Rozważania Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Cuda Opowiadania Perełki
Samotność - dramat czy powołanie?

     Ostatnio coraz częściej słyszy się o "powołaniu do samotności". Nawet młodzi ludzie, nieraz dopiero po studiach postanawiają nie zakładać rodziny. Robią to całkiem dobrowolnie albo - nie mogąc znaleźć kandydata na małżonka dochodzą do wniosku, że samotność jest ich drogą. Utwierdzają ich w tym media lansując bardzo popularny ostatnio model "singla".

     A jak to wygląda naprawdę? Czy faktycznie jest takie powołanie? Czy Bóg dla tak wielu osób przewidział właśnie taką drogę do zbawienia? A może to tylko ucieczka przed odpowiedzialnością, modne wytłumaczenie dlaczego nie mam rodziny? A może za etykietką "singiel z wyboru" kryje się dramat współczesnego człowieka, któremu coraz ciężej znaleźć bratnią duszę? Może to wcale nie jest wolny wybór ani powołanie?

     Popatrzymy co kieruje człowiekiem w podjęciu decyzji o samotności.

     Co do zasady nie ma takiego powołania, by człowiek był sam. Słyszeliście kiedyś o takim? Bo my nie. Jest kapłaństwo, małżeństwo, zakon. Sam Bóg stwarzając człowieka stwierdził, iż nie jest dobrze by pozostał on samotny. Oczywiście, nie oznacza to, że każdy musi się żenić czy iść do zakonu. Rzeczywiście, są ludzie, którzy nie widzą się w żadnej z tych sytuacji. Całkiem dobrowolnie postanawiają pozostać bezżennymi. I to jest OK - pod jednym warunkiem: że poświęcą się czemuś konkretnemu, jakiejś wielkiej sprawie, idei, której wykonywanie nie dałoby się pogodzić z pełnieniem roli męża czy żony. Tylko my to rozumiemy tak: najpierw następuje zaangażowanie w jakąś działalność, najpierw zaczynamy coś robić dla innych.? Widzimy, że to nas pochłania całkowicie, że staje się to naszym zadaniem życiowym, nie wyobrażamy sobie siebie w innej roli i dochodzimy do wniosku, że ta działalność jest dla nas ważniejsza niż realizacja siebie w rodzinie czy zakonie. I wtedy dobrowolnie z tej rodziny rezygnujemy, bez żalu, z poczuciem, że to jest właśnie najwłaściwsza droga. Oczywiście jest to wymodlone, rozpoznane, skonsultowane z kierownikiem duchowym, spowiednikiem itp. I daje nam to taką radość i poczucie spełnienia, że chcemy to robić całe życie. To jest właściwa kolejność. A nie taka: chłopak czy dziewczyna zastanawia się na powołaniem i dochodzi od wniosku, że jest powołany/a do samotności. I dopiero potem zaczyna się zastanawiać co by tu w życiu robić. No bo skoro nie rodzina czy zakon to coś "na usprawiedliwienie" bycia samemu wypada mieć. Zaczyna trochę działać w Caritasie, trochę w jakiejś wspólnocie, troszkę tego skubnie, trochę tego. W niczym dłużej miejsca nie zagrzewa. I co się dzieje? Nie jest spełniony/a, nie jest do końca szczęśliwy/a. Bo brak jest tej głębi, tego ducha ożywczego, kierującego ich zapałem. Lata lecą, czasem ktoś się koło nich zakręci, ale - według nich - "to nie to", bo oni mają przecież inne powołanie. Każdy dzień wygląda tak samo: praca, dom, jakiś obiad, zakupy dla jednej osoby, weekendy u rodziców. Natarczywe pytanie ze strony rodziny co dalej, na które nie bardzo wiadomo co odpowiedzieć. Przyjaciół coraz mniej, bo każdy zajęty swoimi sprawami. Nic za bardzo nie daje satysfakcji, bo dla kogo ubierać choinkę, dla kogo piec ciasto? W końcu naprawdę zostają sami i zastanawiają się co tu dalej robić, czym się zająć. Pojawia się myśl: a może trzeba było wyjść za mąż? A może trzeba było pójść do zakonu? Przystają do jakiejś grupy przy kościele, coś robią, ale nadal brak tego "ducha". I tak rodzą się stare panny i starzy kawalerowie.

     Nie chcemy broń Boże nikogo urazić! Nie kpimy ze starych panien (ja sama nią byłam, bo wyszłam za mąż jak miałam 30 lat). Chcemy tylko powiedzieć, że jest ZASADNICZA RÓŻNICA między byciem samemu z wyboru (dla idei) a domniemanym powołaniem do samotności (z braku pomysłu na życie). I znów: wiemy, że nie wszyscy założą rodzinę. I nie z ich winy tak będzie. Po prostu - nie znajdą kandydata na męża czy żonę. I my tego absolutnie nie krytykujemy, doskonale rozumiemy ich ból, bo w pewnym momencie życia wydawało nam się, że będzie to też naszym udziałem. Należy takim osobom współczuć bólu niespełnionego powołania i na ile to możliwe starać się im pomóc - tak bardzo konkretnie: przez poznawanie ze swoimi znajomymi, którzy także jeszcze są sami, przez zachęcanie do szukania tej drugiej osoby przez internet czy choćby biuro matrymonialne. Natomiast zmierzamy do tego, że nie ma POWOŁANIA DO SAMOTNOŚCI. Bo nikt nie może żyć dla siebie. A zatem albo wybiera poświęcenie życia czemuś i z tego powodu rodziny nie zakłada, bo nie pogodziłby obowiązków albo nie z własnego wyboru pozostaje sam, choć chciałby mieć rodzinę. I wtedy realizuje się inaczej. Natomiast nie może to być wybór z wygody, lenistwa, nierealnych oczekiwań co do kandydata na małżonka, lęku przez zobowiązaniem się. Wiecie kto to jest tak bardzo ostatnio lansowany singiel? Ktoś komu się wydaje, że "ma powołanie do samotności". Ktoś kto boi się wejść w formalny związek. Ktoś kto zostawia sobie furtki. Ktoś kto podejmuje wybory wygodne a nie słuszne. Trudno nam sobie nawet wyobrazić, by dobrowolnie zrezygnować z miłości: do małżonka lub w służbie bliźnich. Bo "powołanie do samotności" jest rezygnacją z miłości do innych na rzecz miłości tylko do siebie. I przeciwko takiemu powołaniu protestujemy. NIE WOLNO zatem robić założenia, że "może takie jest moje powołanie".

     Zdarza się też, że ktoś owo powołanie do samotności tłumaczy np. koniecznością pozostania z rodzicami. Zawsze w tym przypadku mamy mieszane uczucia. No bo faktycznie: rodzicom zawdzięczamy życie i wychowanie, a zatem sumienie nawet nakazuje nam zająć się nimi na starość. No i oczywiście rodzicom zawsze należy się pomoc. Ale pomoc nie może być rezygnacją z własnego życia. Bo co się stanie jak rodzice umrą?

     Gdy dostajemy listy z pytaniem czy nie powinno się poświęcić rodzicom zawsze przychodzi mi na myśl moja kuzynka, której wydawało się że takie właśnie jest jej zadanie życiowe. Po śmierci rodziców, która nastąpiła wcześniej niż się komukolwiek wydawało zawalił się jej świat. Dosłownie. Skończyło się dla niej wszystko czym żyła. Nagle straciła cały sens życia, bo to co do tej pory robiła, czyli życie z rodzicami przestało istnieć. Została sama. Nagle spostrzegła, że jej rówieśnicy dawno już pozakładali rodziny, rodzeństwo ma dzieci i swoje małżeńskie sprawy i problemy i w zasadzie nawet nie bardzo ma o czym rozmawiać z koleżankami ze szkoły. Wcześniej nie bardzo jej to przeszkadzało, bo zawsze mogła wrócić do domu i porozmawiać z rodzicami. Zbliżała się do czterdziestki ale była ładną, zadbaną kobietą i z pewnością mogła się jeszcze podobać. Jednak zamiast próbować wyjść do innych ona była już tak zgorzkniała, że nie wierzyła w swoje siły, w to, że ktoś chciałby się z nią spotykać i stwierdziła... że jej powołaniem jest samotność, nic już w jej życiu się nie zmieni i widocznie zawsze już będzie nieszczęśliwa. Czy musiało tak być?

     Dlatego moja Droga i mój Drogi: jeśli wydaje Wam się, że musicie pozostać całe życie przy rodzicach pomyślcie co Wy zrobilibyście w takiej sytuacji. Bo ona może stać się też Waszym udziałem. Czy naprawdę pragniecie być całe życie sami? A Wami nawet Wasze dzieci się wtedy nie zajmą bo...nie będziecie ich mieli. Ani zatem dzieci nie powinny czuć "takiego obowiązku" ani też rodzicom nie wolno tego od dzieci wymagać. A jeśli tak się dzieje to znaczy, że po którejś stronie jest duży problem. Waszym obowiązkiem jest zrealizować swoje powołanie. Jeśli czujesz się powołana do małżeństwa to znaczy, że masz wyjść za mąż i mieć rodzinę. Opiekować się rodzicami, ale nie być ich wiecznym dzieckiem. Tego Ci robić nie wolno, bo zmarnujesz życie. A co robić w sytuacji gdy rodzice na to nalegają? Delikatnie tłumaczyć i pokazywać jaka jesteś szczęśliwa z kimś. A jak nie akceptują - robić swoje. I nie bać się, że rodziców zasmucisz, zdenerwujesz. Może tak będzie, ale to nie będzie Twoja wina. Powtórzymy jeszcze raz: należy rodzicom pomagać, należy ich odwiedzać i za nimi tęsknić, należy nawet na starość wziąć ich do swojego domu. Ale nie wolno koniecznością pomocy rodzicom tłumaczyć sobie "powołania do samotności". Bo ani rodzicom nie dogodzicie ani Wy nie będziecie szczęśliwi.

     Jeszcze innym argumentem jaki zdarza nam się słyszeć to taki, że "nikt mnie nie pokocha" lub "nie nadaję się do związku". Jeśli tak twierdzisz to zapytamy przewrotnie: skąd wiesz? Skąd wiesz, że jak do tej pory nikt Cię nie pokochał to już nigdy się to nie zdarzy? Nie wiesz co Cię spotka za tydzień, pół roku, rok. Nie wiesz i nie możesz wiedzieć więc się nie zarzekaj. Dlaczego ktoś miałby Cię pokochać? A dlaczego nie? Zrób listę za i przeciw, tylko bądź obiektywny. Wpisz na nią konkretne argumenty dlaczego nie i dlaczego tak. I co? Taki najgorszy nie jesteś, prawda? Jasne, nie jesteś najpiękniejsza i nie jesteś najmądrzejszy, ale jest takie ludowe przysłowie: "Każda potwora znajdzie swego amatora". Nawet Shrek znalazł żonę. A Ty przecież trochę od Shreka jesteś przystojniejszy, prawda? No właśnie. A zatem nie wiesz czy ktoś nie szuka właśnie kogoś takiego jak Ty. Ja też myślałam, że takiej jak ja nie szuka i mój mąż też tak myślał. A teraz jesteśmy małżeństwem.

     Jeśli nie byłeś w związku, to nie wiesz czy się nadajesz czy nie. Bardzo rzadko się zdarza, że ktoś nie dojrzał do bycia w związku, ale to raczej kwestia osobowości jako takiej a nie "nieumiejętności". Nie możesz powiedzieć, że nie lubisz szpinaku jeśli nigdy go nie jadłeś. Jeśli zatem nie kochałeś to jak możesz twierdzić, że się do tego nie nadajesz?

     I wiecie co kochani? Ile razy dostajemy takie listy z twierdzeniem, że ktoś chce żyć bez miłości, że ktoś się nie nadaje itp. to jednego możemy być pewni: że to pisze ktoś kto myśli dokładnie na odwrót. Ktoś, kto bardzo chce kochać i być kochanym. Jak ktoś pisze, że chce nauczyć się żyć bez miłości to mamy 100 % gwarancji, że miłości właśnie najbardziej w życiu pragnie. A wiecie skąd to wiemy? Z autopsji. Kiedy człowiek czegoś w życiu bardzo pragnie a tego nie otrzymuje, kiedy bardzo się stara i robi wszystko by to osiągnąć a mimo wszystko to "coś" od niego nie zależy to przychodzi taki moment, że ma już dosyć. Taka chwila, kiedy nie ma już siły wołać, błagać, szukać. Kiedy jest już tak psychicznie zmęczony, że chce już tylko przestać pragnąć. Myślę, że być może w takim stanie był Jezus w Ogrójcu kiedy wołał: "Ojcze, oddal ode mnie ten kielich.". Nic nie pomagało na oporność ludu: ani nauczanie ani cuda, nic. Wiedział, że ostatecznym środkiem jest Jego Męka i Śmierć. I już nie mogąc udźwignąć tego ciężaru modlił się o ulgę. I dlatego takie listy są wołaniem o miłość. Bo wydaje nam się, że stosując technikę: "kwaśne winogrona", czyli wmawiając sobie, że to co jest obiektywnie dobre to dla mnie będzie niedobre odczuwamy ulgę. Nie jest tak, prawda? Albo jest na chwilę a w najmniej spodziewanym momencie zmora wychodzi i dusi za gardło. Dlatego nie wypierajmy się miłości. Nie wypierajmy się jej pragnienia. Bo to tak jakbyśmy chcieli zrezygnować z jakiegoś wymiaru swojego człowieczeństwa. Nie da się. I nie potrzeba.

     Doszliśmy zatem do wniosku, że życie w pojedynkę może być wyborem (ktoś decyduje się poświęcić pracy charytatywnej, nauce itp.) lub stanem, w którym znaleźliśmy się wbrew woli. No właśnie i co wtedy? Jeśli czujemy powołanie do małżeństwa powinniśmy szukać nadal. No, ale są ludzi którzy chcą założyć rodzinę, szukają i nie znajdują, znamy przecież takie osoby z naszego środowiska. Co z nimi? Najpierw należy się zastanowić czy mają one realne wymagania co do drugiej osoby, bo czasem różnie z tym bywa. Jeśli tak to czy nie boją się pokochać, czy nieświadomie nie odrzucają innych poprzez swoje zachowanie np. głębokie poranienia, z którymi sobie nie poradzili czy jakieś cechy, które utrudniają wspólne życie (np. jakąś niezaradność życiowa, niezdecydowanie itp.). Jeśli nie - módlmy się i szukajmy dalej. My zawsze zachęcamy, by nie pozostawać biernymi. Powiedzenie: "Siedź w kącie, znajdą Cię" może było dobre w początkach naszego wieku gdzie się wszyscy na wsi znali i chłopak wiedział w którym domu jakiej dziewczyny się spodziewać ale nie bardzo ma zastosowanie w dzisiejszym zwariowanym świecie. Dlatego my zachęcamy, nie tylko chłopaków ale i dziewczyny, by zawierzając Bogu kwestię małżonka sami także byli aktywni. By "dali Bogu szansę". By nie izolowali się od ludzi, by nie unikali spotkań towarzyskich. Aby nie odmawiali np. pójścia na wesele jako osoba towarzysząca. A może właśnie na tym weselu okaże się, że ten kolega z osiedla to całkiem fajny, dobrze wychowany chłopak? A może na jakichś imieninach okaże się, że brat koleżanki jest całkiem interesującym facetem, który ma swoją pasję? A może ta szara myszka, na którą nie zwracałeś uwagi to wspaniała dziewczyna, która wiele robi dla innych i piecze pyszne ciasta przy okazji?

     Nie wstydźmy się poznawać kogoś przez biuro matrymonialne. Najbardziej "sztandarowym" przykładem małżonków z takiego biura są oczywiście rodzice obecnego papieża ale też wiele bardzo zgodnych, dobrych małżeństw, które nie wiadomo dlaczego wstydzą się przyznać, że w ten sposób się poznali. A przecież tam się jasno określa swoje oczekiwania i preferencje i przychodzą tam poważni ludzie - właśnie w tym celu, więc jaki tu powód do wstydu? Jak to jest, że współczesny świat nie wstydzi się grzechu, wręcz chlubi się z powodu jawnego łamania przykazań a "biuro matrymonialne" budzi zażenowanie. Przyznacie, że to dziwne, prawda? Ostatnio bardzo wiele osób poznaje się też przez internet. Na naszej stronie za pośrednictwem działu "Źródełko" poznało się około 20 małżeństw. Jest też wiele innych, wartościowych, chrześcijańskich portali gdzie szanse trafienia na "swego" człowieka - w sensie wartości i poglądów są ogromne! Oczywiście, internet jest większym ryzykiem niż biuro i dlatego zachęcamy do korzystania ze stron sprawdzonych i takich, o których wiadomo, że mają coś wspólnego z wiarą. Nie bójmy się: nic nie tracimy a możemy zyskać wiele.

     A może jakaś wspólnota? Wcale nie jest tak, że to dobre tylko dla studentów czy licealistów. Są też wspólnoty tworzone przez młodzież pracującą, duszpasterstwa postakademickie. Może warto? My sami poznaliśmy się w maleńkiej wspólnocie, gdzie na 10 osób utworzyły się ...cztery małżeństwa! To niezwykłe a dla nas dowód na to, że dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych a "Duch wieje kędy chce...". A nawet jak małżonka we wspólnocie nie poznamy to wzbogacimy życie duchowe. A może któraś z koleżanek ze wspólnoty ma brata, którego poznamy odwiedzając ją w domu? Nigdy nic nie wiadomo.

     Kochani - i jeszcze jedno. Dawajmy sobie nawzajem szanse. Nie można stwierdzić, że "to nie ten człowiek" po pierwszym spotkaniu (pomijamy przypadki ewidentnego chamstwa, cwaniactwa i sytuacje gdzie ktoś jest wulgarny albo otwarcie manifestuje swoje nienajciekawsze poglądy). Spotkajmy się minimum 2-3 razy. Rozmawiajmy ze sobą. Trzeba się bowiem poznać, by podjąć decyzję i nie jest tak, że od pierwszego razu "się wie". No, ale to już temat na osobny artykuł.

     A jeśli już wyeliminujemy wszystkie powody braku małżonka, wypróbujemy wszystkie sposoby i nie znajdujemy odpowiedzi na swoją samotność to pozostaje tylko się modlić by Bóg to zmienił.

     W jednym z psalmów czytamy: "Bóg spełni pragnienia twego serca". W pierwszym odruchu chciałoby się odczytać te słowa dokładnie tak jak one brzmią. Że Bóg spełni nasze pragnienia założenia rodziny, że da nam poznać tą właściwą osobę. To normalne odczucia, bo to są właśnie pragnienia naszego serca. Jednakże wiemy, że mimo wszystko nie zawsze tak będzie. Jak wtedy odczytywać słowa psalmu? Czy pragnienie serca człowieka może być sprzeczne z pragnieniem Boga np. odnośnie założenia rodziny? A jeżeli tak to chyba jest to jakiś niesamowity dramat, na który Bóg nas skazuje. Czy naprawdę zaspokojenie pragnienia naszego serca w miłości może być nierealne?

     Nie. Nie, bo gdyby tak było Bóg nie byłby Ojcem miłosiernym. Bóg natomiast - jak już wielokrotnie mówiliśmy wcześniej - nie jest złośliwy. On nie bawi się naszymi uczuciami i nie skazuje nas na bezsensowne cierpienie - choć pewnie w chwilach rozpaczy każdemu z nas zdarzało się tak myśleć. Ale tak nie jest, bo gdyby tak było całe dzieło stworzenia byłoby bez sensu. Może być naturalnie tak, że Bóg, chcąc dla nas zawsze dobra inaczej postrzega to dobro niż my w danej chwili. A zatem obietnicę zaspokojenia pragnienia naszego serca należy rozumieć szerzej. Należy ją rozumieć jako zaspokojenie pragnienia serca w ogóle, nie tylko w tej chwili. Bo na każdym etapie życia mamy jakieś pragnienia i wyrywkowe przeczytanie jakiegoś fragmentu Pisma św. daje nam natychmiastową obietnicę ich spełnienia. Natomiast w tym przypadku chodzi o największe pragnienie serca człowieka, czyli pragnienie Boga. Bóg dając nam zbawienie daje nam obietnicę zaspokojenia właśnie tego największego głodu człowieka - znalezienia się w obecności Boga na wieczność, zbawienia i "przygarnięcia" przez Boga. Bo to jedno, jedyne pragnienie ludzkiego serca jest najbardziej ponadczasowe i niezmienne pośród wszystkich etapów życia i okoliczności, bo do tego przecież sprowadza się cel naszego życia. I dlatego należy modlić się, żeby Bóg zaspokoił to konkretne pragnienie naszego serca i przemienił tą tęsknotę za drugim człowiekiem w tęsknotę za Bogiem i działanie dla innych. Ale takie, by nie był to środek zastępczy, wypełniacz czasu, coś na zapomnienie czy metoda klina tylko autentyczne zaspokojenie serca przynoszące ukojenie i szczęście. Dopiero wtedy nie będzie dramatu gdy Bóg to uczyni, gdy będziemy tego zaspokojenia pragnąć i godzić się na to.

     Nie wypierajmy się zatem pragnienia miłości: prośmy o nią Boga a On da nam ukojenie. I wtedy nawet "samotność" nie będzie dramatem.


Kasia i Tomek


Redakcja portalu



   




Wasze komentarze:
 Kasia: 18.12.2009, 19:16
 Ja zakochałam się w koledze z klasy bardzo, że nie mogłam nawet spać i jeść, a on nawet o tym nie wiedział, nasze drogi rozeszły się, jak skończyliśmy szkołe,ja nie chciałam żeby tak się stało.Podobał mi się nie tylko fizycznie, ale i jego poglądy, sposób bycia, wydawał się mi inteligentny.Pierwszy raz zależało mi na kimś i cieszyłam się, że mogłam coś dla niego zrobić, nie wiem czy on czuł to samo.problem w tym, że minęło już sporo czasu, a ja nadal go kocham i nadal mi się on podoba, choć nie wie o tym.Spotykam go czasami na mieście lub w innych miejscach.Miałam nadzieję, że los i Pan Bóg nas połączy, ponieważ wywarł na mnie wrażenie od pierwszej chwili jak go zobaczyłam i nadal to wrażenie trwa.Parę dni temu dowiedziałam się z pewnego znanego i modnego obecnie portalu społecznościowego, że on ma kogoś i to znacznie młodszego od siebie i kocha te osobę co zresztą wyznał jej na portalu, że "kocha ją i że wkrótce będą razem na zawsze tzn. pobiorą się.Przeżyłam wielki szok jak to przeczytałam i nie mogę się z tego otrząsnąć, strasznie mnie to zabolało i boli jak nie wiem, problem w tym, że kocham go i nie mogę zapomnieć.Myślałam, że to on jest tym jedynym, dobrze się czułam w jego towarzystwie i lubiłam bardzo z nim rozmawiać czułam się piękna i lepsza, szczęśliwa, a teraz jest mi bardzo żle, nie wiem czy się zdołam z tym pogodzić, nawet nie chce.Chciałabym bardzo, żeby Pan Bóg mnie z tego wyleczył, bo przecież po coś w jakim celu postawił jego na mojej drodze, a teraz pozwala mi cierpieć dlaczego?Po co postawił mi go na drodze?Po to żebym teraz cierpiała nieszczęśliwą miłość, żeby się podłamała, a może o to żebym o nim zapomniała w końcu.To jest bez sensu.Skoro nie jest nam pisane być razem to niech postawi na mej drodze człowieka, który będzie lepszy od niego, którego pokocham mocniej i który spowoduje, że o tamtym zapomne.Bardzo boję się samotności, uważam, że to coś okropnego, ja chcę kochać kogoś i być kochaną, pragnę dawać komuś miłość najbardziej na świecie, chcę mieć kogoś bliskiego, bo nie jestem i nie byłam egoistką.
 smutaska: 16.12.2009, 19:43
 do Nimva: jestem w podobnej sytuacji...zakochana ,,chyba'' bo moze to juz chore uczucie od 4 lat w moim byłym..dwa lata byłam z nim i sama zakończyłam związek twierdząc ze jeszcze mam czas...on teraz jest szczęsliwy a ja dalej sama a kazdy moj związek konczy sie bo nie potrafie zapomniec..to tak bardzo boli...
 nimva: 27.11.2009, 22:27
 samotność strasznie boli... za każdym razem nie właściwie lokuje swoje uczucia... zakochałam się w pewnym chłopaku już bardzo dawno temu (5 lat), często się widywaliśmy i widujemy, po każdym spotkaniu łudzę się, że może kiedyś z tego coś będzie, niestety dla niego jestem tylko zwykła koleżanką... w przyszłym roku moje wszystkie najbliższe przyjaciólki wyjdą za mąż, a ja póki co nie mam nawet partnera z którym mogłąbym pójść na ich wesela...
 xyz: 25.11.2009, 20:22
 Samotność jest dramatem.......Docinki najbliższych, ironie, szyderstwa, że jest się STARĄ PANNĄ, to coś okropnego.!!!!!!!! Najgorsza świadomość to bycie niepotrzebnym nikomu, wyśmiewanie dziewictwa, czystości.... Panie Jezu daj mi siłę!
 ja: 05.11.2009, 23:26
 ;////
 Nika : 06.10.2009, 08:35
 NIECH BÓG WAS BŁOGOSŁAWI I MA W SWOJEJ OPIECE.
 dorota: 27.09.2009, 17:48
 jest takie przyslowie syty głodnego nie zrozumie
 Joanna: 25.09.2009, 01:20
  Mam 34 lata i poczucie straconych lat i zal w sercu i lek przed czasem ,przemijaniem i przed tym ze nic mnie juz nie czeka , nie mam pieniedzy ,rodziny, nigdy nie bylam tak naprawde szczesliwa .....Ale i tak dziekuje Bogu za to co dostalam ,dziekuje za zdrowie swoje i rodzicow .. nie mam pretensji do Boga .. bo i tak duzo dostalam...
 gosia: 11.09.2009, 23:36
 ja tez sama... mam 28 lat i tak mi ciezko, wiem uzalam sie nad soba ale jak tu sie nie uzalac gdy nikt mnie nie chce... smutne ale prawdziwe. dobrze ze mozna na forum napisac wszytsko i nik nie bedzie sie ze mnie smial... pozdrawiam wszytskie samotne serca.
 Księżniczka: 27.08.2009, 18:12
 Dramat. Człowiek jest stworzony do życia w związku, samotność to najgorsze co może go spotkać. Jak dobrze mieć osobę która kocha, wspiera, zawsze pocieszy, przytuli i pomaga radzić sobie z przeciwnościami losu :)
 Kokardka: 03.06.2009, 23:15
 Dramat. Samotność jest najgorsza, jednak niektóre osoby same się na nią skazują goniąc za pieniędzmi a w wieku 30 lat przypominają sobie że praca i wykształcenie to nie wszystko, ale wtedy może być już za późno... Bądz czekają na idealnego księcia z bajki który się nie zjawia? No ale niema ideałów... Może opowiem moją historię. Pewnego dnia poznałam chłopaka, od pocztku wiedziałam, że połączy nas coś niezwykłego. Długo rozmawialiśmy na komunikatorze gg czy przez telefon, cierpiałam wiedziałam ze przyjaźń to też dużo ale w głębi serca pragnęłam czegoś więcej. Czułam, że to ten mężczyzna z którym chcę spędzić resztę życia i że nie potrafiłabym pokochać kogoś innego. Aż po 3 latach (myślałam że to tylko przyjaźń, że on nic pozatym do mnie nie czuje) powiedział że od samego początku mnie kocha, i że potrzebował czasu aby poznać mnie w pełni oraz że miał obawy że ja nie odwzajemniam jego uczyć... Niedługo mija rok od kiedy jesteśmy razem. Od tamtej pory moje życie zmieniło się na lepsze, planujemy wspólną przyszłość. Dlaczego to mówie? A dlatego że trzeba mieć nadzieje, bo ona jest najważniejsza i potrafi zmienić los w najbardziej niespodziewanych momentach...
 sylwia: 20.05.2009, 18:18
 Życie to nie raj, człowiek cierpi nie tylko dlatego, że jest samotny, czasem będąc z kimś w związku można również czuć się osamotnionym.
 monika: 15.05.2009, 21:27
 byłam w zwiazku prawie pięć lat. teraz zostałam sama;) ból i samotnośc jest ze mna kazdego dnia, myslałam że znam go jak nikogo a tu nagle cios za ciosem... ta lekce zapamietam do końca życia. teraz żyje nadzieja że i mnie ktoś kiedyś pokocha i ze znajde tę własciwa osobe
 Basia: 18.04.2009, 20:54
 Do Grazi. Moze sama nie widzisz tego, ale miłość to jest dopiero przed Tobą, Gdybyś naprawdę kochała to nie patrzyłabyś na mamę a zrobiła swoje. To wszystko jest dopiero przed Tobą. Zobaczysz. Pozwalałaś na ingerencję mamy bo nie byłaś tego pewna, bo to nie było to. Trzymaj się. Prawdziwa miłość jest piękna, a ta jest przed Tobą.
 Grazia: 18.04.2009, 08:25
 Przeczytałam ten artykół i się popłkałam jak małe dziecko. Moi rodzice a w szczególności mama jest bardzo nietypową osobą. Ciągle krytykuje a każdy ( choć było ich niewielu ) był nieodpowiedni dla mnie i swoją presją i psychicznym szantażem doprowadzała do rozpadu każdego związku. Teraz mam 34 lata i potworny żal że jestem sama a perspektywa poznania kogoś założenia rodziny i urodzenia dziecka stają sę dla mnie coraz mniej realne przez co załamuję się i coraz częściej płaczę bo nie potrafie znieść tej samotności. Nie potrafiłam wybrać między chłopakiem a mamą bo nakładła mi do głowy że on i tak mnie zostawi bo jest ode mnie młodszy i zostawił ale tylko dlatego że nie potrafiłam przeciwwstawić się mamie mimo mojego wieku a teraz nie mogę się pogodzić że pozwoliłam na ingerencję mojej mamy i zostałam sama. A po rozmowach z mamą widze że jakby moje uczucia nie miały znaczenia dla niej i jakby to że jestem sama tak naprawdę jej nie obchodziło i jest szczęśliwa że osiągnęła swój cel bo nie bedzie mieć zięcia, którego tak bardzo nie akceptowała. Tylko pytanie co ze mną? Przecież nie chce być sama
 Hania: 05.04.2009, 12:17
 Dziękuje:) Bardzo trafiły do mnei te słowa...... tak bardzo się z tym utoższamiam, serce , pęka....., całkowite zawierzenie Tobie Boże.
 promyk96: 29.03.2009, 09:06
 stracilam nadziję na wszystko,przez ostnie 9 mcy ,żylam nadzieją ,ze ktos mnie kocha...nietety znow rozczarowanie...wielka pustka ,żal..ktos mnie oszukiwal...bylm ja i jeszcze ktos inny,,,ile mozna jeszcze mieć nadzieji....,ze kiedys mnie spotka ta prawdziawa milośc..nie chce byc sama....wyje z bólu,serce mi pęka...ale trzeb zyc...tylko nie chce...nie mam dla kogo,czuję sie niepotrzebna.nikomu...
 Zosia: 28.03.2009, 15:47
 Na codzień jest ciężko..
 Tomek: 26.03.2009, 11:23
 Twoja historia Zosiu, chociaż napisana bardzo krótko, konkretnie ujawnia problem. Ja mam 23 lata. Pierwszą dziewczynę miałem dopiero w zeszłym roku, czyli w 22 roku swego życia. Zanim Ją poznałem, podkochiwałem się w kilku innych, ale nigdy te uczucia nie zostały odwzajemnione. Kiedy już byłem związany, powiedziałem, że warto było czekać. Moja dziewczyna rozstała się ze mną niedługo przed świętami. Byliśmy razem troszkę ponad 3 miesiące. Pierwsze tygodnie po rozstaniu były bardzo ciężkie. Dzięki Bogu jakoś je przetrwałem. Dzisiaj ponownie pracuję, aby jako zapłatę uzyskać miłość. Nie martw się. Rób wszystko, aby być przygotowaną na przyjęcie miłości. Ona przychodzi niespodziewanie, a ta prawdziwa zawsze rodzi się w bólu i cierpieniu. Pamiętaj też o modlitwie o dobrego męża. Jest bardzo ważna. Gdybyś chciała porozmawiać to są moje namiary: t1o9m8e6k@wp.pl numer gg:6535917 Pozdrawiam cieplutko !!! :D
 Zosia: 25.11.2008, 19:45
 Jestem sama i bardzo żle mi z tym. pragnę mieć chłopaka, który pokochałby mnie taką jaką jestem. W moim dotychczasowym życiu wiele się wydarzyło. kochałam raz wielką miłością i myślałam, że tak już zostanie.niestety. moje serce zabiło mocniej dopiero w liceum. spotkałam tam fantastycznego chłopaka ale nasze drogi rozeszły się. od tamtego czasu boję się kogokolwiek pokochać w obawie, że rozstanie będzie bardzo bolało, a ja po raz kolejny tak jak i moje serce tego nie zniosę. ten strach spotęgowała śmierć kolegi, który zginął w wypadku samochodowym nie zdążywszy dożyć swoich 19 urodzin. z jednej storny pragnę bardzo mieć tego jedynego, ale boję się, że Go utracę. nie wiem co już o tym myśleć
 
[1] [2] [3] [4] (5) [6] [7] [8] [9] [10]


Autor

Treść




[ Powrót ]
 
Daj plusika:
[ Strona główna ]
 Partnerzy medialni:

O stronie... | Ogłoszenia | Konkurs | Wspomóż nas | Polityka Prywatności | Reklama | Kontakt

© 2001-2017 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej