Rozważania Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Cuda Opowiadania Perełki
Nauczyciel

     Ktoś, kto stawia nam wymagania i ocenia nas, zawsze jest w trudnym położeniu. Od dziecka buntujemy się przeciw naszym bliskim, rodzicom, gdy nakładają na nas zbyt dużo zadań, napominają, oceniają nasze postawy, a przecież robią to w środowisku przyjaznym - w domu, z miłości i troski. Poniekąd mają ułatwione zadanie. Nauczyciel robi to zawodowo. Ma przekazać wiedzę i wymagać jej przyswojenia. Ale środowisko jego pracy straszy uczniów - szkoła kojarzy się z ciągłą weryfikacją "wiedzy - niewiedzy", ocenami, przeuczeniem, stresem.

     Codzienne "MIĘDZY"

     Niełatwy los, niemal balansowanie na krawędzi, zawsze - między własnym sumieniem, odpowiedzialnością, rzetelnością, możliwościami a uczniowskimi oczekiwaniami, potrzebami, lękami i lenistwem... Między uprzedzeniami a sympatią uczniów... Sam jeden naprzeciw zbioru niepowtarzalnych jednostek, z których każda ma inne możliwości, uzdolnienia, inny zasób wiedzy i inne w niej braki... sam pośród różnorodności z zadaniem do wykonania: nauczyć, wyjaśnić, uczynić przystępnym, zainteresować. Musi znaleźć sposób, formę, by z jednej strony przekazać coś uczniowi, a z drugiej samemu nie dać się zwariować. Bo uczeń nieraz i niewdzięczny, i niesolidny, i nieszczery, i niezdolny, i całkiem "anty". "Obyś cudze dzieci uczył", straszą ci, którzy tego doświadczyli.

     Nauczyciel inwestuje - można powiedzieć - w ciemno. Nieprędko zobaczy efekty swej pracy. Dobrze wie, że ocena, którą dziś Ci wystawia, niekoniecznie odzwierciedla całokształt Twej wiedzy. To, jak będziesz przygotowany z jego przedmiotu, okaże się pod koniec roku, zweryfikuje w następnej klasie, potem na studiach i kiedyś w życiu zawodowym. On jednak nie zawsze jest tego świadkiem. A przecież świadomość, że był komuś potrzebny, jego trud nie poszedł na marne, potrzebna jest i jemu. Chciałby, by jego uczniowie poczynili postępy w nauce, by nie zmarnowali swego życia, dostali się do wybranych szkół, wykorzystali swe zdolności. I chciałby przy tym być lubiany, doceniany, a po latach pozdrawiany na ulicy przez swych byłych uczniów. Tymczasem niektórzy trwają w opozycji, często w opozycji do wiedzy w ogóle. Co więcej - główkują, jak go podejść, unieszkodliwić. Marzy im się jakiś niezawodny

     SPOSÓB NA NAUCZYCIELA.

     Poszukując go, uczeń tropi słabe strony profesora, zagaduje, przymila się, czasem robi niemiłe kawały. Byleby ten nie pytał, nie otwierał dziennika, odłożył klasówkę, powtórkę... Tymczasem jest tylko jeden niezawodny sposób na nauczyciela: SZACUNEK.

     Nie kombinowanie, cwaniactwo czy nieszczere, doraźne uśmieszki i przytakiwanie, ale właśnie szacunek dla jego osoby i pracy. To działa i sprawdza się zawsze. Nauczyciel, który wie, że klasa go poważa, nie czyha na jego pomyłki, przejęzyczenia, nie wyśmiewa za plecami jego wyglądu zewnętrznego itp. inaczej traktuje swych uczniów. Może od czasu do czasu pójść na kompromis, zrezygnować dziś z pytania, bo z jednej strony rozumie słabość uczniowską, a z drugiej wie, że skoro obiecali, że przygotują się na jutro, to dotrzymają słowa. Tylko między stronami poważnie podchodzącymi do pracy i nauki może zaistnieć jakiś korzystny układ. Oparty już nie na wzajemnych podchodach, ale wzajemnym zrozumieniu. Uczniowie, którzy pojęli tę trudną sztukę, zrobią wszystko, by okazać się słownymi, poważnymi i nie nadużyć zaufania nauczyciela. Ale to wymaga odpowiedzialności i współpracy całej klasy. Trud jest opłacalny.

     Nadarza się dobra okazja (Dzień Nauczyciela) do rozpoczęcia nowej ery w stosunkach uczeń - nauczyciel. Można zacząć od poważnych, głębokich życzeń i podziękowań np. za to, że tyle z Wami zniósł, za cierpliwość, wyrozumiałość, stawianie wymagań, cały wkład pracy, którego nie dostrzegaliście. Może trzeba niejednego profesora przeprosić: za głupie wybryki, zachowanie na jego lekcjach, lekceważenie przedmiotu... Bez pochlebstw i nieszczerości dać do zrozumienia, że w tym roku jesteście już starsi, że zmądrzeliście przez wakacje, że można na Was polegać i traktować Was poważnie. Przemyślcie to, bo warto w nauczycielu mieć sprzymierzeńca.

     Przyjrzyjcie się głębiej publikowanym obok autentycznym historiom - wspomnieniom o nauczycielach i ich postawach widzianych z perspektywy czasu. To może skłonić do ciekawej refleksji. Na koniec zaś zadaję Wam

     całkiem nieszkodliwe ZADANIE DOMOWE.

     "Bezlitosny wróg, przeciwnik, ten który jest zawsze górą, ma władzę, nadużywa jej czasem niesprawiedliwie, za dużo wymaga, źle tłumaczy" - dopisałbyś pewnie kilka linijek niepochlebnych opinii, myśląc o konkretnym nauczycielu. Ale bądź dziś wspaniałomyślny i postaraj się pomyśleć o nauczycielu w ogóle, o jego zawodzie. Zastosuj pewien trik, by być sprawiedliwym. Otóż wyobraź sobie, że nie jesteś już uczniem, że szkoła i jej problemy dawno za Tobą. Nie ma sprawdzianów, klasówek, pytania, wielogodzinnego ślęczenia nad książkami. To inni się z tym borykają. Dopiero teraz pomyśl o nauczycielu:

     - Na czym właściwie polega jego praca, czy łatwo jest przeprowadzić lekcję, zrealizować materiał i zafascynować tematem, ile trzeba przygotowań, by lekcja się udała, co to znaczy ocenić kogoś...

     - W jakich warunkach pracuje - jacy są uczniowie, jak zachowują się względem nauczycieli, jaki zasadniczo jest ich stosunek do nauki? Czy, obiektywnie patrząc, łatwo jest sprostać nauczaniu w tych warunkach? Czy można być idealnym?

     - Czy wygodny dla uczniów nauczyciel, który nie wymaga, przymyka oko na wszystko, dobrze wykonuje swą pracę i może mieć czyste sumienie, poczucie samorealizacji w pracy? Czy dobrze byś się czuł, gdyby Twoja praca nie dawała żadnych efektów, niczego nie zmieniała, była bezproduktywna? Czy więc wolno Ci oczekiwać od nauczyciela, by przestał wymagać, by nie przejmował się uczeniem, bo Tobie tak czasem wygodniej?

     - Czy Twoja opinia o niektórych nauczycielach nie jest wynikiem braku zrozumienia ich pracy lub lekceważącego stosunku do nauki w ogóle?

     Dla swojego dobrego samopoczucia i na własny użytek wystaw dziś swoim nauczycielom ocenę - kompleksową i sprawiedliwą. Jeśli oczekujesz, że nauczyciel powinien oceniać Cię w kontekście całej twoją sytuacji życiowej (wyznaczonej przez twoje zdolności, dobre - złe dni, sytuację rodzinną itp.) i Ty oceń go całościowo. Może niektórzy wypadną całkiem przystępnie... Ciekawe za co - w swej sprawiedliwości - postawilibyście nauczycielowi "jedynkę"? Tymczasem życzę wszystkim - i uczniom, i nauczycielom - dobrych ocen.

Wspomnienia...

     W szkole podstawowej - ZACHĘTA

     Pani Jadwiga C. była już starszą nauczycielką, z przedwojennym rodowodem. Niski, chropawy głos i styl bycia pozornie nie pasowały do wykonywanego zawodu. Potrafiła swobodnie usiąść na uczniowskiej ławce - co w tamtych czasach się nie zdarzało - i machając nogami rozpoczynać lekcje. A te byty niekonwencjonalne, tak jak ona, przypominały raczej pogawędki z literatury niż szkolne zajęcia. Pełno w nich było indywidualnych fascynacji nauczycielki, opowieści z przeszłości, nieprawdopodobnych, pełnych komizmu wspomnień, opowiadanych językiem dawnych czasów. Było też miejsce na naszą indywidualność - zdanie i upodobania 12- i 13-latków. Wtedy po prostu po dziecięcemu ją lubiliśmy, nie zastanawiając się właściwie za co. Może dlatego, że na jej lekcjach nie baliśmy się myśleć, wypowiedzieć, bo czuliśmy, że traktuje nas poważniej, choć przecież byliśmy dziećmi. Uczyła też inaczej niż inni, bez niewolniczego trzymania się planu, bez pośpiechu, bez "kolekcjonowania" ocen. Kiedy słuchała odpowiedzi - kiwała głową z taką uwagą, namysłem, że miało się ważenie, że dostaje się od niej order. Zadawała wiele wypracowań - można było się nauczyć pisać. Miała czasem zwyczaj wyróżniania najlepszych prac przy całej klasie - mówiąc na ich temat kilka słów. Pewnego razu oddając mi zeszyt z oceną bardzo dobrą, poprosiła o przysługę. Ona - nauczycielka - poprosiła mnie o wypożyczenie wypracowania, by pokazać innym klasom, w jakich sytuacjach dopuszczalne jest wielokrotne stosowanie powtórzenia tej samej sekwencji wyrazów. Jej zdaniem zrobiłam to doskonale. Pamiętam dobrze, że czułam się zażenowana, ale i doceniona jak nigdy dotąd przez dorosłego człowieka. Zapamiętałam jeszcze jeden moment - kiedy wpisywała mi się do pamiętnika pod koniec VIII klasy (zgodnie z panującą modą), zacytowała jakieś mądre słowa. Dziś ich nie przytoczę, ale chodziło w nich o dążenie do wielkich celów i o świadomy rozwój. W PS zamieściła dopisek, który pamiętam doskonale: "Tej, która już jest kimś..."

     Dziwne, jak jeden gest, czasem jedno zdanie mądrego człowieka, może wbić się w pamięć na całe lata... Pani Jadwiga C. z pewnością była jedną z tych nauczycielek, które potrafią podbudować poczucie wartości ucznia i zachęcić go do dalszej nauki.

     Na studiach - WYMAGANIA

     Zdawałam egzamin u wykładowcy, którego wybrałam na promotora mojej pracy magisterskiej. Ponieważ temat pracy wybrałam sobie sama, a rzecz była niełatwa, promotor był mi pomocny i szczerze życzliwy. Przed owym egzaminem inni studenci uważali, że będę miała fory - nie będzie mnie gnębił, nie chcąc oblać swej przyszłej magitrantki. Uważali, że wchodzę tylko dla formalności... Ja byłam dobrze przygotowana - nie przyszłoby mi do głowy "jechać na opinii", poza tym ambicja nie pozwoliłaby mi się skompromitować niewiedzą przed promotorem.

     To był jeden z najrzetelniejszych egzaminów, jakie zdawałam. Nie sprawdziły się przepowiadania kolegów i koleżanek, nie miałam łatwiej. Wszyscy odpowiadali na trzy pytania, ja dostałam sześć. Inni odpytywani byli ogólnie i dość pobieżnie, ją szczegółowo, z dodatkowymi podchwytliwymi pytaniami... Nie miałam czasu nawet poczuć się gnębiona bardziej niż inni. Notę końcową -celujący (a wtedy jeszcze nie było tej oceny w skali ocen!) promotor wpisywał z komentarzem: "Od Pani muszę więcej wymagać niż od innych, obydwoje musimy być pewni, że jest Pani przygotowana". To poczucie odpowiedzialności za studenta, jego wiedzę i fachowość, stawianie mobilizujących wymagań ma dla mnie większą wartość niż jakakolwiek ocena...

A.P.


     W technikum - SPRAWIEDLIWOŚĆ I FORMACJA

     Zdzisław Gajdek był średniego wzrostu, tęgi, z krótko ostrzyżonymi, kędzierzawymi włosami. Postrach klas od I - III z zajęć elektrotechniki. Potrafił w ciągu 20 minut prowadzonej przez siebie lekcji odpytać 8 uczniów.

     Jak to robił? Zwyczajnie, na hasło: "Ewakuować się" uczniowie z dwóch pierwszych ławek (siedzieliśmy po trzech w ławce) przesiadali się, a na ich miejsce nadlatywał "desant" 6 delikwentów, którzy mieli w ciągu 15 minut rozwiązać - każdy z osobna - zadanie z elektrotechniki. W tym samym czasie "psor" odpytywał dwóch następnych uczniów. Po upływie czasu było już wiadomo, kto dostał ocenę pozytywną, a komu "niedowieźli" (czyli niedostateczny). Z tego też powodu przed jego lekcjami każdy czuł respekt, ale miał pewność, że jeżeli znajdzie się w drużynie "desantu", to zostanie rzetelnie oceniony i nie będzie mógł powiedzieć, że "psor" się na niego uwziął. Był mistrzem w ocenianiu możliwości swoich uczniów, nikt nie mógł liczyć na fory, ale za to go ceniliśmy, tym bardziej że w czasie "dożynek" (pytania) dowcipkował, uśmiechał się, co nawet porażki czyniło lżejszymi.

     Andrzej Suwaj uczył języka polskiego. Zawsze schludnie ubrany i wyrażający się bardzo elegancko. Jego lekcje nigdy nie były li tylko nudnym "przerabianiem" szkolnych lektur, ale żywymi dyskusjami na temat postaw bohaterów w odniesieniu do czasów współczesnych. Trzeba dodać, że były to czasy, w których ostro rządziła komuna. Te żywe, luźne, często śmieszne, zaskakujące dyskusje kształtowały nasze życiowe postawy. Potrafiliśmy przegadać z nim wiele godzin lekcyjnych, czasem nie realizując programu szkolnego, a mimo to wynosiliśmy z nich wiedzę, mądrość i jakże ważną umiejętność słownej "szermierki". Niezapomnianym stałym punktem lekcji było odczytywanie listy obecności, podczas którego każdy z nas na dźwięk swojego nazwiska odpowiadał: "Bydle", co po staropolsku znaczy "jestem". Wywoływało to zawsze, co zrozumiałe, salwy śmiechu.

W.K.


     "ZIELONA SZKOŁA"

     Był marzec. Piękna słoneczna, zimowa pogoda. Wyjechaliśmy ze szkoły na dwutygodniowy obóz narciarski na Słowację. Taka zielona szkoła. Zapowiadało się, że będzie wspaniale. Rodzice jeszcze przed samym wyjazdem przypominali mi, bym zachowywał się godnie i nie podpadł nikomu. Właściwie nie musieli mi o tym mówić. W moich uszach ciągle brzmiał głos dyrektorki oznajmiającej, że jeszcze jeden wybryk i wylatuję ze szkoły. Byłem po tzw. ostatnim ostrzeżeniu i wiedziałem, że nie są to już żarty.

     Schronisko położone na wysokości naszego Turbacza, pełno śniegu, wspaniała atmosfera oraz to, że byłem daleko od domu i budynku szkolnego sprawiły, że zapomniałem o ostrzeżeniu rodziców. Butelka piwa wypita pierwszego dnia przemknęła nie zauważona. Nikt z nauczycieli nie zwrócił na to uwagi. Wieczorna balanga drugiego dnia także nie odbiła się żadnym echem. Początkowo wprawdzie miałem obiekcje, czy brać w niej udział, ale po kilku minutach niepokoje znik-nęły. I tym razem wszystko poszło jak z płatka. My byliśmy w miarę cicho i nauczyciele nic nie widzieli lub też nie chcieli widzieć. Zresztą, pilnowali nas sami młodzi i niedoświadczeni nauczyciele. A pani dyrektor, która także była na tym obozie, mieszkała 100 m dalej, w innym budynku. Do nas wieczorami raczej się nie zapuszczała.

     Nadszedł kolejny wieczór. Nie wiem, jak się to stało, chyba wypiłem trochę za dużo i to na pusty żołądek bo, mówiąc krótko, urwał mi się film. Koledzy postanowili odtransportować mnie do mojego pokoju. Takich rzeczy jednak cicho się robić nie da, więc sprawa się wydała.

     W jednej chwili wszyscy ucichli. Nagle obok nas pojawiła się nauczycielka. Pójdzie zawiadomić dyrekcję czy nie? - to jedno pytanie kryło się w wzroku wszystkich. Wiedzieli, że dla mnie byłby to koniec kariery w tym, bądź co bądź, dobrym ogólniaku.

     Odłożyła sprawę do następnego ranka. Oj, dłużyły mi się godziny tej nocy...

     Ranek rozpoczął się od zebrania. Padło kilka mocnych i zarazem bardzo konkretnych słów. Zgadzałem się z tym, co mówiła nasza młoda matematyczka. Było mi wstyd i trochę głupio. Ale dalej nie wiedziałem: powie dyrekcji czy nie?

     Po zebraniu przeprosiłem ją jeszcze osobiście. Skwitowała to milczeniem. Na koniec powiedziała, że nie wierzy w moje "to był naprawdę ostatni raz". Ale w duchu chyba uwierzyła, bo ze skargą nie poszła. A ja dzięki temu ukończyłem szkołę, zdałem maturę, a także sporo zrozumiałem.

Piotrek, student

Renata Komurka



   


Poczucie własnej skuteczności ucznia Poczucie własnej skuteczności ucznia
Barry J. Zimmerman, Sebastian Bonner, Robert Kovach
Jak nauczyć dzieci samodzielnego uczenia się? Jak pobudzić je do myślenia i poczucia odpowiedzialności za własne postępowanie? Jak sprawić, by zaczęły one wykorzystywać techniki samodoskonalenia? Na wszystkie te pytania szczegółowo odpowiadają autorzy książki... » zobacz więcej

Wasze komentarze:
 Balbina: 22.05.2009, 14:34
 Cieszę się, że ktoś tak samo zapamiętał prof. Gajdka jak ja. Bardzo życzliwie go wspominam. Tak samo zresztą jak prof. Sosinów.
 elde: 12.02.2009, 18:22
 Najlepiej wspominam nauczycieli z ogólniaka: pana od fizyki i panią od angielskiego. Fizyk był twardym gościem, wiedzę miał niesamowitą i takiej też wymagał. właściwie postrach całego miasta :). Cóż to byl za widok gdy któregoś razu (były mikołajki) przyszedł przebrany w stój mikołaja- od czapki poprzez brodę po buty- i jak gdyby nigdy nic zaczął na tablicy rozpisywać jakiś mega skomplikowane zadanie... A pani od angielskiego do była prawdziwa dama: Rosjanka, trochę krzywo mówiła po polsku i uczyła angielskiego. Ale nauczyła tak, że po jej lekcjach pamiętam wszystkie czasy, odmiany itp. wręcz odruchowo:)
 
(1)


Autor

Treść




[ Powrót ]
 
Daj plusika:
[ Strona główna ]
 Partnerzy medialni:

O stronie... | Ogłoszenia | Konkurs | Wspomóż nas | Polityka Prywatności | Reklama | Kontakt

© 2001-2017 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej