Kartki Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Czat Opowiadania Perełki
Czekając na dziecko Czekając na dziecko - prawdziwa historia walki o macierzyństwo
Katarzyna Jarosz
Pamiętnik kobiety zmagającej się z bólem niepłodności, pisany otwarcie i szczerze. Książka, w której osoby starające się o dziecko odnajdą swoje emocje i przeżycia, mając poczucie, że nie są sami ze swoim problemem i że Bóg ich poprowadzi właściwą - choć nieraz trudną i zaskakującą - drogą. To pozycja także dla osób nie mających problemu z poczęciem, pozwalająca na szersze spojrzenie na problem niepłodności. Polecamy wszystkim! » zobacz więcej

Jak nie zwiariować podczas starań o dziecko Jak nie zwiariować podczas starań o dziecko
Katarzyna Jarosz
Napisałam to wszystko, by wam powiedzieć, że nie jesteście same w tym, co przeżywacie i że to, co przechodzicie jest normalne. Ja was rozumiem. Bo po prostu jestem jedną z was... » zobacz więcej

Ta, która uchodzi za niepłodną...

     Szczęść Boże.

     Jesteśmy małżeństwem od 9 lat i do tej pory nie urodziło się w naszej rodzinie dzieciątko, pomimo tego, że od początku wyraziliśmy swoją otwartość na przyjęcie nowego życia. Nie stosowaliśmy żadnych środków antykoncepcyjnych lecz i zeszyty obserwacji odłożyliśmy głęboko na półkę oddając termin przyjścia "maleństwa" całkowicie w ręce Boga: "Boże, Ty wiesz jaki jest najlepszy termin".

     Po dwóch latach od ślubu zaczęliśmy być lekko zaniepokojeni tym stanem rzeczy i zaczęliśmy na własną rękę szukać rozwiązania naszej niepłodności. Przewinęliśmy się przez kilku ginekologów z polecenia, którzy bezskutecznie stosując różne im znane środki (łącznie z przepisaniem środków antykoncepcyjnych i próbą zajścia w ciążę z odstawienia) nie potrafili sobie poradzić z naszym "przypadkiem". Przez poronienie straciliśmy dwójkę dzieci - nasza desperacja zaczęła sięgać zenitu. Co miesiąc chodziło za nami pytanie - dlaczego nie my jesteśmy w ciąży?

     Trzy lata temu we wrześniu postanowiliśmy się udać do kliniki leczenia niepłodności mieszczącej się w Gdańsku, która w swojej bogatej ofercie miała również metodę In vitro. W rejestracji zaznaczyliśmy, że chcemy zarejestrować się do lekarza który leczy niepłodność, a nie tylko kieruje na "In vitro". Ponieważ mieliśmy świadomość, że In vitro nie jest metodą leczenia niepłodności.

     Wrzesień upłynął nam na wykonywaniu szczegółowych badań, oczywiście wyniki z innych klinik były niemiarodajne i trzeba było wykonać nowe. To już wprowadziło pewien niepokój w nasze serca, bowiem ważne dla tego lekarza były tylko wyniki wykonane w tej klinice co wiązało się z dodatkowymi kosztami. Niestety żadnych z nich nie udało nam się zrealizować na Narodowy Fundusz Zdrowia - bardzo nadszarpnęło nasz skromny budżet domowy. Wyniki laboratoryjne, ku naszemu zdumieniu, wyszły porównywalne z posiadanymi przez nas wynikami zrobionymi trzy miesiące wcześniej. Jak sprawdziliśmy na forum internetowym Nasz Bocian badania, którym byliśmy poddawani pasowały do badań wstępnych potrzebnych do przeprowadzenia zabiegu In-vitro - przypadek? - może. Niepokój rodził się co raz większy, zaufanie do lekarza wisiało na włosku, jednakże zaparliśmy się siebie i pomyśleliśmy, że widocznie Pan Bóg ma Swój plan byśmy tą drogą szli. Równolegle klęknęliśmy do modlitwy oddaliśmy to leczenie Panu i prosiliśmy by to On kierował nami, poprosiliśmy o modlitwę również naszych przyjaciół, którzy towarzyszyli nam w naszych zmaganiach.

     I zaczęło się "leczenie właściwe". Na wstępie kontrola USG wykazała, że mam torbiel (o tym to akurat wiedzieliśmy po USG w lipcu w innej klinice). Pan doktor stwierdził, że nie powinna przeszkadzać w zajściu w ciążę, według niego konieczne było wykonanie badania na agresywność śluzu oraz badanie nasienia męża - upokarzające badanie, lecz czego się nie robi dla upragnionego celu. Na kolejnej wizycie poprosiliśmy lekarza (aby mieć absolutną pewność), żeby zaznaczył w naszej karcie, że jesteśmy przeciwni "In vitro", że jesteśmy za życiem. Na pytanie doktora dlaczego, przecież to bardzo nowoczesna metoda z coraz większą skutecznością odpowiedzieliśmy, że nie jest to przecież metoda leczenia, tylko zapłodnienia, że jest instrukcja Kongregacji Nauki Wiary "Donum vitae", encyklika "Humanie vitae", itd. , na co doktor: no tak, ale to tylko z punktu widzenia wiary… na co my: tak i prosimy aby naszą wiarę uszanowano. Lekarz powiedział że wykorzysta wszystkie znane metody, ale jak zawiodą to co? Powiedzieliśmy, że wtedy pozostanie nam jeszcze adopcja, która jest inną formą rodzicielstwa. Lekarz przy każdej następnej wizycie niby to mimochodem podejmował temat "In vitro", pokazywał artykuły dr Szamatowicza w tym temacie, my zaś w odpowiedzi daliśmy mu do przeczytania opinię prof. Bogdana Chazana i prof. Fijałkowskiego, na co dość zirytowany powiedział, że skoro jesteśmy tak wierzący to powinniśmy wiedzieć, że przecież Sara też zaszła z ingerencją, my na to, że oczywiście ale z Bożą a nie lekarską.

     W między czasie byłam na kontroli po zabiegu kolposkopii u innej pani dr w tej samej klinice i zamiast siedzieć u niej 15 min. wyszłam po 1,5 godziny. Związane to było z tym, że w tej klinice mają karty elektroniczne i wchodząc na wstępie pani dr do mnie: pani jest przeciw, a ja mam synka z In vitro, no i zaczęło się... znowu dyskusja na argumenty ..i na koniec nawet przyznała mi rację, że wspomagany rozród z In vitro jest faktycznie nie moralny, ale ona i tak jest szczęśliwa, że jej się udało. Wyznała, że nawet proboszcz podczas kolędy sugerował jej żeby w końcu pojednała się z Bogiem, ale ona chce mieć jeszcze jedno dziecko i może wtedy.., ja się zapytałam: a co na to pani mąż? Odpowiedziała, że nie ma męża- jest rozwiedziona i dziecko wychowuje sama. Pozostawiam to bez komentarza.

     Wracając do leczenia to pan dr do grudnia poddawał nas różnym badaniom i gdzieś pod koniec listopada stwierdził, że nasz "przypadek" idealnie nadaje się do zapłodnienia pozaustrojowego, bo tylko takie da efekt. W tym miejscu trzeba nadmienić, że dr na początku gdy dowiedział się o dwóch poronieniach zakazał nam współżycia w dni płodne , aż do momentu gdy nas dokładnie nie zdiagnozuje, gdyż trzecie poronienie spowodowało by znaczne komplikacje w leczeniu (znając metodę wieloobiawową ograniczyliśmy się do współżycia w dni niepłodne - chcieliśmy być odpowiedzialni - w późniejszym czasie dowiedzieliśmy się z Internetu, że po trzecim poronieniu wszystkie badania związane z leczeniem niepłodności mielibyśmy refundowane przez NFZ - czy o to doktorowi chodziło?).

     Tu już na każdym kroku go sprawdzaliśmy - stracił nasze zaufanie. Ja miałam co raz większą depresję, smutek bezsilności rozdzierał nasze serca, chcieliśmy zrezygnować z czegoś czego nie można było nazwać leczeniem tylko szeroko zakrojoną i bardzo kosztowną diagnostyką. W poczekalni kliniki często spotykaliśmy pary z podobnymi problemami jak my, jednakże niektóre poddały się zabiegowi In vitro - bezskutecznie. Dziewczyny mówiły o upokorzeniu, o bezsensowności prowadzenia, o tym że czują się wykorzystane psychicznie i obnażone z godności. Zrozumieliśmy wtedy, że gdy straci się z horyzontu Boga i chęć posiadania dziecka zwycięży to człowiek zaczyna tkwić w beznadzieji. Na kolejnej wizycie już zniecierpliwieni poprawnymi wynikami badań i brakiem sensownej propozycji ze strony pana doktora zasugerowaliśmy, że w końcu może spróbowalibyśmy zajść w ciąże bo przecież jeszcze tego nie próbowaliśmy. Pan dr się do tego przychylił, ale zasugerował kontrolę dwa razy w tygodniu i podawanie odpowiednich leków w poszczególnych dniach cyklu. Po pierwszym "nieudanym" cyklu zasugerował, że trzeba zrobić badania genetyczne, ale tego już nie zdecydowaliśmy się zrobić (finansowo i moralnie byliśmy wykończeni) i poprosiliśmy o epikryzę celem okazania jej w ośrodku adopcyjnym. Słowa te dotknęły pana dr bardzo i z wydobyciem epikryzy mieliśmy duże komplikacje, zaś na samej epikryzie napisał, że "zapoznano pacjentów ze współczesnymi metodami leczenia niepłodności - In vitro".

     Tak właśnie w naszym odczuciu działają kliniki "leczenia niepłodności". Nie leczą tylko przygotowują pacjentów do niemoralnego i nie mającego nic wspólnego z leczeniem zabiegu In vitro. Lekarz podczas jednej z wizyt powiedział, że stanu w jakim znajduje się kobieta nosząca pod swoim sercem dziecko w wyniku zabiegu In vitro nie możemy nazwać jednoznacznie ciążą, gdyż jej organizm przez cały czas, aż do porodu walczy z "intruzem", więc należy podawać kobiecie leki które będą ten proces hamować. Lekami kobieta walczy z własnym układem obronnym. Każda kobieta kocha swoje dziecko od urodzenia, zaś my chcielibyśmy pokochać nasze dziecko od samego początku jego istnienia. Nie możemy sobie wyobrazić, że nasze dziecko miałoby powstać "na szkle" rękami lekarza, a nie podczas aktu okazywania sobie miłości przez swoich rodziców. Miałoby być wyselekcjonowane oczami uznającego się za "boga" lekarza spośród kilku-kilkunastu dzieciaczków powstałych w ten sam sposób. Co byśmy mu później powiedzieli: żyjesz bo lekarz tak chciał, abyś mógł żyć twoje rodzeństwo musiało zostać zlikwidowane bądź zamrożone? Ty to masz szczęście! Jak to piszę to aż ciarki mi przechodzą. A co z żoną: najpierw wymuszone "wielojajeczkowanie" - kobiecie jest podawana wielokrotnie większa dawka hormonów w celu pobudzenia organizmu do wzmożonej produkcji komórek jajowych, później "ciąża", której jej organizm nie chce bo do mózgu nie poszedł impuls że było współżycie i doszło do poczęcia człowieka tylko pojawił się dla organizmu intruz, jakiś drobnoustrój, którego system obronny kobiety stawia sobie za zadanie zwalczyć (psychicznie można się wykończyć - udowodniono, że wśród par, które zdecydowały się na In vitro niezależnie od "efektu" notuje się duży odsetek rozwodów). Cierpi domowy budżet, gdyż metoda jest bardzo droga (to może za sprawą tego rządu ma się zmienić), cierpi morale rodziny, a na koniec sumienie, bo co zrobić z "dziećmi" które nie miały tyle szczęścia? A co zrobić gdy dokonano implantacji dwóch zarodków - który wybrać?

     Będąc na rekolekcjach oazowych jeden z księży podczas konferencji uświadomił nam, że podczas zawierania przysięgi małżeńskiej nie ślubuje się, że się urodzi dziecko tylko, odpowiada się twierdząco na pytanie celebransa "Tak, chcę przyjąć i po katolicku wychować potomstwo jakim nas Bóg obdarzy". Te słowa kiełkowały w nas powoli, a Bóg pokazywał jaka jest Jego wola względem nas. Posłał nas nawet na rekolekcje gdzie jako jedyni z 17 rodzin mieszkaliśmy u górali, którzy, adoptowali dzieci. W momencie gdy te słowa w nas dojrzały - my dorośliśmy do innej formy rodzicielstwa jaką jest adopcja i złożyliśmy dokumenty do ośrodka adopcyjnego. Zrozumieliśmy, że rodzina katolicka jest powołana do tego by przyjąć i po katolicku wychować potomstwo, a nie do tego by posiadać dziecko jako zaspokojenie swych egoistycznych konsumpycjnych potrzeb.

     Pozostawało pytanie dlaczego my właśnie mieliśmy doświadczyć tego, dlaczego mieliśmy przeżyć te wszystkie doświadczenia - dla jeszcze większej chwały Bożej, bo teraz się dzielimy z innymi, bo teraz będąc nauczycielami naturalnego planowania rodziny my mamy obowiązek przypominać o godności człowieka, o prawie kobiety i mężczyzny do tego by ich dziecko poczęło się w godnych warunkach i o tym że Pan Bóg ma dla nas Swój najlepszy plan, nie zawsze zgodny z naszą wolą, ale gdy zdamy się na wolę Bożą - Pan pobłogosławi.

     My po dziewięciu latach małżeństwa mamy jedno dzieciątko narodzone "z serduszka" i nie przestajemy modlić się i starać o takie "z brzuszka".

     Szczęść Boże


Asia i Andrzej
z Gdyni 29.12.2008r.



     Ps: W szóstym miesiącu ciąży jest obecnie ta, która uchodzi za niepłodną... Duch Święty wieje kędy chce... Amen


12.05.2009




Pomoc dla niepłodnych małżeństw
(Duszpasterstwo niepłodnych małzeństw)

     Serdecznie zapraszamy małżeństwa mające problem z poczęciem dziecka na Msze święte w tej intencji, które będą odprawiane w każdą drugą niedzielę miesiąca o godz. 1500 w kościele księży Marianów p. w. Matki Bożej z Lourdes w Warszawie przy ul. Wileńskiej 69 (wejście od ul. Równej)

     Najbliższa Msza święta 13.3.2016 o godz. 15.00 przy kościele księży Marianów p. w. Matki Bożej z Lourdes w Warszawie przy ul. Wileńskiej 69 (wejście od ul. Równej). Po Mszy krótka adoracja w Kaplicy Krzyża, następnie spotkanie w salce na 2. piętrze.

     Nasza wspólnota:
     ks. Łukasz Mazurek MIC - duszpasterz wspólnoty
     oraz grupa małżeństw...

     strona: www.pragniemypotomstwa.pl
     e-mail: duszpasterstwa: duszpasterstwo.praga@gmail.com


Jak nie zwiariować podczas starań o dziecko Jak nie zwiariować podczas starań o dziecko
Katarzyna Jarosz
Napisałam to wszystko, by wam powiedzieć, że nie jesteście same w tym, co przeżywacie i że to, co przechodzicie jest normalne. Ja was rozumiem. Bo po prostu jestem jedną z was... » zobacz więcej


Czekając na dziecko Czekając na dziecko
Katarzyna Jarosz
Katarzyna Jarosz jest mężatką od 2004 r. Wraz z mężem, Tomaszem, prowadzi portal katolicki www.adonai.pl; od 2008 r. współtworzy warszawskie Duszpasterstwo Niepłodnych Małżeństw. Od 1,5 roku jest matką adopcyjną Michałka... » zobacz więcej

Wasze komentarze:
 ela: 03.01.2011, 23:55
 Do komentarza Ewy. Tak może napisać tylko ktoś,kto nie był w ciąży. Nie pamięta się dobrze uczuć z okresu ciąży po narodzeniu dziecka, a poza tym ktoś kto urodzi nie widzi różnicy między dzieciątkiem biologicznym a adoptowanym. Takie mam odczucia patrząc na swojego biologicznego synka.
 Jacek: 04.11.2010, 07:50
 Dziękuję za świadectwo. www.contrainvitro.pl
 Iwona: 03.08.2009, 20:20
 Wspaniałe słowa, jestem z podlaskiego leczę się w klinice naprotechnologii, owszem badania i wizyty są drogie, ale myślę ze się uda po sześciu latach walki o dziecko,przeszłam też wiele i jestem przeciwko in vitro.A Pan Bóg wysłucha trzeba tylko wiary i siły chociaż czasami jest bardzo ciężko.Pozdrawiam z Podlasia.
 ewa: 02.08.2009, 10:57
 Problem w tym, ze nie każdy odnajduje adopcję Poza tym adopcja nie jest lekiem na całe zło A serce i tak po adopcji krwawi, bo nie da sie tego porównać z dzieckiem które jest w tobie prze okres ciąży
 Anna: 01.08.2009, 12:17
 Wspaniałe świadectwo!Znam nawet tą klinikę w Gdańsku,tam wszystkich się namawia do tego aby zgodzić się na zapłodnienie IV... :-/ Mam wielką nadzieję,że kiedyś otworzą klinikę Napro gdzieś na pomorzu. Pozdrawiam gorąco!
 Mela: 01.08.2009, 09:02
 DZIEKUJE WAM. Dziekuje. Wasze Swiadectwo napelniło moje serce przekonaniem, ze trzeba oddac Bogu kazda sprawe zycia. Od tych najmniejszych i pozornie najmniej waznych do tych najwazniejszych. Nie ma dla Niego niewaznych spraw, jesli dotycza Jego Dzieci. Bog zaplac. Niech Was Pan obdarzy radoscia, pokojem serca, sila ducha... i niech sie dzieciatka chowaja zdrowo :)
 
(1)


Autor

Treść


Uwaga: Komentarze promujące Naprotechnologie nie będą zamieszczane


[ Powrót ]
[ Strona główna ]
 Partnerzy medialni:

O stronie... | Ogłoszenia | Konkurs | Wspomóż nas | Polityka Prywatności | Reklama | Kontakt

© 2001-2017 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej