Rozważania Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Cuda Opowiadania Perełki
List do dziewcząt V
wymarzona rodzina...

     Ostatnio pisałem o tym, jaką chciałbym mieć żonę. A dzisiaj kilka myśli o mojej wymarzonej rodzinie... Zacznę od końca. Chciałbym mieszkać ze swoją rodziną na wsi. Tak, właśnie na wsi. Mieszkalibyśmy blisko natury, bo przyroda opowiada o wielkości, mądrości i miłości Boga. Drzewa, pola, kwiaty bezustannie snują opowieść o swoim Stwórcy. Trzeba mieć tylko trochę pokoju w sercu, aby usłyszeć tę opowieść... Miasto mówi raczej o swoim twórcy, człowieku. Nie zawsze jest to piękna opowieść...

     Kiedyś mieszkałem przez trzy lata na wsi. Pamiętam, jak ptaki przychodziły do karmy wyłożonej na parapecie okna... Nawet dzięcioł. Ja jadłem śniadanie i one też. Płochliwe gile nigdy nie były tak odważne. Przylatywały tylko w najcięższy mróz i nieśmiało siadały na krzewach bzu wokół domu. Sroki lubią chodzić. Są bardzo urodziwe, ale mają trochę brzydkie charaktery. Bez skrupułów np. wydziobują innym ptakom z gniazd jaja. Widziałem, jakie walki toczyły z nimi mniejsze ptaszki. Czarne jak węgiel kosy mają zwyczaj trzymać się blisko domu. Cóż za koncerty urządzały mi na wiosnę i w lecie! Nostalgię w sercu wywołują nieodmiennie klucze odlatujących na południe dzikich gęsi. Lecą tysiące kilometrów, by na wiosnę bezbłędnie powrócić do swoich gniazd.

     Sąsiedzi dziwili się, że nie mam telewizora i nawet chcieli mi go dać. Odpowiadałem, że po co mi telewizor. Najlepsze dwa kanały i tak oglądam; patrzę przez jedno okno i mam National Geographic, patrzę przez drugie i mam Animal Planet. Wszystko live czyli na żywo. A wiadomości mogę sobie przeczytać w gazecie. Nie oglądałem telewizji, a w zamian miałem coś, o czym nałogowy oglądacz nawet nie śnił.

     Nie mogę opowiedzieć wszystkiego, wyszłaby z tego książka, a mam napisać w miarę krótki list... W każdym razie chciałbym mieszkać ze swoją rodziną na wsi: żona, ja i dzieci. Dużo dzieci! Duuużo! Kocham dzieci!

     Opowiem Ci krótką historyjkę... Wyobraź sobie, że idziesz ulicą małego miasteczka. Jest słoneczny, spokojny poranek... Nagle spostrzegasz w oddali kłęby dymu, unoszące się nad jednym z domów. Przyspieszasz kroku. Podchodzisz bliżej. Widzisz, że płonie dom. Wokół stoją ludzie, nerwowo rozmawiając i gestykulując. Niektórzy gorączkowo w wiadrach noszą skądś wodę. Czy wezwali straż pożarną? - myślisz - Przecież tak nigdy nie ugaszą ognia. Słyszysz kobietę, najprawdopodobniej sąsiadkę, która z płaczem mówi, że w domu jest chyba dziecko. Nie chce sama w to wierzyć... W końcu krzyczy: Na pewno tam jest! Widziała, że matka wychodziła z domu, ale bez dziecka. Czasami tak robiła. Dzieciak o tej porze zwykle śpi i mogła w tym czasie wyjść, żeby zrobić zakupy... Twoje usta milkną, ale serce krzyczy: Ludzie! Tam jest dziecko!... Niespodziewanie jakiś młody mężczyzna podbiega do drzwi płonącego domu. Są zamknięte. Szamocze się z nimi, kopie z całej siły. W końcu puszczają. Wbiega do środka. Wszyscy zamarli... Ty modlisz się. Po raz pierwszy w życiu tak szczerze i głęboko... Czas płynie powoli, bardzo powoli... I oto jest, wybiega z płaczącym malcem... Cóż za ulga! Bogu niech będą dzięki! Ulga, ulga, choć dom płonie dalej. Płonie i garaż z samochodem. Niechby - myślisz - spaliło się jeszcze dziesięć domów i dziesięć garaży! Najważniejsze, że dziecko uratowane!

     Wróćmy do rzeczywistości... Przyznasz, że mężczyzna uczynił coś wielkiego, niewypowiedzianie wielkiego. Bohater! Uratował życie dziecka, jedyne i niepowtarzalne. Nigdy ktoś taki się nie narodził, ani się nie narodzi. Życie ludzkie jest bezcenne. Ma wartość nieskończenie większą od jakiejkolwiek rzeczy... A teraz uważaj, co powiem: uratować życie dziecka i dać życie dziecku to mniej więcej to samo, nieprawdaż? Dać życie człowiekowi to wielka, wielka rzecz. Jest ono, niepowtarzalne, bezcenne... Ma wartość nieskończenie większą od jakiejkolwiek rzeczy... A jednak - popatrz - ilu mężczyzn, ile kobiet nie chce czynić owej rzeczy niewypowiedzianie wielkiej, jaką jest danie życia człowiekowi. Wolą mieć więcej rzeczy materialnych... Mówi się: Nie stać nas na drugie dziecko. Często mówią to ludzie naprawdę zamożni. Tak powiedział np. pewien znany włoski piłkarz. Zarabia krocie, ale nie stać go na drugie dziecko! Podobnie twierdzą i inni, którzy wprawdzie nie zarabiają milionów, ale obiektywnie rzecz biorąc mogliby mieć jeszcze wiele dzieci.

     Rozejrzyj się wokoło, a sama zobaczysz... Popatrz przy okazji, ile jest agresji w stosunku do rodzin wielodzietnych, takiej bezinteresownej złości, syczenia jak żmija, albo kiwania głową z politowaniem... Nad sobą pokiwajcie głową materialiści, egoiści! (Bardzo żałuję, że nie mam 15 braci i sióstr). Ciekawe, kto będzie zarabiał na Wasze emerytury. Jeśli nie będzie miał kto, to dopiero przyjdzie nędza. A jak się, nie daj Boże, zachoruje to starczy na aspirynę i rutino-scorbin. I będzie się siedzieć samemu w domu starców. Nikt nie przyjdzie odwiedzić. I wtedy tzw. lewica jak zwykle zatroskana o dobro ludu, rozwiąże wszelkie Wasze problemy... przy pomocy eutanazji. Zawsze mieli genialne pomysły na rozwiązywanie problemów społecznych: zabić, deportować, zesłać do gułagu, zamknąć w więzieniu...

     Ja wolę ludzi niż rzeczy. Wolałbym raczej życie ubogie w otoczeniu gromadki dzieci, niż życie z jedynakiem w otoczeniu wielu luksusowych rzeczy. Zresztą bieda to rzecz względna. Jak myślisz, kto jest bogatszy: ktoś kto ma 10 dzieci, marny dom na wsi i porusza się autobusem, czy ktoś kto ma 10 willi, 1O samochodów i żadnego dziecka? No, kto jest bogatszy?..

     Napisał do mnie pewien anioł. Nazywa się Ola i jest studentką II roku anglistyki: Większość ludzi uważa mnie za "kobietę wyzwoloną" i wróżą mi, że na pewno zostanę tzw. "kobietą sukcesu". A mnie się chce wtedy w środku śmiać. No bo, kto to w ogóle jest ta kobieta wyzwolona, kobieta sukcesu?... "Wydaje się ich być coraz więcej. Są to kobiety, które przedkładają karierę zawodową ponad wszystko inne. To fakt, zdobywają tytuły, pozycję, dobrze zarabiają, ale nie wyglądają mi na naprawdę szczęśliwe. Ja więc dziękuję za taki sukces!!! Dla mnie sukcesem będzie, jeśli będę mogła spełniać się w miłości, jeśli będę mogła uszczęśliwiać moją Drugą Połowę i przyczyniać się do jej wzrostu, i jeśli potem ta nasza miłość będzie wydawać kolejne owoce w postaci dzieci... Dla mnie sukcesem będzie dzielić życie z człowiekiem, którego kocham, i jeśli będę miała dużo buziek do całowania na dobranoc... Marzę o całej gromadce dzieci. Czuję, że moim największym powołaniem jest być żoną i matką... Chciałabym być tłumaczem, nauczyć się innych języków. Ale po co mi te i inne "osiągnięcia" zawodowe, skoro nie będę się miała z kim dzielić szczęściem ich zdobycia? No po co? Będę wracać do domu razem ze swoim tytułami i stanowiskami... I co? Będę dla tych tytułów przygotowywać obiad czy kolację, siadać z nimi do stołu. Tak, to rzeczywiście będzie prawdziwy "sukces"... jak wiele kobiet daje się przekonać mniemaniu, że odniesienie sukcesu w życiu jest równoznaczne z wyrzeczeniem się założenia rodziny, a przynajmniej nieposiadaniem dzieci. Dla mnie widok każdego kolejnego dziecka potęgowałby odczucie sukcesu. Każde maleństwo byłoby dla mnie jeszcze jednym sukcesem.

     Mówi się tak: Przecież trzeba dziecku zapewnić godziwe warunki życia. Racja!... Jakie są te godziwe warunki życia? - zapytam. Po pierwsze, dziecko ma dobre warunki do rozwoju, kiedy wychowuje się w otoczeniu braci i sióstr. Wtedy uczy się stale, od rana do wieczora i w sposób naturalny: dzielenia się, pomocy, współczucia, otwartości, szacunku dla innych, współpracy, zwyciężania konfliktów, altruizmu, itd. Niegodziwym byłoby pozbawienie dziecka środowiska braci i sióstr, bez poważnych przyczyn.

     Cóż z tego, że ów jedynak ma własny pokój, a w nim komputer, telewizor, video, stereo (żyje - popatrz -w świecie przedmiotów, a nie osób). Cóż z tego, że chodzi do prywatnej szkoły, na letnie kursy językowe w Londynie i kursy jazdy na nartach w Alpach... To miałyby być godziwe warunki życia? Warunki wprost idealne, żeby zostać klasycznym egoistą, zawsze niezadowolonym, zblazowanym, życiowym kaleką. Rodzice nie mają dla dziecka czasu, bo muszą zarabiać pieniądze, by zapewnić mu godziwe warunki... Znany scenariusz. Na koniec trzeba jeszcze czasami wydać dużo pieniędzy na wizyty u psychoterapeutów albo kurację w jakimś dobrym zakładzie odwykowym.

     Uczenie się to nie tylko zdobywanie wiedzy albo nabywanie umiejętności. Znacznie, znacznie ważniejsze jest uczenie się wartości i nabywania cnót. Uczony człowiek, kompetentny, "profesjonalista" nie zawsze znaczy dobry człowiek. To, czy ktoś jest np. "chodzącą encyklopedią", albo zna "perfect" ileś tam języków, itp. jest ważne, ale drugorzędne. Dosyć powszechne jest obecnie myślenie odwrotne. Och, Pan Doktor! Kłaniam się Panu Doktorowi! A to, że Pan Doktor po pracy dorabia sobie w swoim prywatnym gabinecie mordowaniem dzieci nienarodzonych albo udzielaniem "porad sercowych" w "Bravo" czy gdzieś tam, jest mniej istotne. I nie zależałoby mi tak bardzo, aby moje dzieci - jak się to mówi - zaszły wysoko. Znam pewnego pana, który jest prezydentem i przy okazji obrońcą pornografii. Stokroć wolałbym, żeby mój syn był uczciwym szewcem niż takim prezydentem!

     Obecność rodzeństwa i - po drugie - miłość rodziców są najważniejszymi warunkami rozwoju dziecka. Nie trzeba kończyć pedagogiki, żeby to wiedzieć. Miłość zaś płynie - jak wiemy - z serca a nie z portfela. Z miłością trzeba dawać dzieciom przede wszystkim wartości, a nie przedmioty. No, ale daje się to, co się ma. Jedni dają umiłowanie Boga i ludzi, uczciwość, odpowiedzialność, patriotyzm, itd., itd., inni zaś komputery, sprzęt video, motorynki, samochody, a poza tym umiłowanie pieniędzy, przyjemności, luksusu, władzy, dążenie do własnych celów choćby po trupach, egoizm w stu innych jeszcze odmianach. Co Ty byś chciała dawać swoim dzieciom?...

     Wciąż ze zdumieniem odkrywam w sobie podobieństwo do rodziców; w sposobie myślenia, patrzenia na różne sprawy, przeżywania świata i różnych wydarzeń. Przekazywanie wartości dzieciom przez rodziców odbywa się w jakiś niesłychanie misterny sposób. Nie tylko słowem, ale całym duchowym klimatem, który rodzice wokół siebie tworzą. Dziecko asymiluje ów klimat duchowy wraz z tym, co go tworzy.

     Widzę, że rodzice przekazali mi w dzieciństwie duży majątek. Nie materialny, ale duchowy. Materialnie mieli się zawsze bardzo przeciętnie. Odziedziczę drobiazgi. Ale jeśli chodzi o sprawy ducha, byli i są bardzo majętni... Święci to książęta, królowie. Po nich dziedziczy się skarby... Moim rodzicom przekazali w spadku duchowy majątek ich rodzice. Pracowali na niego z pewnością w pocie czoła. Praca w potocznym znaczeniu przynosi dobra materialne, praca nad sobą dobra duchowe.

     Muszę nie tylko utrzymać, ale pomnożyć to, co otrzymałem... Czasami zdarza się, że ktoś urodził się w duchowej nędzy, a w ciągu swego życia wypracował wielki majątek. Pan Bóg jest niebywale hojny dla tych, którzy pracują gorliwie na jego poletku. Ba, każdy może zostać milionerem... Odwrotna sytuacja też jest możliwa. Duchowy majątek, na który pracowały pokolenia, zostaje roztrwoniony.

     Słyszę czasami taką opinię: Kowalski nie chodzi do Kościoła a i tak jest dobrym człowiekiem. I ma to być niby dowód na to, że nie trzeba chodzić do Kościoła, żeby dobrze żyć. Możliwe, że Kowalski żyje całkiem nieźle. Po prostu nauczył się tego w dzieciństwie. Ale tego, co otrzymał, nie będzie pomnażał, bo zamknął się na Boga, od którego pochodzi wszelkie dobro. Nawet nie zachowa tego, co otrzymał, bo bez łaski Bożej będzie ulegał złu. Swoim dzieciom - obawiam się - przekaże szczątki otrzymanego spadku. A co oni z kolei przekażą dalej?

     Prawda, że dzieci nie wychowują tylko i wyłącznie rodzice. Zależność jest prosta: im mniej czasu mają rodzice dla dzieci, tym bardziej wychowuje je kultura masowa, środowisko rówieśników, szkoła, państwo. Ciarki mi przechodzą po plecach, kiedy myślę, czego można się nauczyć patrząc na telewizję, czytając tzw. "czasopisma młodzieżowe", grając w gry komputerowe, itd. Czego to można nauczyć się nawet w szkole!

     W dzisiejszych czasach - dochodzę do wniosku - obecność mamy w domu jest niezbędna. Nie tylko wieczorem, zmęczonej po 8-godzinnej pracy. Stworzyć godziwe warunki życia dla dzieci? Słusznie! Cóż ważniejszego dla nich niż poczucie, że jest ktoś kto na nie czeka, kiedy wracają ze szkoły do domu. Że jest ktoś, kto się o nie troszczy, ktoś kto je przytuli, porozmawia, wytłumaczy, odpowie spokojnie na pytania. To są godziwe warunki życia dla dziecka! I cóż ważniejszego dla matki niż bycie z własnymi dziećmi. Przecież z kimś, kogo się kocha. No właśnie, ale trzeba kochać.

     Ja też z radością, jestem pewien, spotykałbym się z dziećmi. Wieczory byłyby zarezerwowane na spotkania całej rodziny. Nie na wgapianie się w telewizor. Nie rozumiem, dlaczego jakieś pudło miałoby być ciekawsze niż żywy człowiek? Niż moje własne dzieci?... Opowiadalibyśmy sobie o tym, co widzieliśmy, przeżyliśmy. Gralibyśmy w Chińczyka, wspólnie śpiewali, czytali, modlili się, chodzili na Mszę św., planowali co zrobimy, uprawiali razem ogród itd. Radością dla ojca jest być ze swoimi dziećmi. Podziwiać największe dzieło Stwórcy. Podziwiać ich rozwój, spontaniczność, prostotę, niewinność. Uczyć się od nich wielu rzeczy. Prawda, trzeba mieć do tego trochę pokoju w sercu.

     A skąd pieniądze - może zapytasz - na utrzymanie dużej rodziny, tym bardziej, że mama miałaby być w domu. Spokojnie! Mam trochę pomysłów na zarabianie. Poza tym z zasady żylibyśmy ubogo. Na wzór św. Rodziny z Nazaretu. Mniej "mieć", więcej "być". Z zasady żadnych luksusów, żadnych zbędnych rzeczy, żadnych zachcianek. Dzieci pewnie by się dziwiły, dlaczego w domu nie ma różnych sprzętów, które mają inni. Tłumaczyłbym im to. Powiedziałbym także o tych, którzy mają się znacznie gorzej. Pojechalibyśmy np. zawieść coś do domu dziecka. Myślę, że stać by je było na wyrzeczenia.

     Zresztą, nie obawiałbym się zbytnio o przyszłość. Bóg jest troskliwym Ojcem. Pan Jezus, popatrz - tak mówi: Nie troszczcie się zbytnio o swoje życie, o to co macie jeść i pić, ani o swoje ciało, czym się macie przyodziać... Przypatrzcie się ptakom w powietrzu: nie sieją, nie żną i nie zbierają do spichrzów, a Ojciec wasz niebieski je żywi. Czyż wy nie jesteście ważniejsi niż one? (Mt 6, 25-26).

     I jeszcze raz powtarza: Nie troszczcie się więc zbytnio i nie mówcie: co będziemy jeść? Co będziemy pić? Czym będziemy się przyodziewać? Bo o to wszystko poganie zabiegają. Przecież Ojciec wasz niebieski wie, że tego wszystkiego potrzebujecie. Starajcie się naprzód o Królestwo Boże i o Jego sprawiedliwość a to wszystko będzie wam dodane (Mt 6,31-33). Wielka obietnica samego Chrystusa! Powtórzona dla podkreślenia dwa razy. Wierzę, albo jestem poganinem?

     Drogie Siostrzyczki! Muszę już kończyć, choć dużo chciałbym jeszcze powiedzieć... Do spotkania przy następnej okazji. Niech Wam Pan błogosławi.


Wasz starszy brat, Jaś Bilewicz


Publikacja za zgodą redakcji

nr 3-4/2001


   




Wasze komentarze:
 wszystko : 06.08.2016, 15:40
 oddane Bogu a dalej tak cierpie. NIEZNOSNIE
 :): 05.07.2015, 20:47
  Piękna melodia w sercu musi brzmieć ..kiedy wciąż wierzysz marzysz i śnisz.. o wymarzonej rodzinie
 anna: 06.06.2015, 17:41
 Czy Jan Bilewicz to ksiądz?
 anna: 06.06.2015, 17:12
 Czy altor tego listu to ksiądz?
 ooo: 05.05.2014, 22:59
 Nie życie nie płata ..figle? Życie niesie niespodzianki, kiedy ster powierzysz Bogu. Oddaj wszystko Bogu.. a zadziwi cie Boże dzieło ,plan Boży względem ciebie.
 mario: 06.01.2011, 17:34
 łatwo napisaca zycie i tak płata figle
 isza: 24.03.2010, 01:06
 To interesujące, co piszesz i życzę Ci, abyś znalazł partnerkę, która będzie podzielała Twoje poglądy. Ale ambicji kobiety nie można i nie da się ograniczyć do dzieci i kuchni. Nie każda będzie z tym szczęśliwa, choćby była nie wiem jak wierzącą osobą. Po pierwsze liczne porody rujnują zdrowie kobiety (żylaki, nietrzymanie moczu, osteoporoza, problemy ze stawami i z kręgosłupem itp.). Po drugie, kiedy dzieci jest zbyt dużo, rodzice nie poświęcą im tyle uwagi, ile powinni. Po trzecie, kobieta to nie robot wielofunkcyjny, z którym zrobimy, co zechcemy. Ona też ma jakiś pomysł na swoje życie. A za zły system emerytalny odpowiadają politycy, a nie rodzice jedynaków.
 Magda: 06.08.2007, 22:04
 Zawsze marzyłam o Takiej rodzinie dla siebie i zrobie wszystko aby tak było. Wychowalam sie w podobnej atmosferze, byli jeszcze cudowni dziadkowie. Nie zawsze było łatwo, zmarł mój brat, czasem nie bylo co jeść, ale zawsze byliśmy razem i zrobilabym wszystko dla brata i siostry i myśle że oni uczyniliby to samo. Dziekuje, świetny artykuł.
 chce byc mamusia: 08.06.2007, 01:08
 ja też marzę o takiej rodzinie!!! bardzo marze :( chce 4 dzieci dom pelen usmiechu milosci, szacunku.. i Boga. I moj chlopak tez tego chce, Swieta Rodzino modl sie za nami...
 Siney: 04.04.2007, 18:42
 Bardzo mądry list:) Oby tak wyglądały wszystkie rodziny...
 
(1)


Autor

Treść




[ Powrót ]
 
Daj plusika:
[ Strona główna ]
 Partnerzy medialni:

O stronie... | Ogłoszenia | Konkurs | Wspomóż nas | Polityka Prywatności | Reklama | Kontakt

© 2001-2017 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej