Rozważania Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Cuda Opowiadania Perełki
Początkujący święty

     Z Andrzejem Głowienką, solistą La Scali, rozmawia Elżbieta Ruman

     Sławny tenor z La Scali przyjeżdża do Garwolina na jeden koncert i to w dodatku charytatywny? I na charytatywny bal Przymierza Rodzin. Jak to się stało?

     Koncert był niezwykły, idea niezwykła i niezwykła osoba, która go wymyśliła. Pani Róża Michalik od lat pracuje z chorymi dziećmi i wspaniale otwiera je na świat. Jej pomysł wspólnego muzykowania i śpiewania profesjonalistów - artystów, profesorów i studentów Akademii Muzycznej - i upośledzonych dzieci pozwala im wejść w muzykę, jej głębię i piękno. My po prostu przyjeżdżamy tam na jeden wieczór, a dzieci z mozołem ćwiczą wiele miesięcy! Radość wspólnego tworzenia, cudowna ciepła atmosfera i szczęście dzieci to wielka nagroda dla wszystkich, którzy mają zaszczyt brać udział w tym garwolińskim wydarzeniu.

     Nieprawdopodobnie wzruszający byl obraz dwunastolatki śpiewającej z Tobą kolędę - oboje staliście przy mikrofonie, ona podtrzymywana była przez dwie koleżanki, bo jej nóżki są zbyt słabe.

     Dla mnie ten duet byl przepiękny. I to było piękno z zupełnie innego wymiaru niż na scenie operowej.

     Kiedy dostałam od Ciebie po koncercie tomik twoich bardzo religijnych wierszy, powiedziałeś, że jesteś takim początkującym świętym. Jak to rozumiesz?

     Czyli takim, który często się przewraca. Ale ponieważ początek drogi może nastąpić w każdym momencie, więc zawsze zaczynam.

     To przecież właśnie o to chodzi, żeby żyć naprawdę i realnie, a nie w oparach fałszywej pobożności. Powiedz, jak to jest być początkującym świętym w La Scali?

     Mogę cię zaskoczyć i nie wiem, czy mi uwierzysz, ale w La Scali krzyżują się różne wierzenia. Mamy ewangelików, buddystów, a także tych, którzy nie wierzą. Jednak właśnie tam podeszła kiedyś do mnie koleżanką, mówiąc: spotykamy się na trzecim piętrze, w przerwie między drugim a trzecim aktem, żeby odmawiać różaniec, przyjdziesz?

     Dość zaskakujące.

     Też tak sobie pomyślałem. Byliśmy ubrani w stroje operowe, zebraliśmy się tam gotowi do zejścia na scenę za kilka minut... i odmawialiśmy różaniec.

     Jak trafiłeś do La Scali?

     To było kilka różnych przypadków...

     ...a ponieważ już wcześniej ustaliliśmy, że przypadek to inne imię Pana Boga...

     Śpiewałem z chórem w Augsburgu, ciągle byłem bez pieniędzy, tym bardziej, że zapłaciłem właśnie ostatnią ratę za mieszkanie. Kilka miesięcy szukałem pracy - pewnego dnia przyszedł do mnie kolega i powiedział: załatwiłem ci pracę. Jest festiwal operowy w Rugii - będziemy śpiewać w "Wilhelmie Tellu". Występowaliśmy trzy dni, później tydzień plażowania... Poznałem tam Włochów z La Scali - mój włoski nie był wtedy najlepszy; wprawdzie jako student śpiewu musiałem na studiach przejść kurs włoskiego, jednak od tego czasu minęło już kilka lat... Ale z jednym z włoskich kolegów, Patrizzio Saudellim, dogadywałem się zupełnie nieźle. Kiedy kończył się festiwal, wysłałem do niego e-maila: "Nie zapomnij o mnie, jeśli możesz, przyślij mi adres do La Scali...". Odpisał bardzo szybko: "Nie zapomniałem, twoje przesłuchanie będzie..." - tu data, bardzo konkretna. Niestety, moje pieniądze już się kończyły - wystarczyło mi tylko na bilet do Wenecji. Dalej do Mediolanu jechałem stopem. Jechałem z kolegą - byliśmy obaj przeświadczeni, że jeżeli jest przesłuchariie, to będziemy też mogli gdzieś zamieszkać, może w jakimś domu aktora... Niestety, po przyjeździe okazało się, że nic podobnego!! Groziło nam spanie "pod mostem"! Jednak opatrzność czuwa - jak spod ziemi wyrósł ktoś i mówi: "Ja pana znam". - Ja pana też - powiedziałem. To był Polak, bardzo dobry tenor, Grzegorz Staśkiewicz. Kiedyś spotkaliśmy się na przesłuchaniu w teatrze Roma. I Grzegorz Staśkiewicz zafundował nam wtedy hotel... Przesłuchanie wypadło zupełnie dobrze - przynajmniej tak myślałem. Kiedy pojawiły się wyniki, wyczytano cztery nazwiska - mojego nie. Schodzę na dół, gdzie miałem ubrania, żeby zabrać swoje rzeczy, kiedy przybiegła pani inspektor i mówi: - A pan dokąd? - Wracam do domu - powiedziałem. - Ależ przeszedł pan do drugiego etapu - proszę na przesłuchanie. Zaśpiewałem Mozarta, później Brahmsa - przyszedł do mnie przedstawiciel opery i powiedział: Ma pan kontrakt na cztery miesiące!!!

     Tak wygląda prawdziwy sukces?

     Byłem w siódmym niebie. Tak się zaczęło. Kontrakt przedłużono mi na sześć miesięcy, później na cztery lata. W 2001 ogłoszono konkurs na miejsca stale: przeszedłem go i od 2002 r. mam stały kontrakt w La Scali. Pamiętam bardzo dobrze swoją pierwszą solową partię na scenie La Scali - to przecież jest szczyt marzeń każdego śpiewaka. Jednak kiedy usłyszałem muzykę i wiedziałem, że za chwilę mam wchodzić... chciałem uciec! Powiedzieć, że się źle czuję, żeby ktoś mnie zastąpił. Kiedy postawiłem nogi na scenie, poczułem, że się przeistaczam. To nieprawdopodobne i wspaniałe uczucie, kiedy śpiewasz i wiesz, że to wychodzi dobrze... Poziom orkiestry, opracowania muzycznego, kostiumów, reżyserii - to w La Scali porywający profesjonalizm.

     Jednak występujesz też w Paryżu.

     Tak, tam zaproponowano mi rolę w "Carmen". To chyba moja ulubiona opera. Jako Don Jose - rola tenorowa w "Carmen" - kiedy na końcu zabijam Carmen, leżąc przy jej "trupie" czuję ciarki i utożsamiam się z tym pełnym miłości mężczyzną. "Czuję" salę pełną widzów, którzy po raz kolejny stawiają pytanie: co się właściwie stało, jak mogło dojść do tej śmierci z miłości? I razem przeżywamy to ogromne pragnienie, żeby nigdy już do tego nie doszło! Jakby ta pełna widownia robiła rozrachunek z poczuciem miłości, dbałości o drugiego człowieka, odpowiedzialności.

     Jak doszło do tego, że kilkuletni ministrant z Garwolina został znanym na świecie artystą? Czy jako cudowne dziecko śpiewałeś "od zawsze"?

     Zupełnie nie! Jednak, choć śpiewałem chętnie, to najpierw zająłem się grą na instrumentach: fortepian, później trąbka. Dołączyłem do garwolińskiej orkiestry dętej i miałem problem - graliśmy na wszystkich uroczystościach, także kościelnych i miałem dylemat: grać na trąbce czy służyć jako ministrant. Byłem już sporym chłopcem, kiedy na pieszej pielgrzymce do Częstochowy koleżanka powiedziała mi: "Andrzej, śpiewasz, jakbyś się dusił!!". Zamknąłem się na kilka dni. Ona się po pewnym czasie zorientowała, że coś chyba nie tak i powiedziała: "Chyba się nie obraziłeś?".

     No cóż, nie do końca powiedziała jak "siostra pielgrzymkowemu bratu".

     Po powrocie z pielgrzymki zacząłem się nagrywać i stwierdziłem, że ona miała rację! Trochę się dusiłem - byłem jak nieoheblowana deska... Zapisałem się na emisję głosu do Akademii Muzycznej. Pierwszych lekcji śpiewu udzieliła mi pani Kasia Zachwatowicz, ogromnie dużo się nauczyłem - i po pewnym czasie śpiewałem - jak mówiono - głosem, "który wpadał nie tylko do ucha, ale też do serca...".

     Ach, to Twoje serce! Jak na dorosłego mężczyznę, artystę La Scali, to dużo tego serca w tym, co mówisz, i w twoich wierszach.

     Rzeczywiście, jest go dużo w wierszach, które piszę, nawet staram się je eliminować - ale ono samo wraca. Czasem słyszę, jak mówi do mnie: ja jestem, nie odsuwaj mnie, ja nie jestem tylko mięśniem, który się zaciska i otwiera, ja jestem życiem, rzeczywistością, która nas zrodziła, która o nas się troszczy... Kiedyś krążąc po pchlim targu w Londynie trafiłem na zdanie umieszczone na jakimś sprzęcie: "kiedy kochasz, nie mów «Bóg jest w moim sercu», ale powiedz «jestem w sercu Boga». Był czas w moim życiu, że starałem się udawać, nie mówić o swojej religijności - ale do teraz wstydzę się tego. Wyrosłem w rodzinie katolickiej, byłem ministrantem, stałem przy ołtarzu, śpiewałem psalmy - i dziś religijność formuje moją muzykę i poezję. A z tymi wierszami to jest tak, że ja ich nie wymyślam - ja po prostu jestem jakby sekretarzem, ktoś mi je szepce, a ja tylko zapisuję. Czuję je gdzieś w środku.

     Czy to nie jest trudne: żyć wiarą występując na wielkich scenach świata, we Włoszech, Francji, Szwajcarii? Myślę, że to nie jest trudne, jeśli zdamy sobie sprawę, że On jest wszędzie, że otacza nas, ogarnia, że żyjemy w Nim. Że to On nas stworzył i dał różne dary - a mnie po prostu trafił się dobry tenor.

     Andrzej Głowienka (1968). Śpiewak, kompozytor i poeta. Absolwent Wydziału Wokalno-Aktorskiego Poznańskiej Akademii Muzycznej. Po okresie współpracy z Teatrem Wielkim w Poznaniu (1995-1996) i Parks Theater w Augsburgu (1996-1997), od września 1997 r. jest tenorem mediolańskiego Teatro alla Scala, pierwszym w historii Polakiem na stałym tam kontrakcie. W sezonach 2005-2006 oraz 2008-2009 był także etatowym pracownikiem paryskiego Radio France. Oprócz pracy w chórze operowym w Mediolanie, występuje jako solista, wykonując rozległy repertuar operowy. Swoją aktywność kompozytorską rozpoczął, pisząc muzykę do poezji Cypriana Kamila Norwida, Krzysztofa Kamila Baczyńskiego, Juliana Tuwima, Jana Lechonia, Czesława Miłosza, Wincentego Fabera i ks. Jana Twardowskiego. Już za granicą - we Włoszech - powstały miniatury fortepianowe. Jako poeta debiutował w roku 2007 tomikiem "Pięty wiatru". W przygotowaniu są tomiki "Zakochani" oraz "Błogosławiony bądź mój Panie".

Tekst pochodzi z Tygodnika

17 stycznia 2010


Gra na gitarze Gra na gitarze
Charles Kim
Gitara to instrument uniwersalny i niewrażliwy na podziały klasowe. Słychać go w salach koncertowych, przy ognisku, na rockowych festiwalach. Nieważne, że znasz zaledwie kilka chwytów — to wystarczy, by założyć własną kapelę.... » zobacz więcej


   


Wasze komentarze:
 Ola: 27.01.2011, 12:55
 ja znam tego pana i jestem oczarowana jego skromności i talentem;)
 
(1)


Autor

Treść




[ Powrót ]
 
Daj plusika:
[ Strona główna ]
 Partnerzy medialni:

O stronie... | Ogłoszenia | Konkurs | Wspomóż nas | Polityka Prywatności | Reklama | Kontakt

© 2001-2017 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej