś anons,potem odpisałem na jakiś i...zdarzył się cud.Najpierw były listy potem ,telefony ,aż postanowiliśmy się spotkać. Niestety dzieliła nas duża odległość ,pomyślałem jednak że warto spróbować- muszę,przecież tak bardzo prosiłem.Po kilku spotkaniach stwierdziłem że robię coś na siłę -z rozsądku.Nie czułem tego co chciałbym odczuwać.Teraz mam wyrzuty sumienia ,że odrzuciłem Bożą "ofertę",ją zaś skrzywdziłem -rozstając się.Co mam robić teraz?Nadal jestem sam i nie jest mi z tym dobrze ,ale nie mam w sobie już energii aby to zmienić.Wiem,jeżeli Bóg przeznaczył mi małżeństwo ,to tak się stanie niestety to nie zmniejsza obecnego cierpienia.... Kochani samotni -życzę Wam spotkania prawdziwej MIŁOŚCI. Kasiu,Tomku-świetny artykół-dzięki.
 m: 09.12.2007, 18:11
 chyba jednak dramat...czas samotnosci wykorzystuje na modlitwe o dobre przygotowanie do małzeństwa, o dobrego męża. Nie jestem za młoda i nie ukrywam, że boje sie że sytuacja może nigdy sie nie zmienic. Z drugiej strony jeżeli człowiek czegos bardzo pragnie i modli sie o to...wciąż mam nadzieję
 A: 15.11.2007, 14:48
 Myslę, że dobrze jest być z kimś, ale do samotności, niestety mozna się przyzwyczaic. Do tego, że człowiek nie musi się liczyc z nikim i może robic tak naprawdę, co chce, a zwiazek zakłada kompromis, często "rezygnację" z siebie. Mam juz sporo lat, które zaliczyłam jako "singiel", a teraz pojawia się perspektywa trwałego zwiazku z kims fajnym, mądrym, niebiednym i jest strach, czy sprostam, czy zwiazek malżenski będzie udany...
 Ela: 11.10.2007, 13:30
 Kochana Tereniu Tak zgadzam się z Tobą. Perspektywa życia w samotności i bez miłości jest przygnębiająca i jeszcze ten lęk że to się nie zmieni. Tylko że to nie jest takie oczywiste, bo u Boga wszystko jest możliwe , a Ty wiesz czego chcesz, znasz pragnienia swego serca więc proś i nie ustawaj w tych prośbach aż odnajdziesz szczęście. Dzisiejsza Ewangelia właśnie o tym mówi (Łk 11,5-13). Z modlitwą Ela /ela.137@interia.pl/
 Terenia: 10.10.2007, 19:36
 mam 40 lat jestem samotna a bardzo chciałabym założyć rodzinę. Cierpię potwornie z powodu samotności. To uczucie przygnębienia, że być może zostanę sama odbiera mi radość zycia, chęć do działania. Chciałabym zrzucić ten ciężar samotności z którym sobie emocjonalnie nie radzę
 Ela: 01.10.2007, 09:55
 Oby tak było. Bo nie ma sensu życie przeszłością, ważne jest tu i teraz i nadzieja na lepsze jutro. Nasze doświadczenia ubogacają i należy o nich pamiętać, ale nigdy roztrząsać i gdybać co by było gdyby, to nic nie da, a tylko przyczynia się do popadania coraz bardziej w czarną otchłań smutku. Za sprawą Jezusa Lekarza-Uzdrowiciela oby zranienia trwały jak najkrócej. Pozdrawiam
 też ja: 01.10.2007, 06:28
 ...zranienie oczywiście. Miłość zaciera rany.
  też ja: 29.09.2007, 19:54
 Do JA i do ELI A ja sądzę, że to nie trwa latami.
 Teresa: 29.09.2007, 16:07
 Ja tez jestem samotna i wydawało mi się, że to jest moja droga życiowa. Teraz nie jestem taka tego pewna. Wiem, że gdybym spotkała na swojej życiowej drodze kogoś, kogo pokochałabym z wzajemnością, nie byłabym sama. Nie wiem, czy to nie jest najtrudniejsza droga....
 Ela: 26.09.2007, 13:06
 Ludzie wrażliwi bardzo długo leczą rany, ten proces uleczenia ich duszy może trwać kilka lat. Nie sądzę, żeby w przypadku opisanym przez Ja było inaczej. Ten czas samotności po zranieniu przez najbliższą osobę jest czasem nabierania sił. Nie wiadomo co kryje się w sercu tej dziewczyny i skąd czerpie siłę do życia dla innych. Może jest nią nadzieja na Miłość przy pełnym oddaniu się Bogu, to nie koniecznie musi być samotność z wyboru i wierność tamtemu człowiekowi. W najtrudniejszych przypadkach to właśnie nadzieja trzyma człowieka przy życiu i obrany cel do którego człowiek dąży i dla którego żyje.
 ja: 24.09.2007, 17:18
 Nie zgadzam się w pełni z tym artykułem. Owszem, uważam,ze człowiek jako istota społeczna, jest stworzony do życia z innymi ludźmi, w tym do małżeństwa, ale nie mozemy generalizować. Samotność z wyboru nie jest zła, jeżeli to świadomy wybór, u podstaw którego tkwia nasze przemyślenia i doświadczenie życiowe. Uważam,że są ludzie, których konstrukcja psychiczna wyklucza bycie z kimś na siłe, a taki model bycia razem jest tutaj poniekąd lansowany.Znam wspaniałą dziewczynę, która miała partnera,planowali ślub,ale on odszedł.I mimo ze dziewczyna jest ładna,sympatyczna,inteligentna, nie chce się juz więcej wiązac.Minęło kilka lat,a ona dalej go kocha i czuje sie zraniona.Ale przy tym nie zamknęła sie na świat-ma przyjaciół,pracę,działa na rzecz innych ludzi.Woli swoją samotnośc i nauczyła sie ją akceptowac.Podziwiam ją i wydaje mi sie,ze to jej postawa jest godna podziwu,a nie wielu innych młodych ludzi, którzy zawierają związki małzeńskie bez miłości, by czuć sie pewnie i mieć kogoś na starość.Bóg powiedział,że będziemy sądzeni wedle tego, jak kochaliśmy.Ona kocha pięknie,mężczynę, który odeszeł,ale zarazem ludzi, z którymi pracuje,,pryjaciół,których zna juz 20 lat.Nie mówię,ze każdy ma postępwować w ten sposób, ale trzeba umieć odczytać swoje powołanie i wewnętrzne pragnienie serca.Są ludzi wrażliwsi, których łatwo złamać,dotknąc i dajmy im prawo byc szczesliwym na ich własny sposób, którym nie rania innych.to piekne,że potrafią kochać tak trwale,to ich świadectwo.
 Agnieszka: 21.09.2007, 13:53
 Jestem osoba samotną ale nie osamotnioną,chciałabym napisac bardzo wiele ale musze konkretnie.Jestem szczęśliwa mimo iz jestem samotna,mam dobre relacje z innymi ludźmi,a weekendy zajete bynajmniej nie z nudów u rodziców, wewnetrznie czuje sie twórcza, radosna i wierzę że jest to owoc Ducha św.Jestem zaangazowana w zycie wspólnoty ale uważam, ze rodzina by mi nie przeszkodziła w realizacji tego powołania.Wspólnota z którą zdążam do Boga jest wspólnota osób z uposledzeniem ich rodzin i przyjaciół "Wiara i Światło" nie mylić z "Światło -Życie"gdzie też formowałam ducha.Zaufać Bogu naprawdę wystarczy!On jedyny wie czego nam potrzeba.Ty która(y) cierpisz z powodu pustki i samotności podnieś głowę ku górze zobacz innych,zaufaj Temu kto Cie powołał do życia.
 Ela: 19.09.2007, 22:41
 Dziewczyny co Wy wypisujecie. A ja mam 31 lat i co mam powiedzieć? A przecież są takie dziewczyny które mają po 40 lat i są same. Mnie wiara w Boga daje nadzieję, że w końcu nasze drogi się skrzyżują i spotkam tego którego On mi przeznaczył. Bezgraniczne zawierzenie się Bożej miłości do nas ludzi to jedyna droga do szczęścia. Nie chcę już potykać się i wykładać na kolejnym nieudanym związku. Ufam Jego miłości do mnie....
 smutna aga: 19.09.2007, 18:45
 do xyz i nie tylko: czuje dokladnie to samo:( mam 24 lata i coraz bardziej dokucza mi samotność, mam już jej dość, co z tego ze mam za soba kilka nieudanych związków skoro tylko utwierdziły mnie ze chyba sie nie nadaje do bycia z kims... ale to pragnienie miłości wciąż we mnie jest... chyba to jakis paradoks... wkurza mnie to jak dookoła słyszę tylko ze kazdy z kims jest a nikt nie zauwaza jak jak sie z tym czuje, kiedy to słysze... ehh szkoda gadac...pozdrawiam
 xyz: 19.09.2007, 12:24
 Guzik prawda, mnie to nie wychodzi, lata lecą i jest tylko pustka; ile można błagać o miłość. Myślę, że ona po prostu nie istnieje. Bogu chyba na rękę moja samotność i cierpienie.
 Ela: 16.09.2007, 22:54
 Wszystko co ma początek ma i koniec także cierpienie. Tak sobie to tłumaczę, że jeśli nawet jest mi pisana samotność /oby nie/ to ufam że Bóg nie zostawi mnie samej z tym bólem, da mi siłę aby to wszystko udźwignąć. A więc modlę się w pierwszej kolejności o Miłość, błogosławieństwo w sakramencie małżeństwa, ale i o wiarę i ufność w Jego Słowu, o siłę do przyjęcia Jego Woli.
 
[1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] (9) [10]


Autor

Treść




[ Powrót ]
 
Daj plusika:
[ Strona główna ]
 Partnerzy medialni:

O stronie... | Ogłoszenia | Konkurs | Wspomóż nas | Polityka Prywatności | Reklama | Kontakt

© 2001-2017 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej