Rozważania Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Cuda Opowiadania Perełki

Gute gudżaga gangłane - Nie ma pośpiechu w Afryce

Z księdzem Marianem Kuligiem - misjonarzem pracującym w Republice Południowej Afryki
rozmawia Monika Kacprzak

     Gdzie i jak zaczęło się Księdza powołanie misyjne?

Moje powołanie misyjne? Pierwsze wspomnienie, do którego sięgam pamięcią to czas seminarium. Był taki serial w telewizji o niewolnictwie - "Korzenie". Wtedy w mojej głowie pojawiła się taka myśl, że ci ludzie się tyle nacierpieli, z powodu niewolnictwa, że biali ludzie w taki sposób ich traktowali. Zrodziło się we mnie poczucie, żeby naprawić to, co biali ludzie zepsuli, żeby moje życie poświecić właśnie ludziom z Afryki. To był taki pierwszy moment, kiedy zacząłem myśleć poważnie o misjach. Później, jeszcze w seminarium, napisałem podanie o wyjazd na misje - ale go nie złożyłem. Dopiero po pięciu latach kapłaństwa ponownie wróciły myśli o misjach. Napisałem podanie do inspektora. Inspektor odpowiedział, że w tym momencie nie może mnie wysłać na misje, ale weźmie moje podanie pod uwagę w przyszłości. Ja mu odpisałem, że takie stwierdzenie nic dla mnie nie znaczy i że potrzebuje konkretów. Dostałem bardzo ostry list, na temat posłuszeństwa wobec decyzji przełożonego. Bardzo pokornie odpisałem, że ciągle chcę wyjechać na misje. Od tamtego czasu prawie co miesiąc wysyłałem list z taką sama prośba do inspektora. Po dwóch latach dostałem pozytywna odpowiedź.

     Opuścić dom, zostawić rodzinę, to nie jest łatwe. Trudne jest to także dla tych, którzy zostają. Jak zareagowała rodzina na wiadomość o Księdza wyjeździe?

     Rok przed wyjazdem zapuściłem brodę i moja mama zaczęła coś podejrzewać. Kiedy coś wspominałem na ten temat zawsze ucinała to mówiąc, że dopiero po jej śmierci mogę wyjechać. Pewnego dnia, moja mama, słuchając radia Maryja usłyszała jak jakaś kobieta mająca dwóch synów, którzy byli księżmi modliła się, żeby choć jeden z nich został misjonarzem. Wtedy moja mama zaczęła myśleć, o tym, że jej syn chce jechać na misje i ona mu zabrania. Po tym wydarzeniu zaakceptowała moją decyzję. Kiedy mama miała dwadzieścia cztery lata, w czwartek o czwartej rano urodziła czwartego syna - czyli mnie. Mam czterech braci, cztery bratowe, czterech bratanków i cztery bratanice. Myślę, że się cieszą ze mnie. Oczywiście chcieliby się częściej widywać, ale...

     Najtrudniejsze, co spotyka misjonarza to..?

     Wyjeżdżając na misje przygotowujemy się do tego, że nie będzie łatwo. Ja sam byłem mile zaskoczony warunkami życia. Byłem nastawiony na to, że będę miał szałas bez wody bez prądu (śmiech). Najtrudniej jest chyba w pełni zrozumieć tamtejszych ludzi.

     Jaka wygląda sytuacja rodzin, w miejscu gdzie Ksiądz pracuje?

     Największym problemem obecnie, który niszczy rodzinę, jest AIDS. Bardzo wielu młodych ludzi umiera na ta chorobę, osierocając dzieci. Nie ma tam jednak dzieci ulicy! Więzy rodzinne są bardzo mocne. Wujek, czy ciotka przygarnia dzieci swojego brata czy siostry, nawet jeśli ma dziesięcioro swoich. Trochę inaczej wygląda to w Swazilandzie. Tam kobiety nie chcą wychodzić za mąż. Mają dziecko, czy nawet kilkoro dzieci, często każde z kimś innym, ale nie chcą wychodzić za mąż, gdyż kobieta nie ma żadnych praw. To mężczyzna rządzi kobietą. Jak więc widać zmienia się to w zależności od regionu. Są piękne rodziny, ale są też miejsca gdzie rodzina jako taka nie istnieje.

     Jak przeżywają swoją wiarę, ludzie, z którymi Ksiądz pracuje?

Na początku byłem bardzo pozytywnie zaskoczony, ponieważ Msza pełna jest tańców i śpiewów. Wydawałoby się, że ci ludzie głęboko to przezywają. Niestety, ci sami ludzie zaraz po Mszy idą na rynek do swojego czarownika, który głosi własne teorie i oni tam się modlą razem z nim. Dla nich nie ma znaczenia czy modlą się w tym czy innym kościele. Jak grzyby po deszcz mnożą się tam nowe ruchy religijne. Wystarczy, że ktoś stanie na placu i zacznie głosić swoją naukę. Wielu ludzi przyłącza się do takich "nauczycieli". Oczywiście bazują oni na tym, że są uzdrowicielami. Wszystko odbywa się spektakularnie, z tańcami i okrzykami wyrzucają złe duchy z ludzi.. za odpowiednią cenę. Czasami aż ciarki przechodzą kiedy się na to patrzy.

     Zatem czy księży nie traktują czasem jak takich uzdrowicieli?

     Nie, ale ważne są dla nich rzeczy materialne, które są poświęcone, na przykład woda święcona. Oni to traktują jak muti - coś świętego. Będą to nosić przy sobie, dbać o to, wierzą, że poświecone rzeczy przyniosą im pomoc, szczęście.

     Jeśli ludziom obojętne jest gdzie się modlą, jaki jest sens naszych misji tam?

     Wiara nie ma tam głębokich korzeni i to jest chyba nasze największe zadanie. Ugruntowywać wiarę. Tam jest trochę inna sytuacja Kościoła niż w Polsce. Tutaj Kościół opiera się na księżach. W RPA angażujemy dużą grupę świeckich. Misjonarz nie byłby w stanie wszystkiemu podołać. Jest grupa ludzi, którzy są bliżej Kościoła, którzy są dobrze przez nas przygotowani i to oni docierają do szerokiej grupy ludzi. Niestety to ciągle nie jest taka świadomość i zrozumienie wiary jak u nas. Pewnego razu jeden z moich katechistów po Mszy świętej poprosił mnie abyśmy poszli z Komunią świętą do chorych. Mówiłem mu, że powinien mi powiedzieć o tym przed Mszą, bo ja teraz nie mam Najświętszego Sakramentu. On na to, że przecież mam w torbie jeszcze trochę białego chleba, więc to nie problem. Tłumaczyłem bezskutecznie, że te hostie nie są konsekrowane. Dla niego nie miało to żadnego znaczenia. Czasem można się załamać, kiedy widzi się, że katechista, który prowadzi ludzi sam nie rozumnie sensu tego, co robi. Tu jest nasze pole, nasza praca.

     Wobec tego, na czym polegają misje w XXI wieku?

     Jako salezjanie mamy duże oddziaływanie na młodzież, szkoły, centra młodzieżowe, oratoria. Trudno jest teraz zmienić sposób myślenia i zachowania ludzi dorosłych, ale możemy to zrobić z młodym pokoleniem. Jak najwięcej czasu trzeba poświęcać dzieciom i młodzieży. Być z nimi, towarzyszyć im w codziennym życiu. Do oratorium przychodzą nie tylko katolicy i tam to ziarno się zasiewa. My ich na siłę nie ściągamy do nas. Każdy ma wolny wybór. My sami mówimy im - idź do swojego kościoła w niedziele, bądź dobrym chrześcijaninem tam gdzie jesteś. Oni po pewnym czasie widzą, że my ich kochamy, że my dla nich poświęcamy nasz życie i dzięki temu często do nas przychodzą i już zostają.

     Czyli istnieje ciągle potrzeba wysyłania misjonarzy do południowej Afryki?

     Niestety tak. Mamy bardzo mało powołań w naszej prowincji. Jest taka opinia, że jeśli nowi misjonarze będą ciągle przyjeżdżać, to my nie będziemy się troszczyć o powołania lokalne. To nie prawda. Na prawdę robimy wszystko, co możliwe, aby tych powołań było więcej. Niestety nie jesteśmy już w stanie utrzymać tych placówek, które mamy, dlatego bardzo wiele oddajemy diecezji. W dalszym ciągu misjonarze przyjeżdżają do nas i to nie tylko z Europy. Mamy już misjonarzy z samej Afryki - z Kongo, z Wietnamu, Indii, Kanady, Paragwaju, praktycznie z całego świata. Pracy jest dużo, a robotników wciąż mało.

     Jeśli młodych ludzi nie pociąga życie religijne, to co jest dla nich ważne?

     W tej chwili każdy, tak jak w Europie, myśli o dobrej pracy, karierze. Poświęcenie życia dla służby innym, dla pracy bez nagrody jest dla nich czymś obcym. Młodzi ludzie przychodzą do nas i często ich motywacje są niewłaściwe. Widzą, że misjonarz ma samochód, ma dom i to ich pociąga. Potem jednak, kiedy spotykają się z rzeczywistością tego, czego wymaga bycie księdzem, salezjaninem to powołanie zaczyna się chwiać. Przychodząc do nas, spodziewają się, że ich życie będzie łatwiejsze nie trudniejsze!

     Czego moglibyśmy się nauczyć od ludu Basotho?

     Na pewno spokoju. Oni tam mówią: Gute gudżaga gangłane - nie ma pośpiechu w Afryce. Nikt się nie spieszy. Oczywiście to się teraz zmienia, gdyż ludzie musza na czas pójść do szkoły do pracy. Ale ciągle w relacjach międzyludzkich oni się nie spieszą. Na samym początku mojego pobytu w Swazilandzie, podróżowałem do jednej z parafii. Przyszedłem w miasteczku na coś, co można by nazwać przystankiem autobusowym i pytam, o której odjeżdża autobus. Oni patrzą na mnie bardzo dziwnie - co to znaczy o której? Przecież jak się ludzie zbiorą, autobus się napełni to odjedzie.

     Za czym Ksiądz najbardziej tęskni będąc na południu Afryki?

     Po dwunastu latach te tęsknoty są już bardzo maleńkie, ale kiedy wracam do Polski to pierwsze, o co proszę to kiszone ogórki!

     Dziękuję Księdzu za rozmowę i życzę Bożego błogosławieństwa w pracy misyjnej.

Ja również dziękuję. Na koniec chciałbym życzyć młodym ludziom, aby nie bali się poświęceń - to się na prawdę "opłaca". Nie zapominajcie o Chrystusie!




Rozmawiała: Monika Kasprzak


Salezjański Ośrodek Misyjny


Moja piękna Afryka Moja piękna Afryka
Ks. Hieronim Siwek
Opowiadania, szkice, myśli i refleksje spisane w wolnych chwilach na misjach w Tanzanii, w Afryce Wschodniej.... » zobacz więcej


   


Wasze komentarze:
 werojss: 27.10.2009, 12:14
 Fajny artykÓł
 mijamx: 07.06.2008, 22:00
 Pozdrawiam Księdza, życzę wytrwałości. Piękna praca Chrystusowego robotnika. Jestem pełna uznania dla duchownego, który życiem pokazuje drogę ludziom z dalekiej dla mnie Afryki. Sercem pozdrawiam, Renata
 
(1)


Autor

Treść




[ Powrót ]
 
Daj plusika:
[ Strona główna ]
 Partnerzy medialni:

O stronie... | Ogłoszenia | Konkurs | Wspomóż nas | Polityka Prywatności | Reklama | Kontakt

© 2001-2017 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej