Kartki Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Czat Opowiadania Perełki

Teologia czy pozory?

    Słowo "teologia" powinno oznaczać głębszą wiedzę o Bogu i Bożej prawdzie. Zatem "teolog" to ten, kto zna Boga i objawienie od Niego pochodzące. Tymczasem słowa te bywają rozumiane źle i nadużywane.

     Wbrew pozorom, nie jest tak łatwo wyjaśnić, czym teologia jest i powinna być. Bierze się to najpierw stąd, że dotyczy ona nieogarnionego Boga. Ale i stąd, że każde szersze pojęcie jest trudne do dokładnego zdefiniowania. Jak określić, czym się zajmuje matematyka?

     KILKA ZNACZEŃ

     W starożytności chrześcijańskiej słowem "teologia" określano autentyczną wiedzę o Bogu, jaka jest udziałem świętych i mistyków. To znaczenie trwa w języku prawosławia, którzy ogranicza teologię do wiedzy o samym Bogu, a kwestie dotyczące działania Boga w świecie zwie "ekonomią" (zbawczą). Od średniowiecza teologia zaczęła być rozumiana jako naukowa wiedza na temat treści objawienia chrześcijańskiego zawartego w Piśmie Świętym i tradycji. Jako taka jest potrzebna Kościołowi, by jego członkowie prawidłowo o swej wierze myśleli i mówili.

     Do teologii dopisuje się jednak inne rzeczy. Religioznawcom zdarza się mówić o takich rzeczach jak "teologia buddyjska". Jest to niesłuszne, gdyż gros religii w świecie nie posiada uporządkowanego, akademickiego systemu myślowego, podobnego do teologii chrześcijańskiej. W dodatku buddyzm nie zna właściwie pojęcia Boga!

     Dość popularne jest nazywanie teologią poglądów teologicznych z jednego dzieła, nurtu czy autora: "teologia proroków" czy "teologia Lutra". Jest to dopuszczalne, aczkolwiek może rozmywać pojęcie teologii. To samo dotyczy nazywania teologią jednego, węższego sposobu jej uprawiania, czy to w sensie jakiejś metody ("teologia mistyczna"), czy specjalizacji ("teologia biblijna").

     Do rozmycia prowadzi popularna praktyka podciągania pod teologię rozmaitych dziedzin praktycznych. I tak mamy "teologię pastoralną", czyli wiedzę o duszpasterstwie, albo "teologię środków przekazu", gdy chodzi o aktywność chrześcijańską w świecie mediów. Szczęśliwie uniknęły tego prowadzone z inspiracji chrześcijańskiej studia nad rodziną. Skądinąd ciekawe, że studia te doznają dyskryminacji, gdy politologia, czyli studia nad państwem, społecznością dla człowieka wcale nie ważniejszą, są nader rozbudowane. Odzwierciedla to dzisiejszą przewagę biurokracji państwowej nad rodziną.

     NA GRANICY TEOLOGII

     Ze świata anglosaskiego przyszła do nas pewna deformacja pojęcia teologii: nazywa się nią każdą teorię na tematy pokrewne chrześcijaństwu, choćby mu przeczyła. Taka niby-teologia polega na naciąganiu wiary do wymagań ideologii współczesnych. Przykłady to "teologia wyzwolenia", "teologia feministyczna", a najbardziej "teologia śmierci Boga", które to pojęcie nawet na poziomie czysto językowym nie ma sensu. Coś jakby głoszony za komuny "centralizm demokratyczny", który istnieć przecież nie może (istnieć może centralizm z pozorami demokracji, ku czemu zresztą Polska zmierza).

     Może przy okazji wyjaśnijmy, o co chodzi w owej "teologii śmierci Boga". Idea ta wywodzi się od błyskotliwej literackiej wizji Friedricha Nietzschego z "Wiedzy radosnej". Nawiązując do Sokratesowego szukania człowieka, pokazał on szaleńca szukającego Boga z latarnią na rynku i wołającego, że Bóg umarł, że zabiliśmy go. W wizji tej i w jej rozwodnionych wersjach kryje się jedna obserwacja fałszywa i jedna prawdziwa. Fałszywa - jakoby idea Boga zależała od naszego myślenia o Nim, a prawdziwa że kultura obecna chce Boga wyeliminować. Sam Nietzsche jednak dodał pytanie: jaką gąbką można wytrzeć horyzont?...

     Niemniej jednak teologia, skoro polega na znajdywaniu prawdy w tych źródłach zawartych, musi być przekładana na język kultury obecnej, mieć zastosowanie dzisiaj, tak w życiu indywidualnym, jak społecznym. Dzisiejszy świat powinien zadawać Biblii pytania, a ona jemu. To jak najbardziej należy do teologii, także akademickiej. O znaczeniu i potrzebie tego wymiaru świadczy opór, jaki budzi. Z własnych doświadczeń wiem, wszystkie naukowe opisy treści Biblii nie wywołają takiego sprzeciwu, jak zastosowanie wniosków do jednej złej ustawy sejmowej. Trzeba jednak pamiętać, że przy takim zastosowaniu posługujemy się metodą złożoną. Stoimy jakby na dwóch nogach: treściom wiary towarzyszy przy wnioskowaniu wiedza dzisiejsza, narażona na błędy: polityczna, prawnicza, ekonomiczna, psychologiczna, pedagogiczna czy jeszcze inna. Następnie wnioski dzisiejsze nie powinny zasłaniać podstaw. Nie jest dobrze, gdy na temat nauczania Kościoła ostatniego wieku powstaje więcej prac, niż o Biblii i całej tradycji wcześniejszej.

     Innym problemem jest rozróżnienie teologii od religioznawstwa. Spotyka się bowiem zarzut, że dzisiejsza akademicka teologia jest już raczej religioznawstwem, że nie głosi wiary. Takie niebezpieczeństwo istnieje. Jednakże niezależna metoda naukowa jest w teologii konieczna. Nie ma np. rzetelnych studiów biblijnych bez słowników języków starożytnych i wiedzy okulturze antycznej (notabene takiej wiedzy przeważnie brakuje w ideologicznych próbach wspomnianych powyżej).

     Trudność leży więc raczej w ludziach niż w pracach naukowych. Część badaczy, którzy uchodzą za teologów, badają treści chrześcijaństwa od strony czysto historycznej czy społecznej; to znaczy, owszem, chcą je zrozumieć i wyjaśnić, ale nie odpowiadają na pytanie o prawdziwość zdań, jakie studiują. Powstają z tego dzieła o cudach, które pomijają kwestię, czy rzeczywiście się one zdarzyły...

     Teologia posługuje się warsztatem nauk humanistycznych i inaczej być nie może, gdyż wiedza o Bogu kryje się w słowach ludzi. Ma sens lokalizowanie teologii wśród nauk humanistycznych. Nie ma jednak teologii bez przekonania o prawdziwości treści zawartych w źródłach chrześcijaństwa. Teolog może być, a nawet powinien, także religioznawcą, filologiem, historykiem, filozofem, ale niekoniecznie odwrotnie.

     KTO JEST TEOLOGIEM...

     Na tym tle należy zadać pytanie: kto może być nazwany teologiem? Obserwujemy tu coś w rodzaju inflacji tego miana. W starożytności chrześcijańskiej teologami nazywano najpierw autorów biblijnych, a potem najwybitniejszych myślicieli łączących znajomość treści wiary z mistyką. Potem poszerzono to na wybitnych znawców teologii.

     Teologowie w tym znaczeniu uchodzili potem za świętych. Nie z tej racji jednak, że procedura kanonizacyjna wykazała ich bezgrzeszność. Rozumiejąc świętość, jak dawniej czyniono, przede wszystkim jako bliskość do Boga, w głębi i trafności pism teologicznych widziano dzieło Boże. Gdyby o świętości decydował charakter, rzymscy urzędnicy raczej nie dopuściliby do kanonizacji popędliwego św. Hieronima... Słychać dziś wyrzekania, że brakuje świętych teologów. Oczywiście, na ogół święci nie jesteśmy, potwierdzając słowa św. Pawła, że skarb wiary jest przechowywany w glinianych naczyniach, a to żebyśmy się nie przechwalali (2 Kor 4, 7). Za ów brak odpowiada jednak także błędna metoda kanonizowania. Dzieło np. o. Yvesa Congara, jako teologa w dawnych wiekach, kazałoby go uznać za świętego, bez dalszych procedur (santo subito). Dziś jednak każdy wykładowca wydziału teologicznego już jest nazywany teologiem, choćby jego prace dla poznania Boga miały minimalne znaczenie. Całkiem na wyrost zwie się też teologiem każdego absolwenta studiów teologicznych. Wielu z nich nie bada niczego, będąc raczej słuchaczami zaawansowanej katechezy. Są wręcz tacy, którzy studiują teologię z ciekawości, będąc niechętni wierze i Kościołowi.

     ...A KTO UDAJE

     Zlaicyzowane media próbują urabiać chrześcijan. Ubiegłe wieki dowiodły miernej skuteczności otwartych ateistycznych ataków na wiarę i Kościół. Zbyt dobrze widać bowiem, o co w nich chodzi.

     Nie wystarcząjuż jednak "słynni naukowcy" na setkach stron nerwowo dowodzący, że Boga nie ma. Nie wystarczą profesorowie etyki, dowodzący, że dzieci wolno zabijać (Singer, zresztą reklamiarz w typie Palikota, szkodliwy, ale niezbyt poważny). Nie wystarcza nawet laicyzacja poprzez struktury państwa, siłowa i odgórna. Lansuje się więc nową kategorię: ludzi uchodzących za teologów, którzy jednak mówią to, czego potrzebują media.

     Tacy popierają aborcję i in vitro. Potępiają księży za rzekome występki bądź obwiniają wszystkich za paru zboczeńców, którym udało się przemknąć przez seminarium. Tłumaczą, że prawdziwe chrześcijaństwo (bo to zwykłe już im nie wystarcza) wymaga dystansu do władzy kościelnej i jej wypowiedzi, usunięcia krzyży z przestrzeni publicznej (czyli każdej poza czterema ścianami), jak też katechizacji ze szkoły. Wzywają do poparcia całym sercem najnowszych ustaw powiększających władzę urzędników i obciążenia obywateli. Po drodze lżą myślących inaczej. Pouczają też Kościół, co ma czynić, aż po zalecenia profanacji rzeczy świętych (wywody, że Komunia Święta leczy, więc nie należy jej odmawiać uwikłanym w zabijanie dzieci poczętych). Krytyka jest nam potrzebna, ale nie taka!

     Jedno źródło pochodzenia takich pseudoteologów to sfrustrowani eksksięża, w swoim zarozumialstwie gotowi .do pouczania wszystkich wokół. Wprawdzie wielu kapłanów dziś odchodzi, ale zwykle zachowują się oni lojalnie wobec Kościoła. Polskie media zdołały wylansować raptem trzech (Obirek, Węcławski-Polak i Bartoś). Drugie źródło to przypadkowi, a wygadani i agresywni, choć niekoniecznie kompetentni absolwenci teologii, dla których postęp i polityczna poprawność okazały się najważniejsze (u nas np. Bem i Makowski). Ich aktywność nie tylko miesza w głowach czytelników. Utrudnia też podjęcie rzeczowej dyskusji i zmiany na lepsze. Księża, publicyści, profesorowie, biskupi nawet, którzy stwierdzą błędy w życiu Kościoła, narażeni są na wrzucenie do jednego worka z postaciami powyższego rodzaju, i na nerwowe ataki. Tymczasem przeciwnicy wolą Kościół jako zamkniętą twierdzę, niż Kościół samokrytyczny.


Michał Wojciechowski

Autor jest biblistą, świeckim profesorem teologii
na Uniwersytecie Warmińsko-Mazurskim w Olsztynie.


Tekst pochodzi z Tygodnika

26 września 2010


Essential Business English Essential Business English
Karol Siskind
"Essential Business English" pozwala opanować podstawy biznesowego języka angielskiego. Książka zawiera podstawową terminologię z wielu dziedzin.... » zobacz więcej


   


Wasze komentarze:
 Andre: 30.09.2010, 09:01
 Jezus do Św. Faustyny: Jestem święty po trzykroć i brzydzę się najmniejszym grzechem. Nie mogę kochać duszy, którą plami grzech, ale kiedy żałuje, to nie ma granicy dla Mojej hojności, jaką mam ku niej. Miłosierdzie Moje ogarnia ją i usprawiedliwia. Miłosierdziem Swoim ścigam grzeszników na wszystkich drogach ich i raduje się Serce Moje, gdy oni wracają do Mnie. Zapominam o goryczach, którymi poili Serce Moje, a cieszę się z ich powrotu. Powiedz grzesznikom, że żaden nie ujdzie ręki Mojej. Jeżeli uciekają przed miłosiernym Sercem Moim, wpadną w sprawiedliwe ręce Moje. Powiedz grzesznikom, że zawsze czekam na nich, wsłuchuję [się] w tętno ich serca, kiedy uderzy dla Mnie. Napisz, że przemawiam do nich przez wyrzuty sumienia, przez niepowodzenie i cierpienia, przez burze i pioruny, przemawiam przez głos Kościoła, a jeżeli udaremnią wszystkie łaski Moje, poczynam się gniewać na nich, zostawiając ich samym sobie i daję im czego pragną.(Dz 1728)
 walentyna: 16.09.2008, 07:18
 Dzieki ze jestes,ze sa jeszcze tacy,ktorzy z wlasnej woli cierpia za nas grzesznikow i prosza u NAJWYZSZEGO za nami. Dzieki ci PANIE BOZE ze jestes z nami.......
 magda1595: 12.09.2008, 21:45
 Jednej osobie sie tylko naprawde podobam mojemu Stwórcy....dreams....:)wiara
 Ewa: 12.09.2008, 12:27
 Wspaniałe świadectwo wiary!
 
(1)


Autor

Treść




[ Powrót ]
 
Daj plusika:
[ Strona główna ]
 Partnerzy medialni:

O stronie... | Ogłoszenia | Konkurs | Wspomóż nas | Polityka Prywatności | Reklama | Kontakt

© 2001-2017 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej