Rozważania Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Cuda Opowiadania Perełki

Miłość to oddanie

Z księdzem Józefem Kamzą misjonarzem pracującym w Peru rozmawia Monika Kacprzak

     Przed kilkoma godzinami wyładował Ksiądz na warszawskim Okęciu, czy to bardzo różna rzeczywistość od tej w której pracuje Ksiądz na co dzień?

     Na co dzień pracuję w San Lorenzo, gdzie mamy dwie wspólnoty. Jedna z nich znajduje się trzy dni drogi od nas. Tam mieszka ksiądz Bola. Pracują wśród plemiona Achiuar. Mieszka z nimi już od ponad 40 lat. Zna ich kulturę, język. Niesamowite jak on potrafił przystosować naszą liturgie do ich zwyczajów. Na przykład, jeśli mowa tylko o znaku pokoju, dla Indian coś takiego jak podanie ręki nie znaczy nic. Za to, jeśli pijesz z kimś masato to znaczy, że jesteś z nim w pokoju. Ksiądz Bola wprowadził taki zwyczaj, że po każdej Mszy świętej ludzie piją masato z tego samego mukagwa - to taka duża gliniana miska. To jest ich znak pokoju. Ostatnio nawet przetłumaczył cały Nowy Testament na ich język. Ja sam odpowiedzialny jestem za duszpasterstwo Indian. Mam pod opieka cztery plemiona. Z tego tak na prawdę tylko jedno plemnie jest chrześcijańskie. Pozostali nawet nie są ochrzczeni. Głownie są animistami. Nasza parafia to 42 tysiące km2, około 54 tysięcy mieszkańców. Do wiosek możemy dostać się jedynie rzeką lub ewentualnie na pieszo. Taki wyjazd duszpasterski zajmuje zazwyczaj 3-4 dni.

     Jak narodziło się powołanie misyjne? Skąd pomysł na misje?

     Od Ducha świętego! Zawsze chciałem pojechać na misje. Od kiedy wstąpiłem do salezjanów zawsze było dla mnie jakby "logiczne", że kiedyś wyjadę na misje. Po pierwszym roku asystencji dostałem propozycje od ówczesnego radcy generalnego do spraw misji wyjazdu do Kenii, żeby studiować tam teologię i później zostać w Afryce, ale mój inspektor odradzał mi wyjazd. Zgodziłem się zostać i dokończyć formacje w Polsce, ale prosiłem, żeby nie zapomnieli o tym, że chcę wyjechać na misje. Przed święceniami diakonatu spotkałem się z radcą do spraw misji i po rozmowie zostałem wysłany na wakacyjny kurs języka do Hiszpanii. Później zostałem zapytany, dokąd chciałbym jechać. Bez wahania odpowiedziałem, że do Ameryki Południowej. Tak trafiłem do Peru. Nie było w moim życiu żadnego gromu z nieba, jednej sytuacji, która by zdecydowała o moim wyjeździe. To raczej było głębokie przeświadczenie, pragnienie tego, że chcę jechać na misje.

     Czy jest trudno być misjonarzem wśród Indian?

     To prawda, jest trudno, lecz nie czuje się "męczennikiem". To jest wielka łaska od Pana Boga, gdyż więcej się od nich uczę niż sam im daje. Trudno jest pod takim względem, że jakby stawiasz swój cały świat na głowie. Przechodząc z Europy do Ameryki Południowej trzeba przewartościować jeszcze raz pewne rzeczy, trzeba od nowa poukładać własny świat, przestawić się na inny system. Chodzi mi tu między innymi o pobożność Indian, która jest zupełnie inna niż nasza europejska. Później, już tam na miejscu przejść z Wybrzeża, gdzie to chrześcijaństwo jest już w jakiś sposób zakorzenione do dżungli, gdzie ono dopiero raczkuje jest bardzo trudno. To jest drugie postawienie świata na głowie. Więc ja jestem dwa razy postawiony na głowie i wszelkie wariactwa proszę mi wybaczyć.

     Największe Księdza "wariactwo" w Peru?

     Największym "wariactwem" z perspektywy Europejczyka jest sam sposób życia. Przychodzisz w odwiedziny do wioski i dostajesz napój sporządzony w ustach kobiet, to już jest wariactwo. Trzymasz to masato w ręku gotowe do picia, to jest słodkie, masa much się zlatuje, część wpada do środka. Ty rozmawiasz z ludźmi i tego nie widzisz. Indianie są bardzo życzliwi, dlatego biorą od ciebie kubek i własną ręką wyławiają te muchy.

     Ich mentalność, sposób życia, to jest dla nas "wariactwo". Przychodzę do wioski i pytam ludzi jak im się żyje. Wszyscy odpowiadają, że dobrze, spokojnie. Zostaje z nimi jakiś czas i się dowiaduje, że w ciągu tygodnia zabito kilka osób w tej wiosce, innych oskarżono o rzucanie czarów - co jest równoznaczne z wydaniem kary śmierci, kilka kradzieży, rozboje. Pytam, dlaczego mówicie, że żyjecie spokojnie, bez problemów. Patrz, przecież macie wiele kłopotów. Na co Indianie odpowiadają: spokojnie Padre, to nic nienormalnego. Spokojnie! Dla nich to najwyższa wartość, żeby żyć spokojnie. Czasem dla nas Europejczyków ten spokój jest dobijający. Przychodzi taki Indianin i mówi: Padre, proszę o pomoc moje dziecko umiera, niech je Padre zabierze do szpitala. No przecież nie odmówię mu, mam łódkę z dobrym motorem, to mi zajmie dużo krócej, niż gdyby on miał teraz nieść to dziecko przez dżungle. Mówię mu, przynoś to dziecko. Szybko się zbieram idę na brzeg i czekam. Godzina mija, dwie godziny nie ma go. Po kilku godzinach idę do niego domu, myślę może dziecko umarło i już nie ma potrzeby wieźć go do szpitala. Przychodzę i patrzę, a on sobie siedzi spokojnie w domu pije masato wyciągnięty w hamaku. Co się dzieje z twoim dzieckiem pytam, już wydobrzało? Nie, Padre cały czas jest źle. Wtedy rozkładam bezradnie ręce. Bo cóż jeszcze mogę zrobić?

     Trudności, które wydawałyby się nie do pokonania?

Życie między ludźmi zawsze konfrontuje nas z naszymi słabościami, niedoskonałościami. Takie życie sprawia, że człowiek zawsze szuka sedna rzeczy, szuka sensu tego, co się dzieje w jego życiu. Łatwo jest realizować siebie, swoje plany, ale trzeba się zapytać siebie samego czy w tym wszystkim jest Pan Bóg. Trudnością jest mentalność. Ja wiem, że jestem biały i dla nich jestem inny, jestem tym, który ma pieniądze, jestem tym, który kolonizował, uciskał Peru. Oni wprost nigdy mi tego nie powiedzieli, ale to się czuje. Mimo wszystko, że jestem księdzem jestem z innego "obozu". Trzeba to bardzo powoli przełamywać, starać się trafiać innymi ścieżkami niż tu w Europie z przesłaniem Ewangelii.

     Jak Księdza przyjęli Peruwiańczycy?

     Przyjęli mnie bardzo sympatycznie. Pierwsze zdanie, a raczej pytanie, jakie usłyszałem to: czy ksiądz Diego przyjdzie jeszcze? Mówię, że nie, bo teraz ja jestem i zobaczyłem małe rozczarowanie na twarzach. Pierwsze dwie wizyty były bardzo ciężkie, bo oni się przyzwyczajają bardzo do ludzi. Są bardzo otwarci. Zapraszają, częstują masato, chcą żeby z nimi siedzieć i rozmawiać. Często bywa tak, że siedzą, opowiadają mi coś przez kilka godzin, po czym ja idę do innego domu i znów mi to samo opowiadają, przy czym oni wiedzą, że ja już to wiem, ja wiem, ze oni to wiedzą, ale mimo wszystko opowiadają. Jeśli chodzi o otwartość na przesłanie Ewangelii to jest już trochę trudniej. Tam panuje ogromny synkretyzm religijny. Ludzie mówią, że są katolikami i ewangelikami i jeszcze do jakiejś sekty należą. To trochę tak dla pewności, że jakiś bóg się nimi zaopiekuje, lub są przekonani, że Bóg jest wszędzie. Dlatego zmiana tej sytuacji to praca pokoleń misjonarzy.

     Jaka jest sytuacja dzieci żyjących w peruwiańskiej dżungli?

     Niby są szkoły, ale poziom edukacji jest opłakany. Wystarczy powiedzieć, że Peru jest na ostatnim miejscu pod względem edukacji w Ameryce Południowej. Owszem są nauczyciele, którzy są oddani swojej pracy, tacy z powołania, ale zdecydowana większość to ci, dla których jest to łatwa praca za dobre pieniądze. Oni nie czują się zobowiązani do przekazania wiedzy tym dzieciom, przychodzą jedynie po pieniądze. Dzieci natomiast mają ambicje, żeby się uczyć. Są bardzo ciekawe wszystkiego, co się dziej. Czasem, kiedy byłem odwiedzić wioskę i zaczynałem myć zęby gdzieś "pod chmurką" to dziesiątki dzieciaków przybiegały, żeby się przyjrzeć temu, co robię.

     Jeśli chodzi o ich przyszłość, jakie są szans na poprawę ich losu?

Jak mówiłem, edukacja stoi na bardzo niskim poziomie. Ludzie są bardzo biedni, więc trudno nawet coś zacząć budować - myślę tu o dobrych szkołach. Potrzeba nam przede wszystkim personelu. Ja sam obsługuje cztery plemiona, to znaczy, że powinienem znać cztery różne języki, a żeby szybko się ich nauczyć musiałbym chyba być jak Karol Wojtyła - a daleko mi do tego (uśmiech). Zdarza się, że są wioski, które odwiedzam raz, dwa razy do roku. Potrzeba nam chętnych do pracy z tymi ludźmi.

     A koniec proszę o przesłanie dla nas Polaków!

Życzyłbym Polakom, aby nauczyli się żyć dla innych! Miłość nie jest pięknym słówkiem na czerwono ubranym, miłość to oddanie! Jeśli będziemy potrafili żyć taką miłością to zrobimy wiele.

     Dziękuję za rozmowę.


Rozmawiała: Monika Kasprzak


Salezjański Ośrodek Misyjny


Moja piękna Afryka Moja piękna Afryka
Ks. Hieronim Siwek
Opowiadania, szkice, myśli i refleksje spisane w wolnych chwilach na misjach w Tanzanii, w Afryce Wschodniej.... » zobacz więcej


   


Wasze komentarze:
 untouchablex: 27.05.2008, 00:00
 tak.. nauczmy się żyć dla innych.. róbmy to zupełnie bezinteresownie, szczerze i całym sobą.. ja również od dawna pragnę jechać na misję.. napewno w przyszłości zrealizuję to zamierzenie.
 Atena: 15.04.2008, 18:36
 Bardzo pięknie, że misjonarze wyjezdzaja za granice,aby głosić słowo Boże:)
 Monika: 15.04.2008, 15:05
 a czy nie mozna nauczyc tych ludzi aby pracowali dla swoich?
 
(1)


Autor

Treść




[ Powrót ]
 
Daj plusika:
[ Strona główna ]
 Partnerzy medialni:

O stronie... | Ogłoszenia | Konkurs | Wspomóż nas | Polityka Prywatności | Reklama | Kontakt

© 2001-2017 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej