Rozważania Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Cuda Opowiadania Perełki
Samotność - dramat czy powołanie?

     Ostatnio coraz częściej słyszy się o "powołaniu do samotności". Nawet młodzi ludzie, nieraz dopiero po studiach postanawiają nie zakładać rodziny. Robią to całkiem dobrowolnie albo - nie mogąc znaleźć kandydata na małżonka dochodzą do wniosku, że samotność jest ich drogą. Utwierdzają ich w tym media lansując bardzo popularny ostatnio model "singla".

     A jak to wygląda naprawdę? Czy faktycznie jest takie powołanie? Czy Bóg dla tak wielu osób przewidział właśnie taką drogę do zbawienia? A może to tylko ucieczka przed odpowiedzialnością, modne wytłumaczenie dlaczego nie mam rodziny? A może za etykietką "singiel z wyboru" kryje się dramat współczesnego człowieka, któremu coraz ciężej znaleźć bratnią duszę? Może to wcale nie jest wolny wybór ani powołanie?

     Popatrzymy co kieruje człowiekiem w podjęciu decyzji o samotności.

     Co do zasady nie ma takiego powołania, by człowiek był sam. Słyszeliście kiedyś o takim? Bo my nie. Jest kapłaństwo, małżeństwo, zakon. Sam Bóg stwarzając człowieka stwierdził, iż nie jest dobrze by pozostał on samotny. Oczywiście, nie oznacza to, że każdy musi się żenić czy iść do zakonu. Rzeczywiście, są ludzie, którzy nie widzą się w żadnej z tych sytuacji. Całkiem dobrowolnie postanawiają pozostać bezżennymi. I to jest OK - pod jednym warunkiem: że poświęcą się czemuś konkretnemu, jakiejś wielkiej sprawie, idei, której wykonywanie nie dałoby się pogodzić z pełnieniem roli męża czy żony. Tylko my to rozumiemy tak: najpierw następuje zaangażowanie w jakąś działalność, najpierw zaczynamy coś robić dla innych.? Widzimy, że to nas pochłania całkowicie, że staje się to naszym zadaniem życiowym, nie wyobrażamy sobie siebie w innej roli i dochodzimy do wniosku, że ta działalność jest dla nas ważniejsza niż realizacja siebie w rodzinie czy zakonie. I wtedy dobrowolnie z tej rodziny rezygnujemy, bez żalu, z poczuciem, że to jest właśnie najwłaściwsza droga. Oczywiście jest to wymodlone, rozpoznane, skonsultowane z kierownikiem duchowym, spowiednikiem itp. I daje nam to taką radość i poczucie spełnienia, że chcemy to robić całe życie. To jest właściwa kolejność. A nie taka: chłopak czy dziewczyna zastanawia się na powołaniem i dochodzi od wniosku, że jest powołany/a do samotności. I dopiero potem zaczyna się zastanawiać co by tu w życiu robić. No bo skoro nie rodzina czy zakon to coś "na usprawiedliwienie" bycia samemu wypada mieć. Zaczyna trochę działać w Caritasie, trochę w jakiejś wspólnocie, troszkę tego skubnie, trochę tego. W niczym dłużej miejsca nie zagrzewa. I co się dzieje? Nie jest spełniony/a, nie jest do końca szczęśliwy/a. Bo brak jest tej głębi, tego ducha ożywczego, kierującego ich zapałem. Lata lecą, czasem ktoś się koło nich zakręci, ale - według nich - "to nie to", bo oni mają przecież inne powołanie. Każdy dzień wygląda tak samo: praca, dom, jakiś obiad, zakupy dla jednej osoby, weekendy u rodziców. Natarczywe pytanie ze strony rodziny co dalej, na które nie bardzo wiadomo co odpowiedzieć. Przyjaciół coraz mniej, bo każdy zajęty swoimi sprawami. Nic za bardzo nie daje satysfakcji, bo dla kogo ubierać choinkę, dla kogo piec ciasto? W końcu naprawdę zostają sami i zastanawiają się co tu dalej robić, czym się zająć. Pojawia się myśl: a może trzeba było wyjść za mąż? A może trzeba było pójść do zakonu? Przystają do jakiejś grupy przy kościele, coś robią, ale nadal brak tego "ducha". I tak rodzą się stare panny i starzy kawalerowie.

     Nie chcemy broń Boże nikogo urazić! Nie kpimy ze starych panien (ja sama nią byłam, bo wyszłam za mąż jak miałam 30 lat). Chcemy tylko powiedzieć, że jest ZASADNICZA RÓŻNICA między byciem samemu z wyboru (dla idei) a domniemanym powołaniem do samotności (z braku pomysłu na życie). I znów: wiemy, że nie wszyscy założą rodzinę. I nie z ich winy tak będzie. Po prostu - nie znajdą kandydata na męża czy żonę. I my tego absolutnie nie krytykujemy, doskonale rozumiemy ich ból, bo w pewnym momencie życia wydawało nam się, że będzie to też naszym udziałem. Należy takim osobom współczuć bólu niespełnionego powołania i na ile to możliwe starać się im pomóc - tak bardzo konkretnie: przez poznawanie ze swoimi znajomymi, którzy także jeszcze są sami, przez zachęcanie do szukania tej drugiej osoby przez internet czy choćby biuro matrymonialne. Natomiast zmierzamy do tego, że nie ma POWOŁANIA DO SAMOTNOŚCI. Bo nikt nie może żyć dla siebie. A zatem albo wybiera poświęcenie życia czemuś i z tego powodu rodziny nie zakłada, bo nie pogodziłby obowiązków albo nie z własnego wyboru pozostaje sam, choć chciałby mieć rodzinę. I wtedy realizuje się inaczej. Natomiast nie może to być wybór z wygody, lenistwa, nierealnych oczekiwań co do kandydata na małżonka, lęku przez zobowiązaniem się. Wiecie kto to jest tak bardzo ostatnio lansowany singiel? Ktoś komu się wydaje, że "ma powołanie do samotności". Ktoś kto boi się wejść w formalny związek. Ktoś kto zostawia sobie furtki. Ktoś kto podejmuje wybory wygodne a nie słuszne. Trudno nam sobie nawet wyobrazić, by dobrowolnie zrezygnować z miłości: do małżonka lub w służbie bliźnich. Bo "powołanie do samotności" jest rezygnacją z miłości do innych na rzecz miłości tylko do siebie. I przeciwko takiemu powołaniu protestujemy. NIE WOLNO zatem robić założenia, że "może takie jest moje powołanie".

     Zdarza się też, że ktoś owo powołanie do samotności tłumaczy np. koniecznością pozostania z rodzicami. Zawsze w tym przypadku mamy mieszane uczucia. No bo faktycznie: rodzicom zawdzięczamy życie i wychowanie, a zatem sumienie nawet nakazuje nam zająć się nimi na starość. No i oczywiście rodzicom zawsze należy się pomoc. Ale pomoc nie może być rezygnacją z własnego życia. Bo co się stanie jak rodzice umrą?

     Gdy dostajemy listy z pytaniem czy nie powinno się poświęcić rodzicom zawsze przychodzi mi na myśl moja kuzynka, której wydawało się że takie właśnie jest jej zadanie życiowe. Po śmierci rodziców, która nastąpiła wcześniej niż się komukolwiek wydawało zawalił się jej świat. Dosłownie. Skończyło się dla niej wszystko czym żyła. Nagle straciła cały sens życia, bo to co do tej pory robiła, czyli życie z rodzicami przestało istnieć. Została sama. Nagle spostrzegła, że jej rówieśnicy dawno już pozakładali rodziny, rodzeństwo ma dzieci i swoje małżeńskie sprawy i problemy i w zasadzie nawet nie bardzo ma o czym rozmawiać z koleżankami ze szkoły. Wcześniej nie bardzo jej to przeszkadzało, bo zawsze mogła wrócić do domu i porozmawiać z rodzicami. Zbliżała się do czterdziestki ale była ładną, zadbaną kobietą i z pewnością mogła się jeszcze podobać. Jednak zamiast próbować wyjść do innych ona była już tak zgorzkniała, że nie wierzyła w swoje siły, w to, że ktoś chciałby się z nią spotykać i stwierdziła... że jej powołaniem jest samotność, nic już w jej życiu się nie zmieni i widocznie zawsze już będzie nieszczęśliwa. Czy musiało tak być?

     Dlatego moja Droga i mój Drogi: jeśli wydaje Wam się, że musicie pozostać całe życie przy rodzicach pomyślcie co Wy zrobilibyście w takiej sytuacji. Bo ona może stać się też Waszym udziałem. Czy naprawdę pragniecie być całe życie sami? A Wami nawet Wasze dzieci się wtedy nie zajmą bo...nie będziecie ich mieli. Ani zatem dzieci nie powinny czuć "takiego obowiązku" ani też rodzicom nie wolno tego od dzieci wymagać. A jeśli tak się dzieje to znaczy, że po którejś stronie jest duży problem. Waszym obowiązkiem jest zrealizować swoje powołanie. Jeśli czujesz się powołana do małżeństwa to znaczy, że masz wyjść za mąż i mieć rodzinę. Opiekować się rodzicami, ale nie być ich wiecznym dzieckiem. Tego Ci robić nie wolno, bo zmarnujesz życie. A co robić w sytuacji gdy rodzice na to nalegają? Delikatnie tłumaczyć i pokazywać jaka jesteś szczęśliwa z kimś. A jak nie akceptują - robić swoje. I nie bać się, że rodziców zasmucisz, zdenerwujesz. Może tak będzie, ale to nie będzie Twoja wina. Powtórzymy jeszcze raz: należy rodzicom pomagać, należy ich odwiedzać i za nimi tęsknić, należy nawet na starość wziąć ich do swojego domu. Ale nie wolno koniecznością pomocy rodzicom tłumaczyć sobie "powołania do samotności". Bo ani rodzicom nie dogodzicie ani Wy nie będziecie szczęśliwi.

     Jeszcze innym argumentem jaki zdarza nam się słyszeć to taki, że "nikt mnie nie pokocha" lub "nie nadaję się do związku". Jeśli tak twierdzisz to zapytamy przewrotnie: skąd wiesz? Skąd wiesz, że jak do tej pory nikt Cię nie pokochał to już nigdy się to nie zdarzy? Nie wiesz co Cię spotka za tydzień, pół roku, rok. Nie wiesz i nie możesz wiedzieć więc się nie zarzekaj. Dlaczego ktoś miałby Cię pokochać? A dlaczego nie? Zrób listę za i przeciw, tylko bądź obiektywny. Wpisz na nią konkretne argumenty dlaczego nie i dlaczego tak. I co? Taki najgorszy nie jesteś, prawda? Jasne, nie jesteś najpiękniejsza i nie jesteś najmądrzejszy, ale jest takie ludowe przysłowie: "Każda potwora znajdzie swego amatora". Nawet Shrek znalazł żonę. A Ty przecież trochę od Shreka jesteś przystojniejszy, prawda? No właśnie. A zatem nie wiesz czy ktoś nie szuka właśnie kogoś takiego jak Ty. Ja też myślałam, że takiej jak ja nie szuka i mój mąż też tak myślał. A teraz jesteśmy małżeństwem.

     Jeśli nie byłeś w związku, to nie wiesz czy się nadajesz czy nie. Bardzo rzadko się zdarza, że ktoś nie dojrzał do bycia w związku, ale to raczej kwestia osobowości jako takiej a nie "nieumiejętności". Nie możesz powiedzieć, że nie lubisz szpinaku jeśli nigdy go nie jadłeś. Jeśli zatem nie kochałeś to jak możesz twierdzić, że się do tego nie nadajesz?

     I wiecie co kochani? Ile razy dostajemy takie listy z twierdzeniem, że ktoś chce żyć bez miłości, że ktoś się nie nadaje itp. to jednego możemy być pewni: że to pisze ktoś kto myśli dokładnie na odwrót. Ktoś, kto bardzo chce kochać i być kochanym. Jak ktoś pisze, że chce nauczyć się żyć bez miłości to mamy 100 % gwarancji, że miłości właśnie najbardziej w życiu pragnie. A wiecie skąd to wiemy? Z autopsji. Kiedy człowiek czegoś w życiu bardzo pragnie a tego nie otrzymuje, kiedy bardzo się stara i robi wszystko by to osiągnąć a mimo wszystko to "coś" od niego nie zależy to przychodzi taki moment, że ma już dosyć. Taka chwila, kiedy nie ma już siły wołać, błagać, szukać. Kiedy jest już tak psychicznie zmęczony, że chce już tylko przestać pragnąć. Myślę, że być może w takim stanie był Jezus w Ogrójcu kiedy wołał: "Ojcze, oddal ode mnie ten kielich.". Nic nie pomagało na oporność ludu: ani nauczanie ani cuda, nic. Wiedział, że ostatecznym środkiem jest Jego Męka i Śmierć. I już nie mogąc udźwignąć tego ciężaru modlił się o ulgę. I dlatego takie listy są wołaniem o miłość. Bo wydaje nam się, że stosując technikę: "kwaśne winogrona", czyli wmawiając sobie, że to co jest obiektywnie dobre to dla mnie będzie niedobre odczuwamy ulgę. Nie jest tak, prawda? Albo jest na chwilę a w najmniej spodziewanym momencie zmora wychodzi i dusi za gardło. Dlatego nie wypierajmy się miłości. Nie wypierajmy się jej pragnienia. Bo to tak jakbyśmy chcieli zrezygnować z jakiegoś wymiaru swojego człowieczeństwa. Nie da się. I nie potrzeba.

     Doszliśmy zatem do wniosku, że życie w pojedynkę może być wyborem (ktoś decyduje się poświęcić pracy charytatywnej, nauce itp.) lub stanem, w którym znaleźliśmy się wbrew woli. No właśnie i co wtedy? Jeśli czujemy powołanie do małżeństwa powinniśmy szukać nadal. No, ale są ludzi którzy chcą założyć rodzinę, szukają i nie znajdują, znamy przecież takie osoby z naszego środowiska. Co z nimi? Najpierw należy się zastanowić czy mają one realne wymagania co do drugiej osoby, bo czasem różnie z tym bywa. Jeśli tak to czy nie boją się pokochać, czy nieświadomie nie odrzucają innych poprzez swoje zachowanie np. głębokie poranienia, z którymi sobie nie poradzili czy jakieś cechy, które utrudniają wspólne życie (np. jakąś niezaradność życiowa, niezdecydowanie itp.). Jeśli nie - módlmy się i szukajmy dalej. My zawsze zachęcamy, by nie pozostawać biernymi. Powiedzenie: "Siedź w kącie, znajdą Cię" może było dobre w początkach naszego wieku gdzie się wszyscy na wsi znali i chłopak wiedział w którym domu jakiej dziewczyny się spodziewać ale nie bardzo ma zastosowanie w dzisiejszym zwariowanym świecie. Dlatego my zachęcamy, nie tylko chłopaków ale i dziewczyny, by zawierzając Bogu kwestię małżonka sami także byli aktywni. By "dali Bogu szansę". By nie izolowali się od ludzi, by nie unikali spotkań towarzyskich. Aby nie odmawiali np. pójścia na wesele jako osoba towarzysząca. A może właśnie na tym weselu okaże się, że ten kolega z osiedla to całkiem fajny, dobrze wychowany chłopak? A może na jakichś imieninach okaże się, że brat koleżanki jest całkiem interesującym facetem, który ma swoją pasję? A może ta szara myszka, na którą nie zwracałeś uwagi to wspaniała dziewczyna, która wiele robi dla innych i piecze pyszne ciasta przy okazji?

     Nie wstydźmy się poznawać kogoś przez biuro matrymonialne. Najbardziej "sztandarowym" przykładem małżonków z takiego biura są oczywiście rodzice obecnego papieża ale też wiele bardzo zgodnych, dobrych małżeństw, które nie wiadomo dlaczego wstydzą się przyznać, że w ten sposób się poznali. A przecież tam się jasno określa swoje oczekiwania i preferencje i przychodzą tam poważni ludzie - właśnie w tym celu, więc jaki tu powód do wstydu? Jak to jest, że współczesny świat nie wstydzi się grzechu, wręcz chlubi się z powodu jawnego łamania przykazań a "biuro matrymonialne" budzi zażenowanie. Przyznacie, że to dziwne, prawda? Ostatnio bardzo wiele osób poznaje się też przez internet. Na naszej stronie za pośrednictwem działu "Źródełko" poznało się około 20 małżeństw. Jest też wiele innych, wartościowych, chrześcijańskich portali gdzie szanse trafienia na "swego" człowieka - w sensie wartości i poglądów są ogromne! Oczywiście, internet jest większym ryzykiem niż biuro i dlatego zachęcamy do korzystania ze stron sprawdzonych i takich, o których wiadomo, że mają coś wspólnego z wiarą. Nie bójmy się: nic nie tracimy a możemy zyskać wiele.

     A może jakaś wspólnota? Wcale nie jest tak, że to dobre tylko dla studentów czy licealistów. Są też wspólnoty tworzone przez młodzież pracującą, duszpasterstwa postakademickie. Może warto? My sami poznaliśmy się w maleńkiej wspólnocie, gdzie na 10 osób utworzyły się ...cztery małżeństwa! To niezwykłe a dla nas dowód na to, że dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych a "Duch wieje kędy chce...". A nawet jak małżonka we wspólnocie nie poznamy to wzbogacimy życie duchowe. A może któraś z koleżanek ze wspólnoty ma brata, którego poznamy odwiedzając ją w domu? Nigdy nic nie wiadomo.

     Kochani - i jeszcze jedno. Dawajmy sobie nawzajem szanse. Nie można stwierdzić, że "to nie ten człowiek" po pierwszym spotkaniu (pomijamy przypadki ewidentnego chamstwa, cwaniactwa i sytuacje gdzie ktoś jest wulgarny albo otwarcie manifestuje swoje nienajciekawsze poglądy). Spotkajmy się minimum 2-3 razy. Rozmawiajmy ze sobą. Trzeba się bowiem poznać, by podjąć decyzję i nie jest tak, że od pierwszego razu "się wie". No, ale to już temat na osobny artykuł.

     A jeśli już wyeliminujemy wszystkie powody braku małżonka, wypróbujemy wszystkie sposoby i nie znajdujemy odpowiedzi na swoją samotność to pozostaje tylko się modlić by Bóg to zmienił.

     W jednym z psalmów czytamy: "Bóg spełni pragnienia twego serca". W pierwszym odruchu chciałoby się odczytać te słowa dokładnie tak jak one brzmią. Że Bóg spełni nasze pragnienia założenia rodziny, że da nam poznać tą właściwą osobę. To normalne odczucia, bo to są właśnie pragnienia naszego serca. Jednakże wiemy, że mimo wszystko nie zawsze tak będzie. Jak wtedy odczytywać słowa psalmu? Czy pragnienie serca człowieka może być sprzeczne z pragnieniem Boga np. odnośnie założenia rodziny? A jeżeli tak to chyba jest to jakiś niesamowity dramat, na który Bóg nas skazuje. Czy naprawdę zaspokojenie pragnienia naszego serca w miłości może być nierealne?

     Nie. Nie, bo gdyby tak było Bóg nie byłby Ojcem miłosiernym. Bóg natomiast - jak już wielokrotnie mówiliśmy wcześniej - nie jest złośliwy. On nie bawi się naszymi uczuciami i nie skazuje nas na bezsensowne cierpienie - choć pewnie w chwilach rozpaczy każdemu z nas zdarzało się tak myśleć. Ale tak nie jest, bo gdyby tak było całe dzieło stworzenia byłoby bez sensu. Może być naturalnie tak, że Bóg, chcąc dla nas zawsze dobra inaczej postrzega to dobro niż my w danej chwili. A zatem obietnicę zaspokojenia pragnienia naszego serca należy rozumieć szerzej. Należy ją rozumieć jako zaspokojenie pragnienia serca w ogóle, nie tylko w tej chwili. Bo na każdym etapie życia mamy jakieś pragnienia i wyrywkowe przeczytanie jakiegoś fragmentu Pisma św. daje nam natychmiastową obietnicę ich spełnienia. Natomiast w tym przypadku chodzi o największe pragnienie serca człowieka, czyli pragnienie Boga. Bóg dając nam zbawienie daje nam obietnicę zaspokojenia właśnie tego największego głodu człowieka - znalezienia się w obecności Boga na wieczność, zbawienia i "przygarnięcia" przez Boga. Bo to jedno, jedyne pragnienie ludzkiego serca jest najbardziej ponadczasowe i niezmienne pośród wszystkich etapów życia i okoliczności, bo do tego przecież sprowadza się cel naszego życia. I dlatego należy modlić się, żeby Bóg zaspokoił to konkretne pragnienie naszego serca i przemienił tą tęsknotę za drugim człowiekiem w tęsknotę za Bogiem i działanie dla innych. Ale takie, by nie był to środek zastępczy, wypełniacz czasu, coś na zapomnienie czy metoda klina tylko autentyczne zaspokojenie serca przynoszące ukojenie i szczęście. Dopiero wtedy nie będzie dramatu gdy Bóg to uczyni, gdy będziemy tego zaspokojenia pragnąć i godzić się na to.

     Nie wypierajmy się zatem pragnienia miłości: prośmy o nią Boga a On da nam ukojenie. I wtedy nawet "samotność" nie będzie dramatem.


Kasia i Tomek


Redakcja portalu



   




Wasze komentarze:
 ...: 16.08.2013, 14:46
 Zauważyłam,że to najczęściej ludzie żyjący w małżeństwie narzekają na życie,więc wcale nie mają takiej sielanki jak to się wszystkim tutaj wydaje...
 adam: 17.07.2013, 12:36
 I gdzie ten Wasz Bóg miłujący ? Co którego nie przeczytam to większa tragedia. Tez jestem sam jakby co. Bedzie Was zwodził przez resztę życia.
 Minia: 29.06.2013, 22:54
 Każdy w końcu znajdzie tą swoją połowę...ale trwajmy w modlitwie ona uleczy Nasze serducho ...czasami Myślimy że to jest to...okazuje się że nie było..warto czekać żeby powiedzieć WARTO BYŁO...
 jula: 21.06.2013, 00:05
 Iskra mam bardzo podobnie. Tylko u mnie był to jeden facet. Zabawiał się moimi uczuciami, nawiązywał coraz to głębszą relację, dawał nadzieję, a w momencie gdy ja się zakochałam, on po prostu stwierdził, że dla niego to koleżeństwo. Pozwoliłam mu odejść, bo go kochałam. I choć od tamtej pory minęło wiele czasu, nie umiem się przełamać i pokochać kogoś innego. Mam dystans do facetów. Dla mnie samotność to cierpienie. Nie można być szczęśliwym będąc samotnym. Samotność jest dobra, dopóki człowiek ma nad nią kontrolę. Najbardziej boję się tego, że właśnie życie w pojedynkę jest moim przeznaczeniem. Coraz częściej mam wrażenie, że rola żony i matki nie jest mi pisana. Tylko dlaczego? Pozdrawiam wszystkich. :)
 iskra: 17.06.2013, 18:58
  Jestem singielką, ale nie dlatego że chciałam nią być, ale dlatego, że mężczyźni, na których bardzo mi zależało dali mi do zrozumienia ,że nic dla nich nie znaczę _ zranili moje uczucia i nie potrafię zaufać. Naiwność moja zgubiła mnie nie jednokrotnie, ale perspektywa czasu dała mi do zrozumienia,że widocznie tak miało być, bym mogła wyciągnąć odpowiednie wnioski. Moje serce jest poranione, ale w Bogu odnajduje pocieszenie i wytłumaczenie. dziś jedynie tylko pragnę wierzyć, że to przeznaczenie od Boga.
 :): 11.06.2013, 08:25
 Są sparowani ,którzy zazdroszczą singlom wolności .Kolega,który ma dziewczynę powiedział ,że jak nie mam chłopaka to mam więcej czasu dla siebie z 2 strony ma rację.
 fantazja: 03.06.2013, 01:31
 Jestem samotna, w nikim nie znajduje oparcia, nawet w rodzicach, którzy ciągle napierają, abym znalazła sobie partnera. Kobieta -maska. Ciągle muszę kłamać, zmyślać, udawać, że nie potrzebuję faceta do pokochania, że dobrze mi samej. W gruncie rzeczy jest przykro i strasznie. To nie moja wina, że nie umiem być z kimś na siłę, że boję się próbować. Wewnętrzna blokada zamyka mnie na nowopoznanych mężczyzn. Jakiś czas temu mocno kochałam, niestety bez wzajemności. Zwodził mnie, zadając wiele bólu. W głowie ciągle tkwi On i jego same pozytywy i ideały. Mam bardzo skomplikowany charakter, żadna z bliskich mi osób nie potrafi sobie nawet wyobrazić, co przeżywam każdego dnia. Szukam faceta, a jednocześnie przekreślam każdego którego spotkam. Bo przecież żaden nie jest taki jak tamten.. Może to właśnie czas, aby skorzystać z pomocy psychologa? Boże zmień mój charakter i pomóż mi wyjść z tej męczącej i trudnej sytuacji. Spraw, by rodzice byli oparciem, a nie kolejnymi osobami zadającymi smutek.
 ...: 17.05.2013, 19:47
 Ja jestem samotnikiem bo nie mam znajomych,ości. Teraz wszystko zależy ile masz znajomych czym więcej znajomych tym większa szansa, że nie będziesz sam.
 mała Mi: 01.04.2013, 17:16
 Nie wierzę,że można pokochać obcego człowieka....
 ...: 21.02.2013, 20:38
 Do A! - to zależy od danego człowieka.Też taka prawda ,że nie można uzależniać swojego szczęścia tylko od faceta/kobiety bo tak myśląc nigdy nie będziecie szczęśliwi. Zgadzam się z M.Mieć męża bo mieć bo inne mają.
 Bernadeta: 15.01.2013, 12:49
 Jest tylko jedna droga dla czlowieka, na ktora Bog chce kazdego z nas wprowadzic. Jest nia swietosc. Zaden ze stanow - kaplanski, zakonny czy malzenski nie ma na nia monopolu. Kazdy jest o tyle dobry, o ile sluzy danej osobie do jej osiagniecia. Bezzennosc, konsekrowana czy nie, jest rownie dobra droga jak malzenstwo, by stac sie swietym. Samo bycie w jakims stanie, wyjscie za maz, posiadanie dzieci, czy bycie osoba konsekrowana nie czyni nikogo automatycznie spelnionym. Moznaby sie pokusic przewrotnie o spostrzezenie, ze czesto jest wrecz przeciwnie. Ludzie, ktorzy posiadaja juz okreslony status cywilny/duchowny sa czesto rownie niespelnieni i 'niepelni', jak ci, ktorzy nigdy nie zaszeregowali sie formalnie do zadnego ze stanow. Jest tak dlatego, ze to nie sama przynaleznosc do danego stanu jest miara tego spelnienia, ale droga, ktora wewnetrznie czlowiek ma przejsc, by je osiagnac. Ta droga jest jak zdobywanie gory, na ktora mozna wejsc roznymi szlakami, pod warunkiem, ze wspina sie wzwyz, nie schodzi w dol. Ta droga to swietosc - przyjazn z Bogiem, ktora potem czlowiek emanuje na swoje otoczenie. I nie jest wazne jakie jest to otoczenie - wlasny maz i dzieci, wspolsiostry w zakonie, czy przypadkowo spotykane kazdego dnia osoby. Moja bezzennosc niekonsekrowana trwa od prawie 41 lat. Nigdy nie byla ona podyktowana jakas wazna zawodowo pasja. Jest jednak czyms realnym, choc pozbawionym 'etykietki' i nie tak oczywistym jak sakrament malzenstwa lub sluby zakonne. Jest niemniej, prawdziwa droga, z ktorej zarowno wyzwan, niebezpieczenstw, jak i piekna coraz bardziej zdaje sobie sprawe. Wiem kiedy prowadzi mnie w gore, i wiem, kiedy mam ochote zaczac sie staczac w dol. Wiem, ze jest tak samo dobra droga jak malzenstwo, czy stan zakonny, zeby dostac sie do nieba. Wiem, ze jest dla mnie, jak dotad i moze na zawsze, droga do Boga.
 Anna: 22.12.2012, 21:40
 Mam 44 lata, nie potrafię się do nikogo zbliżyć, wg terapeuty moja konstrukcja psychiczna sprawia, że żaden mężczyzna nie może się mną zainteresować, jestem jakby "zamknięta" na bliskość, ale to nie zależy od mojej woli. Zawsze chciałam mieć rodzinę, dzieci... Podobali mi się rózni mężczyźni, ale bez wzajemności. Nie było też sytuacji, żeby ktoś o mnie zabiegał. Nie izolowałam się od ludzi. Byłam kilka lat we wspólnocie neokatechumenalnej, trenowałam sztuki walki, próbowałam kogoś poznać przez biuro matrymonialne. Od roku nie chodzę do kościoła, na każdej mszy płakałam widząc wszędzie rodziny z dziećmi i pary. Od lat modliłam się najpierw o chłopaka, potem o dobrego męża, wreszcie - o oddalenie ode mnie tych pragnień, o pokazanie innej drogi. Żadna modlitwa nie została wysłuchana. Byłam nawet na rekolekcjach ignacjańskich, ale nie uzyskałam odpowiedzi. Zaangażowałam się w wolontariat na rzecz dzieci, ale nadal boli mnie to, że jestem sama, widze matkę, ojca z dzieckiem i czuję jak mnie ściska w gardle i czuję, że moje zycie nie ma sensu, nic już mnie nie cieszy. Okropne są święta Bożego Narodzenia... myslę o Dobrej Nowinie i nic nie czuje, przestalo mnie to obchodzić. Nie wiem jak można pogodzić się z taką drogą życiową jak moja. To żadne powołanie.
 A!: 11.09.2012, 21:50
  Witam, Samotność nie jest powołaniem, to piekło rozłączonej duszy. Szukasz, rozglądasz się, patrzysz wygłodniałym wzrokiem na co przystojniejszego mężczyznę i na szczęście zakochanych. To jest ciche cierpienie, gdy omijają Ciebie te miłosne uniesienia, spotkania, ciche rozmowy i pierwsze pocałunki. Nie, nie chodzi mi o tę miłość, jaką nam wciskają media w postaci głupiutkich komediach czy serialach, ale tą realną, prawdziwą. Nie będącą pustką i płaską jak harlequin, ale głęboka i dostojna jak poezja, powstała z rąk genialnego artysty, którym jest sam Bóg. Wiele osób mi mówi, że jestem samotna, bo jestem nieśmiała. To nieprawda. Wiem, że drzemie we mnie wiele tyle namiętności, tyle emocji. Czuję, że byłabym dobrą partnerką dla swojego chłopaka/narzeczonego/męża czy dobrą matką. Będę starała się poprawić swoje wady, bo będę miała wielką motywację - drugiego człowieka. Tak. Modlę się, by nie zostać samotna, albo zostać zakonnicą. Wiem, ze nie mogłabym złożyć ślubów posłuszeństwa, ubóstwa czy czystości. Tak, jestem grzesznicą. I co z tego? Modlę się o dobrego męża i o swoją przyszłość. Ufam, że Bóg mnie nie skrzywdzi i już wkrótce będę mogła się przekonać, jak to jest być zakochanym.
 P: 05.08.2012, 14:26
 Witam!Mimo to, że uważam, że tak naprawdę jeszcze jesteście wszyscy młodzi, doskonale Was rozumiem. Ja juz mam 31 lat i od jakiegoś czasu jestem sama. W moim przypadku to raczej mężczyżni mnie zostawiają dla innych dziewczyn, mówiąc że byłam dla nich za dobra. Nigdy tego nie zrozumiałam i nie zrozumiem. Byłam w związku przez 4 lata i planowaliśmy wziąc ślub, jednak okazało się że mój chłopak mnie zdradził. i od tego czasu mimo, iż mam powodzenie nie umiem się przekonac do innych mężczyzn. i teraz tak naprawdę od kilku lat boję się, że będę sama.... modlę się codzinnie do Pana Boga aby zesłał mi mężczyznę który mnie pokocha i będę mogła stworzyc z nim rodzinę i miec dzieci. Minęło już sporo czasu, a Ja nadal sama i czasu nie mogę zatrzymac:( i chyba ten uciekający czas jest najgorszy.... Jednak próbuję w tym wszystkim znaleźc jakieś pozytywne strony. Wiem, że mam kochających rodziców, swoje mieszkanie, stanowisko, ale brak jest miłości. i dopóki to się nie zmieni, wiem że na pewno będę nieszczęsliwa, bo tak się czuje. Bardzo chcialabym miec kogoś, ale nie wiem co jeszcze miałabym zrobic.... ps. Mój były chłopak mimo, iż wyrządził mi krzywdę, ma już swoją rodzinę i dzieci... mimo, że Ja cierpiałam, to jemu sie ułożyło.... życzę mu jak najlepiej, ale tego nie rozumiem....
 Antey: 08.04.2012, 01:00
 Kiedyś przeczytane: "If God brought you to it, He'll bring you through it". Kiedyś usłyszałem w kazaniu "nie wolno się śmiać z tych, o których mówi się że 'nie udało im się nikogo złapać' - oni też są potrzebni"... miło zauważyć, że jest jeszcze zrozumienie i miłosierdzie i w ludziach i w Kościele...
 kasia: 12.02.2012, 10:39
 Bardzo dobry artykuł. Jednak samotność boli. I mimo,że mam 20 lat to wiem, że bez niego uschnę. Bóg daje mi nadzieję. Modlę się i proszę. Jednak jak dalej trwać kiedy silnej woli brak? Jak wierzyć, że miłość przyjdzie skoro widzimy wszystko tak samo, bez zmian? Miłość prawdziwą daje tylko Bóg. Miesiąc temu zdałam sobie sprawę,że kocham kogoś, kogo prawie w ogóle nie znam. Wcześniej tylko się mijaliśmy aż pewnego razu nasze oczy się spotykały. I właśnie wtedy zobaczyłam w nim Jezusa...Zobaczyłam jego piękne wnętrze. A wieczorem tuląc się do poduszki usłyszałam swój głos wewnętrzny mówiący,że go kocham. Ale jak to możliwe? Przecież się nie znamy prawie w ogóle. Nie mam pojęcia. Lecz wiem,że pierwszy raz coś takiego poczułam. Pierwszy raz... I za każdym razem gdy nasze oczy się spotykają widzę Jego. Dlatego też nie potrafię o nim nie myśleć. Napisałam do niego list opisując swoje uczucia, anonimowy bo brakowało mi odwagi na podpis. Dodam,że ten chłopak ma już swoje szczęście. I ten fakt doprowadza,że moja nadzieja przygasa, ale nie miłość. Nawet gorączka nie przeszkodziła mi w tym by pojsc na mecz i zobaczyć jego wzrok ktory tak bardzo dodaje mi sil. I proszę Boga o mały cud...
 Ela: 04.01.2012, 21:00
 Samotnie czy w małżeństwie można być szczęśliwym :):):)
 P: 27.07.2011, 22:07
 Mi tez ciezko w tej samotnosci :( Mam 22 lata ciagle praca 6 dni w tygodniu czasami nawet w niedziele pracuje... Chcialbym miec kogos kogo bym pokochal umowil sie gdzies na spacer albo kina fajnie spedzic czas ale niestety to tylko marzenia...:( Czuje sie coraz bardziej nieszczesliwy... Niech Bog cos zrobi blagam bo niewyobrazam sobie zycia za 10 lat samemu...
 Marek: 23.05.2011, 17:45
 Ja również jestem sam i jakoś życie płynie bo wiadomo szkoła obowiązki ale przychodzi taka chwila refleksji na swoim życiem i wtedy to uczucie że się nie ma swojej drugiej połówki której można się zwierzyć porozmawiać bronić ją przed światem jest naprawdę przykre.Najgorzej jest gdy większość ludzi w twoim otoczeniu jest parą przytulają się trzymają za rękę są szczęśliwi,a ty jesteś samotny.Ale cóż widać nie każdemu miłość jest pisana.
 apolonia: 16.04.2011, 21:42
 Dla mnie samotność to dramat...Coś na co nie mam większego wpływu i czuję się wobec tej samotności bezsilna. Do niedawna nie byłam sama (choć właściwie od pewnego czasu byłam samotna w związku). Rozstałam się z moim partnerem, byliśmy razem prawie cztery lata, ja marzyłam o zaręczynach, ślubie. A on niestety nie, ciągle powtarzał, że małżeństwo wszystko psuje i chyba nigdy nie miał zamiaru się ze mną ożenić. No ale między nami się popsuło zanim doszło do zaręczyn i ślubu. Ja chciałam jeszcze próbować ratować nasz związek, a on niestety wolał zostać sam. I jak to powiedział po rozstaniu: " w końcu odżyłem jak się rozstaliśmy". Miło było się dowiedzieć na koniec, że byłam mu od dłuższego czasu „kulą u nogi”. Nie czuje się najlepiej po tym rozstaniu, choć staram się jakoś żyć. Ale się zastanawiam, czy jeszcze spotka mnie miłość, taka prawdziwa, już do końca i przypieczętowana świętym związkiem małżeńskim. Chcę wierzyć, ale czasami dopadają mnie duże wątpliwości. Marzę o mężu, o dzieciach o rodzinie. Jest to dla mnie najważniejsza wartość w życiu. Gdybym była możliwość, że mogę wypowiedzieć w swoim życiu tylko jedno życzenie, które się spełni to jest właśnie to – szczęśliwa rodzina, mąż, dzieci! A co jeśli Bóg ma dla mnie inny plan i nigdy mnie nie obdarzy szczęściem rodzinnym? Do końca życia będę już płakać w poduszkę? Niby nie jestem stara, ale jakoś najmłodziej też się nie czuję (25 lat). Wszystkie koleżanki wychodzą, bądź wyszły za mąż, zakładają rodziny, koledzy się żenią. A ja zostałam sama i jakoś brak wielbicieli na horyzoncie. I wiem, że to nie ładnie, ale zazdroszczę im wszystkim. Płakać mi się chce, jak kolega pokazuje pierścionek zaręczynowy jaki kupił swojej dziewczynie, a koleżanki prezentują swoje suknie ślubne. Cieszę się ich szczęściem, a z drugiej strony serce mi się kraje, że mnie to nie spotyka i jestem sama. Przepraszam za tak długi post, ale musiałam się wyżalić. Na co dzień udaję twardą i staram się nie zadręczać innych swoimi smutkami!
 
[1] [2] (3) [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10]


Autor

Treść




[ Powrót ]
 
Daj plusika:
[ Strona główna ]
 Partnerzy medialni:

O stronie... | Ogłoszenia | Konkurs | Wspomóż nas | Polityka Prywatności | Reklama | Kontakt

© 2001-2017 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej