Rozważania Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Cuda Opowiadania Perełki
Samotność - dramat czy powołanie?

     Ostatnio coraz częściej słyszy się o "powołaniu do samotności". Nawet młodzi ludzie, nieraz dopiero po studiach postanawiają nie zakładać rodziny. Robią to całkiem dobrowolnie albo - nie mogąc znaleźć kandydata na małżonka dochodzą do wniosku, że samotność jest ich drogą. Utwierdzają ich w tym media lansując bardzo popularny ostatnio model "singla".

     A jak to wygląda naprawdę? Czy faktycznie jest takie powołanie? Czy Bóg dla tak wielu osób przewidział właśnie taką drogę do zbawienia? A może to tylko ucieczka przed odpowiedzialnością, modne wytłumaczenie dlaczego nie mam rodziny? A może za etykietką "singiel z wyboru" kryje się dramat współczesnego człowieka, któremu coraz ciężej znaleźć bratnią duszę? Może to wcale nie jest wolny wybór ani powołanie?

     Popatrzymy co kieruje człowiekiem w podjęciu decyzji o samotności.

     Co do zasady nie ma takiego powołania, by człowiek był sam. Słyszeliście kiedyś o takim? Bo my nie. Jest kapłaństwo, małżeństwo, zakon. Sam Bóg stwarzając człowieka stwierdził, iż nie jest dobrze by pozostał on samotny. Oczywiście, nie oznacza to, że każdy musi się żenić czy iść do zakonu. Rzeczywiście, są ludzie, którzy nie widzą się w żadnej z tych sytuacji. Całkiem dobrowolnie postanawiają pozostać bezżennymi. I to jest OK - pod jednym warunkiem: że poświęcą się czemuś konkretnemu, jakiejś wielkiej sprawie, idei, której wykonywanie nie dałoby się pogodzić z pełnieniem roli męża czy żony. Tylko my to rozumiemy tak: najpierw następuje zaangażowanie w jakąś działalność, najpierw zaczynamy coś robić dla innych.? Widzimy, że to nas pochłania całkowicie, że staje się to naszym zadaniem życiowym, nie wyobrażamy sobie siebie w innej roli i dochodzimy do wniosku, że ta działalność jest dla nas ważniejsza niż realizacja siebie w rodzinie czy zakonie. I wtedy dobrowolnie z tej rodziny rezygnujemy, bez żalu, z poczuciem, że to jest właśnie najwłaściwsza droga. Oczywiście jest to wymodlone, rozpoznane, skonsultowane z kierownikiem duchowym, spowiednikiem itp. I daje nam to taką radość i poczucie spełnienia, że chcemy to robić całe życie. To jest właściwa kolejność. A nie taka: chłopak czy dziewczyna zastanawia się na powołaniem i dochodzi od wniosku, że jest powołany/a do samotności. I dopiero potem zaczyna się zastanawiać co by tu w życiu robić. No bo skoro nie rodzina czy zakon to coś "na usprawiedliwienie" bycia samemu wypada mieć. Zaczyna trochę działać w Caritasie, trochę w jakiejś wspólnocie, troszkę tego skubnie, trochę tego. W niczym dłużej miejsca nie zagrzewa. I co się dzieje? Nie jest spełniony/a, nie jest do końca szczęśliwy/a. Bo brak jest tej głębi, tego ducha ożywczego, kierującego ich zapałem. Lata lecą, czasem ktoś się koło nich zakręci, ale - według nich - "to nie to", bo oni mają przecież inne powołanie. Każdy dzień wygląda tak samo: praca, dom, jakiś obiad, zakupy dla jednej osoby, weekendy u rodziców. Natarczywe pytanie ze strony rodziny co dalej, na które nie bardzo wiadomo co odpowiedzieć. Przyjaciół coraz mniej, bo każdy zajęty swoimi sprawami. Nic za bardzo nie daje satysfakcji, bo dla kogo ubierać choinkę, dla kogo piec ciasto? W końcu naprawdę zostają sami i zastanawiają się co tu dalej robić, czym się zająć. Pojawia się myśl: a może trzeba było wyjść za mąż? A może trzeba było pójść do zakonu? Przystają do jakiejś grupy przy kościele, coś robią, ale nadal brak tego "ducha". I tak rodzą się stare panny i starzy kawalerowie.

     Nie chcemy broń Boże nikogo urazić! Nie kpimy ze starych panien (ja sama nią byłam, bo wyszłam za mąż jak miałam 30 lat). Chcemy tylko powiedzieć, że jest ZASADNICZA RÓŻNICA między byciem samemu z wyboru (dla idei) a domniemanym powołaniem do samotności (z braku pomysłu na życie). I znów: wiemy, że nie wszyscy założą rodzinę. I nie z ich winy tak będzie. Po prostu - nie znajdą kandydata na męża czy żonę. I my tego absolutnie nie krytykujemy, doskonale rozumiemy ich ból, bo w pewnym momencie życia wydawało nam się, że będzie to też naszym udziałem. Należy takim osobom współczuć bólu niespełnionego powołania i na ile to możliwe starać się im pomóc - tak bardzo konkretnie: przez poznawanie ze swoimi znajomymi, którzy także jeszcze są sami, przez zachęcanie do szukania tej drugiej osoby przez internet czy choćby biuro matrymonialne. Natomiast zmierzamy do tego, że nie ma POWOŁANIA DO SAMOTNOŚCI. Bo nikt nie może żyć dla siebie. A zatem albo wybiera poświęcenie życia czemuś i z tego powodu rodziny nie zakłada, bo nie pogodziłby obowiązków albo nie z własnego wyboru pozostaje sam, choć chciałby mieć rodzinę. I wtedy realizuje się inaczej. Natomiast nie może to być wybór z wygody, lenistwa, nierealnych oczekiwań co do kandydata na małżonka, lęku przez zobowiązaniem się. Wiecie kto to jest tak bardzo ostatnio lansowany singiel? Ktoś komu się wydaje, że "ma powołanie do samotności". Ktoś kto boi się wejść w formalny związek. Ktoś kto zostawia sobie furtki. Ktoś kto podejmuje wybory wygodne a nie słuszne. Trudno nam sobie nawet wyobrazić, by dobrowolnie zrezygnować z miłości: do małżonka lub w służbie bliźnich. Bo "powołanie do samotności" jest rezygnacją z miłości do innych na rzecz miłości tylko do siebie. I przeciwko takiemu powołaniu protestujemy. NIE WOLNO zatem robić założenia, że "może takie jest moje powołanie".

     Zdarza się też, że ktoś owo powołanie do samotności tłumaczy np. koniecznością pozostania z rodzicami. Zawsze w tym przypadku mamy mieszane uczucia. No bo faktycznie: rodzicom zawdzięczamy życie i wychowanie, a zatem sumienie nawet nakazuje nam zająć się nimi na starość. No i oczywiście rodzicom zawsze należy się pomoc. Ale pomoc nie może być rezygnacją z własnego życia. Bo co się stanie jak rodzice umrą?

     Gdy dostajemy listy z pytaniem czy nie powinno się poświęcić rodzicom zawsze przychodzi mi na myśl moja kuzynka, której wydawało się że takie właśnie jest jej zadanie życiowe. Po śmierci rodziców, która nastąpiła wcześniej niż się komukolwiek wydawało zawalił się jej świat. Dosłownie. Skończyło się dla niej wszystko czym żyła. Nagle straciła cały sens życia, bo to co do tej pory robiła, czyli życie z rodzicami przestało istnieć. Została sama. Nagle spostrzegła, że jej rówieśnicy dawno już pozakładali rodziny, rodzeństwo ma dzieci i swoje małżeńskie sprawy i problemy i w zasadzie nawet nie bardzo ma o czym rozmawiać z koleżankami ze szkoły. Wcześniej nie bardzo jej to przeszkadzało, bo zawsze mogła wrócić do domu i porozmawiać z rodzicami. Zbliżała się do czterdziestki ale była ładną, zadbaną kobietą i z pewnością mogła się jeszcze podobać. Jednak zamiast próbować wyjść do innych ona była już tak zgorzkniała, że nie wierzyła w swoje siły, w to, że ktoś chciałby się z nią spotykać i stwierdziła... że jej powołaniem jest samotność, nic już w jej życiu się nie zmieni i widocznie zawsze już będzie nieszczęśliwa. Czy musiało tak być?

     Dlatego moja Droga i mój Drogi: jeśli wydaje Wam się, że musicie pozostać całe życie przy rodzicach pomyślcie co Wy zrobilibyście w takiej sytuacji. Bo ona może stać się też Waszym udziałem. Czy naprawdę pragniecie być całe życie sami? A Wami nawet Wasze dzieci się wtedy nie zajmą bo...nie będziecie ich mieli. Ani zatem dzieci nie powinny czuć "takiego obowiązku" ani też rodzicom nie wolno tego od dzieci wymagać. A jeśli tak się dzieje to znaczy, że po którejś stronie jest duży problem. Waszym obowiązkiem jest zrealizować swoje powołanie. Jeśli czujesz się powołana do małżeństwa to znaczy, że masz wyjść za mąż i mieć rodzinę. Opiekować się rodzicami, ale nie być ich wiecznym dzieckiem. Tego Ci robić nie wolno, bo zmarnujesz życie. A co robić w sytuacji gdy rodzice na to nalegają? Delikatnie tłumaczyć i pokazywać jaka jesteś szczęśliwa z kimś. A jak nie akceptują - robić swoje. I nie bać się, że rodziców zasmucisz, zdenerwujesz. Może tak będzie, ale to nie będzie Twoja wina. Powtórzymy jeszcze raz: należy rodzicom pomagać, należy ich odwiedzać i za nimi tęsknić, należy nawet na starość wziąć ich do swojego domu. Ale nie wolno koniecznością pomocy rodzicom tłumaczyć sobie "powołania do samotności". Bo ani rodzicom nie dogodzicie ani Wy nie będziecie szczęśliwi.

     Jeszcze innym argumentem jaki zdarza nam się słyszeć to taki, że "nikt mnie nie pokocha" lub "nie nadaję się do związku". Jeśli tak twierdzisz to zapytamy przewrotnie: skąd wiesz? Skąd wiesz, że jak do tej pory nikt Cię nie pokochał to już nigdy się to nie zdarzy? Nie wiesz co Cię spotka za tydzień, pół roku, rok. Nie wiesz i nie możesz wiedzieć więc się nie zarzekaj. Dlaczego ktoś miałby Cię pokochać? A dlaczego nie? Zrób listę za i przeciw, tylko bądź obiektywny. Wpisz na nią konkretne argumenty dlaczego nie i dlaczego tak. I co? Taki najgorszy nie jesteś, prawda? Jasne, nie jesteś najpiękniejsza i nie jesteś najmądrzejszy, ale jest takie ludowe przysłowie: "Każda potwora znajdzie swego amatora". Nawet Shrek znalazł żonę. A Ty przecież trochę od Shreka jesteś przystojniejszy, prawda? No właśnie. A zatem nie wiesz czy ktoś nie szuka właśnie kogoś takiego jak Ty. Ja też myślałam, że takiej jak ja nie szuka i mój mąż też tak myślał. A teraz jesteśmy małżeństwem.

     Jeśli nie byłeś w związku, to nie wiesz czy się nadajesz czy nie. Bardzo rzadko się zdarza, że ktoś nie dojrzał do bycia w związku, ale to raczej kwestia osobowości jako takiej a nie "nieumiejętności". Nie możesz powiedzieć, że nie lubisz szpinaku jeśli nigdy go nie jadłeś. Jeśli zatem nie kochałeś to jak możesz twierdzić, że się do tego nie nadajesz?

     I wiecie co kochani? Ile razy dostajemy takie listy z twierdzeniem, że ktoś chce żyć bez miłości, że ktoś się nie nadaje itp. to jednego możemy być pewni: że to pisze ktoś kto myśli dokładnie na odwrót. Ktoś, kto bardzo chce kochać i być kochanym. Jak ktoś pisze, że chce nauczyć się żyć bez miłości to mamy 100 % gwarancji, że miłości właśnie najbardziej w życiu pragnie. A wiecie skąd to wiemy? Z autopsji. Kiedy człowiek czegoś w życiu bardzo pragnie a tego nie otrzymuje, kiedy bardzo się stara i robi wszystko by to osiągnąć a mimo wszystko to "coś" od niego nie zależy to przychodzi taki moment, że ma już dosyć. Taka chwila, kiedy nie ma już siły wołać, błagać, szukać. Kiedy jest już tak psychicznie zmęczony, że chce już tylko przestać pragnąć. Myślę, że być może w takim stanie był Jezus w Ogrójcu kiedy wołał: "Ojcze, oddal ode mnie ten kielich.". Nic nie pomagało na oporność ludu: ani nauczanie ani cuda, nic. Wiedział, że ostatecznym środkiem jest Jego Męka i Śmierć. I już nie mogąc udźwignąć tego ciężaru modlił się o ulgę. I dlatego takie listy są wołaniem o miłość. Bo wydaje nam się, że stosując technikę: "kwaśne winogrona", czyli wmawiając sobie, że to co jest obiektywnie dobre to dla mnie będzie niedobre odczuwamy ulgę. Nie jest tak, prawda? Albo jest na chwilę a w najmniej spodziewanym momencie zmora wychodzi i dusi za gardło. Dlatego nie wypierajmy się miłości. Nie wypierajmy się jej pragnienia. Bo to tak jakbyśmy chcieli zrezygnować z jakiegoś wymiaru swojego człowieczeństwa. Nie da się. I nie potrzeba.

     Doszliśmy zatem do wniosku, że życie w pojedynkę może być wyborem (ktoś decyduje się poświęcić pracy charytatywnej, nauce itp.) lub stanem, w którym znaleźliśmy się wbrew woli. No właśnie i co wtedy? Jeśli czujemy powołanie do małżeństwa powinniśmy szukać nadal. No, ale są ludzi którzy chcą założyć rodzinę, szukają i nie znajdują, znamy przecież takie osoby z naszego środowiska. Co z nimi? Najpierw należy się zastanowić czy mają one realne wymagania co do drugiej osoby, bo czasem różnie z tym bywa. Jeśli tak to czy nie boją się pokochać, czy nieświadomie nie odrzucają innych poprzez swoje zachowanie np. głębokie poranienia, z którymi sobie nie poradzili czy jakieś cechy, które utrudniają wspólne życie (np. jakąś niezaradność życiowa, niezdecydowanie itp.). Jeśli nie - módlmy się i szukajmy dalej. My zawsze zachęcamy, by nie pozostawać biernymi. Powiedzenie: "Siedź w kącie, znajdą Cię" może było dobre w początkach naszego wieku gdzie się wszyscy na wsi znali i chłopak wiedział w którym domu jakiej dziewczyny się spodziewać ale nie bardzo ma zastosowanie w dzisiejszym zwariowanym świecie. Dlatego my zachęcamy, nie tylko chłopaków ale i dziewczyny, by zawierzając Bogu kwestię małżonka sami także byli aktywni. By "dali Bogu szansę". By nie izolowali się od ludzi, by nie unikali spotkań towarzyskich. Aby nie odmawiali np. pójścia na wesele jako osoba towarzysząca. A może właśnie na tym weselu okaże się, że ten kolega z osiedla to całkiem fajny, dobrze wychowany chłopak? A może na jakichś imieninach okaże się, że brat koleżanki jest całkiem interesującym facetem, który ma swoją pasję? A może ta szara myszka, na którą nie zwracałeś uwagi to wspaniała dziewczyna, która wiele robi dla innych i piecze pyszne ciasta przy okazji?

     Nie wstydźmy się poznawać kogoś przez biuro matrymonialne. Najbardziej "sztandarowym" przykładem małżonków z takiego biura są oczywiście rodzice obecnego papieża ale też wiele bardzo zgodnych, dobrych małżeństw, które nie wiadomo dlaczego wstydzą się przyznać, że w ten sposób się poznali. A przecież tam się jasno określa swoje oczekiwania i preferencje i przychodzą tam poważni ludzie - właśnie w tym celu, więc jaki tu powód do wstydu? Jak to jest, że współczesny świat nie wstydzi się grzechu, wręcz chlubi się z powodu jawnego łamania przykazań a "biuro matrymonialne" budzi zażenowanie. Przyznacie, że to dziwne, prawda? Ostatnio bardzo wiele osób poznaje się też przez internet. Na naszej stronie za pośrednictwem działu "Źródełko" poznało się około 20 małżeństw. Jest też wiele innych, wartościowych, chrześcijańskich portali gdzie szanse trafienia na "swego" człowieka - w sensie wartości i poglądów są ogromne! Oczywiście, internet jest większym ryzykiem niż biuro i dlatego zachęcamy do korzystania ze stron sprawdzonych i takich, o których wiadomo, że mają coś wspólnego z wiarą. Nie bójmy się: nic nie tracimy a możemy zyskać wiele.

     A może jakaś wspólnota? Wcale nie jest tak, że to dobre tylko dla studentów czy licealistów. Są też wspólnoty tworzone przez młodzież pracującą, duszpasterstwa postakademickie. Może warto? My sami poznaliśmy się w maleńkiej wspólnocie, gdzie na 10 osób utworzyły się ...cztery małżeństwa! To niezwykłe a dla nas dowód na to, że dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych a "Duch wieje kędy chce...". A nawet jak małżonka we wspólnocie nie poznamy to wzbogacimy życie duchowe. A może któraś z koleżanek ze wspólnoty ma brata, którego poznamy odwiedzając ją w domu? Nigdy nic nie wiadomo.

     Kochani - i jeszcze jedno. Dawajmy sobie nawzajem szanse. Nie można stwierdzić, że "to nie ten człowiek" po pierwszym spotkaniu (pomijamy przypadki ewidentnego chamstwa, cwaniactwa i sytuacje gdzie ktoś jest wulgarny albo otwarcie manifestuje swoje nienajciekawsze poglądy). Spotkajmy się minimum 2-3 razy. Rozmawiajmy ze sobą. Trzeba się bowiem poznać, by podjąć decyzję i nie jest tak, że od pierwszego razu "się wie". No, ale to już temat na osobny artykuł.

     A jeśli już wyeliminujemy wszystkie powody braku małżonka, wypróbujemy wszystkie sposoby i nie znajdujemy odpowiedzi na swoją samotność to pozostaje tylko się modlić by Bóg to zmienił.

     W jednym z psalmów czytamy: "Bóg spełni pragnienia twego serca". W pierwszym odruchu chciałoby się odczytać te słowa dokładnie tak jak one brzmią. Że Bóg spełni nasze pragnienia założenia rodziny, że da nam poznać tą właściwą osobę. To normalne odczucia, bo to są właśnie pragnienia naszego serca. Jednakże wiemy, że mimo wszystko nie zawsze tak będzie. Jak wtedy odczytywać słowa psalmu? Czy pragnienie serca człowieka może być sprzeczne z pragnieniem Boga np. odnośnie założenia rodziny? A jeżeli tak to chyba jest to jakiś niesamowity dramat, na który Bóg nas skazuje. Czy naprawdę zaspokojenie pragnienia naszego serca w miłości może być nierealne?

     Nie. Nie, bo gdyby tak było Bóg nie byłby Ojcem miłosiernym. Bóg natomiast - jak już wielokrotnie mówiliśmy wcześniej - nie jest złośliwy. On nie bawi się naszymi uczuciami i nie skazuje nas na bezsensowne cierpienie - choć pewnie w chwilach rozpaczy każdemu z nas zdarzało się tak myśleć. Ale tak nie jest, bo gdyby tak było całe dzieło stworzenia byłoby bez sensu. Może być naturalnie tak, że Bóg, chcąc dla nas zawsze dobra inaczej postrzega to dobro niż my w danej chwili. A zatem obietnicę zaspokojenia pragnienia naszego serca należy rozumieć szerzej. Należy ją rozumieć jako zaspokojenie pragnienia serca w ogóle, nie tylko w tej chwili. Bo na każdym etapie życia mamy jakieś pragnienia i wyrywkowe przeczytanie jakiegoś fragmentu Pisma św. daje nam natychmiastową obietnicę ich spełnienia. Natomiast w tym przypadku chodzi o największe pragnienie serca człowieka, czyli pragnienie Boga. Bóg dając nam zbawienie daje nam obietnicę zaspokojenia właśnie tego największego głodu człowieka - znalezienia się w obecności Boga na wieczność, zbawienia i "przygarnięcia" przez Boga. Bo to jedno, jedyne pragnienie ludzkiego serca jest najbardziej ponadczasowe i niezmienne pośród wszystkich etapów życia i okoliczności, bo do tego przecież sprowadza się cel naszego życia. I dlatego należy modlić się, żeby Bóg zaspokoił to konkretne pragnienie naszego serca i przemienił tą tęsknotę za drugim człowiekiem w tęsknotę za Bogiem i działanie dla innych. Ale takie, by nie był to środek zastępczy, wypełniacz czasu, coś na zapomnienie czy metoda klina tylko autentyczne zaspokojenie serca przynoszące ukojenie i szczęście. Dopiero wtedy nie będzie dramatu gdy Bóg to uczyni, gdy będziemy tego zaspokojenia pragnąć i godzić się na to.

     Nie wypierajmy się zatem pragnienia miłości: prośmy o nią Boga a On da nam ukojenie. I wtedy nawet "samotność" nie będzie dramatem.


Kasia i Tomek


Redakcja portalu



   




Wasze komentarze:
 ewa: 12.03.2011, 22:45
 Podpisuję się pod tym artykulikiem (mądrym) obiema rękami. Mam 58 lat i dorosłam dopiero pośmierci mamy. Zostalam z ojcem. Boję się, ze będę za chwilę zgorzkniałą bardzo starą panną, albo, jak kto woli, singielką. Wkrotce przejdę na emeryturę i ....A może Opatrzność postawi jeszcze na mojej drodze człowieka na jesień życia?Samotność to podobno stan naturalny. Każdy człowiek bywa samotny, nawet ten w związku, ale tylko bywa. Wychodzmy do ludzi, może wtedy poczujemy się lepiej?
 Steffen: 04.02.2011, 10:42
 Ciekawy i z pasją napisany temat, szkoda tylko, że nie do końca prawdziwy. Moim zdaniem ogólne i powszechne powołanie każdej osoby do życia w małżeństwie można wywieść tylko z przekazu biblijnego, ale już w życiu jest inaczej. Powołanie do małżeństwa jest kwestią indywidualnej predystynacji. Większość ludzi oczywiście dąży do łączenia się w pary w celu przedłużenia gatunku (jak w całym świecie zwierzęcym), ale jest i szeroki odsetek osób, które wcale nie dążą do zawarcia związku małżeńskiego, nie czujac w sobie akiego powołania aalbo z inncyh względów. Świadomie i rozmyślnie wybieraja samotność i moim zdaniem nie jest to wcale gorszy wybór, nie nalezy go deprecjonować jako coś gorszego. Nie mam tu na myśli oczywiście tych, którzy czuli powołanie do małżeństwa, ale z takich czy innych względów nie znaleźli sobie odpowiedniej osoby, o czym piszą zrestą Kasia i Tomek. Znam wiele osób, które świadomie wybrały samotność, mają swoje pasje, zainteresowania i marzenia i nic ich nie oganicza w pełnej samorealizacji. Nie czują tez z powodu swej samotności żadnego dyskomfortu, po prostu nie widzą i nie czuliby sie dobrze w związku.Nie można ich postawy nazwać egoizmem, bowiem ergoizm to realizowanie własnych potrze kosztem innej osoby lub osob, a luzie, o których piszę, żyja tylko na własny rachunek i nikogo nie krzywdzą.Zycie w samotności ma wiele zalet, o których nie będę pisał z uwagi na ramy komentarza. Przede wszystkim - wolne jest od ryzyka, jakie niesie ze sobą wstąpienie w związek małżeński. Widzximy, że instytucja ta przeżywa kryzys, o czym swiadczy choćby liczba rozwodów czy zainteresowanie unieważnieniami małżeństw. Rozstają się nawet osoby głęboko wierzące, działające w oazach, chodzące na pielgrzymki itp. Samotnośc można też przeżyć pięknie i świadectwa osób samotnych w wielu wypadkach kontrastuja od tego, co pary małżeńskie wypisuja na różnych forach - zdrady, zniechęcenie, znużenie obowiązkami domowy, utrata szacunku, zanik lojalności. Zanim zatem zaczniemy postrzegać schematycznie samotnego w kategoriach dramatu czy nieszczęścia, astanówmy się, czy tak jest naprawdę i czy nasze pozycie małżeńskie jest tak piękne i idealne, jak opisane na tym potrtalu. Jak patrzę na znajome małżeńskie pary-nie daja one budującego przykładu. Po paru latach w związku widzę znudzenie, rutynę, znużenie, przyzwyczajenie, ale nie widzę miłości.
 M.: 08.01.2011, 19:27
 Każdy z nas patrzy na innych..jesteśmy tak zaślepieni..Na okrąglo,obsesyjnie myślimy tylko o tym co inni o nas pomyślą.Dlatego często czytając wypowiedzi piszecie:"moje koleżanki wszystkie już powychodziły za mąż,a ja nie..",wszyscy mają już kogoś a ja nie.."Ciągle na okrągło patrzymy na innych,porównujemy się z nimi i myślimy o tym co inni o nas pomyślą.Dlatego tak boimy się iść do biura matrymonialnego(broń Boże żeby ktoś się o tym dowiedział),wyrażać swoich uczuć innym(czytając wiele widze opowieści o chłopaku lub dziewczynie których kochamy p[o kryjomu,boimy się im powiedzieć lub już jest za pozno zeby im to powiedziec bo wyszli za mąż itp)Ten strach przed innymi,przed odtrąceniem,przed opiniami innych o nas nas paraliżuje.Ten strach czyni nas niewolnikami.Dlatego jestesmy wiecznie nieszczesliwi,zagubieni przez strach.Spójrzmy na dzieci..czy one się przejmują opinią innych?one są szczere,nie ukrywają nic,wyrażają swoje uczucia,cieszą się tym co jest(oczywiście nie mówie o dzieciach rozpieszczonych ale dopiero się kształtujących)Bądźmy szczerzy,wyrażajmy co czujemy,kochajmy i cieszmy się tym co mamy dziękując Bogu i korzystając z tego wszystkiego co On nam daje,a daje nam bardzo wiele tylko tego nie dostrzegamy i często niestety odrzucamy..
 samotna: 19.09.2010, 20:43
 Opowiem wam moja historie. Mam rodzine na wsi, ktora odwiedzam w wakacje od 3 roku zycia. W wieku 14 lat poznałam tam pewnego chłopaka. Zakochałam sie w nim, spedzalismy bardzo duzo czasu razem, odprowadzał mnie zawsze do domu całowalismy sie przytulalismy, duzo rozmawialismy. Az w koncu musialam jechac do domu pod koniec wakacji i wracac do szkoly. Było mi bardzo ciezko o nim zapomniec, pojechałam na wies w ferie znowu spedzilismy je razem lecz nigdy nie mialam odwagi mu powiedziec ze go kocham. Był on bardzo wielbiany przez kobiety mial ich duzo kolo siebie lecz z zadna nie chodził. Odwiedzalam rodzine co roku w wakacje i w tym czasie za kazdym razem co bylam na wsi uczucie do niego sie odradzało. W wieku 17 lat mialam na wsi wesele u swojej kuzynki która wychodziła za mąz za jego brata on nie wiedzial ze ja tez ide na to wesele. Pewnego wieczoru jak rozmawialismy ze soba powiedzialam mu ze bede na weselu u jego brata zaproponowal zebysmy poszli na nie razem jako para, powiedzialam mu ze sie zastanowie, lecz puzniej juz nie wrócilismy do tej rozmowy. Odbyło sie wesele zachowywalismy sie na nim tak jak bysmy sie wogule nie znali niewiem nawet czemu. On poznał tam pewna dziewczyne z ktora caly czas tanczył. Była starsza od niego i brzydka kazdy sie dziwil co on w nij widzi. Po weselu spotkalismy sie wieczorem przypadkiem na wsi, rozmawialismy pocałowalismy sie lecz za dwa dni jechalam do domu. W domu znowu rozpaczalam i zalowalam ze mu nie powiedzialam ze go kocham. Czulam w srodku ze ja sie tez mu podobam lecz dzielila nas odleglosc za duza i dlatego chyba nigdy nie powiedzielismy sobie co do siebie czujemy. Pare razy dzwonil do mnie pytal sie co u mnie słychac czy mam chlopaka itp. Az pewnego razu zadzwonilam do niego, wtedy powiedziel mi ze sie spotyka z ta dziewczyna co poznal ja na weselu, byl to dla mnie okropny cios. Przyjechalam na wies znowu w wakacje kiedy mialam juz 18 lat lecz nie umialam go spotkac od kolezanek dowiedzialam sie ze sie zareczył i za dwa lata bierze slub. Byłam teraz w wakacje na wsi przyjechalam w czwartek a w sobote on sie zenil i tez go nie spotkalam. Widocznie los tak chcial zebysmy juz sie nigdy wiecej nie widzieli. w tym problem ze ja go wciaz kocham i chodz prubuje sobie ulozyc zycie z innym to i tak wiem ze nikogo bardziej nie pokocham. Bardzo bym chciala wiedziec czy on kiedykolwiek w zyciu cos czul do mnie lecz chyba sie o tym nigdy nie dowiem........
 ktos.: 07.08.2010, 23:04
 Wklejam to tylko po to, że wszędzie indziej mój brat to znajdzie ;/ a będzie mi to kiedyś potrzebne. Nie jestem najbrzydszą osobą, mimo tego i tak żadnemu chłopakowi nie wpadam w oko. Chłopaków miały o wiele grubsze i brzydsze ode mnie, a ja jakoś nie mam. A tak bardzo tego pragnę... wiem, wiem... mam dopiero 14 lat, jeszcze ktoś mnie pokocha, ale na nie mogę wytrzymać tak mi jest źle, tak bardzo chciałabym kogoś mieć... żebym to jeszcze mieszkała w dużym mieście..a mieszkam w takim małym miasteczku, i do tego większość chłopaków pochodzi ze wsi, są zaniedbani itp... nawet nie ma co szukać ;/
 Karolina: 07.08.2010, 16:16
 Dziękuję Ci ślicznie za dobre słowo:)modlitwa wiele daje wiem o tym. Pozdrawiam:)
 Karolina: 07.08.2010, 10:08
 Dziękuję Ci bardzo za pomoc:)modlę się codziennie o dobrego męża i o piękna miłość;) pozdrawiam Cię "Ona"
 Ona: 05.08.2010, 18:03
 Witaj! czytając Twoją historię widzę poniekąd siebie. Chodząc do liceum poznałam fantastycznego chłopaka, który z czasem stał się moim przyjacielem. Był to czas cudowny. Niestety, znajomośc ta rozpadła się niespodziewanie, a ból był tym większy, że straciłam moją miłośc. Pokochałam Go. Uczucie nie przyszło tak nagle, ale z czasem. Po wielu godzinach przebywania ze sobą, rozmów o wszystkim i o niczym. Jeszcze w połowie liceum wiedziałam, że straciłam Go bezpowrotnie. Poszłam na studia z ciężkim, złamanym sercem. Było mi bardzo ciężko. Zaczęłam się modlić. Bóg pomógł przetrwać te trudne chwile. Zresztą do dziś nie wiem, jak bym sobie poradziła bez Niego, bo w tym samym czasie, gdy studiowałam w moim domu sytuacja bardzo się pogorszyła. Były dni, kiedy płakałam z powodu bezsilności, a myślami byłam w domu, nie mogąc się skupić na nauce, ale nie o tym chcę pisać :). Módl się, to pomoże z pewnością. Nie zapomnij o modlitwie o dobrego męża do Św. Józefa, ma ogromną wartość. Pozdrawiam :))
 Karolina: 26.07.2010, 10:12
 Mam 18lat i zakochałam się w pewnym chłopaku...poznałam go na zabawie w mojej miejscowości...jest poprostu przecudny ale cóż jak nie jest dla mnie...poznałam go bardzo dobrze i zaprosił mnie na wesele:)ale następnego dnia pojechałam z nim i z moja siostra nad wodę...gdy jechaliśmy w jedna stronę było wszystko ok ale później zaczął mnie olewac traktował mnie poprostu jak powietrze którego nie widać...i stało się okazało się że moja siostra bardziej mu się spodobała choć na początku nie dawał takich znaków i wszystko legło w gruzach...gdy go widzę to wracają wspomnienia z tego wszystkiego co się wydarzyło...myślałam że już będę miała kogoś ta druga połowę że będę mogła jej wszystko powiedzieć wyzalic się jednak to nie on...zakochałam się w nim ale chce o nim zapomnieć tylko nie wiem w jaki sposób...co mam robić??
 Tores: 10.06.2010, 00:33
 Do Carmen Ważne jest to abyśmy sami umieli sie doceniać, tak samotność to wielkie gówno i ciężkie gówno i ciężko się z niego wypaprać, czasem jest tak że nie bieżemy tego co jest nam dane i słusznie bo nie warto, czasem sami jeszcze musimy nad sobą porpacować, młoda jesteś to sie jeszcze nie masz czym martwić, szukaj ludzi takich którzy będą szukać ciebie, a jak nie to zawsze jest mozliwosc napierdolenia się ze znajomymi :P Szukanie to tylko kwestia czasu, zmartwienie to kwestia chwili, kochanie to kwestia wielu lat.
 Carmen/20: 29.05.2010, 19:43
 Samotność nie jest niczym miłym;czuje sie strasznie samotna i niekochana i tracę nadzieję że w końcu spotkam jakiegoś wierzącego chłopaka,który nie wyśmieje mnie i nie zostawi jak się dowie że jestem dziewicą,przeżyłam to parę razy.Jestem jeszce młoda bo mam 20 lat ale nie wiem czy kiedykolwiek się doczekam a tak bardzo pragnę miłości(ale tej prawdziwej).Modlę się codziennie o to aby Bóg w końcu postawił na mojej drodzę wartościowego chłopaka,który będzie chciał być ze mną na dobre i na złe.Czuje się taka bezradna
 Tores: 23.04.2010, 23:51
 To ze ktoś spółrzył czy nie to jest dowolna strona wyboru człowieka - dziewczyny nie zawsze wszystko jest warte naszego postanowienia, w wieku 26 lat byciem dziewica nie jest niczym złym a media i dzisiejsza kultura namawiają do współżycia, wiele gówniarzy w wieku 16 - 18 lat pierdoli się po krzakach nie mając pojęcia z tego co na prawdę robią, nie mówię ze to jest złe ale za wszystko bierzemy odpowiedzialność. Sex nie polega na tym aby kogoż zruchać i mieć tą osobę w dupie ale żeby zrobić to z kimś kogo naprawdę kochamy. Sam mam 23 lata i jak dotad z nikim nie współzłem chociaż ochoty nie brakuje tylko sprawa jest taka ze oddzielam pociąg od prawdziwego uczucia. Pozatym Bóg nikogo nie tworzy samotnych sam jestem sam od kilku ładnych lat ale nie winie tego Boga po prostu nie trafiłem na osobe która w pełni by mi się podobała, wierze ze wszystko przychodzi z czasem a dzięki temu jestem w stanie lepiej zrozumieć ludzi i samego siebie. Osoby które mnie znają szanują mnie za to a ja szanuje ich wybór i nikt na mnie patrzy dziś jak na debila ale na osobę z która warto porozmawiać o własnych przemyśleniach i wnioskach z życia :)
 do "sama": 29.03.2010, 16:08
 No bez przesady.. Ja jestem prawie w Twoim wieku i bardzo dziękuję Panu Bogu, że jestem dziewicą, że mnie strzeże od złych pokus. Absolutnie mnie nie obchodzi, co ludzie mogą o mnie myśleć - niech sobie myślą, co chcą. Chociaż bardzo podobam się mężczyznom, to jednak nigdy nikogo nie miałam, bo po prostu nie chciałam. Jednak od niedawna marzę o idealnym mężczyźnie. I nie wątpię w to, że moje marzenia prędzej czy później się spełnią :) A Tobie i wszystkim tym, którzy nie chcą być samotni, proponuję taką recepturę: wyobraźcie sobie jak najczęściej, że już kogoś macie, że nie jesteście już samotni/samotne. Wizualizujcie sobie to i czujcie, że nie jesteście już sami. (Odrzućcie przy tym wszelkie destruktywne, tj. negatywne myśli i przekonania, bo to one powodują, że nic się nie udaje). Prędzej czy później ta wizualizacja urzeczywistni się, trzeba być jednak cierpliwym i wytrwałym w swoich przekonaniach. Jak mówi Ewangelia: "Wszystko o co poprosicie w modlitwie, stanie się wam, tylko wierzcie, że otrzymacie". Tak więc wszystko zależy od skali naszej wiary i ufności - im więcej zaufamy Bogu, tym więcej otrzymamy :)
 sama: 25.03.2010, 19:43
 Ja mam 26 lat i nigdy żaden facet nie powiedział mi że mnie kocha. Bardzo się wstydzę iść do ginekologa bo mówiąc, iż w wieku 26 lat jestem jeszcze dziewicą budzi dziwne reakcje. Lekarze patrzą na mnie jakbym była z innej planety. Modle sie by w końcu ktoś mnie zechciał.
 Ona: 24.03.2010, 16:24
 Z każdym dniem, godziną moja wiara znalezienia bliskiego mnie i mojemu sercu mężczyzny słabnie. Czuję się bardzo samotna, pragnę bardzo miłości, a ona omija mnie szerokim łukiem. Boję się, że zostanę sama, że Pan Bóg przeznaczył mi bycie samą. Tak bardzo pragnę kochać i być kochaną lecz nie mogę :(((
 Grzes: 24.02.2010, 23:57
 Smutne.. :( ale dziękuje autorom za ten artykuł.
 samotnik z przymusu: 18.02.2010, 18:18
 Ja również całe życie sam, może mi się dziewczyna nie należy?
 ,,,,,,,,,,: 13.02.2010, 22:29
 Dziękuj Bogu że jesteś dziewicą. Dzięki temu Ty mniej cierpisz i w przyszłości druga osoba bedzie mniej cierpiała.
 >_<: 06.02.2010, 20:44
 zalamalem sie :(
 nieszczęsliwa: 20.12.2009, 22:43
 Wiem, że może to głupio zabrzmieć na portalu katolickim, ale wstydzę się dziewictwa. Czasami czuję wstręt do samej siebie, że nikt mnie nie chce............., że nikt mnie nawet kijem nie chce dotknąć.... Chcę mieć rodzinę , dzieci....ale nic z tego nie wychodzi.......
 
[1] [2] [3] (4) [5] [6] [7] [8] [9] [10]


Autor

Treść




[ Powrót ]
 
Daj plusika:
[ Strona główna ]
 Partnerzy medialni:

O stronie... | Ogłoszenia | Konkurs | Wspomóż nas | Polityka Prywatności | Reklama | Kontakt

© 2001-2017 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej