Kartki Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Czat Opowiadania Perełki
Sen o nadziei

     Byłem w szarości. Znajdowałem się w jakimś gigantycznym budynku. Szedłem przez popielate korytarze. Przerażająco obszerne i ciągnące się bez końca. Po jednej stronie okna niosły trupie światło przez ogromne zmatowiałe szyby. Po drugiej strome korytarza w głębokich odrzwiach tkwiły szare drzwi prowadzące do poszczególnych pokojów. W każdych z drzwi znajdowały się okrągłe wizjery - duże, szare, zamknięte. Na korytarzu nie było nikogo. A ja szedłem chcąc kogoś spotkać. I wciąż na nikogo nie natrafiałem. Równocześnie wiedziałem, że w tych pokojach są ludzie. W każdym jeden. Zastraszeni, nieprzyjaźni, czekający na to, żebym wreszcie przeszedł, żebym przypadkiem nie usiłował do nich zapukać i wejść. Chociaż ja nie chciałem do nich wchodzić. Czułem ich niechęć. Widziałem w głębi pokojów poprzez drzwi na wpół przeźroczyste ich szare postacie, ich szare czaszki poddane do przodu, ich oczy wpatrzone we mnie spode łba. Nie, takich ludzi nie chciałem spotkać. Chciałem spotkać jakiegoś normalnego, zwyczajnego człowieka. Nawet niekoniecznie znajomego. Kogokolwiek. Poczucie mojej samotności było zupełnie nie do zniesienia. Zdawało mi się, że nie wytrzymam tego stanu, że skonam. Chociaż wiedziałem, że skonać nie mogę. Wobec tego wciąż szedłem uparcie, żeby kogoś spotkać. Nie. Słowo "szedłem" jest niewłaściwe. Posuwałem się. Krok nie dźwięczal po popielatej podłodze. Ja też byłem szary. W jakimś szarym okryciu. Moje ręce były szare. I moja twarz chyba też. Czyżbym ja miał również taką wystraszoną, nieszczęsną twarz jak tamci ludzie. Wciąż szedłem - snułem się naprzód, bo nie mogłem wytrzymać tego osamotnienia. Mówię "osamotnienia" - choć to było uczucie dla mnie zupełnie nowe, jakiego nigdy dotąd nie doświadczałem w moim życiu. To było coś takiego jak kiedyś, gdy odjeżdżałem na studia z mojego miasta do innego, zupełnie mi obcego. To było coś takiego jak kiedyś w czasie moich długoletnich pobytów za granicą. Wtedy miałem poczucie, że tracę przyjaciół i kolegów, że jest to odłączenie się od mojego najbliższego środowiska zupełnie fizyczne, jak krajanie nożem. Za każdym razem mój wyjazd nazywałem - po cichu, dla siebie, żeby nie okazać się śmiesznym przed innymi - częściową śmiercią. Tak, ale tu tkwiła istotna różnica. Wtedy kiedyś, przed laty, wiedziałem, że moich najbliższych odzyskam, gdy wrócę. Że mogę próbować nawiązać przerwane nici, że jestem w stanie zapobiegać ich zerwaniu już teraz, gdy napiszę, zatelefonuję. Mogłem być pewny, że od nich otrzymam jakiś znak naszej jedności. Teraz wiedziałem, że tak nie jest. Że utraciłem ich wszystkich bezpowrotnie. I dlatego to obecne moje osamotnienie było nieporównywalne z żadnym z tamtych poprzednich. Szedłem i umierałem z rozpaczy.

     Nagle zobaczyłem szary tłum. Ciągnął chodnikiem Ulicznym wśród zabudowań miasta, do którego należało moje gmaszysko. Miasto było takie samo jak mój korytarz: szare. I zdawałoby się, że to, na co czekałem, spełniło się. Że wreszcie napotkałem ludzi. Ale nic bardziej błędnego. Byli mi zupełnie obcy. Nic mnie z nimi nie łączyło. To była ta sama kategoria istot, które siedziały w tamtym budynku z obszernymi korytarzami. To był obcy, niechętny, popielaty tłum, który posuwał się wcale mnie nie dostrzegając. Oni również nie widzieli siebie nawzajem. Albo chyba raczej: nie chcieli się widzieć. To były istoty zupełnie sobie obce. Chociaż był to ciąg lity, zwarty postaci, jakby sklejona masa. Może przez to tak trudno było mi je nazywać ludźmi. Byli jak ślimaki zamknięci w skorupach swoich myśli i przeżyć. Nie chcieli czy nie umieli z nich wyjść. Poczucie pustki jeszcze bardziej się we mnie nasiliło: bo przecież spotkałem ludzi, istoty podobne do mnie samego, które nie przyniosły mi nic poza jeszcze głębszym pragnieniem obecności człowieka. Nagle spostrzegłem wśród nich żywy kolor - pomarańczowy, niebieski. Szła wśród nich dziewczyna. A właściwie szła przez nich. Jakby dla niej był ten tłum mgłą. Nikt z tłumu nie zauważył jej. Jeszcze nie wiedziałem, do kogo ona idzie. Do mnie czy nie do mnie. Ale tak, do mnie. Wyraźnie rozglądała się za mną, szukała. mnie. Powinienem do niej podbiec, podejść. Tymczasem stałem i patrzyłem z utęsknieniem. Nie mogłem zbliżyć się. Ona mnie nie widziała. A tak chciałem, żeby mnie spostrzegła. Chyba mnie nie wyróżniała z całej szarości krajobrazu. Bo przecież też byłem popielaty jak ten cały świat, w którym tkwiłem. Ale chyba domyślała się, że jestem w jej pobliżu, wyczuwała mnie - moją obecność. Coś mówiła ze swej oddali do mnie. I ja mówiłem do niej. Chciałem mówić. Otwierałem moje popielate usta, ale one nie były w stanie wydać jakiegokolwiek głosu. Wobec tego machałem moimi ramionami - skrzydłami wiatraka. Ale bezskutecznie. Odeszła nagle, jak się pojawiła. Chciałem iść za nią w ten kolorowy, szczęśliwy świat, który ze sobą na moment przyniosła. Zacząłem się posuwać w stronę, gdzie znikła. Ale oblepiał mnie szary tłum, utrudniał mi każdy ruch i przeszkadzał swoją bezwładną masą.

     Obudziłem się nagle. Chyba nie krzyczałem, choć w pierwszej chwili tak mi się zdawało. Chciałem krzyczeć, bo wciąż tkwiłem w szarości. Nie mogłem się uwolnić od niej. Otaczała mnie całego. Byłem nią - lepkością, wydrążoną pustką, rozpadliną, zbutwiałością. Z największym trudem wracałem do przytomności. Czerń nocy powitałem z ulgą. Ale wciąż we mnie trwało przerażenie. Już byłem całkiem przytomny. Już wiedziałem, że żyję, gdzie jestem, która godzina, jaki dzień miesiąca. Włączyłem radio - przyrząd, jaki ludzkość wymyśliła, by człowiek nie czuł się samotny. Zaświeciłem światło. Z zachłannością wpatrywałem się w ściany, w sufit, w sprzęty upewniając się, że są bardziej realne niż to, gdzie byłem przed chwilą. Ale i tak nie mogłem się uwolnić od prawdziwości tego snu. Wiedziałem natychmiast, że ja byłem w czyśćcu. Usiłowałem sobie przywołać przed oczy tę postać dziewczyny, żeby rozpoznać, kto to był. Ale nic z tego. Stała za daleko. Jej twarz ledwo mi majaczyła. Zastanawiałem się nad tym, skąd do mnie przyszła: z ziemi czy z nieba. Pytałem się siebie, dlaczego taki czyściec jest dla mnie przeznaczony. Bałem się, że wróci tamten sen. Zresztą spać mi się nie chciało. Słuchałem muzyki, ale ze szczególną satysfakcją wiadomości bieżących. O tym, co się gdzie dzieje w moim kraju i na świecie, i jakie to wszystko jest bardzo ważne. Wreszcie zasnąłem.

     Szedłem z kolegą ze szkoły licealnej a potem ze szkoły inżynieryjnej przez wyludnione miasto. Miałem świadomość, że opuściłem tamten szary budynek. Miasto było rOzświecone rozproszonym światłem, niebo pokryte białą mgłą. Tak wygląda Rzym i niebo rzymskie, gdy wieje sirocco. I było tak samo jak tam duszno. Ulice i kamienice miały kolor piasku. Rzucały czarne cienie. Biało-czarne miasto. I my obaj byliśmy ubrani w biało-czame ubrania, ciężkie, sztywne, parzące i niezgrabne. Nigdy nie przyjaźniliśmy się specjalnie ze sobą, toteż nawet zdziwiłem się, gdy go zobaczyłem obok siebie. Pamiętałem teraz wyraźnie, że on, choć chodził do szkoły budowy maszyn, to właściwie zawsze chciał być aktorem. Wszystkie przedmioty techniczne niewiele go obchodziły. "Znał się na filmach". Robił sobie nagminnie zdjęcia we wszystkich możliwych pozach i bardzo dbał o swój wygląd, o włosy i o ubranie. Występowanie w filmach było to jego marzenie wciąż nie spełniane. Zresztą miałem zawsze grube wątpliwości, czy on byłby dobrym aktorem. Teraz szliśmy szybko pustymi ulicami i chcieliśmy to miasto opuścić jak najprędzej. Wiedzieliśmy, że dlatego jest tak pusto, że wszyscy poszli na jakieś wspólne zebranie czy zajęcie. Ale myśmy gardzili nimi, nie mieliśmy wcale zamiaru być z nimi, a tym bardziej na jakimś wspólnym spotkaniu. Czuliśmy się kimś lepszym od nich. Nie mieliśmy zamiaru nawiązywać z nimi kontaktu. Byliśmy rozpędzeni i zadowoleni z siebie. Cieszyliśmy się bardzo, że jesteśmy razem, że nie jesteśmy bezbronnymi jednostkami, że stanowimy jakąś biologiczną siłę. Ale to była czysto zewnętrzna radość. Bo przecież nic nas ze sobą nie łączyło jak tylko to, że chcieliśmy opuścić to nudne miasto. Tylko wciąż nie mogliśmy natrafić na wyjście. Miotaliśmy się po wąskich ulicach, otwartych pustych placach. Jakby w jakimś amoku, klaustrofobii: wyjść. Za wszelką cenę wyjść. Chociaż byłem pewien, że tuż za bramami miasta nie ma nic: przeraźliwa pustka, że nie ma dokąd iść. Miałem jakieś niczym nie uzasadnione przekonanie, że z tego miasta nie wychodzi się przez bramy ale w górę, tylko jeszcze nie wyobrażałem sobie, jak to jest możliwe. Chcieliśmy jak najszybciej opuścić to miasto. Wiedzieliśmy, że natrafimy na wyjście i tam będą nas sprawdzać i byliśmy bardzo niepewni, czy nas przepuszczą. Już widziałem czarnych strażników stojących kordonem zamykającym ulicę. Byłem przekonany, że oni nas zatrzymają i nie wypuszczą, że nas zawrócą do tych ludzi, którymi gardziliśmy, że każą nam mieszkać w tym biało-czamym obcym mieście wraz z obcymi nam ludźmi. Potem przypłynęły inne sny, które natychmiast po obudzeniu się, zapomniałem. TEN pamiętałem w każdym szczególe. Żałowałem tylko, że był taki krótki, że nie miał pointy. 1 Dzień przeszedł jak zwyczajnie. Zwyczajne ubieranie się, zwyczajne posiłki, zwyczajne zajęcia. Miałem w którymś momencie ochotę zadzwonić do tego kolegi ze snu. Dawno się z nim nie widziałem. Chciałem z nim zamienić choćby kilka słów. Ale zrezygnowałem. Wreszcie przyszła noc. Śnił mi się dalszy ciąg MOJEGO snu.

     To mi się dotąd zdarzyło może dwa razy, że śniłem dalszy ciąg snu 2 dnia poprzedniego.

     Byłem na jakimś chyba boisku, chyba w parku miejskim, z grupą ludzi ubranych w granatowe dresy. Stanowiliśmy wąż zamykający się w jakimś gigantycznym kole. Spleceni ramionami wykonywaliśmy ćwiczenie bardzo proste. Jeden drugiego miał dźwigać do góry. A więc każdy z nas sam dźwigał i równocześnie był dźwigany. Panowała tu inna niż na ziemi siła przyciągania. Najsłabsze nawet odbicie się od ziemi dawało wyraźne efekty. Unosiliśmy się z lekkością puchu wysoko w górę, a potem łagodnie opadaliśmy w dół. Wąż falował nieustannie podnosząc się i opadając. Wszyscy byliśmy zmęczeni, utrudzeni. Z jednej strony ramię moje silnym chwytem było złączone z ramieniem jakiejś obcej kobiety. Brunetka w średnim wieku z bladą twarzą wykrzywioną cierpieniem. Po prawej stronie jakiś stary człowiek oczekujący tak jak ona mojej pomocy. W chwili, gdy byłem na ziemi, miałem nadzieję, że gdy dobrze się odbiję, to ulecę w górę. Ale gdy tak szybowałem wraz z moimi najbliższymi towarzyszami, w którymś momencie czuliśmy, jak zatrzymuje nas i ściąga ciężar tych, którzy opadają w dół. Zdawało mi się, że gdybyśmy zgrali nasze wysiłki i całe koło w tym samym momencie odbito się od ziemi, to udałoby nam się wzlecieć. Ale jak na razie, krąg nasz falował beznadziejnie. Zdawało mi się, że gdybym był sam, wzniósłbym się z łatwością. Gdyby nie trzymano mnie za ramiona z obu stron. Ale to było niemożliwe. Tylko razem mogliśmy się wznieść w górę. Więc zjednoczeni uściskiem ramion trudziliśmy się wspólnie aż do utraty tchu. Obudziłem się spocony, umęczony, rozkołysany, falujący. Zasnąłem po małej chwili, ale ten sen już nie powrócił. ,P>      Teraz czekałem na ciąg dalszy. Byłem pewien, że następnej nocy będzie mi się śniło znowu o czyśćcu. I chciałem tego. Ale nie. Ani następnej, ani kolejnej. Wobec tego usiłowałem sprowokować ten MÓJ sen. Przypominałem sobie poprzednie odcinki i próbowałem zasnąć z pamięcią o nich. Ale nic nie pomagało. Budziłem się jak to zwyczajnie, nie pamiętając o niczym, co śniłem - ot, jakieś nieważne sprawy. Aż wreszcie, gdy już straciłem nadzieję, nadszedł sen z mojej czyśćcowej serii.

     Znajduję się na stromym brzegu jeziora. Jest późny wieczór, prawie noc. Tuż za mną czarna tafla, która straszy. Bo to nie woda tylko czarna maź, w którą nie chcę już wpaść. Jestem nią zmoczony. Śmierdzi zgnilizną, gnijącymi roślinami. Brzeg pokrywa warstwa czarnych stworzeń. One co dopiero zostały wyrzucone z jeziora. Wyglądają jak biskuity, ale są czarne, lśniące, nieruchome, leżą jedno obok drugiego, tak że nie mam gdzie nogi postawić. Boję się, że się poślizgnę i wpadnę w nie. Mam obrzydzenie przed każdym kolejnym krokiem, kiedy but mój w nich grzęźnie. Gdzieś w górze bieleje krawędź brzegu. Widzę w ciemności - bardziej wyczuwam niż widzę - wyciągnięte ręce kogoś ubranego w niebieskość i pomarańcz. Ręce, które chcą mi dopomóc i wydobyć mnie z tego dołu. I choć one daleko, są jedynym prawie argumentem dla mnie, jedyną zachętą, by wbrew obrzydzeniu, które wywołuje we mnie mdłości, brnąć w górę.

     Nagle znalazłem się w jakimś bardzo wysokim, nie wykończonym wieżowcu. Stałem na jakiejś kondygnacji schodów wiodącej w pustkę. Nie było poręczy, żadnego zabezpieczenia. Z boku brakowało fragmentów ścian. Pode mną ziała przepaść. Ten budynek to byłem ja. I ja stałem na betonowej półce i chciałem znaleźć się na ziemi. Nie tylko chciałem ale musiałem, bo trzeba było przystąpić do wykańczania wszystkiego, czego brakowało w tym kolosie. Zdawało mi się, że jest to zupełnie niewykonalne. Ale na razie nie było jak zejść. Przylepiony do kolejnej ściany, do której przeskoczyłem, rozglądałem się beznadziejnie, szukając następnego punktu, by zejść niżej. Z rozpaczą nie dostrzegałem nic takiego. Zewsząd zionęła przepaść. Prześladowało mnie pytanie, po co zbudowałem takiego giganta, którego nie jestem w stanie wykończyć.

     Niespodziewanie zobaczyłem cudowną, olbrzymią katedrę. Znadowała się na skraju mojego miasta -miasta, w którym z taką niechęcią ciągle mieszkałem. Przypominała Notre Damę w Paryżu. Miało się w niej odbyć za chwilę jakieś wspaniałe misterium. I ja miałem w nim uczestniczyć w jakiejś ważnej roli. Ludzie wciąż jeszcze ciągnęli, choć katedra była prawie całkowicie już wypełniona. Wiedziałem, że muszę przyjść na czas. Ale przy bocznym wejściu zatrzymały mnie czekolady z nadzieniem marcepanowy in. Leżały przygotowane dla mnie od razu do zjedzenia. Wiedziałem, że nie ma już na to czasu, ze powinienem już iść, bo nie zdążę, bo się spóźnię, ale nie mogłem się od nich oderwać. Były bardzo dobre. Jadłem zachłannie, łapczywie, miałem pełne usta tej czekolady, rękami odwijalem następną. Równocześnie byłem absolutnie świadomy, że upływają sekundy, minuty i spóźnię się. Przepadnie okazja, która mi jest dana. Ale nie mogłem się oderwać od jedzenia. Przełykałem całymi kawałami i gardziłem sobą, że dla takiego głupstwa przepada mi jedyna w życiu szansa.

     Za moment byłem w moim mieszkaniu umieszczonym w pobliżu jednej z wież katedry. Siedziałem w porcelanowej wannie w ciepłej wodzie, w luksusowym wnętrzu obszernej łazienki. Byłem rozgrzany, przyjemnie rozleniwiony. Moje ruchy, moje myślenie były zwolnione, ociężałe. Rownocześnie wiedziałem, że powinienem się natychmiast ubierać, bo już czas najwyższy, ale wciąż mi było tak dobrze i nie wychodziłem z tej wanny. Miałem wyostrzoną świadomość, że tam już dokonują się wszystkie przygotowania. Widziałem przygotowania, które tam, w katedrze, już trwają, w których powinienem uczestniczyć. Byłem tego pewien, że i ja tam się już powinienem zgłosić, bo mnie nie uwzględnią, wezmą kogoś innego zamiast mnie i będę musiał tu zostać na zawsze, a oni wyzwoleni odejdą stąd, mnie pozostawiając samego. Ale nie byłem w stanie powiedzieć sobie: wychodzę, koniec z kąpaniem.

     Jeszcze chwila i siedziałem w grupie ludzi rozmawiających przy stole w jakimś chyba piwnicznym ale bardzo bogatym pomieszczeniu. Nawet nie wiem, czego ta rozmowa dotyczyła. Na pewno to były sprawy nieważne, banalne, niewarte zainteresowania. Nie obchodziły mnie zupełnie. Cała uwaga moja była skupiona na tym, że już od dawna powinienem stąd wyjść i iść do katedry, bo tam na mnie czekają, liczą, że przyjdę, moi przyjaciele - jedyni prawdziwi przyjaciele, którzy chcą mnie wydobyć z tego obcego świata. Cieszą się, że skończy się mó} czas odosobnienia, że stanę się godnym tych świętych uroczystości, które rozpoczynają się już. Teraz. W tej chwili. A ja trwałem jak sparaliżowany, wstydząc się przerwać tę głupią rozmowę, przeprosić i wyjść, bojąc się, że ktoś na mnie popatrzy z lekceważeniem czy dezaprobatą. I siedziałem pełen rozpaczy, bezwolny.

     Tuż zaraz, stałem w głównym wejściu katedry. Zapełniał je szczelnie tłum ludzi. Nie mogłem się przebić. Zresztą i tak już było za późno na wszystko. Tam, wewnątrz katedry, już działo się. I ja tam imałem z nimi świętować. Teraz tkwiłem zablokowany w tłumie. Byłem wściekły na marcepanowe czekolady, na kąpiel w wannie, na głupie towarzystwo. Wszystko przepadło.. Widziałem wspaniałe wnętrze: strzeliście biegnące ku górze ściany naw oświetlone ciepłym świadom reflektorów. Słyszałem wspaniałą grę organów, śpiewy chóralne i solowe. Podnosząc się na palcach i wyciągając szyję z trudem od czasu do czasu udawało mi się uchwycić jakiś obraz ceremonii, którą spełniano tam, w prezbiterium. Dostrzegałem moich przyjaciół w przepysznych złotolitych strojach, jakąś procesję. I ja tam mogłem być. I ja mogłem w tym nabożeństwie uczestniczyć. Rozpacz mną targała. Obudziłem się. Leżałem w ciemności pokoju pełen żalu i poczucia głupio utraconej szansy. Nie byłem w stanie zrozumieć,, jak mogłem się tak zachować. Jak mogłem do tego dopuścić. Rosła we mnie tęsknota, prośba, by można było jeszcze raz powtórzyć to, co zmarnowałem, by odkręcić film. A wtedy na pewno stanę na wysokości zadania. Nie popełnię tych głupich błędów. Tęsknota, żebym miał jeszcze raz taką szansę, jaka stała przede mną.

     Chciałem natychmiast zasnąć. Ale byłem rozbudzony tak, że nie potrafiłem. Mimo, że stosowałem wszystkie możliwe znane i wypróbowane metody. Zasnąłem dopiero chyba po godzinie. Ale już sen tamten nie wrócił. Nie wrócił i w następne noce. I dotąd czekam bezskutecznie na dalszy dag. Mam nadzieję, że kiedyś przyjdzie we śnie albo na jawie.

ks. M. Maliński


Rumcajs Rumcajs
Vaclav Ctvrtek, Radek Pilar
Dzielnego Rumcajsa, Hankę i ich synka Cypiska znacie na pewno z telewizyjnych dobranocek. Dzięki naszej książce polubicie ich jeszcze bardziej!... » zobacz więcej


   


Wasze komentarze:
 Damianek: 22.04.2009, 20:14
 Zawsze lubiłem czytać o czyśćcu... Ale to opowiadanie przebija wszystkie. Tak to już jest: Nie można się obżerać, przebywać w złym towarzystwie albo wynosić się nad innych... Bo za to czeka kara czyśćcowa... A wiele dusz w czyśćcu wyrzuca sobie: gdybym trochę bardziej kochała Boga, ominęłoby mnie sporo cierpień. A teraz jest już za późno. Nikomu nie życzę takich cierpień
 CzekajacyNaWiosennyDeszcz: 08.01.2009, 20:37
 Piękna historia proszę księdza:) Taka symbolika dążenia jednostki do czegoś czego pragnie najbardziej na świecie, a mimo to się waha. Jakież to przykre, że ludzie nie potrafią pójść za marzeniem, zaryzykować bo i tak nie zależy im na tym co mają:(
 
(1)

Autor

Treść




Poprzedni[ Powrót ]Następny
 
Daj plusika:
[ Strona główna ]
 Partnerzy medialni:

O stronie... | Ogłoszenia | Konkurs | Wspomóż nas | Polityka Prywatności | Reklama | Kontakt

© 2001-2017 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej